E-book
15.75
drukowana A5
86.87
Latarnik

Bezpłatny fragment - Latarnik


Objętość:
624 str.
ISBN:
978-83-8440-387-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 86.87

Łagodnie i niepostrzeżenie wygina się południowy brzeg półwyspu, przybierając w oddali kształt głowy i dziobu gołębia.

Od tego dzioba ziemi biegnie w bławe morze szlak ledwie dostrzegalny dla oka. Tam w dali widnokrąg zagłębia się we mgłę fiołkową, a linia granatowa zaznacza, iż to morze bierze rozbrat z firmamentem i wydziela się w mocarstwo swoje od powietrza bez granic.

Jasny pas piasku, pełen bladożółtych odcieni, jak wgięta płaza miecza wielkiego ściele się na dalekiej przestrzeni. Na tym otwartym nadmorzu zabiegliwa fala z cicha tej nocy pracowała. Przynosiła niestrudzenie i raz koło razu półkolistymi naręczami kładąc w przeguby i wiązania, wśród rytmów niezmiennych, miotała webło, czyli kidzenę, czyli morską trawę, którą z głębokich zatargów, z mulistych głębin wyniosła i na ten strąd wydzieliła.

Stefan Żeromski „Międzymorze”.

001

Zdrzemnąłem się przy biurku w czasie nocnej zmiany. Nie jestem maszyną, która nie jest wrażliwa na zmęczenie, chociaż to właśnie w przypadku maszyn mówi się o występującym czasami zmęczeniu materiału. Najtrwalszy drut, jeśli go odpowiednio długo zginać, prostować i znowu zginać, zmęczy się i urwie. Każda deska, choćby dębowa, jeśli ją odpowiednio długo naciskać, złamie się. Każde buty, jeśli je odpowiednio długo nosić, zedrą się. Każdy garnitur, jeśli go ciągle szarpać i ugniatać, w końcu straci fason. Dokładnie tak samo było poprzedniego dnia ze mną. Miałem prawo być zmęczony. Przed nocnym dyżurem powinienem był się chociaż kilka godzin przespać. Niestety, tamtego dnia nie dane mi było wypoczywać.

Zaraz po obiedzie urwałem się z uroczystego bankietu, mającego uczcić trzydziestą rocznicę nadania praw miejskich. Każdy, kto zobaczył ten „Szwedzki stół” wpadał w zachwyt i przestawał reagować na to, co dookoła się działo. Gminni biznesfaceci pokazali na co ich stać, a właściwie w jakim stopniu mogą sobie pozwolić ofiarować swoje wyroby darmo miejskim urzędnikom, notablom, radnym, członkom Zarządu Miasta, prezesom i kilku jeszcze innym gościom. Sponsorami wystawnego stołu dań rybnych i zakąsek byli właściciele przetwórni ryb, wędzarni, piekarni, sklepów spożywczych oraz być może również kiosków Ruchu, ponieważ dekoracje, ozdoby, wystrój też musiały być na wysokim poziomie. W stosownym czasie „Miasto” podziękuje sponsorom w lokalnej prasie. Ważniejsze jednak będzie poparcie udzielone podczas przetargów organizowanych na naszym terenie, poparcie wyrażane stosownymi decyzjami administracyjnymi. Trzeba o tym pamiętać, bo ostatnimi czasy zbyt często na terenie miasta sadowili się ze swoimi interesami przybysze, ludzie obcy, jak gdyby nie mogli sobie spokojnie działać na własnym terenie. Jak gdyby nasi ludzie, nasi mieszkańcy, nasi przedsiębiorcy nie mieli dość siły przebicia we władzach naszego przecież miasta. Wyglądało na to, że najbardziej liczy się kasa, a nie lokalny patriotyzm. Przemogłem w sobie chęć pozostania do wieczora właśnie po to aby wrócić do domu i odpocząć przed nocną zmianą.

W domu zastałem jednak gości. Przyjechali teściowie, to znaczy kochani rodzice. Przyjeżdżają zwykle dwa razy w miesiącu. Rodzice fundują strawę kulturalną w postaci biletów do kina lub teatru. My natomiast fundujemy strawę naszym żołądkom, zapewniając tym samym lotnym myślom naszych genialnych umysłów komfort nieliczenia się z przyziemnymi problemami. Oboje z utęsknieniem czekamy na te wizyty. Przynoszą nam one tyle radości, że więcej nie potrzeba. Jeśli nasi kochani rodzice są szczęśliwi, to i my jesteśmy równie ukontentowani, zadowoleni, radośni, równie pełni życia, pełni nadziei, przepełnieni miłością. Nie bez znaczenia jest również fakt, że każdorazowo w związku z przyjazdem rodziców nasuwa nam się skojarzenie z dobrym, obfitym jedzeniem. Zawsze czekamy na te wizyty z utęsknieniem, nadzieją, ba, można by nawet powiedzieć, że z rosnącym z każdym dniem uczuciem, nie tylko łaknienia.

Nie rozumiem tych wszystkich wszędobylskich utyskiwań na zięciów, synowe, teściów i teściowe. Rozpanoszyły się w środowiskach szkolnych, studenckich, w wojskowych garnizonach, w szatniach klubów sportowych, w więziennych celach, za kioskami z piwem, w kolejkach przed sklepami. Rozpanoszyły się niemal wszędzie. Mam na myśli owe utyskiwania, narzekania, skargi, kawały, dowcipy, żarty, powiedzenia, wierszyki, piosenki, scenki, a wszystko to wymyślane przez ludzi, którzy z teściowymi nie mają absolutnie żadnego kontaktu, którzy teściów wcale nie mają, ba, nawet często teściowej żadnej nie znają. Czas już najwyższy ujawnić fałsz owych poglądów, kłamstwo psychologiczne opowiadanych dowcipów, nieprawdopodobną wprost głupotę ich twórców. Prawda mamusiu?

Zgodziłem się więc na wyprawę do kina, zamiast odespać zbliżającą się nieuchronnie noc. Po powrocie do domu miałem jeszcze dwie godziny czasu w zanadrzu. Naprawdę, chyba urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą, przy pomyślnym usytuowaniu planet, jako wcielenie pomyślności. Żona jednak natarła mi uszy gdy wspomniałem o spaniu. Zawsze uważałem, że żonę należy kochać, szanować i słuchać. Słuchać nawet wtedy gdy narzeka, wymyśla od głupców i zazdrośników, wyzywa od imbecyli, impotentów i innych imcośtam. Zdecydowanie trzeba pozwolić żonie się wygadać, pozwolić jej wylać z siebie wszystkie żale, pozwolić jej rozczulać się nad sobą, dziećmi, teściami, wszystkimi kobietami, których los jest przecież taki ciężki. Rodzice natychmiast stanęli po stronie swej córki. Pod takim naporem złamałem się jak mała deseczka, jak cienka listewka, listeweczka nawet. Opór był z góry skazany na niepowodzenie. Zgodziłem się więc ponownie. Cóż było robić. Zamiast spać przez dwie godziny siedziałem razem z żoną i teściami w pokoju prowadząc kulturalne rozmowy. Potem musiałem już udać się do pracy.

Tak więc zdrzemnąłem się przy biurku w czasie nocnej zmiany. Rano obudził mnie kierownik. Zaspanymi oczyma patrzyłem jak maszeruje dziarsko od ściany do ściany w dyżurce. Jest on człowiekiem wysokim, niezbyt chudym, raczej przy sobie, z wystającym do przodu brzuszkiem. Waży pewnie ze sto kilo, więc podłoga skrzypiała przy każdym jego kroku. Zazwyczaj nie bywał nazbyt nerwowy, częściej ze stoickim wręcz spokojem gonił mnie do pracy jako najmłodszego pracownika, który powinien dziękować opatrzności za to, że ma pracę w tak trudnych czasach. Kierownik dostawał apopleksji na widok odpoczywającego pracownika. Najlepszym sposobem na dobre stosunki z panem kierownikiem było pozorowanie pracy. Wystarczyło nosić przy sobie brudną, zaoliwioną szmatę, aby w każdej chwili na widok kierownika móc nią wycierać kurze z agregatu prądotwórczego lub nadajnika radiolatarni.

— Przyszedł pan już wreszcie do siebie — zapytał kierownik gniewnym głosem.

— Tak, przepraszam, byłem bardzo zmęczony i zasnąłem.

— Niestety, nie da się tego ukryć.

— Wcale nie chcę, żeby pan to ukrywał. W końcu każdemu może się zdarzyć.

— To nie było pierwszy raz — oburzył się kierownik.

— No tak, rzeczywiście, już mi się to przytrafiło wcześniej.

— Zbyt często się to panu przytrafia.

— Ma pan całkowitą słuszność — odparłem z pokorą godną świętego.

— Mam nadzieję, że się to więcej nie powtórzy — zagrzmiał gromko kierownik.

Odpowiedziałem, że się postaram. Kierownik zadowolony mówił dalej :

— Zobaczymy jak się pan będzie starał. Następnym razem będzie nagana.

— Dobrze, zgadzam się na tą naganę za następny raz — powiedziałem — przecież nie może pan wciąż przymykać oczu na przewinienia podległych sobie pracowników, ale jeżeli mi się to znowu przydarzy, to czy mogę pana prosić o wcześniejsze obudzenie mnie, bo dzisiaj już nie zdążę na autobus, a żona bardzo nie lubi gdy przyjeżdżam później niż zwykle.

— To już jest szczyt bezczelności — oburzył się kierownik, trzasnął drzwiami i wyszedł, to znaczy najpierw wyszedł, a potem usłyszałem trzask drzwi i zobaczyłem futrynę upadającą na podłogę.

— Kto to zrobił? — zapytał brygadzista, który przyszedł w chwilę po tym wydarzeniu.

— Pan kierownik, proszę pana — odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

002

Złota kareta z cesarzem, carem raczej, wzniosła się już ponad drzewa niedalekiego lasu, w blasku chwały swojej jechała stukając kołami o czubki sosen i świerków wysokich, sięgając spojrzeniem coraz dalej, złoto rozlewała szczodrze wokoło. Mając w nadmiarze bogactwa wszelakiego, dzieliła się nim z wszelkim stworzeniem, ogrzewając, życie dając komu zechce i kiedy. Ptaki budziły się ze snu, a zwabione hałasem karety i jej blaskiem wylatywały z gniazd swoich, wzbijały się w niebo dzień nowy witając, rozpoczynały codzienne poszukiwanie karmy, ziaren, niektóre słoniny na sznurku zawieszonej, a inne zachłannie wyglądały istot nadających się do pożarcia. Sosny, które od lat wielu mieszkają już w tym grajdole i zdobyły wystarczająco dużo doświadczenia życiowego, które raczej starców charakteryzuje niż młodzików, dostrzegły powóz złoty i zaczęły ku niemu kierować swoje igły, jakby w tym blasku chciały wykąpać się, zmyć nocne opary, rosy i brudy dnia wczorajszego.

Szyszki na gałęziach zawieszone, chociaż to jeszcze nie był czas gwiazdki i strojenia świątecznego gałęzi, doznały lekkich dreszczy od ogarniającego je ciepła. Niczym złote listki pływające w znanej wódce, ciepło rozchodziło się po ciele, od głowy spływało niżej, wlewało się do ramion nadając im sprężystość i siłę, zachęcając do ruchu, do tańca, powodowało unoszenie się ramion do góry niepowstrzymane, odruchowe, w genach zapisane, otwieranie się, niczym kwiat róży złotej czy tylko złotego koloru. Jedna za drugą się szyszki otwierały, nabierały kształtów i rumieńców, a zeschnięte nasiona w nich dotąd ukryte na czarną godzinę zaczęły wysypywać się i niczym mgła opadać ku dołowi. Jakby z żalu, na pożegnanie, po nasionach z szyszek wypłynęły krople żywicy miodowej, jak miód lepkiej i jak on słodkiej, niczym łza za ukochaną córką, która w świat musiała iść, a nie wiadomo jak jej tam będzie, kiedy zechce wrócić, oraz czy zechce wrócić pod opiekuńcze skrzydła matki.

Pełno było szarych, stalowych, szaroniebieskich i szarosrebrnych chmur na niebie, które zaczęły przybierać kolory rude, bure, kocie jakieś czy lisie, a łasiły się do karety coraz natarczywiej. Przybywało chmur pomarańczowych i żółtych, coraz więcej było żółtych, aż złotym blaskiem rozbłysło całe niebo. Potem zaczęły wyglądać, nosy wystawiać z ukrycia biele błyszczące, mieniące się jeszcze, ale już coraz bielsze, coraz bardziej białe, coraz bardziej mleczne, śnieżne, coraz bardziej przypominające miękkie kłęby waty, fałdy pierzyny.

Wschody zawsze były opiewane przez poetów i pisarzy. Pewnie dlatego, że wschód zazwyczaj rzadziej się ogląda niż zachody słońca, które codziennością są dla wszystkich. O wschodzie większość śpi jeszcze, w łóżku się przewraca na drugi bok, dłonią sprawdza czy mąż lub żona obok leży jeszcze, co by oznaczało bardzo wczesną porę. Potem czas szykować się do pracy, szykować dzieci do szkoły, więc nie pora się zachwycać kolorem nieba, cieniem czy blaskiem na chmurze dalekiej, która za chwilę albo zniknie zupełnie, albo kształt swój straci i ten blask cały nieopisany pozostanie tak czy inaczej, niezobaczony, niedostrzeżony, jakby niebyły był od samego początku.

003

Patrzyłem z góry na półwysep rozciągnięty pomiędzy wodami, Morzem Bałtyckim a Małym Morzem, jak miejscowi nazywają Zatokę Pucką. Mówię miejscowi, a sam przecież do nich należę, powinienem więc mówić o nas i o tym jak my zatokę nazywamy. Nie bez powodu są tacy ludzie, którzy usiłują walczyć, starać się, zabiegać o utrzymanie nauki języka kaszubskiego w szkołach, o zachowanie tradycji, o nauczanie również tej lokalnej historii. Nasi rodzice rozmawiali w domu tylko po kaszubsku, natomiast w młodym pokoleniu nie jest to już takie oczywiste.

Na mapie półwysep wygląda jak długi, prosty pas ziemi. Nawet na pocztówkach pokazujących zdjęcia lotnicze wygląda podobnie. Jedni mówią krowi ogon, inni porównują do szyi łabędzia. Patrząc jednak nie od strony jego początku, tylko od końca, ma się wrażenie, że to zwykły placek, dość szeroka wyspa połączona ze stałym lądem wąskim przesmykiem, po którym zaledwie zdołano poprowadzić jedną ulicę i tory kolejowe. Patrząc na ten skrawek lądu wzrokiem stratega nie można się dziwić, że nie został on zdobyty podczas ostatniej wojny ani przez Niemców w 1939 roku, ani przez Rosjan w roku 1945.

Patrząc na ten skrawek lądu obmywany z obu stron przez wody można mieć wrażenie, że to właśnie wody rozchyliły swoje uda aby przyjąć pomiędzy nie ten chudy, ale za to długi półwysep do swojego wnętrza, jakby w akcie miłosnym pozwoliły mu się wpychać pomiędzy kolana. Wody zadrżały z rozkoszy, a dreszcz ów pod postacią spienionych fal morskich rozszedł się po całym ciele jak po powierzchni morza. W zasadzie to wszak nie jest wiadomo, czy matką jest nam prastara ziemia, czy też raczej równie prastare wody.

004

Ze swoimi wczasowiczami przyszedł zwiedzać latarnię mój kolega z rocznika, kolega z klasy, jak przyjęło się określać. Mowa o klasie szkoły podstawowej, w której wszyscy dobrze się znali, mieszkali w tej samej miejscowości, często na tym samym podwórku. Przez lata nauki w szkołach średnich i uczelniach te najstarsze znajomości, znajomości od zawsze, odchodzą w zapomnienie, zostają zasypane, przywalone, przygniecione nowymi znajomościami, nowymi wydarzeniami, nowym czasem, teraźniejszością. Po latach takie spotkania przywołują wspomnienia, najczęściej szczęśliwe wspomnienia beztroskich lat dzieciństwa, podrapanych kolan, rozgadanych koleżanek, grania w gumę, długich warkoczy, śmiesznych tęsknot i dziecinnych pragnień. Wspomnienia z dzieciństwa zawsze są piękne. Pamięta się najczęściej miłe chwile, te które wywoływały odpowiednio wiele emocji, ponieważ właśnie wtedy odpowiednio dużo aminokwasów, lub innych związków chemicznych, oddziaływało na komórki pamięci w mózgu.

Okazało się, że jest rybakiem, ale w sezonie letnim podczas trwania okresu ochronnego na dorsza nie wychodzi w morze. Kuter jest w remoncie, więc ma więcej czasu na inne zajęcia. Owszem, w stoczni też jest sporo pracy przy niezbędnych naprawach, przy czyszczeniu kadłuba z grubej warstwy skorupiaków, przy wymianie zbytnio przerdzewiałych blach, przy malowaniu. Za to w niedzielę może odpocząć, wybrać się na wycieczkę.

Powspominaliśmy trochę dawne czasy, ponarzekaliśmy na teraźniejszość, wiadomo, jak wszyscy. Natomiast nasze opinie o nadchodzącej przyszłości różniły się diametralnie. Ja miałem nadzieję na dalszą pracę, na usprawnienie obsługi turystów, na wydłużenie sezonu, a więc również wydłużenie czasu udostępniania latarni morskiej zwiedzającym. Szczerze mówiąc liczyłem na zwiększenie zarobków, poprawę swojej sytuacji. On natomiast przewidywał same kłopoty. Bał się redukcji ilości kutrów rybackich, bezsensownego ograniczania połowów, likwidacji miejsc pracy. Obawiał się, że rybacy pójdą w ślady górników, że tak samo wezmą pieniądze w zamian za bezterminowe odejście z zawodu bez prawa powrotu. Górnicy potrafią fedrować. Poza kopalnią są tylko bezrobotnymi nędzarzami. Rybacy potrafią łowić ryby. Poza rybołówstwem, poza kutrami i morzem czym będą?

Gdy się potem nad tym zastanawiałem, to przyznałem mu rację. Nie wszyscy są takimi optymistami jak ja. Pamiętam, że dobry był z niego kumpel. Był przystojny, miły dla koleżanek, uczynny, ładnie ubrany i zadbany. Miewał czyste paznokcie i krótko ostrzyżone włosy. Nigdy nie ciągnął koleżanek za warkocze. Wiele dziewcząt się w nim podkochiwało.

Kiedy przyszedł na latarnię ze swoimi wczasowiczami, to w pierwszej chwili go nie poznałem. Pewnie dlatego, ze w pamięci zachowałem zupełnie inny obraz swojego rocznika i swojej klasy z podstawówki. Wydawało mi się dotąd, ze jestem wciąż młody i piękny, wciąż tryskający zdrowiem i dobrym humorem, więc oni wszyscy też tak właśnie powinni wyglądać.

005

Czytałem właśnie najnowszą powieść sensacyjną. To, że była ona najnowsza — wczoraj kupiona — miało wielkie znaczenie, ale tylko dla mnie, gdyż kierownik był innego zdania.

— W pracy się pracuje, a nie czyta książki — powiedział przyłapując mnie na czytaniu.

— Ależ panie kierowniku — odparłem z niewinną miną — ja właśnie pracuję.

— Przecież widzę — nie ustępował.

— Moja praca polega na prowadzeniu dyżuru — usiłowałem załagodzić sprawę — więc żeby nie zasnąć, co z całą pewnością byłoby większym wykroczeniem przeciwko regulaminowi pracy, czytam książkę.

— Powinien się pan wyspać przed dyżurem — rozpoczął swoją tyradę kierownik — a w czasie pracy doglądać urządzeń, konserwować je, sprawdzać pomieszczenia i budynki, zabezpieczając je przed złodziejami i wandalami, a pan spokojnie czyta książkę, podczas gdy przed dyżurką grasują chuligani.

— Z całą odpowiedzialnością mogę pana zapewnić — broniłem się — że kontroluję sytuację.

— Ciekawe w jaki sposób — zapytał kierownik ironicznie.

— Otóż siedzę sobie tu spokojnie, czytam książkę, pozorując brak zainteresowania ich poczynaniami — tym razem ja rozpocząłem tyradę — a równocześnie uważnie obserwuję. Pozorny brak zainteresowania z mojej strony ma na celu nie wywoływanie u nich ewentualnej agresji. Gdybym wyszedł i usiłował ich przepędzić, to mógłbym narazić się na pobicie, a to byłaby ewidentna strata dla zakładu pracy, który byłby zmuszony płacić panu za nadgodziny, oraz strata dla zakładu ubezpieczeń, który musiałby płacić mi chorobowe. Nie chcąc narazić obu przedsiębiorstw na straty, staram się równocześnie nie narażać siebie na niepotrzebne ryzyko. Natomiast gdyby oni posunęli się do jakiegokolwiek przestępstwa, natychmiast mogę powiadomić odpowiednie organa, które są przeznaczone do walki z przestępczością. Oto tutaj mam wynotowane numery telefonów. Sama jednak obecność tych osób przed budynkiem nie upoważnia mnie do ingerencji.

Kierownik przez długą chwilę przyglądał mi się z byka, po czym odszedł bez słowa. Odetchnąłem z ulgą i wróciłem do lektury książki. Kierownik jednak wrócił i już od drzwi zarzucił mnie potokiem słów :

— Przecież to nie są żadni przestępcy, żeby trzeba było wzywać policję. To zwykłe dzieciaki, wyrostki, na których wystarczy krzyknąć, a uciekną w popłochu.

— Jest pan tego pewien, kierowniku? Wie pan chyba, że przeciętna wieku przestępców zmalała w ostatnich latach i nadal maleje. Poza tym jestem niewiele od nich starszy więc jeszcze pamiętam, jak domagałem się od innych by traktowali mnie tak samo jak się traktuje dorosłych. Nie goniłbym stąd spacerujących osób dorosłych więc tych młodych ludzi również nie gonię. Nie gonię, dopóki nie dadzą mi powodu do interwencji, a wtedy przekażę sprawę w ręce policji.

Znowu wyszedł. Mam skromną nadzieję, że na dobre. Ta powieść sensacyjna jest niezwykle interesująca. Głównym jej bohaterem, bohaterem zbiorowym, jest grupa wyrostków, skupiona w gangu wokół brutalnego prowodyra, która zaplanował włamanie do zakładu pracy. W czasie włamania pobili strażniczkę i zabrali jej broń. Strażniczka miała liczną rodzinę na utrzymaniu, całe mnóstwo dzieci pętających jej się nieustannie pod nogami, które z wielkim wrzaskiem witały mamę wracającą z pracy. Każde to powitanie przebiegało według ściśle określonej procedury. Najpierw dzieci chwytały mamę za nogi aby uniemożliwić jej zrobienie choćby kroku. Wtedy ona je prosiła o uwolnienie, ale dzieci domagały się w zamian okupu. Mama nachylała się więc ku swoim pociechom, a one szybko przeszukiwały jej kieszenie. Zawsze, za każdym razem, nie zdarzyło się jeszcze inaczej, znajdowały w jednej z kieszeni całą tabliczkę czekolady, którą natychmiast zaczynały się dzielić.

Rewolwer strażniczki był bronią służbową, dlatego był zarejestrowany w odpowiednich rejestrach. Młodociani przestępcy użyli tej broni podczas napadu na sklep spożywczy, gdzie zrabowali wszystkie pieniądze z kasy, oraz kilka butelek alkoholu, a przed ucieczką postrzelili sprzedawcę, żeby nie mógł wezwać policji. Sprzedawca nie był jednak ułomkiem, lecz byłym komandosem służb specjalnych na emeryturze. Nie tylko wezwał telefonicznie policję, ale na dodatek rzucił się w pogoń za napastnikami. Alex, pseudonim „Ali”, szef bandy, nie należał do ludzi bojaźliwych, ale goniącego ich sprzedawcy się przestraszył i drugi raz postrzelił. Pocisk trafił prosto w serce. Sprzedawca padł na kamienie ulicy, którą wybrukowano przed stu laty. Zabytkowe już kamienie przytuliły się do jego policzka. Chyba ze współczucia zaczęły oblewać się czerwoną krwią konającego sprzedawcy.

Broń wylądowała w studzience ściekowej. Policja szybko ją tam odnalazła. Badania kryminologiczne wykazały niezbicie, że jest to służbowa broń strażniczki, która natychmiast znalazła się w pilnie strzeżonej celi. Oskarżono ją o napad. Jeszcze przed rozprawą sądową zwolniono ją z pracy. Nikt nie zawracał sobie głowy myśleniem o winie lub niewinności. Zwolniono ją i już. Na wszelki wypadek. Wszystko dlatego, że ze względów bezpieczeństwa jej służbowa broń nie była załadowana. Bo gdyby była załadowana i gotowa do użycia, to sytuacja mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Wystarczyłoby, ze strażniczka oddałaby w powietrze strzał ostrzegawczy, a smarkacze uciekliby gdzie pieprz rośnie, albo inne egzotyczne przyprawy.

006

Najwięcej wycieczek przyjeżdża pod latarnię morską w maju. Maj jest przecież tradycyjnie i od dawna miesiącem szkolnych wycieczek, kiedy oceny już wystawione, a przepisy nie pozwalają dać dzieciakom wolnego. W maju też są, lub może bywają, najlepsze pogody do wyjazdów, biwaków czy zwiedzania. Wiedzą o tym uczniowie, wiedzą nauczyciele i wychowawcy, wiedzą również rodzice. Może to jest nieco dziwne, niezrozumiałe, tajemnicze, ale o fakcie powyższym nie wiedzą urzędnicy, dlatego też każdego roku latarnie morskie rozpoczynają sezon dopiero od czerwca. Każdego roku powtarza się ta sama sytuacja, ale do urzędników nic nie jest w stanie dotrzeć na czas. Kategoria: urzędnicy, to specyficzny rodzaj ludzi. Trzeba się z nimi obchodzić bardzo ostrożnie, delikatnie, niemal jak ze starożytną wazą z dynastii Ming. Nie można ich urazić, a jeśli jakiemuś nieszczęśnikowi pomimo wszystko taki afront w stosunku do urzędnika się przytrafi, to natychmiast podejmuje żmudne próby jego przeproszenia, przebłagania, ugłaskania. Stosuje się wtedy miłe słowa, życzliwe pozdrowienia, drobne upominki typu czekoladki dla panów, perfum dla pań. Nie można nawet próbować wręczania droższego prezentu ani tym bardziej pieniędzy, bo urzędnik mógłby pomyśleć, że usiłujemy go wrobić w skandal z łapówkami. Tak, muszę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że urzędnicy, pomimo swojej jakże trudnej i odpowiedzialnej pracy, są osobami niezwykle kompetentnymi, odpowiedzialnymi, uczciwymi, prawymi, rzetelnymi, szczerymi, miłymi, zgrabnymi i przystojnymi, o ładnych, dostojnych i poważnych obliczach, o boskich wręcz twarzach, o wielu zaletach, o nielicznych i nieistotnych wadach, jeśli już jakiekolwiek wady posiadają, ale te wszak świadczą o ich człowieczeństwie. Nikt z nas nie jest przecież ideałem.

Zorganizowane grupy młodzieży szkół wszelkiej maści i kategorii przyjeżdżają więc pod latarnię morską w maju. Nie wiem jak tym uczniom kojarzy się pobyt pod latarnią ani jak jest tenże uzasadniany przez nauczycieli. Zatrzymują się u stóp latarni, zadzierają głowy do góry podziwiając jej wysokość, po czym odchodzą idąc dalej zwiedzać interesujące miejsca i zdobywać wiedzę, tudzież doświadczenie. Być może po takich właśnie doświadczeniach życiowych późniejsi urzędnicy i decydenci wszelkiego stopnia podejmują właśnie takie, a nie inne decyzje.

Przecież wystarczyłoby odrobinę pomyśleć. Drogie panie. Nie dajcie się zastraszać tym wszystkim przełożonym. To fakt, że większość szefów to faceci, ale to wszak kobiet we wszystkich urzędach jest zdecydowanie więcej, kobiety mają po prostu większość. Dlatego proponuję wziąć sprawę w kobiece dłonie i doprowadzić do tego, by wszystkie sezonowe wystawy, muzea i imprezy rozpoczynały swoja działalność już w maju. Niech nasze kochane dzieci też je oglądają, niech zdobywają wiedzę również podczas szkolnych wycieczek. Nie wiadomo, ile z nich w dorosłym życiu będzie mogło sobie pozwolić na zwiedzanie świata, lub chociażby kraju.

007

Czarek, mój dobry kolega jeszcze z czasów szkoły podstawowej, rozważa wyjazd z kraju do pracy. U nas bezrobocie wredne panuje wszędzie, pracy doprosić się nie można bez łapówki, a skąd brać pieniądze na łapówkę gdy brakuje ich na jedzenie, gdy brakuje ich by przeżyć, przetrwać jakoś do kolejnego zasiłku z opieki społecznej. Na roboty publiczne i interwencyjne dostają się tylko koledzy i znajomi odpowiednich osób, właściwych osób, którzy co roku otrzymują wciąż te same najlepsze propozycje, te same fuchy, do których potrzeba doświadczenia, wprawy, wręcz specjalizacji niemalże, więc inni nie mają żadnych szans na pracę. Czasami tylko udaje im się załapać do zbierania śmieci, sprzątania plaż, ścieżek leśnych, układania chodników, o ile gmina inwestuje akuratnie w nowe chodniki lub wymienia stare.

Od kiedy w telewizji Cezary Pazura zaczął grać swoją rolę w „13 Posterunku” zaczęliśmy wołać na Czarka: „Czarek duparek”. Wszyscy koledzy mieli z tego wspaniałą zabawę, tylko postać pierwszoplanowa roli tej jakoś nie znosiła nazbyt dobrze. Wcale mu się nie dziwię. Imię otrzymał po swoim dziadku, nestorze rodu, który w jubileuszowym roku 2000 obchodził swoje setne urodziny. Rodzina wyprawiła mu wspaniały jubileusz, tylko władze miasta, które tradycyjnie już odwiedzają jubilatów w dniu dziewięćdziesiątych urodzin z życzeniami i bukietem kwiatów, z przyznaną przez radnych jubileuszową nagrodą, tym razem jakoś zapomniały o setnym jubileuszu. Może pieniędzy w kasie miasta zabrakło i wstyd było burmistrzowi pokazywać się z pustymi rękami. Może władza nasza kochana uznała, że jeden jubileusz wystarczy w życiu każdego obywatela. W końcu radni uchwalili stosowną uchwałę nie po to by wydawać publiczne pieniądze na byle każdego mieszkańca, a ustalając wiek jubilata ustawili poprzeczkę na tyle wysoko, aby nie wydawać zbyt dużo z kasy miasta, aby budżet zbytnio nie ucierpiał, aby przypadkiem w tych ciężkich czasach nie zabrakło funduszy na diety dla radnych.

Przyjmując to rozumowanie za słuszne trzeba stwierdzić z całą odpowiedzialnością, iż żądanie wyprawiania dwu jubileuszy każdemu obywatelowi jest już pewną przesadą, jest wręcz niestosownością. Każdy jubilat powinien o tym wiedzieć i pamiętać. Po dziewięćdziesiątych urodzinach jest wszak wystarczająco dużo czasu by te wszystkie sprawy przemyśleć. W tym wieku mieszkańcy powinni mieć wystarczające doświadczenie życiowe i wiedzieć, że szczytne hasła o władzy dla ludu są tylko najczęściej pustymi frazesami, że to raczej lud jest dla władzy, boć inaczej i ona nie mogłaby właściwie spełniać swojej funkcji.

Rodzina dała na mszę w intencji nestora, a potem przez cały dzień czekała. Mieszkanie było wysprzątane na błysk blank. Dziadek w stroju sprzed ośm dziesiątek lat siedział na kanapie sztywno wyprostowany jak młodzieniaszek na egzaminie maturalnym. Żona jego dreptała to tu to tam, wciąż coś poprawiając przy stole. Ona również nie była już młoda, ale trzymała się wspaniale. Zresztą musiała się trzymać, bo trzeba było przypilnować Czarusia, pomóc mu, podsunąć jakieś zajęcie, aby się nie nudził zanadto i nie rozmyślał zbyt wiele. Ot, takie nastały czasy dziwne, że myślenie nie było w cenie, nie było nawet wskazane. Najlepiej zdać się na rutynę i żyć z dnia na dzień zgodnie z przyzwyczajeniami, zgodnie z nawykami, które w krew już weszły i stają się w końcu uciążliwymi tak dla starego człowieka, jak i dla jego otoczenia. Dlatego właśnie trzeba być na miejscu, nieustannie czuwać, dbać o porządek, o właściwą kolejność i miarę rzeczy.

Zawsze był samotnym człowiekiem, obcym w każdym miejscu, w którym przyszło mu życie swoje spędzać, postawionym pomiędzy innymi, pomiędzy wyborami, decyzjami, kierunkami, jakie wyznaczali inni. Inni zawsze wypływali na górę, na fali się wznosili, na szczyty się wdrapywali. On tym czasem im buty zelował, kamienie spod nóg wybierał, chodnik przed nimi zamiatał, głazy odrzucał, walące się mury podpierał. Sam w cieniu tych murów stając, uważając na innych, pomiędzy owymi murami pozostawał do końca, pozostawał samotnym. Z każdym rokiem coraz trudniej mu było pracować, ale pracował uparcie. Widział już w swoim życiu niejedno. Wiele wojen przeżył, wiele marzeń stracił, wielu łajdaków przetrwał, wiele się wycierpiał. Synów wychował na patriotów. Córki wychował na porządne, uczciwe kobiety. Powychodziły za mąż i urodziły dzieci, przysparzając mu wnuczki oraz wnuków. Teraz wnuczkom się przyglądał, prawnuczki zabawiał swoimi opowieściami. Teraz częściej bywał zmęczony.

Po mszy świętej zjedli śniadanie. Chrupiące rogaliki z masłem i miodem smakowały wyśmienicie. Kto by tam kiedyś marzył o maśle. Masło jadało się tylko w bogatych domach. Niektórzy to nawet mając pieniądze nie jadali masła, tylko je stawiali na parapecie okiennym, żeby sąsiedzi widzieli. Taka to była kiedyś bieda. Albo może raczej takie były standardy. Bogaci gościli się nawzajem na obiadach i kolacyjach, a biedacy jedli suchy chleb ze słoniną i dziękowali za to Bogu. Teraz to co innego. Jak przyszła wojna to i suchy chleb był dobrodziejstwem. Gdy można było napalić w piecu i przy nim plecy wygrzać porządnie, to i zdrowy człowiek był, i głód tak bardzo nie dokuczał.

Tak. Po mszy świętej śniadanie smakowało wyśmienicie. Z okazji urodzin żona nawet mocniejszej niż zwykle kawy dała, kochana. Już ona dobrze wie co i jak zrobić, o wszystkim zawsze pamięta, nie zapomni niczego i wie co i jak zrobić. Wojna czy rewolucja, a żonę zawsze trzeba mieć przy sobie, to się we dwoje wiele więcej przetrzyma, a i na wiele więcej odważy się wtedy człowiek. Cierpienie wtedy mniej boli, zniewagi spływają po człowieku jak po kaczce. Jak ona pióra swe tłuszczem smaruje, tak żona kochaniem swojem skórę na człowieku zaimpregnuje, kark mu usztywni, kręgosłup przytrzyma kiedy potrzeba.

Rodzina wystroiła się jak w Boże Ciało na procesję, w sukienkach i garniturach wszyscy się stawili i życzenia składali po kolei. Urodziny są najlepszą okazją do rodzinnych spotkań. Przy stole wszyscy zasiadają, talerze rzędami ustawione, sztućcami przystrojone po bokach, wazy z rosołem podaje się z rąk do rąk, miski z ziemniakami, ryż w potrawce z rodzynkami, półmiski mięsa, sosy, surówki, sałatki, kompoty, herbata i kawa do wyboru. Prawnuki najszybciej zjedzą, w talerzach pogrzebią, widelcami zamieszają i już są najedzeni, syci, brzuchy im pękają, więc zaczynają wkoło stołów latać, gonić się, oranżadę pić litrami całymi, aż dziw bierze, gdzie to się wszystko mieści w tych zapadłych, chudych brzuchach. A tak byli najedzeni przed chwilą. Te smyki energii mają co niemiara.

Najwspanialsze przyjęcia to były przed rewolucją. Dziecinne czasy zawsze wspomina się mile, bo to wtedy beztroskie były zabawy, gonitwy, chowanie się przed dorosłymi. Dziecinne tajemnice, dziecinne problemy. Zawsze człowiek się dziwił, że dla dorosłych nigdy nie było problemu najtrudniejszą nawet sprawę załatwić, węzeł rozwiązać lub zawiązać wedle potrzeby potrafili. Był człowiek ciekawy świata to i chłonął wszystko w siebie. Języków się uczył, dorosłych podglądał, z kolegami się bił, a wszystko przychodziło szybko i łatwo. Potem nastała wojna, rewolucja, wszystko się zmieniło. Potem, w nowym kraju, w ojczyźnie, znowu przyszło się dziwić ludziom, dziwić nowemu światu, ten nowy świat własnymi rękoma tworzyć, własnymi ranami i krwią kupować, więzieniem opłacać.

Mówią, że więzienie człowieka nie czyni. Gdyby jednak sami tego spróbowali, w lochu na sianie gnijącym zamiast stołu jeść skórę stwardniałą czarnego chleba, wodę tylko pić zimną, cuchnącą mułem, przez lat choćby kilka, bez widzenia z rodziną kochaną, najbliższych nawet dotknięcia, gdy pamięć w półmroku zwidy zaczyna przywoływać na rozmowy, duchy wynajdować spod podłogi na widzenia, gdy upiory przeszłości w snach powracają dom twój burzyć, podpalać, to by inaczej mówić poczęli.

Gdybyż nie był wtedy na czele owego pochodu pod lufy karabinów się pchał wraz z innymi, tak ciężko zaślepiony racjami swymi. Mówią, że małym narodom wymierać przyjdzie, bo nie racja się liczy lecz siła. Potem to mówili wielokrotnie. Potem o tem zapomnieli na długie lata. Teraz znowu zaczynają cichcem, szeptem, półgębkiem mruczeć pod nosem. Mieliśmy być silni, zwarci i gotowi. Wróg okazał się jednak być bardziej gotowym. Tak i znowu przyszło ojczyznę tracić.


Małych narodów niewola nie kala,

Gdy nikną z mapy świata,

Każdy cios bólu go bardziej zespala,

Dosyć już, dosyć! Poetów u nas nie zliczysz.


Ileż to już razy ojczyzna była stracona? Ileż to już razy wracała? Ileż to razy trzeba było zaczynać wszystko od nowa. „Baryka się boryka, a Boryna pole orze”. Potem zapomnieli o zasługach i inne mówili wierszyki: „Wałęsa fajkę pyka, a Pyka po Warszawie się wałęsa”. Tak, tak, łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Tylko najcenniejszego skarbu rodzinnego zabrać mu nikt nie potrafił. Wciąż miał przy sobie, od ojca swego dostawszy z poleceniem by jak oka w głowie pilnować, broszurę z opisem jak to pradziadek w powstaniu 1831 roku pańskiego był się zasłużył ku chwale ojczyzny i narodu swego, oraz drugą, przed większą wojną zdobytą, w której jego samego historie były opisane i przypadki, aż do owego marszu feralnego na Belweder.

Potem w onym Belwederze różni panowie zasiadali, a na starość znowu mu przyszło oglądać w telewizorze nowych gospodarzy tego gmachu. Tak to na jego własnych oczach historia koło zatoczyła, albo raczej kół kilka, ukręcając przy okazji niejako głowy różnym panom i władcom, różnym partiom, organizacjom, zrzeszeniom, towarzystwom i klubom. Teraz już jednako sił brakowało, zdrowia było mało, aby się tymi historiami pasjonować, głowę nimi zawracać, serce nadwerężać ciśnienia skokami. To już nie te lata. To już nie ta historia.

Dziadkowego imienia nie chciał się Czarek wstydzić, a tu mu filmowcy ładny prezent zrobili, naśmiewając się wobec całego kraju z narodowych świętości. Koledzy tylko patrzą i ucha nadstawiają, by wyłowić skądkolwiek powód do śmiechu. Śmiech to zdrowie, póki wyśmiany się nie dowie. Koledzy jednak, niby to po przyjacielsku wyrozumiałości żądają, a sami chichoty sobie robią i zabawę mają przednią.

008

W przerwie wyskoczyłem do miasta po swoje ulubione chrupiące bułki. Mam swoją ulubioną piekarnię, z której zawsze kupuję pieczywo. Te bułki i chleby piekarze rozwożą swoimi samochodami dostawczymi do sklepów. Często rozwożą osobiście. Dlatego sprzedawcy mogli z całkowitą pewnością informować o tym skąd są dane bułeczki. Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, że sprzedawca pytał mnie jakie chcę bułki. Coraz więcej ludzi zaczęło się wymyślać, nie to co kiedyś, gdy można było kupić tylko jeden gatunek chleba i nikt sobie nie wyobrażał nawet, że mogą być inne. Chleb to chleb, wiadomo, służy do jedzenia, a do czego innego miałby służyć. Co pani mnie pyta jakiego chcę chleba, idiota nie jestem, więc proszę pierwszy z góry. Niepognieciony. I dzisiejszy ma być, a nie ten od wczoraj, co to został na półce niesprzedany. Jakie było moje zaskoczenie, gdy się okazało, że tych bułek nie ma i już nie będzie, ponieważ piekarnia została zamknięta. Tego wielu się obawiało. Zniknęło kolejnych kilka miejsc pracy. Przed przystąpieniem do Unii Europejskiej entuzjaści integracji zachwalali ten proces. Pamiętam program telewizyjny, w którym też zachwalano, ale wspomniano również o tym, abyśmy nie pozwolili na likwidację małych piekarni, właśnie ze względu na świeże bułeczki. Pewna mieszkanka Unii twierdziła, że u nich właśnie do tego doszło, a ostały się jedynie wielkie molochy, w których chrupiącej bułki nie uświadczysz. No i zaczęły się sprawdzać najgorsze przewidywania.

009

Opary gęstej mgły zakryły cały świat. Nic nie było widać. To znaczy było widać bardzo wiele. Światło reflektorów autobusu, którym wracałem ze służby do domu, odbijało się od kropel wody zawieszonych w powietrzu i wracało. Im silniejsze było światło tym bielej robiło się przed autobusem. Właśnie bielej, a nie widniej. Światła mijania wydobywały z tego budyniu zarys ulicy kilka metrów przed pojazdem. Reszta była mrokiem. Światła długie zdzierały tę zasłonę ciemności i ukazywały tysiące, miliony białych kropelek wody. Dlaczego białych, skoro woda jest przezroczysta? Nie miałem pojęcia. Być może był to wynik jakiegoś zjawiska optycznego. Reszta była mlekiem. Wtedy też robiło się widno w środku autobusu. Miałem wrażenie, że inny pojazd nadjeżdża z przeciwka i oświetla nas, a raczej oślepia, gdyż w tym zalewie światła nie można było niczego dojrzeć poza samą jasnością.

Taka jasność jest czymś tajemniczym, głębokim i przerażającym. Nie bez powodu właśnie takie efekty stosuje się często w filmach grozy, albo kryminałach. Taka jasność zawsze oznacza kłopoty. Oślepiający blask samochodowych reflektorów może oznaczać zbliżającą się nieuchronnie katastrofę, tragedię. Za kierownicą rozpędzonego samochodu często siedzi fanatyk religijny, ścigany przestępca, uciekinier z więzienia, spokojny obywatel, który okazuje się psychopatą. Dla zwiększenia jeszcze efektu samochód osobowy staje się samochodem ciężarowym. Taki przecież trudniej zatrzymać, więcej szkód może wyrządzić. To znacznie zwiększa dramatyczność. Rośnie poziom adrenaliny we krwi. Podnosi się ciśnienie, bynajmniej nie to atmosferyczne. Jeszcze gorzej jest gdy przerażającą jasność powodują reflektory zbliżającej się nieuchronnie lokomotywy. Tu już nawet ściany domu nie stanowią bezpiecznego schronienia, azylu. Normalnie, tak po prostu, zwyczajnie, zazwyczaj tory kolejowe ogląda się z boku. Jeżeli widzi się tory kolejowe, lub jakiekolwiek tory z pomiędzy szyn, to wtedy są tylko dwa możliwe wytłumaczenia: albo jesteś kolejarzem, albo grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. Z jasnością zawsze trzeba uważać. No, ale właśnie, te światła mogą też być reflektorami autobusu. To taka namiastka ciężarówki, wcale nie mała, a wszystko zależy od tego kto siedzi za kierownicą. Spojrzałem na kierowcę z niepokojem.

Nie jechaliśmy, lecz płynęliśmy. Wcale nie jest to metafora. Płynie się zazwyczaj po lub w wodzie. Albo może jechaliśmy po dnie tego mlecznego morza. Pierwsi badacze nieznanej planety o niezwykle wilgotnej atmosferze. Badacze podmorskich głębin. Tu nie da się nurkować, gdyż woda jest za rzadka. Musimy uparcie pełznąć po dnie w oczekiwaniu brzegu. I rzeczywiście. Dobijamy. Ktoś wysiada, ktoś inny wsiada. Odbijamy. Pozostawiamy przytulny port za nami i zmierzamy do następnego.

Od czasu do czasu dostrzegamy latarnię wskazującą drogę zabłąkanym rozbitkom, niestrudzonym wędrowcom. Sam będąc latarnikiem miałem nadzieję na solidarność zawodową latarników i liczyłem na pomoc któregoś z nich. Pomocni mogliby okazać się również bosmani i kapitanowie portów. Czy są tu również piraci? Są. Wiem, gdyż jeden z nich złupił mnie na samym początku wyprawy, gdy tylko wsiadłem. Zabrał moje pieniądze. Resztę również zatrzymał dla siebie. Cały problem w tym, że piraci nic sobie nie robią z nietykalności urzędników, z autorytetu władzy. Nawet kapitan portu jest dla pirata przedstawicielem świata, który on pragnie złupić, obrabować, okraść, zniszczyć, pokonać, utopić, spalić, powiesić na suchej gałęzi albo na rejach. Nie rozumiem jednak po co w takim razie piratom to całe bogactwo, które tak skrupulatnie gromadzą łupiąc biednych i bogatych bez żadnych skrupułów.

Przyjrzałem się współwięźniom. Potulni, zrezygnowani, sparaliżowani strachem. Boją się. Boją się pirata. Obawiają się wysadzenia na bezludnej wyspie. Komu się nie podoba może przecież nie płynąć. Może w każdej chwili wysiąść, wyskoczyć za burtę. Niestety, jest to mało uczęszczany szlak, zwłaszcza o tej porze, więc brak widoków na inny środek transportu. W dodatku bardzo groźne są ostatnio rekiny. Podobno wpływają na spokojne dotąd i bezpieczne akweny w poszukiwaniu smakołyków. Również piranie rozprzestrzeniają się coraz bardziej i są już rejestrowane przez policyjne kroniki wypadków w całkiem nieegzotycznych krajach, nawet w niezbyt ciepłych krajach. Ponadto pogoda wcale nie jest sprzymierzeńcem. Silny wiatr niesie ze sobą lejący się za kołnierz deszcz, albo bijący po twarzy śnieg. Poza okrętem każdy staje się nagle rozbitkiem. Pirat jest górą. Dobrze o tym wie. Zagroził, że szemrającymi nakarmi rekiny, a buntowników powiesi na rejach ku przestrodze innym. Lepiej siedzieć cicho.

Wszyscy modlą się o powodzenie pirata. Widok okrętu wojennego Marynarki Jego Królewskiej Mości wróżyłby może wolność, ale tylko dla tych, którzy przeżyją ewentualną salwę ze wszystkich dział burtowych. Pierwszy wystrzał mógłby być końcem każdego z nas. Równie było prawdopodobne, że wszystkich wzięliby za piratów i potraktowali jednakowo. W czasie abordażu lepiej nie denerwować człowieka zawieszonego na końcu liny jak wisielec. On pewnie też widzi to podobieństwo. Może ono być dla niego tragiczną wróżbą. Dlatego ostry nóż trzymany w zębach może dosięgnąć każdego gardła. Na szczęście mój port jest już blisko. Na wszelki wypadek powiem grzecznie: Dobranoc.

010

Materialne bogactwo i związany z nim dobrobyt rozleniwia. Prosta droga, lekka, łatwa, prawie że przyjemna. Prawie, bo najchętniej usiadłbyś w fotelu. Może być fotel dyrektora lub prezesa. Wysokie wynagrodzenie murowane. Najlepiej by było, żeby było jeszcze wyższe niż to murowane. Można ten problem rozwiązać za pomocą premii, nagród, funduszu reprezentacyjnego, to koniecznie, no i jeszcze paru innych trików finansowych. Nie będę wspominał o łapówkach, bo to się rozumie samo przez się. Oczywistości nie trzeba udowadniać. Poza fotelem trzeba też koniecznie pomyśleć o pozostałych meblach. Potem trzeba zatrudnić kogoś do odbierania telefonów, załatwiania korespondencji, zbywania interesantów, pamiętania o umówionych spotkaniach, informowania drugiej połowy o dłuższej pracy. Potem trzeba sobie znaleźć odpowiedzialnych zastępców, których zadaniem będzie rozwiązywanie konkretnych problemów organizacyjnych. Najlepiej powołać wyspecjalizowane zespoły robocze, zorganizować im „burzę mózgów” i czekać na efekty.

Sytość nie skłania do pracy nad swoim wnętrzem, nad swoim charakterem. Sprawy moralne i duchowe zazwyczaj muszą czekać na swoją kolej w długiej kolejce znacznie pilniejszych, które trzeba załatwić „na wczoraj”, a najczęściej na jeszcze wcześniej. Dlatego bardzo ważne jest mieć niezwykle odporny na stres i wielkie obciążenia system nerwowy. Przy okazji będzie on też odporny na krzyk sumienia, na wyrzuty bliskich, na śmiech i zarzuty wrogów, na krytykę wreszcie. Zarówno krytyka uzasadniona, jak i ta pozbawiona wszelkich podstaw, musi być tłumiona bez litości u samego źródła jej powstania, u samych korzeni, a najlepiej jeszcze wcześniej i głębiej. Chwasty trzeba wyplenić. Szpiegów wyprowadzić w pole. Tam zakopać. Koguta odizolować. Kury przeznaczyć na rosół, razem z jajami. Głodnych nakarmić i, profilaktycznie, napoić. Aby nikt nie miał nic do gadania.

Natomiast materialne ubóstwo zmusza do wysiłku, do wytężonej pracy nad realizacją swoich marzeń i planów. Kiedy nie masz nic do stracenia, to nie musisz martwić się o rzeczy zbędne, nieważne, nieistotne. Gdy pragniesz czegoś na co cię nie stać, to dopiero wtedy masz właściwą motywację do roboty. Wszyscy geniusze dochodzili do swoich osiągnięć przez uciążliwą, często żmudną pracę. Przecież nie od razu Rzym zbudowano. Wielkiej wiedzy trzeba się nauczyć. Doświadczenie trzeba sobie wypracować. Również to życiowe. Potem, po latach, gdy już udowodnisz, że to doświadczenie potrafiłeś właściwie wykorzystać, że posłużyło ci do dokonania czegoś ważnego, czegoś dobrego, ktoś nazwie je mądrością. Mądrym nikt nie nazwie dziecka. To oczywiste. Młokos sobie na nie jeszcze nie zasłużył. Nie każdy geniusz został bogaczem, ale każdy z całą pewnością wiódł piękne życie. Piękne w wymiarze duchowym.

Nieciekawego życia, nudnych miesięcy, uciekających i straconych lat nie wynagrodzi żadne bogactwo materialne, którego do grobu nikt ze sobą nie zabierze. Chyba, że jest się faraonem, ale to już zupełnie inna historia.

011

Wszystko wkoło wciąż się zmienia. Przyzwyczajasz się do otaczającego się widoku, oswajasz go, tresujesz, żeby był ci posłuszny, nie uciekał z pamięci, pozwalał przywoływać na żądanie obrazy ulicy o kilka kroków dalej, o kilka domów dalej. Mózg jest mięśniem potrzebującym nieustannego ruchu, nieustannego ćwiczenia, zapamiętywania, wtedy sprawuje się znakomicie, nie zawodzi, można na nim polegać w każdej sytuacji. A mózgu potrzebujemy najczęściej w kłopocie, w trudnej sytuacji, gdy trzeba nagle a niespodziewanie podjąć decyzję. Nie zawsze wystarczy zdać się na instynkt.

Najlepiej znamy swój własny dom, swoje własne podwórko aż do ogrodzenia, czasami również najbliższa ulica jest w pamięci dobrze zakodowana. To tylko kwestia odpowiedniego adresu do odpowiedniej komórki mózgu dla odpowiedniej informacji, ewentualnie jeszcze związanych z nią wrażeń. Dla wprawnego nic trudnego. Ma się rozumieć, że taki luksusowy stan osiąga się poprzez nieustanne ćwiczenia. Z dnia na dzień trzeba wkładać w to mniej wysiłku, aż w końcu żaden wysiłek nie jest konieczny, a najprawdziwsza przyjemność rozpoznawania wyobrażeń staje się radością kolejnych dni.

Potem idzie się ulicami, podwórkami, mija domy i domostwa, zadbane i te w ruinę się walące, budowy, rozbiórki, tymczasowe baraki, kioski, pawilony, kontenery, parki, alejki, ścieżki. Idzie się i podziwia coraz inne kształty. Coraz inne zapachy uderzają w nozdrza. Coraz inne dźwięki atakują uszy. Czasami to aż trzeba uciekać, czmychnąć czym prędzej, żeby nie zwariować z nadmiaru tłoczących się wrażeń.

Stare śmiecie wszyscy znamy na pamięć. Natomiast nowe światy, dalsze okolice poznaje się systematycznie, w miarę upływu lat. Jedni sięgają kolejnych ulic, inni kolejnych miast, jeszcze inni podróżują po różnych krajach i kontynentach. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te ustawiczne zmiany. Zwłaszcza w ostatnich latach namnożyło się ich pełno. Idziesz sobie jak zwykle do sklepu, zamierzasz przejść przez podwórze sąsiada, żeby sobie skrócić drogę, a tu nagle widzisz płot. Ostatnim razem go tu nie było. Skąd się wziął, skubany? Kto go tu postawił?

Najwyraźniej ludzie coraz bardziej się boją. Stawiają coraz wyższe ogrodzenia, coraz mocniejszych używają materiałów. Początkowo można jeszcze było przecisnąć się pomiędzy przegnitymi deskami, odchylić poluzowaną sztachetę, nadciągnąć i unieść stylonową siatkę. Potem zaczęto stawiać druciane siatki, stalowe słupy, sztachety z metalowych prętów, betonowe podmurówki, fundamenty, jakby na tych ogrodzeniach miały stanąć nie wiadomo jakie opoki na wieki wieków wieczyste.

Grodzą się jak zwariowani. Sprowadzają na swój własny koszt i dobrowolnie metronomów, pomierców, geodetów, mierniczych, szukaczy, kopaczy i różnych innych fachowców. Szukają w ziemi kamieni granicznych, zakopują nowe kamienie, butelki, słoiki, puszki, wbijają pręty i blachy. Wyznaczają swoje terytoria jeden za drugim, jakby im dotychczasowe zwyczaje i nawyki nie wystarczały.

Bronią swoich terytoriów przed sąsiadami, przed obcymi, przed każdym zbolałym i zmarzniętym psem nawet. Jedynie koty nic sobie nie robią z tych nowych zwyczajów ludzi coraz bardziej majętnych, ludzi coraz bardziej zasiedziałych, właścicieli, najemców, dzierżawców. Te skubane koty przełażą przez płoty i najzwyczajniej sikają im pod drzwiami. Czasami to aż wścieklizny można dostać od tego kociego smrodu.

Co była gdzieś pusta łąka, to teraz budują na niej pensjonaty, hotele lub pokoje do wynajęcia. W końcu dojdzie do tego, że nie będzie się gdzie przejść na spacer, gdzie wybiegać, rozruszać stare kości. Ulice też coraz bardziej ruchliwe, coraz więcej samochodów jeździ jak zwariowane, pędzi na łeb, na szyję, nie wiadomo dokąd i po co. Nikt nie dba o naturalne środowisko. Wycinają drzewa, bo im brakuje miejsca na chodnikach. Skandal. A gdy jaki biedak chce się odlać pod płotem to zaraz gonią, przeklinają, rzucają kamieniami, grożą policją albo strażą miejską. Niedługo wysrać się nie będzie można spokojnie, bo każą za tobą iść ze szufelką, miotełką i woreczkiem na kupę. Nic dziwnego, że coraz więcej ludzi rezygnuje z posiadania przyjaciela, oddaje najwierniejszego brata swego do schroniska dla bezdomnych. Szczęściarz kto trafi do schroniska dla bezdomnych psów, bo zdarzają się przypadki zawożenia umiłowanego pupilka do weterynarza, a stamtąd to już żaden pies o własnych nogach i siłach do domu nie wróci.

Kiedyś wystarczyło raz w roku zaszczepić przeciwko wściekliźnie, wszyć pod skórą chip specjalny i miało się spokój. Teraz przyzwoity pies nie zna dnia ani godziny. Okropność. Żeby chociaż karmili porządnie, a tu głodnym trzeba być aż w brzuchu ściska, ssie, wręcz boli coś okropnie, nie do wytrzymania, ściska, jakby obręcz metalową założyli na kark i podgrzewali ją palnikiem, ogniem żywym, świecą, szczapą płonącą. Wyć się chce z tego wszystkiego, z żalu, z tęsknoty, pysk do księżyca wystawić i wyć na całe gardło, warczeć, szczekać, gryźć wszystko dokoła, szarpać kłami, drzeć pazurami. Obudziłam się przerażona i wstrząśnięta. To było straszne. Gdyby takie sny częściej mi się przytrafiały, to musiałabym zacząć regularnie odwiedzać swojego psychoanalityka. Przynajmniej pięć razy częściej. To byłoby nieznośne. Ze zdenerwowania aż rozbolał mnie brzuch. Jakbym okres dostała. Jeszcze by tego brakowało, żeby się aż tak przyśpieszył. Zresztą, przecież takie nerwy są jak kuracja hormonalna. Nic dziwnego, że te wszystkie zestresowane gwiazdy starzeją się dwa razy szybciej i muszą potem robić sobie liftingi. Obudziłem się przerażony i wstrząśnięty.

012

Biednym zawsze wiatr w oczy wieje. Nie dzisiaj i nie ja wymyśliłem to powiedzenie. Biedny zawsze ma pod górkę. Pewnie tego typu zdań, twierdzeń, przysłów i powiedzeń jest jeszcze całe mnóstwo. Powstały być może dlatego, bo każdy jakoś usiłuje sobie wytłumaczyć to co go spotyka, pocieszyć się, że nie tylko jemu się coś przytrafiło, a może nawet, że jest tak zapisane w gwiazdach, że taki już los, takie przeznaczenie, więc nic nie zdoła się na to poradzić. Z całą pewnością ten swoisty katastrofizm jest też podyktowany długimi obserwacjami, tak zwanym doświadczeniem życiowym, czyli mądrością ludową. Zawsze zgromadzenia mające podejmować ważne decyzje w imieniu jakiejkolwiek społeczności nazywano Radą Starszych, czyli grupą ludzi doświadczonych przez życie, ludzi mających wiele wiedzy, ludzi po prostu najmądrzejszych. Wszak mądrość zdobywa się, nabywa z wiekiem, najlepiej wraz z siwizną. „Uszanuj siwe włosy tego starca”, gdzieś tam powiedzieli. Powiedzieli nie bez racji, mając ku temu solidne podstawy.

Podobnie jest z doświadczeniem kobiet. Jeżeli nie stare, to zawsze dojrzałe kobiety były akuszerkami, czarownicami zbierającymi zioła na różne dolegliwości, kucharkami, których przepisy kulinarne przekazywało się kolejnym pokoleniom kucharek. Domowe sposoby na różne problemy to metody naszych babć, a nie sióstr czy córek. Doświadczenie i mądrość równa się starości. Szkoda tylko, że kobieca mądrość bywa uznawana i propagowana w kuchni, pralni, aptece, ale nigdy w polityce. Gdyby to nasze babcie zasiadały przy ognisku do narady wojennej, to żadnej wojny nigdy by nie było. Jeżeli się człowiek nacierpi przy rodzeniu dzieci, natrudzi przy ich wychowywaniu, to potem za żadne skarby nie podejmuje się ryzyka wysyłania ich na wojnę. Z takich obserwacji wniosek może być tylko jeden: kobieta ma zawsze przechlapane.

Jeżeli biednej rodzinie od zarazy padła krowa, to tracili często cały dorobek ich życia. Natomiast jeśli taka sama krowa padła dziedzicowi, panu, bogatemu właścicielowi wielkiego stada krów, to ta strata w niczym nie zmieniała jego wygodnego życia. Z takich obserwacji wniosek może być tylko jeden: biedny ma zawsze przechlapane.

014

Dziki przychodzą codziennie na gościnę, regularnie jakby miały dobrze nastawione zegarki. Wieczorem maszerują sobie wolno, przy wtórze pisków młodych warchlaków, pohukiwań, chrupnięć lub chrumknięć, zmierzając do sobie wiadomego miejsca na żerowanie. Korzonki młodych drzew, zarośli, świeżych traw najbardziej im smakują, dlatego nie ominą żadnej łąki pod lasem, najlepiej podmokłej, zarastającej samosiejkami drzew. Jeśli po drodze trafi się sad, w którym pod drzewami mogą zakosztować opadających jabłek, gruszek i śliwek, to nie ma dla nich wspanialszej uczty.

Są tak oswojone, nawykłe do widoku ludzi, że wcale się ich nie boją, a gdyby tylko któryś z warchlaków zapiszczał pod nogami nieostrożnego pieszego, to uchowaj nas Boże przed atakiem maciory. Nie pozostaje nic innego jak tylko ucieczka na drzewo, bo ścigać się z rozwścieczoną maciorą nikomu bym nie życzył. Można natomiast rzucać im kawałki chleba, ba, można nawet odważyć się na podanie dzikowi chleba prosto z ręki, tak są one zazwyczaj łagodne, kulturalne, dobrze wychowane, wręcz światowe.

Wieczorem maszerują w jedną stronę, a wczesnym rankiem wracają tą samą trasą. Wiedzą, pamiętają gdzie wyrzuca się zepsute owoce lub ziemniaki, resztki z kuchni, zwłaszcza przy dużych kuchniach, na przykład wojskowych, gdzie znajdują się dziury w ogrodzeniu. Znają też doskonale ludzkie zwyczaje. Wiedzą, może czują to wrażliwym nosem, doskonałym węchem, że wystarczy przewrócić kosze na śmieci i pojemniki, aby wygrzebać sobie coś do jedzenia, chociażby obierki od ziemniaków, ale często również chleb, nawet kanapki z szynką. Najstarszy z dzików, wielki samiec z nieco już siwiejąca szczeciną na grzbiecie, trzyma mapę w pogotowiu. Na mapie zaznaczył wszystkie śmietniki w okolicy. Zwłaszcza te osiedlowe, gdzie w jednym miejscu gromadzi się odpadki od wielu okolicznych rodzin. Po zmierzchu mieszkańcy osiedla muszą niezwykle uważać w drodze do śmietnika. Zdarzało się już, że szacowny ojciec rodziny rzucał wiaderko ze śmieciami na środek trawnika i uciekał czym prędzej za bezpieczną barierę i tarczę obronną drzwi do klatki schodowej.

W czasie nocnego dyżuru wściekam się na te niesforne dziki. Każdej nocy wywracają kosze na śmieci i rozsypują wszystko co w nich znajdą. Potem rano muszę po nich sprzątać. Dzisiaj postanowiłem dla odmiany wykorzystać nocną wizytę do zrobienia unikalnych fotografii. Skradałem się do stada dzików z aparatem gotowym do strzału. Przed oczami zwierząt chroniły mnie krzewy. Zbliżałem się powoli, starając się nie hałasować, ostrożnie stawiając stopy, aby nagły trzask łamanej gałązki nie spłoszył dzików. Zbliżałem się do stada pod wiatr, więc miałem nadzieję, że nie poczują mojego zapachu. Noc była bezksiężycowa, albo pochmurna. Ciemność była gęsta, ciężka, lepka i gorąca. Przyjemny, chłodny wietrzyk poszedł sobie gdzieś na spacer i wciąż nie wracał. Gorący wiatr wiał mi w twarz pachnąc mokrym drewnem włożonym dopiero co do pieca w domu latarników.

Wychyliłem się zza krzaka. Jeden metr ode mnie stał wielki dzik. Miał chyba z metr albo nawet półtora metra wysokości. Ważył pewnie z pół tony. Gdyby się po mnie przespacerował, to z całą pewnością nie byłoby już czego zbierać. Może zostałyby w całości buty, choć to też nie było pewne. Gdyby tak nagle machnął łbem na boki, gdyby tak świsnął nagle kłami, u dzika nazywa się je szablami, jakby w przestrodze danej nieostrożnym turystom lekceważącym niebezpieczeństwo, to pewnie by mnie rozpruł na wylot, rozdzielił na kilka kawałków, obrał ze skóry, może nawet obrał z kości. Nie zabrakło mi jednak odwagi. Odważnie, wręcz brawurowo nacisnąłem na spust aparatu. Lampa błysnęła. Na jedną setną sekundy zrobiło się widno. Kolorowe papierki obok przewróconego śmietnika odbijały światło błysku. Dzik grzebał w śmieciach spokojnie dalej. Drugi błysk. Serce zamarło mi w piersi. Dzik nic. Dzik tym czasem nic. Dzik sobie spokojnie nadal rozgarynał papierki. Trzeci błysk. Zaszeleściły krzaki. Pękły jakieś patyki pod kopytami. Potem znowu było cicho. Rozejrzałem się. W ciemności niewiele było widać. Przez chwilę nasłuchiwałem. Nic. Potem księżyc wyszedł zza chmury. Dzika nigdzie nie było. Znikł.

Oddałem film do zakładu fotograficznego. Z niecierpliwością czekałem do umówionego terminu. Te zdjęcia będą rewelacyjne, myślałem. Te zdjęcia muszą być rewelacyjne. Takich fotografii będą mi zazdrościć najlepsi mistrzowie świata. Sam król Horowitz nie powstydził by się takich obrazów. No właśnie, obrazów. To będą prawdziwe dzieła sztuki, arcydzieła, dzieła najwyższej jakości, najwyższej klasy. Zrobię na tym majątek. Jak na skrzydłach pofrunąłem do zakładu fotograficznego. Odebrałem zdjęcia. Byłem szczęśliwy. Nareszcie. Teraz spełnią się wszystkie moje marzenia. Zapłaciłem. Bez inwestycji nie ma nigdy prawdziwego zysku. Musiałem zainwestować. Sam mógłbym przecież wszystko popsuć. Fachowcy dają gwarancję solidnej roboty, solidnej jakości. Dlatego zapłaciłem. Rozumiałem doskonale, że tak trzeba. Wyszedłem z zakładu fotograficznego na ulicę. Jeszcze nie tu, pomyślałem rezolutnie. Wytrzymam. Pobiegłem szybko, a może nawet jeszcze szybciej do domu. Wtedy rozpakowałem kopertę ze zdjęciami. Są. Doskonale. Przeglądałem niecierpliwie plik fotografii. Nie było.

Co do jasnej, już chciałem brzydko zakląć, ale się powstrzymałem. Muszą być. Jeszcze raz. Przejrzałem zdjęcia dokładnie. Może skleiły się i robią mnie w balona. Trzęsącymi się rękami sprawdzałem każdą kartkę, każdy kawałek sztywnego papieru, każde zdjęcie po kolei. Fotografii z dzikiem nie było. Dostałem szału. Pobiegłem do zakładu fotograficznego. Wrzeszczałem na całe gardło. Wrzeszczałem na całą ulicę. Ten policjant nie potrafił mnie uspokoić, więc nadal wrzeszczałem na cały posterunek. Dali mi coś na uspokojenie. Zasnąłem. To było wczoraj. Rano obudziłem się rześki i wypoczęty. Obudziłem się zupełnie spokojny. Wypuścili mnie bez problemu. Oddali film i zdjęcia. Poszedłem prosto do zakładu fotograficznego. Byłem niewiarygodnie spokojny. Prochy chyba jeszcze działały. Grzecznie poprosiłem panią o zrobienie fotografii z filmu, który jej podałem. Przyjęła zamówienie. Wyznaczyła termin odbioru zdjęć.

015

Udałem się do zakładu fotograficznego. Tam odebrałem zdjęcia. Od razu na miejscu je przejrzałem. Dzika nie było. Zapytałem dlaczego. Udzielono mi wyczerpujących informacji, z których wynikało, że widocznie zdjęcia były nieudane, więc operator maszyny nie wykonał odbitek. No bo i po co, skoro były nieudane. Ponownie zostawiłem film i złożyłem nowe zamówienie. Kazałem zapisać na kopercie, że życzę sobie wykonania wszystkich fotografii, również tych nieudanych. Spokojnie poszedłem do domu.

016

Odebrałem zdjęcia. Były idealnej jakości. Były wykonane nienagannie. Były wręcz wykonane wzorowo, po mistrzowsku. Te kolory, cienie, półcienie, przejścia tonalne, kontrast, nasycenie, wszystko było idealne. Dzika jednak nadal nie było.

017

Po dwóch lub trzech miesiącach spędzonych w szpitalu dla nerwowo chorych wróciłem do domu zupełnie spokojny, opanowany, w dobrym nastroju. Po prostu byłem zdrowy. Trzeba umieć docenić fakt pozostawania zdrowym. To najprawdziwsza łaska, prawdziwy dar, wielki dar. Obejrzałem sobie tamten film pod światło. Uf. Serce mocniej mi zabiło, dłonie się spociły i zaczęły drżeć. Szybko wziąłem tabletki.

018

Ten film nie dawał mi spokoju. Wziąłem lupę. Sprawdziłem w świetle nocnej lampki. Na filmie było wyraźnie widać dzika, przewrócony śmietnik i pełno rozsypanych wkoło śmieci. Wszystko to jednak zajmowało tylko część kadru. Pozostała część klatki filmu była niedoświetlona. Wszystko jasne. To dlatego potraktowali to zdjęcie jako nieudane. Następna klatka wyglądała tak samo. Kolejna również. Trzy wspaniałe dziki patrzyły na mnie z negatywu. Odetchnąłem z ulgą. Są. Najważniejsze, że są. Mam czas, mogę poczekać. Jestem niezwykle cierpliwy. Poczekam sobie spokojnie na koniec leczenia. Ostatnio pan doktor zmniejszył mi dawkę leków uspokajających. Zgodnie z zaleceniem pana doktora wziąłem pastylkę. Byłem zadowolony. Po raz pierwszy ta tabletka smakowała mi jak cukierek.

019

Dostałem skierowanie do sanatorium. Doskonale. Będę mógł sobie odpocząć.

020

Dawno już nie pisałem w tym dzienniku. Chyba znowu zacznę w nim zapisywać swoje myśli i wydarzenia.

021

Sąsiad siedział okrakiem na szczycie dachu. Jego zachowanie wskazywało na to, że intensywnie wygląda czegoś lub kogoś z zachodu. Biorąc pod uwagę, że od zachodu mamy jedyne lądowe połączenie z resztą kraju, to nie byłoby nic dziwnego w tym, że właśnie w tą stronę sąsiad skierował swój wzrok. Dlaczego jednak aż ze szczytu dachu? No tak, to przecież proste i aż nazbyt oczywiste. Chciał widzieć jak najdalej, najwcześniej zauważyć, pierwszy wiedzieć, jako pierwszy być gotowy, przygotować się na czas. Na wszelki wypadek wolał wiedzieć wcześniej, najwcześniej, przedwcześnie, za wcześnie. Czekał na coś, co z całą pewnością miało lada moment nastąpić.

Sąsiad! Na co tak wyglądasz? — Krzyknąłem do niego bez nadziei na rzetelną i zgodną z prawdą odpowiedź. Już raczej spodziewałem się pyskówki.

Na letników. — Odpowiedział sąsiad będący najwyraźniej w dobrym nastroju. Na letników — myślałem — trochę za wcześnie, bo jest dopiero początek roku. Chyba, że mają do niego przyjechać letnicy w zimie, czyli raczej zimnicy, zimniacy, zimowi goście, goście nie w porę, to znaczy nie w porę letników, dla letników dogodną. No, może niektórzy lubią zimę i właśnie tacy mają do niego przyjechać. Była jeszcze możliwość, że mnie robi w balona.

Sąsiad — krzyknąłem ponownie — uważaj na dachówki, bo są wylatane. Sąsiad najwyraźniej się zdenerwował. Zaczął nieostrożnie wiercić się, przechylać, przesuwać nogi w poszukiwaniu poluzowanych dachówek.

Nie trzeba było długo czekać na efekt. Zahaczył butem jedną z dachówek, która natychmiast zaczęła się osuwać w dół. Sąsiad zawył jak syrena okrętowa usiłując złapać feralną dachówkę. Niestety, wychylił się zbyt daleko i w jednej chwili to on zesuwał się po dachu w kierunku krawędzi. Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Jemu pewnie też. Jemu pewnie dlatego, że dachówka jednak zjechała. Zjechała z dachu, po czym została wyrzucona kilka metrów w bok. Rynna zadziałała tu jak skocznia narciarska. Oglądałem skoki Adama, więc wiem, że wszystko zależy od wybicia się na progu. Na całe szczęście dachówka nie wybiła się prawidłowo, zatoczyła łuk w powietrzu, przeleciała nieopodal mojego płotu (aż mi dech zaparło!), poszybowała nieomalże rykoszetem (gdyby trafiła w mój płot, to wtedy byłby to klasyczny rykoszet) i trafiła w doniczkę z kwiatami. Serce waliło mi jak Dzwon Zygmunta. Guzik od kieszonki na piersi urwał się, upadł na ziemię obok moich butów, nitka w szwie koszuli puściła nagle, wysunęła się ze ściegu, szew rozchylił się na długości około dwunastu centymetrów ukazując pod spodem biel podkoszulka, a dzwon nadal walił gromem w moje płuca z jednej strony, z drugiej bijąc raz za razem w żebra. Udało mi się opanować ból cierpienia psychicznego, uspokoić oddech, połknąć nadmiar śliny, zatuszować drżenie rąk i spojrzeć znowu na doniczkę z kwiatami. Na całe szczęście była właśnie zima, więc doniczka była pozbawiona kwiatów. Dachówka wbiła się w piasek i sterczała z doniczki, storczyk ceglasty, z odrobiną domieszki czerwieni i brązu.

Sąsiad — krzyknąłem — spokojnie, dachówka jest cała, nie zbiła się. Wtedy właśnie spojrzałem znowu na sąsiada. Zwisał z dachu na wysokości drugiego piętra, majtał nogami szorując butami po ścianie. Trzymał się rynny. Miałeś szczęście, — powiedziałem — że w zeszłym roku założyłeś nowe rynny. Inaczej byś już tak nie wisiał. Przestał się odzywać. Nie wiem czy przestał, bo nie pamiętam kiedy się ostatnio odzywał. Zanadto byłem podekscytowany. W każdym razie nie odzywał się. Prawdopodobnie żył jeszcze, gdyż inaczej spadłby na ziemię. Zaraz, zaraz, co tam leży przy ścianie? Deski. Właściwie dechy. Takie grube, a wystają z nich taakie gwoździe. Cała masa wielkich gwoździ sterczy na wszystkie strony ze sterty desek. Ze sterty desek leżących tam na dole. Tam gdzie zaraz sąsiad spadnie.

Będzie leciał bardzo wolno, jak liść spadający z drzewa w bezwietrznej pogodzie. Na samym początku zdrętwieją mu palce. Przestanie czuć, przestanie wiedzieć, przestanie mieć jakiekolwiek pojęcie o tym czy jeszcze się trzyma rynny, czy już leci. Potem dopiero zauważy, że leci. Kiedy zauważy że leci, będzie już nieodwołalnie za późno na wołanie o ratunek. O ile żaden ratunek nie przyjdzie wcześniej, to już nie przyjdzie wcale. Sąsiad spadając z dachu nie będzie jednak potrafił logicznie myśleć, więc spadając będzie wydzierał się wniebogłosy. Będą go słyszeli wszyscy mieszkańcy w okolicy, no, powiedzmy w promieniu dwustu metrów. Ci, którzy mieszkają dalej nie usłyszą wołania o ratunek z powodu pozamykanych szczelnie okien. Był przecież dopiero początek roku, styczeń, zima w całej pełni. Ludzie płacili grube pliki pieniędzy za opał, więc nie chcieli marnować ciepła wypuszczając je z mieszkań przez otwarte okna.

Przeleci obok okien na drugim piętrze. Wszyscy wiecie co się stało kiedy Mosiek spadał z dachu. W tym przypadku będzie jednak inaczej. Pokoje na drugim piętrze były niezamieszkałe. Pokoje te były przeznaczone na wynajem, a wynajmujących je wczasowiczów jeszcze nie było. Inaczej sąsiad by wcale na dach nie musiał wchodzić. Tak więc te okna były puste, ciemne, zamknięte na głucho. Żadnej z ich strony pomocy nie należało się spodziewać. Przeleci więc obok, nieopodal, niemalże na wyciągnięcie ręki, tych okien i będzie zmierzał w kierunku okien na pierwszym piętrze.

Cokolwiek by powiedzieć o tych wielkich domach, gmachach z wieloma pokojami, najlepiej z wielką ilością pokoi z łazienkami, to jedno nie ulega wątpliwości. Otóż te wszystkie pokoje nie są wcale przeznaczone dla ich właścicieli. Ten paradoks powstaje we wszystkich rejonach atrakcyjnych turystycznie. Podczas gdy jedni nie mają gdzie mieszkać, inni budują domy, mieszkania, apartamenty, pokoje na wynajem. Jest to zupełnie normalna działalność gospodarcza. Im więcej pokoi tym więcej zadowolonych turystów, wczasowiczów, letników, wycieczkowiczów, pielgrzymkowiczów i innych podróżnych.

Tak więc sąsiad będzie nieubłaganie zbliżać się do okien pierwszego piętra. Niestety, również i te okna były na głucho pozamykane, nie było za nimi żadnej twarzy, żadnej pary rąk, które w krytycznym momencie mogłyby zostać podane sąsiadowi w akcie pomocy. Przeleci obok tych okien w ułamku sekundy. Okna parteru sąsiad zajmował wraz ze swoją rodziną. Nawet jeśli ktoś z bliskich zauważy jego lot za oknem, będzie to już z całą pewnością za późno na jakąkolwiek reakcję. Nie było żadnych szans na pomoc ze strony rodziny sąsiada. Będzie musiał nadziać się na wielkie, długie, ostre, sterczące z desek gwoździe.

O ile nie utrzyma się dłużej. Postanowiłem pomóc sąsiadowi. Tylko co musiałbym zrobić? Przynieść drabinę. Przynieść drabinę i podstawić ją sąsiadowi tak, żeby mógł po niej bezpiecznie zejść na ziemię. Tylko skąd wziąć tak długą drabinę? Sąsiad nie ma, gdyż zawsze pożyczał ode mnie. Ja też już nie mam, od kiedy tamta się złamała sąsiadowi zeszłego roku podczas obcinania gałęzi starej gruszy w ogrodzie. Teraz przynajmniej jest tam o wiele widniej. Biegać po innych sąsiadach i pytać o odpowiednio długą drabinę nie ma czasu. Już lepiej przełożyć deski na inne miejsce, żeby sąsiad spadając nie potłukł się zbyt mocno.

Już lecę! — zawołałem do sąsiada i zamierzałem w pośpiechu przejść przez ogrodzenie. Na szczęście w porę się zreflektowałem. Pośpiech jest złym doradcą. Jeżeli teraz przejdę przez płot, to następnym razem kiedy bachory sąsiada znowu będą skakały po moim ogrodzeniu nie będę mógł się na nich wydzierać, bo powiedzą, że sam im pokazałem. Na wszelki wypadek pobiegłem dookoła. Spróbowałem odrzucić na bok pierwszą z góry deskę. Oj! Mój kręgosłup! Zabolało w krzyżu gwoździami jeszcze większymi niż te znajdujące się w deskach. Nie dam rady, trzeba innej rady. Pobiegłem szybko do siebie (znowu dookoła płotu, by nie dać sąsiadom satysfakcji). Postanowiłem znaleźć młotek i pozakrzywiać gwoździe w deskach, żeby sąsiad przynajmniej nie nadział się na nie. Na stole warsztatowym jak zwykle bałagan. Ten młotek ostatnio używałem …, no mniejsza o to do czego i kiedy, ale on tu gdzieś powinien być. Szperałem wśród śmieci, które już dawno miałem zamiar wyrzucić, a nawet solennie to obiecywałem żonie z kilka razy w ciągu ostatniego roku. Jest! Był! Znalazłem młotek i popędziłem z nim, by ratować sąsiada przed nadmiernie bolesnym upadkiem.

Błyskawicznie dobiegłem do bramy, sam się sobie dziwiłem, że potrafię jeszcze w kryzysowych sytuacjach wykrzesać z siebie tyle energii. Minąłem łukiem jak bumerang zataczający łuk w powietrzu obie bramy i ruszyłem z kopyta w stronę domu sąsiada, z którego on tak dramatycznie zwisał. Ciekawe jak długo mógłby tak zwisać? Jego małżonka szanowna pewnie nie byłaby zachwycona takim długim, bezceremonialnym zwisem. W szybkim galopie moje buty zostawiały na żwirowej alejce głębokie wgłębienia. Niech sobie sąsiad potem sam pozagrabia swoją alejkę. Kłęby pary buchały mi z nozdrzy, galop przyśpieszył puls, wzrosło ciśnienie krwi, która pulsowała mi rytmicznie w żyłach napinając je i zwiększając ich pojemność, objętość, jak twierdzą lekarze, wielokrotnie. Wielki, wyładowany po brzegi wóz grzązł po osie kół w miękkim żwirze alejki sąsiada. Natężyłem wszystkie siły, kopyta zaryły się głęboko, naprężyłem kark aż grzywa stanęła dęba. Wóz powoli płynął zostawiając za sobą spieniony ślad pośród niebieskozielonych fal. Sąsiad zaczął powoli spadać z dachu po tym jak kawałek, może metr rynny oderwał się i zaczął lecieć w dół. Wybałuszyłem oczy z przerażenia. Sylwetka sąsiada właśnie pogrążała się nieodwołalnie w stercie desek, z których sterczały na wszystkie strony świata, niczym róża wiatrów na mapie mórz i oceanów, wielkie gwoździe z ostrymi, połyskującymi w słońcu ostrzami. Przeraźliwy krzyk zabrzmiał nad oceanem ciszy jak ostrze.

Otworzyłam oczy. Cała drżąca zbudziłam się na podłodze przy swoim łóżku. Mąż chrapał sobie w najlepsze. Pewnie właśnie dlatego się obudziłam. Że tez on musi chrapać akurat w środku nocy. Jak ja teraz zasnę, pomyślałam rozdrażniona. Żeby znowu zasnąć najchętniej włączyłabym sobie ulubioną bajkę na wideo, ale gdyby wtedy on się obudził, to byłaby granda. Nie chciałam grandy, nie chciałam budzić dzieci, więc leżałam na łóżku usiłując zasnąć. Prześcieradło było potargane i uwierało mnie pod łopatką. Żeby je poprawić musiałabym obudzić tego chrapiącego osła. No może i nie jest osłem, ale do ogiera to mu wiele brakuje. Otworzyłem oczy. Cały drżący zbudziłem się na podłodze przy swoim łóżku.

022

Ukończyłem wreszcie malowanie „Zachodu słońca we śnie”. Ten zachód był naprawdę ładny. I niespotykany. Tajemniczy. Irracjonalny, a równocześnie prawie rzeczywisty. Chmury przybrały pomarańczowy kolor. Całe niebo przystrojone pomarańczami. Nie były to jednak gnijące odpady wyrzucane przez aniołów. Lśniące skórki delikatnie uginały się pod stopami, mogłem więc bezszelestnie podejść na wyciągnięcie ręki, na jeden zaledwie rzut okiem. Promienie przyjemnie rozczesały mi włosy i gładziły po twarzy. Jak dziecko tulące się do ojca lub matki. Rozgrzana tarcza dotknęła tafli morza. Rozległ się przeraźliwy jęk syku uciekającego powietrza. Balon zaczął się kurczyć, ujawniając jednocześnie coraz więcej zmarszczek. Głębokie bruzdy pokrywały całe pole. Pomarańcze wpadły do wody. Czarny płaszcz okrył już pnie drzewek. Jedynie gałęzie jeszcze łykały ostatnie chałsty powietrza. Pojawiły się na nich pierwsze sople lodu. Ptaki wzbiły się w niebo, uformowały klucz, po czym odleciały. Musiałem już wracać. Przypłynąłem do brzegu na pierwszej krze. Następne maszerowały już równymi szeregami. Dowodził nimi biały niedźwiedź. Stał wyprostowany i patrzył w zbliżającą się wciąż dal. Tam, w dali, ja biegłem co tchu, brnąłem przez zaspy puszystego piasku. Na szczęście dom był coraz bliżej. W oknach paliło się już światło. Dopadłem drzwi. Niedźwiedź właśnie gramolił się na wydmy.

023

Styczeń to początek roku. Początek nadziei na lepszy rok, która z upływem czasu blednie, traci kolory, aż po upływie dwunastu miesięcy zakwita ponownie. Więc mamy tu bardzo poważny paradoks: kwitnienie w styczniu, właściwie zakwitanie lub rozkwitanie, bez względu na pogodę, bez względu na to czy jest mróz i pada śnieg, czy świeci słońce. Ta wiosna rozpoczyna się z początkiem roku wraz z wydłużaniem się dni, skracaniem nocy, a trwa aż do końca wiosny kalendarzowej, czasami nawet do końca lata. Zazwyczaj jednak wraz z powolnym skracaniem się dni, wraz z obniżaniem się słońca, zaczyna się już jesień, gdyż tracimy ową nadzieję, tracimy wiarę w cudowną odmianę naszego życia. Aż do następnego stycznia. Pesymista mógłby powiedzieć, że styczeń jest już właściwie początkiem rozczarowań, lecz nie będę tu brał przykładu z pesymistów.

Nowy Rok. Nowy Rok tego roku przypadał we środę. Po odespaniu zarwanej nocy, spędzonej na żegnaniu starego roku, można było z radością rozpoczynać kolejny rok. Początek jest zawsze radosny i niosący nadzieję. O to aby nadzieje się spełniły, żeby radość okazała się uzasadnioną, trzeba było pójść do kościoła i poprosić stwórcę podczas mszy świętej. Te najgorętsze prośby zawsze się spełniają, ale tylko On jeden potrafi ocenić czy są szczere i godne wysłuchania. Prosić można modlitwą, milczeniem, adoracją, śpiewem.

Pieśń. Pieśń rozbrzmiewała, nabrzmiewała, rosła, rozlewała się po kościele, po ławkach, siedzących ludziach. Fale dźwięku kołysząc się oblewały głowy i uszy słuchających, zawijały się we włosach, by zaraz potem popłynąć w górę pod sufit, ale już nie ma sufitu, więc muzyka może swobodnie sobie płynąć aż do chmur, nielicznych na szczęście, gdyż słońce miało wyraźną, by nie powiedzieć błędnie: liczebną, przewagę. Gdy tylko sufit kościoła przestał istnieć, zaraz i ściany doszły do wniosku, że ich rola się skończyła, bo nieba przecież nie trzeba podtrzymywać. Wtedy dopiero pieśń śpiewana przez wszystkich mogła odetchnąć pełną piersią, zabrzmieć pełną parą, rozpłynąć się dookoła wśród łąk, traw, krzewów i drzewek brzozowych, zebrać się w sobie by wielką falą chlupnąć aż do nieba, by później jak deszcz letni opadać na głowy zgromadzonych w kościele ludzi.

Wśród fal, kwiatów powodzi rozlewały się słowa spływając po sześciu stopniach i wdzierając się pomiędzy morze głów aż do filarów, czterech herosów, czterech autorów czterech ksiąg. Dalej płynęły, nie wiadomo czy to w górę, czy do dołu, bo choćby patrzeć nie wiadomo jak długo, to woda w oknach wciąż płynęła, bez końca i bez początku. Czterej Ewangeliści połączeni zostali pismami jak owe filary sklepieniem. W ten sposób budowla świątyni wyrażała inną budowlę. Tak jak z fali wyszło życie, na lądzie stopę postawiło, tak i tu fala niosła słowa życia.

Przez morze fala idzie za falą. W świątyni artysta dwie fale ustawił obok siebie, nie licząc innych gdzieś z boku. Jedna z nich huczy, nawet grzmi czasem echem burzy dalekiej, a druga, większa, głębsza, silniejsza, dźwiga na sobie białe żagle łodzi, w której ciało wystawione na widok sakramentem się staje najświętszym. Obok łodzi trzy świece, trzy światła. Nieopodal, pomiędzy dnem posadzki a powierzchnią, na biało czerwonym postumencie, na bieli słowa, bieli żagla, bieli ciała, na czerwieni krwi, czerwieni serca, czerwieni miłości, ryba posadowiona. Ryba jako pokarm, jako życie, pyskiem do góry zwrócona, spragniona tlenu, powietrza, spragniona wiary, trzyma w pysku symbol tejże wiary, krzyż z ukrzyżowanym na nim człowiekiem, Bogiem. Wśród tych fal spienionych, wśród tych kwiatów, jeszcze jedno światło samotne, latarnia wskazująca drogę, latarnia wołająca: Przyjdź.

Kościół był nowy, niedawno budowany, właściwie wciąż jeszcze w budowie, więc miał tylko jeden, główny ołtarz. Boczne ołtarze były dopiero w fazie powstawania koncepcji ich zagospodarowania. Lewy miał być, stawał się, pod wezwaniem Aniołów Stróżów. Anioł, a może anielica, opiekował się, albo opiekowała się dziewczynką grającą na skrzypcach. Pod obrazem, przed nim, na skrzypcach grała dziewczynka, która przyjechała tu wraz z chórem dającym koncert w świątyni. Dziewczynka grająca na skrzypcach, a niżej dziewczynka grająca na skrzypcach. Albo dziewczynka grająca na skrzypcach, a wyżej dziewczynka grająca na skrzypcach. Nad nimi obiema opiekę roztoczył, opiekuńcze skrzydła rozwinął anioł, a dziewczynki spokojnie dalej grały na skrzypcach. Ludzie patrzyli i słuchali. Nie wiadomo dokładnie czy patrzyli na dziewczynkę grającą na skrzypcach, czy na anioła, lub też na dziewczynkę ze skrzypcami, która właśnie skończyła grać i ukłoniła się kurtuazyjnie.

Anioł z zadowoleniem patrzyła na dziewczynkę. Lubiła słuchać jej gry. Czasami dawała jej znaki, udzielała wskazówek, podpowiadała jak ma trzymać smyczek, jak zaciskać palce, by mimo wysiłku nie bolały. Czasami lekkim oddechem rozdmuchiwała dziewczynce włosy na czole aby układały się w płynne, faliste, melodyjne kaskady. Rozumiały się doskonale. Dziewczynka była jej ulubienicą. Znając się doskonale na ziemskiej modzie, a równocześnie wiedząc co wypada, a czego nie, podpowiadała jej podczas projektowania stosownych kreacji. Rozumiały się bez słów.

Publiczność biła brawa. Wierni bili brawa. Ludzie zaczęli bić brawa. Jedna z nich nadal się kłaniała. Jedna z dziewczynek. Druga grała niewzruszenie dalej. Anioł miał minę zatroskaną, chociaż równocześnie zadowoloną. Pod obrazem ustawiona została chrzcielnica, wyrzeźbiona w drewnie misa muszli, którą można otwierać i zamykać, wsparta na trzech nogach, falach morskich, dopełniających morski wystrój kościoła, pomiędzy którymi wyginały się w pałąk trzy ryby, a jedna z fal odbijając się od muszli chlupnęła do góry aby dać wsparcie zmęczonym łapkom gołębicy, co z rozpostartymi skrzydłami zawisła nad chrzcielnicą i czuwała.

Na prawo od ołtarza umieszczono figurę słynącej cudami Matki Boskiej Swarzewskiej, Królowej polskiego morza i rybaków. Zawsze w lipcu ze wszystkich nadmorskich parafii, zwłaszcza z półwyspu, śpieszyły do tej Pani pielgrzymki wiernego ludu. Ludzie wędrowali od parafii do parafii, nieśli feletrony i chorągwie. W każdej miejscowości odbywała się ceremonia powitania. Zgrabne dziewczęta zgrabnie pochylały swoje ciała kołysząc sukienkami. Pochylały w cztery strony świata feletronami jakby dla podkreślenia, że z czterech stron świata schodzą się w jedno miejsce pielgrzymi, że z różnych stron pielgrzymują do tej jednej Pani. Białe sukienki podkreślały ich czystość. Białe sukienki podkreślały ich niewinność. To wędrowanie dzieje się jednak w innym miesiącu.

024

Marzec jest bardzo ładnym miesiącem, jednym z moich ulubionych, a może nawet jest najważniejszym miesiącem mojego życia. Właśnie w tym miesiącu przyszedłem na świat. Nie będę tego pięknego wydarzenia opisywał, gdyż wybiega ono zbyt daleko poza ramy czasowe niniejszego utworu, chociaż pamiętam wszystko doskonale, czemu dziwią się zazwyczaj i nie dowierzają, traktując moje opowieści jako wyraz dobrego humoru, wszyscy znajomi, krewni, pracownicy, koledzy, koleżanki, dawni nauczyciele, dawni pracodawcy, a nawet tak łatwowierny zazwyczaj psychiatra, który wierzy we wszystko co mówię, z tym jednym wszakże wyjątkiem. Zresztą on jest do przesady aż naiwny. Czasami dla żartu opowiadam zmyślony na poczekaniu sen. Pan doktor wysłuchuje wszystkiego uważnie, cierpliwie, od czasu do czasu prosząc o dodatkowe wyjaśnienia, potem długo, długo pisze w swoim notatniku, a następnie jeszcze dłużej wyjaśnia mi sen moim aktualnym, oczywiście domniemanym, stanem emocjonalnym, wpływem podświadomości, w której dają znać o sobie jakieś zamierzchłe wydarzenia z dzieciństwa, lub ewentualnie nadmiernym pobudzeniem seksualnym. Chwilami mam ochotę zakomunikować mu, że jestem oziębły i niewydolny, ale wtedy pewnie spokojnie by mi wyjaśnił, że to właśnie jest powodem kompleksów, które niechybnie by wykrył, a co za tym idzie i moich snów. W ten sposób wrócilibyśmy do punktu wyjścia. Wolałem więc upewniać go w mniemaniu o postępach w terapii.

Naturalnie, mogłabym również przyznać się panu doktorowi, że jestem kobietą. Trudno jednak przewidzieć jak on by zareagował na taką wiadomość. Ma z tym jakiś problem. To znaczy z kobietami. Zauważyłam to już dawno. Wszyscy jego pacjenci to faceci. Początkowo myślałam, że po prostu facetom częściej odbija. Potem jednak ustaliłam, że on wszystkie pacjentki odsyła do innych psychoanalityków. Nie rozgryzłam go jeszcze do końca. Świetne sformułowanie w tym kontekście. Musze dać sobie więcej czasu.

025

Malowałem nie czekając na wyschnięcie farb. To było bardzo interesujące. Częściowo rozmazane, zmieniające kolor pod wpływem innej farby, powiedziałby ktoś brudne, zanieczyszczone kontury, plamy nie na miejscu, odpowiadały mojej konwencji snu. Sen został moją wielką, niewyobrażalnie wielką pasją, pasją o nieograniczonych, nieokreślonych kształtach. Chyba od czasu pierwszej wizyty u pana doktora.

Nie dbałem o wyrazistość.

Nie dbałem o szczegóły.

Nie dbałem o realizm.

Nie dbałem o kolorystykę.

Nie dbałem o kompozycję.

Nie dbałem o proporcje.

Nie dbałem o nic.

Po prostu malowałem.

Rezultaty przeszły najśmielsze moje oczekiwania.

Byłem zachwycony.

Byłem wniebowzięty.

Byłam aniołem.

Byłem geniuszem.

Byłem artystą.

Nazwałem go „Sen”.

026

Kwiecień. Dla mnie jest on miesiącem intensywnej zieleni, wiosny, wyraźnie już dłuższych dni, Wielkanocy, ocieplenia, chociaż często ocieplenie wiąże się z nieustannymi deszczami, a tak właśnie jest w kwietniu, przeplatania jak w przysłowiu, tkania wydarzeń z nitek czasu, malowania coraz bardziej kolorowych pejzaży, mieszania barw, rosnących emocji, wzbierających uczuć, mieszania upałów z chłodami, słońca ze śniegiem, a także z dowcipami pierwszokwietniowymi, oblewania wodą, czyli krótko mówiąc jest to miesiąc przygotowujący nas do nadejścia maja. Kwiecień był zawsze wcześniej. Kwietniowa pogoda jest tak przyjemnie wilgotna. Od tej wilgoci wygładza mi się skóra, znikają zmarszczki i cienie pod oczami.

027

Przypomniały mi się lata szkolne. W internacie zawsze wyszukiwaliśmy sobie jakieś rozrywki. Pewnego razu uśpili mnie. Tak to określaliśmy. Miałem poskręcane sny, może wizje, raczej nieczytelne. Potem obudziłem się. Raczej doszedłem do siebie po utracie świadomości. Koledzy opowiadali mi swoje wrażenia. Przekrzykiwali się nawzajem, a ja siedziałem na podłodze słuchając ich ze zdziwieniem. Powoli wstałem. Czułem się zmęczony. Coś we mnie dygotało. Coś rozpaczliwie domagało się wyrażenia. Nie wiedziałem jeszcze co to jest. Musiałem im opowiedzieć co czułem. Czułem potrzebę opowiedzenia im co czułem. Mówiłem coś o snach lub wizjach. Dygotanie się nasiliło. Było coraz bardziej natarczywe. Było coraz bardziej odczuwalne. Było coraz bliżej. Było coraz bardziej cielesne. Wreszcie. Nie potrafię opisać tego zdumienia. Znowu się obudziłem. Znowu doszedłem do siebie po utracie świadomości. Obudziłem się po raz drugi. Do dzisiaj nie wiem czy obudziłem się ostatecznie i nieodwołalnie. Zdałem sobie sprawę z tego, że tamten raz nastąpił we śnie, że nie odbył się naprawdę. W podświadomości? Czy teraz obudziłem się, czy tylko mi się to wydaje?

Krzywe zwierciadło. Tak właśnie. Niczym w lustrze odbiło się wszystko i powtórzyło po raz drugi. Znowu wysłuchiwałem ich relacji. Znowu musiałem opowiadać o swoich wrażeniach. Potem uświadomiłem sobie czym było to pulsowanie. To był krzyk. To było wołanie o ratunek, o tlen. Mogło się to skończyć tragicznie. Nigdy więcej bym tego nie zrobił. Więcej bym nie ryzykował. Ta świadomość przychodziła powoli, jakby z rozmysłem, specjalnie. Jakaś część mnie miała mi coś ważnego do przekazania. Wielokrotnie potem patrzyłem na ten sam pokój, te same meble. To był najprawdziwszy sen o śnie i zarazem sen o życiu. To stało się trzecim z kolei przebudzeniem. Oby nigdy więcej.

028

Święta spędziłem w domu. Domowa atmosfera jest bardzo ważnym elementem świąt bez której nie byłyby one już takie same. Nie można spędzać świąt w hotelu, nie można ich spędzać w transkontynentalnym ekspresie, nawet jeśli ma wagon restauracyjny, bufet, wagon telewizyjny i inne wygody. Nie powinno się też spędzać Wielkanocy na pokładzie statku, pod warunkiem, że się nie jest pracownikiem armatora, czyli marynarzem. Nawet transatlantyk z salami balowymi, basenami kąpielowymi oraz wieloma jeszcze innymi wygodami, i tak niedostępnymi dla zwykłego człowieka, więc nie ma czego żałować, nie jest i nigdy nie będzie domem rodzinnym z tą wyjątkową atmosferą, z niepowtarzalnymi wspomnieniami, które z nim właśnie się wiązały, które w nim się toczyły, zaczęły, a niektóre skończyły.

029

Właśnie w kwietniu poznałem Agnieszkę. Przygotowywałem się do wyjazdu za granicę, więc często odwiedzałem wszelkiego rodzaju urzędy. Ach ta biurokracja. Wszędzie pełno drzwi, biur, a biurek jeszcze więcej. Biurka stylowe, masywne, dębowe, wielkie, ogromne, porażające swoją wielkością, swoim dostojeństwem, zginające swoim ciężarem grzbiety petenta, niemal nosem w dywanie można ugrzęznąć. Jak w takich warunkach spokojnie i rzeczowo wyjaśniać problem, z którym człowiek ośmielił się wtargnąć do tego przybytku powagi. Na takie okazje byłem jednak dobrze przygotowany. Wyjmowałem z walizki grabie na krótkim trzonku, aby uczesać ładnie urzędowy dywan w przedziałek. Przedziałek ten powstawał dokładnie w miejscu, w którym stałem pochylony grzecznie, co ratowało mnie przed uduszeniem. Nie jest wszak łatwo oddychać z nosem uwięzionym w poplątanych zwojach wełny. Następnie rozkładałem podręczny peryskop, by móc zobaczyć twarz rozmówcy. Zazwyczaj była to twarz nadzwyczaj wykrzywiona grymasem przerażenia. Potem montowałem instalację nagłaśniającą. Składała się ona z rury od odkurzacza oraz staromodnej tuby gramofonowej. Teraz będąc pewnym, że rozmówca mnie usłyszy, mogłem spokojnie wyłuszczyć sprawę.

Moim rozmówcom zazwyczaj łupież łuszczył się z głowy wraz z włosami, więc zanim kończyłem uniżonym tonem swoją przemowę, oni potrzebowali natychmiastowej pomocy dermatologicznej. Odsyłano mnie do zastępców, kierowników, ich zastępców i ich zastępców. Tam panowały już zupełnie inne warunki. Tysiące zwykłych, pospolitych, obskurnych, podrapanych biurek masowej produkcji z płyt wiórowych. Widać to było od razu, od samego wejścia, nawet jeszcze przed wejściem zza zamkniętych drzwi, gdyż korytarze zasłane były roznoszonymi przez petentów wiórami. Dywany też już nie bywały tam tak uciążliwie wygodne. Zastępowały je zwykłe wykładziny podłogowe, które nie nadawały się w żadnym razie do spania na nich. No i słusznie, wszak biura nie służą do spania. Do takiej ewentualności również byłem zawsze przygotowany. Wyjmowałem z podręcznej walizeczki waciak, wzmocniony dodatkowymi warstwami waty, aby nie poobijać sobie żeber o kanty biurek podczas przedzierania się pomiędzy nimi do tego jedynego biurka. To jedyne biurko było zawsze w najdalszym rogu pokoju, mierząc od drzwi wejściowych.

Podczas przeciskania się na wyznaczone pozycje rozdawałem wszystkim ulotki propagandowe, czyli czekoladki i ciasteczka, posyłałem wszystkim paniom miłe uśmiechy, nawet tym nadąsanym, co to warczą zamiast mówić, nawet tym ślicznotkom, które wyglądały ciekawie zza lusterka. Większość z nich szczebiotała radośnie o miłym gościu przynoszącym ciastka do właśnie pitej kawy. Natychmiast ustawiała się długa kolejka do jedynego w pomieszczeniu czajnika elektrycznego. Te które zdążyły już wypić kawę, szybko parzyły sobie następną. Te które właśnie piły, wypijały ją kilkoma wielkimi łykami, bo właśnie nadarzała się okazja do zaparzenia świeżej kawy. Te które dopiero co zaparzyły sobie kawę parzyły sobie wargi i gardła, a być może również żołądki, by zdążyć do czajnika jeszcze w tej kolejce. Wszystkie po równo składały się na kawę, więc wszystkie musiały wypić tyle samo kaw. Niech by tylko któraś lafirynda spróbowała oszukiwać. Kolejność parzenia była z góry ustalona, a lista wisiała na ścianie tuż nad czajnikiem.

Pani zza biurka, do którego udało mi się wreszcie dotrzeć, wstawała właśnie z pustą szklanką w dłoni. Był to ulubiony przeze mnie moment. Dramatyczna chwila godna najlepszego reżysera. Ten błysk gniewu w jej oczach. Czyżbym ja przyszedł właśnie do niej? Czy musiałem tu przyjść właśnie wtedy gdy jest jej kolej parzenia!!! Jedynym ratunkiem była wtedy moja nieodzowna walizeczka. Półkilogramowa paczka kawy rozwiewała natychmiast jej wątpliwości. Mój łobuzerski uśmieszek i niby to potajemne wręczenie natychmiast zawiązywało pomiędzy nami nierozerwalne więzy porozumienia biurkowego. Z gestem wyższości nad przyziemnymi zwyczajami panującymi w biurkolandii, wyartykułowanym przez rozkoszne potrząśnięcie śliczną główką i odgarnięcie kosmyka włosów z czoła, pani siadała spokojnie na swoim krześle, od niechcenia pytając o powód mojej wizyty.

Teraz mogłem już odetchnąć spokojnie. Wywołanie zainteresowania swoją sprawą u urzędnika to już połowa sukcesu. Gdy już wyłuszczyłem całą sprawę, omal nie tracąc resztek owłosienia na łysinie, dowiadywałem się, iż kompetentnym w tej sprawie jest inny urząd, ale, oczywiście, tam pracują bardzo miłe panie, a pani będzie tak miła i przedzwoni do tych bardzo miłych pań, więc mogę być dobrej myśli. Bardzo dobre i bardzo miłe referencje miałem już załatwione, ale sprawa nadal stała w miejscu. Ruszyłem na podbój następnego biura. Po kilku falstartach udało mi się dotrzeć na właściwe miejsce. Tym czasem mój przyjaciel z lat szkolnych radził mi zająć się handlem artykułami spożywczymi. Tylko na samej kawie, — argumentował — którą ode mnie kupiłeś, zarobiłem na nowy samochód. Ja jednak uparcie brnąłem do wyznaczonego sobie celu.

Gdy już znalazłem właściwą biurkolandię, rozpoczęła się pielgrzymka od biurka do biurka. Tutaj podpis, tam pieczątka. Tutaj kwestionariusze, tam podanie. Tutaj zgoda, tam zatwierdzenie. Tu opinia, tam zaświadczenie. Stary przyjaciel z lat szkolnych kupił samochód swojemu synowi. Potem jeszcze potwierdzenie, poświadczenie, anulowanie, ustosunkowanie, zastosowanie i oświadczenie. Stary przyjaciel z lat szkolnych kupił samochód swojej córce. Gdzieś tam jeszcze kilka pieczątek, kilka podpisów, znaczków skarbowych, duplikatów czy odpisów. Stary przyjaciel z lat szkolnych córce zbudował domek. Taki nieduży, jednorodzinny, z pokojami dla służby i garażami.

Ostateczna decyzja zależała od celu podróży, a raczej od wrażenia jakie wywarłem na decydencie. Musiałem mu długo, bardzo długo tłumaczyć, że nie jadę tam w celach politycznych ani propagandowych, lecz tylko w interesie naszych dzieci, które niecierpliwie czekają na zabawki, a jak pan wie, tamte zabawki są szczególnie popularne wśród dzieciaków, więc może mi pan śmiało uwierzyć, iż moja podróż tam leży w dobrze rozumianym narodowym interesie. Jeżeli ma pan dzieci lub wnuki to proszę ich zapytać o zdanie. Mogę poczekać na pańską decyzję zupełnie spokojnie, gdyż wiem jak bardzo ten wyjazd jest ważny dla wielu rodzin w naszym kraju. Interes społeczny, narodowy, a nawet polityczny wymaga wręcz rozwijania handlu międzynarodowego, nie wspomnę już tu o wymogach ekonomicznych, chociaż i one odgrywają tu wielką rolę, zważywszy że zbyt długie oczekiwanie na zgodę wpłynie z całą pewnością na cenę przywiezionych przeze mnie zabawek, co niestety odbije się negatywnie na ich dostępności dla wielu budżetów domowych. No, ale działanie inflacji nie jest uzależnione od nas, co zrozumiałe, ach, jak mi miło, że pan raczył podpisać. Bardzo dziękuję i proszę pozdrowić dzieci.

Kiedy już miałem zgodę w ręku, znowu zaczęły się wędrówki po biurach i biurkach w poszukiwaniu odpowiednich pieczątek. Było ich bardzo dużo. Wszystkie były niezbędnie konieczne. Wszystkie były bardzo ważne lub najważniejsze. Na szczęście uzyskanie ich było już teraz tylko formalnością. Taka jest właśnie biurokracja. Podczas tego dreptania wielokrotnie miałem przyjemność pukać do drzwi jednego z biur. Pracowała tam Agnieszka. Zawsze była dla mnie bardzo miła. Zawsze była kompetentna. Nawet jeżeli odsyłała mnie do innego biurka, robiła to z wdziękiem i gracją. Kiedykolwiek przychodziłem, zawsze była uśmiechnięta. Nawet podczas kłótni z koleżanką.

030

Wreszcie przyszła Wigilia. Cała podłoga została wyścielona sianem. Nad stajnią świeciła lampa, która dobrze oświetlała wnętrze. Można by robić zdjęcia bez błysku, żeby prawidłowa oddać grę światła i cienia, kolor, nastrój, atmosferę wnętrza. Pan Jezus leżał w żłobie, a zwierzęta z ciekawością spoglądały na wchodzących facetów. Byli jakoś dziwnie ubrani, wystrojeni w całą masę szmatek, jakby im krawiec pozszywał płaszcze z części innych ubrań. Zresztą to wszystko było stanowczo zbyt kolorowe, zbyt krzykliwe, zbyt wymyślne. Po co komu takie ubrania na pustyni? No, może tylko muchy nie wciskają się za kołnierz, więc pewnie właśnie o to chodzi. Faceci patrzeli z niedowierzaniem. Sami nie byli pewni, czy to właśnie tu mieli dotrzeć, czy to aby na pewno jest właściwe miejsce. A może pomylili się w obliczeniach kalendarza, albo mapy zawierają jakieś błędy czy niedokładności. Bądź tu człowieku mędrcem i wyrokuj, to znaczy zgaduj, czy dobrze trafiłeś, czy wlazłeś tam gdzie miałeś wleźć. Jakoś nie za bardzo w tej stajni pośród zwierząt nastrój przypominał historyczną chwilę, brzemienny w skutki moment. Wystarczyło by pomylić się choćby o jeden rok, a już by wrogowie mieli ubaw po pachy, zabawy co niemiara, i trzeba by się było pogodzić z utratą autorytetu, może nawet z wieczną hańbą, wygnaniem, upokorzeniem. Kto zresztą wie co nas czeka.

Tacy jacyś biedni ci ludzie, opuszczeni, samotni, upokorzeni, to im nasze dary z całą pewnością się przydadzą. Przydałoby się okadzić koryto, żeby muchy i pchły dziecku spać nie przeszkadzały. Dobrze, że chociaż zwierzęta cicho leżą pod ścianą stajni. Noc przechodzi z wolna nad pustynią, gwiazdy bledną na niebie. Wydawało by się, że wraz ze świtem radość zagości w sercu i pozostanie na długo, chciałoby się na zawsze, a tu już jakieś hałasy dobiegają z wioski, jakieś krzyki, jęki, zawodzenia i zgrzyt miecza, który krew niewinnych przelewa. Trzeba się szybko zbierać, pakować na osła dobytek i uciekać czym prędzej przez kolejne wydmy piasku, coraz dalej. Potem zaczynamy śpiewać.

031

Dzisiaj na latarni była kolęda. Ksiądz wikary potem chwilę z nami porozmawiał. Piliśmy kawę, jedli ciastka, na choince paliły się lampki, a dobra nowina usiadła sobie obok nas na kanapie i uśmiechała się do nas. Całe szczęście, że przed jej wizytą wysprzątaliśmy wszystkie pokoje. Nie musieliśmy się wstydzić. Nie była długo. Musiała wkrótce iść dalej. Rozumieliśmy to doskonale. Przecież taka już jej rola. Dobre nowiny zawsze wpadają na krótko, tylko na chwilę, bo muszą iść wciąż dalej. Ale ta chwila wystarczyła. Potem wikary też musiał iść. Ja umyłem szklanki. Leon pozbierał świeczniki. Wyszliśmy. Jak ona i on. Zrobiło się już ciemno. Po drodze do domu mijałem rozświetlone okna. Za szybami ludzie krzątali się przy codziennych zajęciach. W wielu pokojach widać było jeszcze ten wyjątkowy blask dobrej nowiny, która tam niedawno była. Początkowo ten blask jest wszędzie dobrze widoczny. Z upływem dni blednie jednak coraz bardziej. Po kilku tygodniach już ledwie go widać. Trzeba się uważnie przyjrzeć, poszukać pomiędzy sprzętami. Po miesiącu lub dwóch wszelkie ślady pokryje kurz codziennych spraw. Nawet odkurzanie nic tu nie pomoże.

032

Urzędnicy jak coś wymyślą to nic tylko płakać. Kazali nam wymieniać dowody osobiste. Nam to znaczy obywatelom. Trzeba było pójść do urzędu. A budynek to nowy, niedawno oddany do użytku, jeszcze później ukończony, bo już urzędnicy się wprowadzali, a wykonawca wciąż jeszcze robił poprawki, usuwał usterki, wykańczał różne kąty, kąciki, instalował osprzęt. Tak więc przez cały czas po tym nowym budynku kręcą się ludzie w kombinezonach i nie wiadomo tak do końca czy to obywatel przyszedł do urzędu nie zdążywszy się przebrać, czy to robotnicy nieustannie będący tam na swoim stanowisku pracy. Czasami jedyna różnica pomiędzy jednym a drugim była taka, że mieszkaniec nic nie robił czekając na załatwienie sprawy lub przyjęcie przez urzędnika, a robotnik tylko udawał, że coś robi.

Trzeba więc było pójść do urzędu. Na samą myśl o tym pociły mi się dłonie, a tu trzeba było się odpowiednio ubrać, przedtem umyć, ogolić, uczesać, wypachnić. Wbrew pozorom jest to bardzo ważna sprawa przed udaniem się w odwiedziny do urzędnika. Skoro ma on załatwić dla nas jakąś sprawę, jakąkolwiek, to lepiej by było nie drażnić go smrodem niemytego od tygodnia ciała, niepranych od miesiąca ubrań, nieszczotkowanych od nie wiadomo kiedy zębów. Może niewiele będzie zależało od urzędnika, ale na wszelki wypadek lepiej nie ryzykować złośliwego upchnięcia naszego dokumentu gdzieś na dnie szuflady. Przecież nasz dokument jest zawsze niecierpiący zwłoki, składany zawsze w ostatnim terminie, a czasem nawet po terminie, zawsze, ale to zawsze bardzo ważny.

Trzeba więc było pójść do urzędu. Ładny budynek prezentował się okazale. Na dachu wciąż sterczały jeszcze jakieś rusztowania, ale poza tym elewacja zapraszała wręcz do wejścia. Wysokie i szerokie, podwójne oszklone drzwi pozwalały od razu zobaczyć co będzie w środku. Okazały przedsionek wyłożony marmurowymi płytami mówił o dostojności miejsca. Aż czuło się respekt przed resztą. Wszedłem jednak dalej rozglądając się na wszystkie strony jak turysta na Wawelu. Wielki hol przystrojony był wielkimi palmami w doniczkach i jakimiś innymi jeszcze roślinami egzotycznymi. Aż zrobiło mi się gorąco. No tak, te rośliny potrzebują odpowiedniej temperatury. Rozpiąłem kurtkę i rozejrzałem się za szatnią. Była. Okej, nie zapomnieli o interesantach, którzy są co prawda najczęściej zwykłymi ludźmi, mieszkańcami, obywatelami, ale wszak to właśnie oni bywają od czasu do czasu wyborcami. Szatnia była równie wielka, równie okazała, równie piękna, wystrojona kwiatami, roślinami, nawet fontanna się znalazła. Powiesiłem kurtkę na wieszaku. Wróciłem do holu aby przestudiować wielką tablicę informacyjną.

Na tablicy informacyjnej umieszczono, jak sama nazwa wskazuje, informacje o numerach pokoi zajmowanych przez odpowiednich urzędników, z podziałem na departamenty, wydziały, oddziały, biura, budynki, skrzydła budynków, piętra, przedsiębiorstwa zależne, przedsiębiorstwa własne, komórki organizacyjne i wiele innych dziwnie brzmiących, obco brzmiących, śmiesznych lub poważnych metod podziału, funkcji, stanowisk, zadań itp., itd. Informacji było mnóstwo. Informacja z całą pewnością była pełna, kompletna, zupełna, kompetentna, szczera do bólu. Dostałem zawrotu głowy.

Ktoś pomógł mi przejść do poczekalni i posadził na kanapie. Mogłem odpocząć, uspokoić się, odsapnąć, dojść do siebie. Znalazłem się w kolejnym pomieszczeniu. Były tam poustawiane wygodne kanapy, fotele, małe stoliki, na których leżały gazety. Byłem zachwycony. Wreszcie władza pomyślała o wygodzie szarych ludzi. Szary człowiek mógł czuć się tam lepiej niż w domu. Rozejrzałem się zaciekawiony. W poczekalni znajdowało się całe mnóstwo ludzi, prawdziwy tłum oczekujących. Siedzieli na kanapach, w fotelach, czytali gazety, książki. Skąd oni wzięli te książki nie zauważyłem. Niektórzy popijali jakieś soki. Poczułem pragnienie. Pewnie z zazdrości, ale tak to już bywa, że człowiek zawsze chce to co inni. Wstałem i poszedłem poszukać odpowiedniego miejsca. Nie myliłem się. Nie musiałem szukać zbyt długo. Po wyjściu z poczekalni zaraz trafiłem do kawiarni. Pełno tam było soków, wód gazowanych, mineralizowanych, herbat i sporo gatunków kawy. Do wyboru tyle możliwości, że trzeba się było porządnie zastanowić. Ceny były nawet przystępne. Poprosiłem również o kawałek ciasta.

Po wypiciu kawy zrozumiałem, że musi tam być jeszcze jedno pomieszczenie, jeszcze jeden przybytek, co najmniej jeden. Pobiegłem truchcikiem. Starsza pani ze zrozumieniem kiwała głową. Bez trudu znalazłem przestronne łazienki z ubikacjami. Podziwiałem przepiękne kafelki oddając mocz. Podziwiałem przepiękne kafelki. Podziwiałem kafelki. Podziwiałem, podziwiałem, podziwiałem i podziwiałem, a wciąż chciało mi się jeszcze sikać. Jeszcze raz spojrzałem na kafelki, na plastikowe okna, marmurowe parapety, kryształowe żyrandole, no ale wreszcie skończyłem sikanie, więc trzeba było opuścić toaletę, bo już od dłuższego czasu ktoś uporczywie stukał w drzwi i szarpał za klamkę.

Wyszedłem z łazienki, patrzę, a tu pusto, wszyscy gdzieś się zapodziali. Znowu łapanki? Nie chciało mi się w to wierzyć, poszukałem jakiegoś portiera czy stróża. Ach właśnie, to chyba ten, który dobijał się do ubikacji, widocznie jego też przycisnęło. Poczekałem aż wyjdzie. Wyszedł. Okazało się, że to już koniec pracy w urzędzie, urzędnicy poszli do domu, więc i interesanci musieli pójść. Ładna historia, spędziłem w urzędzie cały dzień, a nic nie załatwiłem. Trudno, trzeba było odłożyć sprawę na inny dzień.

033

Pani Lidia, księgowa kierownika, poprosiła mnie o wykonanie kilku fotografii jej domu. Właśnie zakończyła remont budynku i postanowiła umieścić jego fotografie w Internecie. Nie było problemu, zgodziłem się od razu. Zrobiłem zdjęcia, nagrałem je na dyskietkę i zaniosłem. Podziękowała, zaprosiła na kawę, ciastka, oraz ploteczki. Popołudnie minęło bardzo miło i szybko. Potem uświadomiłem sobie, że powinienem był wziąć za usługę pieniądze. Przecież ona pomaga innym rozliczać się z fiskusem też nie za darmo. A dodatkowo moje zdjęcia zamieszczone na jej stronie internetowej wpłyną na zwiększenie jej dochodów. Ona zrobiła dobry interes, a ja musiałem zadowolić się dobrym słowem i miłym uśmiechem. Mam nadzieję, iż nie był to uśmiech ironiczny.

034

Znowu poszedłem do urzędu. Już z daleka widać było, że na dachu wciąż trwają prace budowlane, kręci się pełno ludzi, stukają młotki, wbijane są gwoździe, murowane cegły i pustaki, rozrabiany jest beton w betoniarce, sypie się żwir, spawa się zbrojenia, dokręca śruby, nakrętki i podkładki, kontruje, dobija, wyrównuje, a wszystkiemu towarzyszy nieustanny gwar, hałas, wręcz wrzaski brygadzistów na robotników, kierowników na brygadzistów, inżynierów na majstrów, magistrów na inżynierów i kto tam może wiedzieć kogo jeszcze na kogo. Ucieszyłem się wielce z tego, że nie pracuję w tak licznej brygadzie jak oni.

Tym razem miałem już trochę doświadczenia. Poczekalnię, szatnię i toalety od razu ominąłem, zostawiając ich zwiedzanie dla nieobeznanych ze światem urzędniczym obywateli. Dalej było jeszcze ciekawiej. W wielkiej sali urządzono zbrojownię. Poważnie, nie żartuję, najprawdziwszą zbrojownię. W specjalnych oszklonych gablotach eksponowano miecze, szable, rapiery i inne narzędzia walki, włócznie, piki, topory, tarcze, fragmenty zbroi, szyszaki, oraz całe mnóstwo różnych przedmiotów związanych najwyraźniej z epoką, skoro zgromadzone je razem w jednym pomieszczeniu.

W następnej sali urządzono wystawę narzędzi służących do zadawania cierpień, bólu, do torturowania. Piękna kolekcja, można by się zachwycać niektórymi pomysłami, gdyby nie fakt, że sprawdzenie skuteczności działania owych mechanizmów przytrafiała się zazwyczaj niewinnym, albo walczącym po stronie dobra w nieustannej wojnie pomiędzy siłami rządzącymi tym światem. Zapewne nie raz się przytrafiło tym meblom wymusić fałszywe zeznania, lub rezygnację z dalszej walki o sprawiedliwość. To naprawdę bardzo dziwne, że w licznych opowieściach i mrożących krew historiach nigdy nie zdarzyło się żadnemu bohaterowi torturować oszusta, złodzieja, mordercę czy zbrodniarza. A szkoda, bo moglibyśmy poznać tajniki wielu nikczemnych czynów, tajemniczych zbrodni i niewyjaśnionych zakrętów historii.

Kolejne pomieszczenie było jednym wielkim terrarium. Brrr. Wielkie, egzotyczne, straszne, czarne niczym noc, głęboko czarne niczym gradowa chmura, nieprzeniknione jak niebo w noc bezksiężycową, jeszcze bardziej czarne pająki olbrzymich rozmiarów na wielkich nogach niczym roboty, szaro szare robale, kolorowe jak tęcza albo bukiet egzotycznych kwiatów pająkowate patyki czy patykowate pająki albo inne stwory. Wszedłem do tej sali jako istota rozumna. Tak mi się wydawało. Najwidoczniej jednak pająki potrafiły hipnotyzować, gdyż opuściłem salę na czworakach. Do drzwi wyjściowych już ledwo dopełzłem. Przez całą drogę do domu otrzepywałem ubranie z nieistniejących pająków. Przerażony rozglądałem się wciąż na wszystkie strony. Byle cień, byle ruch wywoływał we mnie drgawki strachu. Szedłem środkiem ulicy w obawie, że coś spadnie z gałęzi drzewa wprost mi na głowę, że się spuści na mocnej nici pajęczyny, ze mnie oplecie, uwięzi w kokonie, przyprawi papryką i da swoim małym, rozkosznym pajączkom na kolację.

035

Znowu musiałem się udać do urzędu w słusznym skądinąd celu wymiany dowodu osobistego w związku ze zmianą numeracji ulicy przy której mieszkam, a więc zmiany mojego adresu zamieszkania, tudzież utraty ważności starego dokumentu tożsamości zwanego dotychczas dowodem osobistym, a ponadto również w związku z takowym obowiązkiem urzędowym o czym zostałem poinformowany w stosownym czasie i w stosownej formie przyjętej zwyczajowo przez wiadomy urząd.

Nie mogłem się zdecydować czy pójść do urzędu przed południem, czy też lepiej po południu. Och, gdybym chociaż wiedział kiedy oni karmią te pająki, to mógłbym wtedy owocnie zdecydować i stanowczo podjąć decyzję o udaniu się do budynku zajmowanego przez stosowny urząd w porze najmniejszej aktywności wiadomych istot żywych, co prawda, aczkolwiek też istot stworzonych przez stwórcę, a więc dobrych, bo wszystko co stworzone zostało było dobre, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Powyższe rozważania zajęły mi czas do wieczora.

036

Pani Balbina zostawiła mi pod ladą przepiękny album fotograficzny o latarniach morskich. Nie mogłem wyjść z podziwu na widok tylu różnorodnych konstrukcji latarń, staw nawigacyjnych, latarniowców, pław i innych urządzeń służących zapewnieniu bezpieczeństwa żeglugi na morzach całego świata. Wydawało by się, że to tylko wieże, a tym czasem wiele z nich są tak piękne, że aż dech zapiera. Dzięki, moja droga.

037

Franek prosił mnie o pomoc w znalezieniu pracy. Pracował w firmie budowlanej, dosyć dużej. W branży budowlanej określenie czy firma jest duża, czy też mała nie jest wcale takie proste. Wszystko zależy od tego do jakiej firmy się porównuje. Nazywała się chyba „Instalacja”. Nieźle mu się powodziło. Zarabiał całkiem sporo. Był fachowcem, murarzem, a nie jakimś bezrobotnym do każdej roboty. Nie pił i nie palił. To wielka zaleta nie tylko pracowników. Z drugiej jednak strony nie zazdrościłem mu tej pracy. Wyjeżdżał z domu na cały tydzień, a jak było więcej roboty i terminy goniły to nie pojawiał się w domu nawet przez miesiąc. Toż to prawdziwa służba była. Niczego mu nie zazdrościłem, ani pracy, ani zarobków. Robił na różnych budowach w trójmieście. Nie wiem czy tam nie było wystarczającej ilości chętnych do pracy, czy też powód był inny. Przecież to właśnie stamtąd przyjeżdżają do nas firmy budowlane i budują domy albo remontują mieszkania. Pewnie wszystko zależy od przetargów. Właściciele biorą udział we wszystkich przetargach o jakich tylko zdoła im się uzyskać informacje, usiłują zaoferować najniższą cenę, żeby to właśnie ich oferta wygrała w przetargu, a potem dopiero myślą o swoich rzeczywistych kosztach i sposobach ich ograniczenia. Najczęściej te ograniczenia sprowadzają się do oszukiwania, do oszczędzania na materiałach, na ich jakości itp.

Jak to możliwe? Proszę bardzo. Wystarczy wygrać przetarg na roboty, wśród których jest ułożenie kostki betonowej. Projekty w takich przypadkach przewiduję wyrównanie terenu, następnie około dziesięć centymetrów podsypki żwirowej, potem druga warstwa podsypki żwirowo cementowej, a dopiero wtedy na to układa się kostkę betonową. Po wykonaniu takiego chodnika, wystarczy go polać odpowiednią ilością wody, aby cement pod kostką związał się dzięki wodzie ze żwirem tworząc mocne, trwałe podłoże. Kto jednak będzie sprawdzał wykonawcę i jego uczciwość rozbierając ułożoną kostkę, aby zobaczyć, czy pod nią znajduje się jakakolwiek ilość cementu. Nikt. Po prostu nikt. Żaden inwestor, żaden odbiorca, żaden zleceniodawca, żaden właściciel ani użytkownik chodnika nie będzie go rozbierał po ułożeniu. Takie roboty to prawdziwa żyła złota. Jest jeden warunek. Roboty muszą mieć miejsce w sporej odległości od siedziby inwestora, od jego biurowców, od jego pracowników i kontrolerów. Na takiej budowie gdzie przez cały dzień kręcą się przedstawiciele zleceniodawcy, gdzie wciąż wszystkiemu przyglądają się różni dyrektorzy, zastępcy, kierownicy, naczelnicy, specjaliści, księgowi, inspektorzy i ta cała banda innych wścibskich, bezczelnych i aroganckich urzędników, niewiele można wykołować oszczędności. Dlatego najlepiej brać remonty terenowych placówek, filii, bądź oddziałów.

Bardzo wiele takich firm to po prostu jeden właściciel, jeden człowiek przedsiębiorczy, który założył sobie firmę. Czasami jest to budowlaniec, murarz lub malarz, który ma pojęcie o robocie, ale zajmuje się papierami, pilnowaniem przetargów i kontraktów. Pracują na budowie ludzie często zatrudnieni do konkretnej roboty przed budką z piwem, za kioskiem, pod sklepem spożywczym. Tacy bezrobotni pracując na czarno są najtańszą siłą roboczą na rynku. Wszędzie jest ich pełno, nie jest istotne czy będzie to miasto, czy popegeerowska wioska. Oni mają robić tak by było szybko i oszczędnie. Oni, chcąc zarobić, chcąc otrzymać obiecaną wypłatę, która często została obiecana tylko ustnie i w dodatku bez świadków, zrobią dla szefa każde świństwo, każde szachrajstwo, każdy przekręt. Byle tylko szef był zadowolony. Zresztą, w razie czego to on odpowiada za jakość, za rzetelność, za solidność, a nie jakiś nikomu nie znany pijak pracujący na czarno. Powinno się mówić nie szara strefa, tylko czarna strefa.

No więc Franek właśnie pracował w takiej firmie budowlanej. Potrafi wykonywać wiele prac, ale cóż z tego, skoro my jesteśmy latarnikami, a nie murarzami. Oczywiście, zapytałem kierownika o nowych pracowników. Zapytał mnie czy zamierzam się zwolnić. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie. W takim razie, odparł kierownik, nie potrzebujemy nowych pracowników. Musiałem zanieść Frankowi złe wiadomości. Mój własny interes przeważył nad interesem tego biednego bezrobotnego. Mój egoizm okazał się być monstrualnym potworem bez serca. No i całe szczęście.

038

Musiałem udać się do najbliższego urzędu w celu wymiany starego dowodu osobistego na nowy. Zdecydowanym krokiem wyszedłem z domu i dziarsko ruszyłem przed siebie. Mógłbym biec gdyby nie te rozkopane chodniki. Wielkie rowy ciągnęły się wzdłuż chodników, jeszcze większe, głębsze rowy znajdowały się w miejscu dotychczasowych ulic, a pomiędzy tymi wykopami piętrzyły się olbrzymie góry piasku, sterty gruzu, cegieł, połamanego asfaltu. Przypomniała mi się praca w Malborku. Pracowałem tam przy kopaniu rowów do kanalizacji. Trzeba było kopać na dwa metry głęboko, a tu zaraz pod chodnikiem zaczynały się kilkumetrowej grubości mury z cegły, pozostałości dawnej zabudowy, fragmenty piwnic, fundamentów i kto wie czego jeszcze. Zamiast łopat w ruch szły kilofy, łomy i wielkie młoty. A co tam można było w tych gruzach znaleźć? Taki jeden milicjant to całymi dniami kręcił się w pobliżu. Znalazłem parę przedmiotów z ubiegłego wieku, jeszcze z czasów wojny albo i wcześniejszych. Koledzy kopiący czy kujący ścianę obok mnie wszystko widzieli, więc musiałem im pokazać każde znalezisko. Wyglądałem z rowu, a milicjant był daleko, więc czym prędzej chowałem trofea. Jednakże ten skubany przedstawiciel władzy ludowej już po chwili podchodził do mnie i od razu pytał o przedmioty znalezione, wiedząc dokładnie co, jakie i kiedy. Kto mu o wszystkim donosił nie udało mi się wytropić. Rzeczy bezwartościowe zostawiał mi łaskawie, natomiast wszystko co cenniejsze konfiskował w imieniu ludu pracującego miast i wsi.

Tam właśnie po raz pierwszy zobaczyłem hałdy cegieł leżące obok wykopanych rowów. Przedsiębiorczy brygadzista organizował samochody ciężarowe, które w tych przecież trudnych czasach wywoziły deficytowy towar wprost do klienta. Podobna sytuacja zaistniała obecnie u nas. Sterty cegieł pochodziły ze starej nawierzchni ulic, którymi były wybrukowane. Kładąc pod ulicą rury kanalizacyjne trzeba było nawierzchnię rozebrać. Nową nawierzchnię wylano z betonu i asfaltu, cegły więc pozostały do odpowiedniego zagospodarowania. Zaczęły pojawiać się domy murowane z cegły o specyficznym kolorze, więc z daleka było widać gdzie owe cegły się podziały. Zapewne wszystko odbywało się legalnie. Miasto, władza, włodarze najprawdopodobniej postanowili sprzedawać uzyskany za darmo materiał budowlany.

Usiłowałem więc iść mniej więcej przed siebie, omijając sterty gruzów, skacząc przez rowy, obchodząc dookoła te szerokie i głębokie. Co chwilę musiałem zawracać z obranej drogi. Najczęściej musiałem wracać kilkaset metrów, wspinać się po grząskich piaskach na drugą stronę ulicy, walczyć z lepką, klejącą się, ciągliwą jak krówki gliną, która usiłowała odebrać mi moje nowe buty, które dostałem od cioci. Potem okazywało się, że poszedłem nie w tą stronę co trzeba, że znowu muszę wracać, aby ominąć wielka górę czarnego asfaltu. Nasze miasto upodobniło się do terenów przykopalnianych, na których hałdy wyrobiska lub popiołów zmieniają krajobraz terenu w ciągu zaledwie kilku lat. A natura musi się przy tym trudzić przez całe tysiąclecia. Szlag by ich trafił! Powinni te drogi odpowiednio oznakować, wyznaczyć przejścia, opisać trasy dotarcia do ważniejszych miejsc. Trzeba się będzie tym zająć. Co oni sobie myślą! Zaraz się tym zajmę osobiście. Postanowiłem zostać dziennikarzem.

039

Nadeszło lato. Jak co roku postanowiłem kupić jagody. Mama gotuje z jagód wspaniałe konfitury, które wszyscy lubimy, zwłaszcza do kaszy manny na gęsto. Mniam, mniam, są wyśmienite, zapewniam i daję gwarancję. Ponadto, o czym może nie wszyscy wiedzą, jagody dobrze wpływają na uregulowanie trawienia, zwłaszcza jeśli przytrafi się niefortunnie dolegliwość związana z częstym, a czasami wręcz bardzo częstym korzystaniem z toalety. Niektórzy twierdzą, że na wszystko jest wyznaczony odpowiedni czas. Według tej teorii jest więc czas pracy i czas odpoczynku, czas głodu i czas sytości, szczególnie po obfitym obiedzie, czas na załatwianie swojej potrzeby fizjologicznej oraz czas na załatwienie innych potrzeb lub też zachcianek. Niestety, zdarzają się przypadłości organizmu, którym za nic się nie wytłumaczy, że teraz właśnie nie jest czas biegania do kibelka. Wtedy właśnie przydają się jagody. Załatwiają problem w tri miga i po kłopocie.

Znam wiele takich domowych recept i sposobów. Wszyscy znamy ich wiele, często nawet nie zdając sobie sprawę z tego, że są one dostojną i znamienitą tradycją przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Babcie, a potem mamy, ciągle zaskakują nas jakimiś nowymi umiejętnościami, tajemniczymi recepturami, sposobami nie z tego świata. Czasami wydaje nam się, że to zabobony, a czasami nie możemy wręcz wyjść z podziwu. Wiele takich umiejętności i sposobów zaszczepili również w nas dziadkowie, ojcowie. Zupełnie tak samo jak zaszczepia się drzewa. Jakże często zadaję sam sobie pytanie: dziadku, tato, dlaczego nie zdążyłeś mnie tego nauczyć. W zasadzie to nie jest pytanie, tylko skarga skierowana do Wszechmogącego. Jak często lubimy się skarżyć albo prosić, a jak rzadko dziękować.

Wielokrotnie widziałem w telewizji, że przy ruchliwych drogach biegnących przez tereny leśne można spotkać wielu ludzi handlujących leśnymi owocami. Sprzedają stojąc na poboczu drogi z nadzieją, że któryś z kierowców zatrzyma swoją pędzącą brykę aby kupić świeże, dopiero co zebrane w lesie owoce. Sprzedają jagody, borówki, grzyby, jabłka, cebulę, czosnek, szczypiorek, rzodkiewki, sałatę, ziemniaki i wiele jeszcze innych owoców i jarzyn. Naturalnie, nie wszystkie te owoce są zbierane w lesie. Handlarze jednak wiedzą co robią. Handlujący przy drogach siłą rzeczy muszą mieć najniższe ceny, jeśli chcą skusić potencjalnego kupca. Wiedzą o tym również kupujący, dlatego bardzo wiele osób właśnie w ten sposób robi zakupy. Nie dość że najtaniej, to jeszcze można się potargować, obniżając cenę do wręcz nieprzyzwoicie niskiego poziomu. To się nazywa wolnym rynkiem.

Osoby sprzedające przy drogach wcale nie są głupie. Ceny są tak skalkulowane, że nawet po sporej obniżce nadal przynoszą wymierny dochód. Dla ludzi często bezrobotnych, pozbawionych prawa do zasiłku, ten dochód jest często jedynym źródłem utrzymania. Zdarza się, że pracują na niego całe rodziny, począwszy od kilkuletnich berbeci aż do zaawansowanych wiekiem starców. Jedni i drudzy potrafią nabrać takiej wprawy w zbieraniu runa leśnego, że normalnemu człowiekowi aż gały z orbit wychodzą kiedy to widzi. O dziwo, wszystkim im się opłaca pracować. Potem człowiek nie może wyjść z podziwu, gdy mu właściciel sklepu z warzywami we własnej miejscowości usiłuje wytłumaczyć, że jemu się nie opłaca handlować, że on nie ma żadnego dochodu, że on do tego interesu musi dopłacać, no ale co ma zrobić, biedak, skoro ma już ten sklep, no to musi jakoś to ciągnąć i liczyć na lepsze czasy.

Naturalnie, nie dotyczy to wszystkich sklepikarzy. Wiem o czym mówię, bo moja mama pracuje właśnie w sklepie spożywczym. Ileż to ja się muszę nasłuchać o ciężkiej pracy sprzedawczyni. Ileż to razy muszę gorąco zapewniać o swoim zrozumieniu dla odpowiedzialnej i wymagającej pracy, wręcz powołania, w tych jakże trudnych czasach brutalnego kapitalizmu, konkurencji i wolnego rynku. Nie to co kiedyś. Teraz jest pięć razy więcej sklepów na każdej ulicy, więc praca wcale nie należy do najłatwiejszych. Dzisiaj dobrze sprzedać wcale nie jest tak łatwo. Dzisiaj to wręcz wcale się dobrze nie sprzedaje, tylko organizuje wyprzedaże, promocje i wiele innych zachęt dla klienta, aby tylko zbyt dużo nie stracić na handlu, nie wspominając już wcale, nie marząc nawet o przyzwoitym zysku.

Niestety, do najbliższego miejsca gdzie sprzedają jagody jest strasznie daleko, a w okolicznych kioskach warzywniczych jagód nie uświadczysz nawet na lekarstwo. Jak złapią człowieka dolegliwości żołądkowe to musi pomiędzy jednym posiedzeniem a drugim wyskoczyć do apteki i kupować jakieś chemiczne świństwa, które zatrzymują kryzysową sytuację, ale ponadto nie wiadomo czy nie szkodzą na żołądek lub coś innego. Leczy się potem człowiek z jednej choroby, a zapada na następną. Trzeba więc było znaleźć dostawcę jagód gdzieś bliżej domu. O dziwo, udało mi się znaleźć takiego człowieka całkiem szybko i równie blisko. Tak to już jest. Szukamy nieraz różnych rzeczy zupełnie niepotrzebnie, nawet jeśli są one bardzo potrzebne. Czasami właśnie szukanie opóźnia moment znalezienia, lub go wręcz uniemożliwia. Nie bez powodu powstało powiedzenie o tym, że szukany przedmiot diabeł swoim ogonem zakrył.

Mój sąsiad zbiera w lesie jagody. Coś podobnego! Nigdy bym nie pomyślał, że temu leniuchowi chce się w lesie zbierać jagody. Przecież to trzeba co najmniej kilka godzin w tym lesie spędzić. No tak, ale on ma na to czas, nie to co ja, więc może sobie wycieczki do lasu robić, a jagody to przy okazji nazbiera. Zapytałem go o cenę. Gdy mi powiedział cenę po jakiej sprzedaje jagody to o mało nie dostałem zawału serca. Taki to pożyje. Sprzedaje jagody aż po pięćdziesiąt groszy drożej niż ci ludzie z drogi, o których mówili w telewizji. No trudno, musiałem się zgodzić, bo jak bym chciał jechać do tamtych, to wyszło by mi jeszcze drożej. Wszystko sobie skrupulatnie policzyłem. Nie było innego wyboru tylko zamówić jagody u sąsiada.

Już następnego dnia przyniósł mi całą bańkę pięciolitrową jagód. Tak szybko? Zapytałem zdziwiony niezmiernie. Jak widzisz, odpowiedział i wystawił rękę w geście oczekiwania na zapłatę. Udałem, że nie rozumiem o co chodzi i zamówiłem jeszcze dwie takie same porcje jagód. Odszedł jak niepyszny. Dobrze mu tak, niech sobie nie myśli, że tak łatwo te pieniądze dostanie. Pracuje na zmiany, nie ma nic innego do roboty w domu, to niech mi chociaż te jagody nazbiera. Na jedzenie mu nie zabraknie. Musi mieć dosyć pieniędzy, skoro w zeszłym miesiącu kupił sobie motorower firmy Romet i teraz szpanuje po wiosce przed młodymi dziewczętami. Że też mu nie wstyd jak go żona goni po ulicy i wyzywa na całe gardło od hu…, to znaczy od humoru nadmiaru wyśmiewa go u sąsiadek, że niby sobie tego Rometa kupił by być bardziej męski. Ha, ha, ha.

Najlepszy numer był wtedy jak mu się ten motorower rozkraczył. Idiota pchał go przez kilka kilometrów, zamiast zatrzymać jakiś ciężarowy samochód i przywieźć spokojnie grata na przyczepie. A on go pchał tak długo aż padł ze zmęczenia na środku drogi. To dopiero było widowisko. Wszyscy znajomi przez cały tydzień o tym opowiadali. Taki był obciach, że nikt mu nie chciał potem pomóc. W końcu zlitowały się nad nim dziewczyny, co to akuratnie wracały ze szkoły. Myślałem wtedy, że się zeszczam w gacie. Pewnie nie widzieliście nigdy osoby stojącej przy oknie ze skrzyżowanymi nogami i podskakującej w miejscu jakby ją podłoga parzyła. Tak właśnie wyglądałem przyglądając się tej scenie.

Gdy sąsiad przyniósł następną porcję jagód, poprosiłem go aby od razu zaprawił owoce do słoików, ponieważ ja się na tym nie znam, a cała moja rodzina pojechała na wczasy. Szkoda by było gdyby się jagody do ich powrotu zmarnowały. Za tą przysługę sąsiad podniósł cenę jagód aż o złotówkę na kilogramie. Myślałem, że gotowanie potraktuje jako przysługę dobrosąsiedzką, jednak on tłumaczył się kosztem cukru i prądu. Trudno, pomyślałem, niech stracę.

040

Jest takie ładne miejsce w porcie rybackim, do którego lubię od czasu do czasu zaglądać. Mam tam swoje ulubione miejsce, z którego patrzę ponad wodą basenu portowego w stronę stoczni. Nie jest to żadna duża stocznia budowy statków, tylko mały slip, wyciąg, którym wyciąga się kutry z wody na czas remontu. Owe stojące na brzegu kutry jak ryby wyjęte z wody wyglądają dziwnie, może nie nieziemsko, ale w każdym razie nie morsko. Zazwyczaj widzi się je pływające po wodzie, gdy owa woda zakrywa przed wzrokiem patrzącego olbrzymią część kutra. Dlatego właśnie supermarket, który kupił sobie kutra rybackiego jako element reklamowy, odciął i zostawił dolną połowę jednostki. Całość nie wyglądała by tak romantycznie jak życzyli sobie handlowcy.

Teraz już wiem, że markety sprzedają nam jedynie iluzję wartościowego towaru, podczas gdy sam towar jest najczęściej drugiej jakości, okrojony, pozbawiony ważnych części, podkolorowany, przyprawiony do smaku, zapachu i wyglądu, a ponadto często ma kilkakrotnie przedłużany okres przydatności do spożycia. Oczywiście, nie wszystkie markety tak postępują. Zdarza się, że przeterminowane towary oddają za darmo bezdomnym, aby sobie odpisać od dochodu wartość darowizny. Niektóre z marketów postępują uczciwie. Uczciwie opróżniają nasze portfele z gotówki, a z danych nasze karty kredytowe. W końcu przecież nie musimy tam robić zakupów.

Mały domek z maszynownią wyciągu nie zasłania zbyt dużo widoku, więc nad schnącymi na wietrze kutrami można podziwiać wieżę kościoła z widocznym na niej zegarem. Tuż obok znajduje się druga wieża z zegarem, którą to więżę dobudowano do opuszczonego budynku jednostki WOPu, tworząc w jego miejsce zupełnie nową jakość, czyli ratusz miejski. Zastanawiam się czy słów ratusz miejski nie powinienem napisać z dużych liter, w takim stopniu ów budynek stanowi nową jakość świetlanej przyszłości, w której to przyszłości wszyscy będziemy korzystać z dobrobytu. Na razie jednak ten budynek tylko wygląda bardzo ładnie, gdyż brak jest rajcom pieniędzy na wykończenie wnętrza, nie wspominając już o wyposażeniu i wprowadzeniu się urzędników.

Po lewej stronie budynek, w którym mieści się biuro bosmana, który zapiął pas i zakląć już nie zdążył. Za to po prawej stronie stoczni widać kilka domów, a przed nimi, na białym tle wyraźnie rysuje się sylwetka krzyża z umęczonym ciałem Pana Jezusa. Pod krzyżem, jakby w darze złożone, leżą dnem do góry łodzie rybackie. Być może już nikomu nie są potrzebne, być może porzucone przez rybaków, a być może tylko czekają na kolejny sezon połowów. Jednak leżą tak niczym dar ofiarny, jakby za przebłaganie, jakby ku oczyszczeniu, albo jako przestroga dla pchających nas w szpony globalizującego się świata.

Jeszcze dalej na prawo jest dość dużo zieleni, drzew i krzewów, które zasłaniają dalej położone domy. Stwarza to pozory sielskości, która być może już niedługo ustąpi widokowi budowanych kamienic, pensjonatów, stertom cegieł i hałdom piasku. Ten proces już się rozpoczyna. Już się budzą właściciele, lub też budzą ich inwestorzy z innych rejonów kraju, którzy wietrzą zyski w nadchodzących latach. Już teraz trzeba zapamiętać te widoki, te obrazy, wykuć je w swoim sercu, zapisać w pamięci, wymalować na dnie oczu, dopóki jeszcze są. Tu będziemy ciągle wracać, ciągle wspominać, coraz będąc starszymi, a dzieci będą miały wtedy inne, swoje własne wspomnienia.

Wszystko to postawione na wodzie, nad wodą, w tej wodzie się odbijające. Pomiędzy wodą a stocznią i domami stały rzędem kutry pozłacane, złote promienie słońca odbijające. W tym właśnie miejscu zauważyłem raz sąsiada. Przyszedł do stoczni i przyglądał się wyciąganiu kutra z wody. Miał ze sobą aparat fotograficzny i co chwilę robił zdjęcie. Ustawiał się w różnych miejscach, chodził to tu, to tam, jakby czegoś szukał, jakby się ustawiał, co chwilę podnosząc aparat do oczu. Początkowo przyglądałem mu się z rozbawieniem. Czego on tam tak łazi, myślałem sobie. Łazi i zakłóca moje rozmyślania. Całe szczęście, że mnie nie widzi. Potem jednak przyszło mi do głowy, że może i on również lubi to miejsce. Tamtego dnia polubiłem sąsiada.

Przestał mi przeszkadzać jego motorower. A niech sobie nim jeździ. Zresztą i ja będę miał z tego korzyść, bo nazbiera mi jagód. Już go widzę, gdy będzie wsiadał na pojazd jak na rumaka. Będzie ubrany w ortalionową kurtkę ze ściągaczami przy rękawach i kapturze. Jazda z prędkością czterdziestu kilku kilometrów na godzinę to nie to samo co jazda rowerem. Sznurek od kaptura zawiąże pod szyją, żeby mu wiatr nie zawiewał za kołnierz. Na dłonie skórkowe rękawice. Z braku innych dobre będą i takie robocze, do spawania. Wystarczająco długie aby je nałożyć na rękawy od kurtki. Nie będzie wiało przez rękawy. Nie ma nic gorszego jak nieszczelna kurtka, która podczas jazdy wydyma się na plecach jakby jadący miał co najmniej podwójny garb. Z przodu, tam gdzie guziki, włoży sobie gazetę. To murowany sposób motocyklistów zabezpieczenia się przed skutkami zimnego wiatru.

Na nogi założy gumiaki i robocze spodnie. Zabezpieczą go przed wiatrem i wodą z kałuż. Woda stojąca w kałużach jest niezwykle niebezpieczna dla zdrowia, a nawet życia użytkowników dróg. Nie tylko moczy nogi, nie tylko moczy całe ciało gdy się zbyt szybko jedzie, ale jeszcze na dodatek zagraża układowi pokarmowemu człowieka. Wszystko to dlatego, że w wodzie stojącej na skraju drogi rozmnażają się w dużych ilościach chorobotwórcze drobnoustroje. Małe żyjątka ze środka drogi zazwyczaj giną pod kołami samochodów, natomiast te z pobocza mają wystarczająco długi czas życia by wykształcić w sobie wyjątkowo wredne cechy charakteru.

Kiedy już będzie gotowy do drogi to kopnie swojego rumaka i ruszy w trasę. Samotni jeźdźcy na dzikim zachodzie potrafili przebyć jednorazowo dwieście mil, czyli około 360 kilometrów. Ruszy z samego poranka, jeszcze o świcie, ledwie słońce zbliży się do horyzontu i rozjaśni niebo na wschodzie purpurowym blaskiem, łuną niczym pożaru odbiciem. Rześkie powietrze doda mu animuszu. — Ruszaj z kopyta! Zawoła pełen porannej energii przekręcając manetkę gazu do oporu. Koń wyrwie z miejsca z piskiem, aż iskry pójdą spod kopyt i w mgnieniu oka tylko chmura dymu zostanie za nim. Kopyta będą miarowo stukały o asfalt jak o kamienie pustynne, a stojące nieopodal kaktusy będą tylko migały obok jeźdźca.

Wiatr będzie w uszach gwizdał, a on mocniej na czoło zsunie kapelusz i ostrogami pogoni konia jeszcze bardziej. Będą tak gnali przez bezkresne przestrzenie jak jedno ciało, nierozdzielni, zjednoczeni, zrośnięci, sklejeni potem cieknącym mu po plecach aż do siedzenia. Siodło tylko na większych dziurach będzie skrzypiało ostrzegawczo, i to wcale nie długo. Zaprawiony w boju, zaprawiony w samotnych eskapadach, zaprawiony jak wek na zimę w cwałowaniu przez pustynię aż do końca prerii, gdzie szeroki strumień swoim nurtem wyznacza granicę rezerwatu Indian. Apacze ogrodzili cały teren siatką drucianą. Dzięki temu przyłączyli, zagarnęli do rezerwatu dużą część stanu.

Tak, tak, moi kochani. Wódz Apaczów postawił nawet sobie nowy Wigwam. Duży, z widokiem na morze traw, z bajorkiem do kąpieli i ogniskiem do grillowania na dachu. Postawił wojowników aby strzegli jego spokoju i przepędzali włóczących się po okolicy pasterzy. Nikomu nie wolno było czynić obrazu tego co w wigwamie, ani tego co na dachu, zgodnie z zapisami odwiecznej księgi. Włóczędzy jednak mają swoje dojścia, więc rychło wymalowali siedzibę wodza jak żywą i po okolicy listy rozesłali. Szeryf będzie miał znowu pełne ręce roboty.

Nie zważając na wojowników będzie mknął na rumaku przez prerię niczym „Strzała”, legendarny zwiadowca Komanczów. Zanim przebędzie całą drogę słońce już wzejdzie na nieboskłon i świecić będzie coraz cieplej, w miarę podnoszenia się wyżej. W ciepłych promieniach słońca będę się opalać wiewiórki, a wilgoć z krzaków jagód wyparuje. I o to właśnie chodzi. Nie można zbierać jagód gdy krzaczki są zroszone poranną rosą, bo wtedy do owoców kleją się listki i w efekcie najwięcej się właśnie liści nazbiera.

Gdy więc dojedzie na miejsce, rumaka w cieniu postawi, rękawice zdejmie, do siodła przytroczy i chwyciwszy bańkę ku jagodom ruszy. One już czekać na niego będą i w przewidywaniu rozkoszy z jego rąk młodzieńczych, drżąc na całym ciele, z pulsującymi skroniami, z zamglonymi oczyma marzeniem dziewiczym przesłoniętymi, z otwartymi ustami niczym zdrojem miodu, będą same wpadać mu do dłoni, turlać się do bańki, rzucać się w tą otchłań ust czerwonych, gdy od czasu do czasu chociaż parę z nich zapragnie …, zapragnie …, no, czego on może zapragnąć, tak, już wiedzą, czują, pewność mają, że rozkoszy pragnąć może i niczego więcej.

041

Jak postanowili tak zrobili. To znaczy jak ja postanowiłem, tak zrobiłem. Napisałem odpowiedni tekst i poszedłem do redakcji miejscowej gazety. Przeczytali mój reportaż i obiecali go wydrukować. Zaprosili mnie do stałej współpracy. Byłem zachwycony. Pokazali mi inne artykuły, które znajdą się w najbliższym numerze gazety. Potem długo dyskutowaliśmy o tym co dzieje się w gminie, co jest dobre, a co złe, co należałoby popierać i wręcz promować, a z czym trzeba koniecznie walczyć, krytykować, ośmieszać, potępiać. Wpadłem w najprawdziwszy trans dyskusji. Nagle zrozumiałem ile ważnych spraw dzieje się w naszym mieście. Zrozumiałem również, że praca w gazecie nie jest li tylko rozrywką, pisaniem dla zabicia czasu, lub poruszaniem bulwersujących, denerwujących spraw. To był prawdziwy obowiązek, a do tego jeszcze odpowiedzialność przed czytelnikami, odpowiedzialność za słowo. Waga słowa pisanego okazała się być bez porównania większą niż tego, które się tylko wypowiada w towarzystwie, niezależnie od tego czy mówi się niezobowiązująco, luźno, towarzysko, czy też rozmawia się oficjalnie z urzędnikiem, porusza sprawę w imieniu mieszkańców czy innej, bliżej określonej grupy.

042

Teraz się nie dziwię, że w miastach ludzie nie znają się nawzajem. Jak tu zawierać znajomości gdy się po mieście jeździ samochodem. A tak właściwie, to należałoby się bardzo poważnie zastanowić, dlaczego w miastach jest tylekroć razy więcej samochodów niż we wioskach. Czy przypadkiem ilość miejskich pojazdów mechanicznych nie jest niepodważalnym dowodem dyskryminacji mieszkańców wsi. Czy mieszkańcy miast są bardziej zaradni, przedsiębiorczy, czy tylko bardziej leniwi. Znam takiego co sto metrów do kiosku nie może przejść pieszo. Wsiada do samochodu, objeżdża pół miasta ulicami jednokierunkowymi, kupuje paczkę papierosów, a potem się dziwi, gdy żona wymownie patrzy na zegarek. Gdy jesteśmy u nich z gościną, on zawsze coś dłubie w garażu. Nie ma czasu na życie towarzyskie.

Ewentualnie można poznać swoją sąsiadkę w korku ulicznym. Wiadomo, siedzi się kilka godzin w samochodzie stojącym na środku skrzyżowania, a dokoła rozgrzane od słońca blacharki. Więc by nie dostać bzika trzeba gębę do kogoś otworzyć. Zaprzyjaźniasz się z rudą po prawej (w ekstremalnych warunkach o przyjaźń łatwo), razem oceniacie blondynkę z malucha przed wami, aż tu nagle się okazuje, że jesteście sąsiadkami od dziesięciu lat. Taka okazja kategorycznie domaga się zagrychy do czegoś mocniejszego, lecz jak tu zostawić pojazd bez opieki. Umawiacie się, że jedna pilnuje samochodów, a druga idzie po butelkę i przekąski. Najbliższy sklep jest oblężony przez rozwścieczonych kierowców. Zanim udaje ci się dotrzeć do lady i wrócić, zastajesz już puste skrzyżowanie, a twój nowy samochód zepchnięty do rowu. Od tej pory nie chcesz nowopoznanej sąsiadki widzieć na oczy. I jak tu się dziwić, że ludzie w miastach nie znają się nawzajem.

W optymistycznym wariancie tej historii, wypijacie wino na tyłach sklepu. Wszystkie sklepy spożywcze mają takie miejsce. Najczęściej jest tam specjalny murek lub mur odgradzający od pojemników na śmieci. Ze względu na higienę, warunki sanitarne, warunki atmosferyczne i inne uwarunkowania, takie miejsca są w różny sposób zabezpieczane przed szkodliwym wpływem pogody, brudu, bakterii, wirusów, kotów, oczu mężów, sąsiadów czy znajomych, na zdrowie pijących za sklepem osób. Pomimo, iż architekci stosują różne rozwiązania, nie udało mi się jeszcze nigdzie znaleźć na tyle ustronnego miejsca za sklepem spożywczym aby spełniało ono wszystkie normy i dyrektywy. Wcale nie twierdzę, że jedno wino na dwie to za wiele, ale mało to też nie jest. Dlatego następnie obje płacicie mandaty za jazdę pod wpływem alkoholu. Mąż sąsiadki robi ci grandę za upicie żony, twój mąż robi awanturę sąsiadce. Nie chcesz więcej znać sąsiadki, chyba że pijesz kawę w tym samym barze co ona. I jak tu się dziwić, że ludzie w miastach nie znają się wzajemnie. Z wyjątkiem piwoszów.

043

No właśnie. Nasi piwosze mają się dobrze i ubierają ciepło. Niestety, nie wyjdzie im to na zdrowie. Nawet ciepłe ubrania nic tu nie pomogą. Wszystkim przecież wiadomo, że piwo szkodzi. Tak, moi kochani, piwo szkodzi. Po pierwsze: szkodzi na nerki. Coś niecoś mogą o tym powiedzieć lekarze. Bardzo to przykry widok gdy spotka się dobrego znajomego, z którym z niejednej beczki się razem jadło i morze piwa razem wypiło, który teraz do piwiarni musi taszczyć ze sobą wózek z zapasową nerką. To wcale nie jest śmieszne. Wielu chorych ludzi wolałoby nigdy nie tknąć piwa, by mieć zdrowe nerki. A te wieczne przeciągi w barach, pijalniach, winiarniach, herbaciarniach, kawiarniach, mleczarniach i innych miejscach serwowania piwa.

Po drugie: szkodzi na nogi. Wielogodzinne wystawanie pod sklepem czy za kioskiem u wielu już dało się we znaki poprzez żylaki. A usiąść jak zwykle nie ma gdzie. Krzesła tam nie uświadczysz, nie mówiąc już o fotelu czy kanapie. Na parapecie sklepu lub krawężniku nie wolno siadać pod żadnym pozorem. Ostrzegam i stanowczo odradzam. Można dostać wilka. Nie wiedzieliście o tym? A przypomnijcie sobie swoje własne dzieciństwo, zabawy na podwórku, zwłaszcza wczesną wiosną, gdy słonko przygrzewało coraz mocniej, ale ziemia jeszcze bywała zimna, zmarznięta, wychłodzona po zimie. Wystarczyło na chwilę usiąść sobie na ziemi aby zaraz jakiś dorosły ostrzegał przed dostaniem wilka. A taki wilk jak już raz wlezie to bardzo trudno się go pozbyć. Pamiętacie jak kiedyś, za czasów poprzedniej komuny, trzeba było całymi dniami wystawać w kolejkach po kawę, pomarańcze czy słodycze. Ile wtedy było kłótni, ile krzyku, przepychania. Tak, to były straszne czasy. Wszyscy wtedy narzekali. Mieli całkowitą rację. Nie było wtedy lekko. Teraz znowu takie nadchodzą. Pierwsze symptomy można było zaobserwować już dawno, przed kilku laty. Z każdym rokiem jest ich coraz więcej, a w dodatku są coraz groźniejsze, coraz bardziej oczywiste. Zupełnie tak samo jest z piwoszami. Im też przychodzi to ciężko. Może początkowo nie zauważają wysiłku włożonego w to stanie. Być może nie zauważają jeszcze ile to można stracić nerwów czekając na otwarcie sklepu. Ale kiedyś to wszystko da znać o sobie. Wtedy będzie już jednak zbyt późno.

Po trzecie: szkodzi na żołądek. Spróbujcie sami wyżłopać cztery piwa, a potem zjeść normalnie obiad. Mnie się to nigdy nie udaje. Zazwyczaj rezygnuję z obiadu. Czasami tylko udaje mi się zrezygnować z piwa. Tylu jest wielkich i mądrych ludzi na świecie, tylu wspaniałych naukowców, a jakoś nikt jeszcze nie wpadł na pomysł wyprodukowania piwa zdrowotnego, nietuczącego, niskokalorycznego lub bezkalorycznego. Piwo pije się dla przyjemności, a nie dla grubego brzucha. Piwo powinno się pić dla poprawienia apetytu, dla uregulowania trawienia, a nie dla zaoszczędzenia na posiłkach. Natomiast regularne spożywanie posiłków jest podstawą każdej diety. Diety stosuje się w celu poprawy naszego zdrowia i poprawy sylwetki. Wynika z tego, iż diety i piwo wykluczają się wzajemnie, a więc piwo wyklucza również zdrowie. Wynika z tego, iż piwo wyklucza również zgrabną sylwetkę kobiety czy przystojnego faceta.

Po czwarte: szkodzi na rozum. Sam kiedyś słyszałem jak pewna pani mówiła: — „Patrz, ci znowu stoją pod sklepem i piją piwo. Deszcz leje, trzęsą się z zimna jak galaretowate osiki, a stoją i piją. Chyba nie mają rozumu.” Tak mnie to zafrapowało, że też spróbowałem. Padał drobny kapuśniaczek. Nie mam pojęcia dlaczego tak określa się mały deszcz, jakby określenie mały deszcz nie wystarczało. Wszak nie ma on nic wspólnego z kapuśniakiem, który jest zawsze bardzo gęsty, gorący, parujący, wypchany mięsem i kiełbasą. Po kapuśniaku często gonią mnie wiatry, czyli jest to chyba jedyny wspólny element kapuśniaku i deszczu. Piwo było, owszem, dobre, lecz tygodniowy katar nauczył mnie rozumu. Teraz już wiem, że piwo i rozum wykluczają się wzajemnie.

Po piąte: piwo psuje również nasze obyczaje. Kiedyś do każdej uczty gospodarz wyturlał z piwnicy kilka beczek piwa. Oprócz piwa mnóstwo było również miodu pitnego, sławnej i docenianej Gold Waser, źródeł wina bezdennych, a mięsiwa bywało tyle, że jadło się je przez tydzień, obdarowywało kapelana, zakony, wójta, biedotę z całej okolicy, służbę i parobków śpiących w stodole i jeszcze zostawało na kaca, by nie pić na czczo. Wtedy to ludzie się bawili. Wiadomo — złote i szlacheckie były to czasy. Pod wpływem używania piwa dzisiaj już szlachty nie uraczysz. Spróbuj zaproponować komuś zupełnie niewinnie: „Postaw piwo” — a usłyszysz w odpowiedzi popularną rymowankę: „Przyjechali boye, każdy pije za swoje”. Tak, tak, to już nie te czasy co kiedyś. Dzisiaj ze źródeł pozostały już tylko źródła przecieków we wszelkich urzędach i służbach.

Z powyższych przykładów wynika prawda ostateczna: piwo szkodzi. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ostrzegam wszystkich przed piciem piwa na pusty żołądek. Nadprodukcja kwasów żołądkowych powinna zostać wykorzystana do właściwego trawienia produktów spożywczych. Radzę również nie mieszać tego królewskiego napoju z innym alkoholem. Chyba nie chcecie, by wam piwo zaszkodziło. Zdarzyło mi się kiedyś piwem popijać wódkę. Wódka była paskudna, ciepła, aż mnie wzdrygało, wstrząsało, targało nieomal pod sufit, więc musiałem popijać czymkolwiek co było pod ręką, a oprócz wódki było tylko piwo. Pamiętam, że bardzo płynnie wychodziłem z tej speluny. Pod żadnym pozorem nie wolno też pić piwa z zaczętej przez kogoś butelki. To niehigieniczne i wręcz obrzydliwe. Lepiej przelej do czystej szklanki. I zawsze ale to zawsze pij z rozsądkiem pamiętając, że piwo szkodzi. To by było tyle na temat piwa.

044

Ta latarnia wciąż na mnie patrzy z wysoka, wciąż mnie obserwuje. Ona jedyna wie co nas łączy nierozerwalnie ze sobą, ona wciąż o tym pamięta. Gdy wspinam się na nią po schodach drży z niecierpliwości nie mogąc doczekać się mojego wejścia. Gdy zachwieję się zmęczony, to mur mnie podtrzymuje, daje oparcie dla wytchnienia, pozwala nawet przysiąść pod oknem i tchu nabrać. Im wyżej wchodzę tym wyraźniej słyszę bicie jej serca, szmer krwi w jej żyłach, świst powietrza w jej płucach.

045

Byłem fotografować roboty przed urzędem. Na dachu ratusza wciąż trwały prace. To znaczy dobudowali jeszcze jedno piętro, wstawili okna, drzwi balkonowe, rzeźbione balustrady na balkonach i tarasach zamocowali, elewację ocieplili styropianem, otynkowali specjalną masą, pomalowali taką samą farbą jak parter. Wydawałoby się, że prace zostały zakończone, a tu robotnicy tym czasem znowu przenieśli się na dach, znowu poustawiali tam rusztowania, poznosili sterty pustaków i worków z cementem. Znowu słychać było z dachu hałas betoniarki, stukot młotków, krzyki brygadzistów i kierowników. Czy im się w głowie zakręciło, czy co, że tak wciąż włażą na ten dach. Dachowce jakieś się znalazły.

Natomiast przed urzędem prawdziwa afera: zalewali ulicę betonem, a po trzech dniach kuli beton, by pod spodem położyć kable telefoniczne. Widać było, że napracowali się nie na żarty. Pot lał się strumieniami, fontanny potu rozlewały się na chodniki i ulicę, którą kuli łomami, młotami pneumatycznymi, kilofami. Jak zobaczyli, że idę z aparatem fotograficznym, to błyskawicznie uciekli z miejsca pracy. Musiałem zrobić zdjęcie zdewastowanej drogi bez robotników. Żaden nie dał się namówić na kucie podczas fotografowania. Zrobiłem też zdjęcie ratusza. Natychmiast podbiegł do mnie jakiś majster wołając, że burmistrz zakazał fotografowania. Uśmiechnąłem się tylko wyrozumiale i powiedziałem mu, że nie można zakazywać fotografowania miejsc publicznych, a jeśli im to nie odpowiada, to trzeba było plac budowy ogrodzić odpowiednio wysokim ogrodzeniem. Można zakazać wstępu na budowę, ale nie fotografowania z ulicy.

Ciekawe. Cóż mu szkodziło, w czym przeszkadzało to, że robię zdjęcia. Tak na zdrowy rozum biorąc, powinni się cieszyć zainteresowaniem mieszkańca, powinni uśmiechać się w stronę fotografującego, zaprosić go nawet i pokazać najlepsze miejsce do fotografowania, z którego budynek najlepiej się prezentuje, najkorzystniej wygląda. Przecież wszystkie pocztówki świata musiały kiedyś być w fazie fotografowania. Im więcej fotografii jakiegoś obiektu, zwłaszcza obiektu miejskiego, gminnego, wspólnego przecież, tym więcej reklamy, tym lepiej. To oczywiste. To zrozumiałe. Tak by się wydawało.

No chyba że …, eeee …, nie, to niemożliwe, gdzieżby tam, tu, u nas, nie, nie możliwe. No chyba, że wykonawca robót obawiał się utrwalenia na zdjęciu, udokumentowania jakiegoś przekrętu, oszustwa, niesolidności. A właśnie. Otóż to. Oczywiście. Naturalnie. Teraz rozumiem. To dlatego różni ludzie nie życzą sobie fotografowania, dokumentowania przebiegu ich pracy. To dlatego stawiają znaki z przekreślonym aparatem fotograficznym. To dlatego z daleka wołają, że nie wolno fotografować. Byle robol krzyczy na każdego kto pokaże się z aparatem fotograficznym. Zwłaszcza właśnie na wszelkiego rodzaju budowach, przy wszelkiego rodzaju robotach, publicznych i innych, przy wycinaniu drzew zawsze i wszędzie, jakby te roboty były wykonywane niezgodnie z prawem, jakby te drzewa wycinano bez zgody, bez zezwolenia, bez pozwolenia, bez wymaganego papieru. Chyba tak. Pewnie tak. Najprawdopodobniej właśnie o to chodzi. Trzeba będzie przeprowadzić pewien rodzaj badania naukowego, pewien rodzaj testu, pokazując się w miejscach publicznych z aparatem, a najlepiej z dwoma aparatami fotograficznymi.

046

Postanowiłem udać się do ośrodka zdrowia, ponieważ w moim uzębieniu od długiego już czasu panował wielki rozgardiasz. Nic gorszego jak udławić się własnymi zębami. Czas najwyższy zrobić z tym porządek. Zostałem bardzo mile przyjęty, zarejestrowany w nowej, czystej jeszcze kartotece. Była to moja własna kartoteka. Pani pielęgniarka była wielce zaskoczona, że w moim wieku jeszcze nigdy nie byłem u stomatologa. No ale wszystko trzeba kiedyś zrobić po raz pierwszy. Potem poproszono mnie do gabinetu.

— Cóż panu dolega? zapytał uprzejmie pan doktor.

— Otóż dolega mi ząb, panie doktorze — odparłem zgodnie z prawdą. Pan w białym fartuchu, podający się za doktora, nie wydawał się zdziwiony moją odpowiedzią. Pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym powiedział:

— Tak, to widać. Czy to pański ostatni?

— Niezupełnie, panie doktorze –odpowiedziałem– jeszcze z kilka mi zostało i właśnie dlatego tu jestem, by je uratować.

— Dobrze — powiedział — proszę usiąść w fotelu i otworzyć szeroko usta.

Tego właśnie obawiałem się najbardziej ale cóż było robić. Zająłem wskazane mi miejsce, po czym otworzyłem usta. Następnie musiałem podnieść pana doktora z podłogi, bo zasłabł na widok mojego uzębienia. Na szczęście była w pobliżu urocza pielęgniarka, również w nieskazitelnie białym fartuchu czy raczej fartuszku, która pomogła mi ocucić oniemiałego doktora. Znowu zająłem miejsce w fotelu. Czekałem. Stomatolog (tak nazywają się ludzie dłubiący w cudzych zębach) zakasał rękawy i ponownie zabrał się do pracy.

Nie widzę tu żadnego zęba — powiedział doktor — który by nie wymagał mojej interwencji. Powiedział to niby grobowym głosem ale ja wyczułem w nim wyraźną nutę radości. Pewnie już przeliczał moje zęby na gotówkę.

— Najpierw musimy tu zrobić nieco porządku — kontynuował pan doktor — i usunąć te, które nie nadają się do leczenia. Chociażby ten — mówił wpychając swoje paluchy do moich ust — nie tylko jest dziurawy ale też nie bierze udziału w gryzieniu podczas jedzenia. Zupełnie spokojnie można go spisać na straty — zakończył swój monolog sięgając po odpowiednie narzędzie. Po raz pierwszy usłyszałem o zębach, które nie służą do gryzienia. Do czego więc, jasna cholera, one służą? Nie zdążyłem zadać nurtującego mnie pytania, gdyż pan doktor właśnie włożył mi do jamy ustnej zimne, stalowe narzędzie, drugą ręką rozwierając mi jeszcze bardziej usta. Poczułem jak coś chwyciło mnie za ząb. Ciągnął. Podważał. Szarpał na wszystkie strony. Po długiej chwili przestał. Twarz pana doktora była zalana potem. Wyjął z kieszeni spodni dużą chusteczkę do nosa. Wbrew nazwie chusteczki wytarł nią całą twarz. Ciężko dysząc zaczął krążyć wkoło fotela.

— Co za cholera — mruczał pod nosem do siebie — jeszcze nigdy nie miałem takich kłopotów z usunięciem zęba.

Zrobił dziesięć lub więcej okrążeń, potem poprosił siostrę, tak się do niej zwrócił, o pomoc. Poczułem przyjemne ciepło dłoni pielęgniarki na swoim czole, które (to ciepło) rozlewało się po całym moim ciele, zstępując coraz niżej i niżej, aż dotarło do palców u nóg. Robiło mi się coraz przyjemniej. Serce trzepotało w mej piersi niczym zraniony ptak, gdy poczułem piersi pielęgniarki przyciśnięte do mojego ramienia. Coś jeszcze zaczęło mi niecierpliwie trzepotać, lecz przed pełną ekstazą powstrzymał mnie zimny dotyk stali w ustach. Pan doktor znowu przystąpił do pracy. Ciągnięcie. Podważanie. Wyłamywanie szczęki, która trzeszczała ostrzegawczo. Szarpanie. Trwało to chyba całą wieczność. W końcu skończył. To znaczy przerwał. Błogi spokój ogarnął moje ciało. Doktor był zrozpaczony. Górną połowę jego ciała zalewał pot. Usiadł zrezygnowany na swoim stołku. Stołkiem targały dziwne dreszcze, aż podskakiwał. Z oczu doktora ciekły łzy. Zrobiło mi się bardzo przykro.

— Panie doktorze — powiedziałem czułym głosem ale doktor nie reagował. Spojrzałem na pielęgniarkę. Przez chwilę patrzyła ze zdziwieniem, potem wzięła ręcznik i zaczęła wycierać swojego szefa. Rozebrała go do pasa, wytarła, przyłożyła zimny kompres. Doktor najpierw przestał się garbić, potem uniósł głowę, na końcu podniósł powieki i spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem.

— To może ja już sobie pójdę — powiedziałem niezdecydowanym głosem.

— Muszę spróbować jeszcze raz.

To było wszystko co powiedział. Wiedziałem, że musi to zrobić i rozumiałem go doskonale. Rozebrany do pasa, z błyskiem determinacji w oczach i zawzięcie przygryzionymi wargami po raz trzeci uchwycił stalowe obcęgi. Pielęgniarka przywarła do mnie całym ciałem niczym matka broniąca swego dziecka. Zamknąłem oczy. W myślach rozpocząłem modlitwę. Anielskie ciało pielęgniarki przestało mnie podniecać. Moje myśli wznosiły się coraz wyżej w żarliwej modlitwie. Najpierw zobaczyłem białe chmury. Potem ogromne obcęgi, błyszczące niczym słońce. Przemknęły obok mnie lotem błyskawicy. Następnie zobaczyłem pękającą kość szczękową. Wiedziałem, że ząb już wychodzi. Nie czułem tego, lecz widziałem. Czułem natomiast, iż razem z zębem wychodzi mi z czaszki mózg. Zobaczyłem anioła. Za nim ukazały się jeszcze inne anioły. Było ich coraz więcej. Za aniołami był już tylko blask. Jaśniejący coraz bardziej. Wtedy usłyszałem słowa:

— Jesteś! Nareszcie. Długo na to czekałem. Alleluja, alleluja. Niech śpiewają chóry anielskie. Alleluja. Wreszcie jest, cholera jasna!

Wtedy zrozumiałem, że był to głos doktora. Z trudem otworzyłem oczy, nie zapominając uprzednio powrócić na ziemię. Już chciałem powiedzieć doktorowi, że przeszkodził mi w niezwykle ważnym spotkaniu ale ujrzawszy jego radość zrezygnowałem. Doktor tańczył wkoło fotela z obcęgami w uniesionej dłoni. W obcęgach tkwił mój ząb. Poznałem go. Był duży, z olbrzymim korzeniem rozczapierzonym na trzy strony niczym kwiat. To był naprawdę mój ząb. Pośrodku zęba widać było małą dziurkę. Doktor w końcu usiadł i przypatrywał się zębowi. Po dłuższej chwili usłyszałem znowu głos doktora, który wprawił mnie w ogromne zdumienie.

— Taki piękny ząb, — mówił doktor ze smutkiem — szkoda, że go usunąłem.

Arktyczny mróz zmroził moje kości, nie na tyle jednak, żebym nie mógł natychmiast podnieść się z fotela i wyjść, wybiegnąć, wręcz wypaść z gabinetu. To była moja pierwsza i ostatnia wizyta u stomatologa.

047

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 86.87