E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
54.61
Las ze skał

Bezpłatny fragment - Las ze skał

Objętość:
299 str.
ISBN:
978-83-8467-298-3
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 54.61

Pobierz bezpłatnie

Mojemu Tacie, który opowiadał mi historie,

kiedy nie mogłam zasnąć


Grzesiowi, który słuchał moich opowieści

o opowieściach

O narodzinach Férchéna i Falcha i o przenikliwym spojrzeniu badacza gwiazd

Férchén i Falcho byli skrzacimi bliźniętami, podobnymi do siebie jak dwie krople ciepłego deszczu podczas Pory Suszy, o włosach czarnych jak krucze pióra i oczach błękitnych jak płatki leśnych niezapominajek. Urodzili się pierwszego dnia Miesiąca Cyprysa w 2223 roku Piątej Ery, a rodzicami ich byli hafciarka Méra i wędrowny handlarz Fen.

Zgodnie ze zwyczajem Leśnych Ludzi, z okazji narodzin chłopców zasadzono ich drzewa miesięczne. Mieszkańcy wioski potraktowali to raczej jako gest symboliczny, wszyscy bowiem dobrze wiedzieli, że klimat w tej części Krainy Séras w ogóle nie sprzyjał cyprysom i żadne nie rosły tu od lat. O dziwo jednak, drzewa przyjęły się, a stara Salché, którą uważano w wiosce za prorokinię i która podobno wiedziała o tajemnicach natury więcej niż niejeden druid, uznała to za znak i powiedziała, że teraz chłopcy nie tylko przejdą pod opiekę drzew cyprysowych, lecz też odziedziczą ich charakter, charyzmę i pęd ku nieprzemijalności. Méra jednak roześmiała się tylko na te słowa i odparła, że nie wierzy wcale w takie rzeczy, Pan Drzew bowiem stworzył drzewa drzewami, a jej synów jej synami i każde z nich będzie sobą, niezależnie od drugiego.

Salché wzruszyła ramionami i burknęła urażona:

— ­­ Co wędrowcy znad morza mogą wiedzieć o drzewach?

Może i było w tym trochę racji, gdyż Méra i Fen rzeczywiście pochodzili znad morza. Przez długie lata dzieciństwa i wczesnej młodości mieszkali wśród klifów, wydm i nadmorskich lasów, w krainie falków, dla których szum wody o wiele droższe skrywał sekrety aniżeli szum drzew.

Niedługo po narodzinach chłopców Fen zdecydował, że czas wyruszyć w dalszą drogę, wędrowni handlarze nigdy bowiem nie zagrzewali nigdzie miejsca na długo, taka była natura ich pracy i życia. Dzieci były silne, więc Méra zgodziła się z mężem i wraz z nastaniem nowego miesiąca opuścili o świcie wioskę, kierując się pieszo ku południowemu zachodowi, by zdążyć, jak zawsze, przeczekać śniegi w cieplejszych regionach Séras.

Stara Salché nigdy nie dowiedziała się, czy miała rację, nigdy więcej bowiem nie zobaczyła chłopców. Umarła kilka lat przed tym, jak pewnego dnia Méra, Fen i ich synowie znów pojawili się w wiosce, przynosząc ze sobą łagodny wiatr i zapach ziół.

— Bierzcie, próbujcie, kupujcie! Starczy dla wszystkich! — wołał Fen, gdy rozłożył przywiezione zioła na pniu powalonego drzewa, a zgromadzona po drugiej stronie pnia grupa skrzatów zaczęła wąchać i kosztować suszonych roślin, przepychając się przy tym i potrącając jedni drugich. — Férch, pakuj do woreczków, no żwawo, żwawo!

Obok Fena stał nie więcej niż kilkunastoletni* Férchén, ze wzrokiem skierowanym raczej ku dębowym liściom, drżącym delikatnie na gęstych konarach wysoko ponad nim, niż ku suszonym ziołom przed sobą. Na dźwięk ponaglenia ojca Férch ocknął się niechętnie z zamyślenia. Odgarnąwszy kosmyk czarnych włosów z czoła i schowawszy go pod czapkę, sięgnął po lniany woreczek i zaczął wkładać do niego kawałki pokrzywowych liści, które wskazał mu pierwszy z kupujących.

Gdzie, u Licha, jest Falcho? Dlaczego to znów ja pomagam? — pomyślał, po części z pretensją, po części z zazdrością, jakich to odkryć brat zdążył już dokonać w tym nieznanym miejscu ich narodzin, ciekawszych niż handel ziołami przy omszałym drzewie.

Z takich rozmyślań wyrwał go głos z drugiej strony pnia, skierowany do jego ojca:

— Fen, to ty?

Férch podniósł głowę i ciekawość zabłysła w jego uważnych oczach. Zobaczył przed sobą postać skrzaciego starca o gnomim spojrzeniu, twarzy zaś pomarszczonej i suchej jak fałdy skał, trupiobladej w szarym świetle pochmurnego wieczoru. Starzec odziany był w osobliwy, ciemnogranatowy płaszcz, przypominający Férchénowi płaszcze druidów, które widział niegdyś w Sén Serén. Różniły je jednak hafty — podczas gdy płaszcze druidzkie ozdabiał znak Rady Druidów, przeplatające się pędy wszystkich drzew miesięcznych, brzegi płaszcza tego dziwnego starca wykończono, niezwykle zresztą starannie, złocistym motywem gwiezdnych konstelacji. Wyglądały one niemal tak wspaniale jak w wyobraźni Fércha ilustracje gwiazdozbiorów na mapach nieba w tajemnych bibliotekach sylfów.

Ojciec także skierował wzrok ku starcowi. Jego twarz rozpromieniła się, musiał więc go rozpoznać.

— Fen! — stwierdził wówczas starzec niemal z uśmiechem, po czym, omijając korzenie powalonego dębu, przeszedł na drugą stronę pnia i rozłożył ramiona, by uścisnąć ojca. — Dobrze cię raz jeszcze zobaczyć.

— Ty jesteś pewnie synem Fena, choć niepodobny wydajesz się do niego? — zapytał zaraz potem, gdy przeniósł swe błyszczące niczym światło pochodni, żółtozłote oczy na Férchéna. Przez chwilę świdrował chłopca przenikliwym spojrzeniem, na co Férch wyprostował się z wrodzoną dumą, uniósł w górę brew i rzekł: — Tak. Jestem Férchén.

Starzec zaśmiał się pod nosem, jakby znalazł w słowach Fércha coś szczególnie zabawnego, z oczu jego nie zniknęła jednak wcześniejsza powaga.

— Gdzie zaś twe odbicie w zwierciadle, Férchénie, Pogromco Burz?

Nawet jeśli błyskotliwy zwykle skrzaci chłopak zrozumiał, czego w istocie dotyczyło to dziwne pytanie, zbyt był już oniemiały postacią starca i zaskoczony przydomkiem, którym ten go nazwał, by odpowiedzieć od razu. Zerknął tylko na ojca, który prędko przyszedł mu z pomocą.

— Nic się nie zmieniłeś, Wélrodzie! Wciąż mylisz skrzacie dzieci z ciałami niebieskimi — powiedział z rozbawieniem Fen, spoważniał jednak i zamyślił się, gdy Wélrod odparł na to: — Czy ciebie z niewłaściwym pomyliłem?

Ten starzec pamięta ojca z czasów, kiedy był dzieckiem — pomyślał Férch z coraz większym zainteresowaniem. Czy ojciec był tu więc jako dziecko? I do jakiego ciała niebieskiego go przyrównał? Do jakiego przyrównał mnie? Och, czemu nigdy dotąd nie zdobyliśmy z Falchem żadnej mapy nieba, czemu?

— Mnie nietrudno było nie pomylić — rzekł tylko Fen, po czym zwrócił się do Férchéna: — Gdzie Falcho? Zwykle nie można was rozdzielić, a jak przychodzi co do czego, to… Słowo daję!

Férch wzruszył zamaszyście ramionami, starając się pokazać w ten sposób, że nie wie i że sam chciałby wiedzieć. Czasem Falcho nie tłumaczył się nawet jemu z tego, co robił ani dokąd chodził, co zawsze złościło i bolało Férchéna. Nigdy jednak nie powiedział o tym bratu, sam bowiem nie był pewien, dlaczego tak bardzo go to obchodzi. Może dlatego, że tajemniczość Falcha wywoływała w nim jakiś niepokój, a nawet strach. Zazwyczaj wydawało mu się, że są z bratem tak związani, jak tylko można być, i że wiedzą wszystko o sobie. W takie dni jak ten było jednak całkiem na odwrót i Férch myślał wówczas, że nie wie o Falchu zupełnie nic, a próby zrozumienia go są niczym łapanie w dłoń powiewu wiatru.

Férchén nie znosił tych dni. Bał się ich, choć nie wiedział czemu.

***

Falcho znalazł się dopiero po zmierzchu, gdy wieczorne chmury rozwiały się już na nocnym niebie i księżyce świecić zaczęły na nim jak latarnie w Sén Serén. Oświetlały polanę w dąbrowie, na której zgromadziła się znaczna część mieszkańców wioski, na tyle mocno, że iskrzyki i świetliki mogły odpocząć od swojej pracy w skrzacich lampionach. Ciepły wieczór podczas trwającej Pory Suszy zachęcił Leśnych Ludzi, by rozsiąść się na korzeniach i ściółce lasu i słuchać niezwykłych opowieści Wélroda, zajadając się plackami z suszonego mchu.

Swoim zwyczajem Falcho przeprosił grzecznie ojca za nieobecność, na co Fen uniósł najpierw groźnie brew, potem jednak machnął tylko ręką, uznając, jak zazwyczaj, że jego gniew i tak niczego nie zmieni. Matkę zaś nieposłuszny włóczykij udobruchał szybko drobnym, choć wciąż dużym w dłoni skrzaciego chłopca kwiatem chabru, który z pełnym wdzięku uśmiechem na twarzy wpiął w jej ciemne włosy.

Usiadł potem na dębowym korzeniu obok Férchéna i ruchem głowy wskazał na Wélroda, siedzącego wyżej od wszystkich, na tym samym powalonym przez burzę drzewie, na którym ojciec sprzedawał wcześniej swoje towary.

— Kto to? — zapytał brata, strzepując z rękawa tuniki żółte drobinki, w których Férch rozpoznał pyłek babki obrastającej przydroża gościńca.

— Gdybyś nie włóczył się samotnie po gęstwinach, wiedziałbyś — odparł na to z wyrzutem Férchén, unosząc brew niemal tak jak ojciec. — Gdzieś ty był? Czego szukałeś koło drogi?

— Tego i owego — rzucił niedbale Falcho, oparłszy się rękami o konar za swoimi plecami i spojrzawszy w górę, w czarną głębię dębowej korony. Po chwili jednak znów odwrócił wzrok w kierunku Fércha i dodał, uśmiechając się z rozbawieniem na widok naburmuszonej wciąż twarzy brata i wskazując raz jeszcze na Wélroda: — No, nie bocz się już, może potem ci powiem… Czy on jest gnomem?

— Przestań już gadać — fuknął Férch. — Wélrod zaraz zacznie opowieść.

Starzec rzeczywiście uciszał już ręką zgromadzenie skrzatów, prostując się i rozsiadając wygodniej na powalonym pniu. Jego długie, gładkie włosy, świecące jak prawdziwe srebro, opadały lekko na granatową szatę, gnomie oczy gorzały zaś jak złoto w tyglu. Padało na niego subtelne światło nocy, pasujące mu bardziej niż cokolwiek innego, sam bowiem wydawał się jego częścią na równi z księżycami i gwiazdami. Noc wyostrzała rysy Wélroda i napełniała je gracją i czarem, których nie posiadały za dnia i których pozbawieni byli wszyscy pozostali zebrani na tej leśnej polanie. Teraz całkiem już przypominał Férchowi druidów z Sén Serén, dostojnych i tajemniczych.

Gdy cisza niemal zupełna, zakłócana jedynie łagodną muzyką świerszczy, zapadła na polanie, Wélrod rozpoczął…

Dawno, dawno temu, u progu czasów Mistrz Dąb miał dwoje dzieci: syna i córkę. Syn miał włosy z dębowych liści, w przeciwieństwie do drzew stronił jednak od jasności słonecznych promieni, blady był i milczący, a dnie spędzał w półmroku złotniczej pracowni, topiąc w tyglach złoto i szkło. Siostrę jego, zupełnie do niego niepodobną, zwano zaś niekiedy Łąką, tyleż bowiem życia miała w sobie, co i ona, dniami całymi tańczyła na niej, a w oczach jej skrzyły się kolory wszystkich polnych kwiatów i suknię nosiła z ich płatków. Mimo różnic brat kochał bardzo swą siostrę, a ona jego, i wieczorami siadywali razem na wielkim kamieniu na granicy łąki i boru, szczęśliwi i przytuleni do siebie, a delikatne światło Pochmurnego Mędrca padało na nich, czuwając nad spokojem ich dusz.

Pewnego dnia jednak złe Licho porwało siostrę, by zabrać z niej życie i radość. Skryła się wtedy wśród gąszczu paproci i nikogo widzieć nie chciała, ni ojca, ni swojego ukochanego brata, a jej barwną spódnicę zastąpiły od tej chwili liście paproci. Nie mogąc patrzeć na jej smutek i nieszczęście, brat dnie i noce spędzał w pracowni, aż stworzył kryształ, w który światło życia złapał dla swej siostry. Wielkiego dzieła tym dokonał, które nie udało się nikomu przed nim, ani którego nikt po nim nie powtórzył, lecz także zuchwałego i niemądrego, żadna istota poza Panem Drzew nie ma bowiem prawa do światła życia i władać nim nie potrafi. Siostrze życia brat nie zwrócił, a zaklął je jedynie w jej odbiciu w zwierciadle, gdzie, choć o potężnej mocy, sztuczne się stało i zimne jak lód. Gdy brat spostrzegł, co zrobił i że już nic więcej dla swej siostry uczynić nie może, z rozpaczy i złości rozbił zwierciadło, które rozpadło się na pięć części, wszelkie życie zaś przeklął i sam siebie w Licho przemienił.

Po jakimś czasie Mistrz Dąb odnalazł w pracowni syna cztery odłamki zwierciadła i poznawszy ich moc, oddał po jednym z nich pod czujną opiekę wszystkich Strażników Żywiołów — falków, by z pianą morską swój zmieszały, sylfów, by wśród szczytów górskich wiatr ich odłamek rozwiewał, gnomów, by w podziemnym labiryncie go ukryły, i smoków, by lawa wulkanu go topiła, przestrzegając, by nigdy nie ośmielili się ich używać.

Co z piątym odłamkiem się stało, nikt nie wie. Wśród drzew przez czas jakiś wieść się niosła, że piąty odłamek dziewczyna zabrała, przycisnęła do serca i wraz z nim na powrót schroniła się w cieniu paproci. Wieść ta jednak szybko zamieniła się jedynie w legendę, jak i cała ta historia, choć niektórzy wierzą, że dziewczynę wciąż jeszcze spotkać można niekiedy w gęstwinach paproci, piękną jak kwiat. Dlatego po dziś dzień Kwiatem Paproci jest nazywana.

Gdy Wélrod skończył opowieść, przez jakiś czas nikt się nie odzywał, aż w końcu Falcho zadał to samo pytanie, które krążyło w głowie Férchéna:

— Co by się stało, gdyby ktoś z powrotem połączył te odłamki ze sobą? Czy poznałby tajemnicę światła, którą odkrył brat?

Starzec nie odpowiedział od razu, zaczął zaś przyglądać się Falchowi swoim przeszywającym spojrzeniem drapieżnego ptaka. Férch pomyślał po chwili, że on sam poczułby się już pewnie nieswojo pod palącym ciężarem tego wzroku, Falcho nie drgnął jednak nawet i przyjmował go z niewzruszonym spokojem. Jego blada, porcelanowa twarz, bledsza jeszcze w nocnym świetle księżyców, na której majaczył subtelny, urzekający uśmiech, lśniła jak diament bez skazy.

On jest zawsze idealny — przemknęło nagle przez myśl Férchowi. Idealny Falcho.

— Niewykluczone — odparł w końcu Wélrod. — Choć nikt nie wie tego na pewno. Druid Nyre, jeden ze znamienitszych sylfich uczonych, uważał niegdyś, że ten, kto połączy na powrót odłamki zwierciadła, nie tylko posiądzie tajemnicę światła życia, lecz również władzę nad żywiołami. Biada jednak temu, kto tego dokona.

***

Świerszcze wciąż jeszcze grały w trawach, w suchym, ciepłym powietrzu nocy, gdy jakiś czas później Férchén oparł się łokciami o ramę okienną w ich domu, który zajęli na czas swojego pobytu w wiosce, i położył brodę na rękach. Z uśmiechem wpatrywał się przez chwilę w ciemność dąbrowy i słuchał tej niezwykłej, owadziej muzyki, a zaglądające do wnętrza pokoju pędy roślin porastających leśną ściółkę raz po raz muskały mu twarz. Ojciec nie lubił mieszkać wysoko na drzewach jak większość Leśnych Ludzi, dlatego dokądkolwiek przybywali, zajmowali zagospodarowane skrzacią ręką puste dziuple u podnóży pni lub przestrzenie pod rozległymi korzeniami, z których stworzono domostwa. Matka śmiała się nieraz z tego dziwnego, gnomiego zwyczaju ojca do życia blisko ziemi, nigdy jednak nie sprzeciwiała mu się. Teraz też nocowali więc w wydrążonym przez drzewną próchnicę pniu grubego dębu, Méra i Fen na dole, Férch i Falcho zaś na dobudowanym wewnątrz drzewa piętrze.

W końcu Férch oderwał wzrok od pogrążonego w mroku nocy lasu i odwróciwszy się, spojrzał na Falcha. Przyćmione światło świecy w kaganku padało na szczupłą sylwetkę brata. Opierał się o wewnętrzną ścianę pnia, siedząc wygodnie, z rękami za głową i wyciągniętymi nogami, na swoim łóżku posłanym pledem z dębowego liścia. Oczy miał błogo przymrużone i uśmiechał się, jego myśli musiały więc krążyć wokół czegoś przyjemnego.

— O czym myślisz? — zapytał Férchén.

— O tym samym, co ty, braciszku — odpowiedział Falcho, nie otwierając oczu i nie ruszając się z miejsca.

Na powrót zamilkli obaj. Férch uśmiechnął się szerzej do siebie i odwrócił, by znów wyglądać za okno. O tym, by zdobyć te kawałki zwierciadła i poskładać je w całość — rozmarzył się. Po chwili gdzieś w oddali zahuczała sowa, a lekki podmuch wiatru przywiał jej głuchy odgłos do ich pokoju. Férchén drgnął. Jeśli zahuczy raz jeszcze, uda nam się — przyszło mu niespodziewanie do głowy. Zaczął nasłuchiwać z niecierpliwością, i gdy sowa odezwała się ponownie, serce załopotało mu z dziecięcej, naiwnej radości.

O czymś jeszcze myślał jednak Férch tej ciepłej nocy, w tej chwili i później, kiedy leżał w swoim łóżku, gdy nawet świerszcze już zamilkły. O tym, jak bardzo chciałby raz jeszcze porozmawiać z Wélrodem, zanim znów wyruszą w dalszą drogę. Myśl ta za nic nie chciała opuścić jego głowy, i Férchén nie mógł zasnąć przez nią. W ciszy pokoju wsłuchiwał się w oddechy, swój własny i Falcha, równie niespokojny i ożywiony, co jego, co znaczyło, że brat nie spał także. Do rana nie rozmawiali już jednak ze sobą.

Wélrod nie pokazywał się w wiosce przez kilka następnych dni, a Férch, choć dowiedział się, gdzie mieszka starzec, nie miał śmiałości iść do niego sam, bez żadnej przyczyny. W końcu jednak Drzewni Mistrzowie pomogli życzeniu skrzaciego chłopca i powód nadarzył się. W przeddzień wyjazdu Fen poprosił bowiem Férchéna, by wieczorem zaniósł Wélrodowi niewielką sakwę z podarkiem od niego na pożegnanie. Férch zrobił to aż nader chętnie — kiedy tylko zjedli kolację, a słońce skryło się za koronami drzew i z wolna zmierzać zaczęło ku zachodowi, chwycił w pośpiechu sakwę i puścił się biegiem przez dąbrowę ku jej obrzeżom, poza wioskę.

Tam, przy granicy lasu z łąką, rosły brzozy, a łubiny i wysmukłe, polne trawy obrastały ich stopy. W górę najwyższej i najgrubszej z brzóz pięły się drewniane schody. Férch wbiegł po ich spirali otaczającej pień, pokonując dwa, trzy stopnie na raz i zatrzymał się dopiero, kiedy dotarł na balkon przed domem Wélroda, oświetlany częściowo ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.

Wélroda nie było jednak w domu, i Férch zasmucił się, pomyślawszy, że starzec na całą noc oddalił się może od swojego drzewa, a on nie zdąży go już zobaczyć przed wyjazdem. Jego smutek rozwiał się, gdy spojrzał w górę, poprzez kotarę delikatnych brzozowych gałęzi, i kilka konarów ponad sobą dostrzegł drewnianą płytę tarasu, a do jego czujnych skrzacich uszu dobiegł stukot kroków. Rozejrzał się dookoła. Nie odnalazłszy schodów, zaczął wdrapywać się wyżej po pniu, podziwiając w duchu sprawność starca, który musiał przecież w ten sam sposób dostać się na taras.

Gdy dotarł na górę, Wélrod siedział na brzegu tarasu, ze spuszczonymi w powietrze nogami i odwrócony do niego plecami. Skrzaci chłopak zdziwił się więc, kiedy starzec przywitał go po imieniu.

— Skąd pan wiedział, że to ja? — zapytał.

Wélrod zaśmiał się lekko, po czym, wciąż nie odwracając się do Fércha, rzekł:

— Poznałem cię po krokach. Każde kroki są inne. Ty i twój brat jesteście tak podobni do siebie, a wasze kroki różnią się. Kroki Falcha są mocne i pewne, twoje zaś szybkie i rozedrgane, jakbyś zawsze wahał się, w którą pójść stronę.

Férch skrzywił się, bo słowa Wélroda nie spodobały mu się wcale. Przecież nie mniej niż Falcho wiedział, czego chce, i jego duma podpowiadała mu, żeby powiedzieć o tym starcowi, powstrzymał się jednak.

— Ojciec prosił, by przekazać panu upominek od niego na pożegnanie — rzekł w zamian.

— Podziękuj ojcu ode mnie — odparł Wélrod. — A teraz odłóż podarek na stół i podejdź tutaj.

Schowawszy kosmyk włosów pod czapkę, Férch położył sakwę tam, gdzie przykazał starzec, po czym podszedł do niego i usiadł obok, także spuszczając nogi w dół. Z tego miejsca na drzewie rozpościerał się wspaniały widok na niebo, na którym granat zmierzchu mieszał się z żółto-pomarańczowym blaskiem zachodzącego słońca.

Niedługo gwiazdy zapalą się jak promyki świec — pomyślał Férchén, wpatrując się przez chwilę w niebo w niemym zachwycie, po czym przyszło mu do głowy pytanie.

— W wiosce mówią, że czyta pan przyszłość z gwiazd niemal tak dobrze jak sylfi uczeni. To prawda? Potrafi to pan? — Przeniósł wzrok na Wélroda, i gorączkowa wręcz ciekawość zabłysła nagle w jego oczach.

Starzec znów się zaśmiał.

— Nawet głupiec potrafi czytać z gwiazd, jeśli wpatruje się w nie nieustannie przez dziesiątki lat.

Férch spojrzał znów na niebo i zastanawiał się przez chwilę nad swoim kolejnym pytaniem. W końcu nie zapytał jednak o swoją przyszłość i zdziwiło go to. Od kilku dni nie myślał o niczym innym, jak tylko o tym, by Wélrod opowiedział mu o niej, a teraz nagle przestraszył się jakby i uznał, że wcale nie chce poznać przyszłości, zanim nie nadejdzie. Zadał więc inne pytanie:

— Czy wszystko, co zapisane w gwiazdach musi się spełnić?

— Nie — odparł Wélrod, uśmiechając się tajemniczo. — Nic bowiem pewnego w gwiazdach zapisane nie jest, a wyczytać można z nich jedynie przypuszczenia, mętne jak poranna mgła. Nie gwiazdy, lecz my sami o naszym losie decydujemy, młody Férchénie; ty właśnie kiedyś przekonasz się o tym.

***

* Skrzaty z opowieści żyją około 1000 lat, a ich wiek przelicza się inaczej niż ludzki. Dorastają wolniej niż ludzie.

[É] w skrzacim języku czytamy jak [i], [ch] jak [k] np. Férchén wymawiamy [Firkin].

[W] czytamy jak [ł] np. Wélrod wymawiamy [Łilrot].

1. Czarnoksiężnik z Nan Farlasu

Rok 2558

Niewiele światła docierało do podziemi Nan Farlasu. Wyspę kryły w mroku nadjeziorne opary, a ruiny wieży gęsta kępa olch. To, co pod wieżą zaś, lochy i bezkresne smocze labirynty, skrywały kamienne mury i gliniasta gleba. Była jednak szczelina w murze, którą nocami wpadał do podziemi cienki promień księżycowego blasku. Habel znalazł ją lata temu i zwykł patrzeć przez nią czasem na wieczorne niebo, zwłaszcza wtedy, gdy ociągał się z opuszczeniem ukochanej ciemności i stawieniem na wezwanie Czarnoksiężnika.

Tego wieczoru niebo lśniło żywo ciemnym błękitem i nawet Pochmurny Mędrzec otulony był cały szafirową poświatą jak odświętnym druidzkim płaszczem ze zwiewnego jedwabiu. Habel podszedł do muru i niemal wetknął swój zadarty nos w wąską szparę szczeliny. Światło nocy odbiło się w jego sylfich oczach, i stały się na chwilę bardziej jeszcze granatowe niż były zazwyczaj.

Potem opuścił brodę i przeniósł wzrok niżej, ku chmarze nietoperzy, która wirowała dziko w powietrzu, na zmianę wlatując i wylatując z ruin wieży jak w jakimś neurotycznym tańcu.

Czarni, ślepi głupcy — pomyślał ze znużeniem i opatulił się szczelniej swoim własnym skrzydłem, nie wiedząc właściwie, czy myśl ta była o nietoperzach, czy może o nim samym. Nie zdążył jednak zastanowić się nad tym, usłyszał bowiem wołanie, kolejne i trochę już zniecierpliwione, które stłumione dotarło do niego z góry, po czym rozniosło się dalej wśród pogrążonych w ciszy korytarzy labiryntu: „Habel!”.

Sylf skrzywił się. Nienawidził w Czarnoksiężniku wszystkiego oprócz jego głosu; tego nie potrafił znienawidzić nigdy — ciemnego, magicznego głosu, który roznosił się po Ostatniej Smoczej Wyspie niczym kojąca pieśń kniei nad leśnym moczarem. Głos ten, znienacka i brutalnie, rozbudzał zakopane głęboko w mrocznej, obojętnej duszy Habla ciepło dnia. Ciepło to rozgrzewało go na krótką chwilę i wówczas w sercu Dziecka Wiecznej Nocy pojawiało się nawet coś na kształt radości.

Czarnoksiężnik wiedział jednak dobrze, co robi, radosne wspomnienia były bowiem dla Habla największą katorgą, paliły jak smoczy ogień tamtego nieszczęsnego dnia i natychmiastowa chęć ucieczki przed nimi przybliżała go do mroku Czarnoksiężnika bardziej niż cokolwiek innego. Także teraz dreszcz przeszedł sylfa, tak jakby jego ciało chciało strzepnąć z siebie każdy, najmniejszy nawet skrawek tych wspomnień. Przetarł zewnętrzną stroną błoniastych dłoni swoje podkrążone oczy, chwycił ze ściany pochodnię i powlókł się w górę wąskich, kamiennych schodów.

Habel służył Czarnoksiężnikowi od kilku dziesiątek lat, nie pamiętał jednak czasów, gdy jego pan odbudowywał Nan Farlas z pierwszych, pradawnych zgliszczy i tworzył tu swoją siedzibę. Nie wiedział też, co sprawiło, że miejsce to na powrót stało się ruiną, tą, którą wciąż było. Nawet Hercho nie znał chyba prawdy o tym, co się wtedy wydarzyło, choć opowiadał niekiedy o potężnej, omszałej wieży ogniowej wśród olszowych konarów wrastających przez okna do jej środka i o tajemniczej i pięknej niczym księżycowa noc Pani Olch, która przędła nici lżejsze, bielsze i bardziej świetliste niż pajęcze. Jednymi z niewielu rzeczy, których Habel nie nauczył się traktować z obojętnością, były takie właśnie opowieści. Od momentu więc kiedy, na początku swej służby u Czarnoksiężnika, nauczył się wilczej mowy Hercha, słuchał go z dziecięcym wręcz entuzjazmem, nawet jeśli nigdy nie dawał tego po sobie poznać, a przed samym sobą niechętnie się do tego przyznawał.

Gdy dotarł z podziemi na powierzchnię, porywisty wiatr znad jeziora, wdzierający się z głuchym świstem do środka przez okna wieży, przeszył go na wylot. Habel jednak nie dbał o to wcale i nie wzdrygnąwszy się nawet, zaczął wchodzić wyżej po wielkich stopniach kolejnych schodów, stworzonych rękami drzew i zbyt dużych na malutkie sylfie stopy. Niektóre stopnie ułożono z kamieni, gdzieniegdzie obrośniętych teraz mchem, pomiędzy którymi wyrastały źdźbła trawy. Inne zaś były po prostu konarami sąsiadujących z wieżą olch — tych Habel nie znosił szczególnie. Kiedy wspinał się po nich, jego stopy, nieprzystosowane do chodzenia po gałęziach tak dobrze, jak stopy skrzatów, ślizgały się po zawilgotniałej korze jak po tafli lodu.

Latanie to jednak dobrodziejstwo — pomyślał, krzywiąc usta w półuśmiechu. Bezwiednie pomasował dłonią swoje nadłamane skrzydło.

Pokonał wreszcie ostatni stopień i znalazł się w miejscu, które od upadku wieży było jej najwyższym krytym piętrem. Odetchnął głęboko i znów przeniósł wzrok przez okno na niebo, a potem przez wąski prześwit pomiędzy olszowymi gałęziami na Kasztanowy Most, łączący Nan Farlas z podnóżem srebrzących się jak ostrza mieczy Gór Księżycowych. Rozległe korzenie drzewnego mostu znad brzegu jeziora przechodziły bezpośrednio na dziedziniec ukrytej wśród górskich skał twierdzy, równie olbrzymiej, co wieża na wyspie, połyskującej niebieskawo w blasku Zamglonego Wędrowca.

— Habel! — dotarło do niego trzecie, jeszcze bardziej zniecierpliwione wołanie. Ktoś nieznający dobrze Czarnoksiężnika z Nan Farlasu mógłby tego zniecierpliwienia wcale nie dostrzec; cokolwiek czuł, Czarnoksiężnik pozostawał bowiem zawsze taki sam, powściągliwy i dystyngowany. Habel jednak nauczył się rozpoznawać subtelności w głosie swego pana z precyzją hafciarza wyszywającego ozdobne wzory, pełne kolorów i przeplatających się nici. Wiedział dobrze, że jego złość gorsza była niż smocze kły, nawet jeśli wpadał w nią z uprzejmym uśmiechem na ustach.

Pracownia tonęła w półmroku i głuchej ciszy, gdy Habel wszedł do jej wnętrza. Nie dostrzegł Czarnoksiężnika od razu. Dopiero konkretne, szorstkie „Jesteś” skłoniło go do spojrzenia w górę niewysokich, drewnianych schodów, które łączyły się z olszowym konarem prowadzącym do nieodległej dziupli w drzewie — zaplecza pracowni.

Czarnoksiężnik na moment przystanął na konarze w bezruchu, potem zaś zaczął schodzić powoli. Habel przyglądał się beznamiętnie, jak jego wysoka sylwetka wyłaniała się stopniowo z ciemności niczym z czarnej mgły, a blade światło kaganka padało coraz wyżej na fałdy szmaragdowego, jedwabnego płaszcza.

Nie zwracając zupełnie uwagi na sylfa, tak, jakby wcale go tam nie było, Czarnoksiężnik podszedł do tygla zawieszonego nad paleniskiem w obszernym, glinianym piecu i zajął się swoją pracą. Habel splótł więc dłonie za plecami i zastygł w miejscu niczym figura z kamienia, wyczekując, co się wydarzy.

— Materia — rzekł po dłuższej chwili Czarnoksiężnik, nie zerknąwszy nawet na swojego sylfiego sługę, wciąż mieszając coś prętem w tyglu z niebywałym skupieniem. Tę niepozorną czynność złotniczą, którą wcześniej powtarzał przecież setki razy, wykonywał niemal z namaszczeniem. — Cóż za fascynująca rzecz — materia. Mimo wszystko zawsze bardzo ją ceniłem.

— Nie dla materii przesiadujesz tu nocami, mistrzu czarnoksiężniku — powiedział Habel, gdy przybliżył się do pieca i zdołał zobaczyć na twarzy swego pana cień subtelnego uśmiechu. Własny cichy głos zadudnił mu w głowie niewspółmiernie głośno i sylf pomyślał, jak nierozsądnie wypowiedział te słowa i że zaraz kara spotka go za nie.

Zanim jednak Czarnoksiężnik się odezwał, ciecz w tyglu zawrzała nieoczekiwanie i wyrzuciła z siebie pomarańczowawą parę, która gęstniała prędko z każdą cząstką chwili, tak że w okamgnieniu powstała z niej jakby zwiewna chmurka unosząca się nad kotłem. Jaskrawe, wyłupiaste oczy Habla na moment rozszerzyły się jeszcze bardziej w nagłym przestrachu. Z niewiadomej przyczyny przyszło mu do głowy, że obłok ten zamieni się zaraz w ogniste płomienie, szybko jednak skarcił w duchu własną głupotę.

Nawet w pracowni Czarnoksiężnika para nie stawała się ot tak ogniem, chyba że siłą iluzji.

— Nie — odparł wówczas Czarnoksiężnik i zaśmiał się drwiąco, a Habel nie był pewien, czy śmieje się z własnych słów, czy z jego strachliwej reakcji. — Nie dla materii.

Para opadła i na powrót utonęła w cieczy, równie szybko i samoistnie, jak się z niej wydobyła. Habel uśmiechnął się krzywo do wnętrza tygla, unosząc lekko jeden kącik zaciśniętych warg. Przeklęty kolor!

Ciecz w kotle zawrzała znów groźnie, tym razem przypominając chyba warzącemu ją panu pracowni, że zwolnił ruchy pręta, a nie powinien. Trzymająca pręt ręka Czarnoksiężnika przyspieszyła więc, a jego jasna, piękna twarz spoważniała i skamieniała na chwilę w milczącym zamyśleniu.

— Dobrym jesteś złodziejem, Habel? — zapytał w końcu cicho, głosem lodowatym tym razem i przeszywającym jak echo z głębi studni.

Habel wiedział, że nie było to pytanie, na które Czarnoksiężnik oczekiwałby odpowiedzi, przestąpił więc tylko z nogi na nogę, a potem czekał w bezruchu na swoje zadanie.

— Ukradniesz coś dla mnie — rzekł Czarnoksiężnik. — Jednego skrzaciego chłopca.

2. We mgłę

Burzliwy szum wodospadu trwożył jaskółkę. Wylądowała w końcu nerwowo na prawym brzegu Gérlodu, w cieniu gałęzi ogromnego buka z niebieskawym pniem i tuż obok skalnego mostu, który cały niemal ginął w szarych kłębach nadwodnej mgły.

Al ześlizgnął się zwinnie z ptasiego grzbietu i pogładził dłonią skrzydło jaskółki w podzięce za wspólną drogę, zanim w pośpiechu wzbiła się z powrotem do lotu. Skrzaci chłopak patrzył przez chwilę, jak jej drobna sylwetka maleje w oddali.

Jest taka jak Sójka — pomyślał nagle i sam zdziwił się, skąd wzięła mu się ta myśl. Delikatna i płochliwa.

Chłodny powiew wiatru z północnego zachodu przeszył go jak ostrze lodowego sopla i Al opatulił się szczelniej wełnianym płaszczem ojca. Nie lubił zimna; ni stąd, ni zowąd przywodziło na myśl wspomnienia, o których wydawało mu się, że dawno zapomniał.

Sójka.

Poprawił tobołek i łuk na plecach, po czym ruszył w kierunku mostu. Był to szlachetnie prosty w swej ciężkiej, gnomiej konstrukcji most. Jego połyskliwa zazwyczaj biel, o barwie piany fal spadających z wodospadu, tonęła tego dnia w lepkiej szarości mgielnych oparów i zbliżającym się zmierzchu, przedwczesnym, jak często podczas pochmurnej Pory Deszczów. Nieliczni mieszkańcy grodu lub podróżni wyruszający w drogę, którzy przekraczali teraz jeszcze rzekę, wyłaniali się z owej mgły znienacka jak ćmy z oślepiającego blasku latarni. Nawet bystre oczy Ala w ostatniej prawie chwili rozpoznawały wśród gęstych oparów wilgotnego powietrza sylwetki przechodniów, skrzat szybciej więc usłyszał nagły, stanowczy rozkaz: „Stać!” niż dostrzegł, kto go wydaje.

Zaskoczony Al przystanął w czujnym oczekiwaniu, przeniósłszy wzrok w kierunku lewej balustrady, skąd dobiegł do niego głos. Wkrótce zobaczył wysokiego strażnika w zbroi i hełmie z czarnego żelaza i szarym, wełnianym płaszczu z wyhaftowanym znakiem Mistrza Skał.

Gnomy — zaśmiał się w duchu Al. Widzą we mgle jak wilki w ciemności. I od kiedy zbroją się jak na wojnę międzyplanetarną?

Strażnik wyraźnie nie podzielał jego rozbawienia. Gdy stanął obok Ala, spojrzał na niego niechętnym, niemal gniewnym wzrokiem.

— Coś za jeden i czego tu szukasz?

— Od kiedy to podróżni szukający miejsca na postój nie mogą swobodnie wejść do Wrót? — odpowiedział pytaniem Al, unosząc lekceważąco brwi.

— Skrzaty rzadko zapuszczają się na nasze ziemie. A jeśli nawet, to ostatnimi czasy mają jeszcze bardziej niż zwykle nieprzyjazne zamiary względem nas — odparł strażnik, badając Ala wzrokiem, od stóp po czubek jasnobrązowej czapki z wierzbowym haftem. — Mów coś za jeden!

Al uśmiechnął się do siebie żartobliwie, po czym sięgnął pod fałdy opończy i z wewnętrznej jej kieszeni wyciągnął zwinięte w rulon pismo. Pieczęć Rady Druidów z barwionego na szmaragdowo pszczelego wosku błysnęła szlachetnie nawet w szarzyźnie popołudnia i mgły.

— Jestem Algén, syn barda Aléna i polnej tancerki Poli. Posłuję do Mistrza Skał Ferla w imieniu i z nakazu Głównego Druida Wschodniego Półwyspu, Nola — powiedział.

Strażnik przeniósł wzrok z pieczęci na twarz Ala i niespodziewanie również się uśmiechnął — krzywo i dziwnie pobłażliwie. Uśmiech ten od razu nie spodobał się chłopakowi i jego czujność znów wzrosła.

— Posłem jesteś i legitymujesz się pieczęcią Rady, więc przepuścić cię muszę — rzekł strażnik. — Przestarzałe masz jednak wiadomości. Mistrz Ferlo umarł wraz z końcem Kasztanowego Miesiąca, przed dwoma tygodniami zaś Skalni Mędrcy obrali nowego Mistrza.

— Kogo? — spytał Al, marszcząc brwi, lecz zanim strażnik zdążył odpowiedzieć, skrzaci chłopak zrozumiał to, co wcześniej go dziwiło. Stąd więc straże, i zbroje, i włócznie…

— Geroda — powiedział bardziej do siebie niż do strażnika, ten zaś kiwnął głową, by przytaknąć.

Spóźniłem się więc — myśl zadudniła Alowi w głowie niczym bitewny bęben. Gerod mnie nawet słuchać nie będzie, a zwada z Druidami tylko mu na rękę. Szum wody zaczął nagle stawać się coraz głośniejszy w jego uszach, aż przemienił się w huk walących się murów, a mgła przed oczami ciemniała i gęstniała, przeistaczając się w grafitowe kłęby dymu.

Ocknął się dopiero, gdy dotarło do niego pytanie strażnika:

— Co chowasz pod opończą?

Wizja zniknęła wówczas; światło pochodni zastąpił na powrót podejrzliwy błysk żółtych gnomich oczu i dowcip wrócił skrzaciemu chłopakowi, jak gdyby nigdy nic.

— Broń tajemną. — By ograbić w pojedynkę Grod Gérlod. Stolicę Złodziei — dokończył w duchu, po czym sięgnął pod płaszcz i wyciągnął lutnię.

Strażnik uśmiechnął się pod nosem.

— No, mędrcze bardzie, oby więc twoje pieśni złagodziły duszę Geroda dla ciebie i dla wieści, które przynosisz. Zważaj jednak, do kogo posłujesz. Możliwe, że mniej gościnnie cię przyjmą przed wrotami do Groty Mistrza niż ja cię tu przyjąłem.

***

Most prowadził na duży, płaski ustęp skalny, który pełnił zarazem funkcję dziedzińca przed wejściem do miasta. Kiedy Al dotarł na ów dziedziniec, olbrzymie wrota wynurzyły się z mgły jak otwarta paszcza smoka. Uniesiona brona, lśniąca zazwyczaj srebrzyście na wzór połyskujących fal Gérlodu, tonęła teraz w cieniu nadciągającego wieczoru, a blask wykutych w metalu buczynowych gałęzi gasł już jak tych prawdziwych podczas trwającego Dębowego Miesiąca.

Wrota Gérlodu — zamyślił się Al, patrząc w górę i przyglądając się przez chwilę żelaznym zdobieniom brony. Były piękne, lecz stworzone jakby z wielkiego nieszczęścia. Fascynowały go zawsze, ilekroć przybywał do gnomiej stolicy, podobnie jak fascynował go smutek, którego nie znał w życiu i nie rozumiał, a widział tylko niekiedy w swojej bardowskiej wyobraźni.

Pomimo podejrzliwych spojrzeń rzucanych w jego kierunku, żaden ze strażników nie zatrzymał go już podczas przejścia przez bramę i po chwili Al znalazł się w mieście.

Grod Gérlod było ogromną jaskinią, jaką lata temu wydrążyły wody Srebrzystej Rzeki, pełną zakamarków, gdzie skrywały się tysiące gnomich domów. Przez środek jaskini, wśród naturalnego ułożenia skał, biegł główny trakt grodu. Wił się niczym wąż o bursztynowej barwie pomiędzy podziemnymi jeziorami, a czasem także ponad nimi, przemieniając się wówczas w garbate mosty z ozdobnymi balustradami. Wzdłuż drogi wyrastały zaś ze stalagmitów nierówno rozstawione latarnie w kształcie maków. W ich kwiatach kosmiczne kryształy łapały wpadające przez szczeliny do miasta światło słońca i księżyców, i rozświetlały nim potem jaskinię, pogrążając ją w przyćmionej jasności.

Przeszedłszy kilka jardów*, Al przystanął na chwilę pod jedną z tych latarni, w miejscu, gdzie trakt wznosił się akurat wysoko ponad dnem jaskini i skąd rozpościerał się doskonały widok na inne części grodu. Ruch przechodniów stawał się tu już większy, Al założył więc kaptur, który w tym mieście nocnego życia i ciemnych zaułków budził mniejsze zaciekawienie niż jego wyraziście skrzacia uroda. Poprawiwszy tobołek i oparłszy się rękami o balustradę, spojrzał w dół, ku nieodległej płycie z wapiennych skał, rozciągającej się nad połyskującymi fioletowawo wodami jeziora.

Tam, na przedpolu skrytego za kotarą ozdobnych draperii wejścia do siedziby Mistrza i Skalnych Mędrców, mieścił się gnomi targ, kopalnia miejskich szemrań, pogłosek i nastrojów. Al uśmiechnął się do siebie. O tej porze gwar docierał stamtąd jak z pszczelego gniazda, stawał się zaś coraz głośniejszy w uszach skrzaciego chłopaka, kiedy po chwili skręcił wraz z traktem w lewo i zaczął schodzić w jego kierunku.

Kupieckie kramy pełne były barw i zapachów. Al zdał sobie nagle sprawę, że niemal od rana, od chwili, gdy wraz z jaskółką wyruszyli z jaskółczej osady w piaszczystych skarpach, nie miał w ustach nic prócz źródlanej wody. Sięgnął dłonią do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyszukawszy palcami monetę i podrzuciwszy ją parę razy niedbale w kieszeni, naciągnął staranniej kaptur i niczym cień wmieszał się w tłum na rynku.

Tak jak się spodziewał, szeptano sporo o wyzwoleńczych zapędach Geroda do całkowitego uniezależnienia od zwierzchnictwa Rady i o widmie wojny, nic jednak, czego Al sam nie mógłby się wcześniej domyślić. Tylko jedna rozmowa przykuła na dłużej jego uwagę. Przystanął przy kramie piekarza i zaczął wsłuchiwać się, gdy starszy gnom w rozpiętym, miedzianym kaftanie mówił do młodszego, rudawego, w naddartej opończy:

— Nol nie daruje takiej zniewagi. Widziałem go niegdyś, kilkanaście kosmicznych okrążeń temu, jak przybył tu, do Wrót, do staruszka Ferla. Na czarnym kruku, w pelerynie niebieskiej i świecącej jak kobalt. Istny sylfi król z lodowej krainy, i duma w nim też sylfia, choć to przecież skrzaci druid i skrzacie ma ponoć pochodzenie… Mówię ci, będzie wojna z tego.

— Niech to Licho, tfu! — wzburzył się rudawy. — Dla jakiejś zakichanej Twierdzy wdawać się w wojnę z Leśnymi Ludźmi i z ich druidami? Szlag by trafił tego Geroda! Ferlo może i był starą, zramolałą kukłą, ale choć spokój był za niego…

Tu zawahał się i zdawał myśleć nad czymś przez chwilę, kalkulować, po czym spytał spokojniejszym, przyciszonym głosem:

— Ale, mędrcze ptaszniku, wy tyle wiecie i tyle żeście widzieli, i sekrety różne znacie, powiedzcie, co takiego jest w tej Twierdzy?

— A bo ja wiem. — Starszy gnom wzruszył ramionami. — Różnie mówią i rzadko to się kupy trzyma. Tyle można z tego wyciągnąć, że sekret jakiś pradawny, jeszcze zza czasów pierwszego Mistrza, Nélchoda, tam jest ukryty i że klucz to do wielkiej władzy i wielkich bogactw. A sekretu ponoć smok strzeże, o oczach, w których można się przejrzeć… Ale z tym smokiem to jak dla mnie też bujdą pachnie na milę.

Na słowo „bogactw” wąskie oczy rudawego błysnęły ciekawsko i chciwie. Wyraźnie chciał coś jeszcze powiedzieć lub podpytać bardziej szczegółowo o całą sprawę, ale w tym momencie dostrzegł stojącego nieopodal Ala. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, a twarz rudawego napięła się i próbował wypatrzyć, co tylko mógł pod fałdami kaptura skrzata.

— A ty czego tu sterczysz? — fuknął.

Al uśmiechnął się pod nosem.

— Kupujecie, panowie, czy tylko miejsce zabieracie pod kramem?

— Nie twój interes, przybłędo — powarkiwał rudawy, udając groźnego, choć jego oczy połyskiwały niespokojnie.

Długi masz język, gnomi patałachu, za długi. Szlagami rzucasz w kogo popadnie — myślał Al, wciąż uśmiechając się do siebie. A Wrota pełne sług Geroda.

— Hej! — wtrącił się zza ławy z pieczywem właściciel kramu. — Tylko mi tu burd nie róbcie pod straganem!

Starszy gnom, ptasznik, uniósł wówczas rękę w kierunku kramarza na znak, że nie ma się czego obawiać, po czym rzekł:

— Spokojnie, piekarzu, my już idziemy. Słusznie, gromadzić się pod twoim kramem bez celu nie będziemy. Chodź, Osgodzie, czas na nas!

Rudawy Osgod rzucił Alowi jeszcze jedno złowrogie spojrzenie, ale posłusznie odpuścił dalsze zaczepki i oddalił się w ślad za ptasznikiem. Al patrzył chwilę za nimi, dopóki nie usłyszał pytania kramarza:

— Co podać?

Odwrócił głowę w kierunku straganu. Brązowe oczy kramarza, jak dwa laskowe orzechy, rzucały mu znudzone, niechętne spojrzenie. Al wyciągnął monetę z kieszeni i położył ją na ławie.

— Dajcie słodkiego rogala. I dyniową pestkę.

Smok — powtórzył w myślach słowa ptasznika, przeżuwając rogala i kierując się wolno ku bramie do Groty Mistrza. O oczach, w których można się przejrzeć.

***

Złączył dłonie za plecami. Niepokój znów zbudził się w jego sercu i Al ukrył go za uśmiechem, gdy strażnik otworzył wrota do Wielkiej Sali Geroda. Chłopak wszedł do środka, a wrota zatrzasnęły się za nim z potężnym hukiem.

Grota wydała mu się ciemniejsza niż za rządów Ferla. Oświetlało ją zaledwie kilka szczapek bukowego łuczywa, po jednym na każdym ze stalagnatów otaczających podest, gdzie znajdowała się ława obrad. Gerod, w gładkim, brunatnym kaftanie, siedział na końcu ławy, na krześle Mistrza, z którego oparcia wyrastały niczym z żyznej ziemi stalowe maki, z poręczy zaś — łodygi z makowymi liśćmi. Na jednej z nich słowik skubał dziobem swoje skrzydło, a Gerod delikatnie głaskał ptaka po szyi.

— Mistrzu Gerodzie! — Al skłonił się lekko, gdy dotarł przed podest.

Dopiero wówczas Gerod, uśmiechając się zuchwale, spojrzał na skrzata. Nie był jeszcze stary, czarne oczy błyszczały mu żywo młodzieńczą wręcz zapalczywością. Al mimowolnie porównał gnomiego Mistrza do Nola i myśl o tym, jak bardzo wydawali się do siebie niepodobni, niemal go rozbawiła. Nol przypominał lodową skałę. W Gerodzie zaś lód Nola zastępował ogień, a wraz z ogniem porywczość serca, którą Mistrz gnomów skrywał słabo i nieudolnie.

— Wierzbowy Bard — rzekł Gerod i nie spuszczając oczu z Ala, wskazał mu miejsce przy ławie, by usiadł. — Niegdyś nawet lubiłem twe pieśni.

Al wszedł na podest i stanąwszy obok ławy, znów sięgnął pod płaszcz po pergamin z pieczęcią Rady. Podając go Gerodowi, zaczął mówić:

— W imieniu…

Gerod jednak przerwał mu natychmiast, odrzucając pismo na podręczny stolik, uformowany z grubego stalagmitu.

— Dość! Bez twoich formułek i tego świstka papieru wiem, po coś przybył, tracić więc na nie czasu nie będę. Siadajże wreszcie! Nieraz widziałem, jak Ferlo rozmawiał z tobą jak z równym i innych słów używałeś niż nakazuje ci poselski kodeks. Mów więc tak i ze mną, jeśli masz o czym!

Słowik zaświegotał krótko i zatrzepotał skrzydłami, po czym poderwał się do lotu. Przez chwilę Al podążał za nim wzrokiem, aż ptak wyleciał przez okno i pochłonęła go czarna toń nocy. Skrzaci chłopak uśmiechnął się niemal niezauważalnie i usiadł wolno przy ławie. Podłokietniki krzesła rozrastały się na boki jak nagie buczynowe gałęzie. Al oparł na nich wygodnie ręce, czekając w milczeniu na dalsze słowa Geroda.

Gnomi Mistrz zawołał tymczasem sługę, który w okamgnieniu pojawił się znikąd, w szarej jak skała koszuli, obrębionej pomarańczową krajką.

— Podaj jeżynowe wino — zażądał Mistrz. Sługa przytaknął ruchem głowy i oddalił się pospiesznie, a Gerod spojrzał znów na Ala.

— No więc cóż, leśny poeto? Nie do mnieś posłował, lecz do Ferla. Do mnie — zaśmiał się, a jego oczy rozgorzały niczym grudki węgla — Nol wysłałby zaledwie ptaka, ze strofującym listem jak do nieposłusznego chłopca. To kazał przecież przekazać Ferlowi, czyż nie? By mnie okiełznał. Nic z tego. Nie oddam Twierdzy. Być może zbuntowałem się przeciwko Ferlowi i twojej Radzie, ale Skalni Mędrcy poparli mnie i to ja jestem nowym Mistrzem. Czy odpowiesz mi coś na to?

Al uniósł brwi. Jak bez trudu przewidział wcześniej, Gerod bawił się jego obecnością jak marną zabawką. Cokolwiek powie, prędko zostanie to wraz z nim samym wyrzucone za wrota groty. Mógłby więc uznać swój poselski obowiązek za spełniony i już teraz złożyć pożegnalny ukłon, gdyby nie bardowska ciekawość, która kazała mu siedzieć na bukowym krześle dopóty, dopóki nie zostanie z niego wygoniony.

— Twierdza podlega nie tylko Radzie — powiedział, zerkając przelotnie na sługę, który nadszedł właśnie z dzbanem wina i zaczął nalewać je do glinianych kielichów — ale za pośrednictwem Głównego Druida także Drzewnym Mistrzom. Przejmując Twierdzę na swój użytek, stajesz nie tylko przeciwko Radzie, lecz także przeciwko prawu Drzew.

— Twierdzę — fuknął Gerod — stworzyły gnomy. Na gnomich ziemiach i tylko gnomy mają nad nią władzę. Prawo Drzew… Wyśpiewujesz słowa Nola jak swoje pieśni. Ładnie potrafisz mówić, tak, nieraz słyszałem już przecież, ale…

Zamilkł i wziął do ręki swój kielich. Przez chwilę przeglądał się w granatowej tafli wina jak w zwierciadle, po czym dokończył ciszej, uśmiechając się lekko i zerkając znów na Ala:

— Ale czy ty wiesz, wierzbowy chłystku, co jest w tej twierdzy?

Pytanie zaskoczyło Ala bardziej niż mógłby się spodziewać, i zaskoczenie to, zanim je ukrył, musiało wymalować się na jego twarzy, Gerod zaśmiał się bowiem.

— Nie masz pojęcia. — Poruszył wolno kielichem, wprawiając wino w ruch, po czym wziął niewielki łyk. — To, co tam jest, zdolne jest rozgnieść w proch twoje prawo Drzew.

Al nic na to nie odpowiedział. Znów zdecydował, by przeczekać w milczeniu aż Gerod zacznie mówić dalej. Przez moment błądził wśród otchłani własnych myśli, na próżno licząc, że pojawi się w nich odpowiedź na pytanie Mistrza. Nic z tego, wizje nigdy nie pojawiały się na zawołanie, wiedział to przecież od dawna. Wciąż miał w głowie jedynie słowa ptasznika z targu, były jednak bez wartości, zbyt ogólne, by mogły go do czegoś doprowadzić. „Sekret jakiś pradawny. Klucz do wielkiej władzy i wielkich bogactw.”

Sam zresztą nie wiedział, czemu ta twierdza zaczęła go tak interesować i zaśmiał się w duchu z własnej ciekawości. Nie przepadał za zagadkami i sekretnymi historiami sprzed tysięcy lat, pieśni układać o niej nie miał zamiaru, a polityka obchodziła go tyle tylko, ile było mu niezbędnie potrzebne.

Gdy tak siedzieli przez chwilę w ciszy, ciemność w głębi sali drgnęła nagle i zaszeleściła jak gałęzie w mroku nocnego lasu. Nie zważając na Geroda, który cały czas przyglądał mu się uważnie, Al zmarszczył brwi, starając się dostrzec, co było źródłem niespodziewanego ruchu i dźwięku. Wtedy w miejscu, skąd wcześniej dobiegł szelest, pojawiło się światło i skrzaci chłopak zobaczył postać, ukrytą całkowicie pod fałdami kaptura i płaszcza. Odwrócona do nich plecami, postać kucała obok otwartego paleniska, rozniecając w nim ogień, którego początkowo liche płomienie z każdą cząstką chwili coraz śmielej pięły się ku górze.

Wzrok Ala utkwił w tych rozedrganych językach ognia, żółtozłotych jak płatki rudbekii. Im dłużej skrzat patrzył na nie, tym bardziej rozrastały się przed jego oczami, aż w końcu pochłonęły jakby zakapturzoną postać, która lewitować zaczęła pół jarda nad ziemią, jaśniejąc niczym świetlik w latarni. Serce Ala odpowiedziało łopotem na tę wizję i ledwo dosłyszał ciche słowa Geroda:

— Powiedz mi, bardzie… Czy gdyby niespodziewanie wpadło ci w ręce coś bardzo cennego, coś, czego dusza twoja pragnie od zawsze, czy nie poświęciłbyś wszystkiego, żeby to zatrzymać?

Nie uśmiechał się już, a oczy błyszczały mu teraz dziwnie, niemal z przestrachem.

On się mnie boi — zdziwił się Al, nieco jeszcze oniemiały wcześniejszym strzępem widzenia, przenosząc wzrok z powrotem na Geroda. No tak, przecież… Przecież przestraszył się mnie już kiedyś, wtedy, gdy byłem jeszcze dzieciakiem. Przez myśli przemknęło mu wspomnienie ich pierwszego spotkania. Mistrz Skał, który boi się bardowskich widzeń.

Lub tego, co mogę w nich zobaczyć.

— Nie wiem — odpowiedział szczerze. Przeklął w duchu tę szczerość, powoli dochodząc do siebie.

Gerod roześmiał się, jakby z ulgą.

— Co z ciebie za bard, skoro o tylu sprawach nic nie wiesz. Coraz lichsze muszą być wasze skrzacie drzewa, skoro lepszych niż ty nie rodzą.

Al uśmiechnął się, unosząc brwi.

— Lepsi kłaniają się Drzewnym Mistrzom, a nie byle buntownikom.

Gromy wystrzeliły wówczas z oczu Geroda.

— Gdybyś posłem nie był, i bardem…

Jestem jednak posłem. I bardem. I boisz się mnie, mimo wszystko — pomyślał Al, nagle bardzo z siebie zadowolony.

— Zjeżdżaj stąd — dodał Gerod po chwili. — Do Nola wysłałem już słowika. Prędzej dofrunie do Pokrętnych Dębów niż ty zdołasz dotrzeć z powrotem do granic Gnomiego Lasu i wyściubić nos poza obręcz bukowego warkocza. Gdybyś jednak osobiście chciał przekazać, i jeślibyś jeszcze nie pojął, to mówię ci teraz jak posłowi: odpowiedź moja to „nie” wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami.

Al, wolno i niedbale, poruszył kielichem, który trzymał wciąż w dłoni. Po chwili dopiero odstawił go i wstał, i kłaniając się lekko Gerodowi, powiedział:

— Jak żądasz, tak będzie, Mistrzu Gerodzie.

Odchodząc, zerknął raz jeszcze przez lewe ramię, lecz postać w kapturze nie odwróciła się.

***

Cienie pochodni na surowych skałach korytarza przypominały malowidła czarnych gałęzi. Poruszały się nieznacznie, dystyngowanie, jakby w spowolnionym rytmie delikatnego drżenia płomieni.

Ręce Cyprysowego Mistrza. Al uśmiechnął się w myślach. Nocne mary dzieciaków.

Dotarł w końcu na dziedziniec Groty i z ulgą niemal zadarł głowę ku niebu. Zmrużył oczy, sycąc się przez chwilę jasnością księżyca i gwiazd. Potem jego wzrok powędrował leniwie w dół, po ścianie skał. Woda spływała po nich gwałtownie, na kształt miniaturowych Wrót Gérlodu. Uspokajała się dopiero u stóp ściany, gdzie wodospad przemieniał się w strumień, który przecinał dziedziniec i przesmykiem przedostawał się dalej, aż za bramę siedziby Mistrza i pomiędzy ulice miasta.

Al podszedł do strumienia i przyklęknął na jego brzegu. Zdjąwszy czapkę, napełnił dłonie wodą i obmył twarz. Policzki zakłuły go, jakby wbijano w nie tysiące malutkich igiełek lodu, oczy jednak rozbudziły się nieco. Blada tęcza, która połyskiwała nieśmiało nad strumieniem niczym wielobarwny most, wydała się nagle Alowi żywsza, bardziej wyrazista. Lekkie, przezroczyste kropelki mgły iskrzyły się na niej fioletowawo.

Gdy oderwał wzrok od tęczy, sięgnął po przyczepiony do pasa bukłak. Nachylił się nad strumieniem, by napełnić manierkę, kiedy nagle cień padł na dziedziniec, a szelest skrzydeł zakłócił ciszę. Skrzaci chłopak znów spojrzał w górę, po chwili zaś trzy kukułki, jak czarnoszare liście, przeleciały tuż nad jego głową ku skalnej posadzce, lądując gładko około jarda od niego.

Kukułczy Zwiadowcy — pomyślał Al i nalewając wodę do bukłaka, zaczął przyglądać się im dyskretnie. Zmarszczył brwi, zdziwiony, gdy jedna z odzianych w szare płaszcze postaci, które ześlizgnęły się właśnie z ptasich grzbietów, wydała mu się znajoma. Upewnił się jednak dopiero, kiedy usłyszał głos zwiadowcy, opanowany i zdecydowany:

— Kończymy na dziś. Wypuśćcie ptaki. Zmęczone są, noc już prawie.

Branod! Al zaśmiał się pod nosem. Zwiadowca musiał wyczuć wzrok skrzata na sobie, odwrócił się bowiem i skierował czujne oczy w kierunku strumienia. Przez cząstkę chwili badał Ala spojrzeniem, ale jego twarz nawet nie drgnęła i chłopak nie był pewien, czy i on go poznał.

Zainteresował się jednak na tyle, by zmienić wcześniejszy rozkaz.

— Oléd, przejmiesz dzisiejszy raport. Leć do Cytadeli! — rzekł, gdy znów przeniósł wzrok na współtowarzyszy.

Jeden z dwóch pozostałych zwiadowców, choć z ociąganiem, kiwnął głową na znak, że rozumie, po czym na powrót dosiadł swojej kukułki. Gdy ptak niemal bezgłośnie wzbił się do lotu, Branod przelotnym zerknięciem odprowadził go ku nocnemu niebu, potem zaś zaczął iść w kierunku Ala.

— Kim jesteś? Czego tu szukasz po zmroku?

Al wstał i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Nawet ty witasz mnie tu dziś jak zbója.

Oczy Branoda rozszerzyły się.

— Al… — powiedział, uśmiechając się niepewnie. — Al!

Wciąż zaskoczony, uścisnął skrzata serdecznie.

— Stałeś się więc gnomim strażnikiem — rzekł po chwili Al żartobliwym tonem, przechylając się na prawo i lewo, by zbadać wzrokiem strój i rynsztunek Branoda. — Czemu mnie to nie dziwi? Zawsze lubiłeś rugać innych za nieprzestrzeganie zasad.

Branod zaśmiał się krótko, nic jednak na to nie odpowiedział, lecz spytał od razu o Ala.

— Skąd się tu wziąłeś? Daleko do nas z Sén Serén… — Zamyślił się na cząstkę chwili, zaraz jednak na powrót spojrzał na skrzata trzeźwo, uważnie.

Al chciał odpowiedzieć, ale odgłos skrzydeł znów rozniósł się wśród skał dziedzińca. Kukułka podleciała na brzeg strumienia, a jej żółte oko łypnęło na chłopaka podejrzliwie. Kawałek dalej drugi ze współtowarzyszy Branoda przywiódł także swojego ptaka nad wodę, by go napoić.

— Chodźmy stąd — szepnął Branod, łapiąc Ala za ramię i odwracając go delikatnie w stronę wyjścia z Groty. — Tu każdy kamień ma uszy.

Al zgodził się kiwnięciem głowy i zebrawszy swe rzeczy, podążył za Branodem w milczeniu. Gnom nie poprowadził go jednak przez główne wrota, lecz wąską ścieżką wzdłuż strumienia, pomiędzy strzelistymi ścianami skał. Al nie szedł tędy nigdy wcześniej; zresztą, jak przypuszczał, poza strażami i służbą chodziło tą drogą niewielu. Ścieżka była kręta i niewygodna. Jeśli nie znało się jej dobrze, zaskakiwała co rusz stromymi wzniesieniami i spadkami lub ostrymi naroślami, które wyrastały z bocznej ściany jak sztylety.

W końcu dotarli do furty. Branod zamienił parę słów ze strażnikami, po czym przepuszczono ich i znaleźli się po drugiej stronie, na poboczach targu. Po kwadrantach spędzonych w ciszy Groty Mistrza uszom Ala zajęło chwilę, by przywyknąć znów do gwaru tego miejsca.

To miasto nigdy nie zasypia — pomyślał skrzaci chłopak z jakąś nagłą fascynacją, po czym zerknął na Branoda.

— Dla barda nigdzie nie jest daleko. To jedna z przyczyn, dla których nim jestem. Umarłbym z nudów, gdybym miał siedzieć latami w Sén Serén, wśród kurzu druidzkich bibliotek i tuzinów rzemieślniczych dziupli.

— Mówisz o Sén Serén jak o stercie zeszłorocznych liści — zdziwił się Branod. Przepchnęli się pomiędzy kramami, otoczonymi skupiskami kupujących. Dwie gnomie dziewczyny zachichotały między sobą, a Al uśmiechnął się do nich szeroko.

— A dla mnie to najwspanialsze, co widziałem w życiu — dokończył ciszej zwiadowca, kierując skrzata w dół, ku brzegom jeziora.

Al wzruszył ramionami.

— Sén Serén to studnia bez dna. Pełna czarów, może i tak. Ale trzeba lubić się w niej grzebać. Ja się w niej duszę.

Spokojne wody podziemnego jeziora tonęły w miedzianozłotym blasku. Al usiadł na kamienistym brzegu i zsunąwszy kaptur, odchylił głowę do tyłu, by spojrzeć w górę. Las czerniejących w mroku stalaktytów zwisał ponad nimi jak stado śpiących nietoperzy. Branod stanął obok skrzata i rozejrzał się. Byli na brzegu sami, z wyjątkiem trojga gnomich dzieci, które wrzucały dla zabawy odłamki skał do jeziora.

Gnom zerknął na Ala, po czym przeniósł wzrok ku wodom jeziora.

— I jako bard przybyłeś do Wrót? Mało kto będzie tu słuchał lutni.

Al uśmiechnął się z rozbawieniem. Oderwał oczy od stalaktytów i spuścił głowę.

— Nie jako bard. Jestem tu z polecenia Nola. Chociaż nie do tego Mistrza się dostałem, do którego Nol mnie posłał.

— Nie mogę pytać, po co Nol wysłał cię do Ferla. Choć właściwie nie muszę, bo się domyślam.

Al dostrzegł, jak Branod skrzywił się nieznacznie. Skrzat wpatrywał się przez chwilę uporczywie w gnomiego zwiadowcę, po czym zapytał:

— Jak to się stało, że wybrali Geroda?

Branod spojrzał w dół na Ala, potem zaś usiadł obok niego. Wziął do ręki niewielki kamień i zaczął obracać nim w dłoniach.

— Niewiele wiem — powiedział w końcu. — Jestem tylko podrzędnym zwiadowcą, zresztą, nawet naszemu dowódcy Skalni Mędrcy się nie tłumaczą.

Wrzucił kamień do jeziora. Gładka powierzchnia wody zakołysała się, a maleńkie brązowawe fale rozpierzchły w okręgach na wszystkie strony świata.

— Ale wszyscy w Grocie, nawet ja, wiedzą, że to nie Geroda wybrali. To znaczy… Wybrali, lecz nie o niego tu chodzi. Gerod ma doradcę. Dziwnego, tajemniczego. Jak cień.

— Postać w kapturze — Al bezwiednie wypowiedział na głos własną myśl.

— A więc i ty go widziałeś.

— „Widziałem” to dużo powiedziane — rzekł Al, unosząc brwi. — Widziałem kaptur i płaszcz, które ledwie parę razy się poruszyły.

Branod uśmiechnął się lekko.

— Sam widziałem go może ze dwa razy. Jego płaszcz i kaptur. Nie rozstaje się z nimi, jak pradawni magowie z kosmosu. Zresztą, mówią, że to sylf. Mówią, że jest potężny. Przylatuje do Geroda i odlatuje, pewnie mówi też niekiedy z Mędrcami. Z nikim więcej. Tyle wiem.

Al kiwnął głową na znak, że rozumie. On także wziął do ręki kamyk i rzucił go do wody, z większym impetem i dalej niż Branod. Spojrzał potem ze swoim żartobliwym uśmiechem na gnoma.

— Nie powinieneś mi tego mówić.

— Nie powinienem — zgodził się Branod, niemal niezauważalnie odwzajemniając uśmiech. — Ale dorastałem wśród was. Nie zapomniałem o tym.

Al nic na to nie odparł, nagle bowiem ciszę nad jeziorem zakłócił tupot szybkich kroków, niemal biegu za ich plecami. W mgnieniu oka odwrócili się obaj, po czym zerwali na nogi. Postać w burej opończy biegła ku nim, pasmo rudawych włosów wymykało się spod kaptura.

Osgod — poznał od razu Al i chwycił za rękojeść sztyletu. Rzucił prędkie spojrzenie na Branoda i mignęło mu przed oczami, jak gnom także sięgnął pod płaszcz, by dobyć miecza. Potem spojrzał znów w kierunku Osgoda. Jego ruchy były szybkie, ostre. Klinga wynurzyła się spod opończy i zasrebrzyła, Osgod nie zaatakował ich jednak. Przemknął obok jak podmuch górskiego wiatru, tnąc tobołek Ala trzema, czterema ruchami sztyletu. Cząstka chwili nie minęła, a już go nie było.

Al skoczył zaraz naprzód, by biec za nim, lecz Branod złapał go silnie za ramię i zatrzymał.

— Zostaw!

Skrzat chwycił za tobołek, by przyjrzeć się cięciom. Tak, jak mu się zdawało, nie były przypadkowe, układały się w dwie nierówne, lecz ostre niczym dwa kły litery „V”.

— Co to za jeden? — spytał Branoda.

Gnom zerknął na rozpruty tobołek, po czym rzekł:

— Z Watahy Siwego Wilka. To złodzieje, ale nie pierwsi lepsi. Są cwani i mściwi. Nie warto wchodzić im w drogę bez powodu.

— Nie dla zysku to zrobił — dodał po chwili, biorąc od Ala tobołek i przyglądając mu się. — Więc czemu?

— Bo już mu wlazłem w drogę — powiedział Al, patrząc w dal, tam, gdzie wśród skał zniknął Osgod.

Z zadowoleniem to jednak powiedział, nie ze strachem.

***

* Chodzi tu o jardy ludzkie, 1 jard mierzy nieco ponad 90 cm.

3. Szkatułka z bursztynu

Wschodnie Sén Serén, nazywane Przystanią Siwych Skał, rozciągało się zarówno nad morzem, jak i w jego głębi, a miejsce to w większości zamieszkiwały falki, Strażnicy Wody, których domy kryły się wśród potężnych, nadbrzeżnych głazów. Morskie fale zazwyczaj były tu spokojne i niegroźne. Przystań, jak i całe miasto, od wszelkiej gwałtowności wody osłaniała nieodległa Wyspa Sosnowej Mgły. Niskie, w odróżnieniu od położonej na klifie pozostałej części Sén Serén, wybrzeże układało się w niewielką zatoczkę i cypel, na końcu którego znajdowała się jedna z dwóch wielkich latarni Miasta Drzew, otulona konarami sosen niczym ciepłą chustą z kłującej wełny górskich alpak.

Nieopodal latarni, pod samotną, oddzieloną od kępy pozostałych drzew sosną siedziała Mabbé. Ze znudzeniem gładziła palcem rozczochrany, szarozielony mech obrastający korzeń i wpatrywała się w korę drzewa, połyskującą różowawo w świetle popołudniowego słońca.

— Czego my tu właściwie szukamy? — zapytała ze zniecierpliwieniem Macha, na tyle głośno, by siedzący w górze, na konarze sosny brat usłyszał.

Macho zerknął na nią, po czym zamknął szklany flakon, w którym świeciła jak złoto świeża żywica, schował go do sakwy i zszedł po pniu na ziemię.

— Ty z pewnością niczego — odparł kąśliwie, siadając na korzeniu tuż obok Mabbé. Promienie słońca padły na jego twarz, przekrzywił więc niżej swój utkany z miękkich, lipowych witek kapelusz, tak, by cień ronda osłonił mu oczy.

— Jak to jest? — mówił dalej po chwili, z pretensją w głosie, nie wiadomo do kogo skierowaną. — Poznaję drzewa od tylu lat, ślęczę nad księgami, by nauczyć się ich anatomii i zwyczajów, a wciąż nie wiem nic o ich duszach. Gdy próbuję z nimi rozmawiać, milczą jak zaklęte. Co wciąż robię nie tak?

Mabbé, którą drzewa obchodziły tyle, co nic, wzruszyła ramionami, przesuwając wciąż palcem po mchu w górę i w dół.

— Spytaj dziadka — powiedziała tylko.

— Dziadka, dziadka… — Macho zirytował się od razu. — Nie jestem tobą, by latać do niego z każdą błahostką. Dziadek zresztą nie jest drzewdziejem.

— Jest Głównym Druidem, najpotężniejszym Drzewnym Dzieckiem w Séras — rzekła na to z dumą Mabbé. — To znacznie więcej niż drzewdziej, zwłaszcza taki, który wciąż myli się, pisząc nazwę własnego zawodu.

— Spieszyłem się… — zaczął tłumaczyć niezdarnie, szybko jednak zreflektował się. — Zresztą… Co ty tam wiesz… Pleciesz banały jak dziecko, które czepia się druidzkiego płaszcza, bo ładnie świeci.

Znów poprawił kapelusz na głowie, choć tym razem nie dlatego, że rzeczywiście potrzebował go przesunąć. Robił tak zawsze, gdy się złościł, a im był starszy, tym częściej mu się to zdarzało. Mabbé uśmiechnęła się do siebie na widok jego niezadowolenia. Nie staraj się mi dogryzać, braciszku. Ja lepiej wiem, gdzie ukłuć, żeby zabolało.

— Główny Druid to tylko tytuł — dodał Macho po chwili, już pokorniejszym wobec niej tonem, rysując koła trzewikiem i rozcierając nim piasek jak w moździerzu. — Albo aż, jeśli potrafi się z niego korzystać. Dziadek przestaje potrafić.

Mabbé strzepnęła okruch mchu ze swojej spódnicy, zielonej niczym plamki na lipowych listkach wyrastających z kapelusza Macha, po czym, marszcząc brew, spojrzała na brata.

— O co ci właściwie chodzi?

— O wszystko — rzekł hardo. — Cała ta Rada nie ma sensu, pokazuje tylko słabość Leśnych Ludzi. Główny Druid powinien rządzić samodzielnie, silną ręką. Dziadek potrafiłby to przecież, ale co robi? Marnuje czas na wysłuchiwanie każdego podrzędnego byle druida, byle Skalnego Mędrca, wodnika, czarosmoka, bo tak należy. Tymczasem stepy na zachodzie płoną co rusz, od blisko trzydziestu lat. Smoki robią, co chcą. Spiskują z gnomami, by ci mogli rosnąć w siłę. Ład żywiołów chwieje się, a dziadek nic z tym nie robi. W imię wolności żywiołaków. Mam gdzieś ich wolność, gdy drzewa zaczynają się kurczyć i zamykać w skorupach milczenia. A teraz jeszcze sprawa z Twierdzą i ten twój cały Al…

— Odczep się od Ala! — żachnęła się Mabbé szybciej niż pomyślała, po chwili zaś poczuła, jak policzki zaczynają jej się rumienić pod spojrzeniem brudnoniebieskich oczu brata, lustrzanego odbicia jej własnych.

Macho wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Ty naprawdę wciąż wzdychasz do tego śpiewaka włóczęgi? Z tyloma z was ganiał się podczas Lipowych Nocy i tylu z was brzdąkał na lutni, a każda z was wciąż znaczy dla niego tyle samo: nic. Nigdy nie zdołasz go do siebie przywiązać, równie dobrze możesz próbować oplatać sznurem podmuch wiatru. Jeśli nadal tego nie rozumiesz, jesteś większym dzieckiem niż myślałem.

Mabbé nie odpowiedziała od razu. Cień smutku na krótką chwilę przysłonił jej myśli. Kiedy zaczęliśmy pojedynkować się na każde słowo, ścigać, kto komu bardziej dopiecze — przemknęło jej przez głowę, jednak inna myśl, znacznie bardziej butna i zaborcza, szybko zastąpiła tę pierwszą. Kiedy on nauczył się tak mówić do mnie. Niedawno jeszcze wszystko by dla mnie zrobił.

— To ty nic nie rozumiesz — powiedziała chłodno, zbierając się do odejścia. — Wszyscy mówicie to samo. Ale nikt z was nie zna Ala tak jak ja, nikt z was nie wie, jaki on jest. Tylko ja wiem, ja jedna, i Al jest mój. Zawsze był i zawsze będzie.

Macho wzruszył tylko ramionami i znów poprawił kapelusz, po czym przeniósł wzrok na spokojne wody morza, zatapiając się we własnych myślach. Mabbé prychnęła lekko jak rozgniewane zwierzątko i unosząc lekko dół spódnicy, by nie zahaczyć jej brzegiem o nierówności sosnowej kory, przeszła na drugą stronę korzenia, a potem zaczęła iść w górę klifu, ku drodze prowadzącej do skrzaciej części Miasta Drzew.

Al.

Tak, tylko ja go znam — potwierdziła hardo w myślach.

Zrozumiała to już pierwszego wspólnego dnia, czy też pierwszej nocy, kiedy w czerniących się nad rzeką zaroślach Al pokazał jej, jak świeży deszcz stroi lutnię na nowo.

To pokazał, co obiecał…

Na tłumnym rynku Sén Serén usłyszała wtedy wołanie: „Hej, dziewczyno!”. Gdy odwróciła głowę, zobaczyła skrzaciego chłopca, który opierał się niedbale plecami o pień osiki i uśmiechał jak chochlik. Dostrzegłszy spojrzenie Mabbé, odkleił się od drzewa, bez skrupułów podszedł do niej i zapytał:

— Ty jesteś wnuczką tego, którego wybrali na Głównego Druida?

Jego uśmiech w jakiś sposób sprawił, że Mabbé zdzierżyła nawet zuchwałe „tego”, jakim określił dziadka, i przystanęła, by mu odpowiedzieć.

— Ja. — Uniosła dumnie brodę. — A bo co?

— Wprowadź mnie do niego — rzekł po prostu.

Skrzatka prychnęła jak młodziutkie zwierzę i zmarszczywszy brew, przyglądała mu się dalej z ciekawością. Chłopak był nikim, małym łachmytą w wyszarganym ubraniu, ale przyciągał uwagę niczym rubinowy klejnot, który raz jeden widziała schowany w pracowni dziadka. Jego włosy świeciły blaskiem słońca nawet w szarym cieniu chmur przechadzających się tego dnia po niebie.

— Czemu miałabym? Poza tym, nie można ot tak sobie wejść do dzia… Mistrza Druida. Zgłoś się do Jeleniego Strażnika. On wpisze cię na listę i powie, kiedy dzia… Mistrz Druid cię przyjmie.

„Jeśli w ogóle” — dopowiedziała sobie w myślach, choć wzroku od uśmiechu chłopaka oderwać nie mogła, a twarz jej rozpogodziła się już niemal całkowicie.

Al skrzywił się zabawnie. Mabbé uniosła brodę jeszcze wyżej i z wdziękiem odskoczyła na bok, umykając spadającej z drzewa kropli deszczu, po czym zaczęła iść wolno w kierunku drogi do Dwóch Dębów.

— Zgłaszałem — odparł wesoło Al, podążywszy za nią. — I kazał mi przyjść znów w następnym tygodniu. To za późno dla mnie. Widzisz, twój dziadek szuka ponoć gońca. Świetnie nadaję się do tej roli, ale jeśli mi nie pomożesz, on szybko znajdzie kogoś innego i sprawa przepadnie.

— Co będę z tego miała? — Mabbé uśmiechnęła się, zerkając w jego stronę. — Żadna to dla mnie różnica, kogo dziadek weźmie do swojej świty — ciebie czy innego.

Wtedy Al zagrodził drogę i stając przodem do skrzatki, wyciągnął zza pleców lutnię. Zdziwiła się, że wcześniej jej nie dostrzegła. Jeśli Mabbé interesowało w życiu cokolwiek poza przyjemnościami codziennego życia, była to muzyka.

Która też przecież była przyjemnością.

— Masz szansę wesprzeć przyszłego wieszczbiarza. To mało? — powiedział Al, a oczy Mabbé zaiskrzyły się jak morskie fale w nagłym blasku słońca.

— Jesteś bardem?

— Bardem dopiero będę. Ale mogę zagrać, co tylko zechcesz.

— Do tego — dodał ciszej, nachyliwszy się do niej — zdradzę ci jeden z sekretów bardów.

Rudzik zaświergotał głośno na pobliskiej brzozie. Al spojrzał od niechcenia w kierunku miejsca, z którego dobiegł ptasi śpiew, po czym przeniósł wzrok z powrotem na Mabbé i uśmiechnął się tajemniczo.

Rozbrajająco.

***

Wchodziła coraz wyżej, coraz żywiej też docierał do jej uszu jasny, radosny gwar miasta, zastępując ciszę cypla i zatoczki. Oderwawszy się od swoich myśli, dziewczyna zwolniła nieco kroku, a jej wzrok przebiegł chciwie po straganach i warsztatach, które zaczęły piąć się dziesiątkami w górę wraz z drogą, wynurzając się co rusz spod rozległych korzeni brzóz i sosen. Mabbé uśmiechnęła się do siebie, przymrużając oczy z zadowoleniem. Sén Serén było jak kokon dzikich pszczół, jak wielobarwna spódnica, a ona czuła się jego nieodłączną częścią.

Na szczycie klifu stały dwa wolne powozy, każdy z kolebką z jesionowych witek uczepioną na dwóch kołach. Mabbé podeszła do pierwszego i mały, bezskrzydły smok zaprzężony do powozu zerknął na nią z ukosa swoim okiem w kształcie migdału, trochę zielonym, trochę błękitnym, zagłębionym w długiej niczym korzeń drzewa głowie. Spojrzawszy przelotnie w stronę stworzenia, skrzatka wzruszyła delikatnie ramionami, po czym wskoczyła lekko do kolebki. Smok prychnął pod nosem.

— Wieź do Dwóch Dębów! — zażądała Mabbé.

Wówczas dopiero zwrócił na nią uwagę woźnica. Obejrzał się za siebie z grzbietu smoka i rozpoznawszy dziewczynę, uśmiechnął się.

— A zawiozę, zawiozę, Lipowa Panienko! Co mam nie zawieźć! — powiedział, po czym mruknął do stwora w smoczej mowie. Smok przeniósł wzrok z powrotem na drogę, po chwili zaś powóz ruszył.

— Piękny dziś dzień — dodał po jakimś czasie woźnica. — Miesiąc Buka nastał jak z opowieści o Drzewnych Mistrzach.

— Piękny, piękny… — Mabbé odparła od niechcenia. Rozsiadła się wygodnie w powozie, opierając tył głowy o brzeg kolebki i spoglądając w górę. Mosty, jak kolorowe pajęcze nici, rozciągały się niżej i wyżej ponad nimi, od drzewa do drzewa, od jednej nagiej gałęzi do drugiej, ze słupkami balustrad rzeźbionymi na wzór leśnych kwiatów.

Zaczęła podśpiewywać do koron drzewa i nieba dziecięcą piosenkę, zastępując słowa nuceniem w momentach, w których ich nie pamiętała: … złotożółtej sukience… podarować w podzięce… lecz lusterko to całe pyłem żalu zakryte… Woźnica zaś zaśmiał się wesoło i zawtórował jej.

Dwa Dęby zwano też Pokrętnymi, zwłaszcza wśród gnomów i skrzatów z północnego i zachodniego Séras. Zamek ten, wraz ze znajdującą się w nim siedzibą Rady Druidów, leżał na szczycie zbocza jaru, w którego niecce płynęła rzeka Jahotka, około sześćdziesięciu jardów od skraju klifu. Prowadziła do Dębów Droga Białej Mistrzyni, a brzozy z obu stron tej drogi, młode i stare, kłaniały się przejeżdżającym niczym świcie sylfiego króla.

Mabbé wysiadła z kolebki na dziedzińcu. Sięgnęła pod pelerynkę kaptura, do zawieszonej na szyi sakiewki, by zapłacić woźnicy za przejazd. Kiedy powóz odjechał, odwróciła się i zadarła głowę, próbując objąć wzrokiem cały olbrzymi zamek, przypominający krępe i pękate u dołu brzozowe drzewo, rozgałęziające się wyżej na kilkanaście wieży-konarów. Promienie słońca wciąż jeszcze docierały tu z południowego zachodu, rozświetlając brudnobiałą i ażurową jak chusta wapienną ścianę i rozmywając granice pomiędzy kamieniem a żywym drzewem dębów. Wsunąwszy dłonie z powrotem pod ciepłą wełnę pelerynki, Mabbé skierowała swe kroki ku głównym wrotom zamku.

Jeleni Strażnik wyłonił się zza nogi Drzewnego Jelenia jak na zawołanie. Obaj ukłonili się skrzaciej dziewczynie — jeleń dostojnie, a wielobarwne liście na jego porożu zaszeleściły jak wykrochmalona spódnica, strażnik zaś, chochliczy chłopak Gab, dziko i płochliwie. Chłopak ten był niewiele starszy od Mabbé, nie wydawał się mieć naturalnych zdolności potrzebnych strażnikowi Dwóch Dębów i tradycja dziedziczenia tej funkcji wyraźnie za szybko go na nią skazała.

Uroda Mabbé również zdawała się tu nie pomagać.

— Czy Mistrz Druid jest w zamku? — zapytała dziewczyna.

— Tak, pani. Na obradach w Dębowej Sali.

Skrzatka skrzywiła się, a strażnik łypnął na nią spomiędzy kotary włosów w kolorze liści grabu.

— Kończą się już — powiedział. — Niektórzy druidzi wychodzili z zamku. Proszę iść tam, pani, i sprawdzić.

— Dziękuję — odparła Mabbé, unosząc brodę i uśmiechając się czarująco jak przystało na wnuczkę Głównego Druida. Spojrzenie Gaba łechtało przyjemnie jej dobry nastrój.

Strażnik przeniósł wzrok z twarzy skrzatki na ogromne, drewniane wrota, które jeleń pchnął lekko porożem, by się rozwarły. Mabbé weszła do wnętrza dębu.

W pustej na kilka jardów wzwyż części pnia panował półmrok. O tej porze nie zapalono jeszcze lampionów, wielką dziuplę rozjaśniało więc jedynie naturalne światło dnia, które wpadało do środka przez kilka okrągłych, nieoszklonych okienek. Chropowate i nierówne jak kora drzewa schody pięły się w górę okręgami, wraz z wewnętrzną ścianą pnia. Mabbé uniosła nieco rąbek spódnicy i zaczęła wchodzić po nich, znów nucąc wesoło i stawiając kroki w rytm melodii. Przystanęła na podeście, obserwując przez chwilę jasną plamę na ścianie, którą wymalowało światło z jednego z okienek, i przejrzała się w plamie jak w lustrze, po czym obróciła parę razy dookoła. Na malowidle z cienia pałąkowate pędy balustrady wydawały się wyrastać z jej własnej sylwetki.

Potem wbiegła wyżej i przez otwór w drzewie przeszła po konarze na krużganek. Konar jako część podłogi wił się meandrami wśród wapiennej posadzki, a słońce wpadało do środka przez wielkie okna, oddzielane od siebie kolumnami w kształcie drzew, których korony rozgałęziały się na boki, tworząc okienne łuki. Mabbé weszła na wewnętrzny dziedziniec przez otwarte na oścież, niestrzeżone wrota. Wiele innych jeszcze konarów dębu przekradało się tu wśród balkonów i tarasów dziedzińca, każdy gdzie indziej prowadzący. Najgrubszy z nich sięgał Wieży Rady, oplatając ją na końcu swoimi pomniejszymi gałęziami niczym palcami zamykającej się dłoni. Po nim też pięły się w górę szerokie schody, docierając wprost do Dębowej Sali.

Straż u stóp schodów, rozpoznawszy wnuczkę Mistrza, przepuściła ją bez słowa. Mabbé wspięła się aż do samych drzwi, które pchnęła leciutko, najciszej jak potrafiła. Przez wąską szparę przemknął się z wnętrza sali promień rdzawego niczym żelazo światła, jego śladem zaś głos Druida Świerku, Myra. Pobrzmiewało w nim zdziwienie.

— Dlaczego chcesz zwlekać? Tytuł Pana Twierdzy nie wystarczy Gerodowi, tak, jak nie wystarczył Mistrza Skał. Ogłoszenie się Panem Twierdzy to dla niego zresztą to samo, co bycie samodzielnym władcą gnomów.

— Samozwańcza władza nie uczyni Geroda pełnoprawnym władcą — odpowiedział spokojnie dziadek, Mistrz Druid Nol. — Najpierw Rada musi tę władzę uznać.

— Postara się więc, by wydrzeć twoją zgodę siłą! — Teraz Myr rozgniewał się niemal, choć Mabbé nigdy wcześniej nie słyszała, by w jakiejkolwiek sprawie podniósł głos na dziadka. — Dlaczego tak ryzykujesz? Czego można obawiać się bardziej niż bratobójczej wojny z gnomami?

Nol milczał. Cisza panowała przez chwilę taka, że Mabbé słyszała jedynie swój własny oddech, potem zaś Myr powiedział, rozumiejąc nagle:

— Więcej wiesz niż mówisz. Radzie. Mnie… Co wiesz, mistrzu druidzie?

W tym momencie Mabbé zachwiała się lekko i podparła o drzwi. Zawiasy zaskrzypiały, na tyle głośno, by druidzi urwali rozmowę, i do uszu skrzatki dotarł zaraz cichy i nierównomierny stukot skierowanych ku wejściu kroków. Po chwili drzwi otworzyły się na oścież. Blask słońca padł na dziewczynę i oślepił ją, przyłożywszy więc otwartą dłoń do czoła, by cokolwiek zobaczyć, weszła do skąpanego w cieniu wnętrza sali. Pogładziła rękami spódnicę, której zieleń pociemniała nagle w tym cieniu jak barwiona w olszowych liściach, po czym spojrzała na dziadka.

— Mabbé — stwierdził Nol, a jego twarz była surowa niczym naga skała.

Myr zaś stał przy wielkim, okrągłym stole obrad Rady, opierając się dłonią o rozgałęzione na boki oparcie swojego świerkowego krzesła. Przeniósł także wzrok na skrzatkę i ukłonił się nieznacznie, rzucając chłodne, oficjalne: „Panno Mabbé”.

Zawsze wydawało się Mabbé, że nie przepadał za nią, podobnie jak za Machem, którego uczył sztuki drzewdziejskiej.

— Pozwolicie, że się pożegnam — dodał po chwili, zakładając kapelusz. — Mistrzu druidzie, wierzę, że dokończymy później naszą rozmowę.

Nol kiwnął głową, niemal niezauważalnie, i Myr skierował się do wyjścia. Gdy zniknął za drzwiami, Mabbé utkwiła wzrok w dziadku, który, poprawiwszy w dłoni główkę swojej laski, podszedł do stołu obrad. Kuleje jak Lathrod — pomyślała nagle, porównując go ku własnemu zdziwieniu do ohydnego, grubego syna dowódcy gwardii. A jednak tak bardzo, bardzo inaczej! Dziadek jest dostojny we wszystkim, co robi.

Jak orzeł.

Nol odstawił laskę i usiadł na krześle Głównego Druida, po czym sięgnął po leżący na stole pergamin.

— Co tu robisz? — zapytał karcącym tonem, przebiegając wzrokiem po piśmie trzymanym w dłoniach. — Czy nie powiedziano ci o obradach?

— Powiedziano — odparła pogodnie Mabbé. Podeszła także do stołu i parę razy przesunęła po nim wskazującym palcem, obrysowując liście wierzby na malowidle znaku Rady. — Nudziłam się jednak.

— Nudziłaś się? — Nol uśmiechnął się, także ledwo zauważalnie, spojrzał już jednak na dziewczynę inaczej, bardziej pobłażliwie. Zwinął pismo w rulon, po czym podszedł do dębowego stolika na uboczu sali i wziął do ręki świecę, a wosk spłynął na pergamin, połyskując z daleka mroczną zielenią.

— I tu spodziewałaś się znaleźć coś, co zaradzi twej nudzie? — Zaśmiał się krótko. Mabbé wzruszyła tylko ramionami. Nie wydawało jej się, by dziadek rzeczywiście oczekiwał odpowiedzi.

— Dobrze jednak, że przyszłaś. Chciałbym coś ci dać.

Oczy skrzatki błysnęły żywo.

— Podarek?

Nol nie odpowiedział. Wziął do ręki tłok pieczętny i zanurzył go w kleksie ze szmaragdowego wosku, po czym rzekł:

— Idź do pracowni i poczekaj tam na mnie.

Mabbé kiwnęła głową, uśmiechając się radośnie.

— Tylko przyjdź prędko! — rzuciła jeszcze na odchodnym, wbiegając po schodkach na korzeń drugiego z Dębów, który przez duże, okrągłe okno zaglądał do wnętrza Dębowej Sali.

Oknem tym wyszła z wieży i dotarła po korzeniu do pnia potężnego drzewa. Pchnęła ciężkie, brudnozielone drzwi, będące bocznym wejściem do pracowni dziadka. Światło próbowało przedostać się do środka przez wychodzące na zachód okno, dziewczyna podeszła więc do niego i rozchyliła szerzej okiennice. Blask słońca buchnął na nią niczym para z kotła, po czym pognał dalej, wprost ku stojącemu na biurku skryptorium, zalewając migotliwą żółcią strony otwartej księgi.

Mabbé przysiadła na brzegu krzesła, a jej wzrok przebiegł po rzeczach rozrzuconych niedbale na blacie z ciemnego dębu. Bałagan. Dziadek był zasadniczy, ale w jego pracowni zawsze panował bałagan.

Zainteresowała się wystającym spomiędzy stronic księgi skrawkiem zbrązowiałego po bokach papirusu i sięgnęła po niego. Przyglądała się przez chwilę ładnym, choć wyraźnie pospiesznie pisanym literom: „Nie jutro, nie pojutrze. Gdy zakwitną żółte maki. Myla”. Poczuła, jak złość ogrzewa jej policzki, a palce zaciskają się same na brzegach papieru. Powstrzymała się jednak i rozprostowawszy liścik, wsunęła go z powrotem pomiędzy stronice.

Szybko odeszła od biurka i skierowała się po schodach w dół pracowni, tam, gdzie na niższym piętrze pnia znajdowało się laboratorium alchemiczne. Światło słońca docierało tu z trudem i ciemność panowała jak w świerkowym borze. „Alchemia to dziecię nocy” — zwykł mawiać dziadek, Mabbé jednak nie przepadała za nocą niemal tak samo jak za alchemią. Prychnęła lekko, przypomniawszy sobie jego słowa, po czym sięgnęła po krzesiwo.

Blask ognia przemknął przez szmaragdowe szybki lampionu i spowił laboratorium w zielonkawej poświacie. Skrzatka podeszła do pustego tygla, zawieszonego krzywo nad paleniskiem, i ze znudzeniem przesunęła parę razy prętem w kotle.

Chwilę później usłyszała dobiegający zza pleców cichy stukot kuśtykania. Odwróciwszy głowę, zobaczyła u podnóża schodów wyprostowaną sylwetkę dziadka. W półmroku laboratorium kobalt jego płaszcza i wyszyty na nim znak Rady mieniły się turkusowo, a twarz wydawała jeszcze bledsza i piękniejsza niż zwykle.

— Co robisz na dole? — zapytał niemal ze zdziwieniem.

Mabbé wzruszyła tylko ramionami, uśmiechając się. Oczy Nola odmłodniały jakby na cząstkę chwili i spojrzały na wnuczkę żywiej, prawie po chłopięcemu. Rozejrzał się pobieżnie dookoła, po czym chwycił jeden z małych flakonów, ten, w którym gęsta ciecz przypominała kolorem dojrzałe owoce leśnych jagód. Podsunął go dziewczynie pod nos.

— Spójrz, Mabbé! Łzy jednorożca i lipy. Osobno są łzami smutku, razem stają się łzami wielkiej radości.

Skrzatka zmarszczyła brew, zdezorientowana i niechętna temu dziwacznemu zapałowi, który prawie nigdy mu się nie zdarzał.

— Dziadku — rzekła, biorąc od Nola flakon i odkładając z powrotem na jego miejsce wśród innych. — Mnie to przecież nic a nic nie obchodzi… Co takiego chciałeś mi podarować?

— No tak — przytaknął Nol, uśmiechając się łagodnie. — Cóż tobie do smutku pracowni, piękna moja, Lipowa Harfiareczko.

Usiadł na stołku obok paleniska. Milczał przez chwilę, wpatrując się w czarną stal kotła. Jego nagłe zamyślenie wydało się Mabbé jeszcze gorsze niż wcześniejszy zapał. Ona też była kiedyś piękna — przemknęło jej niespodziewanie przez głowę. I kochała te wszystkie pręty i gary.

„Tylko ją kochał” — zaraz potem przypomniała sobie podsłuchane słowa matki do ojca. „Swoją pierwszą żonę. Nikogo więcej. Nikogo więcej kochać nie potrafił. Dla wielu ma w zanadrzu swój wyrozumiały uśmiech, ale każdym gardzi.” Kucnęła obok stołka i chwyciwszy Nola za przedramię, potrząsnęła nim ze zniecierpliwieniem.

— Dziadku! Co chciałeś mi dać, co to takiego?

Nol, wyrwany z zadumy jak z sennego marzenia, przeniósł wzrok z tygla na dziewczynę.

— Ach, tak — powiedział, odgarniając z roztargnieniem włosy z czoła. — Tak, podarek. Poczekaj chwilę.

Poszedł na górę, za moment wrócił zaś z zawiniątkiem w ręku. Odstawiwszy laskę, podsunął drugi stołek bliżej Mabbé, tak, by oboje mogli usiąść.

— Już dawno chciałem ci ją dać — powiedział, wpatrując się w skrzatkę swoim uważnym wzrokiem i podając jej zawiniątko.

Mabbé spojrzała na niego ze zmarszczoną brwią, potem zaś na podarek, i rozwinęła go pospiesznie z brzozowego liścia. Wydała z siebie niemy okrzyk zachwytu. Zobaczyła szkatułkę, bardzo piękną, w całości ze złocistego bursztynu, jednorożec na wieczku zaś z jej ulubionego: zielonkawo-niebieskiego, przeplatanego gdzieniegdzie ciemnymi smugami niczym promieniami czarnego księżyca. Unosił kopyta wysoko, z dziką gwałtownością, jak żywy.

Spojrzała na dziadka, który uśmiechnął się lekko, dostojnie.

— Otwórz — powiedział tylko.

Posłusznie uniosła wieczko, a wówczas melodia wytrysnęła ze szkatułki jak fontanna i pognała w górę, do pracowni i przez okna dębu, tak jakby to sam jednorożec cwałował, niosąc ją na swoim grzbiecie.

4. Dziewczyna znad Jeziora Płonących Gwiazd

Główny gościniec z gnomiej stolicy do Sén Serén, zwany Traktem Srebrzystej Rzeki, jak Leśni Ludzie nazywali Gérlod, biegł ponad dwadzieścia staj wzdłuż jej wód, aż w końcu docierał do Dębowej Przystani, by potem ciągnąć się dalej przez bory i łąki ku brzegom morza. W Alu jednak bardowskie zamiłowanie do włóczęgi zwyciężyło nad zdroworozsądkowym zamiarem dotarcia do Farén Bernlas przed rozpoczęciem Pory Śniegów i zboczył z tej trasy, za co teraz przeklinał się w duchu.

W końcu, zmęczony długą wędrówką, zszedł z podrzędnego gościńca, na który zapędziła go ciekawość. Znalazł w lesie spory głaz i wdrapał się na niego — tak jak przypuszczał, doskonale widział stąd drogę i łatwo było wypatrzyć jakiś transport. Zdjął czapkę i przetarł grzbietem dłoni pot z czoła, a delikatny powiew wiatru zmierzwił mu włosy. Przemknął niedbale wzrokiem po leśnym dywanie rdzawych, gnijących gdzieniegdzie bukowych liści, oświetlanych promieniami zachodzącego słońca, po czym sięgnął pod swój podróżny płaszcz i wyciągnął lutnię. Wolno przejechał palcami po strunach instrumentu i zamyślił się, niespodziewanie przypomniawszy sobie ojca i jeden wieczór, który spędzili razem, dawno temu, gdy był jeszcze dzieckiem…

Wieczór swoich dwudziestych urodzin. Ojciec zabrał wtedy Ala nad górską rzekę, tam, gdzie lata wcześniej posadził wierzbę, jego drzewo miesięczne. Księżyce świeciły jasno na czarnym, bezchmurnym niebie, jeden w kształcie cienkiego jak nić sierpa, drugi w pełni, okrągły niczym koło od wozu. Usiedli obaj na korzeniach wierzby, wijących się ponad mokrą glebą ku wodzie strumienia, po czym ojciec wyjął lutnię spod swego wełnianego płaszcza, tak samo jak teraz Al.

— Spójrz — rzekł ojciec, przesuwając palcami po strunach instrumentu. — Mówią, że to Mistrzyni Wierzba stworzyła lutnię ze świerkowego drzewa, struny zaś Dzieci Pana Drzew utkały z nerwów i blaszek jej własnych liści. Pierwszy chór utkały sylfy, dając dźwiękom lutni lekkość powietrza, drugi — falki, obdarowując je płynnością i melodyjnością wody, trzeci — smoki wraz z żarem ognia, a ostatni gnomy ulepiły tak, by dźwięki lutni silne były jak ziemia.

— A my? — zapytał żywo Al. Wpatrywał się z fascynacją, jak długie, zgrabne palce ojca zwinnie i subtelnie szarpały struny, wydobywając z lutni cichą melodię, którą chłonęły zaraz fale strumienia, niosąc w dal wraz z własnym, delikatnym szmerem. — Co my daliśmy lutni?

— My — odparł ojciec, uśmiechając się do Ala swoim poważnym, dumnym, niemal niedostrzegalnym uśmiechem — potrafimy na niej grać. Nikt nie potrafi grać na lutni lepiej niż skrzaci bardowie. Ty zaś będziesz jednym z nas. Pieśni krzyczą w twej duszy, lekkie, lecz przenikliwe jak wiatr wśród wierzchołków gór. Zawsze tak było.

„Lekkie, lecz przenikliwe”.

Lekkość zawsze była dla Ala łatwiejsza niż przenikliwość.

Obraz ojca rozmył się mu przed oczami, gdy usłyszał nagle trzask i krzyk gdzieś za plecami:

— Przeklęte błoto, złośliwe Licho nadało!

Chłopak odwrócił się, ale niczego nie dostrzegł, zarzucił więc tobołek na plecy, zeskoczył z kamienia i zaczął iść w kierunku miejsca, z którego dobiegł do niego głos. Przeszedł tak kilkanaście jardów, zapadając się co rusz w głębokich zaspach liści, gdy dotarł do brzegu parowu, po dnie którego biegła droga, zaledwie na tyle szeroka, by pomieściła czterokołowy wóz drabiniasty, jaki teraz zobaczył na niej Al.

Tył wozu, a w szczególności jego prawe tylne koło, zapadnięty był niemal do połowy w grząskiej, mokrej ziemi, przez co cały wóz przechylał się lekko na bok i uparcie nie ruszał do przodu, gdy zaprzężony do niego jeż próbował go wyciągać, a gruby woźnica pchać. Al przeniósł wzrok z woźnicy na jeża, obok zwierzęcia stała bowiem jeszcze jakaś postać, w rudobrązowym płaszczu z jarzębinowym haftem i brudnoczerwonej czapce. Trzymała jeża za lejce i zdawała się próbować zachęcić do większego wysiłku.

Kiedy po krótkiej chwili postać obejrzała się za siebie, zdawszy sobie chyba sprawę z czyjejś obecności za plecami, Al zorientował się, że była to młoda dziewczyna o skrzacich rysach. Jasnorude włosy wysypywały się jej spod czapki, lekkie jak nici z pajęczej przędzy barwionej w wyblakłych płatkach nasturcji. Usłana piegami twarz skrzatki wydawała się zamyślona i skupiona, i nic nie drgnęło w niej na widok nieznajomego przybysza oprócz uważnych oczu, które zabłyszczały delikatnie, bardziej z ciekawości niż z przestrachu.

Al przyglądał się dziewczynie przez chwilę, po czym spojrzał znów w kierunku woźnicy i uśmiechnął się szeroko.

— Nie Licho, tylko deszcz — zawołał, ześlizgując się zwinnie po liściach ze zbocza parowu. — Podłożyć coś trzeba!

Woźnica odwrócił się i zerknął na Ala, po czym zmrużył lekko oczy i zmarszczył ciemne, krzaczaste brwi, oceniając pewnie w duchu, z kim ma do czynienia.

— No! Takiś mądry? To łap za ten płaski drąg, o tam! — rzekł po chwili, wskazując na grubą buczynową gałąź, odartą z liści i wyrastających z niej gałązek. — Spróbuję unieść nieco wóz, a ty wsadzisz pod koło. Potem podważymy, a Féven pociągnie jeża, by nas wygrzebał.

Nazwana Féven skrzatka kiwnęła głową na znak, że zrozumiała i chwyciła znów za lejce, które wcześniej musiała puścić, przysłuchując się rozmowie Ala i woźnicy. Chłopak uśmiechnął się do niej żartobliwie, lecz ona przekrzywiła tylko głowę, badając go jakby, po czym odwróciła się i zaczęła szeptać coś do jeża, gładząc ręką jeden z kolców zwierzęcia.

Sięgnąwszy po drąg, Al spojrzał z powrotem na woźnicę.

— Nie boicie się, że jestem rozbójnikiem albo złodziejem? — zapytał z rozbawieniem, wpychając koniec gałęzi pomiędzy lepką ziemię a obręcz koła, uniesionego lekko wraz z wozem przez woźnicę i przekrzywionego na bok.

— A co złodziej miałby nam ukraść? — odparł na to woźnica, puszczając wóz. Ruchem głowy wskazał na stos gałęzi wystających spomiędzy belek i szczebli burty. — Drewno na opał?

— Może córkę?

— To nie moja córka — rzekł woźnica, po czym zaśmiał się, rzucając okiem na Féven. Skrzatka również spojrzała na nich, unosząc brew i po raz pierwszy się uśmiechając, prawie niezauważalnie, ale z wyraźną wesołością, niepasującą niemal do jej wcześniejszej powagi.

Zabawna wydała się Alowi w tej swojej niezapowiedzianej zmianie.

— A i ukraść się raczej nie da! — dodał woźnica. — No, ciągniemy do góry!

Zobaczymy, czy się nie da — rzekł do siebie w myślach skrzaci chłopak, po czym tak jak woźnica chwycił za drąg i skierował go ku dołowi, by wyswobodzić koło z ziemnych sideł. Błoto trysnęło raptownie na boki, gdy jeż pociągnął wóz i koło zaczęło się kręcić, po chwili zaś wóz ruszył do przodu, pozostawiając kleistą zapadnię za sobą.

— No, zrobione! — powiedział woźnica, przecierając dłonie jedną o drugą, by strzepnąć z nich drobne pozostałości mokrej, bukowej kory. Potem zerknął na Ala i zmarszczył znów krzaczastą brew.

— Nam czas do domu, a co z tobą, leśny włóczęgo? Skąd żeś się wziął w naszej nadjeziornej dziczy? Na złodzieja to mi nie wyglądasz, ale coś za jeden powiedzieć byś mógł.

— Jestem Algén. Właściwie Al — odparł chłopak, sięgając z powrotem po swój tobołek, który rzucił wcześniej na liście. — Wędruję po lesie, bo taka moja rola, żeby chodzić z lutnią od drzewa do drzewa i śpiewać pieśni.

— O! — Zaśmiał się woźnica. — Barda nam tu przywiało! Słyszysz, Fév?

— Słyszę, słyszę — rzekła bez szczególnego przejęcia Féven, uśmiechając się lekko do siebie. Podeszła potem do tyłu wozu i, wspierając się rękami, podskoczyła, by usiąść na dennicy, plecami do kierunku, w którym mieli jechać.

— Chętnie zabrałbym się z wami na noc lub dwie, gdyby znalazła się jakaś wolna dziupla z glinianym piecem — powiedział Al do woźnicy, choć jego oczy zerkały wciąż śmiało i zaczepnie na skrzatkę. — Zbrzydło mi palenie ognia w deszczu i wilgoci, a długa droga jeszcze przede mną — do Dębowej Przystani, a później do Miasta Drzew.

— Czemu by nie, wskakuj na wóz, miejsce w wiosce na pewno się znajdzie — odparł na to woźnica, gdy wgramolił się na przód wozu, rozsiadł na koźle i chwycił za lejce. — Pojutrze Sosnowe Święto i noc długa jak podróż przez niekończącą się jaskinię. Nadasz się, by zagrać nam na swojej lutni czarodziejskiej.

Kiedy zaś Al wrzucił tobołek na wóz i usiadł obok Féven, woźnica dodał, śmiejąc się pod nosem do siebie:

— Mówią, że bardowie losy niosą w pieśniach i w duszach czytają. Gadanie!

Ruszyli przed siebie. Pożar zachodu słońca, który wcześniej zdawał się płonąć tam, hen daleko, gdzie ostrzyły się ku niebu Smocze Góry i Smocze Wulkany, gasł powoli w brązowawej szarości zmierzchu. Resztki słonecznego światła rozpraszały się w powietrzu i ginęły w chłodzie nadciągającego wieczoru. Féven sięgnęła po stojącą wśród zwożonych wozem gałęzi latarnię i wyjąwszy z ukrytej pod płaszczem sakwy krzesiwo i krzesak, zapaliła świecę. Piegi na nosie skrzatki zalśniły złociście w nagłym blasku ognia, kiedy spojrzała na Ala.

— To pokaż — powiedziała tylko, bez wytłumaczenia, ale z jakąś zachłanną wręcz, zabawną ciekawością.

Al roześmiał się.

— Co?

— To, na czym grasz.

Wciąż się śmiejąc, Al sięgnął pod płaszcz po lutnię. Szarpnął struny parę razy, po czym, spuszczając wciąż głowę w dół ku instrumentowi, zerknął przelotnie na Féven, która badała lutnię wzrokiem niczym uczony nowe, nieodkryte zjawisko.

— Chcesz spróbować? — zaproponował. Chciał dać instrument dziewczynie do rąk, ale ona pokiwała przecząco głową.

— Nie — powiedziała. — Po prostu zagraj.

Al zagrał więc wesołą melodię, jedną z tych, które dusza jego potrafiła grać z łatwością i które wychodziły mu po mistrzowsku, a Féven słuchała, wpatrując się w bezkres buczynowych ostępów, gdzie budziło się powoli sekretne nocne życie lasu. Wóz toczył się wolno drogą w dół, po jakimś czasie zaś skryta za zasłoną zmroku rudość buków ustąpiła nieco ciemnej zieleni sosen i zaczęły pojawiać się dookoła drzewa młodsze, niższe i gęstsze. W końcu Al dostrzegł w oddali światła osady i prześwit nad jeziorem, a potem, kiedy zbliżyli się jeszcze bardziej, zarysy domów, majaczące niewyraźnie w przyćmionym blasku skrzacich lampionów.

Woźnica nie wjechał bezpośrednio do wioski, ale skręcił w lewo, niżej jeszcze, ku samemu brzegowi jeziora i zabudowaniom gospodarczym schowanym pośród nadjeziornej ściółki i pod kopułami gałęzi młodych buków i sosen.

Teraz dopiero Al mógł zobaczyć naprawdę leśne jezioro, wcześniej bowiem zasłaniały mu je nadbrzeżne skały, które odgradzały centralną część osady od jego wód. Było gładkie jak tafla szkła i lśniło zielonkawą czernią w ciemności nocy, tu i ówdzie zaś gwiazdy odbijały się w nim, połyskując niczym białe złoto.

— Czarnoksięskie pochodnie płoną w tym jeziorze, żywiej niż błędne ognie nad bagnami — powiedział, zamyśliwszy się i odłożywszy na bok lutnię. — Jeśli zapatrzysz się zbyt długo, zapominasz o wszystkim i chcesz wszystko zrobić, by dotknąć takiego ognia, choć wiesz, że to niemożliwe.

— Jezioro to nierówne zwierciadło. Obraz gwiazd rozmywa się w nim, zniekształca, poszerza — rzekła na to Féven. — Prawa nauki, to wszystko.

Al odwrócił wzrok od jeziora i przeniósłszy go na skrzatkę, zaśmiał się. Wóz zatrzymał się obok drewutni, przy wejściu do której płonęło przyjaźnie małe ognisko. Féven zeskoczyła z dennicy, podeszła do ognia i wyciągnęła dłonie, by je ogrzać. Kiedy Al poszedł jej śladem, uśmiechnęła się, trzeci raz dopiero od początku ich znajomości, i powiedziała:

— Wychował mnie szklarz, nie poeta, a mnie samej także daleko do wyobraźni barda.

— Ale ładnie to powiedziałeś, i niegłupio — dodała po chwili, poważniejąc i kierując wzrok ku tafli jeziora. Lekki wiatr wymknął się niespodziewanie zza traw i rozwiał jej włosy na boki jak kłaczki dmuchawca. Odgarnęła je z twarzy delikatnym, niedbałym gestem. — I ja tak czasem czuję: że odbicia gwiazd ciągną mnie do siebie jak coś, czego jeszcze nie znam, a powinnam i chcę, za wszelką cenę. Zresztą… W wiosce mówi się czasem, że to jezioro to magiczne zwierciadło, że nie odbija gwiazd, ale pochłania ich blask jak czarna czeluść. Że to dom Licha.

— I co, Licho naprawdę w nim mieszka? — zapytał Al.

Féven spojrzała na niego i przez moment znów dostrzegł w jej oczach przebłysk wesołości.

— Każda osada ma swoją historię, którą straszy dzieci podczas wieczorów opowieści. Gdyby wszystkie były prawdziwe, Licho miałoby trochę za dużo tych domów, nie sądzisz?

Zabrała dłonie znad ognia i minęła Ala, by podejść z powrotem do wozu.

— Pracownia mojej matki stoi pusta. Możesz się tam zatrzymać, jeśli chcesz — rzuciła jeszcze, zanim zajęła się odprzęganiem jeża.

Al uśmiechnął się do siebie, zadowolony, po czym dołączył do woźnicy i zabrał się za przerzucanie gałęzi z wozu pod dach drewutni.

Woźnica gawędził i żartował z drwalem, którego zastali na miejscu. Opowiadał o cenie, za jaką udało mu się sprzedać kosze na targu w sąsiedniej wiosce, skąd właśnie wrócili. Raz po raz zagadywał też Ala, podpytując go o różne sprawy, skrzaci chłopak nie był jednak zbyt rozmowny. Wolał zerkać na Féven, która, uwolniwszy jeża z zaprzęgu, głaskała go po głowie i drapała pod brodą. Jeż ochoczo poddawał się tym pieszczotom, kiedy zaś skrzatka zabrała rękę i zajęła się porządkowaniem uprzęży, jeszcze długo wpatrywał się w nią, zanim poczłapał do sterty chrustu i bukowych liści zgromadzonych obok ściany drewutni i utonął w niej jak w ciepłej kołdrze.

Gdy skończyli w końcu pracę, Féven poprowadziła Ala krętą ścieżką w górę, dalej od brzegu jeziora i z powrotem w głąb lasu. Po ich lewej stronie, wśród gałęzi drzew iskrzyły się wciąż wesoło światła osady i migały sylwetki poruszających się po wiosce mieszkańców. Niemal cały czas szli w milczeniu. Féven nie odzywała się prawie wcale, a gadatliwy zwykle Al także mówił niewiele. Sam nie wiedział, czy to z powodu zmęczenia, czy może dlatego, że cisza w towarzystwie tej dziewczyny była łatwa, kojąca.

Wkrótce wspięli się na łagodną skarpę i z prawej strony także dotarł do nich blask latarni, rozwieszonych na grubych bukowych konarach. Droga wiodła dalej pośród kępy zamieszkałych przez Leśnych Ludzi drzew. Przystanęli dopiero przed ostatnim z nich. W cieniu potężnego, pokrętnego korzenia skrywały się szarobłękitne drzwi, oświetlane światłem żelaznego lampionu nad nimi. W górę pnia pięły się zaś schody, u szczytu których Al zobaczył dwa domy, mały na niższych, duży na wyższych gałęziach. Mniejszy dom tonął w mroku, ukryty za kotarą buczynowych liści, okna większego świeciły za to radośnie jak dwa słońca, a z jego dymnika wydobywały się lekkie, przezroczyste kłaczki niebieskawego dymu, chłodzonego druidzkim pyłem, by gasić iskry i strzec las przed pożarem.

Féven także zerknęła w kierunku unoszącej się ku nocnemu niebu dymnej strużki, po czym powiedziała, uśmiechając się, łagodnie i delikatnie tym razem:

— Chodźmy najpierw na górę. Pewnie jesteś głodny, a Jyrcho chyba robi kolację.

— Głodny to mało powiedziane — odparł Al, wchodząc za Féven po pokracznej spirali schodów, których stopnie wplatały się w nierówności i narośla na bukowej korze, miejscami zaś zastępowały je rude kapelusze huby.

Gdy weszli do większego domu, powitała ich ciepła, jasna izba i zapach placków z berberysu i suszonych jeżyn, przez który zaczynała przebijać się z wolna spalenizna.

— Jyrcho? — spytała Féven, ściągając w pośpiechu płaszcz i czapkę. Zarzuciwszy je na wieszak, podeszła do paleniska w rogu pokoju i zdjęła z niego patelnię.

Al tymczasem rozejrzał się pobieżnie po izbie. Na jej środku stała prostokątna ława z sosnowego pnia, a gałęzie oparć siedzisk rozrastały się na boki w niemal zabawnej plątaninie. Po lewej stronie pokoju znajdowała się część kuchenna, w której Féven zajęła się ratowaniem kolacji, po prawej zaś, przysłonięty nieco kotarą z suchego bukowego liścia, wymoszczony mchem płat sosnowej kory służył za czyjeś miejsce do spania.

Były też dwa wejścia do sąsiednich pokoi. W jednym z nich po krótkiej chwili pojawił się chłopak, młodszy od Ala i, jak Al ocenił, także od Féven. Wydawał się zaspany lub po prostu bardzo znudzony. Leniwym, niedbałym gestem odgarnął z czoła włosy, ciemne, jednak sypkie tak samo jak włosy Féven, po czym zerknął w stronę skrzatki.

— Jesteś już. Jedzenie akurat robię.

Usta Féven drgnęły niemal niezauważalnie w rozbawieniu, gdy uniosła w górę sczerniały placek.

— Raczej przypalasz. Gdzie Fet?

Chłopak wzruszył ramionami.

— Z ojcem. — Wziął placek od skrzatki, odgryzł porządny kawałek i zaczął przeżuwać powoli, od niechcenia. — Dla mnie się nada.

Potem zaś wzrok chłopaka padł na Ala i jego oczy błysnęły nagle żywo.

Féven także spojrzała na Ala. Przez cząstkę chwili jakby wahała się, nie wiadomo czemu, przyglądając mu się znów swoim dziwnym, badawczym spojrzeniem.

Przypomina młodego lisa — pomyślał Al, uśmiechając się szeroko. Spłoszył ją nieco ten uśmiech, po raz pierwszy, i uciekła wzrokiem do ciemnowłosego chłopaka.

— To mój młodszy brat, Jyré… Jyrcho. A to bard Algén.

— Al — dodał bard, nie spuszczając wzroku z Féven. Jej płochliwość rozwiała się już jak lichy obłoczek mgły i dziewczyna zajęła się na powrót smażeniem placków.

— Al. — Uśmiechnęła się do siebie.

— Łuk druidzkiej gwardii! — zachwycił się Jyrcho, który podszedł tymczasem do pleców Ala i zaczął przyglądać się chciwie leszczynowemu łęczysku. — Wszędzie bym taki poznał, choć dotąd widziałem tylko raz w życiu, i z daleka, bo ojciec zabronił dotykać. Jak zawsze wszystkiego.

Te ostatnie słowa powiedział z taką niechęcią, że Féven spojrzała na niego niemal karcąco.

— Ojciec nie lubi broni, a ty byłeś dzieciakiem. Czemu miałby pozwalać ci bawić się nią jak zabawką?

— Nie lubi! — prychnął Jyrcho. — Stado wilków leciałoby na nas, a on sam nie dotknąłby się łuku, ani nam by nie pozwolił.

— Mogę zobaczyć? — zapytał zaraz Ala, a jego wzrok powędrował znów w stronę broni.

Al zrzucił z pleców tobołek, po czym ostrożniej zdjął z nich łuk i podał Jyremu.

— Czemu nie?

Chłopak porwał go ochoczo i rozsiadłszy się przy stole, zaczął badać palcem ozdobne żłobienia łęczyska z dziecięcą zachłannością. Al zaśmiał się do siebie bezgłośnie. Ściągając płaszcz i odstawiając pod ścianę swoje rzeczy, obserwował Jyrcha przez chwilę. Brat i siostra byli do siebie niepodobni, a jednak coś mieli wspólnego, na tyle, że nie dziwiło wcale ich pokrewieństwo.

— Piękny! — Jyrcho wyszczerzył zęby w uśmiechu, gdy Al usiadł przy ławie naprzeciw niego. — Skąd go masz, przecież jesteś bardem? Należysz do gwardii? Ja też będę należał, niedługo! Wyrwę się z tej dziury, od razu do Sén Serén, do gwardii.

— Ojciec nigdy się na to nie zgodzi — wtrąciła spokojnie Féven, stawiając na blacie talerze i miseczki z miodem, oprószonym pyłkiem z kwiatów czarnego bzu. Al wstał, by pomóc je rozłożyć. Zerknęła na niego spod grzywki jakoś zabawnie, po czym doniosła talerz z plackami.

— Ojciec, ojciec… Jeszcze trochę i nie będzie miał nic do gadania — rzekł butnie Jyré, sięgając po placek i maczając go w swoim miodzie. — Zresztą już teraz mam go gdzieś.

— Jyrcho! — Féven spojrzała na brata z wyrzutem. Jyré wydął usta na znak niezadowolenia, ale wzrok jego spokorniał i wydawał się jakby zawstydzony.

— Nie należę do gwardii — odpowiedział na pytanie Jyrcha Al. On także nałożył sobie placek, nie zaczął jednak jeść, lecz, zamyśliwszy się, przez chwilę gładził palcem brzeg talerza. Ogień w palenisku zasyczał nagle jak zbudzony wąż. Al uśmiechnął się dumnie. — Do niczego ani nikogo nie należę. Ale z łuku strzelać umiem i jako druidzki poseł wyruszyłem z Sén Serén. Stąd druidzki łuk.

— Jesteś posłem? Rady? — Jyrcho, który wcześniej wydał się nieco zawiedziony, że Al nie jest gwardzistą, znów się ożywił. — Dokąd posłowałeś, z czym?

— Tajemnica go przecież obowiązuje — rzekła za Ala Féven. Oparła brodę na rękach, po chwili zaś zapytała z nagłym zainteresowaniem: — Jaki on jest?

Al zmarszczył brwi i spojrzał na nią pytająco.

— Nol — wyjaśniła Féven. — Jesteś posłem, więc znasz go lepiej niż wielu innych. Mówią, że to najbieglejszy druid od setek lat. Jaki jest, naprawdę tyle potrafi?

Al roześmiał się i wzruszył ramionami.

— Nie mam pojęcia. Na alchemii się nie znam i też mało mnie ona obchodzi. Dla mnie Nol to posępny dziwak. Choć rządzenie wydaje się mieć we krwi i ma w sobie jakąś niezwykłą siłę, nie sposób tego nie dostrzec. Czemu on cię interesuje?

— Nie wiem — odparła Féven, wzruszając delikatnie ramionami. Spoważniała znów i przez chwilę skubała swój placek, pogrążona we własnych myślach, potem zaś wstała i podeszła do kuchni, by przynieść dzban z sokiem. Al również zajął się jedzeniem, raz po raz spoglądał jednak na skrzatkę, jakby w każdym jej ruchu było coś nieodgadnionego i ciekawego.

— Fév to przecież też wiedźma — wybełkotał z pełnymi ustami Jyrcho. — Zna się na ziołach i warzy mikstury jak jakiś alchemik. Dlatego każdy taki dziwak ją interesuje. Nie można być bardziej zdziwaczałym niż nasz brat, a Féven i ojciec mają go za geniusza.

— No co? — odpowiedział na spojrzenie Féven. — Taka prawda. Zresztą — zwrócił się znów do Ala — sam zobaczysz.

Przez krótką chwilę jedli w milczeniu, aż oczy Jyrcha znów zapłonęły, a gdy zapytał: „Ojciec mówi, że będzie wojna, wiesz coś o tym?”, wydawał się o niczym innym niż ona nie marzyć. Niespodziewanie przypomniał Alowi Geroda, bard jednak nie skupił się na tej myśli, coś innego bowiem zdziwiło go bardziej. Skąd szklarz, z głuszy, gdzie Licho mieszka w jeziorze, wie cokolwiek o wojnie, która dla mnie jeszcze miesiąc temu była zaskoczeniem?

— Może i będzie, choć daleko jeszcze do tego — powiedział. — Na co ci wojna?

— Łatwiej zostać wojownikiem — odparł Jyrcho takim tonem, jakby było to oczywiste. Al roześmiał się szczerze.

— Zabiłeś już kiedyś jakieś stworzenie? — zapytał.

— Nie. — Jyrcho spojrzał na niego spod grzywki.

— Więc niech ci się tak nie spieszy do tego — rzekł Al, wciąż się uśmiechając.

Milczeli znów przez jakiś czas. Al czuł, jak powieki zaczynają opadać mu z wolna ze zmęczenia, był więc wdzięczny Féven, kiedy powiedziała, że zaprowadzi go już do pracowni, gdzie miał nocować. Dopił sok malinowy i zebrawszy swoje rzeczy, wyszedł za skrzatką z domu.

Ciemniej wydawało się dookoła, Zamglony Wędrowiec skrył się bowiem za chmurami, a lampiony na sąsiednim drzewie już zgasły. Féven szła pierwsza, trzymając w dłoni kaganek, który oświetlał im drogę po schodach. Gdy zeszli, otworzyła błękitne drzwi i zniknęła we wnętrzu dziupli. Patrząc pod nogi, by nie zapaść się pomiędzy meandry korzenia, Al wszedł za nią.

Odpaliła od świecy w kaganku latarnię stojącą na stole. Żółtawobiałe światło rozpierzchło się po warsztacie i Al rozejrzał się. Przędze, nici i tkaniny wypełniały plecione z sosnowych igieł kosze, a kociołki i flakony różnej wielkości cisnęły się na półkach w niestarannym porządku. Podszedł do stołu, po czym z zaciekawieniem przesunął ręką po pęku zeschłych kwiatów i wielobarwnych skrawkach lnianych płócien.

— Moja matka była barwiarką — Féven odpowiedziała na pytające spojrzenie Ala. Sama rozglądała się po warsztacie jak po miejscu nieznanym lub dawno zapomnianym. — To była jej sekretna twierdza. Kochała nas bardzo i pozwalała na wszystko, ale tu zaglądać mogliśmy rzadko.

— Zaczynam czuć się jak intruz — zażartował Al.

— Niepotrzebnie — odparła lekko Féven. — To tylko dziupla. Od śmierci matki nikt z niej nie korzysta. Tylko Fet przychodzi tu czasami.

— Twój drugi brat?

Féven kiwnęła potakująco głową i uśmiechnęła się, tak samo łagodnie i delikatnie jak wtedy, gdy powiedziała, że ma wejść na górę, na kolację. Jej bursztynowe oczy zalśniły jak wcześniej gwiazdy w jeziorze.

Może ona naprawdę jest wiedźmą. Al zaśmiał się w duchu, a Féven przyglądała mu się przez chwilę uważnie.

Ale uśmiecha się ładnie.

— Rozpal w piecu. Zimno tu — powiedziała potem, po czym wzięła do ręki kaganek i zerknąwszy raz jeszcze na Ala, wyszła z pracowni.

5. Wilki szczerzą kły

Szary brzask dnia czerwieniał z wolna. Świeże, słabe jeszcze promienie wschodzącego słońca zaczęły padać na otulone płaszczem plecy Aény i na grzbiet Haara. Cień jego wilczej sylwetki wymalował się na zeschłych trawach stepu i towarzyszył im odtąd w biegu.

Ponaglany naciskiem kolan Aény, Haar przyspieszył jeszcze i pędził dalej jak błyskawica przez połacie gnomich łąk. Dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Kaptur spadł jej z głowy, włosy zalśniły niczym złoto, a kryształki mrozu na zaróżowionych policzkach błysnęły jak lodowe gwiazdy.

— Szybciej! Szybciej! — szeptała zapamiętale do włochatego ucha wilka.

Wbiegli w końcu w olchowy zagajnik wśród skał, maleńkich w porównaniu ze szczytami gór niczym ziarnka piasku pod stopami wielkiego smoka. Haar zwolnił wówczas. Aéna zsiadła ze zwierzęcego grzbietu, ześlizgując się po srebrzystym futrze na oszronioną ziemię, wilk zaś pognał dalej, a jego sylwetka utonęła niebawem za ścianą białoszarych głazów, znikając z oczu gnomiej dziewczyny.

Heél leżał na jednym z głazów, z rękami za głową, wplecionymi w gęstwinę ciemnorudych włosów. Dostrzegłszy go z daleka, Aéna przemknęła pomiędzy olchami i wspięła się po skałach. Bez słowa podeszła do skrzata, po czym wtuliła się w jego bok jak w ciepłe łoże z mchu.

Nie otwierając szerzej przymrużonych oczu, Heél uśmiechnął się łagodnie.

— Gdzie byłaś w nocy?

— Haar zabrał mnie wreszcie do swojej watahy — odparła Aéna, a jej szeroki, zwycięski uśmiech zatonął w fałdach opończy chłopaka. — Zaufał mi jak Vélhowi.

Heél uniósł nieco jedną powiekę i przekręcił głowę w kierunku dziewczyny.

— I pojechałaś sama, bez Vélha?

— A co mi tam! — prychnęła Aéna, podnosząc się, by usiąść i móc zobaczyć twarz Heéla. — Niech ktoś spróbuje mnie tknąć! — Wyciągnęła sztylet i cięła wykrętasami powietrze jak jaskółka ósemki nad polaną, po czym zatrzymała ostrze tuż przy gardle chłopaka. — Tak go spiorę, że płakać będzie, że swój kieł na mnie wystawił!

— Nie lubię, jak tak robisz — powiedział Heél, kładąc znów głowę na rękach i przenosząc wzrok na bezchmurne, poranne niebo. — Z tego nie powinno się żartować, bawić się.

— No tak, filozof Heél każdej byle trawki przecież żałuje — odparła na to. Jej uśmiech złagodniał jednak i patrzyła przez chwilę zachłannie na różowawo bladą, piegowatą twarz Heéla niczym poszukiwacz skarbów na zdobyty klejnot.

Jak mogę kochać tak mocno kogoś tak różnego ode mnie? — pomyślała. Tętno przyspieszyło w radosnym zdziwieniu, które ogarnęło ją znów niespodziewanie. Skąd to bierze się we mnie?

Przybliżyła potem własną twarz, okrągłą jak księżyc w pełni, do jego i zaczęła całować go po nosie, po policzku.

— Kocham — wymruczała, wtulając się w szyję skrzaciego chłopaka. Heél wyciągnął rękę spod głowy i zanurzył palce w jej włosach.

— Księżycórki w nocy widziałem. W sukniach z odblasków Zamglonego Wędrowca — powiedział po chwili milczenia. Zaczął bawić się kosmykiem włosów Aény jak niesforną nitką wystającą ze szwu opończy, jego dotyk był jednak jakiś daleki, jakby nie z tego świata.

Aéna natychmiast zerwała się, by usiąść.

— Co? — zezłościła się.

— Co ty? O widzenie w mojej głowie jesteś zazdrosna? — Heél roześmiał się bezgłośnie. — Aéno, Aéno!

Dziewczyna chciała odpowiedzieć, lecz głos jej zagłuszyło niespodziewane wycie Haara dobiegające ze szczytów skał, jękliwe i srogie jak świst miecza tnący ranne powietrze.

— Vélho. — Podniósłszy się, Heél spojrzał na Aénę i zmarszczył brwi. — Czego może chcieć tak nagle?

— Licho go teraz przywiało! — fuknęła, niezadowolona z niedokończonej rozmowy.

Ale choć przez chwilę mu Księżycóry w głowie siedzieć nie będą.

— Chodźmy! — Heél ponaglił, kładąc dłoń na plecach dziewczyny i popychając ją lekko przed siebie. Aéna uspokoiła się zupełnie. Dotyk Heéla, przejętego sprawami Watahy, w którego ciemnozielonych oczach płonęły żywo czarne ogniki, był o wiele trwalszy i prawdziwszy niż tego bajającego wzniośle o rzeczach dla niej niezrozumiałych.

Czasem bowiem wydawało się Aénie, że istniało dwóch Heélów, zupełnie innych od siebie. Choć głupia była ta myśl, i dziwnie denerwująca.

Wspinali się już, gdy wschodni wiatr przedarł się przez ciepłą wełnę kaptura i musnął policzki dziewczyny swoimi lodowatymi palcami. Skrzywiła się lekko, jednak z dłońmi uczepionymi skał nie miała jak sięgnąć do nakrycia głowy i otulić twarzy szczelniej. Zerknęła w górę, gdzie około jarda ponad nią Heél przebierał rękami i nogami jak pająk, wdrapując się coraz wyżej, ku szczytowi ostańca, na który wzywał ich Vélho. Aéna była sprytna i szybka, ale podczas wspinaczki nie nadążała za nim nigdy. Skąd taka zwinność brała się w tym uśpionym marzycielu z nosem w wierszach i mędrcach filozofach?

Był jednak skrzatem, choć zapominała o tym niekiedy. Wspinaczka płynęła w jego krwi.

Spuściła głowę zdecydowanym ruchem, niemal ocierając policzek o zaostrzoną wypukłość skały. Byle w dół nie zacząć się gapić — pomyślała, przyspieszając własne ruchy.

Byli już blisko celu, kiedy skały zatrzęsły się niespodziewanie jak osiki. Jednak to nie zwykły wiatr powodował ich drżenie. Aéna odruchowo silniej jeszcze przylgnęła ciałem do skalnej płyty, a krew odpłynęła na chwilę z jej napiętych palców, gdy wbiły się w wapienne wypusty z całą mocą, niczym gwoździe.

Powietrze zaszumiało, tłumiąc wołanie Heéla.

— Trzymaj się! — usłyszała z trudem.

Cień padł na nich i na jasną szarość wapienia, jakby w mgnieniu oka zapadła bezksiężycowa noc. Aéna oderwała wzrok od skały przed swoim nosem i ostrożnie zerknęła za siebie. Skrzydło wielkości dębu załopotało tuż obok niej, bordowoczerwone niczym zaschnięta krew.

Spadnę. Tętno przyspieszyło, nie zamknęła jednak oczu. Niemal nie mrugając, wpatrywała się przez chwilę, jak ogromna smocza bestia odlatuje pomiędzy górskie rozstępy, niosąc w pysku młode olchowe drzewo.

Nigdy wcześniej takiej nie widziała.

Zerknęła w górę na Heéla, którego sylwetka zastygła w bezruchu. Tylko jego płaszcz powiewał jeszcze z lekka, wprawiany w ruch pozostałościami smoczego wichru.

— Żyjesz? — zapytała, gdy wdrapała się do niego i przylgnęła do skały tuż obok. — Co to było za Licho?

— Z rodu czarosmoków — szepnął chłopak, oczarowany, ze wzrokiem utkwionym w dal, tam, gdzie wśród gór zniknął smok. — „Ja, który smokami władać będę w imieniu Olszowej Pani…”.

Tkwili tak przez chwilę, aż Aéna straciła cierpliwość.

— Rusz się! — fuknęła. — Gad może zaraz lecieć z powrotem. Może se gniazdo mości tymi olchami.

Oderwawszy wzrok od Heéla, zaczęła wdrapywać się dalej po skalnej ścianie.

Blisko szczytu skały pofałdowane były silniej, niemalże tworzyły ścieżki, i wspinaczka stawała się tu łatwiejsza. Teraz to Aéna prowadziła, zwolniła więc nieco, by poczekać na ociągającego się skrzata, zatopionego znów we własnych, dziwnych myślach. Jej wzrok, choć bez szczególnego zainteresowania, pomknął w górę ścieżki, zagłębionej w różnokształtnych skalnych wypukłościach. Ostańce u podnóży gór zwano niekiedy Ognistą Bramą Gor Laran, nocami wśród tych fałd wapieni, mocą smoków, zapalały się bowiem z niczego ogniska. Teraz jednak, świeżo po świcie, szkliły się jedynie kryształki lodu.

Dopiero kiedy Heél znalazł się tuż za nią, gnomia dziewczyna zaczęła wchodzić wyżej, docierając zaraz na szczyt, gdzie żył Vélho i gdzie głosem Haara wzywał na obrady swoją szajkę. Liche pędy olch, ni to krzewy, ni to niewielkie gąszcze splątanych gałęzi, rosły tu wśród srebrzących się od mrozu skał, a niesilny, lecz lodowaty wiatr targał nimi z lekka. Spomiędzy tych nagich olch, jak na spęd prawdziwej wilczej watahy, wynurzali się członkowie bandy. Było ich wszystkich czternastu, lecz zmierzających na zebranie, nie licząc siebie, Aéna dopatrzyła się połowy. Pozostali grasowali gdzieś samotnie lub parami, za daleko od ostańca, by przybyć na wezwanie, wyprawieni przez Vélha z przydzielonymi zadaniami.

Dziewczyna przybliżyła się do pozostałych i jej wzrok zaczął przesuwać się z wolna po sylwetkach. Zatrzymał się nagle, gdy za rudą głową Osgoda dostrzegła ułamek twarzy, przystojnej jak u sylfiego księcia, a na niej oko szaroniebieskie niczym stal sztyletu, w którym przegląda się niebo.

Sag! — pomyślała ze zdziwieniem Aéna. Zerknęła przez ramię na Heéla, który wymienił z nią spojrzenia, po czym, równie zaskoczony, zmarszczył brwi na widok Saga. Zwiał więc z lochów Grod Gérlod! Zawsze potrafi się wycwanić…

Choć zżerała ją ciekawość, nie podeszła jednak do gnoma i Heél nie zrobił tego także. Sag, drugi w Sforze po Vélhu i próżny w swojej nieskrywanej nikczemności, wciąż chował urazę i miał ich za bachory bez wartości dla szajki po tym, jak lata temu, raz jeden zezłościli go nieposłuszeństwem. Aéna bała się go nieco i bez potrzeby w drogę wolała mu nie wchodzić. Mistrz Buk mógł tylko wiedzieć, co Sago byłby wciąż skłonny zrobić jej i Heélowi, gdyby nie Vélho.

Przeniosła wzrok w lewo, na kobietę w długim, czarnym kaftanie, o włosach brudnozłotych niczym miedziany wąż, która uniosła właśnie rękę, by uciszyć zgromadzenie. Jara. Aéna niemal od zawsze podziwiała ją za to, jak potrafiła być „nieżoną” dla Vélha. Wszyscy bowiem mieli ją za żonę, a ona nie była nią naprawdę, zwłaszcza w oczach samego herszta.

Ten ostatni siedział teraz nieruchomo na olchowym krzewie. Chuda gałąź opadała przed jego twarzą, między pociągłymi oczami o nieodgadnionym spojrzeniu, przecinając ją na pół niczym piorun. Niestary, lecz siwy cały, za wyjątkiem nielicznych pasm barwy szarozielonych pędów stepowej trawy, niemal we wszystkim przypominał Vélho Haara, który warował pod jego stopami, równie co on sztywny w posturze. Mówili nie raz, że Vélho i Haar to jedno, że potrafią przekazywać sobie myśli i nawet zmieniać się w siebie nawzajem. Czasem Aéna nie bardzo w to wierzyła, czasem jednak zdawało jej się, że to rzeczywiście prawda, choć nigdy na własne oczy nie widziała tej zamiany.

Gdy na gest Jary rozmowy ucichły, Vélho bezszelestnie zeskoczył z gałęzi i stanął obok nóg Haara, by zacząć zebranie. Jego bladoszara twarz, jak zazwyczaj, z trudem wyrażała cokolwiek, mimo to Aéna zdołała dopatrzyć się na niej jakiegoś niecodziennego zadowolenia.

— Wilk zawył. Czym odpowiesz, Sforo? — Głos herszta, spokojny, lecz silny niczym brzdęk stali, rozniósł się wśród nich, po czym pognał wraz z podmuchem wiatru ku Smoczym Górom, wzrok zaś przemknął po twarzach zgromadzonych, a oczy Haara natychmiast podążyły jego śladem.

— Jesteśmy na wilka wezwanie — odkrzyknęła zgodnie Wataha.

— Kto wilków nie zdradzi?

— Tego wilki chronić będą!

— Kto jednak wierności i tajemnicy nie dochowa…

— Ten wilkom zostanie oddany i na nim wilki mścić się będą.

Vélho uśmiechnął się, zaciskając wargi ciasno, jakby chciał schować je w ustach. Wsunął dłonie pod fałdy opończy i do kieszeni spodni, po czym zaczął krążyć wolno pośrodku okręgu, który niezamierzenie utworzyli pozostali członkowie szajki.

— Wierność i tajemnica ważna rzecz — rzekł ciszej i w jakimś skupionym natchnieniu. — Teraz ważniejsze jeszcze się staną niż dotychczas. O tym, o czym dziś tu mówić będziemy — pary z ust! Inaczej ja sam wilkiem poszczuję… Ale najpierw… Zebrałem was, by podzielić się moją radością z powrotu naszego druha, Saga, który tak zręcznie wymknął się wymiarowi sprawiedliwości umiłowanego Mistrza… Zasługa tym większa, że Mistrzem już nie niemrawy pryk, ale rozjuszony pętak, którego niechęć do nas jeszcze potężniejsza.

Vélho szydził każdym ze swoich ostatnich słów, a Aéna była przekonana, że choć skały na szczycie ostańca żywiej chyba wyrażały uczucia niż on, w duchu szydził jeszcze bardziej. Nie lubił Ferla, ale dla nikogo z Watahy nie było sekretem, że Geroda nie znosił.

Spojrzał na Saga wymownie, ten zaś zaśmiał się bezczelnie i przeczesał włosy palcami.

— Pryszcz, nie zasługa, wilkaczu. Kraty w lochach Cytadeli są tak samo pordzewiałe i zbutwiałe jak cała straż tej ich sprawiedliwości. Żółtodziób bez trudu by ją przechytrzył.

— Nie bądź taki skromny — zaskrzeczał Osgod, klepnąwszy Saga po ramieniu. — Wilkacz wie, co mówi, Gerod to nie Ferlo. Straże umie postraszyć i stoją przed nim na baczność. Sam niemało się ostatnio zmachałem, jak byłem po wieści we Wrotach.

— I wieści te, dodatkowo, uczyniłeś wreszcie dla nas użytecznymi — wtrącił Vélho, zwracając się znów do Saga. Teraz już niemal nie ukrywał swojego zadowolenia. Błyski jak dwa pioruny zajaśniały w jego seledynowych oczach, co zdarzało się tak rzadko, że nawet Haar zerknął w kierunku herszta, zdziwiony tą niepasującą do wilkacza otwartą żywotnością. Aéna prawie zatrzęsła się z ciekawości. Znów wymieniła spojrzenia z Heélem, po czym oczekiwała z niecierpliwością kolejnych słów Vélha.

— Wiemy wszyscy od Osgoda, że Gerod niedawno w Twierdzy Alchemików znalazł sobie jakąś nową zabawkę. Ponoć wartościową i być może bardzo interesującą, a przynajmniej taką, dla której sam umiłowany Mistrz jest w stanie wiele poświęcić. Wiemy też, że szlag go teraz trafia, bo zanim jeszcze zaczął się tą zabawką bawić, ktoś zwinął mu ją sprzed nosa.

Tak, wiedzieli o tym. Aéna była z Vélhem, siedzieli w grocie na szczycie ostańca, gdy nieco ponad tydzień wcześniej wrócił Osgod, z włosami jak strąki, spoconym czołem i łachami jeszcze brudniejszymi niż zazwyczaj, sprawiając wrażenie, jakby biegł całą drogę przez step z Grod Gérlod. Z marszu wysapał, że całe Wrota aż huczą od wściekłości Geroda, bo Główny Druid wyjął z Twierdzy to, co gnomie, i że teraz już wojna pewna.

Vélhowi te nowiny od początku wydały się podejrzane. Zawsze podkreślał, że Nol nie jest głupcem, tym razem więc także nie mógł nim być. Nie wierzył, że to on jest winny zniknięcia tajemniczego skarbu z Twierdzy, teraz zaś jego zwątpienie miało się potwierdzić.

— A od dziś, dzięki Sagowi, wiemy też, gdzie tego Gerodowego cudeńka szukać — rzekł cicho i wzniośle, jakby jakieś oczekiwanie, narastające w nim od dawna, właśnie się spełniało. — Sago?

Wówczas Sag wystąpił na środek. Stanąwszy obok Vélha, wyciągnął coś z wewnętrznej kieszeni opończy i położył na płaskim kamieniu, który podczas obrad służył im za stół. Wszyscy wyciągnęli szyje z ciekawości i nachylili głowy, by lepiej zobaczyć. Aéna, najniższa z szajki, położyła dłonie na ramieniu Heéla i, odbijając się na palcach od ziemi, podskoczyła parę razy, chcąc dostrzec coś zza pleców Saga. Bezskutecznie; zmieniła więc miejsce, wpychając się pomiędzy Lora i Osgoda.

Sago trzymał w rękach pozaginany zwój trzcinowego papirusu, brudny i nadwęglony — mogła zauważyć wreszcie, gdy zaczął prostować papirus na stole, przesuwając po nim spłaszczoną dłonią.

Z ognia pewno wygrzebał — z mimowolnym podziwem pomyślała o umiejętnościach Saga, który potrafił wkładać ręce w płomienie, gładko jak do wody. Spojrzała znów na papirus. Pokrętne pismo świeciło czarnym atramentem niczym gałęzie nocą przy blasku księżyców.

— Co, u Licha, za sfajczone runy wytrzasnąłeś? Co to ma być? — Lor zachichotał tępo. Aéna przekręciła głowę i zerknęła na niego pogardliwie.

Nawet taki głupek jak Lor powinien umieć rozpoznać wilczy język.

Chciał wziąć papirus ze stołu, by przyjrzeć się bliżej, Jara jednak klepnęła go, całkiem nielekko, po wyciągniętych dłoniach.

— Łapy precz! — warknęła. — Daj mówić Sagowi!

Sago raz jeszcze przesunął dłonią po papirusie.

— Z Cytadeli pognałem zaraz w górę, w las. Marnie ją obstawiają, bo i niewielu tam teraz trzymają. Zresztą, mówiłem już, to teraz kupa rdzy i zgrzybiałych kamieni, której czasy świetności dawno zdechły. Tylko tych paru, co po drodze nie rąbnąłem, pognało za mną. Ale jeszcze się taki nie znalazł, który by mnie w lesie zdołał dopaść. — Uśmiechnął się od ucha do ucha, ze zwyczajowym zuchwałym zadowoleniem z siebie. — A i noc była pochmurna, więc bez trudu dotarłem pod wodospad. Tam już, sami wiecie, jest się nie do tknięcia.

Wlazłem pomiędzy skały. Trochę mi zeszło, nim znalazłem drogę do ścieżki. Ale każda skała pod dłonią jedyna w swoim rodzaju, a moje dłonie pamięć mają dobrą. Znalazłem więc i potem szedłem dalej ścieżką, gdy nagle mój nos coś wywęszył.

Zdziwiony byłem jak sto Lich — ogień! Z początku myślałem, że z lasu jeszcze do mnie dociera, ale nie, mój nos nie robił ze mnie głupca. Zboczyłem ze ścieżki i zacząłem iść tam, skąd wyczuwałem zapach. Wkrótce światło zaczęło przebijać się przez szczeliny w skałach. Najpierw liche, potem coraz mocniejsze. Ściszyłem kroki jeszcze bardziej, zacząłem skradać się jak lis. W końcu usłyszałem głos. Gadał po wspólnemu, ale miękko i śpiewnie jak po sylfiemu. Wsadziłem oko w szczelinę.

Najpierw wilka zobaczyłem, czarnego jak smoła, a spomiędzy sierści wyrastały mu olszowe witki. Piękna bestia, oko aż przecierałem! Do stu piorunów, wciąż nie mogę uwierzyć, że jeszcze takie można spotkać. Gdyby mi wilkacz nie potwierdził, nie wierzyłbym w to, co sam widziałem.

Vélho pokiwał na to głową w skupieniu. Aéna przymrużyła oczy z ciekawości, wyczekując, by coś więcej powiedzieli o wilku. Herszt milczał jednak, Sago zaś opowiadał dalej.

— Potem zobaczyłem, że za wilkiem skrywa się postać tego, który gadał. Wysoka dość, w zielonym płaszczu do ziemi.

— Sylfi skurczygnat! — wtrącił podekscytowany Osgod, marszcząc swój długi, chudy nos. — Doradca Geroda! Widziałeś go, jego twarz? Ponoć nikt we Wrotach jeszcze jej nie widział!

— Coś tam widziałem — tyle, ile można dostrzec w świetle ledwo dychającego ogniska. Raczej nie młodzieniaszek, włosy czarne jak u tej wilczej bestii. Z początku wątpiłem, że to ten mag od Geroda. Pomyślałem, że jakiś byle druid czy filozof. Ale zacząłem się przysłuchiwać, by zrozumieć, o czym gadają. Wtedy akurat wilk się wtrącił, po wilczemu i tak chrzęścił, że z trudem zrozumiałem.

„Więc ty wiedziałeś, panie, że świecidełka nie ma w wieży Nélchoda? I wiesz, kto je stamtąd zabrał?” — mówi.

„Za dużo chciałbyś wiedzieć, wścibski wilku” — tamten na to, a gada znów wolno i śpiewnie, jakby zaklęcie za zaklęciem wypowiadał. Dziwny to głos, za takim na koniec świata można by poleźć, gdyby się swojego rozumu nie miało. „To nie twoja sprawa” — mówi dalej — „zastanawiać się nad tym. Twoja rzecz dowiedzieć się dla mnie, gdzie jest teraz. Bo ten, którego Gerod posądza, ani go nie ma, ani nigdy nie ruszał Sztyletu palcem. Za słaby jest na to.” Gęby jego nie widziałem dobrze, ale słychać aż było, jak się uśmiechnął. „Zawsze był.”

— A po chwili to — Sago wskazał na papirus pod swoją dłonią — spod płaszcza wyciągnął.

„Bierz to” — dalej do wilka mówi. „Tu jest wszystko napisane, twoją mową, choć zagadką, której ty sam nigdy nie rozwiążesz. Znajdź filozofa Pani Olch. Pytaj go. Każ mu rozwiązać. A potem z tą wiedzą wracaj czym prędzej.”

„Tylko pamiętaj” — mówi jeszcze — „jeśli ta zagadka dostanie się do innych niż twoje i filozofa oczu czy uszu, nie będę znał litości.”

Wilk rozwarł zwój łapą i z boku widziałem, jak wyszczerzył kły w uśmiechu.

„Pamięć mam dobrą, panie” — charczy. „Na to mi się też ona przyda, że za chwilę ten pergamin będzie mógł spłonąć w ogniu.”

Mag pokiwał głową, z zadowoleniem chyba. A potem czarna bestia pyta jeszcze: „Po co ci jednak teraz Sztylet Nélchoda, panie? Tyle lat nie interesowałeś się nim.”

— Jak dureń zapytał i mag wściekł się na niego. — Sag zaśmiał się, wciąż wyraźnie uradowany z wilczego nieszczęścia. — Niby jak słup stał i palcem bestii nie tknął. Ale twarz mu zajaśniała dziwnie, biała jak księżyc, a ogień tak syknął, że nawet ja nigdy takiego syku nie słyszałem. Wilk zaskomlał wtedy i warować zaczął przed magiem. Ja na moment w ogień się wgapiłem. Nie tylko syczał, ale jak żywy się stał, jakby krew ciekła z płomieni. Jak dojść, jak to działa, te ich czary, sztuczki… Mówił mi kiedyś jeden taki, że to wszystko także prawom materii podlega, ale takim, które oni tylko znają… Potem znów na maga chciałem spojrzeć, ale już go nie było. Zniknął, skurczygnat. Czarnoksięskie sylfie Licho! — Sago prychnął z mimowolnym podziwem.

— Wilk wgapiał się w papirus przez chwilę, potem chwycił w paszczę i wrzucił do ognia. Kląłem, żeby odbiegł, zanim się spali, bo rąbnąć samemu wilka niełatwe zadanie. No i stało się. Dla nas to zwój, dla bestii świstek. Pomyślał, że ogień w mig pożre; nie chciało mu się czekać. Zniknął mi z oczu, to zaraz wskoczyłem w ogień ratować, co się da. Trochę ze strachem, czy gdzieś się jeszcze mag nie czai i nie gapi. Ale co mi tam! No i jest. — Wskazał na papirus i skierował wzrok na Vélha, uśmiechając się jak lis.

Twarz ma piękną — przyglądając się Sagowi, pomyślała niespodziewanie Aéna. Gdyby nie Heél, zakochać by się można — dopowiedziała sobie z krzywym, dowcipnym uśmiechem.

Herszt znów pokiwał głową. Myślał przez chwilę, po czym, wpatrując się w papirus, rzekł:

— Tak więc, widzicie sami, moja Sforo. Wreszcie mamy szansę, by w nasze ręce trafiło coś naprawdę cennego. Sztylet Nélchoda to ten sam skarb z Twierdzy, za który Gerod jest teraz gotów powybijać pół Krainy.

— To na co jeszcze czekamy? — wyskoczył znów Lor. — Bierzmy skarbik i pomachajmy nim Gerodowi przed oczami!

Wataha ofuknęła go zgodnie, lecz Vélho uciszył wszystkich uniesioną dłonią i powiedział poważnie:

— To nie takie proste. To nie rozkaz dla gwardii, napisany tak, by każdy głupiec zrozumiał, a łamigłówka dla wybranych. Sam mag jej nie zrozumiał, nie bez powodu ryzykuje i wysyła wilka. I ja tylko wilkacz, słowa przetłumaczyłem bez trudu, ale na księgach filozofów i ich języku się nie znam… Heél? Zerknij!

Sago natychmiast się nachmurzył, przycisnął dłoń do papirusu, spojrzał ze złością na Vélha.

— Skrzaciemu szczeniakowi chcesz dawać do rąk to, po co do ognia włażę?

Vélho jednak uciszył go jednym krótkim spojrzeniem, po czym wziął pismo ze stołu i podał je Heélowi. Chłopak odgarnął włosy z czoła i ze swoją zwyczajową powolnością wyciągnął rękę po papirus. Studiował go dłuższą chwilę, aż w końcu rzekł:

— To wilcza mowa filozofów.

Sag prychnął jak dziki koń, mamrocząc ironicznie: „Skrzaci geniusz”, herszt burknął zaś ze zniecierpliwieniem, które rzadko mu się zdarzało:

— To już wiemy.

Heél uśmiechnął się łagodnie.

— Co znaczy, że jest to szczególna zagadka — dopowiedział. — Wszystko w niej jest metaforą, poetyckim obrazem, który nie mówi nic wprost. Niby cechuje to każdy szyfr, jednak w zagadkach filozofów metafory są znacznie bardziej wymyślne i twórcze. To zabawa językiem. Poza tym to nie są tylko proste symbole — odwołują się do głębokiej wiedzy z różnych dziedzin. Przez to nikt przeciętny nigdy ich nie odczyta.

— No, a ty, nieprzeciętny, na pewno nam odczytasz — zadrwił znów Sago, poprawiając stójkę swojego kaftana. — I tak właśnie Licho zaraz kopnie moje starania… Mogłem lepiej pognać za wilkiem i leźć za nim aż do filozofa.

— Ty byś wilka dogonił — prychnęła Jara, choć niezłośliwie. Jeśli śmiała się nieraz z Saga, bo pozycja w Sforze pozwalała jej na to, to robiła to raczej z niewylewnej, lecz szczerej sympatii dla niego. Lubili się z Sagiem — a przynajmniej szanowali, co w szajce było nawet ważniejsze. — Ogona jego byś się chyba uczepił.

Sag wykrzywił wargi i chciał coś odpowiedzieć, Vélho jednak kazał obojgu zamilknąć.

— Co więc myślisz, Heél? — zapytał potem. — Odczytasz?

— Może — odparł Heél, wpatrując się w papirus. — Lecz potrzebuję czasu.

— Ile?

— Nie wiem… Z samego tłumaczenia wyjdzie więcej niż jedna wersja. Te same słowa często można różnie tłumaczyć i różne metafory można z nich stworzyć… A tu każdy wers, każde słowo coś znaczy. Łączy się z kolejnym… A jak już stworzę z tego wiersz, sam nie znajdę odpowiedzi, będę musiał szukać w bibliotece filozofów, w księgach i słownikach. Może włamać się do tajnej, żeby zrozumieć…

— Ile więc? — niecierpliwił się Vélho.

— Nie bądź głupi, wilkaczu! — wtrącił znów Sag. — Przemądrzały szczeniak dojdzie do tego, po co wilk pognał do wytrawnego filozofa? Zanim on wers rozczyta z tej całej zagadki, tamci będą mieli skarb w swoich łapskach.

— Licz się ze słowami! Heél zna się na filozofii jak mało kto! — Aéna fuknęła w obronie Heéla, choć serce załopotało jej tuż po tym jak zawsze, gdy przeciwstawiała się Sagowi. Co on ma w sobie takiego, że się przed nim trzęsę? — pomyślała, złoszcząc się na siebie. Nie znosiła się bać.

— Przymknij mordkę swą słodką, dziewucho! — Sag zerknął na nią z prześmiewczą pogardą. — Nikt cię o zdanie nie pyta!

Heél spojrzał na Aénę i uśmiechnął się pobłażliwie, dając jej do zrozumienia, że wtrąca się niepotrzebnie i bezsensownie. Skrzywiła się i prychnęła pod nosem, urażona.

— Po części zgadzam się z Sagiem — powiedział spokojnie do Vélha. — Nawet jeśli cokolwiek zrozumiem z zagadki, może się okazać, że to po nic, bo będzie już grubo za późno.

— Nie mamy innego wyjścia, innego sposobu nie ma — odparł Vélho po chwili zastanowienia. — Odczytuj, co się da, jak najszybciej się da. Ryzykujemy jedynie straconym czasem… A sprawa jest zbyt cenna, żebym zrezygnował.

— Nie przepuszczę takiej okazji… — wyszeptał potem jeszcze, bardziej do siebie niż do reszty szajki, a pioruny znów błysnęły w jego oczach.

Satysfakcją? Zemstą? Lub czymś jeszcze, o czym Aéna nie miała pojęcia

***

Nocą zaś, gdy zasypiała, słyszała, jak Heél mamrocze do siebie, po swojemu:

— Filozof Pani Olch… Pani Olch… Przecież nie tej samej… Gnomie maki, maki już gnomie, maki już żółte… Kochany się spóźnił, miłość się spóźniła, wąż, żmija… Identyczne… Takie same… Taki sam kochanek, taka sama miłość…

***

Maki już żółte, a miłość spóźniona,

Ta, której nie było.

W ziemi ugrzęzła, jak żmija spętlona,

Bliźniacza jak echo ta miłość.


Gdy za mgłą ojca

Oko jak koło,

Gdy miesiąc kochanka nastanie,

Bliźniacze jak w lustrze ognie płoną,

Tańczy Piosenki Pani.


Maki już żółte, a miłość spóźniona,

Ta, której nie było.

W ziemi ugrzęzła, jak żmija spętlona,

Bliźniacza jak echo ta miłość.


Pani Piosenki i Pani Pierścienia

W zwierciadło patrzy żałości.

W zwierciadło patrzy, w zwierciadle widzi

Drzwi do zamku miłości.


Maki już żółte, a miłość spóźniona,

Ta, której nie było.

W ziemi ugrzęzła, jak żmija spętlona,

Bliźniacza jak echo ta miłość.

6. Kto miesza w kotle jeziora?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 54.61

Pobierz bezpłatnie