E-book
7.88 7
drukowana A5
31.7
Łania
10%zniżka

Bezpłatny fragment - Łania


Objętość:
72 str.
ISBN:
978-83-8467-115-3
E-book
za 7.88 7
drukowana A5
za 31.7

Prolog

Ziemia w puszczy nigdy nie pamiętała niczego innego niż krew. Pradawne świerki piły z podziemnych żył, w których zamiast życiodajnych soków krążył ciężki, rdzawy urobiony kruszec, a korzenie oplatały zapomniane przez świat sztolnie, w których ciemność miała zapach stęchlizny i metalu. To nie był zwykły las; to był żywy, drapieżny organizm, który pożerał wszystko, co naruszało jego milczący porządek.

Tomasz Bielański wiedział o tym najlepiej. Dla ludzi z miasteczka był wybitnym, chłodnym chirurgiem, którego dłonie w sterylnej izbie operacyjnej nigdy nie drżały. Dla puszczy był kimś o wiele bardziej niebezpiecznym — kłusownikiem, który nocami przemierzał leśne dukty, rozumiejąc prawa rządzące mięsem, ścięgnami i dzikim instynktem lepiej niż jakikolwiek podręcznik anatomii.

A potem przyszedł ten wieczór, w którym stal rozdarła ludzkie życie.

Kiedy w tragicznym wypadku zginęła jego ciężarna żona, pękała ostatnia tama oddzielająca racjonalny umysł chirurga od pierwotnego szaleństwa. Napędzany rozpaczą, której nie dało się uśmierzyć lekami ani modlitwą, Tomasz popełnił zbrodnię przekraczającą granice ludzkiej natury. W głębi ciemnej leśniczówki, przy blasku naftowej lampy, dokonał amatorskiego, przerażającego przeszczepu. Wszył w martwą, rozerwaną tkankę Marty narządy jelenia, którego sam przed chwilą ustrzelił w głuszy.

Marta wróciła do świata żywych, ale nie była już człowiekiem. Z jej ran wykwitło krwawe, ostre poroże, a w żyłach zamiast ludzkiej krwi zabulgotał nieludzki gniew.

Gdy wyrwała się w nocny mrok, szosy wokół puszczy zamieniły się w rzeźnię. Teraz Tomasz musiał ruszyć w pogoń za własnym, potwornym dziełem — zanim on sam stanie się zwierzyną w polowaniu, którego stawką jest przetrwanie ludzkiego gatunku.

Rozdział 1

Zapach formaldehydu, zwietrzałego potu oraz metalicznego odoru świeżej krwi trzymał się ścian izby przyjęć dawnego ośrodka zdrowia, w którym od lat nie widziano żywego lekarza, a jedynie echa dawnych zabiegów. Tomasz Bielański stał nad stołem operacyjnym, którego metalowa, podziurawiona kwasem i wyszczerbiona na krawędziach powierzchnia służyła mu teraz za prosektorium. Jego dłonie, zwykle precyzyjne, nawykłe do mikroskopijnego ruchu skalpela w lśniących salach miejskiego szpitala, teraz były umazane brunatną, zasychającą mazią. Skóra na palcach stwardniała mu od zimna i pracy w puszczy, a pod paznokciami czuł uporczywy, czarny brud ziemi, która nie chciała dać się zmyć żadnym detergentem.

Na stole leżała Marta.

Jej ciało, jeszcze kilka godzin wcześniej ciepłe, drżące w oczekiwaniu na narodziny dziecka, teraz przypominało porzucone na gołej ziemi mięso. Wypadek na krętej, leśnej drodze nie zostawił szans na złudzenia; maska ciężarówki wbiła się w bok starego auta z siłą młota parowego, miażdżąc kości miednicy i otwierając brzuch z precyzją rzeźnika. Tomasz pamiętał każdy sekund tamtej ciszy, która nastąpiła po uderzeniu — ciszy tak gęstej, że zagłuszała nawet szum wiatru w koronach buków. Pamiętał własny krzyk, który wydarł się z jego płuc, gdy wyciągnął ją z dymiącego wraku, oraz chłód jej skóry, gdy niósł ją przez gęstą, ociekającą rosą paproć prosto do tej zapomnianej przez boga i ludzi leśniczówki.

Wtedy w jego głowie pękła jakaś cienka, strunowata żyłka. Racjonalny świat lekarza, który przez lata ratował ludzi na sterylnym stole, spłonął w jednym akcie bezgranicznej rozpaczy.

— Jeszcze nie — wyszeptał, a jego głos w pustym, ciemnym pomieszczeniu brzmiał jak zgrzyt kamienia o kamień.

W kącie izby leżał tusz jelenia — potężnego byka, którego Tomasz ustrzelił zaledwie parę godzin wcześniej, planując zupełnie inne sprawunki, niż te, które teraz determinowały jego obłąkańcze działania. Zwierzę miało jeszcze szkliste, wielkie oczy wpatrzone w sufit, a z jego rozprutego ciepłego wnętrza parowała para, mieszając się z lodowatym, nocnym powietrzem wpadającym przez nieszczelne okno. Tomasz nie patrzył już na jelenia jak na zdobycz. Patrzył na niego jak na magazyn części zamiennych, dostarczonych przez samą, ślepą i obojętną puszczę.

Sięgnął po szeroki, ciężki nóż kłusowniczy o stalowej klindze zmatowionej od krwi. Jego oddech stał się płytki, świszczący, podszyty gorączkowym, niemal biologicznym podnieceniem, które nie miało nic wspólnego z medycyną, a wszystko z pierwotnym, zwierzęcym kultem przetrwania za wszelką cenę.

Ciął precyzyjnie. Kształcone przez lata dłonie chirurga prowadziły ostrze przez tkanki zwierzęcia z przerażającą, mechaniczną bezwzględnością. Wypreparował to, co uważał za konieczne — pulsujący jeszcze, ciemny fragment potężnego mięśnia sercowego, grube, sprężyste powięzie oraz surowe, nienaruszone jeszcze przez rozkład tkanki otrzewnej. Każdy ruch jego rąk chlapał na fartuch i ściany. Zapach wnętrzności dusił, wdzierał się w nozdrza, parzył gardło, ale Tomasz nie czuł obrzydzenia. Czuł dziwną, gorączkową jasność umysłu, graniczącą z czystym obłędem.

Gdy zwrócił się ku ciele Marty, jego palce zaczęły rozszerzać rozdartą ścianę jej brzucha.

To, co działo się później, zatraciło ludzki wymiar czasu. Przy blasku pojedynczej, migoczącej naftowej lampy, której płomień rzucał na ściany drżące, groteskowe cienie, Tomasz zszywał ze sobą dwa zupełnie odmienne porządki bytu. Grube, lniane nici kłusownicze przechodziły przez ludzką skórę i zwierzęce powięzie z głuchym, cierpkim dźwiękiem. Wpychał w puste, zimne wnętrze żony obce, drapieżne tkanki, usiłując zmusić naturę do kapitulacji za pomocą igły i woskowanego sznura.

— Będziesz żyć — powtarzał w kółko, a jego szept przypominał warczenie rannego zwierzęcia zagrzebanego w norze. — Słyszysz? Nie pozwolę ci zgasnąć. Las cię nie weźmie. Ja cię nie oddam.

W pewnym momencie scalone ciało na stole drgnęło.

Nie był to pośmiertny skurcz nerwowy, do którego chirurg zdążył przywyknąć w prosektoriach. To był głęboki, spazmatyczny wdech, po którym pierś Marty uniosła się z nienaturalną, gwałtowną siłą. Metalowy stół z jękiem zazgrzytawszy pod nagłym napięciem mięśni.

Tomasz cofnął się o krok, potykając się o własne nogi i uderzając plecami o wilgotną, tynkowaną na biało ścianę. Nóż wypadł mu z dłoni, brzęcząc głucho na betonowej posadzce.

Marta otworzyła oczy. Białka jej oczu zaszły krwawą mgłą, a tęczówki — dotąd ciemne i łagodne — pękały wzdłuż włókien, zmieniając barwę na głęboki, złocisto-żółty odcień dzikiego zwierzęcia zapędzonego w kozi róg. Z jej czoła, dokładnie tam, gdzie pod skórą zasklepiały się świeże, poszarpane szwy, zaczął sączyć się gęsty, czarny płyn, z którego w oczach, z trzaskiem pękającego naskórka i włókien, wykwitały dwa małe, ostro zakończone, krwawe wypustki. Poroże.

Z gardła kobiety nie wydobył się ludzki jęk bólu ani prośba o pomoc. Był to niski, wibrujący pomruk, który rezonował w fundamentach budynku, jakby podłoga drżała w rezonansie z budzącym się do życia lasem.

Tomasz patrzył na swoje dzieło, a w jego żyłach zamarzała krew. Dotknął palcami własnych ust, jakby chcąc upewnić się, że wciąż jest człowiekiem, ale czuł już tylko zapach igliwia, mokrej sierści i zbliżającej się nieuchronnie burzy, która niosła ze sobą zapach polowania.

Rozdział 2

Zimny, metalowy zapach krwi i surowego mięsa zawisł w izbie jak gęsta, ostra mgła, która nie chciała osiąść na posadzce. Tomasz Bielański wciąż stał plecami przywartymi do wilgotnej ściany, a jego oddech rwał się w piersiach krótkimi, świszczącymi hałasami. Serce tłukło mu w skroniach rytmem tak gwałtownym, że zagłuszał szum nocnego wiatru w konarach starych buków.

Na stole Marta nie przypominała już kobiety, którą sprowadził z leśnego duktu.

Jej ciało drżało w spazmatycznych, nieludzkich drgawkach, jakby pod skórą wciąż walczyły ze sobą dwa obce, wrogie organizmy. Świeże szwy, grubymi, woskowanymi nićmi zszyte na pospiesznie rozciętym brzuchu, napinały się do granic wytrzymałości z każdym głębokim, charkotliwym oddechem. Z ran na czole — tam, gdzie pod naskórkiem pękały tkanki w rytm dziwnego, pulsującego bólami wzrostu — sterczały już dwa krwawe, pokryte jeszcze meszkiem i ociekające osoczem zalążki poroża. Wyglądały jak groteskowe korzenie, które zepchnęły ludzką czaszkę na drugi plan, by przejąć kontrolę nad jej nerwami i zmysłami.

— Marta… — wydusił z siebie Tomasz, a jego własny głos wydał mu się obcy, cienki i żałosny, jakby należał do kogoś zupełnie innego, kogoś, kto omyłkowo znalazł się w środku cudzego koszmaru.

Kobieta uniosła się na stole. Nie zrobiła tego powoli, jak człowiek budzący się ze snu, lecz jednym, płynnym i drapieżnym szarpnięciem mięśni, które zignorowało prawa anatomii. Jej stawy wygięły się pod dziwnym, ostrym kątem. Tęczówki oczu — całkowicie zatracone w złocistożółtej, nieludzkiej barwie — wbiły się w Tomasza z lodowatym, pustym spojrzeniem, w którym nie było już ani grama pamięci o wspólnych latach, o ciepłu domowego ogniska, o jej ciąży, ani o miłości, dla której popełnił tę ostateczną zbrodnię.

Z jej gardła wyrwał się dźwięk. Nie był to ludzki krzyk ani płacz, lecz niski, wibrujący ryk, przechodzący w ostry, rozdzierający uszy wark, przypominający gwałtowny ryk jelenia byka osaczonego w głębi puszczy przez sforę psów.

Drzwi izby — stare, spuchnięte od wilgoci deski, które Tomasz zabezpieczył jedynie zwykłą skoblową zasuwnicą — zadrżały pod uderzeniem z zewnątrz. Ale to nie wiatr napierał na drewno. Z mroku lasu, przyciągnięty zapachem świeżej krwi, rzezi i zakłócenia odwiecznego porządku natury, coś podeszło pod sam budynek. Ciche, ciężkie stąpanie po igliwiu, a potem potężne uderzenie łbem w ścianę leśniczówki sprawiło, że tynk osypał się z sufitu grubą, siwą warstwą.

Marta zeskoczyła ze stołu. Jej stopy — wciąż bose, o pobrudzonych błotem piętach — uderzyły o beton z głuchym trzaskiem, ale nie wydała z siebie ani jęku bólu. Poruszała się z przerażającą, nienaturalną gracją drapieżnika, który dopiero testuje swoje nowe, dzikie kończyny.

Tomasz rzucił się w bok, gdy przemieniona kobieta minęła go o włos, pędząc ku drzwiom z siłą, która rozbiłaby każdego zwykłego człowieka. Jednym uderzeniem ramienia wyważyła spróchniałe skrzydło drzwi, które rozpadło się na drzazgi pod naporem jej ciała. W nocną ciemność puszczy, tam gdzie deszcz mieszały się z gęstą mgłą, wyprysła sylwetka łącząca w sobie ludzką kruchość i potworną, zwierzęcą masę jelenia.

— Marta! — wrzasnął Tomasz, chwytając leżący na stole ciężki sztucer z zamkiem czterotaktowym, którego lufa wciąż pachniała zimnym olejem i prochem.

Wybiegł za nią w deszcz, który natychmiast uderzył go w twarz jak lodowate baty. W mroku, wśród czarnych sylwetek wiekowych świerków i kapiących deszczem paproci, widział jedynie zarys uciekającej postaci, której na tle nocnego nieba rysowały się ostre, rozłożyste gałęzie świeżego poroża. Las wokół nich ożył — gałęzie gięły się bez wiatru, pnie szumiały głęboko, jakby puszcza witała swoje nowe, potworne dziecko, a zarazem zaciskała pierścień wokół tego, który odważył się pogwałcić jej granice.

Tomasz odbezpieczył broń. Metalowy klik w ciszy nocy brzmiał jak wyrok. Pogoń się rozpoczęła, a on wiedział dobrze, że w tym lesie zwierzyna i myśliwy zamienili się rolami już w chwili, gdy pierwszy raz dotknął skalpelem martwej tkanki.

Rozdział 3

Deszcz w puszczy nie padał jak w miastach — nie był jednostajnym, szarym filtrem rozmydlającym kontury domów i asfaltu. Tutaj, pośród stuletnich, ociekających żywicą pni i gęstwiny paproci, każda kropla stawała się ciężkim, lodowatym pociskiem, który najpierw z trzaskiem rozbijał się o igliwie, a potem spływał w dół po korze, niosąc ze sobą zapach butwiejących liści, wilgotnej ziemi oraz czegoś o wiele starszego — metalicznego posmaku minerałów, które od wieków zalegały w podziemnych żyłach tego lasu.

Tomasz biegł, a jego oddech palił gardło ogniem. Każdy krok w grząskim, pełnym ukrytych korzeni i próchnna podłożu groził skręceniem kostki, ale chirurg nie mógł pozwolić sobie na chwilę wahania. W ręku ściskał sztucer tak mocno, że stawy palców pobielały w ciemności, a metalowa lufa uderzała go co rusz w udo z tępym, rytmicznym bólem. Przed nim, zaledwie kilkadziesiąt metrów w przód, w labiryncie czarnych pni mknęła sylwetka Marty.

Nie biegła tak, jak ucieka przerażona kobieta. Jej ruchy zatraciły ludzką symetrię i przewidywalność. Poruszała się niskim, płynnym susem, odbijając się od ziemi z niewiarygodną sprężystością, jej stawy wyginały się pod kątami, które w normalnych warunkach łamałyby kości, a krwawe, dopiero co wykwitłe na czole poroże rzucało na migoczące w deszczu pnie poszarpane, złowrogie cienie. Puszcza zdawała się usuwać jej z drogi — gałęzie rozstępowały się przed nią, jakby las przyjmował ją do swojego królestwa, uznając za własne, wyhodowane w bólach i krwi dziecko, podczas gdy dla Tomasza stawał się on wrogim, zaciskającym się labiryntem.

— Marta! — wykrzyknął, a jego głos natychmiast utonął w szumie wiatru targającego koronami świerków.

Nie było odpowiedzi. Tylko głuche, ciężkie tętnięcie w skroniach i trzask łamanych gałęzi gdzieś w gęstwinie młodnika. Tomasz przyspieszył, ignorując kłucie w boku i pulsujący ból w kolanach. Pamiętał każdą ścieżkę tego rewiru, przemierzał go setki razy jako kłusownik, tropiciel zwierzyny, który znał zwyczaje tutejszych byków i łani lepiej niż własną kieszeń. Ale teraz te ścieżki wydawały się obce. Drzewa zmieniały swoje miejsca, gęstwina zagęszczała się w mgnieniu oka, a mgła, która podnosiła się z grząskich bagien, zasnuwała świat mleczną, gryzącą powłoką.

Nagle cień zniknął.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88 7
drukowana A5
za 31.7