E-book
13.65
drukowana A5
53.4
Lalkarz

Bezpłatny fragment - Lalkarz


5
Objętość:
339 str.
ISBN:
978-83-8221-553-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 53.4

Rozdział 1

19 grudnia 2016 r.

Spowity gęstą, szarawą mgłą cmentarz, pustoszeje zaraz po zmroku. Mroczna aura okala teren znajdujący się w obrębie starych, ceglastych murów porośniętych śpiącymi pnączami. Żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie odważyłby się przesiadywać nocą nad grobami, gdy nad ziemią unosi się niepokojący obłok. Ludzie szepczą o zniewolonych duszach, ich mogiły otaczają surowe mury, nie pozwalając na wypełźnięcie spod ryz posępnej postaci w czarnej szacie. I chociaż, to tylko bzdurne opowieści mające na celu odstraszyć grabieżców i ciekawskich smarkaczy, włos jeży się na samą myśl o zamknięciu nocą na terenie cmentarza. Pora roku sprzyja licznym zgonom, a tęgi mróz zbiera coroczne żniwo wśród ulicznych włóczęgów. Podpici i wygłodniali bezdomni, szukający schronienia w uporczywe mrozy, wybijają szyby w zamkniętych na zimę działkowych domkach, nieraz dewastując od środka, a wiosną porzucając i pozostawiając wewnątrz ruinę. Inni zaś budują kartonowe namioty w lasach, odtrącając pomoc niesioną przez lokalne przytuliska. Zamarznięte na kość ciała, odnajdują przypadkowi przechodnie lub czekają do wiosny na odwilż, aż stopnieją śniegi, a wyprowadzany pies w popołudniowy dzień zwęszy trop.

Doskonale pamiętał zapach śmierci. Intensywny, uderzający prosto do mózgu kanałem węchowym i tak nienaturalnie smaczny, jak pleśniowy ser wzbudzający w nim odrazę, lecz rozkoszny na podniebieniu. Nie był jej sprawcą, ale pamiętał, jak pochłaniała go, pozostawiając w pamięci trwały ślad. Zakorzenił się w jego umyśle, zaczepiając głęboko w pofałdowaną powierzchnię mózgu. Kilka sekund przed zgonem, człowiek nie jest świadomy nieodwracalności procesu. Pchnięcie, uderzenie, krew i śmierć. Widok zwłok sprawia, że obserwator wyczuwa, jakby coś się kończyło. Czuje to. Nawet język podpowiada, że w powietrzu unoszą się cząsteczki śmierci. Gorzkiej, okrutnej śmierci. Wewnątrz targają nim dziwne emocje, jakich nie potrafi opisać, puki nie uświadomi sobie tego, co właśnie miało miejsce. Chwilę przed śmiercią żył bowiem życiem tej drugiej osoby, by nagle poczuć pustkę zatykającą gardło.

Tym razem było inaczej. Był sprawcą. Nie zamierzał tego uczynić. To przyszło nieoczekiwanie, odbierając władzę w jego kończynach. Niepohamowana siła pociągnęła za sznurki, prowadząc do bestialskiego czynu. W uszach dudniły słowa kobiety, poprzedzone gromkim śmiechem i zakończone siarczystą kpiną. Dźgały go mocno prosto w serce, powodując pęknięcie jedynej wewnętrznej bariery, dzielącej go od wyjawienia złego oblicza.

Chwycił swoją ofiarę za kark, zacisnął zziębnięte palce, oplatając wąską szyję i pchnął mocno, nie zdając sobie sprawy z posiadanej siły w rękach. Głowa kobiety wpadła na ścianę z czerwonej cegły. Potylica pulsowała. Za pierwszym razem w jej spojrzeniu pojawiło się zdumienie. W jego umyśle dalej huczały słowa pogardy, jakie słyszał w dzieciństwie:

— Masz ochotę na sex? — zapytała go, zaciągając się mentolowym papierosem, po czym parsknęła głośno, charcząc zadławiona dymem. Wypluła lepki śluz z ust na śnieg. — Masz. — Podała paczkę papierosów, trzymając w dwóch palcach. — Żal mi cię, jesteś żałosny, nawet siostra by cię nie chciała — zaśmiała się głośno z kpiną, wypuszczając dym z wykrzywionych dziwacznie ust.

Wybuchnął złością. Pchając ją drugi raz, nie był świadomy kolejnych zdarzeń, jakie miały zaraz nastąpić. Uruchomił nieodwracalną w skutkach reakcję łańcuchową. Nie było odwrotu.

W ten sam sposób zginęła jego młodsza siostra. Mroźnym popołudniem, wracał z Pauliną ze szkoły do domu. Ścieżką wzdłuż Nacyny przez gęsty, nieoświetlony las. Nieuczęszczany zbytnio w zimowe popołudnia skrót, doskonałe miejsce dla pijaczków i bezdomnych. Na dworze zrobiło się szaro, niebo zaciągnęło sinymi chmurami jakby miały zaraz wypluć nagromadzony śnieg. W połowie drogi zaczepiła ich grupka starszych chłopaków, chuliganów, którzy już raz wylądowali w poprawczaku na pół roku. Pomimo kuratora nad głową, nadal dokuczali dzieciakom z sąsiedztwa i szkolnym nieudacznikom takim jak on i jego siostra. Biednym i słabszym by mogli poczuć wyższość nad innymi i tym samym zyskać reputację wśród starszych dzieciaków.

— Hej! Ty! — wrzasnął wysoki, szczupły szesnastolatek z blizną na prawej brwi. Już dawno powinien być w ostatniej klasie gimnazjum. Wybryki i brak zapału do nauki skutkował kiblowaniem przez trzy lata w jednej klasie. — Mówię do ciebie grubasie! — Rzucił peta na ziemię i znoszonym traperem wcisnął w ubity śnieg, gasząc niedopałek.

Przerażony stanął sztywno jak kołek, ciało zadygotało ze strachu. Przełknął ślinę i czekał, milcząc. Młodsza o trzy lata Paulina schowała się za jego plecami, mocno wbijając paznokcie w puchową kurtkę brata.

— Chodź do mnie młoda! — wrzasnął niższy chłopak. Podchodząc bliżej, stanął tuż przy twarzy jej brata.

— Nie! — odparła stanowczo, wychylając się lekko zza ramienia. W oczach kłębiły się łzy. Rozchylone usta drżały.

— Chodź! — warknął jeszcze raz, mrużąc wściekle podpite oczy.

Lekko stękając, schowała twarz w kurtce za plecami, usiłując stłumić płacz materiałem. Nagle poczuła mocne szarpnięcie za rękaw, usiłowała zaczepić się o kurtkę brata. Odciągnął ją siłą, a trzeci z oprychów przyglądający się całemu zdarzeniu, odepchnął obiema rękami jej brata.

— Zostawcie mnie, powiem mamie! — krzyczała, usiłując wyrwać się z uścisku. Nie miała tyle siły co oni.

— Tak? I co powiesz? — wysapał jej do ucha chłopak.

Odstręczający zapach alkoholu i nieświeżych ust odrzucił jej twarz na bok.

— Zostaw ją! — beknął brat.

— Patrzcie, patrzcie, tchórz się odezwał. — Zaśmiał się najniższy, wypijając resztę piwa z zielonej butelki. — Co się gapisz? Chcesz trochę? — Rzucił mu pod nogi butelkę. — To pij gruba świnio!

— Nie szarp się młoda — upomniał chłopak.

— Czego chcecie?! — W żyłach brata gotowała się krew, ale ciało ogarnął obezwładniający strach. Nie chciał być mięczakiem, lecz lęk stał się silniejszy.

— Zabawić się trochę — odparł najwyższy. — Zadam ci trzy pytania, jak odpowiesz dobrze, to was wypuszczę. — Wciska do ust garść chrupek i rzuca pustym opakowaniem na śnieg.

— A jeśli źle? — Czuł, jak oczy zaczęły mu się pocić, nie chciał płakać, nie przy siostrze.

— Zobaczysz. — Parsknął śmiechem. — Pierwsze pytanie: Jakie mam przezwisko?

— To proste. — Rozluźnił się brat dziewczyny. — Rzeźnik.

— Zgadza się. To było banalne. Drugie pytanie — przerwał, podchodząc bliżej twarzy. — Kto zrobi moje wypracowanie z polskiego?

Brat oblizał spierzchnięte lękiem usta.

— Nie wiem — odparł niepewnie.

— Zła odpowiedź.

Drągal wymierzył pięścią cios w środek brzucha. Chłopak skulił się z bólu, z oczu płynęły łzy, blada twarz oblała się purpurą.

— Trzecie pytanie.

— Nie szarp się, mówiłem! — warczał niski chłopak do dziewczyny, trzymając jej ręce nieruchomo skrzyżowane za plecami.

— Zostawcie go! — krzyczała, była młodsza, ale bardziej wojownicza i odważna od swojego brata.

— Patrzcie, jaka narwana — podchodzi bliżej drągal, nachylając się do jej twarzy. — Bo co?

Spuściła głowę, zaciskając mocno powieki.

— Trzecie pytanie — ciągnął dalej. — Kto jest chłopakiem Moniki? — Wrócił spojrzeniem na swoją ofiarę.

— Ty — odpowiada błyskawicznie.

— Racja, ale i tak dostaniesz manto za pogaduchy z moją dziewczyną. — Kolejny raz wymierzył chłopakowi cios w brzuch. — Jesteś żałosny, ciebie to nawet siostra by nie chciała! — Zaśmiał się głośno, uderzając jeszcze raz. — To gratis.

Chłopak padł na ziemię, zwijając się z bólu, podkurczył nogi do piersi. Zrobiło mu się niedobrze. Po chwili kłujący skurcz odpuścił, uniósł głowę, spoglądając na swojego oprawcę, poczuł przypływ siły, poprzedzony złością. Zacisnął pięści. Coś w jego wnętrzu pchało go do przodu. Wyskoczył na niego. Upadli razem bijąc się po twarzy, w tle dudniły śmiechy kumpli i wrzaski przerażonej siostry.

Szarpała się i wiła, usiłując wydostać się z rąk oprawcy. Niski chłopak usiłował ją utrzymać, ale wyśliznęła się z uścisku. Chwycił ją za kurtkę i przyciągnął mocno. Materiał puścił na szwie, rękaw się rozpruł. Upadła. Głowa niefortunnie uderzyła o ostrą, wystającą ze śniegu krawędź kamienia. Z potylicy sączyła się gęsta krew, wylewając na zewnątrz. Biel zamieniała się stopniowo w brunatną czerwień, plama rozrastała się wokół głowy, a źrenice siostry rozszerzyły się, po czym zesztywniały.

— Cholera! — wrzasnął jeden z trójki chłopaków. — Uciekamy! Szybko! Uciekamy!

— W nogi! — zerwał się ze śniegu niski chłopak, doganiając kumpli.

Po raz ostatni widział swoją siostrę w czarnym worku. Lekarz ogłosił zgon, a jego dłoń przesuwała się wolno po czarnym płótnie, zamykając plastikowy zamek. Nie płakał, siedział w radiowozie, trzęsąc się z zimna i przerażenia. Nie uronił kropli łzy, kanaliki wyschły.

Tym razem też nie płakał, mimo tego, iż sam spowodował śmierć kobiety. Przeciwnie, poczuł ogromną ulgę, jakby wymierzył karę i zdjął ze swoich pleców ogromny ciężar, przytłaczający go całe życie, od tamtego feralnego popołudnia. Ten pierwszy raz był dla niego czymś nowym. Pierwszy raz posmakował władzy nad ludzkim życiem. Wewnątrz siebie poczuł, czym jest dzierżyć w dłoniach tak potężną moc. Nie chciał tego, miał świadomość, czym jest zło, odróżniał je od dobra. Chociaż sam zaznał zła, nigdy nie zamierzał go czynić drugiej osobie. Przynajmniej tak mu się wydawało do chwili, gdy po jego dłoniach spłynęła czarna śmierć niewinnej kobiety.

Stał w szoku nad jej ciałem i zastanawiał się, dlaczego czuje ulgę, a nie strach. Przecież znał definicję zła i tego, co wiąże się z uczynkiem, jakiego właśnie się dopuścił. Przez myśli przeleciał mu scenariusz swojego beztroskiego życia i wizja końca. W celi, za lodowatymi kratami grubości 2 centymetrów ze stalowych prętów. Na obiad dostanie szarą breję, a na spacerniaku nie uniknie męskiego gwałtu. Stało się, sam naznaczył swoją twarz. Musi z tym żyć. Przetrwać.

Patrząc na wątłe od alkoholu ciało kobiety, nie miał silnego poczucia winy. Może zasłużyła sobie tym? Może właśnie wyręczył ją i okazał łaskę? Pewnie i tak wyszłaby z odwyku, a po kilku dniach wpadła w kolejny ciąg, doprowadzając się do upadku. Zapiłaby, nosem wciągnęła kolejną działkę, a z wyrzutów sumienia znowu pocięła uda od wewnątrz. Zastanawiał się, czy to brak kompetencji lekarzy czyni z niej to, kim się stała, a może otoczenie, w jakim się znajduje, czy jej życie z góry zostało naznaczone? Może ktoś czuwa nad nami, abyśmy szli tą jedyną, utartą dla nas ścieżką? Jej ścieżką była śmierć z rąk nieznajomego lub samobójstwo przez własne nieudolne postępowanie.

Gdy dotarło do niego, co zrobił, sprawdził dla pewności puls, w głowie układając plan jak ukryć ciało. Zdawał sobie sprawę, że śledczy doszukają się przyczyny zgonu. Zmuszony był ukryć zwłoki, nim wzejdzie słońce, westchnął głęboko jeszcze raz, podniósł papierosa, który upuściła, zaciągnął się mocno, aż płuca poczuły znajomy smak. Zgasił peta i schował do kieszeni kurtki. Chwycił za przeguby i ciągnął po śniegu w stronę wykopanej dziury na trumnę. Cmentarz komunalny był ogromny, ponad 11 hektarów powierzchni, każdego dnia odprawiano kilka pogrzebów i przygotowywano miejsca na kolejne. Śnieg ułatwiał przenoszenie zwłok. Nie martwił się o ślady, wiedział, że zaraz przyjdzie kolejna śnieżyca i przykryje to, co mogłoby zdradzić trop.

— Śpij spokojnie — szepnął, wpychając ciało do dziury. Roztarł dłonie i z kupki grud piachu przygotowanej na kolejny pogrzeb ubierał, zasypując ciało. Patrzył, jak skrawek po skrawku ziemia przykrywa jego uczynek.

Rozdział 2

poniedziałek, 2 stycznia 2017 r. godz. 16.35

Zapach starego drewna i kurzu miesza się z wonią świeżej, akrylowej farby na ścianach. Reflektory opuszczone nad teatralną sceną, rzucają żółtawe światło na schodzone drewniane i skrzypiące pod nogami artystów deski. Stukot ciężkich buciorów przyprawia o chroniczny ból głowy, wdzierający się w zakamarki pofałdowanego organu. Za gałkami ocznymi powoli rozgaszcza się obcy, uderzając czymś ostrym z dokładną precyzją, co sekundę w to samo miejsce.

Śmiech to jeden z wielu ludzkich odruchów, niepohamowany może być przyczyną chwilowego zaburzenia pracy serca. W przeciwieństwie do płaczu jest zdolny do śmierci. Śmiech przez łzy łagodzi wszelkie stany depresyjne i uwalnia w nas cząstkę nadziei, jaką karmimy się, by dalej przetrwać uciążliwy dzień. Piskliwy, donośny, niski, chaotyczny, zdławiony — wpada do moich uszu niczym stado rozpędzonych koni, depczących po resztce mózgu, zmęczonego nieprzespaną nocą organizmu.

Przytykam mocno swoimi wąskimi, długimi palcami lewe ucho, gdy piskliwy głos pani Laury rozbrzmiewa na sali, z trudem usiłującej zaśpiewać swój fragment pieśni, do piątkowego występu, w Święto Trzech Króli. Zaś prawa dłoń porusza się niczym automat, wydzierając w białej kartce dziurę niebieskim długopisem. Rzucam leniwie spojrzeniem na ścienny zegar, zdający się zwolnić tępa tylko dlatego, aby dać mi kolejną nauczkę dzisiejszego dnia i przyprawić o dalsze katusze.

Czym sobie zasłużyłam na taką męczarnię?

Pierwszy raz stając na skrzypiących deskach teatralnej sceny, trząsały mną dreszcze przerażenia. Miałam piętnaście lat i niewielką rolę w szkolnym przedstawieniu. Nigdy wcześniej nie byłam w teatrze, nie siedziałam na fotelach obitych materiałowym zamszem i nie widziałam tylu lamp otaczających pomieszczenie. To była pierwsza próba i pierwsze emocje. Koledzy z kółka przebierali się w garderobie, a ja cichaczem wymknęłam się i zakradłam po kilku stopniach, aby stanąć sama pośrodku pustej sceny.

Niskie obcasy stukały, kładąc delikatnie stopę za stopą na podłogę. Po obu stronach zwisały grube, ciężkie, czerwone kotary. Mnóstwo linek plątało się pomiędzy tkaninami. I nagle poczułam coś dziwnego w sercu — ciepło. W jednej chwili zabrakło mi tchu. Główna kotara rozsunęła się w dwóch częściach na boki, odsłaniając blask reflektorów. Oślepił mnie na moment, zmrużyłam oczy i przysłoniłam lekko dłonią. Nogi mi zadrżały, a skóra dłoni się spociła. Fotele naprzeciw były puste, a ostatnie rzędy znikały w mroku. Nad bocznymi wyjściowymi drzwiami świeciła się zielona lampka EXIT.

Zamknęłam oczy, uniosłam lekko podbródek, tętno szalało a oddech był płytki. Do uszu dotarła cicha muzyka, płynąca gdzieś z za kulis. Stary fortepian rozbrzmiał delikatnymi tonami, wypełniając mój umysł nadzieją. Wyobraziłam sobie salę pełną ludzi, stojących i klaszczących radośnie. Widziałam siebie, kłaniającą się nisko, w białej tiulowej sukience do połowy łydki. Uniosłam tułów, z szerokim dumnym uśmiechem ukłoniłam się ponownie, wtedy pod stopami upadła czerwona róża. Soczysty kolor przypominał krew, a jej intensywna woń wpadła do nosa. Marzenie nie trwało długo, dźwięk wybitego klawisza fortepianu, w ułamku sekundy rozmył mgłę ulotnych marzeń.

To uczucie braku spełnienia towarzyszyło wiele lat, aż do drugiego wyjątkowego momentu — stając na Babiej górze i spoglądając na niekończący się horyzont. Dreszcz podniecenia przeszył moje ciało i serce, zacisnął gardło, usiłując udusić, bym mogła trwać w tej magicznej chwili na zawsze.

Człowiek jest skomplikowaną istotą, ja jestem skomplikowanym człowiekiem. Komplikacje są moim drugim imieniem, a brak spełnienia — nazwiskiem. I chociaż nie zostałam słynną aktorką czy poszukiwaczką przygód, w duchu jestem silną kobietą, niezłomną, szukającą siebie pośród innych. Nie każdy potrafi się odnaleźć, ale jest w stanie się zgubić. Zatracenie jest łatwe, złapanie za linę nadziei, wymaga siły i wytrwałości.

Wytrwałość dzisiejszego dnia chwieje się na granicy mojej cierpliwości.

Jeszcze dziesięć minut, tylko dziesięć i następne pół godziny będę miała dla siebie — powtarzam w głowie niczym mantrę.

Wskazówka biegnie wolno po tarczy, wydaje mi się, że słyszę każdorazowy chrzęst i zgrzyt przesuwających się trybików, wprawiających mechanizm w ruch. Miniona noc dała ostro w kość, awaria ogrzewania przy minusowej temperaturze na zewnątrz, zmroziła tyłek, zmuszając do nocowania u rodziców. Teraz przeklinam swoją decyzję. Chciałam wziąć wolne, już miałam telefon przy uchu, w ostatniej chwili, spoglądając na budzik, wyłączyłam go, włócząc wolno bosymi stopami po chłodnych kaflach.

Poniedziałki o tej porze roku są wyjątkowo uporczywe. Mroźny, rześki poranek, niebo osnute szarawą pierzyną, rzucającą nieustannie, pourywane skrawki puchu. Białe szaleństwo wdarło się późną zimową porą, zasypując w jeden dzień ulice i przykrywając grubą warstwą dachy kamienic. Rybnik przykryty białą pierzyną jest wyjątkowo uroczy. Białe okruchy skrywają niedoskonałości na drogach i brzydotę dzielnic czekających w kolejce na remonty kamienic. Mały park przy centrum miasta zapełnia się małymi kolorowymi smerfami, zjeżdżającymi na drewnianych sankach. Uśmiechnięte twarze rozgrzewają nawet najbardziej zgorzkniałe serca. Latarnie na parkowych ścieżkach przyciągają młode pary, pragnące zaznać odrobinę romansu. Park na górce pustoszeje rankiem i zapełnia się popołudniami. W jednej chwili tętni życiem i przesycony radością daje uśmiech, w drugiej umiera i czeka na kolejny dzień.

Na scenie rozbrzmiewają brawa, wyrywając mój otępiały umysł z zamyślenia. Odsuwam palec od ucha i odkładam dłoń na udo. Na widok dziury w zeszycie, wystraszona odrywam długopis. Zamykam go mocnym klapnięciem, wstydząca się tego, co zrobiłam chowam do torebki.

— Dziękujemy pani Laurze.

Wstaję z fotela w pierwszym rzędzie trybun i podchodzę do sceny, udając dzisiejsze zainteresowanie próbą.

— Wspaniale — zaczynam wolno — pamiętajcie o swoich tabletkach przed piątkowym występem. Pani Anna wręczy wam gotowe kostiumy. Można je odebrać przed wyjściem. Do zobaczenia w piątek — dodaję, zmuszając się po raz ostatni tego dnia do uśmiechu.

— Miri! — Kobiecy, niespokojny głos drze się za plecami. — Miri! — Kobieta podnosi głos z drugiego końca trybun, truchtając po niskich stopniach w stronę sceny.

— Cześć Amando! Już kończę — krzyczę w jej stronę głośno, by dotarło pomiędzy przekrzykiwaniami i chichotami staruszków.

— Widziałaś dzisiaj pana Zygmunta? — pyta zdyszana.

— Nie. Sama wzięłam klucz.

— Cholera! — wrzeszczy. — Przepraszam. — Skruszona wykrzywia twarz na widok zbulwersowanych aktorów.

— Pomóc ci? — Marszczę brwi.

Amanda drapie się nerwowo po głowie, błądząc bezradnym wzrokiem po pustych fotelach.

— Nie umiem się dostać do biura. Pan Zygmunt się nie odzywa, a ja nie mam kluczy.

— Jak to nie masz kluczy?

— Zniknęły. Szukałam wszędzie.

— Dzwoniłaś pod numer domowy? — Wkładam scenariusz przedstawienia do torebki.

— Tak — wzdycha zmarnowana.

— Również cisza?

Przytakuje skinieniem głowy.

— Muszę się tam dostać po papiery na jutrzejszą kontrolę. Co ja teraz zrobię?

Opieram plecy o ścianę drewnianej sceny, szukając w myślach sensownego rozwiązania. Nad głową seniorzy zawijają się po same uszy w wełniane szale i zapinają puchowe kurtki, schodząc po schodkach na tyły teatru.

— Trudno — wzruszam ramionami, patrząc na zdenerwowaną koleżankę z pracy. Amanda jest starsza, często popada w frustrację i panikę, gdy jej plany legają w gruzach. — Dzwoń po ślusarza.

— O tej godzinie? — Spogląda zmarnowana na zegarek. — Dochodzi już siedemnasta.

— Znasz inne wyjście?

— Chyba nie — wzdycha głęboko.

— Pani Mirando, pani Mirando — woła starsza pani, mająca odgrywać rolę jednego z kolędników.

— Tak?

Odwracam się do starszej kobiety, maszerującej szybkim tempem po scenie. Codziennie po spotkaniach przychodzą po nią pięcioletnie wnuczęta. Ciągną za rękawy kurtki, prosząc o smakołyki ukryte w torebce.

— Wielkie nieba. — Składa dłonie, kierując wzrok w górę. — Katastrofa! Garderoba zamknięta a pani Anny i pana Zygmunta ani śladu. Kostiumy schowane.

— Co tu się wyprawia do chol… — przełykam słowo.

— Nie ma kostiumów? — woła starzec, mający odgrywać rolę pastucha. — Bez kostiumów nie będzie sztuki.

— Ale jak to?! — pyta jego koleżanka.

— Spokojnie. — Unoszę dłonie. — Kostiumy będą jutro. Nic się nie stało, możecie iść do domu. Już późno. Zapowiadają śnieżycę, więc się pospieszcie. Amando, dzwoń po ślusarza, a ja idę zobaczyć, jakich kluczy nam brakuje. — Poganiam ją dłonią do wyjścia.

Spoglądam jeszcze raz na ścienny zegar, przeczuwając, że utknę tutaj na długo. Wyobrażając sobie chłód w mieszkaniu, z dwojga złego wolę zostać w teatrze, w końcu do mieszkania mam 3 minuty piechotą, więc mogę wrócić, kiedy zechcę.

Przechodzę przez długi, wąski hol przyozdobiony świątecznymi łańcuchami i kolorowymi bombkami. Zielone gałązki zwisają z sufitu, czekając na ofiarę, by zmusić ją do obleśnego całusa pod kiścią jemioły. Na ściennych gablotach pod kluczem umieszczono wystawę świątecznych obrazów, malowanych przez dzieci ze świetlicy. Pomieszczenie woźnego znajduje się tuż przy szatniach w głównym holu, przed wyjściem z teatru. Chwytam za wytartą ze starości gałkę i przekręcam, popychając lekko drzwi do kanciapy. Palcami sprawdzam wnętrze gablotki na klucze. Na haczykach brakuje trzech kompletów.

— Może sprzątaczki nie odłożyły? — mówię na głos. — Pokój Amandy, garderoba pani Anny i schowek.

Przeszukuję całe pomieszczenie, upewniając się, czy nie znajdują się przypadkiem pod stertą gazet. Śmietnik pusty, na podłodze ani jednego papierka. Przeglądam każdą z szuflad wysokiego regału, zamykając ostatnią z nich ze zmarnowanym westchnieniem, chwytam za telefon, wybieram numer do przełożonego. Czekam dwa sygnały, aż w słuchawce odzywa się niski, zachrypły głos.

— Słucham?

— Dzień dobry panie Henryku, mówi Miranda. Mamy mały problem.

— Dzień dobry Mirando. Co się stało? — chrząka kilkakrotnie, jakby usiłował przełknąć stojącą w gardle przeszkodę.

— Pan Zygmunt zniknął razem z częścią kluczy do pomieszczeń. Pani Anna również nie pojawiła się w pracy. Amanda usiłowała dodzwonić się do ich mieszkania, niestety nikt nie odbiera. Nic by się nie stało, ale potrzebujemy kluczy.

— Niedobrze, niedobrze — mamrocze do słuchawki.

— Amanda musi dostać się do biura po papiery na jutrzejszą kontrolę. Kazałam jej dzwonić po ślusarza.

— Dobrze, doskonale — chwali błyskawicznie.

— Pewnie zajmie to sporo czasu.

Słyszę, jak wzdycha ciężko.

— Będzie musiała pani zamknąć teatr po opuszczeniu go przez wszystkich pracowników.

— Ja? — pytam zaskoczona, wychodząc z pokoiku. — A pana nie będzie dzisiaj?

— Drogi są nieprzejezdne. Nie dam rady.

— A pan Stefan?

— Dzisiaj ma wolne, pan Zygmunt miał go zastąpić. Zostaje pani. Ktoś musi zamknąć budynek.

— A co z przedstawieniami?

— Niech się pani nie martwi. Wszystkie spektakle i spotkania są odwołane — zapewnia. — Wystarczy zamknąć.

— No dobrze i tak ktoś musi poczekać na ślusarza.

— Postaram się kogoś wysłać do domu pana Zygmunta. Zobaczymy się jutro. W razie problemów proszę dzwonić. — Rozłącza się bez pożegnania.

Patrzę zdumiona na ekran telefonu. Jestem wściekła na siebie za brak asertywności. Nie do mnie należy opieka nad budynkiem.

— No tak, do widzenia, dobranoc. Dziękuję, że może pani zostać, zostanie pani sowicie nagrodzona. — Rzucam telefon na stół, siadam na skórzanej kanapie w holu na parterze i zamykam oczy, wypuszczając powietrze.

Rozdział 3

poniedziałek, 2 stycznia
godz. 17.40

— Miri, Miri obudź się — szepcze łagodnie Amanda, potrząsając za ramię. — Przyszedł ślusarz.

Otwieram leniwie oczy.

— Co? — patrzę na nią zdezorientowana.

— Ślusarz, pamiętasz?

— Już myślałam, że to sen. — Ziewam lekko. — Która godzina?

— Siedemnasta czterdzieści. Przysnęłaś, nie budziłam cię, nie było po co.

— Kto jeszcze został?

— Ty, ja i trzy sprzątaczki na pierwszym piętrze.

— I ślusarz — dodaję.

— Tak, idę zobaczyć co z moim biurem.

— Poczekam tutaj. — Odprawiam ją wzrokiem do zakrętu.

Rozcieram niewyraźne oczy, wstaję z kanapy i podchodzę do maszyny z kawą stojącą blisko szatni. Wygrzebuję z kieszeni marynarki 2zł. Wpycham w otwór monetę i wybieram na panelu czarną kawę. Dodaję cukru, naciskając kilkakrotnie guzik, aż pasek zapełnia się szarymi kwadracikami, oznajmiając pełną dawkę. Maszyna wypluwa papierowy kubek na podajnik i napełnia go gorącą, czarną kawą. Sięgam do pojemnika obok maszyny po plastikowe mieszadełko i wkładając do kubka, wprawiam w kolisty ruch. Przykładam ostrożnie kubek do ust, dmucham kilka razy i upijam łyk, drugą dłonią rozmasowując kark.

Kocham, gdy kofeina rozprowadza się w moich żyłach. Oczy otwierają się szerzej, mam wrażenie, że krew płynie szybciej, jakby czerwone krwinki brały udział w maratonie. Wracam z powrotem na kanapę, sięgam do torebki po telefon i wybieram numer domowy pana Zygmunta. Wiem, że to na nic, ale będzie mnie to dręczyło, jeśli nie spróbuję.

Do ucha dociera pierwszy, drugi, trzeci sygnał. Po czwartym chcę się rozłączyć, ale w słuchawce rozbrzmiewa męski głos:

— Halo?

— Co? — charczę zszokowana.

— Słucham? Kto mówi?

Łykam ślinę i pytam:

— Jest pan Zygmunt?

— Kim pani jest?

— Co? Kim jestem? Gdzie pan Zygmunt? — naskakuję. — Proszę go dać do telefonu.

— Myślę, że to raczej niemożliwe.

Krew buzuje, odkładam kubek na stół, by nie ścisnąć go w palcach.

— Kim pan jest? Zadzwonię na policję!

— Spokojnie, jestem znajomym.

— Znajomym? Mam w to uwierzyć?

— Nie musi pani. Właśnie sprawdzam, co z panem Zygmuntem i panią Anną.

— I co?

— To raczej nie pani sprawa.

— Nie moja? Bezczelny jest pan, szukam ich od rana!

— Nie tylko pani. — Mężczyzna odkłada słuchawkę.

— Halo? Halo?! Cholera!

Rozdrażniona wybieram numer ponownie i czekam, aż intruz odbierze telefon. Niestety nie odbiera, rozłączam się i cisnę ze złością telefonem na kanapę.

Rozdział 4

1 stycznia
nad ranem

Drugi raz również był przypadkowy. Za wiele pytań, wścibskość i podejrzliwość rozdrażniła go. Teraz gdy znał to uczucie, odruch był usprawiedliwiony. Gdyby wiedział, że to się tak skończy, nie wdawałby się w dyskusję. Nie musiałby pieczołowicie zacierać śladów i zabijać jej męża. Dowiedziała się o grze, przyłapała ich na gorącym uczynku i rozwścieczona, wrzeszczała jak opętana.

Zbyt wiele razy widział twarze ludzi o wielu twarzach. Ich inne oblicza wyjawiały się w specyficznych sytuacjach. Jedni snuli się po korytarzach, włócząc leniwie stopami po gumowej podłodze i piszcząc podeszwami butów. Inni nerwowo obgryzali paznokcie i świdrującym wzrokiem obrzucali każdego napotkanego. Dom wariatów, do którego należał był jego domem od dawna. Uwielbiał go, ubóstwiał, czuł się jego ważnym elementem całej składni. Ona była jego częścią jak wielu innych. Czuli się odmieńcami, ale po wyzwoleniu wstydzili się własnego postępowania. Teraz patrzył na jej twarz i zadawał sobie pytanie:

Gdzie tkwi logika stwórcy?

Jej policzki nadymały się ze złości, skóra poczerwieniała a oczy pociemniały. Wymachiwała dłońmi na wszystkie strony, prawiąc kazanie. Nie rozumiał jej bełkotania, słowa wypływały tak szybko, że nachodziły na siebie, tworząc chaos. Była wściekła i pobudzona, para z ust unosiła się. Pomyślał, że w żyłach płynie lawa i ciężko będzie przebić się mu przez jej słowotok. Nigdy nie widział takiej furii u kobiety, jego matka mało zajmowała się własnymi dziećmi, wolała przesiadywać na kanapie, oglądając telezakupy.

Jeden cios położył ją na ziemię. Wystarczyło, wyjąć igłę, wbić a palcem wcisnąć plastikowy tłoczek do końca i po sprawie. Zamilkła. To było proste, ale mąż zauważył wszystko. Był świadkiem, dlatego podzielił jej los. W głowie przeszła mu myśl: może znowu ukazał łaskę? Przecież to małżeństwo ślubowało przed Bogiem, wymawiając magiczne słowa „Puki śmierć nas nie rozłączy”. Zabijając ją, czuł pewne zobowiązanie wobec jej męża.

Nie planował kolejnej zbrodni, stało się. I znowu poczuł lekkość, tą samą, co uprzednio. Lekkość ta była wolnością. Wyborem, jaki mógł dokonać każdy. Oblizał usta, zamknął oczy i wdychał zapach świeżej śmierci. Woń działała jak afrodyzjak, wprowadzając w błogie upojenie i rozluźniając ciało. Wyszukał kolejną dziurę na trumnę, musiał się spieszyć, nim ktoś zauważy. Jedynie, czego było mu żal, to partnera do pokera. Teraz zostało ich dwóch. Wepchnął ciała do dziury i podparł się rękoma o kolana, sapiąc ze zmęczenia.

— Ziemia, jeszcze ziemia. — Pokiwał głową i zabrał się do zasypywania zwłok.

Rozdział 5

poniedziałek, 2 stycznia
godz. 18.20

Blask natrętnych policyjnych świateł kręcących się wokół cmentarnego terenu przyprawia o lodowaty dreszcz. Niebieska poświata oblewa wystające marmurowe płyty, przykryte śniegiem, a natarczywe migotanie wywołuje w przemęczonym umyśle wrażenie falujących grobów i poruszających się w oddali wąskich, zniekształconych cieni. Palce kostnieją na dwudziestostopniowym mrozie, od wypisywania pliku papierów. Nawet długopis odmawia posłuszeństwa w taki ziąb. W powietrzu unosi się ciężki, zatykający nozdrza smród z kominów pobliskich kamienic i domków jednorodzinnych, okalając umarłą dolinę szarym dymem.

Grupa policjantów zabezpiecza pieczołowicie teren zbrodni, starając się, aby nie zatrzeć śladów swymi buciorami i uratować każdy najmniejszy skrawek dowodu przed nadchodzącą śnieżycą.

Komisarz Malewicz klnie siarczyście na cały głos, potrząsając energicznie długopisem.

— Cholera! By to pies! — Usiłuje rozpisać go o kawałek wydartego papieru z policyjnego notesu, warczy pod nosem i wsiada do wozu, zatrzaskując drzwi.

Jak każdy z obecnych wolałby grzać swój tyłek pod pierzyną u boku żony. Dawno nie widział takiego przedstawienia. Dwa ciała porzucone na cmentarzu, na dłoniach denatki rany cięte, na potylicy ślad uderzenia tępym narzędziem. Mężczyzna z kolei miał przetrąconą szczękę i ślad uderzenia tępym narzędziem, również na potylicy. Taki cios mógłby zabić tych dwoje, jednak cichy głos podpowiada mu inną wersję, mniej oczywistą, kryjącą w sobie coś mrocznego.

W poświąteczny czas ludzie często chodzą na cmentarz zapalać znicze na grobach swoich przodków. Śnieg wokół miejsca zbrodni ma liczne ślady butów przysypanych kolejną warstwą, tak samo, jak cała okolica. Musi poczekać na raport patologa. Widział wiele, ale pierwszy raz jego oczy ujrzały coś takiego. Jeden z policjantów zaśmiał się szyderczo, mówiąc: „Trzeba będzie tę parkę nożyczkami wycinać.” Mróz zdążył zrobić z nieboszczyków dwie kostki lodu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 53.4