E-book
16.38
drukowana A5
30.01
Kwirynów. Cisza przed burzą

Bezpłatny fragment - Kwirynów. Cisza przed burzą


Objętość:
169 str.
ISBN:
978-83-8245-056-9
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 30.01

Rozdział I. „Nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe”

Nad Kwirynowem słońce miało się ku zachodowi, gdy z wolna na wiejską drogę wtoczył się wóz pełen siana. Na wozie jechało dwóch ludzi Hans Friedrich i jakiś człowiek ubrany w skórzaną, czarną kurtkę.

— Teraz Hans po kolei, gdzie kto mieszka i jakie poglądy — odezwał się.

— Tu w pierwszej chałupie mieszka Kobylak — pokazywał na małą drewnianą chałupkę — Ma 4 morgi lekkiej ziemi. Widzisz z resztą mała stodoła stoi, obory nie ma. Nie powinien przeszkadzać naszym. Z resztą to pijak. Tam ze 100 kroków wcześniej mieszkał Młynarczyk.

— Sehr gut. A tu? — pokazywał na lepsze zabudowania naprzeciw Kobylaka.

— To obejście Zaliwiaka. Ma 8 morg z resztą. Ziemie lepsze ale niezbyt ciężkie. To nie dla naszych. Antykomunista, ludowiec. Nie powinien przeszkadzać, ale syn w KOP -ie służy.

— Nicht gut. Ale nie będziemy mu ziemi odbierać.

— Tu, obok Kobylaka, mieszka Kaczmarczyk. Dużo ma ziemi 24 morgi dobrej, ciężkiej gliny, ale i piachu też. Nie lubi naszych. Pluje na mieszkańców Birke, Kajetanowa i Kolonii Bechcice.

Tu domy są już tylko po jednej stronie, tzn. po stronie Kobylaka od dworu.

— To się mein Bruder spodoba. Ja, ja. Jego wysiedlimy.

— Tu Olchowiak. Ma 16 morg. Dobry gospodarz. Matka z Preisów.

— Znaczy się swój?

— Interesowny. Jak mu coś damy to przystanie do nas. O a tu najlepszy gospodarz. Ma ponad 18 morg, ale najobrotniejszy. Dom stawiał jego dziadek. Pierwszy murowany. Oborę nie wiem kto stawiał. Patrz jaka wielka. Nawet Kaczmarczyk takiej nie ma. A stodoła! 2 porządne sąsieki!

— Wie heisst er?

— Joachimiak.

— Z nami czy przeciw?

— On z każdym dobrze żyje. Do każdego ma szacunek. Z Niemcami rozmawia, Żydów nie lubi. Sołtys.

— Nazwisko tak jakby spolszczone.

— Też mi się tak wydaje.

— A tu kto?

— Tu mieszka Drzazga. Ma 5 morg różnej ziemi. Ale to dziwak. Dzieci nie ma.

— Kawaler?

— Nie, żonaty. A obok Drzazgi mieszkał Konieczny, ale jak zmarł to dzieciaki sprzedały gospodarkę Joachimiakom.

— Gut. Danke Hans nie zapomnimy ci tego. Dostaniesz którąś morgę, jak Hitler już zajmie naszą liebensraum. Pamiętaj nikt nie może wiedzieć. Ja twój cousin z Schluss. Jak coś. Teraz Wir fahren zu Kajetanów.

— Dobra jedziemy.

I odjechali już drogą w lewo prowadzącą między polami. Droga wytyczała granicę miedzy Kwirynowem i majątkiem, a gruntami wsi Prusinowiczki. Gdyby pojechali w prawo dotarli by do drogi na Lutomiersk tuż przed zabudowaniami Prusinowiczek. Dalej dojechali do drogi prowadzącej z końca Prusinowiczek i Folusza przez Kajetanów do folwarku. Skręcili w prawo i za 400 metrów byli u Friedricha.

Tymczasem Stanisław kończył oprzątać. Był to mężczyzna średniego wzrostu słusznej postury, ale nie otyły, niebieskooki blondyn. Włosy miał już dość rzadkie. Twarz podłużna z wyraźnymi rysami. Nos długi i niezbyt wąski. Zdziwił go wóz pełen siana, choć był koniec kwietnia, który przejechał przez wieś. Jeszcze bardziej zdziwił go towarzysz Hansa. Znał Friedricha dobrze i wiedział, że jego syn wyjechał do Rzeszy, a on często ostatnio miał gości ze Śląska i z Pomorza. Poszedł do piwnicy i kończył nasypywać ziemniaki do koszy, gdyż jutro mieli zacząć sadzić. Około 18 zawołał parobka, który młócił zboże młocarnią wraz z Adamem i Kazikiem. Młocarnia — tak zwana targanka — była wielkości stołu kuchennego i napędzała ją para koni za pomocą kieratu. Maszynę zakupił Józef — ojciec Stanisława — w 1930r. Posiadał on znaczne, bo ponad 45 morgowe gospodarstwo. Kierat stał za stodołą, a młocarnia pracowała w kaferku. Kaferek to przedłużenie stodoły w stronę łąki. Przez to dach od sadu jest niżej niż od podwórza.

— Słucham — rzekł Piotrek.

— Ile namłóciłeś?

— A będzie ze 2 metry.

— To wyprzęgnij konie i chodź na kolacje, na pewno Bronka już z Maryśką zrobiły.

Rzeczywiście gdy weszli do sieni, z której sporej części wydzielono kuchnię już pachniało smalcem, ogórkami kiszonymi i świeżym chlebem. W kubkach stało już zsiadłe mleko. Stasiek i pani Bronisława usiedli na szczycie stołu jak gospodarzom przystało. Dzieci już siedziały.

— Siadajcie Piotrek i Marysia.- powiedział Stanisław.

— Jak to, mamy jeść z państwem? — zdziwili się.

— A jakie my państwo? Takie samo chłopstwo jak i wy. Tylko dlatego że Piotrek nie dostałeś ziemi, a Marysię wygnali z domu mamy wam nie dawać jeść przy jednym stole z nami?

— Dziękujemy.

— Nie dziękujcie bo to część zapłaty za waszą pracę.

Usiedli, pomodlili się, Bronka uczyniła nożem znak krzyża na chlebie i zjedli. Piotrek wstał od stołu i już zakładał kapotę.

— Piotrek! Gdzie idziesz?

— Do domu, proszę pana.

— Jak chcesz to możesz przespoć się w stodole.

— Nie, nie.

— No dobra, ale ja bym na twoim miejscu nie szedł do Szynkielewa o tyj porze. A jutro od rana sadzimy kartofle. No i teraz parę metrów trzeba będzie wymłócić cepem, bo trzeba dachy poreperować! No to jutro widzimy się rano!

— Dobrze przyjdę najwcześniej jak się da.

— Jak chcesz. Z Panem Bogiem.

— Bóg zapłać.

Marysia też już wychodziła. Bronisława ją pożegnała tym samym pozdrowienie co Stanisław Piotrka. Joachimiakowie położyli się spać.

Nazajutrz od samego ranka, jeszcze nim słońce wzeszło Stasiek, Piotrek, synowie Staśka tzn. 3 letni Leszek, na którego wołano Stasiu, choć było to jego drugie imię, 9 letni Kazimierz i 13 letni Adam sadzili ziemniaki. Mieli 2 kawałki do zasadzenia, w sumie ponad morgę. Robota szła sprawnie, bo brat Staśka Janek dowoził kosze wozami, a że Stasiek miał 2 wozy i 2 konie to tylko wymieniał zestawy. Sąsiad Józek Zaliwiak uzupełniał kosze, odrabiając tym pomoc Joachimiaków przy żniwach. Leszek zaś chodził i przyglądał się robocie, gdyż był zbyt mały by pracować.

Zaliwiak pochodził ze wsi Zalew. Jego ojciec przyprowadził się tu do żony, siostry Drzazgi. Dostali kawałki za oborą Staśka i naprzeciw Kobylaka, który był z resztą od niego nabyty i tam się pobudowali. Po tym jak syn wyjechał na wschód nie miał mu kto pomagać. Córka wyszła za syna Irka Kaczmarczyka, ale teść nie pozwalał jej iść pomóc rodzicom. Zamykał ją w izbie na klucz, a okna zamykał okiennicami. Kaczmarczyka, z resztą cała wieś nazywała wariatem. Miedzę każdy wolał zostawić szerszą, bo on orał równo z granicą, którą sam z resztą wytyczał i na nic geodeta, na nic sąd. On ma rację i koniec. Druga natomiast wyszła za alkoholika, kuzyna Kobylaka Lisiaka. Siedzieli na 4 morgowym gospodarstwie z czwórką jego żonatego już rodzeństwa.

Robota szła sprawnie. Około Anioła Pańskiego wszyscy zeszli do domu i zjedli obiad. Kontynuowali pracę i już około zachodu słońca mieli kończyć, gdy po polu od kolonii Kajetanów 2 szedł jakiś człowiek. Przechodząc przez Mokrą ubłocił sobie dość mocno buty. Po polu szło mu się dobrze, gdyż glina już się uleżała, jednak im dalej od Mokrej ziemia lżejsza. Na wysokości Drzazgi zaczął kląć po niemiecku. Całe buty obkleiły się w glebie. Stanął na miedzy.

— Stasiek- krzyknął.

— O! Hans! — powiedział Joachimiak — co ciebie sprowadza?

— Mam do ciebie sprawę Stasiu.

— Jaką?

— Na osobności.

— No dobrze, choć do sadu.

Poszli. Sad był młody, sadzony 3 lata temu między krótkim polem, graniczącym swoim końcem z ziemią dworską, a stodołą.

— Jak idzie robota?

— Dobrze, nad Mokrą już posadzona morga, za sadem już kończymy, ale chyba nie przyszedłyś gadać o sadzeniu kartofli?

— Nie. Mam do ciebie pytanie.

— Gadej.

— Twoje nazwisko jest polskie?

— Tak, no przecież mosz końcówkę -ak.

— No tak, ale Joachim to imię niemieckie. Nasz minister spraw zagranicznych Ribentropp na przykład.

— No niby tak, ale my chłopi zawsze bylimy. Zawsze we Kwirynowie.

— A może twój przodek był z Niemiec?

— Nie, a w ogóle co to za pytania? Mój brat Józek i jego najstarszy syn Jerzyk byli na wojnie z ruskimi na ochotnika. Ty może chcesz mnie do was przekabacić?

— Jakich nas?

— Ty wisz o co chodzi. Idź z Panem Bogiem.

— No gut, z Panem Bogiem.

Hans odszedł zniesmaczony, już drogą. Nie udało mu się podpytać Staśka, czy by przystał do Niemców po wygranej Hitlera. Stasiek był ostrożny. Nie chciał się deklarować, tym bardziej, że wynajmował chatkę pod lasem, którą kupił od brata Drzazgi za pieniądze na spirytus, narodowcom z ONRu. Był on patriotą, ale cenił Niemców, przede wszystkim za ich porządek, zorganizowanie i sposób gospodarowania. Sam myślał nad tym, czy czasem nie ma pochodzenia niemieckiego, ale czuł się Polakiem. Pamiętał, jak ich Śp. ojciec Józef namawiał do zaciągnięcia się w 1920r, ale Stasiek musiał zostać, bo senior nie miał siły, by samemu zostać na gospodarstwie. Pamiętał też hasła ONR ze spotkań w chatce. Nie mógł zostać zdrajcą. Hans, z resztą był już mocno spolszczonym Niemcem. Mówić po niemiecku płynnie nie umiał, bo znał tylko pojedyncze wyrazy. Stasiek natomiast mówił po niemiecku jak po polsku. Ogólnie okolica była dość gęsto usiana koloniami. Między Florentynowem, a Kwirynowem były Grabczyna i Kajetanów; między Prusinowicami, Zalewem, a Prusinowiczkami — osada Brzózka lub jak wolą jej mieszkańcy Birke i Folusz; między Bechcicami, Bigorajem, a Kwirynowem — Kolonia Bechcice. Było też trochę Niemców na Polu. W samym Konstantynowie by dostać pracę, trzeba było znać niemiecki. Spora część Niemców mieszkała tu od co najmniej wieku, jeśli nie dłużej. Na swoje kolonie wybierali ziemie najurodzajniejsze. Wiele polskich wsi poznawano na podstawie właśnie tego, że ich grunty były zwykle piaszczyste. Bywały też były wyjątki. Na przykład spory kawałek pól na granicy Prusinowiczek i Kwirynowa. Niemcy przez czas swojego zamieszkiwania w koloniach w Polsce zaaklimatyzowali się, ale zostali przy wierze protestanckiej, a od czasu przejęcia władzy przez Hitlera zaczęli się wywyższać i mówić po niemiecku, choć duża ich część zapomniała mowy ojczystej.

Stasiek rozporządził koniec roboty. Wszyscy poszli obmyć się przy studni. Gospodarz wraz z Piotrkiem poszli oprzątnąć. Piotrek po raz pierwszy wszedł do obory Joachimiaka, gdyż pracował u niego od wczoraj. Obora miała jedno okno od lewej strony i dwoje od prawej, a między nim wrota szerokości wozu i jednego człowieka. Wcześniej Stasiek miał innego parobka, ale ten poszedł do Kaczmarczyka za lepszą płacą. W lewym kącie był kojec z maciorą i prosiakami, a nad nimi grzęda dla kur. Na ścianie od Drzazgi stały dwie krowy, 2 roczne jałówki, kobyła, ogier, a za przegrodą z desek — byk. Widać było, że zwierzęta są dobrze odżywione i nie są bite, bo same nachylały łby ku gospodarzowi.

Po oprzątku wszyscy tradycyjnie zasiedli do kolacji. Piotrek nie mógł się nadziwić bogactwem obory gospodarza. Tym razem przenocował w stodole, gdyż noc była ciepła.

Nazajutrz Stasiek z Bronką pojechali wozem do sądu. Czekała ich już ostatnia rozprawa sądowa o podział majątku po zmarłym ojcu pani Joachimiakowej.

Przewód sądowy się zaczął. Adwokat Joachimiaków wysunął jak zawsze argumenty, że proces kosztował Stanisława wiele pieniędzy, że brat Bronki, Jędrzej Trzebnicki przywłaszczył sobie ziemię po jej ojcu nie odstępując nic rodzeństwu tj. bratu Grzegorzowi i siostrze, a także nowy iż proces trwa już 5 lat. W końcu wysoki sąd zdecydował o odszkodowaniu dla Stanisława i jednej izbie dla Grzegorza z rodziną w domu brata. Pieniądze zasądzone w wyroku starczą jedynie na zakup resorki, którą sobie ostatnio tak upatrzył Stanisław.

— Coś ty taki zły Stasiu? — zaczęła Bronka.

Stasiek spojrzał na swoją żonę. Była ona szczupłą, zgrabną kobietą średniego wzrostu o włosach koloru mysi blond i pociągłą twarzą z delikatnymi rysami oraz wąskim długim nosem. Po chwili zastanowienia odparł ze złością.

— A tyle lat się prawowalimy i co? Resorkę se kupię. A gdzie te pieniądze co wziął ten adwokacina? 5 lat, 10 rozpraw, tyle apelacji, za świadków pół tego waszego Bigoraju i co? Resorka. Zamiast dać nam 4 morgi to dadzą za resorkę. Hah.

— Ale Grzesiek gorzyj dostoł, bo tylko izbę.

— A Grzesiek to się coś dołożył do adwokata?

— No zapłocił mu trochę.

— Za jedną rozprawę, na której sędzia stwierdził, że nam się nic nie należy.

— No, ale Jędrek powiedzioł pod sądem, że Grześka, nawet jak z policjantem przyjdzie, to i tak nie wpuści.

— Niech się Grzesiek martwi. Ja już bym za to drugą gospodarkę kupił.

— Ale to mój brat, trzeba mu pomóc. Kryśka w ciąży.

— Jak ich nie wpuści to im domy pod lasem po starszym Drzazdze zamieszkać.

— No to chociaż tyle.

— Ale Jędrek to kawoł chama wziął te 12 morg waszyj ojcowizny i nic wam nie doł. Powinien odstąpić po te nawet 3 morgi.

— Ale on taki od urodzenia chytry.

— No niestety znom go nazbyt dobrze.

W takiej atmosferze wracali do Kwirynowa. W drodze jednak Stanisława coś dręczyło.

— Co ci — zauważyła Bronka.

— A tak se myślę, jak u nas podzielić te nasze 18 i pół morgi.

— No każdemu po 4, a temu co weźmie budynki to 6, a z resztą nie wiem, ale na razie to Stasiu mały, a chłopaki tez nie duże, tylko właściwie Grażynka ma 16 lat.

— Tyż prawda.

Zajechali do domu. Było już pooprzątane, ale Stasiek wolał jeszcze dojrzeć inwentarza, bo pańskie oko konia tuczy. Potem jak to mieli w zwyczaju wszyscy zjedli wspólną kolację.

Nadszedł czerwiec. Czas sianokosów, więc każdy gospodarz już od rana kosił trawę, bo każdy chłop wie, że najlepiej się kosi z rosą. Stanisław wziął więc kosę i polecił, by Piotrek też poszedł z nim kosić. Słońce wychyliło się zza widnokręgu. Ruszyli.

— Gdzie będziemy kosić? — zapytał parobek.

— U krzyża, potem zaczniemy nad zalewką i u mostu. Za tydzień skosimy w sadzie i u małej łączki, a za dwa skosimy nad mokrą te kawałki.

— A to ile pan ma łąk?

— W sumie to około 4.5 morgi. Ornygo będzie 14 morg.

— Łodne gospodarstwo.

— No, a wy ile mieliśta mórg?

— 4 morgi.

— A ilu was było?

— No ośmioro.

— No tak, to po pół morgi. Zakładosz proces?

— Nie wiem. Na razie zarabiom na chleb i adwokata.

— Bez tego ani rusz.

Tak doszli do łąki. Łąka dawnym obyczajem leżała na terenie nierównym i podmokłym. U krzyża każdy ma po 0.25 morgi łąki, tak jak nadał car ukazem uwłaszczeniowym w 1864 roku. Każdy dostał wtedy 10 morg ziemi w 8 kawałkach. Właściwie wszyscy mieszkańcy Kwirynowa posiadali działki tylko na terenie zwanych urzędowo gruntami wsi, tylko Kaczmarczyk posiadał jeszcze 11 morg rozsianych po różnych wsiach w całej parafii. Rozpoczęli koszenie. Stanisław prędzej ze względu na swoją wprawę, Piotrek wolniej. Swoją działkę zaczął też obkaszać Kobylak, w tym miejscu graniczył z Joachimiakami. Był jak zawsze wypity. Szło mu nierówno. Brał zbyt szeroko, za wolno, kosa mu podskakiwała, na większych kępach zatrzymywała się. W ogóle jej nie ostrzył osełką. Za to Stasiek i Piotrek co chwilę przystawali, opierali kij o ziemię, ręką przytrzymywali kosę i ostrzyli szybkimi ruchami raz z jednej, raz z drugiej strony. Robota szła sprawnie, choć trawa była gęsta, bo Stasiek nawiózł na zimę gnoju. Natomiast u Kobylaka miejscami rósł sam szczaw, miejscami bujna trawa. To przez to, że Kaczmarczyk celowo przeganiał swoje konie i krowy na łąkę swego sąsiada. Bydło cwanego gospodarza wyjadało trawę od granicy do czysta i dopiero później przepędzał je na swoje. Wykorzystywał to, że Kobylak pił, a jego żona nie miała siły biec 500m i kłócić się z Kaczmarczykiem. Na szczęście Stanisław miał łąkę przy samym krzyżu, a więc z 2 stron miał drogę, z końca graniczył z polami, a od prawej z Kobylakiem. Często rozmawiał z sąsiadem zza 2 miedz, ale nie dawało to efektu. Kaczmarczyk uparł się, że będzie dotąd uprzykrzać Kobylakom życie, aż się mu nie sprzedadzą ziemi. Kaczmarczykowi bardzo pasowało kupić od nich ziemię, gdyż poszerzyłby swoje podwórze i powiększyłby sad, który zasadził na wzór Joachimiakowego.

Na łąkę przyszła Stasia Kobylakowa. Widać było, że się zdenerwowała, a w ręku niosła świstek papieru.

— Szczęść Boże! — krzyknęła.

— Bóg zapłać! — odpowiedzieli Stasiek i Piotrek.

— Ty pijusie! — zaczęła do Kobylaka — Sprzedołeś wczoraj łąkę za pół litra bimbru! Teraz jak Kaczmarczyk zobaczy, żeś skosił ją to poleci na policję i co? I zaraz będzie rozprawa.

— Odsuń się kobieto! Idź obiad gotować! Moja łąka — moja sprawa!

— Widzisz tyn papier! To akt sprzedaży ziemi! Wczoraj notariusza sprowadził i piliśta bimber. Notariusz oczywiście oszukiwał i nie pił wcale, tylko wylewoł za siebie.

— Co, przecież to był jego kuzyn, co miał mi załatwić ziemię na Kresach. 20 morg czarnoziemu.

— Okłamoł cię! Ja, głupia poszłam z dziećmi do matki na Mirosławice, a ty się schlołeś i dałeś wrobić. Jeszcze pisze, że sprzedołeś mu skoszoną i uprzątniętą łąkę.

— To co teraz będzie? Zacząłym, to skoszę tę łąkę i sprzątnę siano.

— Zobaczysz będą problemy, znasz Kaczmarczyka.

— Przepraszam, że się wtrącam, — rzekł Stanisław, przerywając koszenie — ale Paweł ma rację. Kaczmarczyk was oszukał, a jak w akcie stoi skoszoną i uprzątniętą to taką dostanie. Myślał, że was oszuka, bo zapłaci taniej jak za skoszoną, a weźmie gotową do koszenia. Nie ma tak! Ja wam pomogę. Jak podeschnie te 2 dni to przeniesiemy to siano na moją łąkę i ustawimy w kopki przy samej granicy.

— W sumie dobry pomysł — powiedział Kobylak.

— Będą kłopoty. Panu jako sołtysowi nie wypada — zaczęła Stasia — mieszać się w nieczyste sprawy.

— A jak jeden mieszkaniec mojej wsi robi krzywdę drugiemu to jest dobrze?

— No źle.

— Więc muszę pomóż i koniec. Piotrek w czwartek przenosimy siano. Choćby w nocy z rosą, ale przenosimy. Kaczmarczyk myśli, że zyska! Nie zyska, bo chytry 2 razy traci.

Nadeszła środa. Po całym dniu roboty Piotrek po kolacji poszedł spać do stodoły, na wyraźny rozkaz Stanisława. Nazajurz jeszcze nim słońce wyszło zza widnokręgu, o porze gdy jeszcze jest zupełnie ciemno Stasiek wraz ze swoim parobkiem i synem Adamem szybkim krokiem wyszli w stronę krzyża wiejskiego. Po dotarciu na miejsce szybko zaczęli ustawiać kopki siana Kobylaka na swojej działce. Przyszedł też Kobylak. Gdy już pojawiła się zorza na wschodzie, zauważyli na tle słońca trzech ludzi z kosami. Byli to stary Kaczmarczyk z synem i parobkiem. Stanisław szybko kazał uciekać Kobylakowi do pobliskiego lasu, a sam ze swoimi zaczęli jakby nic się nie stało roztrząsać swoje siano z kopek. Kaczmarczykowie byli coraz bliżej. Wreszcie doszli do łąki, na szczęście Kobylak zdążył ukryć się w Zaliwiakowym życie, bo do lasu nie zdążył by dojść. Dumni, jak zawsze, nowi sąsiedzi Joachimiaka przeszli obok niego bez przywitania i po ujrzeniu swojej nowej łąki nie mogli przestać przecierać oczu ze zdziwienia. Łąka, która w poniedziałek jeszcze była porośnięta teraz wyglądała jakby była skoszona i dopiero wygrabiona.

— Złodzieje! — krzyknął Kaczmarczyk patrząc na Joachimiaków — Ja zgłoszę to do prokuratury! Będzieta siedzić!

— Szczepan! Spokojnie! Ja ci nic nie ukradłym!

— To ta menda dworska Kobylok, albo ta jego cała Stasia!

— Oni ci też tego nie zrobili!

— To kto? To ty pewnie za dużo tych kopek jak na twoja łąkę.

— To nie ja!

— Jeszcze się policzymy! Chodź Irek i Antek!

Odeszli w stronę wsi. Joachimiakowie roztrząsnęli pozostałe kopki. Na obiad byli już w domu. Stanisław już miał plan jak wybić z głowy Kaczmarczykowi zgłaszanie sprawy do sądu.

Nazajutrz z samego rana Stanisław stanął w luce między chałupą Olchowiaka, a swoją. W ręku trzymał linkę, która przywiązana była do jabłonki rosnącej w miedzy na przeciw. Tymczasem Kaczmarczyk szedł jak co każdy piątek do Pabianic do brata. Za rogiem chałupy Olchowiaka potknął się. Nogi go bolały jak po dobrym weselu, ale był w stanie iść o własnych siłach. Doszedł do domu.

— Kto ci to tatusiu zrobił! — krzyknął Irek.

— Ja wim kto. Sołtys.

— Zaroz jedziemy do lekarza. Niech cię obejrzy, będziemy mieć dowód w sądzie.

— Nie.

— Co ty tatuś. Jak to?

— A wisz, że Joachimiok miał fuzję?

— Wiem.

— A wisz, że ostatnio zabrano mu ją, a dostał pistolet.

— No i co z tego? Jak kogo zabije to będzie siedzieć.

— No tak, ale co z tego, że będzie siedzić, jak ja będę już leżeć pod darnią.

— W sumie racja.

W rzeczywistości Stanisław chciał go tylko nastraszyć. Bał się czy nie zabije Kaczmarczyka, bo na drodze nie brakowało kamieni. Wiedział, że choć był głupi, to bał się panicznie o swoje życie. Przewidział, że po takim czymś będzie myślał, że Stanisław gotów go zabić. Jednak był on głęboko wierzącym katolikiem. Może nie tak gorliwym, ale głęboko wierzącym. Co niedziela jeździł nową dorożką całą rodziną do kościoła parafialnego pod wezwaniem Matki Boskiej Szkaplerznej w Lutomiersku. Nie przystępował co tydzień do sakramentu Eucharystii, ale przyjmował go w każde święto, czy to kościelne, czy to państwowe. Zabójstwo było dla niego największym grzechem. Czymś nie do wyobrażenia, bo jak mawiał „jak można zabić życie pochodzące od Stwórcy”. Już ta napaść była wbrew jego zasadom, ale nie miał innego wyjścia. Tak go wychowała jego matka, Barbara. Ojciec tez go nie oszczędzał, gdy tylko skrzywdził kogoś z rodzeństwa czy z dzieci sąsiadów, Józef brał pas i go „uczył rozumu”. W gruncie rzeczy był on poważaną osobą we wsi.

Stanisław wrócił jak gdyby nic się nie stało i poszedł do obory. Pooprzątał i wychodził z obory, gdy zobaczył Piotrka wchodzącego w podwórze.

— Szczęść Boże! — krzyknął parobek.

— Bóg zapłać! Piotrek weź no przeleć się po moim rodzeństwie i zawołaj ich na niedzielę na obiad. Idź do Józka, Antka, Janka, Jadzi Kowalowej, Stasi Fręczyckiej, Henia i po brata Bronki, Grześka.

— A z jakiej to okazji?

— Leszek miał 3 imieniny w środę, ale obiad będzie w niedzielę.

— No, ale to będzie sporo osób.

— No ponad 30.

— Gdzie pan to zmieści?

— Nie bój się. Izba od drogi wielka, stoły są pozbijane jeszcze z wesela Grześka i Kryśki. Damy radę. Czuję, że to ostatnia taka zabawa.

— Co pan mówi? Mamy pakt z Niemcami i z Sowietami.

— Niby tak, ale wrogowi się nie ufa.

Piotrek pobiegł po wsiach, a Stanisław z Adamem i Kazikiem wzięli się za zwożenie siana.

Nadeszła niedziela. Po Mszy Świętej Joachimiakowie prędko wrócili do domu, by przygotować obiad. Około godziny pierwszej Stanisław wyszedł na ganek. Chciał każdego przywitać u progu. Pierwszy przyjechał najstarszy brat Józek, który mieszkał najbliżej, bo w Prusinowiczkach. Miał on już 59 lat. Był wyższy i szczuplejszy od Stanisława. Przybył wraz z żoną, 54 letnią Zofią i synami 37 letnim Jerzym oraz jego żoną Kryśką, z córcią Jerzyka dwuletnią Marysią, 4 letnim synem Kazikiem i 25 letnim Tadeuszem — kawalerem. Miał też córkę Walerię, która mieszkała wraz z mężem Zdzisławem Zarębą i synkami 3 letnim Jankiem i rocznym Maciejem w Kołoszynie. Jerzyk miał jeszcze 6 letniego syna Stasia, ale ten został w domu pod opieką teściowej, bo zachorował. Gospodarz powitał gości i wprowadził ich do izby. Potem wyszedł i już widział u bramy Fręczyckich. Stanisława miała już 35 lat, ale wyglądała starzej. Miała już kilka zmarszczek i siwych włosów. Przyszła z Wrzącej wraz z mężem Mariuszem. Mieli tylko dwie córki, lecz spłonęła 1 pożarze ich domu. Więcej dzieci mieć nie mogli, prawdopodobnie przez to, że ostatni poród był bardzo ciężki. Następnie przyszli Kowale z Wygody Mikołajewskiej. Jadzia miała 41 lat. Wraz z nią dotarli mąż Leon i młodsze córki Henia i Marysia. Starsza córka 19 letnia Teresa wyszła już za mąż za Łodzianina, robotnika i kontakt się z nią urwał. Starszy syn Mietek 21 letni natomiast był we wojsku. Kolejnymi gośćmi byli 56 letni Janek z 27 letnim synem Staśkiem i jego żoną 19letnią Dorotą, z zięciem Jankiem Podborowskim i córką 24 letnią Stefanią oraz wnusiem Antkiem, synem 15 letnim Markiem oraz swoją żoną Teresą. Mieszkali na Zalewie. Następnie przybyli 51 letni Heniek z żoną Marylą (15 lat młodszą) i synem Włodkiem. Mieli jeszcze jednego syna, ale zmarł oraz córkę Danutę, która wyszła za mąż w Porszewicach za Mietka Mikułę. Mieszkali oni w Janowicach. Ostatni przyjechał z Bechcic 53 letni Antek z żoną Ireną i dziećmi Lechem, Marianem i Jarkiem.

Gdy już wszyscy przybyli podano do stołu rosół. Konsumpcję poprzedzono modlitwa dziękczynną. Potem usiedli. Na drewnianej ławce od strony sieni patrząc od prawej zasiedli Józek, Zosia, Jerzyk, Krysia z Marysią na kolanach, Tadeusz, Fręczycki, Stasia, Jadzia Kowalowa, Leon, Henia, Marysia, Antek, Irena, Lech, Marian, Jarek. Na szczycie od podwórza zasiedli Stasiek z Bronką, a od sąsiadów Marysia z Piotrkiem. Od strony ulicy od podwórza siedzieli Adam, Leszek, Grażynka, Kazik, Janek, Teresa, Stasiek, Dorota, Janek Podborowski,, Stefania, Antek, Marek, Heniek, Maryla i Włodek.

— Zebrałem was z okazji imienin Stasia, a raczej Leszka, najmłodszego mojego syna. Chciałbym byście podzielili się ze mną swoimi opiniami. Będzie wojna z Hitlerem czy nie?

— Nie będzie — zaczął Heniek — jak znam życie, nie będzie.

— Będzie, ale pobijem Niemca- krzyknął Jerzyk.

— Ty lepiej nie bij nikogo — córkę i syna mosz na utrzymaniu. Dopiero 6 lat po ślubie jesteśmy — powiedziała Krysia.

— Racja Jerzyku, ale Krysieńka ma jeszcze większą rację- powiedział gospodarz — Będzie wojna i wątpię czy ją wygramy. Hitler się zbroi, Francuzi nie skorzy do walki, ani tym bardziej Anglicy. Preiss mi mówił, że Hitler postawił Wermacht na nogi. Nasze wojsko ochocze, ale przestarzałe. Modernizacja przebiega zbyt wolno. Moi bracia, kożdy z nas długo czekał na dzieci. Długośmy siedzieli na dużej gospodarce u ś.p. naszego tatusia. Teraz, mimo żeśmy już w swoim wieku będziemy musieli sami gospodarować. Lech, Jerzy i Tadeusz są w wieku poborowym. Wezmą ich.

— Stasiu — zaczął Heniek — Ja późno się ożenił, miałym 35 lat. Syn jeden umarł, drugi w wieku poborowym jeszcze nie jest, ale ma te 16 lat. Kto wie co mu strzeli do łba. Ja już stary, mom ponad 50 lat. I mosz rację wojna nigdy nie była tak bliska jak teraz. Wielka Wojna spadła na nas jak grom z nieba, ale ta będzie okropniejsza. Friedrich był u mnie i mówił o polityce Hitlera. To okrutnik. Nie ma serca. Wybije pół świata. Ale mojego Włodka będę pilnował jak oka w głowie. Myślę, że nasi pobiją Niemców. Ktoś te 8 mórg po tacie na Janowicach musi przejąć, ale teraz zejdźmy z tego tematu. Bawmy się.

Zaczęli pić bimber przegryzając kiszonymi ogórkami, chlebem ze smalcem, kaszanką i kiełbasą. Na stole było pełno wędlin, grzybków marynowanych, ale najważniejsze miejsce zajmował chleb pieczony z mąki zrobionej w młynie w Bechcicach.

— Stasiu patrz, my do siebie podobni wszyscy. Nasze dzieci nawet się by poznały, że rodzina, przez morze. Wszystkie my średniego wzrostu i blondyny. Twarze pociągłe z wyraźną szczęką. Właściwie to tylko jedne grubsze, drugie chudsze. — zaczął Józek — Ale już mała Marysia, moja wnusia kochana czarnulka, po mamusi.

— No prawda my wszyscy do siebie podobni. Nawet nasze żony są podobne. No wiadomo jedne wyższe, drugie niższe, ale wszystkie blondynki. Polskie kobiety najpiękniejsze są. Wypijmy ich zdrowie.

Wznieśli toast.

— Stasiu, ale co będzie jak nasze dzieci się po świecie rozejdą — zaczęła Jadzia — Ja mam same córki. Na pewno żadna nie zostanie w domu.

— A jak chłopoki się rozejdą, to kto będzie gospodarzył — wtrącił Antek.

— Się nie bój Antek. Mosz trzech synów i 4 morgi. Jak oni będą żyć z tak małej gospodarki — powiedział Stasiek — jak dwóch sobie pójdzie na gospodarki żon to będzie bardzo dobrze, albo do miasta. I tam ludzi potrzeba. Nie wszyscy muszą żyć z ziemi i dla ziemi.

— Tu się nie zgodzę — odparł stanowczo szwagier Leon — Tereska poszła do miasta i co? Nawet listu nie przyśle albo telegramu. Nic. Jakby się nas wyparła. Nawet kartki z wieścią czy w ogóle żyje. Jak żyje. Nic. Od tej pory, jak wzięła ślub, modlę się co dzień o to, by wysłała chociaż telegram „jest mi dobrze”.

— To też prawda szwagier, ale co zrobisz. Może nie ma nawet na telegram. Skąd wisz czy tam bogactwo, czy bieda — uspokajał Janek.

— Ja na szczęście mam małe dzieci — rzekł Stasiek — Adam weźmie ziemie i budynki, a reszcie dam tyle, żeby nie mieli szkody.

— A co na Kwirynowie słychać — zaczęła Stasia nieco już słabym głosem.

— Kaczmarczyk nie chce nikomu zapisać ziemi, a ma już 65 lat. Irka ożenił z Zaliwiakówną i zabronił jej chodzić do ojców. Zamyka ją pod kluczem. Ostatnio opił Kobylaka i zagrabił sobie jego łąkę u krzyża. Akt zrobił mu notariusz i ten pijoczyna go podpisał, a pieniędzy nie dostał.

— O mój Boże! No i co?

— I Kobylok na drugi dzień pijany tą łąkę kosił. Ja mu pomogłym to siano sprzątnąć.

— To Kaczmarczyk ciebie do sądu poda — powiedział zaniepokojony Janek.

— Nie poda. Już go ułagodziłym.

— Jak?

— Nie pytaj. Grunt, że żyje i już jest niegroźny. Zaliwiok w rozpaczy córki nie widuje, syn zginął na Kresach.

— Jak to zginął? — zapytała ze łzami w oczach Jadzia — Przecież nie ma jeszcze wojny. Kto zabił żołnierza KOP-u w czasie pokoju? Zatrzymali zabójcę?

— Nie. Sowiety napodły na strażnicę i zabili go, a resztę cinżko poranili.

— Jak tak można — powiedziała z wyrzutami Stasia — to wbrew prawu.

— Niby wbrew, ale Ruskie nie respektują żadnych praw oprócz swoich.

— Kiedy pogrzeb?

— Jutro. Zaliwiok — nazwiska na wsi wymawia się przez przekręcenie o na a — już w sobotę wyjechał. Obiecałym mu, że Piotrek mu tam doglądnie gospodarki. Teraz to jego ziemie pewnie zięciu Lisiak weźmie. Zaliwiakowa już będzie ze 3 lata nie żyje. On już ma 58 lat.

— Szkoda. Młody chłopak. Ile on miał lat?

— 21.

— Pewnie Sowiety to tylko czekają aż Niemcy na nas napodną, to im pomogą — powiedział Józek.

— Co ty! Ruskie z Hitlerem? Przecież oni walczyli przeciwko sobie we Wielkie Wojnę — powiedział Leon.

— Oj szwagier nie mosz racji — rzekł gospodarz — Nie zdziwię się jak Ribbentrop podpisze niedługo pakt ze Stalinem, a właściwie Mołotowem. A jak tych dwóch zrobi pakt to na pewno już jest po nas.

— E Francja i Anglia na to nie pozwolą. Ruskie się boją Zachodu — powiedział Jerzyk — Hitler sam uderzy, Francuzi z Anglikami wkroczą od zachodu my od wschodu i jeszcze Śląsk cały będzie nasz.

— Oj Jerzyk. Chciałbym żeby tak było, ale ja zbyt długo żyję na tym świecie, by być tak łatwowiernym. Prusaki biły się z Austrią o Śląsk, a wcześniej zrobiły rozbiór Polski. Polityka nie zna sentymentów. Myślisz, że czemu nie chciałym kandydować na wójta? Bo jak byłym radnym, to tak poznałym tych naszych, pożal się Boże polityków, że wolę się trzymać od nich jak najdalej. Dlatego już odszedłem z radnego po 5 latach.

— Ale ojcze chrzestny! Anglia i Francja to mocarstwa!

— Których Ruskie się nie boją.

— Ale oni ich pokonają!

— Płonne nadzieje. Nawet nie kiwną palcem, gdy zobaczą jak krasnaja armia wkroczy na Kresy.

— Stasiu ma rację — powiedzieli starsi bracia Staśka razem.

— Tak, tak — powiedziały kobiety, szwagrowie, bratankowi i służąca z parobkiem, którzy obowiązkowo byli przy stole.

Potem rozmowa zeszła na inne tory. Rozprawiano o dawnych czasach, o uprawie ziemi, o eksperymentach czyli co zrobić, żeby więcej sprzątać. Kobiety zaś rozprawiały o pociechach i kuchni.

— A wiecie, że dziedzic Miniewski postanowił swój majątek zmeliorować! — powiedział Stanisław.

— Jak to zmeliorować? Co to znaczy? — zapytał żywo Grzesiek, dotąd nie zabierający głosu.

— No melioracja to takie rurki ceramiczne zakopywane w ziemi, którymi woda schodzi z pól.

— No i co? Melioruje?

— Nie, bo spadek jest to pól nad Mokrą, a te są chłopskie. Ja i Kaczmarczyk się nie zgodziliśmy. Nie będzie mi szlachcic kopał w moim polu. Wczoraj chodził i pytał się, czy jak nam zapłaci za przekop, to się zgodzimy. Ja się zgodziłem. Powiedziałym mu 100zł. Zgodził się. No i było by dobrze, gdyby nie to, że obok mnie ma pole Kaczmarczyk, a przekop miał wyjść w granicy. Ten głupek stwierdził, że chcemy mu granicę przesunąć i pognał nas z widłami. Potem przyleciał i mnie przeprosił.

— Coś ty mu zrobił, że on się ciebie tak boi? — zapytała Stasia.

— Pistolet mam co nie?

— No mosz.

— A on się boi o swoje życie.

— Aha. No i co z tą melioracją?

— No to doszliśmy do wniosku, że pociągnie pan Miniewski przez moje pole, ale zabrakło mu pieniędzy i powiedział, że najprędzej we wrześniu zacznie prace. Meliorant ma przyjechać z Holandii.

— Przecież Miniewski ma teraz mało więcej ziemi niż ty i cały Kwirynów — powiedział Antek.

— Prawda.

— To skąd on weźmie pieniądze.

— Sprzedaje kamienicę w Łodzi, którą odziedziczył po jakiejś ciotce.

— Aha.

Około godziny 16 bracia i szwagrowie wyruszyli w kierunku domów, by pooprzątać. Stanisław poprosił, by wrócili po oprzątku na kolację.

Około 19 większość mężczyzn wróciła, więc czekano z kolacją tylko na Antka. Tymczasem on trafił do brata Bronki, Jędrka, który mieszkał po drodze, bo na Bigoraju. Nazwą tą określano kilka domów po drodze z Bechcic na Kwirynów. Antek, jak to Antek wstąpił, popił z Jędrkiem i zaproponował mu odwiedziny u szwagra — Staśka.

Tymczasem podano kolację. Nikt nie spodziewał się więcej gości.

Po około pół godziny Antek i Jędrek dotarli do Kwirynowa. Zachodząc pod gospodarstwo Staśka, Jędrek zadumał się. Ilekroć widział zabudowania szwagra, zawsze pogrążał się w zadumie. Zazdrościł mu dwuizbowego, podpiwniczanego domu ze strychem i sienią. Dom, stojący po lewej stronie, nie dość, że murowany, to jeszcze o dość obszernych izbach i kryty papą! Okna obmurowane grubiej cegłą, u każdej ścienny filar z cegły, który dawał znać, że za nim jest ściana w poprzek. Obora naprzeciw prawie tak duża jak dom, kamienna, kryta słomą. Stodoła o konstrukcji ryglowej obszerna, drewniana, pod strzechą stała w końcu podwórka. Całe podwórze ogrodzone bielonymi, wąskimi sztachetami. Obok domu rosły 2 rozłożyste Orzechy Włoskie, a pod oborą Grusza, zaś pod stodołą 2 Węgierki. Wzdłuż ulicy rosły Czereśnie. Wszystko to, przy zachodzącym słońcu wyglądało naprawdę imponująco. Jędrzej jako człowiek chytry i pazerny nie zasadził nigdy żadnego drzewa. Dachów nie poprawiał. Płot się miejscami obalił. Dom się zaczął zapadać. Na oborze dach się zapadał. Stodoła pochyliła się ku sąsiadowi. Drzewa powycinał na opał, bo mu zastąpiały. Zamienił podwórze w dokładna odwrotność podwórza starych Trzebnickich, którzy całe życie dbali o płoty, dachy, nasadzenia. Nawet odkładali pieniądze na budowę nowego domu, ale gdy tylko umarli wszystko zagarnął Jędrzej i kupił sobie motor Sokół.

Stasiek właśnie polewał, gdy przez drzwi wszedł Antek.

— Stasiu! Mosz nowego gościa!

— Kogo Antek?

— Śwagra!

— Którego? Wszyscy przy stole. Chyba że…

— Że Jędrka! Jędrek chodź no!

I wszedł nieco chwiejnym krokiem.

— Witam Jędrzeju! Czy masz mi coś do powiedzenia?

— Niby co?

— No to jak się nie miarkujesz to dobrej nocy życzę i szerokiej drogi!

— Mnie wyganiasz! Mnie!

— Tak ciebie!

Jędrek podszedł do Staśka i pchnął go, aż ten upadł.

— I co? He he śwagier słabujesz.

Wziął butelkę z bimbrem i pociągnął łyk. W tym czasie Stasiek się podniósł. Podszedł do Jędrka.

— Mosz mi coś do powiedzenia?

— Ha ha ha!

Stasiek wziął go za kołnierz koszuli podniósł do góry, wyniósł z izby przez sień na dwór i rzucił na piach.

— Powiedziałym szerokiej drogi! Z Panem Bogiem!

Jędrek podniósł się i próbował z rozpędu obalić Staśka, ale mądry gospodarz odsunął się i Jędrek przywalił głową w dębowe drzwi. Z głowy lekko posączyła się krew.

— Janek! Chodź no! Weźmiemy Jędrka na łóżko do małej izby!

— A co mu?

— Chciał mnie obalić, ale się odsunąłym i zarąbał w drzwi.

Zanieśli go do łóżka i Bronka opatrzyła mu głowę

Nazajutrz Stasiek poszedł oprzątać. Gdy ścielał przyleciała Grażynka.

— Tatusiu!

— Co córuchna?

— Mam przysłowie, co pasuje do wuja Jędrka i jego wypadku.

— Jakie?

— Nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe.

Rozdział II. „To będzie wesele jakiego Kwirynów dawno nie widział”

Zbliżały się żniwa. Jędrek wydobrzał i wrócił do siebie. Stanisław codziennie chodził po kawałkach i sprawdzał jakie ziarno, jaka słoma, czy ktoś już zamierzał ruszyć z robotą czy nie. Miał do koszenia 10 morg zboża tj. odpowiednio 4 morgi pszenicy, 3 morgi żyta i 3 morgi owsa. Pozostałe 4.5 morgi obsiał koniczyną i łubinem słodkim, oraz obsadził ziemniakami. Miał też kawałek buraków pastewnych. Ponadto przed domem był duży warzywnik. Gospodarstwo Stanisława było uznawane za wzór polskiego gospodarstwa w okolicy, a kwitło ono mimo znacznego rozdrobnienia działek i średniego startu. Blisko 20 morg w 16 kawałkach. Każdy kawałek miał swoją nazwę wywodzący się od ogólnie przyjętej nazwy dla danego skupiska działek. W placu nazywano działki będące w centrum wsi. Każda z nich miała powierzchnię morgi. Było ich 7, z czego jedna nie zabudowana między Drzazgą, a Joachimiakami należała do Zaliwiaka. Skrajna działka tj. za Drzazgą należy do Joachimiaków, gdyż w zeszłym roku tj. 1938, po śmierci Zbyszka Koniecznego jego dzieci postanowiły sprzedać gospodarstwo i podzielić się pieniędzmi. Tylko Zaliwiak i Kobylak mieli większe działki, odpowiednio od pól 4 morgową i od placu 2 morgową. Na wprost każdego z zabudowań ciągnęły się długie działki zwane po prostu pola. Każdy prócz Zaliwiaka miał tu 2 morgi. Joachimiakowie mają 2 działki, z czego ta na wprost domu jest szerokości dwóch podwórek, czyli ma 4 morgi, zaś druga 2 morgowa, obydwie przedzielone w poprzek strumykiem nazywanym Suchą, nad którą każdy ma kawałeczek łąki czyli mają 4 takie kawałki. Strumyk ten przebiegał z końca pól, tak więc orne było od drogi do łąki około 1,5 morgi, gdy działka miała 2 morgi. I tak zagospodarowany był teren od folwarku do lasu między polami nad Mokrą, a drogą na Grabczynę. Nad Mokrą każdy miał już inną ilość ziemi. Pola te były rozplanowane poprzecznie względem wsi i początkiem dotykały drogi z Kwirynowa do Prusinowiczek, a końcem koryta Mokrej. Stanisław posiadał tu 3 morgi od strony dworu, które były dożywotnio jego matki, a po jej śmierci w 1938 miał prawo je uprawiać przez rok po czym miał je przekazać Fręczyckiemu, oraz morge pod lasem. Idąc drogą w las za około 50 metrów jest skrzyżowanie, gdzie w lewo droga wiedzie do Prusinowiczek, a na wprost idzie się 100 metrów dość krętą drogą i dochodzi się do rozdroża, gdzie w lewo idzie się ku rzeczce i dalej wychodzi się na drogę z Lutomierska na Pabianice, a skręcając w prawo oraz przebywając tą dróżką około 20 metrów napotyka się polanę. Na niej Olchowiak, Joachimiak, Kaczmarczyk i Zaliwiak ma po mordze pola, a Drzazga ma 2 morgi, lecz je zalesił. Jest to skrajnie lekka gleba. Nazwano ją od tego, że wygospodarowano ją tuż po powstaniu lisopadowym, po wycince lasu, Nowiny. Idąc natomiast w lewo dochodzi się do drewnianego mostu nad płynącą cały rok, w przeciwieństwie do Mokrej, rzeczkę Zalewkę. Tu każdy ma łąkę wzdłuż drogi przed mostem. Za mostem jest tzw. Mała Łączka. Jest to również polana, ale dużo starsza od Nowin, bo wg legendy wycięto ją za ostatniego Jagiellona. Tu Stanisław ma 0.5 morgi. Natomiast podążając dróżką od Nowin ku Bigorajowi napotyka się na wcinkę w las po prawej stronie łączącą się z polami. To po gospodarstwie brata Drzazgi. Jest tu około 2 morgi gruntu. Po kilkuset metrach dochodzi się do drogi z Bigoraju na Grabczynę. Idąc ku tej pierwszej po około 50 metrach mija się po lewej brzezinę, za którą jest morgowe pole, które należy do Staśka, i łąka, na której wybudował się brat Olchowiaka, zaś ku drugiej wsi po prawej ma się wiejską łąkę i samą wieś wraz z jej pola, a po lewej łąki. Droga idzie ze skosa, więc pola się wydłużają. Każdy ma 0.25 morgi. W połowie długości tej połaci trawy stoi stary krzyż wiejski. Dalej są pola i tu jest cały bałagan. Kawałki są może i krótkie, ale też i wąskie. Nazwano to Przymiarki. Nikt nie miał tu więcej niż 0.5 morgi w jednej działce. Obok jest tzw. Sołtyskie pole o powierzchni morgi, które jest już dłuższe i należy do Stanisława. Dalej jest kawałek 8 morgowy należący do Młynarczyka, któremu udało się zachować gospodarstwo w jednym kawałku. Droga w tym miejscu skręca o 90stopni w lewo, dalej idzie ze 40 metrów prosto i znów skręca pod kątem prostym w prawo. Jeszcze dalej są tzw. Dwórskie morgi Każdy ma tu po nie całej mordze. Są one vis a vis folwarku. W takim to bałaganie kawałków, kawałeczków, pasków, nowin, starowin, mostków, rzeczek, rowów, dróg, dróżek, łąk, pól i lasów mieszkają Kwirynowianie. Porządek owych kawałków jest znany tylko ich właścicielom. Przy czym wiele tych małych działek uległo dalszym podziałom na 2 lub 3 i ich właściciele nie koniecznie mieszkają w tejże wsi. Nad Mokrą kilka pasków jest we władaniu Prusinowiczkowian. Stanisław dostał od ojca gospodarstwo w 1935 roku. Wcześniej w 1912, za kredyt, kupił 2 morgi Drzazgi, ale ten mieszkał w swej lichej chacie aż do 1938 roku, tj. aż do śmierci i potem dokupił 8 morg Koniecznego. Mimo iż posiadał dom Drzazgi, to Józef, ojciec, kazał mu zostać na ojcowskim gospodarstwie, gdyż jego wybrał na następcę. I tak utarło się przysłowie „najmniej miał, a najlepiej stoi”.

Po obchodzie swojego majątku Stanisław postanowił, że na Nowinach można już skosić owies. Na tym najgorszym kawałku z kawałków ornych zboże było suche już od połowy czerwca. Teraz w połowie lipca można było ruszyć.

W sobotę zaczęli. Od samego rana Stasiek i Piotrek kosili kosami, a Zaliwiak i Adam układali zboże w snopki, natomiast Grażynka i Kazik zbierali niezebrane źdźbła przez sąsiada i brata. Natomiast Bronka szykowała obiad, a Marysia pasła krowy na pastwisku.

— Tatusiu, stawiamy w kopy czy zwozimy zaraz?

— Córuś nie marudź! W kopy, bo słoma w miarę mokra jeszcze.

— Panie gospodarzu, ale lichy ten owies, oj lichy! A po drugo to pierwszy się winno kosić żyto! — powiedział przejeżdżający wozem Olchowiak z córką Łucją.

— Sąsiedzie! Twój lepszy, boś go skosił na zielono w kwietniu! A po drugie koszę, bo się zaraz sypać zacznie Coś ci u Mostku przypaliło trawę.

— Ach! — powiedział zatrzymując się Wojtek — Co prawda, to prawda! Mówiłeś 2 lata temu nawieź obornika, bo licha ta łąka.

— No, a gdzie teraz jedziesz?

— Obejrzeć moje żytko, a dalej jadę po przyszłego zięcia i do kościoła!

— Dać na zapowiedzi?

— A tak, tak.

— No twoja jedyna córka.

— Więcej mi Bóg nie dał. Niestety. Lekarz mówił, że jakaś choroba, czy coś.

— A posażny ten kandydat?

— Wiano zapłacić obiecał.

— A jak się nazywa?

— Jan Witz

— Niemiec?

— Tak. Mieszka w Dąbrowie, ale robi w Konstantynowie. Także Stasiu zapraszam na wesele jako dobrego sąsiada i dalekiego krewniaka.

— No dalekiego.

— Ale krewniaka. Mamy wspólnego pradziadka. Wszak to był ojciec mojej babki ze strony ojca.

— A tak, tak. Rodzina najważniejsza.

— No to z Bogiem, bo nam spieszno.

— Z Bogiem i szerokiej drogi!

Olchowiak miał już lat około 60, a Łucja już 24. Miała wielu konkurentów, lecz żaden nie był w stanie zapłacić tak wysokiego wiana. Za takie pieniądze wżeniano się w większe gospodarstwa np. wielkości Kaczmarczyka. Wojtek ze swoją żoną Teresą starali się o dziecko 5 lat. Był załamany, bo nie dość, że późno się ożenił, bo po 30stce, to jeszcze żona nie mogła zajść w ciążę. Chodziły plotki, że zdradziła męża, ale nikt o tym głośno nie mówił. Wielu sądziło, że to wina właśnie Wojtka, że nie mają więcej dzieci. Ponadto Łucja była podobna do nie mieszkającego już we wsi syna Koniecznego. Była w odróżnieniu do Olchowiaka i jego żony, którzy byli niskimi i niezbyt szczupłymi blondynami, choć Wojtek już mocno posiwiał, o szarych oczach, wysoką i szczupłą szatynką o piwnych oczach. Na szczęście Olchowiak żył w nieświadomości, a ludzie we wsi nie chcieli go smucić. Cieszył się z tej jedynej córki i swojej o 12 lat młodszej żony, z domu Kaczmarczykówny. Sam za młodu był wielkim awanturnikiem, z każdym się prawował, ale gdy zaczął ze Staśkiem, ten dał mu kamieniem w głowę, tak że go zamroczyło. Od tej pory Wojtek opamiętał się i pogodził z sąsiadami, gdyż nie widział od kogo dostał, lecz niechęć do niego pozostała. Zaliwiak okrzyknął go Psiukiem i tak przyjęło się na niego mówić.

Robota szła sprawnie. Do południa już większa część pola była skoszona. Około Anioła Pańskiego po miedzy od wsi szły Marysia i Bronka z garnkami i dzbankami. Weszły w las, przebyły kilkadziesiąt metrów lasu i już były na drodze biegnącej w poprzek pól i weszły na nią. Już z daleka widziały swoich ludzi na środkowym polu. Paski te stanowiły jakby przedłużenie pól wiejskich, tyle, że były dużo węższe. Na widok kobiet wszyscy się ucieszyli i przerwali pracę. Ustawili snopki w kopy i usiedli w ich cieniu.

— No mata krupnik, i mleko do picia — rzekła gospodyni.

Wszyscy razem wzięli się do jedzenia.

— Dzisiaj skończycie?

— Pewnie do oprzątku spokojnie. Jeszcze ustawimy w kopy i kosy poklepiemy. Jeszcze koniczyny w sadzie nakosim — powiedział z dumą gospodarz — Piotrek kosi lepiej niż Sławek. Wprawił się porządnie przy sianokosach.

— A co kosimy po niedzieli — zapytał Piotrek gospodarza kończąc zupę.

— Jak pogoda dokaże, to kosimy żyto na Sołtyskim morga i na Przymiarkach pół morga. We wtorek pewnie na Dwórskich morgę i przed domem żytka pół morga. Potem zaczniemy kosić pszenicę po Koniecznym to będzie 1 i owsa 1. W środę skończymy to jeszcze zaczniemy nad Mokrą od dworu też 2 pszenicy. Następnie skończymy tam, to będziemy kosić owies przed domem i u Drzazgi. Na końcu zeżniemy łubin też u Drzazgi i owies u Brzeziny i ot cały plan. Oczywiście jeszcze zwózka zostanie. Także trochę roboty jeszcze jest.

— Oj będzie roboty, bo jeszcze koniczyna i warzywa i ziemniaki.

— Co się przejmujesz dopieroż my zaczęli. Źle płacę?

— Nie.

— To się nie przejmuj. A teraz koniec odpoczynku i do roboty! Żeby dzisiaj te morgę położyć! Jak będziemy dobrze robić to ponad dwie będziemy kłaść!

Ruszyli dalej. Istotnie Piotrek nie miał wprawy w koszeniu kosą. U siebie kosił sierpem. Dzieci też ledwo nadążały składać i wiązać snopki, ale robota musiała iść dalej.

Około 16stej zeszli z pola do domu. Stasiek zaczął klepać kosy na babce. Piotrek nosił wiadrami wodę ze studni do koryta stojącego koło obory, by schodzące z sadu bydło pod opieką Zaliwiaka napiło się. Potem poszedł wymłócić ostatnie kilka snopów żyta. Stanisław po skończeniu pracy polecił Piotrkowi, by przerwał młockę i pomógł mu przy oprzątku. Jednak brakowało namłóconej słomy.

— Piotrek coś ty robił do późnej nocy wczoraj? Miałyś wymłócić wszystko, a tu jeszcze 6 snopków leży! Czym my pościelimy! Idź zadej siana i paszy zwierzętom, a ja to wymłócę! Nie wolno się ociągać! Jeszcze raz tak odwalisz to możesz szukać gdzie indziej roboty! No już biegiem!

— Ale..

— Żadne ale. Już cię tu nie ma! Porządnie tylko krowy wydój, bo jeszcze zapalenia dostaną!

Piotrek poszedł wolnym krokiem do obory. Po całodziennym koszeniu nie miał siły. U siebie kosił powoli, nieśpiesznie, po kawałku na dzień i było dobrze. Ale u niego było dużo rąk do pracy i tylko 3 morgi zboża, które z resztą kosił parę ładnych dni. Natomiast u Joachimiaków w tak dużym gospodarstwie pracy było co nie miara. Młocka młocarnią była szybsza niż wykonywana cepami. Lecz słoma po targance nie nadawała się do reperacji dachów i część słomy i tak trzeba było młócić cepem. Koszenie kosami wydajniejsze niż sierpami, ale to i tak za mało. Stanisław czytał w gazecie o jakiejś maszynie co kosi za 4 chłopa. Więcej. Było tez napisane, że w Niemczech są takie maszyny co koszą i wiążą na raz. Ciągnąć je miała para koni. W folwarku dziedzic miał żniwiarkę i istotnie była bardzo wydajną, ale wiązać za nią musiały co najmniej 4 osoby, a samą maszyną operowały 2. Jeden powoził, a drugi puszczał już zbite snopki. Jeden z Koniecznych pisał, że w Ameryce jest taka maszyna, co kosi, młóci, workuje ziarno, odsiewa plewy i poślad oraz wiąże snopki. Stanisław myślał nad kupnem chociażby takiej żniwiarki. Mimo, iż posiadał znaczne gospodarstwo, jak na okolicę nie było go stać na taki postęp. Wtedy być może nawet by nie musiał zatrudniać parobka. Tak myśląc nawet nie zorientował się, ze sięga po ostatni snopek. Potem szybko związał je z powrotem, zaniósł do obory i pościelił.

— No, Piotrek! Chodź no na kolację.

Usiedli jak zawsze wszyscy razem i zjedli posiłek.

— No muszę przejść się po wsi na wywiad.

Wywiadem nazywał on coroczne złożenie każdej rodzinie wizyty przed żniwami.

Rzeczywiście po kolacji poszedł na początek wsi. Lecz nim zaszedł do Kobylaka, poszedł jeszcze do Młynarczyka. Mieszkał on przy drodze między polami od Bigoraju do folwarku, za wsią. Dom jego stał bezpośrednio przy polu sołtyskim. Był on drewniany, a dobudowany był do kamiennej obory. Gospodarstwo jego było w jednej działce, gdyż nie uległo podziałowi. Matką Młynarczyka była siostra ojca Staśka — Teośka.

— Szczęść Boże! — krzyknął Bronek od progu, gdyż wyszedł słysząc ujadanie Azora.

— A Bóg zapłać! Potrzebujecie pomocy przy żniwach?

— A nie, nie. My zawsze sobie swoje 4 morgi zboża same obkaszamy.

— A to jak chcesz Bronek.

— Może zajdziesz? Hanka już wody nastawiła.

— Muszę jeszcze całą wieś obejść. Inną razom.

— No dobra, to z Bogiem.

— Z Bogiem.

Bronek należał do ludzi nie chętnie chodzącym w gości, lecz chętnie ich przyjmujących.

Stasiek wrócił się do wsi. Stanął przed obejściem Kobylaka. Aż łzy stanęły mu w oczach na widok skromnej, małej, drewnianej chałupki. Od ulicy miała ona jedno małe i stare okno, które widać było, że ledwo trzymało się w ścianie. Dom stał frontem do drogi. Natomiast na wprost stała niewiele wyższa stodoła pod dachem ze słomy, która robiła wrażenie jakby zsuwała się na ziemię. Od strony podwórza dom miał drugie okno, z wybitymi górną lewą i środkową lewą szybką, a także liche, opuszczone na zawiasach drzwi. Dom był z dawno nie bielonych bali, ułożonych zrębowo.

Stanisław zapukał. Cisza. Zapukał po raz wtóry. Cisza. Zapukał trzeci raz. Cisza. Zaczął kierować się ku dziurze na furtkę w plecionym z wikliny płocie, gdy od stodoły dało się słyszeć beczenie kóz. Obrócił się do tyłu. Ujrzał 3 kozy prowadzone przez małą, chudą i pomarszczoną kobietę, z wyraźnymi zasinieniami na twarzy i rękach. To Stasia Kobylakowa.

— Szczęść Boże! Znaczy się pan Stanisław zaczął żniwować! Bo wywiad widzę robi!

— Bóg zapłać i wzajemnie! Tak skosiliśmy na Nowinach. Chciałym się zapytać czy nie potrza pomocy przy żniwach. Szklarza widzę, że trzeba znów przysłać!

— Nie śmiem prosić, ale pomoc się przyda, a na zaszklenie pieniędzy brak.

— Ja zafunduję!

— Oddom po żniwach!

— Nie! A przy żniwach pomożemy!

— Niech panu Bóg wynagrodzi! Wielkie Bóg zapłać!

— Dziękuję. A jak dzieci?

— A dobrze. Chowają się wybornie, a rosną jak na drożdżach.

— Ileż pani ma tych pociech?

— 5, a szóste w drodze.

— No to z Panem Bogiem! Przyślę Adama do pomocy! A jak czegoś potrzeba to od razu do mnie!

— Z Panem Bogiem i wielkie Bóg zapłać!

Ruszył dalej. Przeszedł przez drogę i był już u Zaliwiaka. Dom jego stał dłuższą ścianą do ulicy i był zbudowany razem z kamienną oborą tworząc dość duży budynek. Przed tym budynkiem założony został, jeszcze przez Zaliwiakową ogród kwiatowy. Ogrodzony był białym płotem z dość szerokich sztachet. Rozdzielał on chałupę z ulicą około 3 metrami pięknego kwiecia. Dom był dwuizbowy, ceglany, ale otynkowany. Od drogi miał 2 okna typu polskiego, a dach był spadzisty i pokryty był dachówką. Od szczytu miał też 2 okna tegoż samego typu. Wejście na podwórze było od strony drogi z Grabczyny na Bigoraj, tj. z prawej strony. Od lewej domu była obora, która miała tylko jedno okno i wrota od podwórza. Część mieszkalna miała również jedno okno od tej strony i ciężkie, dębowe drzwi z desek swojej, lecz kunsztownej roboty. Naprzeciw tejże budowli stała wysoka, bo nowa, drewniana stodoła, pod jeszcze niezbyt spłowiałą słomą.

Zapukał do drzwi.

— A kogo tam? — padło zza drzwi.

— Stasiu Joachimiak.

— Ach wywiad! Wchodź.

Wszedł do kuchni. Była ona dość wąską, ale długa. W prawym tylnym rogu pod oknem stał piec kaflowy. Niski, ale nie mały, bo na 4 fajerki. Po lewej stronie tuż za drzwiami do izby stał stół. Przy nim siedział Zaliwiak. Był on szczupły i niski. Cerę miał zniszczoną i pomarszczoną, oczy niebieskie, a włosy siwe. Odkąd owdowiał 2 lata temu mieszkał sam. Niedawno skończył 58 rok życia. Właśnie skończył kolację, bo zmiatał okruszki chleba.

— Trzeba ci pomóc, co? Sąsiedzie?

— Pewnie.

— No to skosimy razem jak moje skończymy! Albo jak będzie przerwa w żniwach u mnie, bo nie wszystko równo będzie dochodzić.

— Ano pewno! Poczęstował bym ciebie nalewką, ale jak idziesz na wywiad, to musisz być trzeźwy.

— Prawda. Wypijemy kiedy indziej! No, ale teraz z Bogiem!

— Z Bogiem!

Wyszedł popatrzył na drewniany płot, który się już dość mocno pochylił. „Trzeba będzie to zrobić”.

Przeszedł przez furtkę, zamknął ją na haczyk i podążył do Kaczmarczyka.

Dom Kaczmarczyka stał dłuższym bokiem do drogi. Brama była od jego lewej strony, tj. od Kobylaków. Był to dom murowany, nieotynkowany, dość stary i większy, ale kilkanaście lat młodszy od domu Joachimiaków. Od ulicy miał 5 okien typu polskiego, w około 2.5 metrowych odstępach. Nie posiadał ogrodu i stał w samej granicy działki, ściśle przylegając do drogi wiejskiej. Dach był pod strzechą. W głębi od strony Olchowiaka było widać kamienną oborę stojącą szczytem do bramy wjazdowej. Stasiek krzyknął tylko „Szczepan”, ale ten nie wyszedł. Widać było przez deski, że schował się w dużej drewnianej stodole. Przez okno wyjrzała Zaliwiakówna, ale zaraz Irek ją odciągnął od okna. Stanisław odszedł więc zrezygnowany.

Teraz miał przed sobą zagrodę Olchowiaka. Od ulicy odgradzał ją stary, wysoki, drewniany, czarny płot. Murowany, nieotynkowany dom, który był zaledwie kilka lat młodszy uległ rozbudowie w roku 1934 o izbę, także razem z domem Staśka stał tuż przy drodze. Szczytu były 2 okna typu polskiego, od podwórka również 2. Budynek stał ściana w ścianę z domem Joachomiaków tworząc jakby uliczkę, przejście. Dach pokryto strzechą. Po lewej stronie podwórka stała mała obórka, zaś równolegle do drogi średnia stodoła pod strzechą.

Stasiek wszedł przez zawsze otwartą bramę i zapukał do ciężkich modrzewiowych drzwi.

— Chodź! Chodź! Wiem, że dzisiaj wywiad!

Wszedł. W kuchni siedzieli Wojtek, Teresa, Łucja i jakiś niski, krępy brunet o wąskim, haczykowatym nosie, i małych piwnych oczach.

— No to mój przyszły zięć Jan Witz — rzekł mówiąc do Staśka- A to mój kuzyn, a dla ciebie pan Stanisław Joachimiok: sołtys, były radny, myśliwy i najlepszy gospodarz we wsi. Prawie najbogatszy — powiedział z dobitnie do przyszłego zięcia.

— Wymieniłeś wszystkie moje przymioty, a jakie ma zalety ten kawaler?

Zapadła cisza. Widać było, że Wojtek się zakłopotał. Zaczął drapać się to po łysinie, to po spłowiałym długim wąsie.

— Obiecał zapłacić wiano.

— Ziemi ma wiele?

— Nie mam ani morga, ojciec ma gospodarkę na Dąbrowie — powiedział Witz.

— Dom ma?

— Nie mam.

— Mieszkałeś z ojcami?

— Ja, znaczy się tak.

— Gdzieżeś pracował?

Zapadła cisza.

— Nie ważne. Kochasz ją?

— Tak.

— Ja jestem jej chrzestny, więc jak coś to wisz?

Przygroził mu pięścią

— Wiem!

— No, ale to nie powód mojej wizyty. Po niedzieli będziemy kosić żyto. Jak chcecie pomóż to zapraszam. My wam potem też pomożemy.

— Pomożemy! — powiedziała Teresa.

— Ty Janek też — powiedział Wojtek.

— Naturalnie.

— No to z Panem Bogiem!

— Z Panem Bogiem!

Pozostało mu jeszcze pójść do Drzazgi.

Drzazga miał dom na murowanym fundamencie, ale drewniany. Oborę miał zrobioną w sąsieku. Stodoła była mała, stara, pod słomą. Dach, tak jak u Kobylaków mocno zagiął się do środka.

Wszedł w nieogrodzone podwórze.

— Czego?!? — rozległo się pytanie z groźbą w głosie.

— Pochwalony!

— Na wieki wieków! — odpowiedziano ze spokojem — Pan sołtys.

— Chcecie pomocy w żniwa?

— Nie, ale Bóg zapłać za troskę!

— No to z Panem Bogiem i wszystkiego dobrego!

— Bóg zapłać!

Stanisław wrócił do domu. Po wspólnej codziennej modlitwie przed obrazem Jezusa Miłosiernego, położyli się spać. Nazajutrz musieli wstać, pooprzątać i jechać do kościoła.

Niedziela 16 lipca 1939 roku była dniem pogodnym. Rano rosa zeszła dość szybko. Od rana Stanisław wraz z Adamem krzątali się wokół obory i stodoły. W domu Bronka rozgrzewała duszę do żelazka. Dzieci Kazik wraz z Grażynką czyścili obuwie swoje i reszty rodzeństwa. Wszyscy mieli skórzane buty, więc było trochę pastowania. Po oprzątku Stasiek wziął się za czyszczenie bryczki. Bryczka ta była dwuosiowa, dębowa, na ogumionych kołach o metalowych felgach. Na bryczce znajdowały się 2 ławki zwrócone tylna do przodu, przednia tyłym do kierunku jazdy. Obydwie były zbite z cyklinowanych wąskich, a grubych i długich desek. Miejsce zaś woźnicy było jedną szeroką deską na której leżał pasiasty, wełniany, gruby kocyk. Bryczkę należało wyczyścić z kurzu, dopompować powietrza w dętkach i zaprząc konie.

— Marysia wróci z którym sąsiadem, bo ja muszę rodzeństwo objechać — rzekł do służącej — Kazik! Podaj moje buty, pastę i szmatę!

Syn podał ojcu poproszone przedmioty. Stanisław bardzo dbał o buty. Te miały już około 10 lat, a wyglądały jak nowe.

Wyruszyli. Ławka tylna była zajęta przez Marysię i Grażynkę, a między nimi siedział Leszek. Na przedniej siedzieli Adam, Kazik i Bronka. Powoził Stasiek. Gdy mijali dom Kobylaków ujrzał Zaliwiaka i Kobylakową wychodzących ze swoich zagród.

— Stasiu, Józek! Wsiadajcie! — zawołał sołtys.

— A dziękuję Staśku bardzo, dziękuję!

— I ja jestem niezmiernie wdzięczna panu!

— A gdzie małżonek i dzieci?

— Dzieci zabrał pan Olchowiok, a mój mąż hmm…

— Rozumiem! Wio!

Bryczka potoczyła się dalej. Zaraz za zabudowaniami Zaliwiaka skręcili w prawo. Jadąc mijali kawałki po prawej stronie. Dalej dość kręta droga szła brzegiem sosnowo — dębowego lasu. Miejscami po prawej ukazywały się brzeziny, czasami po lewej ukazywały się przecinki. Po sporym kawałku droga łączyła się z drogą Bechcicką. Ten trakt jest dosyć prosty. Idzie on środkiem lasu. Po pewnym czasie przejechali przez Zalewkę. Droga dobiegała do dość szczególnego skrzyżowania. Otóż w miejscu tym łączyło się 6 dróg. Odpowiednio od prawej do czworaków, do klasztoru, do centrum Lutomierska, na pola za szkołą, do Prusinowiczek, Prusinowic i Porszewic, a dalej do Pabianic. Oczywiście skręcili w drogę do centrum. Po lewej stronie minęli boisko KS Sokół, i dotarli na skrzyżowanie szosy z Szadku na Konstantynów z drogą na Pabianice. Skrzyżowanie to wygląda w ten sposób, że zjeżdża się w dół i albo jedzie się jak na Szadek czyli na wprost, albo ostro w prawo to jest na Konstantynów. Pojechali naturalnie w kierunku Szadku. Za kilkaset metrów dotarli do fary.

Fara Lutomierska jest w rzeczywistości jest o wiele młodszą niż samo niegdyś miasto. Zabudowa tejże miejscowości sama przez się wskazuje na to iż było to kiedyś niebogate, ale znacznej wagi miasteczko. Kościół parafialny jest wysoki, żółty z zaakcentowanymi na biało wnękami i kolumnami. Przy budowie kościoła popełniono jednak poważny błąd. Stoi on kruchtą na południe, a od tej strony nie ma żadnego okna. Drzwi wejściowe do nawy są niskie. Ściany są ciemne. Jedynie ołtarz nadaje blasku. Kościół klasztorny, który jest zbudowany symetrycznie względem fary ma dużo jaśniejsze wnętrze.

Joachimiakowie się rozdzielili. Kobiety poszły na prawo, mężczyźni na lewo. Po mszy odprawionej po łacinie wyszli z kościoła. Wsiedli na bryczkę, ale bez Marysi, którą zabrał Olchowiak. Jeździł on wozem wymoszczonym sianem, toteż zabierał na wóz niemalże pół społeczności Kwirynowa. Stanisław wyruszył.

— Najpierw pojedziemy do Fręczyckich co? One ze Wrzącej. Prrrr!

Konie stanęły. Po prawej stronie Stanisław zauważył dorożkę Miniewskiego. Przepuścił go z grzeczności. Ród który zakupił resztówkę majątku żył z zaledwie 52 hektarów, utrzymując siebie i 4 rodziny parobków.

— Proszę panie dziedzicu! Proszę, niech pan raczy pojechać pierwszy!

— Ach dziękuję Stanisławie. Aż dziw, że mimo niskiego pochodzenia Joachimiakowie zachowują się jak rodzona uboższa szlachta.

— Bo chłop panie dziedzicu musi mieć swój honor i wychowanie. Ja nie byle cham!

— Prawda wasza familia zawsze stała wyżej i dopomagała tym biedniejszym. Mimo iż chłopi moi przodkowie i poprzednicy was szanowali i traktowali jak nie wiele niższych od siebie.

— Z całą grzecznością panie dziedzicu, nie zagracajmy drogi, bo tam z tyłu ludzie gwiżdżą i zwią! Nie podobna rozprawiać pod kościołym.

— Mosz słuszność Stanisławie! Z Bogiem!

— Z Panem Bogiem! Wio!

Miniewski zaciął konie batem i ruszył. Rzeczywiście właściciele majątku Kwirynów dobrze traktowali Joachimiaków. Byli oni nie jednokrotnie nagradzani za rzetelną i uczciwą pracę na rzecz majątku. Dostali w dziedzicznie tzw. Sołtyskie pole od dziedziczki Kossakowskiej. Na prośbę Joachimiaków Wykarczowano las pod Nowiny, nadano każdemu chłopu w dzierżawę Dwórskie Morgi. Mimo iż z Miniewskich się nawet śmiano, że zchłopieją, mieli oni bardzo dobre relację z sołtysem wsi. Obecnie folwarkiem zarządzało 2 braci będących kawalerami w wieku około 50 lat. Tej linii grozi więc wyginięcie.

Stanisław tego dnia objechał każdego z braci i sióstr i przyobiecał im pomoc przy żniwach, jak tylko zakończą się one w Kwirynowie. Kwirynów był tą specyficzną wsią, w której grunty są pochylone ku południowi i zboża dojrzewają najszybciej w całej gminie. Stanisław obiecał też każdego z rodzeństwa odwiedzić na trochę dłużej niż 15 minut, gdyż tyle wynosiła średnio jego wizyta u nich. Po obiedzie Stanisław wyszedł na dwór i usiadł na ławce pod Orzechem przed domem. Popatrzył z dumą na całe swoje obejście. Wczoraj kazał jeszcze zamieść podwórze, było więc bardzo czysto. Zaczął myśleć jak by tu odłożyć pieniądze na żniwiarkę. Bardzo korciła go myśl takiego nabytku. W zeszłym roku kupił nowy pług prosto z Grudziądza. Piękny, mocny, dokładny w polu. Zdobył nawet medal na Zachodzie!

Tak to rozmyślając obrócił się ku bramie. Popatrzył na kwitnącą na różowo koniczynę. „Pora kosić” — pomyślał. Ileż to jeszcze planów ma w głowie. Budowa nowszej, murowanej stodoły. Pokrycie obory nowym dachem pod papę. Nasadzenie w lesie dębów ( każdy mieszkaniec ma 0.5 morgi lasu). Pozamieniać się na kawałki z sąsiadami, tak, by nie było takiego rozdrobnienia. „Życia mi nie starczy” — pomyślał. Nagle w bramie ukazał się brat Józek z synami, żoną, synową i wnusią.

— Szczęść Boże Stasiu!

— Szczęść Boże! Zachodźcie do chałupy!

— A dziękujemy!

— Czemu zawdzięczam tak miłą wizytę?

— Przykrzy nam się. Co u ciebie słychać?

— Stara bieda — rzekł Stanisław wprowadzając gości do izby.

— U ciebie Stasiu bieda? Przecież jesteś najbogatszy ze wszystkich braci.

— Prawda, ale i tak nie stać mnie na wiele rzeczy.

— O szczęść Boże! — zakrzyknęła Bronka — jak rośnie Marysia?

— A dobrze dziękuję ciociu — powiedział Jurek.

— Ciągle głodna, ale jak już się napije mleka to śpi — podsumowała ze śmiechem Krysia.

— A Tadziu ma jaką narzeczoną? — zapytał z niepokojem Stasiu.

— Nie stryju, nie mam.

— To jak? Tyle dziewuch podrywasz, z tyloma się prowadzasz, u nie jednej byłeś w konkury i co? Dziewuchy za tobą też latają. Zaraz idziemy do Kobyloków! Najstarsza ich córka ma 18 lat! O posag się nie martw. Ja ci go dom! Cielna jałówka! Może być?

— Oj Stasiu jak możesz zapłacić posag za kogoś obcego? — zapytał Józek z niedowierzaniem.

— Porządna dziewczyna, usłuchana. Rodzona Stasia. Robotna.

— Ale z biednej rodziny! Mają tylko 4 morgi.

— A ty mosz 15 i co? Bogacz od razu?

— No nie, ale nie bardzo mi przystoi.

— Boisz się jak ziemię podzielisz? Co? Nie bój się!

— No, ale jak możesz wypłacać posag nie swojej córce?

— Normalnie jako sołtys i krewniak!

— To ty jesteś z nimi rodzina?

— Nie, ale Bronka jest, bo to jest jakaś jej rodzina.

— Mojej mamy babci młodszego brata wnuczka po córce — wyjaśniła.

— To Stasia jest z tobą rodziną? — zapytała Zofia.

— Tak, a dlaczego pytasz?

— Bo myślałam że jesteś z porządnej rodziny — powiedziała drwiąco.

— Teraz to mama powiedziała — zaczął Jurek — przecież pani Stasia Kobylakowa pochodzi z Jutroszewiczów, tych co mają 20 morg na Mirosławicach.

— Aha, to przepraszam najmocniej — zapaliła się ze wstydu.

Tadzik wydawał się zamyślony. Znał córkę Kobylaków, ale nie myślał nigdy o ożenku z nią. Wtedy do izby weszła Marysia z konfiturami, smalcem i kompotem na tacy. Ta niewysoka i szczupła lecz kształtna dziewczyna miała niespełna 17 lat. Jej figura i lśniące kasztanowe włosy związane w kok zrobiły na Tadziku nie małe wrażenie. Oczy miała żywe, mocno błękitne.

— Wuju mógłbym obejrzeć jak mosz urządzoną oborę?

— Możemy.

— Ale sami, bo reszta mogłaby zasłonić światło.

— Dobrze. Bronisławo dotrzymaj towarzystwa bratu i bratowej.

Wyszli. Z domu do obory nie było więcej jak 15 metrów. Weszli do obory.

— Słucham Tadzik, co chcesz oglądać.

— Stryjku właściwie nie chodziło mi o oborę.

— A o co?

— No, bo panienka Marysia…

— Podoba ci się co?

Tadzik spuścił oczy i porumieniał.

— Chciałbyś się z nią ożenić?

— Pewnie!

— To niemożliwe.

— Dlaczego?

— Bo jej rodzice nie dadzą ci błogosławieństwa.

— Jak to stryjku!

— Czekaj! Mam pomysł.

— Jaki?

— Dowisz się jak wypali mój najukochańszy bratanku. Nie chcę ci robić nie potrzebnych nadziei.

Wrócili do gości. Bronka żywo rozprawiała z Zosią o ciastach, a Józek z synem i synową się przysłuchiwali.

— Józek! Chodź no na stronę.

Józek wstał z krzesła i powolnym, zwyczajnym sobie krokiem ruszył ku sieni. Wyszli przed dom i usiedli na ławce przed domem pod jedynym oknem izby gościnnej, które było od podwórza.

— Słuchaj no Tadzikowi podoba się pewna dziewczyna.

— To bardzo dobrze.

— Ale jest kłopot.

— Jaki?

— To moja służąca.

— Nawet niech ci do głowy nie przyjdzie żeby ich ze sobą swatać.

— Przecież jesteśmy sobie równi stanem.

— Ale nie posiadanym majątkiem. Zapomniałyś, co tatuś mówił? Zapomniałeś, że jego brata wyklęli po tym, jak wziął ślub z dworaczką? Zapomniałyś jak ta, uchowaj Panie Boże, ciotka Florentyna gwizdoła na wujka Bronka na obiad?

— Ale Józuś to nie dworaczka!

— Ale służąca!

— W sumie mosz rację, ale jako stryj mam obowiązek dbać o dobro Tadka!

— Więc chodźmy do Kobyloków!

— No dobra.

Stanisław musiał uznać rację starszego brata. Pamiętał historię stryja Bronisława. Dostał on od dziadka Walentego tylko morgę ziemi w Dobruchowie. Dosłownie gołe pole najgorszego piachu. Stryjowa Florentyna była pomocą kuchenną w dworze Miniewskich, ale tak omotała nieszczęsnego stryja, że ożenił się z nią wbrew woli ojca. Po ślubie zaczęła go traktować jak swojego parobka, a że dostali nawet trochę pieniędzy od ojca braci Miniewskich to dokupili sobie jeszcze 3 morgi i z nich żyli. W ogóle to podział majątku dziadka Staśka i Józka był dość dziwny. Było to obszerne gospodarstwo, lecz rozsiane. Każde z jego dzieci dostało potem kawałek ziemi w innej wsi. Jeden syn w Chorzeszowie 5 morg, drugi w Dalikowie 8 morg, trzeci w Szynkielewie 3 morgi, czwarty dostał 10 morgów w Kwirynowie, córki zaś wyszły z mąż się jedna w Dobroniu, druga w Pawlikowicach. Morgi, które przejęli synowie częściowo pochodziły z gospodarstwa żony Walentego, a częściowo były kupione za pośrednictwem jej kuzynów. Tak powstały 4 nowe gospodarstwa. Potem zaś Józef dokupował stopniowo ziemi, część za posag, część za sprzedane krowy, których utrzymywał zawsze na mięso. On znów podzielił gospodarstwo, ale tym razem sprawiedliwie. Miał on w sumie 42 morgi, a więc też dość duże gospodarstwo. W tamtych czasach tj. za czasów caratu dosyć łatwo było kupić ziemię, gdyż część chłopów nie dawała sobie rady. Dodatkowo nastąpiły nieurodzaje, więc musieli zaciągać długi i Żydów. Często potem sprzedawali oni swoje gospodarstwa, spłacali dług i przenosili się do Łodzi lub do Pabianic przekształcając się w robotników. Tylko nieliczni zaradni gospodarze z głowami na karku dawali sobie na tyle radę, by powiększać gospodarstwa. Z kolei Józek dał swoim synom średnio po 10, ale Stasiek dostał tylko 8, bo na gospodarstwie rodowym była murowana i obora i chałupa. Ponadto stwierdził, że Stasiu już ma 2 morgi i jest bardzo zaradny, więc przebije braci — jeśli nie w areale to w sferze materialnej — nie omylił się. Najgorzej obszedł się z Antkiem — dał mu 5 morg, gdyż był najbardziej leniwy i często zaglądał do butelki. Z kolei bracia, którzy dostali po 10 mórg powiększyli swoje gospodarstwa o morgi z posagu żon. W efekcie w roku 1935 najwięcej ziemi miał Heniek — 25 morg, potem Janek 20 morg, Józek 15, Stasiek 10, Antek 4, bo zdążył jedną sprzedać.

Tymczasem u Kobylaków Stasia krzątała się przy kuchni. Paweł natomiast spał pijany na lichym łóżku. Dzieciaki bawiły się na dworzu, a najstarsza Celina poszła zobaczyć czy z kozami wszystko w porządku. Właśnie Stasia kończyła zmywać po dzieciach, gdy do drzwi rozległo się pukanie. Stasia podeszła do okna. „O mój Boże! Pan Stanisław z bratem i chrześniakiem! A stary leży pijany! Jaki wstyd!” Powtórnie zapukano. Nakryła szybko Jarka pierzyną i otworzyła drzwi.

— Szczęść Boże Stasiu! Można? — zapytał Stanisław

— Bóg zapłać! Proszę!

— Jest Paweł?

— Nie ma. Poszedł gdzieś.

— To szkoda.

— A zrobił co znowu?

— Nie. Mamy do was przyjemniejszą sprawę.

— Słucham panie sołtysie.

— Droga Stasiu przyszedłym tu z moim chrześniakiem i bratem w sprawie Celinki.

— Och! Niemożliwe!

— Możliwe! Chciałbym, a z resztą Tadzik! Klękaj!

Młody Joachimiak rzeczywiście uklęknął.

— Chciałbym prosić panią o rękę Celinki!

— Dostajesz ją nawet całą!

Pierzyna się poruszyła, zaczęła ześlizgiwać się z łóżka. Wszyscy zaniemówili. Ozwało się rozległe ziewanie.

— Czyli szanowny małżonek w domu? — zapytał Józek.

— Niestety.

— Piwa! Głupia! Słyszysz piwa! — rozległ się głos Pawła, który nawet nie otworzył oczu.

— Gości mosz! — powiedziała Stasia i podała mu piwo.

Gospodarz obudził się. Popatrzył nieprzytomnie po izbie. Na widok sołtysa momentalnie rozbudził się, przeciągnął wstał, ale po chwili upadł.

— Pozwolą państwo, ale posiedzę na łóżku. Co was sprowadza — zaczął przepitym, bełkoczącym głosem — co was sprowadza w moje skromne progi?

— Prosimy o rękę twojej córki — powiedział Józek.

— Mhm! Dobrze jakie wiano?

— No wisz… raczej wiano się nie należy. Gospodarstwa twojego nie bierzemy.

— To nie ma zgody! Musicie dać mi wiano.

— Chybaś zgłupiał! To…

— Paweł! — przerwał Stasiek — ile tego bimbru?

— liter!

— Dobra mosz!

Wyciągnął zza marynarki 2 butelki bimbru.

— No to możeta nawet w tej chwili ją brać! Nawet bez ślubu!

— Paweł! — krzyknęła Stasia — On żartuje — zwróciła się do gości.

— Ma się rozumieć — powiedział Stasiek — no to Tadziu zostajesz tu z ojcem, a ja idę do domu, bo się tam Jurek z babami zanudzi. Wszystkiego dobrego Stasiu i z Panem Bogiem!

— Z Panem Bogiem i Bóg zapłać!

Tadzik został z Józkiem, a Kobylakowa zawołała swoją najstarszą córkę. Była to ładna, szczupła, ale barczysta dziewczyna, blondynka, szarooka i wiecznie uśmiechnięta. Mimo biedy nie była jakaś nadzwyczaj zabiedzona. To dzięki temu, że Stasia sama nie raz nie jadła, by dzieci się najadły.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 30.01