E-book
13.65
drukowana A5
59.37
Kwiaty oranżady

Bezpłatny fragment - Kwiaty oranżady


5
Objętość:
389 str.
ISBN:
978-83-8221-365-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 59.37

I
Nowe miejsce

Dzień 1

Otworzyłam oczy i sennie rozejrzałam się po moim pokoju. Słońce delikatnie przeświecało przez żaluzje, tańcząc na drobinkach kurzu unoszących się w powietrzu. Leniwie spojrzałam na zegarek i przez chwilę mrugałam, by wyostrzyć spojrzenie i móc coś dojrzeć na niewielkim ekranie. Gdy w końcu mi się to udało, moje gardło gwałtownie ścisnęła panika. Za dwadzieścia minut byłam umówiona z przyjaciółką w pobliskim parku — chciałyśmy pójść do kina, dlatego zdecydowanie nie mogłam się spóźnić. Wyskoczyłam z łóżka i kilka długich sekund stałam, usiłując odpędzić mroczki. W chwili, kiedy pojawiły się przede mną pierwsze kształty i kolory, podskoczyłam do szafki z ubraniami i wyjęłam pierwszą lepszą bluzkę oraz spodnie. W pośpiechu naciągając na siebie bluzę, wybiegłam na korytarz, kierując się w stronę kuchni. Złapałam suchą drożdżówkę samotnie leżącą już od kilku dni na stole i jedną ręką włożyłam buty. Nie mówiłam rodzicom, że wychodzę — mało obchodziło ich moje życie i udowadniali mi to na każdym kroku, zachowując się, jakby od zawsze byli bezdzietni. Wybiegłam z domu i popędziłam do parku. Moje buty stukały po chodniku, a drzewa zlewały się w rozmazaną masę. W biegu gryzłam drożdżówkę, by zaćmić głód spowodowany zapachem dochodzącym z lokalnej pizzeri. Przebiegłam skrótem przez młodą wiosenną trawę, która łamała się pod moimi stopami. W końcu zdyszana usiadłam na ławce i sprawdziłam godzinę — jeszcze pięć minut. Odetchnąwszy z ulgą, z zadowoleniem oparłam się wygodniej o twarde drewno. Kiedy okolica zatonęła w półmroku, był to wielki szok dla moich oczu i miałam wrażenie, jakbym właśnie budziła się ze snu o słonecznym dniu w środku nocy. W momencie, gdy dotarło do mnie, że to po prostu kolejnych samolot, który startuje bądź ląduje na odległym o kilka kilometrów lotnisku, uspokoiłam się nieco. Spojrzałam z zaciekawieniem w niebo — co tym razem? Czarterowy, liniowy, wojskowy… wariantów było bez liku. Raz nawet trafił się samolot popularnej firmy produkującej żelki, który zgodnie z kolorem jej loga był pomalowany na neonowe barwy, co stanowiło całkiem niecodzienny widok. Jednak tym razem czekało na mnie jeszcze większe zaskoczenie. Coś zniżało się w stronę parku. Zniżało się lotem pionowym, co było dla mnie zupełnie nielogiczne biorąc pod uwagę poziom rozwoju współczesnej techniki. Dookoła poderwały się drobne okruchy ziemi, wskakując na ławkę i plamiąc moje spodnie, a drzewa pochyliły swoje gałęzie przez nagły, porywczy podmuch wiatru. Włosy wpadły mi na twarz, przez co nie mogłam dokładniej przyjrzeć się maszynie — zdążyłam jedynie zarejestrować, że jest zbyt duża nawet jak na samolot i ma trudny do określenia kształt. A jeśli lądowała tutaj, w dodatku pionowo, do głowy przyszła mi tylko jedna możliwa przyczyna — była katastrofa, a ona nie ląduje, lecz spada. W niektórych filmach moment tuż przed śmiercią także pokazują w zwolnionym tempie — jakby w obliczu nieśmiertelnego bytu człowiek zyskiwał nagle zupełną jasność istnienia i swojej porażki. To pewnie dlatego mogłam obserwować, jak powoli zniża się ku ziemi. Dlatego, że nie było już dla mnie ratunku. Moje obawy zyskały potwierdzenie, gdy zorientowałam się, że nie mogę się ruszyć. Nie mogłam wstać, położyć się na ławce ani zwinąć w pozycję obronną, a nawet w panice odgarnąć włosy z oczu. Kiedy w końcu udała mi się ta jedna czynność, dostałam szansę na ostateczną obserwacje mojej śmierci… Czy też statku, który wylądował kilkanaście metrów dalej, z wyglądu przypominając popularne w filmach sci-fi oraz pseudodokumentach UFO. Niewielkie drzwi, metalowe, położone z boku maszyny drgnęły i powoli zaczęły piąć się w górę, równocześnie z podestem, który wysuwał się w dół. Nie sądziłam, że jest możliwe, by czas zwolnił jeszcze bardziej, ale teraz widziałam wszystko dokładniej. Słyszałam, jak serce bije w mojej piersi tak szybko, jakby próbowało wyrwać się na wolność, jak ryczą silniki odrzutowe, jak pozostałości wiatru szumią w liściach i trawie. Czułam, że moje ręce i nogi drżą w pierwotnej chęci ucieczki, a mózg nie może poradzić sobie z całą sytuacją, zatrzymując mnie w miejscu. Gdy z maszyny wyłoniły się dwie postacie zyskałam moment, w którym wszystko stanęło. Mogłam dokładnie przyjrzeć się twarzom o nieznanych mi, ale całkowicie ludzkich rysach, zobaczyć jak słońce tańczy na ich lśniących włosach, przyjrzeć się wytwornej szacie jednego z nich. Mogłam napawać się uśmiechem drugiego, który patrzył się na mnie jak na odnaleziony skarb, tak, jak jeszcze nikt nigdy na mnie nie patrzył. Mogłam to wszystko… w ostatnim momencie obrony przed wszechogarniającym bezwładem i ciemnością.

Otworzyłam oczy. To był jednak tylko sen. Tylko… to nie był mój pokój. Zostałam położona na miękkiej leżance w dziwnym pomieszczeniu o półokrągłym suficie. Przez maleńkie okna widać było całkowitą ciemność. Z przodu pomieszczenia, przy rozległym urządzeniu o nieznanej mi funkcji, gdzie cały czas coś pikało i strzykało, stali ludzie, których wcześniej widziałam. Ludzie… to określenie straciło swój sens w tamtym momencie. Skrzydła jednej z tych istot były śnieżnobiałe, a jasnobrązowe włosy zostały zebrane w kucyk. Miał na sobie długą szatę przepasaną złotym sznurem. Skrzydła drugiego były czarne, zresztą tak jak włosy. Odezwał się do towarzysza:

— To całkiem dobrze działa. Liczyłem na większe wyniki, ale w ciągu kilku dni powinniśmy być na miejscu. A ty naprawdę mogłeś darować sobie zakładanie tej sukienki…

Blondyn parsknął śmiechem, a ja poruszyłam się delikatnie, chcąc zmienić pozycję. Zastygł w bezruchu, a ja wstrzymałam powietrze, kiedy odwracał się w moją stronę. Miał ostre rysy, a jego oczy były nieomal czarne. Nie było mi dane zobaczyć twarzy tego, który się odezwał, bo wciąż pracował przy maszynerii.

— Co tu się dzieje? — zapytałam cicho, słysząc drżenie własnego głosu.

— Lecimy do twojego domu — odparł blondyn obojętnie.

— Przed kilkoma minutami z niego wyszłam. Ale… był dzień. Teraz jest noc, widocznie zemdlałam, tak, ale skąd się tu znalazłam? Kiedy zdążyli tak unowocześnić te karetki? Jeju, te mroczki przed oczami to pewnie był jeden z pierwszych objawów, czemu ja nie zwróciłam no to uwagi? To wszystko bez sensu…

Z początku zdzwiony moją paplaniną, mężczyzna szybko otrząsnął się z szoku i podszedł bliżej, wyciągając rękę w moją stronę. Odruchowo cofnęłam się przed jego dotykiem, ale nie uniknęłam delikatnego muśnięcia ramienia.

— Dobranoc — usłyszałam.

I znów zapadła ciemność. Chyba będę musiała się do tego przyzwyczaić…

Dzień 2

Nie miałam pojęcia, ile spałam, ale wydawało mi się, że wieczność. Ostrożnie usiadłam i zlustrowałam wzrokiem otoczenie. Siedziałam na soczystej trawie, a w zasiegu mojego wzroku dostrzegłam chłopaka na oko zbliżonego do mnie wiekiem. Za nim pięły się pod niebo potężne, czarne skrzydła. Moim pierwszym odruchem było omdleć niczym panienki z podrzędnych horrorów, ale opanowałam to odczucie na rzecz chociaż powierzchownego rozeznania się w nowej sytuacji. Zmrużyłam oczy, usiłując dojrzeć na nich choć kropelkę kleju charakteryzatorskiego, kawałek wystającego spod piór kartonu albo przytrzymujące je szelki. Nie doszukałam się jednak ani jednego z tych szczegółów i ze strachu mocniej przełknęłam ślinę. Młodzieńcze rysy twarzy chłopaka podkreślały jasne, szare oczy, przez co wydawało mi się, jakby świdrował mnie wzrokiem.

— Nazywam się Brokin — powiedział, podchodząc do mnie — Od teraz będę twoim przewodnikiem.

Wyciągnął do mnie rękę, którą pokazowo zignorowałam i, wciąż obserwując ten dziwny twór, sama niezgrabnie podniosłam się z ziemi, z trudem utrzymując się na drżących nogach. Chciałam otrzepać ubranie, ale okazało się, że nie ma na nim ani jednej grudki ziemi. Byłam zbyt oszołomiona, by myśleć racjonalnie i ruszyłam za chłopakiem niczym cielątko na rzeź. Dookoła mnie rozpościerała się zielona łąka, pełna dorodnych, pięknie pachnących, różnobarwnych kwiatów. Szliśmy po trawie, która natychmiast po zdeptaniu spokojnie wracała do pierwotnej pozycji. Na skraju polany znajdował się pierwszy dom, oznajmiający, że niedaleko znajduje się wioska. Stwierdziłam, że to musiała być wioska, gdy tylko zobaczyłam, że nie ma w niej samochodów, ulic, że nie wspomnę o jakichkolwiek wyższych budynkach. Dookoła chodziły postacie podobne do Brokina, jeśli faktycznie tak nazywało się to coś. Były tam rodziny z dziećmi, staruszkowie i nastolatki. Przystanęłam i zaczęłam się przyglądać tym istotom. Zabaczyłam, że jedno skrzydlate dziecko nagle rozbłyska światłem, dosłownie na sekundę. Na jego miejscu stał przez chwilę kruk, radośnie podskakujący na cienkich nóżkach, pomagając sobie w tym wymachami skrzydeł. Jedno z dorosłych zwróciło się do niego karcąco. Kruk pokiwał głową, jakby zrozumiał, i w rozbłysku światła dziecko powróciło na jego miejsce. Gdy tylko chciałam podejść tam i zapytać co się właśnie stało, czy to iluzja, czy jakiś żart, zostałam przepchnięta dalej i wprowadzona do jednego z domów.

— Proszę, rozgość się — powiedział chłopak, który mnie tam przyprowadził.

Usiadłam niepewnie na najbliższym meblu. Brokin poszedł do jakiegoś pokoju, który wydawał mi się kuchnią, ponieważ przylegał do salonu. Rozejrzałam się. Siedziałam na fioletowej, miękkiej kanapie w pokoju z białymi ścianami, na których wisiały obrazy i coś, co uznałam za telewizor. Kiedy rozglądałam się z ciekawością zmieszaną ze strachem, wrócił Brokin. Spojrzałam na niego badawczo, na co on tylko uśmiechnął się i usiadł obok mnie, kładąc na stoliku fiolkę z podejrzaną brunatną substancją. Zerknęłam na niego oczekując wyjaśnień.

— Pewnie chciałabyś się dowiedzieć, dlaczego tu jesteś — powiedział.

— Pan domyślny się znalazł — mruknęłam pod nosem, przyjmując jedyną obronę, jaką byłam w stanie.

— Słucham?

— Nieważne — mimo pozornego bezpieczeństwa z całych sił starałam się opanować drżenie.

Chłopak spojrzał na mnie z ukosa.

— Jesteś na planecie znacząco oddalonej od Ziemi.

Ciekawie się zaczyna. Interesujący wystrój wnętrz mają w tym szpitalu dla umysłowo chorych…

— Nie wiem, czemu to takie dla was ważne, ale mamy tu wodę, więc z pragnienia nie umrzesz. Nasza planeta nazywa się Krauron. Są tu cztery kontynenty: Lenna, Norna, Krasta i Stancja, na której obecnie się znajdujemy. Oprócz tego jest tu kilkadziesiąt wysp i jeden wszechocean. Doba tutaj trwa kilka godzin więcej niż ziemska, do której jesteś przyzwyczajona. Zwykle jest tu dość ciepło, rzadko pada deszcz, a zmiany pogody są ledwo wyczuwalne. To tyle jeśli chodzi o lekcję geografii, bo pewnie i tak wszystkiego tego nie spamiętasz. Jesteśmy rasą Kraunów. Potrafimy zależnie od własnej woli zmieniać się w kruki, czyli jesteśmy, jak wy to mówicie, zmiennokształtnymi, jednak rzadko z tego korzystamy. Na stałe, w ludzkiej postaci, zawsze mamy skrzydła — nie są ozdobą, dzięki nim naprawdę latamy i możemy przemiszczać się po planecie. Normalnie chodzimy, tak jak wy. Mamy organizm zbudowany podobnie do waszego, jednak żywimy się kwiatami, które dostarczają nam wszystkich potrzebnych składników odżywczych. Nie zabijamy zwierząt, które też żyją na naszej planecie, a one same różnią się od ziemskich. Prawie wszystkie przebywają na wolności, choć są łagodne, więc łatwo można je oswoić. Moja rasa jest spokojna i zżyta. Jeszcze nigdy nie wydarzyła się tu żadna wojna. Wszystkie lądy i wody należą do wszystkich, nikt nie może odebrać niczego drugiej osobie. Spory są rozstrzygane za pomocą sprawiedliwego głosowania. Nikt nigdy nie pracuje. Na zasadzie — z rozkazu innych. Dla siebie — tak. Trzeba zbudować sobie dom oraz każdą inną rzecz, korzystając z zasobów natury. A przyrodę to my tu mamy naprawdę dziwaczną, ale o tym będziesz mogła przekonać się sama. Mam wrażenie, że jestem ci winny nieco więcej wyjaśnień. Kilka tygodni temu doszedł do nas sygnał radiowy z Ziemi. Pierwszy raz usłyszeliśmy o tym miejscu, więc zaczęliśmy szukać o niej informacji. Gdy zobaczyliśmy tę zatrutą przez maszyny, zniszczoną wojnami, nieprzyjazną planetę, na której natura cierpiała, przeraziliśmy się. Czym prędzej wsiedliśmy w jeden z naszych pojazdów kosmicznych i przemieściliśmy się tam. Zastaliśmy burych ludzi, myślących tylko o pracy, smutnych i wściekłych na życie, które przecież jest wielkim darem. Tylko ty się wyróżniałaś. Byłaś szczęśliwa, promieniałaś. To dlatego cię wzięliśmy. Znaczy, wzięli cię nasi astronauci. Zostałaś wyznaczona, by żyć na tej planecie — skończył na wdechu, jakby cytował wyuczoną formułkę.

Choć spijałam każde jego słowo, chcąc zrozumieć moje położenie, nabrałam wątpliwości. Czy to mogła być prawda? Lęk ścisnął mnie za gardło, nerowowo przebierałam palcami po oparciu kanapy.

— A-ale… co z moją rodziną? — wyjąkałam — Nie, żebym narzekała — dodałam pośpiesznie, nie chcąc okazać słabości.

Jeśli to była szansa na przygodę mojego życia…

— Twoja rodzina zapomniała o tobie. Ubzdurali sobie, że uciekłaś z jakimś chłopakiem i nawet cię nie szukali. Jeśli mi nie wierzysz, mogę ci ich pokazać. Zostawiliśmy na Ziemi kamery, gdyż spodziewaliśmy się, że o to zapytasz

— Nie… nie.

Jeśli cokolwiek mi groziło, mogłam liczyć tylko na siebie.

— Dlaczego cały czas wyrażasz się jako „my”? Z kimś współpracujesz?

Chłopak zmieszał się.

— Po… pomyliło mi się coś. Rozumiesz, czasami tak się mówi, my, wy…

Spojrzałam na niego sceptycznie, jednak niedługo, bo do ust cisnęły mi się pytania.

— Macie tu technologię? Skoro nie pracujecie, jak zaopatrujecie się w produkty i funkcjonujecie jako społeczeństwo?

— Mamy technologię. Nie brak wśród nas wybitnych umysłów. Każdy pracuje i wyrabia dla siebie. Jeśli kogoś ciągnie pasja, zaczyna ją wypełniać, a nadmiar produktów rozdaje innym.

— Praca z powołania nabiera nowego znaczenia.

— Tak… Masz jeszcze jakieś pytania?

Pokręciłam głową, a chłopak uśmiechnął się nieco nerwowo.

— Pozostaje tylko dorobić ci skrzydła, moc zmiennokształtnych i będziesz mogłą tu żyć w spokoju.

— Słucham?! Wiedziałam, że skończy się na handlu organami, wiedziałam! — wykrzyknęłam i zerwałam się na równe nogi, gotowa uciec jak najdalej z tego wariatkowa.

— Uspokuj się. To nie żadna operacja. Musisz tylko to wypić — wskazał palcem na podejrzaną fiolkę.

Niepewnie usiadłam z powrotem. Na Ziemi większość ludzi marzy o lataniu. A skoro teraz jest to dla mnie na wyciągnięcie ręki… Wzięłam w dłoń naczynie i przekręciłam kilkakrotnie, by popatrzeć jak gęsty płyn przelewa się wewnątrz.

— Narkotyki, tak? — zapytałam.

— Co proszę?

— Skoro wy wszyscy tu sobie latacie z tymi krukami, to nie zdziwiłabym się, gdyby każdy tutaj był na haju.

— Zaręczam ci, że to dokona jedynie zmian w twoim ciele, nie umyśle.

— To mnie nie uspokaja — oderwałam wzrok od fiolki i spojrzałam na niego, ale miałam wrażenie, że jest równie zagubiony jak ja.

Albo gra. A ja jestem tylko marionetką. Odrzuciwszy na bok korek, jednym ruchem łyknęłam substancję, nie pozostawiając czasu dla logicznej części mojego umysłu. W smaku była zbyt kwaśnia, więc mimowolnie wzdrygnęłam się. Nagle poczułam, że ciało odmawia mi posłuszeństwa. Zsunęłam się z kanapy, fiolka wypadła mi z ręki i z brzdękiem upadła na drewnianą podłogę. Świat zawirował raz, drugi… Zdążyłam jeszcze tylko pomyśleć o tym, że mogła być to trucizna, a potem nastała ciemność.

Przerażona otworzyłam oczy. Nie, twarz Brokina zdecydowanie nie przypominała anielskiej, ale diabelskiej także nie. Czyli żyłam — to wielki plus. Chłopak podtrzymywał mnie za ramiona, więc gdy tylko odzyskałam w nich władzę, wyrwałam się mu. Niepewnie wstałam i obejrzałam siebie. Wszystko było w jak najlepszym porządku — żadnych zmian skórnych, wielkich szponów, zęby w porządku, brak dodatkowych kończyn… Spojrzałam w bok. Nad moim ramieniem wystawała kość pokryta skórą z czarnymi, kruczymi piórami. Dotknęłam ich delikatnie i natychmiast to poczułam. Czyli mam nowe zakończenia nerwowe… Co mi się stało, że nagle zaczęłam tak interesować się biologią? Porozciągałam się ostrożnie, czując na plecach nieznane mi wcześniej mięśnie. Na próbę zamachałam skrzydłami. Wszystko było tak naturalne, tak bardzo w porządku. Zadowolona z wyników machnęłam tak, że nieumyślnie wzniosłam się nad ziemię. Skutek tego był natychmiastowy — w panice machnęłam nogami, a głową uderzyłam sufit. Spadłam z powrotem na podłogę i zatoczyłam się, gdy tylko stopy dotknęły gruntu. Nie udało mi się trzymać równowagi i upadłam, nieświadomie próbując pomóc sobie skrzydłami Chłopak stał obok i usiłował powstrzymać śmiech. Przypomniałam sobie, że mówił coś o zmiennokształtności. Tylko jak się za to zabrać… Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w organizm. Wyobraziłam sobie wielkiego, czarnego kruka, z ludzkim błyskiem w oku i takimi piórami jakie miałam na sobie. Wyobrażałam to sobie tak długo i wyraźnie, aż upadłam na ziemię w nowej postaci. Obniżyłam głowę — a raczej dziób — do klatki piersiowej. Poruszałam się dziwacznie, miałam wrażenie jakbym była w wodzie. Moje ciało było małe jak na człowieka, ale dość duże jak na ptaka. Pokrywały mnie czarne, lśniące pióra. Stałam na małych, szarych nóżkach. Poruszyłam skrzydłami, co było uczuciem jeszcze dziwniejszym niż ruszanie nimi w ludzkiej postaci. Chciałam zapytać, czy jest tu gdzieś lustro, ale zorientowałam się, że nie mogę mówić. Z dzioba wyszedł tylko skrzek. Zamknęłam oczy (o ile nadal można by tak to nazywać) i wyobraziłam sobie siebie. Jednak przez dłuższy czas nic się nie działo. Byłabym w naprawdę kiepskiej sytuacji jeśli nie potrafiłabym przemienić się z powrotem.

— O skrzydłach nie zapomniałaś? — jak przez pierzynę dotarł do mnie głos Brokina.

Miał rację. Dodałam do mojej postaci czarne skrzydła i już chwilę później wylądowałam na nogach. Utrzymałam się na nich przez ułamek sekundy, zanim z powrotem upadłam. Zyskałam widocznie nowy środek równowagi i nie mogłam się do niego przyzwyczaić. Podniosłam nieco niestabilnie i spojrzałam kontrolnie na swój strój. Leżał na swoim miejscu. Gdzie podziewa się podczas transformacji? Czułam, że to pytanie jest jednak nie na miejscu. Wszystko wydawało mi się dziwnie w porządku. Nie czułam węzła w żołądku, który towarzyszył mi od tamtej pamiętnej chwili w parku ani drżenia rąk. Byłam ja, moje skrzydła, moja nowa forma i było to dla mnie bardziej normalne niż całe moje życie na Ziemi. Czyli jednak narkotyk. Narkotyk, który zrobił mi coś z głową.

— Tak, zapomniałam — powiedziałam i miałam na tym skończyć, ale przypomniałam sobie o zasadach kultury — Dzięki. Mam tutaj przeznaczone jakieś miejsce, gdzie mogłabym spać? Może mi to trochę zająć zanim wybuduję własny dom. Będę tu miała oddzielną sypialnię? W zasadzie wystarczy mi tylko łóżko i własny kąt.

— Oczywiście, że będziesz miała sypialnię. Jak mogłaś pomyśleć o jakimś tam kącie? Choć, jest na górze — przywołał mnie gestem i ruszył schodami.

Poszłam za nim

— Tak to już będzie wyglądać? Jesteś moim przewodnikiem i współlokatorem, koniec, kropka? A jeśli się nie zgodzę?

Popatrzył na mnie przez ramię.

— Zamierzasz się nie zgodzić? Dobrze, bardzo proszę, możesz wracać na swoją planetę. Ale nikt ci w tym nie pomoże. Dom też możesz sobie wybudować jeśli zdołasz. Albo możesz odejść gdzieś w głąb Krauronu. Nikt cię nie zatrzymuje.

Speszyłam się i wbiłam wzrok w schody.

— Tak tylko pytam.

Brokin w milczeniu pokazał mi drzwi po prawej gdy tylko stanął na szczycie schodów. Otworzyłam je ostrożnie i już w przejściu zatrzymałam się ze zdumieniem. Wielkie, szerokie łóżko otoczone było złocistym baldachimem. Ściany były perłowo białe, bez żadnej newet smugi kurzu czy dziury po źle wbitym gwoździu. Duże, jasne biurko stało w kącie, a na półkach piętrzyły się książki niczym ze starej biblioteki. Szafa została otoczona lustrami, które rzucały refleksy na cały pokój. Już z daleka widziałam, że dywan w ciepłym kolorze jest niezwykle miękki. Jedna ze ścian była z rzeczywistości prawie całkowicie oknem, a parapet — ławą, którą pokryto puszystymi poduszkami. To było piękne pomieszczenie. Piękne, ale puste, smutne, tak jak cały ten dom, jakby nikt nigdy tu nie mieszkał. W pojemniku na długopisy nie było zakreślaczy czy obgryzonych ołówków, na biurku nie leżały rozrzucone piapiery, na ścianach nie wysiały zdjęcia czy obrazy, a koc na łóżku wydawał się pokryty cieniutką, ledwo dostrzegalną warstwą kurzu, jakby nikt nigdy tam nie spał.

— Przede mną tu ktoś mieszkał? — zapytałam, kiedy wyszłam już z szoku wywołanego tym zaskakującym przepychem.

— Nie, znaczy… w zasadzie tak, chociaż… — w końcu machnął ręką — To nieważne, i tak wszystko jest odnowione.

Po tym stwierdzeniu odwrócił się na pięcie i zbiegł po schodach. Patrzyłam za nim skonsternowana. Co miał na myśli? Od tego pytania niemalże natychmiastowo odwiodły mnie bradziej przyziemne sprawy. Weszłam głębiej do pokoju. Bose stopy zatopiły się w dywanie, który okazał się tak miękki jak się wydawał i dopiero wtedy odkryłam fakt, że do tego domu wchodziłam jeszcze w butach. Czy ja coś z nimi… Zamyślona przeszłam do łóżka i wyciagnęłam się na nim.

Dookoła uniosły się delikatne drobiny kurzu, łaskocząc mnie w nos. Z takiej perspektywy baldachim wydawał się tylko delikatną, subtelnie połyskujacą mgiełką. Mimo woli poczułam dziwny spokój i poczucie bezpieczeństwa, Może wydawało się to egoistyczne. Może byłam materialistką. W tej chwili mnie to nie obchodziło, a w głowie ciągle kołatała się myśl, że to jednak głupie marzenie senne. Byłam zmęczona. Oczy same opadły, choć był dopiero ranek, a ja ostatnimi czasy spałam jak nigdy w życiu.

Obudziło mnie ciche pukanie w drzwi. Z trudem otworzyłam oczy i usiadłam. Wpatrzyłam się w drzwi nieco nieprzytomnie, aż pukanie powtórzyło się. Zmarszczyłam brwi, ale odruchowo spojrzałam po sobie i wygładziłam ubranie, nim rozsunęłam poły baldachimu i krzyknęłam niewyraźnie:

— Proszę!

Usłyszałam odgłosy szamotaniny za drzwiami, ale nim zdołałam zaniepokojona pójść na ratunek, otworzyły się i do spialni wszedł Brokim, balansując w jednej ręce dwoma talerzami pokrytymi wielkimi, białymi kwiatami, które polane były ciemnoróżowym syropem. Jeden położył przede mną na łóżku, a z drugim zasiadł na parapecie.

— Nie schodziłaś, kiedy wołałem na obiad. Coś się stało?

— Ni-nie — zająknęłam się, nie wiedząc, co powiedzieć.

O co w tym wszystkim chodziło? Dlaczego praktycznie obcy człowiek… Kraun, czy co tam… właśnie podał mi jedzenie do łóżka? Od cyklu trzech posiłków dziennie zdążyłam odzwyczaić się już lata temu i upomniałabym się o jedzenie dopiero, gdy stałoby się to koniecznością za sprawą moich protestujących trzewi. Niepewnie spojrzałam na kwiaty i złapałam za jeden płatek. Oderwałam go delikatnie i pełna obaw włożyłam do ust. Myślałam, że będzie smakował jak trawa, jednak grubo się myliłam. Ugryzłam raz, po czym przerwałam, zdziwiona bukietem nieznanych mi smaków, a gdy niepewnie ponowiłam przeżuwanie, odkryłam, że smakuje mi to bardziej niż cokolwiek, co jadłam wcześniej. Zaabsorbowania jedzeniem, niemalże nie usłyszałam Brokina.

— Jak ci smakuje? — zapytał.

Czułam się, jakby kelner zapytał się mnie o ocenę potrawy w czasie tych nielicznych wizyt w restauracjach, kiedy to zwykle miewałam usta pełne jedzenia i nie potrafiłam wydusić słowa. Tak też było i tym razem, więc zmusiłam się tylko do niejasnej gestykulacji.

— Wezmę to za „tak, bardzo mi smakuje”, w porządku? — powiedział z półuśmiechem.

Pokiwałam głową, wciąż walcząc z kilkoma główkami kwiatów, które zamiast grzecznie czekać na swoją kolej, na wyścigi wepchnęły się do moich ust. Mogłabym przysiąść, że nie miałam z tym nic wspólnego. Kiedy w końcu uporałam się z jedzeniem i nieco przyhamowałam swój entuzjazm, zapytałam o jakiś napój, poniewczasie zorientowawszy się o swoim wytrwale ignorowanym nie tylko głodzie, ale i pragnieniu.

— Mogę zaproponować ci miód, wodę ze strumyka bez niczego albo z jakimś słodkim syropem. Co byś chciała?

— Chętnie… chętnie spróbuję miodu — odparłam po chwili namysłu, kiedy moja pedantyczna część głośno zaprotestowała w odpowiedzi na wizję nieprzefiltrowanej wody, w której pływają małe kawałki rzecznego zielska i drobny piasek lub, co gorsza, nic nie pływa, a groźne bakterie i pasożyty kryją się przed ludzkim okiem.

Druga część mnie protestowała natomiast na myśl o zaspokajaniu pragnienia słodkim alkoholem. Brokin widocznie zauważył zmieszanie odbijające się na mojej twarzy, bo szybko zaoponował:

— Woda ze strumienia jest czysta, nie martw się. Z pewnością nadaje się do picia, przeprowadzaliśmy nad tym badania, nie ma się czego obawiać. Ale jeśli nadal chcesz, mogę ci też podać miód, jak mówiłem. Na Ziemi chyba tego nie macie, to słodki napój na bazie wody i nektarów.

— Tak, tak, chętnie go spróbuję — odparłam zmieszana — Może sama go sobie przyniosę, nie jestem przyzwyczajona, że ktoś mi aż tak usługi… pomagał, chciałam powiedzieć. Tylko powiedz mi, gdzie jest.

— Nie kłopocz się, odniosę talerze, to po drodzę ci wezmę, nie ma problemu.

Brokin zabrał z moich kolan wyczyszczony do cna talerz i, trzymając oba w jednej dłoni, wyszedł z sypialni. Przez niezamknięte drzwi słyszałam szelesty i postukiwania dochodzące gdzieś z parteru. Brokin wrócił po kilku chwilach, niosąc dwa lekko niebieskawe, elastyczne naczynia, które ze szklankami miały chyba niewiele wspólnego. Przyjęłam podany mi pojemnik. Materiał, z którego był zbudowany wyglądał jak guma, choć w dotyku był nieco szorstki. W środku pływała jasnożółta, dość gęsta substancja o złotawym połysku. Spróbowałam, oczekując wszystkiego, nawet mocno kwaśnego smaku, ale znów czekało mnie miłe zaskoczenie. Miód w ustach rozwadniał się i nie był wcale mdliście słodki jak ten na ziemi, a jego smak był delikatny i przyjemnie wyważony, jak słodycz bitej śmietany. Z zadowolenim opróżniłam cały kubek i powstrzymałam odruch, by położyć go obok łóżka, ponieważ nie wiedziałam, jak zareaguje na to gospodarz i tylko niepewnie przełożyłam naczynie z jednej dłoni do drugiej. Brokin wstał, więc także to zrobiłam i ruszyłam za nim z kubkiem w ręku. Zeszłam po schodach w stronę kuchni, gdzie przystanęłam w progu, by się rozejrzeć. Miała jasny wystrój, ale jej wyposażenie w nawet najmniejszym stopniu nie przypominało mi tego, które znałam. W rogu stała tylko jedna, wysoka do sufitu szafa, której ze względu na obudowę nawet nie śmiałam nazwać lodówką. Po lewej stronie pomieszczenia wisiała pojedyncza szafka kuchenna, a pod nią coś, co przypominało mały piekarnik, przypominający mi ten z zestawów dla dzieci, a przy podłodze coś, co wydawało się zamrażarką. Była to kolejna szafka, lecz bez drzwiczek, z półkami z siatki i wewnętrznymi ściankami wypełnionymi małymi, niebieskimi łodyżkami. Gdy włożyłam do niej rękę, poczułam na skórze przyjemny chłód. W drugim rogu pomieszczenia, na cienkiej nóżce stała misa ze wbudowanym z boku urządzeniem, które przypominało filtr do wody. Meble nie były zrobione z dobrze znanego mi drewna czy plastiku, lecz z miękkiego, chropowatego materiału. Pozostałą część pomieszczenia zajmował stół i kilka białych krzeseł. Położyłam puste naczynie na stole, bo nie wiedziałam co z nim począć, a Brokin już dawno wyszedł do swojego pokoju, który, jak zauważyłam, znajdował się na górze po drugiej stronie korytarza. Wróciłam na piętro. Gdy weszłam do pokoju, mój wzrok padł na książki na półkach. Cicho zamknęłam za sobą drzwi i zaczęłam czytać tytuły powieści. Mój wzrok przykuła cienka książka w okładce zrobionej z czegoś, co do złudzenia przypominało liście. Było na nich wyraźnie wyryte jedno słowo „Krauron”. Chciałam latać i zwiedzać, ale wiedziałam, że najpierw powinnam dowiedzieć się trochę o tym miejscu. Niechętnie wzięłam książkę i wygodnie rozłożyłam się na łóżku. Słońce dobrze oświetlało lekko żółtawe strony. Historia nie była zbyt ciekawa czy też dynamiczna. Jednak było w niej coś takiego, że chciało się tu zostać, jak w obcym nieznanym kraju, który nigdy nie wprawi cię w rutynę i codziennie będzie zaskakiwał. Czytałam, dopóki litery przestały być dobrze widoczne, a niebo za oknem pociemniało. Znalazłam na ścianach coś podobnego do lampki i pociągnęłam za wystający sznureczek. Pokój oświetliło łagodne, ciepłe światło. Powoli zeszłam z łóżka i skierowałam się w stronę kuchni, odłożywszy książkę z powrotem na półkę. Już ze schodów zobaczyłam, że Brokin leżał na kanapie i oglądał film. Przeszłam do salonu i usiadłam na rąbku kanapy, po czym wpatrzyłam się w ekran. Scena ukazywała

jasnowłosego Krauna, który skrzydła zakrył za dużym płaszczem i błądził po lesie. Rozsiadłam się nieco wygodniej, wciąż jednak starając się nie stracić czujności, i zaczęłam śledzić losy bohatera. Ku mojej konsternacji po jakimś czasie powieki zaczęły mi niepokojąco opadać, a chwilę później, pomimo mojej szlachetnej walki o zachowanie przytomności, zaczęłam nieuchronnie zapadać w sen.

Dzień 3

— Pobudka! — rozbrzmiał rozbawiony głos nad moją głową.

Niemrawo zamrugałam i z wysiłkiem skupiłam wzrok na twarzy Brokina.

— Już ranek — powiedział tuż po tym, kiedy zdążyłam się o tym fakcie zorientować — Wczorajszy film niezbyt cię zaciekawił?

— Najwidoczniej tak — mruknęłam zgodnie z prawdą i podniosłam się do pozycji siedzącej.

Oparłam się o podłokietnik kanapy i rozejrzałam wokół. Leżałam pod miękkim kocem, pierwsze promienie słońca prześwitywały przez cienkie firanki. Brokin nadal stał nade mną, jakby wyczekująco.

— Kto… — ziewnęłam, zasłaniając usta dłonią i zmrużyłam oczy

— A zresztą, nieważne. Mam iść na pole, pozrywać kwiatki, żeby mieć co jeść? Czy lepiej się wypasać? — spytałam z przekąsem.

Brokin uśmiechnął się z pobłażaniem.

— Pójdę zrobić śniadanie.

Skrzywiłam się i odprowadzałam go wzrokiem, dopóki nie zatrzasnął kuchennych drzwi za sobą. Spojrzałam na siebie. Ubrania miałam już całkiem wymięte, jakbym spędziła w nich co najmniej tydzień. Po dotknięciu ręką włosów zrozumiałam, że także nie wyglądają dobrze. Zwlokłam się z kanapy i złożyłam schludnie koc, po czym położyłam go na brzegu. Już miałam iść do swojego pokoju, by się przebrać, jednak na szczycie schodów przystanęłam i rozejrzałam się. Po prawej znajdowały się drzwi do pokoju Brokina, ale na wprost…? Otworzyłam je, a moim oczom ukazała się w pełni urządzona łazienka. Przy jednej ze ścian stała taka sama misa na nóżce jak z kuchni. W rogu znajdował się prysznic, który niezbyt przypominał swój ziemski odpowiednik. Wąż podłączony miał do jednej dziwacznej beczki, a spływ do drugiej. Beczki łączyły się przezroczystym przewodem, w którym kręcił się taki sam filtr jak w misach. Z boku stała toaleta, w budowie także niepodobna do tej ziemskiej. Zamknęłam za sobą drzwi i po kilku próbach udało mi się wziąć krótki prysznic. Woda nie miała regulacji i była dosyć chłodna, ale to tylko pomogło mi się rozbudzić. Owinęłam się w ręcznik, który, jak mogłam się spodziewać, normalnym ręcznikiem nie był. Była to duża połać szarego materiału, w działaniu bardziej przypominającego gąbkę niż ręcznik. Udało mi się jednak w niego zawinąć i jednym susem przejść do swojego pokoju. Popatrzyłam niepewnie na wielką szafę, zastanawiając się, co takiego może kryć. Czyżby znajdowała się tam tylko bluzka i spodnie? A może kilka sukienek niczym ze średniowiecza? Kombinezony? Z drugiej strony Brokin ubierał się całkiem normalnie. Z powątpieniem otworzyłam drzwiczki i przez chwilę stałam jak zamurowana. Dziesiątki ubrań tłoczyły się w całkowitym porządku. Od zwyczajnych czarnych podkoszulków i spodni, przez zwiewne, letnie sukienki, po błyszczące ekstrawaganckie stroje. Przesunęłam ręką po aksamitnych tkaninach, lecz po chwili postanowiłam, że nie ma sensu marnować czasu na szukanie. Wzięłam pierwszą lepszą rzecz. Okazała się nią błękitna bluzka z wyhaftowanym na przodzie wymyślnym wzorem, który przypominał pnącą się winorośl. Z tyłu widniały dwa otwory, jak się domyśliłam, na skrzydła. Chwilę namęczyłam się zanim udało mi się ulokować ją w odpowiednim miejscu, bo nowe kończyny zwijały się i blokowały w zupełnie niespodziewanych miejscach. Obejrzałam bluzkę, którą zdjęłam — na plecach była zupełnie podarta i ze zdziwieniem zorientowałam się, że wcześniej nie pomyślałam o tym i nie czułam kawałków materiału na plecach. Odrzuciłam ją na dywan, starając się nie myśleć o tym, że to jedna z ostatnich rzeczy, jaka została mi z Ziemi. To wciąż mógł być tylko sen. Sen, w którym inną rzeczywistość przyjmowałam zbyt dobrze, zbyt prosto. Zamyślona sięgnęłam na kolejną półkę, na której poukładane były spodnie i spódnice. Wzięłam białą, krótką spódniczkę, która falami układała się wokół nóg. Butów także nie zabrakło. Wybrałam białe sandały splecione z cieniutkich sznureczków o aksamitnej powierzchni. Ku mojemu zdumieniu, pasowały jak ulał. Zszedłszy na dół, spostrzegłam, że w kuchni czeka już na mnie współlokator.

— Skąd wzięły się te wszystkie ubrania? — zapytałam wprost.

— Kiedy dowiedziałem się o misji, poprosiłem znajomą krawcową, żeby uszyła kilka ubrań. A że jest nadgorliwa, uszyła troche więcej niż kilka.

— Skąd wiedziałeś, że mam akurat ten rozmiar?

— Ja… eee…. — zająknął się — się… się domyśliłem. Popatrzyłam na niego z ukosa. Domyślił się?

— Pokażesz mi dzisiaj to miasteczko? — zapytałam, chcąc zmienić temat.

Niemalże czułam, jak w duszy odetchnął z ulgą.

— Tu raczej niewiele jest do oglądania. Kilka domów, ot co. Zajmie nam to tylko chwilę, zdążymy jeszcze pójść na łąkę.

— Jest tu gdzieś łąka? — zapytałam ze szczerym entuzjazmem.

— A co, myślałaś, że kwiaty produkujemy w fabrykach?

Że też musiał mi się trafić taki chłopak. Nie mogli dać mi za przewodnika jakiejś współczującej dziewczyny, która nie naśmiewała by się tak ze mnie?

— Nie — odpowiedziałam całkiem poważnie na ten jawny sarkazm.

Zerknęłam na talerz leżący na stole. Piętrzyły się na nim kwiaty przypominające niezapominajki, pływające w płytkiej kałuży wody pomieszanej z malinowym sokiem — jak się domyśliłam, miał to być sos. Niepewnie sięgnęłam po jedną z nich. Smakowały zbyt dobrze, więc zaskakująco szybko znikły z mojego talerza. Brokin, skończywszy jeść, postawił przede mną kubek z krystalicznie czystą wodą. Wypiłam kilka łyków. Smakowała orzeźwiająco, delikatnie słodko, bez metalicznego czy plastikowego posmaku. Po posiłku wstałam niepewnie i spojrzałam na Brokina, po czym na puste naczynia na stole.

— Nie martw się, pozmywam — powiedział.

— Ja naprawdę mogę…

— Jeszcze masz czas. Poczekaj na mnie w salonie, jakbyś mogła. Chciałam zaprotestować, gdyż czułam się niesłusznie niańczona przez osobę niewiele starszą ode mnie, ale posłusznie wyszłam, obawiając się sytuacji, gdy zostanę w obcym świecie bez dachu nad głową jedynie przez czczą dyskusję o podziale obowiązków. Chłopak pojawił się kilka minut później, a ja ruszyłam za nim do wyjścia. Wyszłam na uklepaną, oświetloną słońcem drogę i rozejrzałam się dookoła — w końcu mogłam przyjrzeć się dokładnie Krarom. Kobieta i mężczyzna bawili się z małym dzieckiem w ogródku sąsiedniego domu. Jakiś staruszek wolno kroczył przed siebie, obserwując z zainteresowaniem fasady budynków. Młoda dziewczyna, trochę starsza ode mnie, zmieniła się właśnie w kruka i podfrunęła na biały płot, na którym zaczęła skubać w zamyśleniu skrzydło. Wszystko było takie… normalne. Nie wyglądało na tandetny efekt, na coś nienaturalnego. Czułam się tu zwyczajniej niż na Ziemi… Głos Brokina wyrwał mnie z zamyślenia.

— Jak widzisz, nie ma tu sklepów ani targów. Żyjemy dzięki handlowi wymiennemu. Jeśli ktoś wyprodukował czegoś za dużo, rozdaje tym, którzy tego potrzebują. Wtedy wymienia się tylko za dobre słowo. Jeśli chodzi o jedzenie — kontynuował — Kwiaty to samosiejki, więc nie ma z tym problemów. W razie gdy ktoś chce zasadzić sobie jakiś rodzaj w ogródku, wyrywa po prostu roślinę z korzeniami i sadzi u siebie, by sama się rozsiała.

— Czyli niemożliwy jest głód na świecie — klasnęłam w dłonie — Dużo Kraunów decyduje się na ogród?

— To sensowne rozwiązanie, przy naszym domu również się taki znajduje. Dlatego nie musisz latać na pole — odparł, nawiązując do mojej zaczepki.

— Naszym? — spytałam ze zmieszaniem,

— Jesteśmy współlokatorami. Rozumiem, zbyt duży natłok informacji, nowe miejsce i tak dalej, ale to jedno chociaż powinnaś zapamiętać.

— To… Tak. Tak — zacięłam się — Kiedy wrócimy, muszę koniecznie zobaczyć ten ogródek.

Po tym słowie zapadła cisza. Spokojnie spacerując po trakcie, obserwowałam otoczenie wokół mnie. Stało tu pełno domów, a w nich telewizory, dywany, meble. Wszystko tak jak na Ziemi, a jednak inne, różniące się w szczególe i w ogóle. W pewnym momencie wędrówki spostrzegłam majaczące na horyzoncie skupisko drzew.

— Pójdziemy do lasu? — zapytałam towarzysza, bo tamto miejsce zainteresowało mnie o wiele bardziej niż to, do którego zmierzaliśmy.

— Myślę, że dzisiaj już nie zdążymy. Jeśli chcesz iść na łąkę, musimy się cofnąć, lecz wtedy nie zobaczysz całej naszej okolicy…

— To chodźmy tam już teraz — stwierdziłam — Biorąc po uwagę, że na razie nigdzie się nie wybieram, to zdążę tu jeszcze pozwiedzać.

Brokin zawrócił i znów szliśmy tą samą trasą. Z zaciekawieniem obserwowałam nielicznych Kraunów. Po chwili minęliśmy nasz dom i skierowaliśmy się w boczną ścieżkę w lewo. Przez chwilę przedzieraliśmy się przez wysokie trawy, a po chwili ukazała nam się łąka — wielkie pole aż po horyzont, ciasno wypchane kwiatami o tysiącach kolorów i zapachów. Wpatrywałam się w to oszołomiona.

— I wszystko stąd można zjeść? Tak po prostu? — zapytałam z niedowierzaniem.

— E, raczej nie polecam jeść trawy — Brokin zaśmiał się krótko, lecz po chwili jakby coś sobie przypomniał — Choć jest pewien wyjątek.

Zapatrzył się w ziemię, wyraźnie czegoś poszukując. Po chwili przeszedł kilka metrów i schylił się, a wyprostował już z zerwanym kwiatem. Przeszedł do mnie, taranując małe kwiatki, które od razu po zagięciu prostowały się z powrotem. Już z daleka dokładnie widziałam roślinę którą niósł. Duże, złotawe płatki lśniły w słońcu. Niemożliwym wydawało mi się, że utrzymują się na łodydze cienkiej jak nić i czarnej jak noc.

— Jego nawet nie próbuj — Brokin odrzucił go z teatralnym wstrętem na twarzy, prezentując co ja powinnam zrobić, tak jak małym dzieciom pokazuje się, co powinny zrobić, gdy zaczepi je ktoś obcy — Jest trujący. Nie powstrzymuje to oczywiście niektórych od próbowania go, a na każdy organizm reaguje inaczej. Najłagodniejszym skutkiem są wszelakie reakcje alergiczne, a najgorszym śmierć.

Próbowałam wypatrzyć w trawie porzucony kwiatek, by się mu lepiej przyjrzeć, ale kolorowe płatki myliły mój wzrok i mieszały w głowie.

— Będę pamiętać — westchnęłam, porzuciwszy wysiłki.

Brokin zdawał się już mnie nie słuchać, zrywając najbliższe kwiaty, ale pomimo całkowitego zaaferowania wykonywanym zajęciem, kiwnął lekko głową. Z naręczem roślin w dłoni zaczął przedzierać się przez łąkę, bez słowa zostawiwszy mnie na pastwę losu. Ani mi się śniło biec za nim, więc odgarnęłam kwiaty pode mną i usiadłam na trawie, próbując nie dopuścić, by co większe smagnęły mnie twarzy, usiłując wrócić do pierwotnej pozycji. Wyrwałam jedno z długich, zakończonych kłosami ździebeł trawy i zaczęłam je mechanicznie skubać. Brokin wrócił, nim zdążyłam zupełnie je ogołocić. Jego nadejście zauważyłam dopiero, gdy zawisł nade mną bukiet ociekających wodą kwiatów, który sprawił, że na moją głowę zaczęły spływać zimne krople. Wzdrygnąwszy się, wzięłam go z nadstawionej uczynno ręki. Spojrzałam z dołu na Brokina, unosząc brwi w pytającym geście.

— Spróbuj — powiedział, więc wzięłam kilka pączków i próbowałam wziąć je naraz do ust, chcąc uzyskać choćby namiastkę objętości zwykłego jedzenia.

— Nie! — zawołał Brokin na tyle dramatycznie, że zamarłam z otwartymi ustami.

— Po jednym — dodał już spokojniej.

Przewróciłam oczami i wybrałam pojedynczy kwiat. To sobie znalazł czas na wtajemniczenie mnie w procesy degustacji roślinek. Przymknęłam oczy i spróbowałam jego płatków.

— To smakuje… — zrobiłam krótką przerwę na namyślenie się — Jak kurczak z jabłkami. Ta konsystencja jest nienaturalna dla tego smaku.

— Nie do końca wiem, jak smakuje kurczak… ani jabłka– stwierdził Brokin — ale zaufam ci na słowo.

Chłopak urwał jeden z płatków kwiatów znajdujących się po bokach i zaczął żuć.

— Tak w zasadzie — powiedziałam pomiędzy jednym płatkiem a drugim — to w jaki sposób przy tylu kwiatach nie ma tu żadnych owadów?

— Owady nie istnieją na tej planecie. Matka Natura zbyt kocha nasz lud, by męczyć nas szkodnikami.

— Owady to nie szkodniki. Pomagają rosnąć kwiatom.

— Ale są liczne, a ich środki obrony przynoszą szkody innym gatunkom. A nasze rośliny, jak już wspominałem, są samowystarczalne.

Pokiwałam powoli głową, przyswajając nową informację. Koniec ugryzień komarów i pajęczyn w domu? Bajka. Po zjedzeniu zebranych okazów prozmawiałam jeszcze chwilę z Brokinem, dokładniej obejrzałam kilka gatunków roślin, ochlapałam się wodą ze strumienia i jakiś czas z uwielbieniem wpatrywałam się w niewidoczny w mieście horyzont. Ani się obejrzałam, a słońce zaczęło chylić się ku zachodowi.

— Chyba nie zdążę dzisiaj zajrzeć do naszego przydomowego ogrodu — stwierdziłam, z namysłem obserwując jego tarczę — No cóż, jutro też jest dzień,

Kiedy zaczęło się ściemniać, z przyzwyczajenia skierowałam się do domu, torując sobie drogę pomiędzy roślinami. Po zaledwie kilku krokach Brokin dogonił mnie i zatrzymał, ciągnąc za ramię, które wyszarpnęłam bez zbędnego zaangażowania.

— Jesteś pewna? — zapytał.

Spojrzałam na drogę przed sobą. Najbliższy teren porastały długie trawy i nieliczne drzewa. Spojrzałam się za siebie, od razu zauważając wyróżniającą się spośród roślinności ścieżkę.

— Ja po prostu właśnie miałam skręcać — odpowiedziałam i obróciłam się na pięcie.

Brokin szedł u mego boku niczym pies, który pilnuje, by niewidomy właściciel nie zboczył z chodnika. Po kilku minutach, gdy część nieba pokryła się już ciemniejszymy kolorami, dotarłam do domu.

Później, będąc już w sypialni odkryłam, że jeśli chodzi o piżamy, też miałam spory wybór. Z długimi spodniami, krótkimi, bluzki na ramiączkach, z krótkim i długim rękawem. No i oczywiście koszulę nocną, którą chwyciłam bez zastanowienia. Była całkiem biała, z koronkowym wykończeniem, miękka i ciepła. Z lubością położyłam się na łóżku, zgasiłam lampkę i niedługo później zasnęłam, mając nad głową błyszczący się w świetle księżyca baldachim.

Dzień 4

Obudziłam się, gdy tylko jasne promienie słońca wpłynęły do pokoju. Z niesłabnącym zachwytem podeszłam do szafy i wyciągnęłam to, co pierwsze wpadło mi w ręce. Po przygotowaniu się na kolejny dzień zeszłam po schodach, pierwszy raz nieumyślnie wspomogłam się skrzydłami, przeskakując na raz po kilka stopni, co zauważyłam będąc już w ich połowie. Powoli przeszłam się po wszystkich pomieszczeniach na parterze, a gdy nie spotkałam nikogo, wywnioskowałam, że Brokin musi nadal spać. Wymknęłam się z domu i skręciłam w lewo, gdzie poprowadził mnie biały, schludny płot otaczający ten teren. Za rogiem najpierw poczułam kwiaty, a dopiero później je ujrzałam. Setki gnieździły się na małej przestrzeni, a pomiędzy nimi płynęła cieniutka stróżka strumyka, która przemykała dalej przez szpary w ogrodzeniu. Oprócz tego znalazło się tam miejsce dla dwóch czy trzech plam soczystej, zielonej trawy i niewielkiego drzewka rosnącego w rogu. Wokół tego roztaczał się wspaniały zapach, który poczułam na początku. Uśmiechnęłam się do siebie, obserwując ten miniaturowy ogród botaniczny. Zerwałam kilka roślin i poszłam do kuchni. Z szafki chłodzącej wyjęłam jedną butelkę pitnego, złocistego miodu i odkręciłam ją. Wlałam ją do dwóch szklanek, które odnalazłam w na górnych półkach i postawiłam na stole, a kwiaty rozłożyłam na talerzach. Próbowałam znaleźć jakieś sztućce — bezskutecznie. Widocznie byłam skazana na jedzenie rękoma.

— Śniadanie! — krzyknęłam, czując niejaką satysfakcję z tego przejawu samodzielności w nowej sytuacji.

Dobiegł do mnie z góry niewyraźny dźwięk świadczący o tym, że Brokin się obudził. Nie musiałam długo czekać, by usłyszeć jego kroki na schodach.

— Zrobiłaś? — zapytał zaskoczony.

Spojrzałam niepewnie na zielsko rzucone w artystycznym nieładzie na talerze.

— Można to tak ująć.

Brokin uśmiechnął się, znów sprawiając, że poczułam się jak małe dziecko, ale zaczął jeść bez zbędnego komentowania,

— Surowe kwiaty oczywiście są smaczne — powiedział dopiero, gdy pochłonął dobrą połowę porcji — Jednak muszę ci pokazać, jak je przyrządzać, by wzbogacać ich smak i konsystecję, która tak ci przeszkadza.

— Wcale nie — powiedziałam, ale całej mojej wypowiedzi zaprzeczył głośny trzask jakiejś wyjątkowo grubej łodygi, którą właśnie przeżuwałam. Przełknęłam z zakłopotaniem — Chętnie się nauczę.

Po kilku minutach talerze i kubki były całkiem puste. Zmarszczyłam brwi, kiedy na myśl o planach na dzisiejszy dzień przyszło mi na myśl coś, co trudno mi było uchwycić. Po chwili poszukiwań we własnej pamięci zrozumiałam, o co mi chodziło i mało brakowało, a uniosłabym palec wskazujący w geście triumfu.

— Miałeś mi dzisiaj pokazać las — stwierdziłam — Mogę oczywiście sama się wybrać, ale…

Nie pozwalając mi odkończyć, Brokin wstał i wyszedł z kuchni. Jedynie zmarszczyłam brwi na to jawne zignorowanie mnie, lecz gdy tylko pojawiłam się w przedsionku zobaczyłam, że po prostu na mnie czeka.

Przez dłuższy czas szliśmy w milczeniu, a ja starałam się zapamiętać jak najwięcej szczegółów tego miejsca. Spojrzałam na słońce i odruchowo sięgnęłam do kieszeni, żeby sprawdzić godzinę na telefonie. Że też tego wcześniej nie zauważyłam… Nie zwykłam nosić zegarka, toteż w dniu porwania nie miałam go przy sobie. Ale telefon…

— Co zrobiliście z moim telefonem? — zapytałam oskarżycielskim tonem.

— Niestety, wasze urządzenia nie działają na naszej planecie. Wyrzuciliśmy go.

— A co z moją zgodą? To była moja własność — obruszyłam się. Brokin milczał przez kilka sekund, a ja ze zrezygnowaniem dodałam:

— No tak, przecież cała ta sprawa odbyła się bez mojej zgody. Macie tu chociaż zegarki?

Powoli pokiwał głową.

— Z tego co pamiętam gdzieniegdzie rozłożone są zegary słoneczne, ale już nikt z nich nie korzysta.

— Dlaczego?

— Upływ czasu denerwuje. My nie musimy się nigdzie spieszyć, więc wolimy być szczęśliwi, obserwując drogę słońca po niebie, bez cykających wskazówek nad uchem. Umiesz czytać czas z położenia słońca, prawda?

— Nie jest to raczej umiejętność, której możesz się spodziewać u przeciętnego Ziemianina. Słyszałam o tym co prawda, a kiedyś nawet z nudów próbowałam wykorzystać ten sposób, ale muszę sobie przypomnieć, jak to się robi.

Brokin pokiwał głową.

— Jeśli będziesz potrzebowała jakichś wskazówek, to służę pomocą.

Dalej szliśmy w milczeniu. Ja obserwowałam malownicze łąki i trawiaste równiny, które ukazały się gdy tylko minęliśmy ostatni dom, a Brokin patrzył się gdzieś w przestrzeń. Po kilku minutach dotarliśmy do granicy lasu, gdzie czekało mnie pierwsze zaskoczenie. Spodziewałam się zobaczyć wiecznie zielone drzewa iglaste i jakieś wielkie, może egzotyczne, liściaste. Natomiast różowe, żółte, czarno-białe, niebieskie i inne, o najrozmaitszych kolorach i owocach, które utrzymywane były przez cienkie gałązki, były dla mnie sporym zaskoczeniem. Przystanęłam w miejscu gdy tylko otoczyły mnie zewsząd te kosmiczne okazy. Brokin przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym odwrócił się i, widząc moje zmieszanie, zaczął wyjaśniać:

— Pamiętasz jak mówiłem ci o tej „dziwnej przyrodzie”? Pokiwałam niemrawo głową.

— Głównym jej elementem są drzewa. Nie żywimy się owocami, więc produkują one inne rzeczy — wzelakiej maści materiały, kruszce, a nawet niektóre rzeczy codziennego użytku. Musisz jednak umieć je rozpoznać, bo ich owoce nie zawsze są tym, co wydaje się na pierwszy rzut oka. Żeby móc ci je pokazać, musimy wejść głębiej w las, więc miło by było, gdybyś jednak ruszyła się z miejsca.

Zamknęłam otwarte ze zdumienia usta, jeszcze raz przyjrzałam się wszystkim drzewom, jakie udało mi się dojrzeć z tego miejsca i ruszyłam w głąb lasu, wciąż patrząc wszędzie, tylko nie przed siebie. Jeśli nawet sądziłam, że na obrzeżach las wygląda absurdalnie, to im bliżej jego serca, tym bardziej przypominał projekcję umysłu szaleńca. W międzyczasie Brokin mamrotał coś o danych drzewach, ale jakbym tego nie słyszała, otumaniona mnogością kolorów i niecodziennych kształtów. W pewnym momencie na tyle oddaliliśmy się od ścieżki, że nie miałam pojęcia gdzie jesteśmy. Wtedy też usłyszałam trzask, jak gdyby rzeczywistość została przerwana na pół. Brokin zastygł w bezruchu, a zza drzew wyleciał pegaz. Tak, dobrze to ujęłam — pegaz. Sierść konia była perłowobiała z kolorowymi refleksami od słońca prześwitującego przez korony drzew. Wielkie, białe skrzydła prezentowały się na jego smukłym grzbiecie, a ciemnobrązowe oczy czujnie popatrywały wokół. Przez krótką, trwającą ułamek sekundy chwilę skoncentrował wzrok na mnie. W jego oczach zobaczyłam jakiś blask, jakby przebłysk wiedzy, której zwierzę nie powinno posiadać. Pegaz zarżał krótko, i odbiegł, pozostawiając za sobą placki zerwanej ściółki. Odczekałam jeszcze chwilę w napięciu po czym szepnęłam ostro:

— Pegaz?! Wiedziałeś, że one istnieją na waszej planecie i nic mi nie powiedziałeś?!

— Ja… — wyglądało na to, że próbował powiedzieć jedno, ale po chwili całkiem zmienił się jego wyraz twarzy i wymamrotał coś zgoła innego — Widocznie zapomniałem o tym wspomnieć.

Oparł się wygodnie o drzewo i skrzyżował ręce na piersi.

— W gwoli wyjaśnienia, jest przyjęte, że pegazy potrafią władać magią: od leczniczej, po bojową, jednak nikt jeszcze tego nie widział. Są bardzo płochliwe, przy ucieczce wspomagają się skrzydłami, więc nie trudno zgadnąć, że raczej mało kto widział je z bliska — wyrecytował, jakby czytał mi formułkę z książki.

— Widać poszczęściło nam się — powiedziałam z powątpieniem

— A magia? Magia nie istnieje.

— A ludzie ze skrzydłami? — odparł zaczepnie.

— Też nie — westchnęłam, odruchowo sięgając do tyłu, gdzie moje palce trafiły na miękkie, ptasie skrzydła.

Brokin uśmiechnął się dziwnie smutno, zaciskając usta. Usiadł bez ostrzeżenia na ziemi, gestem zachęcając mnie do tego samego. Usiadłam, a skrzydła za mną naruszyły leżące wszędzie liście, wywołując cichy szelest. Brokin grzebał przez chwilę w otaczających go liściach i trawach, sukcesywnie wyjmując z nich małe, półprzezroczyste kwiatki. Kiedy uzbierał ich już całkiem dużo, obejrzał je i zmarszczył brwi. Wszystkie pokryte były maleńkimi grudkami ziemi i fragmentami liści.

— Trzeba je gdzieś opłukać. Chodź, z tego co pamiętam niedaleko płynie mały strumyk.

Odeszliśmy kilka kroków i już po chwili drogę przecięła nam niewielka strużka wody. Brokin zamoczył w niej kwiatki, wstrząsnął nimi kilkakrotnie i sprezentował mi. Z uśmiechem wdzięczności wybrałam kilka z nich i zaczęłam jeść. Chłopak także zjadł, a po chwili siedzieliśmy nad tym malutkim strumykiem i próbowaliśmy uzyskać z niego choć trochę wody do picia. Z początku cały czas nabierała mi się woda z mułem, ale po kilku próbach udało mi się zgromadzić w rękach chłodną, czystą jak kryształ ciecz. Wypiłam ją ze smakiem.

— Z chęcią poznałabym dalszą część lasu — już wstawałam, kiedy zauważyłam, że kolory stały się przygaszone przez powoli zachodzące słońce. Wastchnęłam — Ale ciemnościach z pewnością nie odróżnię odpowiednich kolorów.

Brokin wskazał, by podążyć za nim. Sprawnie obierał trasę, omijał wystające korzenie i pewnie szedł przed siebie. Dopiero, kiedy ukazała nam się ścieżka zrozumiałam, jak daleko zaszliśmy. Po jakimś czasie byliśmy już na głównej drodze, a miękki półmrok opadał na okolicę. Moje myśli krążyły po wspomnieniach i usiłowały znaleźć drogę pośród kłębiących się w mojej głowie emocji.

— Macie tu może jakieś zwierzęta domowe? — zapytałam niespodziewanie dla samej siebie.

— Można to tak ująć — powiedział powoli — W zasadzie przygarnąć można niemal każde zwierzę, które nie ucieknie od razu, ale, jakby to ująć, głównym gatunkiem hodowlanym są takie małe niedźwiadki. Wy na Ziemi macie podobne, zwiecie je pandami wielkimi.

Podniosłam brwi ze zdziwienia.

— One są całkiem spore, nie pomieściłyby się w domu.

— Być może wasze takie są. Ale u nas… sięgają najwyżej do kolan — zgiął się wpół i machnął ręką na omawianej wysokości, jakbym nie potrafiła sobie tego wyobrazić.

Ale miał rację. Nie potrafiłam.

— I nie myślałeś nigdy, żeby taką przygarnąć? — spytałam z początku z czystej ciekawości.

— Bałem się, że nie będę miał dla niej czasu.

Zapatrzyłam się w ziemię pod naszymi nogami. Co na tej, wydawałoby się, leniwej i spokojnej planecie mogłoby go tak zajmować.

— A teraz… Masz już czas?

— Sugerujesz, że mamy przygarnąć pandę?

— Jeśli nie miałbyś nic przeciwko — powiedziałam z pewnym zaniepokojeniem.

To mogło ujść za rządzenie się, biorąc pod uwagę, że znam Brokina tylko od trzech dni. Miałam jednak wrażenie, że zwierzę pomogłoby mi zaaklimatyzować się w tym miejscu.

— Chyba masz rację, to nie byłby problem. Mam znajomwgo, który zajmuje się ich hodowlą. Możemy pójść do niego jutro.

— Oh — powiedziałam, zaskoczona jak szybko zgodził się na moją propozycję — Dziękuję ci.

Brokin uśmiechnął się ledwo zauważalnie w półmroku.

Gdy dotarliśmy do domu, usiadłam na chwilę na kanapie, ale szybko opadło mnie zmęczenie, więc, nie chcąc znowu zasnąć w salonie, poszłam do sypialni, gdzie mogłam zrobić to bez żadnych zamachowań.

Dzień 5

Obudziłam się dosyć wcześnie, a po ubraniu się i obejściu całego domu znów nie znalazłam Brokina, odważyłam się cichutko uchylić drzwi do jego pokoju i tam zajrzeć. Pierwszy raz widziałam to pomieszczenie — ściany miały lekko kremowy kolor, a meble zostały wykonane z ciemnych, drewnianych desek. W prostym łóżku spał Brokin, zawinięty po czubek głowy w białą pierzynę. Słońce prześwitujące przez pomarańczowe firanki rzucało nieregularne plamy na jego postać. Przez chwilę zaświtała mi myśl, żeby odwrócić się i pójść na dół, jednak chęć zobaczenia (i przygarnięcia) miniaturowej pandy wielkiej była silniejsza. Stojąc niezdecydowanie w progu chrząknęłam cicho. Później głośniej. W końcu, obserwując brak jakichkolwiek reakcji ze strony brokinowego kokona, zawołałam cicho:

— Wstawaj.

Chłopak mruknął coś z pod kołdry, ale się nie poruszył.

— Brokin, jest taki piękny poranek, mam jeszcze tyle do obejrzenia. Wstawać pora — powiedziałam dosadniej.

Zza kołdry wychynęła jego głowa. Rozczochrane włosy ułożyły się się komicznie, przez co ledwo powstrzymałam się od śmiechu. Patrzył na mnie zaspanym wzrokiem, mrużąc oczy.

— To ty się może przygotuj, a ja pójdę zebrać coś na śniadanie — po tych słowach wyszłam z pokoju, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

W podskokach zbiegłam po schodach, machając skrzydłami, o których co chwila zapominałam. Jednak wylecenie przez drzwi nie było dobrym pomysłem, o czym zorientowałam się, kiedy skrzydła zahaczyły o framugi, a ja spadłam na ziemię. Podniosłam się z cichym jękiem, złożyłam skrzydła, postanawiając nie eksperymentować z nimi więcej w zamkniętych pomieszczeniach i wyszłam do ogródka. Wybrałam kilka kwiatków wyglądających najbardziej obiecująco, obmyłam je w małym strumyczku, którego źródła nadal nie potrafiłam się doszukać i weszłam z powrotem do domu. Ułożyłam kwiaty na talerzach, w kubki szybko nalałam wody i z ciekawością dodałam do niej ciemnoróżowego, lepkiego syropu wyjętego z szafki. Spróbowałam powstałego w ten sposób napoju, chcąc uniknąć przypadkowego otrucia gospodarza, ale smakowało jak połączenie kilku owoców leśnych i aromatów, których nie potrafiłam rozpoznać, w żaden sposób nie zaburzających jednak tej delikatnej kompozycji. Czekając na Brokina, popijałam do łyczek po łyczku, aż ze zdziwieniem odkryłam, że patrzę na dno naczynia. Odłożyłam je na stół i położyłam na nim dłoń, od niechcenia wybijając jakiś znajomy rytm palcami.

Brokin pojawił się niedługo później, a po kilku chwilach byliśmy już w drodze w głąb miasteczka. Zatrzymaliśmy się przy dosyć prostej chatce zbudowanej z błyszczących się w słońcu, niewielkich desek, z dachem pokrytym lśniącą w słońcu substancją. Ruszyłam ochoczo za Brokinem do drzwi, ale gdy już miałam minąć próg, zatrzasnął mi je przed nosem. Stanęłam lekko zdenerwowana pod ścianą, ale nie zdecydowałam się wejść. Czekałam kilka minut, uparcie patrząc się w niebo i próbując przypomnieć sobie, jak obliczało się czas względem słońca. Mój wzrok cały czas prześlizgiwał się na małe, puchate obłoki przenikające po błękicie, które przypominały baranki na najdziwniejszym pastwisku świata. Westchnęłam przeciągle i ukradkiem zajrzałam w okno. Delikatne, ale, ku mojej frustracji, całkiem kryjące firanki zasłaniały mi część widoku, a jedyne, co zobaczyłam to kawałek dywanu w pastelowym kolorze. Już chciałam wrócić do domu, gdy z budynku wyszedł Brokin. W ręku trzymał śliczne, puchate zwierzątko. Popatrzyłam się na nie z zachwytem i najdelikatniej jak mogłam wzięłam je od niego.

Pandziątko podniosło na mnie wzrok dużych, jasnych oczu i wczepiło się łapkami w moją bluzkę. Po chwili opuściło główkę i zwinęło się w niepełny kłębek. Ruszyłam w stronę domu.

— Samiec, czy samica? — spytałam cicho, nie pamiętając już nawet o wcześniejszym znieważeniu.

— Samica — odparł.

Kiwnęłam głową. Z racji, że miałam zajęte ręce, Brokin otworzył przede mną drzwi do domu. Ostrożnie położyłam pandę na kanapie i patrzyłam, jak zwierzątko spokojnie śpi.

— Dziękuję, naprawdę, to niesamowite — powiedziałam Brokinowi, który ukucnął obok mnie.

Uśmiechnąl się tylko.

— Czym one się żywią? — spytałam po chwili, poniewczasie zorientowawczy się, że zapomniałam o kluczowych kwestiach.

— Trawą. Pozwól, że przyniosę jej trochę.

Wstał i wyszedł z domu, a ja wygodniej usiadłam na podłodze i delikatnie pogłaskałam pandę. Widocznie i tak nie na tyle delikatnie, jak chciałam, bo zwierzątko podniosło na mnie nieprzytomnie spojrzenie i ziewnęło słodko. W tym momencie pojawił się też Brokin z trawą, którą wepchnął mi w milczeniu do ręki. Pokazałam ją pandzie. Na początku niechętnie ją obwąchała, ale później zaczęła jeść, zabawnie marszcząc pyszczek. Kiedy skończyła, zeskoczyła, bardzo zwinnie jak na takie z pozoru nieporadne zwierzątko, z kanapy i poszła w głąb domu, jakby była tu nie pierwszy raz. Brokin poprosił, żebym zajęła się nią przez chwilę, kiedy on pójdzie poszukać czegoś, co mogłoby posłużyć za kuwetę. Zwierzę znalazłam w swojej sypialni, kiedy w najepsze wylegiwała się w słońcu na parapecie. Usiadłam obok niej i odszukałam na kawałek materiału, który widocznie odpadł z którejś z poduszek. Podrzuciłam go przed pandą, co momentalnie ją ożywiło. Uśmiechnęlam się, gdy moje przekonania co do jej zadziwiającego podobieństwa do kota się potwierdziły. Z entuzjazmem rzuciła się na końcówkę materiału, a kiedy przesunęłam ją w bok, na chwilę zastygła zaskoczona, po czym znów rzuciła się na niespodziewanie odnaleziony skrawek. Roześmiałam się i bawiłam z nią dalej. W końcu udało jej się upolować materiał i z triumfem w oczach przytrzymała go w pyszczku. Później podeszła do mnie, wzruszającym gestem kładąc mi go na kolanach. Pogłaskałam ją w nagrodę po głowie, dziwiąc się jej ufnością i tak szybkim przywiązaniem. Bawiąc się jej futerkiem, patrzyłam się na ściany sąsiednich domów, na las w oddali i te wyjątkowo puchate chmury, przez które prześwitywało radośnie słońce. Tą pełną sielanki chwile przerwało mi ciche pukanie do drzwi.

— Proszę! — krzyknęłam. Do pokoju wszedł Brokin.

— Kuweta już stoi gdzie powinna stać, znalazłem też coś, co nadaje się na miskę. I przy okazji zrobiłem obiad.

— Och — zmieszałam się — A ja tak tu tylko siedzę i zawadzam… Brokin stanowczo zamachał rękami.

— Jesteś moim gość… khem… współlokatorką z wyboru! Siedź sobie w spokoju jeśli chcesz, musisz po prostu przywyknąć do nowego położenia.

Spojrzałam na niego z wdzięcznością i zostawiłam w spokoju pandę, której w oczach wciąż błyskały radosne iskierki. Minęłam Brokina i zbiegłam po schodach. Na stole w kuchni leżały duże, białe kwiaty, których brzegi płatków zwinęły się i zbrązowiały, umoczone w znanym mi różowym syropie.

— Jak mi ją nazwiemy? — zapytałam między kęsami.

— Kogo?

— Pandę.

— Nie myślałaś jeszcze nad imieniem? Pokręciłam głową z zakłopotaniem.

— W takim razie może teraz masz jakiś pomysł?

— Czy ja wiem… Gertruda? Brokin aż przerwał jedzenie.

— Chyba sobie żartujesz.

— Masz rację, żartuję. Stokrotka?

— Nie, dziwnie brzmi.

— Lila?

— Nie pasuje do niej.

— W takim razie może ty coś zaproponuj — zdenerwowałam się.

— Sisi?

Pomyślałam o tym chwilę i westchnęłam, gdy zrozumiałam, że tym razem nie postawię na swoim.

— Tak, Sisi. To dobre imię — zadecydowałam.

Brokin uśmiechnął się z nutką wyższości i wrócił do jedzenia. Gdy dokończyłam swoją porcję, wróciłam na górę, by pobawić się jeszcze trochę z pandą. Kiedy znudziła się i zwinęła w kłębek na jednej z poduszek, wyjęłam z półek książkami dosyć opasłe, ładnie oprawione tomisko podpisane „Mity i Legendy”. Już na Ziemi byłam zwolenniczką wszystkich opowieści tego typu, więc ochoczo zabrałam się za czytanie. Wiele razy natknęłam się na wątek pegazów i kruków, co raczej nie było dziwne biorąc pod uwagę tutejszą faunę i zadziwiające podobieństwo czarnych skrzydeł Kraunów do wymienionych ptaków. Zagłębiłam się w świat kolorowych drzew, wyskakujących znikąd pegazów i dziwnych sił rządzących tym światem. Po niedługim czasie na zewnątrz zapadł zmrok, więc z pewną niechęcią odłożyłam książkę i poszłam się umyć. Po wyjściu z łazienki zobaczyłam, że na dole włączony jest już telewizor. Zamknęłam drzwi od pokoju i rzuciłam się na pierzynę, po drodze zgarniając książkę. Niedługo potem zasnęłam, ukojona równymi rzędami liter i cichym posapywaniem pandy.

Dzień 6

Obudziłam się z książką na twarzy. Panda zniknęła ze swojego stanowiska, a niektóre z poduszek leżały na podłodze. Wybrałam z szafy zwiewną sukienkę, przebrałam się i zbiegłam po schodach. Tym razem Brokin wstał przede mną, a parujące, spieczone kwiaty leżały już na stole wraz z kubkami po brzegi wypełnionymi złotym płynem. Zjadłam danie ze smakiem, zatrzymując się jednak na chwilę, gdy przypomniało mi się o złożonej niedawno obietnicy.

— Czuję, że dzisiaj jest świetny dzień, żeby… — nie dokończyłam.

— Zostać w domu leżąc na kanapie? — zaproponował Brokin z rozmarzonym uśmiechem.

— Nie… — skrzywiłam się — żebyś nauczył mnie gotować. Brokin westchnął, jakbym zaproponowała cały dzień wojskowych morderczych treningów.

— A nie wolałabyś może poczytać, nauczyć pandę nowych sztuczek?

— Brokin — powiedziałam poważnie — Bez pytania zostałam zabrana ze swojej planety, umieszczona w domu z nieznajomym mi mężczyzną, zmuszona do życia tutaj, a jeszcze nawet nie minął tydzień mojego pobytu i już mam siedzieć w czterech ścianach jak więzień polityczny?

Chłopak gwałtownie pokręcił głową.

— Nie dramatyzuj, jeśli tak bardzo chcesz, nauczę cię przyrządzać kwiaty. Zbieraj się — z tymi słowami podniósł się i skierował ku wyjściu

Zrobiłam zdziwioną minę. Przecież…

Brokin zatrzymał się przy drzwiach i z uśmiechem popatrzył na mój osłupiały wyraz twarzy.

— Kwiaty najpierw trzeba zebrać, tak? Muszę ci pokazać jak je odpowiednio dobrać, więc trzeba przejść się trochę dalej niż za dom.

Pokiwałam głową. jakbym już dawno się tego domyśliła i była szczerze obrażona jego brakiem wiary we mnie. Niemniej, jednym łykiem dopiłam miód i popędziłam na spotkanie nowego dnia.

To, ile kwiatów było na łące znów zmyliło moje zmysły i choćbym chciała, nie potrafiłam rozróżnić poszczególnych zapachów i kolorów. Szczególnie, gdy Brokin rozkazał mi wybrać jeden. Usiadłam wśród roślin, zgniatając te, które były pode mną i rękami przeszukując pozostałe. W końcu, kiedy Brokin stojący nade mną zaczął już postukiwać nogą ze zniecierpliwienia, w ręce wpadł mi malutki, skromny kwiatek, którego płatki rozbrzmiewały głębokim, ciemnoczerwonym odcieniem. Zerwałam go delikatnie i pokazałam Brokinowi.

— Nie mogłaś wybrać mniejszego? — zapytał z przekąsem, omal nie zgniatając główki kwiatka.

— Mogłam, ale nie chciałam utrudniać — zironizowałam. Chłopak westchnął, oddając mi roślinę.

— Pierwsza zasada naszej kuchni: podobny smak mają kwiaty o tych samych odcieniach danego koloru. Powinnaś szukać kwiatów o odcieniach od różowego po trochę ciemniejszy od tego, który masz w ręce. Jeśli chcesz wzbogacić danie, dodaj do niego innego koloru i, oczywiście, próbuj, bez tego się nie obejdzie.

Skubnęłam kawałek kwiatka i w zamyśleniu przeżułam. Był dosyć nijaki, porównywalny do smaku ryżu czy makaronu. Wzięłam inny, pierwszy z brzegu, jaskrawoniebieski. W smaku był zdecydowanie za słodki, nie pasował. Wypróbowałam jeszcze kilka, aż w końcu trafiłam na biały kwiat wystarczająco kwaśny, by dobrze kontrastować z czerwonym. Po kilkunastu minutach poszukiwań udało mi się uzbierać garść czerwonych, bordowych i amarantowych roślin oraz podobną ilość mlecznych, alabastrowych i kremowych. Zabraliśmy się z tym wszystkim z powrotem do domu, gdzie położyłam zdobycz na stole. Dokładnie umyłam je wszystkie, rozłożyłam na czystych talerzach i spojrzałam pytająco na Brokina, który od kilku minut bez słowa obserwował moje wysiłki.

— Pokażę ci jak zrobić zupę i danie główne, które można podać zarówno na obiad, śniadanie jak i kolację. Podaj mi kilka białych — kiwnął na mnie ręką.

Szybko dałam mu, o co prosił i obserwowałam jak wlewa do niewielkiego, czarnego ni to garnka, ni to miski, trochę wody. Wrzucił tam kwiaty, otworzył szafkę nad sobą i pokazał mi trzy pudełeczka. Każde podpisane było obco brzmiącą nazwą i zawierało coś, co poprawnie wzięłam za przyprawy.

— To mieszanki niektórych gatunków kwiatów — wyjaśnił — proszę, spróbuj.

Niepewnie wzięłam na palec po trochu każdego z nich, wyczuwając pieprzne, pikantne i lekko słone aromaty. Wzięłam od Brokina jeden z nich i wsypałam szczyptę do wody.

— Jak uważasz — odłożył resztę na półki.

Natępnie wziął jeden talerz, powiedział, żebym pomieszała na nim kwiaty „jak tam chcę”, a kiedy to zrobiłam, polał syropem wyciągniętym z lodówki i otworzył klapę piekarnika.

— Teraz wystarczy wstawić to do ocieplacza aż zobaczysz, że woda w zupie zgęstniała a kwiaty na talerzu się przypiekły na końcach. Ot, cała filozofia.

— Zrozumiałam — kiwnęłam głową i usiadłam przy stole, wgapiając się w maszynę.

— Ale wiesz, to nie zrobi się tak szybko — ze zwątpieniem w głosie przypomniał Brokin.

— Spokojnie, poczekam.

Chłopak kiwnął głową i wyszedł do salonu. Co pięć minut podlatywałam to tego dziwnego urządzania doglądając potraw, które w ogóle nie chciały zmienić swego wyglądu. Po nieostrożnym włożeniu ręki do ocieplacza spostrzegłam, że panuje tam temperatura, którą można uznać za ciepłą, ale z pewnością nie tak wysoką jak w ziemskich piekarnikach. Musiałam więc poczekać dłużej. Minuty ciągnęły mi się niesłychanie długo, lecz po kolejnym sprawdzeniu zobaczyłam, że płatki już są zwęglone, a woda w zupie straciła swą przezroczystą barwę. Wyciągnęłam potrawy przez ścierkę i rozłożyłam na talerzach. Zanim zawołałam Brokina, spróbowałam zupy, która zgęstniała i smakowała kwaśno, trochę jak pomidory i była pikantna jak po dodaniu papryczki chili. Danie przypominało mi coś w rodzaju spaghetti, ewentualnie pizzy, nie biorąc pod uwagę formy i tekstury. Krzyknęłam do Brokina i w ciszy zjedliśmy posiłek.

— Może poszlibyśmy teraz… — zaczęłam, ale Brokin popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem.

Tym razem ja westchnęłam.

— Chciałam powiedzieć — ty zrobiłbyś na co tylko masz ochotę, a ja pójdę na górę nauczyć pandę nowych sztuczek.

Chłopak uśmiechnął się i ochoczo pokiwał głową, a ja poszłam szukać Sisi. Okazało się być to zadaniem trudniejszym niż sądziłam, ponieważ, mimo przeszukania wszystkich zakamarków w domu, nie potrafiłam jej znaleźć. Zrezygnowana poszłam do ogródka, jak zwykle w takich niecodziennych sytuacjach właśnie tam znajdując pandę. Okazało się, że zostawiłam niedomknięte okno w kuchni i Sisi wyskoczyła tamtędy. Leżała na trawie obok strumyka, podjadając ją raz na jakiś czas i z rozmarzeniem turlając się z boku na bok. Prychnęła cicho, kiedy ukucnęłam obok niej i z niechęcią usiadła, patrząc na mnie swoimi wielkimi oczami.

— Jak widzę komendę „siad” już umiesz… — mruknęłam — W takim razie „leżeć”!

Panda spojrzała na mnie z niezrozumieniem. Delikatnie popchnęłam ją ręką, powtarzając „leżeć”, lecz położyła się tylko na chwilę, błyskawicznie powracając do pozycji siedzącej.

— Masz tylko jeden tryb, czy co? — mamrotałam pod nosem, usiłując nauczyć czegoś nowego nieposłuszne zwierzę.

Po godzinie nieprzerwanych prób udało mi się położyć pandę, lecz z niepożądanym skutkiem — Sisi zasnęła, jak leżała. Westchnęłam głośno, ale wydawało się, że panda poległa na dobre. Delikatnie wzięłam ją na ręce i zaniosłam do domu, po czym położyłam ją u siebie w pokoju na jednej z poduszek. Spojrzałam przez okno na słońce, które już zbliżało się do horyzontu, choć wydawało mi się, że ledwo minęło południe. Zeszłam na dół, żeby zobaczyć, czy Brokin ogląda coś ciekawego, ale okazało się, że zasnął na kanapie, a w telewizji leci jakiś program o pieczeniu. Tak, pieczeniu. Nie dość, że mają tu tylko jeden sposób na obróbkę cieplną, to jeszcze potrafią ją przedstawić na milion sposobów. Powlokłam się z powrotem do siebie i, postanawiając nie kontynuować poprzedniej książki, sięgnęłam po inną. Lekko pochylone, srebrzyste litery na jej okładce głosiły wszem i wobec

„Podstawy budownictwa”. Z dobrą myślą zaczęłam czytać, przeglądając proste schematy domów i krzywizny dachów, oraz niewidzącym wzrokiem lustrować tekst, który zawierał więcej fachowych określeń, niż byłam w stanie zrozumieć. Nie zdążyłam dotrzeć do końca, kiedy zmęczone oczy ujrzały wyczekiwaną czerń snu.

Dzień 7

Obudziłam się bladym świtem z nosem w książce. Rozciągnęłam mięśnie, pozbywając się resztek snu. Stanowczo postanowiłam, że to o jeden raz za dużo, kiedy budzę się z otwartą książką na głowie, i muszę nauczyć się odkładać je zawczasu. Z niesmakiem spojrzałam na pogniecione ubranie, więc przebrałam jej szybko. Nie zastawszy pandy na parapecie, zeszłam na dół i dokładnie przeszukałam wszystkie pomieszczenia, nie znajdując ani jej, ani Brokina, z czego jego nieobecność nie zdziwiła mnie zbyt mocno. Zdecydowałam przyrządzić sobie śniadanie z wykorzystaniem nowej wiedzy piekarniczej. Nałożyłam buty, na ramiona narzuciłam cienki sweter i spokojnie przeszłam się na łąkę, gdzie już przechadzało się kilkadziesiąt Kraunów, zbierając kwiaty w celu, który prawdopodobnie był podobny do mojego. W oko wpadł mi pewien żółty kwiatek, niewielki, ale przypominający różę bez kolców. Zerwałam go i spróbowałam płatek. Był słodkawy, z charakterystyczną, kwaśną nutą. Ruszyłam na poszukiwania żółci w tęczy barw. Cytrynowy, słoneczny, piaskowy… mój wzrok przypadły złote, lśniące płatki w dużym pąku na wyjątkowo wątłej, czarnej łodydze. Na końcu głowy usłyszałam jakby ostrzeżenie, miałam przeczucie, by go nie zrywać, ale z racji, iż nie przypomniałam sobie dlaczego, dorzuciłam go do bukietu kwiatów już zebranych. Wróciłam się do domu, umyłam kwiaty i z rozmachu polałam je miodem, włożyłam do ocieplacza i usiadłam obok, czekając aż się zarumienią. Po chwili po kuchni rozniósł się słodkawy aromat, a chrupiące płatki wyjrzały zza przypieczonych listków. Czymś w rodzaju patyka znalezionego w jednej z szafek, odgrodziłam je równo na połowy i rozłożyłam na talerzach, a do kubków wlałam zimną wodę. Na talerzu Brokina nieśmiało połyskiwały

złote drobinki. W pewnym momencie obok nóg poczułam ciepłą, włochatą kulkę. Pogłaskałam Sisi za uszkami i poszłam do ogródka po kilka kępek trawy dla niej. Gdy wracałam, w drzwiach zastał mnie Brokin. Podałam Sisi trawę z ręki, uśmiechnęłam się do Brokina i kiwnęłam głową w stronę kuchni. Po chwili dołączyłam do niego i z wyczekiwaniem patrzyłam, jak próbuje mojego dania. Chłopak jadł w ciszy, a chrupanie rozlegało się po kuchni. Może za mocno przypiekłam? Zaniepokojona usiadłam naprzeciw i już miałam sama spróbować, gdy nieoczekiwanie Brokin… zniknął. Na jego miejscu pojawił się sporych rozmiarów, czarny kruk.

— Nie żartuj, zamieniaj się z powrotem w człowieka i mów jak ci smakuje — powiedziałam z uśmiechem.

Jednak Brokin nadal się nie zmieniał. Zamachał krótko skrzydłami, pokręcił dziobem i spojrzał na mnie jakoś tak przenikliwie.

— Brokin? — spytałam z lękiem — Dlaczego się nie zmieniasz?

Ptak wskoczył na stół, pogrzebał dziobem w swoim talerzu i wyciągnął niewinny złoty płatek, którym pomachał mi przed nosem. Głośno wciągnęłam powietrze. „Jest trujący. Nie powstrzymuje to oczywiście niektórych od próbowania go, a na każdy organizm reaguje inaczej. Najłagodniejszym skutkiem są wszelakie reakcje alergiczne, a najgorszym śmierć.” — w mojej głowie rozbrzmiało echo niedawnych słów. Głupia, głupia, głupia. Przez chwilę stałam po prostu, zesztywniała z przerażenia.

— To… to tylko reakcja alergiczna, tak? To nie jest… ty nie… — szeptałam, patrząc na kruka, który położył płatek z powrotem na talerzu i przysiadł na stole.

Potrząsnęłam głową. Nie panikuj, przecież musi być jakieś rozwiązanie. „Jest przyjęte, że pegazy potrafią władać magią: od leczniczej, po bojową…” — słowa obijały się o moją czaszkę. Tak, to jest to. Trzeba znaleźć pegaza.

— Chodź, Brokin, lecimy do lasu — machnęłam do niego i zerwałam się na nogi.

Wybiegłam z domu w akompaniamencie trzepotu skrzydeł za mną. Podskoczyłam krótko i wzniosłam się nad ziemię czując każdy mięsień na plecach, każdy podmuch powietrza i usiłując odnaleźć środek równowagi. Poleciałam jednak równo, napędzana adrenaliną, ale po kilku metrach kruk zakrakał głośno, przenikliwie.

— Co jest? — zapytałam z przerażenim, że stało mu się coś gorszego.

Kruk machnął łebkiem w stronę przeciwną do tej, którą lecieliśmy. Na horyzoncie widać było czubki drzew. Zarumieniłam się ze złości na samą siebie i zaawróciłam, podążając tym razem w dobrym kierunku. Po kilku minutach wylądowaliśmy, mocno młócąc powietrze skrzydłami. Kruk powoli ruszył przed siebie, pokonując następne metry krótkimi skokami.

— Pegazie! Hej, pokaż się! — krzyknęłam, przepłaszając kilka mniejszych ptaszków z drzewa niedaleko.

Kruk przystanął i spojrzał na mnie z wyrzutem, więc postanowiłam więcej się nie odzywać. Drzewa migały mi po bokach, ściółka zlała się w jedną kolorową plamę, a moje kroki — w niewyraźny szum. Po czasie, który ciągnął się w nieskończoność, oparłam się o szorstką korę najbliższego drzewa i wycieńczona osunęłam po niej. Nie wiem, ile przeszliśmy, ale czułam się, jakby droga ciągnęła się kilometrami, już dawno nie orientowałam się też, w którą stronę pójść, by trafić do domu. Kruk natychmiast zatrzymał się i swoimi śmiesznymi skokami podszedł do mnie.

— Brokin, my go nie znajdziemy — powiedziałam cicho — To po prostu niemożliwe.

Nagle na obrzeżach mojego pola widzenia zalśniło oślepiające światło. Powoli podniosłam zmrużone oczy i zobaczyłam… pegaza. Tak, pojawił się jakby znikąd i teraz sobie po prostu stał i patrzył na mnie oczami zbyt inteligentnymi jak na zwierzę. Kruk podskoczył pod samą jego pierś i zakrakał. Piwne oczy konia skierowały się z ociąganiem w stronę ptaka. Pegaz przekręcił się bokiem i przykrył go na chwilę skrzydłem, pod którym zajaśniało światło. Gdy je odsunął, zobaczyłam klęczącego Brokina w jego ludzkiej postaci. Ostrożnie podniosłam się na nogi i powoli, przesuwając stopę za stopą, podeszłam do pegaza. Kiedy znalazłam się tylko kilka centymetrów od jego pyska, a ciepły oddech owiał moją twarz, delikatnie podniosłam rękę i zbliżyłam ją do konia. Ten poruszył gwałtownie łbem, wpychając go pod moją dłoń. Pogłaskałam go, patrząc prosto w ciemne oczy. Pegaz pozwolił mi na to przez kilka chwil, po czym z cichym parsknięciem stanął słupka, zamachał potężnymi, perłowo białymi skrzydłami i odleciał gdzieś w błękitne odmęty nieba. Spojrzałam zaniepokojona na Brokina, który, nie zmianiając pozycji, wpatrywał się w ściółkę, opierając się na rękach zaciśniętych w pięści.

— Prze-przepraszam… — wyjąkałam.

Spojrzał na mnie nieco zamglonym wzrokiem i usiadł wygodniej, zaplatając nogi.

— Chyba mówiłem ci o tym kwiecie?

— Ja… Wiesz, miałam sporo wrażeń w ciągu ostatnich kilku dni

— przybrałam obronny ton, próbując odgonić strach ostatnich godzin.

— Rozumiem — pokiwał wolno głową — Od dzisiaj biorę na siebie przyrządzadnie śniadań. Obiadów też.

— Dla mnie to nawet lepiej — uśmiechnęłam się, ale po chwili mina mi zrzedła — Chyba bym już nic nie przyrządziła po tym… wypadku.

— Nie przesadzaj, ważne, że nic mi niem jest. Spokojnie.

Sam odetchnął głębiej i powoli zaczął przeczesywać trawę wokół siebie. Dopiero po chwili zobaczyłam, że jego dłonie wypełniają się małymi, białymi kwiatuszkami. Kiedy wstał, informując mnie o zamiarze wypłukania ich w strumieniu, zapytałam z nadzieją:

— To ty wiesz, gdzie jesteśmy?

— Znam ten las jak własną kieszeń.

Uznałam to za „tak”. Po chwili marszu usłyszałam głuchy szum i przed nami ukazał się szeroki, rwący potok. Na maleńkich falach tańczyły słoneczne odblaski. Chłopak uklęknął i zanurzył ręce z kwiatami w bystrej wodzie. Powtórzyłam jego ruch, a moje palce oblała zimna, orzeźwiająca woda. Przełożyłam wilgotne kwiaty do jednej ręki, a drugą zaczerpnęłam płynu i wypiłam zachłannie. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy, a dopiero później zaczęłam jeść. Kwiaty nie miały szczególnego smaku i jadło się je trochę jak papier, ale hamowały głód i napełniały żołądek. Po nędznym posiłku, rozciągnęłam się pod jednym drzewem i zapatrzyłam na skrawki nieba widoczne między koronami drzew. Brokin w zamyśleniu bawił się nielicznymi źdźbłami traw i kolorowymi liśćmi. Leniwie obserwowałam, jak niebo powoli zmienia swoje kolory na czerwień, pomarańcz, lekki róż i fiolet, aż w końcu zaciąga się ciemnym błękitem. Z ciężkim sercem podniosłam się i machnęłam do Brokina.

— Prowadź, proszę. Nie mam pojęcia, jak wrócić do domu. Chłopak podniósł się, wrzucając do wody długie źdźbło, finezyjnie zawiązane w supełki. Wyszedł przede mnie i zagłębił się w leśną gęstwinę. Kluczyłam za nim między drzewami. Bez problemu znalazł drogę i już po kilkudziesięciu minutach drzewa przerzedziły się, a my wyszliśmy na ścieżkę prowadzącą do naszego domu, gdzie dotarliśmy już niedługo potem. Zanim weszłam do środka, poszłam na chwilę do ogródka, zerwałam trochę trawy i niemal natychmiast wręczyłam ją pandzie, która przy powitaniu o mało mnie nie przewróciła. Ze zmęczeniem weszłam po schodach, krótko życzyłam Brokinowi dobrej nocy i, już w pokoju, z ulgą przebrałam się w koszulę, i rzuciłam na łóżko. Baldachim zafalował pod wpływem ruchu powietrza, lecz zanim znieruchomiał, już zdążyłam zasnąć.

Dzień 8

Tego dnia obudziłam się, gdy słońce już dawno wisiało nad horyzontem. Przeciągnęłam się leniwie, ziewnęłam i leżałam jeszcze chwilę, wpatrując się w sufit, nim postanowiłam wstać. Kilka minut później byłam już w salonie. Brokin leżał na kanapie i czytał jakieś opasłe tomisko z zagadkowym tytułem, więc wyminęłam go i wyszłam z domu. Zerwałam pojedyńcze kwiaty z ogródka, szybko je przemyłam i zjadłam zachłannie, popijając wodą. Wróciwszy, usiadłam na kanapie obok Brokina. Natychmiast odwrócił się w moją stronę.

— I jak ci się podobają?

Przez chwilę zastygłam w bezruchu, próbując sobie przypomnieć co mogłoby mi się zacząć podobać, jednak nie przyszło mi nic konkretnego do głowy, więc po prostu spytałam się Brokina.

— Skrzydła — odpowiedział.

— To raczej nowość z przed paru dni, co prawda nie zdążyłam się jeszcze do końca przyzwyczaić, ale czarny pasuje do wszystkiego, oczywiście wspaniale jest latać, więc raczej mi nie przesz…

— Nie o to mi chodzi — przerwał moją paplaninę — Czy oglądałaś je po wczorajszym spotkaniu z pegazem?

— Nie… nie miałam czasu. A co, coś się stało?! — zapytałam zaniepokojona i natychmiast wykręciłam głowę, by ujrzeć brzeg mojego skrzydła.

Brzeg skrzydła… i czarne pióra, jeszcze niedawno matowe, po których teraz tańczyły refleksy światła niczym po perle. Otworzyłam usta ze zdziwienia i mimowalnie poruszyłam nim, by upewnić się, że na pewno należy do mnie. W odpowiedzi połyskliwe smugi płynnie przelały się po jego powierzchni.

— I mówisz… — wyksztusiłam po dłuższej chwili — że to od pegaza?

— Nie jestem pewny, lecz tak podejrzewam.

— To… znaczy się… miło.

Brokin roześmiał się cicho, więc czym prędzej odwróciłam zachwycony wzrok od skrzydła i wstałam z kanapy, w międzyczasie zauważając krzątającą się nieopodal pandę. Z ociąganiem znów wyszłam do ogrodu, zerwałam tyle trawy, ile tylko zdołałam unieść i wróciłam do domu. Garść położyłam przed pandą, która zaczęła ją z entuzjazmem pochłaniać, a resztę ulokowałam na najniższej półce w szafce chłodzącej, żeby mieć ją pod ręką w razie potrzeby. Wróciłam na kanapę i wpatrzyłam się w przeciwległą ścianę, lecz nie wytrzymałam tak długo i popatrzyłam w okno z chęcią, by wyjść na zewnątrz. Brokin jakby czytał mi w myślach, podniósł się i powiedział:

— Wydaje mi się, że powinnaś lepiej poznać Krauron. Już nauczyłaś się poprawnie i sprawnie korzystać ze skrzydeł, więc chciałbym cię zabrać…

— Tak? — przerwałam mu ponaglająco.

— Na wyspę.

— Jaką wyspę?

— Taką… wiesz, zwyczajną. Niewielka, niedaleko od naszego kontynentu…

— Tak, chcę!

— A czy ja się ciebie pytam? To obowiązkowy punkt programu. Ubieraj się.

Wiele do ubierania nie było, włożyłam tylko lekkie, cienkie buty, a że dzień był wyjątkowo ciepły, to nie musiałam nawet narzucać niczego na ramiona. Brokin otworzył przede mną drzwi, lecz zatrzymałam się w progu.

— Co zrobimy z Sisi? — zapytałam.

— Włożyłem jej już do miski ilość trawy, która spokojnie wystarczyłaby dwa razy większej od niej istocie na kilka dni i tyle też wody, a w kuwecie ma świeżą ziemię. Zostawiam też otwarte okno w kuchni, ponieważ, jak widziałem, w razie czego potrafi wyjść do ogródka. Spokojnie wytrzyma kilkanaście godzin sama.

Pokiwałam głową, nie wyzbywszy się jednak wątpliwości. Brokin skinął głową i natychmiast po zamknięciu drzwi, jednym płynnym ruchem wzniósł się nad ziemię. Patrzył na mnie cierpliwie, gdy dobrą chwilę wyczuwałam mięśnie, by poruszyć skrzydłami, po czym niezbyt zgrabnie uniosłam się na pewną wysokość. Sama przed sobą przyznałam, że było mi to zrobić prościej, gdy wczoraj działała adrenalina. W końcu znalazłam się niewiele nad ziemią, ciężko młócąc skrzydłami powietrze. Delikatnie unosiłam się w górę i w dół, zanim udało mi się wyrównać lot i wznieść się wyżej. Brokin poleciał trochę na ukos od lasu, a ja posłusznie za nim, choć czułam się nieco niepewnie, gdy nie wiedziałam, gdzie mnie prowadzi. W ogóle czułam się zagubiona, choć ze wszystkich sił starałam się tego nie okazywać, nawet przed samą sobą. Monotonny krojobraz domów, lasów i pomniejszych jezior skutecznie odwrócił moją uwagę od ponurych myśli, szczególnie gdy na horyzoncie ukazał się wąski pasek połyskliwej wody, a już po chwili rozciągnęła się pode mną jej równa połać. Gdy tylko wystarczająco oddaliliśmy się od lądu, nieco krzywo obniżyłam się tak, że szybowałam kilkanaście centymetrów nad taflą i zachwycona przesunęłam po niej palce, a chłodne krople poleciały na boki. Byłam już w życiu kilkakrotnie nad morzem, lecz nigdy nie czułam się tak bardzo wolna jak w tej chwili. Miałam wrażenie, że mogę robić co tylko zapragnę, a nowy, nieznany świat stoi przede mną otworem. To uczucie towarzyszyło mi nawet nawet, gdy z góry zabrzmiał ponaglający krzyk:

— Wracaj tu! Już niedaleko!

Posłusznie zrównałam się z Brokinem, choć lot w górę mogłam porównać do wchodzenia po schodach. Daleko, na niebieskim płótnie malowała się niewielka, ciemna plamka.

— To ona! — Brokin wskazał przed siebie — Nazywa się Londo. Nie minęło długo czasu, kiedy przystąpiliśmy do lądowania. Miękki, ciepły piasek na brzegach wyspy natychmiast zmusił mnie do zdjęcia butów i zanurzenia w nim stóp z zadowolonym westchnieniem. Brokin złożył elegancko skrzydła i schylił się po garść piasku, który w zamyśleniu przelał między palcami. Po chwili bez ostrzeżenia rozciągnął się na ziemi i zapatrzył się przed siebie, na wodę. Jeszcze przez chwilę stałam, delektując się promieniami słońca na twarzy i obserwując otoczenie. Na granicy plaży rosła trawa, gęsto poprzetykana bladymi, delikatnymi kwiatami. Po chwili zastanowienia ruszyłam w tamtym kierunku, co chwilę wchodząc głęboko w piasek. Odetchnęłam, gdy poczułam pod nogami równy grunt, nabrałam naręcze kwiatów i wróciłam. Ukucnęłam nad brzegiem oceanu i ostrożnie zanurzyłam jeden kwiat, obawiając się słonego posmaku. Z zaskoczeniem zlizałam z jego płatka słodkie krople.

— Brokin?! — zawołałam.

Chłopak wolno podniósł się na łokciach i spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.

— Jesteś pewien, że to ocean?

— Skąd takie pytanie? — spytał, zamiast odpowiedzieć.

— Ma słodką wodę!

— I co w związku z tym? — powiedział z narastającym zdziwieniem.

— Słodką wodę mają rzeki i jeziora, morza i oceany z reguły słoną — tłumaczyłam, już podchodząc z bukietem umytych kwiatów.

— Z reguły to nie je się kwiatów na Ziemi. Jeszcze nie zrozumiałaś, że tutaj wiele rzeczy zupełnie nie pasuje do ziemskich standardów?

— Usilnie próbuję to zrozumieć… — mruknęłam, już bardziej do siebie niż do Brokina i podałam mu część kwiatów.

Odgłosy chrupania kwiatów dziwnie brzmiały w dziewiczej ciszy odludnej plaży. Słońce świeciło coraz słabiej i powoli chyliło się ku miejscu swego spoczynku. Popatrzyłam na Brokina.

— Nie powinnyśmy… nie wiem, poszukać jakiegoś miejsca noclegu? — zapytałam niepewnie.

Brokin zamrugał kilkakrotnie, jakby został gwałtownie wyrwany z głębokiego zamyślenia. Spojrzał na horyzont i wolno pokręcił głową.

— Już za późno. Wszyscy kładą się do snu, trzeba było pójść wcześniej… Oczywiście, jak chcesz, mogę jeszcze pójść się zapytać, ale…

— Nie kłopocz się. W końcu lepszy od hotelu cztery gwiazdki jest hotel cztery miliardy gwiazdek, prawda? — rzuciłam formułką.

— Hotel cztery gwiazdki? — z powątpieniem powtórzył Brokin. Był to moment, w którym zorientowałam się, że jeszcze długo zajmie mi przyzwyczajanie się do życia tutaj.

— Później ci wyjaśnię… — machnęłam ręką i położyłam się, kładąc ręce pod głowę.

W zamyśleniu wpatrywałam się w zmieniające się kolory na niebie. Przypominały mi mieszające się farby na palecie barw. Gdy dominującym stał się ciemny granat, zaczęły być widoczne gwiazdy — małe lśniące punkciki, świecące mocniej, niż widziałam kiedykolwiek na ziemi. Gdzieś na obrzeżach wzroku widziałam blady półokrąg księżyca dający światło w wyjątkowym, ciepłym odcieniu. Zasnęłam, wpatrując się w ciemne płótno nocnego nieba.

Dzień 9

Obudziłam się, gdy oślepiająco jasne słońce wyłaniało się zza horyzontu. Leniwie rozejrzałam się wokół i z pewnym przestrachem zarejestrowałam nieobecność Brokina. Podniosłam się na łokciach, otrzepałam piasek przylepiony do ubrania i już miałam wstać, żeby wyruszyć na jego poszukiwania, kiedy wyłonił się na granicy plaży. Gdy podszedł wystarczająco blisko, z uśmiechem rzucił mi wielki, kulopodobny kwiat, który złapałam odruchowo. Zaintrygowana przekręciłam do kilkakrotnie, by przekonać się, że nie mogę zarejestrować pojedyńczych płatków. Brokin przysiadł obok mnie. Patrzyłam, jak paznokciami nadrywa losowy punkt kuli. Uczyniłam to samo, a po zerwaniu sporego płata żylastej skórki ujrzałam w środku przezroczysty, lekko zielonkawy płyn. Spojrzałam przez ramię na granicę plaży będącą jednocześnie początkiem pasma zieleni. W niewielkiej odległości przed nią zauważyłam drzewa o ulokowanych wysoko, dużych zielonych liściach. Pod nimi kryły się właśnie te dziwne, kuliste kwiaty, co natychmiast przyniosło mi skojarzenie z ziemskimi palmami i pogłębiło moje wrażenie, jakby ta planeta była mocno wzorowana na Ziemi (czy może Ziemia na niej). Ze zwątpieniem spróbowałam soku z kwiatu i okazał się zadziwiająco wręcz słodki i kremowy, trochę podobny do jogurtu. Płatki też były zjadliwe, o smaku i konsystencji podobnej do suszonego mięsa, co jednak nie smakowało dobrze z sokiem, dlatego puste skorupy, swoją i Brokina, odniosłam na trawę i lekko przysypałam suchą ziemią, żeby nikt inny ich nie wziął przez przypadek. Przy tej krótkiej wycieczce okazało się, że jednak piasek dostał mi się także pod ubranie oraz między włosy i drapał przy każdym ruchu. Wróciłam do Brokina z niepewnym grymasem.

— Nie wiesz może, czy ktoś nie zajmuje się tutaj wyrobem ubrań? Albo chociażby pożyczy jakiś kawałek materiału żeby narzucić na siebie i uprać ubrania? Nie pomyślałam wcześniej, ale spanie na plaży nie jest zbyt dobrym pomysłem.

— Spokojnie — przerwał mi z uśmiechem — Zanim zabrałem się za szukanie śniadania, wstąpiłem do pobliskiej wioski. Jest tam jedna szwaczka z zapasem ubrań, wszyscy tutaj mają ich już pod dostatkiem. Na moją propozycję uwolnienia jej od nadmiernej ich ilości zareagowała aż nadto entuzjastycznie. Mamy od niej odebrać cztery pary spodni, kilka bluzek, sukienkę obficie udekorowaną falbanami i dwie pary butów. Poinformowała mnie, że albo weźmiemy tyle ile ofiaruje, albo nic, więc nie miałem wyboru…

Skrzywiłam się na nagłą wizję mojej szafy, która rozpada się pod naporem zbyt dużej ilości strojów. Przyjaciel wstał powoli. Jak zwykle pozwoliłam mu prowadzić, bo sama długo nie trafiłabym do wioski, która ukazała się dopiero za rozległą, lecz słabo rozwiniętą pod względem roślinności łąką i niewielkim skupiskiem palmopodobnych drzew. Brokin podszedł do pierwszego domku na brzegu udeptanej, wąskiej ścieżki. Budynek był niewielki, o ścianach zbudowanych z niezidentyfikowanego, białego budulca, a jego dach pokryty był łupinami, które przypominały brunatne dachówki. Po chwili oczekiwania drzwi otworzyły się, nie ujawniając postaci wewnątrz domu. Brokin wszedł, a ja, trzymając się w pobliżu jego pleców, także skierowałam się do wnętrza. Drzwi nieomal zatrzasnęły mi się na nosie. Zirytowana szarpnęłam klamką i ku mojej złości odkryłam, że są one zamknięte, choć nikt w okolicy nie zamyka drzwi nawet jak wychodzi (w końcu nikt nie praktykuje tu kradzieży). Przybita usiadłam pod ścianą i postukałam palcami w ubitą ziemię. Znudzona zaczęłam kreślić na niej kwietne wzory znalezionym nieopodal patykiem. Po kilku minutach wyszedł Brokin, niosąc w ręku naręcze ubrań. Podniosłam się szybko, porzucając gałązkę w przydrożną trawę.

— Po co ja szłam z tobą?! — wykrzyknęłam oburzona.

— Żeby odebrać ubrania — odpowiedział nieco zaskoczony.

— I jaka niby jest moja rola w tym?!

Chłopak uniósł brwi w górę i rzucił ubrania w moje ręce. Odruchowo złapałam je, a on ruszył w drogę powrotną.

— Taka — rzucił przez ramię.

Sapnęłam ze zirytowaniem. Kiedy dotarliśmy do pierwszej z palm, rzuciłam ubrania na świeżą trawę i wyciągnęłam z nich jeden ze zwiewniejszych strojów, po czym pomknęłam w najbliższe krzaki. Z ubrania, które z siebie zdjęłam poleciały cienkie strużki drobniejszego piasku. Pobieżnie je otrzepałam i przewiesiłam przez ramię. Wyszłam na plażę, rozrzuciłam ubrania na piasku i położyłam się na nich. Zamknęłam oczy, wystawiając twarz do słońca. Usłyszałam za sobą szuranie.

— Co robisz? — padło pytanie gdzieś z tyłu.

— Opalam się — odparłam leniwie.

— Nie znudzi ci się tak… leżeć?

— Nigdy. Chwila spokoju to wspaniały czas, żeby porozmyślać.

— To ty masz tak dużo do przemyślenia? Westchnęłam.

— Nawet nie wyobrażasz sobie, ile.

Później nie było już pytań. Słyszałam, jak Brokin przesuwa coś obok mnie i sam się kładzie. Po jakimś czasie, kiedy policzki i ramiona zaczęły mnie już lekko piec, a temperatura doskwierać, uznałam, że czas na obiad w chłodnym cieniu palm. Czułam się jak na wymarzonych wakacjach, dopóki na ślepo nie zapytałam:

— Czy ktoś z tu obecnych chciałby poszukać jakichś kwiatów do jedzenia?

Kiedy przez dłuższy czas nie otrzymałam odpowiedzi, podniosłam się na łokciach i rozejrzałam wokół. Jedyną obecną osobą na plaży byłam ja. Zacisnęłam rękę w pięść i bezsilnie uderzyłam nią w piasek, sprawiając, że jego drobiny rozprysły się wokół. Że też Brokinowi dzisiaj zebrało się na takie niezapowiedziane znikanie. Zebrałam się pospiesznie i wolno ruszyłam w stronę palm. Gdy tylko weszłam w ich cień, zauważyłam błądzącego wśród drzew chłopaka. Zbierał coś z nosem przy ziemi, w ręku trzymając bukiet kwiatów, które przypominały mi różnokolorowe róże. Odchrząknęłam znacząco. Później drugi raz. W końcu poddałam się z wydawaniem dźwiękowych pretensji, oparłam się o palmę i powoli zsunęłam po niej na ziemię.

— O, przyszłaś — usłyszałam, gdy tylko usiadłam na ziemi. Zaśmiałam się bezdźwięcznie.

— O, usłyszałeś — odparłam, a przede mną pojawił się barwny bukiet.

— Dziękuję — powiedziałam, zacząwszy skubać palcami płatki. Dziwna sytuacja — kiedy to na ziemi bukiet był prezentem, oznaką sympatii, tutaj przybrał kształt czegoś w rodzaju kebaba. Cóż, wypada się przyzwyczaić. W końcu co planeta to obyczaj. Brokin usiadł po drugiej stronie pnia.

— A, zapomniałem ci wspomnieć. Dzisiaj musimy wracać — mruknął Brokin z pełnymi ustami.

Skrzywiłam się. A było tak pięknie.

— Dlaczego?

— Ponieważ jutro jest święto.

— Byłbyś tak łaskaw powiedzieć coś więcej? — odparłam w przekąsem.

— Wielkie święto.

Przewróciłam oczami, lecz po chwili zza pnia doszedł do mnie stłumiony chichot.

— Nazywamy go Świętem Kwiata Jedynego — kontynuował już normalnym tonem — W ten dzień Kraunowie poszukują kwiatu

mieniącego się wszystkimi kolorami, jakie znamy dotychczas. Kwitnie on tylko raz w roku, a nawet wtedy na całym Krauronie jest jedynie po jednej sztuce na wyznaczoną ilość lądu, która waha się w granicach sporej wyspy, nieco większej od tej. Na Krauna, który go znajdzie przypada obowiązek rozsiać go w liczbie dziesięciu sztuk. Dziewięć przypada dla niego, a dziesiątą należy posadzić na dzikiej łące, aby rozsiała się i zwiędła jeszcze tego samego dnia.

Wsłuchałam się w to jak w baśń, coś niewyobrażalnego, więc kiedy skończył, milczałam jeszcze kilka chwil.

— Znalazłeś kiedyś choć jeden?

— Oczywiście. Dwa podczas całego mojego żywota.

— W takim razie pora znaleźć trzeci — odparłam, odrzuciłam łodygi zjedzonych kwiatów i wstałam.

Brokin dołączył do mnie już powyżej ziemi. Tym razem przypadło na mnie zaszczytne zadanie prowadzenia, czego niestety nie wypełniałam zbyt godnie, ponieważ ciągle zbliżałam się i oddalałam do wody, aby kolejny już raz przelecieć po jej tafli palcami albo zanurzyć całą dłoń. Brokin tylko parskał w reakcji na moje zachowanie, ale drogę znał o stokroć lepiej ode mnie, więc nie mieliśmy większych problemów z dotarciem do domu. Słońce już zbliżało się ku końcowi swej codziennej wędrówki, gdy wylądowaliśmy przed drzwiami. Brokin przepuścił mnie przodem, a sam zapobiegawczo zerwał kępkę trawy, którą ostudził zapał pandy, kiedy usilnie próbowała przewrócić mnie, uderzając z rozpędu w moje nogi. Na szczęście nie doszło do tego, a ja bez przeszkód dotarłam do pokoju. Zdążyłam jedynie rzucić się na łóżko i zamknąć oczy, w założeniu na pięć minut, by otworzyć je dopiero rankiem.

Dzień 10

Usłyszałam głośny, irytujący dźwięk. Chciałam go zignorować i spać dalej, jednak jego rytmiczność i natarczywość nie pozwalała mi na to. Powoli otworzywszy jedno oko, zobaczyłam Brokina trzymającego w rękach dwie metalowe płytki, którymi uderzał o siebie.

— Co się dzieje?! — zapytałam zaspana.

— Nie obudziły cię moje krzyki, więc musiałem zastosować inny sposób pobudki — powiedział powstrzymując śmiech.

Spojrzałam na niego krzywo, a on przestał w końcu uderzać. Niemrawo przetarłam oczy, sprawdziłam czy sponiewierane uszy są na swoim miejscu i podniosłam się na jednej ręce.

— Jakaż to znowu okazja? Zwykle mogłam spać dłużej.

— Czy cierpisz może na amnezję? — zapytał — Mówi ci coś nazwa „Święto Kwiata Jedyn…”

— Dobrze, dobrze — przerwałam mu — Już pamiętam. Zerwij dla mnie tylko jakiegoś kwiatka czy dwa, proszę, a ja się szybko przebiorę i możemy lecieć.

Mrugnął do mnie jeszcze i wyniósł się razem ze swoimi płytkami. Padłam na łóżko, lecz drugi raz nie popełniłam taktycznego błędu jakim jest zamknięcie oczu. Zwlekłam się niechętnie, wyciągnęłam z szafy jakieś ubranie i poszłam do łazienki. Po kilku minutach stałam na dole świeża, pełna energii, lecz niekoniecznie wyspana. Ziewnęłam w kułak. Brokin rzucił do mnie małe kwietne zawiniątko, które zjadłam szybko w trakcie zrywania trawy na zewnątrz. Pośpiesznie wrzuciłam kilka jej kępek do miski, którą położyłam dla pandy i wyszłam z powrotem. Brokin już na mnie czekał. Ramię w ramię, szybkim marszem poszliśmy na łąkę, gdzie natychmiast ruszyliśmy na poszukiwania. Już po kilku minutach zrozumiałam, że trudnym zadaniem jest znalezienie rzeczy, której nigdy w życiu się nie widziało. Nie było to jednak powodem do poddania się.

Z czasem przybywało coraz więcej Kraunów. Była to największa łąka w okolicy, o czym wcześniej uprzedził mnie Brokin, lecz oczywiście nie jedyna, co zmniejszało szanse na znalezienie kwiata. Jednak postanowiliśmy, że dopóki nie przeszukamy jej całej, dopóty nie zaczniemy szukać na następnej. Po kilku długich godzinach pozostało jeszcze od groma łąki do przeszukania, a nieskazitelnej ciszy ani razu nie przeszył okrzyk zwycięstwa. Zrezygnowana usiadłam w miejscu, które zewsząd otaczały jaskrowe słoneczniki. Zaczęłam rysować figury geometryczne na ziemi pozbawionej trawy. Przy rysowaniu trójkąta mój wzrok przykuł mały, na pierwszy rzut oka całkiem czarny kwiatek schowany nieśmiało między grubymi łodygami wysokich roślin. Jednak gdy przyjrzałam się dokładniej… Po jego płatkach niczym nieskończona rzeka przewijały się najróżniejsze barwy, których zawstydziłaby się nawet sama tęcza. Ostrożnie podważyłam ziemię wokół jego cienkiej, białej jak śnieg łodyżki, a on wypadł prosto w moją rękę. Podniosłam się oszołomiona i zaczęłam szukać pośród wszystkich zgromadzonych Kraunów znajomej czarnej czupryny. W końcu znalazłam ją, jedynie kilka metrów dalej. Dotarłam do Brokina w kilku skokach i entuzjastycznie poklepałam go w ramię.

— Czy to ten? — zapytałam nabrzmiałym od emocji szeptem, podsuwając mu kwiat pod nos, zanim jeszcze zdołał podnieść wzrok.

— Tak — odparł równie cicho.

— Znalazłam, znalazłam! — wykrzyknęłam już bez żadnych zahamowań, aby usłyszeli mnie wszyscy.

Usłyszałam kilka lekko zirytowanych pomruków, a Krauni powoli zaczęli rozchodzić się w swoje strony. Roześmiałam się beztrosko. Miałam poczucie, jakbym wygrała jakąś nagrodę.

— Chodź, bo nie zdążymy do końca dnia! — powiedział Brokin, ciągnąc mnie za ramię.

W szybkim tempie udało nam się dotrzeć do domu. Brokin wyciągnął z szafki kuchennej coś, co przypominało gąbkę i wyskoczył na zewnątrz, by po kilku sekundach wrócić z garstką ziemi i trawy usypanej na niej. Położył ją na blacie, po czym wziął skądś jeszcze trójkątny pojemnik, który wyglądał na zbudowany ze szkła. Przyjaciel delikatnie wyjął mi z ręki kwiat i postawił w przyniesionej gąbce, opierając o ścianę pojemnika, który założył na górę. Przez mały otwór na jego szczycie wlał trochę wody. Popatrzyłam wyczekująco na kwiat. Przez pierwsze kilka minut nic się nie działo. Przysiadłam na blacie stołu i nieprzerwanie wyczekiwałam jakiejś reakcji. Po około godzinie, która ró1)nie dobrze mogła być chwilą jak i wiecznością, kwiat powoli podniósł się do całkiem pionowej pozycji, a obok niego z gąbki wyłonił się mały kiełek. Szybko piął się do góry, bocznymi strąkami zahaczając o Kwiat Jedyny. Po następnej godzinie, może dwóch, w pojemniku kłębiło się dziesięć kwiatów, jedynie trochę mizerniejszych od swojego pierwowzoru. Po tym czasie do kuchni przyszedł Brokin, który w czasie procesu oglądał coś w salonie. Przez kilka chwil po prostu patrzył na kwiaty z nieobecnym wyrazem twarzy, ale po chwili podszedł i delikatnie zdjął pojemnik. Zerwał jeden kwiatek, który wyrwał się wraz ze splątanymi niteczkami cienkich korzeni. Podał mi go z namaszczeniem.

— Spróbuj — powiedział.

Przez chwilę przyglądałam się jeszcze kolorom przepływającym przez płatki. Zgięłam delikatnie kwiat w pół i w całości włożyłam do ust. Na początku czułam się, jakbym żuła papier, który po chwili przekształcił się w coś mlecznego. Przymknęłam oczy w skupieniu. To mi coś… przypominało. Nie smakowało jak nic z Ziemi, ale miałam wrażenie, że znam ten smak. Pod powiekami mignęły mi kolory, cienie, powoli kształtujący się obraz… przełknęłam. Wszystko zniknęło. Otworzyłam oczy zaskoczona i zobaczyłam, że Brokin właśnie kończy jeść kwiat. Na gąbce został już tylko jeden. Parsknęłam.

— Dałeś mi go, żeby odwrócić moją uwagę, prawda? — zapytałam.

Chłopak przełknął, wyszczerzył się do mnie złośliwie i przytaknął. Przyjrzałam się mu dokładniej. Jego poza wyrażała całkowite rozluźnienie, beztrosko się ze mnie nabijał, ale jego oczy były poważne, chyba wbrew zamierzeniu. Być może miał jakiś problem, o którym mi nie mówił. Zresztą czego ja wymagam od osoby, którą znam dopiero dziesięć dni? Tymczasem Brokin otrzepał ręce, wyjął ostatni kwiat z gąbki i gestem pokazał mi, żeby iść za sobą.

— Słońce niedługo zachodzi, trzeba go zasadzić — wyjaśnił i wyszedł z domu.

Wyrwana z rozmyślań, dogoniłam go szybko. Po kilku minutach doszliśmy do łąki, na której kręciło się jeszcze kilka osób. Błądziliśmy przez pewien czas, aż w końcu znaleźliśmy ustronne miejsce pod drzewem o bladożółtej korze i liściach o delikatnym morskim kolorze. Otoczone było wysokimi trawami, więc nikt niepowołany nie powinien nastąpić na rozkładający się kwiatek. Brokin uklęknął, ręką odgarnął trochę ziemi, położył tam roślinę i przyklepał grunt wokół niej. Usiadłam obok i przyglądałam się, jak kwiat drga przez chwilę roztaczając wokół małe pyłki, po czym ugina się ku ziemi i brązowieje wraz z ciemniejącym niebem. Słońce ukryło się już całkiem za horyzontem, gdy ostatni, matowy płatek odpadł w kwiatu i roślina zupełnie przestała przypominać swój pierwowzór. Podniosłam się i otrzepałam kolana. Brokin położył otwartą dłoń na ziemi obok kwiatu, westchnął cicho i razem ze mną skierował się do domu. Gdy tylko tam dotarliśmy, rozeszliśmy się do swoich łóżek. Panda przytruchtała za mną, z pewnym trudem wdrapała się na łóżko i zwinęła w kłębek. Głaskałam jej puszystą sierść do chwili, kiedy całkiem odpłynęłam.

Dzień 11

Ziewnęłąm i przekręciłam się na drugi bok, lecz mimo prób nie udało mi się zasnąć ponownie. Zrezygnowana wstałam z łóżka i przebrałam się. Wolno zeszłam na dół, gdzie okazało się, że jednak nie jest tak wcześnie jak sądziłam. Śniadanie złożone z kilku zarumienionych kwiatów już czekało na stole, a Brokin leżał na kanapie.

— Tobie chce się tak wcześnie wstawać? — zapytałam zaskoczona.

— Jeszcze kilka dni temu mógłbym zadać ci to samo pytanie. Pokręciłam głową z uśmiechem i poszłam zjeść śniadanie. Gdy tylko skończyłam, wróciłam do salonu i przysiadłam na rogu sofy. Telewizor był włączony, a na ekranie widniał obraz kosmosu.

— Skąd wy macie kablówkę? Nie widziałam żadnej anteny na zewnątrz — powiedziałam zaciekawiona.

— W każdym kraurońskim telewizorze montuje się specjalny korzeń srebrnego drzewa. To on jest odpowiedzialny za wszelkie programy telewizyjne. W każdym telewizorze leci to samo. Powodują to najbliższe sebrne drzewa, mające między sobą i swoimi oderwanymi korzeniami jakiś niewyjaśniony związek, dzięki czemu wywołują te same informacje na ekranach. W jednym miejscu na planecie kilka Kraunów założyło instytut, w którym chętni nagrywają programy — wyjaśnił.

— A telewizor?

— Sam skonstruowałem. Wystarczy poszukać odpowiednich elementów w lesie i połączyć z korzeniem.

— Może ja też bym zbudowała taki telewizor?

— Potrzebujesz drugiego? — zapytał zerkając na mnie z boku.

— Po prostu chciałabym spróbować. Skoro i tak nie miałby żadnego zastosowania w domu, to zawsze może stanąć w moim pokoju…

Chłopak zaśmiał się.

— Nie ma sprawy. Na strychu zostało mi trochę części. Jednak pamiętaj — nie ma instrukcji. Na całym Krauronie nie ma żadnej instrukcji. Trzeba kombinować.

— W takim razie chyba już zacznę — uśmiechnęłam się.

Poszłam na górę po schodach i stanęłam pod klapą w suficie. Rozejrzałam się.

— Gdzie drabinka? — zawołałam do Brokina.

— Masz skrzydła, zapomniałaś? — odkrzyknął.

No tak — mam skrzydła. Delikatnie wzniosłam się i pociągnęłam za rączkę od klapy. Ukazało mi się przejście na strych. Wzleciałam wyżej i stanęłam stabilnie na podłodze. Było tu pełno pudeł, a wszystkie opierały się o ścianę, tworząc pokrywę, która ją zasłaniała. Podłoga była wyłożona drewnopodobnymi segmentami, na których leżał szary dywan o wysokim włosiu. W pomieszczeniu stała lampa, dwa fotele i komoda na kółkach. Odwróciłam wzrok od wystroju wnętrza, skupiając się na pudłach, na których widniały opisy ich zawartości. Dopiero po kilku długich chwilach przeszukiwania pudeł znalazłam to z napisem „części do budowy”. Szybko je wyjęłam, o mało nie zburzając całej konstrukcji, i zeszłam na dół.

Gdy tylko Brokin mnie zobaczył, zaproponował wyjście do ogrodu.

— Dlaczego? — spytałam zaskoczona.

— Wiesz, gdyby coś wybuchło, to jednak wolałbym, żeby to nie stało się pod naszym dachem.

Spojrzałam na niego przerażona, a on roześmiał się.

— Na świeżym powietrzu lepiej się pracuje. Idź, ja w tym czasie pójdę na spacer z Sisi.

Już bez słowa odwróciłam się i wymaszerowałam na zewnątrz. Usiadłam na trawie, w jedynym miejscu wolnym od kwiatów. Otworzyłam pudło i wypakowałam jego zawartość na trawę. Moim oczom ukazały się różorakie przekładnie, metalowe płytki, części obudowy i jeden błyszczący, srebrny korzeń. Wyglądało to dla mnie jak zwykła masa części zamiennych i długo myślałam, jak dopasować do siebie poszczególne elementy. Szło mi to dosyć opornie i dopiero po kilku godzinach stworzyłam ogólny zarys tego, co powinno znajdować się w środku obudowy, której, swoją drogą, także jeszcze nie stworzyłam.

Dopiero, gdy zaczęło robić się ciemniej ujrzałam coś na kształt telewizora, co jednak nie miało ekranu, połowy ramy i głównego elementu — korzenia, jednak z powodu uporczywego głodu zrobiłam sobie krótką przerwę, w trakcie której zerwałam kilka kwiatów z tych, które rosły wokół i zjadłam łapczywie. Po tym nie miałam już siły ani chęci, żeby budować dalej, więc wróciłam zrezygnowana do domu. Światła były już pogaszone, więc po omacku próbowałam dotrzeć do schodów. Boleśnie uderzyłam palcami w pierwszy stopień, a gdy próbowałam wlecieć na górę, źle wymierzyłam odległość i walnęłam głową w sufit, przez co spadłam na schody, stoczyłam się na sam dół i zwinęłam w poobijany kłębek. Kiedy otrząsnęłam się z szoku, rozejrzałam się i przez chwilę nasłuchiwałam, czy Brokin się nie obudził. Gdy upewniłam się, że cisza trwa i ma się dobrze, ostrożnie wpełzłam na górę. Weszłam do pokoju i już chciałam rzucić się na łóżko, gdy pośrodku materaca wyczułam coś podejrzanie futrzanego. Prychnęłam cicho pod nosem i delikatnie złapałam całą miękką kulkę, która była zdecydowanie zbyt ciężka niż powinna. Ostrożnie przełożyłam ją na parapet i w końcu położyłam się na łóżku.

Dzień 12

Słońce świeciło już od dawna, gdy otworzyłam oczy. Odgarnęłam kołdrę i spojrzałam na siebie. Byłam ubrana we wczorajszy strój, który był dosyć pogięty, ale nie miałam siły się przebrać. Zeszłam wolno po schodach. Światło słoneczne oświetlało dom, sprawiając że wszystko okryło się jakby mgłą. W kuchni stał Brokin.

— Co chcesz na śniadanie? — zapytał dziwnie miękkim głosem.

— Nic, zjem w ogródku. Muszę skończyć budowę telewizora. Panda śpi w pokoju, zajmij się nią, proszę — poprosiłam, czujac że słowa układają się w moim ustach niemalże bez mojej wiedzy.

Wyszłam na zewnątrz i zerwałam kilka białych kwiatów. Zjadałam je, siadając na trawie przed szkieletem telewizora. Zaczęłam łączyć kolejne, kolejne elementy… Czas ciągnął się jak guma. Nagle poczułam silny wiatr wzbijający mi włosy i wszystko gwałtownie przyspieszyło. Głośny, przeszywający czaszkę pisk rozległ się w powietrzu. Do ogródka wpadł Brokin.

— Alarm! Inwazja! — wykrzyknął z paniką w oczach.

Patrzyłam na niego oszołomiona, kiedy podnosił mnie na nogi. Bez sprzeciwu pozwoliłam wyprowadzić się przed dom. Niedaleko lasu, kilkadziesiąt metrów od nas wylądował biały, zgrabny statek o opływowym kształcie. Brokin pociągnął mnie w stronę drzew. Potykając się, ruszyłam za nim. Cały czas patrzyłam się przez ramię do tyłu. Drzwi statku opuściły się, a ja zobaczyłam ludzi w skafandrach, którzy powoli, uważając na każdy krok, wychodzili z wnętrza pojazdu. Zatrzymałam się, wyrwałam rękę z dłoni Brokina i zaczęłam biec w ich stronę. Oszołomiony Brokin pobiegł za mną. Kiedy zorientował się, gdzie biegnę, stanął nagle i zawołał:

— Co robisz?! Musimy się kryć! Do lasu!

— To przecież ludzie, nie widzisz?! Nic nam nie zrobią! — odkrzyknęłam.

Pociągnęłam go za sobą. Nie biegł. Musiałam go wlec, ale nie męczyłam się. Szybko dopadłam do pierwszego człowieka.

— Hej, też pochodzę z Ziemi! Co was tu sprowadza? — zapytałam, zdumiona maszyną, która nijak nie przypominała znanych mi statków kosmicznych — Możecie zdjąć już te stroje, tu można spokojnie oddychać.

Zobaczyłam jak wytrzeszcza oczy.

— Aaron, mam dwóch — usłyszałam informację, którą wymówił do kogoś z ich grupy.

— Przyjąłem — odpowiedział mu ledwie dosłyszalny głos.

Ziemianin złapał mnie brutalnie za ramiona. Próbowałam się wyrwać, mówić, że nic mu nie zrobię, ale on jakby nie rozumiał. Związał mi ręce liną i zawlókł do wnętrza statku. Spojrzałam za siebie.

— Brokin! — chciałam zawołać, lecz głos ugrzązł mi w gardle. Zobaczyłam jak obezwładniają mojego przyjaciela. Gdy go pojmali zaczął się szarpać i młócić ramionami w powietrzu, lecz szybko przestał. Ktoś wbił mu strzykawkę w odsłonięte ramię. Oczy Brokina zaszły mgłą, bezwładne ciało złapało dwoje ludzi. Poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Odwróciłam głowę i bez sił do dalszego oporu ruszyłam za trzymającym mnie człowiekiem, który wprowadził mnie do statku. Znalazłam się w białym, owalnym pomieszczeniu z migoczącymi światłami po bokach. Przy ścianie stały cztery łóżka. Zobaczyłam parę Kraunów wciąganych do pomieszczenia przez drzwi po drugiej stronie. Jeden z nich próbował zmienić się w kruka. Poleciał kilka metrów, podczas gdy człowiek, który go prowadził, stał oszołomiony w miejscu. Chwilę później dało się słyszeć strzał i coś opadającego na ziemię. Kobieta, którą prowadzono wraz z tym Kraunem, krzyknęła w rozpaczy. Do pomieszczenia wleciało czarne pióro. Zamknęłam oczy. Poczułam jak ktoś zrzuca mnie na łóżko i zapina pasami. Uniosłam powieki i ujrzałam Brokina, którego niosło na rękach dwóch kosmonautów. Jego także położyli na łóżku. Chciałam zobaczyć, co dalej z nim zrobią, ale nie mogłam, bo oślepiło mnie światło. Mocno mrużąc oczy zauważyłam, że wokół mnie zebrało się więcej osób. Każda z nich trzymała inne narzędzie używane w medycynie. Nóż, skalpel, kredka… Kredka? Człowiek trzymający ją podwinął mi tunikę i zaczął rysować mi na brzuchu przerywane okręgi. Gdy skończył, zbliżył się ktoś inny, z nożem. Już wiedziałam, co zamierza uczynić. Mocno zacisnęłam oczy. Zaczęłam się modlić, po moich policzkach płynęły łzy bezsilności. Poczyłam ostrze wkłuwające się w delikatną skórę wokół pępka. Jednocześnie usłyszałam stuknięcie. Później drugie. Nim nóż zagłębił się w mój brzuch, nie słyszałam już stuknięć, a uderzenia — mocne, natarczywe. „Pewnie mam omamy, bo nie chcę umrzeć tak szybko” — pomyślałam mimochodem. Lecz wtedy ostrze zostało zdjęte z mojego brzucha. Delikatnie rozchyliłam oczy. Człowiek, który chciał przeprowadzić na mnie operację bez znieczulenia rozglądał się wokół oczami rozszerzonymi z przerażenie. Inni Ziemianie miotali się spanikowani po pomieszczeniu. Spojrzałam na ścianę dygoczącą koło mojego łóżka. Od kiedy ściany dygoczą? Nagle poczułam ciepło rozpływające się po plecach. Odkręciłam głowę najbardziej jak potrafiłam. Zobaczyłam końcówkę moich skrzydeł. Złote pióra. Na moich skrzydłach były złote pióra. Nie mogłam się nad tym dłużej zastanawiać, po usłyszałam, że ściany pękają. W najbliższej pojawiła się ogromna wyrwa. Już po chwili z sufitu zaczęły spadać odłamki. Zobaczyłam wyłaniającego się zza muru pegaza. Skąd wziął się tu pegaz? Po chwili ujrzałam następnego. Oba przebijały się przez ściany, które poddawały się niczym masło dla noża. Dziesiątki dziurek i pęknięć zasiały ścianę. Gdy rozchybotała się na dobre, a sufit zaczął się niebezpiecznie trząść, pegazy pogalopowały w moją

stronę. Oba dotknęły pyskami moich skrzydeł. Kiedy już tak uczynili, usłyszałam ryk, jaki wydały burzące się ściany. Wiedziałam, że brakuje już tylko sekund do zawalenia się sufitu. I wtedy poczułam jak całe moje ciało zaczyna piec. Oczy wypełniła mleczna biel, w której usłyszałam głęboki, wyraźny głos: „To nie tylko sen, to rzeczywistość. Jeśli nie powstrzymasz wydarzeń, Krauron zginie…”. Zobaczyłam jeszcze tylko maleńkie czarne kropki wpływające na biały ekran, jak przerywania w telewizorze. A potem? Potem nie było już niczego.

Dzień 12

Obudziłam się kiedy słońce dopiero wyłaniało się zza horyzontu, z przyzwyczajenia niemalże mechanicznie wyciągnęłam z szafy pierwszą lepszą rzecz i przebrałam się w nią. Dorzuciłam resztki trawy do miski pandy, która przyleciała do niej z radością. W kuchni na stole już czekało śniadanie. Nagle stanęłam w miejscu, oparłszy się się ręką o futrynę, żeby nie upaść. „Jeśli nie powstrzymasz wydarzeń” — głos zabrzmiał znów w moich uszach. Inwazja Ziemian. Jutro. Tylko ja mogę ją powstrzymać. Zerknęłam w bok, na końcówkę skrzydła. Przez sekundę zalśniła na złoto, jakby znak, że to była prawda, nie zwyczajny koszmar. Musiałam działać. Zignorowałam wylegującego się na kanapie współlokatora i wybiegłam na ulicę.

— Co robisz?! — usłyszłam za sobą nawoływanie Brokina. Jednak nie zatrzymałam się. W ogródku mignął mi niedokończony szkielet telewizora. Zatrzymałam się raptownie na środku drogi. Przecież nie wiedziałam jak powstrzymać inwazję. Nie miałam planu. Ba, nie miałam nawet pomysłu. W moją stronę zbliżała się para Kraunów z gaworzącymi dzieckiem w koszyku zaplecionym z pasów różnokolorowych materiałów. W uszach rozbrzmiał mi potworny wrzask ze snu. Ofiary. Podbiegłam do nich, nie wiedząc dokładnie co chcę zrobić. Zagrodziłam im drogę. Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony, kobieta przyciągnęła do siebie koszyk z dzieckiem. Nagle zmieszałam się.

— Emm… — zająknęłam się — Niech pan nie zmienia się w kruka w sytuacji zagrożenia.

Spojrzałam mu prosto w oczy i speszona odbiegłam do domu pozostawiając osłupiałą parę. Wpadłam do mieszkania, potrącając stojącego w drzwiach Brokina.

— Gdzie ty tak pędzisz od rana? — usłyszałam.

Jednak nie odpowiedziałam. Usiadłam ciężko na kanapie i złapałam się za głowę. Uderzyły mnie wspomnienia. Brokin krzyczący z paniką w oczach. Najazd Ziemian. Brokin, którego oczy zasnuwają się mgłą. Niedoszła operacja… nie, sekcja. Pegazy. To wszystko uderzyło mnie z wielką mocą. Pobiegłam do Brokina i pociągnęłam go na kanapę.

— Co wczoraj było? — zapytałam.

— Dzień Kwiata Jedynego — odpowiedział ze zdziweniem zmieszanym z podejrzliwością.

Zanim zaczęłam mówić, spojrzałam na końcówkę swojego skrzydła. Czarne, z odblaskami. Przypatrując się głębiej, dostrzegłam wyraźny błysk złotego.

Brokin patrzył na mnie ze zdziwieniem.

— Jesteś dzisiaj jakaś… — zaczął.

— Cii… Najpierw mnie posłuchaj — przerwałam mu.

Opowiedziałam mu wszystko co miało się wydarzyć. Brokin patrzył na mnie z osłupieniem.

— Wiesz… Ja tam się nie znam na tych ziemskich chorobach, ale… chyba coś ci jest — powiedział.

— Nie! Nie wierzysz mi? Spójrz na moje skrzydło! — krzyknęłam.

Brokin zaczął się w nie intensywnie wpatrywać, jednak nic się nie działo. Przyjaciel zerknął na mnie z powątpiewaniem, ale machnęłam na niego, dalej wskazując na skrzydła. Nagle poczułam delikatne ciepło na kręgosłupie. Przyjaciel wytrzeszczył oczy i wyciągnął rękę. Pogładził końcówkami palców złote pióro, nim na powrót stało się całkiem ciemne. Zamknął na chwilę oczy, jego powieki zadrżały.

— Czyli, że to jednak nie był zwykły koszmar… — wyszeptał.

— Brokin, musimy coś z tym zrobić! Inwazja nastąpi jutro, trzeba poinformować o tym innych! Te wydarzenia nie mogą się zdarzyć. Pegazy dały nam szanse. Musimy ją wykorzystać.

— Ale przecież ci twoi Ziemianie nie reagują na nasze słowa. Pragną nas tylko zabić i zbadać… niekoniecznie w takiej kolejności.

— Ja… Wiem, że jesteście… — urwałam — Jesteśmy rasą spokojną, ale musimy z nimi walczyć. Mamy lepsze możliwości i jestem niemalże pewna, że lepszych naukowców. Możemy stworzyć broń i odeprzeć atak.

— Ale…

— Co znowu?

— My nie potrafimy walczyć — odpowiedział z powątpieniem Brokin.

— Ale ja potrafię. Mój były gatunek potrafi. I zamierzam was tego nauczyć.

— Postanowiłaś za nas oboje, prawda? — zapytał z rezygnacją.

— Przecież tylko my wiemy o wydarzeniach przyszłości. Trzeba powiadomić innych. I to szybko.

— Musimy ustalić plan działania. Na początku…

— Lecimy do lasu po materiały do zbudowania głośników — przerwałam mu.

— Gdybyś dała mi dojść do słowa, powiedziałbym to samo, tyle, że bez budowania.

— Jak to — bez budowania? To w jaki niby sposób uzyskamy odpowiednią liczbę głośników?

— Na przykład — zrywając owoce drzewa głośnego. Wiesz, działa to na zasadzie… trochę podobnej do korzenia w telewizorze. Bierzesz kawałek kory, mówisz, a zwielokrotniony dźwięk rozlega się w owocach.

— Rozdzielimy się z głośnikami i porozstawiamy na całej Stancji.

— Czy mogłabyś przestać mi przerywać? Tak, zrobimy to, ale lepiej poprosić okolicznych mieszkańców, prawda? Gdy już to zrobimy, zaczniemy…

— Opowiadać co się wydarzyło. Wydarzy, nie wydarzyło.

— A potem zwołamy Kraunów do wytworzenia…

— Miotacza ognia.

— Co to jest? — zapytał Brokin.

— Chyba to mówi samo za siebie. Jest to maszyna, która miota…

— Ogień? Sam mogłem się domyślić. Wracając — żeby naukowcy wytworzyli te miotacze ognia i trochę broni…

— Białej.

— A czarna nie może być? — spytał przyjaciel.

— Nie, nie, tu nie chodzi o kolor — odparłam z uśmiechem — Są trzy typy broni: biała, palna i biologiczna. Biała to wszystko co trzyma się w ręku i nim wymachuje. Palna, to to co strzela, miota i ma zapłon. Biologiczna, to wszelkie trucizny, niebezpieczne gazy, i tak dalej.

— Aha. No, więc… Poprosimy naukowców żeby wytworzyli trochę broni białej, czarnej i biochemicznej…

— Białej, palnej i biologicznej.

— Tak, tak. Później wszyscy zaopatrzą się w tą broń.

— Będzie to już pod wieczór.

— I nie można tego rozwiązać w bardziej… pokojowy sposób? — zapytał ostrożnie.

— Brokin… Wprost uwielbiam wasze nastawienie do życia i rozstrzygania konfliktów, ale nie walczymy z Kraunami, pamiętaj. Walczymy z Ziemianami. U nas… J nich liczy się tylko brutalna siła. Zwycięstwo.

Mój współlokatr westchnął.

— W takim razie musimy zacząć działać.

— Ale nie z pustym żołądkiem — odpowiedziałam z niepewnym uśmiechem.

Brokin poszedł do kuchni, szybko pojawił się z dwoma talerzami. Podał mi jeden z nich i zaczął jeść w pośpiechu. Wzięłam z niego przykład. Liczyła się każda minuta, a ja nie zamierzałam marnować czasu na delektowanie się zimnymi kwiatami. Sprawnie skończyliśmy i czym prędzej wyszliśmy z domu. Już w wyjściu zamieniłam się w kruka, a Brokin pośpiesznie zamknął drzwi i uczynił to samo. Po kilku pierwszych metrach mnie wyprzedził. Zebrałam się w sobie i także przyspieszyłam. Już po chwili znaleźliśmy się w gąszczu drzew. Gdy minęliśmy pierwsze z nich, Brokin powrócił do pierwotnej postaci i oparł się o najbliższe drzewo. Ja także zamieniałam się z powrotem i zmęczona runęłam na leśne poszycie. Brokin posłał mi blady uśmiech.

— Sądziłaś że przelecenie takiej odległości w tak krótkim czasie będzie jak spacerek do ogródka na tyłach domu? — spytał.

— Nie — odparłam zmieszana, ale nie mniej zmęczona.

— Jeszcze zdążysz odpocząć, widziałem niedaleko drzewo głośne.

Ruszyłam za przyjacielem. Wkrótce przystanął przed szarym drzewem o czarnych, okrągłych owocach i ciemnych liściach.

— To jest to drzewo? — zapytałam z powątpieniem.

— Tak, a co?

— Wygląda jakoś tak…

— Zwyczajnie? Normalnie?

— Dokładnie.

— Och, nie oceniaj książki po okładce — mówiąc to Brokin wziął do ręki jeden owoc i oderwał kawałek kory.

Przytknął korę do ust i wyszeptał „posłuchaj”, a słowo rozbrzmiało wokół jak pomylone echo. Stałam tak blisko drzewa, że musiałam zatkać uszy. Kiedy dźwięk ucichł, Brokin uśmiechnął się do mnie i głośno powiedział:

— Chyba ogłuchłem na jedno ucho.

Zaśmiałam się. Nie odpowiedziałam tylko prędko zaczęłam zrywać owoce z drzewa i wyrywać kawałki kory. Gdy drzewo pozostało już ledwie drewnianym szkieletem wbitym w ziemię, wzięłam do rąk tyle materiałów ile się dało i poprosiłam, by resztę poniósł Brokin. Wzbiłam się dwa metry nad ziemię i zaczęłam lecieć do domu, uważając, by żaden owoc nie wypadł mi z rąk. Przyjaciel szybko mnie dogonił.

— Czy ty zawsze musisz startować bez ostrzeżenia? — zapytał, ale pozostawiłam to bez odpowiedzi

Gdy wylądowałam przed drzwiami, z ulgą rozrzuciłam na ziemi bagaż. Zostawiłam jeden owoc i kawałek kory na zewnątrz, a resztę zebrałam z powrotem i zaniosłam do domu.

— Dokąd idziesz? — krzyknął Brokin, gdy wszedł za mną do środka.

— Na strych.

Tak jak powiedziałam, wleciałam górę, gdzie zostawiłam owoce i korę. Po chwili przyleciał do mnie Brokin i zrobił to samo. Zeszłam na dół, wyszłam przed drzwi i wzięłam do ręki pozostawione drewienko, a owoc położyłam na środku drogi. Wzleciałam z korą ponad dachy domów.

— Proszę o uwagę — powiedziałam.

Mój głos niósł się echem po najbliższej okolicy. Miałam nadzieję, że pobliscy mieszkańcy, zaniepokojeni hałasem, wyjdą na zewnątrz. Zaczęłam szybko streszczać problem, nakreślać przyszłe wydarzenia, gdy tylko ujrzałam pierwszych Kraunów wystawiających głowy zza drzwi domów. Na drodze pode mną zdążyła się już zebrać niemała grupka słuchaczy. Kiedy skończyłam opowiadać, ktoś z tłumu krzyknął, że nie wierzy w wyśnione brednie.

— Patrzcie na moje skrzydła — poleciłam.

Po chwili poczułam miłe ciepło na plecach i usłyszłam szepty Kraunów. Zerknęłam na skrzydło, które na krótką chwilę zalśniło na złoto. Rozległy się zdumione okrzyki Kraunów. Nadleciał Brokin, niosąc w płóciennym worku wszystkie owoce. Zleciał w dół i zaczął je rozdawać. Każdy brał po jednym i odlatywał w przestworza. Stanęłam na ziemi i podeszłam do czekającego tam Brokina.

— Jak myślisz, ile czasu im to zajmie? — spytałam.

— Nie wiem. Kiedy minie południe, rusznikarze powinni już projektować podstawową broń. Zaczekajmy więc do południa.

— Zgoda.

Gdy nastało południe, poleciałam z Brokinem pod chmury. Oboje trzymaliśmy po dużym kawałku kory. Wokół naszego domu zebrała się ludność z najbliższej okolicy. Zaczęłam mówić. Mój głos niósł się echem, miałam wrażenie, że słyszę go z każdej strony. Szybko opisałam wydarzenia, jakie mogą nastąpić jutro. Na dowód mych słów chciałam zaprezentować kolor moich skrzydeł. Zamknęłam oczy i skupiłam się. Całe skrzydła zaczęły mnie piec. Usłyszałam okrzyki zdumienia dochodzące z dołu. „Znowu się udało” — pomyślałam z niemałą satysfakcją. Powoli otworzyłam oczy. Moje skrzydła lśniły płynnym złotem.

— Oto dowód, że mówię prawdę — powiedziałam.

Brokin kontynuował przemowę, prosząc o skonstruowanie prototypów broni. Jednak gdy w tłumie rozniosły się szepty, ja także zaczęłam wątpić.

— Brokin — podleciałam bliżej i szepnęłam do niego — Nie mam pojęcia, jak działa broń palna, więc nie potrafię wyjaśnić, jak ją stworzyć.

Brokin westchnął.

— Ja im to wyjaśnię.

Pokiwałam uszczęśliwiona głową. Dopiero później zorientowałam się, że Brokin, który ledwo potrafił zapamiętać rodzaje broni, zna konstrukcję pistoletu. Usłyszałam oklaski i wiwaty. Dłuższą chwilę trwało, zanim tłum rozstąpił się, a Brokin pociągnął mnie na ziemię. Stanęliśmy w naszym ogródku.

— Muszę lecieć, żeby wyjaśnić, jak skonstruować broń palną. Czy mogłabyś…

Brokin poszedł na chwilę do domu, po czym wrócił, niosąc w ręce plik zgiętych na pół kartek, wyglądem podobnych po pergaminu.

— Rozdaj je w najbliżej okolicy, proszę. Rusznikarze powinni czekać na instrukcje przed swoimi domami. Tylko… nie patrz, co jest w środku — dokończył i odleciał.

Spojrzałam na kartki, które pospiesznie mi podał i od razu naszła mnie pokusa, by zajrzeć do środka. Powstrzymałam się jednak. Ufam mu, prawda? Podskoczyłam i ruszyłam wgłąb zamieszkanego obszaru. Kraunowie specjalizujący się w wytwarzaniu narzędzi czy bardziej skomplikowanych przedmiotów codziennego użytku stali na głównych drogach, więc nie trudno mi było ich znaleźć. Gdy rozdawałam kartki, brali je i znikali w swoich domach. Po kilkudziesięciu minutach krążyłam już bezczynnie — wszyscy już dawno otrzymali instrukcje. Zawisłam w powietrzu, patrząc się intensywnie na ostatnią kartkę, którą trzymałam w ręku. Miałam jej nie otwierać… Moim oczom ukazały się rysunki broni. Wydawały się naszkicowane w pośpiechu, obok zawierały instrukcje — jak użyć, jak skonstruować, na jakich drzewach wiszą części. Szkice niemalże wiernie odzwierciedlały ziemskie, a zasady działania były podobne. Nagle spadły na mnie wątpliwości. A jeśli… jeśli nic nie jest takie, jak mi się wydaje? Pokręciłam głową, drąc kartkę na kawałeczki. Widocznie kiedyś… ale to było dawno, teraz jest inaczej. Poleciałam z powrotem do domu.

W ogródku zastałam Brokina, niepewnie trzymającego w rękach sporych rozmiarów broń.

— Jednak spodobały ci się historie o miotaczu ognia — uśmiechnęłam się, lądując.

— Po prostu poszedłem do najbliższego machanika, poprosiłem o jakąś broń, a on wziął pierwszą rzecz z wierzchu, którą zdążył zrobić i mi ją podał. A widziałem tam takie fajne miecze… — dodał z rozmarzeniem.

— Jeśli chcesz, ja wezmę miotacz ognia, a ty pójdź po swój miecz.

Brokin uśmiechnął się i bez słowa wyszedł na ulicę. Gdy tylko zniknął mi z pola widzenia postanowiłam zapoznać się bliżej z miotaczem ognia. Wyszłam do ogródka, wzięłam go do rąk. Nigdy nie miałam tego rodzaju broni w rękach, ale oglądając ziemskie programy, nietrudno było posiąść wiedzę o niej.

Wymierzyłam miotacz w niebo i nacisnęłam spust. Wpatrywałam się oczarowana w czerowno-złote języki liżące powietrze. Na oko zmierzyłam zasięg i z trudem powstrzymałam pokusę, żeby coś podpalić. To w końcu także mój ogród, a takich zniszczeń nie sposób szybko naprawić.

Brokin wrócił jakiś czas później i ostrożnie podał mi małą, dziwnie powykrzywianą broń, którą poprawnie rozpoznałam jako miecz. Można było na nim zawiesić oko — jak zwykle na tej planecie nie można było po prostu zrobić zwykłej broni, szczegółnie że czas naglił i jej produkcja stała się niemal hurtowa. Nie, każda musiała być wyjątkowa. W tym mieczu najbardziej wzrok przykłuwała rękojęść — niezwykła, powyginana, z materiału przypominającego nieco szorstkie drewno z małymi, błyszczącymi drobinkami wewnątrz. Długa, szeroka klinga byłszczała w słońcu. Brokin trzymał podobny oręż, choć widać było, że jest on nieco prostszy.

— Nie mam pojęcia, co to — powiedział niepewnie — ale spodobało mi się i domyślam się, że to raczej.. broń czarna?

Roześmiałam się, choć z tyłu głowy wciąż miałam narysowane przez niego instrukcje, trzymając miecz daleko, żeby przypadkiem się nie drasnąć, bo w moim przypadku wszystko było możliwe.

— Biała, Brokin. Nie może być tego tak trudno zapamiętać. Chłopak niepewnie pokiwał głową i podrapał się po karku z dziwnym uśmiechem, jakby pobłażliwym. Po chwili zaproponował, żeby poćwiczyć. Za przeciwnika obrałam sobie niewielkie drzewko, które rosło w rogu ogródka, opierając się w dużej mierze na prostym płocie. Z początku trudno mi było machać mieczem, choć na Ziemi, dowiedziawszy się ofercie lokalnego ośrodka kulturalnego, która obejmowała darmowe, dwumiesięczne uczęszczanie na kursy z obrębu wychowania fizycznego, chodziłam przez ten krótki czas na szermierkę, samoobronę, strzelnicę czy naukę jazdy konnej. Udało mi się obciąć jedynie kilka cieńszych gałęzi. W pewnym momencie kant ostrza zahaczył o korę i zaklinował się w niej. Chwilę się z nim siłowałam, lecz w końcu udało mi się wyciągnąć broń. Odsunęłam się od drzewa, dysząc ze zmęczenia, niezbyt zadowolona z efektów swojej pracy. Jednak Brokin patrzył na zmaltretowane drzewo z jawną fascynacją. Ominął mnie i zamachnął się kilka razy swoim mieczem. Wpatrywałam się w jego ruchy szerokimi oczyma. Nikt ani nic nie przekona mnie, że nie był wcześniej obeznany z bronią. Jego ruchy były pełne gracji, drzewo po kilku minutach było niemal przepołowione na pół, a z bladofioletowej kory sączyło się coś, co mogłam wziąć za żywicę. Jednak Brokin jedynie westchnął, patrząc na swoje dzieło.

— Wiesz, obawiam się, że dźganie nożem wyimaginowanego przeciwnika jest bardziej fascynujące, niż myślałem — powiedział, a ja roześmiałam się na jego słowa.

Jednak gdy mówił dalej, mój uśmiech zrzedł:

— Jeśli komuś spodoba się taki trening, może chcieć wypróbować to na… żywszym obiekcie. Wtedy na nic pójdą lata pokoju, przyjaźni i rozejmów.

— Myślę, że wasza kultura nie pozwoli, by tak się stało. Pomyśl tylko — każdy Kraun wie, że wojna, bezsensowne walki sprowadzają tylko ból i cierpienie. Wasz lud żyje nie od dziś, prawda?

— Nasz lud żyje od tysięcy lat. Do czego zmierzasz?

— U was zawsze panował pokój. Z logicznego punktu widzenia, nie istnieją żadne geny, które powodowałyby u was agresję. Nie macie uchybień, żyjecie w dobrym, wręcz idealnym, świecie i dalej tak będzie. Nie ważne, że komuś podoba się broń. Ważne, że nikt nie będzie jej używać w złym celu.

— Tak… — powiedział, ale w jego głosie słyszałam wyraźne zwątpienie — Jeszcze tu chwilę poćwiczę, a ty idź do domu, musisz się chociaż wyspać.

Spojrzałam na niego z ukosa. W jego oczach błysnęło coś, czego nie mogłam wychwycić, więc darowałam sobie próby przekonania go, że mu także potrzebny jest odpoczynek i posłusznie poszłam do domu. Pośpiesznie nakarmiłam pandę i przygotowałam się do snu, który wyjątkowo nadszedł w wahaniem, oblepiając mój umysł jak zbyt ciężki lep.

Tej nocy spałam niespokojnie.

Dzień 13

Wołanie Brokina obudziło mnie tuż po świcie, w momencie, kiedy w końcu udało mi się spokojnie zasnąć.

— Wstawaj! Ziemianie nadlatują! — krzyczał.

Sennie otworzyłam oczy i przez chwilę zastanawiałam się o co mu chodzi. Jednak gdy tylko sobie przypomniałam, szybko zerwałam się na nogi, rozwalając wokół pościel i poduszki.

— Nie mogłeś obudzić mnie trochę wcześniej?! — wykrzyknęłam, zbiegając po schodach.

Wbiegłam do ogródka, pospiesznie zerwałam i zjadłam trochę zieleniny, żeby nie iść walczyć z pustym żołądkiem, po czym podniosłam miotacz ognia z ziemi. Czym prędzej wybiegłam przed dom, gdzie już czekał na mnie Brokin z mieczem w ręku. Przed innymi domami także stali Kraunowie, dzierżąc w dłoniach najrozmaitszy oręż. W powietrzu słychać było ciche furkoczenie, jakby właśnie coś nadlatywało. Niepewnie przystąpiłam z nogi na nogę. Przygotowywać się do walki to co innego, niż stanąć oko w oko z wrogiem. Kilka minut później na niebie pojawił się zarys pedantycznie białego statku, tak bardzo niepodobnego do tych znanych z wiadomości czy programów popularnonaukowych. Widocznie albo przegapiłam moment, w którym ziemska technologia doszła do tego poziomu, albo przed zwykłymi ludźmi takie informacje były zatajane. Statek unosił się długi czas w jednym miejscu, po czym zaczął powoli opadać na ulicę. Kilka sekund po wylądowaniu drzwi otworzyły się z hukiem, a ze środka zaczęli wychodzić Ziemianie w skafandrach.

— Do ataku! — krzyknęłam wiedziona jakimś pierwotnym instynktem i ruszyłam przed siebie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 59.37