drukowana A5
66.19
Kwiaciarnia dla dwojga

Bezpłatny fragment - Kwiaciarnia dla dwojga

Objętość:
554 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8155-767-2

Niech ta historia — jak polny kwiat

Zakwitnie na szerokim polu wyobraźni

Uczyni codzienność znacznie piękniejszą

I rozrzuci nasionka z dobrym przesłaniem

1. Jak poznałem najwspanialszego faceta na świecie

***

Ach, jakie to wszystko było przeraźliwie proste… Tak przeraźliwie proste, że aż śmieszne i tak śmieszne, bo najzupełniej prawdziwe.

On, człowiek sukcesu i uosobienie perfekcji, tak po prostu zgubił cel w życiu.

Młody, jasnowłosy mężczyzna, który doszedł do tej dość filozoficznej konkluzji, już od kilkudziesięciu minut nieruchomo wpatrywał się w odległy punkt horyzontu, gdzie łagodnie błękitny nieboskłon bratał się z ziemią… tylko że nie. Od jakiejś pół godziny niebo wolało łączyć się z morzem, które zajmowało dobrą jedną trzecią widoku z okna wagonu. Trasa kolejki ciągnęła się bowiem wzdłuż wybrzeża, dzięki czemu pasażerowie nieszczególnie chyba uczęszczanej linii Chikuhi (poza mężczyzną w otwartym przedziale siedziała jeszcze tylko para staruszków) mieli doskonały podgląd na tutejszy zróżnicowany krajobraz. Po lewej mijało się skarpy oblepione bujną, świeżo zazielenioną roślinnością, po prawej znów rozciągała się zatoka, nad którą szybowały mewy, skarżące się na swój ciężki żywot.

Ta, one miały ciężko. Tylko co w takim razie miał powiedzieć Viktor, lat już całe dwadzieścia siedem, człowiek zaręczony z Pracoholizmem i ojciec spodziewający się gromadki pociech o imionach Frustracja, Samotność, Zastój oraz — jego osobiste oczko w głowie — Wypalenie Zawodowe? Że chciał spędzić w takim domu resztę życia? No chyba nie!

Aby od tego uciec, Rosjanin z początkiem kwietnia przyjechał do Japonii na znane i szeroko polecane w branży targi „Fukuoka International Gift Show”, odbywające się co prawda w dość nieregularnych odstępach czasu, ale za to zawsze z wielkim rozmachem oraz otwartością. I Viktor naprawdę liczył na coś szczególnego. Miał nadzieję, że wizyta natchnie go do nowych przedsięwzięć, że zainspiruje się orientem, że odnajdzie świeżość, która doda mu energii do projektowania niezwykłych wnętrz… Ale tutaj było jak wszędzie. Miasto okazało się typową, stalowo-betonową dżunglą dość mocno wypełnioną ludźmi, maszynami i reklamami, a na samych targach roiło się od tylu zainteresowanych, że Nikiforov nie miał nawet przestrzeni, aby w spokoju pomyśleć o obiedzie, nie mówiąc już o szukaniu pomysłów na nowy katalog. Nie, nie, to nie o to mu chodziło. Nie o takie miejsce. Viktor potrzebował czegoś innego, czegoś… czegoś mniejszego. Cichszego. Oddalonego od wszystkiego. Czegoś absolutnie wyjątkowego. I gdyby tylko wyjątkowość sprzedawano w sklepie, z chęcią wziąłby od razu cały sześciopak.

Co zatem Viktor robił w praktycznie pustym pociągu zamiast przepychać się wśród tysięcy podobnych do siebie Azjatów i podziwiać dwunaste z kolei drzewko bonsai? Odpowiedź była prosta — bo tak. Bo mógł. Bo jakby czegoś nie zrobił, to chyba do reszty by zwariował. I w sumie to już zaczął okazywać tego pierwsze symptomy, skoro drugiego dnia targów Viktor w przypływie nieco zastałego, młodzieńczego szaleństwa oraz w pogoni za przygodą wyszedł na miasto, dotarł na dworzec kolejowy i wsiadł do najmniej zachęcającego, wyludnionego i powolnego pociągu, jaki przyciągnął jego uwagę… no i który akurat stał na peronie, rzecz jasna. Właśnie w ten sposób znalazł się tu, w wagonie ciągniętym w stronę jakiejś prowincjonalnej mieściny, oddalonej o dobrą godzinę od Fukuoki. Cel podróży wydawał się więc idealny — na tyle niedaleki, że w razie niepowodzenia byłby w stanie jeszcze tego samego dnia wrócić do opłaconego przez firmę hotelu, ale na tyle nieznany, że przy odrobinie szczęścia mógł trafić na jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi krainę, gdzie sędziwy samuraj, który splotem niesamowitych przypadków uchował się gdzieś poza cywilizacją, szlifował swoją rodową sztukę walki…

No co? Przecież tak właśnie mogło być. I może akurat temu samurajowi zwolniło się ostatnio miejsce na ucznia?

Tymczasem sygnał przychodzącego e-maila przerwał monotonną melodię stukającej trakcji. Mężczyzna nie pokwapił się jednak, aby zerknąć, kto widniał jako nadawca wiadomości, bo odpowiedź zawsze była ta sama. Skoro nie miał życia prywatnego, to znaczyło to, że… Spomiędzy ust Rosjanina wydostało się długie, melancholijne westchnienie. No właśnie. O firmie mowa, a firma tuż-tuż. Czy tego chciał, czy nie, Viktor Nikiforov, żywa legenda świata designerskiego, nie mógł uciec od obowiązków. W końcu był nie kim innym, ale samym założycielem znanej w międzynarodowych kręgach aranżacyjnych firmy Stammi (która swoją nazwę zawdzięczała wieloletniemu zamiłowaniu Viktora do oper i baletów, szczególnie tych włoskich), składającej się z kilkunastu rozlokowanych po całym świecie oddziałów oraz siedziby głównej znajdującej się w rodzimym Petersburgu. Lecz chociaż Nikiforov nie zajmował w niej fizycznie żadnego kluczowego stanowiska, chociaż nie był żadnym kierownikiem ani tym bardziej ojcem dyrektorem (od tego na szczęście miał starego, dobrego Yakova), to posiadał tak znaczne udziały w spółce, że tak czy siak żadna decyzja nie mogła zapaść bez jego zgody. Był więc tylko i aż prezesem. Szarą eminencją Stammi, swoistym szefem wszystkich szefów, który trzymając się trochę na uboczu, trzymał rękę na pulsie. Ponadto wytyczał najważniejsze trendy, kontaktował się z przedstawicielami innych firm oraz… oraz robił to, co kochał od praktycznie małego, kiedy to mama przypatrywała się, jak szkicował świecową kredką kolorowe domki — zajmował się urządzaniem niewielkich, przytulnych, ale wciąż efektownych mieszkań. Przynajmniej do pewnego czasu.

Wszystko zaczęło się jednak od najzwyklejszej strony internetowej. Blog bluerose.com, który Viktor stworzył gdzieś na początku studiów, był dla niego ostoją, gdzie pod pseudonimem Rose mógł przelewać na monitor wszystkie swoje bardziej lub jeszcze bardziej nietuzinkowe pomysły, które nie spotykały się z aprobatą skostniałych profesorów architektury. Chłopak chodził więc hobbistycznie po pchlich targach, fotografował interesujące drobiazgi, robił poradniki na nietypowe prezenty, a z czasem także przygotowywał szablony stron internetowych i wreszcie szkicował własne koncepty na aranżacje wnętrz, wszystko to tworząc dla czystego, nieskrępowanego sportu. Ach, no tak, i rzecz absolutnie najważniejsza — od samego początku jego konikiem były motywy kwiatowe. Z czasem stało się to nawet swoistym znakiem rozpoznawczym, bo jakkolwiek minimalistyczny i oszczędny projekt Viktor by nie przygotował, zawsze starał się w nim przemycić jakiś kwiatowy rzucik albo wazon aż proszący się o wstawienie bukietu. Ot, taki firmowy żarcik, coś w stylu artystycznej zabawy z rodzaju „znajdź Wally’ego”. Wszak na własnym blogu mógł sobie pozwolić na wszystko.

Ale jak to z dobrymi pomysłami najczęściej bywało, prędzej czy później znajdywali się również ludzie, którzy je doceniali, dlatego witryna stopniowo zaczynała zyskiwać na popularności, aż prawdziwą sławę zdobyły różane kompozycje w tonacji bieli i błękitu, stanowiące później wizytówkę całego bloga. I tak od posta do posta do Viktora zaczęły spływać nie tylko pochwały czytelników, ale również kontakty od zainteresowanych współpracą firm, które zwęszyły w Rosjaninie potencjał handlowy. Nie pomyliły się. Dzięki swojej charyzmie, wyobraźni oraz nienagannej prezencji Viktor zbudował szeroką sieć zależności, aż w końcu popularna strona internetowa w praktycznie pięć lat przeobraziła się w pełnoprawną spółkę o międzynarodowej renomie, zdobywając w efekcie szereg nagród dla młodych, dynamicznych przedsiębiorców oraz stabilną pozycję na rynku. No po prostu żyć, nie umierać.

Tylko że coś po drodze jednak trochę umarło — on sam. Po prawie dekadzie istnienia bloga Blue Rose stało się jedynie pobocznym projektem, traktowanym trochę po macoszemu ze względu na ilość ciążących na Viktorze obowiązków, a skoro nie miał życia, to już szczególnie nie miał go na chodzenie po małych sklepikach z antykami. Dlatego chociaż mężczyzna wciąż publikował posty, wciąż emanował pozytywną energią, wciąż starał się odpowiadać na wszystkie komentarze, to jednak nie było to już to, co robił dawniej. Czuł spadek motywacji, bo od kiedy spółka znacząco się rozwinęła, praktycznie nie miał czasu sam niczego projektować, a zamiast tego musiał robić za twarz Stammi i grać arcyważną personę, która latała po świecie i spotykała się z kolejnymi kontrahentami. A on taki nie był. W środku wciąż był trochę dzieciakiem, a trochę marzycielem, który chciał po prostu czerpać radość z tego, co robił lub ewentualnie pokonywać trudności, wspinając się na szczyt. Tymczasem suche, biznesowe zadania go zabijały. Miał wciąż i wciąż zaskakiwać nieszablonowymi konspektami i niebanalnymi rozwiązaniami, ale tak po prawdzie to nie miał już do tego wszystkiego serca… i… i nie chciał… żeby…

Viktor otworzył szerzej oczy i niespodziewanie zerwał się z siedzenia, czym przyciągnął zaciekawione spojrzenia dwójki staruszków siedzących naprzeciwko. Zupełnie się tym jednak nie przejął, bo skupił się na widoku, który coraz wolniej i wolniej przemykał mu przed oczami, aż wreszcie zniknął, przysłonięty przez budynek dworca. W tamtej sekundzie stało się coś niezrozumiałego, jakby jakiś dawno nieużywany trybik w jego głowie nagle wpasował się w wielką machinę myśli i mężczyzna zrozumiał, że to właśnie to. Ta jedna chwila, ten moment prawdy, który mógł zmienić coś w jego codzienności. Że jeśli nie tutaj, to chyba nigdzie na całym świecie.

Dlatego gdy tylko pociąg się zatrzymał, Rosjanin wyskoczył wprost na peron stacji i, jakby wiedziony wewnętrznym instynktem, skierował się do wyjścia z dworca. Najpierw szedł sprężystym krokiem godnym nowojorskich bruków z Times Square, potem ruszył ruchomymi schodami na dół, przeskakując po dwa stopnie naraz, prawie przebiegł przez pasaż handlowy, nie zważając na obijającą się o udo aktówkę ani na zaciekawione spojrzenia tutejszych mieszkańców, aż wreszcie wydostał się na zewnątrz, gdzie stanął tuż przed parkingiem i uniósł głowę, nie mogąc powstrzymać szerokiego, dziecięcego, przepełnionego zachwytem uśmiechu.

I nic dziwnego — w końcu w całym mieście z nieba padał deszcz kwiatów.

Mężczyzna zrobił krok do przodu. A potem kolejny. I kolejny. Viktor ruszył przed siebie, idąc, gdzie go oczy poniosły, czy może raczej gdzie go nie poniosły, bo praktycznie nie mógł oderwać wzroku od dziejącego się w powietrzu spektaklu. Oczywiście słyszał wcześniej o japońskim hanami (jak w ogóle mógłby o nim nie słyszeć jako entuzjasta kwiatów?), ale nie spodziewał się, że zdoła trafić na odpowiedni moment. W Rosji pod koniec marca wciąż panowały solidne mrozy, a w samej Fukuoce rosło dość mało drzew, szczególnie w tej części metropolii, w której odbywały się targi. Natomiast tutaj, w tym… Hasetsu, jak to przelotnie odczytał z angielskiej tabliczki podczas sprintu przez stację, roślinność stanowiła tak samo ważną część architektoniczną miasta jak budynki.

Viktor szedł tak przez kwadrans, a może nawet przez dwa, i kluczył między kolejnymi malowniczymi alejkami, które całkowicie różniły się od tych widzianych przy okazji wizyt w Tokio, Osace czy właśnie Fukuoce. Wystarczyło zaledwie obrócić głowę w bok, by chłonąć niezwykłe widoki i podziwiać urbanistyczne ciekawostki dostępne chyba wyłącznie mieszkańcom takich małych, jakby jeszcze żyjących przeszłością miejscach. O, jak ten zabawny pomnik kałamarnicy wcinającej jeżowca. Albo wąskie uliczki pełne ciasno upakowanych, maksymalnie dwupiętrowych domków, z których ponad połowa miała przybite, przyczepione, przywieszone lub wystawione szyldy reklamujące w krzaczkach jakieś usługi. Albo niesamowity, górujący w oddali zamek na wzgórzu, który (Viktor mógł się o to założyć) stanowił siedzibę jakichś dawnych panów feudalnych. A między tym wszystkim, jak rodzynki w smacznym cieście, znajdowały się kwitnące na różowo drzewa, których płatki osypywały się na to wszystko niczym śnieg. Niesamowite. Każdy z pojedynczych elementów nie wydawał się jakoś szczególnie wyjątkowy, ale razem zestawienie tych wszystkich doznań, tych ciepłych odcieni szarości i różu, zapachu morza, wiśni i lawendy oraz dźwięków cicho żyjącego miasta było niezwykle wręcz ujmujące, a może nawet odrobinę domowe…

Zaraz, zaraz, chwila. Lawenda? Dlaczego lawenda?

Wtedy Viktor nagle wybudził się z transu i zatrzymał się, natrafiając na rzecz jeszcze dziwniejszą niż te wszystkie wiśnie, zamki i kałamarnice razem wzięte. Naprzeciwko niego, jakieś dobre kilkadziesiąt kroków dalej, pojawiła się bowiem skrzynka. Tak, dokładnie — skrzynka. Drewniana konstrukcja wymiarów jakiegoś metra na pół była wyładowana po same brzegi ni to fioletowymi, ni to błękitnymi kwiatami, bliźniaczo podobnymi do róż gdyby nie ten drobny mankament, że róże nie powinny mieć równie chłodnego koloru. I właśnie ta skrzynka, której już sama zawartość była niesamowicie intrygująca, jak gdyby nigdy nic unosiła się nad ziemią, miała nogi i… szła.

Ale szła tak nieporadnie i z takim trudem, że nie trzeba było mieć nawet zadatków na wróżbitę, żeby odgadnąć, że za pięć, no, może siedem metrów Pan Skrzynka zderzy się z twardą rzeczywistością w postaci szklanych drzwi kwiaciarni (ach, to stąd pochodził ten zapach lawendy!), upuści pakunek i z całkiem dużym prawdopodobieństwem gwałtownie zakończy spacer, przywalony ciężarem roślinno-drewnianej konstrukcji. A jeśli był tu sam, bez żadnych pomocników, których zaalarmowałaby dłuższa nieobecność Pana Skrzynki, wtedy taki wypadek mógłby się potoczyć jeszcze gorzej i ziemia z doniczek posłużyłaby od razu jako materiał na grób. No a kwiaty na wieniec. Przynajmniej nic by się nie zmarnowało.

W porządku, żarty żartami, ale mimo wszystko Viktor nie potrafił przejść obojętnie obok osoby w tak oczywistej potrzebie, dlatego pospiesznie podszedł do obładowanego po czubek głowy mężczyzny, chcąc go wyratować z pachnącej opresji. Szczególnie że nie czas było żałować róż (chyba róż), gdy w grę wchodziło obicie czyjegoś tyłka. Naprawdę ładnego tyłka, jak to Nikiforov zdążył ocenić mimo obecności znoszonych ogrodniczek oraz granatowego, przewiązanego w pasie fartucha, widocznego w dolnej partii ciała kwiaciarza.

O, do diaska, cóż za zabójczy hat-trick… Cała kombinacja jego małych słabości…

Viktor pospiesznie odłożył więc aktówkę obok donicy z pelargoniami i wyciągnął ręce, by wsunąć palce w szerokie uchwyty widoczne po obu stronach pojemnika. Wtedy też kwiaciarz wydał z siebie zduszony jęk, jakby sądził, że pakunek właśnie wyślizgiwał mu się z dłoni, ale gdy tylko zrozumiał, że chodziło o ratunek, odetchnął i poprawił chwyt, wspierając skrzynkę o kolano.

— Proszę się nie bać — uspokoił po angielsku Viktor, po czym złapał pewniej skrzynkę, przejmując na siebie znaczną część jej ciężaru. — Nie zamierzam wyrywać panu kwiatów ani uciekać z nimi w siną dal. Chcę tylko pomóc.

— Dziękuję. I przepraszam za problem. — Viktor nie spodziewał się, że zdoła uzyskać jakąkolwiek odpowiedź, ale o dziwo kwiaciarz również przemówił po angielsku. I to jak przemówił! Miał ciepły, łagodny, jakby nieco chłopięcy głos, normalnie całe dwanaście na dziesięć w skali chórów anielskich. Prawdziwy syrop dla skołatanych uszu. Ktoś o tak wdzięcznym głosie mógłby wykładać o byle larwach skoczka różanego, a Nikiforov słuchałby tego wywodu z równie wielką przyjemnością co koncertu Vivaldiego. — Chciałem wziąć wszystkie naraz i nie pomyślałem…

— Spokojnie, nic nie szkodzi. Tak wspaniałe kwiaty jak te nie są absolutnie żadnym problemem — odpowiedział ze śmiechem Viktor, jednocześnie rzucając jednym ze swoich markowych żarcików. — A czy mogę przy okazji spytać, co to za odmiana? Nigdy takich nie widziałem.

— Nie dziwię się. Są mojej własnej… cóż… hodowli — odparł nieśmiało kwiaciarz, a Viktor był święcie przekonany, że takiemu wyznaniu musiał również towarzyszyć jakiś miły dla oka rumieniec. — To niebieskie róże. Naturalnie niebieskie.

Brwi podjechały Viktorowi na dobre pół czoła (a miały przez co podjeżdżać, jak mu to złośliwie wytykał siostrzeniec). Czyli to faktycznie były naturalnie niebieskie róże… Ten Święty Graal wszystkich genetyków roślin. Niespełnione marzenie setek amatorów kwiatów. I jego osobisty konik. Naprawdę, jeśli deszcz wiśni wydawał się Rosjaninowi wspaniały, to to już było absolutnie niesamowite. Viktor nigdy by nie przypuszczał, że zamiast na zachwalanych targach, prawdziwy skarb znajdzie w tej małej, niepozornej, ale znajdującej się praktycznie na wyciągnięcie ręki mieścinie. Czyli co — on, właściciel wirtualnych niebieskich róż natrafił na swojej drodze na człowieka, który zajmował się tworzeniem tych zupełnie prawdziwych? Czyżby to naprawdę było to szumnie zwane przeznaczenie, a spotkanie miało się okazać zalążkiem owocnej współpracy, na którą tak długo czekał?

Ale Rosjanin musiał na chwilę przystopować ze swoimi wzniosłymi przemyśleniami i zostawić je na inną okazję, bo całą uwagę zajęły póki co sprawy zupełnie przyziemne. Bardzo przyziemne nawet, bo grawitacja niezmordowanie ciągnęła skrzynkę w dół, a palce kwiaciarza, z którymi stykały się dłonie Viktora, zdawały się coraz mocniej drżeć, zmęczone przedłużającym się podtrzymywaniem takiego ciężaru. Mężczyźni zamilkli więc i powoli ruszyli do bezpiecznego wnętrza sklepu. Kwiaciarz poczłapał przodem, otworzył drzwi łokciem, po czym pokierował ich tandem do środka, aż do kontuaru, na którym ostatecznie skończyła felerna, wypchana po brzegi i jeszcze trochę skrzynka. Po ukończeniu zadania Viktor mimowolnie odetchnął. No, teraz przynajmniej mógł rozprostować ręce i zobaczyć, komu zawdzięczał tę miłą, pachnącą przygodę…

I kiedy otrzepujący ręce Rosjanin właśnie miał rzucić kolejnym leciwym komplementem, że wprost marzyłby, aby całe życie nosić z drugą połówką podobnie czarujące problemy, niespodziewanie zamarł, patrząc na znajdującego się naprzeciwko niego kwiaciarza, a dokładniej na jego górną, wreszcie widoczną połowę ciała. O cholera… Wszystkie te zabawne powiedzenia o mężczyźnie tak pięknym, że aż chciało się płakać, nagle stały się prawdziwe, bo oto po przeciwnej stronie kontuaru, pomiędzy wcale nie brzydkimi kwiatami, pojawiła się twarz istoty tak zjawiskowej, że Viktor mógłby się zająknąć i zamiast o zwykły bukiet poprosić kwiaciarza o jego rękę.

Pan Skrzynka okazał się bowiem młodym Japończykiem o okrągłych, przypominających bursztyny oczach, które ukrywały się za nieco zsuwającymi się z nosa okularami w niebieskich oprawkach, oraz ustach rozciągniętych w nieśmiałym, leczącym duszę uśmiechu. Wyraźnie zaznaczone brwi oraz rozwichrzone, czarne jak węgiel włosy jeszcze dodawały mu uroku i, o ile to było w ogóle możliwe, czyniły go poważniejszym i słodszym zarazem. Był uosobieniem wszystkiego, co dobre i czyste. Kimś, u boku którego chciałby się budzić co rano i patrzeć godzinami na jego śpiącą twarz. Jak jego własny, wcale nie taki Mały Książę.

Viktor poczuł, że jest już po nim. Totalnie. Nieodwołalnie. Na amen. Zatonął w tym uśmiechu, przepadł w jego oczach i stracił głowę tak całkowicie, że iloraz inteligencji odtoczył gdzieś na ubocze jedną zbędną cyfrę. Dosłownie wpadł po same uszy. Jak śliwka… Jak śliwka w…

O. Jak śliwka w kompost.

2. Jak poznałem najbardziej szalonego faceta na świecie

***

Yuuri raczej nie należał do ludzi przesadnie szczęśliwych, jakkolwiek nigdy nie narzekał też na jakieś większe kłopoty zdrowotne ani nie uważał swojej sytuacji za szczególnie tragiczną… Ale jeśli ten jeden, jedyny raz mógł się pełnoprawnie poskarżyć na życie, to pewnego kwietniowego dnia Los do spółki z Fatum i Przeznaczeniem jak nigdy wcześniej postanowili sobie z niego zakpić. Zaczęło się od tego, że Mari razem z tatą pojechali dostawczakiem do Fukuoki, a mama, zawalona zleceniami na ikebanę, zamknęła się w pracowni, przez co najmłodszy członek rodziny Katsukich na praktycznie cały dzień utknął sam w kwiaciarni. Potem między obsługiwaniem kolejnych klientów Yuuri zauważył, że w prognozie pogody zapowiedziano na popołudnie silny deszcz znad zatoki, przez co w całym tym majdanie musiał jeszcze znaleźć czas na to, aby wtaszczyć wszystkie rośliny do środka. Na dodatek już dwa dni temu obiecał mamie, że ustawi w witrynie swoje niebieskie róże, dlatego gdy po piętnastej w sklepie wreszcie się uluźniło, kwiaciarz westchnął i czym prędzej poszedł do szklarni ulokowanej na tyłach posesji. Na sam koniec tej długiej listy mocno felernych zdarzeń Japończyk bez pomyślunku chwycił w ramiona ciężką skrzynię z kwiatami, po czym siłował się z nią praktycznie do samych drzwi Yu-topii, co groziło już nie tylko trwałym kalectwem dla człowieka, ale również śmiercią dla roślin. Właśnie z tego powodu ten dzień nie miał absolutnie żadnych szans, żeby skończyć się dobrze.

A jednak wszystkie te niefortunne wypadki nagle przyblakły niczym przekwitająca poinsecja wobec zaskoczenia, jakie Yuuri przeżył, gdy wybawiciel, który niespodziewanie pojawił się na jego drodze i ze słyszalnym w głosie zadowoleniem pomógł mu wnieść do środka te nieszczęsne róże, wreszcie postawił skrzynię z kwiatami na blacie i wyprostował się, ukazując swoją twarz.

Bo okazało się, że wybawicielem był młody mężczyzna (chyba niewiele starszy od Yuuriego) o pięknych, lśniących, jakby srebrzystych włosach, hipnotyzująco niebieskich oczach, poniżej których delikatnie odznaczały się doliny łez, oraz nieco rozchylonych, ładnych ustach. Całości niesamowitej prezentacji dopełniała jeszcze dobrze zbudowana, ale wciąż smukła sylwetka, jak również drogi, szykowny, ciemnoszary garnitur. I co tu dużo mówić — różany ratownik był przystojny. Nieziemsko przystojny. Tak bardzo przystojny, że to było aż absurdalne, że ktoś taki naprawdę istniał i w ogóle zaszczycał swoją obecnością jakąś pierwszą lepszą japońską kwiaciarnię…

Na to stwierdzenie w głowie rozmarzonego Yuuriego natychmiast pojawiła się lampka ostrzegawcza. Właśnie, przecież to był jakiś nie-Azjata. Przystojny, ale nie-Azjata. Nie-Azjata, który na dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent porozumiewał się po nie-azjatycku… A nawet gdyby wciąż pochodził z Azji, to Yuuri i tak był absolutnie bezradny wobec tych wszystkich Chińczyków, Koreańczyków czy innych Tybetańczyków. Nie rozwiązywało to jednak podstawowego problemu — kim był? Amerykaninem? Hiszpanem? Francuzem? I czy w ogóle przyjechał z kraju, którego nazwę umiał wymówić? No bo ten niesamowity kolor włosów, błękit oczu oraz jasna jak pergamin karnacja nic mu nie mówiły, ale gdyby już miał strzelać, obstawiałby raczej, że nieznajomy pochodził z północy. Znaczy, takiej bardziej północy. Bardziej niż Tokio. Bardziej niż Sapporo. I… i cholera, przecież to już nawet nie było w Japonii! Tylko po jakiemu się tam mówiło? Po północnemu? Biegunowemu? Czyli jak?

— Dzień dobry. Jak to miło, że możemy się w końcu przywitać — zagadnął w pewnym momencie nieznajomy, zupełnie jakby słyszał te wszystkie galopujące przez głowę Yuuriego wątpliwości i dlatego postanowił wyjść im naprzeciw. — A szczególnie że możemy się w pełni zobaczyć.

— Tak, oczywiście, dzień dobry, ja… Ja również się cieszę, że róże nam już nie przeszkadzają i… I ten. I dziękuję. Bardzo, bardzo dziękuję — odpowiedział pospiesznie po angielsku, czując się przy tym jak ostatni lingwistyczny idiota. W sumie i tak nie znał żadnego innego języka poza angielskim, więc wybór był praktycznie żaden, a przecież musiał się czym prędzej odwdzięczyć za… za…

…zaraz, zaraz. Czy oni już ze sobą nie rozmawiali? No tam, wcześniej, przed kwiaciarnią. Rozmawiali, prawda? I teraz też rozmawiali. Po angielsku właśnie. Och. Ojej. Czyli to było takie proste. Bezproblemowe. Naturalne. Jak to dobrze. Wiwat fakultety językowe na studiach. I wiwat szerokopasmowy Internet.

Tymczasem nieznajomy — którego chyba dość mocno zaskoczyła ta chaotyczna reakcja Yuuriego — uniósł brwi jeszcze odrobinę wyżej niż chwilę po odłożeniu róż, po czym jego usta powoli rozciągnęły się w uśmiechu. Uśmiechu tak uroczym i ciepłym, jakby ktoś podłączył jasnowłosego mężczyznę do prądu, przez co zaczął promieniować dobrym nastrojem niczym lampa w szklarni światłem. Japończyk za to, skoro już siedzieli w tematach ogrodniczych, na ten absolutnie fantastyczny widok prawdopodobnie zamienił się w pąsową różę. Bo spąsowiały był na pewno — od czubków uszu aż po ukryte w znoszonych trampkach pięty.

No dobrze, tylko co teraz? Po wymianie pozdrowień i grzeczności znów zapadła głucha cisza, która z każdą sekundą zaczęła się robić coraz bardziej niezręczna i napięta. A może jego wybawiciel czegoś oczekiwał? Jakiejś rekompensaty za pomoc? Może… Na Katsukiego spłynęło nagłe olśnienie. No tak, właśnie! Skoro pojawił się tuż obok kwiaciarni, to oznaczało to, że chciał tu coś kupić!

— A czy w ramach rewanżu za wsparcie mógłbym coś doradzić? Na przykład zaproponować jakieś kwiaty? — zagadnął Yuuri, starając się uśmiechnąć równie przyjaźnie co rozmówca, ale nie był pewien, czy ten grymas, który mu wyszedł, nie przypominał raczej symptomów przewlekłego rozstrojenia żołądka. — Oczywiście na koszt firmy, za pomoc przy dźwiganiu.

— Nie, nie musisz! Przecież mówiłem, że to była sama przyjemność! — zaprzeczył jednak obcokrajowiec, pospiesznie kręcąc głową. — Wcale nie oczekuję żadnej rekompensaty i… No chyba że ty dałbyś się… Albo raczej to ja bym zaproponował…

Yuuri przechylił głowę, nie rozumiejąc, dlaczego mężczyzna tak nagle zaczął się dziwnie zachowywać — zabawnie potrząsał grzywką i zapalczywie tłumaczył, że „to wcale nie tak”, raz za razem zerkając ukradkiem w stronę kwiaciarza, zupełnie jakby sprawdzał jego reakcję. Po kilku wydukanych w ten sposób zdaniach obcokrajowiec w końcu westchnął ciężko i zaśmiał się cicho, zakłopotany własnym, troszkę bezładnym monologiem. Albo nawet troszkę bardziej niż mniej bezładnym.

— No dobrze, masz mnie. Może faktycznie jest coś, w czym możesz mi doradzić — odparł wreszcie tajemniczo. — Tylko zdradź mi jedną rzecz. Czy jesteś… hm… czy jesteś może… zajęty? Znaczy, czy ty… Czy jest możliwość… — Mężczyzna zawahał się, rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym wskazał na bok lady, gdzie leżały pojedyncze kwiaty, które zostały tam po przygotowaniu wiązanki dla ostatniego klienta. — Czy przygotowujesz teraz jakiś bukiet? Na spotkanie? Albo raczej na randkę? — zapytał z nietypowym naciskiem na ostatnie słowo.

— Na randkę? — powtórzył Yuuri i zawiesił się, błądząc myślami w dość nieodległej przeszłości. Miał dzisiaj tyle spraw na głowie, że szczerze powiedziawszy zupełnie nie pamiętał, co robił pięć minut wcześniej. Jako ostatni przygotowywał chyba bukiet dla jakiegoś nauczyciela… Albo nie, zaraz, potem przyszła kobieta, która chciała białe lilie, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła i…

Ale kiedy krążące po całej kwiaciarni spojrzenie Katsukiego mimowolnie padło na pewne niebieskie oczy, skupiony wzrok zagranicznego gościa uświadomił mu, że to nie tyle było pytanie, co raczej sugestia, że Japończyk szykował coś dla samego siebie.

— Ach, randka! — wypalił Yuuri i zamachał gwałtownie rękami, broniąc się przed takimi podejrzeniami. — Nie, nie! Nie randka, żadna randka, jeszcze nie… Znaczy nie, wcale nie! Chyba nie. Na razie nie.

— Zostańmy może po prostu przy „nie” — przystał mężczyzna, a jeden z kącików jego ust uniósł się nieco wyżej. — W takim razie czy mógłbym wyjść z taką właśnie propozycją?

— W sensie, że pan… — rzucił niepewnie Yuuri — ...pan potrzebuje bukietu na randkę?

Na to pytanie rozmówca zamrugał, zamrugał jeszcze raz, przestał mrugać w ogóle, bo kompletnie osłupiał, aż wreszcie zaśmiał się na cały głos, a (na Boga, czy to w ogóle było możliwe, aby wyglądał jeszcze lepiej?) jego usta ułożyły się w rozbrajający uśmiech o kształcie zbliżonym do serca.

— Och, no tak, chyba można tak powiedzieć. Bukiet na randkę. Tak. Perfekcyjnie — skwitował wesoło, po czym potrząsnął głową i wyciągnął przed siebie rękę. — I żadne „pan”. Jestem Viktor.

Yuuri, który był wyjątkowo mocno oczarowany uśmiechem Viktora, odruchowo uniósł dłoń i bezwiednie uścisnął podsuniętą mu niemal pod sam nos rękę. Nie spodziewał się jednak, że ten prosty gest wywoła w nim tak wiele tak sprzecznych odczuć, a przede wszystkim to, że podczas ściskania dłoń Viktora wyda mu się taka… taka zwyczajnie miła. Była większa, ale jednocześnie nieco szczuplejsza. Bledsza, lecz wciąż cieplejsza. Dłuższa i gładsza. No i oczywiście była bardzo zadbana.

Na to ostatnie spostrzeżenie Yuuri poczuł wyraźne ukłucie wstydu. W tym zestawieniu jego własna dłoń musiała okazać się nieprzyjemnie szorstka i brzydka, a najlepsze, co można było o niej powiedzieć, to że wciąż miała pięć palców. Cóż, podobno żadna praca nie hańbiła, ale jakoś nie mógł pozbyć się wrażenia, że niektóre kosztowały nieco więcej niż inne.

— Yuuri. Miło mi. — Kwiaciarz przedstawił się cicho, w zamian mogąc liczyć na kolejne ujęcie ładnych zębów swojego wybawiciela. To znaczy: wybawiciela róż.

— Yuuri — powtórzył za nim Viktor, jakby smakował to imię na języku. Katsukiemu nagle zrobiło się lekko nieswojo. Nikt nigdy nie zwracał się do niego w taki szczególny sposób, taki czuły i delikatny zarazem. Jakby znali się znacznie, znacznie dłużej. — No! Od razu zrobiło się przyjemniej. Wobec tego co możesz mi polecić, Yuuri?

— Znaczy… To trochę zależy od okazji… — Japończyk pospiesznie wycofał rękę, tym bardziej że rozmowa znów wróciła na bezpieczny temat kwiatów. — Bo ciągle mówimy o randce, prawda? Czy może o czymś innym? Jakimś wyznaniu?

— Skoro już o tym wspomniałeś, to faktycznie, to chyba będzie nawet lepsze słowo. Wyznanie… Tak, podoba mi się to. I bardzo pasuje do sytuacji. Osoba, której chcę wręczyć bukiet, jest przeurocza, ale zarazem trochę niedostępna, więc może się spłoszyć, jeśli wyznam jej coś całkiem wprost — opisał Viktor, mrużąc odrobinę oczy i nie spuszczając wzroku z kwiaciarza. — No i można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Przynajmniej z mojej strony.

Katsuki pokiwał głową, z każdym kolejnym słowem czując się nieco pewniej niż przed chwilą. Wreszcie był w swoim żywiole, tym znajomym, bliskim i zupełnie zielonym. Te kilkanaście lat podpatrywania mamy przy pracy, jak również praktyki w rodzinnym biznesie sprawiły, że Yuuri stał się swego rodzaju kwiatowym psychologiem, który na bukietach i wiązankach znał się jak mało kto, i to nawet mimo ukończonych studiów ogrodniczych. Dlatego właśnie gdy przychodziło do przygotowywania jakichś specyficznych kompozycji, tata lub Mari często wołali go na zastępstwo, wiedząc, że chłopak poradzi sobie z tym zadaniem najlepiej. I tak gdy klient przedstawiał sytuację, nierzadko opowiadając przy tym o wszystkich towarzyszących sprawie uczuciach, Yuuri obmyślał sobie w głowie całą skomplikowaną mapę kwiatów i barw, z pomocą których zamierzał ułożyć odpowiednią wiadomość. Oczywiście większość ludzi nie rozumiała, co znaczyły dane rośliny i jaki zaszyfrowany przekaz ze sobą niosły, ale tak czy siak bukiety z Yu-topii cieszyły się niesłabnącą popularnością wśród mieszkańców Hasetsu. Z pewnością działo się tak dlatego, bo niezależnie od ludzkiej wiedzy kwiaty mówiły same za siebie. No i po to przecież istniały — żeby przekazywać rzeczy, których człowiek wyznać nie umiał.

— W takim razie… — Japończyk ucichł, omiótł wzrokiem stojące wzdłuż bocznej ściany flakony i odnalazł interesujące go rośliny. — Okej, mam to. Czysta, niewinna miłość i zapytanie. Połączenie ‘True Love’ z ‘Lilac Fairy’ powinno być odpowiednie. Skoro tak to ja zaraz…

Bez dalszego wyjaśnienia Yuuri zdecydowanym krokiem ruszył do wazonu z wysokimi, białymi różami i wyciągnął stamtąd kilka odpowiadających jego wyobrażeniom kwiatów. Potem cofnął się o dwa kroki i uciął z grubej rolki kawałek szerokiej, beżowej wstążki oraz mały pęk plecionego sznurka. Na koniec wrócił do kontuaru i po odłożeniu wybranych elementów na blat wziął nożyczki, przymierzając się do wycięcia kilku niebieskich…

— Zaczekaj. — Zaniepokojony Viktor nagle położył mu dłoń na nadgarstku, powstrzymując Yuuriego przed ścięciem znajdującej się w skrzyni róży. — Jesteś pewien? Nie są zbyt cenne? Przecież mówiłeś, że sam je wyhodowałeś, więc jeśli masz zamiar zniszczyć coś tylko z powodu mojej zachcianki…

Yuuri zerknął na szczerze przejętego Viktora. Więc tak wyglądało to eleganckie oblicze, kiedy się niepokoił…? To dziwne. To takie dziwne. To takie zastanawiające, jak przykro mu się zrobiło, gdy go zobaczył, i jak bardzo chciał, żeby uśmiech znów zagościł na tej przystojnej twarzy.

— Wszystko w porządku. To wcale nie są jedyne sadzonki z kolekcji. Od początku były przygotowywane z myślą o sprzedaży — uspokoił więc kwiaciarz, uśmiechając się do towarzysza. — Poza tym wiesz… Kwiaty cierpią nie wtedy, kiedy są cięte, ale wtedy, gdy nie mogą spełniać swojego zadania: kiedy nie cieszą oczu. Właściwie najgorszy widok to taki, gdy roślina kwitnie dla nikogo i dla nikogo więdnie. Więc jeśli mogę układać bukiety, które kogoś uszczęśliwią, to jest to zdecydowanie najlepsza nagroda z możliwych. Dla mnie i dla nich. — Yuuri, ignorując rękę Viktora, wsunął nożyce nieco głębiej między liście i odciął kwiat najniżej jak się tylko dało, po czym wyciągnął różę i z zadowoleniem wręczył ją mężczyźnie. — Bo samotność to śmiertelna choroba dla każdego żywego stworzenia.

— Wow, Yuuri. Nie wiem jeszcze, jak wyglądają twoje bukiety, ale z pewnością umiesz oczarować samymi słowami — wyznał cicho Viktor, ukrywając usta za fioletowobłękitnym pąkiem. Kwiaciarz skromnie spuścił oczy. — Ale jeśli tworzysz chociaż w połowie tak pięknie jak mówisz, to już nie mogę się doczekać twojego nowego dzieła. Pewnie masz niesamowite wzięcie wśród klientów?

— Nie, no co ty. Jestem zupełnie przeciętny. Po prostu lubię układać bukiety, to wszystko — odparł Yuuri, dobierając jeszcze sześć niebieskich róż do przygotowywanej wiązanki. — No a poza tymi wzniosłymi powodami kryje się jeszcze jeden, całkiem pragmatyczny. Gdybyś mi nie pomógł, cała skrzynka skończyłaby na chodniku, a kwiaty by się połamały. Czyli tak w sumie… jesteś za nie odpowiedzialny.

— No tak, masz rację. — Viktor uśmiechnął się, ostrożnie obracając trzymaną różę między palcami. — Muszę przyznać, że pragmatyzm nie wydaje się wcale taką złą rzeczą, kiedy ty o tym opowiadasz. I oczywiście kiedy jest podawany w rozsądnych ilościach. Tak, w rozsądnych ilościach…

Mężczyzna umilkł na chwilę, lecz Katsuki nie próbował go zagadywać. Może to przez konieczność skupienia się nad układanym bukietem, a może przez zmęczony grymas, który pojawił się na twarzy cudzoziemca, a którego zupełnie nie umiał zinterpretować.

Że grymasu nie umiał. Chociaż cudzoziemca trochę też.

— Ale! — rzucił niespodziewanie Viktor i uniósł wzrok; wtedy też Yuuri zauważył, że jego oczy na powrót zajaśniały radością. — Skoro już przy racjonalizmie jesteśmy, to na wszelki wypadek chciałbym jeszcze zapytać o cenę twoich niebieskich róż. Bo opłata za tak niespotykane kwiaty nie jest liczona w sztabkach złota, co?

— A mówią, że dla prawdziwej miłości jest się w stanie zapłacić wszystko… — westchnął cicho Yuuri, uśmiechając się pod nosem, ale gdy tylko zorientował się, że powiedział to na głos, zaraz poderwał głowę i mocno się zaczerwienił — Ale to nie była żadna personalna uwaga! Tak się po prostu mówi i osobiście uważam, że to gruba przesada! Znaczy, owszem, każdy zasługuje na prezenty, a w przypadku ważnych, życiowych wydatków to już w ogóle nie warto oszczędzać, ale po prostu ja nie… nie uważam, żeby pieniądze miały jakieś większe znaczenie… w uczuciach…

— W porządku, w porządku, nic się nie stało — pospiesznie uspokoił Viktor. — Chociaż nie powiem, dało mi to do myślenia. Właściwie to im dłużej o tym rozmawiamy, tym bardziej dochodzę do wniosku, że ta osoba, o której myślę, jest wspanialsza niż jakiekolwiek bogactwa. Sztabki złota, co… — Obcokrajowiec zerknął przelotnie na różę, po czym przekazał ją kończącemu bukiet Yuuriemu. — Chyba mogę uznać, że jest moim złotem. Jedynym i prawdziwym.

— To miłe. Jestem pewien, że będzie szczęśliwa, kiedy jej to powiesz — odpowiedział Yuuri, z wdzięcznością przyjmując kwiat.

Ostatnia róża zajęła należne jej miejsce w wąskim, wdzięcznym bukiecie, po czym przewiązana sznurkiem oraz owinięta wstążką wiązanka spoczęła na blacie kontuaru. I na ile Yuuri mógł ją nieskromnie ocenić, wyglądała naprawdę ładnie — okazalszym, białym pąkom towarzyszyły nieco mniejsze, łagodnie fioletowe kwiaty, przez co cały bukiet wydawał się stonowany, elegancki, ale wciąż czarujący. No i naprawdę pasowała im ta nazwa, tym jego niebieskim różom. Były jak ta nieuchwytna liliowa wróżka z baletu Czajkowskiego, którym kiedyś tak bardzo się zachwycił…

— Proszę, już jest gotowy — oznajmił Yuuri, gładząc bukiet wzdłuż zabezpieczonych łodyg. — Póki co trzymaj je kwiatami do dołu, uważaj na kolce tuż przy pąkach i ten… Właśnie! A to bilecik, gdybyś potrzebował dodać coś od siebie.

Katsuki podsunął długopis oraz lekko kremową, ozdobioną subtelnym zawijasem kartkę. Na jej widok Viktor uśmiechnął się, przyjął pisak i nie zastanawiając się długo, nabazgrał coś na bileciku, po czym wsunął go ostrożnie między kwiaty.

— No. To chyba tyle z mojej strony — stwierdził kwiaciarz, kłaniając się nieznacznie przed Viktorem. Trochę ciężko było mu się żegnać, ale nie wiedział, co jeszcze mógłby dodać ani jak przedłużyć rozmowę. — Życzę powodzenia z wyznaniem.

— Na pewno się przyda — przyznał cudzoziemiec, po czym uśmiechnął się tak ciepło i tak serdecznie, że serce Yuuriego na chwilę się zatrzymało, a potem niespodziewanie przyspieszyło, uderzając o klatkę piersiową niczym ptak zrywający się do lotu. Naprawdę był niezwykły. Tym uśmiechem Viktor musiał zjednywać sobie życzliwość wielu ludzi, a i na popularność raczej nie mógł narzekać. No i cóż. Z pewnością ta osoba, której zamierzał zanieść kwiaty, była jakimś ogromnym, równie wspaniałym co on szczęścia… — W takim razie proszę. To dla ciebie.

Zadowolenie związane z ukończeniem zadania powoli spłynęło z twarzy Yuuriego, zostawiając go z wyrazem niemego zaskoczenia na widok Viktora, który zwrócił róże z powrotem w stronę kwiaciarza.

— Co? — wydukał Japończyk. Co się działo? Czemu? Były brzydkie? Źle je związał? Co?

— To dla ciebie — powtórzył Viktor, wsuwając bukiet w dłonie osłupiałego Yuuriego. — Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że cię poznałem. Nasza rozmowa była jedną z najwspanialszych rzeczy, jaka przytrafiła mi się w Japonii… A właściwie to był najlepszy kwadrans od naprawdę długiego czasu i ja… No i ten… I wiesz, ja…

Dalsze słowa niespodziewanie przerwał krótki dzwonek telefonu, a zaraz po nim rozległ się turkot wjeżdżającego na podjazd minivana. Białego minivana. Znajomego minivana.

— Mari… — szepnął na wpół zamroczony Yuuri. Wraz z imieniem siostry w głowie pojawiło się multum innych informacji. No tak, miał jeszcze wstawić kwiaty do środka, uprzątnąć bałagan z lady, zaraz będzie musiał pomóc z wypakowywaniem towaru, trzeba będzie-

— …ja już będę szedł — dokończył szybko Viktor, wycofując się o krok. — Przepraszam, że przeszkodziłem ci w pracy. Jeszcze raz dziękuję za niesamowicie ciekawą rozmowę, za poświęcony czas… za to, że istniejesz i… Do zobaczenia, Yuuri!

Japończyk stał jak zahipnotyzowany w samym środku małego chaosu, kiedy to Viktor posłał mu ostatnie mrugnięcie okiem i wybiegł z kwiaciarni, łapiąc za zostawioną na zewnątrz aktówkę, a jednocześnie od strony zaplecza dało się słyszeć hałas krzątających się domowników. Stał tak nawet wtedy, gdy do sklepu weszła Mari i, złorzecząc na te „cholerne korki w cholernej Fukuoce”, odstawiła do kąta worek z ziemią.

— Już jesteśmy! — oznajmiła, jakby jej obecność nie była tego wystarczającym dowodem. — No, należą ci się spore gratulacje za to, że kwiaciarnia dalej stoi, ale widziałam, że chmurzy się od północy, więc musisz szybko zgarnąć donice z duperelami do środka i… — Mari zawahała się, dostrzegając, że jej brat nie ruszył się ani o jotę mimo wcześniejszej litanii skarg oraz koniecznych do załatwienia zadań. — Yuuri, stało się coś? Bo jesteś bardziej czerwony niż te begonie, co je właśnie przywieźliśmy. Pewnie wypłoszyłeś jakiegoś klienta, co?

— Nie, oczywiście, że nie! — zaprzeczył, wreszcie nawiązując kontakt z rzeczywistością, ale gdy zamrugał i dostrzegł Mari, dodał znacznie mniej pewnym tonem. — Chyba nie. Mam nadzieję, że nie. Nie…?

— No to skąd się to wzięło? — wytknęła, wskazując na trzymane przy piersi brata kwiaty.

Yuuri przekrzywił głowę i niepewnie zerknął na bukiet.

— Bo chyba są dla mnie… — odpowiedział słabo.

Jakoś nie był szczególnie pewien, czy mu się to wszystko zwyczajnie nie przyśniło. Tak, ostatnie minuty życia musiały być jakimś jednym, wielkim nieporozumieniem, bo przecież odkąd sylwetka mężczyzny po raz ostatni mignęła mu w przeszklonych drzwiach i zniknęła za węgłem kwiaciarni, po przystojnym cudzoziemcu oraz jego uśmiechu w kształcie serca nie było już ani śladu. W dłoniach został tylko ten nieszczęsny, piękny bukiet oraz dołączony do niego bilecik, na którym Yuuri odczytał zapisane ładnym, prostym pismem:

„Viktor Nikiforov, +7 812 787 41 62”.

3. Jak śliwka w kompost

***

Zamiast tańczących na wietrze płatków wiśni, o szyby małego, stojącego nieopodal zatoki hotelu delikatnie uderzały krople wiosennego deszczu. Zgodnie z zapowiedziami, o których żaden przypadkowo spacerujący po obcym mieście Rosjanin wiedzieć nie mógł (bo i skąd), nad Hasetsu nadciągnęła ulewa, która stopniowo zaczęła niszczyć cały wcześniejszy romantyczno-liryczny nastrój godny najwspanialszych sonetów Puszkina. Hm, w sumie może to i dobrze, że niszczyła. Lecące z nieba łzy o wiele bardziej korespondowały obecnie z podłym humorem Viktora, zasługującym wyłącznie na wygłoszenie żałobnego trenu. Albo dwóch. Czy tam ośmiu.

Zmęczony dniem Nikiforov zamknął drzwi wynajętego pokoju, odłożył aktówkę na fotel i padł jak długi na łóżko, nie przejmując się zupełnie, czy przy tak nagłym kontakcie z obcym materacem przód jego garnituru przez przypadek się nie pogniecie, grzywka nie potarga, a nos nie złamie. Ale nie, nic się nie stało. I to było właśnie najgorsze. Nic. Wielkie, ogromne, gargantuiczne nic. Nikt nic nie mówił, nie dźwigał skrzyń, nie uśmiechał się, nie opowiadał o różach i ich samotności, nie układał pięknych bukietów ani nie patrzył tak słodko, trochę jakby z niedowierzaniem, a trochę z nadzieją. Nikogo przy nim nie było, a już szczególnie żadnych uroczych Japończyków z licencją na oczarowywanie.

Rosjanin leżał bezwładnie może przez minutę, może nawet przez dwie, aż wreszcie konieczność zaczerpnięcia powietrza zmusiła go, by obrócić się na plecy i spojrzeć prawdzie w oczy… A przynajmniej spojrzeć prawdzie w sufit. Widok nie napawał go optymizmem. Jeszcze dobrą godzinę temu Viktor był w stanie góry w skrzyniach przenosić, ale teraz, gdy obraz Yuuriego wydawał się już tylko jakimś odległym wspomnieniem, mężczyzna zaczął rozważać, czy aby na pewno dobrze to odczytał. No bo mógł się pomylić, prawda? Wcale nie widział przed sobą anioła w ludzkiej skórze, którego uśmiech z pewnością obłaskawiał jednorożce, dłonie leczyły nawet najbardziej zaawansowanego Alzheimera, a pocałunki przywracały z martwych skuteczniej niż małe, piekielnie mocne, włoskie espresso. Viktorowi wystarczyło jednak już samo istnienie Yuuriego, żeby kompletnie zwariować. Zresztą, co tam zwariować — jemu się cały świat wywrócił do góry nogami, jemu, architektowi i designerowi, normalnie jakby CAD odpowiedzialny za projektowanie życia nagle się wykrzaczył i zaczął rysować serduszka przy każdym naciśnięciu myszy. Dopóki Viktor nie trafił do kwiaciarni, szczytem jego marzeń było zaliczenie owocnego wypadu do Fukuoki i zrobienie masy pamiątkowych fotek, żeby mieć co opowiadać po powrocie do Petersburga. W tym momencie jednak temu samemu Nikiforovowi tak bardzo przestawił się cały światopogląd, że zaczął się zastanawiać, jak załatwiało się przedłużenie wizy, ile kosztowało wynajęcie mieszkania i czy tutejsze sklepy aby na pewno były zaopatrzone w odpowiednio duże rozmiary męskich, pasujących na rosyjskie pośladki slipów.

Hm… A jeśli to nie była miłość, to w grę wchodził już chyba tylko ciężki przypadek grypy żołądkowej.

Viktor westchnął, uniósł prawą rękę nad sobą i rozcapierzył palce, patrząc na nie jak urzeczony. I choć zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że spotkanie z drugim człowiekiem nie powinno wywoływać aż takich zaburzeń osobowości, jednocześnie coś innego mówiło, że tak się już czasem zdarzało i że nie był to żaden sen ani tym bardziej wizja wywołana gorączką. Przecież go dotykał. Kiedy nieśli razem skrzynkę, dłoń Rosjanina stykała się z jego. Kiedy się przedstawiali, uścisnęli sobie ręce. Kiedy wręczał mu bukiet, musnął jego nadgarstek. I chociaż oddał kwiaty, chociaż oddał bilecik, a z powodu tempa dziejących się wydarzeń nie zdobył ani numeru telefonu, ani nawet nie zrobił zdjęcia kwiaciarni, to dotyk dłoni Japończyka dalej wydawał się Viktorowi żywy, jakby spotkał go zaledwie przed chwilą. Właśnie to i słodkie imię „Yuuri” rozpierało jego pierś niezrozumiałym szczęściem.

A jednak coś go równie mocno gryzło. Odkąd Viktor jak pijany odszedł spod kwiaciarni, ciesząc się ze zrobionej niespodzianki, z każdym pokonanym metrem humor zaczął słabnąć coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie uświadomił sobie, że tak właściwie to mógł być koniec tej ledwie rozpoczętej znajomości. Bo co jeśli Yuuri nie zadzwoni lub uzna sprawę za zamkniętą? Przecież zrobił Viktorowi bukiet, więc czemu miałby się spodziewać, że Rosjanin chce czegoś więcej? Co jeśli od razu trzeba było umówić się z nim na kawę? Albo jeśli ktoś go ubiegnie? To praktycznie niemożliwe, żeby równie cudowny facet mógł być samotny…

No cóż — na pewno cudem było to, że otępiały apokaliptycznymi przypuszczeniami Viktor w praktycznie ostatniej chwili trafił do suchego hotelu, ulokowanego nieopodal wznoszącego się na wzgórzu zamku. Gdyby nie to, chyba dalej błąkałby się na deszczu, aż ostatecznie poszedłby spać pod pierwsze lepsze drzewo wiśni, jakie by zauważył, czując się przy tym jak jakiś wielki, samotny, przemoczony kurczak.

Specjalista. Jak mało kiedy potrzebował porady, a kto wie, czy nie jakiegoś zaawansowanego koła ratunkowego. Tylko nie żadnego pół na pół (bo chciał usłyszeć wyłącznie sakramentalne „tak”) ani pytania do publiczności (resztki przytomności umysłu powstrzymywały Viktora przed zaczepianiem przypadkowych Japończyków, zagadując ich na wpół obłąkańczo „myślisz, że mu się podobam?”), ale telefonu do przyjaciela. I to najlepiej takiego, który znał się na miłości trochę lepiej niż Rosjanin z doświadczeniem tak samo ujemnym jak temperatura w rodzinnym kraju.

Viktor zmusił się więc resztkami woli, aby wyciągnąć z kieszeni spodni smartfon, po czym odnalazł w spisie numer oznaczony specjalną gwiazdką i wybrał go, nie zastanawiając się ani nad różnicami w strefach czasowych, ani tym bardziej nad opłatami roamingowymi. Na szczęście dzięki dobrze prosperującej firmie na brak pieniędzy absolutnie nie mógł narzekać, nie wspominając już o solidnym wyposażeniu delegacyjnym, a na dodatek — jak się już po dwóch sygnałach okazało — szerokość geograficzna również była po jego stronie.

— Allô? Viktor? — rozbrzmiało pogodnie w głośniku. Sądząc po melodyjności zapytania oraz braku chrypki w głębokim głosie, Nikiforov trafił idealnie w porę między poranną kawą a późnopopołudniowymi drinkami. — Je suis heureux de vous entendre. Co tam słychać po drugiej stronie Ziemi?

— Salut, Chris. Słyszę, że wieści szybko się roznoszą. — Viktor przywitał się z przyjacielem, a zarazem szefem szwajcarskiego oddziału firmy w jednej osobie. — Powiedziałbym, że nie dzieje się nic ciekawego poza tym, że mają tutaj kosmiczne toalety oraz nieziemskie sushi… ale przecież nie dzwoniłbym do ciebie z czymś takim. Po prostu wrzuciłbym to na Instagrama. Nie przeszkadzam?

— Też pytanie. Gdybyś przeszkadzał, przynajmniej miałbym świetną wymówkę, żeby urwać się z roboty. Ale niestety, trafiłeś w najgorszy możliwy moment. Akurat jem lunch, przeglądam Internet i się obijam — wyjaśnił Christophe, dla potwierdzenia głośniej stukając w klawiaturę laptopa. — Więc? Co tam się dzieje na tych twoich japońskich targach? Coś wielkiego? Sprzedają jakiegoś Minga czy innego Qinga?

Och, gdyby Viktor mógł, chyba przeturlałby się przez całą długość łóżka z powodu nagłego zalewu frustracji. Jak on mógł zmarnować tyle czasu w Fukuoce? Przecież już dwa dni temu mógł poznać Yuuriego!

— Co mnie jakieś targi, nie chcę słyszeć nic o żadnych targach, od wczoraj na nich nie byłem i dzięki Bogu, że nie byłem, bo… cholera, Chris, ja chyba wreszcie go znalazłem — wyznał praktycznie na jednym wydechu.

— Co? — Znudzone klikanie w tle zamarło, a w głosie Giacomettiego pojawiła się nutka wyraźnego zainteresowania. — Ale co znalazłeś? Że tego dostawcę krzeseł?

— Jakiego znowu dostawcę? — odpowiedział pytaniem na pytanie Viktor. Ostatnią rzeczą, jaką w tej chwili miał ochotę się zajmować, to jacyś zagraniczni dostawcy mebli. I zapewne ich sprzedawcy. I producenci. I monterzy też. Oraz projektanci, bo czemu by nie. I Wszechmocny jeden wie, kim jeszcze, ale to już było zwyczajnie nienormalne, żeby tylu ludzi angażowało się w robienie jednego stołka. — Do diabła z krzesłami!

— No wiesz co? Może żaden ze mnie wybitny spec od mebli, ale jak sam dobrze wiesz, jednak trochę już w tym biznesie siedzę i uważam, że krzesła są w życiu całkiem przydatne — wyznał Szwajcar z delikatnym przekąsem, prezentując swoją solidarność z biznesem, ale zaraz przybrał pogodniejszy ton wypowiedzi i zagadnął: — Więc co takiego niby tam znalazłeś, mon chéri? Coś wartego twojej, a przy okazji mojej uwagi?

Viktor sapnął, westchnął, ugasił swoją żądzę nazwymyślania dostawcom krzeseł i zasłonił oczy dłonią. To chyba właśnie dlatego popularność rozmów głosowych wciąż nie malała mimo znacznego postępu technologicznego — bo gdyby istniały tylko wideokonferencje, architekt chyba nie umiałby wytłumaczyć tego pokrywającego policzki (a kto wie, czy również nie uszy) rumieńca.

— No? Żyjesz tam jeszcze? Co się dzieje? Masz jakieś kłopoty?

— Można tak powiedzieć — szepnął w końcu Viktor. — Chris, ja… Ja się chyba zakochałem.

W tym momencie Rosjanin usłyszał przy uchu przeciągły gwizd. Taki gwizd nie był częstym zjawiskiem, bo kiedy Chris gwizdał, to GWIZDAŁ. Właściwie to mógłby równie dobrze rzucić coś w stylu „to ty tak umiesz?” i pytanie byłoby całkowicie na miejscu.

— A już myślałem, że nigdy nie dożyję tego dnia — powiedział po dłuższej chwili milczenia Christophe, a gdzieś obok niego rozbrzmiał odgłos zamykanego laptopa. Problem Viktora niespodziewanie wskoczył na pierwsze miejsce listy priorytetów oraz najciekawszych zajęć dnia, pobijając tym samym oglądanie filmików z wyścigów corgi. — Mon Dieu Gdyby nie to, że siedzę w biurze, chyba wzniósłbym na twoją cześć toast, a tak to wybacz, napiję się tylko macchiato. Brawo, mój drogi. W takim razie kim jest ten szczęśliwiec, który skradł twoje pracoholiczne serce, kiedy planujecie ślub i jaką marynarkę mam założyć jako twój świadek?

— Wolałbym jakąś stonowaną, chociaż jak cię znam, to i tak wybierzesz coś różowego… I weź wstrzymaj konie. To zupełnie nie ten etap znajomości — westchnął Viktor, odgarniając włosy do tyłu. Ile by on dał, żeby to był TEN etap. Lub żeby w ogóle jakikolwiek był. — A na imię ma Yuuri.

— Hmm, słodko. Yuuri — powtórzył Chris. — Yuuri… kto?

— Yuuri. Po prostu Yuuri — wyjaśnił Viktor, ale zaraz zorientował się, że brzmiało to cokolwiek idiotycznie. Jak jakiś Dalajlama albo… albo Batman. — Wybacz, że nie zapytałem go o CV, ale wszystko działo się trochę za szybko. I w ogóle, Chris, ja nic z tego nie rozumiem. Nawet nie wiem, czy na serio coś do niego czuję, czy tak zwyczajnie ujął mnie swoją osobą. Po prostu… Cholera. Ten dzień był jak jakiś jeden, wielki film, tylko jeszcze nie wymyśliłem, czy to była komedia romantyczna, czy raczej coś z gatunku katastroficznych.

— Póki co brzmi to bardziej jak nieskładny scenariusz kina klasy B. Lepiej trochę przyhamuj i opowiedz wszystko od początku — zaproponował Szwajcar. Rosjanin uznał to za całkiem dobry punkt zaczepienia.

— Prosisz o trudne rzeczy, ale nich ci będzie. — Viktor wziął głęboki wdech, a zaraz potem wziął się również w garść. Przynajmniej taką miał nadzieję, że to, co brał, to byka za rogi, a nie że panika. Nad nim. Górę. — Zaczęło się od tego, że znudziło mi się siedzenie na tych całych targach, więc na chybił trafił wsiadłem do pociągu i tak przyjechałem przez całą trasę, aż do Hasetsu. Zauważyłem, że w mieście kwitną wiśnie, a mówię ci, to był naprawdę niesamowity widok, dlatego wyszedłem z dworca i zacząłem iść przed siebie, tak bez specjalnego zastanowienia. I tak sobie szedłem i szedłem, i szedłem, i szedłem jeszcze trochę, aż wreszcie przypadkiem natrafiłem na… — Viktor zawiesił głos.

— Naaa? — powtórzył Chris.

— Na skrzynkę z nogami! — oznajmił dumnie Rosjanin, ale zaraz poczuł, że coś było nie tak. — To znaczy, tak dokładnie to na Yuuriego ze skrzynką z nogami… Ale nie że pełną nóg, tylko z nogami u dołu… No bo nogi u góry to ręce… Trochę… W sensie, natknąłem się na Yuuriego z nogami…

— …i skrzynką?… — podsunął ostrożnie Szwajcar.

— Tak, i skrzynką. Normalnie jakbyś tam był — przytaknął dość mocno już rozemocjonowany architekt. — I… Boże, Chris, on był absolutnie uroczy. On, jego oczy, uśmiech, to jak mówił i jak mądre rzeczy mówił, i że prowadzi kwiaciarnię, i jak prowadzi kwiaciarnię, i… naprawdę… Jak ja się cieszę, że pomogłem mu wnieść do środka tę skrzynkę z różami, bo inaczej chyba bym… — Viktor urwał i nagle poderwał się do siadu, przypominając sobie o jeszcze jednym ważnym elemencie całej romantycznej układanki. — Właśnie, różami! Słuchaj, stary, normalnie nie uwierzysz. Tym, co niósł, były niebieskie róże. Znaczy, one nie były tak do końca niebieskie, bardziej fioletowe, ale Chris, one były niebieskie! Rozumiesz? Jak moje Blue Rose! I jeszcze na dodatek nazywały się ‘Lilac Fairy’, normalnie jak z baletu Czajkowskiego! W sensie… to musi być przeznaczenie!

Cisza, jaka zapadła w telefonie, raczej nie świadczyła o głębokim podziwie Szwajcara do całej sprawy. Bardziej wahała się między „możesz powtórzyć?” a „chłopie, odstaw to sake, bo kopie cię mocniej niż rodzona wódka”.

— Dobrze, mon chéri, faktycznie zdołałeś udowodnić, że to nie jest żadna pomyłka i że naprawdę oszalałeś z miłości — przyznał ostatecznie Giacometti, cmokając z niezadowoleniem w mikrofon. — No a co on na to?

Viktor zaniemówił. No właśnie. Co on na to?

— W sumie to nie wiem. Nie powiedziałem mu. Nie dał mi szansy. Do kwiaciarni przyszła jakaś kobieta i pomyślałem, że ona… że może… no nieważne — wyznał w końcu, padając z powrotem na łóżko. Bo w tym cały był ambaras, żeby dwoje wiedziało naraz. — Ale za to dałem mu kwiaty. Na dobry początek znajomości.

— Zaraz, zaraz… Jakie kwiaty? Te, które dźwigaliście? — rzucił Christophe, desperacko próbując połapać się w sytuacji zmieniającej się niczym stopień zagrożenia lawinowego w Alpach.

— Nie, inne. Znaczy, trochę tak i trochę nie. Tak dokładnie to częściowo z tych, a częściowo z innych — wyjaśnił Viktor, z każdym słowem pogrążając się coraz bardziej i bardziej. — To był bukiet, który u niego kupiłem. Dostałem. Oddałem. Oddałem?

— Dałeś kwiaciarzowi bukiet, który SAM zrobił? Przecież musi mieć ich serdecznie dość na co dzień! — zawołał Chris, wbijając tym samym potężną szpilę w nieźle już podziurawioną pewność siebie Viktora. — To tak jakbyś dał rzeźnikowi sztukę mięsa albo zaprosił baristę na kawę.

— Ale… dałem mu też swój numer… — dodał słabo Viktor, resztkami sił starając się ocalić swoją dogorywającą godność. Na próżno.

— Powiedz mi jeszcze, że komórkowy. A zresztą, jaki inny, jak nie komórkowy. Rosyjski, oczywiście. — Giacometti westchnął głośno i z wyraźnym ubolewaniem. — Viktor… Lubię cię, porządny z ciebie facet, talentu ci Bozia nie poskąpiła, ale czasami robisz takie towarzyskie wpadki, że zastanawiam się, kto ci właściwie dał to stanowisko. Niech zgadnę… A, no tak. Ty sam. — Mężczyzna nabrał powietrza i zdradził konspiracyjnym tonem: — Chłopie, tam się porozumiewają mejlami albo komunikatorami. Rozmowa to ostateczność. Rozmowa z obcokrajowcem nie istnieje w ich pojęciu.

— No to co niby miałem zrobić? Podać mu firmowy e-mail? A może od razu sprezentować wizytówkę? — obruszył się Viktor, na co Chris zacmokał z naganą.

— Prywatny kontakt, mon chéri, prywatny. O ile taki masz, chociaż jeśli nawet do mnie dzwonisz z firmowego numeru, to zakładam, że ostatnim razem normalne życie w stanie wolnym widziałeś gdzieś na studiach — podsumował Szwajcar. — I tak oto palnąłeś dwie romantyczne głupoty pod rząd, przez co nie masz teraz pewności, co ten cały Yuuri o tobie myśli. Brawo. Nie ma już dla ciebie ratunku.

— Dzięki, Kapitanie Oczywistość. Tyle to sam zauważyłem — powiedział z wyraźnym przekąsem Viktor.

— Ej, ty się chyba na mnie nie obrażasz? Och, Viktor… No dobra, dobra, wybacz, przesadziłem. Zapomniał wół jak cielęciem był — ukorzył się Chris, choć niespecjalnie uleczyło to chorego z miłości architekta. — Więc co właściwie zamierzasz z tym zrobić, ma petite catastrophe naturelle ambulante?

— Pójdę do niego jeszcze raz? — zaproponował ostrożnie.

— To na pewno. Tylko co? Zamierzasz zrobić to samo co teraz?

— Nie wiem — przyznał zgodnie z prawdą Nikiforov. Gdyby wiedział, cała ta rozmowa nie byłaby w gruncie rzeczy potrzebna. — Na pewno chcę z nim porozmawiać. Usłyszeć jego głos. Zobaczyć go.

Właściwie to chciał pobiec już teraz, zaraz, natychmiast, ale nie miał parasola (do diabła z nim), był zmęczony (choć widok bursztynowych oczu z pewnością zadziałałby na niego bardzo pobudzająco), a o tej godzinie kwiaciarnia niemal na pewno była już zamknięta (tak jakby nie mógł poczekać pod jej drzwiami). A tak przede wszystkim musiał zachowywać się jak na porządnego, odpowiedzialnego faceta przystało. Nie chciał przecież przynieść nikomu wstydu, a przede wszystkim nie chciał sprawiać problemów… Yuuriemu…

— …więc wzięło cię aż tak? — zapytał Chris, przerywając przeciągające się milczenie. Viktor przetarł oczy dłonią.

— Aż tak.

— No kto by pomyślał… Normalnie jakbym słyszał samego siebie, kiedy to Masumi trafił do mojego zespołu, a ja próbowałem go poderwać na wspólne testowanie kanapy i… A niech to — zaklął pod nosem Christophe. — Ruszyłeś mnie. Normalnie kupię jakieś dobre wino i przygotuję nam dziś kolację — odparł cicho, chyba bardziej do siebie niż do Viktora, ale zaraz znów rozbrzmiał pogodnie. — W takim razie nie waż mi się pokazywać na oczy, dopóki nie poślubisz tego swojego kwiatowego chłopca. Albo nie, zaraz, przecież musisz mi się pokazać, bo mam być twoim świadkiem.

— Jasne, oczywiście, świadkiem. Już rezerwuję dla ciebie miejsce przy stole. — Rosjanin mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Najbardziej z całej rozmowy pocieszył go chyba fakt, że Chris wydawał się mieć nie mniejszego fioła na punkcie swojego wybranka co Viktor na Yuuriego. A skoro w przypadku Szwajcara starania skończyły się happy endem, to czemu nie miałoby się tak stać również teraz? — Wiesz, w sumie to chyba już trochę uporządkowałem myśli. Na pewno chcę zostać w Hasetsu przez jakiś czas. Nie wiem, może tydzień, może dwa… Zobaczę. Przy okazji poprojektuję trochę zdalnie tak dla odświeżenia warunków pracy i poszerzenia… no. Dla poszerzenia horyzontów.

— Poszerzenia horyzontów, mówisz? Cóż, na pewno brzmi to jak dobry początek, aby móc ten cały horyzont w ogóle… poznać — rzucił nie bez ironii Chris. — Tylko nie zapomnij się do tego horyzontu odzywać, jak już będziesz się w niego wpatrywać niczym w obrazek, a jestem przekonany, że ci się nie oprze. No bo ciebie miałby nie pokochać? Niemożliwe.

— Dzięki, Chris — odparł podniesiony na duchu Viktor. — Przede wszystkim za to, że wysłuchałeś mojego nieskładnego bełkotu. Przysięgam, że przy nim zachowywałem się całkiem normalnie, ale bez niego… Chyba cofam się w rozwoju.

— Zobaczysz, poprawi ci się z czasem. No. To ja się zwijam i ruszam do dalszego podbijania szwajcarskiego rynku szaf trzydrzwiowych. Je ne peux pas attendre — rzucił Giacometti, wzdychając cokolwiek cierpiętniczo. — A, i pamiętaj, żeby na bieżąco zdawać mi relację z postępów sytuacji. Pomyślnych łowów życzę!

Chwilę potem Viktor pożegnał się z Chrisem i rozłączył się, chyba bardziej wymęczony taką zwykłą, przyjacielską pogawędką niż biznesową rozmową z wymagającym klientem. W ogóle z biznesem było prościej — jak się nie powiodło tu, to się próbowało tam, jak się nie udało podpisać umowy z tym, to w to miejsce zgłaszało się dwóch innych… Słowem: praca była taką nieco większą planszówką z mnóstwem pionków. A życie osobiste? O, tu było znacznie gorzej. Cokolwiek by nie zrobił, od prywatnych decyzji nie było odwrotu ani ucieczki, dlatego Nikiforov boleśnie wiedział, że jeśli spieprzy chociaż jedną rzecz związaną z uroczym Japończykiem, to pozostanie mu już tylko wstąpienie do klasztoru.

Viktor westchnął ostatni raz, a potem podniósł się z łóżka i zaczął się pozbywać mocno już sfatygowanego garnituru. Rano z pewnością musiał zadzwonić do hotelu w Fukuoce, żeby przysłali mu tutaj walizkę z pozostałymi ubraniami, a póki co architekt marzył już tylko o tym, żeby odświeżyć się po całym emocjonującym dniu. Rosjanin zdjął marynarkę, rozpiął koszulę i nonszalancko rzucił ubrania na fotel, kierując się w stronę łazienki. Przed progiem zdołał pozbyć się spodni, a za nim — skarpet oraz podtrzymujących je podwiązek. Jako ostatnie na podłodze spoczęły czarne slipy, a Viktor, w całej nagiej krasie, ruszył pod prysznic. W międzyczasie w lustrze mignęła mu sylwetka dobrze zbudowanego, wysportowanego mężczyzny, który mimo sercowych przeżyć dalej prezentował się nienagannie i powabnie. Racja. Chris miał absolutną rację. Nie miał się czego wstydzić i nawet mimo tych kilku drobnych potknięć nie zrobił nic, co by go całkowicie zdyskredytowało w czyichkolwiek oczach. A już szczególnie tych bursztynowych. I wcale nie musieli od razu wyznawać sobie miłości. Wystarczyło, że mógł przy nim być, a wszystko powinno się samo ułożyć, dlatego miał zamiar pójść tam z samego rana i powoli wyjaśnić mu-

Viktor obejrzał się za siebie, przypominając sobie, że jedyne ubrania, jakie chwilowo posiadał, to ten zdjęty przed sekundą garnitur po przejściach. No dobrze, mała zmiana planów — najpierw musiał pójść na zakupy, żeby zaopatrzyć swoją szafę na cały pobyt, a dopiero potem wolno mu było ruszyć za głosem serca. I tylko jedna, niespokojna kwestia nie mogła tak do końca opuścić głowy kąpiącego się Nikiforova…

...ciekawe, czy Yuuri lubił ludzi śpiących nago…

4. Nadzieja, co kwitnie dwa razy

***

W Yu-topii już od samego rana panował typowy dla kwiaciarni rozgardiasz, związany między innymi z przywożeniem z hurtowni świeżej dostawy ciętych kwiatów oraz przygotowywaniem z tej okazji zleceń do odebrania w ciągu dnia. Równo o dziewiątej na posterunku za kontuarem kwiaciarni stanęła więc Mari, Toshiya poszedł zajrzeć do doniczkowych kwiatów rosnących w przydomowej szklarni, natomiast Hiroko razem z Yuurim zajęli się najpilniejszą pracą w chłodni.

…a przynajmniej zajęli się, gdy tylko najmłodszy członek rodziny w końcu zwlókł się z łóżka i poszedł do ulokowanej w piwnicy pracowni, gdzie od dobrej pół godziny w najlepsze urzędowała już jego mama. Yuuri z pewnym trudem przywitał się z rodzicielką, ziewnął, odetchnął, uderzył się rozłożonymi dłońmi w twarz, a potem założył na siebie roboczy fartuch oraz rękawiczki-wampirki i rzucił okiem na przyczepioną do korkowej tablicy listę zamówień. No dobra, na dziś mieli do przygotowania kilka małych zleceń związanych z typowo biznesowymi okolicznościami, dwie prośby o bukiety na wieczór i jeden większy priorytet. A to ciekawe… Myśli Japończyka nieco się rozjaśniły, gdy zobaczył przedstawioną na kartce wypiskę, a potem Yuuri zerknął na rozstawione po całym pomieszczeniu wiadra oraz dostarczone wraz z nimi szklane wazony. Aha, czyli różowe tulipany i konwalie. Niezły wybór. Będą z nich ładne, proste, pękate bukiety.

Pierwszy pucharek stanął na roboczym stole, by po chwili zacząć się wypełniać przycinanymi z pomocą nożyc tulipanami. Chociaż Yuuri nie do końca dobrze znosił zimno, jednocześnie przekornie lubił siedzieć w chłodni, bo było tam cicho, spokojnie i mógł bez problemu operować kwiatami, nie bojąc się, że któreś z nich zaczną zaraz gubić płatki albo giąć się w nie tę stronę, którą potrzebował. Z drugiej strony praca była dość odtwórcza i podyktowana suchymi faktami zapisanymi na papierze, a przez to momentami trudniejsza niż rozmowa na żywo przy jednoczesnym tworzeniu kompozycji. Na przykład w dzisiejszym przypadku sprawa prezentowała się nad wyraz prosto, bo teoretycznie nie trzeba się było nawet trudzić z wiązaniem kwiatów. Przekornie motywowało to jednak Yuuriego do zastanawiania się, czy nie powinien dodać też czegoś od siebie. Coś, co spełni oczekiwania klienta, co go „miło zaskoczy”, jak to lubił pisać pewien mądry człowiek, a zarazem wciąż będzie zgodne z wytycznymi. Więc może lepiej by było, gdyby dołożył do tego jakąś białą wstążkę? Albo podmienił część tulipanów na jaśniejsze? A może…

— Synku? — zagadnęła Hiroko, zerkając na pociechę swoimi okrągłymi, brązowymi i niemal identycznymi jak u Yuuriego, tylko o wiele bardziej przenikliwymi oczami. Kwiaciarz natychmiast drgnął i złapał się na tym, że tak długo turlał już łodyżkę przyciętego pod wymiar tulipana, jakby co najmniej chciał ukręcić z niej eko-cygaro. — Stało się coś? Bo wydajesz się dziś bardziej nieobecny niż zwykle.

— Tak? Nie zauważyłem. — Yuuri uniósł dłoń i pomacał się po policzku, jakby sprawdzał, czy faktycznie widać było po nim jakieś większe rozkojarzenie, ale z powodu grubej rękawiczki nie wyczuł niczego podejrzanego. — Wydaje mi się, że wszystko jest w porządku. Nic się nie stało, naprawdę. Zupełnie nic…

No, może takie prawie „zupełnie nic”. Bo dziać to się działo każdego dnia, oczywiście. Codziennie do sklepu przychodzili klienci, codziennie musiał układać dla nich bukiety, codziennie starał się być miły i uprzejmy, i robił, co do niego należało, codziennie musiał dźwigać donice z roślinami, codziennie dostawał kwiaty od sympatycznych obcokrajowców…

Takie rzeczy zdarzały się codziennie, prawda? Na pewno tak to działało. A nawet jeśli nie w Japonii, to przynajmniej na jakimś Madagaskarze albo innej Antarktydzie.

— Na pewno nic? — powtórzyła mama, ale kiedy Yuuri wzdrygnął się, mruknął coś pośpiesznie pod nosem i skupił się na przygotowywanej wiązance, uśmiechnęła się z wyrozumiałością. — No to nic. Ale gdyby jednak „coś” się stało, to wiesz. Zawsze cię wysłucham.

Yuuri pokiwał prawdziwą głową i potrząsnął tą wyobrażoną. Nie, nie, nie, żadne wysłuchiwanie, to nie był materiał na jakiekolwiek opowiadanie, zdradzanie ani zwierzanie się. To brzmiało bardziej jak zwyczajne wariactwo. Jakiś przypadek. Sen. O, albo jeszcze lepiej — halucynacje. Tak, takie wyjaśnienie wydawało się całkiem rozsądnie. Przecież nieraz czytał na etykietach chemicznych nawozów, że wdychanie mogło powodować zawroty głowy, nudności, pocenie się, kołatanie serca i milion innych, strasznych rzeczy, z których jakaś połowa idealnie pasowała do rysopisu jego obecnych dolegliwości. I pewnie tak się właśnie stało. Za dużo ślęczał nad różami, do tego doszedł wysiłek fizyczny, jakiś stres spowodowany natłokiem zajęć i proszę — szalona wizja jak ta lala gotowa. A właściwie nie tyle jak ta lala, co jak ten przystojniak i to w dodatku taki wysoki, życzliwy, z ładnym akcentem, uśmiechem w kształcie serca oraz…

Nie! Stop! Prrr! Katsuki z rozmachem wrzucił do wiadra na odpadki kawałek obciętej łodyżki, jakby nie celował w pojemnik, ale w sedno swojego problemu. To przywidzenie było, przy-wi-dze-nie! Fatamorgana. Skomplikowany omam, ale tylko omam. To wcale nie tak, że mężczyzna zostawił po sobie całkiem fizyczny ślad oraz kilka miłych wspomnień. Jego już tu nie było, prawda? No właśnie. Jego tu kompletnie nie było.

Może to właśnie dlatego Yuuri, który wciąż nie za wiele rozumiał z zachowania obcokrajowca, a tym bardziej nie wiedział, co miał począć z trzymanym w pokoju bukietem oraz dołączonym do niego bilecikiem, postanowił zrobić to, co zawsze robił w stresujących sytuacjach — przeczekać najgorsze i stopniowo o sprawie zapomnieć.

Ta, zapomnieć… Gdyby to tylko od niego zależało. Ale nie zależało.

Na szczęście.

Prawie trzy godziny wytężonej pracy wystarczyły jednak na tyle, aby Yuuri nieco się wyciszył i zajął się tą normalną, przyziemną, wypełnioną kwiatami oraz zamówieniami codziennością. Dzięki temu dwadzieścia pucharów z tulipanowo-konwaliowymi kompozycjami ozdobionymi (jednak) śnieżnobiałymi wstążkami stanęło w gotowości jeszcze przed południem, czekając na odbiór. Pozostało je już tylko przenieść na górę, do wnętrza kwiaciarni, gdzie po pracy miał się po nie zgłosić ojciec zlecającej. I chociaż zamówienie raczej nie należało do tych najmniejszych i na dobrą sprawę można je było schować na zaplecze, to i tak Hiroko wolała, by na kilka godzin wyeksponować je w sklepie. W ten sposób flakony miały robić za dodatkową reklamę, zachęcając klientów do polecania Yu-topii na wypadek podobnych, uroczystych okazji.

— Mari, pomożesz mi? Czy jesteś zajęta? — zagadnął Yuuri, taszcząc na górę pierwszy wazon. No tak, dobry pomysł dobrym pomysłem, światła idea światłą ideą, ale dodatkowa para rąk do pracy oczywiście by się przydała.

— Spoko. Od dłuższej chwili nikogo nie było, ale jakby co to nie zapominaj nadstawiać ucha — zgodziła się dziewczyna, zamykając zeszyt i zatykając sobie dla wygody ołówek za ucho. — Będziemy chodzić na zmianę.

Yuuri skinął głową. To nie tak, że bali się, że ktoś im nagle zrobi napad na kwiaciarnię i w porywie zachłanności ukradnie kilka doniczek z orchideami, bo to był łup raczej mało atrakcyjny (w sensie… nie w ten sposób atrakcyjny), a poza tym w mieście naprawdę rzadko zdarzały się takie sytuacje. Cóż, przynajmniej ten jeden raz fakt, że Hasetsu się wyludniało, okazał się przydatny — razem z normalnymi ludźmi emigrowali stąd również złodzieje. Najważniejsze w pilnowaniu sklepu było jednak to, aby nie dać klientom czekać. Ciepłe, rodzinne traktowanie było mottem Yu-topii, którego młodsi pracownicy starali się przestrzegać bardziej niż świętych godzin weekendowych kolacji.

Na szczęście we dwójkę całkiem szybko uporali się z przeniesieniem dziesięciu wazonów i właśnie nadchodziła kolej Yuuriego na postawienie na ziemi już jedenastego z rzędu, kiedy nagle u drzwi rozległa się znajoma melodia wietrznych dzwoneczków, a z ulicy dobiegł szum samochodów i następująca po tym cisza, zwiastująca nadejście nowego klienta. O, dobrze się złożyło, że akurat zdążył wtaszczyć ten bukiet. Jeszcze tylko dosunie ostatnie trzy wazony jak najbliżej ściany, żeby Mari mogła bez przeszkód stawiać kolejne i zaraz będzie można-

— Dzień dobry, Yuuri! — rozbrzmiało wesoło od wejścia, zanim zdążył dokończyć myśl.

— Dzień dobry, dzień do… — odpowiedział machinalnie i urwał, gdy w połowie wypowiedzi zorientował się, że nie tylko usłyszał swoje imię, nie tylko usłyszał je ze śpiewną nutą zaznaczoną na długim „U”, ale że sam użył angielskiego. A kiedy używał angielskiego, to oznaczało to, że… Yuuri natychmiast poderwał się znad ustawionych w rzędzie pucharów i spojrzał wprost na stojącego w progu kwiaciarni mężczyznę. — Viktor!

Na to zduszone zawołanie obcokrajowiec rozpromienił się niczym polny słonecznik, potwierdzając tym samym, że sytuacja z dnia poprzedniego wcale nie była snem (bądź jeśli była, to Katsuki miał kapitalny nawrót choroby). Viktor naprawdę tu stał i gdyby jakimś niewiarygodnym cudem Yuuri nie zapamiętałby go po wyglądzie, to i tak wszędzie rozpoznałby ten pogodny uśmiech w kształcie serca. Tym razem cudzoziemiec nie był jednak ubrany jak do pracy w wielkiej korporacji, ale wyglądał nieco mniej formalnie: nosił twarzową, niebieską marynarkę, podkreślającą kolor jego oczu, do tego gładką, czarną koszulkę, białe spodnie oraz proste mokasyny. „Codzienna elegancja” — Yuuri praktycznie od razu pomyślał sobie o frazesie rodem z portali o modzie, ale musiał przyznać, że w tym przypadku pasował on idealnie.

A najbardziej z tego wszystkiego pasował do Viktora oczywiście szczery uśmiech, który powiększył się do tego stopnia, że mężczyzna aż rozchylił usta i znów się odezwał.

— Zapamiętałeś — zauważył nie bez dumy w głosie, potrząsając delikatnie głową, na co jego grzywka zafalowała jak miniaturowa, srebrzysta kurtynka. — Nawet nie wiesz, jak się cieszę.

Yuuriemu ciężko było powiedzieć, czy również się cieszył, nie wspominając już o tym, że ciężko mu było mówić tak w ogóle… Znaczy, to przecież nie tak, że zupełnie się nie cieszył! Cieszył się, owszem, ale o wiele bardziej był chyba zdziwiony, zaskoczony, wstrząśnięty i zmieszany, normalnie jak kolorowy drink z wysoką palemką. Jakby ten moment, kiedy Viktor zostawił go z bukietem w dłoni oraz pustką w głowie, właśnie do niego wrócił.

Dopiero stukot butów dochodzący z głębi sklepu sprawił, że patrzący na siebie mężczyźni wreszcie się ocknęli. I znów szybszy okazał się Viktor.

— A, właśnie! Przecież nie przyszedłem z pustymi rękami. Co prawda na początku chciałem ci kupić kawę, ale że nie wiem, jaką pijesz, dlatego… — zaczął obcokrajowiec, po czym podniósł trzymaną w dłoni papierową torbę. — Dlatego ostatecznie stanęło na tym. Wziąłem trochę onigiri na drugie śniadanie, ale muszę ze wstydem przyznać, że po drodze zupełnie zapomniałem, które są z czym. Przydałaby mi się pomoc jakiegoś miłego eksperta, który byłby w stanie rozszyfrować te wszystkie etykietki. No to co? Dasz się porwać na mały lunch? Tak w ramach połączenia przyjemnego z pożytecznym?

— Ja… — zaczął kwiaciarz i urwał, słysząc, jak dobiegające od strony schodów kroki właśnie zatrzymują się w progu. Yuuri pospiesznie obejrzał się w stronę wchodzącej do sklepu Mari, która najpierw zmrużyła oczy, potem zrozumiała, że to wcale nie był żaden klient, ale jakiś nowy znajomy jej brata, otaksowała mężczyznę wzrokiem, szczególnie długo i wnikliwie zatrzymując się na jego biodrach (siostra!), po czym bezgłośnie wskazała nosem na część przyniesionych wazonów, a następnie na Viktora, jednocześnie wycofując się z powrotem na zaplecze. — Jasne. Oczywiście. W sumie to chętnie bym coś przekąsił. Umieram z głodu normalnie. Tak od dwóch dni… Godzin! Godzin. Pewnie, że godzin. Tylko czy mógłbyś poczekać tak jeszcze z kwadrans? Musimy skończyć przygotowywać zamówienie.

— Nie ma sprawy, mną się nie przejmuj — uspokoił Viktor i wygiął się w bok, starając się zajrzeć Yuuriemu przez ramię. — A zdradzisz mi jeszcze tak na szybko, co takiego ładnego szykujecie?

Katsuki przysiągłby, że czubki jego uszu właśnie pokryły się karminową czerwienią. A niech to licho porwie. Jeśli to wszystko nie było sprawką chemikaliów, to pewnie niechcący nawdychał się jakiejś pleśni z roślin, przez co miewał teraz te nagłe skoki gorączki. I zawstydzenia też.

Tylko jakie drobnoustroje powodowały napady wstydu?

— To nic takiego — wydukał wreszcie, walcząc z samym sobą, aby barwa jego policzków nie pokonała stojących tuż obok tulipanów. — Tylko… kwiaty na ślub.

— O. — Dźwięczna, krótka, zaskoczona samogłoska wyleciała spomiędzy ułożonych w idealne kółko ust Viktora, po czym wzleciała w wyjątkowo niskie przestworza pogrążonego w ciszy sklepu. — No tak, rozumiem. Ślub. To naprawdę niezły awans w porównaniu z wczorajszym bukietem dla szalonego Rosjanina, prawda?

— To wcale nie jest awans! — zaprzeczył szybko Katsuki, nie wiedząc, czemu aż tak bardzo go to ubodło. — To wcale nie tak, bo… bo zamówienia na śluby zdarzają się regularnie i to żadna nowość ani nic w tym stylu, a bukiet dla ciebie był jedyny w swoim rodzaju. Więc jeśli miałbym powiedzieć, co jest dla mnie ważniejsze, to-

— Yuuri! — Głos wołającej go Mari wykazywał już wszelkie symptomy typowego pospieszania, co zdecydowanie nie pomagało Yuuriemu w skupieniu się i poprawnym przekazaniu swoich myśli. Słowa, na swoje nieszczęście, nie były jak kwiaty. Nie dało się ich wycofać i jeszcze raz włożyć w bukiet, żeby poprawić efekt końcowy.

Viktor wykazał się jednak znacznie większym zrozumieniem dla tej palącej sytuacji i szybko wskazał na ulicę.

— W porządku, już nie będę stać wam nad głowami. Poczekam na zewnątrz — uprzedził i nie czekając na dalsze wyjaśnienia Japończyka, wyszedł ze sklepu, uśmiechając się i machając mu ręką w ramach tymczasowego pożegnania. — To do zobaczenia za chwilę!

W milczącej odpowiedzi Yuuri uniósł dłoń i odmachał Viktorowi, odprowadzając mężczyznę wzrokiem aż do zamknięcia półprzezroczystych drzwi. Lecz kiedy rozbrzmiało finalne kliknięcie, a Katsuki pojął, co robił i jak musiało to wyglądać z boku, z paniką złapał się za nieposłuszną rękę i ściągnął ją na dół, równocześnie pragnąc nią sobie palnąć w czoło. Co z niego za idiota! Przecież wciąż nie rozumiał, czemu zasłużył sobie na tamte kwiaty i czy w ogóle powinien się zadawać z obcym facetem, a mimo to szczerzył się jak głupi do sera, gdy ten zaproponował mu wspólny posiłek… Znaczy, no dobra, wcale nie był aż tak bardzo obcy. W końcu Yuuri wiedział, że miał na imię Viktor i że kupił na lunch onigiri, a to w sumie było więcej informacji niż kojarzył o większości kolegów ze studiów. Ale to wciąż nic nie znaczyło! Okej, był miły i zaproponował mu śniadanie, bo… bo… bo może chciał zawrzeć z kwiaciarnią jakąś umowę? O, i to by przy okazji doskonale tłumaczyło ten wczorajszy garnitur i aktówkę. Tak, to pewnie to. Sprzedawał jakieś polisy ubezpieczeniowe albo chciał namówić do wykupienia akcji jego spółki. Na pewno.

A jednak ten sam Yuuri, który w myślach łajał się za zbyt pozytywną reakcję i wyobrażanie sobie nie-wiadomo-czego (jednocześnie zastępując te myśli jeszcze większym nie-wiadomo-czym), w o wiele lepszym niż jeszcze dziesięć minut temu nastroju pobiegł do chłodni, żeby pomóc chrząkającej wymownie siostrze dźwigać pozostałe flakony z kwiatami. Nic sobie nie robił z jej dwuznacznych min, całkowicie pogrążony w rozmyślaniach o jeszcze jednej, arcyważniej informacji na temat nowego znajomego — bo oto okazało się, że Viktor był Rosjaninem. Gdy tylko Yuuri o tym usłyszał, musiał przyznać, że jego miękki akcent faktycznie do czegoś takiego pasował. A więc Rosja… Wysocy, przystojni ludzie, dużo śniegu, dużo zimna… Jakieś niedźwiedzie polarne na ulicach? No, może po prostu renifery. Ponadto Yuuri był całkiem zaintrygowany tym, jak Viktor znosił tamtejsze warunki klimatyczne i czy pogoda w Japonii mu się podobała. Ach, no i oczywiście same kwiaty. Jakie były popularne, jakie rzadkie, jakie sam lubił… Musiał go o to wszystko dokładnie wypytać.

Tylko czy jedna, krótka przerwa na lunch wystarczy…?

— Ostatni — sapnął Katsuki, ocierając czoło z potu. Gdy tylko dwadzieścia wazonów stanęło w zwartym szyku, a siostra znów zajęła miejsce za ladą, Yuuri w tempie błyskawicznym odwiązał fartuch, zzuł rękawiczki i, łapiąc za bluzę, skierował się w stronę wyjścia. Nawet jeśli pracował ze zdwojoną siłą i uwinął się o całe cztery minuty wcześniej, niż pierwotnie zakładał, nie chciał kazać czekać Viktorowi już ani sekundy dłużej. Żeby nie wyjść na gbura, oczywiście. Tylko dlatego. — Okej! To ja na chwilę wychodzę!

— Tak jakbym zdążyła zapomnieć o tym gościu, który na ciebie czeka! — odpowiedziała ironicznie Mari, kręcąc głową na widok brata pospiesznie zamykającego za sobą drzwi.

I może to i dobrze, że Yuuri zniknął tak szybko, bo zupełnie nie usłyszał ostatniego zdania, które Japonka wypowiedziała z takim dziwnym, typowo siostrzanym uśmieszkiem:

— Tylko mi tego nie schrzań!

5. Nie czas żałować róż, gdy płoną policzki

***

Pierwsze wrażenie miało się tylko jedno — głosiła stara, ceniona sentencja i jeśli była tak samo prawdziwa, jak wydawała się znana, to Yuuri pokazał się Viktorowi od chyba najgorszej możliwej strony, bo od strony skrzynki przepełnionej kwiatami, którą niósł jak ta ostatnia ofiara losu. Gdyby znów miał się ratować kolejną szansą, to ta również nie wyglądała najlepiej, bowiem za drugim razem, tym dzisiejszym, nie umiał wydukać nic poza imieniem mężczyzny, a tak w ogóle to najpierw zaprezentował mu swoje nieciekawe tyły, zanim odwrócił się i przedstawił równie wątpliwy przód.

Ale jak to się również mówiło: do trzech razy sztuka. Yuuri naprawdę mocno pragnął choć trochę odczarować paskudne wrażenie, jakie wywarł przy wcześniejszych spotkaniach, dlatego przed pójściem na lunch postanowił przywitać się z Viktorem jak należy. Porozmawiać z nim jak należy. Podziękować jak należy i ewentualnie wyjaśnić kilka rzeczy jak należy. Na przykład chciał zaprosić go (jak należy, rzecz jasna) na coś więcej niż tylko szybki posiłek i gdyby była taka ewentualność, choć Yuuri oczywiście nie zamierzał się napraszać ani nic, bo tak naprawdę różnica między jego poziomem a poziomem Viktora była niczym porównywanie zwykłej, przeciętnej stokrotki do czarnego tulipana, ale w sumie skoro i to był kwiat, i to był kwiat, znaczy, i jeden był człowiekiem, i drugi był człowiekiem, to może dało się od czasu do czasu… jakoś tak… spotkać?

O ile, oczywiście, miałby szansę wszystko to zaproponować.

Bo kiedy zaaferowany Yuuri jedną ręką siłował się z rękawem bluzy, a drugą zamykał drzwi wejściowe, wypadając z kwiaciarni niczym wystrzelone ze strąka nasionko, omal nie staranował tym samym Viktora, który akurat przykucnął przy witrynie, podziwiając ustawione przed sklepem donice z kwiatami. Yuuri momentalnie zbladł. Do diaska! Przecież z niego była jakaś chodząca katastrofa! Biegająca. Wybiegająca i potykająca się o własne kolana. Potykająca i chwiejąca się jak pijany mistrz kung-fu, tylko że żaden był z niego mistrz kung-fu. No chyba że pijany. Ewentualnie. Chociaż uchowaj Boże.

Na całe szczęście w ostatniej chwili Yuuri zdołał uskoczyć w bok, po czym zachybotał się desperacko na jednej nodze, wcisnął dłoń w problematyczny rękaw, aż wreszcie złapał równowagę i bezpiecznie przystanął na chodniku, wpatrując się z pewnym przerażenio-zaskoczeniem w uśmiechającego się obcokrajowca.

— Ładne lądowanie — zażartował Viktor, podnosząc się z przyklęku. Jeszcze przed chwilą Yuuri mógł podziwiać uroczy przedziałek zdobiący czubek srebrzystej głowy, a teraz na wysokości jego oczu znalazła się twarz przystojnego mężczyzny. I co tu dużo mówić: z każdej strony był on absolutnie idealny. — To co? Jesteś wolny?

— Tak, jasne. Jestem. — Czy tylko mu się wydawało, czy po tej ostatniej odpowiedzi zauważył w oczach Viktora jakiś taki radosny błysk? — Przepraszam, że nie mogłem wyjść od razu, ale to była dość pilna sprawa i nawet specjalnie wyciągnąłem siostrę do pomocy, żeby-

— Wow, wow, Yuuri. Stop. Nie musisz się tłumaczyć. Przecież jesteś u siebie w pracy — uspokoił obcokrajowiec, a potem jedna z jasnych brwi, ta lepiej widoczna, uniosła się w wyrazie lekkiego zdumienia. — Zaraz… Siostra?

— A, no tak. Yu-topia to rodzinny interes. Pracujemy tutaj we czwórkę, z rodzicami — zdradził Yuuri, jakoś tak automatycznie łapiąc się za skraj niebieskiej bluzy i mnąc ją nerwowo. Faktycznie. Pewnie dla takiego biznesmena jak Viktor życie na garnuszku rodziny było czymś mało atrakcyjnym, żeby nie powiedzieć: hańbiącym. Katsuki poczuł się przez to niczym na jakiejś rozmowie kwalifikacyjnej, tyle że zamiast o posadę starał się o znajomość. — W sumie często nam to mówią, że trochę się od siebie różnimy. W sensie ja i Mari.

— Może odrobinkę — przyznał z dziwnym zadowoleniem Rosjanin, po czym uniósł papierową torbę i potrząsnął nią zachęcająco. — No dobrze, wystarczy tych tłumaczeń. W takim razie czy zdradzisz mi jakieś ładne miejsce, gdzie możemy zjeść? Może park? Albo ulubiony zakątek?

— Czy ja wiem… Raczej nie powinienem odchodzić za daleko od sklepu, ale… Co powiesz na ławkę na zapleczu? Może nie jest tam jakoś oszałamiająco pięknie, ale na pewno jest cicho. No i zawsze jest wolne miejsce — zaproponował dość luźno i bez specjalnych nadziei na pozytywną odpowiedź, ale o dziwo Viktor od razu z entuzjazmem pokiwał głową.

— Za tobą wszędzie.

Yuuri poprowadził go więc przez bramę i wzdłuż podjazdu dla minivana, aż okrążyli budynek kwiaciarni i zaszli na podwórko, gdzie ulokowane było wejście do prywatnej części domu (znajdującego się trochę na tyłach, a trochę na piętrze sklepu), jak również okazała szklarnia. Tuż obok tej ostatniej, z widokiem na raczkujący ogródek warzywny, stała nieco wytarta przez lata ławka, stanowiąca cel ich mało wyszukanej podróży.

Zanim jednak usadził na niej Viktora, Yuuri zajrzał zapobiegawczo do szklarni, sprawdzając, czy tata już sobie z niej poszedł. Mimo wszystko nie chciał, aby on albo mama przerywali im posiłek, zagadując Viktora o jakieś głupoty. Wystarczyło, że musiał się mierzyć z głupotami we własnej głowie.

— Wszystko w porządku? — zagadnął nieco skonsternowany Rosjanin, na co Japończyk szybko zamknął drzwi i ochoczo mu przytaknął. Było czysto.

— Tak, w najlepszym. Już siadam — potwierdził i przycupnął na ławce tuż obok Viktora. Minęło jednak kilka długich sekund, w czasie których mężczyźni przypatrywali się sobie nawzajem, czekając na ruch drugiego. — To właściwie… w czym mogę ci pomóc?

— Yuuri, jesteś niemożliwy. Brzmisz jakbyś rozmawiał z klientem — zwrócił mu uwagę Viktor, zabawnie przechylając głowę. — Rozluźnij się. To tylko niezobowiązująca pogawędka, a nie prezentacja oferty handlowej. Naprawdę nie zamierzam cię z niczego rozliczać.

— O-okej, wybacz. To wszystko przez to, że nie jestem zbyt dobry w takich rzeczach — przyznał z pokorą.

— Wydaje mi się, że wczoraj radziliśmy sobie całkiem nieźle. I to na tyle, że postanowiłem tu wrócić. — Rosjanin uśmiechnął się pokrzepiająco, po czym rozwinął trzymaną torebkę i przysunął ją bliżej Yuuriego. — To może tak na rozgrzewkę zaczniemy od czegoś neutralnego, hm? Wyjaśnisz mi, z czym są te onigiri?

Katsuki zawahał się, ale już po chwili wsunął rękę i wyciągnął stamtąd kilka trójkątnych, zafoliowanych zawiniątek, zaopatrzonych w logo ze śnieżynką. W mig rozpoznał to oznaczenie.

— Ach, kupiłeś je u Nishigorich! — powiedział i zaraz pospiesznie dorzucił: — Znaczy, Yuuko i Takeshi to moi przyjaciele, znamy się jeszcze z czasów szkolnych. Prowadzą niewielką kawiarnię z własnymi wypiekami i… ale to już przecież wiesz, skoro tam byłeś — wyjaśnił pokrótce Yuuri, a potem rozłożył onigiri na kolanach i zaczął im się po kolei przyglądać. — Rany, wziąłeś chyba po jednym z każdego dostępnego rodzaju. Serio, masz tu wszystko… To jest z umeboshi, takim rodzajem kwaśnej śliwki, to jest z tuńczykiem, to z łososiem, to znów z kombu… znaczy, z wodorostami…

— O, jakie to egzotyczne! W takim razie ja poproszę tą! — Viktor już wyciągał rękę, żeby chwycić onigiri z kombu, ale tuż przed samym zawiniątkiem znieruchomiał i spojrzał niepewnie na Yuuriego. — No chyba że kombo to twój ulubiony smak?

— W porządku, nie krępuj się. — Yuuri zachichotał w duchu na te urocze przejęzyczenie i od razu wziął kulkę z umeboshi. — Jeśli jest tu coś, na czymś naprawdę mi zależy, to tylko na tym, żeby popatrzeć, jak ją ze smakiem zjadasz.

Trzy… dwa… jeden… Nie, tym razem Yuuriemu się nie zdawało. Jakaś dziwna ekspresja faktycznie przemknęła przez twarz Viktora, zanim obcokrajowiec zasłonił usta zwiniętą w pięść dłonią i uciekł spojrzeniem w drugi bok. Po dość długiej chwili milczenia, w trakcie której kwiaciarz zdołał zauważyć, że ramiona towarzysza zaczęły jakoś tak delikatnie drżeć, Viktor w końcu odchrząknął i znów zwrócił ku niemu swoje niesamowite, jasne oczy. Zanim jednak Yuuri zdążył odgadnąć, o co właściwie w tym wszystkim chodziło, mężczyzna chwycił wodorostowe onigiri, odpakował je i na oczach Katsukiego odgryzł solidny kęs. Yuuri poczuł nagłe ukłucie stresu związane z tym, że jako Japończyk był poniekąd odpowiedzialny za smak rodzimej kuchni. Jak się szybko okazało — bał się całkowicie niepotrzebnie.

— Mmm…! Myślałem, że będzie bardziej jak suche sushi, ale to jest po prostu vkusno! — zawołał śmiesznie Viktor, przeżuwając kęs ryżowej kulki. — Jest takie słone i mocno smakuje morzem… ale jest też dobre. Naprawdę dobre. Aż człowiek ma ochotę na kolejny gryz.

I jakby w ramach zwieńczenia tej pełnej optymizmu reklamy, Viktor bez zastanowienia podsunął Yuuriemu swoje onigiri.

— To co? Może jednak chcesz trochę spróbować? Bo widzę, że nic nie jesz.

— Nie, lepiej nie… — „Na tym etapie” przemknęło Yuuriemu przez myśl, ale dobrze, że zdołał utrzymać język za zębami, zanim wypowiedział te słowa na głos. Taka uwaga była absolutnie niepotrzebna. Absolutnie nieprofesjonalna. I absolutnie zawstydzająca. — Ale spokojnie, już zaczynam swoją, naprawdę. Spójrz.

Na potwierdzenie Yuuri pospiesznie odpakował ryżową kulkę z umeboshi, ugryzł kawałek, po czym obrócił się w stronę Viktora, chcąc pokazać, z jakim zaangażowaniem ją ciamkał. I to był błąd. Znajdowali się przecież tak blisko siebie, że Yuuri mógł bez większego problemu dojrzeć liczne prążki zdobiące błękitne tęczówki Rosjanina, delikatny błysk balsamu na jego wargach czy zabłąkane ziarenko ryżu przyklejone do kącika ust. Myśl, że mógłby tak zwyczajnie unieść dłoń i zabrać ziarenko z policzka przystojnego mężczyzny, przy okazji sprawdzając, czy faktycznie jego skóra była tak miła w dotyku jak myślał, sprawiła, że niemal się zadławił.

Yuuri równie błyskawicznie umknął więc spojrzeniem w przeciwną stronę i spuścił głowę, patrząc gdzieś pod nogi. Wstydził się ponownie spojrzeć na Viktora, wstydził się choćby odezwać, chociaż z drugiej strony milczenie wydawało się równie krępujące. Nie wiedział nawet, czy nie powinien się odwdzięczyć i w naturalnym rewanżu zaproponować gryz swojego onigiri, ale to zadanie przerastało go chyba najbardziej. Może w Rosji podobne sytuacje były najzupełniej normalne, ale z jego perspektywy taki beztroski posiłek zaczynał wyglądać trochę jak spotkanie zakochanej pary, która dzieliła się jedzeniem, a każdy kęs kończyła… Yuuri przełknął ślinę i zacisnął usta. I jakby tego wszystko było mało, jego zawsze niewinna wyobraźnia postanowiła go nagle i bez uprzedzenia zdradzić, przeżywając taki rozkwit, jakiego nie zaznała przez całe dwadzieścia trzy lata życia.

Cisza została więc podtrzymana, a mężczyźni skupili się na lunchu. Gdy emocje trochę ostygły, Yuuri musiał przyznać, że poczęstunek mimo wszystko niesamowicie mu smakował. Śliwkowe onigiri było dobre, słono-kwaśne i rozpływające się w ustach — niby takie samo jak za dawnych czasów, kiedy to Yuuko częstowała go na przerwach w szkole, ale zapach minionej ulewy oraz obecność drugiego człowieka, który mruczał radośnie pod nosem i lekko kołysał swoimi długimi nogami, stanowiły coś w rodzaju dodatkowej, niewidzialnej przyprawy. Yuuri uśmiechnął się do siebie i ugryzł jeszcze jeden, mały kęs. Naprawdę świetne. Może podczas następnego spotkania odwdzięczy się Viktorowi i kupi mu całe onigiri z umeboshi. Żeby też wiedział, jakie są smaczne. O, i przyniesie termos z zieloną herbatą. Będzie idealnie pasować.

— Viktor, ja… — wyrwało mu się dość niespodziewanie. Ale czy w ogóle będą jakiekolwiek inne spotkania? Przecież Viktor mógł się poczuć zawiedziony tym, jak mało ciekawym i zamkniętym w sobie człowiekiem był Yuuri. Równie dobrze mógł to być ich ostatni raz. — Wybacz moją ciekawość, ale wydawało mi się, że nigdy wcześniej nie wiedziałem tutaj nikogo takiego jak ty. Mieszkasz w Hasetsu? Czy może jesteś tu tymczasowo?

— Nie widziałeś nikogo takiego, w sensie że nikogo tak ekscentrycznego? — zaśmiał się Viktor. — No tak, masz rację. Jak pewnie zauważyłeś po moim nieogarnięciu kanji to faktycznie, nie żyję tutaj na stałe. Przyjechałem specjalnie na ten tydzień, na targi prezentów do Fukuoki, choć jednocześnie muszę przyznać, że ostatnio zacząłem się zastanawiać nad tym, czy nie zostać w Japonii jeszcze przez jakiś czas. Nadspodziewanie dobrze mi się tu myśli.

Dla Yuuriego najbardziej kluczową informacją wcale nie było to, że Viktor przyleciał na „Gift Show”, jakkolwiek był pod dużym wrażeniem, bo sam z pewnych względów bardzo chciał się tam chociaż raz wybrać. Nie było ważne nawet to, że Rosjanin przyjechał tu tylko na trochę, choć kwiaciarz na tę wieść poczuł jakiś taki dziwny niepokój w sercu. Najistotniejsze było to, że Viktor zostawał i że…

— „Dobrze myśli”? — powtórzył z wahaniem Yuuri.

— Nom — przytaknął wesoło Viktor, kończąc w międzyczasie swoje onigiri i sięgając po kolejne, to z łososiem. — Tak się akurat składa, że jestem architektem wnętrz.

Niewiele brakowało, a szczęka opadłaby Katsukiemu z wrażenia, natomiast ryż z ugryzionego kęsa wysypałby się na ziemię jak monety z Jednorękiego Bandyty. Jeśli Viktor w jakikolwiek sposób mógł sobie zasłużyć na jeszcze większy szacunek Yuuriego, to właśnie to zrobił. Więc wcale nie był żadnym biznesmenem, maklerem, managerem czy innym władcą korporacji. Był architektem. Urządzał mieszkania i to pewnością nie mniej wspaniałe (znaczy, eleganckie, eleganckie!) co on sam, skoro mógł sobie pozwolić na wypad do Japonii w ramach „dobrego myślenia”. Nie wiedzieć czemu Yuuri przez ułamek sekundy pomyślał, że w takim razie Viktor mógł być jednak w jego zasięgu… ale zaraz szybko się poprawił i dodał, że chodziło oczywiście o zasięg w sensie wymiany doświadczeń. Tak, tylko o to. W końcu i jeden, i drugi zajmował się komponowaniem, choć oczywiście każdy w nieco inny sposób. Tak to wyglądało. Oczywiście. Nic więcej.

Zabawne. A jeszcze kilka godzin temu Yuuri myślał…

— …że jesteś sprzedawcą polis… — mruknął, zanim otworzył szeroko oczy i zrozumiał, że powiedział to jak najbardziej na głos. Znowu coś mu się wyrwało! Znowu!

— Ja? Sprzedawcą? Naprawdę? — Viktor spojrzał na Yuuriego, potem zerknął na papierową torebkę z piekarni Nishigorich i znów obrzucił wzrokiem rumieniącego się kwiaciarza. — I pewnie sądziłeś, że to jest część jakiegoś chwytu marketingowego? Że próbuję cię przekupić?

— Tak troszkę? Troszeczkę? — przyznał Katsuki i zawstydzony przytknął do ust w połowie zjedzone onigiri, tak jakby miało to pomóc w ukryciu spąsowiałych policzków. — Ale w porządku. Jakby co to byłem przygotowany na to, żeby ci odmówić. W końcu już od dawna mamy ubezpieczenie na wypadek tajfunów.

— Yuuri… To by było zbyt okrutne. Gdybyś bez najmniejszego wahania powiedział, że odrzucasz wszystkie starania, moje serce dosłownie pękłoby na pół — jęknął z boleścią Viktor. Był w tym jednak tak przesadnie teatralny i tak komicznie wzniósł oczy do nieba, że Yuuri nie mógł się nie uśmiechnąć.

— Nie no, myślę, że nie byłoby aż tak źle. Jestem pewien, że w Hasetsu trafiłaby się jeszcze cała masa ludzi, która z ogromną chęcią kupiłaby od ciebie każdą polisę. Oczywiście gdybyś tylko jakieś sprzedawał — pocieszył.

— Chcesz mi powiedzieć, że tylko na ciebie mój urok osobisty nie działa? — chlipnął Viktor, mrużąc podejrzliwie oczy, na co Yuuri delikatnie wzruszył ramionami i wsunął do ust resztkę onigiri.

— Znam cię zaledwie od wczoraj, a już zdołałeś wyciągnąć mnie na wspólny lunch — przypomniał Japończyk. — Powiedziałbym raczej, że coś kupiłeś.

— No na pewno zdobyłem świetne onigiri — zauważył Viktor, lecz Yuuri od razu potrząsnął głową.

— Nie, nie tylko — odparł i oblizał kciuk, na którym pozostało kilka ziarenek lepkiego ryżu. Viktor, który właśnie szykował się do zatopienia zębów w onigiri, zamarł z szeroko otwartymi ustami. — Przede wszystkim kupiłeś mnie.

Tym razem to ryżowa kulka Rosjanina niemal wypadła mu z dłoni, ale na szczęście po chwili prawdziwie akrobatycznej walki pochwycił ją w obie ręce, odetchnął z ulgą i spojrzał na Japończyka, kręcąc z niedowierzaniem głową.

— Wiesz co, Yuuri? Chyba muszę zweryfikować swoją wcześniejszą wypowiedź. Wcale nie jesteś niemożliwy — wyznał i odetchnął przez nos, przybierając roztkliwiony wyraz twarzy. — Jesteś absolutnie niesamowity.

Te niejednoznaczne słowa jakoś tak dziwnie ucieszyły Yuuriego. Może to dlatego, bo ktoś wreszcie pochwalił go za coś innego niż bycie dobrym synem czy sumiennym pracownikiem, a może dlatego, ponieważ komplement wyszedł od tego specjalnego człowieka. W ogóle każda pozytywna reakcja Viktora, każda sekunda, kiedy jego usta układały się w szerokim uśmiechu, a w oczach błyskały wesołe iskierki, była tak bezcenna, że typowe onieśmielenie i speszenie odchodziło na zupełnie dalszy plan. Przy Viktorze mówienie wydawało się czymś naprawdę przyjemnym. Przy Viktorze samo bycie było… miłe.

— Viktor? — zagadnął więc Yuuri. Skoro tak dobrze im się rozmawiało, to może warto było poruszyć jeszcze ten jeden temat? Ten związany z pewnym chaotycznym, nie do końca zrozumiałym wyznaniem. — A czy mogę zapytać cię o coś jeszcze?

— Ależ oczywiście — zachęcił obcokrajowiec, błyskając białymi zębami. — Zagaduj, o co tylko zechcesz.

— No bo w sumie tak to do mnie teraz dotarło… że skoro nie próbujesz mnie namówić na żadne ubezpieczenie… — Yuuri podniósł głowę, konfrontując swoje spojrzenie z błękitnymi oczami Viktora. — ...to o co właściwie chodziło z tymi wczorajszymi kwiatami?

Onigiri z łososiem chwilowo poszło w odstawkę, tak samo zresztą jak i pogodny wyraz twarzy architekta. Radość zmyta niczym kredowy napis z tablicy ustąpiła miejsca trudnej do określenia mieszaninie emocji.

— Ach, to — powiedział Viktor i zasępił się. Cisza w jego wykonaniu jeszcze ani razu nie była tak ciężka i napięta zarazem. — Ja… Przepraszam za nie. Wygłupiłem się.

Wygłupił się? Yuuri zamrugał, a przez całe ciało przeszła taka jakby chłodna fala. Aha, wygłupił się. No tak, w sumie to było oczywiste. Wygłupy. To nie było nic wiążącego. Te niejasne sugestie… Tylko mu się przywidziało. To dobrze. Yuuri przełknął ślinę, próbując pozbyć się cierpkiego smaku śliwki z ust. Tak, to w porządku…

Całe szczęście, że pogawędka zdołała jakoś przeskoczyć na znacznie spokojniejsze tematy związane z kwitnącymi wiśniami, humorzastą pogodą w Hasetsu oraz klimatem w Rosji (gdzie, jak się okazało, wcale nie było niedźwiedzi ani reniferów), a żaden z nich zapobiegawczo nie napomknął już o pierwszym spotkaniu. W takiej luźnej, niezobowiązującej atmosferze Viktor i Yuuri zjedli jeszcze po jednej kulce onigiri i zamienili ze sobą chyba z milion zdań (potwierdzając tym samym, że teoria względności czasu działała również na Ziemi, tyle że punktowo), aż w końcu kwiaciarz poczuł w kieszeni znajomą wibrację telefonu. Ach, no jasne. Minęło regulaminowe pół godziny, a to oznaczało definitywny koniec przerwy na dziś.

— Muszę już iść — powiedział ostrożnie, ściskając w dłoni resztkę foliowego opakowania. Nie umiał prawić komplementów, ale mimo wszystko bardzo chciał się odwdzięczyć i powiedzieć Viktorowi coś miłego. — Ogromnie dziękuję za wspólny lunch. Pewnie wyda ci się to okropnie wyświechtane, tym bardziej że nie raz jadłem onigiri u Nishigorich, ale chyba nigdy nie smakowały mi tak jak dziś.

Viktor uśmiechnął się i zaraz zerwał się z miejsca. Wyglądał przez to jak taka wysoka, rozpromieniona lampa z kloszem ze srebrnych włosów. Nie do przegapienia ani zapomnienia.

— Mnie również. Znaczy, mnie również smakowało, chociaż dla mnie to był pierwszy raz. Ale za to od razu najlepszy z możliwych — odpowiedział szybko, ani na sekundę nie spuszczając oczu z twarzy podnoszącego się kwiaciarza. — W takim razie… Czy mógłbym skorzystać z twojej przychylności i odprowadzić cię jeszcze pod drzwi? — rzucił i praktycznie nie czekając na reakcję, ruszył z Yuurim u boku z powrotem do frontowej część kwiaciarni. Więc Yuuri nic nie mówił. W sumie bardzo mu ta sytuacja odpowiadała.

Viktor również nie przerywał ciszy, być może nieświadomie, bo po prostu lubił sobie pomilczeć, a może specjalnie, żeby trochę niezauważenie wejść z powrotem do sklepu. Na miejscu czekała już jednak siedząca za ladą Mari, której kolejna wizyta eleganckiego mężczyzny oczywiście nie umknęła uwadze. Rosjanin z szacunkiem ukłonił się przed Japonką, na co ta pokręciła nieznacznie głową, podniosła się z krzesła i machając ręką w niezidentyfikowanym geście znaczącym coś pomiędzy „no wreszcie”, „tak, tak, dzień dobry” a „a róbcie sobie, co chcecie”, poszła na zaplecze na własną przerwę śniadaniową. Mimo to Yuuri wiedział, że niebawem miała wrócić, a wtedy już na dobre będą musieli skupić się na pracy.

— Viktor, ja…

— W porządku, nie musisz się tłumaczyć. Wiem, że masz swoje obowiązki. Ja też powinienem zająć się moimi — uprzedził go jednak Viktor, zanim Yuuri założył fartuch i zdołał nieśmiało przekazać Rosjaninowi, że oczywiście mógł tu chwilę zostać, ale tak do maksymalnie pierwszego klienta. — Wobec tego czy mógłbym cię wybawić od jakiegoś doniczkowego kwiatka, żeby nie było mi tak zupełnie smutno? Co? Który koleżka stoi u ciebie najdłużej?

Czy tego chciał, czy nie, w głowie Yuuriego od razu pojawiło się skojarzenie z dniem wczorajszym — a to zmroziło mu krew chyba skuteczniej niż poranna sesja w chłodni.

— Eee… znaczy… może… — Katsuki bezradnie rozejrzał się po kwiaciarni, nie rozumiejąc, czy i co za ukryty motyw mógł mieć w tej chwili Rosjanin. Ani jak powinien na to wszystko zareagować. — ...może fikus?

— Fikus? — powtórzył równie zaskoczony Viktor, mrugając z gracją godną spłoszonej sarny. A niech to. Yuuri znów nie mógł się powstrzymać, żeby nie zerkać w jego błękitne oczy i nie przypatrywać się długim, jasnym rzęsom. — A co w języku kwiatów znaczą fikusy?

— Nic? Znaczy, chyba nic — przyznał z wahaniem kwiaciarz. Po raz pierwszy w życiu kompletnie stracił wątek, zapominając o kwestiach znanych mu praktycznie od dzieciństwa. — Ale jeśli zależy ci na czymś, co ma znaczenie, to oczywiście nie ma żadnego pro-

— Nie, nie, nie trzeba! Wybrałeś go specjalnie dla mnie, więc jest jak najbardziej w porządku — zaprzeczył błyskawicznie Viktor, ze zdumionego wyrazu twarzy naturalnie przechodząc w swój firmowy, sercowaty uśmiech. — Tak. Niech będzie pan Fikus. Myślę, że świetnie się razem dogadamy.

Nie do końca przekonany Yuuri ostrożnie opakował roślinę w reklamówkę i zaraz wręczył ją Viktorowi. I chociaż przy przekazywaniu fikusa Katsuki na chwilę wstrzymał oddech, tym razem odbyło się bez dziwnych manewrów — kwiatek został przytulony do piersi obcokrajowca, a pieniądze skończyły w kasie fiskalnej.

— No dobrze. To na nas już chyba pora. — Viktor rzucił ostatnie, pożegnalne spojrzenie, po czym ruszył do przeszklonych drzwi. — Do widzenia, Yuuri!

— Do widzenia — odpowiedział kwiaciarz, odruchowo kierując spojrzenie na zeszyt, w którym dla wszelkiego porządku zapisywano wszystkie sprzedawane rośliny. Chyba nie chciał, żeby Viktor zauważył jego krzywy, nieco smutny uśmiech…

A niech to. A niech to, a niech to, a niech to. Jak to w ogóle możliwe, że nie minęły nawet trzy sekundy od jego odejścia, a Yuuri już poczuł się tak, jakby skończył się zupełnie inny dzień? A właściwie to dwa dni. Pierwszy zaczął się normalnie, z rana, kiedy jak zwykle pomagał mamie w zamówieniach — ten nie różnił się niczym od poprzednich. Miły, niespieszny i przewidywalny. Ale drugi dzień nadszedł wraz z przybyciem Viktora. Trwał zaledwie nieco ponad pół godziny, a i tak zdarzyło się w jego trakcie więcej, niż mogło pomieścić jego niedoświadczone serce. W tym krótkim czasie Yuuri zdążył być zadowolony, zdenerwowany, zażenowany, zaskoczony, zachwycony, zdezorientowany… Cały bogaty koktajl Mołotowa, który rozwalił na strzępy jego dotychczasowe spojrzenie na codzienność. Do tej pory sądził, że to właśnie to mu odpowiadało, że jego mały, znajomy świat był dokładnie tym, czego potrzebował do szczęścia. Aż tu nagle nie dość, że ktoś bez pytania przeniknął do tej spokojnej rzeczywistości, to jeszcze na dodatek wszedł przez okno i wtaszczył za sobą ogromny bagaż niesamowitości. Tak się zwyczajnie nie robiło!

No bo jak on miał sobie teraz poradzić z tym emocjonalnym bałaganem…?

— A ten… Yuuri… — rozbrzmiał znajomy głos, na co kwiaciarz natychmiast uniósł głowę i zauważył, że Viktor wycofał się z progu i obrócił twarz w stronę lady.

— Tak? — rzucił wyczekująco. Wyczekująco? No tak. Chyba wyczekująco.

— Nie zdradziłeś mi jeszcze jednej, ważnej rzeczy — powiedział poważnym tonem Viktor, jednocześnie mrugając do niego tak trochę szelmowsko. — Jaką kawę pijesz? Żebym wiedział, jaką ci przynieść następnym razem. O ile, oczywiście, mogę.

Yuuri poczuł dość nietypowe jak na niego napięcie w policzkach, które rozpoznał dopiero po chwili. Ach, faktycznie. Uśmiechał się. Naprawdę to robił. I nawet jeśli bukiet biało-niebieskich róż nic nie znaczył, to obietnica zobaczenia ust Viktora układających się w radosne serce wciąż niesamowicie go ucieszyła.

— Mała latte będzie w sam raz.

6. Bo tego kwiatu jest (ponoć) pół światu

***

Niespodziewane przymrozki, które zaatakowały Hasetsu tuż przed połową kwietnia, doskonale korespondowały z równie chaotycznymi wahaniami nastroju Yuuriego. A wszystko wiązało się z pewnym Rosjaninem, na widok którego Japończyk promieniał niczym letnie słońce, po pożegnaniu tłukł się z miejsca na miejsce jak wicher hulający między wąskimi uliczkami, a przed zaśnięciem czuł złowieszcze, żołądkowe burze, zwiastujące załamanie — tyle że nerwowe. I o ile z pogodowymi rewolucjami można (i trzeba) było sobie jakoś radzić, a kwiaty z zewnętrznej wystawy pakować z powrotem do środka, o tyle z aurą roztaczaną przez zacięcie milczącego Katsukiego już takiej łatwości nie mieli.

Tego ranka było jednak całkiem normalnie — może to dlatego, bo kwiaciarz tylko czekał, aż razem z dzwoneczkami od progu rozbrzmi również znajome „dzień dobry, Yuuri!”, a może dlatego, ponieważ po tygodniu takich wesołych przywitań wreszcie zdecydował się porozmawiać z kimś mądrzejszym od siebie… No dobrze, bez przesady z tym mądrzejszym. Ale na pewno z kimś, komu ufał i na czyją pomoc liczył. W końcu już wiele do stracenia nie miał.

Dlatego właśnie w przerwach między obsługiwaniem porannych klientów Yuuri postanowił napisać do jedynej osoby, którą mógł nazwać swoim dobrym przyjacielem (trochę tak od biedy i trochę dlatego, bo nawet w zasobnym wyrazowo japońskim nie istniało lepsze określenie oddające charakter relacji oscylującej między „znajomym”, „powiernikiem”, „towarzyszem egzaminowej niedoli” a „człowiekiem, którego zwyczajnie nie chciało się mieć za wroga”), a którą to poznał przy okazji studenckiej wymiany. I chociaż nie kontaktowali się ze sobą przesadnie często, to każdemu taki stan rzeczy najzupełniej odpowiadał. Nie liczyła się bowiem ilość przekazywanych plotek, ale ich jakość.

YuuriK: hej, Phichit

YuuriK: s̄wạs̄dī khrạb

YuuriK: masz moment?

Odpowiedź nadeszła błyskawicznie, właściwie po zaledwie kilku sekundach, ale tego się można było akurat spodziewać — w końcu znajomy Taj był zapalonym vlogerem, który prowadził podróżniczo-kulinarny kanał i praktycznie trzy czwarte doby spędzał w Internecie.

Phichitto: Yuuri!

Phichitto: kopę lat!

Phichitto: no dosłownie przed chwilą o tobie myślałem

YuuriK: :/

YuuriK: wiesz, że to brzmi jak taki tani frazes?

Phichitto: ale ja na serio!

Phichitto: jak świętej pamięci babunię kocham!

Phichitto: akurat karmiłem Sreberko i przypomniało mi się, jaką miał do ciebie słabość!

Ach, no właśnie. Phichit był również dumnym właścicielem trzech chomików nazwanych na cześć ich sierści Złotkiem, Sreberkiem i Brązikiem. Żeby było zabawniej, jasnobeżowy Złotko zwykle lubił przesiadywać na głowie Taja, szare Sreberko na prawym ramieniu, a ciemny Brązik na lewym, co stanowiło powód do niekończących się żartów, że chomiki traktowały swojego właściciela jako takie osobiste podium.

Nic więc dziwnego, że ich własny kanał na Instagramie pękał w szwach od serduszek i komentarzy.

YuuriK: w takim razie pogłaskaj go ode mnie

Phichitto: ⊂( ^ ▽ ^⊂)

Phichitto: Sreberko czuje się pogłaskany

Phichitto: ale przez to Złotko ma na ciebie focha

YuuriK: ^_^”

YuuriK: mój błąd

YuuriK: pozostałe też pogłaskaj

YuuriK: ale tak w ogóle

YuuriK: Phichit

YuuriK: chyba mam problem

Phichitto: spoko, przecież wiesz, że ja mam wtyki

Phichitto: od najlepszej naleśnikarni w Bangkoku po stołówkę w Alcatraz

Phichitto: wydobędę cię z każdego więzienia

Phichitto: już wysyłam moje chomiki na kurs robienia podkopów

YuuriK: dzięki

YuuriK: na pewno przydadzą się latem do sadzenia pelargonii

YuuriK: ale ja nie o tym

YuuriK: w ogóle gdyby to chodziło o pracę, to byłoby milion razy łatwiej

Phichitto: ( * ∀ * )

Phichitto: zaciekawiłeś mnie

Phichitto: cóż się stało, mój padawanie?

YuuriK: ja…

YuuriK: poznałem kogoś

Phichitto: no normalnie zaczynasz jak Hitchcock!

Phichitto: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie wzrasta

Phichitto: mów dalej

YuuriK: kilka dni temu do Yu-topii przyszedł pewien mężczyzna

YuuriK: Viktor

Yuuri na chwilę przerwał pisanie i przyjrzał się ostatniej wysłanej wiadomości. Od razu przypomniał mu się bilecik dołączony do bukietu róż oraz znajdujące się na nim cienkie, proste pismo, które zostało wykreślone smukłą dłonią, a wtedy policzki kwiaciarza znów zrobiły się cieplejsze. I jeśli można było mieć reakcję alergiczną tylko na dźwięk lub widok czyjegoś imienia, to Yuuri był przodownikiem w tej chorobie.

Phichitto: zaraz, zaraz

Phichitto: Viktor?

Phichitto: to to nie był Japończyk?

YuuriK: Rosjanin

YuuriK: i właściwie nie tyle przyszedł, co pomógł mi z dźwiganiem kwiatów

YuuriK: długa historia

Phichitto: rany, Yuuri, to weź ją ściaśnij!

YuuriK: staram się

YuuriK: nie ułatwiasz

Phichitto: (” > _ < ”)

YuuriK: w każdym razie trochę pomógł mi w sklepie

YuuriK: więc w zamian zrobiłem mu bukiet na zlecenie, który miał się przydać w wyznaniu miłości

YuuriK: tyle że on mi go oddał

Phichitto: ...co?

Phichitto: co zrobił?

Phichitto: (◉_◉)

Phichitto: kurde, jak się robiło te większe emotikonki…

Phichitto: a zresztą

Phichitto: (◉ω◉)

Phichitto: co dalej?

YuuriK: to, że następnego dnia przyszedł z lunchem i obiecał kawę

YuuriK: i przyniósł ją

YuuriK: codziennie przynosi

YuuriK: codziennie rozmawiamy

YuuriK: codziennie kupuje ode mnie jakieś kwiaty

YuuriK: i nic już z tego wszystkiego nie rozumiem

YuuriK: to chyba nie jest do końca normalne zachowanie

YuuriK: ale… najgorsze jest to, że mi to zupełnie nie przeszkadza

Phichitto: och

Phichitto: OCH

Phichitto: więc to takie buty

Phichitto: moje ty słodkie, letnie dziecko…

Phichitto: i naprawdę nie wiesz, o co chodzi?

„Gdybym wiedział, to bym do ciebie nie pisał” pomyślał Yuuri, ale z krzywą miną odpowiedział jedynie:

YuuriK: niezbyt

Phichitto: w takim razie chyba czeka nas dłuższa rozmowa

YuuriK: ty to wiesz jak człowieka nastroić…

YuuriK: a, zw

YuuriK: klient

YuuriK: dobra, jestem

YuuriK: akurat poszły irysy

Phichitto: ho, ho, hooo

Phichitto: dobra wróżba

Phichitto: no, ale wracając

Phichitto: powiedz, jaki on jest?

YuuriK: .__.

YuuriK: …ja wiem?

YuuriK: może odrobinę specyficzny, ale miły

YuuriK: zabawny

YuuriK: bezpośredni

YuuriK: i przystojny

Yuuri przechylił głowę i dla pewności dodał kolejną linijkę.

YuuriK: bardzo przystojny

YuuriK: zajmuje się aranżacją wnętrz

YuuriK: pierwszego dnia przyszedł w tak eleganckim garniturze, że jestem absolutnie pewien, że nie narzeka na brak zleceń od znanych osób

YuuriK: a ma dopiero dwadzieścia siedem lat

Phichitto: aaa, rozumiem

Phichitto: to jeden z tych, co ich określają mianem „młody, prężny, dynamiczny”

Phichitto: chociaż ciebie to pewnie najbardziej interesuje ta jego „prężność”, nie?

Phichitto: ( ͡° ͜ʖ ͡°)

YuuriK: Phichit!

Phichitto: och, mów do mnie jeszcze

Phichitto: normalnie słyszę twój głos uszyma mej wyobraźni ♪

YuuriK: …

YuuriK: …

Phichitto: (ʘ . ʘ”)

Phichitto: zmasowany atak kropek nienawiści!

Phichitto: to super efektywne!

YuuriK: =__=

YuuriK: wiesz co

YuuriK: akurat miałem sprawdzić, jak sobie radzą rośliny w szklarni…

Phichitto: dobra, dobra, wyluzuj

Phichitto: .(= □ = ; ).

Phichitto: ale co cię w tym wszystkim niby niepokoi?

Phichitto: że zaciągasz u niego jakiś dług?

Phichitto: że to za długo trwa?

Phichitto: no to też kup mu jakąś kawę albo wyrwij… znaczy, zaproś na miasto

YuuriK: …

YuuriK: sam nie wiem

YuuriK: nawet nie chodzi o to, żeby coś zmieniać

YuuriK: po prostu… chyba martwię się tym, że Viktor jest w Japonii tylko na trochę

Phichitto: o masz

Phichitto: tego w umowie nie było

Phichitto: „trochę”, czyli ile?

YuuriK: nie wiem, parę tygodni…?

YuuriK: chyba wspominał coś o dwóch

Phichitto: (╯°□°)╯ ︵ ┻━┻

Phichitto: głupolu!

Phichitto: w takim razie musisz mu jak najszybciej powiedzieć, co do niego czujesz!

Phichitto: żeby dla ciebie został!

Yuuri już miał dotknąć kciukiem ekranu, żeby wysłać Phichitowi bardzo krótką i bardzo negatywną odpowiedź, ale w ostatniej chwili się zawahał. Powiedzieć, co do niego czuje? Ale co on właściwie czuł? Lubił spędzać z nim czas, jeść lunch na świeżym powietrzu (o ile nie było tak zimno jak ostatnio, chociaż na Rosjaninie nie robiło to chyba szczególnego wrażenia, skoro chodził w rozpiętym płaszczu), lubił rozmawiać, śmiać się, delikatnie sobie z niego żartować, lubił na niego patrzeć… Po prostu lubił Viktora. Bardzo go lubił, choć jednocześnie nie dało się ukryć, że był to trochę inny typ lubienia niż Yuuko, Takeshiego czy choćby Phichita. W przypadku przyjaciół Yuuri był całkowicie zadowolony, jeśli mógł z nimi porozmawiać raz na jakiś czas, powiedzmy, że raz na tydzień albo coś w tym stylu. Ale z Viktorem sprawy miały się zupełnie inaczej. Dzień bez Viktora wydawał się wyraźnie uboższy, jakby brakowało mu śniadania, ulubionej poduszki za plecami albo przesunięcia okienka w wiszącym nad łóżkiem kalendarzu. Niby nic śmiertelnie poważnego, ale jednak kłuło w piersi. Coś jak przyzwyczajenie, ale takie trochę bardziej… bardziej. Może jak tęsknota za czekającym w domu czworonogiem? Albo jak…

Komórka zawibrowała, a z głośniczka wydobyło się ponaglające plumknięcie.

Phichitto: eeej, Yuuri

Phichitto: Phichitoland do Yuuriego

Phichitto: gdzie cię wywiało?

Phichitto: jakiś męczący klient?

Phichitto: czy już pobiegłeś do tego Viktora?

Chciałby. To było właśnie najśmieszniejsze, najdziwniejsze i najbardziej przerażające. Że Yuuri rozważał robienie rzeczy, o których nigdy wcześniej nie chciał nawet myśleć.

YuuriK: nie, nie, po prostu… nie wiem, co mam powiedzieć

Phichitto: mi czy jemu?

YuuriK: ogólnie

YuuriK: no bo przecież Viktor ma swoje życie

YuuriK: ma pracę i zobowiązania

YuuriK: rodzinę, przyjaciół, kolegów z pracy, klientów

YuuriK: ja do żadnego zbioru nie pasuję

YuuriK: więc tym bardziej nie powinienem zachowywać się samolubnie i prosić go o takie rzeczy

Phichitto: (._.) ( l :) (.—.) (: l ) (._.)

Phichitto: błąd 404

Phichitto: Phichit nie odpowiada

Phichitto: ale przede wszystkim nie odpowiada za głupie wymówki swojego kumpla

Phichitto: …

Phichitto: no dobra, ptysiu

Phichitto: jak tak cię to gryzie, to go olej

Phichitto: nic na siłę

Phichitto: skoro masz mu się narzucać, to już lepiej go odpuścić

Phichitto: co ty na to?

Yuuri miał ochotę napisać „tak zrobię” albo chociaż „też o tym myślałem”, ale nie potrafił. Ściśnięty żołądek, który na tę sugestię boleśnie przypomniał o swojej obecności, mówił jednak sam za siebie.

YuuriK: nie chcę

YuuriK: nie umiem

Phichitto: no to nie chcesz czy nie umiesz?

YuuriK: oba

YuuriK: chcę się spotykać z Viktorem, ale nie wiem, co mam o tym sądzić

YuuriK: to wszystko jest takie dziwne

YuuriK: Phichit, ja mu nawet machałem

Phichitto: no i?

Phichitto: to akurat dość częsta praktyka

Phichitto: ludzie do siebie machają

Phichitto: po to mają ręce

Phichitto: między innymi

Phichitto: gorzej by było, jakbyś pomachał nogą

YuuriK: ale ja mu machałem tak… bardziej

Phichitto: ou

Phichitto: bardziej, tak?

Phichitto: to co innego

Phichitto: w takim razie musisz wziąć za to odpowiedzialność i czym prędzej się z nim ohajtać

YuuriK: Phichit!

Phichitto: no co?

Phichitto: w sumie nie wiem, czego ode mnie oczekujesz

Phichitto: no bo sam widziałeś, jaka była twoja reakcja

Phichitto: jak na mój gust to facet cię lubi

Phichitto: MOCNO cię lubi, jeśli wiesz, co mam na myśli

Phichitto: a ty zdajesz się lubić jego

Phichitto: proste równanie

Phichitto: 1 +1 = <3

Phichitto: serio, jestem geniuszem

Phichitto: czemu mi jeszcze nie dali tej profesury z matematyki?

YuuriK: może dlatego, b

Nie dokończył. W sąsiednim okienku akurat wyświetliła się nowa wiadomość, która znacznie bardziej przyciągnęła jego uwagę niż rozmowa z przyjacielem. Yuuri szybko zmienił kartę i wtedy w komunikatorze pojawiło się zdjęcie, na którym pewien dumny z siebie obcokrajowiec trzymał tuż przy twarzy nietypowego, zawijastego, obsypanego cukrem pączka, zupełnie jakby porównywał, która rzecz była większa. Jak na gust Yuuriego — uśmiech w kształcie serca zdecydowanie wygrywał.

Vicchan: hej, золотце!

Vicchan: popatrz, co za cudo dała mi dziś Yuuko

Vicchan: takich fajnych nie robią nawet w Petersburgu

Vicchan: to co?

Vicchan: mogę wpaść?

Vicchan: byłbym za jakieś pięć minut

Vicchan: .( ' ♡ ((( ).

YuuriK: jasne

YuuriK: ale nie trzeba było

YuuriK: na drugie śniadanie dostałem od mamy bento

YuuriK: więc przygotuj się na ucztę :3

Vicchan: !

Vicchan: <3

Vicchan: aww, Yuuri

Vicchan: właśnie sobie wyobraziłem, jak się uśmiechasz

Vicchan: i wiesz co?

Vicchan: będę za trzy minuty

Vicchan: ᕓ( ' ♡ ((( )ᕗ~ ♪

YuuriK: wariat

YuuriK: musisz mnie kiedyś nauczyć, jak robisz te śmieszne emotikonki

YuuriK: wyglądają zupełnie jak ty

Vicchan: o nie, mój drogi

Vicchan: to ta-je-mni-ca \( ^ ♡ ((( )/

Vicchan: jak chcesz je widzieć częściej, to po prostu musisz ze mną więcej pisać

YuuriK: podstępny

YuuriK: jest tylko jeden problem

YuuriK: wolę, kiedy rozmawiamy na żywo

YuuriK: ale skoro chcesz wirtualnie…

YuuriK: ;)

Vicchan: ᕓ( ' ♡ ((( )ᕗ ~ ~ ~ ~ ~

YuuriK: :D

YuuriK: bezpiecznej drogi :)

Ledwie Yuuri zamknął okienko czatu z Viktorem, a już złapał się na tym, że szczerzył się do ekranu niczym aktor reklamujący wybielającą pastę do zębów (do kompletu z płynem do płukania i rocznym karnetem usług dentystycznych). Właściwie to było nawet gorzej — uśmiechał się także podczas trwania całej rozmowy, zupełnie jakby to dobry humor emotikonek automatycznie przeszedł również na niego. Tak, więc było z nim aż tak źle. Albo dobrze. Zależy jak spojrzeć.

W sumie jemu samemu patrzyło się na to całkiem miło…

Yuuri westchnął cicho, potrząsnął głową i jeszcze raz chwycił za smartfon.

Phichitto: *turla się w oczekiwaniu na Yuuriego*

YuuriK: Phichit?

Phichitto: si, signore?

YuuriK: muszę już kończyć

Phichitto: oho

Phichitto: OHO

Phichitto: książę, którego obiecano się zbliża?

YuuriK: daj spokój

YuuriK: …

YuuriK: …tak, on

Phichitto: yay!

Phichitto: w takim razie łap byka za rogi!

Phichitto: no dobra, może bez rogów, poroże jakoś tak źle się kojarzy…

Phichitto: ale powiedz mu!

Phichitto: powiesz, prawda?

Phichitto: dajesz słowo?

Yuuri przewrócił oczami. Chciał radę, więc ją dostał — czy może raczej kilka suchych żarcików do kompletu z błogosławieństwem, żeby znajomość kontynuować. Dobre i to. Przynajmniej teraz Yuuri był pewien, że na czymś mu zależało…

YuuriK: niech będzie

YuuriK: słowo

Phichitto: (/◕‿◕)/

Phichitto: misja wykonana

Phichitto: a ja się odmeldowuję z posterunku

Phichitto: niech ci Viktor lekkim będzie (¬‿¬)

YuuriK: Phichit…

YuuriK: v__v

YuuriK: k̄hxbkhuṇ khrạb

Na tym konsultacje społeczne z odległą Tajlandią się skończyły, jakkolwiek złożona obietnica zaległa ciężko na sumieniu Yuuriego. Chwilowo postanowił się nią jednak nie przejmować. „Kiedyś mu o tym powiem, że… że zawsze jest tu mile widziany” zapewnił w myślach, chowając komórkę do kieszeni. „Ale może jeszcze nie dziś”.

Zaraz potem Katsuki przeciągnął się, poprawił węzeł firmowego fartucha, odetchnął głośno dwa razy i z czystszą głową wyszedł zza lady, biorąc się za uzupełnianie wody w wazonach z ciętymi kwiatami. Skoro miał jeszcze chwilę spokoju i żadnych zleceń na głowie, to mógł przyspieszyć czekanie jakimś pożyteczniejszym zajęciem. I faktycznie — zdążył oblecieć jakieś dwie trzecie flakonów, kiedy zgodnie z oczekiwaniami drzwi otworzyły się trochę pewniej i trochę radośniej niż miało to miejsce w przypadku zwykłych, wahających się przed wejściem klientów, po czym…

— Yuuri! — Pogodny ton rozbrzmiał w całej kwiaciarni i aż dziwne, że w tle nie dołączył się do tego również ptasi trel. — Dzień dobry!

— Dzień dobry. — Yuuri podniósł wzrok znad wyjątkowo dorodnych, herbacianych róż, ale na widok mężczyzny, który pojawił się w sklepie, jego uśmiech nieco się załamał. — Tylko mi nie mów, że naprawdę biegłeś…

— Wcale nie. — Rosjanin uniósł rękę i spróbował naprędce wygładzić przedramieniem rozwichrzoną grzywkę, ale nie dał rady. Dłoni niestety użyć nie mógł, bo trzymał w nich dwa jednorazowe kubki z obiecaną kawą, a na dodatek z jednego nadgarstka zwisała mu papierowa torba ze znajomym logiem śnieżynki. Naprawdę, co on z nim miał…

— No tak, wcale. — Katsuki odstawił konewkę i podszedł do nieco zagubionego, obwieszonego niczym choinka architekta, który chyba nie do końca poradził sobie z rozplanowaniem bagażu na przestrzeni własnego ciała. — Daj, bo się poparzysz.

Yuuri sprawnie przejął oba kubki, odłożył je na blat tuż przy kasie fiskalnej, a potem wrócił do Viktora i gdy ten zdążył się już skupić na poprawianiu płaszcza, kwiaciarz uniósł dłonie i zaczął mu wygładzać włosy, żeby znów prezentowały się absolutnie nienagannie. Znaczy, z takim artystycznym nieładem też wyglądał niesamowicie uroczo, ale skoro już tak często nachodził go w pracy, to mógł chociaż przy okazji porobić za ładną reklamę Yu-topii. Jednocześnie Yuuri starał się nie myśleć, że dotykana przez niego czupryna okazała się o wiele przyjemniejsza w dotyku, niż się tego spodziewał…

— Dziękuję — odpowiedział wreszcie Viktor, a kiedy Yuuri odstąpił od niego na krok, mężczyzna wyprostował głowę i odwdzięczył się najpiękniejszym uśmiechem, jaki widział od… od jakichś dwudziestu czterech godzin. A bez którego i tak nie wyobrażał sobie udanego dnia.

I nagle Yuuri wpadł na to, dlaczego czuł taki niezrozumiały pociąg do Viktora — bo był czymś w rodzaju amuletu na szczęście. Brzmiało to dość dziwnie, fakt, ale przynajmniej tłumaczyło to radość, która ogarniała kwiaciarza, kiedy go widział, jak również niepokój, który pojawiał się, gdy się rozstawali. Tak. Był dokładnie kimś takim. Na pewno kimś takim.

„Kiedyś mu o tym powiem” obiecał raz jeszcze Yuuri, czując delikatny ucisk już nie tyle w żołądku, ale gdzieś w okolicy serca. „Kiedyś”.

7. Szczególne uczucia i jak je wyhodować

***

Viktor właśnie wyszedł z hotelu i mimo delikatnych przymrozków, które znów skuły ziemię i raczej nie nastrajały mieszkańców Hasetsu do czerpania radości z pogody, z uśmiechem na ustach ruszył w tę samą stronę co przez ostatnie sześć dni. Tak, to już mijało sześć (czy może raczej siedem, wliczając w rachubę sprawę pewnej chodzącej skrzynki) dni odkąd znał Yuuriego. Magiczna rocznica. Okrągła. Znamienna. Niezapomniana. No i oczywiście tak bardzo istotna, że rodziła pewne ważne, można nawet powiedzieć, że fundamentalne pytanie… Jak powinni to uczcić? Bo że jakoś uczcić musieli, to się rozumiało samo przez się. W takim razie może wybiorą się na krótki spacer po okolicy? Rosjanin zamyślił się, ale zaraz pokręcił głową. Nie, za zimno, przecież Yuuri nie lubił zimna, jakkolwiek wizja trzymania się za rękę celem wzajemnego ogrzania się była naprawdę kusząca. A wyjście na miasto? Że na przykład do restauracji? Cóż, Viktor musiałby najpierw wiedzieć, gdzie w ogóle mógł go zabrać, a poza tym krótka przerwa na lunch raczej nie nadawała się na zbyt dalekie wypady. No to skoro tak… Skoro góra nie mogła przyjść do Mahometa, to może Mahomet… czy raczej Viktor przyniesie coś górze? Że jakiś deser? O, albo jeszcze lepiej — ciasto?

Zamyślony architekt przyłożył palec do ust i mocno zmarszczył brwi, wzbudzając tym ciekawość mijających go przechodniów. Hmm, tort mógł być w obecnej sytuacji lekką przesadą (i raczej widział go przy okazji stuknięcia okrągłego miesiąca znajomości), ale za to jakaś owocowa tarta czy inny sernik wydawał się na ten moment wariantem bezpiecznym i wciąż eleganckim. Dumny uśmiech znów rozświetlił twarz Viktora. No dobrze, czyli postanowione! Słodki kwiaciarz dostanie równie słodki podarek!

Tak, to brzmiało jak dobry plan na dziś. Zadowolony mężczyzna wyciągnął z kieszeni płaszcza komórkę i tak na wszelki wypadek, jakby chciał się jeszcze odrobinkę upewnić w swej decyzji, zajrzał do galerii, gdzie miał zapisane zdjęcie Najcudowniejszej Istoty Pod Słońcem — a miał je dlatego, bo dwa dni temu dostał zgodę na sfotografowanie Yuuriego pod pretekstem oznaczenia go w kontaktach (co wcale nie było kłamstwem… po prostu nie było całą prawdą). Nikiforov westchnął długo i szczęśliwie, nie mogąc oderwać oczu od smartfona. Kwiaciarz ze zdjęcia uśmiechał się trochę niepewnie, lecz mimo to patrzył prosto przed siebie tymi swoimi urzekającymi, bursztynowymi oczami, sprawiając, że podziwiający fotkę Rosjanin umierał i wstawał z martwych za każdym razem, gdy spoglądał na ekran. I chociaż Viktor nie odważył się ustawić tego zdjęcia na tapetę telefonu (jeszcze), to i tak stanowiło ono najcenniejszy skarb zaraz obok fotografii ukochanego pudla, który czekał na niego w dalekim Petersburgu.

Ale właśnie — Petersburg. Znajomość z Yuurim stanowiła tylko jedną, znacznie milszą stronę medalu związanego z bytnością w Hasetsu, a spędzony w Japonii czas oznaczał również to, że minął nieco ponad tydzień, odkąd Rosjanin wyjechał z domu. I to z tym faktem należało w końcu podjąć jakieś konkretne kroki. Viktor zamknął więc galerię, przeszedł do spisu numerów i spacerując wolnym krokiem wzdłuż mostu łączącego jedną część zatoki z drugą, wybrał kontakt do najważniejszej osoby w firmie i zarazem oficjalnego szefa wszystkich szefów. Okej. Przyszedł czas na szybką, zdecydowaną konfrontację z Matuszką Rosją.

Coś mu jednak z tą szybkością nie wyszło, bo Viktor potrzebował aż sześciu długich sygnałów, żeby dźwięk oczekiwania urwał się, a w jego miejscu pojawiło się przeciągłe, groźne sapnięcie.

— Halo? — zagadnął Viktor, spoglądając w szarawe niebo. Wiedział, że raczej nie miał co liczyć na specjalnie czułe powitanie, ale i tak przekornie był dobrej myśli. — Priviet, Yakov! Jak leci?

— Tylko mi tu bez takich, ty smarku zakichany — warknął sędziwy szef petersburskiego oddziału Stammi, oficjalnie znajdujący się pod zwierzchnictwem Nikiforova, a nieoficjalnie będący dobrym znajomym jego rodziny, traktującym młodego mężczyznę jak własnego, trochę nieokrzesanego syna, którego nieustannie trzeba było pilnować. — Zdajesz sobie sprawę, która jest godzina?

— Tak mi się właśnie wydawało, że o czymś zapomniałem — przyznał Viktor. Jak zapamiętał z rozmowy z Chrisem, tutejszy wieczór oznaczał wczesne popołudnie w Europie, a skoro tak, to… — A co? Trafiłem nie w porę?

— Jest czwarta nad ranem, gamoniu nieuczesany — uświadomił go Feltsman, złorzecząc na wpół zaspanym, a na wpół zachrypniętym głosem. Telefonem nie rzucił chyba tylko dlatego, bo bał się, że Viktor znów zamilknie na amen. — W ogóle masz ty w sobie jakąkolwiek pokorę? Wysyłasz mi sms-a, że z nieznanych powodów przedłużasz wyjazd i nie odzywasz się potem przez bity tydzień, jakby cię jakaś yakuza porwała, a jak wreszcie łaskawie decydujesz się zadzwonić, to robisz to o bezsensownych porach i jeszcze śmiesz pytać „jak leci”? Lecieć to będą twoje nogi wyrwane z tyłka, jak się w firmie pojawisz. Specjalnie na tę okoliczność zatrudnię olimpijskich oszczepników. I to na twój rachunek.

— Jeśli mógłbym wybierać, to wolałbym jednak latać w całości. Najlepiej w biznesklasie — zażartował Viktor. Gdyby zawsze brał słowa starego Feltsmana całkowicie na poważnie, byłby wielokrotnym kaleką i bankrutem przez wielkie „B”. — Oj wybacz, Yakov. Sam wiesz, że od dwóch lat nie miałem porządnego urlopu. Poza tym to nie tak, że się obijam. Przecież dostałeś wczoraj ode mnie ten projekt dla reżyserki od animacji, prawda?

— Dostałem i tylko dlatego ciągle jesteś jeszcze w jednym kawałku. Cholera… Wakacje to się planuje z wyprzedzeniem, jakbyś raczył o tym pamiętać. — Yakov powoli zaczął się uspokajać, a nawet wykazywać pewne zainteresowanie rozmową. — Więc? Co się dzieje, Vitya? Lepiej, żebyś znalazł naprawdę dobrą wymówkę na wytłumaczenie swojego zachowania. Mila jakoś dała radę przełożyć te dwa zebrania, na których miałeś się pojawić, ale o ile dobrze pamiętam, w przyszłym tygodniu masz znacznie bardziej napięty grafik. Wyrobisz się do tego czasu, prawda?

— Właśnie, co do tego… Może być problem — wyznał z lekkim śmiechem Nikiforov. Zaraz się zacznie. Normalnie czuł to w przedostatnim paliczku lewej stopy. — Przez jakiś czas możecie mi nie planować żadnych spotkań, bo jeszcze nie wiem, kiedy wracam.

W telefonie zapadła głucha cisza, ale Viktor wiedział, że wcale nie świadczyła o powściągliwym przyjęciu wiadomości. Wręcz przeciwnie — po drugiej stronie musiała teraz szaleć prawdziwa burza.

— Ty chyba sobie kpisz… — Yakov brzmiał tak, jakby się zapowietrzył albo co najmniej miał trudności z oddychaniem. — Przecież czekają na ciebie kontrahenci, ważne rozmowy… Kto się będzie zajmował bieżącymi sprawami, nanosił poprawki…

— Georgij z Anyą sobie poradzą. To akurat będzie dobra okazja, żeby wdrożyć młodą kadrę w nowe obowiązki. No i możesz też wciągnąć Jurija na praktyki. Jest całkiem niezły w programowaniu stron. Przyda się — oznajmił z optymizmem Nikiforov. — A ja oczywiście będę w tym czasie pracował zdalnie. Spokojnie, natchnienia mi nie brakuje. Tutejsze powietrze doskonale na mnie działa.

— Powietrze? To jest twoje wytłumaczenie? Powietrze? — wypluł starszy Rosjanin. — W takim razie zamontuj sobie w biurze wiatrak z nawiewem na gębę, a nie jedziesz na drugi koniec świata, żeby nachapać się jakiegoś powietrza! Vitya! Weź się w garść! To nie jest czas ani miejsce na takie głupoty! Jak natychmiast nie wrócisz do domu, nadwyrężysz tym wizerunek firmy!

— Oj tam, oj tam. Skoro stoi już od pięciu lat, to postoi jeszcze trochę… A poza tym sorki, muszę już kończyć. Jestem w sklepie. — Gdy tylko Viktorowi udało się przekazać najgorsze wieści, uznał to za odpowiedni moment, aby się rozłączyć. Tym bardziej, że na serio wszedł do sklepu. — Wiem, że nic złego się nie stanie. Przecież jesteś najlepszym szefem.

— Nie mów tego tak, jakbyś kiedykolwiek respektował moje stanowi-!

— Dasvidaniya— pożegnał się i zanim Yakov na dobre zdołał się rozkręcić ze swoim typowym, głośnym, opływającym we fruwające części ciała kazaniem, Nikiforov odsunął telefon sprzed ucha i zakończył rozmowę jednym, celnym kliknięciem. No, załatwione. Można żyć dalej. I dlatego gdy tylko Rosjanin wrócił myślami do bezpiecznej Japonii oraz krzątającej się przy nim ekspedientki, w mgnieniu oka wyszczerzył się, płynnie zmieniając rodzaj oraz język wygłoszonego pozdrowienia. — Konnichiwa, Yuuko!

— Konnichiwa, Viktor — odpowiedziała szatynka i uniosła głowę, odwzajemniając uśmiech. — Saikin dou?

— Totemo genki desu — odpowiedział trochę wolniej niż przed chwilą, ale wciąż z wielką starannością. — I jak było tym razem?

— Nadal masz ten zabawny akcent, ale było bezbłędnie. Szybko się uczysz — pochwaliła go Yuuko, przystając tuż za kasą fiskalną. — Dzisiaj też wybierasz się do Yu-topii?

— Też — potwierdził i mrugnął porozumiewawczo, na co Japonka od razu skinęła głową i poszła przygotować stałe zamówienie składające się z dwóch kaw na wynos. — A co masz dziś do polecenia z przekąsek?

Yuuko uniosła wzrok znad ekspresu i wyraźnie się ożywiła.

— Właśnie! Dobrze, że przypominasz. Strasznie mnie wczoraj zaintrygowałeś tymi preclami, więc poszperałam trochę w sieci i jakoś tak wyszło, że na dziś przygotowałam naszą własną wersję. — Yuuko wzięła cukiernicze szczypce, otworzyła gablotkę i wyciągnęła stamtąd obsypany ciemnym, lekko skarmelizowanym cukrem wypiek. — Proszę. To nasz nowiutki Orzechowy Precel. Póki co w wersji słodkiej, ale nad słonymi odsłonami również zamierzam popracować.

— Wow. Wygląda świetnie — przyznał z zachwytem Viktor. Może to nie była żadna wysublimowana tarta ani tym bardziej oblany czekoladą sernik, jaki zaprojektował sobie w myślach, ale to nawet lepiej. W końcu nie każdy mógł skosztować tak wyjątkowych precli. — Idealnie się składa. Poproszę dwa.

— Wiedziałam, że będziesz zadowolony. I jestem pewna, że Yuuri też się ucieszy — powiedziała, jednocześnie stawiając przed Rosjaninem dwa kubki z latte.

— Taką mam właśnie nadzieję… A zresztą, co tam nadzieję. Zaraz zobaczymy. Od razu wyślę mu zdjęcie — zarządził Viktor.

Bez chwili wahania przejął podany przez szczypce Yuuko precel, uniósł go do twarzy i uśmiechając się na myśl, jak fantastyczny prezent sprawi dziś kwiaciarzowi, zrobił sobie selfie na tle okna kawiarni.

Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Ba, nie musiał również czekać na to, aż długa lista rzeczy, za które kochał Yuuriego, wzbogaci się o nowy podpunkt — o „słabość do wzajemnego droczenia się”. I jak Rosjanin uwielbiał być zaskakiwany i doprowadzany do totalnie niekontrolowanych napadów rozrzewnienia, tak samo lubił pozwalać sobie na drobne, drobniutkie aluzje, które kończyły się w dwojaki sposób: albo Yuuri malowniczo się na nie rumienił, albo odpowiadał czymś tak nieoczekiwanym, że Viktor wewnętrznie umierał. Dokładnie jak po tej wzmiance o lubieniu rozmów na żywo. Czyż można się było oprzeć takiemu figlarnemu kwiaciarzowi? No… no po prostu… no niedasie.

Dlatego właśnie ta krótka, ale wciąż przemiła wymiana zdań zakończona życzeniem „bezpiecznej drogi” spowodowała, że Viktor postanowił pobić rekord prędkości w pokonywaniu trasy przez zakochanego mężczyznę. Architekt czym prędzej zapłacił za zamówienie, pożegnał się z Yuuko i obładowany smakołykami ruszył do już wcale nie tak odległej (bo tylko o dwie przecznice stąd) kwiaciarni. I niezależnie od tego, co twierdziły reklamy energetyków i czy Hermes istniał naprawdę, Nikiforov mógł z całą stanowczością poświadczyć, że nic tak nie uskrzydlało człowieka jak wizja lunchu z uroczym osobnikiem.

Ostatecznie trasę pokonał w całe trzy minuty i trzydzieści osiem sekund, plus trzy dodatkowe na złapanie oddechu, złapanie za klamkę, wyszczerzenie się i wkroczenie do środka Yu-topii. Może nie był to od razu rekord świata, ale zamierzał nad nim jeszcze sporo popracować.

— Yuuri! Dzień dobry! — zaśpiewał Viktor na wejściu, niemal od razu dostrzegając kwiaciarza w otoczeniu czerwonych i herbacianych róż.

— Dzień dobry — odpowiedział Japończyk, ale gdy tylko uniósł wzrok, zaraz zrobił niewyraźną minę, przechylił głowę na bok i dodał takim tonem, jakim łajało się słodkie, ale nieposłuszne dzieci. — Tylko mi nie mów, że naprawdę biegłeś…

No przecież, że biegł. Dobra, może truchto-spacero-biegł, ale wciąż daleko temu było do dystyngowanego marszu, o jaki można by posądzać człowieka na jego stanowisku. Ajjj, ale wpadka… Normalnie dziesięć punktów głupoty dla Gryffindoru. A trzeba było sobie wytrenować chwytną stopę — no na przykład taką, jaką miały szympansy — i zaopatrzyć ją w solidny grzebień. Wtedy przynajmniej mógłby się trochę ogarnąć po drodze, zanim wkroczyłby do sklepu po tej dzikiej przebieżce napędzanej wichrami namiętności. A tak to pewnie wyglądał jak rozczochrana norka po bliskim kontakcie trzeciego stopnia ze snopowiązałką.

— Wcale nie. — Viktor zagrał więc na zwłokę, przy okazji starając się siłą woli naprostować sterczące na boki włosy. Z marnym skutkiem, oczywiście.

Ale może to i dobrze, że nic mu z tej telekinezy nie wyszło, bo w zamian stało się coś o wiele, wiele lepszego.

— No tak, wcale — przedrzeźnił trochę ironicznie Yuuri, ale mimo to odstawił trzymaną konewkę na podłogę i zaraz podszedł do Viktora. — Daj, bo się poparzysz.

Kwiaciarz sprawnie przejął oba kubki z kawą i przeniósł je na ladę, a kiedy architekt już sądził, że zdoła chociaż wygładzić płaszcz przed odebraniem precli, Yuuri wrócił i ignorując pakunek z jedzeniem, zaczął poprawiać Viktorowi włosy. O, tak po prostu. Przystanął, uniósł śliczną głowę, wyciągnął ręce i jednym, czułym gestem roztopił cudze serce. Był przy tym tak skupiony i w ogóle był tak blisko niego, że Viktor nagle zrozumiał zapowietrzającego się Yakova — Nikiforov odniósł bowiem wrażenie, że jego również trafił jakiś spadający z nieba piorun, tylko że z innego, o wiele milszego powodu. Milszego, a zarazem przypominającego prawdziwe kuszenie przez szatana. Viktor miał przez to ochotę zrobić coś więcej, tylko nie wiedział, czy powinien raczej zażartować „mamo, zostaw, poradzę sobie”, czy może lepiej porwać Yuuriego w ramiona, by wyznać mu, że „chciałbym doświadczyć tego samego o szóstej trzydzieści pięć rano, we wspólnym łóżku, z tobą u boku i po dziesięciu latach małżeństwa”.

Dla własnego bezpieczeństwa postanowił jednak zachować milczeć, tym bardziej że w głowie wciąż huczał mu śmiech Chrisa i jego uwagi, że rosyjski bożyszcz projektowy niekoniecznie umiał w ludzi. A w tego nie umiał już szczególnie. Jeszcze tydzień temu Yuuri uchodził za cichego, czarującego chłopaka, który przypominał normalnie jakiegoś kwiatowego rusałka, wychowanego przez stokrotki, przebiśniegi i azalie. Dziś ten sam mężczyzna zachowywał się jakby śmielej i pozwalał sobie na nieco odważniejsze słowa, chociaż jednocześnie nie stracił ani trochę ze swojego delikatnego uroku. Właściwie to dzięki tej postępującej szczerości Yuuri wydawał się jeszcze wspanialszy, a to wszystko dlatego, bo traktował Viktora tak… tak normalnie. Tylko jak się wobec takiego osobliwego stworzenia zachowywać? Kim miał dla niego być? Znajomym? Bratem? Przyjacielem? Czy może… ale tylko może…

„Chyba nie będę już potrzebował tej kawy na dziś” pomyślał Viktor, czując, jak jego własne serce przyspieszyło do takich częstotliwości, jakby co najmniej więził w piersi kolibra, a nie zwykły, ludzki mięsień.

— Dziękuję — udało mu się tylko szczęśliwie powiedzieć, gdy Katsuki od niego odstąpił, kiwając głową na znak aprobaty w kwestii ulepszonego wizerunku.

Och, szlag. Czy nie mogli robić tak zawsze? Żeby Viktor przygotowywał pyszne śniadanie do łóżka, a Yuuri poprawiał mu włosy i wiązał krawat przed wyjściem do pracy? I co z tego, że architekt i tak często pracował zdalnie? Dla takiego poprawiania grzywki z olbrzymią chęcią zatrudniłby się w Stammi na pełen etat! O, i na kasie w spożywczaku na drugi!

— Nie ma sprawy — odparł na to Yuuri, uśmiechając się nieznacznie. — Głupio by mi było, gdybyś z mojego powodu miał się czuć źle.

— Źle…? Yuuri! Przecież przy tobie czuję się wspaniale — uspokoił Viktor i ruszył za kwiaciarzem do lady. — Jesteś jak moja dzienna dawka radości. Najlepszy rodzaj suplementu diety. Witamina Y w uroczym, kompaktowym wydaniu.

— Tylko proszę, nie przedawkuj — zażartował Katsuki, a potem na jego policzki wystąpił skromny rumieniec. O, właśnie. O uroczych reakcjach mowa, a urocze reakcje tuż-tuż. — I w ogóle powinieneś na siebie uważać, bo byłoby mi strasznie przykro, gdybym następnym razem nie był w stanie naprawić ci fryzury…

Viktor zatrzymał się i dotknął palcami czoła. Ou. Ała.

— Czyli że jest już aż tak źle…? — zapytał ostrożnie, na co kwiaciarz o mało co nie wypuścił z rąk sprzątanej rolki celofanu.

— Nie, nie, nie, nie w tym sensie! Wszystko w porządku! Wiem, bo sam dotykałem! — pospieszył z wyjaśnieniem, patrząc z przestrachem na Rosjanina. — Znaczy, chodziło mi po prostu o to, żebyś nie wpadł pod żaden samochód ani nic! Tylko o to! Przecież twój przedziałek jest w doskonałej formie!

— …mój przedziałek? — powtórzył z wahaniem Viktor, a Yuuri na to sformułowanie zbladł. Wydawało się, że zaraz sam owinie się w celofan, żeby tylko nie było widać, jak bardzo czuł się zażenowany całą sytuacją. — Jest okej?

— Jest — przytaknął cicho, chowając usta za ustawioną pionowo rolką. — Bardzo-bardzo okej…

— Och, Yuuri… W sumie wiesz co? Nawet gdybyś powiedział mi, że jestem nieuleczalnie chory, to to chyba nie byłoby wcale takie straszne — odparł w końcu Viktor, nie wyjaśniając, że w sumie to miał na myśli taką jedną szczególną przypadłość, na którą mniej lub bardziej cierpiała cała ludzkość. Tylko że w tym przypadku wolałby wiedzieć, że zachorował na nią z wzajemnością. — Ale zostawmy już ten nieszczęsny temat. To co? Zaproszenie na puento dalej jest aktualne?

— Pue…? Ach, bento. Tak, oczywiście. — Kwiaciarz zamrugał, a jego głos szybko złagodniał, gdy Yuuri zdołał się już otrząsnąć z poprzedniego ataku zawstydzenia. — Przecież mama by mi nie darowała, gdybym cię nie poczęstował.

— Stanowczo muszę się jej za to odwdzięczyć… No dobrze. A ty? — zaryzykował Viktor, nie spuszczając wzroku z Yuuriego nawet wtedy, gdy Japończyk zajrzał do chłodni i wywołał stamtąd tatę, by przejął wartę w sklepie.

Katsuki obejrzał się przez ramię, a jego oczy zmrużyły się delikatnie, tak jakby odrobinę bardziej serdecznie.

— Też bym sobie nie darował. Szczególnie że to ja przygotowałem dziś zwijany omlet — odpowiedział, odwieszając fartuch na wieszak, po czym skinął zachęcająco głową. — Chodźmy na zaplecze.

Wynikiem trzy do jednego w pojedynkach na rozczulanie Viktor zebrał z lady kubki z kawą oraz precle i poszedł za Yuurim jak ta owieczka na rzeź. No i cóż… Yakov raczej nie byłby zachwycony, gdyby dotarły do niego wieści, że założyciel i prezes całego Stammi niespodziewanie zszedł na zawał, nakarmiony własnoręcznie przyrządzonym przez kwiaciarza omletem. Ale niedoszłego denata zupełnie to nie obchodziło.

Tym bardziej że pan Nikiforov po raz pierwszy od naprawdę wielu lat zaczął być tak po prostu, po ludzku — a nie po prezesowsku — szczęśliwy.

8. Sprawa jak bluszcz zaplątana

***

Viktor był tak beznadziejnie zakochany, że mógłby wpatrywać się w Yuuriego godzinami. Kwiaciarz wydawał mu się bowiem ósmym cudem świata niezależnie od tego, czy przenosił worki z ziemią, czy mówił swoje entuzjastyczne „konnichiwa!” do pojawiającego się w drzwiach klienta, czy zdejmował robocze rękawice i zwijał je w taką śmieszną kulkę (ale jednocześnie bardzo sprytną kulkę, bo dzięki temu żadna rękawiczka nie robiła sobie nieautoryzowanych wycieczek i nie znikała gdzieś pod szafkami), czy nawet walczył z nieposłuszną kasą fiskalną, marszcząc brwi i wysuwając koniuszek języka tuż za ściśnięte usta. Bo przecież zawsze był czarujący, niepowtarzalny, swojski, cudowny i w ogóle najlepszy.

Viktor był tak beznadziejnie zakochany, że mógłby przyglądać się Yuuriemu całymi dniami. A na Yuuriego w otoczeniu kwiatów mógł patrzeć praktycznie bez końca.

— Yuuri? A co to właściwie jest? — zagadnął z nagła Rosjanin, kiedy ostatni klient wreszcie sobie poszedł, dzięki czemu zesłany na wygnanie architekt mógł opuścić kąt i podejść z powrotem do lady.

— To? — Kwiaciarz spojrzał na dwie z trzech roślin, które sprezentował starszemu mężczyźnie sprzed chwili. Trzecia została kupiona, oczywiście. Nie było przecież innej opcji, żeby ktoś zdołał się oprzeć Yuuriemu i jego fachowym poradom. — Jak to było po… A, już wiem. Cyklameny.

— O. Jak ciekawie. — Viktor przechylił głowę, przyglądając się osadzonym na cienkich łodyżkach kwiatom. Wyglądały naprawdę zabawnie, zupełnie jak jakieś fantastyczne stworzonka o wąskich, zakończonych ciemniejszymi nosami pyszczkach i długich, jakby króliczych uszach. Oczywiście jakiś większy realista mógłby w tym miejscu stwierdzić, że przypominały bardziej kolorowe lotki do badmintona… i to też miało swój sens. — A czy mogę, no wiesz…

— Znowu? — zdziwił się Yuuri i nie czekając nawet na odpowiedź, bo ta od wielu dni była praktycznie niezmienna, dopytał: — Któryś konkretny?

— Ten biały? — Architekt zatrzepotał rzęsami i uśmiechnął się niewinnie (znaczy, niewinnie jak na jego standardy), na co kwiaciarz pokręcił z niedowierzaniem głową.

— Normalnie niedługo zacznie mi brakować kwiatów na sprzedaż — westchnął Yuuri, co w myślach Viktora zabrzmiało trochę jak ostrzeżenie z rodzaju „niedługo zabraknie ci wymówek, żeby do mnie przychodzić”. Ale spokojnie, na to też miał ambitny plan. W końcu jeśli nie będzie już kupować nowych kwiatów, to zacznie zaglądać do Yu-topii po porady w kwestii pielęgnacji tych posiadanych. — Tylko uważaj, bo to wymagająca roślina. Należy ją podlewać dwa razy w tygodniu, od strony podstawki. No i nie lubi mocnego słońca. Warto stawiać ją od wschodu, bo wtedy tak silnie nie grzeje, a w ogóle to najlepiej trzymać ją w temperaturze między siedem a piętna-

— Wow, chwila, stop. Powoli — przeraził się Viktor. Czy to był jeszcze zwykły, doniczkowy kwiatek, czy już jakaś zaawansowana forma życia? Bo wyglądało na to, że z samego tylko opisu wymagała znacznie większego zaangażowania w pielęgnację niż choćby pełnoprawny pudel z napędem na cztery łapy. I tak właściwie to tu potrzeba było całodobowej opiekunki, a nie zalatanego faceta. — Chyba zacząłem się martwić o godziwe warunki bytowe dla tego malca.

— Ach, no tak. Mówiłem, że może nie być łatwo. — Yuuri ściągnął usta i przytknął do nich zwiniętą w pięść dłoń, starając się skupić na czymś myśli. Nawet sposób, w jaki się zastanawiał, wydawał się absolutnie przeuroczy. Przeuroczość do kwadratu. Do potęgi przeuroczej. — A czy mógłbym ci coś zaproponować?

— Zawsze, zolotsye.

— Znowu mówisz to śmieszne słowo… — zauważył Japończyk, ostrożnie się uśmiechając. — W każdym razie jeśli ci to nie przeszkadza, to może lepiej byłoby zamienić cyklamen na jakiś fiołek? Jest trochę łatwiejszy w uprawie, a i cenowo wychodzi na korzyść — wyznał i wskazał na względnie podobną roślinę, stojącą na jednej z półek po lewej. — Co prawda nie wygląda tak okazale ani egzotycznie, ale…

— ...ale ciii. — Viktor wszedł mu w słowo, a potem dla pewności uniósł dłoń i delikatnie musnął koniuszek nosa kwiaciarza, przywołując mężczyznę do porządku. — Yuuri, wystarczy. Przecież ufam twojemu osądowi. W końcu to ty znasz się na uprawie kwiatów, nie ja. Ja umiem je tylko postawić na odpowiednio reprezentatywnej szafce. No i ewentualnie trzymać się zaleceń tych mądrzejszych od siebie — zażartował, by rozluźnić napiętą atmosferę.

— Wybacz. Po prostu zależy mi na tym, żebyś był zadowolony — wyjaśnił Katsuki, rumieniąc się odrobinę. — Znaczy, oczywiście zawsze się staram, żeby wszyscy klienci wychodzili stąd zadowoleni… ale… chyba szkoda by było, gdyby cyklamen miał zaraz paść, skoro sam zwróciłeś na to uwagę i… i no.

— I no. Więc bardzo się cieszę, że tak się ze sobą zgadzamy — podsumował Viktor, po czym zdjął ze stelaża biały kwiatek i podał go Yuuriemu, uśmiechając się przy tym z wdzięcznością. Wszak bez jego pomocy z pewnością zamordowałby Bogu ducha winnego… no, tego… cyjanka. — A skoro tak, to czy mogę poprosić o małego fiołka z małym problemem na wynos?

Yuuri nie miał innego wyjścia jak tylko zaśmiać się cicho, skinąć głową i przejąć roślinę, by odprawić nad nią fiskalne czary.

I tak wizyta w Yu-topii zakończyła się adopcją nowego, zielonego podopiecznego oraz obietnicą rychłego spotkania następnego dnia. Po pożegnaniu się z Yuurim naładowany energią Viktor z fiołkiem przytulonym do piersi odmaszerował z powrotem do hotelu, gapiąc się w niebo niczym natchniony meteorolog. Trzeba było jednak przyznać, że dzień zapowiadał się naprawdę wspaniale, dlatego gdy Viktor tylko dotarł na miejsce, od razu zostawił doniczkę z nowym kolegą pod opieką innych roślin, przebrał się w dres i wreszcie wyszedł pobiegać wzdłuż leżącej nieopodal plaży. Na szczęście pogoda po mrozowych perturbacjach zaczęła się już stabilizować i nawet jeśli popołudniami nad Hasetsu wciąż zdarzały się małe ulewy, temperatura była naprawdę znośna. A zresztą — choćby lało, wiało i waliło z nieba wszystkimi dostępnymi plagami egipskimi, to Viktor i tak zdecydowałby się na rundkę po okolicy, chcąc oczyścić umysł przed czekającą go w świecie wektorów i deseni pracą. Chociaż może to dlatego nie mógł usiedzieć w miejscu, bo doskwierał mu brak spacerów z ukochanym Makkachinem…?

No nic, nieważne. U Nikolaja na pewnie było mu bardzo dobrze, a w razie czego zawsze mógł przecież poprosić staruszka o wysłanie psiaka do Japonii. Zresztą — już niebawem zamierzał o tym pomyśleć nieco bardziej na poważnie, jednak póki przebywał w hotelu, a serce Yuuriego wciąż znajdowało się za wysokim, ciernistym żywopłotem nieśmiałości, ciężko było planować tak wielkie przedsięwzięcia.

Jeszcze trochę. Potrzebował jeszcze trochę czasu…

Po powrocie z joggingu Viktor przywitał się z pracującą na drugą zmianę recepcjonistką, która najpierw rzuciła mu ukradkowe spojrzenie, a kiedy przeszedł dalej, zrobiła wyraźnie maślane oczy. W hotelu traktowali go praktycznie jak starego znajomego (albo swoistą maskotkę, ciężko powiedzieć), a sympatyczna kobiecina z bufetu wzorem Yuuko już z zawczasu wiedziała, jaką herbatę powinna dla niego przygotować. Korzystając ze sprzyjającej pory architekt skoczył więc do jadalni, zjadł lekki obiad, zamówił imbryk senchy, a potem z gotowym naparem wrócił do swojego królestwa i na dobre się z nim zabarykadował.

Uff, połowa spraw odbębniona. Teraz trzeba było tylko poczekać, aż uruchomiony na laptopie CAD się przemieli, a potem mógł zasiadać do zlecenia na petersburskie M3 dla włoskiej projektantki mody, która od lat przyjaźniła się z Milą. W międzyczasie Viktor zrobił jeszcze szybki obchód po kupionych od Yuuriego kwiatach, podlewając przy okazji swojego pierworodnego fikusa oraz wiecznie spragnioną, jasnoróżową azalię, i już miał zająć miejsce przy biurku, kiedy nagle rozbrzmiała melodyjka powiadomienia, a na środku ekranu komputera pojawił się komunikat o połączeniu przez Skype’a.

Architekt skrzywił się. Cholera, zapomniał wyłączyć. W takim przypadku jedynym sensownym wyjściem wydawało się przeczekanie połączenia i udawanie, że nic takiego nie miało miejsca. Oczywiście mógł też dyskretnie spojrzeć, kto zacz, po czym równie bezszelestnie odejść na całą długość pokoju, ale niech go ręka Feltsmanowska broni, żeby rozpraszać się tuż przed…

Zaraz, zaraz, ta ikonka… Chris? Tego się nie spodziewał. Przecież całkiem niedawno ze sobą rozmawiali. Znaczy, chyba niedawno. Tak… rozsądnie niedawno?

Viktor zastanowił się i wreszcie doszedł do wniosku, że to był chyba jakiś poprzedni wtorek, kiedy do niego dzwonił (przy uwadze, że obecnie mieli piątek). No dobra. Wychodziło na to, że zależnie od tego, na jakich sprawach człowiek się skupiał, czas potrafił płynąć inaczej. Właściwie to było trochę jak z tymi różnymi nowinkami, które śledziło się jednym okiem i może od biedy połową ucha — w końcu świat dopiero co trąbił o wznowieniu sagi Gwiezdnych Wojen, a nim się człowiek obejrzał, już powstały trzy nowe filmy.

Ostatecznie Rosjanin zdecydował się więc zaakceptować transmisję, a w rozszerzonym oknie niemal natychmiast pojawiła się zarośnięta twarz szwajcarskiego, jakby nieco niewyspanego przyjaciela.

— No wreszcie! Viktor! Dlaczego ty mi znaku życia nie dajesz? Półtora tygodnia już minęło, a ja dostałem od ciebie tylko dwie suche wiadomości na krzyż. I to złożone głównie z emotikonek. Aż tak cię ten kwiatowy chłopiec zwyobracał? — Christophe bez najmniejszego ostrzeżenia zasypał go gradem wymownych uwag, jednocześnie zataczając łagodne łuki swoim kubkiem z wczesnoporanną kawą. Czyli w Bernie musiało być jeszcze dobrze przed ósmą. — I co? Dalej jesteś w tej Japonii?

— A gdzie miałbym być? — zdziwił się Viktor, odruchowo przenosząc wzrok na scenę dziejącą się za plecami przyjaciela. — O, cześć Masumi. Ciężka noc, co?

Szatyn pomachał z daleka ręką, a potem skrył się za drzwiami łazienki, na co oglądający się przez ramię Chris przewrócił oczami i zastawił obiektyw kamery swoją sylwetką. A było czym. Zza luźno zawiązanego szlafroka dało się zauważyć błyszczącą jak Alpy mroźną zimą klatkę piersiową.

— Ej, nie podrywaj mi chłopaka. Jest po nocnej konferencji — pouczył. — Lepiej wyjaśnij, jak się sprawy mają z twoim własnym. Romans się rozwija?

— Jasne. Z trzydziestu minut wydłużyliśmy nasze spotkania do całych czterdziestu dwóch — odpowiedział z dumą Viktor, ale zaraz się zaśmiał, w pełni świadom, że z punktu widzenia Giacomettiego tempo ich zalotów musiało się wydawać chyba bardziej ślimacze od smażonych winniczków leżących na talerzu we francuskiej restauracji. — A tak na serio to jest okej. Rozmawiamy, jemy drugie śniadania, podziwiamy kwiaty, upajam się jego widokiem… takie tam. I jest mi z tym dobrze. Zaskakująco dobrze.

— Nie brzmi to jakoś szczególnie porywająco. Po twoich wcześniejszych kontaktach z potencjalnymi kandydatkami sądziłem raczej, że po dwóch dniach zdołasz znaleźć jakiegoś un bon moine, który za drobną opłatą udzieliłby wam swojego błogosławieństwa. — Zgodnie z przewidywaniami Chris pokręcił z dezaprobatą głową. — No ale dobra, myliłem się. Niepotrzebnie zakładałem, że będzie jak z tymi wszystkimi napalonymi babkami, które lgnęły do ciebie jak do tortu szwarcwaldzkiego, bo były oczarowane rzędami zer na twoim koncie. Yuuri to pewnie jest co najwyżej oszołomiony twoim zerowym… ale zaangażowaniem.

— Mam wrażenie, że oczekujesz ode mnie jakiegoś dzikiego romansu rodem z tabloidów. Niestety! Mnie i Yuuriego nie łączą żadne projekty, nad którymi możemy siedzieć do późna w nocy. Czy tam wcześnie rana. Czy raczej… przypomnij, ile to już ze sobą jesteście?

— No wiesz co? To był cios poniżej pasa. A tak w ogóle to tylko w moim mieszkaniu było wtedy odpowiednio dużo miejsca, żeby rozłożyć wszystkie plany, więc nie insynuuj, że… — zaczął Chris, ale na widok uśmieszku Viktora zdołał szybko zrozumieć, że dał się podpuścić. — Okej, dobra. Tym razem wygrałeś, mon ami, ale to wcale nie zmienia mojego zdania o całej sprawie. Po prostu martwię się, że albo donikąd tak nie zajedziesz, a ciebie na serio wywalą z firmy, albo że spotka cię jakiś bolesny zawód miłosny.

— Jest wręcz przeciwnie — zaprzeczył spokojnie Viktor. — Wreszcie mam poczucie stabilizacji. Nigdzie nie gonię. Robię, co chcę.

— Takie „co chcę”, że nawet się z biednym, wyposzczonym przyjacielem nie podzielisz, czy przeszliście już do… — Załamany Chris akurat podniósł wzrok, zamierzając kontynuować francusko-angielskie wyrzuty, ale nagle urwał i zmrużył oczy, intensywnie się czemuś przypatrując. Ach, no tak. Pewnie jeszcze nie założył soczewek. — Zaraz, Viktor. Od kiedy ty to wszystko gromadzisz?

Słowem „to” oraz wymownym ruchem dłoni Chris określił kwiaty, które stały na chyba każdej powierzchni płaskiej, która istniała w pokoju Viktora: dwóch parapetach, stoliku nocnym oraz w kącie obok fotela. A, no i jeszcze nowy fiołek na biurku i pęk małych tulipanów w wazonie na szafie, ale Szwajcar raczej nie mógł ich dostrzec, bo oko kamerki już tego nie obejmowało.

— Ja wiem? — Viktor zastanowił się, po czym rozejrzał się po włościach, powoli licząc rośliny. — Od jakiegoś tygodnia? No dobra, może od dwóch.

— On ci to daje? Bo raczej nie wspominałeś, że wziąłeś sobie na celownik magnata przemysłu roślinnego…

— Nie, no co ty. Sam je kupuję i mówię, że to dla towarzystwa — wyjaśnił pospiesznie Viktor. — Przecież kazałeś mi już nie wręczać żadnych kwiatów, więc nawet nie-

— Mon Dieu! — zakrzyknął Christophe, kładąc sobie dłoń na pokrytym trzydniowym zarostem podbródku. — Teraz Yuuri musi sobie myśleć, że ty się z kimś seryjnie umawiasz! Jasne, nie dajesz ich jemu, bo to by było w złym guście… ale nikt normalnie nie sprawia sobie kwiatów w tej ilości, jeśli nie chce nimi zasypywać ukochanej osoby!

Viktor poczuł lekkie mrowienie policzków, coś jak odpływająca z nich krew… W sumie jeśli się nad tym dobrze zastanowić, to faktycznie nigdy nie wyjaśnił Yuuriemu, czemu kupował tyle kwiatów i dlaczego przychodził po nie codziennie. Sam architekt oczywiście dobrze wiedział, że robił to z powodu skojarzeń ze słodkim kwiaciarzem oraz chęci zabrania ze sobą chociaż cząstki magicznej atmosfery Yu-topii, ale jeśli Yuuri zinterpretował to tak, że Viktor milczał, bo nie chciał się obnosić ze swoim romansem… to może to dlatego zrobił się ostatnio taki ostrożny? Jakby musiał dodatkowo zapewniać, że starał się dla Viktora tylko i wyłącznie ze względów zawodowych?

Jakby… jakby nie chciał się wtrącać w jego życie prywatne, bo gdyby pokazał, że mu na nim zależało, to…

— Tak — szepnął Viktor i nagle oprzytomniał. — O Boże, tak, to wygląda źle. Bardzo źle! Ja…

Co miał zrobić? Oddać kwiaty? Wyrzucić je? Nie, nie, bez przesady, one nie były niczemu winne. Wina była Viktora i tylko Viktora. Pisać przez komórkę, że to nie tak? Dzwonić? Odpada, zbyt wiele niewiadomych, Yuuri może nie odebrać albo właśnie odebrać — ale niewłaściwie jego słowa.

Rzut oka na zegar. Piętnasta dwadzieścia. Nie było innego wyjścia.

— …lecę to wyjaśnić! — zawołał na głos Viktor.

— Teraz? — zdziwił się Szwajcar, a kubek z kawą niemal wypadł mu z dłoni.

— Tak, teraz — zdecydował. — Inaczej… inaczej będzie za późno.

Viktor nie kłopotał się już nawet z rozłączaniem Skype’a — po prostu zatrzasnął pokrywę laptopa, złapał w garść rzuconą wcześniej marynarkę i wybiegł z hotelowego pokoju, z ledwością pamiętając o tym, żeby przekręcić klucz i wcisnąć go głęboko do kieszeni dresowych spodni. To wszystko wyszło zupełnie nie tak jak trzeba — przez te dwa tygodnie grał natchnionego romantyka i subtelnego żartownisia, który miał podbić serce słodkiego kwiaciarza, ale w życiu by nie pomyślał, że to zachowanie zwróci się przeciwko niemu, a słowa zostaną źle odczytane. W ogóle wychodziło na to, że robił dokładnie to, czego sam nie znosił u innych ludzi — trochę czarował na pokaz, trochę nadskakiwał, trochę udawał, lecz pod płaszczykiem dobrych intencji skupiał się tylko i wyłącznie na sobie. A przecież tak jak Viktor nie potrzebował żadnych cudownych osóbek, które byłyby w stanie spełniać wszystkie jego zachcianki, tak i Yuuri mógł chcieć kogoś… normalnego. Normalnego faceta, który powiedziałby mu wprost, co czuł, a ewentualnego kosza przyjąłby z godnością. No albo przynajmniej zdołałby wyjaśnić, że kupowane kwiaty nijak się miały do jego obecnego stanu cywilnego…

Pędzący przez Hasetsu Viktor nie zastanawiał się jednak, jakich słów użyć, aby brzmiało to równie gładko, jak to sobie wyobrażał. Chrzanić to. Chrzanić wszystko. Chrzanić pozory i to, że nie miał kawy w postaci wymówki. Chrzanić nawet eleganckiego pana Nikiforova. Miał tylko jeden cel.

Po prostu musiał mu o tym powiedzieć!

9. Na górze róże, dla ciebie fiołki

***

Yuuri nigdy nie aspirował do zostania fizykiem kwantowym, ale jedno musiał stwierdzić z całą stanowczością — czas był bytem podstępnym. Chociaż jeszcze chwilę temu wskazówki wiszącego nad drzwiami zegara pędziły jak zwariowane, po odejściu Viktora rzeczywistość wróciła do bycia typową, powolną sobą i zaczęła się ciągnąć niczym przeżuta guma wyciągnięta spod szkolnej ławki. Nie istniało na to żadne lekarstwo, żadne remedium, nic nie potrafiło wygładzić tej delikatnej zmarszczki między ciemnymi brwiami i nie pomagał w tym nawet natłok klientów, którzy ostatnie dwie godziny pracy zmienili w wielkie, bitewne popołudnie, spędzone na walce z tygrysimi liliami, gerberami oraz eustomą (w naprawdę cudacznych konfiguracjach).

Kwiaciarz westchnął, podniósł wzrok znad komputera i spojrzał na odstawione na stelaż cyklameny. Teraz, kiedy wszystko się już uspokoiło, zaczęły go gryźć wyrzuty sumienia, że w ostatecznym rozrachunku odradził je Viktorowi. Było wszak jasne jak rumianek, że do takiego eleganckiego mężczyzny jak on o wiele bardziej pasował smukły, szykowny cyklamen zamiast biednego, niewyróżniającego się fiołka. Zresztą, dlaczego Viktor w ogóle miałby ochotę sam z siebie wybrać tak nudny kwiat? Przecież nic go nie wyróżniało. Był nijaki, niewymagający, zwykły… cichy, nieśmiały… bez żadnego ciekawego hobby, bez żadnych perspektyw na życie… ot, taki przeciętny wypełniacz pustej przestrzeni.

Tak, zupełnie się nie nadawał… Nie wiadomo tylko kiedy w tych rozważaniach biały fiołek zmienił się w pobladłego Yuuriego.

Odłożona na skraj blatu komórka zawibrowała cicho, wyrywając kwiaciarza z dotychczasowej apatii. Zdążył się nieco ożywić, mając nadzieję, że to Viktor jak co dzień przesyłał mu jakieś zdjęcie ze spaceru albo może z obiadu, podczas którego znów zaskoczyło go jakieś nowe, japońskie danie, ale gdy okazało się, że był to tylko e-mail z alertem od serwisu pogodowego, Yuuri poczuł ukłucie zawodu. Serio, powiedzieć, że jego sytuacja była kiepska to jak uznać, że rosiczka wyglądała na miły kwiatek — nie było to wcale kłamstwo, ale tak naprawdę sprawy wydawały się o wiele, wiele bardziej skomplikowane.

Katsuki jeszcze raz rzucił okiem na smartfon, zerknął na przeszklone drzwi, upewniając się, że nikt za nimi nie stał i nie wahał się przed wejściem do sklepu, aż w końcu trącił ekran, wywołując okienko Line’a. No dobrze, czas na środki ostateczne, tym bardziej że już dawno nie widział widniejącego w komunikatorze nicku oraz uśmiechniętego awatara. Może nawet zbyt dawno, skoro zżerała go taka niepewność.

A konsultant był potrzebny od zaraz.

YuuriK: cześć Phichit

Phichitto: ejooo~

Phichitto: jak się masz, Yuuri?

Phichitto: Viktor na dziś zaliczony?

Phichitto: ( ^ ω ^ )

Phichitto: znaczy, wizyta, wizyta

Phichitto: chociaż jeśli chcesz mi coś powiedzieć…

YuuriK: tak, już był, i nie, nie kontynuuj, proszę

Phichitto: oke, dla ciebie wszystko

Phichitto: ale dobrze wiedzieć, że dalej się z nim spotykasz

Phichitto: to jak?

Phichitto: ( ^ ∀ ^ )

Phichitto: powiedziałeś mu?

Phichitto: i jak zareagował?

Phichitto: pewnie Mari jest zła, bo nie możecie go wypędzić ze sklepu

Phichitto: no ale cóż

Phichitto: niech się przyzwyczaja do przyszłej rodziny

Taj zalał go takim potokiem nieskoordynowanych komentarzy, że Japończyk zaczął się aż zastanawiać, czy wciąż posiadał kartę pływacką. Nie wiedział, jak miał odpowiedzieć na te wszystkie oczekiwania, więc odparł zgodnie z prawdą…

YuuriK: ...nie powiedziałem

Phichitto: …

Phichitto: .( > д < ).

Phichitto: Yuuuuuuri!

YuuriK: co?

Phichitto: przecież to już dwa tygodnie, nie?!

Phichitto: mówiłeś, że on mówił, że mowa o „może dwóch tygodniach”, nie?!

YuuriK: chyba, nie wiem

Phichitto: Buddo w stanie nirwany, dodaj mi sił, bo nie wytrzymię

Phichitto: Yuuri

Phichitto: zaklinam cię

Phichitto: nie rób tego sobie, a przy okazji mnie

Phichitto: przecież tobie na nim zależy

Phichitto: jemu zależy na tobie

Phichitto: wam zależy na sobie nawzajem

Phichitto: mnie zależy na was obu

Phichitto: a moim chomikom zależy na pokoju na świecie i darmowym słoneczniku dla wszystkich gryzoni

Phichitto: nie możesz walczyć z takim natłokiem uczuć!

No właśnie walczył. Chęć, żeby zaszyć się pod jakąś wielką donicą biła się z ochotą, aby wybiec i szaleć po całym mieście. Nieuzasadniona niczym euforia nieustannie kotłowała się z przygnębieniem, zawieszając broń tylko wtedy, kiedy kwiaciarz musiał wyjątkowo mocno skupić się na pracy. W losowych momentach czuł jednak, jak żołądek wywracał salto za saltem, serce stepowało na żebrach, nogi miękły, a policzki płonęły. I gdyby nie walczył z tymi wszystkimi dolegliwościami, to chyba zwyczajnie by zwariował.

YuuriK: Phichit, to nie jest takie proste

YuuriK: ja

Na „ja” wpisywanie wiadomości się jednak skończyło, bowiem właśnie tę chwilę drzwi kwiaciarni wybrały sobie, aby otworzyć się gwałtowniej niż zazwyczaj, przez co dzwoneczki uderzyły o siebie niemal alarmowo, gdy Viktor jako ta jednoosobowa, rosyjska burza wpadł do wnętrza kwiaciarni.

Yuuri uniósł brwi i wlepił oczy w niespodziewanego gościa. Nie był w stanie pojąć, czemu ten zawsze opanowany, uśmiechnięty, szykowny mężczyzna, którego jeszcze dziesięć minut temu przyrównywał do stonowanych cyklamenów, teraz wyglądał jak pomieszanie z poplątaniem, a jeśli coś przypominał, to raczej pstrokate lwie paszcze albo trójkolorowe bratki. Szare, dresowe spodnie zupełnie nie pasowały do rozpiętej, granatowej marynarki, której kołnierz tylko z jednej strony wydawał się jako-tako wygładzony (bo z drugiej finezyjnie sterczał pod kątem, na oko, trzydziestu stopni), a popielata grzywka splątała się chyba nawet bardziej niż wtedy, gdy architekt pędził do Yu-topii, niosąc słodkie precle. A najbardziej Yuuri nie mógł zrozumieć, czemu Viktor w ogóle tu był, chociaż z pewnością pożegnali się około pierwszej i mieli się zobaczyć ponownie dopiero następnego dnia.

…mieli się zobaczyć…

Na to stwierdzenie w głowie Katsukiego pojawiła się tylko jedna myśl. Straszna, nagła i boleśnie prosta. „Przyszedł powiedzieć, że jutro wyjeżdża”.

Phichit miał rację. Nie powinien zwlekać. Nie powinien udawać, że mu nie zależało. Bo zależało. Mocno zależało. Zależało aż za bardzo, choć równocześnie czuł się dziwnie nieswojo, gdy uświadamiał sobie, jak bardzo nowe było to uczucie. Miłe i gorzkie, delikatne i obezwładniające, dodające otuchy i odbierające siły. I nawet jeśli Yuuri nie wiedział, kim był dla niego ten mężczyzna, wciąż rozumiał jedno — że nie zdoła rozwikłać tej zagadki, gdy ten odejdzie.

Albo właśnie wtedy boleśnie to zrozumie.

— Yuuri, muszę ci coś wyjaśnić… — zaczął Viktor, a Yuuri poczuł, że jeśli nie powie czegoś wcześniej, zanim padnie to ostateczne oznajmienie, to straci swoją szansę i do końca życia będzie tego żałował. A Phichit w ramach kary za nieposłuchanie rad naśle na niego szwadron bojowych chomików.

— Ja też — wtrącił więc, zaciskając dłonie na roboczym blacie.

I wtedy obaj mężczyźni otworzyli usta tak szybko, że zanim się spostrzegli, powiedzieli jednocześnie:

— …te kwiaty, które od ciebie brałem, były tylko dla mnie.

— …zostań.

Potrzebowali dłuższej chwili, żeby wszystko sobie poukładać i zrozumieć, które słowa były skierowane do kogo, a które wyszły z czyich ust. I pewnie właśnie dlatego, że Viktor miał o wiele prostsze i krótsze zadanie, jako pierwszy wyszedł z szoku. Chociaż może wcale nie wyszedł. Może wpadł w niego głębiej, skoro blade policzki kontrastujące z uroczo zaczerwienionym nosem nagle oblały się szkarłatem.

— ...co? — zdołał tylko powiedzieć, a Yuuri bezradnie zamrugał. Chyba przez przypadek wygrał pojedynek na zaskakujące wyznania. I wstydliwe też.

— Bo chcę… chciałbym… byłoby miło… gdybyś został w Hasetsu… dłużej — wydukał kwiaciarz, składając dłonie na podobieństwo daszku, by ukryć w ich cieniu nos i usta. Sam już nie rozumiał, czy zależało mu na wyjaśnieniu kwestii, czy lepiej by było, gdyby Rosjanin nie usłyszał tak żenująco nieskładnej wypowiedzi. Ewentualnie zrozumiał, ale telepatycznie. Jeśli można.

Wyglądało jednak na to, że Viktor coś z tego pojął, a nawet oprzytomniał na tyle, że zajął się wygładzaniem włosów i poprawianiem marynarki. Z wyzierającym spod spodu dresem nic się, niestety, zrobić już nie dało. Mimo to pierwotne zaaferowanie Viktora minęło; teraz wydawało się, że architekt cieszył się z propozycji kwiaciarza, ale może był to tylko kolejny z miliona dopadających Yuuriego omamów wzrokowych.

— Na… jak długo? — zagadnął ostrożnie i z wyraźną nadzieją Viktor.

Tydzień? A może dwa? Bo miesiąc brzmiał trochę… Nie, to odkładanie nieuniknionego. Odpowiedź była w gruncie rzeczy całkiem prosta.

— Jak najdłużej — przyznał cicho Yuuri.

Viktora jakby coś trafiło — ale coś innego niż piorun, który był raczej odpowiedzialny za jego chaotyczny strój. Przypominał bardziej kogoś, kto zaraz miał oderwać się od podłogi i poszybować do nieba… lub przynajmniej tak wysoko, na ile pozwalał na to strop kwiaciarni. A jeśli ludziom nie było dane latać, to kumulującą się w nim energię Viktor mógł zechcieć przeznaczyć na coś innego i całkiem możliwe, że zaraz ruszyłby do-

— Konnichiwa! — rozbrzmiało nieoczekiwanie od strony wejścia. Niezależnie od tego, jak bardzo gęsta atmosfera panowała w sklepie, na zewnątrz nie dało się jej odczuć, dlatego życie wciąż biegło swoim torem, a mieszkańcy Hasetsu robili zakupy jak gdyby nigdy nic. I pewnie dlatego do kwiaciarni zajrzał jakiś obcy, około czterdziestoletni mężczyzna i stanął w progu, spoglądając niepewnie to na kwiaciarza, to na obcokrajowca, jakby szacował, czy nie wpychał się w niczyją kolejkę. — Ano ne… Watashi wa akai churippu o te ni iremasu ka…?

— Czego chce? — wtrącił się cicho Viktor, na co Yuuri zamrugał niepewnie.

— Cz-czerwone tulipany.

— Ile?

— Dono kurai? — Yuuri zwrócił się do stojącego przy witrynie mężczyzny.

— Ju wa jubundesu… — odpowiedział z wahaniem starszy Japończyk.

Viktor musiał coś z tego zrozumieć, bo zanim Yuuri zdołał wyjaśnić znaczenie słów lub (co było znacznie pilniejszym zadaniem) zająć się klientem, Rosjanin rozejrzał się szybko po kwiaciarni, podszedł do flakonu z czerwonymi tulipanami, wyciągnął kilkanaście sztuk i wrócił do oniemiałego faceta.

— Sumimasen— Viktor wcisnął kwiaty w ręce mężczyzny, po czym delikatnie, ale stanowczo wypchnął go za próg kwiaciarni. — I sayonara.

— Viktor! — Dopiero gdy drzwi za starszym Japończykiem się zamknęły, a Viktor obrócił się w stronę wnętrza sklepu, Yuuri zdołał odzyskać głos. Wyszedł zza lady i ruszył do architekta, jednocześnie obrzucając go na wpół gniewnym, na wpół zatrwożonym wzrokiem. — Tak nie wolno!

— Wybacz. Będzie na mój rachunek — rzucił, podchodząc do Katsukiego. — Nie chciałem, żeby nam przeszkadzano. Nie wtedy, kiedy wreszcie mogę z tobą szczerze porozmawiać.

Viktor zatrzymał się dopiero o krok od Yuuriego, a choć różnica we wzroście nie była jakaś ogromna, to kwiaciarz i tak musiał lekko zadrzeć głowę, żeby zamiast na usta Rosjanina spojrzeć w jego oczy… I naprawdę niewiele brakowało, a zachłysnąłby się tym widokiem. W błękitnych oczach nie odnalazł bowiem żadnych wesołych iskierek, nie wydawały się przygaszone jak przy pożegnaniach, nie mrużyły się zabawnie niczym w momentach, gdy Viktor opowiadał jakiś dowcip. Zauważył za to drobne zmarszczki poniżej dolin łez i przedziwnie duże źrenice, które utkwione były w nim i tylko w nim. Jakby architekt nie dostrzegał — albo nie chciał dostrzec — niczego poza Katsukim.

— Yuuri, zolotsye — powiedział cicho Viktor, ale zaraz pokręcił głową. — Nie, nie zolotsye. Złoto moje.

Tętno przyspieszyło chyba do dwustu uderzeń na minutę, krew pulsowała w czerwonych policzkach, nogi zmiękły niczym zrobione z waty. Opis ważnej dla Viktora osoby z czasu ich pierwszego spotkania oraz tajemnicza, rosyjska fraza, którą regularnie powtarzał przy rozmowach i czatach, nagle nabrały sensu. „Właściwie to im dłużej o tym rozmawiamy, tym bardziej dochodzę do wniosku, że ta osoba, o której myślę, jest wspanialsza niż jakiekolwiek bogactwa”.

— Yuuri — zaczął znów Viktor i westchnął. — Pewnie powinienem to wyjaśnić na samym początku, ale przyznaję, że nie wszystko poszło tak jak trzeba. Pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna nie wiedziałem, co mam powiedzieć ani co zrobić. Najpierw dlatego, bo pierwszy raz doświadczyłem takiego natłoku uczuć, a potem zacząłem się trochę bać, że jeśli coś zepsuję… że w ogóle mogę coś zepsuć. Nie miałem pojęcia, na ile mogę sobie pozwolić. Czy powinienem być jak brat? Jak przyjaciel? Jak dobry znajomy?

— Viktor, nie rozumiem… — Yuuri poczuł, jak delikatnie zapiekły go oczy. Nie, nie dlatego, że chciało mu się płakać, ale dlatego, że nie mógł choćby mrugnąć, żeby nie okazało się, że to wszystko to tylko sen.

— No to jest nas dwóch — zażartował Viktor, a potem powoli, powoli uniósł dłoń i w jakimś takim naturalnym odruchu położył ją na głowie kwiaciarza. — Yuuri. To z twojego powodu zostałem w Hasetsu.

Nie mrugaj. Nie mrugaj. Jeśli to zrobisz, to albo obudzisz się we własnym łóżku, albo… albo zaczniesz się intensywnie pocić przez kanaliki łzowe. Chociaż nie, to by było całkiem łatwe i bezpieczne. Najpierw należałoby jednak okiełznać rozszalałe serce. Bo zawałowcy nie płakali. Zawałowcy mdleli.

— Więc…

— Więc to oczywiste, że nigdzie się stąd nie ruszam. — Rosjanin kilka razy pogłaskał Japończyka po głowie, z wyczuciem, jakby go uspokajał. — A co do tych kwiatów, które brałem, to cóż… Nie wręczałem ich nikomu z dość prostej przyczyny. Bo nikogo nie mam.

Viktor wycofał rękę i zacisnął ją w lekką pięść. Jeśli to możliwe i jeśli tak potrafił… to chyba się stresował.

— Ale chcę to zmienić. Chcę wręczać komuś kwiaty, szczególnie gdyby miał to być jakiś miły, japoński kwiaciarz, który będzie się ze mnie śmiać i mówić, że działam wbrew zdrowemu rozsądkowi. Ale nie szkodzi. Bo jeśli nabijałby się ze mnie wystarczająco długo, to w ramach odwetu mógłbym go zasypać pysznymi czekoladkami. — Viktor wziął nieco głębszy wdech, wypuścił powietrze, rozluźnił ramiona i uśmiechnął się delikatnie. — Czy w takim razie moglibyśmy spróbować nad tym popracować? W sensie… Czy umówiłbyś się ze mną?

— Że… my? — upewnił się Yuuri, dotykając palcem swojej piersi, a ton jego wypowiedzi brzmiał jak coś w rodzaju „to tak można?”. Nie był w szoku. Butla z „byciem w szoku” skończyła mu się parę minut temu. Teraz zwyczajnie nie dowierzał. — Ja i ty?

— Tak, Yuuri. Tak to właśnie z gramatyki wynika. — Viktor uśmiechnął się jeszcze trochę szerzej, ujął dłoń kwiaciarza w swoją, po czym wskazał nią na siebie, a potem na Yuuriego. — Ja i ty. My. Razem. Tylko we dwóch. Umówić. Na randkę.

Bak z niedowierzaniem również się wyczerpał, tym bardziej że w tym samym momencie padła dość kluczowa fraza. „Na randkę” rozbrzmiało echem w głowie Yuuriego.

— To jak? Zgadzasz się? — zapytał ostrożnie architekt.

Randka.

— W sumie to nie tak, że naciskam na odpowiedź już dziś, bo to może być zbyt nagłe…

Randka.

— Ale jeśli jednak wprawiam cię w zakłopotanie…

Po całej tej szczerej rozmowie, po tych wszystkich wymagających wyznaniach i wyjaśnieniach, kiedy Yuuri miał wszelkie podstawy spodziewać się, że niepokojące symptomy poruszenia ustaną, one jakby na przekór stały się silniejsze. Właściwie nie zdziwiłby się, gdyby Viktor, który wciąż trzymał go za rękę, poczuł przez pulsujące naczynia krwionośne, jak bardzo-bardzo-bardzo organizm kwiaciarza szalał.

Choć w sumie to zabawne. Wydawało mu się, czy ręka Viktora również leciutko drżała…?

— ...to wcale nie muszę-

— Za dwa dni. — Yuuri zgiął palce i zacieśnił chwyt na ciepłej dłoni Viktora. Faktycznie. Ledwie wyczuwalnie, bo ledwie wyczuwalnie, ale naprawdę czuć było coś niezwykle podobnego do dreszczy. Czyli dla niego to też musiało być ważne wyznanie. On też znał podobny niepokój. On też… — Za dwa dni mam wolne. Czy może wtedy…?

— Tak. — Viktor odpowiedział z szybkością karabinu maszynowego, a dopiero potem zamrugał i dla pewności powtórzył: — Jasne, oczywiście. Kiedy tylko zechcesz. Za dwa dni.

— Przyszedłbyś tutaj? — zagadnął Yuuri.

— Tak, przyjdę.

— O, hm… o dziesiątej?

— Świetnie. Wspaniale. Perfecto. — Rosjanin zaczął przypominać maneki-neko, tylko że zamiast łapką nieustannie kiwał głową. — Uwielbiam dziesiątą. Z całym szacunkiem dla jedenastej. O dziesiątej w niedzielę, tak? Idealnie.

Yuuri uśmiechnął się, gdy Viktor wrócił do bycia sobą. Znaczy, ten poważny Viktor też na swój sposób był jak najbardziej prawdziwy, ale jakoś tak nieco mu ulżyło, szczególnie gdy znów zobaczył usta układające się w serduszkowy uśmiech. Kwiaciarz potrzebował jeszcze chwili, aby przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Do bardzo nowej sytuacji. Takiej, żeby — jak to powiedział Viktor — spróbowali. „Dwa dni wystarczą. Za dwa dni postaram się spełnić jego oczekiwania. I przede wszystkim wypytam Yuuko o to, jak powinienem się ubrać. Phichitowi jakoś tak dziwnie nie ufam…”.

— A jeśli mogę jeszcze wrócić do tematu kwiatów, które kupowałeś… — napomknął na sam koniec Yuuri, co wyraźnie zmroziło Viktora.

— Tak?

— Pewnie to, co teraz powiem, będzie mocno zarozumiałe, ale… jakoś tak podejrzewałem, że chodziło właśnie o ciebie. Mimo wszystko zawsze brałeś tylko doniczkowe kwiaty albo proste wiązanki do wazonu, a chociaż to nie jest jakaś żelazna reguła, to gdyby chodziło o prezenty dla kogoś innego, wybierałbyś większe bukiety. Jak z moich niebieskich róż — wyjaśnił ostrożnie Katsuki, starając się nie eksplodować od cisnącego się na twarz rumieńca, gdy w końcu zrozumiał, dlaczego na samym początku dostał z powrotem ‘Lilac Fairy’.

Viktor stał przez chwilę w absolutnym milczeniu, właściwie to milczał na tyle długo, że Yuuri zaczął się trochę niepokoić, czy czegoś nie zepsuł, ale wreszcie architekt pochylił się i przycisnął wciąż trzymaną dłoń kwiaciarza do swojego czoła.

— Już nigdy nie zwątpię w spryt mojego kwiatuszka — zażartował cicho.

10. Z deszczu pod rabatę

***

To był najważniejszy dzień w życiu Viktora. W tym dniu miał uczynić wybranka swojego serca najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi, chociaż jednocześnie Yuuri uszczęśliwił go już dawno, dawno temu, w momencie, kiedy po raz pierwszy obdarzył architekta słodkim uśmiechem. Dzisiejszy dzień był zwieńczeniem wszystkich starań, spotkań, wyznań i problemów, z jakimi musieli się zmierzyć… I zrobili to. Wspólnie. A żeby mógł wyznać kwiaciarzowi, jak bardzo go kochał i że pragnął spędzić z nim resztę życia, w zdrowiu i w chorobie, w dobrych chwilach, a tym bardziej w tych złych, wszystko musiało wyglądać perfekcyjnie, być perfekcyjne i pozostać perfekcyjne.

Rosjanin ubrany w elegancki, jasnoszary, trzyczęściowy garnitur obrócił się w stronę lustra i podtrzymując komórkę między uchem a ramieniem, delikatnie wyprostował węzeł grafitowego krawata. Idealnie. Dokładnie tak, jak Yuuri na to zasługiwał, o ile tylko należał do koneserów krawatów dopasowanych do trzyczęściowych garniturów. Ale spróbować nie zaszkodziło.

W końcu kiedy, jeśli nie na ich pierwszej randce.

— Tak, Nikolaj. Tak. Dzięki za wszystko i wybacz, że tak rzadko się odzywam, ale… No. Sam rozumiesz. — Viktor uśmiechnął się do odbicia w lustrze, po czym chwycił telefon w dłoń i zajął się poprawianiem grzywki. Specjalnie na ten dzień zaczesał ją nieco wyżej niż zwykle, a wszystko po to, żeby móc dokładnie widzieć każdą, nawet najdrobniejszą zmianę na twarzy swojego… no właśnie, swojego kogo? Przyszłego chłopaka? Prawie-chłopaka? Swojego chłopaka, o ile tylko ten chłopak czuł to samo co on? Ot i zagadka. Normalnie jakby był jakimś chłopakiem Schrödingera… Znaczy Viktora, chłopakiem Viktora! — A czy byłbyś w stanie wysłać Makkachina do Japonii? Tak, pewnie zostanę tu jeszcze przez kilka tygodni, może miesiąc… może dwa… No właśnie. Już i tak nadużyłem twojej cierpliwości, a myślę, że Makkachinowi się tu spodoba.

Viktor wyprostował się i okręcił się na boki, przez cały ten czas cierpliwie słuchając odpowiedzi starszego Plisetsky’ego, dziadka Jurija ze strony ojca. Choć nie byli bezpośrednio rodziną, to jednak dogadywali się ze sobą znacznie lepiej niż z siostrą Viktora — a matką Jurija — która po śmierci męża zdecydowała się zostawić syna w Rosji, a sama pojechała za granicę robić karierę jako tancerka. W ramach cichej, męskiej umowy Nikiforov i starszy Plisetsky zgodzili się więc pomagać sobie wzajemnie: Viktor wspierał finansowo Jurija, posyłając chłopaka na zajęcia i wakacje, na które nie byłoby stać jego dziadka, a Nikolaj opiekował się Makkachinem, kiedy architekt musiał jechać w delegacje. Niby nic ogromnego, ale jednak często ratowało im to obu skórę, szczególnie gdy trafiały się jakieś niespodziewane wypadki losowe. Jak, przykładowo, teraz.

— Świetnie, dziękuję. Oczywiście to nie musi być zaraz na już, bo najpierw powinienem poszukać jakiegoś porządnego mieszkania do wynajęcia, ale gdybyś poradził sobie do przyszłego tygodnia… Tak, tak. O, super. Jesteś wielki. Jak tylko wrócę do domu, to zabiorę was na wielki obiad. — Viktor wysunął lewy nadgarstek z rękawa marynarki i zerknął na zegarek. Wpół do dziesiątej. Czas najwyższy się zbierać. — W takim razie trzymajcie się i uściskaj Jurija.

Architekt schował komórkę do kieszeni i jeszcze raz uważnie zlustrował spojrzeniem swoje odbicie. Dobrze, a teraz lista niezbędnych randkowych elementów w dwuszeregu zbiórka! Garnitur — był. Krawat — również. Fryzura — uporządkowana. Delikatna woda kolońska — rozpylona. Czekoladki — tu Viktor spojrzał na pościelone łóżko, na którym spoczywało przewiązane kokardą pudełko — gotowe. Pozostawało już tylko wziąć płaszcz, schować portfel z ukrytymi w nim biletami do kina, uzbroić się w szeroki uśmiech i ruszyć na spotkanie miłości.

Viktor chwycił wszystko, co trzeba, na wszelki wypadek trzykrotnie omiatając wzrokiem cały pokój (i dobrze, bo przy trzecim razie cofnął się i podlał lekko podsuszonego pana Fikusa), po czym zgarnął klucze i zamknął drzwi hotelowego pokoju. Jednocześnie jego radosne myśli zaraz zaczęły zaprzątać kolejne warianty scenariusza ich pierwszej — i oczywiście od razu najlepszej — randki. No bo jak by tu odpowiednio przywitać czekającego w Yu-topii kwiaciarza…?

„Dzień dobry, Yuuri! Wiem, że obyczaj nakazuje przynieść na randkę bukiet kwiatów, ale że nie chcę cię znów wprawiać w zakłopotanie, to czy pozwolisz, żebyś to ty był dziś ozdobą naszej pary? Wszak urody mogą ci pozazdrościć nawet najpiękniejsze róże na świecie”.

„Spójrz, Yuuri, to zdjęcie mojego pudla. Wabi się Makkachin. Czy miałbyś może ochotę pogłaskać go na żywo? Bo słyszałem, że to bardzo ważne, żeby pupil jednej ze spotykających się osób poznał drugą połówkę jeszcze przed wspólnym zamieszkaniem”.

„Posłuchaj, Yuuri. Dużo myślałem o naszym ostatnim nieporozumieniu i… i gdybyś tylko miał taką ochotę, to mogę zostać w Hasetsu na dłużej. Na bardzo długo. Właściwie to z przyjemnością zostanę z tobą na całe życie”.

Z szerokim uśmiechem na ustach i głową wypełnioną przyjemnymi wyobrażeniami Viktor ruszył więc na miasto… czy może raczej „miał zamiar ruszyć”, ale gdy tylko wystawił nogę za drzwi hotelu, nagle w jego twarz uderzyła ukośna fala deszczu, dość gwałtownie konfrontując marzenia z rzeczywistością. Na niekorzyść marzeń, niestety.

Rzecz jasna Rosjanin zauważył, że tego dnia trochę się zachmurzyło — no, może trochę bardziej niż trochę, skoro w hallu wciąż musiało palić się światło — ale jakoś tak nie wczuwał się w to, jaką pogodę będą mieli ostatecznie zapewnioną. Wszak Viktor planował zabrać Yuuriego do kina (angielski film z japońskimi napisami, tak w ramach kompromisu), a na potem zarezerwował stolik w restauracji, żeby kwiaciarzowi przez cały ten czas było ciepło, wygodnie i przyjemnie. Architekt nie pomyślał tylko, że trzeba się będzie jeszcze trochę w międzyczasie poprzemieszczać. Och, cóż…

Viktor cofnął się na chwilę do recepcji, wygładził uniesioną przez wicher grzywkę i czarującym głosem spytał, czy nie mieli może jakichś parasoli na pożyczenie. Mieli. Oczywiście, że mieli. Dla niego nawet dziesięć, a jeśli istniała taka potrzeba, to z przyjemnością zamówiliby jeszcze taksówkę i może jakiegoś kuriera z płaszczem przeciwdeszczowym. Obcokrajowiec podziękował jednak za tę propozycję i wziął tylko jeden parasol, ale za to taki nieco większy. Bo dwuosobowy.

W końcu spacer w deszczu mógł być równie fantastyczną wymówką, aby potrzymać się za ręce, a kto wie, czy nawet nie przytulić.

Siła zakochanego mężczyzny była czymś ciężkim do zrozumienia i pokonania, dlatego w ostatecznym rozrachunku Viktor raźno ruszył przed siebie, chociaż wiatr próbował wywijać parasolem na wszystkie strony, a poły płaszcza furkotały zaciekle niczym sztandar na wysokim maszcie. Co ciekawe, w przeciwieństwie do podobnych ulew w Petersburgu, tu, w Hasetsu, nie widać było na ulicach niemal nikogo. Nie, żeby nie rozumiał, że ludzie zwyczajnie woleli pozostawać w ciepłych domach niż bez potrzeby włóczyć się po mieście, jednak wydawało mu się to nieco zastanawiające. Żeby nikt nawet z psem nie wyszedł albo nie musiał iść do pracy…?

Dotarcie do kwiaciarni zajęło Viktorowi dobre dziesięć minut dłużej niż zwykle, ale i tak udało mu się zjawić trochę przed umówionym czasem. W sam raz, żeby było kulturalnie, ale żeby nie wywierać niepotrzebnej presji, gdyby strona przeciwna okazała się czymś zajęta. Rosjanin z pewną ulgą wkroczył do suchej kwiaciarni, szybko zamknął za sobą drzwi, żeby nie robić niepotrzebnego przeciągu, po czym przeszedł kilka kroków w głąb pomieszczenia. Tak jak się tego spodziewał, na warcie w sklepie nie zastał tym razem Yuuriego, ale jego siostrę, która właśnie przetrząsała znajdujące się za kasą szafki.

— Dzień dobry, Mari. — Viktor złożył parasol i uśmiechnął się uprzejmie do Japonki, mimowolnie szukając wzrokiem innego pracownika. — Wiesz może, czy Yuuri jest już gotowy?

Młoda kobieta gwałtownie obejrzała się przez ramię, jakby trochę wystraszona, że ktoś w ogóle pojawił się w sklepie w taką pogodę, a zaraz potem jej czoło przecięła jeszcze głębsza niż przed chwilą zmarszczka zaaferowania.

— O cholera, przyszedłeś… — wyrwało jej się jakby przez przypadek, po czym szybko zacisnęła usta. — Słuchaj, jeśli chodzi o to wasze wyjście… to może być z tym pewien problem, bo…

— Viktor!

Rosjanin poderwał głowę na dźwięk swojego imienia i trafił akurat w moment, gdy Yuuri niespodziewanie wyszedł od strony zaplecza i zatrzymał się na środku kwiaciarni. W pierwszej chwili prawie go nie poznał, bo kwiaciarz nie nosił okularów, a jego okrągłe, łagodne oczy nabrały niezwykłej, prawie drapieżnej przenikliwości. Daleko jednak było temu do pełnoprawnej, randkowej stylizacji — mina Yuuriego na widok Viktora wyrażała bezbrzeżne zdumienie, a biała koszula, założona do prostych, granatowych dżinsów, wyglądała na zbyt mocno doświadczoną przez los, żeby nadawać się na pokazanie jej szerszej publiczności. A jednak wciąż, jakby na przekór jakiemukolwiek zdrowemu rozsądkowi, Japończyk prezentował się w tej kuriozalnej sytuacji niesamowicie atrakcyjnie i Viktor miał nieprzepartą ochotę, żeby obsypać go komplementami.

Gdyby tylko był w stanie, oczywiście.

— Boże, tak bardzo cię przepraszam… — wyrzucił z siebie Yuuri i potoczył błędnym wzrokiem po półkach z kwiatami. — Jeszcze kwadrans temu wszystko było w porządku, ale teraz… całkowicie się posypało i ja… ja nie mogę…

— Yuuri! Mitsukemashita! — przerwała mu Mari, triumfalnie unosząc w dłoni jakieś zawiniątko. — Otosan ni hashiru. Watashi wa okasan ni tsutaemasu.

Katsuki nawet nie dokończył myśli, tylko od razu skupił się na czymś, co pospiesznie wręczyła mu siostra. W reakcji na znalezisko kwiaciarz odmruknął szybkie „wakatta”, pobiegł w stronę frontowych drzwi, niemal zupełnie ignorując coraz bardziej zdezorientowanego Rosjanina, i już chciał wylecieć ze sklepu… kiedy w ostatniej chwili za rękę złapał go Viktor.

Nic z tego wszystkiego nie rozumiał. Nie wiedział, czy był w stanie naprawić to, co absolutnie nieświadomie zepsuł. Nie był nawet pewien, czym sobie na to zasłużył. Ale chciał przynajmniej znać powód, dla którego najpiękniejszy dzień w jego życiu miał się okazać tym najgorszym.

— Yuuri, poczekaj — powiedział cicho, patrząc Japończykowi prosto w oczy, aby ten nie dał rady uniknąć odpowiedzi. — O co tutaj chodzi? Zmieniłeś zdanie? Naraziłem się czymś? Nie chcesz mnie znać? Wytłumacz. Cokolwiek.

Kwiaciarz zamrugał niepewnie, co w połączeniu z tym, że nie miał okularów, wyglądało jeszcze bardziej wdzięcznie niż zwykle, ale w następnej chwili Yuuri zdecydowanie potrząsnął głową.

— Nie, nie, to nie tak. To wszystko nie tak, po prostu… po prostu gałąź wybiła dziurę w dachu szklarni i mamy sytuację kryzysową. Muszę pomóc — wyjaśnił zdawkowo. Mimo to Viktor poczuł, że kamień spadł mu prosto z serca, napięte mięśnie odrobinę się rozluźniły, a Yuuri, na twarzy którego pojawił się smutny uśmiech, delikatnie uścisnął dłoń architekta. — Przepraszam, Viktor. Zawiodłem cię. Jestem kompletnie beznadziejnym facetem, a na dodatek strasznie roztrzęsionym z powodu tego, co się dzieje. Wiem, że obiecałem z tobą wyjść, ale nie mógłbym się cieszyć tym spotkaniem, gdybym wiedział, że rodzice potrzebują pomocy. I ten… Pewnie nijak nie zrekompensuje ci to poświęconego czasu, ale gdybyś mógł tutaj poczekać, to obiecuję, że za niedługo załatwię ci transport do-

— Nie. Już nic nie mów. — Viktor rozejrzał się na boki, a kiedy znalazł lukę na pobliskim stelażu, pospiesznie wcisnął tam czekoladki, natomiast złożony parasol wsunął między doniczkowe kwiaty. — Idę z tobą.

Yuuri wyglądał na dość mocno zaskoczonego tą zdecydowaną deklaracją, ale że nie było już specjalnie czasu na zastanawianie się, kwiaciarz zmarszczył tylko brwi, lekko zagryzł usta i w milczeniu pociągnął Viktora za sobą.

Nie puszczając swoich dłoni, jak gdyby bali się zgubić drugą osobę w tej wichurze, pobiegli podjazdem w stronę dobrze znanej szklarni. Deszcz nie ustępował ani na chwilę, siekając lodowatymi kroplami w twarze i szyje skulonych ludzi, a drzewa słaniały się na boki, jakby były zrobione z kauczuku. Zamiast klimatycznego, pochmurnego miasta Viktor widział przed sobą jedynie postapokaliptyczny świat w odcieniach brudnej szarości i niepokojącego granatu. Jak mógł nie zauważyć tego wcześniej? Czy naprawdę pogoda tak bardzo zmieniła się przez te ostatnie pięć minut? Architekt wyprostował się odrobinę, próbując szczelniej osłonić Yuuriego przed wiatrem. Równie dobrze za to nietypowe odczucie mogła być odpowiedzialna drastyczna zmiana nastroju z obietnicy randki na groźbę katastrofy, chociaż… Chociaż nie, to nie było już takie ważne. Najważniejsze było to, żeby Katsukim i Yu-topii nic nie zagrażało.

Kiedy tylko dwójka przygarbionych mężczyzn dotarła na miejsce i wkroczyła do środka szklarni, zrobiło się lepiej i gorzej jednocześnie. Co prawda było tutaj sucho i względnie bezpiecznie, ale nie oznaczało to wcale, że sprawy miały się tak zupełnie dobrze. Viktor uniósł głowę i od razu dostrzegł epicentrum problemów. Nie dziwił się, że cała rodzina zaangażowała się w sprawę.

Dość gruby, spróchniały konar został już szczęśliwie usunięty i teraz walał się tuż obok donic z hortensjami, ale w samym dachu dalej ziała paskudna dziura, pod którą na niskiej drabince stał tata Yuuriego. W tym samym czasie próbował on zarówno podtrzymywać kwadratowy kawał dykty, jak i operować ciężkim, tapicerskim zszywaczem, którym starał się przymocować łatę do drewnianego ożebrowania szklarni, jednak nie ulegało wątpliwości, że było to zadanie bardzo trudne, o ile nie niemożliwe do wykonania przez pojedynczą osobę. Wiatr świszczał przecież jak potępiony, deszcz falami wdzierał się przez wybitą szybę, a podmuchy gięły łodygami doniczkowych roślin, grożąc ich złamaniem w praktycznie każdej sekundzie. Drżące z powodu szalejącej wichury ściany dopełniały chaosu, jaki panował w szklarni.

— Otosan! — zawołał Yuuri, pospiesznie zamykając drzwi. — Mitsukemashita!

Czym prędzej podbiegł do ojca, by wręczyć mu kawał grubej folii, którą wcisnęła mu Mari. Pan Katsuki, ignorując podmuchy wiatru, które targały jego siwymi, przerzedzonymi przez lata włosami, pospiesznie opiął dyktę folią i kilkoma strzałami przymocował ją do łaty, zabezpieczając całość przed przemakaniem. Panel wyglądał dzięki temu znacznie solidniej, chociaż wciąż nie rozwiązywało to problemu doczepienia kwadratu do sufitu…

Wtedy Viktor bez słowa ściągnął z siebie ograniczający ruchy płaszcz, a potem jeszcze marynarkę, rzucił je w kąt na pusty, choć lekko zamoknięty stół i zdecydowanym krokiem ruszył na środek szklarni, zanim Yuuri zdążył wejść na choćby jeden szczebel i tak już mocno chybotliwej drabiny.

— Watashi. Tasukemasu — zaoferował Viktor, unosząc ręce nad swoją głowę. — Yuuri, ty zaopiekuj się połamanymi kwiatami.

Starszy Japończyk prawdopodobnie nie do końca pojął ten zwięzły, dziwnie zaakcentowany komunikat, ale gest architekta rozwiał wszelkie wątpliwości. Pan Katsuki pozwolił wysokiemu Rosjaninowi, aby ten złapał za dyktę i wcisnął ją mocniej między ożebrowanie, a sam ujął pewniej zszywacz i powoli, acz metodycznie zaczął mocować łatę do sufitu. Oczywiście wyćwiczony zmysł architekta podpowiadał Viktorowi, że o wiele lepiej byłoby zakleić dziurę od zewnątrz, ale znów zdrowy rozsądek szybko zepchnął te myśli na bok, tłumacząc, że ze względu na pogodę było to zwyczajnie niebezpieczne.

Yuuri w tym czasie zajął się przestawianiem roślin poza zasięg problematycznego fragmentu dachu, tak na wszelki wypadek, gdyby coś znowu poszło nie tak albo gdyby dykta jednak odpadła. Przy okazji na szybko oszacował, co należało przyciąć, co wymagało pilnego przesadzenia do nowych doniczek, a co wypadało spisać na zupełne straty. Na szczęście wyglądało na to, że do tej ostatniej kategorii zakwalifikowało się zaledwie kilka sztuk, choć strach było pomyśleć, co by się stało, gdyby wichura przyszła nocą, a nikt z rodziny o niczym by się nie dowiedział aż do samego rana…

W ciągu kilkunastu minut mężczyźni zdołali się jakoś uporać z najpoważniejszymi zniszczeniami, a kwiaty zabezpieczyć i przenieść w zaciszny kąt. Po zejściu z drabiny pan Katsuki uśmiechnął się ciepło do młodszych mężczyzn i zwolnił ich z dalszego pomagania, tłumacząc, że szkło oraz ziemię zamiecie sam, bo im więcej nóg pałętało się dookoła, tym było zwyczajnie trudniej. Gdy więc starszy Japończyk wyskoczył na chwilę ze szklarni, żeby przynieść z domu miotłę i szuflę, Viktor i Yuuri zostali sami, mogąc wreszcie odsapnąć po ciężkiej akcji ratunkowej.

— Czyli że jest już po wszystkim? — zagadnął Yuuri, przystając obok dumnie wyprostowanego Viktora, który kontemplował kunszt przybitej do sufitu dykty.

— Po wszystkim — przytaknął architekt. — Ale w życiu bym się nie spodziewał, że w Japonii czeka na mnie takie profesjonalne szkolenie.

— Szkolenie? — W głosie Yuuriego dało się słyszeć nutkę zaciekawienia.

— Ano. Wychodzi na to, że teraz jestem nie tylko architektem, ale i pełnoprawnym budowlańcem — zażartował, szczerząc się do kwiaciarza.

I dokładnie w tej samej chwili, w której Viktor spojrzał w bok i zobaczył, jak delikatnie uśmiechający się na ten dowcip Yuuri odgarnął mokrą grzywkę, pomyślał, że zakochał się w nim na nowo. Zaczesane do tyłu włosy odsłoniły bowiem ładne, lekko czerwone od zimna ucho, jasne, gładkie czoło oraz ciemne brwi. Och, i to jak piękne, ciemne brwi — z bliska wyglądały niczym kreski zaznaczone dwoma pociągnięciami węgla, ściągnięte, wyraźne, ale bardzo kształtne i podkreślające tę niejednoznaczną urodę Yuuriego, kiedy to wydawał się słodki i seksowny równocześnie. To, co znajdowało się niżej, było jednak jeszcze wspanialsze. Na czarnych rzęsach wciąż błyszczały drobiny wilgoci, lśniące niczym mikroskopijny brokat, a oczy przypominały ciemne kamienie szlachetne. Natomiast usta… Viktor przełknął ślinę, kiedy Yuuri przygryzł je nieznacznie z jednej strony, najwidoczniej zaniepokojony tym, jak sporo szkód narobił wiatr, a zarazem szczęśliwy, że najgorsze było już za nimi. Jednocześnie kwiaciarz zdawał się zupełnie nie pamiętać o samym sobie: że przesiąknięte deszczem ubrania lepiły się do ciała, że mankiety były zmięte i pobrudzone na przekór etykiecie, że górny guzik się odpiął, a zza koszuli, dokładnie z poziomu metra osiemdziesiąt, dało się zobaczyć kształtny obojczyk. A jednak ten chłopak naprawdę istniał. Istniał i chyba kompletnie nie wiedział, jakim cudem był.

Dlatego właśnie Viktor nie mógł się powstrzymać. Jego talia tak perfekcyjnie leżała pod wyciągniętą ręką. Jego ramię tak dobrze pasowało do mokrego boku. Jego śliczna skroń znajdowała się idealnie na wysokości ust…

— Vi-Viktor? — zająknął się Yuuri, kiedy poczuł, że mężczyzna niespodziewanie się do niego przytulił.

— Ech… Ale się zmęczyłem… — Rosjanin oparł się policzkiem o głowę Japończyka, wzdychając długo i cokolwiek głośno. No tak. Nawet nie zauważył, że Viktor delikatnie ucałował go w czoło, choć… może to i dobrze. Może tak było właśnie bezpieczniej. — Wybacz, Yuuri. Chyba z dzisiejszego spotkania nic już nie wyjdzie. Na film nie zdążymy, a co do restauracji… Mam jakieś dziwne przeczucie, że właściciele nie będą zbyt chętni na przyjęcie do lokalu takich dwóch wodników-szuwarków jak my — zaśmiał się.

— To ja powinienem przeprosić! — wyrwało się kwiaciarzowi, który czym prędzej wyswobodził się z lekkiego uścisku i uniósł głowę, by spojrzeć na Viktora. To było niebezpieczne, bardzo niebezpieczne. Oczy Yuuriego były przecież jak kadzie wypełnione gryczanym miodem: gęstym, ciemnym i absolutnie słodkim. — Oczywiście oddam ci za oba bilety, a jeśli chodzi o kolację, to…!

— Wiesz, Yuuri — przerwał cicho Viktor, patrząc wymownie na rozemocjonowanego mężczyznę. — To nie na kolacji ani na kinie zależało mi dziś najbardziej. Najważniejsze było to, że mogłem cię po prostu zobaczyć.

Viktor uniósł dłonie, ujął w nie twarz Yuuriego i ponownie, choć tym razem nieco bardziej jawnie, zetknął swoje czoło z czołem ukochanego. Trwał tak przez chwilę, w milczeniu, z przymkniętymi powiekami, jakby ładował w ten sposób jakieś duchowe baterie, aż w końcu otworzył oczy i uśmiechnął się do kwiaciarza, kończąc w myślach wyobrażony pocałunek.

— No nic. Co się odwlecze, to nie uciecze. Przecież jutro też jest dzień. Czy kiedy tam będziesz mieć wolne — powiedział raźno Viktor, prostując się i szukając wzrokiem zapodzianych ubrań. — Teraz lepiej wracaj do domu i przebierz się, żeby się nie zaziębić, inaczej będę miał straszne wyrzuty sumienia, że ci na to pozwoliłem…

Architekt odwrócił się plecami do kwiaciarza i podszedł do porzuconej na roboczym stole marynarki (do kompletu z jeszcze bardziej przeżutym przez pogodę płaszczem). Oczywiście była w tak samo opłakanym stanie jak znajdująca się na grzbiecie Rosjanina koszula, a jednak mężczyzna nie zawahał się, żeby zacząć wsuwać dłoń w rękaw. Lecz jeśli Viktor sądził, że zdoła jakoś wymknąć się ze szklarni i że nie da po sobie poznać, jak mimowolnie zrobiło mu się przykro z powodu takiego obrotu spraw, to nie docenił Yuuriego.

— Viktor. — Kwiaciarz złapał go za marynarkę i powstrzymał przed dalszym ubieraniem się. — Przecież ty też jesteś cały mokry. Właściwie to nawet bardziej ode mnie. Nie możesz tak iść.

— Oj tam, oj tam. Ze mną to co innego. Zimą zawsze chodzę bez czapki, a płaszcze uznaję tylko rozpięte — zbył go z lekkością. — Przecież się nie rozpuszczę, a za dwadzieścia minut będę u-

— Nie możesz — powtórzył Yuuri i nieco silniej naparł na Viktora, obracając go z powrotem w swoją stronę. — Nigdzie cię nie puszczę w taką pogodę, więc… więc chodź do nas. Na obiad. Teraz.

To proste zaproszenie było chyba najpiękniejszym komunikatem, jaki Viktor mógł usłyszeć. Oczywiście „kocham cię” nie byłoby wcale gorsze, ale zważywszy na dramatyczne warunki, to raczej nie miał na co narzekać. I nie, żeby w ogóle zamierzał.

— Na czas tajfunu musimy zamknąć kwiaciarnię, więc wszyscy będą w domu. Mama na pewno już coś szykuje — zachęcił Yuuri, ale zaraz nieco się zreflektował. — No chyba że nie lubisz takich rodzinnych spędów…

— Nie, nie, to żaden problem — zapewnił szybko Viktor i na wszelki wypadek dodał jeszcze: — Ale czy nie będziesz się przeze mnie czuć nieswojo? Byłby ze mnie dość mocno niezapowiedziany gość.

— Naprawdę. Jeśli przez cokolwiek miałbym czuć się źle, to tylko przez to, że pozwoliłbym ci iść w takim stanie. — Japończyk wyciągnął rękę i ostrożnie przeczesał popielatą grzywkę, oklapniętą niczym pióra na mokrym kurczęciu. — A gdybym chociaż w ten drobny sposób nie odwdzięczył się naszemu dwukrotnemu wybawicielowi, to Mari chyba zamknęłaby mnie na tydzień w chłodni, mówiąc, że skoro jestem takim zimnym draniem, to na pewno sobie poradzę.

Dobrze, że Yuuri rzucił ten ostatni żarcik, a do szklarni chwilę potem wrócił pan Katsuki, inaczej Viktor mógłby zrobić jakiś bardzo nieprzemyślany ruch i zamiast czoło, tym razem ucałowałby coś zupełnie innego. Co tam kina i restauracje. Co tam drogie garnitury i przewiązane wstążkami czekoladki (aczkolwiek dobrze, że akurat z nimi wszystko było najzupełniej w porządku). Możliwość poznania bliskich Yuuriego i spędzenia wspólnego czasu była rzeczą wspanialszą niż cokolwiek, co mógł sobie wyobrazić na ich pierwszą — i jakąkolwiek inną — randkę.

A wszędzie tam, gdzie był Yuuri, Viktor czuł się po prostu najlepiej…

11. Kwiaty we włosach potargał wiatr

***

…a przynajmniej tak sądził, że będzie czuł się najlepiej. Genialny pan Nikiforov nie uwzględnił jednak jednego, jedynego i całkiem zapomnianego przez niego czynnika — tej zwykłej, ludzkiej tremy.

Bo kiedy tylko Viktor przekroczył próg domu Yuuriego, nagle zalała go jakaś dziwna fala nabożnego szacunku. Stan ten raczej nie był wywołany możliwością zwiedzenia urządzonego w typowo japońskim stylu przedsionka czy odchodzącego z niego korytarza: zwykłego, prostego i wyłożonymi papierowymi panelami. Nie chodziło również o głęboki podziw do odmiennej kultury, bo Viktor zawsze był ciekawy i otwarty na inne zwyczaje, nawet takie, w których chodziło o zwykłe zdjęcie mokrych butów i pokazanie nie mniej przesiąkniętych wodą skarpetek. Wpływ obecności samego Yuuriego też można było zmarginalizować, przynajmniej tymczasowo i dopóki kwiaciarz nie zacząłby robić czegoś rozczulającego (a często robił). Nie, to nie o to chodziło. Lęk zmieszany z fascynacją był spowodowany czymś zupełnie, zupełnie innym.

Na przykład nadchodzącym spotkaniem z rodzicami wybranka.

Cóż, będąc tak zupełnie szczerym, to ten wybranek chyba jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę ze swej kluczowej roli w życiu architekta, jakkolwiek dla samego Viktora było bardziej niż oczywiste, że w przyszłości, tej bliższej lub jeszcze bliższej, oficjalnie poprosi Yuuriego o rękę. I może to właśnie to skojarzenie spowodowało, że Rosjanin poczuł się niczym na próbie generalnej przed oświadczynami. Nie, inaczej. Od tego spotkania mógł wręcz zależeć los ich kiełkującego związku. Bo jeśli wywrze na rodzicach złe wrażenie, jeśli popełni jakąś towarzyską gafę albo zakocha… znaczy, zachowa się niegodnie, może niczym Romeo dostać zakaz zbliżania się do swej Julii.

Viktor, który pozbył się już przemoczonych butów, lecz wciąż przekładał z ręki do ręki mokre okrycie, stanął niepewnie (on! niepewnie!) na skraju przejścia do dalszej części domostwa. Yuuri w tym czasie poprosił, żeby mężczyzna na chwilę tam zaczekał, a sam skoczył dwa pokoje dalej, by powiedzieć damskiej części rodziny, że szklarni już nic nie groziło i że będą mieć dodatkowego gościa na obiedzie… tak przypuszczał. Co prawda Rosjanin nic nie rozumiał z niewyraźnych, szybko wypowiadanych słów, ale z całą pewnością rozpoznał swoje imię, akcentowane z taką charakterystyczną, lekko nieśmiałą nutą.

To skołowało go jeszcze bardziej. Nie szkodzi, że dopiero co pomagał papie Katsukiemu w naprawianiu dachu. Nieważne, że ze dwa, a może nawet trzy razy machał mamie, gdy ta przemykała cichutko obok kanciapy, w której jedli lunch. Nie było istotne, że razem z Mari przystali na takie małe, milczące porozumienie, według którego Japonka przymykała oko na przedłużające się o dziesięć minut przerwy, a w zamian Rosjanin kręcił się dłużej po sklepie i robił za sztuczny (oraz bardzo skuteczny, jak mu pokazywała uniesionym kciukiem) tłum. To spotkanie miało zdecydowanie wyższą rangę. Było zwyczajnie oficjalne.

A niech to. Zupełnie się na to nie przygotował. I nawet jeśli wciąż miał w zapasie pudełko czekoladek, to na swoje nieszczęście zostało ono w zamkniętej na cztery spusty kwiaciarni. Oczywiście w pierwotnym zamyśle chciał je wręczyć Yuuriemu, tylko skoro randka nie wypaliła, a zamiast tego został zaproszony na rodzinny obiad, cała hierarchia podarków wywracała się do góry nogami i to pani Katsuki powinna zostać w pierwszej kolejności obdarowana przez przychodzącego z wizytą dżentelmena. Ale właśnie — dobrym, rosyjskim zwyczajem odwiedzający powinien przynieść coś, co nie podda w wątpliwość doskonałości domowej kuchni, tak jak czekoladki mogły się okazać obrazą dla deseru. O, więc gdyby mógł, wręczyłby raczej lampkę czerwonego wina, które pasowałoby jako uzupełnienie do posiłku, albo ewentualnie zdecydowałby się na jakiś okazały bukiet kwia…

Architekt skrzywił się i potrząsnął głową. Nie, nie, wariacie, mowy nie ma! Popełniłbyś tę samą gafę! Zostaw cesarzowi co cesarskie, a kwiaciarzom co pachnące!

— Viktor? Wszystko w porządku?

Ten moment Yuuri wybrał sobie, żeby wrócić do przedsionka, przystanąć o krok od Viktora i z uwagą przyjrzeć się towarzyszowi. Jego lśniące niczym bursztyny, pozbawione okularów oczy nie zmieniły się przez ten czas ani o jotę — dalej były tak samo piękne, tak samo głębokie i tak samo przewiercały duszę na wskroś, czyniąc ze spoglądającego w nie człowieka absolutnego niewolnika.

Wdech i wydech, panie Nikiforov. Wdech i wydech. Tylko nie przyj. Nie, żebyś mógł. Albo żeby ci to było potrzebne.

— Tak, tylko… — Viktor uśmiechnął się i delikatnie uniósł rękę, starając się nie strząsnąć z przewieszonego przez łokieć płaszcza zbyt dużo wody. — Trochę zimno się robi w tych mokrych ubraniach.

— O Boże, przecież powinieneś mówić tak od razu! — przejęty Yuuri rozejrzał się szybko dookoła, po czym chwycił Viktora za rękę i pociągnął go w głąb domostwa. — Chodź. Na parterze mamy łazienkę, możesz z niej skorzystać i wykąpać się w wannie albo pod prysznicem. Mokre ubrania połóż na pralce w kącie, a ja ci zaraz przyniosę jakieś suche rzeczy. Właściwie jaki nosisz…? A, nie, chwila. Twoja rozmarówka będzie zupełnie inna…

Towarzyska niepewność kwiaciarza została zastąpiona przez może odrobinę chaotyczną, ale uroczą stanowczość, dzięki której Viktor poczuł się trochę lepiej, pewniej, a przede wszystkim bezpieczniej. No właśnie, spokojnie. Rodzina Yuuriego to nie żadni krwiopijcy z korporacji, którym zależało tylko na czyichś wynikach, statystykach i słupkach. To przede wszystkim byli ludzie, którzy wychowali „jego złoto” na tak wspaniałego człowieka. Byli mili i kochani. Nie wymagali, nie oceniali, nie żądali. To nie była komisja, przed którą zamierzał wystąpić o dotację ani tym bardziej żadna spółka, o której partnerstwo się starał. Przecież już się znali, a nic tak nie poprawiało ludzkich relacji jak otwarte konto lojalnościowe z kredytem zaufania. Będzie dobrze. Na pewno.

Pozostawiony w łazience Viktor odetchnął nieco głębiej, ściągnął z siebie wszystko — oczywiście łącznie z bielizną — i zgodnie z poleceniem Yuuriego odłożył mokre części garnituru do ulokowanej na pralce miski, a płaszcz po wyżęciu zawiesił na znajdującym się na drzwiach wieszaku. Bez wizyty w pralni chemicznej i tak nie mogło się obyć, ale póki co należało się chociaż skupić na wysuszeniu rzeczy, żeby w ogóle mieć w czym wrócić do hotelu. Tylko że… Rosjanin spojrzał z uwagą na topiące się w misce ubrania. Tylko że skoro on tak przemókł, mając na sobie ledwie bawełnianą koszulę oraz materiałowe spodnie, to co dopiero mówić o Yuurim, który wciąż paradował w ciężkich dżinsach? A jeśli dobrze myślał, to…

Za drzwiami rozległo się delikatne, nienapraszające się pukanie.

— Viktor? Otworzysz na sekundę? — zagadnął Yuuri. O. O wilku mowa. — Nie jestem pewien, które ubrania będą na ciebie pasować, więc zostawiam ci ich trochę więcej, za to jeśli chodzi o ręcznik to ma-

— Mam tylko jeden warunek — wszedł mu w słowo Viktor i przysunął się do wejścia.

— Warunek? Jaki?

— Wchodzi wszystko, łącznie z przemoczonym dostawcą.

Cisza. Cisza. I jeszcze trochę ciszy. Rosjanin był przekonany, że na tę propozycję Japończyk się zaczerwienił (chociaż istniała jeszcze groźba, że mógł tak równocześnie i na amen zemdleć), a całkowicie się co do tego upewnił, gdy w końcu wraz ze słowami w głosie Yuuriego rozbrzmiała także niepewność:

— Viktor, nie wygłupiaj się…

Łazienkowe drzwi otworzyły się odrobinę, a Viktor wyjrzał przez szparę. No i oczywiście — Yuuri dalej stał w tych samych dżinsach i koszuli, ciągnąc za sobą strumyczek deszczówki jak gdyby był jakąś nimfą wodną. I wyjątkowo bardziej „wodną” niż samą „nimfą”. Każda prawdziwa nimfa mimo wszystko bardzo by się cieszyła, gdyby mogła się tak bezkarnie popluskać na deszczu, za to kwiaciarzowi z jego oklapniętymi włosami bliżej już było do rośliny, którą ktoś zbyt obficie podlał. I to jeszcze jak podlał! Aż się wylewało z podstawki… znaczy — ze skarpet.

A jednak mimo tak wyraźnego dyskomfortu Katsuki ani myślał wziąć na poważnie propozycję Nikiforova. Znaczyło to tylko jedno.

— Wstydzisz się czegoś? — odgadł Viktor.

— Tak jakby wszystkiego? — Yuuri zrobił bardzo, ale to bardzo niewyraźną minę, z całych sił starając się patrzeć na drzwi toalety zamiast na architekta, a wąski strumyczek powoli, acz nieubłaganie zaczynał przemieniać się w sadzawkę. Finalnie jednak Yuuri musiał dojść do jakiejś konkluzji, bo przemógł się i spojrzał Viktorowi prosto w oczy. — No dobrze, rozumiem. Publiczne łaźnie to dla mnie żadna nowość, naprawdę, od małego chodziłem tam z tatą, ale jeśli możesz… mógłbyś… po prostu miej na uwadze moją prywatność, dobrze?

— Słowo — zapewnił Viktor, przeczuwając, co dokładnie Yuuri mógł rozumieć przez tę prośbę, po czym otworzył szerzej drzwi, jednocześnie się za nimi chowając. — Zależy mi tylko na tym, żebyś się nie rozchorował.

Ostatecznie stało się więc tak, że Yuuri wszedł do środka, zamknął łazienkę i stanął plecami do Viktora, czekając do momentu, aż ten ukrył się w zamglonej kabinie prysznicowej. Kiedy szklane drzwi o siebie stuknęły, kwiaciarz westchnął i ruszył z miejsca. Drogą eliminacji zajął się przygotowywaniem kąpieli w wannie, a gdy tylko pozbył się ubrań, zaczął się wstępnie myć w małym, typowo japońskim kąciku, podobnym do tych, które Viktor widział w artykułach o onsenach.

…znaczy, tyle Viktor wywnioskował z tego, co słyszał. A że wolał nie słyszeć za dużo, bo już sama myśl o tym, że Yuuri znajdował się tuż obok, była sporą pokusą dla nieczystych rozważań, dlatego puścił wodę z prysznica i ustawił ją na zagłuszające co ciekawsze dźwięki optimum.

— Viktor! Już w porządku! — zawołał w końcu Yuuri. Gdy wymydlony, wypłukany i wygrzany architekt zakręcił wodę, dotarło do niego, że szum drugiego kranu również ucichł, a kwiaciarz najwyraźniej zdążył rozsiąść się w wannie. — Jak tylko będziesz chciał wyjść, to zamknę oczy i możesz śmiało się tu rozgościć.

Viktor postanowił zaryzykować zwiad i wychylił głowę spod prysznica. W istocie — Yuuri zanurzył się w gorącej, lekko mętnej, błękitnej wodzie. Twarz miał zwróconą w stronę kabiny (co wymuszało na nim położenie kranu z przeciwnej strony wanny), włosy odgarnął do tyłu i z błogością wymalowaną na ustach spoglądał przez niewielkie, ulokowane bliżej sufitu okno, za którym wicher targał gałęziami pobliskiego drzewa. Powiedzieć, że Yuuri cieszył się, że wreszcie zdjął niewygodne ubrania i zanurzył się w ciepłej wodzie to jak stwierdzić, że wyglądał dobrze. A to było więcej niż dobrze. Przypominał przeszczęśliwą, otoczoną tysiącem wodnych refleksów małą syrenkę.

— A czy to znaczy, że mogę do ciebie dołączyć? — Viktor nie mógł powstrzymać uśmiechu. Czy było to rozczulenie, czy może jakaś nieumiejętnie ukryta nadzieja, chyba sam do końca nie wiedział.

Yuuri zmarszczył na to brwi, zawahał się, a potem obejrzał się przez ramię, patrząc z przekąsem na Rosjanina.

— Nie aż tak śmiało…

— Tylko żartowałem — uspokoił szybko Viktor i wycofał się do wnętrza kabiny. — Poza tym zaraz przewiążę się ręcznikiem, więc nie musisz się już niczym kłopotać. No chyba że nie masz ochoty na oglądanie moich pleców, co?

— Nie, w porządku. Plecy są… okej.

Urocza odpowiedź przywołała na twarz Viktora szeroki uśmiech w kształcie serca. W takim tempie za jakieś pół godziny głowa definitywnie odpadnie mu od reszty ciała, bo rozciągnięte usta powinny zatrzymać się dopiero gdzieś z tyłu szyi. Tyle wygrać. Normalnie tyle wygrać.

Rosjanin w owiniętym wokół bioder ręczniku kąpielowym wyszedł spod prysznica, plaskając wilgotnymi stopami o chłodne płytki, i podszedł do pozostawionej przez Yuuriego kupki suchych ubrań. Kątem oka zarejestrował, że kwiaciarz rzucił mu ukradkowe spojrzenie, ale że chyba nie za bardzo wiedział, o czym można było pogadać w takich warunkach (polityka rzadko kiedy stanowiła dobry temat, pogoda, jak sami wiedzieli, zwyczajnie leżała i kwiczała, a ze sportu skojarzenia prowadziły jedynie do pływania oraz nurkowania wyczynowego), więc podtrzymywał milczenie. W sumie może to i lepiej. Na pogaduchy przyjdzie jeszcze czas podczas obiadu, a teraz trzeba było…

— Dziękuję — powiedział nieoczekiwanie Yuuri, a Viktor aż obejrzał się za siebie, nie będąc pewnym, czy ta łagodnie wyszeptana fraza faktycznie była skierowana do niego. Oczywiście nie dostrzegł nikogo innego na przestrzeni całej łazienki, ale za to zauważył, że kwiaciarz wyciągał dłonie nad powierzchnię wody i z pewną nieśmiałością zetknął je ze sobą palcami wskazującymi. — Zdaję sobie sprawę, że nie chciałeś na mnie wymusić niczego złego, tylko po prostu… no wiesz. To trochę kłopotliwe w naszej sytuacji.

Viktor „no wiedział”, a przynajmniej bardzo dużo podejrzewał. W tyle głowy wciąż pobrzmiewało bowiem jedno słowo. Cenne, słodkie, ogrzewające serce słowo. „Randka”. Architekt musiał chwilami studzić swój entuzjazm i przypominać sobie, że nie byli jeszcze parą, chociaż oczywiście oficjalna zgoda, żeby gdzieś wyjść, wiązała się z pewnymi nadziejami. Dużymi nadziejami. Właściwie bardzo konkretnymi nadziejami i to takimi, według których wraz z kluczowymi wyznaniami powinny nadejść również jakieś małe gesty, pocałunki, obietnice… A to znów znaczyło, że przebywanie nago w jednej łazience wyglądało jak, hmm, jak przeskoczenie ceremoniału wydarzeń o kilka ważniejszych podpunktów. Łagodnie ujmując. I wstydliwie przyznając.

— Czułem, że to nie będzie dla ciebie zbyt komfortowe rozwiązanie, ale jednocześnie nie mogłem cię zostawić w tej kałuży. Może nie do końca rozróżniam, które rośliny lubią ile wody, ale smutnych, przemoczonych kwiaciarzy rozpoznaję na kilometr — zapewnił Viktor, starając się żartem obłaskawić Yuuriego. — No a poza tym mimo wszystko nie jest ze mnie aż tak wielki bawidamek, na jakiego pewnie wyglądam. W życiu nie chciałbym cię wprawić w zakłopotanie.

Były to jednak słowa wypowiedziane w naprawdę kiepską godzinę, bo szukający bielizny Viktor właśnie wyciągnął spod sterty ubrań trzy pary bokserek, które prezentowały bardzo różne stadium rozciągnięcia. Przyglądał im się przez dłuższą chwilę, nie do końca wiedząc, jak powinien na to wszystko zareagować, aż wreszcie z braku pomysłów (tych dobrych i tych całkiem złych) postanowił poruszyć gnębiącą go kwestię.

— Yuuri? Czy powinienem pytać, czyje to…?

— Moje. Miewam… miewałem problemy z wagą. — Katsuki zanurzył się nieco mocniej, chcąc najwyraźniej ukryć zalewający lico rumieniec. — Przecież nie dałbym ci majtek mojego taty.

— W to akurat nie wątpiłem. Spodziewałem się raczej, że to może być jakaś pozostałość po-

— Dare ka soko ni imasu ka?

— Co? — Dokładnie tym samym momencie, w którym Yuuri wyciągnął rękę z wody i dość dramatycznie szepnął „Viktor, nie!”, architekt odruchowo odpowiedział na obce pytanie. Już drugi raz w ciągu zaledwie pół minuty Rosjanin musiał urwać wypowiedź w środku zdania, choć tym razem nie dość, że wtrącone zawołanie rozbrzmiało w innym języku, to jeszcze dochodziło z zupełnie innej strony. — Coś się stało?

Za drzwiami zapadła jednak głucha cisza, tym bardziej głucha, bo dopiero co dochodził stamtąd hałas. Teraz jednak nie było już słychać nawet przytłumionych kroków, które mogłyby świadczyć o tym, że ktoś ostrożnie wycofywał się w głąb domu. Nie, ten ktoś wciąż tam stał i najwyraźniej… nasłuchiwał.

— Mari! — jęknął Yuuri, który chyba domyślił się tego samego.

— Przecież ja nic nie mówię… — padło cicho.

I po angielsku.

— Mari, cokolwiek sobie wyobrażasz, to absolutnie nie jest tak, jak…!

— Yuuri, w gwoli ścisłości: mnie twoje życie prywatne kompletnie nie interesuje, a przynajmniej dopóty, dopóki nie ingeruje w żaden sposób w moją strefę komfortu. Więc tłumaczenia co robisz, z kim robisz i dlaczego robisz to akurat w naszej łazience zupełnie nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Po prostu przyszłam powiedzieć, że obiad będzie za dziesięć minut. — Wydawało się, że Mari przekazała już wszystko, co do przekazania miała, jednak po dwóch stuknięciach drewnianych klapków kobieta zatrzymała się i rzuciła jeszcze na odchodne: — A, a jakbyś potrzebował suszarki, Viktor, to jest w szafce pod umywalką.

— Dzięki — odpowiedział Rosjanin.

— Żaden problem. No, to ten… Miłego ogarniania się — życzyła z dziwną wesołością w głosie.

Kiedy Japonka już na dobre zniknęła sprzed łazienki, Viktor wreszcie odważył się spojrzeć na Yuuriego. Aj… Aż przykro było patrzeć — mężczyzna wyglądał na bardziej poturbowanego i przygnębionego niż po całej tej wichurze i akcji w szklarni razem wziętych, a gdyby nie to, że wanna nie była jakoś przesadnie głęboka, pewnie zanurzyłby się w niej całkowicie, pragnąc wieść o wiele mniej skomplikowany żywot małża. Skończyło się jednak na tym, że tylko ukrył pod wodą połowę twarzy, od brody po sam nos. Uroczo. I trochę samobójczo.

— Jesteś na mnie zły? — zapytał ostrożnie Viktor.

Yuuri przez dobrą chwilę walczył z samym sobą, ale ostatecznie zabulgotał pojednawczo i uniósł się odrobinę.

— Nie, nie jestem — westchnął i nieśmiało rzucił okiem na architekta. — Nie umiem.

Nie wiedzieć czemu Viktor zawstydził się na te słowa o wiele bardziej niż z powodu czegokolwiek, co wydarzyło się w ciągu ostatniej pół godziny. Bo to znaczyło… bo wyjaśniało… bo dało się z tego wywnioskować, że… że Yuuri miał do niego słabość. Uch, serio, to był już cios poniżej pasa. Kontra wyprowadzona bezpośrednio w jego piętę achillesową. Lewy sierpowy uderzający prosto w skołatane serce. I Viktor był bardziej niż pewien, że gdyby tylko łazienkowe lustro wisiało z innej strony, zobaczyłby w odbiciu parujący przez uszy mózg.

Tymczasem kwiaciarz wykorzystał moment nieuwagi architekta, aby wreszcie wyjść z kąpieli. Owinął się szczelnie długim ręcznikiem, podszedł do tego samego kąta, w którym stał Viktor, wyciągnął ze sterty ubrań koszulkę oraz spodnie, które wydawały się z tego wszystkiego najmniejsze, i odwrócony tyłem do Rosjanina zaczął się przebierać.

— Yuuri? — Viktor postanowił w końcu wziąć się w garść, a zaraz potem wziął (tyle że do ręki) nietypowy, mocno zielony, przypominający szlafrok strój. Już, już. Musiał jakoś ustabilizować ten dziwny nastrój. Może i Yuuri faktycznie nie był zły, ale do dobrego humoru też mu wiele brakowało. — A czy możesz mi jeszcze zdradzić, co to takiego i na co się to zakłada? — zapytał, unosząc zawiniątko.

Poprawiający koszulkę Yuuri spojrzał odruchowo na Viktora, a potem na jego ręce.

— To? A, to jinbei, taki jakby rodzaj codziennej yukaty. Wziąłem ją, bo pomyślałem, że będzie na ciebie pasować rozmiarem i… i chyba faktycznie jest w sam raz. — Kwiaciarz wyjął z dłoni architekta górną połowę ubrania i fachowo ją rozłożył. — W sumie gdybyś chciał, to mogę ci pomóc ją zawiązać…

Nie trzeba mu tego było dwa razy powtarzać. Viktor błyskawicznie przebrał się w bokserki oraz sięgające trzech czwartych spodnie i wyprostował się, przybierając pozę niczym rasowy model, z którego zamierzano zdjąć miarę na garnitur. Och, może niedługo na niego zasłuży, na ten jeden specjalny, taki jedyny na całe życie… Yuuri natomiast zamrugał niepewnie na widok zdyscyplinowanego architekta, ale po sekundzie wahania już bez większych oporów wsunął na ramiona mężczyzny górę yukaty. Zaraz potem kwiaciarz przeszedł do przodu, okrywając połami materiału klatkę piersiową, i zaczął zajmować się paskiem, tym gorliwiej, że mógł dzięki temu nie spoglądać bezpośrednio w oczy Viktora.

Rosjanin uśmiechnął się, znów mogąc podziwiać śliczne czoło znajdujące się idealnie na linii jego ust. Nadal kusiło. I to piekielnie. Ale chyba najbardziej z tego wszystkiego pragnął go po prostu przytulić, pogłaskać po plecach, wycałować czubek ciemnej głowy i powiedzieć „wyjaśnię to Mari”, gdyby tylko mogło mu to pomóc. Raczej nie mogło. A Mari i tak wiedziałaby swoje.

— Gotowe — uznał wreszcie Yuuri i odsunął się od architekta, żeby ten mógł przejść kilka metrów w bok i przejrzeć się w lustrze.

— Spasiba, zolotsye — wyznał śpiewnie Viktor. I w sumie całkiem dobrze, że tak zrobił, bo na to obce podziękowanie na twarzy Yuuriego znów zagościł nieśmiały, niedający się okiełznać uśmiech. — To co? Idziemy? Czy może wolisz jeszcze dosuszyć włosy?

— Nie, w porządku. Mama i tak pewnie czeka już na nas z obiadem. — Kwiaciarz sprawnie otworzył drzwi i nawet zdążył wyjść z łazienki, kiedy zatrzymał się, wycofał o krok i spojrzał zza framugi na podążającego za nim mężczyznę. — I wiesz, Viktor… Do twarzy ci w tej yukacie.

W ustach Yuuriego te kilka słów zabrzmiało jak stwierdzenie „jesteś najprzystojniejszym człowiekiem, jaki kiedykolwiek stąpał po Ziemi”. No niesprawiedliwe, no. Przecież to Japończyk zasługiwał na pieśni pochwalne za to, jak cudownie i domowo prezentował się w czarnej koszulce oraz szarych dresach. Viktor dałby wiele, żeby to była jego koszulka i jego dresy w jego mieszkaniu. I żeby Yuuri też był — tak troszkę, troszeczkę chociaż — jego.

Ale że jedyne, co Viktor mógł mu na ten moment oddać, to całego siebie, zakochany mężczyzna poszedł za kwiaciarzem przez korytarz, ciesząc się tym, co już miał.

I życzył, żeby wszystkie pierwsze randki świata wyglądały równie wspaniale jak ta.

12. Apetyt rośnie w miarę kwitnienia

***

Chociaż wszystkie zegary w tej części Japonii wskazywały zaledwie kilka minut po dwunastej, to zrobiło się już tak ciemno, że w korytarzu trzeba było zapalić światło, a gdyby ktoś dopiero co się obudził, mógłby spokojnie uznać, że zbliżał się wieczór. Wszystko przez to, że gęste, ciężkie chmury całkowicie zasnuły niebo, razem z deszczem zmieniając Hasetsu w plan zdjęciowy jakiegoś postapokaliptycznego filmu. Gdzieś w oddali szumiały młode liście uginających się drzew, a o dach niczym o fortepian uderzały podmuchy porywistego wiatru. Trzeba jednak było spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że kiepski był z niego grajek, bo niczym jazzman po ciężkim dniu walił na oślep w dachówki oraz ściany, nie przejmując się ani taktem, ani tym bardziej samopoczuciem słuchających tego koncertu ludzi.

Mimo to na zapleczu kwiaciarni życie toczyło się swoim znacznie weselszym rytmem: naczynia raźno postukiwały przy nakładaniu obiadowych porcji, przywitany w wejściu tata Katsuki ze stoicką miną oraz uroczo żółtym płaszczem przeciwdeszczowym na ramionach właśnie zzuwał popiskujące przy każdym kroku kalosze, a Yuuri westchnął i uśmiechnął się do Viktora, gdy architekt przepuścił go w drzwiach, chyba ostatecznie wybaczając mu to, co stało się w łazience.

Przebrani mężczyźni weszli do jadalni, gdzie w najlepsze urzędowała już Mari. Młoda Japonka obrzuciła ich tylko przelotnym spojrzeniem i sapnęła kpiąco pod nosem, ale ostatecznie nic nie powiedziała, tym bardziej że była zajęta układaniem na niskim stole talerzy, półmisków oraz salaterek z różnego rodzaju dodatkami: sosem, kiełkami, grzybkami, śliwkami, plasterkami ogórka i jeszcze paroma innymi rzeczami, których przeznaczenia ni pochodzenia Viktor nie rozumiał. Ilość tutejszego jedzenia mogłaby wprawić w zakłopotanie nawet najbardziej gorliwe, petersburskie gosposie, które hołdowały zasadzie „zastaw się a postaw się”, choć jednocześnie japońska kuchnia potrafiła czynić prawdziwe cuda za minimum kalorii, więc to oczywiste, że w tym przypadku można było sobie pozwolić na znacznie większą dowolność.

— Dozo, dozo! — rozbrzmiał nagle inny, damski, pełen radości głos, a już po chwili do pokoju weszła pani Katsuki, powoli niosąc na tacy pięć przykrytych talerzykami misek. — Oshokuji o tanoshin de!

Pozbawiony garnituru oraz powitalnego prezentu Viktor zawahał się. Niespecjalnie wiedział, co powinien w takiej sytuacji zrobić i czy nie był to odpowiedni moment, aby klęknąć i pokłonić się w ramach przeprosin, jak to niegdyś czynili samurajowie, ale z delikatnego pociągnięcia za rękaw yukaty wywnioskował, że mógł zwyczajnie usiąść. Przykładem Yuuriego kucnął więc przy szerszej krawędzi mebla, zajmując miejsce przy prawym boku kwiaciarza, i zaczął dyskretnie podziwiać suto zastawiony stół. Wszystko wyglądało absolutnie wspaniale, a mimo tych drobnych trudności w porozumiewaniu się Viktor wydawał się o wiele mniej stremowany niż na samym początku. Miękka yukata, wspierająca obecność Yuuriego oraz cała atmosfera tego miejsca sprawiły, że czuł się bardziej jak domownik niż jak ktoś, kto jeszcze dwa tygodnie temu był kompletnie obcy. Coś podobnego… Yu-topia z pewnością była jakimś niesamowicie magicznym miejscem, jak Kraina Czarów albo inna Narnia, skoro tak na niego działała…

Tymczasem do stołu podeszła mama Yuuriego, przynosząc tajemnicze danie główne dzisiejszego obiadu. Viktor zdał sobie wówczas sprawę, że nie przywitał się jeszcze jak należy, przez co w ciągu ułamka sekundy zaatakowało go dość mało znane, ale wciąż wyraźne ukłucie wstydu.

— Konnichiwa, Katsuki-san. — Mężczyzna postanowił szybko naprawić swój błąd i skłonił się przed kucającą tuż obok niego Hiroko. — Sumimasen i… hm… domo arigato za wszystko.

Kobieta uśmiechnęła się ciepło na tę łamaną japońszczyzno-angielszczyznę, odstawiła jedzenie na stół, a potem wyciągnęła rękę i ujęła w nią prawą dłoń prostującego się architekta.

— Dzień do-bny, Vicchan — odpowiedziała, potrząsając ręką w geście przywitania, po czym przechyliła głowę na jeden bok, a potem na drugi, z uwagą przypatrując się obcokrajowcowi. — Ii ne. Yoku niatteru yo — stwierdziła łagodnie.

Już kolejny tego dnia wielki ciężar spadł Viktorowi z serca. Nie tylko zdołał wyłapać poznany dzięki Yuuko zwrot „pasuje ci”, co z pewnością odnosiło się do yukaty, ale na dodatek mama Yuuriego pokusiła się o angielskie przywitanie, żeby zrobiło mu się milej. I udało się. Och, bardzo się udało. Właściwie to nić porozumienia, jaka wytworzyła się między Viktorem a Hiroko, już w tym jednym momencie mogłaby śmiało konkurować swoją grubością z jutowym sznurkiem, którym Yuuri obwiązywał ślubne bukiety z gipsówki.

Rosjanin liczył w duchu, że to porównanie wcale nie było przypadkowe.

A jeszcze przyjemniej Viktorowi zrobiło się wtedy, gdy po wymienieniu się grzecznościami i odejściu Hiroko Yuuri uniósł przykrywające półmiski talerzyki, odsłaniając ich aromatyczną zawartość. Głębszy zapach smażeniny połączony ze słodkawą, bogatą wonią sosu sojowego niemal natychmiast uniósł się nad stołem. Żołądek Viktora, który już całkiem długo przytulał się do kręgosłupa, jakby był jakimś greenpeacowcem obejmującym zagrożoną wycinką sekwoję, po odkryciu zawartości półmisków praktycznie zaczął się po nim wspinać, byleby tylko szybciej dotrzeć do jedzenia. I całe szczęście, że stół miał już mocno ograniczoną przepustowość, dlatego po wciśnięciu ostatniego talerzyka z czymś, co wyglądało jak wyjątkowo żółte masło (ale z pewnością nim nie było), wszyscy zasiedli do posiłku. Po pochyleniu głów i wypowiedzeniu cichego „itadakimasu” rodzina Katsukich wraz z ich gościem zajęła się pałaszowaniem ogromu przygotowanych smakowitości.

— A czy zdradzisz mi jeszcze, co to jest? — Viktor wziął pałeczki i rozdzielił je, nie przestając przypatrywać się solidnej porcji mięsa ułożonej na kopce ryżu. Najbardziej zaskakujące z tego wszystkiego było to, jak dużo składników rozpoznawał. Jajko, groszek, cebulka…

— To katsudon. Taka potrawka wieprzowa — wyjaśnił w skrócie Yuuri, na co Viktor poczuł pewną dziwną nostalgię za czymś bardzo miłym i chyba nie do końca uchwytnym. — Kotlet, sos sojowy, dodatki i ryż.

— I radzę wcinać, póki gorące. Wtedy jest najlepsze — zdradziła wracająca z kuchni Mari, stawiając przed tatą zapomnianą szklankę z piwem.

Viktor posłusznie ujął więc w pałeczki kawałek kotleta skropionego sosem (bardzo sprytna myśl, aby od razu pokroić mięso w paski) i na próbę odgryzł jakąś połowę.

— Mmm…! Przecież… to jest… vkusno! — Viktor ledwie przełknął pierwszy kęs, a już nie mógł się powstrzymać, żeby nie zacząć wsuwać do ust kolejnych kawałków parującego dania. Mięso na poduszce z półściętego jajka praktycznie samo rozpadało się w ustach, a słodycz sosu zmieszanego z lekko skarmelizowaną cebulką tylko pogłębiła wrażenie delikatności wieprzowiny. A ten słonawy ryż! Niesamowite! — No po prostu niebo w gębie! Yuuri, musisz koniecznie pochwalić mamę i powiedzieć jej, że cudownie gotuje. A zresztą… Suki! Daisuki! — powiedział głośniej.

Yuuri uśmiechnął się wdzięcznie, słysząc te może proste, ale niezwykle emocjonalne słowa pochwały, i sam ujął w dłonie półmisek z katsudonem.

— Cieszę się, że ci smakuje — wyznał, ostrożnie nabierając nieco ryżu. — To moje ulubione danie.

— Ha! Tak bardzo ulubione, że w dzieciństwie ciężko go było od niego oderwać. — Swoje trzy jeny niespodziewanie dorzuciła Mari i mrugnęła porozumiewawczo do Viktora. — To właśnie wtedy nabrał ciałka i zrobiła się z niego tak bardzo pocieszna kluska, że wyglądał jak mochi z doklejonym uśmiechem.

— Naprawdę? — zdziwił się Rosjanin, to spoglądając na jedno, to na drugie z rodzeństwa. — A macie może jakieś zdjęcia?

— Nie, nie ma. Absolutnie nie ma. Nigdzie. To było dawno i nieprawda — zaprzeczył szybko Yuuri, wbijając wzrok w pałaszowany katsudon.

— No taaak, faktycznie, zgubiły się… — przytaknęła pojednawczo Mari, ale zaraz potem pokazała Viktorowi pod stołem trzy palce. „Trzy albumy” zdawała się mówić jej mina.

— W sumie to ja też wyglądałem w dzieciństwie trochę inaczej niż teraz — zdradził dla równowagi Viktor, żeby Yuuri nie uznał, że był tu jedynym obgadywanym. — Tak się jakoś złożyło, że aż do studiów nosiłem długie włosy.

— Ty? Długie? — Kwiaciarz zapomniał na chwilę o zawstydzeniu i spojrzał ze zdumieniem na architekta, za to obrócona do nich bokiem Mari najwyraźniej zaczęła po cichu streszczać rodzicom przebieg dotychczasowej rozmowy.

— Ano jakoś tak dotąd. — Viktor wskazał dłonią na swoją pierś, zawahał się, a potem przesunął rękę jeszcze z pięć centymetrów niżej. — No, może dotąd. Byłem w stanie związać je w taki koński ogon, że mogłem wymachiwać nim jak śmigłem. W szkole nazywano mnie przez to Nikikopterem, a w najbardziej skrajnych przypadkach nawet brano za dziewczynę.

— Tylko nie gadaj, że byłeś hipisem — zaśmiała się Mari, przerywając wywód dla rodziców. — I nie żeby coś, ale normalnie bez problemu widzę cię w dzwonach, kolorowej koszuli i z gitarą w rękach, tak o, na luzaku, bujającego się przy ognisku. I co? Ciągnie wilka do lasu, prawda? Przestałeś być dzieckiem kwiatów, ale za to przerzuciłeś się na kwiaciarnie?

— Wczoraj freestyle, dziś freelancer? — odpowiedział żartem na żart Viktor. — Nie, to nie do końca tak, no a grać umiem tylko na skrzypcach. Po prostu tak mi jakoś pasowało. Nie zastanawiałem się, że to może nie być do końca dobrze odbierane w środowisku, dopóki tak z pięć lat temu… ta, to było gdzieś około pierwszych poważniejszych zleceń… nie dostałem porady, że krótsze włosy trochę lepiej komponują się z garniturem. Więc je ściąłem. Przy okazji udało mi się to połączyć z wielkim wejściem na rynek pracy i o, oto jestem. Ostrzyżony, ale zadowolony. I włosy już nie wpadają mi do talerza — zakończył z uśmiechem, wciągając kęs ryżu zmieszanego z jajkiem.

— W sumie gdybyś miał jakieś zdjęcia z wtedy, to… — zaczął nieśmiało Yuuri, ale gdy dostrzegł ciekawskie spojrzenia rzucane mu zarówno od strony siostry, jak i architekta, w mig się zaczerwienił. — No co? Przecież Viktor we wszystkim wygląda dobrze, więc to jasne, że w długich włosach też mu było do twarzy! Moje zdjęcia z podstawówki są przy tym totalnie nijakie!

— Nie nijakie, tylko można się przez nie cukrzycy nabawić. A w ogóle to jesteś koszmarnie nieobiektywny, więc nie jęcz mi tu nad uchem i ciamkaj chyżo tego kotleta, bo ci go zwinę. Już prawie kończę jeść swojego — przestrzegła go Mari. Zaraz potem westchnęło ciężko, po czym zwróciła się do Viktora i dodała nieco ciszej: — Ale że miałeś dłuższe włosy niż ja kiedykolwiek…

Rosjanin zaśmiał się pod nosem i również zajął się swoim katsudonem, może w obawie przed groźbą Mari, a może dlatego, że rodzeństwo chwilowo skupiło się na odpowiadaniu na pytania rodziców. Viktor jadł więc i przysłuchiwał się japońskim rozmówkom, obiecując sobie w duchu, że niebawem zapisze się na jakiś porządny — ale przyspieszony — kurs języka. Skoro i tak siedział w Japonii, to mógł przy okazji popracować nad usprawiedliwieniem, że przez cały ten czas ciężko szlifował nowe umiejętności, aby firmie żyło się lepiej, a nowe rynki zbytu same się przed nimi otwierały. W końcu nikt nie musiałby wiedzieć, że powodem tego lingwistycznego zapału była tak naprawdę chęć porozumienia się z uroczo uśmiechającą się mamą i pogodnie żartującym papą Katsukim, a że przede wszystkim mógłby sprawić przyjemność samemu Yuuriemu… no to tylko pogratulować zaradności.

Obiad przebiegał w naprawdę miłej, ciepłej atmosferze. Pałeczki raźno stukały o systematycznie opróżnianie półmiski, a sos sojowy lał się szerokim strumieniem, jakby to było co najmniej wyborne wino pochodzące z arystokratycznych winnic, a nie zwykły dressing. W międzyczasie walkę o dominację nad szczególnie popularnymi wśród biesiadników kiełkami wygrała Mari, zjadając ich aż jedną trzecią, natomiast Hiroko przez dłuższą chwilę pojedynkowała się z Viktorem o to, kto komu bardziej chciał odstąpić ostatniego grzybka shiitake. Ostatecznie pulę zgarnął niczego nieświadomy Toshiya, a Yuuri, który przypatrywał się temu z lekkim skonsternowaniem, westchnął tylko, wstał i przyniósł z kuchni dokładkę, za co dostał pochwały w aż czterech narzeczach (w tym trzech od samego Viktora).

Nad katsudonem rozpływał się za to w dobrych dziesięciu. Pytanie tylko, skąd znał pozostałe siedem…

Po posiłku podano zieloną herbatę i ciasto z truskawkami, specjalnie dla tych, którzy zdołali uruchomić zapasowy żołądek przeznaczony wyłącznie na słodycze. Wtedy też rozpoczęła się właściwa część towarzyskich pogaduszek, które przyjęły formę specyficznego wywiadu — najpierw rodzice o coś pytali, potem Yuuri lub Mari to tłumaczyli, Viktor odpowiadał, konwertowano to na japoński i tak całość zamykała się w językowym cyklu.

— Vikutoru wa kenchikkadesu ka? — zagadnęła pani Hiroko. — Ii ne. Anata ga soshoku ni tsuite hanasu koto ga dekiru dareka o mitsuketa no wa yoi kotodesu.

— Okasan… Sore wa mattaku machigatte imasu… — uspokajał znów Yuuri, jednocześnie posyłając Viktorowi przepraszające spojrzenie.

— Hahahaha… Wakatta, wakatta. Hazukashii koto wa nani mo arimasen — wtrącił się pan Toshiya, na co Rosjanin mógł tylko przenieść wzrok na kolejną osobę i przyjaźnie się uśmiechnąć, wyłapując może co piąte słowo, a rozumiejąc co dziesiąte. Co dziesiąte z tych „co pięciu”, oczywiście. I najczęściej chodziło wtedy o imię. — Vikutoru wa doko ni sunde imasu ka?

Yuuri skrzywił się, jakby nie był pewien, czy powinien rozmawiać o podobnych rzeczach, ale ostatecznie rodzice nie pozostawili mu wyboru. Delikatnie nachylił się więc ku Viktorowi i powiedział nieco ciszej, nie chcąc wywierać na nim presji:

— Tata jest ciekawy, gdzie mieszkasz. — Nacisk położony na słowo „tata” oznaczał chyba, że on sam nie miał z tym pytaniem absolutnie nic wspólnego… no chyba że tak naprawdę wstydził się, że to nie on był tym, który pierwszy zapytał? — Ale jakby co to nie musisz podawać dokładnego adresu. Wystarczy okolica lub jakiś pobliski sklep.

— W sumie to to jest bardzo dobre pytanie. — Viktor uśmiechnął się ciepło do Yuuriego, a potem spojrzał na pozostałych, tak jakby chciał podtrzymać z nimi bezpośredni kontakt mimo niezbędnego udziału tłumacza. — Póki co zajmuję pokój w hotelu nieopodal tego zamku na wzgórzu, ale właśnie miałem zacząć się rozglądać za jakimś konkretnym mieszkaniem do wynajęcia. Praktycznie od zaraz i najlepiej z możliwością trzymania zwierzaków.

Yuuri zamyślił się na dłuższą chwilę, ale w końcu przetłumaczył wypowiedź rodzicom. Pani Katsuki praktycznie od razu klasnęła na to w dłonie i odpowiedziała coś szybką, melodyjną japońszczyzną. Mąż nobliwie jej przytaknął.

— Mama mówi, że Minako-sensei… znaczy, jej przyjaciółka ma akurat coś w rodzaju kawalerki na zbyciu i że… — Yuuri o coś dopytał, a mama od razu wyjaśniła. — …i że to nad barem, który prowadzi. Taki segment w domu, do samodzielnego zamieszkania oraz z oddzielnym wejściem. Jeśli by ci to odpowiadało, oczywiście.

Czy mu „odpowiadało”? Viktor odniósł wrażenie, że cała ta heca z przekładaniem randki była tylko przykrywką, aby Los go tu zaprosił, poczęstował przepysznym katsudonem, a na koniec zaoferował wikt i opierunek u dobrych znajomych Yuuriego. Żadne restauracje nie mogły się równać z takim rozrzutem usług. A żadne kina nie miały podobnej jakości obrazu ani przybliżenia prosto na bursztynowe oczęta.

— Czy to daleko? — upewnił się tak dla porządku.

— Nie, na szczęście dom jest bardzo blisko, praktycznie dwie przecznice… — Yuuri zaczął żywo tłumaczyć i nagle złapał się na tym, jak chętnie na to wszystko zareagował. — ...stąd.

— W takim razie byłoby cudownie. — Viktor również się rozpromienił. Czy to możliwe, że na zewnątrz szalał jakiś tajfun? Wykluczone. Cały świat powinien przecież jaśnieć od nadmiaru słońca i kwitnących kwiatów. — O ile ci to nie przeszkadza.

— Nie, nie przeszkadza… — wyznał cicho kwiaciarz i obrócił się w stronę rodziców, żeby przekazać im odpowiedź architekta. Jednocześnie ukradkiem wyciągnął lewą rękę i zanim Viktor się obejrzał, Yuuri ostrożnie pogłaskał palcem wskazującym jego dłoń. — I ten… Dzięki temu mógłbyś częściej wpadać do nas na obiady — dodał szeptem po angielsku.

Viktor poczuł wielką chmarę motylków (chociaż może to były jakieś osy? pszczoły? rój zmutowanych muszek-owocówek?) rozpościerających swe małe skrzydełka po praktycznie całym żołądku. Już miał nawet spytać Yuuriego czy to możliwe, że to był jakiś tajemniczy objaw spożycia katsudonu, ale ostatecznie nie powiedział nic, tylko wyciągnął dłoń i ujął w nią dłoń kwiaciarza. Jego kwiaciarza. Jego najwspanialszego złota.

Wizja pozostawienia serca nie tylko w Hasetsu, ale w samej Yu-topii, zaczęła być coraz bardziej realna.

13. Róża w szklance wody

***

Kapryśna pogoda potrząsnęła chyba wszystkim tym, czym potrząsnąć w ogóle mogła i wraz z początkiem nowego tygodnia do Hasetsu w pełni swej chwały wróciła właściwa, słoneczna wiosna. Zroszona deszczem zieleń wydawała się teraz jeszcze bardziej żywa i bujna niż przed wichurą, a kwiaciarnia na nowo rozkwitła i to w znaczeniu prawie że dosłownym — nad okienną wystawą znów pojawił się granatowy daszek, a tuż pod markizą skrył się piętrowy stelaż z kwiatami. Kolorowa, nęcąca zapachami lawendy i lilii fasada Yu-topii zdawała się mówić do przechodniów „Spójrzcie! Jest tu tyle wspaniałości, że aż nie mieścimy się w środku! Musicie to sprawdzić!”, a kogo raz skusił aromat flory, ten niczym gryzoń schwytany przez flet bajkowego szczurołapa zaglądał do wnętrza i nie wychodził stamtąd bez co najmniej symbolicznej wiązanki tulipanów.

No chyba że akurat była promocja na orchidee, bo wtedy to już klops.

— Wiesz, Yuuri… W sumie to muszę ci o czymś powiedzieć — zaczął Viktor, machając na pożegnanie drobnej szatynce, trzymającej pod pachami dwa storczyki, fioletowy oraz żółty. A chociaż uprzejmy uśmiech praktycznie nie schodził mu z twarzy, Nikiforov sprawiał wrażenie dziwnie przygaszonego, co znów zaniepokoiło Katsukiego, wykorzystującego przystojnego architekta do ustawiania kwiatów na wysokich stelażach. — Strasznie zależało mi na tym, żeby jak najszybciej zrehabilitować się za naszą nie do końca zorganizowaną randkę…

„...ale tak naprawdę nie jestem już nią zainteresowany” podpowiedział ten cichy, irytujący głosik w głowie kwiaciarza, zanim mężczyzna zdążył się choćby speszyć na przypomnienie słowa „randka”. Rodzinny obiad oraz następujące po nim pogaduchy upłynęły w tak przyjemnej atmosferze, że Yuuri zupełnie zapomniał, że coś w ogóle im nie wyszło. Bo wszystko wyszło, prawda?

Prawda…?

— ...ale przez tę przeprowadzkę chyba nie będę w stanie tego zrobić wcześniej niż w przyszłym tygodniu — dokończył przepraszająco Rosjanin, a Yuuri poczuł się tak, jakby cała paleta ogrodniczej ziemi nagle spadła mu z serca. Zresztą, co tam paleta. Cały wózek widłowy. Dostawczak. Wypełniony po dach kontener. — Muszę uregulować parę spraw, urządzić lokum, sprowadzić kilka, hm, rzeczy… Wygląda na to, że moje wolne popołudnia na jakiś czas trafią na listę bytów zagrożonych wyginięciem.

— Jeśli w jakikolwiek sposób cię to pocieszy, to myślę, że nie będą w tym osamotnione. — Yuuri zdobył się na niewielki uśmiech, podając Viktorowi purpurową frezję, po czym wskazał długopisem na odpowiednią półkę i odhaczył roślinę na rozpisce. — Najbliższe kilka dni też będziemy mieć kompletnie zawalone. Jutro Takeshi przychodzi pomóc nam wstawić tę brakującą szybę w szklarni, w czwartek jedziemy do Fukuoki po zamówione doniczki, a poza tym sezon jest już w pełni i zaraz będziemy przygotowywać stoisko… na…

Yuuri stopniowo mówił coraz ciszej, aż wreszcie zawiesił głos i zawahał się. Chyba doszło do niego, do czego to wszystko prowadziło. Więcej pracy oznaczało mniej czasu wolnego, a mniej czasu wolnego oznaczało mniej okazji do rozmów. Mniej szans, żeby usiąść w kanciapie i zjeść wspólne bento. Mniej mini-wykładów na temat pielęgnacji roślin i mniej prezentacji zdjęć drobiazgów, które miały zostać wykorzystane w nowych aranżacjach mieszkań. Mniej rzucania sobie porozumiewawczych mrugnięć. Mniej srebrzystej grzywki, która aż sama prosiła się o przeczesanie palcami. Mniej ust ułożonych w znajomy kształt serca. I w ogóle mniej Viktora.

— Ale spokojnie, na drugie śniadania i tak zamierzam wpadać. Szczególnie że teraz będę miał jeszcze bliżej do Yu-topii — zapewnił ze śmiechem Rosjanin, zupełnie jakby czytał Japończykowi w myślach. A jeśli nie w nich, to przynajmniej z jego lekko zawiedzionej miny. — Przecież kwadrans przerwy jeszcze nikomu nie zaszkodził.

— Mówisz kwadrans, a w rzeczywistości pewnie nie dam rady cię stąd wygonić — zwrócił uwagę Yuuri, w ramach odwetu podając Viktorowi kolejny doniczkowy kwiatek.

Architekt nie miał więc wyboru jak tylko przyjąć bladoróżową azalię, ale zaraz uśmiechnął się niewinnie, ni to do niej, ni to do niego.

— Co ja poradzę, że jestem taki bezsilny wobec uroku… — Viktor uniósł rozłożystą roślinę do twarzy i ukrył się tak, że widać już było tylko jego błękitne niczym niezapominajki oczy. — ...moich kwiatuszków?

— W takim razie mógłbyś się u nas zatrudnić dorywczo — zaproponowała wychodząca z zaplecza Mari.

Niewiele brakowało, a Yuuri z rozpędu przekreśliłby długopisem pół sprawdzanej listy, choć nie zdołał się uchronić przed tym, że na wspomniane słowa momentalnie się zaczerwienił… i to chyba bardziej niż na jakąkolwiek z dotychczasowych uwag Viktora. Nie chodziło nawet o to, że siostra słyszała ich rozmowę — choć wciąż był to dość mocno niefortunny zwrot akcji i w skali zażenowania z pewnością plasował się w pierwszej dziesiątce sytuacji, których wolałby uniknąć — ale przede wszystkim Katsuki czuł się niepewnie z powodu tego, co zaledwie chwilę później podsunęła mu wyobraźnia. A podsunęła największe bezeceństwo, na jakie mógł sobie pozwolić mózg dwudziestotrzyletniego, certyfikowanego, chronicznie nieśmiałego introwertyka: obraz Viktora w ich firmowym stroju. Mężczyzna w głowie Yuuriego był ubrany w proste, gładkie dżinsy oraz czarną koszulkę polo, a do tego nosił ciemnoniebieski fartuch sięgający gdzieś do kolan. Jasnoszare włosy opadały na jedno oko jak misterna, lekko wypłowiała firanka, za to drugie błyszczało niczym kamień szlachetny, oprawiony w srebro rzęs. Na dodatek nieistniejący Viktor trzymał w dłoniach rozłożysty pęk bladofioletowych róż i uśmiechał się do rozmówcy — czyli w domyśle do Yuuriego — pragnąc wsunąć mu w dłonie własnoręcznie przygotowany-

— Yuuri? — Marzenia i rzeczywistość nagle nałożyły się na siebie, a Katsuki zupełnie nie zarejestrował momentu, kiedy nachylający się nad nim Viktor-kwiaciarz stał się Viktorem-architektem, który dotknął jego przedramienia i delikatnie nim potrząsnął. — Ej, ziemia do Yuu… a nie, zaraz, w tym kontekście to brzmi jak jakiś słaby żart. Chociaż może kwiaciarze naprawdę umieją rozmawiać z ziemią, co? Moce natury, czakra i te sprawy?

— Nie no, bez przesady. Gdybym zaczął urządzać sobie pogawędki z workiem torfu, to by była schizofrenia, a nie żaden Harry Potter. — Yuuri zamrugał, chociaż jednocześnie nie mógł oderwać wzroku od twarzy uśmiechającego się na ten przytyk Viktora. — Przepraszam. Po prostu trochę się zamyśliłem.

Ech, gdyby jego ‘Lilac Fairy’ mogły mieć taki odcień jak te oczy…

— To co? Nie przebranżowiłbyś się? Właściwie siedzisz tutaj tak często, że niektóre staruszki co i rusz wypytują nas o tego „wysokiego, przystojnego praktykanta” — ponowiła Mari, przynosząc kolejną skrzynkę z kwiatami do ustawienia. — Może nie zapewniamy w pakiecie socjalnym magicznych mocy, ale rabat dla pracowników i owszem. Całe trzydzieści procent. Zamów już dziś.

Viktor zaśmiał się na głos i to tak zaraźliwie, że Yuuri również się rozpogodził.

— Kuszące, tyle że mój zwierzchnik chyba powiesiłby mnie za nogi, gdyby dowiedział się, że dorabiam sobie na boku zamiast kończyć projekty. Na szczęście jestem otwarty na sporadyczne, darmowe wykorzystywanie. W końcu z darowizn nie muszę się rozliczać.

— No cóż, twoja strata. — Japonka wzruszyła ramionami i już miała odejść, ale w połowie drogi na zaplecze zatrzymała się i rzuciła przez ramię: — A propos pomocników. Yuuri, wuj Kenjirou dzwonił z rana i pytał, czy Minami mógłby wpaść do nas na Golden Week na jakąś inwentaryzację czy coś. Mama jest oczywiście bardzo chętna, ale to też kwestia tego, czy chcesz go do pomagania na stoisku.

— W sumie to przydałaby mi się z jedna albo dwie dodatkowe pary rąk, żeby każde z nas mogło trochę odsapnąć. Bo mama pewnie będzie zaangażowana w dekorowanie parku, prawda? Więc tak, można by go zaprosić — przyznał Yuuri, bezskutecznie próbując sobie przypomnieć, czyim synem i od której dokładnie strony był wspomniany Minami, ale niewinne zainteresowane widoczne na twarzy porządkującego kwiaty architekta szybko wyrwały kwiaciarza z jego genealogicznych rozmyślań. — A, Viktor, ty pewnie niczego nie wiesz. Golden Week to-

— To kilka dni na początku maja, kiedy w Japonii obchodzi się święta narodowe. Tyle dowiedziałem się przy okazji kontaktów z tutejszymi klientami. Czy raczej jego brakiem — dopowiedział Viktor, całkiem trafnie zresztą. — A co jeszcze się wtedy robi, tak poza nieodbieraniem poczty i telefonów?

— Bardzo różnie i w sumie sporo zależy od danego regionu, chociaż wydaje mi się, że ogólny zarys jest taki sam. Wiele osób wyjeżdża wtedy na wakacje, dlatego przez większe miasta przelewają się ogromne tłumy turystów, ale jest też sporo parad, na Dzień Dziecka wiesza się karpiowe latawce… w Hasetsu mamy taki lokalny festiwal… i ten… — Yuuri zerknął przez ramię, upewniając się, że Mari poszła już do chłodni, po czym zwrócił oczy z powrotem na Viktora. — I na pewno będę mieć wtedy wolne.

Co prawda nie chciał się z niczym napraszać, żeby nie zabrzmiało to tak, jakby nie był zadowolony z przebiegu wspólnego obiadu, ale byłoby też głupio, gdyby ich pierwsze wyjście miało się okazać również ostatnim. Bo w sumie jeśli czas spędzony z rodziną był miły, to spotkanie tylko we dwóch mogło być, cóż… jeszcze milsze. Taką miał przynajmniej nadzieję.

— Więc ja też będę. — Viktor odwzajemnił uśmiech i położył dłonie na obejmujących donicę dłoniach Yuuriego. — No chyba że powinienem sobie wtedy zarezerwować czas dla jakiegoś uroczego kwiaciarza, który zupełnym przypadkiem również będzie się wtedy nudził?

Chociaż nie, inaczej. Jeśli obiad w rodzinnym gronie był tak udany, to spotkanie tylko we dwóch zwyczajnie musiało być jeszcze przyjemniejsze. W końcu przy rodzicach nie mógł sobie pozwolić na to, aby patrzeć Viktorowi w oczy przez tyle sekund pod rząd co teraz…

***

Yuuri leżał na swoim łóżku i niemal siłą powstrzymywał się przed tym, żeby nie zacząć się kręcić, turlać i zwijać w szaleńczych konwulsjach niczym gąsienica w trakcie tańca godowego (w sensie, gdyby gąsienicom potrzeba było jakiegoś tańca godowego, to z pewnością wyglądałby właśnie tak). Przez dłuższą chwilę Japończyk wahał się nad ostatnią frazą wiadomości, ale ostatecznie skasował wciąż zbyt dziwnie brzmiące słowo „randka” i wstawił coś nieco bardziej neutralnego. Tak żeby nie zapeszać.

YuuriK: …i w ten sposób umówiliśmy się na drugie spotkanie

YuuriK: dzień po głównej części festiwalu, 4 maja

Phichitto: \( > ᴗ < )/

Phichitto: zuch chłopak

Phichitto: idziesz jak prawdziwa burza

Phichitto: tylko współczuję tej akcji ze szklarnią

Phichitto: biednemu to zawsze wiatr w oczy

YuuriK: Phichit

YuuriK: nie myśl, że nie widzę tych wszystkich sucharów pogodowych

Phichitto: ( ^ ω ^ )

Phichitto: jestem niewinny, wysoki sądzie

Phichitto: jedyne, do czego się przyznaję, to do szaleńczej radości, że mój BFF znalazł sobie BBF

YuuriK: BBF?

YuuriK: brzmi prawie jak sos BBQ

YuuriK: co to?

Phichitto: nie znasz?

Phichitto: (” ' ω ' ”)

Phichitto: Best Boyfriend Forever

Phichitto: chociaż nie, przecież nie będziesz go wiecznie trzymać w boyfriendzone

Phichitto: daję wam jakiś rok do osiągnięcia next level

Phichitto: a potem…

YuuriK: Phichit, czy możesz skupić się na przyswojeniu kilku podstawowych informacji?

YuuriK: Viktor JEST z Rosji

YuuriK: JEST architektem

YuuriK: JEST przefantastycznym facetem, jakkolwiek JEST też trochę roztrzepany

YuuriK: ale NIE JEST moim chłopakiem

Phichitto: oj, to bardzo niedobrze

Phichitto: fatalnie wręcz

Phichitto: jestem zdruzgotany tym, że cały czas żyłem w kłamstwie

Phichitto: a ten… a przypomnisz mi, w co był ubrany ten twój nie-chłopak na waszą nie-randkę?

YuuriK: …

YuuriK: garnitur

Phichitto: ach, garnitur…

Phichitto: głupi ja... (# > . < )/

Phichitto: przecież gdyby Viktor pretendował do miana twojego chłopaka, to miałby na sobie dres i beret

Phichitto: no jasne

Yuuri miał ochotę zarzucić sobie koc na głowę i na całą resztę marnego życia zmienić się w ludzkie burrito z posypką z zawstydzenia. Niestety, nie znał żadnego istniejącego przypadku człowieka-burrito lub choćby człowieka-naleśnika, który mógł w takim stanie pracować w kwiaciarni, jeść katsudony, chodzić na przechadzki nad zatokę i cieszyć się widokiem mężczyzny, który co prawda nie był jego chłopakiem, ale chyba miał całkiem sporo aspiracji, aby nim zostać.

Problem w tym, że była to transakcja wiązana i oznaczała, że Yuuri stałby się chłopakiem Viktora. A to już go zwyczajnie przerastało — trochę gramatycznie i trochę tak w ogóle.

Phichitto: a wracając

Phichitto: ciężka sprawa z tą przeprowadzką, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz

Phichitto: no chyba że gryzie cię coś innego?

Phichitto: miałeś zamiar zaprosić go na wcześniej?

YuuriK: nie, nie

YuuriK: nie do końca

YuuriK: po prostu chciałem przeprosić Viktora za tę nieudaną niedzielę

Phichitto: (”◉_◉”)

Phichitto: Yuuri, nie mówi się „przeprosić”, tylko „podziękować za pomoc i fantastycznie spędzony czas”

Phichitto: poza tym gdyby Viktor już nie wydawał się tak idealny i przystojny, jak to opowiadasz (fotkę byś zrobił, a nie)

Phichitto: to normalnie dałbym mu katsudon na dziesięć za wzorowe zachowanie

Phichitto: więc po rękach go całuj, a nie się boisz

Phichitto: co tu w ogóle jest do przepraszania?

YuuriK: kupił bilety do kina, do którego nie poszliśmy

Phichitto: …a, no chyba że tak ( >﹏< ;)

Phichitto: okej, dobra, zwracam honor

Phichitto: się chłopina wykosztowała

Phichitto: i to w sumie nie jest zła myśl, żeby jakoś mu się odwdzięczyć

Phichitto: jestem pewien, że jeszcze bardziej oszaleje na twoim punkcie, jeśli tym razem to ty wykażesz się inicjatywą

YuuriK: no ale co mam zrobić?

Phichitto: wspomniałeś, że będzie się przeprowadzał, nie?

Phichitto: to może kup mu jakiś drobny bibelot, co by go mógł sobie w nowym mieszkaniu postawić?

Phichitto: tak w ramach mini-parapetówki

YuuriK: ale skoro urządza ludziom domy, to sam będzie wiedział, co mu najlepiej pasuje do jakiego kąta

YuuriK: nie chcę mu zaburzać wizji

Phichitto: e tam, gadanie

Phichitto: co z tego, że sam może sobie coś kupić, jeśli będzie to tylko przedmiot ze sklepowej półki?

Phichitto: to prezenty mają duszę

Phichitto: pamiętasz, co kiedyś razem czytaliśmy?

Phichitto: że nic nie jest tak wartościowe jak rzeczy z historią i rzeczy, które tę historię mogą stworzyć

Phichitto: więc jeśli macie zamiar wspólnie tworzyć historię, to weź się zacznij dorzucać do posa…

Phichitto: (# ' l  ' #)

Phichitto: znaczy, wyposaż go w coś ładnego, co przy okazji będzie mu przypominać o tobie

Phichitto: chociażby jakiś zestaw kubków

Phichitto: niech ma do przyjmowania gości

YuuriK: :O

YuuriK: to jest naprawdę niezła myśl

Phichitto: no ba!

Phichitto: przecież nie bez powodu nazywają mnie Wujciem Samo Dobro

YuuriK: …a nazywają?

Phichitto: kwestia czasu (▀̿̿Ĺ̯̿▀̿ ̿)

YuuriK: skąd ja to wiedziałem, mój ty Wujciu Samo-Chwało

YuuriK: dobra, w takim razie ja się urywam

YuuriK: wyjątkowo skorzystam z twojej rady, a jak niczego nie znajdę, to znów się skontaktuję

Phichitto: wyjątkowo, też mi coś…

Phichitto: no to czuwaj, szeregowy~

Yuuri wygasił komórkę i położył ją na piersi, wzdychając ciężko. Uargumentowanie tego w taki sposób faktycznie miało swój sens — bo nawet jeśli Viktor wolał samodzielnie decydować, jakie zasłony (bądź żaluzje (no i rolety, rolety też były okej)) miały pasować do jakiego fotela, to z pewnością nie pogniewałby się na jakiś użyteczny drobiazg. Szczególnie gdyby udało się trafić na coś, o czym sam by nie pomyślał.

Jedna z fraz pozostała w głowie kwiaciarza na nieco dłużej. „Nie pogniewałby się…”. Yuuri z zaskoczeniem uświadomił sobie, że mówienie o jakimkolwiek niezadowoleniu w przypadku Viktora wydawało się kompletnie abstrakcyjnym założeniem. Owszem, bywał zaniepokojony albo zdziwiony, ale nigdy nie był zły. Podczas rodzinnego obiadu sprawiał wręcz wrażenie, jakby był ucieleśnieniem uroku — elegancko oraz w trosce o tutejszą kulturę przywitał się z mamą po japońsku i nawet jeśli nie wszystko wyszło mu perfekcyjnie, to okrasił to wyjątkowo uprzejmym uśmiechem. Potem szybko oswoił się z nieformalną atmosferą, a nawet zaczął plotkować z Mari, co samego Yuuriego aż tak bardzo nie cieszyło… przynajmniej dopóty, dopóki temat nie zszedł na samego architekta. Gdyby to Yuuri był na jego miejscu, to pewnie też zszedłby, ale sam. Na zawał. Ze skrępowania. Viktor jednak bez najmniejszego problemu odpowiadał na wszystkie zadawane pytania, nawet te, które wyraźnie wkraczały na tematy mocno osobiste jak „czy masz jakąś rodzinę w Rosji?”, „jak to się stało, że jesteś wolny?” albo „czy nie wolałbyś znaleźć pracy w Hasetsu?”.

Może to i dobrze, że wieczorem, kiedy pogoda uspokoiła się na tyle, że w telewizji podano informację o wznowieniu kursowania pociągów, Viktor przebrał się w podsuszony garnitur i na własną rękę (czy raczej stopę) wrócił do hotelu. Bo gdyby został, a tata wyciągnął przy tej okazji jakiś mocniejszy alkohol, propozycja noclegu mogłaby się skończyć wieczystą hańbą dla rodu Katsukich.

No nic. Yuuri podniósł się z łóżka i zasiadł przed komputerem, żeby poszukać inspiracji na odpowiedni dla Viktora podarek. Skoro już Phichit napomknął o tych „rzeczach tworzących historię”, to na pewno musiał zajrzeć w jedno szczególne miejsce, które dość bezpośrednio wiązało się ze wspomnianą frazą. A jeśli nie znajdzie tam czegoś odpowiedniego dla architekta-lekkoducha z najszczerszym uśmiechem na całym świecie, to chyba nigdzie indziej.

Kursor niemal odruchowo padł na zakładkę zapisaną na samym początku paska przeglądarki. To była jedna z jego ulubionych stron, dzięki której nie tylko poznał tysiące pięknych drobiazgów, od ręcznie wykonanych wazonów ze starych karafek po nowoczesne lampy imitujące balony, ale też odkrył inne, mniej banalne oblicze kwiatów. No i chyba skłamałby, gdyby powiedział, że to wcale nie był jeden z głównych powodów, dla którego zainteresował się szczepieniem róż i zaczął szukać sposobu na wyhodowanie tych naturalnie niebieskich. Jeszcze jako nieopierzony nastolatek marzył, że kiedyś, kiedy już mu się powiedzie, pochwali się efektami długiej pracy przed swoim internetowym „senpaiem” i że dzięki temu z pewnością będą mogli się zaprzyjaźnić. Tak, był taki moment… tyle że dorosłość rządziła się swoimi mało pięknymi prawami. Od tego czasu minęło z osiem lat, róże dalej były bardziej fioletowawe niż niebieskie, a Yuuri cierpiał na chroniczną niepewność. Tyle dobrego, że strona wciąż istniała, czarując swoim bogactwem i pomysłowością.

Blog wczytał się, a biało-niebieska szata graficzna powitała Yuuriego w znajomych, elektronicznych progach. Kwiaciarz poczuł delikatny powiew nostalgii, chociaż prawdę mówiąc zaglądał tu nie dalej jak ze dwa tygodnie temu. Ach, ale właśnie, czy… Japończyk zjechał nieco niżej w poszukiwaniu aktualności, jednak zauważył tylko stary, dobrze znany rozkład tekstu. Czyli nic. Ostatni wpis, ten z informacją o chwilowej przerwie oraz obietnicą zrobienia obszernej relacji-niespodzianki po powrocie z wycieczki, był sprzed niecałego miesiąca. Widocznie podróż się przeciągnęła, bo nie wierzył (a może nie chciał wierzyć?), że działalność całkowicie zawieszono.

Yuuri szybko rozgrzeszył jednak autorkę w myślach, tym bardziej że sam obecnie przeżywał taki Kompletny Brak Czasu (narodowości rosyjskiej i atrakcyjności powyżej wszelkiej przeciętnej), więc rozumiał, że po tylu latach systematycznego prowadzenia bloga należały się jakieś solidne wakacje. Na szczęście materiału nie brakowało, dlatego Yuuri sprawnie przeskoczył do archiwum w poszukiwaniu galerii z kubkami i może ewentualnie wazonami na kwiaty. Przy okazji włączył sobie ulubioną playlistę i z niezwykłym jak na niego uśmiechem zaczął zgłębiać tajniki wręczania prezentów dla być-może-jego-przyszłego-chłopaka.

„Tylko ciekawe, co by dla Viktora wybrała Rose…”.

14. Na pochyłe drzewa pudle skaczą

***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.