drukowana A5
61.61
Kwiaciarnia dla dwojga

Bezpłatny fragment - Kwiaciarnia dla dwojga

Objętość:
554 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8155-767-2

Niech ta historia — jak polny kwiat

Zakwitnie na szerokim polu wyobraźni

Uczyni codzienność znacznie piękniejszą

I rozrzuci nasionka z dobrym przesłaniem

1. Jak poznałem najwspanialszego faceta na świecie

***

Ach, jakie to wszystko było przeraźliwie proste… Tak przeraźliwie proste, że aż śmieszne i tak śmieszne, bo najzupełniej prawdziwe.

On, człowiek sukcesu i uosobienie perfekcji, tak po prostu zgubił cel w życiu.

Młody, jasnowłosy mężczyzna, który doszedł do tej dość filozoficznej konkluzji, już od kilkudziesięciu minut nieruchomo wpatrywał się w odległy punkt horyzontu, gdzie łagodnie błękitny nieboskłon bratał się z ziemią… tylko że nie. Od jakiejś pół godziny niebo wolało łączyć się z morzem, które zajmowało dobrą jedną trzecią widoku z okna wagonu. Trasa kolejki ciągnęła się bowiem wzdłuż wybrzeża, dzięki czemu pasażerowie nieszczególnie chyba uczęszczanej linii Chikuhi (poza mężczyzną w otwartym przedziale siedziała jeszcze tylko para staruszków) mieli doskonały podgląd na tutejszy zróżnicowany krajobraz. Po lewej mijało się skarpy oblepione bujną, świeżo zazielenioną roślinnością, po prawej znów rozciągała się zatoka, nad którą szybowały mewy, skarżące się na swój ciężki żywot.

Ta, one miały ciężko. Tylko co w takim razie miał powiedzieć Viktor, lat już całe dwadzieścia siedem, człowiek zaręczony z Pracoholizmem i ojciec spodziewający się gromadki pociech o imionach Frustracja, Samotność, Zastój oraz — jego osobiste oczko w głowie — Wypalenie Zawodowe? Że chciał spędzić w takim domu resztę życia? No chyba nie!

Aby od tego uciec, Rosjanin z początkiem kwietnia przyjechał do Japonii na znane i szeroko polecane w branży targi „Fukuoka International Gift Show”, odbywające się co prawda w dość nieregularnych odstępach czasu, ale za to zawsze z wielkim rozmachem oraz otwartością. I Viktor naprawdę liczył na coś szczególnego. Miał nadzieję, że wizyta natchnie go do nowych przedsięwzięć, że zainspiruje się orientem, że odnajdzie świeżość, która doda mu energii do projektowania niezwykłych wnętrz… Ale tutaj było jak wszędzie. Miasto okazało się typową, stalowo-betonową dżunglą dość mocno wypełnioną ludźmi, maszynami i reklamami, a na samych targach roiło się od tylu zainteresowanych, że Nikiforov nie miał nawet przestrzeni, aby w spokoju pomyśleć o obiedzie, nie mówiąc już o szukaniu pomysłów na nowy katalog. Nie, nie, to nie o to mu chodziło. Nie o takie miejsce. Viktor potrzebował czegoś innego, czegoś… czegoś mniejszego. Cichszego. Oddalonego od wszystkiego. Czegoś absolutnie wyjątkowego. I gdyby tylko wyjątkowość sprzedawano w sklepie, z chęcią wziąłby od razu cały sześciopak.

Co zatem Viktor robił w praktycznie pustym pociągu zamiast przepychać się wśród tysięcy podobnych do siebie Azjatów i podziwiać dwunaste z kolei drzewko bonsai? Odpowiedź była prosta — bo tak. Bo mógł. Bo jakby czegoś nie zrobił, to chyba do reszty by zwariował. I w sumie to już zaczął okazywać tego pierwsze symptomy, skoro drugiego dnia targów Viktor w przypływie nieco zastałego, młodzieńczego szaleństwa oraz w pogoni za przygodą wyszedł na miasto, dotarł na dworzec kolejowy i wsiadł do najmniej zachęcającego, wyludnionego i powolnego pociągu, jaki przyciągnął jego uwagę… no i który akurat stał na peronie, rzecz jasna. Właśnie w ten sposób znalazł się tu, w wagonie ciągniętym w stronę jakiejś prowincjonalnej mieściny, oddalonej o dobrą godzinę od Fukuoki. Cel podróży wydawał się więc idealny — na tyle niedaleki, że w razie niepowodzenia byłby w stanie jeszcze tego samego dnia wrócić do opłaconego przez firmę hotelu, ale na tyle nieznany, że przy odrobinie szczęścia mógł trafić na jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi krainę, gdzie sędziwy samuraj, który splotem niesamowitych przypadków uchował się gdzieś poza cywilizacją, szlifował swoją rodową sztukę walki…

No co? Przecież tak właśnie mogło być. I może akurat temu samurajowi zwolniło się ostatnio miejsce na ucznia?

Tymczasem sygnał przychodzącego e-maila przerwał monotonną melodię stukającej trakcji. Mężczyzna nie pokwapił się jednak, aby zerknąć, kto widniał jako nadawca wiadomości, bo odpowiedź zawsze była ta sama. Skoro nie miał życia prywatnego, to znaczyło to, że… Spomiędzy ust Rosjanina wydostało się długie, melancholijne westchnienie. No właśnie. O firmie mowa, a firma tuż-tuż. Czy tego chciał, czy nie, Viktor Nikiforov, żywa legenda świata designerskiego, nie mógł uciec od obowiązków. W końcu był nie kim innym, ale samym założycielem znanej w międzynarodowych kręgach aranżacyjnych firmy Stammi (która swoją nazwę zawdzięczała wieloletniemu zamiłowaniu Viktora do oper i baletów, szczególnie tych włoskich), składającej się z kilkunastu rozlokowanych po całym świecie oddziałów oraz siedziby głównej znajdującej się w rodzimym Petersburgu. Lecz chociaż Nikiforov nie zajmował w niej fizycznie żadnego kluczowego stanowiska, chociaż nie był żadnym kierownikiem ani tym bardziej ojcem dyrektorem (od tego na szczęście miał starego, dobrego Yakova), to posiadał tak znaczne udziały w spółce, że tak czy siak żadna decyzja nie mogła zapaść bez jego zgody. Był więc tylko i aż prezesem. Szarą eminencją Stammi, swoistym szefem wszystkich szefów, który trzymając się trochę na uboczu, trzymał rękę na pulsie. Ponadto wytyczał najważniejsze trendy, kontaktował się z przedstawicielami innych firm oraz… oraz robił to, co kochał od praktycznie małego, kiedy to mama przypatrywała się, jak szkicował świecową kredką kolorowe domki — zajmował się urządzaniem niewielkich, przytulnych, ale wciąż efektownych mieszkań. Przynajmniej do pewnego czasu.

Wszystko zaczęło się jednak od najzwyklejszej strony internetowej. Blog bluerose.com, który Viktor stworzył gdzieś na początku studiów, był dla niego ostoją, gdzie pod pseudonimem Rose mógł przelewać na monitor wszystkie swoje bardziej lub jeszcze bardziej nietuzinkowe pomysły, które nie spotykały się z aprobatą skostniałych profesorów architektury. Chłopak chodził więc hobbistycznie po pchlich targach, fotografował interesujące drobiazgi, robił poradniki na nietypowe prezenty, a z czasem także przygotowywał szablony stron internetowych i wreszcie szkicował własne koncepty na aranżacje wnętrz, wszystko to tworząc dla czystego, nieskrępowanego sportu. Ach, no tak, i rzecz absolutnie najważniejsza — od samego początku jego konikiem były motywy kwiatowe. Z czasem stało się to nawet swoistym znakiem rozpoznawczym, bo jakkolwiek minimalistyczny i oszczędny projekt Viktor by nie przygotował, zawsze starał się w nim przemycić jakiś kwiatowy rzucik albo wazon aż proszący się o wstawienie bukietu. Ot, taki firmowy żarcik, coś w stylu artystycznej zabawy z rodzaju „znajdź Wally’ego”. Wszak na własnym blogu mógł sobie pozwolić na wszystko.

Ale jak to z dobrymi pomysłami najczęściej bywało, prędzej czy później znajdywali się również ludzie, którzy je doceniali, dlatego witryna stopniowo zaczynała zyskiwać na popularności, aż prawdziwą sławę zdobyły różane kompozycje w tonacji bieli i błękitu, stanowiące później wizytówkę całego bloga. I tak od posta do posta do Viktora zaczęły spływać nie tylko pochwały czytelników, ale również kontakty od zainteresowanych współpracą firm, które zwęszyły w Rosjaninie potencjał handlowy. Nie pomyliły się. Dzięki swojej charyzmie, wyobraźni oraz nienagannej prezencji Viktor zbudował szeroką sieć zależności, aż w końcu popularna strona internetowa w praktycznie pięć lat przeobraziła się w pełnoprawną spółkę o międzynarodowej renomie, zdobywając w efekcie szereg nagród dla młodych, dynamicznych przedsiębiorców oraz stabilną pozycję na rynku. No po prostu żyć, nie umierać.

Tylko że coś po drodze jednak trochę umarło — on sam. Po prawie dekadzie istnienia bloga Blue Rose stało się jedynie pobocznym projektem, traktowanym trochę po macoszemu ze względu na ilość ciążących na Viktorze obowiązków, a skoro nie miał życia, to już szczególnie nie miał go na chodzenie po małych sklepikach z antykami. Dlatego chociaż mężczyzna wciąż publikował posty, wciąż emanował pozytywną energią, wciąż starał się odpowiadać na wszystkie komentarze, to jednak nie było to już to, co robił dawniej. Czuł spadek motywacji, bo od kiedy spółka znacząco się rozwinęła, praktycznie nie miał czasu sam niczego projektować, a zamiast tego musiał robić za twarz Stammi i grać arcyważną personę, która latała po świecie i spotykała się z kolejnymi kontrahentami. A on taki nie był. W środku wciąż był trochę dzieciakiem, a trochę marzycielem, który chciał po prostu czerpać radość z tego, co robił lub ewentualnie pokonywać trudności, wspinając się na szczyt. Tymczasem suche, biznesowe zadania go zabijały. Miał wciąż i wciąż zaskakiwać nieszablonowymi konspektami i niebanalnymi rozwiązaniami, ale tak po prawdzie to nie miał już do tego wszystkiego serca… i… i nie chciał… żeby…

Viktor otworzył szerzej oczy i niespodziewanie zerwał się z siedzenia, czym przyciągnął zaciekawione spojrzenia dwójki staruszków siedzących naprzeciwko. Zupełnie się tym jednak nie przejął, bo skupił się na widoku, który coraz wolniej i wolniej przemykał mu przed oczami, aż wreszcie zniknął, przysłonięty przez budynek dworca. W tamtej sekundzie stało się coś niezrozumiałego, jakby jakiś dawno nieużywany trybik w jego głowie nagle wpasował się w wielką machinę myśli i mężczyzna zrozumiał, że to właśnie to. Ta jedna chwila, ten moment prawdy, który mógł zmienić coś w jego codzienności. Że jeśli nie tutaj, to chyba nigdzie na całym świecie.

Dlatego gdy tylko pociąg się zatrzymał, Rosjanin wyskoczył wprost na peron stacji i, jakby wiedziony wewnętrznym instynktem, skierował się do wyjścia z dworca. Najpierw szedł sprężystym krokiem godnym nowojorskich bruków z Times Square, potem ruszył ruchomymi schodami na dół, przeskakując po dwa stopnie naraz, prawie przebiegł przez pasaż handlowy, nie zważając na obijającą się o udo aktówkę ani na zaciekawione spojrzenia tutejszych mieszkańców, aż wreszcie wydostał się na zewnątrz, gdzie stanął tuż przed parkingiem i uniósł głowę, nie mogąc powstrzymać szerokiego, dziecięcego, przepełnionego zachwytem uśmiechu.

I nic dziwnego — w końcu w całym mieście z nieba padał deszcz kwiatów.

Mężczyzna zrobił krok do przodu. A potem kolejny. I kolejny. Viktor ruszył przed siebie, idąc, gdzie go oczy poniosły, czy może raczej gdzie go nie poniosły, bo praktycznie nie mógł oderwać wzroku od dziejącego się w powietrzu spektaklu. Oczywiście słyszał wcześniej o japońskim hanami (jak w ogóle mógłby o nim nie słyszeć jako entuzjasta kwiatów?), ale nie spodziewał się, że zdoła trafić na odpowiedni moment. W Rosji pod koniec marca wciąż panowały solidne mrozy, a w samej Fukuoce rosło dość mało drzew, szczególnie w tej części metropolii, w której odbywały się targi. Natomiast tutaj, w tym… Hasetsu, jak to przelotnie odczytał z angielskiej tabliczki podczas sprintu przez stację, roślinność stanowiła tak samo ważną część architektoniczną miasta jak budynki.

Viktor szedł tak przez kwadrans, a może nawet przez dwa, i kluczył między kolejnymi malowniczymi alejkami, które całkowicie różniły się od tych widzianych przy okazji wizyt w Tokio, Osace czy właśnie Fukuoce. Wystarczyło zaledwie obrócić głowę w bok, by chłonąć niezwykłe widoki i podziwiać urbanistyczne ciekawostki dostępne chyba wyłącznie mieszkańcom takich małych, jakby jeszcze żyjących przeszłością miejscach. O, jak ten zabawny pomnik kałamarnicy wcinającej jeżowca. Albo wąskie uliczki pełne ciasno upakowanych, maksymalnie dwupiętrowych domków, z których ponad połowa miała przybite, przyczepione, przywieszone lub wystawione szyldy reklamujące w krzaczkach jakieś usługi. Albo niesamowity, górujący w oddali zamek na wzgórzu, który (Viktor mógł się o to założyć) stanowił siedzibę jakichś dawnych panów feudalnych. A między tym wszystkim, jak rodzynki w smacznym cieście, znajdowały się kwitnące na różowo drzewa, których płatki osypywały się na to wszystko niczym śnieg. Niesamowite. Każdy z pojedynczych elementów nie wydawał się jakoś szczególnie wyjątkowy, ale razem zestawienie tych wszystkich doznań, tych ciepłych odcieni szarości i różu, zapachu morza, wiśni i lawendy oraz dźwięków cicho żyjącego miasta było niezwykle wręcz ujmujące, a może nawet odrobinę domowe…

Zaraz, zaraz, chwila. Lawenda? Dlaczego lawenda?

Wtedy Viktor nagle wybudził się z transu i zatrzymał się, natrafiając na rzecz jeszcze dziwniejszą niż te wszystkie wiśnie, zamki i kałamarnice razem wzięte. Naprzeciwko niego, jakieś dobre kilkadziesiąt kroków dalej, pojawiła się bowiem skrzynka. Tak, dokładnie — skrzynka. Drewniana konstrukcja wymiarów jakiegoś metra na pół była wyładowana po same brzegi ni to fioletowymi, ni to błękitnymi kwiatami, bliźniaczo podobnymi do róż gdyby nie ten drobny mankament, że róże nie powinny mieć równie chłodnego koloru. I właśnie ta skrzynka, której już sama zawartość była niesamowicie intrygująca, jak gdyby nigdy nic unosiła się nad ziemią, miała nogi i… szła.

Ale szła tak nieporadnie i z takim trudem, że nie trzeba było mieć nawet zadatków na wróżbitę, żeby odgadnąć, że za pięć, no, może siedem metrów Pan Skrzynka zderzy się z twardą rzeczywistością w postaci szklanych drzwi kwiaciarni (ach, to stąd pochodził ten zapach lawendy!), upuści pakunek i z całkiem dużym prawdopodobieństwem gwałtownie zakończy spacer, przywalony ciężarem roślinno-drewnianej konstrukcji. A jeśli był tu sam, bez żadnych pomocników, których zaalarmowałaby dłuższa nieobecność Pana Skrzynki, wtedy taki wypadek mógłby się potoczyć jeszcze gorzej i ziemia z doniczek posłużyłaby od razu jako materiał na grób. No a kwiaty na wieniec. Przynajmniej nic by się nie zmarnowało.

W porządku, żarty żartami, ale mimo wszystko Viktor nie potrafił przejść obojętnie obok osoby w tak oczywistej potrzebie, dlatego pospiesznie podszedł do obładowanego po czubek głowy mężczyzny, chcąc go wyratować z pachnącej opresji. Szczególnie że nie czas było żałować róż (chyba róż), gdy w grę wchodziło obicie czyjegoś tyłka. Naprawdę ładnego tyłka, jak to Nikiforov zdążył ocenić mimo obecności znoszonych ogrodniczek oraz granatowego, przewiązanego w pasie fartucha, widocznego w dolnej partii ciała kwiaciarza.

O, do diaska, cóż za zabójczy hat-trick… Cała kombinacja jego małych słabości…

Viktor pospiesznie odłożył więc aktówkę obok donicy z pelargoniami i wyciągnął ręce, by wsunąć palce w szerokie uchwyty widoczne po obu stronach pojemnika. Wtedy też kwiaciarz wydał z siebie zduszony jęk, jakby sądził, że pakunek właśnie wyślizgiwał mu się z dłoni, ale gdy tylko zrozumiał, że chodziło o ratunek, odetchnął i poprawił chwyt, wspierając skrzynkę o kolano.

— Proszę się nie bać — uspokoił po angielsku Viktor, po czym złapał pewniej skrzynkę, przejmując na siebie znaczną część jej ciężaru. — Nie zamierzam wyrywać panu kwiatów ani uciekać z nimi w siną dal. Chcę tylko pomóc.

— Dziękuję. I przepraszam za problem. — Viktor nie spodziewał się, że zdoła uzyskać jakąkolwiek odpowiedź, ale o dziwo kwiaciarz również przemówił po angielsku. I to jak przemówił! Miał ciepły, łagodny, jakby nieco chłopięcy głos, normalnie całe dwanaście na dziesięć w skali chórów anielskich. Prawdziwy syrop dla skołatanych uszu. Ktoś o tak wdzięcznym głosie mógłby wykładać o byle larwach skoczka różanego, a Nikiforov słuchałby tego wywodu z równie wielką przyjemnością co koncertu Vivaldiego. — Chciałem wziąć wszystkie naraz i nie pomyślałem…

— Spokojnie, nic nie szkodzi. Tak wspaniałe kwiaty jak te nie są absolutnie żadnym problemem — odpowiedział ze śmiechem Viktor, jednocześnie rzucając jednym ze swoich markowych żarcików. — A czy mogę przy okazji spytać, co to za odmiana? Nigdy takich nie widziałem.

— Nie dziwię się. Są mojej własnej… cóż… hodowli — odparł nieśmiało kwiaciarz, a Viktor był święcie przekonany, że takiemu wyznaniu musiał również towarzyszyć jakiś miły dla oka rumieniec. — To niebieskie róże. Naturalnie niebieskie.

Brwi podjechały Viktorowi na dobre pół czoła (a miały przez co podjeżdżać, jak mu to złośliwie wytykał siostrzeniec). Czyli to faktycznie były naturalnie niebieskie róże… Ten Święty Graal wszystkich genetyków roślin. Niespełnione marzenie setek amatorów kwiatów. I jego osobisty konik. Naprawdę, jeśli deszcz wiśni wydawał się Rosjaninowi wspaniały, to to już było absolutnie niesamowite. Viktor nigdy by nie przypuszczał, że zamiast na zachwalanych targach, prawdziwy skarb znajdzie w tej małej, niepozornej, ale znajdującej się praktycznie na wyciągnięcie ręki mieścinie. Czyli co — on, właściciel wirtualnych niebieskich róż natrafił na swojej drodze na człowieka, który zajmował się tworzeniem tych zupełnie prawdziwych? Czyżby to naprawdę było to szumnie zwane przeznaczenie, a spotkanie miało się okazać zalążkiem owocnej współpracy, na którą tak długo czekał?

Ale Rosjanin musiał na chwilę przystopować ze swoimi wzniosłymi przemyśleniami i zostawić je na inną okazję, bo całą uwagę zajęły póki co sprawy zupełnie przyziemne. Bardzo przyziemne nawet, bo grawitacja niezmordowanie ciągnęła skrzynkę w dół, a palce kwiaciarza, z którymi stykały się dłonie Viktora, zdawały się coraz mocniej drżeć, zmęczone przedłużającym się podtrzymywaniem takiego ciężaru. Mężczyźni zamilkli więc i powoli ruszyli do bezpiecznego wnętrza sklepu. Kwiaciarz poczłapał przodem, otworzył drzwi łokciem, po czym pokierował ich tandem do środka, aż do kontuaru, na którym ostatecznie skończyła felerna, wypchana po brzegi i jeszcze trochę skrzynka. Po ukończeniu zadania Viktor mimowolnie odetchnął. No, teraz przynajmniej mógł rozprostować ręce i zobaczyć, komu zawdzięczał tę miłą, pachnącą przygodę…

I kiedy otrzepujący ręce Rosjanin właśnie miał rzucić kolejnym leciwym komplementem, że wprost marzyłby, aby całe życie nosić z drugą połówką podobnie czarujące problemy, niespodziewanie zamarł, patrząc na znajdującego się naprzeciwko niego kwiaciarza, a dokładniej na jego górną, wreszcie widoczną połowę ciała. O cholera… Wszystkie te zabawne powiedzenia o mężczyźnie tak pięknym, że aż chciało się płakać, nagle stały się prawdziwe, bo oto po przeciwnej stronie kontuaru, pomiędzy wcale nie brzydkimi kwiatami, pojawiła się twarz istoty tak zjawiskowej, że Viktor mógłby się zająknąć i zamiast o zwykły bukiet poprosić kwiaciarza o jego rękę.

Pan Skrzynka okazał się bowiem młodym Japończykiem o okrągłych, przypominających bursztyny oczach, które ukrywały się za nieco zsuwającymi się z nosa okularami w niebieskich oprawkach, oraz ustach rozciągniętych w nieśmiałym, leczącym duszę uśmiechu. Wyraźnie zaznaczone brwi oraz rozwichrzone, czarne jak węgiel włosy jeszcze dodawały mu uroku i, o ile to było w ogóle możliwe, czyniły go poważniejszym i słodszym zarazem. Był uosobieniem wszystkiego, co dobre i czyste. Kimś, u boku którego chciałby się budzić co rano i patrzeć godzinami na jego śpiącą twarz. Jak jego własny, wcale nie taki Mały Książę.

Viktor poczuł, że jest już po nim. Totalnie. Nieodwołalnie. Na amen. Zatonął w tym uśmiechu, przepadł w jego oczach i stracił głowę tak całkowicie, że iloraz inteligencji odtoczył gdzieś na ubocze jedną zbędną cyfrę. Dosłownie wpadł po same uszy. Jak śliwka… Jak śliwka w…

O. Jak śliwka w kompost.

2. Jak poznałem najbardziej szalonego faceta na świecie

***

Yuuri raczej nie należał do ludzi przesadnie szczęśliwych, jakkolwiek nigdy nie narzekał też na jakieś większe kłopoty zdrowotne ani nie uważał swojej sytuacji za szczególnie tragiczną… Ale jeśli ten jeden, jedyny raz mógł się pełnoprawnie poskarżyć na życie, to pewnego kwietniowego dnia Los do spółki z Fatum i Przeznaczeniem jak nigdy wcześniej postanowili sobie z niego zakpić. Zaczęło się od tego, że Mari razem z tatą pojechali dostawczakiem do Fukuoki, a mama, zawalona zleceniami na ikebanę, zamknęła się w pracowni, przez co najmłodszy członek rodziny Katsukich na praktycznie cały dzień utknął sam w kwiaciarni. Potem między obsługiwaniem kolejnych klientów Yuuri zauważył, że w prognozie pogody zapowiedziano na popołudnie silny deszcz znad zatoki, przez co w całym tym majdanie musiał jeszcze znaleźć czas na to, aby wtaszczyć wszystkie rośliny do środka. Na dodatek już dwa dni temu obiecał mamie, że ustawi w witrynie swoje niebieskie róże, dlatego gdy po piętnastej w sklepie wreszcie się uluźniło, kwiaciarz westchnął i czym prędzej poszedł do szklarni ulokowanej na tyłach posesji. Na sam koniec tej długiej listy mocno felernych zdarzeń Japończyk bez pomyślunku chwycił w ramiona ciężką skrzynię z kwiatami, po czym siłował się z nią praktycznie do samych drzwi Yu-topii, co groziło już nie tylko trwałym kalectwem dla człowieka, ale również śmiercią dla roślin. Właśnie z tego powodu ten dzień nie miał absolutnie żadnych szans, żeby skończyć się dobrze.

A jednak wszystkie te niefortunne wypadki nagle przyblakły niczym przekwitająca poinsecja wobec zaskoczenia, jakie Yuuri przeżył, gdy wybawiciel, który niespodziewanie pojawił się na jego drodze i ze słyszalnym w głosie zadowoleniem pomógł mu wnieść do środka te nieszczęsne róże, wreszcie postawił skrzynię z kwiatami na blacie i wyprostował się, ukazując swoją twarz.

Bo okazało się, że wybawicielem był młody mężczyzna (chyba niewiele starszy od Yuuriego) o pięknych, lśniących, jakby srebrzystych włosach, hipnotyzująco niebieskich oczach, poniżej których delikatnie odznaczały się doliny łez, oraz nieco rozchylonych, ładnych ustach. Całości niesamowitej prezentacji dopełniała jeszcze dobrze zbudowana, ale wciąż smukła sylwetka, jak również drogi, szykowny, ciemnoszary garnitur. I co tu dużo mówić — różany ratownik był przystojny. Nieziemsko przystojny. Tak bardzo przystojny, że to było aż absurdalne, że ktoś taki naprawdę istniał i w ogóle zaszczycał swoją obecnością jakąś pierwszą lepszą japońską kwiaciarnię…

Na to stwierdzenie w głowie rozmarzonego Yuuriego natychmiast pojawiła się lampka ostrzegawcza. Właśnie, przecież to był jakiś nie-Azjata. Przystojny, ale nie-Azjata. Nie-Azjata, który na dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent porozumiewał się po nie-azjatycku… A nawet gdyby wciąż pochodził z Azji, to Yuuri i tak był absolutnie bezradny wobec tych wszystkich Chińczyków, Koreańczyków czy innych Tybetańczyków. Nie rozwiązywało to jednak podstawowego problemu — kim był? Amerykaninem? Hiszpanem? Francuzem? I czy w ogóle przyjechał z kraju, którego nazwę umiał wymówić? No bo ten niesamowity kolor włosów, błękit oczu oraz jasna jak pergamin karnacja nic mu nie mówiły, ale gdyby już miał strzelać, obstawiałby raczej, że nieznajomy pochodził z północy. Znaczy, takiej bardziej północy. Bardziej niż Tokio. Bardziej niż Sapporo. I… i cholera, przecież to już nawet nie było w Japonii! Tylko po jakiemu się tam mówiło? Po północnemu? Biegunowemu? Czyli jak?

— Dzień dobry. Jak to miło, że możemy się w końcu przywitać — zagadnął w pewnym momencie nieznajomy, zupełnie jakby słyszał te wszystkie galopujące przez głowę Yuuriego wątpliwości i dlatego postanowił wyjść im naprzeciw. — A szczególnie że możemy się w pełni zobaczyć.

— Tak, oczywiście, dzień dobry, ja… Ja również się cieszę, że róże nam już nie przeszkadzają i… I ten. I dziękuję. Bardzo, bardzo dziękuję — odpowiedział pospiesznie po angielsku, czując się przy tym jak ostatni lingwistyczny idiota. W sumie i tak nie znał żadnego innego języka poza angielskim, więc wybór był praktycznie żaden, a przecież musiał się czym prędzej odwdzięczyć za… za…

…zaraz, zaraz. Czy oni już ze sobą nie rozmawiali? No tam, wcześniej, przed kwiaciarnią. Rozmawiali, prawda? I teraz też rozmawiali. Po angielsku właśnie. Och. Ojej. Czyli to było takie proste. Bezproblemowe. Naturalne. Jak to dobrze. Wiwat fakultety językowe na studiach. I wiwat szerokopasmowy Internet.

Tymczasem nieznajomy — którego chyba dość mocno zaskoczyła ta chaotyczna reakcja Yuuriego — uniósł brwi jeszcze odrobinę wyżej niż chwilę po odłożeniu róż, po czym jego usta powoli rozciągnęły się w uśmiechu. Uśmiechu tak uroczym i ciepłym, jakby ktoś podłączył jasnowłosego mężczyznę do prądu, przez co zaczął promieniować dobrym nastrojem niczym lampa w szklarni światłem. Japończyk za to, skoro już siedzieli w tematach ogrodniczych, na ten absolutnie fantastyczny widok prawdopodobnie zamienił się w pąsową różę. Bo spąsowiały był na pewno — od czubków uszu aż po ukryte w znoszonych trampkach pięty.

No dobrze, tylko co teraz? Po wymianie pozdrowień i grzeczności znów zapadła głucha cisza, która z każdą sekundą zaczęła się robić coraz bardziej niezręczna i napięta. A może jego wybawiciel czegoś oczekiwał? Jakiejś rekompensaty za pomoc? Może… Na Katsukiego spłynęło nagłe olśnienie. No tak, właśnie! Skoro pojawił się tuż obok kwiaciarni, to oznaczało to, że chciał tu coś kupić!

— A czy w ramach rewanżu za wsparcie mógłbym coś doradzić? Na przykład zaproponować jakieś kwiaty? — zagadnął Yuuri, starając się uśmiechnąć równie przyjaźnie co rozmówca, ale nie był pewien, czy ten grymas, który mu wyszedł, nie przypominał raczej symptomów przewlekłego rozstrojenia żołądka. — Oczywiście na koszt firmy, za pomoc przy dźwiganiu.

— Nie, nie musisz! Przecież mówiłem, że to była sama przyjemność! — zaprzeczył jednak obcokrajowiec, pospiesznie kręcąc głową. — Wcale nie oczekuję żadnej rekompensaty i… No chyba że ty dałbyś się… Albo raczej to ja bym zaproponował…

Yuuri przechylił głowę, nie rozumiejąc, dlaczego mężczyzna tak nagle zaczął się dziwnie zachowywać — zabawnie potrząsał grzywką i zapalczywie tłumaczył, że „to wcale nie tak”, raz za razem zerkając ukradkiem w stronę kwiaciarza, zupełnie jakby sprawdzał jego reakcję. Po kilku wydukanych w ten sposób zdaniach obcokrajowiec w końcu westchnął ciężko i zaśmiał się cicho, zakłopotany własnym, troszkę bezładnym monologiem. Albo nawet troszkę bardziej niż mniej bezładnym.

— No dobrze, masz mnie. Może faktycznie jest coś, w czym możesz mi doradzić — odparł wreszcie tajemniczo. — Tylko zdradź mi jedną rzecz. Czy jesteś… hm… czy jesteś może… zajęty? Znaczy, czy ty… Czy jest możliwość… — Mężczyzna zawahał się, rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym wskazał na bok lady, gdzie leżały pojedyncze kwiaty, które zostały tam po przygotowaniu wiązanki dla ostatniego klienta. — Czy przygotowujesz teraz jakiś bukiet? Na spotkanie? Albo raczej na randkę? — zapytał z nietypowym naciskiem na ostatnie słowo.

— Na randkę? — powtórzył Yuuri i zawiesił się, błądząc myślami w dość nieodległej przeszłości. Miał dzisiaj tyle spraw na głowie, że szczerze powiedziawszy zupełnie nie pamiętał, co robił pięć minut wcześniej. Jako ostatni przygotowywał chyba bukiet dla jakiegoś nauczyciela… Albo nie, zaraz, potem przyszła kobieta, która chciała białe lilie, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła i…

Ale kiedy krążące po całej kwiaciarni spojrzenie Katsukiego mimowolnie padło na pewne niebieskie oczy, skupiony wzrok zagranicznego gościa uświadomił mu, że to nie tyle było pytanie, co raczej sugestia, że Japończyk szykował coś dla samego siebie.

— Ach, randka! — wypalił Yuuri i zamachał gwałtownie rękami, broniąc się przed takimi podejrzeniami. — Nie, nie! Nie randka, żadna randka, jeszcze nie… Znaczy nie, wcale nie! Chyba nie. Na razie nie.

— Zostańmy może po prostu przy „nie” — przystał mężczyzna, a jeden z kącików jego ust uniósł się nieco wyżej. — W takim razie czy mógłbym wyjść z taką właśnie propozycją?

— W sensie, że pan… — rzucił niepewnie Yuuri — ...pan potrzebuje bukietu na randkę?

Na to pytanie rozmówca zamrugał, zamrugał jeszcze raz, przestał mrugać w ogóle, bo kompletnie osłupiał, aż wreszcie zaśmiał się na cały głos, a (na Boga, czy to w ogóle było możliwe, aby wyglądał jeszcze lepiej?) jego usta ułożyły się w rozbrajający uśmiech o kształcie zbliżonym do serca.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.