E-book
19.11
drukowana A5
82.73
Kurz

Bezpłatny fragment - Kurz

Marihuana jest lekiem psychoaktywnym, pochodzi z suszonych kwiatów samicy konopi.

Objętość:
678 str.
ISBN:
978-83-8189-616-0
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 82.73

O książce

Seria tajemniczych porwań wstrząsa i absorbuje cały świat. Stawką staje się życie niewinnych dzieci, których los już wcześniej był przesądzony. Panujący system uzależnień w medycynie zostaje zachwiany pod presją żądań porywaczy. To, co wydaje się złem, staje się siłą ratującą życie. Z oparów kłamstw ujawnia się potęga prawdziwej mocy zakazanej rośliny. Czy uda się odwrócić przeznaczenie i zmienić los tych, którzy zostali skazani na śmierć?

Powieść ta poświęcona jest pamięci wszystkich tych, którym nie dano szansy.

Od autora.

W podzięce tym, którzy wspierali mnie podczas pisania, a przede wszystkim Bogumile z Poznania i Piotrowi z Miami. Jesteście wspaniali. Bez waszego wsparcia, moja myśl nie zakończyłaby się przełożeniem na papier. To dzięki waszej obecności powstała opowieść o wartościach, które składają się na sens naszego istnienia. W mojej opowieści są one docenione i ważne. Zdrowie i życie łączą się w jedną całość, nie można ich rozdzielać. Niestety, jest to tylko fantazja. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

A przecież wszyscy powinniśmy mieć prawo do zdrowia, takie samo, jak prawo do życia. Nasze zdrowie, bowiem, jest podstawowym warunkiem istnienia drugiego. Nie zapewniając prawa do zdrowia, nie chroni się prawa do życia. Jeżeli moja opowieść stworzy szansę dla choćby jednej osoby, cel jej zostanie spełniony. Życzę wszystkim zdrowia, a co za tym idzie wspaniałej podróży przez czas, nazywany potocznie życiem.

Robert D. Biernaciński

Rozdział 1. Propozycja

Opera

San Francisco, Kalifornia, 06 styczeń 2018, godzina 18:20.

Marihuana jest lekiem psychoaktywnym, pochodzi z suszonych kwiatów „samicy” konopi.

Ciężkie, ciemnoszare chmury przelewały się przez czerwono rude wieże mostu Golden Gate. Płynęły nisko i okrywały gęstym kożuchem miasto San Francisco. Szara, wilgotna powłoka mgły sięgała tego dnia aż do przęseł Bay Bridge tak, jakby chciała ukryć słynne więzienie Alkatraz z jego niechlubną historią.

Był sobotni wieczór. Przez Złote Wrota zatoki, jak zwykle o tej porze, sunęła rzeka pojazdów w obu kierunkach. Czarne Audi R8 ze srebrnymi pasami na bokach, przeciskało się szybko w kierunku miasta. Matius prowadził pewnie. Skoncentrowany, wyciskał z silnika maksymalną moc używając na przemian sprzęgła, hamulca lub gazu. Miał mało czasu, musiał być w operze przed dziewiętnastą, a jeszcze nie zdecydował się gdzie zaparkuje. Nie chciał korzystać z teatralnego parkingu ze względów bezpieczeństwa, a ponieważ znał miasto doskonale, myślał nad optymalnym rozwiązaniem.

— Chyba najlepiej będzie w Holiday Inn na 8-smej ulicy — powiedział do siebie.

Przejechał most i mijając po prawej stronie uroczą latem Marinę, wjechał na słynną Lombard Street. Po chwili skręcił w prawo w szeroką Van Ness, żeby po paruset metrach znaleźć się przed hotelowym wejściem. Oddał samochód chłopakowi z obsługi waleta i poszedł dalej piechotą. Pochylając się i osłaniając od wiatru przebiegł przez ulicę. Spieszył się. Umówił się o 19-tej, to już za 15 minut, a on był dopiero przy Larkin. Ważne było, żeby był na czas. Nie tyle ze względów etycznych, ale dlatego, że miał osobiście spotkać się z „Południowcem”.

— Co za parszywa pogoda. Jak ludzie mogą chcieć tu mieszkać? — pomyślał przyspieszając kroku.

Zaczął padać deszcz. Poczuł jak wiatr wciskał zimne krople w każde miejsce jego karku, które nie było zakryte kołnierzem skórzanej kurtki. Doszedł do budynku, wskoczył szybkimi krokami po schodach i wszedł do środka. Po prawej stronie były okienka zamkniętych już kas biletowych. Natomiast przed nim, zapraszały otwarte duże wahadłowe drzwi z czerwoną przegrodą, umocowaną na pozłacanych słupkach. Przy tej barierze stał człowiek w czarnym uniformie ze złotymi akcentami. Sprawdzał zaproszenia. Matius sięgnął do portfela i wyjął małą czarną kartę z wydrukowanym swoim nazwiskiem. Pokazał ją portierowi. Ten spojrzał na bilecik, bez słowa przesunął się na bok i powiedział lekko skłaniając głowę:

— Zapraszamy serdecznie sir, życzę miłego wieczoru.

Matius odwzajemniając uprzejmości wszedł do przestronnego holu. Rozejrzał się wokół. Na tle wypełnionego nowoczesną sztuką wnętrza, stało sporo ludzi ubranych w stroje wieczorowe. Panie w pięknych kreacjach z najdroższych butików i panowie w smokingach. Tworzyło to obraz wielkich pieniędzy i sukcesu zachodniego wybrzeża kraju. Poprawił na sobie kurtkę i skierował się do wind.

— Cholera — zaklął. — Nie ubrałem się najtrafniej na ten wieczór.

W pewnej chwili usłyszał, że ktoś go nawołuje z lewej strony szerokich schodów prowadzących do sali koncertowej. Odwrócił głowę i dojrzał Karola. Znał go, był on prawą ręką Carlosa, „Południowca”, człowieka, z którym miał spotkanie. Skręcił w jego kierunku.

Karol był Polakiem. Potężnie zbudowany, wysoki blondyn z niebieskimi oczami, podobał się kobietom i korzystał z tego przy każdej okazji. Mówiły o nim, że jest szarmancki. Matius miał jednak inne zdanie. To prawda, że ochroniarz lubił się zabawiać z dziewczynami i potrafił być wówczas nawet sympatyczny. Nie był to jednak prawdziwy Karol. Jego charakter można było określić jako pewny siebie, wręcz arogancki, chociaż inteligentny mięśniak, często nieobliczalny w swoim zachowaniu. Karol był mistrzem walk Martial Arts. Jego muskularna sylwetka nakazywała respekt i szacunek. Bez wyraźnej konieczności nie warto było z nim zadzierać. Był oddany Południowcowi, a ten darzył go pełnym zaufaniem.

Carlos otaczał się takimi ludźmi jak Karol przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo, ale również dla wzbudzenia respektu. Miało to być hamulcem dla tych, z którymi robił interesy. Nie obawiał się temperamentu takich goryli. Byli mu posłuszni i lojalni nawet, gdyby mieli opłacić to śmiercią. Zresztą sam Południowiec nie był laikiem w posługiwaniu się bronią. Władał doskonale zarówno białą jak i palną, a w walkach wręcz był mistrzem karate i stylu Ju-Jitsu. Matius podszedł do mężczyzny i podał rękę na powitanie. Uścisnąwszy twardą dłoń powiedział:

— Cześć Karol.

Ochroniarz odwzajemnił uścisk i mruknąwszy coś niewyraźnie w odpowiedzi wykonał gest, żeby poszedł za nim. Odwrócił się i bez zbędnych słów wszedł na schody prowadzące na półpiętro. Znajdował się tam niewielki bar. Kiedy weszli do lokalu, Matius rozejrzał się. Nie dostrzegł jednak nigdzie Carlosa. W barze znajdowały się nieznane mu dwie osoby oraz barman. Spojrzał na zegarek. Nie, nie był spóźniony. Karol podszedł do stojącego pod ścianą wysokiego stolika. Przy stoliku z czarnym marmurowym blatem, stały trzy wysokie stołki ze skórzanymi okrągłymi siedliskami. Wskazał mu jeden z nich i kiwnął głową, żeby usiadł.

— Zamów sobie coś i poczekaj — mruknął po angielsku.

Odwrócił się i bez słowa skierował do drzwi. Matius patrzył za odchodzącym szybkim krokiem ochroniarzem. Po jego ruchach można było poznać pewność siebie i arogancję. Zarówno szorstki i oficjalny sposób powitania, jak i starannie ukrywany stosunek do Matiusa, dawały wiele do myślenia. Obaj pochodzili z Polski, ale jakże różni byli to ludzie. Matius wiedział, że Karol słyszał o zdarzeniu w Huntington Beach i przy każdym spotkaniu odnosił wrażenie, że ten drab jest zazdrosny, iż Matius uratował wówczas życie Carlosowi. Karol był głównym bodyguard w osobistej ochronie Króla Marihuany i wywiązywał się z tego doskonale. Do tej pory nie miał jednak okazji wykazać się swoją lojalnością i poświęceniem. Matius, patrząc za oddalającym się mężczyzną, zastanawiał się, co by było, gdyby Karol znalazł się w podobnej sytuacji. Czy byłby zdolny nastawić własny kark za życie Carlosa? Ani Matius, ani Karol nie byli świadomi, że już niedługo taka okazja się nadarzy.

Spotkania z Carlosem były zawsze otoczone czymś, co przypominało sceny z filmu sensacyjnego. Południowiec lubił pokazywać, że jest ważny. Nie ulegało wątpliwości to, że był człowiekiem, z którym należało się liczyć. Nie pozostawało teraz nic innego, jak tylko czekać. Podniósł więc rękę i spoglądając na barmana, powiedział.

— Stella draft, please!

— —

Po około 20 minutach wrócił Karol i ku zdziwieniu Matiusa, powiedział po polsku:

— Chodź. Szef czeka na ciebie.

Matius był mile zaskoczony tym przyjacielskim aktem polskości ze strony Karola. Wstał, położył banknot dwudziestodolarowy na stoliku i szybkim krokiem podążył za odchodzącym. Wyszli z baru i udali się w kierunku długiego, biegnącego łagodnym łukiem korytarza. Znajdowały się tam wejścia do prywatnych loży. Karol zatrzymał się przy dużych dębowych drzwiach z numerem czternaście. Zapukał i nie czekając na zaproszenie z wewnątrz nacisnął klamkę. Kiwnięciem głowy wskazał Matiusowi, aby ten wszedł. Odsunął się na bok i przepuścił go przed siebie, sam zostając na korytarzu. Matius przekroczył próg i spojrzał na obecnych w środku.

— Och tak, to było doprawdy cudownie rozegrane. A ten tenor, to dosłownie niebo…, — rozprawiała z podnieceniem o grze artystów krótko obcięta brunetka.

Na widok wchodzącego Matiusa przerwała. Spojrzała z zainteresowaniem na mężczyznę. Zmierzyła jego postać z góry do dołu tak, jak to robią kobiety, którym zawsze wydaje się, że to one wybierają, a nie są wybierane.

Matius uprzejmie skinął głową i rozejrzał się po pomieszczeniu. W środku, na nogach w kształcie zwiniętego węża, znajdowały się dwie niskie ławy. Przy każdej z nich były cztery obrotowe, skórzane fotele. Z przodu nie było ściany, ale coś w rodzaju odgrodzenia, czy też balustrady, wysokości około jednego metra. Przegroda ta wykończona była na górze marmurem z mahoniowymi deseniami. Poprzez balustradę widać było dokładnie całą scenę i postaci poruszające się po niej. Jednak w pomieszczeniu panowała prawie zupełna cisza. Odgłosy operowych artystów i muzyka docierały teraz tutaj w bardzo ograniczonym wymiarze. Matius zauważył, że loża była odgrodzona od zewnątrz szybą, która nie przepuszczała dźwięków. Jej grubość wskazywała na to, że była kuloodporna. Muzyka, którą słyszał, wydostawała się w tej chwili z ukrytych głośników.

Teraz już wszyscy obecni patrzyli na wchodzącego. Przy drugim stoliku od lewej, obok kobiety w szafirowej sukni, o długich, jak śnieg białych włosach, dojrzał siedzącego Carlosa. Jego smukła sylwetka odznaczała się wyraźnie na tle świateł, dochodzących z sali teatralnej. Miał na sobie smoking z gładkimi frakowymi klapami i pasplowanymi kieszeniami. Do tego, ciemnogranatowe spodnie z pojedynczym atłasowym lampasem i białą koszulę z wykładanym kołnierzykiem, oraz plisą zakrywającą guziki. Całość uzupełniała czarna, jedwabna muszka. Na nadgarstku lewej ręki, w świetle reflektora, błysnął srebrem platyny zegarek Patek Philippe. Ten sam, który kiedyś jako kurier Columbia Ekspres, dostarczył mu osobiście. Od Carlosa biła najwyższa klasa, szyk i pieniądze.

Matius spojrzał na przyjaciela. Ten wstał i uprzejmym, ale stanowczym głosem z latynoskim akcentem, powiedział po angielsku do obecnych:

— Przepraszam was kochani, ale właśnie wszedł mój stary znajomy — tutaj spojrzał na Matiusa i lekko się uśmiechnął — wybaczcie, ale muszę z nim porozmawiać. Sądzę, że w barze znajdziecie wszystko, czego wam potrzeba — powiedział to nie zwracając zupełnie uwagi na fakt, że znajdowali się w operze i byli w połowie spektaklu.

Wszyscy bez słowa wstali i jeden po drugim wyszli z loży, pozdrawiając Matiusa lekkim skinieniem głowy. Drzwi się zamknęły. Matius został sam z Carlosem. Przez chwilę patrzyli na siebie. Wiedział, że od tego, co powie, zależy decyzja Carlosa, a to było bardzo ważne dla powodzenia akcji ‘KURZ’.

— Cześć, dzięki za spotkanie — podał dłoń, a wyduszając z siebie te słowa nie wiedział właściwie, czy mają one sens.

— Witam. Dobrze cię widzieć. Wiesz przecież, że dla ciebie zawsze znajdę czas. Przepraszam za to miejsce spotkania, ale mówiłeś przez telefon, że to bardzo pilne, a my mieliśmy już w planach ten operowy wieczór. Co cię sprowadza? — zapytał wprost, dając tym do zrozumienia, że czas ma tutaj znaczenie, oraz żeby przejść do meritum.

— Wczoraj przyleciałem z Warszawy. Jestem związany z Grupą Kondor. Słyszałeś coś o nas? –zapytał.

— Tak, słyszałem o waszej organizacji — odpowiedział krótko, i zaraz potem dodał — Nie wchodziłem w szczegóły, bo z tego, co wiem, to nie zajmujecie się moją branżą.

Carlos nachylił się nad stołem i otworzył drewniane pudełko Montecristo, kubańskich cygar, o pięknym smukłym wyglądzie i wyrafinowanym smaku. Podsunął je Matiusowi.

— Zapalisz? — zapytał. — Są doskonałe, uwielbiam czuć potężny zapach ich dymu — dodał jakby sam do siebie.

— Z przyjemnością — odpowiedział Matius.

Spojrzał uważnie na Carlosa, a sięgając po wielkiego kubana powiedział:

— Widzę, że jak zwykle jesteś poinformowany — powrócił do tematu. — Przyjechałem, ponieważ mamy dla ciebie propozycję.

— Propozycję? Na miejscu mamy dużo roboty. Nie bardzo widzę potrzebę rozdrabniania uwagi. Poza tym moi Meksykanie — tutaj wykonał znaczący ruch głową, — nie lubią mieszać tematów w interesach. Zresztą ja też uważam, że nie jest to zdrowe i wcześniej czy później może prowadzić do konfliktu.

Matius pomyślał chwilę. Znał Carlosa i wiedział, że ten latynoski Król Marihuany nie podejmie się niczego, co nie będzie stanowiło dla niego wartości ponadwymiarowych, nieprzeciętnych, oraz takich, których nie sposób określić żadną sumą pieniędzy. Stwierdził, że trzeba będzie przejść szybko do tematu. Z tym człowiekiem najlepiej nie przeciągać. Jeśli ma się zaangażować, to zgodzi się od razu, a jeśli odmówi, to zachowa pełną dyskrecję.

— Rozumiem doskonale i mogę zagwarantować, że sprawa nie prowadzi do konfliktu interesów, wręcz przeciwnie. Zresztą gdyby tak było, nie prosiłbym ciebie o pomoc. Sprawa nie jest związana z tym, czym ty się zajmujesz. Powiem więcej, może nawet pomóc twojej działalności. Konkretnie chodzi nam o twoje kontakty i ludzi lojalnych i godnych zaufania. Nasza propozycja dotyczy zorganizowania pewnych akcji. Czy to jest dla ciebie otwarty temat?

Nastała chwila ciszy, tylko przygłuszona grubą szybą muzyka operowego spektaklu, mąciła lekko ten spokój. Carlos wstał i wolno podszedł do barku, mieszczącego się z lewej strony drzwi wejściowych.

— Napijesz się? — zapytał.

— Chętnie, czystą z lodem poproszę.

Południowiec wyjął butelkę Belwederu i nalał do dwóch szklanek, w które wcześniej wrzucił po dwie kostki lodu. Carlos wiedział, że jest to ulubiona wódka Matiusa. Jedną szklankę z drinkiem podał przyjacielowi i unosząc drugą, umoczył lekko usta w chłodnym trunku. Spojrzał na swojego gościa z uwagą, wpatrując się w jego pomarszczoną bruzdami życia twarz. Zdawał sobie sprawę, że Matius nigdy nie poprosiłby go o spotkanie, gdyby przyczyna nie była najwyższej wagi. Wiedział, że nie o pieniądze tutaj chodzi. Tego, ani jemu, ani Matiusowi nie brakowało. Musiało to być coś większego, coś bardziej złożonego.

Przypomniał sobie dzień, w którym mógł stracić życie. Było to w nadmorskim uzdrowisku Huntington Beach w południowej Kalifornii. Było już dobrze po południu, kiedy na jego biurku zadzwonił telefon. Ktoś go informował o wypadku na jego jachcie i żeby zaraz tam przybył. Natychmiast wyszedł z biura mieszczącego się w jednopiętrowej willi, niedaleko Main Street i Garfield. Zdążył tylko wsiąść do samochodu, kiedy ich Hammer został trafiony granatem i ostrzelany z broni maszynowej. Napastnicy wiedzieli doskonale, w co i do kogo strzelają. Na miejscu zabili kierowcę i dwóch jego ludzi. On sam dostał w ramię i lewą nogę. Wyczołgał się z przewróconego auta i kiedy próbował wstać, ktoś nadepnął mu na dłoń. Był to Sułtan. Polował na niego już od lat, a pracował dla konkurencji. Przystawił mu lufę karabinu do głowy i warknął:

— Załatwiłeś wszystko w HB, chłopaczku? Przykro mi, że cię wstrzymuję z powrotem do mamy, ale masz jeszcze spotkanie, o którym właśnie cię informuję.

Pociągnął go za kołnierz w górę i pchnął w kierunku czarnej limuzyny, stojącej opodal w poprzek drogi. W chwili, kiedy z trudem chciał wykonać krok stając na tryskającej krwią zranionej nodze, ujrzał kręcące się z potworną prędkością koło Harleya nad głową Sułtana. Wirująca opona uderzyła napastnika prosto w czoło, rozcinając czaszkę bandyty i powalając go na asfalt. Motocyklista przeleciał nad nim i posadził maszynę na ziemi. Trzymając kierownicę prawą ręką, nachylił motor i przekręcił rączkę gazu do oporu. Z dymem palącej się opony tylnego koła, zawrócił. Drugą ręką, błyskawicznie chwycił mały automatyczny pistolet, wiszący u pasa. Uniósł broń na wysokość biodra i wycelował. Krótkimi seriami, w kilka sekund załatwił resztę osłupiałej obstawy. W tym czasie, kierowca limo ruszył z piskiem opon starając się w panice odjechać. Przez otwarte okno strzelał z pistoletu w jego kierunku. Motocyklista spokojnie uniósł karabin, wycelował, i jednym strzałem trafił go w głowę. Czarna limuzyna uderzyła w słup latarni i znieruchomiała. Motocyklista wyprostował maszynę i ruszył. Podjechał wolno do niego i zdjął kask. Był to Matius. To on uratował mu wówczas życie.

Carlos nie zapomina o takich sprawach. Teraz też o tym pamiętał. Usiadł ponownie na fotel, wciskając się wygodnie w skórzane poduchy i powrócił do tematu:

— Rozumiem — zrobił krótką przerwę.

Spojrzał uważnie Matiusowi w oczy.

— O jakie akcje chodzi? — zapytał.

Senior Carlos Jose Castrowerde.

Apteki — Las Vegas, 15 grudzień 2016, godzina 11:00.

„Konopie indyjskie to wysoka roślina ze sztywną pionową łodygą, podzieloną ząbkowanymi liśćmi i cienkimi włoskami. Jest używana do produkcji włókna konopnego, oraz jako lek psychotropowy.”

Carlos był silnym charakterem. Pomimo młodego wieku przeszedł praktycznie już wszystko. Od urodzenia i wychowywania się w prymitywnej wiosce, zagubionej gdzieś głęboko w meksykańskiej dżungli, poprzez niewolniczą pracę i walkę o przetrwanie, do wielkiego sukcesu w biznesie i posiadania luksusowych posiadłości w Malibu, Dubaju, Paryżu, Las Vegas i Cancun.

Historia życia Carlosa jest jak powieść sensacyjna. Urodził się w Meksyku w biednej rodzinie farmerskiej. W wieku 13 lat, został porwany przez ludzi tamtejszego Lorda narkotykowego i zmuszony do pracy przy produkcji heroiny. Bez specjalnych sprzeciwów zaakceptował nową sytuację. Nie była ona o wiele gorsza od tego, co miał w rodzinnym domu. Szybko też wszedł w układy z innymi robotnikami i w niedługim czasie pomimo młodego wieku, stał się ich niepisanym przywódcą. Spędził tam prawie 6 lat, pracując niewolniczo przy produkcji narkotyków lub na polach marihuany. Jego silna pozycja w grupie i przywódcze zdolności nie zostały niezauważone.

Kiedy miał dziewiętnaście lat uśmiechnęło się do niego szczęście, jak sam nazywał to zdarzenie. Na fałszywych papierach, został przerzucony przez mafię do Stanów Zjednoczonych w rejon Los Angeles. Włączono go do grupy, której zadaniem była dystrybucja przemycanego z Meksyku towaru.

Okres ten w życiu Carlosa, był burzliwą mieszaniną zarówno uczuć jak i doświadczeń. Pierwsze miłości, walka o życie i przewodnictwo w grupie, w której działał. Z natury był twardy i potrafił znaleźć się w każdej sytuacji. Nie obawiał się przemocy i buńczucznych zachowań starszych od siebie partnerów. Stoczył wiele bójek nie tylko z konkurencyjnymi bandziorami, ale też wśród swoich kolesiów po fachu. Po 5 latach przepychanek, Carlos dostał to do czego dążył. Sam Franco Jose de Curtis, jego Boss i największy Lord narkotykowy na południu Meksyku, mianował go szefem dystryktu terenów południowo-zachodnich operacji rozprowadzania marihuany w USA. Carlos stał się Bossem w Los Angeles i San Diego w Kalifornii, poprzez Las Vegas w Newadzie, aż do Phoenix i Tucson w Arizonie. Był bezpośrednio odpowiedzialny za sprawy związane z przerzutem, dystrybucją i sprzedażą konopi na tych terenach. Jego ludzie kontrolowali całość interesów, gwarantowali pełne bezpieczeństwo i powodzenie wszystkich powierzonych zadań.

W szybkim czasie stał się znany ze swojej sumienności. Powierzone mu zlecenia zawsze wykonywał z najwyższą dokładnością. Wieloletni pobyt wśród towarzystwa, o którym nie chcą nawet śnić tzw. spokojni obywatele, wyrobił w nim coś w rodzaju warstwy ochronnej.

To wszystko nauczyło go wiele. Doświadczenia, których nabywał, zawsze znajdowały u niego podatny grunt. Carlos był typem człowieka, który potrafił wyciągać wnioski, uczyć się na popełnionych błędach i korzystać z nabytej w ten sposób wiedzy. Te cechy sprawiły, że szybko doszedł do pozycji, którą posiadał dzisiaj. W biznesie był konsekwentny i wymagający, ale zawsze sprawiedliwy. To różniło go od innych. Ponad wszystko cenił lojalność i honor. Potrafił to zawsze zauważyć, wyodrębnić i wynagrodzić wskazując innym, jako przykład. Za to właśnie był szanowany i kochany wśród swoich. Wiedzieli, że mogą liczyć na swojego szefa. Byli pewni, że jeśli zajdzie potrzeba pójdzie za nimi i zrobi wszystko, żeby wyciągnąć ich z kłopotów. Dlatego służyli mu z serca i byli gotowi oddać życie w jego obronie. Przylgnęło do niego przezwisko „Południowiec”, z racji pochodzenia z meksykańskiego stanu Oaxaca, leżącego na dalekim południu kraju, z którego pochodził.

Biznes, w którym działał, wymagał często radykalnych posunięć i decyzji. Nie bał się tego, potrafił je podejmować natychmiast i szybko. Dlatego w krótkim czasie stał się największym dystrybutorem ‘trawy’ na południowo-zachodnim wybrzeżu Stanów.

Jego zainteresowanie marihuaną nie kończyło się jednak na handlu. Szybko zrozumiał, że marihuana to nie jest niszczącą trucizną, lecz potężnym lekiem, a odpowiednio użyta, może pozytywnie pobudzać nasze doznania. Szukał informacji i wiele czytał na temat konopi. Dowiedział się, że stymulacja naszych doznań i inteligencja mają ścisły ze sobą związek. W jednym z artykułów w naukowym czasopiśmie dotyczącym osobowości i psychologii społecznej wyczytał, że osoby poszukujące stymulacji, szukają jednocześnie dróg rozwoju otaczającego ich środowiska. Innymi słowy, wyższa inteligencja, łączy się z zachowaniami szukającymi ożywiania i pobudzania do działań.

Carlos nie tylko szukał informacji, chciał również rozumieć, dlaczego tak się dzieje. Odpowiedź znalazł w kwestii rozwoju ewolucyjnego człowieka. Wielu psychologów i badaczy wyjaśnia rozwijanie ludzkiej inteligencji, właśnie poprzez stymulację. Ewolucja homo-sapiens miała miejsce głównie w epoce nazywanej plejstocen. Osobnicy o większej inteligencji stojący na czele grup podejmowali decyzje, od których zależało przetrwanie reszty. Konieczność rozwiązywania coraz to nowych problemów, była motorem używania stymulantów. Nasze mózgi do dzisiaj właśnie tak się rozwijają i podobnie działają.

W ten sposób z czasem stał się ekspertem w tym temacie. Wiedza ta pozwoliła mu odkryć prawdziwą wartość, jaką kryje w sobie ta zakazana roślina. Od tamtych dni jego celem było jak najszersze doinformowanie społeczeństwa. Południowiec stał się niepisanym Królem i potężnym promotorem leczniczej marihuany. Kiedyś poproszony przez jedną z lokalnych gazet napisał artykuł wyjaśniający błędne opinie. W artykule Carlos pisał:

— „Historia używania marihuany w Stanach Zjednoczonych rozpoczyna się z początkiem XX wieku, kiedy to została ona przywieziona tutaj przez imigrantów z Meksyku. Sprzedawano wówczas wiele rodzajów medycznych środków wytworzonych z tej rośliny. Używano ją również dla relaksu i rekreacji. W krótkim czasie Marihuana stała się tanią medyczną alternatywą dla każdego”.

Carlos zdawał sobie dokładnie sprawę z zależności, jakie panują na rynku medycznym. Po wielu latach działalności w rozprowadzaniu marihuany zrozumiał, dlaczego jest ona zdelegalizowana. Właśnie te drzemiące w niej potężne wartości lecznicze, były tutaj główną przyczyną. Wyjaśniał to w artykule.

— „W krótkim czasie masowe sięganie po medyczną marihuanę stało się dostępną alternatywą dla wszystkich. To pokazało, że produkt ten ma w sobie olbrzymi potencjał rynkowy zagrażający monopolistycznym interesom firm farmaceutycznych. Problem polegał na tym, że marihuana to roślina, która jest bardzo łatwa w uprawie. Nie wymaga wielkich nakładów finansowych, praktycznie każdy może to zrobić. Chodziło o to, żeby jakoś uzyskać kontrolę nad tym potencjałem. Był na to tylko jeden sposób. Należało zdelegalizować marihuanę”.

Carlos pisząc te wyjaśnienia wiedział, że wchodzi na bardzo śliski grunt. Był jednak zdecydowany zaryzykować konflikt z siłami, które kontrolowały te zależności. Jego artykuł był wyzwaniem, które miało rozpocząć proces legalizacji marihuany.

— „W roku 1936 za sprawą filmu o nazwie „Wściekłość na opałach” — pisał w artykule, — zaczęto wiązać marihuanę i jej używanie z przestępczością i antyspołecznym zachowaniem. W ten sposób powstał podatny grunt, który wykorzystały zainteresowane strony. Wyolbrzymiając problemy z meksykańskimi imigrantami związanymi z przemytem twardych narkotyków, rozpoczęto proces w kierunku delegalizacji konopi.”

Południowiec dokładnie zdawał sobie sprawę, że zwróci swoim artykułem uwagę. Jego pozycja była jednak już tak silna, że postanowił zaryzykować. Wiedział, że wcześniej czy później proces legalizacji musi się rozpocząć. Dostęp do informacji w porównani z latami 30-tymi był obecnie nieporównywalny. Teraz był czas rozpoczęcia tej walki. Artykuł miał za cel otworzyć oczy społeczeństwom, a w szczególności Amerykanom. Carlos pisał dalej:

— „Wmawiano ludziom, że powinni się obawiać używania tej rośliny z jakichś, bliżej niesprecyzowanych powodów moralnych i zdrowotnych. Tworząc w ten sposób mity, rozpoczęto kampanię, której celem była zupełna delegalizacja marihuany w Stanach Zjednoczonych. I tak, pierwsze poważne ograniczenia federalne miały miejsce w 1937 roku. W krótkim czasie marihuana stała się nielegalna.”

Informacje, które posiadał na temat leczniczych możliwości marihuany były jednoznaczne. Nie obawiał się trudnych pytań i potrafił na nie zawsze jednoznacznie odpowiedzieć. Przyczyna tego była prosta. To, o czym mówił Carlos oparte było na prawdzie i faktach. To, na czym opierali swoje wywody przeciwnicy legalizacji, były to mity i kłamstwa. Carlos wyjaśniał:

— „Wbrew temu, co mówią przeciwnicy legalizacji, Marihuana leczy. Użyta w odpowiedni sposób jest potężnym środkiem medycznym, wielokrotnie sprawdzonym i potwierdzonym. To są fakty. Obecnie wiele stanów decyduje się na ponowną legalizację tej zakazanej bezpodstawnie rośliny, zezwalając na oficjalne jej używanie i dystrybucję w ich granicach. Po wieloletnich debatach za i przeciw, nie ma istotnych przesłanek przeciwko ogólnokrajowej legalizacji. Natomiast faktem jest, że taka legalizacja prowadzi do wznowienia badań naukowych nad leczniczym potencjałem konopi. Powstają wyspecjalizowane laboratoria, gdzie dokonuje się nowych potężnych odkryć o możliwościach w zastosowaniu marihuany dla dobra ludzkości. Zaś od strony czysto finansowej, są to miliardy dolarów wpływów z podatków dla tych stanów, które zdecydowały się to już zrobić — pisał w swoim artykule Carlos.

I tak pierwsza apteka marihuany z sieci GreenCannabis Med. została otwarta w Las Vegas 15 grudnia 2016 roku. Carlos zapytany przez dziennikarza w wywiadzie dla stacji telewizyjnej CNW podczas oficjalnego otwarcia, dlaczego uważa, że marihuana powinna być zalegalizowana powiedział:

— Dzisiaj przeciwnicy legalizacji marihuany utrzymują, że marihuana jest uzależniającym narkotykiem. Mówią, że upośledza funkcje organizmu, a jej zażywanie może mieć wpływ na wzrost agresji i może działać destrukcyjnie na ludzki organizm. Nie jest to jednak prawdą. Natomiast takie efekty spożycia możemy przypisać zupełnie innemu produktowi. Czyż nie brzmi to dokładnie tak, jak efekt spożycia alkoholu? A jednak alkohol jest legalny, chociaż działa negatywnie na ludzki organizm pod wieloma względami — argumentował.

— To niesamowity czas dla branży konopi indyjskich i cieszę się, że mam okazję, powiem więcej, wszyscy zostaliśmy wyróżnieni, że jesteśmy świadkami legalizacji używania marihuany. Jest to wydarzenie historyczne. Oddając tę znaną od wieków z leczniczych wartości roślinę z powrotem w ręce lekarzy i naukowców, tworzymy przełom na skalę tysiąclecia. Przy dzisiejszych możliwościach technicznych i dynamicznym rozwoju nauki, stworzymy zaplecze do wykorzystania marihuany w sposób do tej pory niewyobrażalny — mówił Carlos, prezes GreenCannabis Med.

— Nasza firma jest jednym z pionierów w tej branży. Teraz, w tym już legalnie rozwijającym się przemyśle, będziemy mogli coraz szerzej wprowadzać na rynek produkty zaprojektowane tak, aby w bezpieczny sposób zaspokajać wszystkie potrzeby konsumenta — zakończył wypowiedź Król Marihuany.

Zabranie.

Düsseldorf, wtorek, 21 maj 2019, godzina 13:50.

Mały Thomas nie przeszkadzał matce w porannych pracach domowych i bawił się cicho w swoim pokoju. Miał skończone 6 lat i w tym roku zacznie się nowy etap w jego życiu. Za kilka miesięcy rozpocznie naukę w pierwszej klasie. Tak naprawdę to bardziej byli tym zaaferowani jego rodzice, niż on sam. Wszyscy mówili, że pozna tam wielu nowych kolegów i koleżanek, że szkoła tak ogólnie to fajna sprawa. Na początku nie bardzo wierzył dorosłym, ale gdy pewnego razu spotkał na spacerze swojego o rok starszego kolegę Bena i ten z emocjami opowiadał mu o swojej szkole uwierzył, że nie jest to taka zła opcja. Ostatecznie czy tego chce, czy nie, zostanie wysłany do szkoły, więc lepiej było przyjąć to do wiadomości. Przynajmniej będzie mógł mieć ferie zimowe i wakacje letnie, których do tej pory nie mógł mieć, bo do żadnej szkoły jeszcze nie uczęszczał, przekonywał siebie.

Thomas był jedynym dzieckiem Grety i Hansa Hermann. Oboje kochali go ponad wszystko. Kiedy chłopiec skończył 4 lata, przyszła powalająca z nóg wiadomość. Ich syn został zdiagnozowany, że cierpi na rzadką chorobę błędnika równowagi. Wszystkie dostępne środki i metody nie dawały gwarancji wyleczenia, mogły tylko powstrzymywać postępowanie choroby. Innymi słowy, chłopiec mógł żyć jeszcze rok albo i 10 lat, nie miał jednak szans na całkowite wyzdrowienie. Według lekarzy należało się spodziewać pogarszania stanu zdrowia o około 10 do 15% z każdym rokiem. Teoretycznie, kilkunastoletni Thomas był skazany na śmierć. Greta i Hans nie pogodzili się z tym wyrokiem i przez cały czas poszukiwali jakiegoś rozwiązania, nowej metody, czy też lekarstwa. Niestety bezskutecznie. Pozostawały tylko środki niekonwencjonalne, które doradzali im niektórzy przyjaciele. Greta jednak nie potrafiła przekonać się do tego typu leczenia. Czytała wiele fachowych artykułów na temat terapii niekonwencjonalnych i coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że mogą one jej dziecku tylko zaszkodzić. Tym bardziej, że podobnego zdania był prowadzący leczenie Thomasa lekarz, który był profesorem w jednej z najpoważniejszych prywatnych klinik w Düsseldorfie.

Było już po czternastej, kiedy Greta Hermann zdecydowała się wyjść na zakupy, o których myślała od rana. Pomogła małemu Thomasowi ubrać się w spodenki na szelkach, ciemne buciki i kurtkę na kożuszku, imitującą pilotkę. Na siebie założyła lekki płaszcz. Weszli do garażu połączonego bezpośrednio z domem. Otworzyła przyciskiem szerokie drzwi, które z cichym szmerem zrolowały się w górę. Posadziła syna na fotelik na tylnym siedzeniu za kierowcą i przypięła go pasami. Tam było najbezpieczniej. Greta zawsze była ostrożna, a w przypadku syna, szczególnie.

Mieszkali w spokojnej dzielnicy Düsseldorfu, Wittlaer, niedaleko lotniska. Do centrum handlowego były jakieś 3 kilometry, nawet nie trzeba było wjeżdżać na autostradę. Greta wyprowadziła swoje BMW3 z garażu i wyjechała krótkim podjazdem na drogę. Nie zwróciła uwagi na zaparkowany nieopodal ciemny samochód, który gdy tylko go minęła, ruszył za nią.

Po chwili znaleźli się na skrzyżowaniu, a właściwie na niewielkim rondzie Bockumer Str. i Duisburger Landstrase. Po prawej stronie znajdowała się grecka restauracja „Kapitol”. Kobieta spojrzała na udekorowany narodowymi akcentami lokal. Pomyślała, że przy okazji może zrobić rezerwację na sobotnie wyjście. Mieli przyjechać do nich znajomi z Hamburga i razem z Hansem chcieli zaprosić ich na obiad. Mogłaby to w prawdzie zrobić telefonicznie, ale skoro już jest w pobliżu, to zrobi to osobiście. Tym bardziej, że przyjaźniła się z Heleną, właścicielkę restauracji.

W lokalu o tej porze było zawsze dużo gości. Greta jechała wolno przez parking, szukając wolnego miejsca. Zobaczyła, jak na końcu placu wyjeżdża jakieś audi. Podjechała tam i zaparkowała na jego miejscu. Wysiadła z auta i odpięła pasy małego Thomasa. Trzymając chłopca za rękę skierowała się do restauracji. Od lokalu nie dzieliło ich więcej niż 20 metrów. Byli już w połowie drogi, kiedy nagle poczuła, że ktoś chwyta ją od tylu. Pomyślała, że to Hans wracał wcześniej z pracy i podjechał tutaj, aby zarezerwować stolik. Rozmawiali przecież o tym wczoraj wieczorem. W następnym ułamku sekundy zorientowała się jednak, że to na pewno nie mógł być jej mąż. Napastnik mocniej złapał ją w pasie, a drugą ręką zatkał jej nos i usta szmatą, nasączoną dziwnie pachnącym płynem. Poczuła jak uginają się pod nią kolana, ogarnęła ją ciemność i niemoc. Greta straciła przytomność.

Mężczyzna w nieprzemakalnej kurtce, położył opadającą bezwładnie kobietę delikatnie na asfalt. Jednocześnie szybkim ruchem chwycił rękę chłopca i stanowczo przyciągnął go do siebie. Thomas z przerażeniem w oczach obserwował całe to zajście, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Zrozumiał tylko, że ktoś właśnie skrzywdził jego mamę, a jego samego zamierza porwać. Chciał się wyrwać. Szarpnął ręką, ale dłoń obcego mocno trzymała go za nadgarstek. Tylko słabo krzyknął:

— Puść mnie!

W tym czasie mężczyzna pociągnął go za narożnik budynku restauracji, gdzie czekał z włączonym silnikiem i otwartymi drzwiami ciemnogranatowy Peugeot. Zanim Thomas zdążył jeszcze raz coś powiedzieć, porywacz przyłożył mu do nosa tą samą szmatkę, którą obezwładnił jego matkę. Wepchnął lekko chłopca do auta, gdzie ten natychmiast usnął nie wydając już żadnego dźwięku. Samochód ruszył i wolno odjechał. Akcja z numerem ewidencyjnym DU-05021-00100 została zakończona pełnym sukcesem. Kierowca peugeota wcisnął pojedynczy numer na telefonie i zameldował:

— Ziarno w koszu, bez odbioru.

Ciemnoniebieski peugeot wjechał na autostradę B8 i nabierając prędkości, zlał się z pędzącą rzeką innych pojazdów.

— —

W restauracji Kapitol o tej porze panował spory ruch. Kiedy Eva Hertz wyszła przed lokal, od razu zauważyła kogoś leżącego na parkingu. Podbiegła tam i zobaczyła kobietę, która nie dawała oznak życia. Przykucnęła przy niej i krzyknęła przez ramię :

— Hey Rudolf chodź szybko, tutaj ktoś leży!

Mężczyzna po 50-tce, ze sporą nadwagą, właśnie wyszedł z Kapitolu. Usłyszał wołanie żony i spojrzał w jej stronę. Rzeczywiście ktoś tam leżał. Podszedł szybkim krokiem i spytał :

— Kto to jest? Znasz ją?

— Nie znam jej. Oddycha, ale jest nieprzytomna, trzeba ją zabrać do środka. Ty zawołaj pomoc, a ja zadzwonię po pogotowie.

Złapała za telefon i wcisnęła numer pogotowia. W tym czasie dookoła zebrało się już kilka osób. Ktoś stanowczym głosem krzyknął:

— Ona żyje! Niech jej nikt nie rusza. Trzeba sprowadzić lekarza. Proszę jej nie ruszać — powtórzył.

Ludzie nachylali się nad leżącą Gretą, przyglądali się i głośno komentowali, każdy na swój sposób. Hałasy i zamieszanie na parkingu dotarły do Heleny. Spojrzała przez okno restauracji i zobaczyła gromadzący się tłumek, wyszła szybko na zewnątrz.

Co tutaj się dzieje? — Zapytała głośno jednocześnie przepychając się przez stojących wokoło czegoś, czy kogoś ludzi. Wcisnąwszy wreszcie głowę pomiędzy jakiegoś wysokiego faceta i małą szczupłą kobietę, spojrzała na leżącą postać. Zamarła z przerażenia.

— Greta? Co się stało? Ja ją znam, to moja przyjaciółka!

Pochyliła się nad leżącą. Dotknęła jej szyi, sprawdzając puls. W tym momencie Greta zakaszlała i otworzyła na wpół przytomne oczy. Ujrzawszy znajomą twarz, spytała słabym głosem:

— Helena? Co się stało? Thomas, gdzie jest mój syn?!? — Powiedziała już mocniej.

— Nie wiem, ludzie znaleźli cię tutaj, nie ruszaj się, pogotowie już jedzie — Helena przytrzymała ramię podnoszącej się Grety.

— Byłaś z Thomasem? Nie ma go tutaj, pewnie się przestraszył i wbiegł do lokalu. Patryk, zobacz, gdzie jest Thomas — krzyknęła do kelnera, który też wyszedł na parking usłyszawszy zamieszanie. Młodzieniec posłusznie zawrócił i szybkim krokiem wpadł do restauracji w poszukiwaniu chłopca. Helena spojrzała na przyjaciółkę, zdjęła z siebie lekki sweter i złożywszy go na czworo, podłożyła Grecie pod głowę.

— Leż spokojnie, pewnie się potknęłaś i przewróciłaś, a uderzając głową straciłaś przytomność. Pogotowie zaraz… — nie zdążyła dokończyć zdania.

— Nie, nie, ja się nie przewróciłam — powiedziała stanowczo silnym już głosem Greta. Ktoś mnie napadł i obezwładnił jakimś środkiem odurzającym — Grecie wracała świadomość tego, co się wydarzyło. Przerażenie i strach obezwładniły ją ponownie. Zdała sobie sprawę, że stało się coś bardzo złego.

W tym momencie dobiegł ją dźwięk syreny z dojeżdżającej karetki pogotowia. Samochód wjechał na parking i zatrzymał się nieopodal leżącej. Ludzie szybko zrobili miejsce i dwóch ratowników podbiegło do leżącej Grety. Sprawdzili jej stan i ewentualne obrażenia. Założyli poszkodowanej gruby kołnierz unieruchamiający kark i przystąpili do rutynowych czynności.

Po kilku minutach z pomocą ratowników Greta uniosła się i weszła do lokalu. Usiadła na długiej kanapie, która stała przy wejściu. Na szczęście nie było żadnych poważniejszych obrażeń oprócz małego siniaka na nadgarstku. Ratownicy dokończyli oględzin pacjentki i nieskutecznie namawiając ją na wizytę w szpitalu, której Gerta stanowczo odmówiła, odjechali. Zabronili jej zdejmować na razie kołnierz zabezpieczający kark. Helena zaprowadziła przyjaciółkę do swojego biura na zapleczu. Usiadły na dwóch skórzanych fotelach. Milczały. Greta miała przerażenie w oczach. Thomasa nigdzie nie znaleziono, ani w restauracji, ani w jej pobliżu.

Teraz czekali na przejrzenie nagrań z kamer ochronnych, zainstalowanych wokoło budynku. Zajął się tym mąż Heleny, Adrian. Sam te kamery montował i obsługiwał, więc wiedział jak to zrobić. Za chwilę dowiedzą się, co tak naprawdę się zdarzyło.

Włączyli telewizor. Na ekranie ukazało się sześć prostokątów z podzielonym terenem parkingu i okolicą budynku. Właśnie wjechało tam BMW Grety, a tuż za nią zjechał z ulicy jakiś ciemnoniebieski Peugeot i zatrzymał się na tyłach lokalu. Greta i Thomas wysiedli z samochodu i ruszyli w stronę wejścia do restauracji. Prawie w tym samym czasie, z Peugeota wysiadł nieznajomy mężczyzna i szybkim krokiem podążył w ich kierunku. Dalej akcja rozegrała się w błyskawicznym tempie. Mężczyzna podszedł od tyłu do niczego niespodziewającej się kobiety, obezwładnił ją i położył na ziemię. Jednocześnie chwycił zdezorientowanego chłopca za rękę. Po chwili obaj zniknęli w czekającym z tyłu budynku samochodzie, który wolno wyjechał na ulicę i oddalił się w nieznanym kierunku.

Greta była przerażona. Nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Spojrzała na Adriana, potem na Helenę i ponownie na Adriana. Zasłoniła rękoma twarz i łkając szeptała:

— Nic nie rozumiem. Dlaczego? O co im chodzi? My przecież nie mamy dużo pieniędzy, niczym się nie wyróżniamy.

Pierwszy otrząsnął się Adrian. Nie pytając nikogo złapał telefon i wykręcił numer policji.

— Dzień dobry, nazywam się Adrian Witkowski, chciałem zgłosić porwanie. Ktoś właśnie uprowadził syna naszej przyjaciółki…

Kiedy Adrian rozmawiał jeszcze z policją, do biura wszedł mąż Grety, Hans. Podszedł do przerażonej żony i mocno ja przytulił. Wiedział już co się stało. Spojrzał żonie prosto w oczy i powiedział cichym, ale wręcz nieproporcjonalnie do zaistniałej sytuacji pewnym głosem:

— Uspokój się, znajdziemy go.

Wzrok każdego z obecnych spoczął na Hansie, a on przytulił jeszcze mocniej żonę i zamilkł. W biurze nastała cisza.

MATIUS

Ogłoszenie, Nowy York, 06 grudzień 2010, poniedziałek.

Zima tego roku nie była zbyt mroźna, ale ciągłe opady śniegu lub zimnego drobnego deszczu, dawały się ostro we znaki Nowojorczykom. Matius był człowiekiem, który poznał życie z każdej strony, nawet tej najgorszej. Zawsze jednak potrafił znaleźć rozwiązanie, przetrwać i podołać problemom. Im bardziej dostawał w kość, tym bardziej uodparniał się na ciosy i jakby na złość niepowodzeniom, wychodził z każdej opresji cało. Jak kot zawsze spadał na „cztery łapy” i może stąd, przylgnęło do niego przezwisko „Kocur”.

Ostatnio jednak zła passa przedłużała się, co zaczynało go już wyraźnie drażnić. Mieszkał w obskurnym pokoju, wynajętym w części Manhattanu, nazywanej przez tubylców „zatruta”. Od dnia, kiedy skończyła się robota w porcie przy rozładunku małych kutrów rybackich, nie miał szczęścia złapać nic innego. Nie szykował się żaden wypad, nawet na choćby jakąś małą akcję. To fakt, że podczas ostatniego kontraktu w Namibii został dość poważnie ranny i nie do końca jeszcze się z tego pozbierał, ale to już prawie dwanaście miesięcy. Cały rok. Jak tak dalej pójdzie, to sytuacja naprawdę stanie się kiepska.

Obdzwonił wszystkich, których znał, a którzy zajmowali się zaciąganiem najemnych żołnierzy. Wszędzie słyszał to samo, że musi dojść do siebie i że to jeszcze za wcześnie. Wiedział, że musi znaleźć jakieś zajęcie i to szybko. Odłożona kasa topniała tak, jak śniegowe błoto na nowojorskiej ulicy. Za czynsz zalegał już drugi miesiąc, a w lodówce oprócz kilku butelek piwa i kawałka kiełbasy, nic więcej nie było.

Matius w odróżnieniu od Carlosa był człowiekiem, którego losy życiowe nie doprowadziły do pozycji Południowca. Potrafił jednak zawsze wykorzystać układ, w którym się znalazł oraz wyciągnąć z tego dla siebie korzyści. Pochodził z Polski. Wyemigrował do USA z rodzicami w 1980 roku, jako małe dziecko. Naprawdę miał na imię Maciek, to w Stanach, znajomi jego ojca nazwali go Matius i tak już zostało. Rodzice Matiusa osiedlili się w Nowym Jorku i tam się wychował. Jego matka pracowała w małym sklepie spożywczym, a ojciec zajmował się drobnym handlem, nie zawsze do końca legalnym. Pewnego dnia nie wrócił do domu. Nikt go nigdy więcej nie widział. Matius nie raz zastanawiał się co mogło z nim się stać.

Kiedy miał 15 lat, jego matka ciężko zachorowała i teraz to on musiał przejąć opiekę na domem. Po kilkuletniej walce ze śmiertelną chorobą kobieta zmarła. Młody chłopak przeżył tę śmierć bardzo mocno. Bardzo kochał matkę. Była dla niego jedyną osobą, na którą mógł zawsze liczyć. Pomagała mu i wspierała go. Jej śmierć zmieniła życie Matiusa na zawsze. Podjął wówczas decyzję. Zaciągnął się do wojska, żeby zostać najemnym żołnierzem.

Teraz otworzył szeroko drzwi lodówki, jakby w ten sposób mógł zobaczyć w niej coś więcej. Chwycił kawałek kiełbasy i na wpół wyschniętą bułkę. Wyjął jeszcze słoik z musztardą i piwo. Rozłożył się z tym wszystkim na małym kwadratowym stole i zaczął przeglądać gazetę. Kupił ją wczoraj wieczorem, kiedy wracał do domu. Interesowały go tylko ogłoszenia o pracy. Na samym dole, zobaczył wyróżniony tłustym drukiem anons. Krótki tekst głosił:

— „Zatrudnimy mężczyznę 25—35 lat. Wymagany bardzo dobry stan zdrowia, wysoka sprawność fizyczna i doświadczenie służby wojskowej, bez zobowiązań. Szczegóły do omówienia na miejscu.”

Dalej podany był adres i nazwa firmy — „Columbia Express”. Nic więcej, żadnego telefonu kontaktowego.

Ogłoszenie wyglądało obiecująco. Był zawodowym żołnierzem, najemnikiem. Mimo młodego wieku rozumiał, co to znaczy walka o przetrwanie. Czas spędzony na różnych frontach nauczył go zasad, którymi się teraz kierował. Wiedział, że w życiu cywilnym podobnie jak na wojnie, największą wartością, która pozwala na wygrywanie jest spryt, konsekwencja i zdolność przewidywania. Na wojnie dochodzi jeszcze lojalność i gotowość poświęcenia życia w obronie tych, z którymi wykonuje się zadanie. Taki też był i tacy byli ci, których nazywał przyjaciółmi.

Odsunął gazetę i zamyślił się. To była jakaś szansa. Spełniał wszystkie warunki, a to, że jeszcze dochodził do siebie po tym nieszczęśliwym wypadku, to przecież nie problem. Oni o tym na pewno nie wiedzą. Wydarł z gazety fragment z ogłoszeniem uważając na to, żeby nie zniszczyć adresu. Poszedł do łazienki wziąć prysznic. Pójdzie tam i dostanie tę robotę, musi ją dostać.

Ubrany w najnowszy, zgodny z obowiązującą teraz modą garnitur, wyszedł z mieszkania i skierował się prosto pod adres ogłaszającej się firmy. Odszukał numer 24 na 6-tej ulicy i stanął przed okazałym budynkiem Międzynarodowego Centrum Biznesowego — International Business Tower. Był to imponujący drapacz chmur mieszczący się w samym sercu Manhattanu. Ta 125-piętrowa wieża to jeden z najwyższych budynków w Nowym Jorku. Nie można go przegapić, gdy obserwuje się panoramę miasta.

Matius znał historię powstania wieży. Z okazji którejś rocznicy wybudowania gmachu, ukazał się o niej artykuł w jednej z gazet. Historia rozpoczyna się w roku 1979, kiedy firma Mono Produkt Corp. stała się jedną z największych firm sprzedaży detalicznej w skali globalnej, zatrudniającą ponad 450 000 pracowników. Konieczne, więc stało się stworzenie centralnego punktu operacyjnego dla wielkiej korporacji. Zapadła decyzja i firma zatrudniła do zaprojektowania budynku, który stał się później jednym z najwyższych biurowców na świecie, spółkę architektoniczną Mostek i Maizon

W tym właśnie budynku mieściło się biuro Columbia Ekspres. Zaimponowało to Matiusowi. Wiedział, że firma, którą stać na wynajęcie biura tutaj, musi być znaczącym graczem. Nie zastanawiając się dłużej, pchnął wielkie skrzydło obrotowych drzwi i pewnym krokiem wszedł do środka. Znalazł się w przestronnym, wysokim na trzy piętra holu, wypełnionym gwarem wchodzących i wychodzących ludzi. Zatrzymał się na chwilę, żeby się rozejrzeć. Pomieszczenie, w którym się znalazł, było jeszcze bardziej imponujecie jak budynek na zewnątrz. Słyszał o tym miejscu, ale nigdy jeszcze tutaj nie był, nie miał potrzeby.

Hol wieży IBT jest jednym z nielicznych wnętrz w Nowym Jorku, który został określony jako unikat architektoniczny. Najciekawsze elementy, to inspirowane stylem Picasso, malowidła i szkice na suficie. W hołdzie wielkiemu artyście są one malowane 24-karatowym złotem. Na ścianie nad recepcją, znajduje się replika jednego z najsłynniejszych obrazów z błękitnego okresu Picassa” Life”, co oznacza „Życie”. Obraz przedstawiał nagą parę konfrontującą matkę z małym dzieckiem na rękach.

Matius od razu zauważył tablicę informacyjną, która znajdowała się na ścianie z lewej strony od wejścia. Zbliżył się do niej i odszukał nazwę firmy. Columbia Express — przesyłki globalne, pokój osiemnaście trzydzieści osiem, piętro 18. Wszedł do otwartej windy i nacisnął guzik z numerem kondygnacji, na której znajdowały się biura firmy. Wyłożona marmurami kabina ruszyła i po chwili zatrzymała się miękko podskakując. Otworzyły się drzwi i Matius wyszedł na korytarz pokryty zielonym dywanem. Skręcił w prawo, aby po chwili znaleźć się naprzeciwko drzwi z numerem 1838. Na drzwiach była zamocowana pozłacana metalowa tabliczka, na której wygrawerowano nazwę mieszczącej się tam firmy. Zapukał i nacisnął klamkę. Za przestronnym blatem siedziała młoda dziewczyna ze słuchawkami na uszach. Kiedy wszedł, uniosła wzrok i spojrzała na niego dużymi piwnymi oczami. Domyślił się, że jest to recepcjonistka. Kiedy podszedł w jej kierunku kobieta zapytała:

— Czym mogę panu służyć?

— Dzień dobry, nazywam się Matius Warecki — powiedział. — Dzisiaj rano przeczytałem ogłoszenie waszej firmy i przychodzę w tej sprawie. Czy jest ono nadal aktualne?

— Tak, tak. Oferta jest aktualna. Jest pan zresztą pierwszą osobą, która się zgłosiła…, — powiedziała z rozpędem i tutaj zamilkła, ponieważ zdała sobie sprawę, że to trochę za dużo informacji. Po sekundzie dodała lekko zmieszana — …to znaczy, dzisiaj jest pan pierwszy. Proszę usiąść, zawiadomię szefa.

Podniosła słuchawkę biuro-fonu i naduszając jeden z przycisków powiedziała:

— Przepraszam szefie, przyszedł pan Matius Warecki — tutaj spojrzała na Matiusa, a ten potwierdził skinieniem głowy — w sprawie ogłoszenia — dokończyła.

Popełniona przez nią gafa na początku rozmowy speszyła ją. Teraz obecność Matiusa w recepcji stała się dla niej niewygodna. Matiusowi spodobał się jednak ten lekki cień jakby zawstydzenia. Pomyślał, że dawno już nie był z żadną kobietą, nawet na zwykłej randce. Poczuł coś w rodzaju ukłucia w brzuchu. Spodobała mu się ta dziewczyna i kiedy zastanawiał się jakby tu ją zagadać usłyszał:

— Może pan wejść — powiedziała dziewczyna uśmiechając się lekko.

Matius wstał, poprawił krawat i odwzajemniając uśmiech nacisnął klamkę dużych, obitych skórą drzwi. Wszedł do gabinetu wyłożonego boazerią w kolorze kasztana. W drewnie były zrobione wnęki, zasłonięte matowym szkłem. Za szkłem było oświetlenie rozjaśniające wnętrze biura. Po prawej stronie znajdował się regał pełen równo ustawionych grubych książek oprawionych w skórę. Przypominało to trochę kancelarię adwokacką. Na środku regału, w miejscu oświetlonym z góry żółtym światłem, stała metrowej wysokości figura. Matius pomyślał, że wyglądem przypomina jakiegoś greckiego bożka. W dolnej części mebla, były trzy szuflady z pozłacanymi ozdobami. Cały regał sprawiał trochę przytłaczające wrażenie.

Natomiast po lewej stronie pokoju znajdował się barek z gatunkami alkoholu, o których istnieniu Matius jeszcze do dzisiaj nawet nie słyszał. Przy barku ustawiono dwa lekkie fotele i stolik z lampą o dużym kloszu. Oświetlała ona tę część pomieszczenia.

Środkową ścianę pokoju zajmowało wielkie panoramiczne okno, za którym roztaczał się imponujący widok na Manhattan. Przed oknem stało wielkie biurko i fotel pokryty czarną skórą. W fotelu tym siedział mężczyzna w średnim wieku, ubrany w garnitur w pepitkę z kolekcji Brunello Cucinelli. Matius znał się na tym. Zdawał sobie sprawę, że to cacko musiało kosztować najmniej 4 tysiące zielonych.

Zawsze fascynowały go najnowsze wypowiedzi ekspertów na temat mody męskiej i najnowsze jej trendy, w tym recenzje i rekomendacje. To zainteresowanie nie pasowało do reszty charakteru Matiusa. On sam nigdy o tym z nikim nie rozmawiał, tak jakby wstydził się tego. Z tych obserwacji i przemyśleń wyrwał go silny głos:

— Nazywam się George Boren. Witam pana w Columbia Ekspres. Mam przyjemność…?

— Moje nazwisko Warecki. Matius Warecki, przyszedłem w sprawie ogłoszenia o pracę — powiedział.

— Proszę, niech pan usiądzie — Boren zaprosił Matiusa wskazując na wygodny fotel obity podobną skórą jak ten, na którym sam siedział.

— Napije się pan czegoś? — zapytał.

— Jeżeli można, to proszę o kawę…, z mlekiem bez cukru — powiedział Matius przypominając sobie, że dzisiaj jeszcze nie pił kawy.

Boren nadusił jeden z przycisków biuro-fonu i poprosił o dwie kawy, czarną dla siebie i drugą zgodnie z prośbą Matiusa

— Przejdźmy do konkretów — powiedział. — Jak już wspominałem, reprezentuję interesy firmy Columbia Ekspres. Zajmujemy się świadczeniem usług w zakresie doręczania przesyłek super ekspresowych. Nasze operacje obejmują cały świat. Wyróżnia nas to, że przyjmujemy zlecenia na dostawę każdej paczki i zapewniamy pełną dyskrecję na temat jej zawartości. Gwarantujemy również dostarczenia jej w czasie nie dłuższym niż 24 godziny. W ekstremalnych przypadkach jest to 48 godzin, od czasu odbioru od klienta…

Rozległo się pukanie do drzwi.

— Proszę — powiedział Boren.

Dziewczyna z recepcji weszła niosąc małą tacę, a na niej dwie filiżanki kawy, śmietankę i cukier. Położyła tacę na biurku Borena i bez słowa wyszła. Matius miał okazję przyjrzeć się jej dokładniej.

Była niesamowicie zgrabna. Długie, czarne włosy spływały po plecach sięgając bioder. Ubrana była w krótką obcisłą sukienkę w kolorze kości słoniowej z dekoltem odsłaniającym sporą część niemałego biustu. Na długich, zgrabnych nogach miała cieniutkie pończochy, a na smukłych stopach czerwone czółenka o tak cienkich szpilkach, że prawie były niewidoczne. Strój ten uwidaczniał dokładnie to, co można określić perfekcją kobiecej figury. Była jedną z tych dziewczyn, za którymi nie sposób się nie obejrzeć.

— Jest nasza kawa — zauważył Boren, ściągając uwagę Matiusa na siebie.

— Nasi zleceniodawcy — podjął, — to ludzie biznesu, bogaci inwestorzy, finansiści, osoby znane publicznie, a także osoby prywatne. Nasze usługi nie są tanie. Ze względu na złożoność wykonywanych zleceń nasi kurierzy dobrze zarabiają, ale muszą spełniać określone wymagania.

Boren przerwał i patrząc uważnie na Matiusa za chwilę zapytał:

— Czy mam kontynuować?

— Oczywiście. Proszę przejść do konkretów. O jakich kwalifikacjach mowa? — zapytał Matius i popił kawę, która była nota bene doskonała.

— Nasi kurierzy są czasami narażeni na… powiedzmy, na niewygody w podróży. Dlatego wymagamy od nich pełnej sprawności fizycznej, umiejętności w walce wręcz i we władaniu bronią. Doświadczenie służby w wojsku jest bardzo wskazane. Czy takie warunki może pan spełnić? — zwrócił się do Matiusa. — Jeśli nie, to nasza dalsza rozmowa jest zbyteczna — powiedział bez ogródek.

— Tak. Odpowiadam tym kwalifikacjom w stu procentach — odparł Matius.

— Wspaniale. Jeszcze jedno pytanie. Służył pan w wojsku, jak długo? — chciał wiedzieć Boren.

— Jestem zawodowym żołnierzem. Najemnikiem. Służyłem na wielu frontach i w wielu krajach. Najczęściej były to kontrakty w Afryce.

— Doskonale. Widzę, że mam do czynienia z fachowcem. Takich ludzi nam potrzeba — powiedział Boren. Dopił swoją kawę i odstawiając małą filiżankę spojrzał uważnie na Matiusa. Podobał mu się ten żołnierz. Jedno tylko musiał wyjaśnić zanim podejmie decyzję. Skoro stale zaciąga się na kontrakty, dlaczego nagle szuka innego zajęcia? A do Matiusa powiedział:

— W takim razie nie będziemy dzisiaj przedłużać spotkania. Proszę przed wyjściem wziąć od panny Su Kwestionariusz Kuriera. Wypełnić go, dołączyć wszystkie niezbędne dokumenty i zgłosić się z powrotem do mnie w czwartek.

Boren wstał i wyciągając rękę na pożegnanie dał do zrozumienia, że zakończył dzisiejsze spotkanie. Nacisnął biuro-fon i powiedział:

— Su, proszę dać panu Wareckiemu Kwestionariusz Kuriera i wpisać go na czwartek na godzinę 10 rano — a do Matiusa dodał:

— Dziękuję panu, panie Warecki. Do zobaczenia w czwartek.

Hogan Stone.

AltMed X, Düsseldorf, 22-gi maj, 2019.

Ciemnogranatowy Peugeot mknął na południe, omijając szerokim łukiem międzynarodowe lotnisko w Düsseldorfie. W samochodzie oprócz kierowcy, mężczyzny w ortalionowej kurtce, oraz uśpionego chłopca, znajdował się jeszcze jeden człowiek.

Miał około sześćdziesięciu lat, śniadą cerę południowca, a jego wyraz twarzy można było określić zamyślonym. Nosił niewielkie ciemne okulary. Jego resztki szarych, długich włosów zachodziły na uszy i na kaptur czarnej bluzy, którą miał na sobie. Na kolanach trzymał papierową ciemną teczkę, taką, w której przechowuje się dokumenty. Thomasa zdawał się zupełnie nie dostrzegać.

Nazywał się Hogan Stone, był Anglikiem. Jego profesja była ściśle powiązana z branżą farmaceutyczną. Ściślej mówiąc z jedną z jej gałęzi, a mianowicie organicznej produkcji leków naturalnych. Mr. Stone prowadził niewielkie, ale ścisłe wyspecjalizowane laboratorium w Wuppertalu. Placówka ta była założona i finansowana przez spółkę AltMed X, brytyjskiego giganta na międzynarodowym rynku medycyny niekonwencjonalnej. Firma AltMed X różniła się od swoich konkurentów tym, że produkty przez nią oferowane zanim trafiały do konsumenta, były zawsze sprawdzone i przetestowane. Następnie były promowane przez osoby, które deklarowały pomyślne wyleczenie przy ich użyciu.

Mr. Stone był jednym z założycieli spółki AltMed X, a laboratorium w Wuppertalu to jego osobisty projekt. Prowadzone tam badania miały udowodnić znaczenie i wartości medycyny niekonwencjonalnej, a także leków pochodzenia naturalnego.

Stone siedział na siedzeniu za kierowcą, pochłonięty lekturą dokumentów, które znajdowały się w teczce. Był to artykuł jego autorstwa „Natura i jej siła w lecznictwie”. Artykuł miał się ukazać w międzynarodowym magazynie naukowo-medycznym w następny poniedziałek. On sam miał go odczytać na konwencji Medycyny Alternatywnej jutro, czyli w środę 22-go maja 2019 roku, w paryskim Pałacu Nauki. Zaproszonych było ponad 3 tysięcy lekarzy, naukowców i specjalistów ze wszystkich dziedzin medycznych z całego świata. Miał to być przełomowy moment, którego celem było pozyskanie jak największej rzeszy specjalistów z branży. Przewrócił kolejną kartkę, która zawierała podsumowanie całości. Czytał własny tekst uważnie tak, jakby studiował jakąś nieznaną mu treść po raz pierwszy:

— …Medycyna niekonwencjonalna, lub inaczej medycyna alternatywna, to leki i procedury, które mają działanie lecznicze lub diagnostyczne, mimo to nie są akceptowane przez medycynę konwencjonalną. Z reguły są obalane tezami o niesprawdzalności. Mówi się też o niemożliwości udowodnienia ich leczniczego działania, lub twierdzi wręcz, że są szkodliwe. Tworzy się wokoło nich atmosferę, że stoją w sprzeczności z medycyną opartą na solidnych badaniach naukowych. Dlatego często mylnie uchodzą za nieskuteczne, a w najlepszym wypadku za gorsze.

Uniósł wzrok i spojrzał na zmieniający się za oknem jadącego samochodu krajobraz. W oddali dojrzał biały słup wielkiego wiatraka. Trzy olbrzymie skrzydła obracały się majestatycznie. Uśmiechnął się lekko do siebie kiwając przy tym głową.

— Natura to największa siła — pomyślał i powrócił do czytania.

— Opinie takie oparte są na nieprawdziwych twierdzeniach, oraz w niezgodności z podstawową wiedzą przyrodniczą i medyczną. Propagandowe praktyki lobby farmaceutycznego starają się udowodnić, że leki pochodzące z naturalnych źródeł nie mają działania leczniczego ani wpływu na poprawę zdrowia.

Stone dokładnie wiedział, dlaczego się tak dzieje. Był przekonany o konieczności zmian.

— Tworzy się przekonanie, że ich używanie, jako metod terapeutycznych jest nieetyczne. Akcje propagandowe starają się wmówić społeczeństwom, że pozytywne efekty obserwowane przez pacjentów przy zastosowaniu paramedycyny są wynikiem regresji w kierunku wyleczenia, które i tak by nastąpiło. Mniejszą ilość skutków ubocznych obarczają natomiast faktem zmniejszenia rzeczywistego leczenia konwencjonalnego.

— To nie do wiary, że ludzie dają się tak otumaniać — przerwał lekturę własnego tekstu i mruknął pod nosem zdenerwowany — to musi się kiedyś skończyć.

— Nikt jednakże — podjął dalej czytanie, — nie wspomina o tym, jak potężne zyski kryją się za oficjalnymi działaniami tychże firm i o miliardowych obrotach związanych z zaleczaniem i przedłużaniem terapii milionów ludzi, a nie skupianiem się na ich jak najszybszym wyleczeniu. Głównym celem, bowiem jest tutaj jak największy zysk. Twierdzenie, że pacjent wyleczony to pacjent deficytowy, nie jest zmyślonym frazesem, lecz faktycznym motorem napędowym dzisiejszego systemu medycznego.

Kierowca samochodu zwolnił. Redukując bieg i nie dotykając hamulca, wjechał na prawą linię trzypasmowej w tym miejscu autostrady. Hogan ponownie przerwał czytanie i podniósł wzrok. Zbliżali się wprawdzie do zjazdu, ale zostało jeszcze około dwóch kilometrów. Dobrze znał tę drogę. Wczesna zmiana pasa była dokładnym podporządkowaniem się planowi akcji. Według wytycznych, priorytetem było bezpieczeństwo. Kierowca prowadził dokładnie według procedur. Stone spojrzał na zegarek.

— To już czas, trzeba podać mu lek — powiedział do siebie.

Sięgnął po torbę lekarską i wyjął z niej strzykawkę. Ze szklanego, szczelnie zamkniętego pojemnika, wciągnął do zbiorniczka jakiś płyn. Podwinąwszy rękaw kurtki i koszuli śpiącego Thomasa, wstrzyknął połowę zawartości w ramię chłopca.

— To powinno wystarczyć do końca podróży — powiedział do mężczyzny w ortalionowej kurtce.

— Zwracaj jednak często na niego uwagę. Podałem mu minimalną dawkę, nie chcę niepotrzebnie obciążać serca chłopca. Gdyby się przebudzał, daj mu powąchać ten wacik — tu wskazał na mały błękitny kłębek waty, zamknięty w plastikowym przezroczystym pojemniku. Mężczyzna w milczeniu kiwnął głową. Stone powrócił do studiowania swojego artykułu.

— …Skutkiem działań lobby farmaceutycznego alternatywne terapie nie są częścią powszechnych systemów opieki zdrowotnej. Dotyczy to w szczególności systemów leczniczych funkcjonujących w większości krajów rozwiniętych. Niekonwencjonalne terapie nie są też nauczane w szkołach medycznych i są celowo pomijane w mediach. Tworzy się wokół nich pogląd, że opierają się na religijnych przesądach, wierzeniach w zjawiska nadprzyrodzone, pseudonauce, czy w błędach w rozumowaniu i diagnostyce. W ekstremalnych przypadkach padają oskarżenia o oszustwie i kłamstwie.

Przerwał ponownie i zamyślił się. Znał wiele przypadków, które w jego ocenie były w stu procentach uleczalne. Mimo, że medycyna konwencjonalna nie miała już nic do zaoferowania tym pacjentom, lekarze nie potrafili zdobyć się na wyjście z określonych szablonów. Ze zwykłej obawy przed utratą własnego autorytetu, skazywali tych ludzi na śmierć.

— Wpływ lobby farmaceutycznego działa również bardzo silnie na regulacje prawne, licencjonowanie paramedycyny i dostawców tej formy opieki zdrowotnej. Z tego powodu w wielu przypadkach silne i bardzo skuteczne metody leczenia niekonwencjonalnego, nie są możliwe, ponieważ są bezpodstawnie zdelegalizowane.

— A jak jest naprawdę? Faktyczny obraz to taki, że medycyna niekonwencjonalna składa się z szerokiej gamy praktyk, produktów i terapii, które są biologicznie wiarygodne, a nawet już sprawdzone i przebadane. Jednak pacjenci, którzy z braku innych opcji chcą spróbować leczenia alternatywnego, nie mają możliwości dostępu do tych metod. Są, więc zmuszeni do kontynuacji leczenia konwencjonalnego, chociaż w ich przypadku może być ono już nieskuteczne…

Znowu przerwał czytanie i spoglądając na leżącego z tyłu chłopca pomyślał o jego przypadku. Znał historię choroby Thomasa. Wiedział, na co cierpi i jak jest prowadzone jego leczenie. Wiedział też, że jedyną szansą dla niego jest metoda, którą osobiście opracował i już sprawdził. Był pewien, że jest w stanie mu pomóc. Według statystyk, wyleczalność choroby, na którą cierpi Thomas, przy zastosowaniu jego terapii, kształtowała się czynnikiem 88% zupełnego wyzdrowienia. Spojrzał ponownie w treść swojego artykułu:

— Mimo to, medycyna niekonwencjonalna staje się coraz bardziej popularna i wbrew przepisom i obowiązującemu prawu, pacjenci przekonują się do niej. Jest stosowana przez coraz większy procent społeczeństw. Stwarza to nowe, szerokie możliwości dla lecznictwa jako całości. Może być uzupełnieniem leczenia konwencjonalnego, ponieważ może polepszać jego działanie lub łagodzić skutki uboczne. W większości krajów rozwiniętych, pomimo zakazów i negatywnej propagandy, alternatywne terapie są wprowadzane na rynek i osiągają wysokie oceny u chorych, którzy je stosują. I chociaż wiele praktyk zaliczanych do medycyny niekonwencjonalnej ma swoje źródło w tradycji, to już dzisiaj niektóre z nich przekształciły się w konkretne kierunki działań, takich jak homeopatia i bioenergoterapia.

— Na testowanie medycyny niekonwencjonalnej przez oficjalne ośrodki naukowe i zespoły badawcze nie są niestety przeznaczane znaczące kwoty. Dlaczego? Ponieważ nie leży to w interesie określonych segmentów rynkowych. Wyjątek stanowi tutaj niewielka ilość firm i instytucji działających w branży medycznej. Jedną z nich jest spółka, którą reprezentuję, firma AltMed X…”

Przerwał lekturę, bo auto właśnie zjechało z drogi B8 i wyjechało na ulicę Niederrheinstrase. Uważny obserwator, gdyby przyglądał się teraz przejeżdżającemu pojazdowi, mógłby zauważyć jak tablica rejestracyjna zmieniła swoje wartości. Stało się to w ułamku sekundy. Z niemieckich numerów rejestracyjnych peugeot stał się pojazdem na francuskich tablicach. Jechali tak z dobry kilometr, aż po prawej stronie pojawił się budynek z szyldem myjni samochodowej.

Kierowca zwolnił i wjechał na mały podjazd. Zatrzymując się przy automacie płatniczym, otworzył okno i podłożył pod czytnik plastikową kartę, przypominająca kartę kredytową. Automat zeskanował kod i szlaban odgradzający wjazd do myjni uniósł się. Ciemnogranatowy peugeot wjechał w tunel bezobsługowej automatycznej myjni. Zalewany strumieniami wody i piany, wolno znikał w objęciach wielkich, niebiesko-żółtych wirujących szczotek. Hogan Stone spojrzał w górę, a mężczyzna w ortalionowej kurtce powiedział po angielsku:

— No to panowie… zmieniamy tożsamość, — i uśmiechnął się patrząc na Thomasa.

Oferta.

San Francisco, Kalifornia, 06 styczeń 2018, godzina 19:00.

Matius sięgnął po obcinarkę do cygar i sprawnym ruchem ściął końcówkę kubana. Poczuł silny aromat przedniego tytoniu. Patrząc w doskonale zwinięte liście, zastanawiał się, od czego zacząć. Chaotyczne myśli przelewały mu się przez głowę.

Carlos lekkim skinieniem głowy zaprosił go, żeby usiadł. Obydwaj siedzieli teraz przodem do balustrady, gdzie zza grubej szyby docierały mrugnięcia kolorowych świateł, dochodzące ze sceny. Muzyka w loży była wyciszona.

— Wiem mój przyjacielu, że to, z czym do mnie przychodzisz jest czymś ponadczasowym. Przejdźmy więc do sprawy. Zapewniam cię, że moja decyzja będzie oparta na analizie faktów, a nie na emocjach — pomógł mu zacząć.

Wypowiedziane przez Carlosa słowa otrzeźwiły Matiusa. Pociągając spory łyk zimnego drinka, wcisnął się głębiej w fotel i zakładając nogę na nogę powiedział spokojnym głosem:

— Wiem Carlos, jestem tego pewien. Zapewne pamiętasz jak kiedyś opowiadałem ci o mojej matce. Ile przeszła i jak cierpiała zanim umarła. Dzisiaj wiem, że gdyby jej lekarze byli bardziej otwarci, nie byli otumanieni propagandą ani skrępowani naciskami istniejącego systemu, mogłaby jeszcze żyć — przerwał na chwilę.

Wspomnienia z przeszłości zatrzymały na moment tok jego myśli.

— Otóż akcja Kurz — podjął, — ma za zadanie skończenie z oszukańczą polityką działalności firm farmaceutycznych i ubezpieczeniowych. W naszych założeniach jest zmiana kierunków, które obecnie wpływają na sposoby leczenia. Zasadnicze założenie akcji KURZ to otwarcie współczesnej medycyny na wszystkie, a nie tylko wydzielone źródła i możliwości leczenia. Będą to zmiany w diagnozowaniu, a później postępowaniu, gdzie głównym celem będzie wyleczenie, a nie prowadzenie i przedłużanie terapii w celu osiągnięcia jak największych zysków.

Tutaj przerwał ponownie wpatrując się w twarz Południowca. Zależało mu na tym, żeby zainteresować go tym, o czym mówił i miał wrażenie, że chyba mu się to udało.

— Po pierwsze. Nie zysk, lecz wyleczenie musi być celem — zaczął ponownie.

— Postawiona diagnoza musi prowadzić do skierowania chorego na prawidłową terapię, która będzie uwzględniać wszystkie dostępne metody i środki. Będzie to wypadkowa tego, co stworzy proces analityczny choroby pacjenta i co wykażą zrobione w tym celu testy.

— Po drugie. Lekarze muszą być motywowani rezultatami leczenia, a nie ilością i kosztami zastosowanych metod. Nie może na nich spoczywać presja zarządzonych z góry procedur.

— I po trzecie. Podczas stawiania diagnozy i ustalania terapii, nie będzie brana pod uwagę sytuacja finansowa i ubezpieczeniowa pacjenta…

— Poczekaj — przerwał mu Carlos, — przecież finansowa strona jest rzeczą zasadniczo ważną. Nie można nawet w najwspanialszych założeniach nie brać tego pod uwagę.

— Oczywiście, masz rację. Tym zajmie się odpowiednio stworzony do tego celu fundusz. Zresztą w raporcie wysłanym do ciebie do Las Vegas, szczegóły są dokładnie opisane.

— Rozumiem. W takim razie przejdźmy do konkretów. Jak chcecie urzeczywistnić te plany?

— Czynnikami, które mają zasadniczo wpłynąć na tak radykalne zmiany będą:

— Ogólnoświatowa edukacja personelu medycznego na każdym szczeblu, oraz wprowadzenie zupełnie nowego systemu ubezpieczeń pacjentów. Do tego dojdzie uświadomienie i powszechna dokształcanie społeczeństw, oparta na prawdziwych wartościach medycyny alternatywnej.

— Dodatkowo celem akcji KURZ jest wprowadzenie do powszechnego użycia nowych środków leczniczych, które już są, lub zostaną wcześniej dogłębnie przebadane i przetestowane. Niektóre z nich uważane są w tej chwili za nieznaczące lub wręcz nielegalne — Matius patrząc na Carlosa zrobił tutaj pauzę.

— To zaczyna być interesujące — mruknął tamten.

— Takich jak na przykład olej CBD i jego pochodne — kontynuował Matius, — metody oparte na lecznictwie naturalnym itp. Wszystkie te zmiany będą poparte uprzednimi bardzo dogłębnymi badaniami. Terapie antyrakowa oparte na naturalnych metodach leczenia doczekają się wreszcie dokładnych testów, badań naukowych i analiz.

— Jak macie zamiar wprowadzać te nowe możliwości leczenia? — zapytał Południowiec.

— Nic nie zostanie zapowiedziane lub wprowadzone na rynek bez asygnacji i zatwierdzenia przez wybrany do tego celu zespół specjalistów. Kolektyw ten będzie się składał z największych autorytetów światowej sławy z każdej dziedziny medycyny.

— Kto będzie wybierał tych ludzi? — Pytał Carlos.

— Będą oni wybierani podobnie jak dzieje się to podczas wyborów rządowych. Ich kadencja będzie trwała nie dłużej niż 3 lata, bez możliwości jej przedłużenia — kontynuował Matius.

— Całość wygląda ambitnie — wtrącił Południowiec.

— To jest tylko mały wstęp tego, co ma być rezultatem akcji KURZ. Całość materiałów przedsięwzięcia jest właśnie dostarczana przez kuriera Columbia Express do twojego biura w Las Vegas w postaci tajnego raportu. Założyliśmy, bowiem, że ze względu na branżę, w której operujesz, niezależnie od wyniku naszej rozmowy powinieneś zostać dokładnie o wszystkim poinformowany. Jeśli się nie zaangażujesz osobiście, to chcielibyśmy żebyś przynamniej był naszym doradcą. Ja nie mam tych materiałów ze sobą z oczywistych względów bezpieczeństwa. Wszystkie zawarte tam dokumenty są, jak się na pewno domyślasz, ściśle tajne. A teraz powiedz mi czy poruszyłem temat, który Cię interesuje?

Nastała chwila ciszy i tylko słabo dobiegające rytmy muzyki ze sceny operowej zakłócały ten stan. Carlos wstał z fotela i podszedł do balustrady. Spojrzał w dół na poruszające się tam kolorowe, przepełnione życiem i energią postacie.

— Wygląda to jak teatr bajkowy w niemym filmie z lat trzydziestych — pomyślał.

Stał tak przez dłuższą chwilę analizując to, co usłyszał. Nie pomylił się. Sprawa, z jaką przyjechał Matius przekraczała wszelkie wyobrażenia. Odwrócił twarz do swojego gościa i powiedział:

— To, co chcecie zrobić… to jest rewolucja.

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.

— Proszę — powiedział Carlos.

Do środka wszedł Karol i wskazał na zawieszony na ścianie duży ekran telewizora.

— Jest coś, co może pana zainteresować szefie. Kanał 5 — powiedział po angielsku i wyszedł.

Carlos sięgnął po leżącego na stole pilota i włączył odbiornik. Wybrał 5-ty kanał. Ekran rozjarzył się i ukazały się ulice pełne dymu i palących się samochodów. Ludzie biegali we wszystkich kierunkach. Reporter relacjonował:

— „…protestujący rozwścieczeni rosnącymi stale kosztami leczenia starli się z policją, która musiała zamknąć kilka najpopularniejszych w mieście atrakcji turystycznych. Użyto gazu łzawiącego i armatek wodnych, próbując stłumić chaos na ulicach. Do chwili obecnej zostało rannych, co najmniej 230 osób. Prezydent potępił przemoc i zapowiedział, że protestujący, którzy zaatakowali policję i zdewastowali sklepy, zostaną pociągnięci do odpowiedzialności za swoje czyny. Poinformował, że w związku z zaistniałą sytuacją zostanie zwołane w niedzielę nadzwyczajne spotkanie rządu.

— Przemoc i wandalizm nie mają nic wspólnego z pokojowym wyrażeniem swoich racji i nic nie usprawiedliwia ataków na policję, dewastacji i rabowania sklepów oraz podpalania samochodów — mówił Prezydent. Nie chciał odpowiadać na pytania dziennikarzy, dotyczących obecnej sytuacji ubezpieczeń medycznych i lecznictwa, oraz związanych z tym cen.

— Jest to już trzeci weekend starć w Los Angeles — kontynuował głos z telewizora, — w którym uczestniczyli działacze ubrani w czarno-czerwone kamizelki, należący do nowego ruchu protestacyjnego na rzecz zreformowania systemu lecznictwa i ubezpieczeń zdrowotnych. Dzisiejszy protest wymknął się jednak organizatorom spod kontroli i ostro kontrastował z poprzednimi akcjami ruchu Czarno-Czerwonych, gdzie demonstracje i blokady dróg były w dużej mierze pokojowe i bez przemocy…”

— Jak widzisz, jesteście w temacie. To, co tutaj się dzieje, może tylko pomóc i ułatwić przeprowadzenie akcji KURZ — skomentował Carlos wypowiedź dziennikarza.

Usiadł ponownie w fotelu, wyłączył odbiornik i zamyślił się. Już od dłuższego czasu organizacja GreenCannabis Med, którą stworzył prawie dziesięć lat temu, starała się pomóc w rozpowszechnianiu informacji o wartościach leczniczych ukrytych w marihuanie. Tak, był zainteresowany tym tematem. Podniósł kryształową szklankę z drinkiem i powiedział patrząc Matiusowi w oczy:

— Ten temat leży w kręgu moich zainteresowań. Muszę jeszcze tylko zapoznać się z całością raportu, o którym wspomniałeś. Jeżeli zdecyduję się w to wejść, powiedz, na czym miałby polegać mój udział w akcji KURZ i czego się po mnie spodziewacie?

Matius czekał na to pytanie.

— Jak już pewnie zdążyłeś się zorientować — przeszedł do meritum, — jest to przedsięwzięcie na ogromną skalę. Środki, które są na to potrzebne, to olbrzymie sumy. Akcja pod nazwą ‘Żniwo’ określa jak te środki zdobyć i jest opracowana w najmniejszych szczegółach. Potrzebujemy tylko wykonawcy. To jest właśnie to, z czym do ciebie przychodzę.

— Domyślam się, że chodzi o zdobycie tych środków — powiedział Carlos.

— Z grubsza mówiąc tak. Chcemy jednak, żebyś przyleciał najpierw w tej sprawie do Warszawy, gdzie zapoznamy Cię szczegółowo z całym planem. Wiemy, że jesteś zajęty. Jeśli więc interesuje Cię nasza propozycja, wyznacz dzień spotkania, a my się dostosujemy.

Carlos wstał z fotela i wolno podszedł do barku. Dolał sobie i swojemu rozmówcy wódki, wrzucił jeszcze po kostce lodu i patrząc w przestrzeń rozciągającą się za grubą szybą operowej loży, powiedział:

— Mogę być w Warszawie za dwa tygodnie — odwrócił się i patrząc Matiusowi w oczy dokończył:

— Tak, jestem zainteresowany. Zorganizuj to spotkanie.

— —

Mężczyzna w czarnym fraku wolnym ruchem zamknął komputer. Wyjął pen-drive i odłączył miniaturową cyfrową kamerę, wycelowaną w pomieszczenie po przeciwległej stronie sali operowej. Wstał, zgasił wypalone do połowy cygaro w wyciętej na kształt muszli, granitowej popielnicy i sięgnął po małą skórzaną teczkę. Włożył do niej komputer, kamerę i pen-drive. Zamknął aktówkę popychając kciukami wałki cyfrowych zamków. Podszedł do wieszaka. Sięgnął po płaszcz i zakładając go, spojrzał przez grubą szybę na wprost operowej sali. Znajdowała się tam taka sama loża jak ta, w której się znajdował.

W przyćmionym świetle widać było w niej dwóch mężczyzn podnoszących się z foteli i podających sobie ręce. Wychodzili. Znał ich dobrze i obydwóch nienawidził. Byli to Carlos Jose Castrowerde i Matius Warecki. Mężczyzna, który ich teraz obserwował, to Jony Borha, bliźniaczy brat Mike’a Borha, vel ‘Sułtana’.

Ani Carlos, ani Matius, nie dostrzegli podczas rozmowy, pulsującego małego zielonego punktu światła w loży naprzeciwko. Był to czujnik kamery V2T LFRT, wyspecjalizowanej w najnowocześniejszej technologii lip-face-reading. Nie wiedzieli też, że kamera ta była podłączona do małego komputera i nagrywała każdy ruch ich ust i mimikę twarzy. Całość nagrania natomiast, była automatycznie przesyłana do innego komputera, który odczytywał podane informacje, analizował je i przetwarzał, tworząc tekst prowadzonej konwersacji.

Nie byli też świadomi, że komputer odczytujący znajdował się tysiące kilometrów od opery w San Francisco, na najwyższym piętrze luksusowego biurowca Rio Sul Center w Rio de Janeiro, w gabinecie niejakiego Georga Morgana. Morgan był szefem potężnej przestępczej organizacji o nazwie ‘Trzy Gwiazdy’, działającej w Ameryce Południowej. Jego operacje obejmowały tereny całego kontynentu. Morgan, człowiek o kształcie stożka zakończonego łysą głową, w swojej mrocznej karierze biznesmena zrobił już wszystko, co można było określić jednym słowem — zło. Był on też największym wrogiem Carlosa Jose Castrowerde. Walczył z nim latami o wpływy i nowe tereny, ale zawsze bez skutku. To przez tego meksykańskiego bękarta, jak twierdził, nie wyszły jego plany wejścia na rynek południowo-zachodnich Stanów. Teraz, z niemalże sadystyczną satysfakcją, odczytywał tekst, który pojawiał się na monitorze jego biurowego komputera. Wiedział, że tym razem dostał w ręce coś, co może rozwalić Meksykanina. Nie wiedział tylko jeszcze, jak wykorzysta informacje, które czytał.

Sir Lord Victor Porte Ramsey

Hamburg, super-jacht Savanna, wtorek, 21 maj 2019, godzina 12:35.

Port w Hamburgu to największy port morski w Niemczech. Leży pomiędzy Morzem Północnym a Morzem Bałtyckim. Jest to drugi, co do wielkości port kontenerowy w Europie i jedenasty na świecie. Obsługuje on wszystkie rodzaje statków i towarów. Oferuje szeroki zakres usług związanych z obsługą ładunków, odprawą celną, kontrolą jakości, przechowywaniem i pakowaniem, lub dystrybucją. W porcie dostępnych jest 320 miejsc do cumowania. Znajdują się tam też dwa terminale wycieczkowe: Cruise Terminal HafenCity i Cruise Terminal Altona.

Savanna wpłynął do portu w Hamburgu w poniedziałek 20 maja. Jacht przycumował obok terminalu Cruise Center HafenCity. Był piękną jednostką, która swoją sylwetką wyróżniała się od reszty zacumowanych w porcie statków. Jej śnieżnobiały kadłub przecięty był w poprzek dwiema liniami — od dziobu w dół- czarną u góry i czerwoną na dole. Znikały one tuż przed rufą pod poziomem wody. Z przodu natomiast, linie skręcały do poziomu i tam rozchodziły się, a pomiędzy nimi napisano złotymi litrami imię jachtu — SAVANNA. Macierzysty port jednostki to Sydney.

Savanna to super jacht, zbudowany i zwodowany przez prywatne towarzystwo wodne Blue See Ships z Sydney, na specjalne zamówienie multimiliardera Sir Lorda Victora Porte Ramsey’a. Lord Ramsey jest 52 letnim mężczyzną. Pochodzi z bogatej rodziny australijskich przemysłowców i jest większościowym akcjonariuszem jednego z największych producentów energii odnawialnej na świecie. Firma Ramsey Industries Limited, której jest właścicielem, kontroluje wartości globalnego portfela nieruchomości biurowych, mieszkaniowych i centrów handlowych. Posiada również 2360 elektrowni zasilanych energią słoneczną, energią wiatrową i innymi technologiami energii odnawialnych. Wartość jego majątku wycenia się na 39,9 mld dolarów amerykańskich netto.

Sir Ramsey jest też jednym z największych filantropów na świecie. Z jego inicjatywy prowadzone są akcje pomocy na rzecz głodującej ludności w Afryce i Azji. Wspomaga organizacje trudniące się ochroną środowiska naturalnego, ze szczególnym naciskiem na ochronę zagrożonych raf koralowych wokół Nowej Zelandii i Australii. Jest również założycielem Cosmo Nova, firmy działającej w zakresie opracowywania nowych technologii paliw dla samolotów, dostosowanych do lotów na niskich orbitach kosmicznych. Jednym z podstawowych kierunków firmy jest opracowywanie najnowocześniejszej technologii dla silników napędzanych wodorem.

Savanna, o długości 155 metrów, to jedna z największych tego typu jednostek na świecie. Została zbudowana zgodnie z regulacjami SOLAS (Safety of Life at Sea), Międzynarodowej Organizacji Morskiej zajmującej się kontrolą przepisów, zapewniających bezpieczeństwo na morzu. Zgodnie z regulacjami SOLAS, Savanna może zakwaterować na pokładzie oprócz załogi jeszcze do 120 gości.

Jacht posiada obszerny hangar z ruchomą platformą mieszczący 2 helikoptery. Znajduje się tam również podwodny garaż zdolny pomieścić 14-metrowy pojazd do nurkowania, dwa baseny i obszerna spa z łaźnią szwedzką. W czasie relaksu w spa można podziwiać płynące po niebie obłoki lub oglądać nocą rozgwieżdżone niebo, a wszystko to dzięki przezroczystemu, rozsuwanemu dachowi. Inną atrakcją sauny są duże drewniane balie, w których można brać gorące kąpiele na wolnym powietrzu. Jacht mieści 60 luksusowych kajut pasażerskich, kasyno, salę do ćwiczeń i dwie restauracje. Savanna to pełnomorska jednostka mogąca pokonać każdy akwen, bez potrzeby zawijania do portów przez długie miesiące. Koszt budowy to ponad 355 milionów dolarów.

Parę lat temu na pokładzie Savanny doszło do wypadku, w którym poniósł śmierć jeden z członków załogi. Ze względu na niezwykle okoliczności zdarzenie to zwróciło uwagę samego Lorda. Z dokonanego oficjalnie śledztwa wynikło, że poszkodowany był świadkiem nielegalnej transakcji zakupu dużej ilości niewiadomego pochodzenia leków przeciwbólowych. Podczas przeglądania dokumentów z dochodzenia i raportów Sir Ramsey zauważył, że producent leków i odbiorcy negocjowali tajnie, a ceny były nieadekwatne w odniesieniu do wartości rynkowej samych lekarstw. Ofiara wypadku była w posiadaniu specyficznych informacji obciążających obie strony. Jednakże z braku dowodów śledztwo umorzono, a akta sprawy zamknięto w archiwum pod klauzulą: ściśle tajne.

Lord Ramsey zebrał własną grupę prawników i detektywów i po dociekliwym wielomiesięcznym śledztwie doszedł do ponurej prawdy. Sprawa sięgała sfer rządowych najwyższych szczebli i finansistów, powiązanych bezpośrednio z przemysłem farmaceutycznym. Jednak z wyższych względów nie można było na razie sprawy ponownie rozkręcać. I tak właśnie śmiertelny wypadek na Savannie był jednym z kilku czynników, które później zdecydowały, dlaczego super jacht zacumował w ten słoneczny majowy dzień w porcie w Hamburgu.

Zazwyczaj w czasie postoju, na statku nie działo się nic szczególnego. Tylko niewielka cześć załogi zatrudniona była przy standardowych czynnościach takich jak uzupełnienie zapasów żywności i wody pitnej, sprawdzenie stanu technicznego jachtu itp. Większość załogi mogła zawsze liczyć na czas wolny. Dzisiaj było inaczej. Wnikliwy obserwator mógł zauważyć zwiększony ruch na pokładzie. Tak, jakby załoga przygotowywała się do jakichś nieokreślonych bliżej działań. Sam Lord Ramsey był tego dnia obecny na Savannie. Przybył z samego rana niezapowiedzianie swoim białym Rolls-Roycem Phantom. Wszyscy jakby na coś czekali. Na jachcie panował lekki niepokój i można było wyczuć zniecierpliwienie załogi. Kiedy wreszcie oficer dyżurny odebrał meldunek o powodzeniu akcji „ŻNIWO”, atmosfera się rozluźniła.

W prywatnym gabinecie miliardera również opadło napięcie. Oprócz samego Lorda znajdowały się tam tego dnia jeszcze trzy inne osoby. Carlos, który przyleciał wczoraj z Los Angeles, Matius i ciemnoskóry oficer w mundurze admirała podwodnej marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych Mr. John Murray. Panowie paląc cygara i popijając kawę rozmawiali o Savannie.

— Victor — zwrócił się do Lorda admirał. — O ile wiem, Savanna to twój najnowszy nabytek. Piękny jacht! Słyszałem, że koszt przekroczył 350 milionów, prawda to?

— Tak, zgadza się. Ale Savanna to nie tylko super drogi jacht, to wprost arcydzieło.

Sir Ramsey podchwycił temat. Uwielbiał opowiadać, jak to sam określał, o swojej łódce.

— Stanowi ona połączenie nowoczesnej techniki, stylu, luksusu, funkcjonalności i bezpieczeństwa. Należy pamiętać, że przy projektowaniu jachtu przestrzeń jest największym problemem.

Zamilkł na chwilę. Widać było, że ten temat jest dla niego jak woda na młyn. Nie usłyszawszy żadnego komentarza ze strony słuchających podjął:

— Jachty są bardziej skomplikowane w budowie niż domy mieszkalne. Muszą one posiadać oprócz standardowego wyposażenia również wyposażenie potrzebne do pełnego funkcjonowania statku — dokończył.

Przerwał ponownie zaciągając się mocno cygarem.

— Ale, ale panowie! Jest już po czternastej. Może ktoś chciałby spróbować doskonałej amerykańskiej whisky Michter? Nabyłem ją na prywatnej aukcji w Marsylii w zeszłym roku. Firma Michter wypuściła tylko 273 butelki tego znakomitego trunku. Może to być wasza jedyna okazja — powiedział Lord uśmiechając się z miną lisa, który złapał właśnie swoją ofiarę w zasadzkę.

Whisky, którą Ramsey zaserwował swoim gościom, była rzeczywiście wyjątkowa. W cenie ponad 4 000 dolarów za butelkę, gdzie nawet etykieta wykonana była z 18-karatowego złota, był to unikat tylko dla koneserów i smakoszy. Sir Ramsey był bardzo zadowolony z tego zakupu i teraz właśnie miał okazję nim się pochwalić. Wyjął cztery niskie kryształowe szklanki z wygrawerowaną nazwą Savanna i rozlał złocisty płyn. Następnie podał szkło każdemu z obecnych i powrócił do swojego monologu.

— Na morzu istnieją problemy nie tylko z równowagą, stabilnością i mocowaniem — kontynuował Lord, — ale także z tym co nie jest widoczne, a musi być brane pod uwagę. Mianowicie z bezpieczeństwem i ochroną.

— Nigdy nie zastanawiałem się na tym — wtrącił Murray poważnie.

— Projektowanie jachtu to kwestia proporcji, równowagi i skali, a także funkcji przestrzeni — ciągnął dalej Sir Ramsey. — Savanna to moja osobista, zmaterializowana wizja połączenia tych warunków.

Zakończył i spojrzał wnikliwie na zebranych. Wszyscy byli zafascynowani statkiem i szczerze gratulowali Lordowi tak wspaniałego projektu. Jednak Savanna nie była głównym powodem dzisiejszego spotkania. Panowie paląc cygara i popijając złocisty trunek, rozmawiali na temat wydarzeń ostatnich kilku tygodni. Najbardziej niepokojące były zamieszki na ulicach miast w różnych krajach, oraz brak nad nimi kontroli. Od jakiegoś czasu wiece i demonstracje na rzecz poprawy jakości lecznictwa i zatrzymania wciąż rosnących kosztów, były miejscem rozbojów i wandalizmu. Wszyscy obecni wiedzieli, że te akcje były prowokacjami nie mającymi żadnego związku z ruchem Czarno-Czerwonych. Zastanawiano się tylko, kto i w jakim celu organizował tę dywersję.

— Wczoraj otrzymałem raport z mojej kancelarii — powiedział Ramsey, — na temat prowokacji i wzniecania rozbojów w czasie demonstracji Czarno-Czerwonych.

— Jakieś szczegóły? Kto może być prowodyrem tych zamieszek? — zapytał Carlos.

— Z informacji, które udało się do tej pory ustalić, wszystko wskazuje na źródła z wyższych sfer rządowych, powiązanych ściśle z systemem bankowości — odpowiedział Lord.

— Bankowości? To bardzo interesujące — wtrącił admirał.

— Masz jakieś bliższe informacje na ten temat? — zapytał zdziwiony lekko Ramsey.

— W czasie mojej ostatniej wizyty w Waszyngtonie — kontynuował Murray — zupełnie przypadkowo spotkałem znajomego bankiera. Jest to człowiek posiadający niespotykane koneksje i wpływy w sferach finansowych. Poszliśmy na drinka i to właśnie on powiedział mi, że sprawa akcji ruchu Czarno-Czerwonych, leży w sferze zainteresowania ludzi z sektora finansowego.

— Kto może się tym interesować? — Zapytał Matius.

— Nie, tego nie wiem, ale ten mój znajomy powiedział jedną ciekawą rzecz. Mianowicie zasugerował, że w jego przekonaniu za prowokacjami kryje się tajna organizacja pod nazwą „Syndykat 12 Zmysłów”.

— Słyszałem coś o tej organizacji. Ale czy takie zrzeszenie naprawdę działa? Nikt nigdy nie potwierdził, ani nie udowodnił istnienia Syndykatu — wtrącił Ramsey.

— Zgadza się –powiedział Carlos — takich dowodów nie ma. W Meksyku jednak istnieją pewne źródła świadczące, że taka organizacja może istnieć naprawdę.

— Admirale, dlaczego twój znajomy tak sugerował? –Zapytał konkretnie Matius.

— Nie wyjaśnił szczegółów. Prawdopodobnie ich nie znał. Ale na końcu dodał, że sądzi, iż chodzi o jakieś powiązania z systemem farmaceutycznym i ubezpieczeń medycznych — odparł admirał.

— Są różne teorie na temat istnienia tej tajnej organizacji — wtrącił Matius. — Jedna z nich twierdzi, że Syndykat to 12 największych światowych banków. Podobno ich głównym celem jest udzielanie kredytów i kontrola zadłużenia największych firm, banków, a nawet całych państw.

— To są tylko teorie spiskowe, a takie istnieją na każdy temat. Jednak, jeśli mówi o tym człowiek pokroju mojego znajomego sądzę, że należałoby się nad tym zastanowić — odparł admirał.

Lord spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał godzinę 19:15. Na jachcie wszystko było gotowe na przyjęcie pasażerów. Według ustalonego planu pierwsi goście powinni się zjawić za około dwadzieścia minut.

— Czas na zejście do hangaru — powiedział — pierwsze ziarno jest już blisko.

Ziarno.

Düsseldorf, wtorek, 21 maj 2019, godzina 14:30.

Ulica Niederrheinstrase w Düsseldorfie, to dwukierunkowa, niezbyt szeroka droga, zabudowana po obu stronach jedno i dwupiętrowymi domami. Gęsto odrzewiona arteria daje doskonałe warunki komuś, którego celem jest przejazd nie rzucający się w oczy. Niewielka, w pełni automatyczna myjnia samochodowa, była usytuowana na skrzyżowaniu Niederrheinstrase i Im Grund. Do tej właśnie myjni wjechał przed chwilą ciemnogranatowy peugeot.

Kiedy auto zanurzyło się w wirujących szczotkach i pianie, siedzący na tylnym siedzeniu mężczyzna w ortalionowej kurtce, sięgnął ręką pod brodę i szybkim ruchem ściągnął sylikonową maskę. Wytarł twarz wilgotną szmatką. Podobnie zrobili kierowca peugeota i Hogan Stone. Po chwili, z tej właśnie myjni wyjechał lśniący i już biały peugeot Traveller. Skręcił na południe i pomknął w kierunku autostrady B-8, a dalej w stronę lotniska DUS.

Peugeot zbliżył się do terminalu B, części lotniska skąd odlatywały samoloty linii Air France. Gładko podjechał do wejścia z napisem francuskiego przewoźnika. Hogan Stone wsunął szarą teczkę do czarnej skórzanej aktówki, chwycił leżący obok płaszcz i otwierając drzwi auta powiedział:

— Uważajcie na chłopca. Powiedzcie Carlosowi, że będę na miejscu jak tylko ukończę badania. Wszystkie zalecenia i instrukcje znajdują się w aktach KURZ w moim biurze. Podczas mojej nieobecności za całość prowadzenia operacji jest odpowiedzialny mój asystent Steven Boska. Proszę wykonywać jego polecenia tak, jakby to były moje. Ok, to chyba wszystko. No to do zobaczenia w Studni.

Hogan Stone wysiadł z samochodu i szybkim krokiem ruszył w kierunku terminalu, skąd za 40 minut odlatywał jego samolot do Paryża. Odwrócił się jeszcze i patrząc w oczy mężczyzny w ortalionowej kurtce zamykającego za nim boczne suwane drzwi samochodu, powiedział:

— Proszę, bądźcie bardzo ostrożni. — Spojrzał na leżącego z tyłu Thomasa i na jego zamyślonej twarzy ukazał się ledwo zauważalny uśmiech. Cicho, jakby do samego siebie szepnął:

— Damy radę, na pewno damy radę. Musimy dać radę, — po czym odszedł szybkim krokiem w kierunku terminalu, skąd za 40 minut odlatywał jego samolot do Paryża

Drzwi Traveller ’a zasunęły się automatycznie. Kiedy elektryczny mechanizm zatrzasnął zamek, kierowca peugeota ruszył i wyprowadził samochód na drogę wyjazdową z lotniska. Szybko nabierał prędkości. Teraz peugeot skierował się na autostradę A-1, która prowadziła do Hamburga. Miał do pokonania około 420 kilometrów, to jakieś 4 godziny jazdy.

Mężczyzna w ortalionowej kurtce przesiadł się na miejsce gdzie wcześniej siedział Hogan. Przekręcił mały uchwyt na oparciu siedzenia kierowcy i uwolnił plastikową osłonę, która zsunęła się w dół. Był tam zainstalowany niewielki tablet. Włączył go, a gdy urządzenie się rozświetliło, ukazały się kolorowe wykresy, jakieś czujniki i klawiatura dotykowa. Na górze małego monitora widniał napis:

„Thomas Hermann lat 6. Numer ewidencyjny DU-05021-00100”.

Mężczyzna zaczął coś szybko programować. Wykresy drgnęły i ukazały informacje na temat stanu zdrowia chłopca. Na dole, w prawym rogu ekranu, zaświeciła się okrągła zielona kropka z napisem

— ‘All Good’.

Mężczyzna odwrócił się. Chwycił małą dźwignię z boku noszy, na których leżał śpiący Thomas, i pociągnął ją lekko do siebie. Z boków wysunęły się plastikowe osłony. Po krótkiej chwili zajęły pozycje po obu stronach noszy. W tym samym czasie z przodu, ponad głową Thomasa, zaczęła wysuwać się pokrywa imitująca materac. Po chwili tył pojazdu wyglądał tak, jakby były tam załadowane, fabrycznie nowe nosze ratunkowe. Resztę minibusa stanowił typowy sprzęt taki, jaki jest w wyposażeniu karetek pogotowia.

Mężczyzna oparł się wygodniej na siedzeniu. Spojrzał na przesuwający się za oknem jadącego samochodu krajobraz. Zdawał sobie sprawę z tego co właśnie się rozpoczęło. Był zadowolony.

Biały peugeot Traveller mknął gładką autostradą A-1 w kierunku wyznaczonego celu. Wiózł pierwsze ziarno. Zanim jednak tam dotrze, ma jeszcze jeden przystanek.

Winda.

San Francisco, 06 styczeń 2018, godzina 21:35.

Carlos wyszedł z Matiusem z loży operowej numer 14. kierując się ku wyjściu, które prowadziło do wind garażowych skąd odjeżdżały wszystkie limuzyny VIP-ów. Karol idąc jako pierwszy zabezpieczał drogę. Widać było, że ochraniarz nie bagatelizuje swoich obowiązków, nawet w wydawałoby się zupełnie bezpiecznym wnętrzu budynku opery. Przeszli półkolisty korytarz z wejściami do innych loży. Kiedy dochodzili do szerokich drzwi wyjściowych, prowadzących na niewielki hol, gdzie znajdowały się windy do garażu, nagle, na ułamek sekundy, zgasły światła. Zaraz jednak wszystko wróciło do normy. Karol zaniepokoił się tym. Wyjął pistolet z zawieszonej pod lewym ramieniem pochwy i pierwszy zajrzał do holu wind. Nikogo tam nie było. Ostrożnie wszedł do środka, każąc wszystkim pozostałym zaczekać. Po chwili otworzył drzwi i skinął głową, że można wejść. Carlos z wysoką blondynką, z którą siedział w loży zanim pojawił się Matius, weszli pierwsi. Za nimi jeszcze dwie inne osoby, na końcu Matius.

Pomimo pozornego spokoju atmosfera była nerwowa. Matius obserwując poczynania Karola zastanawiał się, czy faktycznie jest jakieś zagrożenie. Nie potrafił jednak znaleźć jakiegokolwiek momentu, który wskazywałby na niebezpieczeństwo. Tylko ten chwilowy brak światła był trochę zastanawiający. Karol przywołał windę. Drugi ochroniarz zamknął drzwi, którymi weszli z holu i stanął po przeciwnej stronie zabezpieczając wejście. Carlos z Matiusem stali przed windą, a Karol ustawił się pomiędzy nimi a windą. Ochroniarz dokładnie znał procedury, wiedział jak zabezpieczać swojego szefa.

Odezwał się dzwonek oznajmiający, że kabina podjechała na piętro. Wszyscy lekko odsunęli się w tył. Karol stanął z przodu i osłaniał Carlosa swoją atletyczną sylwetką. Wycelował pistolet w drzwi windy, które wolno zaczęły się rozsuwać. Rozświetlona jasnym światłem kabina ukazała swoje puste wnętrze. Matiusowi wydało się, że to oświetlenie jest lekko przesadzone. Karol podszedł bliżej, zajrzał do środka i po chwili odstąpił na bok. Dał znak, że wszystko w porządku. Blondynka ruszyła, ale Carlos przytrzymał ją i lekko odepchnął do tyłu. Spojrzał na Karola jakby upewniając się, że wszystko gra, po czym wszedł pierwszy do windy.

W tym momencie, ukryta ponad wiszącą lampą postać zeskoczyła na wchodzącego mężczyznę. Uniesiona w górę ręka uzbrojona w wielki nóż saperski spadała. Błysk światła odbitego w ostrzu trafił w oczy Karola, który błyskawicznym ruchem odepchnął Carlosa z toru uderzenia, nastawiając się pod cios. Bagnet wbił się ochroniarzowi w ramię. Napastnik spadając, wyszarpnął broń z rany Karola rozcinając ją od góry, aż do pachy. Wykonując jednocześnie obrót w powietrzu, kopnął ochroniarza butem w podbródek. Karol zachwiał się od uderzenia i runął na ścianę windy, waląc nosem w marmurowa płytę. Krew zalała mu twarz. Padając, stracił na moment wzrok. W tej chwili zamaskowany napastnik stanął i z furią ruszył na zdezorientowanego Carlosa, ponawiając próbę ugodzenia go bagnetem. Carlos na wpół leżąc, zobaczył nóż w powietrzu i wyprostowaną nogą zadał cios kopniakiem w pierś napastnika. Tamten odbił się jak piłka, przekoziołkował i padł na plecy pod drzwi windy. Chciał się poderwać, ale tam stał Matius. Natychmiastowym ruchem złapał bandytę za nadgarstek, w którym ten trzymał nóż. Przyklęknął i przycisnął kolanem jego pierś do podłogi. Przekręcając błyskawicznie broń, wbił bagnet po samą rękojeść w środek piersi bandyty. Zakończył uderzenie skręcając nóż w środku ciała napastnika o 90 stopni, tak jak to robią najemnicy. Ten uniósł głowę i wydając niezrozumiały bełkot, padł na wznak w bezruchu. Krew tryskała mu z rany pulsując. Jeszcze raz konwulsyjnie drgnęło jego ciało i niedoszły morderca skonał z otwartymi oczami patrząc w sufit windy, jakby tam chciał znaleźć schronienie.

Pierwszy otrząsnął się Carlos. Popatrzył na Matiusa, który trzymał jeszcze rękojeść bagnetu zatopionego w ciele napastnika. Oparł się o poręcz na ścianie i wstał. Oboje z Matiusem spojrzeli teraz na Karola. Ochroniarz przecierał zdrową ręką oczy, które zalewała mu krew. Starał się podnieść, ale nie dał rady. Zachwiał się i potoczył na ścianę. Carlos w jednym momencie znalazł się przy nim. Ściągnął z siebie biały aksamitny szalik i zaczął obwiązywać ramię rannego. Starał się w ten sposób zatamować krwotok. Matius sięgnął po telefon i wezwał pogotowie. Drugi ochroniarz asekurował ich, w razie gdyby pojawili się inni napastnicy. Blondynka w szafirowej sukni podbiegła do Carlosa i przerażona zawołała:

— Carlos, jesteś ok?! Co to było? Przecież Karol sprawdził windę! Skąd wziął się tam ten bandzior?

Południowiec delikatnie, ale stanowczo odepchnął dziewczynę od siebie.

— Nic mi nie jest, Beth, Karol jest ranny. Trzeba jak najszybciej zabrać go do szpitala. Bardzo mocno krwawi. Matius, zadzwoń po pomoc.

— Pogotowie jest już w drodze. Zaraz tutaj będą. Do cholery Carlos, jak to się mogło stać? Przecież Karol sprawdził windę — powtórzył słowa dziewczyny.

Zaczął analizować w myślach całe zajście, spojrzał w górę. I nagle wszystko zrozumiał. Lampa sufitowa, świecąca mocnym jasnym światłem, zwisała ponad pół metra w dół od sufitu. Było tam wystarczająco dużo miejsca, żeby mógł skryć się tam człowiek. Karol wprawdzie wszedł do windy i rozejrzał się, ale światło z lampy ukryło zaczajoną się nad nią postać. Krótka awaria światła i jaskrawe oświetlenie kabiny, stały się teraz zrozumiałe.

— —

W czasie, kiedy Matius z Carlosem starali się opatrzyć rannego Karola, mężczyzna w szarym długim płaszczu wsiadł do czarnej limuzyny w garażu opery, do którego nie dojechali Carlos z Matiusem. Na kolanach trzymał niewielką aktówkę. Otworzył ją i sięgnął po cygaro. Odciął końcówkę i zapalił. Był to Jony Borha. W tym momencie zadzwonił telefon. Głos w słuchawce zameldował sucho, że akcja się nie powiodła.

Borha nic nie odpowiedział, zaś do siebie zaś mrukną:

— Jeszcze cię dorwę skurwielu — i wściekły rozłączył połączenie.

Zorganizował tę akcję na własną rękę, wbrew wyraźnym poleceniom Morgana. Jego nienawiść do Południowca była jednak tak ogromna, że wziął na siebie ryzyko gniewu swojego mocodawcy. Sądził, że załatwi Carlosa i pomści wreszcie brata, a później wymyśli coś na usprawiedliwienie. Gdy zobaczył, że Matius też tam jest, ucieszył się, chociaż jego obecność mocno komplikowała sprawę. Jednakże Sting, zawodowy morderca, którego wynajął do tej roboty, zapewnił, że to nie jest problem. Twierdził z przekonaniem, że załatwi ich obydwu, zażądał tylko podwojenia gaży. Borh bez wahania się zgodził, teraz jednak tego żałował. Stracił paręnaście tysięcy, ale pieniądze to nic. Czekała go bowiem spowiedź przed Morganem, a tego już nie mógł lekceważyć. Zamyślony i wściekły uderzył lekko telefonem w szybę oddzielającą go od kierowcy, dając tym znak do odjazdu. Czarna limuzyna ruszyła i wyjechała z garażu opery na ciemne już o tej godzinie, ulice San Francisco.

Komisarz Muller.

Düsseldorf, wtorek, 21 maj 2019, godzina 15:30.

Komisarz Patrick Muller był człowiekiem, który w swojej wieloletniej detektywistycznej karierze doświadczył już prawie wszystkiego. Nie był, więc specjalnie podekscytowany, kiedy otrzymał polecenie, aby się udać do greckiej restauracji Kapitol, w sprawie uprowadzenia.

Komisarz Muller doskonale znał standardowe procedury w takich wypadkach. Wiedział, że należy zacząć od przeprowadzenia rozmów z ludźmi z bliskiego otoczenia uprowadzonego. Sprawdzić rodzinę, znajomych, pracę, nawyki, miejsce zamieszkania. Wszystko to w celu ustalenia powiazań i zależności porwanej osoby z jej najbliższym otoczeniem.

Następnie należy ustalić, czy porwana osoba ma, czy też miała, niedawno jakiś problem w życiu osobistym. Czy zanotowano jakiekolwiek nietypowe zachowanie w pracy lub w życiu prywatnym. I wreszcie, należy dojść do tego, czy ofiara mogła spodziewać się porwania. Ta procedura ma za zadanie ustalić, skąd może pochodzić porywacz i czy ofiara jest z nim w jakikolwiek sposób powiązana.

Muller wiedział z doświadczenia, że w większości przypadków porwań, porywacz pochodzi z tej samej rodziny, co ofiara, lub należy do grona bliskich znajomych. To bardzo zawęża krąg poszukiwań i ułatwia znalezienie motywu.

Doskonale rozumiał, że niczego nie można lekceważyć. Nawet drobiazgi mogą mieć ogromne znaczenie. W każdym takim dochodzeniu ważna jest umiejętność analizowania i łączenia na pozór niepowiązanych ze sobą faktów lub zdarzeń.

Podczas rozmów i przesłuchań należy uważnie obserwować ruchy ciała, emocje i mimowolne reakcje wszystkich osób powiązanych z ofiarą. Trzeba też dokładnie zbadać miejsce zbrodni. Należy sprawdzić ostatnie kontakty ofiary, połączenia telefoniczne, listy, e-maile, smsy. Każda, nawet nieznaczna zmiana w zachowaniu podejrzanych osób, może być istotna dla śledztwa.

Jeśli miejsce porwania jest znane, należy sprawdzić dokładnie czy nie ma świadków lub jakiegoś rodzaju materiałów filmowych lub zdjęć. Monitoring lokalny może być w takich przypadkach bardzo pomocny. Należy też zabezpieczyć pozostawione ślady, rzeczy lub przedmioty związane z incydentem, oraz substancje chemiczne lub jakieś płyny, które nie pasują do otoczenia.

Prowadzenie akcji poszukiwawczej i skuteczność zastosowania powyższych metod zależą jednak głównie od umiejętności samego detektywa prowadzącego sprawę. Powinien być spostrzegawczy, dobry w zakresie profilowania i analizy charakteru. Przede wszystkim jednak musi być dobrym analitykiem. Muller był właśnie takim policjantem. Wiedział, że w takim przestępstwie jak porwanie nic nie jest nowe. Wszystko już kiedyś się zdarzyło i dlatego jest do przewidzenia. Trzeba tylko umiejętnie połączyć fakty.

Komisarz znał te wszystkie procedury na pamięć. Przeczytał wstępny raport, wyszedł z komisariatu i wsiadł do swojego starego opla kadeta. Koledzy nadali mu przezwisko Columbo, bo podobnie jak bohater znanego serialu, chodził w szarym prochowcu, jeździł starym gratem i palił tanie cygara.

Kiedy jego nieoznakowany policyjnymi napisami samochód wjechał na parking restauracji, stało tam już kilka radiowozów. Policjanci zdążyli zabezpieczyć miejsce, gdzie znaleziono nieprzytomną Gretę i teraz przesłuchiwali świadków. Niestety nikt niczego nie widział i nie słyszał, tak jakby całe zdarzenie miało miejsce podczas ciemnej nocy na pustkowiu. Zeznania samej Grety niewiele mogły pomóc. Kobieta została zaatakowana od tyłu i prawie natychmiast obezwładniona. Jedynym pomocnym materiałem były nagrania z ochronnych kamer restauracji.

Komisarz Muller miał, więc trudne zadanie, ale znając podobne przypadki sądził, że porywacze odezwą się w ciągu 24 godzin i sprawa zostanie szybko rozwiązana. Hermannowie nie byli majętni. Należeli do średniej klasy i w związku z tym porywacze na pewno nie zażądają niczego wielkiego. Chyba, że w grę wchodzi tutaj handel dziećmi, ale biorąc pod uwagę wiek porwanego chłopca, raczej nie. Z takimi myślami wszedł do restauracji.

Komisarz zebrał wszystkie obecne osoby w sali restauracyjnej. Policjantom, którzy byli na miejscu jeszcze przed jego przybyciem, kazał spisać adresy, numery telefonów i nazwiska każdego, kto był obecny w restauracji w czasie porwania.

Już po pierwszych zadanych pytaniach zorientował się, że porwanie Thomasa nie jest typowym przypadkiem. Fakt, w jaki sposób zostało ono zorganizowane i brak jakichkolwiek świadków w ruchliwym miejscu i to w godzinach szczytu świadczyły, że porywacze nie są amatorami. W rozmowie z Ritą Hertz, osobą, która znalazła na parkingu restauracji nieprzytomną Gretę, Muller dowiedział się tylko tego, co już wcześniej zostało ustalone. Nic nowego do sprawy nie wniosły też przesłuchania jej męża, kelnerów i właścicieli restauracji. Jedyną szansą na jakiś klucz do sprawy były nagrania z kamer Kapitolu. Wstał i poprosił Adriana o przejście do biura restauracji.

— Czy może mi pan pokazać nagrania z 10 minut przed porwaniem? — Zapytał.

— Oczywiście, nie ma problemu. Zaraz to odnajdę — powiedział Adrian i zaczął coś programować w komputerze. Po chwili monitor podzielony na sześć prostokątów ukazał sytuację wokoło restauracji na 10 minut przed incydentem, dokładnie o 14:16:36.

Parking przed restauracją był wypełniony. W prawie wszystkich wydzielonych miejscach parkingowych stały samochody. W przeciągu 10 minut nic szczególnego się nie wydarzyło. Parę samochodów wyjechało, a na ich miejscach parkowały inne. Ludzie wychodzili i wchodzili do lokalu. Zwykły dzień na parkingu w godzinach popołudniowych przed popularną restauracją. O 14: 26: 36 w górnej części ekranu, na prawo od wejścia, włączyło światła jakieś Audi i wyjechało z parkingu. Zaraz za nim wtoczyło się BMW Grety i mijając wejście zajęło zwolnione miejsce. W tym samym czasie w innym prostokącie monitora, który przekazywał obraz z tyłu budynku, pojawił się ciemnogranatowy peugeot. Auto wjechało na teren parkingu, który nie był tak zajęty jak parking przed restauracją, ale mimo to nigdzie się nie zatrzymało.

Peugeot podjechał na koniec budynku i nie wyłączając silnika, zatrzymał się na drodze wjazdowej. Otworzyły się boczne drzwi pojazdu i z samochodu wysiadł wysoki mężczyzna w ortalionowej kurtce i czarnych spodniach. Człowiek ten idąc, patrzył cały czas pod nogi tak, jakby uważał, żeby się nie potknąć. Podszedł szybko do budynku i skręcił. Zanim wyszedł przed front restauracji, zatrzymał się i zajrzał jeszcze za narożnik. Zobaczył tam Gretę, która właśnie wyjęła Thomasa z BMW i zamykając pojazd pilotem odchodziła w kierunku wejścia. Trzymała chłopca za rękę. Mężczyzna szybkim krokiem ruszył za kobietą. Podszedł do niej od tyłu i wyjął z kieszeni jasno błękitną szmatkę. Objął ją sprawnym ruchem w pasie, drugą ręką uzbrojoną w szmatkę zasłonił na moment jej nos i usta. W tej samej chwili Greta zaczęła opadać. Porywacz tą samą ręką, w której trzymał szmatkę, złapał uwolnioną przez matkę rękę Thomasa. Puszczona szmatka jednak nie spadła, tylko zawisła pod rękawem kurtki mężczyzny. Przytrzymał opadającą kobietę i z widoczną troską, żeby nie uderzyła głową o twardą powierzchnię parkingu, delikatnie położył ją na asfalcie. Następnie odwrócił się i cały czas patrząc w dół oddalił się z Thomasem w kierunku peugeota. Wcisnął chłopca do środka, szybko wsiadł za nim i zamknął przesuwane drzwi. Auto wolno wytoczyło się z parkingu. Ciemnogranatowy peugeot na niemieckich numerach rejestracyjnych zniknął z zasięgu kamer restauracji Kapitol.

Muller odwrócił wzrok od monitora i spojrzał na Adriana.

— I co? Czy zauważył pan coś niezwykłego? –zapytał.

Tamten spojrzał na komisarza i zdziwiony pytaniem pokręcił lekko głową i powiedział:

— Ja nie. A co takiego pan zauważył, panie komisarzu?

— Widzi pan, podczas wieloletniej służby w policji wyrobiłem sobie zdolność do notowania tego, czego inni ludzie na pozór nie dostrzegają, chociaż tak naprawdę to widzą. Chodzi w tym wypadku o sposób, w jaki porywacz położył panią Gretę na ziemi. Bardzo uważał, żeby kobiecie nic się nie stało. Druga sprawa to szmatka, którą ją obezwładnił. On ją potem upuścił, ale ona nie spadla, cały czas była zawieszona u jego rękawa. No i trzeci szczegół. Porywacz nie miał żadnego nakrycia głowy. Zupełnie tak, jakby się nie obawiał, że ktoś go rozpozna. O… i jeszcze jedno. Ten człowiek idąc patrzył przez cały czas w dół — zakończył zamyślając się nad ostatnim zdaniem.

— Faktycznie ma pan rację. Ja zupełnie nie zwróciłem na to uwagi, chociaż oglądałem tą scenę już wiele razy. Ale, ale, mamy dokładnie sfilmowany numer rejestracyjny. To chyba może pomóc? — zapytał Adrian.

— Numer już został sprawdzony. Nie istnieje w ewidencji zarejestrowanych pojazdów. Były to fałszywe tablice. Na wszelki wypadek te numery zostały podane wszystkim patrolom, ale szczere mówiąc nie sądzę, żebyśmy z tego mieli jakąkolwiek korzyść. Porywacz nosił też rękawiczki, a twarz chował pod siebie. Dlaczego nie miał żadnego nakrycia głowy — powtórzył jakby do siebie — którym mógłby się zasłonić?

— No właśnie, dlaczego? — wtrącił Adrian.

— Ta akcja, panie Witkowski — powiedział Muller pomijając pytanie Adriana, — została zaplanowana w najmniejszych szczegółach. Nie wiem, o co chodzi tym porywaczom, ale jestem przekonany, że nie byli to amatorzy. Nie będzie tutaj chodziło o jakiekolwiek pieniądze — zakończył komisarz, — a w myślach dodał:

— Dlaczego on prawie cały czas patrzył w dół?

Su.

Nowy Jork, 06 grudzień 2010, poniedziałek, godzina 16:05.

Kawiarnie i małe, nastrojowe knajpki to o wiele więcej niż miejsce na espresso lub cappuccino. Są częścią życia społecznego każdego, nawet najmniejszego miasteczka. Mogą one służyć, jako centra rozrywkowe, kulturalne lub najzwyklejsze miejsca spotkań. Kawiarnie są optymalnym rozwiązaniem dla każdego, kto chce poznać innych, kto pragnie wyjść do ludzi. Tak też myślała Su i dlatego tak właśnie spędzała większość swojego wolnego czasu. W kawiarni dla artystów i poetów „Anastazya”, niedaleko swojego miejsca zamieszkania.

W tej właśnie kawiarni były też doskonałe warunki do rozbudzenia jej młodzieńczej fantazji. Poezja niekoniecznie musi być dla wszystkich tym, co określamy najtrafniejszą formą relaksu. Dla Su, nie było lepszego sposobu na spędzenie czasu. Nie przepuściła żadnego recitalu poetyckiego. Pozwalały one jej poznać nie tylko słynnych poetów, ale także dać szansę zaprezentowania swojego talentu. Su z każdej takiej szansy korzystała. Deklamując swoją poezję, spełniała się wewnętrznie. Jej orientalno-irlandzka dusza była przepełniona twórczą energią. Kiedy tworzyła, czuła, że jej myśli ją unoszą, była jak ptak w locie. Poezja dawała jej poczucie pełnej wolności i spełnienia. Podczas pisania zanurzała się w świecie, gdzie nie ma żadnych ograniczeń myśli. Kochała ten stan swojego umysłu.

To wszystko tworzyło świetny sposób na wyjście z powłoki urzędowej sekretarki, w której rolę musiała przeistaczać się każdego dnia. Dzisiaj też była w nastroju mniej niż urzędowym. Kiedy więc rano do biura wszedł młody, przystojny mężczyzna, jej romantyczna strona wzięła górę. Teraz z niezrozumiałą niecierpliwością czekała na wyjście Matiusa od Borena. Chciała, żeby coś się wydarzyło. Nie wiedziała tylko, co to miałoby być. Usłyszała przekręcanie klamki. Spojrzała w górę. Serce zabiło jej szybciej. Poprawiła włosy.

Drzwi się otworzyły i do sekretariatu wszedł Matius. Teraz dopiero dokładnie mu się przyjrzała. Wyglądał jak wyjęty z żurnala. Wysoki, przystojny brunet, w doskonale leżącym na nim garniturze i z lekko niedogolonym zarostem. I te białe jak śnieg zęby, które ukazywały się przy każdym, jakby lekko drwiącym uśmieszku. Na jego widok serce zabiło jej mocniej i poczuła, że się rumieni. Wcisnęła na moment twarz w rozrzucone na biurku papiery, ale po chwili podniosła wzrok. Patrzyła na zbliżającego się mężczyznę.

Matius był w super nastroju. Rozmowa kwalifikacyjna wypadła doskonale. Był pewien, że już dostał tę pracę. Podniecony nową perspektywą nie mógł doczekać się, kiedy otrzyma pierwsze zlecenie. Pomyślał, że ta robota to nawet lepsze zajęcie od tego, co robił do tej pory. No, przynajmniej może liczyć na coś bardziej stałego. Z rozmowy z Borenem wywnioskował, że zlecenia obejmują zarówno klientów krajowych jak i zagranicznych, a to jeszcze bardziej go pociągało. Perspektywa wyjazdów i egzotycznych podróży wywoływały w jego bujnej wyobraźni obrazy złocistych plaż, luksusowych resortów i lazurowych wód.

Wszedł do recepcji. Zamknął drzwi gabinetu Borena i spojrzał na patrzącą na niego wielkimi, piwnymi oczami Su. Nic nie mówiąc, podszedł wolno do jej biurka. Spojrzał jej prosto w oczy i uśmiechnął się.

— Widzę, że poszło dobrze — odezwała się pierwsza. — Cieszę się, że ma pan szansę z nami współpracować. Tutaj jest Kwestionariusz Kuriera. Proszę wypełnić całość jak najdokładniej. Oni naprawdę sprawdzają wszystko. Zapisałam pana na ten czwartek, 9-go, na godzinę 10 rano. Zgadza się?

Uśmiechając się lekko, podała Matiusowi dokument. Na moment ich wzrok się spotkał. Su jednak odwróciła się szybko udając, że szuka czegoś na biurku. Matius zauważył to zmieszanie. Odebrał je, jako widoczny wyraz zainteresowania nim ze strony dziewczyny. Nie zamierzał zaprzepaścić takiej okazji.

— Oczywiście. Tak ustalił pani szef. Zresztą mi to jak najbardziej odpowiada. Im prędzej, tym lepiej — znowu uśmiechnął się, pokazując białe równe zęby.

Su chciała cos powiedzieć, ale nie dopuścił jej do słowa.

— Co nie oznacza, że my musimy czekać aż do czwartku — zakończył zdanie patrząc uwodzicielsko prosto w jej oczy. Dziewczyna podniosła wzrok i odwzajemniając spojrzenie z niezamierzonym, ale czarującym uśmiechem, zapytała:

— Nie musimy czekać? A na co niby mielibyśmy nie czekać?

— Jak to, na co? Żeby się spotkać. Czyż naprawdę trzeba tracić tych parę dni, zanim do tego dojdzie? — powiedział to z taką pewnością, jakby to już było ustalone. I zaraz dodał:

— Ja proponuję dzisiaj, o 19-ej w Moncie, na 8-ej ulicy. Podają tam doskonałą japońską zupę.

Dziewczyna roześmiała się. Matius był typem faceta, z którym można było poczuć jakąś więź niemalże od razu. Z jego ciemnych oczu biła szczerość. Czy prawdziwa? Tego nie można było stwierdzić. Było jednak w tym coś, co ją pociągało. Odbijając pałeczkę powiedziała:

— Szybki jesteś… — przeszła na ty, — ja też nie lubię tracić czasu… szczególnie, jak coś mi się podoba — powiedziała szczerze. — Ok, będę o dziewiętnastej, ale nie spodziewaj się za wiele. Zupa i tyle! — zakończyła ostro.

— Możesz być pewna. Zupa i tyle. Nic więcej nie będziemy tam… robić — powiedział, akcentując przedostatnie słowo.

— A zupa w Moncie jest doskonała — dodał. — Takiej zupy na pewno jeszcze nie jadłaś. Nie wiem czy wiesz, ale podają jej trzy rodzaje: z wieprzowymi wkładkami, wołowiną i kurczakiem. Jaką preferujesz? — nie dopuszczał jej do słowa, ciągnąc dalej. — Po każdej nabierasz ochoty na coś więcej. Więc, którą zamówisz? — ponowił pytanie wpatrując się bezczelnie prosto w dekolt dziewczyny.

— Ha ha ha…. zaśmiała się drwiąco, a niby, na co ma być ta ochota po zjedzeniu zupy? — zapytała.

— Na mnie, złotko, na mnie. To jest sprawdzone. Nie wiem, dlaczego, ale tak to jest. Taki właśnie efekt wywołuje ta zupa — zaśmiał się, mrugnął do niej okiem i skierował się do wyjścia.

— W takim razie mam nadzieję, że nie chodzisz tam za często z kolegami — odparowała prawym sierpowym, a na zgodę dodała — No to zobaczymy, kto i na co nabierze ochoty — zakończyła śmiejąc się i machając ręką do wychodzącego przystojniaka.

Matius błysnął oczami, odwzajemnił uśmiech i wyszedł z biura Columbia Ekspres. Był tak zadowolony, jak chyba nigdy jeszcze w życiu. Nie dość, że dostanie tę robotę, to jeszcze zapowiada się super atrakcyjnie. Podróże, nowe miejsca, nowi ludzie i ta doza niebezpieczeństwa sprawiająca, że każdy dzień jest czymś więcej. Czymś, co należy cenić w szczególności. A do tego poznał jeszcze Su. Taka klasa! Dziewczyna, za którą nie można się nie obejrzeć. Kumple popękają z zazdrości, gdy go z nią zobaczą. Wiedział, że też się jej spodobał.

— Ha… nie bez kozery nazywają mnie KOCUR. Było źle. Spadałem jak kamień w wodę no i proszę, już jestem z powrotem na powierzchni — uśmiechnął się do siebie z satysfakcją.

Tak rozmyślając, skierował się szybkim krokiem ku dzielnicy, w której mieszkał. Był mniej więcej w połowie drogi, kiedy poczuł zmęczenie. Przystanął na chwilę, żeby odpocząć. Ten roczny przymusowy ‘urlop’ pozbawił go zupełnie kondycji.

— Cholera, muszę coś z tym zrobić — pomyślał — i to natychmiast. Ruszył w stronę mieszkania, żeby się przebrać. Sprawdzi, czy obecnie jest w stanie przebiec trasę, którą w przeszłości zwykle biegał. Dlatego zaraz po przyjściu do domu, zdjął cisnący go krawat i garnitur, wyjął z szafy dawno nieużywany dres i wybiegł na ulicę. Na pierwszy od miesięcy trening pobiegł w stronę Central Parku.

— —

Su jeszcze przez dłuższą chwilę patrzyła na drzwi, za którymi zniknął Matius.

— Co za facet — myślała — tak pewnego siebie już dawno nie spotkałam, jaki tupet. I ten jego wścibski wzrok. Patrzył na mój biust, jakby już teraz chciał się nim zająć — poczuła motyle w brzuchu.

Pójdzie na tę zupę i udowodni, że to tylko zupa, nic więcej, przekonywała sama siebie. Jednak było w tym coś więcej. Czuła, że to spotkanie, ten dziwny wzrok, którym świdrował ją Matius i ten szczery uśmiech na jego twarzy, to nie było tylko chwilowe zauroczenie. Zaczęła się nawet obawiać, że robi głupstwo. Miała już za sobą podobne doświadczenia, po których czuła się fatalnie. Nie jeden raz wydawało się jej, że jest fantastycznie, a potem… potem kończyło to się wielkim rozczarowaniem. Nie chciała tego ponownie. Miała dość rozczarowań. Doszła do takiego momentu w życiu, kiedy zaczyna się myśleć o czymś więcej. Nie tylko o przygodzie, chociażby nie wiadomo jak wspaniałej.

— Tak… pójdę na zupę, ale niech sobie nie wyobraża, że wydarzy się cokolwiek poza zupą — powiedziała, przekonując samą siebie.

Resztę dnia Su przepracowała wykonując rutynowe czynności. Nikt więcej nie zgłosił się na ogłoszenie. Boren kilkakrotnie prosił ją o zatelefonowanie gdzieś, czy umówienie go z kimś. Spojrzała na zegar, dochodziła 16-ta, kiedy ponownie usłyszała buczenie biuro-fonu.

— Słucham szefie.

— Su, proszę na chwilę do mnie przyjść — powiedział Boren.

— Oczywiście, już idę — wstała i weszła do gabinetu szefa — tak… słucham pana.

— Proszę niech pani usiądzie, mam coś do podyktowania — powiedział Boren poprawiając się w fotelu. Spojrzał przez wielkie okno swojego biura na rozległą panoramę miasta.

— Do rąk własnych… Senior Carlos Jose Castrowerde — zaczął dyktować.

— Drogi Carlosie — zrobił krótką przerwę, zastanawiając się jak zacząć — wiem, że sprawy przeciągnęły się poza określony naszym kontraktem wymiar czasowy. Nie zamierzam tutaj się usprawiedliwiać. Osobiście poczuwam się do odpowiedzialności za wszelkie straty wynikłe z tego powodu. Niezależnie od tego, co było powodem tych turbulencji, powinniśmy się ze wszystkim uporać na czas. Niepowodzenie przedsięwzięcia obciąża naszą firmę. Po otrzymaniu rozliczenia od ciebie, osobiście dopilnuję całego procesu. W imieniu Columbia Ekspres i moim własnym, proszę o wyrozumiałość. Wysyłam do ciebie również kuriera z przesyłką. Bardzo proszę o przyjęcie posłańca i zaakceptowanie tego, co dostarczy. Z pełnym szacunkiem, jakim ciebie darzę, osobiście pozdrawiam i do usłyszenia. Będziemy w kontakcie, George Boren — zakończył dyktowanie.

— Proszę o napisanie tego listu na moim prywatnym papierze, zapieczętowanie i wysłanie go jutro rano pocztą FedEx. Jest pani osobiście za to odpowiedzialna. Chcę, żeby senior Castrowerde otrzymał go, zanim dotrze tam paczka, która wyjdzie w sobotę. Kurier jeszcze nie jest przydzielony do tego zlecenia. To tyle na dzisiaj, jest pani wolna. Dziękuję — zakończył odkręcając się ponownie twarzą do okna i wpatrując w panoramę Nowego Jorku.

W oddali, na tle połyskujących fal zatoki, dostrzegł Statuę Wolności, symbol szansy lepszego życia i wolności osobistej, jak określali ją niektórzy. Skupił na niej wzrok, przyglądając się dostojnemu monumentowi. Założył ręce za głowę i przechylając się lekko w fotelu do tyłu cicho powiedział do siebie:

— Szkoda…, że to tylko symbol.

— —

Matius padł na lóżko. Przebiegł dawną trasę, tak jak zaplanował, wrócił do mieszkania i był teraz wykończony. Nie zdawał sobie sprawy, że z jego kondycją jest aż tak źle. Dotarło do niego, że przez cały rok, od czasu powrotu z Namibii, zupełnie o siebie nie dbał.

Leżąc na wznak przypomniał sobie tą afrykańską wojnę z której o mało co, by nie wrócił. Zielony gąszcz dżungli, zapach prochu i lepki pot, który zalewał mu oczy. To było w piątek. Wracali z akcji, idąc niewielką polaną. Wszystko szło według planu, kiedy nagle zza kępy palm padły pojedyncze strzały. „Gleba!”, krzyknął John, ich dowódca, i nakazał pięścią odwrót do lasu. Pierwszy podniósł się Rus, za nim Kurt. Obaj wycofując się tyłem, walili z bioder na oślep, gdzie popadnie. Serie z ich karabinów siekały zarośla po przeciwnej stronie polany. Usłyszeli jakiś krzyk, ktoś zaskomlał. Najemnicy zionąc ogniem maszynowym osłaniali leżących kolegów. John krzyknął — „teraz!”. Po kolei wyskakiwali z wysokiej trawy i strzelając biegli tyłem, w stronę dżungli. Wiedział, że musi wstać i zejść z linii ognia nieprzyjaciela. Kiedy zdecydował się podnieść, zobaczył żołnierza stojącego pod lasem po przeciwnej stronie polany. Tamten zamachnął się ręką i rzucił czymś w jego kierunku. Był to granat. Pocisk zatoczył łuk i upadł nieopodal. Matius zobaczył błysk i usłyszał grzmot wybuchu. Jakaś niewidoczna siła uniosła go w powietrze, przeleciał kilka metrów i runął uderzając biodrem w pień palmy. Poczuł potworny ból w piersiach i stracił przytomność. Kiedy się ocknął, kumple ciągnęli go podtrzymując pod ramionami. Był ciężko ranny. Mike i Rus wepchnęli go do czekającego na pełnych obrotach Blackhawk ’a. Po chwili maszyna zawirowała potężnymi śmigłami, poderwała się i zawijając ostry łuk w powietrzu wyszła ze strefy ostrzału wroga. Tym razem im się udało. Zdążyli na czas się ewakuować i wrócić do bazy.

Tak skończył się jego ostatni kontrakt. Zastanawiał się, czy gdyby wówczas nie został ranny, przeżyłby do końca. Gdy przyjechali do Namibii było ich 12-tu najemników, wróciło tylko 5-ciu. Może ten wybuchający obok niego granat, ironicznie uratował mu wtedy życie?

Sięgnął ręką do szuflady w szafce przy łóżku, żeby spojrzeć na zegarek. Niechcący dotknął jakiegoś zdjęcia, wyjął je. Było to ostatnie zdjęcie, jego i jego matki. Wówczas, kiedy odeszła, tylko wojsko wydawało mu się sensownym rozwiązaniem. Nie miał po co i dla kogo żyć. Zaciągnął się do armii, żeby zostać najemnikiem. Spojrzał na czasomierz:

— Cholera to już 18:00.

O 19-tej umówił się przecież z Su. Zeskoczył z łóżka na równe nogi i w drodze do łazienki zrzucał z siebie przepocony dres. Wziął szybki prysznic, ubrał się w czarną koszulę i popielate spodnie. Narzucił na siebie skórzaną kurtkę i o 18: 25 wyszedł z domu. Skierował się prosto do Monty, gdzie wcześniej zarezerwował stolik. Chciał być tam pierwszy. Był pewien, że Su przyjdzie.

Narodziny.

Nowy York, wieżowiec IBT, biuro Columbia Express, 11 maj 2012, godzina 18:00.

George Boren, inwestor budowlany oraz założyciel i prezes przesyłkowej firmy Columbia Ekspres siedział tego dnia w swoim biurze zastanawiając się nad sensem dalszego swojego życia. Był teraz sam, Su już wyszła skończywszy pracę o 17-ej. Wczoraj po wieloletniej walce, cierpieniach i psychicznych torturach zmarła jego żona. Była chora na raka jelita grubego. Kiedy lekarze postawili diagnozę Boren podjął decyzję. Niezależnie od tego, co mówią specjaliści i jakie są statystyki uratuje swoją żonę. Miał na to wystarczające środki. Był, więc pewien, że znajdzie odpowiedni zespól lekarzy, zastosują najnowocześniejszą terapię, lekarstwa i Nancy wyzdrowieje.

Wierzył w dzisiejsze możliwości nauki, medycynę i dostępne leki. Nancy trafiła do najwyżej notowanej kliniki w Nowym Yorku. Firma ubezpieczeniowa wprawdzie po otrzymaniu informacji o chorobie zmieniła polisę, Boren tym się nie przejął. Nie zastanawiał się nad kosztami leczenia, stać go było pokryć ich całość z własnych pieniędzy.

Dzisiaj wiedział, że się przeliczył. W swoich kalkulacjach nie wziął jednej bardzo ważnej rzeczy pod uwagę. Istniejący obecnie system lecznictwa w swoich końcowych założeniach nie zakłada wyleczenia pacjenta. Pacjent jest już tylko statystyką. Teraz celem jest jak największy zysk, a leczenie polega na przedłużaniu agonii. Dzisiaj to zrozumiał. Ale dzisiaj jest już za późno, żeby pomóc Nancy.

Wpatrzony w panoramę Nowego Jorku zastanawiał się teraz nad tymi milionami ludzi, którzy wierzą tym, w których rękach jest ich życie. Jakże to absurdalnie groteskowe. Ci, którzy powinni im pomóc, są ich katami. Nie, dlatego, że tak chcą. Dlatego, że zmusza ich do tego system, którego są tylko małym elementem. System uzależnień, nad którym panują siły zupełnie niezwiązane z lecznictwem. Siły bez twarzy i uczuć, których cel jest zupełnie obcy tym, o życiu, których decydują.

Zadzwonił telefon. Boren spojrzał na numer. Nie miał ochoty teraz z nikim rozmawiać, ale ten człowiek stanowił wyjątek.

— Witam cię Viktorze — odezwał się.

— Dzwonię, żeby złożyć ci kondolencje. Wiem, kim dla ciebie była Nancy. Uwierz mi, jest mi bardzo przykro. Gdybym tylko mógł coś zrobić…

— Dziękuję przyjacielu — wszedł mu w słowo Boren. — Wiem, że gdyby to było w twojej mocy, pomógłbyś Nancy wyzdrowieć. Ja niestety pomyliłem się i przegrałem — powiedział z rezygnacją.

— Kiedy planujesz pogrzeb? — Zapytał Lord Ramsey zmieniając tok rozmowy.

— W nadchodzącą środę. Jutro Su wyśle zawiadomienia, do ciebie też — usłyszał w odpowiedzi.

— Będę na pewno.

— Będzie, więc okazja porozmawiać — odpowiedział Boren, chcąc zakończyć już konwersację. — Po ceremonii pogrzebowej odbędzie się małe przyjęcie u mnie w domu na Long Island.

— George, jest jeszcze jedna sprawa. Chodzi o plan „KURZ”, to ważne.

— Oczywiście, słucham.

— Czy możesz przelecieć do Polski za dwa tygodnie, a dokładniej 25-go maja?

— Czy chodzi o „Narodziny”? — Zapytał Boren.

— Tak. Zbieramy się u Roberta Be na jego ranczo. Znasz go — informował Lord.

— Tak, byliśmy u niego razem z Nancy, to były niezapomniane wakacje — powiedział sentymentalnie Boren. — Minęło już trochę czasu od tej wizyty. To jest piękne miejsce — zakończył w zadumie.

— Tak, Robert wspominał mi o tym. To wówczas jak załatwił dla ciebie tego 12-cylindrowego Ferrari Testarossa z 1984 roku, piękny egzemplarz — wtrącił Lord. — Ale wracając do sprawy. Zatrzymuję się w Bristolu, jeśli chcesz zrobię i dla ciebie rezerwację.

— Gdybyś mógł było by dobrze. Mam teraz dość dużo na głowie, a trudno mi pozbierać czasami myśli — usprawiedliwiał się Boren.

— W porządku. Nie będę cię już dłużej trzymał. Zobaczymy się w środę. Jeszcze raz przyjmij moje głębokie kondolencje.

Boren odłożył słuchawkę. To, że Viktor zadzwonił nie było niczym nadzwyczajnym, ale to, o czym mówił było bardzo ważne. Dowie się więcej w środę, teraz musi skupić uwagę na sprawach pogrzebu i postarać się nie tracić równowagi psychicznej. Świadomość, że pozwolił umrzeć Nancy, niszczyła go. Gdzieś głęboko w duszy czuł, że mogło być inaczej. Nie rozumiał tego uczucia, ale powalało go ono i bolało do szpiku kości. Walczył z obezwładniającą go świadomością, że jest winny śmierci najdroższej osoby w jego życiu.

— —

Wąska dwupasmowa szosa wiodła przez gęsto zalesione niskimi sosnami tereny. Coraz to drzewa przerzedzały się, ukazując szerokie polany ukwiecone kolorowymi kwiatami i gęstą wysoką trawą. Do celu podróży pozostało około 5 kilometrów, to już blisko. Kierowca szarego Volvo zwolnił wjeżdżając w obszar miejski niewielkiego miasteczka. Skręcił w prawo i po chwili znalazł się na przestronnym placu, który był centralnym punktem. Był to Stanisławów, niewielka spokojna miejscowość położona w województwie mazowieckim około 37 km na wschód od stolicy Polski, Warszawy.

— Steve, zatrzymaj się przy tym sklepie — powiedział Lord Ramsey wskazując na budynek stojący na środku niewielkiego placu.

Kiedy auto stanęło, Lord wysiadł i wszedł do sklepu. Za ladą stała młoda dziewczyna z uśmiechniętą twarzą. Spojrzała na nietypowego przybysza i ukazując równe zęby zapytała:

— W czym mogę pomóc?

— Dzień dobry, poproszę paczkę tych suchych kabanosów, trzy bułki i… jeszcze te trzy piwa z lodówki OK, znaczy Okocim — wypowiedział Lord łamaną polszczyzną.

— Doskonale pan mówi po polsku — zaśmiała się dziewczyna i postawiła na ladzie wymienione produkty.

— Anything else? — Dodała po angielsku patrząc z dumą w oczy Lorda.

— To wszystko, co teraz potrzebuję — odpowiedział Lord. — A wie pani jak daleko jest stąd do miejscowości… — tutaj wymienił nazwę wsi, do której jechali.

— To zdaje się w drodze na Węgrów? –Dokończył.

— Tak. To tylko 3 kilometry stąd. Jak wyjedziecie na główną drogę zaraz będzie trakt Miński. Skręcicie w lewo i po kilkuset metrach w prawo. Szosa już sama was dalej poprowadzi –wyjaśniła dziewczyna zza lady.

— Dziękuję pani –powiedział i wyszedł ze sklepu.

Podszedł do samochodu od strony kierowcy. Steve opuścił szybę i ze zdziwieniem spojrzał na niesione przez Ramseya rzeczy. Ten bez słowa podał wszystko kierowcy, obszedł samochód i wsiadł.

— No, i to jest jedna z tych rzeczy, dla których warto jest przyjechać do Polski — powiedział ku zaskoczeniu innych.

Steve i Boren patrzyli na Lorda, nie wiedzieli, co powiedzieć.

— No, co tak patrzycie? Łapcie za kiełbasę, to naprawdę jest polska kiełbasa. Świeżutkie wiejskie bułki i do tego to schłodzone polskie piwo. Lepiej nie mogliście trafić — roześmiał się i odgryzł kawałek kabanosa.

Steve i Boren spróbowali przyniesionej wędliny i pokiwali głowami mrucząc coś niewyraźnie na potwierdzenie słów Lorda. Samochód ruszył dalej.

— To już tylko trzy kilometry- powiedział Boren — myślę, że musisz wytrzymać z tym piwem — i roześmiał się patrząc z tylnego siedzenia w twarz Steva, widoczną w środkowym lusterku samochodu.

Volvo wjechało na drogę w kierunku Węgrowa. Mieli jeszcze tylko 2 kilometry do celu podróży. Boren już dawno tutaj nie był, chociaż znał bardzo dobrze człowieka, do którego jechali. Poznali się w San Francisco na wystawie samochodowej. Robert Be był dealerem samochodów egzotycznych. Jego działalność polegała na wynajdywaniu najlepszych okazji i pośredniczeniu w transakcji zakupu pojazdów, które były unikatami. Miał klientów rozrzuconych po całym świecie, a sprzedaże, w których pośredniczył, opiewały na setki tysięcy dolarów. Wówczas na San Francisco Auto Show szukał unikalnego modelu Ferrari z 1984 roku. Znajomy podał mu kontakt Roberta. Tak zaczęła się ich znajomość, która z czasem przekształciła się w przyjaźń.

Dzisiejsze spotkanie było jednak bardziej egzotyczne niż wszystkie pojazdy, które Robert kiedykolwiek sprzedał. Boren spojrzał za okno. Przejeżdżali właśnie przez mostek nad rzeczką o nazwie Rządza. Minęli budynek młyna, dalej jakieś zabudowania farmerskie i tuż przed zakrętem, przy małej kapliczce, zjechali z szosy. Pamiętał to miejsce. Tutaj znajdowała się posiadłość rodzinna Roberta, którą ten odziedziczył po swojej babce.

Volvo zwolniło i zatrzymali się przed bramą wjazdową, znajdującą się po prawej stronie drogi. Steve dotknął czytnika kartą i brama ruszyła udostępniając wjazd. Kierowca podjechał do niewielkiego budynku przypominającego mały dworek, objechał go z lewej strony, minął kort tenisowy i zatrzymał pojazd na niewielkim placyku. Parkowało tam już kilka innych aut. Wszyscy wysiedli. W oddali, na zielonej, równo przystrzyżonej trawie, stały trzy duże stoły ogrodowe. Przy jednym z nich siedziało kilka osób. Jeden z mężczyzn wstał i ruszył w ich kierunku. Był to ojciec Roberta Be, Valdi, międzynarodowy inwestor nieruchomościami, przedsiębiorca budowlany i developer.

— Witam wszystkich — powiedział podchodząc do przybyłych. — Cieszę się, że jesteście.

— Dzień dobry Valdi, miło cię ponownie widzieć — odpowiedział Lord. — Słyszałem, że wróciłeś na stałe do Polski.

— Tak, po 35-ciu latach stwierdziłem, że to jest najlepsze rozwiązanie. Wiesz jak to jest, w pewnym wieku człowiek zaczyna doceniać to, czego za młodu nie dostrzegał — uśmiechnął się lekko i podał rękę Lordowi.

— Doskonale cię rozumiem, ja też tak zrobię jak przyjdzie pora — odpowiedział Lord. — Mam niewielką posiadłość na południe od Sydney. Jest tam podobnie jak tutaj. Zresztą, zapraszam was w odwiedziny. Wybierzemy się na ryby, nad pobliskie jezioro.

— Dzięki, na pewno skorzystamy z zaproszenia — odpowiedział Valdi.

— Widzę, że ojciec już was przywitał — do przybyłych podszedł Robert Be.

— Staram się spełniać twoje obowiązki jak najlepiej — powiedział żartobliwie. — Mamy zaproszenie do Viktora na wakacje, co ty na to? — Powiedział Valdi.

— Jak to, co? To wspaniały pomysł. Tylko czy Viktor wytrzyma z nami tych parę dni? — Robert roześmiał się szczerze.

— Już dam jakoś radę. My Australijczycy jesteśmy jak Polacy, lubimy dobre piwo i dobre towarzystwo, a tego nam u mnie nie zabraknie.

— Cześć Robert — Lord podał mu rękę, — dzisiaj mamy ważny dzień. Dziękuje za udostepnienie nam swojego domu.

— Jest to dla mnie zaszczytem gościć was u siebie Viktorze, zapraszam.

Wszyscy podeszli do siedzących, którzy na widok przybyłych powstali. Zgromadzeni tego dnia u Roberta Be ludzie to grupa biznesmenów, których łączną wartość majątkową można by określić na 175 miliardów dolarów. Byli to: profesor Hogan Stone — założyciel firmy farmaceutycznej AltMed X, Marek Bednarzyk — polski makler giełdowy i szef spółki BednaGold — Karl Nastel — jeden z największych na świecie specjalistów od bankowości i naczelny dyrektor Banko de Spana. Dalej, Bernard Tamic — finansista i właściciel, a zarazem dyrektor naczelny jednej z największych firm trudniących się doradztwem finansowym, z główną siedzibą w Honk Kongu, Jurgen Waise — naczelny dyrektor spółki metalurgicznej Metal Werk z Hanoweru, Adrian Mossetti — Sycylijczyk, twórca i właściciel sieci pizzerii PizzaMossetti znanej na całym globie i wreszcie Jose Sanczez Avant — hiszpański arystokrata i właściciel winnic we Francji, Hiszpanii i Kalifornii. Po przyjeździe Lorda Ramseya i Georga Bordena byli w komplecie. Wszystkich tych ludzi łączył jeden istotny fakt. Każdy z nich utracił bliską osobę przez istniejące uzależnienia i kierunki leczenia.

Za sprawą Lorda Ramseya, każdy z nich poddał wnikliwej analizie przebieg terapii, która była zastosowana w przypadku osoby im bliskiej, a która doprowadziła do tragicznego końca. Wyniki były jednoznaczne. W każdym z przypadków nie zastosowano wszystkich dostępnych możliwości i środków leczniczych. Każda z osób, które odeszły, miała szansę na wyzdrowienie, gdyby taką szansę udostępniono im na czas. Każdy tu z obecnych zaufał istniejącym ustaleniom i procedurom i każdy popełnił tym nieodwracalny błąd. Zgromadzili się dzisiaj, żeby to zmienić.

Mieli konkretny cel, którego osiągnięcie wymagało nie tylko ogromnych środków finansowych, ale także wiary w słuszność idei. Dzisiaj zebrali się po raz pierwszy, po wezwaniu ich przez Lorda Ramsey’a. Był to początek walki o równe prawa do zdrowia dla wszystkich.

— Chodźmy panowie — powiedział Lord, — możemy zmienić przyszłość na lepszą tylko wówczas, jeśli zrobimy pierwszy krok w odpowiednim kierunku — i ruszył ku domowi.

Zebrani u Roberta Be ludzie weszli za Lordem do budynku. Grupa Kondor rozpoczęła swoje pierwsze spotkanie.

Dynastia.

Londyn, wieża ‘Odłamek Szkła’ 72-gie piętro, 30 grudzień 2017, godzina 20:05.

W londyńskiej wieży Shard of Glass, na 72-gim piętrze prywatnego tarasu widokowego, stał samotnie, wpatrzony w migoczącą milionami świateł panoramę miasta 65- letni mężczyzna.

Sir David Martin Holhzman jest właścicielem potężnych instytucji bankowych i finansowych rozrzuconych po całym świecie. Dynastia Holhzmannów kontroluje olbrzymie wartości aktywów, a ich majątek to ponad 950 miliardów dolarów. Sir David Martin Holhzman jest głową tej najbogatszej i najpotężniejszej rodziny na świecie. Ich potęga sięga czasów Napoleona i Rewolucji Francuskiej. Wówczas, wykorzystując wojenną zawieruchę, stworzyli zalążki swojej fortuny i od tamtych wydarzeń, aż po dzień dzisiejszy, systematycznie powiększają swoje wpływy i zdobywają coraz większą władzę.

David Holhzman jest jednocześnie kontynuatorem i szefem tajnej organizacji o nazwie „12 ZMYSŁÓW”. Jest to syndykat niezależnie operujących dwunastu banków. Działają one na wszystkich kontynentach, oficjalnie, jako prywatnie zarządzane instytucje finansowe. Ich głównym celem jest kontrola nad wartościami walut, procesami kredytowymi i wysokością procentową udzielanych pożyczek innym bankom, korporacjom, a nawet całym rządom.

Sir Holhzman w swojej karierze bankiera kierował się twierdzeniem, że ten, który udziela kredytu, kieruje polityką rządów i trzyma w rękach losy narodów. W czasie wywiadu, lata temu, Holhzman zapytany, dlaczego sądzi, że światowy system bankowy musi być całkowicie sprywatyzowany, zapytał retorycznie:

— Ile dodatkowych martwych spółek jest warte demokracji? — a po chwili dodał:

— To, co nie jest zarządzane prywatnie to bagno, jeśli się z tym nie zgadzacie, to spróbujcie przejąć cokolwiek z jakiegoś bankrutującego systemu… i naprawić to działając w kolektywie”.

Wpatrując się w leżące u jego stóp City, zastanawiał się nad głównym celem Syndykatu. Była to całkowita kontrola systemów bankowych poprzez koncentrację ogromnej ilość udzielanych kredytów w jednej instytucji. Z czasem ma to doprowadzić do monopolistycznego panowania nad globalnym zadłużeniem. Ta siła pozwoli im zdominować systemy polityczne poszczególnych krajów i światowej gospodarki, jako całości.

Holhzman wiedział, że już teraz wielkość globalnego wpływu, jaki ma Syndykat na gospodarkę i politykę w świecie jest olbrzymia. Osobiście opracował metody zmuszające wielkie korporacje i rządy do pobierania pożyczek. Są one bezwzględne. Zaczyna się od prowokacji i wywołania konfliktu. Ten prowadzi do potrzeby finansowania zaistniałych turbulencji finansowych lub działań wojennych, a to już w prostej linii zmusza do poszukiwania pożyczki. Kiedy kredytobiorca nie jest w stanie spłacić długu, a tak zdarza się najczęściej, Syndykat proponuje nowe kredyty. Są one tylko już wyżej oprocentowane, a to jeszcze głębiej zadłuża firmę lub kraj i uzależnia jego suwerenność.

Sir Holhzman w swojej działalności biznesmena nie stroni również od manipulacji giełdowych. W ostatnim czasie zakupił jedną z największych światowych spółek, która tworzy narzędzia pomagające śledzić oprogramowanie służące do ekonomiczniejszego zarządzania kosztami firm.

Programistyczna firma o nazwie „Focus 54 Inc.”, niecałe dwa lata po upublicznieniu niespodziewanie ogłosiła, że zgodziła się na jej zakup przez prywatny bank kredytowy Punch & Partnerzy. Bank ten jest placówką finansową kierowaną bezpośrednio przez Sir Davida Holhzmana. Transakcję opiewającą na sumę 3,52 miliarda USD w gotówce, oficjalnie uzasadniali twierdzeniem, że pomoże ona firmie szybciej wprowadzać swoje produkty na rynek. Współzałożyciel korporacji i jej dyrektor generalny Craig Napatti, na zwołanej konferencji prasowej powiedział Reuterowi:

— „Już od dawna w naszych założeniach korzystamy ze wskazówek banku kredytowego P&P. Wejście w bezpośrednie współdziałanie przyspieszy tylko cykl innowacji i wdrażania programów IT wśród naszych klientów, oraz ułatwi przepływ wartości płatniczych”.

Focus 54 wszedł na giełdę w marcu 2015 roku. Akcje firmy szybko przekroczyły granicę 100 USD. Stabilność rynkowa i dobra koniunktura powodowały wzmacnianie się pozycji giełdowej spółki. Jej nagłe sprzedanie było, więc szokiem dla wszystkich, a specjalnie dla akcjonariuszy firmy. I tak po zawarciu umowy z P&P i ogłoszeniu zmiany kierunków, wartość rynkowa akcji gwałtownie spadla. Po opadnięciu fali zaskoczenia okazało się, że akcjonariusze Focus 54 otrzymają zaledwie 31.8 USD za akcję, co stanowiło mały ułamek wartości, w stosunku do ostatniej ceny zamknięcia, wynoszącej 124,85 USD za akcję.

Faktem, który miał zasadnicze znaczenie dla Sir Holhzmana przy podejmowaniu decyzji zakupu było to, że firma mogła kontrolować oprogramowanie zarządzeniami finansowymi innych korporacji oraz to, że współzałożyciel i dyrektor naczelny Craig Napatti i jego rodzina to najwięksi akcjonariusze Focus 54. Wspólnie byli w posiadaniu takiej ilości akcji, które dawały im ponad 59% głosów w zarządzie firmy. Nikt też nie zauważył, że na około tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem transakcji o sprzedaży Focus 54 spółce Punch & Partnerzy, Mr. Napatti spotkał się z Sir Holhzman’em na jego jachcie. Panowie długo rozmawiali za zamkniętymi drzwiami. Następnego dnia na zebraniu zarządu firmy Focus 54 stosunkiem głosów 59% — 41%, zatwierdzono projekt sprzedania firmy.

Syndykat „12 Zmysłów” bardzo intensywnie działa na giełdach finansowych świata. Jest to główny punkt skąd rozpoczynają się kryzysy w poszczególnych regionach i państwach na całym globie. Szefowie Syndykatu są najczęściej inicjatorami tych zdarzeń.

Sir David Holhzman kiedyś przeczytał słowa wypowiedziane przez prezydenta Thomasa Jeffersona w liście do Johna Taylora — „Uważam, że banki są bardziej niebezpieczne niż stojące armie”. Sir David Holhzman zgadzał się z tym twierdzeniem w stu procentach.

Szerokie drzwi wejściowe otworzyły się. Holhzman odwrócił głowę. Stała w nich kobieta ubrana w czarną garsonkę. Weszła na taras i podchodząc do barku spojrzała w jego kierunku. Holhzman bez słowa wszedł za bar i nalał do dwóch kieliszków białe wino. Podał jeden kobiecie i wznosząc swój powiedział:

— Witam Margaret. Dobrze, że jesteś.

— Sprawa, o której napisałeś nie jest błaha. Czy masz już jakieś szczegóły?

— Tak. Porozumienie trzech ma nastąpić za miesiąc — odpowiedział.

— Jeżeli trzeba temu przeszkodzić, ja mam takie możliwości.

— Wiem. Nie, nie będziemy przeszkadzać — odpowiedział Holhzman odwracając się i podchodząc ponownie do wielkiego okna, odgradzającego taras.

— Jeśli nie, to po co mnie wezwałeś? –Zapytała lekko poirytowana.

— Pozwolimy im je zawrzeć — odpowiedział jakby do samego siebie. — Pytanie brzmi, czy porozumienie zostanie osiągnięte po burzliwych turbulencjach, czy spokojnie i za obopólną zgodą zainteresowanych nim stron — zakończył.

— Jak chcesz sprowokować konflikt? — Zapytała zrozumiawszy tok myślenia Holhzmana.

— Trzeba zorganizować prowokacje używając do tego nasilające się ostatnio ruchy społeczne, dotyczące rosnących cen opieki zdrowotnej i lekarstw — odpowiedział krótko.

— Organizacja Czarno-Czerwonych? To oni organizują te demonstracje.

— Zgadza się. Należy tylko te procesy „urozmaicić”. To właśnie będzie twoim zadaniem — teraz spojrzał badawczo na kobietę.

— Rozumiem. Czy jeszcze coś? — Spytała madame Troch, bo tak nazywała się kobieta w czarnej garsonce.

— Nasz plan jak zwykle polegać będzie na manipulowaniu ludzkimi emocjami, zwłaszcza strachem. W minionych stuleciach wielokrotnie wykorzystywaliśmy takie rozwiązania, zawsze zakończone sukcesem.

— Moi stratedzy stworzą problem — odparła madame Troch. — Wyszkolimy grupę „opozycyjną” w celu stymulowania zawirowań.

— Tak właśnie ma się to odbyć — powiedział z zadowoleniem Holhzman. — Wpuścicie swoich agentów w ustalone wcześniej siły polityczne, kraje i regiony — kontynuował. — W ten sposób będziemy wpływać i tworzyć przeciwstawne frakcje w konflikcie.

— Należy też przeprowadzić badania tzw. opinii publicznej — zasugerowała madame Troch.

— To doskonała sugestia Margaret — pochwalił ją Holhzman.

— Celem tych badań — kontynuowała swoją myśl madame Troch — będzie ocena akceptacji poszczególnych społeczeństw dla planowanych nowych programów.

— Doskonale Margaret, wiedziałem, że jesteś zawsze w temacie — z nieukrywanym zadowoleniem powiedział szef syndykatu „12 ZMYSŁÓW”.

— Dziękuję Davidzie, ty również zawsze wiesz jak zadziałać — odwzajemniła komplement, dodając — Wysokie wyniki w sondażach wskażą nam, że programowanie „bierze”, podczas gdy niskie notowania zasugerują niejednoznacznie, że musimy zmienić kierunki propagandy i ulepszyć działania wpływowe w terenie.

— Aż do osiągnięcia pożądanych rezultatów — zakończył Holhzman.

— Widzę, że jak zwykle jesteśmy zgodni — zaśmiała się lekko madame Troch unosząc w kierunku Holhzmana kieliszek z winem.

— Czy coś jeszcze Davidzie? — Zakończyła swoją wypowiedź pytaniem.

— To wszystko. Przejdźmy teraz do „Gniazda” omówić szczegóły –powiedział sucho.

Sir David Martin Holhzman i jego jedenastu partnerów zarządzających obecnie poszczególnymi gałęziami Syndykatu „12 ZMYSŁÓW” wykonywali plan, który został ustalony przez twórców tej tajnej organizacji setki lat temu. Dalekosiężnym celem było stworzenie zadłużenia wszędzie tam, gdzie jest to tylko możliwe. Następnie, doprowadzenie poprzez to zadłużenie, do pełnej kontroli nad ekonomią i gospodarką w skali globalnej.

Dzisiejsze spotkanie Holhzmana i Troch miało na celu zaaranżowanie akcji prowokacyjnych, których celem będzie wykorzystanie nowych trendów społecznego niezadowolenia wokoło przemysłu farmaceutycznego i medycznego. Tak zwana „opinia publiczna” w wielu rozwiniętych krajach wykazywała rosnące niezadowolenie. Sir Holhzman wiedział, że to co uważa się za „opinię publiczną”, jest w rzeczywistości starannie opracowaną propagandą, mającą na celu wywołanie pożądanej reakcji. Nie znał jeszcze tylko autora tego scenariusza.

Niezależnie od tego, kto tworzy te nastroje, Holhzman zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później doprowadzą one do potrzeby kredytowania istniejących zależności rynkowych. Stwierdził, że lepiej, żeby to stało się wcześniej niż później. Sprawą autorstwa społecznych buntów zajmie się w następnej kolejności.

— Chwileczkę — powiedziała madame Troch zatrzymując Holhzmana. Wyjęła komórkę i wycisnęła jakiś numer mówiąc do telefonu:

— Spotkanie nad brzegiem, jutro o 18: 00-ej. — Odłożyła telefon do torebki i spojrzała na Holhzmana mówiąc —

— Chodźmy Davidzie. Szkoda czasu.

Oboje odstawili kieliszki z niedokończonym winem i wyszli. Podeszli do windy. Drzwi się otworzyły i weszli do kabiny. Holhzman spojrzał w okrągła czarną szybkę powyżej przycisków poszczególnych pięter. Urządzenie zeskanowało jego oko i winda ruszyła. Wagonik zatrzymał się na 12-tym, ostatnim poziomie podziemnego garażu, który nie figurował w zestawie przycisków windy. Wyszli i wsiedli do pojazdu przypominającego pocisk. Holhzman wydał komendę podając cel podróży. Pojazd bezgłośnie ruszył zagłębiając się w ciemnym tunelu. Po 30 sekundach jazdy zatrzymał się. Tunel za nimi zamknęła wysunięta z podłoża potężna śluza. Przestrzeń wokoło pojazdu zalała woda. Kiedy całość wypełniła się, otworzyła się przed nim inna śluza i po chwili pojazd wpłynął pod wodą do Tamizy.

Rozdział 2.
Studnia

Zamówienie

Queensland, Port Douglas, 19 styczeń 2016 rok.

Lśniący w popołudniowym słońcu, prywatny odrzutowiec AIRBUS ACJ319 o nazwie BIAŁY KOALA, był prawie u celu podróży. Na tle ciemnego błękitu nieba wyglądał jak przecinający powietrze srebrny pocisk. Pilot ustawił przyrządy pokładowego komputera i przygotował maszynę do lądowania. Sir Ramsey siedział w fotelu w kabinie pasażerskiej i przeglądał informacje w fachowym miesięczniku Morze i Technika. Interesowały go wszelkiego rodzaju pojazdy do nurkowania i łodzie podwodne.

Jego szczególną uwagę zwrócił artykuł o statku podwodnym o nazwie M8. Była to łódź o długości 285 metrów, zaprojektowana przez austriacką firmę Private Sub & Yachts. M8 mogła nurkować do 490 metrów i pływać pod wodą z prędkością 24 węzłów, a koszt budowy to niebagatelne 2,5 miliarda dolarów amerykańskich.

Ramsey czytał:

— „M8 nie jest jedynym okrętem podwodnym dostępnym tylko dla najbogatszych” — uśmiechnął się lekko, spoglądając na pierzaste chmury, ponad którymi mknął teraz odrzutowiec.

— Już od dziesięcioleci –kontynuował czytanie — firmy takie jak Deep See Submarines, Underwater Flight i inne podobne, produkują i sprzedają podwodne pojazdy i łodzie. Większość to mniejsze jednostki, zdolne zabrać od dwóch do maksimum dziesięciu pasażerów. Mogą one co prawda zanurzać się na tysiące metrów pod powierzchnię wody, ale czas trwania ekspedycji jest w zasadzie ograniczony do kilkunastu godzin. Pozwala to jednak na eksplorację oceanów jak nigdy dotąd…” — przerwał na chwilę swoją lekturę.

— Tak… — mruknął do siebie — wygląda to imponująco, ale my potrzebujemy czegoś więcej — analizował głośno Lord, kiedy usłyszał z głośnika anons pilota:

— Zbliżamy się do Port Douglas, proszę o zajęcie miejsc i zapięcie pasów.

Lord Ramsey wykonał polecenie pilota i powrócił do swojej lektury. Poczuł lekkie ciśnienie w uszach. Biały Koala zaczął obniżać wysokość. Po kilkunastu minutach maszyna lekko osiadła na płycie lotniska w Port Douglas.

— —

Australijska spółka stoczniowa Deep Blue Ships Corporation, w skrócie DBSC, zajmująca się budową i naprawami statków, jest znaną firmą okrętową w Australii. Zajmuje się tylko i wyłącznie zamówieniami dla prywatnych klientów. Miasto Port Douglas leży na zachodnim wybrzeżu kontynentu i tam właśnie zlokalizowana jest stocznia i biura prywatnie zarządzanej firmy.

Tutaj, rano o godzinie 10: 00 dziewiętnastego stycznia 2016 roku, na przestronny parking wjechał biały Bentley i zatrzymał się przed wejściem. Kierowca wysiadł, rozejrzał się i obchodząc auto otworzył szeroko tylne drzwi. Lord Ramsey stanął obok samochodu, spojrzał na oszklony budynek i ruszył do wejścia. W ręku niósł niewielkich rozmiarów teczkę. Wszedł do środka. Z lewej strony znajdowała się recepcja. Człowiek zza lady spojrzał znad monitora, wstał i grzecznie powiedział:

— Dzień dobry Sir Ramsey. Biuro pana Costnera znajduje się na 10 piętrze — poinformował portier i wskazał windy.

Lord skinął głową i pomyślał:

— Przygotowali się na moją wizytę, to dobrze.

Wszedł do kabiny i wjechał windą na najwyższe, 10-te piętro budynku. Znajdowało się tam biuro właściciela stoczni Henry Costnera. Był umówiony z okrętowcem na spotkanie, które sam zaaranżował. Celowo wybrał tę stocznie i tę firmę. Słyszał i sprawdził dokładnie, kim jest Henry Costner. Był przekonany, że tylko ten człowiek może sprostać zadaniu i zrealizować zamówienie grupy Kondor. Kiedy drzwi windy otworzyły się, zobaczył przestronną recepcję. Za nowoczesnym biurkiem siedziała młoda kobieta. Pomieszczenie było udekorowane skromnie, w stylu nowoczesnej sztuki o tematyce morskiej. Na jego widok kobieta wstała zza biurka i powiedziała:

— Dzień dobry panu Sir Ramsey, proszę wejść, pan Costner oczekuje pana.

Był ponownie mile zaskoczony powitaniem i tym, że personel został tak dobrze przygotowany na jego przyjazd. Oznaczało to, że okrętowiec bardzo poważnie podchodzi do jego oferty biznesowej, chociaż jeszcze nie zna szczegółów. Zanim zdążył podejść, drzwi się otworzyły i stanął w nich Henry Costner.

— Witam pana, Sir Ramsey, miło pana widzieć. Proszę niech pan wejdzie. Może kawa, herbata…?

— Kawa, jeśli można prosić — powiedział Lord i wszedł do gabinetu.

— Dwie kawy panno Milo — rzucił Costner i wszedł za Lordem zamykając drzwi.

Gabinet Costnera był przestronnym pomieszczeniem z wielkim na całą ścianę oknem, za którym na tle błękitu oceanu widoczna była stocznia. Jego wyposażenie stanowiło proste biurko z trzema obrotowymi fotelami. Na lewej ścianie zainstalowano szereg szklanych półek, podświetlonych jasno niebieskim światłem, a prawa ściana udekorowana była najróżniejszymi wizerunkami łodzi, statków i jachtów. Nad tym wszystkim górowało zdjęcie, oprawione w grube białe ramy o długości prawie dwóch metrów. Przedstawiało ono piękny okręt podwodny o nazwie Posejdon. Na tej samej ścianie, pod zdjęciem Posejdona, znajdowały się masywne dwu wahadłowe drzwi. Ramsey zauważył zainstalowany na nich cyfrowy zamek.

— Proszę, proszę niech pan spocznie, kawa zaraz będzie — powiedział Costner wchodząc za swoje biurko i siadając tyłem do pięknej panoramy za oknem.

Był ubrany w najnowszej mody jasno popielaty garnitur, nosił krótko trymowaną brodę i krótko przystrzyżone wąsy. Z twarzy wydawał się bardzo sympatyczny i budzący zaufanie.

— Cieszę się, że pan do mnie dotarł. Jak podróż? — zapytał bardziej z uprzejmości niż z ciekawości.

— Dziękuję — odpowiedział grzecznościowo Lord — przebiegła bez przygód. Wie pan, ja podróżuję bardzo często w związku, z czym, staram się posiadać do tego celu odpowiednie środki komunikacji — odpowiedział Ramsey szeroko się uśmiechając.

— To zrozumiałe. Bardzo się cieszę, że wybrał pan właśnie nasze przedsiębiorstwo. Jestem przekonany, że będziemy w stanie zaspokoić pańskie potrzeby. W sprawach wszelkiego rodzaju pojazdów, zarówno pływających jak i nurkujących, jesteśmy przodownikiem na rynku — reklamował się Costner.

— Wiem, że odnieśliście duży sukces. Czytałem dużo na wasz temat zanim poprosiłem o to spotkanie. Musze jednak uprzedzić, że moja propozycja jest wyjątkowa i raczej niestandardowa. Zawiera ona wiele aspektów, z którymi do tej pory prawdopodobnie pańska firma się jeszcze nie spotkała. Myśli pan, że to nie będzie stanowiło przeszkody?

— Jestem przekonany, że nie. Żadne nowości, czy też nieznane do tej pory zadania nie stanowią dla wytrawnego gracza przeszkody. Wręcz przeciwnie, zachęcają one do podjęcia wyzwania i stawieniu czoła potencjalnym trudnościom. Tym się kieruję i tak prowadzę swoją firmę — odpowiedział z pełnym przekonaniem Henry.

— Podoba mi się pańskie podejście. Jeśli tak jest, jak pan twierdzi — Lord spojrzał uważne w oczy Costnera, — to na pewno dojdziemy do porozumienia. Moja propozycja jest jednakże bardziej skomplikowana, niż może pan sobie to wyobrazić.

Na te słowa do gabinetu weszła panna Mila niosąc dwie filiżanki, dzbanek z kawą, śmietankę i cukier. Dwa rodzaje ciasteczek uzupełniały zawartość srebrnej tacy. Postawiła wszystko na stoliku pod ścianą ze zdjęciami statków i bez słowa wyszła. Po wyjściu panny Mili Henry powiedział:

— Proszę się częstować. Tutaj jest śmietanka i cukier.

Lord sięgnął po filiżankę.

— No, ale przejdźmy do sprawy — powiedział Costner. — O jakim statku jest mowa, bo chyba chodzi o jakiś ‘un navire de mer’, prawda? — wtrącił po francusku, dając do zrozumienia, że wie, iż Lord Ramsey włada tym językiem i że on również zasięgnął informacji o kliencie.

— Tak — odpowiedział Lord — jednakże ma to być statek, który nie tylko ma za zadanie pływać, ale również ma zatonąć. I nie chodzi tutaj o łódź podwodną — dodał.

Henry spojrzał na gościa i zamyślił się. Z jego oczu można było wyczytać napięcie, ale jeszcze bardziej ciekawość. Czego tam nie było, to żadnej obawy i niepewności. To bardzo spodobało się Lordowi.

— Proszę kontynuować, to naprawdę robi się interesujące — odpowiedział.

Lord Ramsey wstał z fotela i z kawą w ręce podszedł do ściany ze zdjęciami. Zastanawiał się czy może mu zaufać. Przypomniał sobie słowa Carlosa, który na to samo pytanie powiedział: „Tak samo, jak możesz zaufać mnie”. Przyjrzał się kilku zdjęciom i odwrócił do Henry ’go kontynuując:

— Panie Costner, chodzi nam o zbudowanie okrętu, który po dotarciu do celu podróży odłączy się od burty i dziobu, a te po samozniszczeniu zatoną. Sam kadłub, w kształcie dużego prostokąta, zawiśnie na głębokości około 1 000 metrów w dokładnie określonym miejscu nad dnem oceanu. Następnie, żeby zapobiec dryfowaniu, zakotwiczy tam.

Henry podsunął się w swoim fotelu, wpatrując się z uwagą w Lorda. To, co usłyszał, zaczynało go nie tyle interesować, co wręcz fascynować.

— Kadłub, który zejdzie pod wodę, ma pomieścić 250 osób — kontynuował Lord, — dla których będzie na pokładzie wystarczająco dużo środków niezbędnych do życia przez około dwa lata.

— Muszą tam być komfortowe warunki mieszkalne. Moduł musi zabezpieczać wszystkie potrzeby, zarówno życiowe, rekreacyjne jak i rozrywkowe, ale przede wszystkim medyczne i lekarskie. Całość ma być wykonana w technologii STELTH. Obiekt nie może być widocznych dla radarów, sonarów i kamer w technologii blu-eye. Pokrycie górnego kadłuba modułu musi być tak skonstruowane, żeby nie był on widoczny dla satelitów i samolotów zwiadowczych.

Ramsey przerwał na chwilę. Spojrzał na widok za oknem. Piękny dzień dzisiaj, pomyślał. Naprawdę warto jest zaryzykować wszystko, żeby osiągnąć cel akcji KURZ. Był przekonany, że to, co się niedługo wydarzy, jest jak najbardziej słuszne. Zastanawiał się nad tym wiele razy, rozpatrując wszystkie za i przeciw. Odwrócił się i patrząc prosto w oczy Costnera kontynuował:

— Ma tam również być śluza, coś w rodzaju doku, — tłumaczył — do podwodnego cumowania dla łodzi podwodnej, którą notabene również u pana zamówimy, jeśli dojdziemy oczywiście do porozumienia. Czy pańska firma może podjąć się takiego zadania, zaprojektować to i wybudować?

Nastała chwila ciszy. To, co powiedział Lord, a raczej to, czego żądał, było ponad wszelkie oczekiwania Costnera. Nawet w największych domysłach nie przewidział czegoś takiego. To było zadanie, którego podjęcie się wymagało niesamowitej odwagi i przedsiębiorczości, ale przede wszystkim wielkich środków. I nie tylko o finansowych środkach myślał Henry, myślał przede wszystkim o technologicznym zapleczu swojej firmy. Zastanawiał się, czy Deep Blue Ships Corporation ma wystarczająco dobrze wyspecjalizowanych techników i specjalistów, którzy będą w stanie podołać takiemu wyzwaniu. To jedno pytanie nie dawało mu teraz spokoju. Reszta nie stanowiła żadnego problemu. Nawet już teraz w myślach rozkładał na części pierwsze plan jak zbudować obiekt, o którym mówi Lord.

— Szanowny Lordzie, będę z panem zupełnie szczery to, co mi pan przed chwilą powiedział zaskoczyło mnie…, ale nie przestraszyło. Oczywiście, zdaję sobie sprawę ze złożoności tego projektu. Sądzę jednak, że wszystkiego można dokonać, jeśli się odpowiednio przygotuje do tego zaplecze. Czy może pan mi dostarczyć jakieś bardziej szczegółowe materiały i dokumenty? Jeśli dojdziemy do porozumienia, to będę potrzebował wszystkich dostępnych środków oraz stałej konsultacji z panem lub z kimś, kto będzie potrafił odpowiadać na wszystkie, nawet najbardziej złożone pytania, dotyczące szczegółów projektu.

— Tak, naturalnie. Przydzielimy do pana wyłącznej dyspozycji grupę naszych specjalistów, którzy są wprowadzeni w projekt. Są to naukowcy, technicy i programiści najwyższej klasy.

— Doskonale. To na pewno ułatwi naszej firmie projektowanie, a potem wykonanie projektu. Mam pewną sugestię, jeśli można — spojrzał na Lorda zatrzymując się na chwilę.

— Oczywiście, proszę niech pan mówi.

— Rozumiem, że całość jest tajna? — Zapytał twierdząco Costner.

— Tak, jest to ściśle tajne przedsięwzięcie — potwierdził Lord.

— Sądzę, że ze względu na rozmiary samej konstrukcji modułu, który ma zakotwiczyć nad dnem oceanu, trudno będzie to zrobić z jednej części. Proponowałbym, więc podzielić projekt. Zamiast budować jeden olbrzymi kadłub, podzielmy go na trzy osobne, które po dopłynięciu na wyznaczone miejsce połączy się w jedną całość. Co pan o tym sądzi? Czy takie rozwiązanie jest do zaakceptowania?

Lord spojrzał na okrętowca z wyraźną aprobatą.

— Jak najbardziej. Taki podział rozwiąże wiele problemów, że też nasi projektanci o tym nie pomyśleli — odpowiedział.

— Poza tym… — ciągnął Costner — tak wielki projekt wzbudziłby zainteresowanie, a dzięki temu będzie można uniknąć rozgłosu. Również technicznie ułatwi to bardzo wiele — zakończył swoją wypowiedź.

— To doskonała sugestia — szczerze ucieszył się Ramsey.

— Rozumiem też, że będzie istniała tam jakaś stała komunikacja i wymiana personelu. Jak chcecie rozwiązać problem z chorobą dekompresyjną?

— Na pokładzie wybudowanego modułu podwodnego będzie zainstalowany specjalny system o nazwie Press-Air-Live, w skrócie PAL. Jest on zaprojektowany do utrzymania odpowiedniego ciśnienia i składu powietrza. Zapewni to taki sam stosunek tlenu do innych składników wewnątrz modułu jak ten, którym oddychamy na powierzchni. Dekompresja nie będzie potrzebna — odpowiedział Lord.

— To bardzo nowatorskie rozwiązanie — skonkludował z podziwem Costner.

— Tak, zresztą cały projekt jest nowatorski — uśmiechnął się nieznacznie Ramsey i dodał:

— Myślę, że projekt znajdzie doskonałego wykonawcę w pana rękach. To co, zgadza się pan na podjęcie przedsięwzięcia?

— Oczywiście, że się zgadzam! Czuję się wręcz zaszczycony. Muszę teraz przestudiować dokładnie całą dokumentację i przygotować wstępny kosztorys. Zebranie rady firmy mamy jutro, przekażę im wiadomość o pańskim zleceniu. Gdzie i kiedy mogę dostać więcej szczegółów?

— Proszę przygotować wstępny kosztorys. Wie pan już, że całość jest ściśle tajna. Zanim przekażę panu odpowiednie instrukcje, proszę podpisać dokument o utrzymaniu projektu w tajemnicy w razie, gdybyśmy nie doszli do porozumienia. Przygotowała to moja kancelaria.

Podsunął Costnerowi zapisany papier z nadrukami i pieczęcią jego imperium finansowego. Na dole widniał podpis Lorda, a obok było wolne miejsce, gdzie pod kreską widniało wydrukowane imię i nazwisko Costnera. Brakowało tylko jego podpisu.

Okrętowiec wziął do ręki długopis, spojrzał na dokument i szybko go przejrzał. Było to zwykłe zobowiązanie o utrzymaniu całości projektu w tajemnicy, normalna procedura w takich wypadkach. Bez dłuższego przeciągania podpisał dokument i oddał Lordowi mówiąc:

— Możemy przejść do konkretów, czy może chciałby pan jeszcze coś dodać, Lordzie?

— Nie, na razie to wszystko, a jeśli chodzi o szczegóły, to tutaj znajdzie pan całość zagadnienia.

Sięgnął do aktówki, z którą przyszedł. Otworzył ją i wyjął oprawioną w czarną skórę grubą teczkę. Położył dokument na biurku Costnera tak, żeby ten mógł swobodnie przeczytać tytuł. Na środku czarnej skórzanej okładki widniał napisany złotymi literami tytuł: Projekt ‘STUDNIA’.

Dostawa.

Hamburg — wtorek, 21 maj 2019, godzina 19:35.

Autostrada numer 1 ciągnie się od Bonn, przez Düsseldorf, aż do Hamburga. Biały peugeot prawie dojeżdżał do celu. W planach był jeszcze tylko jeden krótki przystanek. Kierowca dotknął telefonu przyczepionego do jednego z wlotów powietrza na pulpicie i włączył funkcję głosową.

— Wybierz numer 8 — powiedział.

Po chwili odezwał się sygnał połączenia.

— Pomerania, odbiór — rozległo się z głośnika.

— Zgłasza się DU-00100. Rozpoczynamy akcję ‘Opakowanie’.

— Przyjęte. Bez odbioru — połączenie zostało zakończone.

Peugeot dojeżdżał prawym pasem do zjazdu, łagodnie zwalniając. Zostało tylko kilkadziesiąt metrów. Po chwili samochód wjechał na drogę Stillhorner Weg, skręcił w prawo i znalazł się na skrzyżowaniu z niewielką ulicą o nazwie Finkenriek. Wjechał w nią. W odległości około 150 metrów od skrzyżowania, stał zaparkowany czarny TIR marki Scania. Nie było na nim żadnych napisów ani oznaczeń. Peugeot minął go i zawrócił. Tylne drzwi długiej, pomalowanej na czarno skrzyni kontenera były otwarte. Do wnętrza prowadziły wystawione dwie szerokie rampy wjazdowe. Peugeot dojechał do ramp i wtoczył się po nich do środka kontenera. Kiedy tylko auto znieruchomiało, mężczyzna w ortalionowej kurtce wysiadł i zaczął mocować pojazd. Założył pasy na wszystkie koła i następnie zaczepił je hakami do znajdujących się w podłodze uchwytów. Później dźwignią podkręcił kołowrotki pasów tak, żeby przycisnęły koła do podłoża unieruchamiając je. W tym samym czasie drzwi przez które wjechali, zamknęły się automatycznie, a rampy wsunęły się z cichym szmerem pod podłogę. Lśniący czarnym lakierem TIR ruszył. Skierował się na tę samą drogę, którą przed chwilą przyjechał minibus. Wjechał na autostradę. Akcja pod kryptonimem ‘Opakowanie’ nie trwała dłużej jak 45 sekund.

Mężczyzna sprawdził jeszcze raz zamocowania i przeszedł do przodu, omijając stojące tam już dwa inne minibusy. Otworzył niewielkie drzwi i wszedł do sporej kabiny kierowcy.

— Cześć, wszystko w porządku? — Zapytał.

— Tak, mamy komplet, za około dwie godziny powinniśmy być na miejscu.

— OK — odpowiedział siadając na wolnym fotelu.

Otworzył przedni schowek na desce rozdzielczej i wyjął z niego małego laptopa. Włączył go i odczekał chwilę, a gdy komputer się uruchomił, włączył program. Na ekranie ukazała się mapa trasy, którą jechali. Program sprawdzał przez chwilę stan natężenia ruchu i warunki pogodowe. W lewym górnym rogu ekranu zaświeciła się zielona kreska. Oznaczało to, że wszystko gra. Nacisnął kursorem na ikonkę człowieka w mundurze i na ekranie ukazały się zaznaczone czerwonymi punktami miejsca wszystkich patroli policyjnych na ich trasie. Palące się stałym światłem kropki oznaczały rutynowe operacje drogówki. Nie było żadnego zagrożenia. Kliknął inną ikonę i na ekranie ukazała się droga za TIR-em. Następnie ekran podzielił się na trzy części, ukazując dodatkowo prawą i lewą stronę mknącej ciężarówki. Mężczyzna poruszył jeszcze kursorem w górę, sprawdzając, co się dzieje ponad nimi. Wszystko wyglądało bezproblemowo. Odłożył laptopa i wziął do ręki wojskową lornetkę. Dłuższą chwilę sprawdzał drogę przed nimi i po bokach. Uspokojony odłożył ją do schowka.

— Wszystko w porządku. Nie szalej, to nie będzie problemów. Daj mi znać, jak będziesz dojeżdżał do portu. Wracam do małego.

Wstał i wyszedł z kabiny. Wrócił do peugeota i usiadł na siedzeniu obok mebla, w którego wnętrzu teraz były nosze, na których spał Thomas. Nacisnął przycisk na oparciu przedniego siedzenia. Włączył komputer i ponownie sprawdził stan zdrowia chłopca. To samo zrobił z pozostałymi dziećmi znajdującymi się w dwóch innych minibusach. Wszystkie pomiary były prawidłowe. Oparł się wygodniej i sięgnął do prawego oka. Lekko poprawił zasłaniający je czarny pasek.

Myślami wrócił do tego pamiętnego wieczoru w operze. Minęło już prawie półtora roku od zdarzenia w windzie. Zastanawiał się wiele razy nad tym, co się wtedy stało. Wiedział, że to, co zrobił, było instynktowne. Narażając własne życie uratował wówczas Południowca. Wykonał automatycznie i dokładnie to, do czego został zatrudniony. Czuł się z tym dobrze. Sprawdził się. Kiedy po kilku dniach odzyskał w szpitalu przytomność dowiedział się, że miał bardzo duży ubytek krwi. Potrzebował natychmiastowej transfuzji. Carlos bez wahania zaoferował swoją pomoc. Dzięki niemu żyje. To zespoliło ich na zawsze. W wypadku w operze stracił jedno oko, ale z tym można było żyć.

Wówczas poznał też bliżej Matiusa, i zupełnie zmienił o nim zdanie. Przekonał się, że Matius to porządny gość i że można na nim polegać. Byli teraz przyjaciółmi. Dzięki tym dwóm ludziom jest częścią największej akcji w historii. Należy do grupy, która podjęła się wykonać niewykonalne. Czuł, że jego życie nabrało sensu.

Czarny TIR mknął autostradą numer 1 i powoli zbliżał się do celu podróży. Już w Hamburgu, zjechał na drogę B75, którą dojechał do bram portu. Skierował się do części przeznaczonej dla wielkich wycieczkowców pasażerskich Hamburg Cruise Center HafenCity.

Rejsowe statki wycieczkowe cumują niemal codziennie w HafenCity. Terminal 1 można też wynająć na specjalne imprezy i uroczystości, gdy nie ma tam statków wycieczkowych. Można go też wynająć, kiedy opłata jest odpowiednia. Dzisiaj stała tam zakotwiczona Savanna. Była ona docelowym punktem podróży czarnego TIR ‘a.

— Karol — powiedział kierowca przez wewnętrzny komunikator, — dojeżdżamy.

Mężczyzna wysiadł z samochodu i wyjął z kieszeni niewielki metalowy przyrząd. Nalepił specjalne naklejki zabezpieczające drzwi przed ich otwarciem. Odstające końcówki nalepionej taśmy chwycił w trzymany przyrząd i mocno ścisnął. Po chwili peugeot był zabezpieczony plombami, takimi, jakie używa urząd celny. Podobne plomby założył już wcześniej na wszystkie inne drzwi peugeota i drzwi dwóch pozostałych aut. Wszystkie wiozły podobny ładunek.

Wrócił do szoferki i usiadł na tym samym miejscu, co poprzednio. W rękach trzymał papierową teczkę. TIR podjechał do bramy wjazdowej Terminalu 1, która była zagrodzona szlabanem. Z budynku wyszedł wartownik, zasalutował i poprosił o papiery pojazdu i ładunku. Karol podał kierowcy dokumenty, a ten przekazał je strażnikowi. Mężczyzna spojrzał na podane mu papiery. Na wierzchu widniało złote logo Savanny. Przewrócił kartkę, sprawdził miejsca i daty załadunku i powiedział:

— Sprzęt medyczny, nosze i pojazdy dostawcze, to wszystko na Savannę?

— Tak — odpowiedział krótko Karol.

— Może pan otworzyć kontener? — poprosił urzędowym głosem.

— Oczywiście.

Karol wysiadł z ciężarówki, obszedł ją i ręcznie otworzył tylne drzwi kontenera. Widać tam było tył peugeota, a dalej volkswagena i fiata. Wszystkie samochody to białe minibusy. Strażnik zajrzał do wnętrza, odwrócił się do Karola i zapytał:

— To wszystko, co przewozicie?

— Tak. Auta zapakowane podczas odbioru — kłamał jak z nut Karol. — Nic nie zmienialiśmy, nie było takiej potrzeby. Całe zestawy, sprzęt, nosze i minibusy przeznaczone są dla domów dziecka w Afryce. Każdy dla innej placówki.

— Tak… widzę, mam to tutaj w manifeście. Takich transportów będzie razem trzydzieści sześć, wy jesteście pierwszą dostawą. Skąd jedziecie? — zapytał, chociaż było to dokładnie napisane w dokumencie odprawy.

— Z Berlina — bez zastanowienia odpowiedział Karol — tam załadowaliśmy całość.

Strażnik spojrzał na Karola i wskoczył do środka. Podszedł do peugeota i zajrzał do wewnątrz auta. Obszedł samochód. Na wszystkich klamkach zamocowane były plomby urzędu celnego w Berlinie. Chwycił jedną i powiedział do krótkofalówki.

— Hubert sprawdź numer… — tutaj podał numer plomby zamocowanej na tylnych drzwiach peugeota. Po chwili usłyszał głos kolegi.

— Wszystko w porządku. Numer jest w ewidencji. Założony w Berlinie.

Strażnik wszedł dalej i podobnie sprawdził dwa pozostałe pojazdy. Po chwili zeskoczył ze skrzyni, spojrzał jeszcze raz w papiery, coś napisał i oddając Karolowi dokumenty powiedział:

— Wszystko się zgadza. Możecie jechać.

Zasalutował, odwrócił się i odszedł do budynku. Szlaban odgradzający drogę uniósł się. Czarny TIR ruszył w kierunku przystani, gdzie zacumowana była Savanna. Strażnik wszedł do wartowni, w której przy radiu siedział jego kolega. Popatrzył na niego i powiedział:

— Ci bogaci nie wiedzą, co robić z pieniędzmi. Parę sztuk mebli w jednym samochodzie i do tego jeszcze zapakowane w Tirze. Jakby to samo nie mogło tutaj przyjechać. No, ale jest to darowizna, a to najważniejsze. Dzieciaki będą się cieszyć.

Karol chwycił mikrofon radia CD.

— DU100 dojeżdża, będziemy za 5 minut, bez odbioru.

Na Sawannie już wiedziano, że Karol przejechał bramę portu. W środku bocznej burty jachtu wolno odsuwały się wielkie drzwi hangaru, a z podłogi wyjeżdżała szeroka na 20 metrów rampa wjazdowa. Po chwili nadjechał TIR. Wolno przejechał po rampie i zniknął w ładowni statku. Dwa skrzydła drzwi zasunęły się za nim, wydając głuche uderzenie. Świadczyło ono o zamknięciu pomieszczenia. Pierwsza część akcji ZBIÓR została zakończona sukcesem.

Kiedy tylko TIR stanął, drzwi kontenera otworzyły się. Karol odbezpieczył koła, wsiadł do peugeota i ruszył. Zjechał po rampach i zatrzymał się na wyznaczonym z boku miejscu. Podobnie zrobiły dwa pozostałe minibusy. Karol wyskoczył z samochodu, obszedł go i otworzył tylne drzwi. W tym czasie podeszło do niego dwóch mężczyzn. Ubrani byli w białe kombinezony z czarno-czerwonymi znaczkami na stójce kołnierza. Kiwnął do nich głową i wysunął nosze z Thomasem. Ludzie w białych kombinezonach przejęli chłopca i udali się w kierunku wyjścia z hangaru. Przeszli przez szerokie metalowe drzwi i znaleźli się w długim korytarzu. Zatrzymali się przed windą, którą po chwili wjechali na czwarty pokład. Tam skręcili w prawo i weszli do pomieszczenia z numerem 003. Był to niewielki pokój z łazienką, wyposażony w podstawowe meble. Ostrożnie przełożyli śpiącego chłopca z noszy na jedno z trzech lóżek. Przykryli go cienkim kocem i wyszli, cicho zamykając za sobą drzwi. Słychać było zatrzaśnięcie zamka. Podobnie zrobiono w przypadku dwóch pozostałych nowoprzybyłych pasażerów Savanny. Każde z przywiezionych tutaj dzisiaj dzieci zostało umieszczone w osobnej kabinie, chociaż w każdej kabinie były po trzy łóżka. Tak przygotowanych kabin na Sawannie było 36.

Grupa Kondor.

Warszawa, poniedziałek 21 maja 2018, godzina 9:10.

Rekordowo dużo, bo aż 65 prywatnych samolotów miało przylecieć tego dnia na warszawskie Lotnisko Chopina, największy port lotniczy w Polsce. Wśród nich również odrzutowiec marki Bombardier Global 5000, należący do senior Carlosa Jose Castrowerde. Biuro Carlosa dowiedziawszy się o takim natężeniu ruchu w dniu jego przylotu, natychmiast skontaktowało się z lotniskiem w Warszawie. Władze lotniska zapewniły jednak, że nikomu nie odmówią prawa do lądowania z powodu braku miejsc. Taką też informację przekazał rzecznik warszawskiego lotniska Okęcie w bezpośredniej rozmowie telefonicznej. Powiedział on:

— „Na co dzień na warszawskim lotnisku dla samolotów prywatnych jest przeznaczona płyta postojowa, gdzie są miejsca dla 10—12 maszyn. W sobotę lotnisko wykorzysta opcję planu operacyjnego Euro 2012, dzięki któremu można opanować większy ruch. Część maszyn będzie mogła stacjonować w Warszawie — kontynuował rzecznik — ale część, po wysadzeniu pasażerów, zostanie skierowana na inne lotniska.”

Zapewnił jednak, że samolot Carlosa pozostanie na Okęciu z racji ‘nadrzędnych’ — nie sprecyzował jednak, jakiego rodzaju są to racje. Carlos był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Nie chciał żeby jego odrzutowiec, który kosztował go blisko 42 miliony dolarów, był niepotrzebnie zmuszony latać z lotniska na lotnisko..

Bombardier wystartował z LAX tuż przed 13-tą. Lot do Warszawy to prawie 12 godzin w powietrzu, dlatego Carlos zdecydował się polecieć swoim flagowym odrzutowcem. Chciał być dobrze wypoczęty i przygotowany na rozmowę z grupą Kondor. O swoim przylocie zawiadomił już Matiusa. Ten miał zająć się organizowaniem transportu z lotniska Okęcie do hotelu i później pobytu Południowca w Warszawie. Był też odpowiedzialny za osobiste bezpieczeństwo Króla Marihuany podczas jego wizyty w Polsce.

Pozostało jeszcze około godziny lotu. Carlos siedział wygodnie w wielkim fotelu, w głównej kabinie pasażerskiej. Oglądał wiadomości z Warszawy podawane przez sieć telewizji SKY.

— „Po dość kapryśnym kwietniu, mamy ostatnio piękną pogodę w Warszawie. Większość synoptyków twierdzi, że wiosna praktycznie już jest w całym kraju.”

— To dobrze — pomyślał. Uwielbiał warszawskie Łazienki i chciał przy okazji odwiedzić ten piękny zakątek Warszawy. Jeśli zmieści się w czasie, a pogoda dopisze, to na pewno tam się wybierze.

Komentator zmienił temat. Na ekranie ukazała się demonstracja. Tysiące ludzi stało przed okazałym budynkiem szpitala na warszawskim Żoliborzu. Transparenty uwidaczniały przyczynę protestu. ‘Precz z kłamstwami!’, ‘Pacjent ma prawo do wyzdrowienia’, ‘Gdzie są prawdziwi lekarze?!’, Itp. Ludzie poprzebierani w czarno-czerwone kamizelki, krzyczeli slogany o wykorzystywaniu, coraz wyższych kosztach leczenia i niekontrolowanym wzroście cen lekarstw. Atmosfera była nerwowa i napięta, ale tłum zachowywał się pokojowo. Policja blokowała wejście do szpitala, ale nie ingerowała.

Komentator mówił:

— „Demonstracje w Warszawie, a także w innych miastach Polski, przebiegają dzisiaj spokojnie. Władze jednak obawiają się, że niektóre z nich wydają się być przejęte i kontrolowane przez bardziej radykalne grupy. Jeden z polskich działaczy skrajnej lewicy, Mateusz Kotkowski — wezwał demonstrantów w tweedzie, aby nie zwiększali napięcia i spokojnie wrócili do domów.”

— „Władze polskie stwierdziły — kontynuował komentator, — że w całym kraju odnotowano dzisiaj 65 000 protestujących, w tym 7 500 w samej Warszawie. Było to więcej o około 5 000, niż w zeszłym tygodniu. Wcześniej kilka pokojowo zachowujących się grup przeszło przez policyjne punkty kontrolne, by dotrzeć do gmachu Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich. Maszerowali słynną aleją za wielkim banerem z napisem „Przestańcie nas uważać za głupich ludzi, dość oszustw!”.

Jeden z protestujących zapytany przez dziennikarza powiedział:

— „Dzisiaj coraz trudniej jest przeżyć ze zwykłej pensji, chociaż ludzie pracują na dwóch lub więcej etatach. Płacimy wysokie podatki i wysokie stawki ubezpieczeniowe. A kiedy przychodzi potrzeba, nie otrzymujemy właściwej opieki medycznej. Jesteśmy zaleczani, a nie, leczeni. Mamy tego dość”- powiedział protestujący.

W samolocie Carlosa rozległ się głos:

— Za 20 minut będziemy lądować na lotnisku Warszawa Okęcie. Proszę zająć swoje miejsca i zapiąć pasy — powiedział pilot. Carlos podsunął się w fotelu, poprawił zacisk pasa i wyłączył monitor. Teraz w jego głowie było już tylko spotkanie z grupą Kondor.

Po chwili Bombardier lekko ślizgnął oponami o betonowy pas lotniska, wyrzucając obłoki białego dymu. Płynnie zwolnił bieg i skierował się w stronę wyznaczonego przez wieżę kontrolną miejsca postoju.

— —

Lotnisko na Okęciu ma długi, oszklony i zadaszony taras widokowy. Wiele osób korzysta z tej możliwości, żeby pożegnać swoich bliskich wylatujących z Warszawy, czy też przywitać przylatujących do stolicy. Obok wejścia na taras znajduje się sklepik z pamiątkami, oraz mała kawiarnia z darmowym WiFi. Na tarasie umieszczony jest monitor, na którym wyświetlany jest obraz z radaru, pokazujący starty i lądowania samolotów. Dostęp do tarasu umożliwiają dwie windy oraz schody. Wejście znajduje się od strony schodów, prowadzących na stację kolejową. Korzystanie z tarasu jest bezpłatne i może tam wejść każdy bez uprzedniej kontroli.

Tego dnia na tarasie był spory ruch. Był tam też mężczyzna ubrany w długi, ciemny płaszcz i kapelusz. Ktoś, kto zna się na dzisiejszej modzie łatwo zorientowałby się, że nie są to rzeczy ze sklepów sieciowych. Mężczyzna stał przed monitorem, ukazującym radar. Obserwował tylko przylatujące samoloty. Kiedy zauważył lądującego Bombardiera, odwrócił się do przestronnego okna i wyjął niewielką lornetkę. Kiedy maszyna doholowała do stanowiska postojowego, nie spuszczał z niej wzroku. Obserwował dokładnie, jak podjeżdża do niej czarne BMW, z którego wysiadł pasażer i otworzywszy tylne drzwi samochodu, stanął obok nich. W tym samym czasie otworzyły się również drzwi samolotu. Ukazał się w nich człowiek, którego przybycia się spodziewał. Musiał mieć jednak pewność, że tak się stało. Tak, to był Carlos we własnej osobie. Południowiec rozejrzał się dookoła i po podstawionych schodach zszedł na płytę lotniska. Przeszedł kilka kroków i wsiadł do samochodu. Mężczyzna na tarasie obserwując całe zdarzenie, zrobił lornetką serię zdjęć. Kiedy BMW ruszyło, odwrócił się i ruszył do wyjścia z tarasu. Po chwili znalazł się przy swoim samochodzie. Wycisnął zakodowany numer na telefonie i zameldował:

— Przyleciał.

— —

Carlos zszedł schodkami i szybko podszedł do samochodu. Przy otwartych drzwiach auta czekał na niego Matius.

— Cześć, cieszę się, że jesteś — powiedział po angielsku.

Południowiec skinął głową i wsiadając do BMW odpowiedział:

— Cześć, ja też się cieszę. Czy wszystko gotowe?

— Tak. Jeżeli nie masz innego życzenia, pojedziemy teraz do hotelu. Spotkanie sztabu akcji KURZ zaplanowane jest na jutro na 10-tą. Prawie wszyscy są już na miejscu. Jeszcze tylko nie ma admirała. Ma przylecieć rano. Teraz pewnie chcesz się odświeżyć po podróży? — Zapytał.

— Tak, to dobry pomysł — odparł Carlos.

— Zarezerwowałem dla ciebie apartament prezydencki w hotelu Marriott. Będziesz miał tam idealne miejsce zarówno na pracę jak i relaks — informował Matius.

— Ho Ho! Udało ci się załatwić to cacko? — Powiedział z podziwem w glosie. — Słyszałem, że jest to jeden z najbardziej luksusowych apartamentów hotelowych w Europie. Czy to prawda?

— Można tak powiedzieć, nie sprawdzałem statystyk — Matius roześmiał się głośno. — Ale co prawda, to prawda. Z czterdziestego piętra będziesz miał imponujący widok na Warszawę. Do twojej dyspozycji jest 2150 metrów kwadratowych luksusu najwyższej klasy na dwóch piętrach. Dwie sypialnie, jadalnia, kuchnia, salon z bilardem, a co najważniejsze — dostęp do Club Lounge M! Pasuje?

— Super! Mam parę innych spotkań biznesowych, będzie to, więc doskonałe miejsce. Jak zawsze jesteś niesamowicie kreatywny — uśmiechnął się.

— A jak z ochroną?

— Wszystko jest już zorganizowane, nie ma takiej opcji, żebym cokolwiek przeoczył. Możesz być spokojny. Karol też tutaj jest. Czeka na nas w hotelu. On już mnie dokładnie weryfikuje — uśmiechnął się Matius.

Czarne BMW ruszyło, wjeżdżając na ulicę Żwirki i Wigury w kierunku hotelu Marriott. Ten błękitny wieżowiec mieści się w samym sercu Warszawy, w Alejach Jerozolimskich naprzeciwko Dworca Centralnego. Carlos był przedostatnim z uczestników spotkania, który przybył do stolicy Polski. Główni architekci akcji KURZ i akcjonariusze grupy Kondor będą w komplecie. Jutro zapadną ostateczne decyzje, a data rozpoczęcia akcji zostanie ustalona.

Przeciek.

Warszawa, wtorek, 22 maj 2018, godzina 7:15.

Następnego dnia rano, w hotelowym apartamencie Carlosa zadzwonił jego prywatny telefon. Była godzina 7: 15 rano. Południowiec odebrał:

— Tak, słucham.

— Dzień dobry, Viktor z tej strony — w słuchawce rozległ się głos Lorda Ramseya. — Przykro mi, że cię budzę, ale zanim rozpoczniemy spotkanie chciałbym z tobą porozmawiać. Czy zechcesz zjeść ze mną śniadanie? Jeśli tak, to zejdź na 8: 00 do Clubu M.

— Dzień dobry Viktor, nie obudziłeś mnie. Ok będę tam. Do zobaczenia — Carlos rozłączył się.

Zdziwił go trochę ten poranny telefon, ale wiedział też, że Lordowi się nie odmawia. Tak w ogóle to lubił go i uważał za wartościowego człowieka o wielkim sercu i wielkich ideach. Był on posiadaczem jednej z największych fortun na świecie, a jednak potrafił być człowiekiem. Nie wywyższał się i zawsze starał się być tam, gdzie mógł być pomocny.

Carlos wstał z fotela i odłożył na stolik książkę, którą miał zamiar zacząć czytać. Spojrzał na okładkę z tytułem. Na tle ciemno szarej nawałnicy burzy piaskowej okrywającej jakieś miasto widniał tytuł „KURZ”.

— Ciekawy tytuł — pomyślał.

Podszedł do szafy. Były tam już wszystkie rzeczy, które zazwyczaj ze sobą zabiera. Obsługa hotelowa wykonała swoją pracę bardzo solidnie, spodobało mu się to. Popatrzył na zestaw garniturów. Po chwili się zdecydował i założył ciemnoszary. Był gotowy.

Club M znajduje się na parterze, na końcu holu. Dzieli ścianę z restauracją i barem. Jest otwarty tylko dla specjalnych gości hotelowych — tak zwanych VIP-ów. W drzwiach wejściowych zawsze stoi hostessa i wita klientów. Lokal otwarty jest 24 godziny na dobę. Carlos nacisnął guzik windy, która dojeżdżała bezpośrednio do jego apartamentu. Wsiadł i zjechał nią prosto do Clubu M.

Podszedł do wejścia.

— Dzień dobry, nazywam się Carlos Castrowerde — powiedział do hostessy po angielsku.

— Dzień dobry panu, Sir Ramsey już na pana czeka — odpowiedziała dziewczyna czystą angielszczyzną z brytyjskim akcentem.

Poprowadziła Carlosa do stolika, przy którym już siedział Lord.

— Życzę panom miłego dnia, kelner zaraz podejdzie. Czy mogę jeszcze w czymś być pomocna? — zapytała.

Lord powstał i podziękował hostessie, podając jednocześnie przyjacielowi rękę.

— Miło cię widzieć Carlos. Wypocząłeś po podróży? Słyszałem, że zatrzymałeś się w prezydenckim — uśmiechnął się, — jak na Króla przystało.

— Tak. Znasz Matiusa, on zawsze jest kreatywny, nawet, jeśli chodzi o rezerwacje w hotelu.

Podszedł kelner. Panowie zamówili śniadanie. Obaj poprosili o jajka po wiedeńsku, tosty i sok pomarańczowy. Kiedy kelner wszystko zanotował i odszedł, Carlos powiedział:

— Chciałeś ze mną pomówić przed spotkaniem grupy. O co chodzi? — Zapytał.

— Tak, sprawa jest powiązana ze zdarzeniami w operze. W chwili, kiedy podjąłeś decyzję spotkania się z grupą Kondor, stałeś się ważną częścią planu. Jak wiesz ja zawsze lubię być dobrze zorientowany, więc zastanawiałem się, kto i dlaczego chciał się ciebie pozbyć.

— Rozumiem cię doskonale. Ja też byłem tego ciekawy. Według moich informacji napad zorganizował niejaki Georg Morgan, szef organizacji Trzy Gwiazdy. Od lat próbuje mnie zniszczyć.

— Tak. Wiem, kim jest ten człowiek, ale to nie on stał za tym. Zrobił to na własną rękę niejaki Jony Borha, wiesz, o kim mówię?

— Jony Borha? Znałem Mike Borha, ale ten nie żyje. Matius go unieszkodliwił.

— Tak, tym razem mamy do czynienia z Jony — powiedział Lord kładąc na stole zdjęcie. Na zdjęciu był człowiek ubrany w długi płaszcz i kapelusz. Zdjęcie zrobione zostało w chwili, kiedy wchodził na parking. Kamera ustawiona z góry, uchwyciła jego twarz z lewego profilu. Człowiek był do złudzenia podobny do Mika Borha. Carlos wziął zdjęcie do ręki.

— On wygląda jak Sułtan. Kto to jest? — ze szczerym zdziwieniem zapytał Carlos.

— Brat, bliźniak jak widzisz. Teraz jedynym celem jego życia jest zabić ciebie i Matiusa. Wówczas w operze działał na własną rękę. Morgan nic o tej akcji nie wiedział. To zdjęcie pochodzi z kamery parkingowej teatru. Obawiam się, że Borha będzie się starał powtórzyć i zrealizować to, co w San Francisco nie wyszło.

— Mam doskonałą ochronę. Jestem pewien, że dam radę. Dzięki serdeczne za twoją troskę, ale nie ma czym się denerwować — uśmiechnął się podnosząc szklankę z sokiem.

— Ja wiem, że dasz radę. Nie w tym jest problem — powiedział Lord i spojrzał na Carlosa.

— Jak nie chodzi o napad na mnie, to, o co chodzi? — ze zdziwieniem zapytał Carlos.

— Chodzi o bezpieczeństwo akcji ‘KURZ’. Mam podejrzenia, że informacje z twojej rozmowy z Matiusem w operze przedostały się i dotarły do George Morgana — powiedział wolno Lord.

Carlos spojrzał na Ramseya z nieukrywanym zdenerwowaniem. To wydawało się nieprawdopodobne. Przecież cała rozmowa, którą wówczas przeprowadzili, odbyła się w jego prywatnej loży bez świadków. Pomieszczenie było sprawdzone przez jego ludzi bardzo dokładnie.

— Victor, to jest fizycznie niemożliwe, żeby był tam jakikolwiek podsłuch. Ja znam to miejsce. Przed spotkaniem było sprawdzone kilkukrotnie przez moich najlepszych ludzi. Nic się stamtąd nie mogło wydostać na zewnątrz, żaden, powtarzam, żaden dźwięk! — Powiedział z naciskiem.

— I żaden dźwięk się nie wydostał — potwierdził Lord.

Carlos z osłupieniem patrzył na swojego rozmówcę. Nie wierzył w to, co usłyszał. Oni go podejrzewają o ten przeciek. W tym momencie Lord otworzył leżący na stole tablet. Włączył go i po chwili ukazał się obraz z opery w San Francisco. Lord przekręcił urządzenie tak, żeby Carlos dokładnie mógł widzieć.

— Przyjrzyj się. Poznajesz, gdzie to jest? Wnętrze opery –odpowiedział sam sobie. — A teraz patrz uważnie. Ta loża, znajduje się dokładnie po przeciwnej stronie twojej. Zwróć uwagę na środek szyby. Widać tam małe pulsujące zielone światełko. Widzisz?

— Tak, teraz, jak zwróciłeś mi na to uwagę, to widzę. Ale co to ma wspólnego z przeciekiem?

Lord zamknął program z nagraniem z opery i włączył inny. Na ekranie ukazał się zwykły tekst.

— Przeczytaj, co tutaj jest napisane.

Carlos zaczął czytać:

„miło cię widzieć carlos wypołeś po podroży słyszem że zatrzyś się w press denckim jak na króla przystło tak znasz matiusa on zawsze jest kreatyw nawet jeśli chodzi o rezerwacje w hotelu ok chciałeś ze mną pomić przed spotkim grup w czym ecz…”

Carlos podniósł wzrok i patrząc prosto w oczy Lorda wykrztusił:

— Co to jest do cholery? Przecież to dzisiejsza nasza rozmowa. Nagrałeś to?

Lord nic nie odpowiedział. W zamian wskazał ręką na półkę na ścianie. Dokładnie naprzeciwko ich stolika pomiędzy miedzianym dzbankiem i szklaną figurką, można było dostrzec zielone pulsujące światełko. Ramsey wstał, podszedł do półki i wyjął stamtąd małe czarne urządzenie. Podał je Carlosowi.

— Jest to najnowocześniejsza kamera Lips-Face Reading Technology, inaczej LFRT, służąca do nagrywania, a następnie przetwarzania na tekst mimiki twarzy i ust. Taka właśnie kamera nagrała całą waszą rozmowę w operze. Na szczęście Matius stosował się do procedur i nie wchodził w szczegóły. Całości materiału dowiedziałeś się później z dostarczonego ci raportu. Wiemy jednak, że część waszej rozmowy zawierała informacje, które są wystarczająco istotne, a ich przeciek może zagrozić bezpieczeństwu operacji. Dlatego musimy podjąć odpowiednie kroki.

— Rozumiem — wolno odpowiedział Carlos.

— Na razie nikt oprócz mnie, a teraz i Ciebie, nie wie o tym. Na dzisiejszym spotkaniu oficjalnie zostaniesz członkiem Rady Nadzorczej Grupy Kondor. Pod koniec poinformuję wszystkich o przecieku w operze i zwołam specjalne zebranie na jutro, na którym przedstawimy cały materiał i ustalimy postępowanie. Czy masz jakieś sugestie?

— Nie, nie mam. Nie w tej chwili. Muszę to przemyśleć. Powiem szczerze, że mnie zaskoczyłeś. Pamiętam, że Matius mówił wówczas o tym, jakie cele ma akcja KURZ. Nie przypominam sobie jednak, aby mówił jakieś konkrety. Sądzisz, że mimo to mamy problem?

— Nie. Raczej sądzę, że zagrożenie może leżeć w części ‘ZBIÓR’, którą ty się zajmiesz, a nie w samej akcji KURZ. Wiem też, że Morgan nie odpuści. On wie, że dostał w łapy coś bardzo ważnego. Będzie węszył.

— W takim razie musimy odtworzyć możliwie najdokładniej, jakie informacje zostały wówczas omawiane. Pozwoli to na zawężenie działań i wyeliminowanie zagrożenia.

— Skąd oni wiedzieli o spotkaniu?

— To był przypadek — wyjaśnił Lord. — Morgan chciał nagrać ciebie. Miał nadzieję, że uda mu się uzyskać jakieś informacje na temat najbliższych twoich operacji. To co uzyskał, to jak wygrana w Lotto.

— Zgadzam się, miał drań szczęście.

— A teraz już chodźmy, za godzinę zaczynamy. Pojedziesz ze mną, samochód już na nas czeka. Zatrzymałem się w Bristolu, tam też odbędzie się dzisiejsze spotkanie.

— —

Hotel Bristol, zbudowany w latach 1899—1900, należy do najpiękniejszych zabytków w Warszawie. Położony jest na słynnym Trakcie Królewskim obok Pałacu Prezydenckiego. Do uroczej warszawskiej Starówki jest dosłownie parę kroków.

Lord Ramsey nie przez przypadek zatrzymał się w Bristolu. Był wielkim miłośnikiem architektury i sztuki secesyjnej, a atmosfera Bristolu urzekła go i wpływała na jego dobre samopoczucie. Jest to perła tego okresu, która urzeka pięknymi wnętrzami z elementami Art Deco z początków XX wieku. Do ciekawostek należy fakt, że jednym z partnerów spółki, która budowała hotel, był słynny polski pianista Ignacy Jan Paderewski.

Kiedy Ramsey z Carlosem weszli do przestronnego holu, czekali już tam na nich admirał John Murray, Hogan Stone, Henry Costner, Matius oraz kobieta w średnim wieku, której Carlos nie znał. Obok Matiusa stało jeszcze kilku mężczyzn. Panowie podeszli do grupy i powitali wszystkich. Lord przedstawił Południowca:

— Barbaro, panowie… pozwólcie, że przedstawię wam Senior Carlosa Castrowerde, założyciela i prezesa sieci aptek GreenCannabis Med.

Ten skłonił się uprzejmie i uścisnął podaną przez kobietę rękę.

— Carlos, to jest pani Barbara McConney, współzałożycielka Blue See Ships Corporation i jednocześnie wspólniczka Henry Costnera. A to Mr. Daniel Fergio — kontynuował — specjalista od naturalnych terapii antyrakowych takich jak terapia Gersona. Poznaj też Mr. Petera Haskę, twórcę Hemp Oil Med. z Kanady. Resztę osób znasz.

Byli tam wszyscy członkowie Grupy Kondor. Profesor Hogan Stone, Marek Bednarzyk, Karl Nastel, Bernard Tamic, Jurgen Waise, Adrian Mossetti, Jose Sanczez, Henry Costner i George Boren. Carlos przywitał się ze wszystkimi.

Po wstępnych powitaniach udali się do sali konferencyjnej, w której miało odbyć się spotkanie. Na środku znajdował się długi owalny stół, wokół którego ustawiono duże wygodne krzesła. Wielkie okna były szczelnie zasłonięte ciężkimi kotarami. Kiedy wszyscy zajęli już swoje miejsca, Lord Ramsey powiedział:

— Dziękuję wam wszystkim za przybycie. Dzisiaj ustalimy datę rozpoczęcia akcji KURZ. Zanim jednak zaczniemy, chciałbym jeszcze raz, tym razem oficjalnie, przedstawić najnowszego akcjonariusza akcji KURZ. Jest nim Senior Carlos Jose Castrowerde. Senior Castrowerde przyjął naszą propozycję i zajmie się organizacją oraz wykonaniem akcji ZBIÓR, która jest częścią operacji KURZ. A teraz przejdziemy do protokołu spotkania.

Członkowie sztabu akcji KURZ i akcjonariusze Grupy Kondor debatowali do późnych godzin popołudniowych. Omawiano wszystkie szczegóły. Każdy miał konkretne zadania do wykonania. Dopiero około godziny 18: 20 ustalono datę. Akcja KURZ miała się rozpocząć dnia 21 maja 2019 roku.

Około godziny 18: 30 drzwi sali konferencyjnej uchyliły się i ukazał się w nich Matius. Rozejrzał się i zapytał stojącego na zewnątrz Karola.

— Wszystko OK?

— Tak — odpowiedział krótko ochroniarz.

Matius stwierdziwszy, że nic się nie dzieje, otworzył drzwi szerzej. Teraz wyszli pozostali, rozchodząc się do swoich hoteli. Z racji bezpieczeństwa każdy z uczestników zatrzymał się w innym miejscu. Matius stanął z boku i czekał na Carlosa. Meksykanin szedł obok Lorda. Podeszli do niego.

— Chodź, jedziemy do mnie, musimy ustalić plan działań — powiedział krótko Meksykanin, kiwając jednocześnie głową na Karola.

Karol ruszył przodem, a za nim Lord Ramsey z Carlosem. Przechodząc przez hotelowy hol, Matius zwrócił uwagę na człowieka, który stał przy wystawie sklepu ze skórzaną damską galanterią. Facet z wielką uwagą przyglądał się torebkom. Mimo to sprawiał wrażenie, że to, co oferował sklep, w ogóle go nie interesowało. Najzwyczajniej nie pasował do tej wystawy. Matius przystanął na chwilę, aby poobserwować mężczyznę. Podniósł swój telefon. W tym momencie tamten, nie odwracając się, ruszył w przeciwnym kierunku i szybko zniknął mu z oczu. Matius zdążył jednak zrobić telefonem zdjęcie mężczyźnie.

— —

W hotelowym apartamencie Carlosa było dosłownie wszystko, a jeśli czegoś zabrakło, było natychmiast uzupełnione. Kiedy mężczyźni wyszli z windy do przestronnego korytarza, zbliżał się już wieczór. Carlos podszedł do przejścia prowadzącego do salonu, odwrócił się do swoich gości i zaproponował:

— A może zagramy w bilard? Przy grze zawsze lepiej się dyskutuje. Co wy na to?

— Doskonały pomysł, dawno już miałem ochotę rozegrać mały mecz, ale doprawdy trudno jest znaleźć dobrego gracza. Mam nadzieje, że wiecie, czym się różnią czarna od białej — zagadnął z pewnością siebie Lord.

— No to doskonale, zapraszam — powiedział Carlos i wskazał na drzwi w końcu korytarza.

Wszyscy obecni znali zasady gry, a Karol był wręcz mistrzem. Lord doskonale potrafił operować bilardowym kijem, ale nie wiedział, że ma w ochroniarzu naprawdę godnego przeciwnika. Carlos znał bilardowe umiejętności swojego body gard i już się cieszył na myśl o tym, jak zaskakujące to będzie dla Viktora.

Panowie weszli do pokoju bilardowego. Było to przestronne i dobrze oświetlone pomieszczenie. Oszklony narożnik, z szybami sięgającymi od podłogi do sufitu, dawał wspaniały widok na panoramę Warszawy. Przy oknie ustawiono szereg wygodnych wysokich krzeseł. Z drugiej strony, na ścianie wisiał płaski telewizor, a przed nim ustawione były trzy wygodne fotele. Pomiędzy narożnikowym oknem, a fotelami stał stół bilardowy. Był to mebel firmy Black Billard o nazwie Mackenzie. Ciężki podwójny piedestał nadawał mu nowoczesny wygląd, wzorowany na tradycji. Jasno mahoniowy kolor, poręcze z masy perłowej i wdzięczne linie fartuchów -tworzyły artystyczne wykończenie. Ciemnozielona powierzchnia stołu z sześcioma kieszeniami wzdłuż krawędzi, zapraszała do gry.

Carlos podszedł do niewielkiego barku i zaproponował po drinku. Wszyscy chętnie przyjęli jego propozycję. Kiedy gra się rozpoczęła, Matius wyjął swój telefon i spojrzał na zdjęcie, które zrobił w hotelu nieznajomemu. Niestety, ale aparat ujął mężczyznę tyłem. Powiększył palcami obraz i zobaczył odbicie w szybie okna wystawowego. Było na nim dokładnie widać twarz człowieka, który stał przed wystawą sklepu z damską galanterią. Miał cienkie wąsy i na nosie małe okrągłe okulary, oprawione w druciane oprawki. Matius przyglądał się mu chwilę, ale niestety nie znał tego człowieka. Szturchnął Karola, który stał obok:

— Karol, znasz tego gościa? — Powiedział po polsku, podając telefon przyjacielowi. Ten spojrzał na zdjęcie, a następnie patrząc ze zdziwieniem na Matiusa odpowiedział:

— Tak, poznaję go… po tym kołnierzu i masywnych plecach — zadrwił.

— Popatrz w szybę wystawową — naprowadził go Matius

— O, sorry — odparł po angielsku — no tak, twarz widać, ale nie mam pojęcia, kto to jest.

Matius pokazał teraz telefon Carlosowi, a na końcu Lordowi. Niestety, nikt nie potrafił powiedzieć, kim był mężczyzna, który wyraźnie ich śledził. Matius przesłał zdjęcie do drukarki i schował telefon. Lord, który rozpoczął grę, właśnie stracił uderzenie. Inicjatywę przejął Karol. Obszedł stół wokoło i dokładnie obejrzał rozstawienie kul. Przyłożył lekko uniesiony kij do tej z numerem 10 i mocno uderzył. Bila podskoczyła i przelatując nad inną, która zagradzała jej drogę, trafiła w następną. Uderzona kula zawirowała i szybko się tocząc, wpadła do bocznej kieszeni. Karol wyprostował się i spojrzał z triumfalnym uśmiechem na Lorda. Tamten stał z otwartymi ustami, wpatrzony w ciemnozielony materiał stołu. Nie wierzył w to, co właśnie przed chwilą zobaczył:

— I jak Viktorze? — Zapytał Carlos śmiejąc się. — Myślisz, że z Karolem można pograć?

Lord wolno podniósł wzrok, spojrzał na swojego oponenta i powiedział:

— Nareszcie! Nareszcie spotkałem godnego przeciwnika. Teraz nie żałuję czasu, który poświęciłem na treningi. Zapraszam pana. Nie sądziłem, że będę musiał dzisiejszego wieczora użyć swoich największych atutów. Ta gra wyeliminuje słabszych. Mistrz zostanie wyselekcjonowany. Rzucam panu rękawicę. Czy ma pan odwagę ją podnieść? — w iście rycerskim stylu wypowiedział się Lord.

Karol był zdezorientowany. Nie od razu zrozumiał, że to żart. Matius musiał go szturchnąć w ramię, żeby ochroniarz zaskoczył. Szybko się jednak pozbierał i odpowiedział w staropolskim stylu:

— Oczywiście mój Lordzie. Jestem do usług Waszmości.

Lord i Carlos roześmiali się, a Matiusowi ulżyło, że Karol tak sprytnie wybrnął z sytuacji. Gra potoczyła się dalej. Południowiec podszedł do Matiusa i wskazał na fotele. Usiadł na jednym z nich.

— Pokaż mi to zdjęcie jeszcze raz. Mówisz, że zrobiłeś je w chwili, kiedy wychodziliśmy z hotelu? Ten człowiek musiał tam być i nas śledzić. Musiał też wiedzieć o naszym spotkaniu, a te informacje mogły pochodzić tylko z jednego źródła — Carlos spojrzał na Matiusa.

— Z naszej rozmowy w operze — odpowiedział tamten.

— Ten człowiek pracuje dla Morgana — stwierdził Carlos.

— Ja też tak sądzę. Myślałem trochę o naszej rozmowie. Nie wydaje mi się jednak, że z tego co zostało tam powiedziane można wiele wywnioskować. To, że oni są tutaj w Warszawie — skinął na zdjęcie — to tylko, dlatego, że wyszło to podczas rozmowy. Uważam jednak, że to jest wszystko, co wiedzą. Teraz starają się wywęszyć, o co w tym wszystkim chodzi.

— Niezupełnie — odparł Południowiec. — Przypominam sobie, że pytałem ciebie, czego ode mnie oczekujecie. Powiedziałeś wówczas coś, co mogło zwrócić ich uwagę. Pamiętasz?

— Tak, teraz sobie przypominam. Powiedziałem o akcji ZBIÓR. Teraz rozumiem. Morgan chce dojść, jak będą organizowane pieniądze.

— Dokładnie. Trzeba się, więc skupić na zabezpieczeniu wszystkich działań związanych z tą akcją. Jutro wydam odpowiednie polecenia. Sprawdzę też dokładnie cały personel, który będzie wytypowany do działań. Muszę mieć pewność, że nie mamy wtyczki. Carlos podszedł do małego biurka, na którym leżał laptop. Uruchomił komputer i włączył program komunikatora. Napisał kilka słów i wysłał wiadomość. Spojrzał na Matiusa.

— Jutro zmienimy ustalone parametry akcji ZBIÓR. Nie wydaje mi się, aby to było konieczne, ale wolę mieć stuprocentową pewność. Właśnie wysłałem odpowiednie polecenia.

Była prawie północ, kiedy czterech mężczyzn rozeszło się do swoich hoteli. Spotkanie było bardzo owocne. Analiza tego, co zaszło w San Francisco, jak również dzisiejszego wydarzenia w Bristolu, pozwoliła na ustalenie postępowania zabezpieczającego. Jutro na specjalnie zwołanej sesji w sprawie przecieku, Lord przedstawi nową sytuację. Grupa Kondor i sztab akcji KURZ przeanalizuje i zatwierdzi podjęte dzisiaj decyzje.

Zupa.

Nowy York, 06 grudzień 2010, godzina 19:00.

Matius wszedł do restauracji. Hostessa zaprowadziła go do stolika w głębi lokalu, niedaleko okna. Usiadł i prawie zaraz zobaczył Su. Wysiadała właśnie z taksówki. Widział jak wchodzi do Monty. Jej kruczo-czarne włosy lśniły w blasku ulicznych świateł. Ubrana była w krótką spódnicę i jedwabną bluzkę. Na wierzch miała narzuconą biało czarną wełnianą kurtkę z kapturem. Czarne kozaczki na wysokich obcasach wydłużały wysmukłe nogi dziewczyny. Była piękną kobietą. Podeszła do stolika i uśmiechnęła się do niego. Wstał i odsunął jej krzesło.

— Witaj. Wspaniale, że jesteś — powiedział na powitanie.

— Powiedziałam, że przyjdę, a ja zawsze dotrzymuję tego, do czego się zobowiązuję — odpowiedziała i uśmiechnęła się ponownie. — Poza tym miałam ochotę na tę zupę. Zareklamowałeś ją tak, że trudno się było oprzeć pokusie — powiedziała dwuznacznie, patrząc jednocześnie na niego uwodzicielsko.

— Sama się zaraz o tym przekonasz, naprawdę jest świetna.

Patrzyli sobie w oczy przez dłuższą chwilę. Matius poczuł coś, czego nigdy wcześniej nie doznał. Przez jego ciało przeszedł prąd i poczuł dziwne ukłucie w brzuchu, aż lekko się skrzywił. Nagle, doświadczył eksplozji w żołądku. Była to mieszanka lęku i szczęścia, ale sprawiała, że czuł się z tym dobrze. Nie mógł się doczekać, co będzie dalej. To, co teraz go ogarniało było jedyne w swoim rodzaju. Nagle zrozumiał, że tylko z nią będzie szczęśliwy.

— Musi dać z siebie wszystko, aby zaimponować tej dziewczynie — pomyślał.

Dotarło do niego, że w tym momencie niczego więcej nie pragnie, tylko jej. Zrozumiał, że musi mieć tę dziewczynę. Nie, nie było to pragnienie posiadania jej na jedną noc. On chciał, żeby Su była z nim już na zawsze. Ze zdziwieniem stwierdził, że był w niej zakochany.

Podszedł kelner i postawił przed nimi talerze z dymiącymi zupami. Ukłonił się w japońskim stylu i odszedł. Su opuściła wzrok, ujęła łyżkę w dłoń i spróbowała potrawy. Zupa była naprawdę znakomita. Próbowała zająć się jedzeniem, ale czuła na sobie świdrujący wzrok Matiusa. Jej ciało przechodziły na przemian fale gorąca i zimna. Nie do końca rozumiała, co się z nią dzieje. Gdyby tak mogła czytać w myślach mężczyzny, który siedział naprzeciwko. Znała te wszystkie opowieści, w których faceci mówią, że wolą blondynki lub brunetki?

— Ale czy to, o to chodzi? — pytała siebie. — Czy wszystko zawsze musi być tak prostolinijne, bezuczuciowe i bez wartości? Nie, to co czuje teraz jest czymś więcej. Przecież w głębszych relacjach pomiędzy mężczyzną i kobietą chodzi o duszę tej drugiej osoby. Nie ważne jest to, jak postrzegamy tego, kto wywołuje u nas zawrót myśli, lecz o sposób, w jaki nas dotyka nie używając rąk — myślała.

Dzisiaj go spotkała po raz pierwszy, a później nie potrafiła o nim zapomnieć jak wyszedł z biura. Jego osoba absorbowała jej doznania, aż do chwili pojawienia się tutaj, w Moncie. Czuła, że to jest znak, że jej serce zostało trafione i że nie ma już odwrotu. To musi być coś więcej jak zauroczenie. Zdała sobie nagle sprawę, że jest to miłość… miłość od pierwszego wejrzenia. Spojrzała na Matiusa. Patrzył na nią jakby chciał ją pochłonąć wzrokiem.

— Nie jesz? — Zapytała, udając, że jest opanowana. — Naprawdę jest doskonała. Miałeś rację co do jej walorów smakowych — powiedziała żeby coś powiedzieć, a po krótkiej chwili dodała:

— Czy ty zawsze masz rację?

— Staram się jak mogę — odpowiedział ze szczerym uśmiechem. — Cieszę się, że zupa Tobie smakuje. Mają tutaj też doskonałe grillowane filety z łososia. Może chcesz spróbować? Warto — zachęcał.

Su jednak nie chciała już niczego więcej próbować. Zapragnęła jego. Zdawała sobie sprawę, że jest to nierozsądne, wręcz głupie, jednak palące uczucie oddania się jemu, było wszechogarniające. Wiedziała już, że dzisiejszy wieczór nie skończy się na zupie.

Matius patrzył na dziewczynę jak kończyła swoje danie. Z każdą sekundą podobała mu się coraz bardziej. Czuł jak wzbiera się w nim ochota, żeby ją objąć, przytulic i całować. Nie mógł się doczekać, kiedy stąd wyjdą. Su skończyła jeść i odłożyła łyżkę, spojrzała na niego i niespodziewanie powiedziała:

— Chodźmy stąd. Zaprowadź mnie do siebie.

Matius spojrzał na wpatrzoną w niego Su. W pierwszej chwili nie wierzył w to, co usłyszał, ale Su już chwyciła go za rękę i lekko pociągnęła. Wyciągnął banknot 50-cio dolarowy i położył pieniądze obok swojego talerza. Skinął na kelnera, że wychodzą. Nie czekał na resztę. Szli szybko 6-tą ulicą w kierunku jego mieszkania. Trzymali się za ręce tak, jak gdyby znali się od lat. Nie rozmawiali. Oboje wiedzieli dokładnie, czego chcą.

Otworzył drzwi swojego mieszkania i Su weszła pierwsza. Rozejrzała się szybko i tak, jakby była tutaj już nie pierwszy raz, skierowała się prosto do sypialni. Zdjęła kurtkę i rzuciła ją na podłogę. Kiedy podniosła wzrok, zobaczyła Matiusa stojącego w drzwiach. Nic nie mówił. Pochłaniał ją namiętnym i pełnym pożądania wzrokiem. Podszedł do niej i rozluźnił krawat. Su rozpięła bluzkę i opuściła spódnicę. Jej bielizna nie stanowiła większej przeszkody. Matius spojrzał na jej jędrne piersi falujące w podnieceniu. Chwycił ją za biodra i zanim się zorientowała, jego język już wciskał się w jej usta. Poderwał ją w górę i w następnej sekundzie została przyciśnięta do ściany. Poczuła go głęboko w sobie. Zdejmowała z niego koszulę, chcąc poczuć jego skórę. Przycisnęła usta do jego szyi smagając ją końcem języka. Czuła, jak Matius istniał nie tylko w jej ciele, ale i w jej duszy. Ogarniał ją sobą, pieścił jej piersi, najpierw jedną, a potem drugą. Objęła go nogami. Czuła, że robi jej się słabo. Prawie zemdlała, kiedy nadeszła rozkosz. Przyciskając dłońmi jego biodra do siebie zaczęła krzyczeć. Kochali się z dziką, niemalże zwierzęcą namiętnością. Ich ciała płonęły z rozkoszy. Chcieli, żeby to uczucie trwało wiecznie. Kiedy napięcie zelżało, spojrzała mu prosto w oczy. Padli na łóżko i leżeli obok siebie nic nie mówiąc. Oboje wiedzieli, że była to jedna z tych rzeczy, które musiały się wydarzyć.

— —

Minęło parę dni. Nadszedł czwartek 09 grudzień, dzień, w którym miał spotkanie w Columbia Ekspres. Su od chwili ich gorącej nocy mieszkała praktycznie u niego. Dzisiaj już jej nie było, wyszła wcześniej do pracy. Wszystkie papiery miał wypełnione. Ubrał się w ten sam garnitur, w którym był tam w poniedziałek i wyszedł. Po kilkunastu minutach znalazł się na 18-tym piętrze przed drzwiami firmy. Zapukał i wszedł do środka. Su siedziała za swoim biurkiem, rozmawiając z kimś przez telefon. Spojrzała na niego i przesłała pocałunek. Kiedy skończyła rozmowę nacisnęła na biuro-fon.

— Szefie, przyszedł pan Warecki. — Odczekała chwilę i powiedziała:

— Możesz wejść, … Kocham Cię. — Szepnęła, kiedy przechodził obok niej.

WetArrow.

Rio De Janeiro, 08 styczeń 2018.

Po dwóch dniach od otrzymania nagrań z opery w gabinecie szefa organizacji ‘Trzy Gwiazdy’ George’a Morgana zgromadziło się trzech mężczyzn. Wszyscy byli wpatrzeni w duży monitor, na którym komputer analizował tekst przekazany z kamery V2T LFRT. Tekst tylko częściowo był zrozumiały. W wielu fragmentach nie można było zrozumieć sensu.

— Nie do końca można się tutaj doczytać, o co chodzi, ale z tych fragmentów, które są zrozumiałe jasno wynika, że organizują coś poważnego. Południowiec nie mieszałby się w nic, co nie byłoby dużym przedsięwzięciem — powiedział Morgan.

— To oczywiste, chodzi tylko o to, że z tego nagrania nic konkretnego nie wynika. Czy można to poddać jakieś bardziej szczegółowej analizie? — zapytał facet, którego nazywali Niedźwiedź, nie tylko z racji wyglądu, ale i zachowania.

— Już to zrobiłem. Fabian to obrabiał cały dzień. Niestety zbyt często odwracali się i kamera nie mogła ich złapać w wystarczającym stopniu. Wiemy jednak, że za dwa tygodnie Południowiec pojedzie do Warszawy. Już podjąłem odpowiednie kroki. Borha tam będzie.

— Ufasz mu? — zapytał Niedźwiedź. — Po tym wyczynie w operze obawiam się, że znowu coś będzie próbował na własną rękę. Może wszystko zepsuć.

— Miałem z nim rozmowę, nie będzie niczego więcej próbował. Gwarantuję!

— Z tego co tutaj można wyczytać, chodzi chyba o jakieś akcje w lecznictwie. Nie widzę tylko gdzie jest tutaj kasa? Południowiec siedzi w marihuanie i ma ten temat opanowany do końca. Trudno byłoby tutaj coś ruszyć. Tym bardziej, że zaczyna działać już legalnie. To otwiera mu zupełnie nowe możliwości. Jeżeli cała ta pogawędka dotyczy jego aptek to nie widzę powodu, żeby się w to pakować.

— Nie do końca — powiedział Morgan — zwróćcie uwagę, o czym mówi Matius. On ma bardzo konkretne propozycje dla Carlosa. Pod koniec rozmowy temat schodzi na jakiś plan, który określają kryptonimem „ŻNIWO”, przeczytajcie.

Morgan ruszył kursorem i tekst na ekranie przesunął się do góry. Kiedy doszedł do końca zatrzymał myszkę i lekko wrócił.

— O tutaj — wskazał strzałką — tutaj. Przeczytajcie.

Mężczyźni uważnie spojrzeli na ekran.

„jak zane… zdajes sobe spraw jest to przedsięwzięcie na ogrom.. salę środki kto są na po …to olbrzymie sumy lan pod nazw żniwo któr …mokrela jak te …. zdobyć jest …opracowany w naj… mn…. gółach, potrzeba jemy… tylko wykonawcy to jest tu czym po… ciebie przychoce… domy slam się wiec … chodz… sto… bycie tych środków… ując według planu żniwo…”

Tak, teraz było wszystko jasne. Chodziło o zdobycie jakichś środków na zrealizowanie całego przedsięwzięcia. Tutaj musiało chodzić o kasę, o dużą kasę. Morgan miał rację, tego nie można przepuścić.

— A ty co sądzisz Marco? Milczysz, jakby cię to zupełnie nie interesowało. Obawiasz się Carlosa? — prowokował Morgan, zwracając się do człowieka, którego wygląd przypominał bohatera westernów.

Facet o imieniu Marco faktycznie nic nie mówił. Jednak bardzo uważnie przyglądał się temu, co wyświetlał monitor. Słuchał ich komentarzy. Teraz, kiedy Morgan zwrócił się bezpośrednio do niego, wolno odwrócił wzrok od ekranu. Sięgnął po papierosa, zapalił i powiedział:

— Nigdy nie obawiam się nikogo — powiedział wolno. — Nie rozumiem, czego wy tutaj nie kapujecie. Przecież to jest jasne. Południowiec został zatrudniony, żeby zorganizować ‘sałatę’ na akcję, którą określają Kurz. Nie bardzo wiadomo jak ma tę kasę zdobyć, ale sadzę, że to można będzie ustalić jak zaczepimy mu pluskwę w Warszawie.

— No i o to chodzi. Borha będzie na miejscu i wyciągnie te wszystkie informacje — powiedział Morgan.

— Ja bym na twoim miejscu wysłał tam kogoś innego. John jest zbyt napakowany chęcią zemsty — zauważył Marco.

— Borha tam pojedzie, ale do wykonania roboty będzie miał ludzi. Wyraźnie określiłem, co i kto ma robić — zawyrokował Morgan.

— Może trzeba zająć się tym Matiusem? Z mojego doświadczenia wiem, że zawsze można uzyskać o wiele więcej posługując się uprzejmym słowem podpartym pistoletem, niż tylko samym słowem.

— Ty Cowboy zaraz chcesz cisnąć. Nie znasz Matiusa? To nie jest jakiś żółtodziób — powiedział Niedźwiedź.

— Uwierz mi przyjacielu, już ja mam swoje sposoby. Każdy wyzna mi miłość, jak go o to poproszę — szyderczo roześmiał się Marco, którego nazywano Cowboy.

— Wiemy, że mają organizować kasę. Trzeba ustalić jak i ile. Carlos nie wchodzi w sprawy, które uważa za niesłuszne. On ma swoje kategorie dobrych i złych pieniędzy — stwierdził Morgan śmiejąc się szyderczo.

— „Nie ma czegoś takiego jak dobre pieniądze lub złe pieniądze. Są tylko pieniądze” — Cowboy zacytował słynne powiedzenie gangstera Lucky Luciano.

Myślę — kontynuował, — że trzeba się im bliżej przyjrzeć w tej Warszawie. Na pewno będzie jakiś przeciek i coś złapiemy. A jak nie, to ja zawsze chętnie zastosuję rozmowy prosto z serca — zaśmiał się Cowboy.

— Zgadzam się. Nie mogę znieść sytuacji, kiedy wiem, że nic nie wiem. Jak trzeba będzie przycisnąć tego Matiusa, to ty Cowboy zajmiesz się tym — zadecydował Morgan.

— Już mnie to cieszy. Wiesz, co zrobię? Jak już wszystko wyśpiewa, wezmę nóż i wytnę mu język, a później wyślę go do tej jego lali — z sadystycznym zadowoleniem rozmarzył się Cowboy.

— Ok panowie, ustalmy więc dalsze posunięcia. Bohr pojedzie do Polski. Dam mu ekipę, żeby mógł swobodnie działać w razie potrzeby. Ty Cowboy, jak skończysz testy w Macapá polecisz do LA. Popytaj wśród tamtejszych Meksykanów. Na pewno czegoś się dowiesz.

— Z miłą chęcią odwiedzę stare kąty, może i Lucy da się pogłaskać — roześmiał się głośno.

— Ty, Niedźwiedź, pojedziesz do Nowego Yorku. Muszę wszystko wiedzieć o tej Columbia Ekspres, dla której pracował Matius. Mam nosa, że to będzie dobry trop i naprowadzi nas, o co w tym wszystkim chodzi.

— Bezproblemowo. A może tak przy okazji zająć się tą jego panienką?

— Nie. Nawet o tym nie myśl. Przynajmniej nie teraz. Co możesz zrobić, to namierzyć gdzie ona mieszka i jak wygląda jej rozkład dnia. Dowiedz się gdzie chodzi, co robi i z kim się spotyka. Ale wszystko z dystansu… zrozumiałeś?

— Tak jest, boss.

— Ach… i jeszcze jedno. Cowboy, jak wygląda sprawa z projektem WetArrow? Ile jeszcze czasu potrzebujesz i czy macie już jakieś konkretne wyniki? Ostatnio mówiłeś, że wszystko jest prawie zakończone i będzie można zacząć działać. Jednak do tej pory nie otrzymałem żadnego raportu w tej sprawie.

WetArrow był to najnowszy projekt Morgana. Miał on zakończyć problemy z ryzykiem przemycania przez granicę narkotyków produkowanych w wytwórniach organizacji ‘Trzy Gwiazdy’.

WetArrow to niewielkie, pływające pod wodą, i w pełni zautomatyzowane urządzenie. Zaprojektowane zostało do przenoszenia ładunków o wadze do 50 kilogramów. Konstrukcja i sposób działania WetArrow są oparte na technologii działania torped. Podobnie jak one, WetArrow mają na pokładzie silnik elektryczny, który obraca małe śmigło. Do nawigacji służy zainstalowany tam komputer naprowadzający. Jego działanie oparte jest na odbiorze informacji pobieranych przez pokładowy radar i sonar. Po odpaleniu, WetArrow jest prowadzony przez komputer pokładowy i płynie około 10 metrów pod powierzchnią wody. Za pomocą złożonej formuły prędkości, ruchu prądów wodnych, temperatury i ciśnienia, kieruje się na zaprogramowany cel. Różnica pomiędzy WetArrow, a torpedą polega na tym, że pocisk nie eksploduje kiedy dotrze do celu.

WetArrow zatrzymuje się w wyznaczonym przez komputer miejscu i czeka w wodzie około 3—5 metrów pod jej powierzchnią. Utrzymuje przy tym stałą pozycję i wysyła impulsy naprowadzające. Można bardzo łatwo go zlokalizować, a następnie wyłowić na pokład jakiegokolwiek pojazdu nawodnego. Może zostać również podebrany ręcznie przez płetwonurka. Pociski WetArrow są wielokrotnego użytku i mają służyć do przerzucania narkotyków do USA, jak również i do innych krajów. Wystarczy wypuścić je ze statku dryfującego na wodach neutralnych, żeby później wyłowić załadowane narkotykami głowice przy okolicznych brzegach.

Załadunek na statek wypełnionych narkotykami głowic WetArrow odbywa się w podobny sposób. Odpalane z brzegu pociski wypływają poza wody terytorialne, gdzie czeka na nie, umówiona jednostka. Podbieranie pocisków z wody odbywa się za pomocą opuszczonych na jej powierzchnię małych łodzi pontonowych.

Morgan ma nadzieję zlikwidować w ten sposób ryzyko wpadki podczas przemycania towaru. Przy pomocy systemu WetArrow, organizacja „Trzy Gwiazdy” chce pobić konkurencję poprzez radykalne obniżenie kosztów transportu, eliminując nie tylko ryzyko aresztowania, ale przede wszystkim utraty towaru.

— Mówiłem George, że jak będę gotowy, to przedłożę raport z całości operacji na ręce Santiago — odpowiedział Cowboy.

— Ile to jeszcze potrwa? — Dopytywał się Morgan.

— Potrzebuję jeszcze kilku dni. Jose jest teraz w Macapá. Zbiera wyniki dokładności nawigacyjnej WetArrow. Zgodnie z twoim zaleceniem są one przeprowadzane na północnym kanale Amazonki, w pobliżu ujścia do Oceanu Atlantyckiego. Zakończenie całości operacji nie potrwa dłużej niż 10, no może 12 dni. Zresztą zapytaj o szczegóły syna. Santiago siedzi w Algodoal cały czas.

Morgan był zadowolony. Specjalnie wybrał okolice Macapá do testów systemu WetArrow. Miasto jest stolicą stanu Amapá w północnym regionie kraju, ale nie administracyjne znaczenie było tego powodem. Było to doskonałe miejsce ze względu na położenie geograficzne. Miejscowość znajduje się na niewielkim płaskowyżu na Amazonii, w południowo-wschodniej części stanu Amapá.

Z Macapá prowadzi wprawdzie kilka rzadko używanych dróg do innych miast w Brazylii, ale głównie jest ona połączona z resztą kraju drogą powietrzną i morską. Ta izolacja stwarza, że panują tam doskonałe warunki do przetestowania, jak działają pociski WetArrow. Cowboy mógł bez przeszkód przeprowadzać testy dokładności prowadzenia nośników głowic ładunkowych, zarówno w warunkach rzecznych jak i oceanicznych. Morgan był właścicielem posiadłości, która mieściła się niedaleko Belém, w niewielkiej osadzie o nazwie Algodoal. Właśnie stamtąd Santiago kierował całością sprawdzania urządzeń WetArrow.

— OK, doskonale. Niech Jose skupi się na testach. Ja nie naciskam, mamy czas. Najważniejsza jest dokładność WetArrow i na tym trzeba się skoncentrować. Jeżeli mamy ustalone co i jak, to może byśmy teraz poszli na dobrego steka i piwo, co wy na to panowie. Na dole otworzyli nową restaurację — zaproponował Morgan

Propozycja spotkała się z pełnym poparciem.

Zależność.

Monachium, sobota, 25 maj 2019, godzina 11:10.

Komisarz Patrick Muller wyjechał na weekend z Düsseldorfu. Pojechał z wizytą do swojej córki, która mieszka z mężem i z synkiem w Monachium. Okazja była niebagatelna. Pierwsze urodziny wnuka. Komisarz od roku był dumnym dziadkiem. Do tego nadarzała się okazja, żeby spotkać Martę. Rozeszli się po prawie 25 latach małżeństwa. Pewnego dnia żona postawiła mu ultimatum. Ma skończyć z pracą w policji, albo ona odejdzie. Marta nie potrafiła dłużej wytrzymać tego ciągłego strachu o męża, a Muller nie potrafił skończyć z pracą. Do końca wierzył, że Marta tylko blefuje, ale stało się inaczej. Od 2 lat są w separacji. Marta nigdy jednak nie zażądała od niego rozwodu. Dlatego ciągle miał cichą nadzieję, że uda mu się w końcu przekonać żonę do powrotu. Kochał ją i było mu bez niej ciężko.

Byli już po śniadaniu. Muller siedząc na werandzie niewielkiego domku córki oglądał poranne wiadomości. Jak zwykle większość newsów to praktycznie raport policyjny. Niespecjalnie zwracał uwagę, o czym mówiła komentatorka.

— Tato napijesz się kawy, albo herbaty? — z kuchni dobiegł go głos Gitty.

— Chętnie — odpowiedział — kawę poproszę.

Przypomniał sobie dyskusję z Martą, jak będzie miała na imię córka. Jak zawsze mieli zdania podzielone, tak w tym wypadku zgodzili się bez wymiany zdań. Marta nazwała córkę Gitta, a jemu to po prostu się bardzo spodobało. Później jak wyszukali więcej informacji o tym imieniu okazało się, że Gitta to niemiecka krótka forma francuskiej Brigitte, oznaczająca „wzniosłą”. Po chwili Gitta weszła z tacą, na której znajdowała się kawa i pokrojona babeczka domowego wypieku. Usiadła obok ojca i słodząc sobie herbatę powiedziała:

— Tato, jak mama przyjedzie to może porozmawiaj z nią żebyście się zeszli. Ta wasza separacja nie ma sensu. W dodatku mama potrzebuje stałej opieki i pomocy, jej problem z pamięcią pogłębia się. Z nami nie chce mieszkać, a ja się zamartwiam, kiedy myślę o tym, że jest sama.

Tobie przecież też jej brakuje.

— Tak, wiem, ale ona jest taka uparta. Ja już wiele razy z nią o tym rozmawiałem. W kółko powtarza to samo. Skończ z pracą w policji i ja wrócę. Nie widzi tego, że to co teraz robi jest jeszcze większym stresem. I to dla nas wszystkich. Ale porozmawiam z nią, daję słowo.

Gitta odwróciła się i spojrzała na ekran telewizora. Spikerka mówiła o ostatnich wydarzeniach w Monachium. Były to porwania dwojga małych dzieci. Siedmioletniego chłopca i pięcioletniej dziewczynki. Oboje zostali uprowadzeni, kiedy matki wychodziły z nimi z supermarketów. Obydwa przypadki były do siebie bardzo podobne. Gitta szturchnęła ojca.

— Popatrz tato… te porwania. Podobne okoliczności, podobne samochody i w podobny sposób. Nie sądzisz, że to zrobili ci sami porywacze?

Muller przerwał czytanie jakiegoś magazynu. Gitta miała rację. Z komentarza wynikało, że obydwa uprowadzenia były do siebie łudząco podobne. Mało tego, zdarzyły się prawie w tym samym czasie. Różniło je tylko jedno. Miejsce uprowadzenia. Komisarz spojrzał na córkę:

— Czy możesz to cofnąć? — zapytał — Chciałbym zobaczyć ten kawałek od początku.

— Oczywiście — odpowiedziała Gitta i cofnęła program o parę minut.

Muller oglądał materiał z coraz większym zainteresowaniem. Porwania miały miejsce w Monachium w ubiegły poniedziałek. Nie byłoby w tym może nic aż tak dziwnego, gdyby nie fakt, że uprowadzenie Thomasa Hermanna wyglądało bardzo podobnie. Na dodatek doszło do niego również w miniony poniedziałek. Ta zbieżność okoliczności była mocno zastanawiająca.

— Co to za stacja? — Zapytał.

— Heutige Nachrichten 7, czy coś się stało?

— Jeszcze nie wiem, ale sam prowadzę teraz dochodzenie w sprawie porwania, a z tego, co tutaj pokazali można wnioskować, że okoliczności są bardzo podobne. Będę musiał się z nimi skontaktować.

Muller wstał i sięgnął po swoją komórkę. Wyszukał numer stacji telewizyjnej i wcisnął połączenie.

— Dzień dobry. Moje nazwisko Patrick Muller, czy mogę rozmawiać z dziennikarzem, który zebrał materiał o poniedziałkowych porwaniach? Jestem z policji z Düsseldorfu i potrzebuję pewnych informacji.

Muller przez chwilę słuchał i wreszcie powiedział:

— Zaraz tam będę. Dziękuję panu bardzo.

Rozłączył się i odwrócił do córki. Obok niej stała Marta. Nie spodziewał się jeszcze teraz żony, więc był lekko zaskoczony. Obie kobiety patrzyły na niego wyczekująco. Poczuł się niezręcznie. Musiał natychmiast wyjść, bo to, co usłyszał od dziennikarza było niezwykle ważne. Te porwania definitywnie były ze sobą połączone. Co ma im powiedzieć?

— Przepraszam was bardzo, ale to, co oni tam mają, może być bardzo ważne dla mojego aktualnego śledztwa — tłumaczył niezgrabnie. — Muszę tam zaraz pojechać, to nie potrwa długo. Czy możesz mi pożyczyć swój samochód? — Zwrócił się do Gitty.

— Obiecuję być z powrotem na obiad.

— Oczywiście tato, kluczyki są na szafce w przedpokoju.

Nieodzywająca się do tej pory Marta, pokiwała tylko głową.

— Sama widzisz córeczko, takie to życie z twoim tatą. Tak było zawsze. Jak ja miałam to dłużej znosić? I tak wytrzymałam 30 lat –zakończyła z pretensją w głosie.

Odwróciła się i wyszła z pokoju na taras. Usiadła na krześle. Muller spojrzał za żoną, a następnie popatrzył na córkę. Nie wiedział, co powiedzieć. Musiał tam teraz pojechać i wiedział, że żadne argumenty nie przekonają kobiet. Odwrócił się i nic już więcej nie mówiąc, wyszedł z domu. Potrzebował teraz samochód córki, ponieważ przyjechał do Monachium ICE InterCity. Rozwija on prędkość do 320 km/godzinę. Było to, więc o wiele bardziej praktyczne rozwiązanie, niż jazda własnym samochodem po zatłoczonych autostradach. Gitta wyszła na taras za matką. Objęła ją ramieniem i po chwili miękko powiedziała:

— Mamo, musisz go zrozumieć. On kocha nas wszystkich, ale to jest jego obowiązek. Tutaj chodzi o życie dziecka. Ojciec musi działać, jeżeli jest jakaś szansa na zebranie nowych informacji. Nie gniewaj się na niego… proszę. Zobaczysz, że wróci na obiad.

— —

Muller dowiedział się od dziennikarza, który zredagował reportaż o porwaniach, wielu interesujących szczegółów. Wszystkie potwierdzały przypuszczenie, że akcje porwań były zorganizowane i przeprowadzone przez tą samą organizację. Pozostało jeszcze tylko pojechać na policję w Monachium i porozmawiać z oficerem prowadzącym te śledztwa. Dla Mullera jedno było już jasne. Porwania to nie sprawka osób z bliskiego otoczenia ofiar, lecz jakaś większa akcja.

Wjechał na policyjny parking. Zaparkował i szybkim krokiem udał się w kierunku wejścia. Idąc spojrzał na zegarek, była już prawie 14:00. Obiad miał być o 16: 00-tej, zostały mu, więc tylko dwie godziny. Podszedł do okienka i pokazał swoją policyjną legitymację.

— Dzień dobry, jestem z policji w Düsseldorfie. Prowadzę śledztwo w sprawie uprowadzenia tam dziecka. Chciałbym porozmawiać z oficerem prowadzącym tutaj podobną sprawę.

Policjant za szybą obejrzał legitymację Mullera, po czym spojrzał na niego i powiedział:

— A tak, to porucznik Stoltz, pokój 12. Proszę pójść tym korytarzem. Drzwi na końcu po lewej stronie.

Mówiąc to nacisnął guzik. Rozległo się ciche buczenie i drzwi prowadzące do środka odblokowały się. Muller nacisnął klamkę i wszedł. Po chwili stanął przed numerem 12. Zapukał. Usłyszał głośne „proszę”. Wszedł do pokoju. Za biurkiem, w mundurze porucznika policji, siedział mężczyzna w średnim wieku. Na widok wchodzącego powstał i wyciągnął rękę na powitanie.

— Dzień dobry, nazywam się Muller. Komisarz Patrick Muller z głównej komendy policji w Düsseldorfie — powiedział wchodzący.

— Witam pana, jestem porucznik Stoltz — przedstawił się. — W czym mogę panu służyć, panie komisarzu?

— Dzisiaj rano oglądając lokalne wiadomości, dowiedziałem się, że mieliście tutaj, na terenie Monachium dwa przypadki porwań dzieci. Obydwa w ubiegły poniedziałek. Z reportażu wynikało również, że obydwa zdarzenia miały miejsce na parkingach dużych sklepów i są do siebie podobne.

— Tak. Ja się tym zajmuję. Ma pan rację okoliczności są bardzo podobne, mnie to też zastanawia. Nawet zrobiłem sobie listę porównawczą — spojrzał dumnie na Mullera.

— Właśnie, dlatego chciałbym z panem przedyskutować te porwania, dwa pańskie i jedno moje. Z tego, co ustaliłem do tej pory, wszystkie uprowadzenia odbyły się w bliźniaczo podobnych okolicznościach. Mało tego, użyto identycznych środków obezwładniających. We wszystkich trzech napadach zaatakowane zostały matki tych dzieci.

— Dokładnie tak było. Wie pan, jest jeszcze jedna sprawa. Ja sprawdziłem dokładnie, kim są ofiary i ich rodzice. Taka rutynowa robota, wiek, pochodzenie, poglądy itp.

— Rozumiem. Czy znalazł pan coś ciekawego?

— Nie jestem pewien, może to być tylko przypadek, ale mam podejrzenie, że może to mieć jakiś związek ze sprawą.

— Niech pan mówi — powiedział lekko zniecierpliwiony Muller.

— Chodzi o to, że obydwa dzieciaki cierpią na poważne, a właściwie nieuleczalne choroby.

— Chce pan powiedzieć, że są to nieuleczalnie chore dzieci?

— Właśnie tak — odpowiedział krótko Stoltz.

— Czy jest to ta sama choroba??

— Nie. I to mnie trochę zastanawia. Może jednak jest to tylko zbieg okoliczności? A jak wygląda sprawa w pańskim przypadku? — Spytał Stoltz.

— Thomas, tak ma na imię porwany w Düsseldorfie chłopiec, jest również chory. Cierpi na bardzo rzadką dolegliwość błędnika równowagi. Z raportu wynika, że chłopiec niestety nie ma szans na wyzdrowienie.

— Panie Muller, to jest bardzo ważna informacja. Oboje dzieci z Monachium również cierpią na nieuleczalne choroby. Myślę, że to może być jakiś punkt zaczepienia.

— Czy sprawdził pan dokładnie, na co cierpią te dzieci i jakie są rokowania? W wypadku Thomasa sprawa jest przesądzona. Lekarz prowadzący, z którym rozmawialiśmy wyrokuje mu jeszcze 8, może 10 lat życia. To jest straszne, że dzisiejsza medycyna jest aż tak bezsilna.

— Sprawdziliśmy to, oba przypadki z Monachium to nowotwory. Nie pamiętam teraz dokładnie, jakie, ale z tego co wiem, te dzieciaki podobnie jak pański Thomas nie mają szans.

Muller spojrzał na zegarek, dochodziła 15:22. Jeżeli chciał dotrzymać słowa żonie i córce musiał już teraz wracać. Miał jeszcze wiele pytań, ale przeważył rozsądek. Wstał i dziękując za rozmowę, wymienił się z porucznikiem wizytówkami.

— Dziękuję bardzo za informacje. Jutro wracam do Düsseldorfu. Sprawdzę jeszcze dokładnie akta sprawy i zadzwonię do pana. Proponuję być w stałym kontakcie. Co pan na to?

— Oczywiście, chciałem to samo zaproponować. Może wspólnie uda nam się złapać tych bandytów.

Stoltz wstał i podał rękę swojemu gościowi. Pożegnali się. Muller się spieszył. Zależało mu na tym, żeby na pewno nie spóźnić się na obiad.

Zlecenie.

Nowy York, 09 grudzień 2010, czwartek godzina 10:00.

Matius wszedł do biura Borena. Szef Columbia Ekspres siedział za swoim biurkiem, trzymając w rękach małe czarne pudełko. Na widok wchodzącego powstał i podając mu rękę, powiedział:

— Witam, proszę usiąść. Przeglądałem pański Kwestionariusz Kuriera. Imponujące. Naprawdę. Jest pan w tak młodym wieku, a już za panem tyle doświadczeń. Mam tylko jedno pytanie. Podczas ostatniego kontraktu w Namibii został pan bardzo ciężko ranny. Wiadomo nam, że ten granat omal nie pozbawił pana życia. Czy wrócił pan już do zdrowia w stu procentach?

Matius spojrzał na Borena.

— Do diabła, skąd on to wie?… — zastanawiał się. To są informacje ściśle tajne. Ma do nich dostęp tylko wojsko, a Boren znał nawet szczegóły. Ciekawe czy też wie, kto go z tej polany ściągnął. Su miała rację — myślał — oni dokładnie wszystko sprawdzają, a na głos powiedział:

— Tak, to było ponad rok temu. Czuję się, jakbym nigdy tam nie był. Jestem zupełnie zdrowy.

— To dobrze. Wielu pana kolegów nie miało tyle szczęścia. To był ciężki kontrakt — nagle zamilkł, przyglądając się Matiusowi z uwagą.

Boren mówił o szczegółach ostatniego kontraktu Matiusa nie, dlatego, że mu współczuł. Informował go w ten sposób, że Columbia Ekspres to nie FedEx czy UPS. Widząc zdziwioną minę Matiusa wiedział już, że osiągnął swój cel.

— Tak, to fakt — odpowiedział, — ale praca najemnika polega na tym, że bierzemy na siebie ryzyko śmierci. Na wojnie jest to zawsze bardzo prawdopodobne. Ja miałem szczęście, kumple mnie wynieśli. Gdybym tam był, kiedy wpadli w zasadzkę, na pewno też zrobiłbym wszystko, żeby im pomóc.

— Ja nie podważam tego, panie Warecki. Zrobiliśmy o panu bardzo dokładny wywiad i wiem, że jest pan człowiekiem honoru — uspokoił go Boren.

— Przejdźmy do sprawy zatrudnienia pana w naszej firmie. Pańskie kwalifikacje są wystarczająco dobre. Chciałbym, żeby jeszcze dzisiaj zrobił pan testy zdrowotne u naszego lekarza. Jest to tylko formalność, ponieważ… jest pan przyjęty. Otrzyma pan pierwsze zlecenie już w tę sobotę. Czy jest pan gotowy?

Matius zaniemówił. Nie spodziewał się tak szybkiego obrotu sprawy. Był szczęśliwy, ale jednocześnie zaskoczony. Tysiące myśli przelewało mu się przez głowę. Nagle stracił pewność siebie. Zaczął się zastanawiać, czy da radę, czy wytrzyma i czy poradzi sobie z tym, czego będą od niego żądać. W tym momencie otworzyły się drzwi i weszła Su. Spojrzał na dziewczynę i wszystko się natychmiast rozjaśniło. Wiedział już, że jest gotowy na pierwsze zlecenie. Su podała Borenowi jakąś teczkę i zaraz wyszła.

— Oczywiście, bardzo dziękuję za zaufanie — powiedział. — Zgłoszę się do lekarza zaraz po naszym spotkaniu. Jestem gotowy.

— Doskonale. Przejdźmy, więc do szczegółów.

Boren otworzył teczkę, którą przyniosła mu Su i wyjął z niej jakiś dokument. Był on wypełniony drobnym drukiem. Na ostatniej kartce, u dołu widniał podpis Borena i puste miejsce na inny podpis.

— Proszę podpisać ten dokument. Jest to umowa pomiędzy Columbia Ekspres, a panem. Zobowiązuje ona pana do zachowania absolutnej tajemnicy o tym, co i gdzie będzie pan dostarczał. Upoważnia też firmę do zastosowania wszelkich koniecznych środków, gdyby nie wywiązał się pan z tej umowy. Proszę tu podpisać, chyba, że potrzebuje pan czasu żeby przeczytać dokładnie cały tekst — skończył i podał Matiusowi gruby plik spiętych papierów.

Matius chwilę przeglądał umowę przerzucając kartki. Było tego ze trzydzieści stron.

— Właściwie — pomyślał, — co to za różnica, co tam jest napisane. Znał siebie i wiedział, że nie zawali. Od Su dowiedział się wiele o firmie, i samym Borenie. Zrobił też swój wywiad. Miał wejścia w departamencie obrony i uzyskane informacje, nie wskazywały na żadne ryzyko podjęcia pracy w Columbia Express. A poza tym, nic lepszego na pewno mu się nie trafi. Sięgnął po długopis i podpisał się obok podpisu Borena.

— Nie mam wątpliwości, że dotrzymam wszystkich punktów tej umowy — powiedział na głos.

Boren odebrał teczkę, a odkładając ją do szuflady spojrzał na Matiusa i powiedział:

— W takim razie witam pana na pokładzie Columbia Ekspres. Kopię umowy otrzyma pan kiedy będzie pan wychodził. Przedstawię teraz panu szczegóły pańskiego pierwszego zlecenia.

Sięgnął po małe czarne pudełko ze złotymi paskami, które trzymał w rękach w chwili wejścia Matiusa do biura. Otworzył je i postawił naprzeciwko.

— Jak pan widzi jest to zegarek firmy Patek Philippe. Ten egzemplarz został zrobiony na specjalne zamówienie. Wartość jego to prawie 300 tysięcy dolarów. Przeznaczony jest dla jednego z naszych ważniejszych klientów z Kalifornii. Poleci pan tam w najbliższą sobotę i osobiście mu go dostarczy.

Matius przyglądał się platynowemu czasomierzowi. Nie mógł uwierzyć, że trzyma takie cacko w rękach.

— Tak, oczywiście — starał się opanować zmieszanie. — Czy są jakieś dyrektywy jak mam tam dotrzeć?

— Tak. W sobotę rano poleci pan do Kalifornii jednym z naszych prywatnych samolotów. Na lotnisku w LA uda się pan do hangaru numer 3. Tam odbierze pan motocykl marki Harley Davidson. W rejonie Los Angeles jest to najlepszy środek lokomocji ze względu na korki. Motocykl będzie wyposażony w dwie torby skórzane. W jednej z nich znajdzie pan broń. Będzie to lekki automatyczny pistolet. Wyjmie pan go, załaduje i założy na siebie chowając pod kurtkę. Następnie pojedzie pan na spotkanie z klientem. Przekaże pan przesyłkę, ale tylko i wyłącznie do rąk własnych. Adres i nazwisko klienta otrzyma pan w chwili odebrania motoru. W hełmie będzie zainstalowany komunikator. Założy pan kask, włączy motor i powie „Philip przyleciał”. Wtedy usłyszy pan adres i nazwisko odbiorcy, a na monitorze zobaczy pan zdjęcie naszego klienta. Uda się pan tam natychmiast, dostarczy przesyłkę i jeszcze tego samego dnia wróci do Nowego Yorku. Aha… i jeszcze jedno. Czas ma tutaj znaczenie. Przesyłka musi być dostarczona nie później jak do godziny 19:45 czasu kalifornijskiego. Proszę to zapamiętać, do 19:45. Czy wszystko jasne?

— Tak, nie widzę żadnego problemu — odpowiedział Matius.

— Doskonale. W takim razie proszę zgłosić się jutro rano na ulicę Niepodległości 321. Otrzyma pan tam całe wyposażenie kuriera. To wszystko. Dziękuję i do zobaczenia w sobotę rano.

Boren wstał i zakończył spotkanie. Matius podziękował i wyszedł z biura. Przechodząc obok Su, uśmiechnął się i podniósł kciuk do góry. Resztę dnia spędził na badaniach lekarskich, później na treningu, a wieczorem w objęciach Su. Nie wiedział, że to pierwsze zlecenie firmy Columbia Ekspres zmieni losy jego życia na zawsze.

— —

W sobotę był na lotnisku już o 6:00 rano. Wszystkie formalności załatwił wczoraj. Dzisiaj tylko odebrał przesyłkę z biura Borena. Samolot był już gotowy do startu. Po krótkiej chwili odrzutowiec ruszył, ustawił się na pasie startowym i nabierając prędkości lekko wzbił się w powietrze. Matius rozpoczął swoje pierwsze zadanie jako kurier Columbia Ekspres. Przed nim było około 6 godzin lotu. Spojrzał na zegarek. Była 7:00 rano. Na LAX będzie o 16:10 tamtego czasu. Miał dużo do przemyślenia.

W głowie szumiał mu potok myśli. Wszystko potoczyło się tak szybko. Jeszcze przed tygodniem był w tragicznej sytuacji, a dzisiaj siedzi w luksusowym prywatnym odrzutowcu i przewozi przesyłkę wartą ponad ćwierć miliona dolarów. Gdyby mu to ktoś wcześniej powiedział, nie uwierzyłby. A jednak to prawda.

— No tak. Znowu spadłeś na cztery łapy Kocurze — powiedział cicho do siebie.

Myśli swoje skierował teraz ku Su. Nigdy przedtem nie czuł nic podobnego. Kochał tę dziewczynę każdym kawałkiem swojego ciała i duszy. Myślał o niej w każdej minucie. Teraz, kiedy musiał wyjechać czuł się bardzo źle. Tęsknił. Pocieszało go tylko to, że już jutro będzie z powrotem.

Lotnisko w Los Angeles to jeden z najbardziej ruchliwych portów lotniczych nie tylko w Stanach, ale i na świecie. Odrzutowiec BGH21 po wylądowaniu o wyznaczonym czasie podjechał do części wydzielonej dla prywatnych samolotów. Kiedy tylko maszyna znieruchomiała, Matius odpiął pasy i skierował się do wyjścia. Nie miał za dużo czasu. Wprawdzie do Huntington Beach nie było daleko, ale biorąc pod uwagę korki na tutejszych autostradach każda minuta miała znaczenie. Czarny Harley stał zaparkowany na wyznaczonym miejscu i czekał na swojego kierowcę. Matius podszedł do ciężkiej maszyny. Otworzył jedną ze skórzanych toreb i wyjął pistolet. Załadował go i ukrył pod kurtką. Chwycił za kierownicę i usiadł na miękkim siedzeniu uruchamiając jednocześnie silnik. Założył kask i powiedział do mikrofonu:

— Philip przyleciał.

W głośnikach odezwał się męski głos. “Odbiorca — Carlos Castrowerde, adres dostarczenia -Huntington Beach ulica Garfield numer…”. Na małym ekranie motocykla ukazała się twarz klienta. Matius chwilę przyglądał się mężczyźnie na zdjęciu. Następnie zmienił obraz komputera na nawigację, wrzucił bieg i ruszył. Komputer uwzględniając warunki na drogach pokazywał, że powinien być na miejscu około po 19:20. Wszystko szło według ustalonego harmonogramu.

Wyjechał z lotniska na drogę szybkiego ruchu numer 1, która prowadziła do autostrady 405. Do Huntington Beach miał około godziny jazdy. W Westminster zjechał na Main Street, którą dojechał do Garfield. Kiedy podjeżdżał do skrzyżowania usłyszał strzały. Zobaczył wybuch i przewracającego się tam Hammera. Napastnicy strzelali z broni maszynowej, osłaniając się za stojącą w poprzek limuzyną. Po chwili nastała cisza. Jeden z bandytów podszedł do przewróconego SUV-a, spod którego wyczołgiwał się jakiś człowiek. Napastnik chwycił go za kołnierz podciągając w górę. Matius zobaczył twarz rannego. To był jego klient. Jako kurier Columbia Ekspres jego zadaniem było dostarczenie przesyłki do adresata za wszelką cenę. Nie zastanawiał się dłużej. Wyciągnął spod kurtki ukryty tam pistolet maszynowy.

Chwycił kierownicę motoru i z potężnym wyciem silnika ruszył. Szarżując na napastnika, zobaczył leżące na asfalcie oderwane drzwi Hammera. Były ułożone jak rampa. Bez chwili zastanowienia wjechał na nie. Siła rozpędu wybiła potężną maszynę w powietrze. Unosząc przednie koło, wycelował je prosto w głowę bandyty. Kręcącą się oponą trafił napastnika prosto w czoło. Cios powalił mężczyznę, który z rozdartą na pół czaszką padł na wznak wypuszczając jednocześnie karabin. Matius przeleciał nad ofiarą, zawrócił i zatrzymał motor. Krótkimi seriami z pistoletu błyskawicznie wybił resztę bandy. Strzelającego do niego kierowcę limuzyny zatrzymał jednym strzałem. Kiedy wszystko ucichło wolno podjechał do przewróconego Hammera. Postawił maszynę na nóżkach, zsiadł z motoru i zdjął hełm. Wyciągnął rękę do leżącego mężczyzny i pomógł mu wstać.

— Senior Carlos Castrowerde? — Zapytał.

— Tak — odpowiedział tamten.

— Jestem z polecenia Columbia Ekspres, przywiozłem dla pana paczkę.

Pierwsze zadanie nowego kuriera zostało wykonane.

Punkt Nemo.

Hamburg, czwartek, 24 maj 2019, godzina 08:15.

Savanna była gotowa do wyruszenia w morze. Przez ostatnie dwa dni przyjechało jeszcze 35 ciężarówek z takimi samymi ładunkami, jakie przywiózł czarny TIR. Wszystko szło według planu. Była godzina 8: 15 rano 23 maja 2019 roku. Super jacht uruchomił potężne silniki i włączył syreny, które oznajmiły rozpoczęcie prawie trzytygodniowej podroży. Potężne śruby zawirowały i statek wolno odbił od przystani.

Celem wojażu było najbardziej odizolowane miejsce na Ziemi, tzw. Punkt Nemo. Swoją nazwę zawdzięcza ono legendarnemu podróżnikowi z powieści Juliusza Verne’a Dwadzieścia Tysięcy Mil Podmorskiej Żeglugi, kapitanowi Nemo. Punkt Nemo znajduje się około 2 500 km na wschód od Nowej Zelandii na Oceanie Spokojnym. Geograficzne położenie ogranicza ilość prądów oceanicznych i przepływu wiatrów w rejonie. Powoduje to, że bardzo mało składników odżywczych wpływa do tego obszaru i w istocie jest to jedna ogromna oceaniczna pustynia.

Obszar ten znany jest również, jako “cmentarz statków kosmicznych”. Kiedy skazany na zagładę sztuczny satelita zostaje wyłączony ze służby, tam właśnie jest zrzucany. Szanse na trafienie przepływającej małej łodzi czy nawet dużego statku są jednak bardzo znikome. Już ponad 300 satelitów i innych kosmicznych wraków zostało złożonych w tym oceanicznym grobie.

Ta kompletnie odizolowana od cywilizacji lokalizacja była teraz celem podróży Savanny. Nie przez przypadek grupa Kondor wybrała to właśnie miejsce. Miały na to wpływ trzy zasadnicze powody.

— Po pierwsze: prawie kompletna izolacja od cywilizacji.

— Po drugie: brak silnych prądów morskich powodował spokojne wody.

— I po trzecie: kosmiczne złomowisko na dnie, dawało doskonałe warunki kamuflażu.


Punkt Nemo był, więc idealnym miejscem na realizację podstawowej części akcji KURZ. Ukrycia w głębinach Oceanu Spokojnego modułu o nazwie STUDNIA wraz z jego cennym ładunkiem.

— —

Na około miesiąc przed wyruszeniem Savanny z Hamburga, w stoczniach, które były oddzielone od siebie o tysiące kilometrów, kończyły się prace konstrukcyjne trzech nietypowych jednostek morskich. Statki te przypominały swoim wyglądem super tankowce. Budujące je stocznie należały do firmy Deep Blue Ships Corporation, znanej pod skróconą nazwą DBSC.

Budowa tankowca rozpoczyna się od konstrukcji bloków, z których później skład się kadłub. Rozmiary bloków różnią się w zależności od budowanego statku i od możliwości technicznych stoczni. Typowy zbiornikowiec to około 60 bloków. Statki budowane w stoczniach DBSC składały się z 122 bloków. Wielkość konstrukcji wymagała, więc zastosowania specjalnych materiałów. Zwykła stal nie wytrzymałaby napięć powstających podczas ruchu na morzu. Statek mógłby po prostu popękać pod własnym ciężarem. Dochodziła do tego potrzeba wytrzymałości konstrukcji na potężne ciśnienie, jakie panuje na głębokości 1 000 metrów.

Firma Deep Blue Ships Corporation zastosowała, więc do jego budowy stal wzbogaconą w dodatek w postaci materiału nanotechnologicznego o nazwie Buckypaper. Materiał ten jest wykonany z cząsteczek węgla w kształcie rurek 50 000 razy cieńszych niż włos ludzki. Jest on również 500 razy silniejszy od stali i dziesięć razy od niej lżejszy. Przy zastosowaniu odpowiedniej technologii mógł być ‘wklejany’, jako dodatkowa warstwa w procesie laminowania stali, użytej później do budowy bloków. Z tak wzmocnionych materiałów budowana była najdłuższa i najważniejsza cześć statku, śródokręcie.

Na rufie znajdowały się pomieszczenia dla załogi i mostek kapitański. Przód statku natomiast, to część wykorzystana na magazyny z żywnością, wodą pitną i wszystkim, co jest niezbędne podczas podroży. Z zewnątrz wyglądało to jak budowa dużego super tankowca. Instalowane tutaj jednak wyposażenie i urządzenia nie miały nic wspólnego z przewożeniem ropy.

Stocznia w Port Douglas zakończyła budowę ‘Studni 2’ zgodnie z harmonogramem. Był 12 kwietnia 2019 roku, kiedy jasnoszary super tankowiec wyruszył w długi, bo ponad 2 700 kilometrowy rejs. Admirał John Murray ustawiając kurs na najbardziej odizolowane miejsce na Ziemi, wiedział, że jest to pierwszy, ale zarazem ostatni wojaż tego pięknego statku. Admirał też wiedział, że jeszcze dwa podobne tankowce wyruszyły tego dnia w drogę. Wszystkie trzy miały spotkać się 23 maja 2019 roku w Punkcie Nemo.

— —

W tym samym czasie, w bezkresnej przestrzeni kosmosu jeden z orbitujących nad Ziemią satelitów zmienił swoją pozycję. Było to urządzenie o technicznej nazwie “KZ03”. Urządzenie obróciło się, aby ustawić skrzydła swoich światłoczułych baterii dokładnie ku słońcu. Po krótkim czasie satelita ruszył i bezgłośnie pomknął w przestrzeni. Kiedy zmienił swoją orbitę, znieruchomiał ponownie i zawisł nad błękitną planetą. Jego kamery obserwowały teraz rejon Oceanu Spokojnego, który był naznaczony przez pokładowy komputer. Pozycja, którą zajmował na nowej orbicie KZ03, była zlokalizowana dokładnie nad miejscem, które określano, jako Punkt Nemo. Zadaniem satelity było badanie i analiza panujących tam w czasie teraźniejszym warunków atmosferycznych, ruchów statków i samolotów, a następnie wysyłanie tych informacji na Ziemię.

Satelita należał do spółki Cosmo NOVA Inc. i był ‘okiem na niebie’ dla operacji KURZ. Informacje, które zbierał, przesyłał na mostki kapitańskie trzech super tankowców ‘Studnia 1’, ‘Studnia 2’ i ‘Studnia 3’. Raporty wychodzące z KZ03 były również przechwytywane i analizowane na Savannie i w głównej kwaterze grupy Kondor w małej wsi pod Warszawą.

— -

Savanna płynęła pełną prędkością. Wśród załogi panował spokój i porządek, wszyscy byli świadomi, że są częścią wielkiej sprawy. Każdy doskonale znał swoje obowiązki. Na pokładzie nie było nikogo, którego obecność nie byłaby konieczna. Załoga liczyła 127 osób łącznie z personelem obsługi niecodziennych pasażerów jachtu. Pasażerowie to 108 dzieci w wieku od 5 do 12 lat. Rozlokowane one były na 4-tym pokładzie, w 36-ciu gościnnych kabinach. Wszystkie te dzieci łączył jeden fakt, wszystkie były nieuleczalnie chore. Cierpiały na różne dolegliwości, od zaburzeń układu odpornościowego, poprzez poważne zaburzenia alergiczne, kończąc na rożnego rodzaju schorzeniach nowotworowych.

Wszystkie przypadki były przez obecny system lecznictwa i lekarzy medycyny konwencjonalnej uznane jako niewyleczalne. Dzisiejsza medycyna skazywała te dzieci na powolną śmierć. Podróż Savanną była początkiem zmian, jakie miały wkrótce nastąpić w stanie ich zdrowia. To, co ustalał zespół lekarzy zgromadzonych na jachcie, miało uratować życie wszystkich przebywających tutaj młodych pacjentów.

Zachodzące słońce oświetlało lekko wzburzony ocean. Promienie światła odbijały się od rozpryskujących fal, tańcząc na wodzie i błyskając drobnymi złotymi płomykami. Czasami fale uderzając o dziób jachtu opryskiwały pokład słoną wodą, po to, żeby zaraz powrócić tam, skąd przybyły. Savanna płynęła lekko, zostawiając za burtą zachodzące słońce. Sprawiało to wrażenie, jakby chciała pozostawić niemoc i brak nadziei w mrokach odchodzącego dnia. Kończył się pierwszy tydzień podróży. Pozostało jeszcze trzy tygodnie do ujawnienia światu planu KURZ.

AgroParisTech

Paryż, środa 22-go maja 2019.

Hogan Stone wylądował na paryskim lotnisku Charlesa de Gaulle krótko po 16-tej. Prosto z lotniska udał się taksówką do zarezerwowanego wcześniej hotelu Monte Cristo przy 22 Rue Pascal.

Hotel Monte Cristo jest absolutną perłą. Łączy w sobie stylowe detale z ultranowoczesnymi udogodnieniami. Główne lobby wypełnione jest antycznymi meblami i dekoracjami w takimż stylu, a świeży charakterystyczny zapach, pomaga się zrelaksować zaraz po wejściu do hotelu.

Po zajętym dniu można ukoić swoje zmęczenie w długim 15-metrowym basenie, który otoczony jest egzotycznymi roślinami. Ta opcja to coś niespotykanego w Paryżu, ponieważ hotele z basenami są tam rzadkością. Wieczorem zaś wystarczy wyjść na ulicę Rue Pascal, żeby natrafić na przytulne kawiarenki i stylowe restauracje. Wszystkie zapraszają do siebie kolorowymi światłami i szyldami. Zlokalizowane na deptaku stoiska kuszą świeżymi owocami, serami, paryskim pieczywem, francuskimi winami i smakowitymi kiełbaskami. Jest to miejsce w Paryżu, do którego każdy chętnie powraca.

Dla Hogana Stone wszystkie te atrakcje nie były jednak istotne. Hotel Monte Cristo znajdował się nieopodal AgroParisTech, Paryskiego Instytutu Technologii Życia, Żywności i Nauk o Środowisku. Utworzony w 2007 r. AgroParisTech jest publiczną instytucją szkolnictwa wyższego, która nie jest absolutnie nastawiona na zysk. Położony w miejskiej scenerii paryskiej metropolii jest obecnie jednym z poważniejszych centrów nauki w Europie.

Właśnie tam, już jutro, będzie miał okazję przemawiać do blisko 3 tysięcy lekarzy i naukowców ze wszystkich dziedzin medycyny z całego świata. Referat na temat jego najnowszej pracy naukowej pod tytułem “Natura i jej siła w lecznictwie” miał na celu pozyskanie jak największej rzeszy specjalistów i przekonanie ich o wielkich wartościach, jakie spoczywają w medycynie alternatywnej.

AgroParisTech to instytut szkolnictwa wyższego, którego badania skupiają się na sprostaniu najważniejszym globalnym wyzwaniom XXI wieku. Problemy takie jak wyżywienie rosnącej populacji przy zrównoważonym zarządzaniu terenami pod uprawy, racjonalna gospodarka zasobami naturalnymi, wspieranie innowacji, czy też integracja w dziedzinie biogospodarki są podstawowymi celami instytutu.

AgroParisTech na arenie międzynarodowej słynie również z wysokiej, jakości programów szkoleniowych i działań badawczych. Najważniejszą misją instytutu jest powiększanie wiedzy naukowej, w ścisłej współpracy z publicznymi oraz prywatnymi ośrodkami badawczymi.

— —

W czwartek, 23 maja 2019 roku o godzinie 14:30 Hogan Stone wszedł po schodkach na scenę ogromnej sali konferencyjnej AgroParisTech. Podszedł do mównicy i spojrzał na audytorium. Panowała cisza. Stone położył przed sobą plik notatek i wpatrując się w twarze słuchaczy zastanawiał się chwilę. Wiedział, że wielu z nich na pewno już czytało jego pracę. Do niego należało teraz przekonanie ich do tego, o czym dowiedzieli się z artykułu. Nie obawiał się o tym mówić. Znał temat, był w tym przecież ekspertem. Ze względu na krótki czas, który mu przysługiwał, postanowił dzisiejsze przemówienie poświęcić głównie dwóm zagadnieniom — roślinie o nazwie Grawiola i jej leczniczym właściwościom oraz naturalnej terapii anty-nowotworowej, opartej na ścisłej diecie wegetariańskiej o nazwie Gerson.

Po wstępnych słowach powitania i krótkim wprowadzeniu przeszedł do pierwszej części swojego referatu. Miał na to tylko 45 minut, musiał, więc być bardzo konkretny.

— Witam wszystkich zebranych. Przedstawię teraz państwu tylko dwa z tematów, o których pisałem w moim ostatnim artykule. To, o czym będę dzisiaj mówił, może być zaskoczeniem dla niektórych z was. Proszę, więc o szczególną uwagę. Zacznę od niewielkiej i wiecznie zielonej rośliny o nazwie Grawiola. Pochodzi ona z deszczowych lasów Amazonii i tropikalnych obszarów obu Ameryk — rozpoczął swój wykład.

— To niepozorne drzewko produkuje duże jadalne owoce w kształcie serca, o barwie żółtozielonej z białym miąższem. W Brazylii sok z tych owoców jest popularnym napojem znanym, jako Guanábana. Jednak Grawiola jest nie tylko używana do produkcji tego napoju. Jest ona bardzo nietypową rośliną ze względu na posiadanie przez nią związków bioaktywnych. Liście, owoce, nasiona, a nawet łodygi są używane od dawna do wytwarzania wielu leków.

— Dopiero niedawno w krajach Europy i Ameryki Północnej zaczęła wzrastać popularność Grawioli. Wiadomo jednak już od starożytnych czasów, że Grawiola jest bogata w witaminy i minerały, które korzystnie wpływają na nasze zdrowie. Roślina ta ma bardzo długą historię, zarówno w naturalnych metodach leczenia jak i w ziołolecznictwie.

— Z przyczyn, o których teraz niestety z braku czasu nie będę mówił, współczesna nauka nie poświęciła tej roślinie wiele uwagi. Jak do tej pory przeprowadzono, bowiem bardzo mało badań naukowych na temat jej potencjału leczniczego. Zaczyna ona jednak być coraz szerzej popularyzowana. Stosuje się ją między innymi do leczenia zakażeń wywołanych przez różnorodne bakterie i pasożyty. Działa oczyszczająco na jelita, a użyta bezpośrednio na skórę, pomaga w przypadku zapalenia stawów.

Stone przerwał na chwilę. Spojrzał na zebranych i zauważył poruszenie. Słyszał szmer pochodzący z cichych komentarzy zebranych na sali naukowców. Widział zainteresowanie tematem. Spojrzał ponownie w swoje notatki.

— Prawidłowo działający układ odpornościowy — kontynuował — jest niezbędny, aby pomóc organizmowi walczyć z wszelkimi dolegliwościami i zapobiegać chorobom. Wielką rolę odgrywają w tym witaminy. Witaminę B1 i cynk można znaleźć w Grawioli. Jak wiemy, obydwie te substancje wzmacniają nasz układ immunologiczny. Grawiola to również bogate źródło witaminy B2 oraz magnezu. Te z kolei przyczyniają się do zwiększenia poziomu energii w organizmie. Wszyscy zgodzicie się, że niewątpliwie może to być o wiele zdrowsza alternatywa od np. kofeiny czy napoi energetycznych.

— Lecz Grawiola to nie tylko źródło witamin i minerałów. Łodyga i liście, a nawet kora, są bogate w przeciwutleniacze. Jak zapewne wszyscy tutaj zgromadzeni wiedzą pomagają one organizmowi walczyć z wolnymi rodnikami uszkadzającymi nasze komórki.

— Niektóre części Grawioli są bogate w substancje fitochemiczne. Substancje te mogą pomóc w regulacji poziomu glukozy we krwi i zapobieganiu gwałtownym jej skokom. Wiemy, że taka równowaga pomaga chronić naczynia krwionośne, które dostarczają krew do wszystkich wewnętrznych narządów.

Stone przełożył kartki notatek.

— Liczba mięśni w ludzkim ciele może wynosi około 850, to dużo. Używamy naszych mięśni przez cały czas nawet wtedy, gdy o tym nie myślimy. Upewnienie się, że mają one potrzebne minerały jest niezbędne. Grawiola zawiera potas i wapń, które przyczyniają się do utrzymania prawidłowej funkcji tych narządów. Natomiast spożywanie owoców tej niesamowitej rośliny wpływa korzystnie na stan naszego układu kostnego. Ale to jeszcze nie koniec korzyści, jakie przynosi ta niepozorna roślina.

Stone spojrzał na siedzących na sali słuchaczy. Wiedział, że są to najwyższej klasy specjaliści i lekarze medycyny. Oni dokładnie zdawali sobie sprawę z tego, co do nich mówi. Spojrzał w swoje notatki.

— Grawiola jest również używana do walki z nowotworami. Pomaga ona i poprawia działania stosowanych leków farmaceutycznych. Ale to nie wszystko. Niektóre substancje chemiczne w Grawioli wstrzymują rozwój nowotworów. Istnieją naukowe dowody na to, że zażywanie Grawioli powstrzymuje komórki rakowe od rozrastania się. Nie działa to jednak destrukcyjnie na nasz organizm tak, jak to się dzieje w przypadku chemoterapii. Chemia, żeby zwolnić rozwój choroby również niszczy zdrowe komórki w naszym organizmie, Grawiola nie.

Przez audytorium przeszła fala cichych komentarzy.

— Grawiola natomiast — kontynuował Stone — poprzez wzmacnianie wewnętrznej struktury osłabionych, ale jeszcze żywych komórek — leczy. Powoduje ona uruchomienie naturalnych systemów samoobronnych organizmu poprzez przebudzenie procesów odpornościowych uśpionych działaniem nowotworu. Pod wpływem Grawioli procesy te uruchamiają się ponownie, dzięki czemu zdrowe komórki nie pozwalają już opanowywać się atakującemu je nowotworowi. Grawiola nie działa na oślep, tak jak to się dzieje w przypadku chemoterapii. Grawiola eliminuje źródło choroby — naprawia nasz osłabiony system odpornościowy.

Stone podniósł wzrok i uważnie patrząc na zebranych dokończył nie czytając:

— Podsumowując, w zasadzie wszystkie części Grawioli posiadają znaczące korzyści zdrowotne. Jest to lekarstwo pochodzenia naturalnego, którego działanie ma poważny i pozytywny wpływ na ludzki organizm. Ale żadne lekarstwo nie zadziała prawidłowo, jeżeli nie wiemy jak je stosować!

Stone zrobił przerwę wpatrują się w siedzących bez słowa naukowców.

— Dlatego ważne jest, żeby pacjenci i lekarze znali dokładnie jakie dawki stosować. Odpowiednia dawka każdego lekarstwa zależy od wielu czynników, takich jak np. wiek pacjenta, jego waga, stan jego zdrowia. Należy pamiętać, że leki naturalne podobnie jak farmaceutyczne, są bezpieczne i działają pozytywnie tylko przy odpowiednim dawkowaniu. Dlatego znając potężne możliwości Grawioli, konieczne są natychmiastowe kompleksowe badania tej rośliny. W tej chwili nie ma wystarczającej ilości informacji naukowych, aby określić odpowiedni zakres dawek dla Grawioli!

Ponownie na chwilę zamilkł. Dał swoim słuchaczom czas do zastanowienia się nad tym, co usłyszeli.

— Tylko wspólne nasze działania — powiedział twardym głosem, — mogą się do tego przyczynić. Służby zdrowia w każdym kraju powinny jak najszybciej uzyskać pełny dostęp do takich informacji. Uratuje to miliony ludzi, a lekarzy uzbroi w tanią, łatwo dostępną i potężną broń w walce z wieloma dzisiaj nieuleczalnymi chorobami — zakończył.

Na sali panowało lekkie zamieszanie. Rozmawiano gorączkowo i widać było, że zainteresowanie wzrastało w miarę jak mówca przedstawiał kolejne fakty. Stone znał działanie Grawioli bardzo dobrze. Sam ją zastosował, kiedy został zdiagnozowany, że cierpi na raka prostaty. Dokonał wstępnych badań i pomimo, że nie miał dokładnych informacji, zdecydował się na użycie Grawioli w walce ze swoją chorobą. Było to 15 lat temu. Dzisiaj dzięki Grawioli, może odczytać ten referat. Poprawił mikrofon i odchrząkując podjął swój wykład:

— Chciałbym jeszcze dzisiaj przybliżyć państwu inny temat, a mianowicie tzw. terapię Gersona. Terapia ta, odpowiednio stosowana jest potężną bronią w walce praktycznie ze wszystkimi rodzajami nowotworów. Charakteryzuje ją to, że nie wymaga hospitalizacji i może przebiegać całkowicie w warunkach domowych u pacjenta.

Ponownie spojrzał w notatki.

— Nasze ciała są stale napełniane różnymi szkodliwymi substancjami i rakotwórczymi zanieczyszczeniami. Toksyny te docierają do nas poprzez powietrze, którym oddychamy, jedzenie, które spożywamy, wodę, którą pijemy. Ponieważ te substancje spożywa się na co dzień, a wskaźniki zachorowalności na nowotwory nadal rosną, możliwość przejścia do naturalnego, detoksykującego leczenia jest nie tylko uspokajająca, ale konieczna. Jednym z aspektów terapii Gersona, który odróżnia ją od większości innych metod, jest jej natura. Gerson naturalnie reaktywuje wspaniałą zdolność ludzkiego ciała do samo uzdrawiania.

— Terapia ta została opracowana wiele lat temu przez dr Maxa B. Gersona. Początkowo stosowano ją w leczeniu migrenowych bólów głowy, a później gruźlicy i innych chorób. Opiera się ona na dokładnie określonej diecie wegetariańskiej i detoksykacji organizmu poprzez zastosowanie lewatyw z ekstraktu specjalnej kawy. Działania te, mają na celu przywrócenie organizmowi własnych możliwości odpornościowym i obronnych w rozpoznawaniu i niszczeniu komórek nowotworowych.

Spojrzał na audytorium, przerywając czytanie i dokończył od siebie:

— Innymi słowy nasz organizm sam może zwalczyć praktycznie każdy nowotwór, potrzebuje do tego tylko stworzenia mu odpowiednich warunków biologicznych i chemicznych.

Ponownie zaczął czytać:

— Kompleksowy program terapii Gersona jest zawsze opracowany i dostosowywany do potrzeb indywidualnych każdego pacjenta. Co jest istotne, ta zindywidualizowana immunoterapia raka nie powoduje negatywnych skutków ubocznych, tak jak to się dzieje w przypadku stosowania chemoterapii czy radioterapii. Nie wyniszcza ludzkiego organizmu, wręcz przeciwnie — wzmacnia go. Tysiące pacjentów zastosowało już tę terapię w walce z rożnymi nowotworami i wielu z nich osiągnęło pełną remisję, wychodząc nawet z najpóźniejszych stadiów choroby.

Zrobił znowu przerwę i przypatrując się słuchaczom powiedział po chwili:

— Jednakże terapia Gersona to bardzo intensywne i długoterminowe leczenie. Może ona trwać nawet dwa lata, albo i dłużej. Jest to bardzo ścisły protokół, który obejmuje określoną dietę, codzienne picie kilkunastu soków z warzyw i kilku lewatyw z kawy w ciągu doby.

Teraz już był przekonany, że swoim odczytem zainteresował większość obecnych na sali. Nie wiedział tylko ilu ma za sobą, a ilu przeciw. Nie to jednak było najważniejsze. Nawet niewielka liczba zgromadzonych tutaj specjalistów nastawiona pozytywnie do tematu może zdziałać cuda. Spojrzał na notatki i podjął:

— Generalnie Gerson jest programem odtruwającym i odbudowującym organizm. Składa się z codziennego ‘zalewania’ organizmu substancjami odżywczymi ze świeżych owoców i warzyw. Te procesy żywieniowe wspomagają proces detoksykacji, w wyniku którego, zwiększa się natlenienie komórek i zachodzi regeneracja wszystkich narządów wewnętrznych. Szczególny nacisk kładzie się tutaj na regenerację wątroby i układu odpornościowego, w celu przywrócenia ich optymalnych funkcji.

Ponownie przestał czytać. Fascynował się tym zagadnieniem, czuł je i wiedział, że jest ono rozwiązaniem wielu problemów. Był przekonany w stu procentach o słuszności tego, o czym mówił:

— Działanie terapii Gersona — podjął — można porównać do jazdy samochodem w kółko, po pochylonym torze. Żeby utrzymać się na torze, obowiązuje tam określona prędkość. Powiedzmy, że chory, to kierowca uszkodzonego pojazdu, który zwalnia biegu. Im bardziej zwalnia, tym trudniej jest mu powrócić do szybkości, która pozwoli mu utrzymać się na pochylni toru. Jeśli się zatrzyma, spadnie z drogi. Terapia Gersona działa jak pedał przyspieszenia, który kierowca musi bez ustanku naciskać. Działające siły ciążenia przeszkadzają w utrzymaniu pojazdu na torze. Lekkie popuszczenie natychmiast zwalnia pojazd ciągnąc go w dół. Kierowca musi mieć wiele silnej woli i wiary w wygraną, żeby utrzymać tempo i nieustannie przyspieszać. Nawet, jeśli będzie to robił, to nie od razu doprowadzi to do prędkości koniecznej, aby utrzymać się na drodze. Zadanie to wymaga wytrwałości i wiary w powodzenie. Jednocześnie im później pojazd rozpocznie przyspieszanie, tym dłużej będzie trwało dochodzenie do prawidłowej prędkości. Jednakże intensywne i stałe działanie doprowadzi wreszcie do unormowania prędkości i utrzymania się na torze.

Hogan zamilkł na moment. Przewrócił kilka kartek i podjął:

— Zastosowanie terapii Gersona wymaga poświęcenia i dyscypliny. Jak powiedział kiedyś dr Gerson: “Rak jest do wyleczenia. Problem polega na tym, że jest on w ludziach”. Należy również wziąć pod uwagę koszty terapii Gersona, ponieważ poniesione wydatki, nie są generalnie pokrywane przez firmy ubezpieczeniowe.

— Wśród ekspertów, którzy leczą metodą Gersona chciałbym wymienić tutaj doktora Daniela Fergio. Jest on licencjonowanym lekarzem w USA. Posiada wieloletnie doświadczenie kliniczne w laboratoriach szpitalnych w zakresie hematologii i mikrobiologii. Koncentruje on swoją praktykę na chorobach nowotworowych i autoimmunologicznych. Prowadzi pacjentów nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i na całym świecie.

— Klinika Dr Daniela Fergio mieści się w Denver w Kolorado. Jest to centrum konsultacyjne, które zapewnia pacjentom na całym świecie pełny instruktaż, a następnie prowadzenie, nadzór i monitorowanie indywidualnego leczenia.

— Prowadzi on również programy szkoleniowe dla lekarzy i personelu medycznego, którzy są zainteresowani praktyką terapii Gersona. Są to programy opracowane w celu przeszkolenia wykwalifikowanych licencjonowanych lekarzy w zakresie teorii i prowadzenia praktyki. Wiele osób w chwili podjęcia terapii Gersona jest już bardzo chora. Zazwyczaj następuje to w chwili, kiedy lekarze nie potrafią już nic więcej zaoferować. Chorzy najczęściej są już po wielokrotnych, wyniszczających układ odpornościowy chemioterapiach. Takie leczenie spowalnia proces regeneracji i wzmacniania organizmu. Ze względu na to, że Gerson wymaga długiego czasu żeby zadziałać, czasami decyzja podjęcia terapii przez pacjenta następuje zbyt późno. Dzieje się tak, ponieważ oficjalna medycyna nie oferuje metod alternatywnych, odbierając w ten sposób chorym możliwość wyboru drogi leczenia i zastosowania tak potężnej szansy wcześniej. Są oni najzwyczajniej nieświadomi istnienia innych możliwości.

Profesor przerwał na chwilę. Popatrzył po audytorium i dodał:

— Jeśli ktoś z państwa jest zainteresowany zagadnieniem terapii Gersona, po skończeniu referatu chętnie podam kontakt do instytutu doktora Fergio.

Przerwał. Spojrzał z uwagą na zebranych tak, jakby oczekiwał jeszcze większej uwagi i powiedział:

— Chemioterapia, szanowni koledzy, ma za zadanie zniszczyć istniejące komórki rakowe. W praktyce nie jest to możliwe z jednego zasadniczego powodu. Komórki rakowe nie są obcymi organizmami. Są to nasze, tylko zniekształcone i zdeformowane komórki, w których w składzie chemicznym zaszły nieodwracalne zmiany. Atakują one zdrowe komórki i przekształcają je zamieniając na nowotworowe. Chemioterapia nie eliminuje więc źródła choroby, czyli mechanizmu, który powoduje zmiany w komórkach. Chemioterapia spowalnia lub tymczasowo zatrzymuje tylko ten proces, osłabiając jednocześnie nasz własny system samoobronny. Dlatego zazwyczaj po skończeniu takiej kuracji, prędzej czy później, następują nawroty choroby. Dochodzi do tego ogólne wycieńczenie organizmu i zwiększone zagrożenie zaatakowania go również przez inne choroby.

— Terapia Gersona natomiast, nie działa w kierunku zabicia już zniszczonych komórek. Wzmacnia ona nasze zdrowe komórki, uodparniając je na zmiany rakowe. Zdrowe komórki nie są więc już zagrożone, ponieważ system immunologiczny potrafi sobie poradzić z ponownymi atakami choroby. Jednocześnie poprzez lewatywy, oczyszczamy nasz organizm z toksycznych i zdeformowanych komórek rakowych.

Na sali zapadła kompletna cisza. Słowa Stona były bezpośrednim uderzeniem w obowiązujące zasady i sposoby leczenia. Kolidowały one z podstawami stosowanych praktyk, otwierając jednocześnie drogę do tworzenia niewygodnych pytań, dlaczego tak się postępuje. Powoli napięcie zelżało. Stone kontynuował:

— Zapotrzebowanie na leczenie terapią Gersona jest ogromne. Jednak z różnych przyczyn, o których dzisiaj nie będę mówił, nie istnieje obecnie wiele wyspecjalizowanych w tym celu placówek. Oprócz kliniki w Denver działają jeszcze dzisiaj dwa inne ośrodki na świecie. Jest to Klinika Nowego Życia mieszcząca się w mieście Tijuana w Meksyku, oraz Europejskie Centrum Gersona w Budapeszcie na Węgrzech.

Stone skończył czytać. Wyprostował się, odłożył swoje notatki, poprawił jeszcze raz mikrofon i powiedział:

— Terapia Gersona to program żywieniowy, który podobnie jak Grawiola wykorzystuje własny mechanizm organizmu w leczeniu chronicznej i wyniszczającej choroby. Podobnych roślin mamy na naszej planecie setki. Wystarczy, że zrobimy kompleksowe badania tych roślin, a pacjenci i ich lekarze otrzymają potężną broń do walki z każdą, do tej pory nieuleczalną chorobą.

— Na zakończenie pozwolę sobie zacytować jeszcze raz słowa dr Maxa Gersona… “W ręku lekarza odżywianie może być najlepszym i najwspanialszym lekarstwem” — Witajcie w podróży, aby zdrowiej żyć! Dziękuję za uwagę.

Złożył zapiski, rozejrzał się po sali i wrócił na swoje miejsce. Prowadzący spotkanie ogłosił dwugodzinną przerwę. Hogan Stone wiedział, że poruszył temat, który był bardzo ważny i jednocześnie kontrowersyjny. On to wiedział, ale czy inni też sobie to uświadomili?

Pośród zebranych na sali lekarzy panowało cały czas duże podniecenie. Jedni uważali, że profesor poruszył ważne sprawy, którymi należy się natychmiast zająć. Inni byli przeciwni, twierdząc, że to nie ma nic wspólnego z poważną nauką i skutecznym leczeniem. Kiedy Stone usiadł na swoim miejscu usłyszał, że ktoś się do niego zwraca po angielsku.

— Przepraszam bardzo, nazywam się John Wikvaya, czy moglibyśmy chwilkę porozmawiać gdzieś, gdzie jest trochę ciszej?

Wysoki, barczysty mężczyzna, stojący obok ukłonił się. Był ubrany w skórzaną ciemno-rudą kurtkę z frędzlami na rękawach, a na głowie miał duży kapelusz taki, jaki noszą kowboje.

— Oczywiście, miałem właśnie zamiar wyjść trochę na powietrze — odpowiedział Stone, przyglądając się uważnie nieznajomemu.

— To może pójdźmy na lunch, zapraszam — odpowiedział mężczyzna, — i przy okazji porozmawiamy. Bardzo mnie poruszył temat pańskiego referatu. Myślę, że mógłbym coś w tym kierunku zrobić.

— Wspaniale. Dlaczego nie, chodźmy.

Stone wstał i obaj wyszli z sali konferencyjnej. Wikvaya był Indianinem. Pochodził z północnoamerykańskiego szczepu Hopi, a jego indiańskie imię oznaczało ‘Ten, który przynosi’. Wśród swojego ludu był poważany i ceniony za umiejętności leczenia prawie każdej dolegliwości. Używał odwiecznych metod, które stosowane były przez jego przodków. Wikvaya nie był jednak znachorem ani jakimś indiańskim szamanem. Swoje medyczne wykształcenie zdobył na Uniwersytecie Medycyny w Harvard. Uczelnia ta znajduje się w Longwood w dzielnicy Mission Hill w Bostonie w stanie Massachusetts w USA.

Wikvaya był, więc najwyższej klasy specjalistą od leczenia metodami naturalnymi. Jego specjalnością była Ayurveda, tradycyjny hinduski system medycyny alternatywnej. Ayurveda opiera się na idei równowagi psychicznej i fizycznej w naszym ciele. Jest to nauka o życiu zawierająca wiele mądrości, które pomagają wykorzystać pełny zakres potencjału ludzkiego organizmu. Wikvaya uważał, że podstawą naszego zdrowia jest nierozerwalność i wzajemna zależność naszego umysłu z naszym ciałem. Tak właśnie nauczała Ayurveda.

Deep Hope.

Queensland, Port Douglas, 30 maja 2019.

Stocznia Deep Blue Ships Corporation oprócz Studni budowała również na zlecenie grupy Kondor specjalnie zaprojektowaną dla akcji KURZ łódź podwodną. Miał to być duży statek załogowy, zdolny do zanurzania się co najmniej do głębokości 1 500 metrów.

Konstrukcja łodzi podwodnej różni się zasadniczo od budowy zwykłych statków. Aby łódź podwodna mogła kontrolować swoją pływalność, musi posiadać tzw. zbiorniki balastowe — inaczej zbiorniki wyrównawcze. Są one na przemian wypełniane wodą lub powietrzem. Gdy łódź znajduje się na powierzchni, zbiorniki balastowe wypełnione są powietrzem. Wyporność okrętu jest wówczas na tyle duża, że statek nie tonie. Aby kontrolować poruszanie się na dowolnie ustalonej głębokości należy utrzymywać odpowiedni balans pomiędzy ilością powietrza i wody w zbiornikach wyrównawczych. Kierunek ruchu w prawo lub w lewo odbywa się za pomocą steru ogonowego. Natomiast tzw. hydroplany służą do kontroli kąta nachylenia rufy. Kiedy łódź podwodna musi się wynurzyć, sprężone powietrze przepływa z kolb powietrznych do zbiorników balastowych. Woda jest wypychana na zewnątrz, aż całkowita wyporność okrętu jest mniejsza niż otaczająca woda. Hydroplany ustawiają się pod kątem tak, że woda, która porusza się nad rufą statku, ciśnie ją do dołu. Dziób okrętu unosi się i łódź wypływa.

Łódź, którą budowała stocznia DBSC na zlecenie grupy Kondor różniła się od innych tym, że oprócz wszystkich zwykłych manewrów musiała jeszcze dokować do modułu Studni na głębokości ponad 1 000 metrów. Musiała ona również móc podpłynąć i zadokować pod wodą do podwodnego garażu, znajdującego się na dnie Savanny. Zadaniem łodzi było obsługiwanie niezbędnej wymiany personelu między jachtem, a modułem. Musiało to być zrobione bez konieczności wypływania na powierzchnię oceanu.

Henry Costner, współwłaściciel Deep Blue See Corporation siedział w swoim biurze i spoglądał przez panoramiczne okno na stocznię, której był współzałożycielem. Czekał na swojego wspólnika, a właściwie wspólniczkę — Barbarę McConney. Barbara była z zawodu adwokatem. Lata temu postanowili wspólnie zrobić coś ekstra oryginalnego i wybudować własny wielki żaglowiec. Żaglowca nie wybudowali, ale stworzyli zalążek tego, co dzisiaj było jedną z największych prywatnie kontrolowanych stoczni na świecie. Byli już wówczas parą, nigdy jednak nie zalegalizowali związku. Nie przeszkodziło im to jednak, w osiągnięciu sukcesu. Zostali wiernymi przyjaciółmi i gorącymi kochankami. Umówili się dzisiaj na dziesiątą. Musieli ustalić działania stoczni podczas nieobecności Henriego, oraz omówić jeszcze raz zadania Barbary w akcji KURZ. Deep Hope, podwodna łódź budowana przez ich stocznię, już za parę dni miała wyruszyć w drogę. Henry był jej kapitanem, więc Barbara musiała przejąć na ten czas stery firmy.

Jego myśli powróciły na moment do dnia, kiedy poznał Sir Lorda Ramseya. Tutaj, w tym biurze, miał zaszczyt po raz pierwszy uścisnąć jego dłoń. Nie wiedział wówczas, że to spotkanie tak zmieni jego życie. Był zadowolony. Nie wyobrażał sobie teraz, że mógłby nie być częścią tej operacji. Operacji, która utworzy system stwarzający nowe perspektywy tam, gdzie do tej pory ich nie było. Podobnie jak i inni członkowie grupy Kondor wiedział, że ich działania zmienią losy świata. Wstał z fotela i podszedł do drzwi zamkniętych na elektroniczny zamek. Wcisnął odpowiedni kod numeryczny i zamek odskoczył. Wszedł do pokoju. Światło zapaliło się automatycznie. W pomieszczeniu na środku stał prostokątny stół a na nim lśniący srebrną farbą model Deep Hope. Henry położył dłoń na obłym kadłubie okrętu i przesunął nią wzdłuż. Poczuł zimny metal. Łódź na pierwszy rzut oka wyglądała jak każda tego typu jednostka. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się można było dostrzec, że tam gdzie znajduje się zazwyczaj wieża kapitańska i peryskop było jeszcze coś więcej. Na wypuście zainstalowany był dodatkowy właz. Właz ten o rzeczywistej średnicy dwa i pół metra, po zadokowaniu do modułu Studni miał służyć do swobodnego przechodzenia. Śluza ta była projektem, który został stworzony na wzór urządzeń używanych w przestrzeni kosmicznej. Wykonano go w firmie Cosmo Nova. Kiedy tak przyglądał się modelowi łodzi, do pokoju weszła Barbara.

— Cześć skarbie. Widzę, że już się przywiązałeś do swojego cacka — uśmiechnęła się do Henriego.

— O tak, jak sama widzisz, nie mogę oderwać rąk. Zupełnie tak, jak od Ciebie.

— Krągłości zawsze cię pociągały — zaśmiała się głośno i usiadła na wysokim krzesełku obok stołu z modelem Deep Hope.

— Henry, czy admirał się odezwał? Wiem, że wszystkie trzy ‘tankowce’ wypłynęły o ustalonym czasie. Nie dostałam jednak żadnej informacji od Murraya.

— Rozmawiałem z Matiusem, potwierdził planowe wyruszenie wszystkich jednostek, łącznie z Savanną. Admirał nie nawiązuje połączenia ze zwyklej ostrożności. Jak na razie wszystko jest zgodne z planem. Czekam jeszcze tylko na informacje od Carlosa, dotyczące personelu medycznego do spraw Cannabis. Powinni przylecieć do Port Douglas pojutrze. Zabiorą się ze mną na pokładzie Deep Hope. A jak z tobą? Jesteś gotowa?

— Wiesz, że tak. Wierzę w to, co robimy, inaczej nigdy bym się nie zgodziła zostać “Negocjatorem”. Gdy myślę o tych wszystkich dzieciach, że mają teraz szansę, to nie mogę się doczekać, kiedy zaczniemy. Wiesz Henry, nigdy bym nie pomyślała, że dostaniemy od losu taką możliwość. To wspaniałe uczucie szczególnie dla kobiety, kiedy wie, że może uratować życie dzieci.

Henry podszedł do niej, objął jej głowę i lekko pocałował w czoło. Czuł się winny, że nie mieli dzieci. Barbara zawsze pragnęła zostać matką, ale ciągły brak czasu, interesy i podróże nie pozwalały im skupić się na budowaniu rodziny. Teraz tego żałuje, ale jest już za późno. Dlatego, kiedy Lord zapoznał go z akcją KURZ wiedział od razu, że i on i Barbara wejdą w to. Mogą w ten sposób, chociaż w części wypełnić luki własnych, niespełnionych marzeń.

— Tak, ja też wierzę w powodzenie akcji — powiedział Henry, — to wspaniali ludzie. Carlos nas polecił. To dzięki niemu Lord i Grupa Kondor zdecydowali się powierzyć naszej stoczni budowę Studni. Czasami zastanawiam się, czy to jest naprawdę możliwe zebrać taki zespół jak Grupa Kondor, ale jednak jest.

W tym momencie zadzwonił telefon w sąsiednim pokoju. Henry wyszedł odebrać. Podniósł słuchawkę:

— Słucham Milo.

— Senior Carlos Castrowerde do pana, linia numer 3.

Henry wcisnął odpowiedni guzik telefonu.

— Carlos! Właśnie o tobie rozmawialiśmy z Barbarą. Wszystko ok? — Zapytał.

— Tak, moi ludzie są już w drodze. Dzwonię, żeby wam to potwierdzić. Jutro wieczorem powinni być u ciebie. Jeśli potrzebowałbyś ich do czegoś, to bez problemu możesz skorzystać z ich pomocy. Wszyscy są wysokiej klasy specjalistami z dyplomami i tytułami doktorskimi, ale jak trzeba, to wezmą się za każdą robotę. A co u was?

— Jak zwykle.

— To znaczy całość przebiega normalnie — Carlos wiedział, że dla Henriego i Barbary przestrzeganie harmonogramu to rzecz najważniejsza.

— Powodzenia i do zobaczenia.

Henry odłożył słuchawkę. Spojrzał przez okno, gdzie było widać lśniący kadłub najnowocześniejszej łodzi podwodnej na świecie. Łodzi, której zadaniem nie było niszczenie i destrukcja, ale ratowanie i wskrzeszanie głębokiej nadziei na lepsze jutro. Deep Hope była gotowa do podróży.

Wrócił do Barbary. Oparł się obu rękoma o stół, na którym stał model okrętu. Spojrzał na kobietę i zdecydowanym głosem powiedział:

— Musisz się dobrze przygotować. To nie będzie łatwe. Oni mają sposoby na prowadzenie takich negocjacji. Nie pozwól im panować nad rozmową. Pamiętasz protokoły?

— Tak. Znam to wszystko na pamięć. Tak naprawdę nie jest mi to potrzebne. Ja wiem, jaki mamy cel, nie dam się strącić z obranego kierunku. Możesz być spokojny.

— Na tyle już cię znam — uśmiechnął się, — ale tym razem będzie ciśnienie, a mnie tutaj może nie być.

— Jeszcze raz powtarzam. Wiem, co mam robić. Zresztą wszystko będzie przechodziło przez ‘Dźwignię’, więc nie ma obaw. Gdybym nawet zawaliła, to i tak program tego nie puści.

Dźwignia, był to system kontrolujący prowadzenie konwersacji. Jego program pozwalał na wypowiadanie tylko określonych formuł, zdań lub słów. Jeśli coś nie odpowiadało standardom Dźwigni, najzwyczajniej nie było przekazywane dalej. Osoba prowadząca rozmowę nie mogła się pomylić, nie mogła też przekazać informacji, które nie zgadzały się z protokołem. Były one natychmiast blokowane. Wypowiadane zdania były o niezauważalny ułamek sekundy opóźniane, weryfikowane przez Dźwignię i jeżeli odpowiadały standardom programu, wypuszczane i przekazywane odbiorcy. Dźwignia to program stworzony i opracowany specjalnie dla akcji KURZ. Jego zadaniem było zapewnienie ścisłości konwersacji i wsparcie dla osoby, która je prowadziła.

Barbara była pewna, że podoła zadaniu. Miała być osobą, która nawiąże kontakt, przedstawi warunki, a później będzie prowadzić ewentualne negocjacje. Została wybrana do tego zadania z kilku przyczyn. Przede wszystkim, dlatego, że w swojej karierze adwokackiej zawsze potrafiła wynegocjować sprawę na swoją korzyść. Miała do tego talent i potrafiła zachować zimną krew. Henry mówił o niej, że negocjuje jak zawodowa pokerzystka. Było w tym dużo prawdy.

W pierwszej fazie ustalania planu KURZ zastanawiano się, czy nie opracować gotowych wypowiedzi i po prostu odtwarzać je w miarę potrzeb. Uznano jednak, że akcja KURZ to zbyt skomplikowane i złożone zagadnienie. Nie było możliwości przewidzenia wszystkich okoliczności, jakie będą towarzyszyć rozmowom. Dlatego wyznaczono do tego zadania Barbarę. Ona z kolei, czuła się z tym dobrze i była przekonana, że da sobie radę.

Rozmowy będzie prowadziła z tutejszego biura ich firmy. Pokój, w którym teraz stał model Deep Hope, będzie służyć, jako centrala. Stąd właśnie świat dowie się o akcji KURZ i stąd będą prowadzone rozmowy. Głos Barbary będzie przekazywany do komputera, który ma wpisany program Dźwigni. Każda jej wypowiedź będzie tam analizowana i przesyłana dalej do satelity KZ03. Następnie satelita znajdzie odpowiedni przekaźnik na Ziemi, który po przejęciu, posłuży, jako nadajnik. Dopiero z niego słowa Barbary będą przekazywane do odbiorcy. Nadajnikiem, który KZ03 użyje do przekazywania głosu Barbary, może być każdy włączony w danej chwili telefon komórkowy. Satelita może też zmieniać taki przekaźnik tyle razy, ile będzie to konieczne. Uniemożliwi to namierzenie, skąd pochodzi sygnał głosu Barbary. Za każdym razem, kiedy będzie konieczność połączenia się z mediami czy kimkolwiek innym, użyte będą zupełnie inne przekaźniki nadawcze w zupełnie innych rejonach świata.

Barbara McConney zdawała sobie sprawę z powagi jej zadania. Długie lata praktyki adwokackiej i niełatwych negocjacji biznesowych dały jej wiele doświadczenia, którego nie można było się wyuczyć. Grupa Kondor była pewna, że Barbara to najlepszy wybór na Negocjatora.

Raport

Las Vegas, 08 styczeń 2018, godzina 10:00.

Nawet rekordowe temperatury nie są w stanie powstrzymać tysięcy turystów przybywających do Las Vegas każdego dnia. Międzynarodowy Port Lotniczy McCarran bije coraz to kolejne rekordy ruchu pasażerskiego. Słynny, kilkukilometrowy Las Vegas Strip, czyli lśniąca reklamami ulica otoczona wspaniałymi kasynowymi kurortami, to wieczny samochodowy korek i tłumy turystów. Tylko zimą zwalnia się tutaj tempo, ale i tak Sin City, jest zawsze pełne gości i ludzi biznesu. Według szacunków, liczba mieszkańców metropolii Las Vegas wzrośnie w ciągu najbliższych lat do 2,5 miliona, a liczba odwiedzających zwiększy się o 25 procent, osiągając 51 milionów gości rocznie.

Tego dnia w Las Vegas nie było słońca. Jest to bardzo nietypowa pogoda dla tego miasta, gdzie ponad 300 dni w roku jest bezchmurnych. Słynny Strip był jednak jak zwykle pełen turystów. Ludzie próbując szczęścia biegali z kasyna do kasyna, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Carlos przyleciał z San Francisco do miasta hazardu rano. Jego odrzutowiec wylądował na niewielkim lotnisku w Henderson obsługującym prywatne samoloty. Jest ono położone w odległości 20 km na południe od centralnej dzielnicy biznesowej Las Vegas, Hughes Center.

Carlos, który mieszkał w chronionej przez straż dzielnicy o nazwie Spanish Trail, postanowił nie jechać z lotniska do swojej posiadłości. Kazał kierowcy zawieźć się bezpośrednio do swojego biura, znajdującego się w biurowcu Wells Fargo przy 3800 Howard Hughes Parkway. Jest to 17-piętrowy wieżowiec w centrum Las Vegas, górujący nad luksusowym kompleksem biznesowym. Południowiec chciał jak najszybciej przejrzeć raport, który opisywał szczegóły akcji KURZ. Do Warszawy poleci, ale przedtem musi dokładnie wiedzieć, czego od niego oczekują oraz zastanowić się jak zrealizować akcję ZBIÓR. Wjechał windą na 16 piętro. Wszedł do recepcji, oddzielającej jego biuro od wejścia i nie zatrzymując się powiedział do sekretarki:

— Dzień dobry Magie, gdzie są dostarczone wczoraj dokumenty?

— Dzień dobry — odpowiedziała dziewczyna, — wszystko jest w sejfie, tak jak pan sobie życzył.

Carlos posiadał niewielki sejf w swoim biurze. Było to trochę nietypowe urządzenie z tej racji, że każdy mógł tam coś umieścić, ale nie każdy mógł z niego coś wyjąć. W sejfie były dwie komory. Komora przejściowa i komora główna. Do komory przejściowej osoba upoważniona i znająca kod tymczasowy mogła się dostać i włożyć tam cokolwiek. Kiedy zamknęła drzwi sejfu, żeby je powtórnie otworzyć, potrzebowała nowy kod tymczasowy. Natomiast do komory głównej dostęp miał tylko Carlos. Kiedy kurier Columbii Ekspres przybył z przesyłką, Carlos wysłał SMS-em tymczasowy kod swojej sekretarce, a ta schowała przywieziony raport w sejfie.

Podszedł teraz do pancernej skrzyni, otworzył ją i wyjął białą aktówkę. Przekręcił zamki teczki, wieko odskoczyło. Zobaczył gruby dokument, oprawiony podobnie jak aktówka w białą skórę. Wyglądało to, jak sporych rozmiarów książka. Na środku okładki widniało wybite dużymi złotymi literami tylko jedno słowo “KURZ”. Pod spodem były jeszcze dwie wytłoczone poziome kreski, jedna czarna, a druga czerwona. Carlos sięgnął po raport, podszedł do swojego fotela i usiadł. Nacisnął intercom i powiedział do Magie:

— Nie ma mnie dla nikogo.

Raport, było to 618 stron maszynopisu ze zdjęciami, wykresami i rysunkami. Zawierał on szczegółowe informacje dotyczące akcji KURZ. Zaczynał się od wyjaśnienia, dlaczego grupa Kondor zdecydowała się na tę akcję, poprzez wyszczególnienie poszczególnych faz planu z ich detalicznym rozpisaniem, aż do zakończenia zawierającego opisy, jakich efektów organizatorzy się spodziewają i co one mają ze sobą przynieść. Był tam też srebrny krążek CD, na którym widniał napis “Tylko dla oczu Senior Carlos Castrowerde”. Carlos otworzył raport, przełożył pierwszą kartkę i zaczął czytać. Spis treści obejmował wiele pozycji, przeleciał palcem i zatrzymał się przy nazwie “ZBIÓR — wykonawca Carlos Castrowerde”. Odszukał odpowiedni numer strony, otworzył raport i zaczął czytać.

Dokładne zapoznanie się z częścią, którą miał się zająć zajęło mu ponad trzy godziny. Treść zawierała szczegóły akcji. Od wyposażenia, poprzez wykonanie, a kończąc na dokładnym rozpisaniu czasów i miejsc. Carlos był pod wrażeniem. Ludzie, którzy opracowali ten plan przewidzieli chyba wszystko. Zastanowił się chwilę i podjął pierwszą decyzję, związaną z realizacją akcji “ZBIÓR”. Sięgnął po biurofon:

— Magie proszę mnie połączyć z wydziałem sprzedaży ciężarówek firmy Scania w San Antonio. Nie chciałbym rozmawiać ze sprzedawcą, tylko raczej z kimś z zarządu.

— Oczywiście, zaraz znajdę numer i połączę pana.

— I jeszcze jedno. Proszę mnie umówić jeszcze dzisiaj na spotkanie z Kirkiem Masonem. O tej porze na pewno zastanie go pani w jego firmie. Proszę go spytać, czy może się ze mną zobaczyć o 16: 00 w Capitoll Grill. Jeśli tak, to proszę tam zarezerwować dla nas stolik. Dziękuję, to tyle.

— Oczywiście — odpowiedziała sekretarka.

Carlos wyłączył biuro-fon. Oparł się w fotelu i zamyślił. Scania to najpopularniejsze samochody ciężarowe produkcji europejskiej, na tamtejszych drogach zginą w tłumie. Będzie można się nimi posłużyć bez obawy, że zainteresują kogokolwiek. Kirk Mason z kolei, to potentat na rynku samochodów osobowych. Tutaj jest właścicielem Fund Auto Group, a w Europie — w Niemczech, Francji i Hiszpanii — posiada sieć dealerów samochodowych. Już wiedział jak zorganizuje cały plan. Miał na to środki i miał ludzi, którym mógł zaufać. Grupa Kondor słusznie zakładała, że on może to zrobić. Tylko on.

Spojrzał na biurko i zobaczył leżący tam srebrny krążek CD, na którym widniał napis “Tylko dla oczu Senior Carlosa Castrowerde”. Sięgnął po dysk i wpuścił go w czytnik laptopa. Ekran rozjarzył się i ukazała się na nim twarz Lorda Ramseya, który mówił:

“Jeżeli czytasz ten dysk, to jesteś z nami. Cieszę się, że podjąłeś taką decyzję. Nie zabiorę ci teraz dużo czasu, jednak jest bardzo ważne to, co za chwilę usłyszysz. Jak już się domyślasz operacja KURZ to bardzo złożone, ważne i kosztowne przedsięwzięcie. Wierzę, że uda nam się osiągnąć cel, który założyliśmy. Żyjemy w trudnych czasach i wiele może się wydarzyć. Dlatego właśnie przekazuję w Twoje ręce ten dysk. Jest to jedyna kopia. Carlos… gdyby los tak zdecydował i coś stałoby się ze mną, otworzysz drugą część tego dysku i wykonasz polecenie, które tam przekazuję. Tak jak wcześniej powiedziałem nie zajmuję ci dużo czasu… tym razem. Dziękuję.”

Ekran komputera zaczerniał pokazując w środku dwa słowa “Część druga”. Carlos wyjął CD, włożył go do sejfu i zgasił komputer.

Błękitny zapach.

Düsseldorf, poniedziałek 27 maj 2019, godzina 7:00.

Przestronny gmach komendy policji w Düsseldorfie znajduje się przy Jürgensplatz 5—7. Zawsze panował tam wzmożony ruch, ale poniedziałki były szczególnie zajęte. Tego dnia, Patrick Muller przyjechał do biura o wiele wcześniej niż zazwyczaj. Od czasu powrotu z Monachium nie mógł przestać myśleć o porwaniach, które miały miejsce w Bawarii i tutaj w Düsseldorfie. Chciał wszystko sprawdzić zaraz po powrocie od porucznika Stolza, ale Gitta i Marta nie dopuściły go do komputera. Gitta nawet zażądała, żeby wyłączył swój telefon. Zrezygnował, więc z tego nie chcąc stwarzać sytuacji, które mogły zepsuć ten tak ważny dla nich wszystkich weekend. Teraz jednak, kiedy był już u siebie, postanowił nie tracić ani minuty więcej.

Siedział, w swoim biurze już od 7 rano i przeglądał wszystkie dostępne mu informacje. Zebrało się tego sporo. Większość materiału stanowiły rutynowe raporty, które do sprawy nie wnosiły niczego nowego. Przejrzał też ponownie zeznania świadków porwania Thomasa. I nic. Zastanawiał się, jakie przyczyny mogły kryć się za tymi trzema przypadkami. Były tak oddalone od siebie, a jednak powiązane ze sobą. Nie mógł znaleźć żadnego sensownego klucza, oprócz jednego faktu. Wszystkie porwane dzieci były nieuleczalnie chore. To było to, co łączyło Thomasa i dwoje dzieci z Monachium. Ale do jasnej cholery, jaki to mogło mieć związek? Jakich korzyści mogli oczekiwać porywacze z porywania chorych, skazanych na śmierć dzieci? Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Podniósł głowę.

— Proszę!

W drzwiach zobaczył kapitana Macca.

— Przepraszam, ale zobaczyłem światło u ciebie i pomyślałem, że może cię to zainteresować. Ten materiał przyszedł w sobotę, jak byłeś w Monachium. Dzwoniłem do ciebie, ale nie odpowiadałeś.

— A tak. Córka wyłączyła mi telefon. Nie chciała, żeby mi ktoś przeszkadzał — skrzywił się Muller.

— I miała rację. Mam nadzieję, że miałeś super czas — Macca uśmiechnął się. — Pewnie i Marta tam była, co?

— A tak, była, ale nie możemy się dogadać, wciąż to samo. Co tam masz dla mnie? — Muller zmieni temat.

— A właśnie, tutaj są te raporty, przejrzyj je. Zawsze to coś. Może jest w tym jakaś nadzieja na rozwiązanie sprawy — Macca z zainteresowaniem patrzył na komisarza.

Drzwi się zamknęły. Muller spojrzał na raporty. Pochodziły z kilku innych miast kraju, a nawet z zagranicy. Patrzył na przyniesione mu notatki, ale nie mógł się skupić.

— Co on powiedział?… “Może jest w tym jakaś nadzieja”… nadzieja — myślał nad ostatnimi słowami kapitana.

I nagle dostał jakby objawienia. Odpowiedź mogła być tylko jedna. Ta zagrywka będzie polegać na uderzeniu w najbardziej możliwie czułe miejsce. Dzieci są skazane na śmierć, nie ma dla nich szansy. Rozmawiał o tym z lekarzami, którzy prowadzili leczenie Thomasa. To samo twierdził Stoltz na temat porwanych dzieci w Monachium. Był jednak jeszcze jeden wiążący fakt. Wszystkie te dzieci, nie miały, co prawda szans na wyzdrowienie, ale miały przed sobą jeszcze, co najmniej 3 do 12 lat życia. To była szansa, której trzymali się rodzice. Był jeszcze czas, była nadzieja. Nadzieja była, więc tym, w co zapewne uderzą porywacze. Każdy zawsze wierzy do końca, że wydarzy się cud. Rodzice tych dzieci też w to wierzyli. Odebranie im ostatniej szansy, przecięcie resztek tego, co jeszcze pozostało, ma niewymierną wartość. Tak, to musi być powodem, dlaczego te dzieci zostały uprowadzone.

Pozostawało jeszcze jedno pytanie. Jak porywacze chcą uzyskać okup? Wszystkie dzieci pochodziły ze średnio lub nawet słabo zamożnych rodzin. Ci ludzie nie mieli pieniędzy. Jak ma, więc wyglądać okup? Kto ma zapłacić, za ewentualne uwolnienie? Właśnie tego Muller nie mógł na razie rozgryźć.

Zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się głos Gitty:

— Dzień dobry tato, przepraszam, że ci przeszkadzam, ale mam ważną sprawę.

— Nigdy mi nie przeszkadzasz kochanie. Co się dzieje?

— Pojechałam dzisiaj do mamy rano, no wiesz, jak zwykle zawieźć jej parę rzeczy. Zrobiłam dla niej zakupy. Gdy weszłam do domu, mamy nie było w mieszkaniu ani nigdzie w okolicy. Przeraziłam się i zadzwoniłam na policję. Poinformowali mnie, że właśnie znaleźli mamę i mieli do mnie dzwonić. Ona zupełnie się zgubiła w znanym sobie mieście. Tato, my musimy coś z tym zrobić.

— Uspokój się, mama jest już u ciebie, tak? Czy jest przestraszona? Czy poznaje twój dom?

— Tak. Już jest ok, ale martwię się. Do tej pory nic takiego się jej nie zdarzyło.

— Staraj się być spokojna przy niej, nie wyolbrzymiaj sprawy. Powiedz jej, że każdemu może się coś takiego przytrafić. Daj mi trochę czasu, zadzwonię później i coś zaradzimy. Ok?

— Ok, już mi lepiej, jesteś kochany, to czekam na telefon. Pa.

Gitta rozłączyła się. No tak, jeszcze tego brakowało. Z Martą był kłopot już od jakiegoś czasu, ale to, co teraz zaszło to już nie żarty. Marta nie może być sama. Musi się przenieść do Gitty, albo jeszcze lepiej — wrócić do niego. Załatwi pielęgniarkę, która będzie cały czas z nią, kiedy on będzie poza domem. No i będzie się leczyć. Trzeba podjąć poważne decyzje. Czas kaprysów już minął.

Spojrzał na rozrzucone na biurku papiery, które przyniósł Macca. Przez ten telefon od córki zupełne zapomniał o raportach przyniesionych przez kapitana. Pod spodem dostrzegł raport pochodzący z Madrytu. Zdziwił się trochę widząc zagraniczny przypadek. Wyjął kartkę i zaczął czytać. Raport informował o porwaniu dziecka w wieku 8 lat. Data porwania, wtorek 21 maja, około godziny 14:35 czasu lokalnego. Dalej w opisie Muller przeczytał:

— “Jose Rodriguez, — tak nazywał się chłopiec — cierpi na przewlekłe alergiczne schorzenie skóry. Jest nieuleczalnie chory. Lekarze przewidują dla niego do 6 lat życia.”

Muller wstał. Spojrzał na resztę raportów i gorączkowo zaczął je przeglądać. Pochodziły z różnych krajów Europy. Z Niemiec, Francji, Hiszpanii, Polski, Czech. Raportów było w sumie 16. Każdy opisywał porwanie dziecka. Każde z tych porwań wydarzyło się 21 maja pomiędzy 13:00 a 17:00. Wszystkie dzieci były w tym samym przedziale wieku i wszystkie były nieuleczalnie chore. We wszystkich też przypadkach do obezwładnienia użyto błękitnej odurzającej ofiarę szmatki. Ten kolor nie dawał mu spokoju. Dlaczego te szmaty były błękitne? Jakiego środka stosowali. Badane ofiary nie wykazywały po przebudzeniu żadnych objawów, nie było też żadnych skutków ubocznych. Gdy środek przestał działać nie było nawet bólu głowy. Niestety, w żadnym przypadku nie znaleziono chociażby skrawka błękitnej szmatki, a w organizmach ofiar niczego nie stwierdzono. Zapach najzwyczajniej zupełnie wyparował. Ulotnił się w chwili, kiedy przestał działać. Musiał się koniecznie dowiedzieć, czym był ten środek.

— “Błękitny zapach”, to akcja na ogromną skalę — tak nieoficjalnie nazwał serię porwań. — Co za zwyrodnialcy mogli obmyśleć tak ohydny plan? Muszę ich znaleźć. Muszę uratować te dzieci, nawet gdyby to miało być tylko na krótki okres czasu.

Muller podniósł słuchawkę telefonu.

— Poproszę z kapitanem Macca-. Po chwili z drugiej strony odezwał się kapitan.

— Philip, tutaj Patrick. Czy to są wszystkie raporty, jakie przyszły na temat porwań?

— Tak. Znalazłeś w nich coś?

— Wydaje mi się, że tak, ale chcę cię o coś poprosić. Czy mógłbyś sprawdzić w naszej bazie danych i w policji federalnej, ile porwań dzieci w wieku od 5 do 12 lat wydarzyło się w Europie 21 maja pomiędzy 13:00 a 17:00?

— W całej Europie? Jesteś poważny? To jest masa informacji do przejścia.

— Jestem tego świadomy, ale to może być kluczem do sprawy. Możesz to zrobić?

— Musisz mi dać trochę czasu, zadzwonię, jak tylko zgromadzę te dane.

— Super, wielkie dzięki, jestem ci winien obiad.

Po około 4 godzinach zadzwonił Philip Macca.

— No i co, masz coś dla mnie? — zapytał podniecony Muller.

— Patrick tylko nie spadnij z fotela. Tych porwań było 108. Federalni mają dokładniejsze dane, oni już się tym zajęli. Mam wszystko. Już idę do ciebie — Macca się rozłączył.

Kapitan wszedł do biura Mullera bez pukania. Położył plik raportów na biurku i spojrzał triumfalnie.

— Zrobiłeś dobrą robotę. Miałeś nosa. To jest sprawka jakiejś dużej organizacji. Na pewno nie są to amatorzy. Wygląda to na bardzo dobrze zorganizowaną akcję.

Muller patrzył na przyniesione raporty. Brał do ręki jeden po drugim, przeglądał je pobieżnie i odkładał. Interesował go tylko jeden szczegół. Stan zdrowia dzieci. Przerzucił tak sporą cześć i spojrzał na Macca.

— Te dzieciaki są chore. One wszystkie są ciężko chore. Dlaczego do jasnego Pana Boga znalazł się ktoś, kto chce taki fakt wykorzystać. Ten świat zszedł na psy Philip. Aż nie chce mi się wierzyć, że to dzieje się naprawdę.

— Mam wrażenie — odezwał się Macca, — że oni już niedługo dadzą o sobie znać. Czy powiadomisz rodzinę Thomasa o tych zależnościach?

— Na razie chyba nie. Nie chcę, żeby się martwili więcej, niż to konieczne. Poczekamy, aż usłyszymy o co w tym wszystkim chodzi tym zboczeńcom.

— Też tak myślę. Zastanawiałem się nad tym, że przecież większość tych dzieci, a zapewne wszystkie, muszą zażywać regularnie jakieś leki. Brak dostępu do nich, może być dla nich zabójczy, nie sądzisz?

— Tak. Też nad tym myślałem. Niestety nic na razie nie możemy zrobić. Ale może to być droga do uwolnienia dzieci. Będzie to argument dla nas, żeby porywacze otworzyli jakiś kanał do podawania leków. To może stworzyć szansę zlokalizowania kryjówki.

— Zgadzam się. Ostatecznie im też powinno zależeć na tym, żeby dzieci żyły. Przynajmniej tak długo, póki nie otrzymają okupu. To jest jakaś możliwość — potwierdził Macca. — Słuchaj, muszę już iść, mam masę swojej roboty, ale jeśli w czymkolwiek mogę ci jeszcze pomóc to odezwij się.

— Ok Philip, jestem ci naprawdę wdzięczny. Jeszcze coś. Pamiętasz, jak kiedyś mi mówiłeś, że twojego znajomego matka potrzebowała stałej opieki? Nie wiesz gdzie można coś takiego znaleźć?

— Oni skontaktowali się z agencją, która zajmuje się wynajmowaniem opiekunek i pielęgniarek. Mogę zapytać, co się dzieje?

— Chodzi o Martę. Ma kłopoty z pamięcią. Problem się ostatnio powiększa. Muszę coś zorganizować.

— Nie ma sprawy. Zadzwonię później do znajomych i popytam.

Macca poklepał Mullera po plecach i wyszedł z pokoju. Komisarz powrócił do sterty raportów. Ponownie zaczął je przeglądać, tym razem dokładniej. Oprócz faktu, że wszystkie dzieci były chore, Mullera zastanawiał jeszcze jeden szczegół. Błękitna szmatka. Czym był preparat, którym odurzano opiekunów. Jego działanie było niemalże natychmiastowe, a po wyparowaniu, w organizmie ofiary nie stwierdzano żadnych pozostałości czegokolwiek. Do tego preparat nie powodował skutków ubocznych w postaci bólu głowy, mdłości czy podniesionego ciśnienia. Czym był ten błękitny zapach? Muller przeczuwał, że w odpowiedzi na to pytanie tkwi klucz do zagadki porwań tych chorych dzieci. Podniósł słuchawkę telefonu i nacisnął ‘0’.

— Centrala słucham — odezwał się żeński głos w słuchawce.

— Proszę mnie połączyć z laboratorium.

— Już pana łączę, komisarzu.

— Dzień dobry, Patrick Muller z tej strony. Czy zastałem Gerarda Osta…? — Można z nim dwa słowa? Bardzo proszę.

Gerard Ost był szefem laboratorium w komendzie. Laboratorium trudniło się analizą różnych preparatów, materiałów i substancji, które miały znaczenie w dochodzeniach i śledztwach. Chwilę odczekał, kiedy odezwał się męski głos.

— Gerard Ost słucham.

— Cześć Gerard, przepraszam, że przeszkadzam, ale mam do ciebie pytanie.

— Cześć Patrick. O co chodzi?

— Czy mógłbyś mi zrobić rozeznanie na temat substancji usypiających działających coś jak eter ale, które mają kolor jasno błękitny.

— Jasno błękitny? Ok, ale nie teraz, mamy tutaj dzisiaj typowy poniedziałkowy potop. Jak tylko obrobię się trochę to popatrzę. Potrzebujesz tych informacji w sprawie ostatnich porwań dzieci, tak?

— Tak. Dzięki. Nie przeszkadzam już.

Muller odłożył słuchawkę i spojrzał na zdjęcie Marty stojące na biurku. Zrobił to zdjęcie, kiedy byli na urlopie w Stanach, wiele lat temu. Stała na wielkim kamieniu, na tle jeziora Lake Tahoe. To był ich najpiękniejszy urlop. Patrzył na wizerunek żony i już wiedział, że zabierze ją z powrotem do siebie i zaopiekuje się nią. Kochał ją przecież cały czas.

Spojrzał powtórnie na stertę raportów. Zastanawiał się nad przyczynami porwań i ceną uwolnienia. Czy uda się wszystkim uratować życie? Zatrzymał się chwilę w swoich myślach. Jaka jest właściwie wartość życia dziecka, które skazane jest na śmierć? Co jeszcze je czeka, zanim przyjdzie ten ostateczny dzień? Dlaczego nic się nie robi? Dlaczego tak łatwo można kogoś skazać? Tysiące pytań przelewało mu się przez głowę niczego pozytywnego nie wnosząc, oprócz jeszcze większego zamętu. Jak lawina mokrego błota obsuwająca się ze wzgórza i niszcząca wszystko na swojej drodze, tak teraz jego myśli niszczyły każdy zalążek nadziei. To było nie do zniesienia. Musi coś wymyślić, znaleźć jakiś trop. Gdzieś jest przecież wyjaśnienie i rozwiązanie.

I znów pomyślał o błękitnej szmatce. Czym była nasączona? Nie był to na pewno eter. Znał jego działanie. Wiedział nawet trochę więcej na ten temat. Jest to słodko pachnący, bezbarwny gaz, a jego nazwa pochodzi od imienia greckiego boga powietrza Aethera.

W mitologii greckiej Aether był bogiem żywiołów, który dostarczał innym bogom nieskazitelnie czystego powietrza, którym oddychali, a które nie było dostępne dla zwykłych śmiertelników. Eter zaś, został wynaleziony w 1275 roku, a od około 1847 był powszechnie stosowany, jako środek znieczulający zastępując bardziej barbarzyńskie metody, takie na przykład jak drewniany młotek. Ale eter nie jest błękitny, jest bezbarwny. Czym więc jest nasączona błękitna szmatka?

Z zamyślenia wyrwało go buczenie telefonu. Chwycił szybko słuchawkę.

— Muller, słucham.

— Hej Patrick… Gerard z tej strony. Wrzuciłem na nasz komputer twoje pytanie. Na razie mam trochę wstępnych informacji. Zrobię jeszcze bardziej dokładną analizę, ale chciałem ci podać już to, co mam. Pewnie to ważne dla ciebie?

— Tak, bardzo ważne, dawaj.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 82.73