E-book
23.63
drukowana A5
98.22
Kuriozalia piłkarskie

Bezpłatny fragment - Kuriozalia piłkarskie

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
380 str.
ISBN:
978-83-8455-758-7
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 98.22

Przedmowa

Kiedy Wydawnictwo przekazało mi maszynopis książki „Kuriozalia piłkarskie” z prośbą o napisanie przedmowy, zrobiłem to, co robi każdy rozsądny człowiek, któremu wręczono grubą księgę o piłce nożnej granej w brzuchu wieloryba, na rozżarzonym koksie i na przewodach wysokiego napięcia — odłożyłem ją na półkę i postanowiłem zignorować. Miałem swoje książki do napisania. Miałem swoje tematy. Miałem swoje uporządkowane, racjonalne, bezpieczne życie, w którym sport rozgrywany jest na płaskich, horyzontalnych powierzchniach, w butach, przy udziale rozsądnej liczby zawodników i bez udziału skorpionów.

Tydzień później — nie mogąc zasnąć z powodów, które nie mają związku z tą książką — sięgnąłem po maszynopis. Przeczytałem pierwszy rozdział. Potem drugi. O trzeciej w nocy czytałem o ludziach wiszących na przewodach elektroenergetycznych pod napięciem dwustu dwudziestu tysięcy woltów i kopiących piłkę nożną w okolicach Konina, i płakałem. Nie ze strachu. Nie ze smutku. Z czegoś, na co nie mam dobrego słowa — z poczucia, że oto ktoś napisał książkę o tym, czym naprawdę jest człowiek, ale zrobił to pod pozorem pisania o sporcie.

Bo „Kuriozalia piłkarskie” nie są książką o sporcie. A raczej — nie są tylko książką o sporcie. Są książką o ludzkiej naturze, opisaną przez pryzmat najbardziej szalonych, najbardziej niebezpiecznych, najbardziej nieuzasadnionych aktywności, jakie wymyślił gatunek, który — przypomnijmy — potrafi budować teleskopy kosmiczne, komponować symfonie i leczyć raka, ale który jednocześnie postanawia grać w piłkę nożną na pionowej ścianie skalnej, w stalowej rurze o średnicy jednego jarda i na boisku zasypanym rozgrzanym do czerwoności koksem.


Autor tej książki — którego nazwiska nie wymienię, bo sam prosił o anonimowość, twierdząc, że „książka powinna mówić sama za siebie, a autor powinien stać z boku i nie przeszkadzać” — zrobił coś, co wydaje mi się niezwykłe. Napisał książkę reportażową, która czyta się jak powieść przygodową. Napisał książkę o sporcie, która czyta się jak traktat filozoficzny. I napisał książkę o szaleństwie, która czyta się jak list miłosny — list miłosny do ludzkości, do jej uporu, do jej absurdalnej, nieredukowalnej potrzeby gry.

Bo czym jest gra? Czym jest sport? Pytanie to — stare jak cywilizacja, stawiane przez Platona, Huizingę, Caillois’a — w „Kuriozaliach piłkarskich” otrzymuje odpowiedź tak prostą i tak głęboką, że mógłby ją sformułować dziecko albo mędrzec: gra jest tym, co robimy, kiedy nie musimy. Kiedy nikt nas nie zmusza. Kiedy racjonalność mówi „nie”, a coś głębszego — coś starszego niż racjonalność, starszego niż język, starszego niż myśl — mówi „tak”.

Ludzie w tej książce mówią „tak”. Mówią „tak” pionowym ścianom skalnym, na których wspinają się, żeby kopnąć piłkę. Mówią „tak” żołądkom wielorybów, w których grają w piłkę po mokrej, różowej, pulsującej powierzchni. Mówią „tak” spadaniu z pięciu i pół tysiąca metrów z piłką i wiklinowym koszem na plecach. Mówią „tak” stalowym rurom, w których czołgają się ze skorpionami pod stopami. Mówią „tak” rozgrzanemu koksowi, po którym tańczą boso. Mówią „tak” kontenerom zasypanym pod sześćdziesięcioma metrami ziemi. Mówią „tak” boiskom, na których stoi cztery tysiące ludzi, otoczonym barierą pod napięciem. Mówią „tak” bagnom Pantanalu, gdzie grają na szczudłach w towarzystwie stu jaguarów i stu kapibar. Mówią „tak” szklane sufitom, pod którymi biegają w kucki. Mówią „tak” workom cementu na plecach, chodzeniu na rękach i rozsuwającym się dachom, z których spadają, śpiewając hymny swoich drużyn.

Mówią „tak”, choć każdy rozsądny argument mówi „nie”.

I to „tak” — to irracjonalne, niewymuszone, piękne „tak” — jest tematem tej książki.


Muszę powiedzieć kilka słów o stylu, bo styl tej książki jest jednym z jej największych osiągnięć. Autor pisze jak ktoś, kto siedzi naprzeciwko ciebie w barze — nie w eleganckim barze, nie w koktajlbarze, lecz w takim barze, w którym stoły są lepkie, piwo jest ciepłe i rozmowy trwają do rana. Pisze prosto, ale nie prostacko. Pisze z humorem, ale nigdy nie kosztem bohaterów. Pisze o śmierci — a w tej książce ludzie umierają, bo sporty kuriozalne są sporty niebezpiecznymi — z szacunkiem, bez patosu, bez taniej sensacji.

Dialogi — prowadzone w konwencji, która od pierwszej strony wciąga czytelnika w intymność rozmowy — są żywe, różnorodne, pełne charakterów. Kiedy mówi Arjun Mahato, twórca piłki nożnej żarowej z Jamshedpuru, słychać ciepło i dumę człowieka, którego stopy znają ogień. Kiedy mówi sir Reginald Fortescue-Hawthorne, twórca piłki gromadnej, słychać chłodną precyzję arystokraty, który uważa, że sport powinien być dla wszystkich, nawet, jeśli „wszystkich” oznacza cztery tysiące ludzi na jednym boisku. Kiedy mówi Serhij Bondarenko, ukraiński górnik grający w piłkę w kontenerze pod sześćdziesięcioma metrami ziemi — a grający w czasie, kiedy nad ziemią spadały rosyjskie rakiety — słychać ciszę, która jest głośniejsza niż jakikolwiek krzyk.

Autor ma dar — rzadki, cenny, niezbywalny — pisania o ludziach z szacunkiem. Każda postać w tej książce — od genialnych szaleńców, którzy wymyślili te sporty, przez zawodników, którzy w nich grają, po lekarzy, którzy potem naprawiają to, co sporty zepsują — jest potraktowana jako pełny, złożony, trójwymiarowy człowiek. Nie ma tu karykatur. Nie ma błaznów. Są ludzie, którzy robią niesamowite, absurdalne, niebezpieczne rzeczy — i którzy robią je z powodów, które, kiedy siedzisz naprzeciwko nich i słuchasz, okazują się głębokie, osobiste i ludzkie.


Jest w tej książce motyw, który pojawia się raz za razem, w każdym rozdziale, jak refren pieśni — motyw granicy. Każdy sport kuriozalny jest przekroczeniem granicy. Granicy fizycznej — bo ludzkie ciało nie jest zaprojektowane do wiszenia na przewodach wysokiego napięcia ani do biegania po rozgrzanym koksie. Granicy psychicznej — bo ludzki umysł protestuje, kiedy zamykasz go w kontenerze pod ziemią lub wyrzucasz z samolotu z wiklinowym koszem na plecach. Granicy społecznej — bo świat mówi „nie rób tego”, a oni robią. Granicy śmiertelności — bo w kilku sportach opisanych w tej książce ludzie ginęli, i autor nie ukrywa tego faktu, nie bagatelizuje go, nie romantyzuje.

Ale jest też granica inna — granica między tym, co absurdalne, a tym, co wzniosłe. I „Kuriozalia piłkarskie” poruszają się po tej granicy z gracją linoskoczka, nie spadając ani w jedną, ani w drugą stronę. Książka nigdy nie staje się parodią — bo autor szanuje swoich bohaterów zbyt głęboko, żeby się z nich śmiać. I nigdy nie staje się panem — bo autor ma zbyt dobre poczucie humoru, żeby traktować piłkę nożną w brzuchu wieloryba z powagą traktatu naukowego.

Wynik jest rzadki i cenny: książka, która jest jednocześnie zabawna i poważna. Która sprawia, że się śmiejesz — a chwilę później, w tym samym akapicie, sprawia, że zaciskasz gardło i mrugasz, bo w oczach pojawiła się wilgoć, której się nie spodziewałeś.


Kilka rozdziałów zasługuje na szczególne wyróżnienie — choć wyróżnianie poszczególnych rozdziałów w książce, w której każdy jest arcydziełem gatunku, jest jak wybieranie ulubionego dziecka. Mimo to.

Rozdział o piłce nożnej napowietrznej — siedemdziesiąt sekund meczu rozgrywanego w swobodnym spadaniu z pięciu i pół tysiąca metrów — jest, moim zdaniem, jednym z najlepszych tekstów o sporcie ekstremalnym, jakie kiedykolwiek napisano. Scena finałowa, w której Jake Morrison łapie piłkę rękoma — celowy faul, absurdalny gest — i tłumaczy, dlaczego to zrobił, jest momentem literackim tak czystym i tak prawdziwym, że trudno uwierzyć, iż opisuje sport, który większość ludzi uznałaby za szaleństwo.

Rozdział o piłce nożnej podziemnej — mecz w kontenerze pod sześćdziesięcioma metrami ziemi, w czasie rosyjskiej inwazji na Ukrainę — jest czymś więcej niż reportażem sportowym. Jest świadectwem. Świadectwem tego, co ludzie robią, kiedy świat się wali — kiedy nad głowami spadają bomby, a jedynym bezpiecznym miejscem jest stalowe pudełko pogrzebane w ziemi, z piłką, dwudziestoma dwoma ludźmi i stu dwudziestoma skorpionami.

Rozdział o piłce nożnej cementowej — Nigeryjczycy grający z pięćdziesięciokilogramowymi workami cementu na plecach — jest portretem godności ludzi, których świat nie widzi. Scena, w której Okafor klęczy na murawie po strzeleniu gola i płacze, bo chce, żeby jego ojciec — murarz, który nosił cement przez trzydzieści lat — usłyszał oklaski, jest jedną z najbardziej poruszających scen w całej literaturze sportowej.

A rozdział o piłce nożnej dachowej — o rozsuwającym się dachu Singapurskiego Stadionu Narodowego, o kurczącym się boisku, o ostatnim zawodniku, który stoi na pasku metalu sześćdziesiąt metrów nad ziemią i śpiewa hymn swojej drużyny — jest poetycki w sposób, który wykracza daleko poza to, czego oczekujemy od literatury faktu. Kiedy Park Sung-ho śpiewa „Arirang” na dachu stadionu, stojąc na krawędzi nicości, i kiedy pięćdziesiąt pięć tysięcy ludzi na trybunach milknie, żeby słuchać — czytelnik milknie razem z nimi. I w tej ciszy — w ciszy książki, bo książka potrafi być cicha — słychać coś, co jest większe niż sport, większe niż literatura, większe niż cokolwiek, co potrafimy nazwać.


Muszę powiedzieć jeszcze jedno. „Kuriozalia piłkarskie” są książką, która zmienia perspektywę. Przed przeczytaniem jej myślałem, że wiem, czym jest sport. Że sport to rywalizacja, sprawność fizyczna, zasady, wynik. Po przeczytaniu — wiem, że sport jest czymś znacznie prostszym i znacznie głębszym. Sport jest odpowiedzią na pytanie, które ludzkość zadaje sobie od zarania dziejów: co zrobię z wolnością? Co zrobię z ciałem, które mam? Co zrobię z czasem, który mi został?

Ludzie w tej książce odpowiadają: kopnę piłkę. Na pionowej ścianie. W żołądku wieloryba. Spadając z nieba. W rurze. Pod ziemią. Na ogniu. Na rękach. Pod szkłem. Z cementem na plecach. Na drutach pod napięciem. Na bagnie, na szczudłach, w towarzystwie jaguarów.

Kopnę piłkę, bo piłka jest jedyną rzeczą, która ma sens w świecie, który sensu nie ma.

To jest przesłanie tej książki. I to jest przesłanie, które — kiedy zamkniesz ostatnią stronę i odłożysz książkę na stolik — zostanie z tobą. Nie na godziny. Nie na dni. Na zawsze.

Czytajcie „Kuriozalia piłkarskie”. Czytajcie powoli, bo ta książka nie lubi pośpiechu. Czytajcie z otwartym umysłem, bo ta książka wymaga otwartości. I czytajcie z szacunkiem — dla autora, dla bohaterów, dla piłki, która krąży gdzieś między niebem a ziemią, między sensem a absurdem, między życiem a śmiercią.

I która zawsze — zawsze — jest warta kopnięcia.

Warszawa, wiosna 2025

Piłka nożna pionowa

Są takie dyscypliny sportowe, które rodzą się z nudy. Są takie, które powstają z desperacji. I są wreszcie takie, które mogą narodzić się wyłącznie w głowach ludzi, którzy spojrzeli na pionową ścianę skalną i pomyśleli: a gdyby tak zagrać tutaj w piłkę nożną?

Piłka nożna pionowa — bo tak właśnie, bez żadnych ozdobników i eufemizmów, nazywa się ta dyscyplina — jest sportem, który łamie wszystkie zasady zdrowego rozsądku. Łamie je z rozmachem, z premedytacją i z pewnego rodzaju radosnym szaleństwem, które towarzyszy ludziom zdolnym do postawienia na głowie czegoś, co przez ponad sto pięćdziesiąt lat funkcjonowało w pozycji horyzontalnej. Ktoś wziął boisko, obrócił je o dziewięćdziesiąt stopni i powiedział: gramy.

I zaczęli grać.


Zanim jednak opowiem o tym, jak wygląda mecz piłki nożnej pionowej — a wygląda, zapewniam, jak coś, czego żaden scenarzysta Hollywood nie odważyłby się zaproponować producentowi — muszę cofnąć się do początków. A początki, jak to zwykle bywa w przypadku najbardziej szalonych pomysłów ludzkości, są zaskakująco prozaiczne.

Rok 2011. Miasteczko Castelmezzano we włoskiej Basilicacie. Region, który przez dekady był synonimem biedy, emigracji i zapomnienia. Dolomity Lukańskie — spektakularne iglice skalne sterczące nad miasteczkiem jak palce olbrzyma wbite w ziemię — przyciągały wprawdzie turystów, ale nie na tyle wielu, żeby zapełnić opustoszałe domy i zapewnić pracę młodym ludziom, którzy uciekali do Neapolu lub Rzymu, skoro tylko skończyli szkołę.

Marco Beltrami, burmistrz Castelmezzano, człowiek o posturze niedźwiedzia i temperamencie dynamitu, miał obsesję na punkcie promocji swojego miasteczka. To on wcześniej doprowadził do powstania słynnego Volo dell’Angelo — tyrolki rozpiętej między Castelmezzano a sąsiednim Pietrapertosa, na której turyści przelatywali nad przepaścią z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Ale Beltrami chciał czegoś więcej. Czegoś, co byłoby tak absurdalne, tak niepowtarzalne, że media z całego świata nie mogłyby tego zignorować.

Legenda głosi — a w przypadku sportów kuriozalnych legenda jest często jedynym wiarygodnym źródłem — że pomysł narodził się podczas niedzielnego obiadu, kiedy Beltrami oglądał w telewizji mecz Serie A i jednocześnie słuchał swojego szwagra Tonina, który opowiadał o weekendowej wyprawie wspinaczkowej.

— Te twoje skały — powiedział podobno Beltrami, nie odrywając wzroku od ekranu, na którym Juventus atakował bramkę Napoli — są do niczego, jeśli nie postawisz na nich bramki.

Tonino, który akurat wkładał do ust widelec z rigatoni, zastygł w bezruchu.

— Jakiej bramki? — zapytał.

— Piłkarskiej — odpowiedział Beltrami z absolutną powagą. — Właściwie to dwóch bramek. Jednej na górze, drugiej na dole.

Tonino odłożył widelec. Przez dłuższą chwilę patrzył na szwagra, próbując ustalić, czy ten żartuje. Beltrami nie żartował. Beltrami nigdy nie żartował, kiedy chodziło o promocję Castelmezzano.

Żona Beltramiego, donna Lucia, kobieta o niezwykłej cierpliwości i jeszcze większej zdolności do ignorowania szalonych pomysłów męża, zabrała ze stołu talerze i rzuciła przez ramię:

— Marco, jedź lepiej do Poterry i kup mi mąkę, zamiast gadać głupoty.

Ale głupoty, które głosi człowiek z obsesją, mają to do siebie, że czasem zamieniają się w rzeczywistość.


Sześć miesięcy później, w marcu 2012 roku, na wschodniej ścianie skały La Civita — trzydziestometrowej, niemal pionowej płycie skalnej o nachyleniu osiemdziesięciu pięciu stopni — zamontowano dwie konstrukcje bramkowe. Jedna u szczytu, wbudowana w krawędź, z siatką zwisającą w dół. Druga u podnóża, osadzona w skale na wysokości dwóch metrów nad ziemią, z siatką odchyloną na zewnątrz, żeby łapać piłki spadające z góry. Na środku ściany, na wysokości piętnastu metrów, zamontowano specjalny uchwyt — magnetyczny zaczep, w którym umieszczano piłkę przed każdym rozpoczęciem gry.

Piłka. O piłce trzeba powiedzieć osobno, bo piłka w piłce nożnej pionowej jest obiektem tak osobliwym, że zasługuje na własny akapit. Otóż jest to standardowa piłka nożna rozmiar piąty, ale z jedną kluczową modyfikacją: ma wbudowany rdzeń magnetyczny o regulowanej sile przyciągania. Przed rozpoczęciem meczu piłka jest przymocowana do centralnego uchwytu na ścianie. Kiedy sędzia daje sygnał — gwizdek, ale wzmocniony megafonem, bo na pionowej ścianie tradycyjny gwizdek ginie w szumie wiatru — magnes zostaje dezaktywowany zdalnie i piłka odpada od ściany. Od tego momentu zaczyna się piekło.

Bo piłka nożna pionowa rządzi się tymi samymi zasadami co jej horyzontalna krewna — z wyjątkiem jednej, fundamentalnej różnicy. Boiskiem jest ściana. Grawitacja działa na piłkę i na zawodników. I każdy, kto odpadnie od skały — bez względu na okoliczności, bez względu na to, czy został popchnięty, czy sam stracił chwyt — jest natychmiast i bezapelacyjnie dyskwalifikowany. Nie ma drugiej szansy. Nie ma VAR-u dla grawitacji.


Pierwsze oficjalne rozgrywki odbyły się dwunastego maja 2012 roku. Grały dwa zespoły pięcioosobowe — bo na trzydziestometrowej ścianie jedenastu zawodników po prostu nie zmieściłoby się w żaden sensowny sposób. Drużyna Górna, umieszczona na szczycie ściany, schodziła w dół w kierunku piłki. Drużyna Dolna, startująca od podnóża, wspinała się ku górze. Bramka drużyny Górnej znajdowała się na dole — musiała bronić dolnej bramki, atakując jednocześnie tę na górze. Drużyna Dolna broniła górnej bramki i atakowała dolną.

Brzmi to jak przepis na chaos. I jest to przepis na chaos.

Ale chaos — jak przekonali się widzowie pierwszego meczu, zgromadzeni na małym placu u podnóża La Civita — ma swoją własną, hipnotyczną logikę.


Rozmawiałem z Gianlucą Ferrarinim, jednym z pięciu zawodników, którzy zagrali w tym historycznym pierwszym meczu, w drużynie Dolnej. Ferrarini jest z zawodu przewodnikiem wspinaczkowym, ma czterdzieści siedem lat, twarz pooraną zmarszczkami jak mapa topograficzna i dłonie, które wyglądają jak wykonane z surowej skóry. Spotkaliśmy się w barze na głównym placu Castelmezzano, przy espresso tak mocnym, że łyżeczka niemal stała w filiżance pionowo.

— Pamiętasz ten pierwszy mecz? — zapytałem.

Ferrarini roześmiał się. Był to śmiech człowieka, który widział rzeczy, których nie powinien był widzieć.

— Pamiętam, że byłem przerażony — powiedział. — I pamiętam, że udawałem, że nie jestem przerażony, bo Angelo, nasz kapitan, powiedział przed meczem coś, czego nigdy nie zapomnę.

— Co powiedział?

— Powiedział: chłopaki, na tej ścianie nie ma miejsca na strach. Strach waży za dużo. Zostawcie go na dole.

Angelo Cataldi, legendarny kapitan pierwszej drużyny Dolnej, człowiek, który później stał się twarzą piłki nożnej pionowej, nie żyje od trzech lat. Zginął nie na ścianie — co byłoby przewrotnie poetyckie — ale w wypadku samochodowym na autostradzie A3, wracając z zawodów we Francji. Miał czterdzieści jeden lat. Kiedy rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali, każdy bez wyjątku mówił to samo: Angelo nie bał się niczego oprócz nudy.

— Angelo miał taką filozofię — opowiadał mi Ferrarini, kręcąc filiżanką na spodku — że sport, który nie może cię zabić, nie jest wart uprawiania. Mówił to z uśmiechem, więc nigdy nie wiadomo było, czy żartuje. Z perspektywy czasu myślę, że nie żartował.

Pierwszy mecz trwał dwadzieścia trzy minuty. Regulaminowy czas gry wynosił dwa razy po piętnaście minut, ale mecz został przerwany w dwudziestej trzeciej minucie, kiedy trzech z pięciu zawodników drużyny Górnej odpadło od ściany w ciągu jednej akcji. Nikt nie odniósł poważnych obrażeń — pod ścianą rozłożone były materace asekuracyjne, takie same jak te używane w boulderingu — ale organizatorzy uznali, że kontynuowanie gry w składzie dwóch przeciwko czterem mija się z celem.

Wynik: trzy do jednego dla drużyny Dolnej.

Jedynego gola dla drużyny Górnej strzelił — a właściwie powinno się powiedzieć: zrzucił — Matteo Bianchi, dziewiętnastoletni student z Matery, który jednocześnie grał w piłkę nożną w lokalnej lidze amatorskiej i wspinał się po skałach od dziecka. Bianchi kopnął piłkę z wysokości dwunastu metrów, celując w dolną bramkę. Piłka odbiła się od ściany, zmieniła kierunek, trafiła w ramię jednego z obrońców drużyny Dolnej — który na skutek uderzenia o mało nie stracił chwytu i cudem utrzymał się na ścianie — a następnie wpadła do siatki bramki dolnej.

Tłum na placu oszalał.

— To było jak oglądanie czegoś, co nie powinno istnieć — powiedział mi później Bianchi, dziś trzydziestodwuletni trener piłki nożnej pionowej i współwłaściciel szkoły wspinaczkowej w Materze. — Jak oglądanie kota grającego na pianinie. Wiesz, że to jest absurdalne, ale nie możesz oderwać oczu.


Zasady piłki nożnej pionowej ewoluowały przez lata, ale ich rdzeń pozostał zaskakująco wierny oryginalnemu pomysłowi Beltramiego. Boisko to pionowa ściana skalna o wysokości od dwudziestu do czterdziestu metrów i szerokości od dziesięciu do dwudziestu metrów. Ściana musi mieć nachylenie nie mniejsze niż siedemdziesiąt pięć stopni — poniżej tego progu gra traci swój pionowy charakter i zamienia się, jak to ujął jeden z krytyków, w zwykłą zabawę na pochyłej łące.

Drużyny liczą po pięciu zawodników. Każdy zawodnik jest ubrany w strój wspinaczkowy — buty wspinaczkowe z lepką gumą na podeszwach, kask, uprząż z linką asekuracyjną przymocowaną do ściany. I tu dochodzimy do jednego z najbardziej kontrowersyjnych elementów gry: asekuracja. Oficjalny regulamin Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej Pionowej — tak, taka federacja istnieje, założona w 2014 roku z siedzibą, jakżeby inaczej, w Castelmezzano — stanowi wyraźnie, że linka asekuracyjna służy wyłącznie do ochrony zawodnika po upadku. Nie może być używana do utrzymywania się na ścianie, do huśtania się w kierunku piłki ani do blokowania przeciwników. Zawodnik, który odpadnie od ściany i zawiśnie na lince, jest dyskwalifikowany — linka ratuje mu życie, ale nie ratuje go przed wyrzuceniem z meczu.

To rozróżnienie — linka chroni ciało, ale nie chroni przed dyskwalifikacją — jest jednym z tych genialnych paradoksów, które nadają piłce nożnej pionowej jej unikalny charakter. Zawodnik wisi bezpiecznie na lince po upadku, ale z perspektywy rywalizacji sportowej już nie istnieje. Jego mecz się skończył. Musi zostać opuszczony na ziemię lub wyciągnięty na szczyt, w zależności od tego, co jest bliżej, i usiąść na ławce rezerwowych, obserwując, jak jego drużyna walczy w osłabieniu.

— To jest właśnie piękno tego sportu — powiedziała mi kiedyś Yuki Tanaka, japońska wspinaczka i zawodniczka piłki nożnej pionowej, która w 2019 roku zdobyła z reprezentacją Japonii brązowy medal na mistrzostwach świata w Arco we Włoszech. — W tradycyjnej piłce nożnej możesz udawać kontuzję, możesz symulować, możesz oszukiwać sędziego. Tutaj nie oszukasz grawitacji. Albo trzymasz się ściany, albo spadasz. I kiedy spadasz, to koniec. Nie ma dyskusji.

Yuki Tanaka jest postacią, o której trzeba powiedzieć więcej, bo uosabia typ sportowca, który mógł narodzić się wyłącznie w piłce nożnej pionowej. Ma metr pięćdziesiąt cztery wzrostu i waży czterdzieści siedem kilogramów. W tradycyjnej piłce nożnej byłaby zbyt drobna, zbyt lekka, zbyt — powiedzmy to wprost — mała. Ale na pionowej ścianie jej rozmiar jest atutem. Jest szybka jak gekon, precyzyjna jak chirurg i potrafi wcisnąć się w szczeliny skalne, w które żaden stukilogramowy napastnik nie zmieściłby nawet ręki.

— Kiedy pierwszy raz zobaczyłam nagranie piłki nożnej pionowej — opowiadała mi przy herbacie w tokijskiej dzielnicy Shinjuku — pomyślałam, że to fake. Że to komputerowe efekty specjalne. Potem obejrzałam drugi raz. I trzeci. I za czwartym razem zaczęłam szukać informacji, jak mogę w tym zagrać.

— I jak zareagowali twoi bliscy?

— Moja matka powiedziała, że powinnam iść do psychiatry. Mój ojciec powiedział, że powinnam iść do psychiatry, ale że on pójdzie ze mną, bo też chciałby spróbować.


Mecz piłki nożnej pionowej jest widowiskiem, które działa na zmysły z intensywnością, jakiej nie oferuje żaden inny sport. Wyobraźcie sobie: pionowa ściana skalna, oświetlona — jeśli mecz odbywa się wieczorem — potężnymi reflektorami zamontowanymi na przeciwległym zboczu. Na ścianie dziesięcioro ludzi w kolorowych strojach, przyczepionych do skały jak kolorowe owady na tablicy entomologa. Na środku ściany piłka — biała z czarnymi łatami, klasyczna, absurdalnie normalna na tle tego całego szaleństwa — przymocowana magnetycznie do centralnego uchwytu.

Gwizdek sędziego. Magnes się wyłącza. Piłka odpada od ściany i zaczyna spadać.

I wtedy rozpętuje się piekło.

Drużyna Dolna — wspinacze, którzy startują od podnóża — rzuca się w górę, próbując dotrzeć do piłki, zanim ta spadnie zbyt nisko. Drużyna Górna — zawodnicy, którzy zaczynają od szczytu — zjeżdża w dół, schodząc po ścianie z kontrolowaną desperacją, próbując przechwycić piłkę w powietrzu lub na jednej z półek skalnych.

Bo piłka w piłce nożnej pionowej nie leci prosto w dół. Ściana jest nierówna, pełna występów, zagłębień, rys i półeczek, od których piłka się odbija, zmieniając kierunek w sposób absolutnie nieprzewidywalny. Jednym z kluczowych elementów gry jest czytanie trajektorii piłki — umiejętność, którą weterani opisują jako coś pomiędzy intuicją a jasnowidzeniem.

— Musisz myśleć jak piłka — powiedział mi Ricardo Gomez, Argentyńczyk, trzykrotny mistrz świata, uważany za najlepszego zawodnika w historii tej dyscypliny. — Musisz czuć, jak skała ją odbije, zanim to nastąpi. To nie jest coś, czego można się nauczyć z podręcznika. Albo to czujesz, albo nie.

Gomez jest fenomenem. Ma metr osiemdziesiąt pięć, waży osiemdziesiąt kilogramów — zdecydowanie za dużo jak na wspinacza, zdecydowanie za mało jak na klasycznego napastnika — i porusza się po ścianie z gracją, która zaprzecza fizyce. Kiedy gra, wygląda, jakby grawitacja zawarła z nim osobisty układ: ja cię nie ściągnę, a ty daj ludziom coś, na co warto patrzeć.

— Ricardo jest kosmitą — powiedział o nim Ferrarini, a z ust człowieka, który sam jest legendą tego sportu, to słowa, które nie padają lekko. — Widziałem, jak kopnął piłkę wisząc na jednej ręce, na wysokości dwudziestu metrów, z taką precyzją, że wpadła do górnej bramki, nie dotykając siatki po bokach. To było niemożliwe. A on to zrobił.


Taktyka w piłce nożnej pionowej jest fascynująca, bo musi uwzględniać wymiar, którego tradycyjna piłka nożna nie zna: pionowość. W klasycznej piłce nożnej masz długość i szerokość boiska. Tutaj masz wysokość i szerokość. I wysokość zmienia wszystko.

Drużyna Dolna ma naturalną przewagę w obronie dolnej bramki — jest bliżej, może szybciej reagować. Ale ma ogromną wadę: musi wspinać się w górę, żeby atakować, co jest nieporównanie trudniejsze i wolniejsze niż schodzenie w dół. Drużyna Górna może atakować szybko — schodzenie jest łatwiejsze niż wspinanie — ale za to jest narażona na coś, co w żargonie piłki nożnej pionowej nazywa się efektem lawiny.

Efekt lawiny to sytuacja, w której zawodnik drużyny Górnej, schodząc zbyt szybko, traci kontrolę i spada, uderzając po drodze w swoich kolegów z drużyny i powodując kaskadową dyskwalifikację. W historii rozgrywek zdarzały się mecze, w których cała drużyna Górna została wyeliminowana w ciągu jednej akcji — jeden zawodnik spadł na drugiego, ten na trzeciego, i w ciągu kilku sekund pięciu ludzi wisiało na linkach asekuracyjnych, machając bezradnie nogami nad przepaścią.

Najbardziej spektakularny przypadek efektu lawiny miał miejsce podczas półfinału mistrzostw świata w 2021 roku w Kalymnos w Grecji. Drużyna Niemiec, faworyt turnieju, prowadziła dwa do zera z Koreą Południową. W trzydziestej drugiej minucie kapitan Niemiec, Hans-Peter Krüger, ruszył w dół z agresywnym podaniem, próbując rozegrać piłkę z Maxem Brennerem, który czekał na niego pięć metrów niżej. Krüger stracił chwyt na mokrej — padał lekki deszcz, co jest koszmarem w tej dyscyplinie — płycie skalnej i runął w dół.

Brenner, który patrzył w górę, próbując śledzić piłkę, nie zdążył się usunąć. Krüger uderzył w niego ramieniem. Brenner odpadł. Obaj spadli na Lukasa Webera, obrońcę, który wisząc na niewielkiej półce, czekał na rozwój akcji. Weber odpadł. Trójka spadających zawodników minęła — cudem — czwartego Niemca, Felixa Hartmanna, który wcisnął się w szczelinę i patrzył z przerażeniem, jak jego trzej koledzy przelatują obok niego. Piąty Niemiec, bramkarz Thomas Engel, stojący na stabilnej półce tuż nad dolną bramką, zdążył tylko powiedzieć jedno słowo — które mikrofony zarejestrowały z boleśnie wyraźną precyzją — zanim piłka, odbita od kolana spadającego Krügera, wpadła mu między nogami do bramki.

To słowo, którego nie przytoczę ze względu na czytelników niepełnoletnich, stało się jednym z najczęściej cytowanych momentów w historii piłki nożnej pionowej.

Korea Południowa wygrała ten mecz cztery do dwóch.


Nie sposób pisać o piłce nożnej pionowej, nie poruszając tematu, który jest słoniem w pokoju — a właściwie słoniem na ścianie: bezpieczeństwa. Krytycy tego sportu — a jest ich wielu, głośnych i zdeterminowanych — wskazują, że jest to dyscyplina z natury niebezpieczna, w której kontuzje są nie tyle ryzykiem, co gwarancją.

Mają rację. Statystyki mówią same za siebie: w ciągu pierwszych dziesięciu lat istnienia piłki nożnej pionowej odnotowano siedemset dwadzieścia trzy kontuzje podczas oficjalnych rozgrywek, w tym czterdzieści dwa złamania, sto osiemnaście skręceń, dwieście sześćdziesiąt jeden otarcia i zadrapania na tyle poważne, że wymagały interwencji medycznej, oraz — i tu głos krytyków staje się szczególnie donośny — trzy przypadki urazów kręgosłupa.

Nikt nie zginął. Ten fakt obrońcy sportu powtarzają jak mantrę, i jest to mantra, która ma w sobie siłę. Nikt nie zginął, bo system asekuracji działa, bo materace u podnóża ściany są grube i profesjonalne, bo zawodnicy są przeszkoleni, bo regulamin jest surowy, a sędziowie bezwzględni w egzekwowaniu zasad bezpieczeństwa.

— Ludzie giną grając w tradycyjną piłkę nożną — powiedział mi Beltrami, kiedy spotkaliśmy się w jego biurze w ratuszu Castelmezzano. — Ludzie giną jeżdżąc na rowerze, pływając, biegając maratony. My mamy zero zgonów w dziesięciu latach. Zero. Pokaż mi inny sport ekstremalny z takim rekordem.

— Ale trzy urazy kręgosłupa… — zacząłem.

— Trzy — przerwał mi Beltrami, pochylając się nad biurkiem z intensywnością człowieka, który prowadził tę dyskusję już tysiąc razy. — Trzy, w ciągu dziesięciu lat, przy tysiącach rozegranych meczów. W futbolu amerykańskim masz trzy urazy kręgosłupa w ciągu jednego weekendu. Nikt nie zamyka NFL.

Argument Beltramiego jest celny, choć nie do końca uczciwy — skala piłki nożnej pionowej i futbolu amerykańskiego jest nieporównywalna. Ale faktem jest, że sport ten ma znacznie lepszy bilans bezpieczeństwa, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Linka asekuracyjna, choć nie chroni przed dyskwalifikacją, chroni przed śmiercią. I to jest kompromis, na który zawodnicy godzą się świadomie i z pełną odpowiedzialnością.


Jest jednak aspekt piłki nożnej pionowej, o którym mówi się zdecydowanie za mało, a który jest — moim zdaniem — prawdziwą istotą tego sportu. Jest to aspekt psychologiczny.

Rozmawiałem z dr Eleną Rossi, psycholog sportową z Uniwersytetu w Bolonii, która od 2016 roku pracuje z zawodnikami piłki nożnej pionowej i jest autorką jedynej jak dotąd monografii naukowej na ten temat: „Vertical Minds: The Psychology of Upward Football”.

— Piłka nożna pionowa robi z mózgiem coś, czego żaden inny sport nie robi — powiedziała mi dr Rossi, poprawiając okulary w czerwonych oprawkach, które nadawały jej wygląd raczej artystki niż naukowca. — Zmusza mózg do jednoczesnego przetwarzania dwóch sprzecznych zestawów informacji. Z jednej strony mózg musi zarządzać wspinaczką — chwytami, pozycją ciała, równowagą, asekuracją. Z drugiej strony musi zarządzać grą — pozycją piłki, ruchami przeciwników, taktyką. Te dwa zadania wykorzystują częściowo te same zasoby neurologiczne, i mózg musi nieustannie przełączać się między nimi. To jest wyczerpujące w sposób, którego żaden inny sport nie replikuje.

— Jak to wpływa na zawodników?

— Na dwa sposoby. Niektórzy się łamią. Dosłownie — ich mózg nie wytrzymuje obciążenia i albo zapominają o wspinaczce i spadają, albo zapominają o grze i stoją na ścianie jak posągi. Ale ci, którzy się nie łamią, osiągają stan, który w psychologii sportu nazywamy przepływem, flow — ale w wersji tak intensywnej, jakiej nie obserwujemy nigdzie indziej. Moi badani opisują to jako uczucie, że czas się zatrzymuje, że widzą wszystko jednocześnie, że ściana, piłka i przeciwnicy stają się jednym spójnym obrazem. To jest — i mówię to jako naukowiec, nie jako poetka — rodzaj transcendencji.

Transcendencja na pionowej ścianie skalnej, z piłką odbijającą się od kamieni nad głową i przeciwnikiem próbującym kopnąć cię w bark — brzmi to absurdalnie, ale ci, którzy tego doświadczyli, mówią o tym z nabożnym szacunkiem.

— Był taki moment — opowiadał mi Gomez, a jego zwykle ironiczne oczy na chwilę złagodniały — podczas finału mistrzostw świata w 2022 roku. Wisiałem na ścianie, na wysokości może osiemnastu metrów, na jednej ręce i jednej nodze. Piłka leciała w moją stronę, odbiła się od występu skalnego i zmieniła kierunek. I ja wiedziałem — nie zgadywałem, nie liczyłem, nie myślałem — po prostu wiedziałem, dokąd poleci. Puściłem jedną nogę, odbiłem się od ściany i kopnąłem piłkę w locie, wisząc na jednej ręce, dwadzieścia metrów nad ziemią. I piłka wpadła do bramki. I przez tę jedną sekundę, kiedy byłem w powietrzu, czułem się absolutnie wolny. Wolny od grawitacji, wolny od strachu, wolny od wszystkiego. To był najpiękniejszy moment mojego życia.

Następnie dodał, po dłuższej pauzie:

— A potem złapałem się z powrotem ściany i prawie zwymiotowałem ze strachu. Ale to już jest inna historia.


Piłka nożna pionowa rozrosła się od tamtego pierwszego meczu w Castelmezzano w sposób, którego nikt — łącznie z Beltramim — nie przewidział. W 2024 roku federacja zrzeszała dwadzieścia sześć krajów członkowskich, od Włoch przez Japonię po Argentynę i Norwegię. Mistrzostwa świata odbywają się co dwa lata, za każdym razem w innej lokalizacji — dotychczas grano w Castelmezzano, Kalymnos, Arco, Fontainebleau i Siurana. Rośnie liczba ścian sztucznych budowanych specjalnie na potrzeby tego sportu, co pozwala na treningi i rozgrywki w miejscach, gdzie nie ma naturalnych formacji skalnych.

Ale purystom — a w każdym sporcie kuriozalnym purystów jest proporcjonalnie więcej niż w sportach mainstreamowych — ściany sztuczne nie smakują.

— To nie jest to samo — powiedział mi Ferrarini, kręcąc głową z dezaprobatą, kiedy zapytałem go o sztuczne ściany. — Sztuczna ściana jest przewidywalna. Wiesz, gdzie jest każdy chwyt, każdy występ. Naturalna skała jest żywa. Zmienia się z pogodą, z porą roku, z wilgotnością. Jeden dzień jest sucha i trzyma jak klej. Następnego dnia jest mokra i śliska jak mydło. To jest właśnie piękno tego sportu — nieprzewidywalność. Zabierz nieprzewidywalność, a zostanie ci cyrk.

Ferrarini jest w mniejszości. Większość zawodników, trenerów i działaczy federacji widzi w sztucznych ścianach przyszłość sportu — sposób na demokratyzację, na otwarcie drzwi dla zawodników z krajów, gdzie nie ma naturalnych ścian skalnych. Debata ta — naturalna kontra sztuczna, tradycja kontra postęp — jest jedną z tych, które definiują obecny moment piłki nożnej pionowej.


Jest jeszcze jedna historia, którą muszę opowiedzieć, zanim zamknę ten rozdział. Historia, która — moim zdaniem — mówi więcej o istocie piłki nożnej pionowej niż jakiekolwiek statystyki, regulaminy i analizy taktyczne.

Podczas mistrzostw świata w Siurana w Hiszpanii, w 2023 roku, w meczu grupowym między Włochami a Brazylią, doszło do zdarzenia, które przeszło do legendy. W dwudziestej siódmej minucie, przy stanie jeden do jednego, brazylijski napastnik Rafael dos Santos ruszył w dół ściany z piłką — trzymając ją między stopami, co jest jednym z najtrudniejszych manewrów w piłce nożnej pionowej — i natarł na włoskiego obrońcę, Marca Colombo. Colombo, próbując zablokować dos Santosa, wykonał desperacki ruch w bok i stracił chwyt lewą ręką.

Wisiał na jednej ręce, dwadzieścia dwa metry nad ziemią. Sędzia sięgnął po gwizdek, żeby przerwać grę — bo regulamin pozwala sędziemu przerwać grę w sytuacji bezpośredniego zagrożenia — ale zanim zdążył zagwizdać, dos Santos zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.

Zatrzymał się.

Puścił piłkę — która potoczyła się w dół ściany, daleko od dolnej bramki — i wyciągnął rękę do Colombo.

— Łap — powiedział.

Colombo złapał. Dos Santos pomógł mu odzyskać stabilną pozycję na ścianie. Przez chwilę obaj wiszieli obok siebie, Brazylijczyk i Włoch, dysząc ciężko, patrząc sobie w oczy z odległości kilkunastu centymetrów.

— Dzięki — powiedział Colombo.

— Nie ma sprawy — odpowiedział dos Santos. — Ale następnym razem nie wchodź mi w drogę.

Sędzia nie przerwał gry. Piłka potoczyła się daleko od bramki i wyszła poza linie boiska — namalowane na ścianie fluorescencyjną farbą. Był rzut z boku. Gra toczyła się dalej.

Brazylia wygrała ten mecz trzy do dwóch. Dos Santos strzelił zwycięskiego gola w ostatniej minucie, akrobatycznym kopnięciem z przewrotki — co na pionowej ścianie wygląda jak coś, co wymyślił szalony bóg geometrii. Ale to nie gol zapamiętali widzowie. Zapamiętali moment, w którym napastnik puścił piłkę, żeby ratować przeciwnika.

Po meczu, na konferencji prasowej, ktoś zapytał dos Santosa, dlaczego to zrobił. Dlaczego zrezygnował z niemal pewnego gola, żeby pomóc rywalowi?

Dos Santos wzruszył ramionami.

— Bo na ścianie — powiedział — wszyscy jesteśmy po tej samej stronie.

— Jakiej stronie? — zapytał dziennikarz.

— Tej, która nie jest dołem.


Piłka nożna pionowa jest sportem absurdalnym. Jest niebezpieczna, niepraktyczna, kosztowna w organizacji i trudna do oglądania dla kogoś, kto ma lęk wysokości. Jej zasady brzmią jak żart, jej zawodnicy wyglądają jak szaleńcy, a jej przyszłość jest tak niepewna jak chwyt na mokrej skale.

Ale jest w niej coś, czego nie ma w żadnym innym sporcie na świecie. Jest w niej prawda — surowa, dosłowna, nienegocjowalna prawda grawitacji. Na pionowej ścianie nie da się udawać. Nie da się symulować. Nie da się kupić sędziego, bo sędzią jest fizyka. Albo trzymasz się skały, albo spadasz. Albo kopiesz piłkę, albo ją tracisz. Albo jesteś na ścianie, albo już cię nie ma.

W świecie sportu pełnym milionowych kontraktów, sponsorów, dopingu, korupcji i cynizmu, piłka nożna pionowa pozostaje enklawą czegoś pierwotnego. Czegoś, co ma więcej wspólnego z zabawą dzieci na podwórku niż z wielkim biznesem. Jest to sport ludzi, którzy spojrzeli na ścianę i zobaczyli nie przeszkodę, ale boisko. Ludzi, którzy wzięli najpopularniejszą grę świata i powiedzieli: a teraz spróbujmy to zrobić na stojąco.

Marco Beltrami, zapytany o to, czym jest piłka nożna pionowa, odpowiedział z prostotą, która jest jego znakiem firmowym:

— To jest piłka nożna. Tylko trudniejsza. I z lepszym widokiem.

Trudno się z tym nie zgodzić. Widok z dwudziestu metrów nad ziemią, z piłką mknącą obok twojej głowy i przeciwnikiem wspinającym się tuż pod tobą, jest — jak zapewniają ci, którzy go widzieli — niezapomniany.

Pod warunkiem, że nie patrzysz w dół.

Piłka nożna wewnętrzna

Każdy sport ma swój moment genialnego obłędu — chwilę, w której ktoś wypowiada na głos myśl tak absurdalną, że wszyscy obecni milkną, a potem jeden po drugim zaczynają kiwać głowami, bo absurd, wypowiedziany z wystarczającym przekonaniem, zaczyna brzmieć jak objawienie.

W przypadku piłki nożnej wewnętrznej — a tak, nazwa jest dokładnie tym, czym się wydaje — ten moment nastąpił dwunastego sierpnia 2016 roku, w pubie The Salty Dog w Reykjaviku, podczas trzeciego dnia Międzynarodowej Konferencji Biologii Morskiej. Troje ludzi siedziało przy stoliku zastawionym pustymi kufami piwa Víking. Jedna z nich miała zmienić historię sportu. Pozostali dwaj nie mieli o tym pojęcia.

Ale zanim opowiem o tym, co wydarzyło się w pubie — a wydarzyło się coś, co z perspektywy czasu wygląda jak spotkanie Kolumba z kompasem — muszę wyjaśnić, czym dokładnie jest piłka nożna wewnętrzna. Bo nazwa, choć precyzyjna, nie oddaje nawet ułamka szaleństwa tej dyscypliny.

Piłka nożna wewnętrzna to gra w piłkę nożną rozgrywana wewnątrz żywego wieloryba.

Proszę. Napisałem to. Możecie przeczytać jeszcze raz. Mogę poczekać.


Wiem, co teraz myślicie. Myślicie to samo, co pomyślał dr Sigurdur Einarsson, islandzki biolog morski, kiedy usłyszał tę koncepcję po raz pierwszy. Pomyślał, cytując jego własne słowa, które wypowiedział do mnie siedemnaście miesięcy później w swoim gabinecie na Uniwersytecie Islandzkim, otoczony słojami z formaliną i plakatami przedstawiającymi anatomię waleni:

— Pomyślałem, że ta kobieta jest kompletnie szalona. A potem pomyślałem, że jest genialną szaloną. A potem zamówiłem następne piwo, bo trzeźwy nie byłem w stanie kontynuować tej rozmowy.

Tą kobietą była dr Meredith Holloway, nowozelandzka oceanografka i była reprezentantka Nowej Zelandii w piłce nożnej kobiet, która w 2009 roku zerwała więzadło krzyżowe i zakończyła karierę sportową, przenosząc swoją obsesyjną energię na badania nad wielorybami. Holloway jest osobą, którą trudno opisać jednym słowem, ale gdybym musiał, wybrałbym słowo „nieunikniona”. Ma w sobie coś z tornado — nie pytasz, czy nadejdzie, pytasz tylko, kiedy i co po nim zostanie.

— Meredith weszła do pubu — opowiadał mi Einarsson, uśmiechając się z mieszaniną podziwu i przerażenia, jaką rezerwujemy dla zjawisk natury — i od razu zaczęła mówić. Nie przedstawiła się. Nie zamówiła piwa. Po prostu usiadła i powiedziała zdanie, które zmieniło moje życie.

— Jakie zdanie?

— Powiedziała: Sigurdur, żołądek płetwala błękitnego ma powierzchnię stu dwudziestu metrów kwadratowych. Wiesz, co ma taką samą powierzchnię? Boisko do piłki nożnej pięcioosobowej.

Trzecią osobą przy stoliku był Tomasz Wójcik, polski inżynier biomechaniki, który pracował wówczas nad projektem elastycznych implantów chirurgicznych inspirowanych strukturą tkanki wielorybiej. Wójcik, człowiek o usposobieniu tak spokojnym, że potrafił zasnąć podczas erupcji wulkanu — co, jak twierdzi, faktycznie mu się przydarzyło na Islandii — nie powiedział przez następne piętnaście minut ani słowa. Siedział, słuchał i spokojnie obracał w palcach podkładkę pod piwo.

— Nie odzywałem się — powiedział mi Wójcik, kiedy rozmawialiśmy przez wideokonferencję, on w swoim laboratorium w Krakowie, ja w hotelowym pokoju w Oslo — bo próbowałem ustalić, na ile sposobów ten pomysł jest niemożliwy. Naliczyłem siedemnaście. Potem przestałem liczyć, bo zacząłem liczyć sposoby, na jakie jest możliwy. I naliczyłem trzy. Ale te trzy były fascynujące.


Zanim przejdziemy do mechaniki tego sportu — a mechanika jest tak zawiła, że zasługuje na osobny podrozdział w każdym podręczniku fizjologii, inżynierii i szaleństwa — muszę rozprawić się z pytaniem, które w tym momencie rozsadza głowy czytelnikom: czy to w ogóle jest realne? Czy ludzie naprawdę grają w piłkę nożną w brzuchu wieloryba? Żywego wieloryba?

Odpowiedź brzmi: tak. Z zastrzeżeniami. Z wieloma zastrzeżeniami. Z tyloma zastrzeżeniami, że samo ich wyliczenie zajęłoby pół rozdziału. Ale tak.

Kluczem do zrozumienia piłki nożnej wewnętrznej jest zrozumienie anatomii płetwala błękitnego — największego zwierzęcia, jakie kiedykolwiek żyło na Ziemi. Dorosły płetwal błękitny może mieć trzydzieści metrów długości i ważyć sto pięćdziesiąt ton. Jego serce jest wielkości samochodu małolitrażowego. Jego język waży tyle, co słoń. A jego żołądek — podzielony na trzy komory — ma w swoim największym segmencie, tak zwanej komorze fundamentowej, objętość wystarczającą, by pomieścić małe mieszkanie.

Lub boisko do piłki nożnej pięcioosobowej.

Dr Holloway, która poświęciła dwa lata na szczegółowe pomiary anatomiczne martwych wielorybów wyrzuconych na brzeg — co, jak sama przyznaje, nie jest zajęciem, które robi wrażenie na randkach — ustaliła, że komora fundamentowa żołądka dorosłego płetwala błękitnego ma średnio dwanaście metrów długości, dziesięć metrów szerokości i od trzech do czterech metrów wysokości w najwyższym punkcie.

— To jest ciasne — przyznała Holloway, kiedy rozmawialiśmy w jej biurze w Wellington, otoczeni mapami dna oceanicznego i zdjęciami wielorybich wnętrzności, które wyglądały jak abstrakcyjne obrazy jakiegoś szalonego impresjonisty. — To jest bardzo ciasne. Ale to jest wystarczające. Boisko do futsalu ma czterdzieści na dwadzieścia metrów. My mamy dwanaście na dziesięć. To jest mniej, ale to jest wystarczające na trzy osoby w drużynie. I na piłkę. I na bramki. I na absurd.

— Na absurd zawsze jest wystarczająco miejsca — wtrącił Wójcik, który był z nami na połączeniu wideo.

— Tomasz ma rację — powiedziała Holloway. — Absurd nie potrzebuje dużo przestrzeni.


Ale poczekajcie. Wciąż nie odpowiedziałem na najważniejsze pytanie. Jak — na litość boską — ludzie wchodzą do żołądka żywego wieloryba?

Odpowiedź jest jednocześnie prosta i nieprawdopodobna: przez gardło.

Płetwal błękitny, w odróżnieniu od wielu innych gatunków wielorybów, ma przełyk o średnicy wystarczającej, by przepuścić obiekt wielkości dużego arbuza. To nie jest dużo — ale to jest wystarczająco dużo, jeśli ten obiekt jest elastyczny, zdeterminowany i wyposażony w specjalnie zaprojektowany kombinezon kompresyjny.

Kombinezon — wynaleziony przez Wójcika i jego zespół w krakowskim laboratorium — jest arcydziełem inżynierii. Wykonany z materiału o nazwie BioFlex, który Wójcik opracował na bazie syntetycznego jedwabiu pająka, kombinezon zmniejsza efektywną objętość ludzkiego ciała o około trzydzieści procent, kompresując miękkie tkanki bez uszkadzania organów wewnętrznych. Zawodnik w kombinezonie wygląda jak vacuum-packed wersja samego siebie — sprasowany, gładki, aerodynamiczny.

— Pierwszy raz, kiedy założyłem kombinezon — opowiadał mi Lars Henriksen, norweski zawodnik, jeden z pierwszych w historii piłkarzy wewnętrznych — poczułem się, jakby ktoś zawinął mnie w folię spożywczą. Bardzo ciasną folię spożywczą. Nie mogłem oddychać przez około pięć sekund. Potem ciało się przyzwyczaiło i mogłem oddychać. Ale ruszanie się było jak pływanie w miodzie.

Henriksen, człowiek o posturze niedźwiedzia polarnego — metr dziewięćdziesiąt trzy, sto jeden kilogramów — jest żywym dowodem na to, że kombinezon działa. Jest też żywym dowodem na to, że granie w piłkę w żołądku wieloryba zmienia człowieka w sposób, którego żaden psycholog nie potrafi w pełni wyjaśnić.

— Ale jak się wchodzi? — zapytałem. — Fizycznie. Jak to wygląda?

Henriksen zamyślił się. Przez dłuższą chwilę bębnił palcami po stole — grubymi, mięsistymi palcami, które wyglądały jak kiełbaski, ale miały w sobie zaskakującą delikatność.

— Wieloryb otwiera paszczę — powiedział wreszcie. — A ty skaczesz.

Uprościł. Procedura wejścia do wieloryba — oficjalnie nazywana Protokołem Jonasza, bo twórcy piłki nożnej wewnętrznej mają poczucie humoru równie rozwinięte co odwagę — jest w rzeczywistości złożonym, wieloetapowym procesem, który trwa około czterdziestu minut i angażuje zespół dwunastu osób, w tym weterynarza morskiego, anestezjologa, dwóch nurków asekurujących i operatora drona podwodnego.

Wieloryb — a używa się wyłącznie wielorybów z populacji islandzkiej, które od pokoleń żyją w pobliżu ludzi i wykazują to, co biolodzy ostrożnie nazywają „tolerancją na interakcję” — zostaje najpierw uspokojony za pomocą mieszanki naturalnych feromonów i ultraniskich dźwięków, które dr Holloway opracowała na bazie wielorybich pieśni godowych. Wieloryb nie jest usypiany — to kluczowe rozróżnienie, na którym organizatorzy kładą ogromny nacisk — lecz wprowadzany w stan relaksacji, porównywalny, jak twierdzi Holloway, do stanu medytacji u ludzi.

— Wieloryb jest świadomy — zapewniała mnie Holloway, a w jej głosie słychać było stalową pewność człowieka, który wie, że zostanie zaatakowany i przygotował argumenty jak amunicję. — Jest świadomy, jest spokojny i jest — to jest kluczowe — dobrowolnie uczestniczący. Nasze wieloryby znają procedurę. Otwierają paszczę na sygnał dźwiękowy. Pozwalają zawodnikom wejść. I po meczu pozwalają im wyjść. Robią to, bo im to nie przeszkadza. Robią to, bo — i wiem, jak to brzmi — wydaje się, że im się to podoba.

To ostatnie zdanie — „wydaje się, że im się to podoba” — jest najbardziej kontrowersyjnym stwierdzeniem w całej historii piłki nożnej wewnętrznej. Organizacje ochrony zwierząt, na czele z Greenpeace i Sea Shepherd, wielokrotnie kwestionowały tę interpretację, zarzucając Holloway i jej zespołowi antropomorfizację i wishful thinking. Holloway odpowiadała na te zarzuty z uporem, który graniczy z fanatyzmen, prezentując dane biometryczne — tętno wieloryba, poziomy kortyzolu, wzorce ruchowe — które, jej zdaniem, jednoznacznie wskazują, że wieloryby nie odczuwają stresu podczas meczów.

Debata trwa do dziś i nie zamierzam jej rozstrzygać. Powiem tylko, że rozmawiałem z ludźmi po obu stronach barykady i obie strony są absolutnie, nieugięcie przekonane, że mają rację. Co, jak podpowiada doświadczenie, zwykle oznacza, że prawda leży gdzieś pośrodku — ale w przypadku piłki nożnej wewnętrznej „pośrodku” oznaczałoby „w żołądku”, co jest tak przewrotnie trafne, że aż boli.


Ale dosyć o anatomii i etyce. Porozmawiajmy o piłce nożnej.

Mecz piłki nożnej wewnętrznej jest rozgrywany w trzy-na-trzy, na boisku, którego wymiary dyktuje anatomia konkretnego wieloryba. Bramki — dwie składane konstrukcje z tytanu i silikonu, zaprojektowane tak, by nie uszkadzać tkanki żołądkowej — ustawiane są na przeciwległych końcach komory. Piłka jest standardowej wielkości, ale wykonana z materiału odpornego na kwasy — żołądek wieloryba, choć u płetwala błękitnego ma stosunkowo niski poziom kwasowości, wciąż jest żołądkiem, i pozostawienie w nim zwykłej piłki skórzanej zakończyłoby się rozpuszczeniem tejże piłki w ciągu kilkunastu minut.

Podłoże — i tu dochodzimy do elementu, który czyni piłkę nożną wewnętrzną czymś naprawdę osobliwym — stanowi dno żołądka wieloryba. Jest miękkie. Jest elastyczne. Jest różowe. I jest mokre. Bardzo, bardzo mokre.

— Granie na tym podłożu — powiedział mi Felipe Souza, brazylijski zawodnik, który wcześniej grał w futsal na najwyższym poziomie i przeszedł do piłki nożnej wewnętrznej po tym, jak zobaczył nagranie na YouTube — jest jak granie na trampolinie pokrytej galaretką. Piłka nie zachowuje się normalnie. Nie odbija się tak, jak powinna. Czasem wpada w fałd tkanki i znika. Dosłownie znika. Musisz ją stamtąd wydobyć rękami, co jest faul, ale regulamin przewiduje specjalne wyjątki dla sytuacji anatomicznych.

— Sytuacji anatomicznych?

— Tak nazywamy momenty, kiedy wieloryb robi coś, czego nie przewidzieliśmy. Na przykład trawi.

Trawienie. To jest problem, o którym organizatorzy piłki nożnej wewnętrznej mówią z niechętną otwartością. Wieloryb, nawet w stanie głębokiej relaksacji, nie przestaje trawić. Ściany żołądka kurczą się rytmicznie, wykonując ruchy perystaltyczne, które na boisku przejawiają się jako fale — podłoże nagle podnosi się pod stopami, jak gdyby ktoś szarpnął dywanem, a zawodnicy tracą równowagę i lądują na mokrej, różowej powierzchni.

— Pierwsza fala perystaltyczna, którą przeżyłem — opowiadał mi Henriksen — była jak trzęsienie ziemi w skali pięć. Stałem, kopałem piłkę, i nagle podłoga poszła do góry. Wylądowałem na plecach. Piłka poleciała gdzieś w sufit. A z sufitu — bo sufit to jest górna ściana żołądka — spadła na mnie ciecz, której wolałbym nie identyfikować.

— Sok żołądkowy?

— Sok żołądkowy — potwierdził Henriksen z kamienną twarzą. — Rozcieńczony, bo wieloryby przed meczem dostają specjalny preparat neutralizujący, ale wciąż. Sok żołądkowy. Na twarz. Podczas meczu piłki nożnej.

Henriksen zaśmiał się. Był to śmiech człowieka, który pogodził się z absurdem swojego życia i postanowił traktować go jak starego przyjaciela.


Regulamin piłki nożnej wewnętrznej jest dokumentem, który czyta się jak dzieło literackie — pomieszanie surowych przepisów sportowych z klauzulami tak surrealistycznymi, że Kafka pokiwałby głową z uznaniem.

Zasada pierwsza: gra toczy się zgodnie z zasadami piłki nożnej halowej FIFA, z modyfikacjami wynikającymi z warunków środowiskowych. „Warunki środowiskowe” to eufemizm, za którym kryje się fakt, że boiskiem jest wnętrze żywego zwierzęcia.

Zasada siódma: w przypadku ruchu perystaltycznego kategorii drugiej lub wyższej — czyli takiego, który podnosi podłoże o więcej niż dwadzieścia centymetrów — gra zostaje automatycznie przerwana na czas trwania ruchu. Zawodnicy muszą przyjąć pozycję stabilizacyjną, to znaczy kucnąć i chwycić się podłoża obiema rękami. Piłka zostaje umieszczona w najbliższym punkcie stabilnym po ustaniu ruchu.

Zasada dwunasta — i to jest moja ulubiona — w przypadku, gdy wieloryb wykona gwałtowny ruch całego ciała (skok, nurkowanie, nagły skręt), gra zostaje natychmiast przerwana, a mecz może zostać przeniesiony na inny termin, jeśli sędzia uzna, że warunki uniemożliwiają kontynuowanie rozgrywki. Paragraf dwunasty punkt trzy dodaje, z iście biurokratyczną precyzją: „Za gwałtowny ruch całego ciała nie uznaje się oddychania, wolnego pływania ani zmian pozycji o kąt mniejszy niż piętnaście stopni.”

— Regulamin pisała komisja złożona z prawników, biologów i jednego poety — powiedziała mi Holloway. — Poeta okazał się najużyteczniejszy.


Pierwszy oficjalny mecz piłki nożnej wewnętrznej odbył się osiemnastego czerwca 2019 roku, w żołądku wieloryba o imieniu Björk — samicy płetwala błękitnego, która od lat była obiektem badań islandzkich biologów morskich i która, jak twierdzą jej opiekunowie, reagowała na ludzki śpiew lekkim podgrywaniem lewej płetwy.

Grały dwa zespoły: Islandia i Nowa Zelandia. Trzy na trzy. Dwa razy po dziesięć minut — bo dłuższy pobyt w żołądku wieloryba, nawet w kombinezonie ochronnym, nie jest wskazany ze względów zarówno ludzkich, jak i wielorybich.

— Wchodziliśmy kolejno — opowiadał mi Einar Magnusson, islandzki bramkarz, człowiek o wzroście metr sześćdziesiąt pięć, co w tradycyjnej piłce nożnej byłoby dyskwalifikujące, ale w piłce nożnej wewnętrznej, gdzie sufit jest na wysokości trzech metrów, jest idealny. — Nurkowie prowadzili nas do paszczy Björk. Björk otwierała paszczę — powoli, jakby ziewała. Wślizgiwaliśmy się do środka, jeden po drugim, jak listy wrzucane do skrzynki pocztowej.

— Co widzieliście?

— Ciemność. Totalną ciemność. Potem włączyliśmy latarki na kaskach i zobaczyliśmy… no. Wnętrze wieloryba.

— Jak to wyglądało?

Magnusson zamyślił się. Przez chwilę wyglądał, jakby szukał słów, które by oddały doświadczenie, dla którego słowa nie zostały wynalezione.

— Wyglądało jak katedra — powiedział wreszcie. — Różowa, mokra, pulsująca katedra. Ściany się poruszały. Oddychały. Czuło się, że jest się wewnątrz czegoś żywego. Coś, co jest większe od ciebie, potężniejsze od ciebie, i co pozwala ci być w swoim wnętrzu. To było… pokorne. Czułem się pokorny. A potem sędzia zagwizdał i zaczęliśmy grać w piłkę, i pokora szybko ustąpiła miejsca adrenalinie.

Mecz zakończył się wynikiem dwa do dwóch. Pierwszego gola w historii piłki nożnej wewnętrznej strzelił nowozelandczyk Rua Tipene, strzałem z lewej nogi, z odległości czterech metrów, w szóstej minucie. Piłka wpadła do bramki po odbiciu od fałdu tkanki żołądkowej, co później zostało uznane za „asystę anatomiczną” — termin, który natychmiast trafił na koszulki i kubki sprzedawane jako pamiątki.

Islandia wyrównała w dziewiątej minucie, po kontrowersyjnej akcji, w której Magnusson, broniąc strzału, został podniesiony z podłoża przez falę perystaltyczną i przypadkowo odbił piłkę głową w stronę napastnika Ólafura Björnssona, który strzelił do pustej bramki. Nowozelandczycy protestowali, twierdząc, że fala perystaltyczna powinna była spowodować przerwanie gry. Sędzia — Francuz, Jean-Claude Moreau, jedyny człowiek na świecie posiadający licencję sędziowską FIFA i jednocześnie certyfikat nurkowania głębinowego — odrzucił protest, wskazując, że fala nie przekroczyła progu dwudziestu centymetrów.

— Ta fala miała co najmniej dwadzieścia pięć centymetrów — powiedziała mi później kapitan Nowej Zelandii, Aroha Ngata, kobieta o oczach tak ciemnych, że wyglądały jak dwa kawałki obsydianu. — Wiem to, bo stałam na niej. Wiem, ile miała centymetrów. Moje stopy to wiedzą.

— A co na to sędzia?

— Sędzia powiedział, że nie ma systemu VAR w żołądku wieloryba. Trudno się z tym kłócić.


Od tamtego pierwszego meczu piłka nożna wewnętrzna rozrosła się — choć „rozrosła” to być może zbyt optymistyczne słowo — do rozmiarów, które pozwalają mówić o niej jako o dyscyplinie sportowej, a nie jednorazowym happeningu. W 2024 roku istnieją cztery „stadiony” — cztery wieloryby, które regularnie uczestniczą w rozgrywkach. Oprócz islandzkiej Björk są to: Goliath, samiec żyjący u wybrzeży Norwegii, Tangaroa, samiec z wód nowozelandzkich, nazwany imieniem maoryskiego boga morza, i najnowszy nabytek — Esperanza, samica z Azorów, która dołączyła do programu w 2023 roku.

Każdy wieloryb ma swój charakter. Każdy wieloryb jest innym „stadionem”. I każdy wieloryb wpływa na grę w sposób, który jest absolutnie unikalny.

— Björk jest spokojna — powiedział mi Henriksen, który grał we wszystkich czterech wielorybach. — Björk prawie się nie rusza podczas meczu. Fale perystaltyczne są łagodne, regularne, przewidywalne. Granie w Björk jest jak granie na boisku, które lekko faluje. Możesz się przyzwyczaić.

— A Goliath?

— Goliath jest bestią. Goliath się wierci. Goliath skręca. Goliath raz — podczas meczu Norwegia kontra Japonia — zanurkował na dwadzieścia metrów w trakcie drugiej połowy. Wszyscy zawodnicy wylądowali na suficie. Sędzia zawiesił mecz na siedem minut, aż Goliath się wynurzył.

— Jak to jest, wylądować na suficie żołądka wieloryba?

Henriksen spojrzał na mnie z wyrazem twarzy, który mówił: naprawdę musisz pytać?

— Mokro — powiedział. — Jest mokro, ślisko i ciepło. Temperatura w żołądku wieloryba wynosi około trzydziestu siedmiu stopni Celsjusza. To jest jak gorąca łaźnia. Gorąca, różowa, pulsująca łaźnia, w której próbujesz grać w piłkę nożną. Nie polecam tego osobom, które mają problem z klaustrofobią.

— Albo z czymkolwiek — dodał.


Fizyka piłki nożnej wewnętrznej jest fascynująca. Piłka, kopnięta na tradycyjnym boisku, leci po przewidywalnej trajektorii, hamowana przez opór powietrza, przyciągana przez grawitację. Piłka kopnięta w żołądku wieloryba leci po trajektorii, która jest modyfikowana przez — weźmy głęboki oddech — grawitację, opór powietrza zmieszanego z gazami trawiennymi, wilgotność, elastyczność ścian żołądkowych (piłka odbija się od nich jak od trampoliny), ruch perystaltyczny i ogólną pozycję wieloryba w wodzie.

Innymi słowy: nikt, absolutnie nikt, nie jest w stanie przewidzieć, dokąd poleci piłka po kopnięciu. Nawet najlepsi zawodnicy przyznają, że element losowości w piłce nożnej wewnętrznej jest wielokrotnie wyższy niż w jakimkolwiek innym sporcie związanym z piłką.

— W futsalu kontrolujesz piłkę — powiedział mi Souza, który przed przejściem do piłki nożnej wewnętrznej był jednym z najlepszych futsalistów Brazylii. — W piłce nożnej wewnętrznej piłka kontroluje ciebie. Ty ją kopiesz, a ona robi, co chce. Odbija się od ściany żołądka, zmienia kierunek, ląduje w fałdzie tkanki. Czasem podłoga się porusza i piłka toczy się sama, bez niczyjego udziału. Był taki mecz, kiedy gol padł bez udziału jakiegokolwiek zawodnika — piłka leżała na środku boiska, wieloryb wykonał skurcz perystaltyczny i piłka wtoczyła się do bramki. Sędzia uznał gola.

— Ale dla kogo?

— Dla wieloryba — zaśmiał się Souza. — Żartowałem. Gol został przypisany drużynie, która ostatnio dotknęła piłki. Ale w protokole meczowym, w rubryce „opis akcji bramkowej”, sędzia napisał: „gol samobójczy żołądka”. To jest mój ulubiony zapis w historii sportu.


Muszę wspomnieć o dźwiękach. O dźwiękach w piłce nożnej wewnętrznej mówi się za mało, a są one — zdaniem wielu zawodników — najbardziej niesamowitym aspektem tego doświadczenia.

Wewnątrz wieloryba jest głośno. Nie w sposób, w jaki głośno jest na stadionie — nie ma krzyków, trąbek, śpiewów kibiców. Jest głośno w sposób organiczny, biologiczny, pierwotny. Słychać bicie serca wieloryba — głębokie, niskie dudnienie, jak odległy bęben, które wchodzi w klatkę piersiową i rezonuje z własnymi organami wewnętrznymi. Słychać oddech — potężny szum powietrza, które wieloryb wciąga i wypuszcza gdzieś wysoko nad głowami zawodników. Słychać trawienie — bulgotanie, mlaskanie, ciche skrzypienie tkanek przesuwających się po sobie.

— To jest jak być wewnątrz muzyki — powiedziała mi Yuki Tanaka, japońska zawodniczka, którą poznaliśmy w poprzednim rozdziale jako gwiazdę piłki nożnej pionowej, a która w 2022 roku przeszła do piłki nożnej wewnętrznej, twierdząc, że potrzebuje „czegoś jeszcze bardziej szalonego”. — Serce wieloryba nadaje rytm. Oddech nadaje melodię. Trawienie nadaje… nie wiem… harmonię? Dysharmonię? Coś. Grasz w piłkę w środku symfoni. Symfoni, której kompozytorem jest zwierzę ważące sto pięćdziesiąt ton.


Jest jeszcze kwestia zapachu. O zapachu w żołądku wieloryba powiem krótko, bo zawodnicy mówią o nim krótko. Zwykle mówią jedno słowo, po czym zmieniają temat. To słowo brzmi zazwyczaj: koszmarny.

— Przyzwyczajasz się — zapewnił mnie Henriksen, choć jego twarz wyrażała coś bliższego traumie niż przyzwyczajeniu. — Po trzech minutach nos się wyłącza. Przestajesz czuć. To jest mechanizm obronny organizmu. Twój nos mówi: nie, dziękuję, nie będę tego przetwarzał, i wyłącza się. Potem, kiedy wychodzisz na zewnątrz, świeże powietrze jest tak intensywne, że płaczesz. Dosłownie płaczesz. Są zdjęcia z pierwszych meczów, na których zawodnicy wychodzą z paszczy wieloryba z łzami w oczach, i wszyscy myśleli, że to emocje. To nie były emocje. To był nos, który się włączył z powrotem.


Piłka nożna wewnętrzna jest sportem, który budzi skrajne emocje. Dla jednych jest to szczyt ludzkiej kreatywności, połączenie sportu, nauki i sztuki w coś, czego świat nigdy wcześniej nie widział. Dla innych jest to znęcanie się nad zwierzętami, ubrane w sportowy kostium i sprzedawane jako rozrywka.

Rozmawiałem z obiema stronami. Rozmawiałem z dr Anitą Bergström, szwedzką etolog, która określiła piłkę nożną wewnętrzną jako „najpotworniejszy przykład instrumentalizacji zwierząt w dwudziestym pierwszym wieku” i która prowadzi kampanię na rzecz całkowitego zakazu tej dyscypliny.

— Nie obchodzi mnie, co mówią ich dane biometryczne — powiedziała mi Bergström, a jej głos miał temperaturę ciekłego azotu. — Nie obchodzi mnie, że poziomy kortyzolu wieloryba nie wskazują na stres. Wieloryb nie może powiedzieć nie. Wieloryb nie może podpisać zgody. Wieloryb nie może powiedzieć: przepraszam, ale nie chcę, żeby sześcioro ludzi grało w piłkę nożną w moim żołądku. To, co oni robią, jest gwałtem na naturze.

Rozmawiałem też z Holloway, która na te zarzuty reaguje z pasją, jakiej można się spodziewać po kobiecie, która poświęciła dekadę życia na projekt, który większość ludzi uważa za obłęd.

— Nasze wieloryby mogą odejść w każdej chwili — powiedziała mi, a jej oczy płonęły. — Nie trzymamy ich w basenach. Nie trzymamy ich w klatkach. Pływają wolno w oceanie i przychodzą do nas, kiedy je wołamy. Przychodzą, bo chcą przyjść. A jeśli któregoś dnia nie przyjdą — i to się zdarzało, dwa razy Tangaroa odmówił udziału w meczu, po prostu odpłynął — to nie gramy. Koniec. Żadnego przymusu.

Kto ma rację? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Wiem tylko, że kiedy oglądam nagrania z meczów — bo mecze są rejestrowane przez kamery zamontowane na kaskach zawodników i na wewnętrznych ścianach żołądka — widzę coś, czego nie potrafię łatwo zakwalifikować. Widzę ludzi grających w piłkę nożną w środku największego zwierzęcia na Ziemi. Widzę piłkę odbijającą się od różowych ścian. Widzę zawodników ślizgających się na mokrym podłożu, podnoszących się, biegnących, strzelających. Widzę bramki ze złożonych tytanowych rurek. Widzę sufit, który się porusza. Widzę coś, co nie powinno istnieć, ale istnieje.

I widzę — bo kamery to rejestrują — że ściany żołądka, kiedy piłka wpada do bramki i zawodnicy krzyczą z radości, drżą lekko, jakby wieloryb reagował na wibracje krzyku. Holloway twierdzi, że to mimowolna reakcja mięśniowa. Bergström twierdzi, że to stres. Henriksen twierdzi, że wieloryb kibicuje.

— Björk kibicuje Islandii — powiedział mi z absolutną powagą. — Wiem to, bo kiedy strzelamy gola, jej żołądek drży inaczej, niż kiedy strzelają przeciwnicy. Cieplej. Bardziej miękko.

— Lars — powiedziałam — to jest wieloryb. Wieloryby nie kibicują.

— Tego nie wiesz — odpowiedział Henriksen, patrząc mi prosto w oczy. — Nikt tego nie wie. I to jest właśnie piękno tego sportu. Gramy w piłkę w miejscu, którego nie rozumiemy, wewnątrz istoty, której nie rozumiemy, według zasad, które grawitacja i biologia modyfikują w czasie rzeczywistym. Nie kontrolujemy niczego. I to jest jedyny sport na świecie, w którym tak jest.


Na koniec muszę opowiedzieć o meczu, który stał się momentem definiującym piłkę nożną wewnętrzną. Finał pierwszych nieoficjalnych mistrzostw świata, które odbyły się w czerwcu 2023 roku u wybrzeży Islandii. Grały Brazylia i Norwegia, w żołądku Björk, przy fatalnej pogodzie na zewnątrz — sztorm z wiatrem o prędkości osiemdziesięciu kilometrów na godzinę.

Organizatorzy rozważali odwołanie meczu. Björk jednak — i to jest fakt potwierdzony przez wszystkich obecnych — przypłynęła do wyznaczonego punktu o czasie, otworzyła paszczę na sygnał dźwiękowy i czekała.

— Wieloryb chciał grać — powiedział Moreau, sędzia, z wyrazem twarzy człowieka, który sam nie wierzy w to, co mówi. — Kto ja jestem, żeby odmówić wielorybowi?

Mecz zaczął się o siedemnastej czternaście czasu islandzkiego. Brazylia szybko objęła prowadzenie — Souza strzelił z woleja, piłka odbiła się od górnej ściany żołądka i wpadła do bramki Norwegii. Henriksen wyrównał w ósmej minucie strzałem głową — jedynym w historii piłki nożnej wewnętrznej strzałem głową, bo sufit jest tak niski, że zwykle nie ma miejsca na wyskoczenie. Henriksen nie wyskoczył — schylił się, bo piłka toczyła się po podłodze, i uderzył ją czołem na kolanach.

W dwunastej minucie sztorm na zewnątrz nasilił się. Björk zaczęła się kołysać. Podłoże wewnątrz żołądka falowało jak pokład statku. Zawodnicy ślizgali się, upadali, wstawali, ślizgali się znowu. Piłka toczyła się samowolnie od ściany do ściany. Sędzia przerwał grę trzy razy w ciągu dwóch minut.

A potem — w piętnastej minucie, na trzydzieści sekund przed końcem meczu — Björk zanurkowała.

Nie było ostrzeżenia. Nie było sygnału. Wieloryb po prostu zszedł w głębinę, gwałtownie, na może dwadzieścia pięć metrów, i w żołądku zapanowała chwila nieważkości — zawodnicy, piłka, bramki, sędzia, wszystko uniosło się w powietrze na ułamek sekundy, zanim grawitacja i ciśnienie wody wcisnęły ich z powrotem w podłoże.

W tym ułamku sekundy — zawieszeni w powietrzu wewnątrz wieloryba, piętnastej piętnaście metrów pod powierzchnią Atlantyku Północnego — sześciu zawodników, sędzia i piłka tworzyli konstelację ciał w ruchu, jak gdyby ktoś wrzucił ich do kosmicznego bębna pralki i nacisnął wirowanie.

I w tym ułamku sekundy piłka — niekopnięta, niedotknięta, posłuszna wyłącznie prawom fizyki i kaprysom wieloryba — wtoczyła się do bramki Brazylii.

Dwa do dwóch.

Kiedy Björk się wynurzyła — trzydzieści sekund później, spokojnie, jakby nic się nie stało — Moreau spojrzał na zegarek, spojrzał na piłkę leżącą w siatce bramki, spojrzał na sześciu zawodników leżących na mokrym podłożu żołądka, i zagwizdał.

Koniec meczu. Remis dwa do dwa. Dogrywka nie wchodziła w grę — regulamin wyraźnie stanowi, że po incydencie nurkowania kategorii trzeciej mecz musi zostać zakończony natychmiast.

Na konferencji prasowej — odbytej na pokładzie statku badawczego Fróði, przy gorącej kawie i koce na ramionach, bo wszyscy się trzęśli — Henriksen został zapytany, co czuł w momencie nurkowania.

Henriksen milczał przez dłuższą chwilę. Potem powiedział coś, co stało się mottem piłki nożnej wewnętrznej, cytowanym na koszulkach, plakatach i w każdym artykule o tym sporcie:

— Przez jedną sekundę byłem wewnątrz czegoś, co jest większe niż sport. Większe niż ja. Większe niż wszystko, co znam. I w tej jednej sekundzie zrozumiałem, dlaczego to robimy. Nie robimy tego dla goli. Nie robimy tego dla wyników. Robimy to, żeby poczuć, że jesteśmy częścią czegoś żywego. Czegoś, co oddycha, co się porusza, co nas niesie. Robimy to, żeby pamiętać, że jesteśmy mali.

Na statku zapadła cisza. Morze szumiało za burtą. Gdzieś w ciemności Atlantyku Björk wypuściła fontannę powietrza — widoczną w świetle reflektora statku — i zanurkowała ponownie. Tym razem sama. Bez piłki. Bez zawodników. Bez bramek.

Souza, siedzący obok Henriksena, pokiwał głową.

— Norwegowie zawsze muszą być dramatyczni — powiedział. — Ale ma rację. Cholera jasna, ma rację.


Piłka nożna wewnętrzna jest najdziwniejszym sportem, o jakim słyszałem, pisałem i o jakim kiedykolwiek będę pisał. Jest absurdalna, kontrowersyjna, potencjalnie nieetyczna, logistycznie koszmarna i estetycznie niezapomniana. Jest sportem, w którym boisko oddycha, ściany się kurczą, sufit kapie, podłoga faluje, a przeciwnikiem równie groźnym jak drużyna rywali jest układ trawienny zwierzęcia ważącego sto pięćdziesiąt ton.

Jest też sportem, w którym — i to jest coś, czego nie oferuje żadna inna dyscyplina na świecie — gracz musi pogodzić się z faktem, że nie jest najważniejszą istotą na boisku. Że boisko jest istotą. Że boisko żyje. Że boisko ma serce, które bije, płuca, które oddychają, i żołądek, który trawi.

I że boisko — być może, tego nie wiemy na pewno — kibicuje.

Piłka nożna napowietrzna

Jest taki moment podczas swobodnego spadania, gdzieś między trzecią a piątą sekundą po opuszczeniu samolotu, kiedy ludzki mózg podejmuje decyzję. Nie świadomą decyzję, nie racjonalną kalkulację — raczej coś w rodzaju biologicznego referendum, w którym każda komórka ciała głosuje za lub przeciw. Za paniką lub za spokojem. Za krzykiem lub za ciszą. Za życiem w pełnym tego słowa znaczeniu lub za zamknięciem oczu i czekaniem na koniec.

Większość skoczków spadochronowych opisuje ten moment jako chwilę absolutnej jasności. Świat się upraszcza. Nie ma rachunków do zapłacenia, nie ma kłótni z partnerem, nie ma zaległości w pracy. Jest tylko powietrze, prędkość i ziemia, która rośnie na dole z uprzejmą, ale nieubłaganą cierpliwością.

A teraz wyobraźcie sobie, że w tym momencie — w tej chwili biologicznego referendum, kiedy każda komórka ciała krzyczy, że spadacie z wysokości pięciu i pół tysiąca metrów — ktoś kopie was piłką w głowę.

Witajcie w piłce nożnej napowietrznej.


Historia tego sportu zaczyna się — jak historie wielu genialnie szalonych przedsięwzięć — od zakładu. Konkretnie od zakładu zawartego czternastego marca 2014 roku w barze Coyote Ugly w Eloy, Arizona, miasteczku, które jest dla skoczków spadochronowych tym, czym Hollywood dla aktorów: miejscem, gdzie wszystko się zaczyna i gdzie wielu kończy.

Eloy jest siedzibą Skydive Arizona, jednego z największych ośrodków skoków spadochronowych na świecie. W każdy weekend w powietrze wzbija się tam kilkadziesiąt samolotów, z których wyskakuje kilkaset osób, żeby przez minutę lub dwie poczuć się jak bogowie, a potem wylądować na płaskiej arizońskiej pustyni i pójść na piwo. To właśnie piwo — a dokładniej siedemnaste piwo tamtego wieczoru — było katalizatorem tego, co później nazwano Wielkim Pomysłem Eloy.

Przy barze siedzieli dwaj ludzie, których połączyło piwo i rozdzielała niemal każda inna cecha osobowości. Pierwszy: Jake „Rocket” Morrison, Amerykanin, trzydzieści dwa lata, były pilot myśliwca F-16, który po odejściu z armii stał się jednym z najbardziej kaskaderskich skoczków spadochronowych na świecie — człowiek, który skakał z dachów drapaczy chmur, z balonów stratosferycznych i raz, w ramach zakładu, z helikoptera lecącego do góry nogami. Morrison miał reputację kogoś, kto nie potrafi powiedzieć „nie” żadnemu pomysłowi, który zawiera słowa „spadanie” i „szybko”.

Drugi: Didier Fontaine, Francuz, czterdzieści jeden lat, były napastnik drugoligowego klubu piłkarskiego z Tuluzy, który zakończył karierę piłkarską po trzecim zerwaniu więzadła krzyżowego i odkrył skoki spadochronowe jako terapię — bo, jak sam mówił, jedynym sposobem na zapomnienie o bólu kolana jest spadanie z pięciu tysięcy metrów, kiedy to kolano przestaje być twoim największym problemem.

Morrison i Fontaine znali się od dwóch lat. Skakali razem, pili razem, kłócili się razem o wszystko — od polityki po muzykę, od kobiet po sens życia. Morrison był głośny, impulsywny, żył chwilą. Fontaine był cichy, analityczny, myślał w kategoriach strategii i konsekwencji. Byli jak ogień i woda. Albo — jak później napisał o nich dziennikarz „Sports Illustrated” — jak zapałka i beczka prochu.

Tamtego wieczoru rozmowa, jak zwykle, zeszła na sport.

— Futbol jest nudny — powiedział Morrison, odsuwając pusty kufel. — Ludzie biegają po trawie i udają, że ich boli. Gdzie tu adrenalina?

— Futbol jest piękny — odpowiedział Fontaine, z typowo francuskim akcentem i typowo francuską pogardą dla amerykańskiej ignorancji w kwestiach piłkarskich. — Ty po prostu nie rozumiesz gry.

— Rozumiem grę doskonale. Dwadzieścia dwóch facetów biega za jedną piłką. Czasem jeden z nich ją kopnie. Czasem wpadnie do bramki. Tłum krzyczy. Koniec. To jest to samo, co robią psy w parku, tylko psy robią to za darmo.

Fontaine zamknął oczy. Policzył do pięciu. Otworzył oczy.

— A co byś powiedział — zaczął powoli, bo Fontaine zawsze mówił powoli, kiedy przygotowywał argument — gdyby ci dwudziestu dwóch facetów biegało za piłką w powietrzu? Na wysokości pięciu tysięcy metrów? Spadając?

Morrison postawił kufel na barze. Przez chwilę patrzył na Fontaine’a z wyrazem twarzy, którego nie potrafię opisać inaczej niż jako iluminację.

— To — powiedział Morrison — jest najlepszy pomysł, jaki kiedykolwiek słyszałem.

— To był sarkazm — powiedział Fontaine.

— Nie obchodzi mnie, czym to było. Robimy to.


Nie zrobili tego od razu. Między tamtym wieczorem a pierwszym oficjalnym meczem piłki nożnej napowietrznej minęły cztery lata, w ciągu których Morrison i Fontaine przeszli drogę od pijanego pomysłu do czegoś, co — przynajmniej w świecie sportów ekstremalnych — zaczęło przypominać dyscyplinę sportową.

Pierwszym problemem były bramki. W tradycyjnej piłce nożnej bramka stoi nieruchomo na ziemi. To proste. W piłce nożnej napowietrznej bramka musi spadać razem z bramkarzem, co jest zdecydowanie mniej proste. Morrison, który miał talent do rozwiązywania problemów za pomocą taśmy klejącej i zdrowego rozsądku, zaproponował początkowo, żeby bramkarze trzymali w rękach składane ramy z siatką. Fontaine natychmiast wskazał, że bramkarz z ramą w rękach nie może bronić, bo ma zajęte ręce.

— To jest problem — przyznał Morrison.

— To jest problem — zgodził się Fontaine.

Rozwiązanie przyszło z najbardziej nieoczekiwanego kierunku: od babci Fontaine’a. Madame Colette Fontaine, osiemdziesięciotrzyletnia mieszkanka Tuluzy, która w życiu nie widziała spadochronu i nie zamierzała, robiła na drutach kosze wiklinowe na chleb. Kiedy Didier odwiedził ją w grudniu 2015 roku i — z braku lepszych tematów do rozmowy — opowiedział jej o problemie z bramkami, babcia spojrzała na niego znad drutu i powiedziała:

— Dlaczego nie przyczepisz im koszy na plecach? Jak nosiłam węgiel w Bordeaux po wojnie, nosiłam go w koszu na plecach. Ręce były wolne.

Fontaine zadzwonił do Morrisona z kuchni babci, stojąc obok garnka z zupą cebulową.

— Kosze — powiedział.

— Co?

— Kosze wiklinowe. Na plecach. Bramkarze noszą kosze na plecach. Przeciwnicy muszą kopnąć piłkę do kosza. Bramkarz broni, odwracając się, manewrując w powietrzu, zasłaniając kosz ciałem.

Cisza w słuchawce. Potem głos Morrisona, cichy i pełen szacunku:

— Didier, twoja babcia jest geniuszem.

— Wiem — odpowiedział Fontaine. — Chce, żebyś do niej zadzwonił i podziękował.

Morrison zadzwonił. Rozmowa trwała czterdzieści minut. Morrison nie mówił po francusku, madame Fontaine nie mówiła po angielsku, ale jakoś się dogadali. Kiedy Morrison odłożył słuchawkę, miał łzy w oczach.

— Co ci powiedziała? — zapytał Fontaine.

— Nie mam pojęcia — odpowiedział Morrison. — Ale brzmiała jakby mnie kochała.


Kosze wiklinowe stały się ikonicznym elementem piłki nożnej napowietrznej. Współcześnie są oczywiście wykonywane nie z wikliny, lecz z lekkiego kompozytu karbonowego — ale ich kształt, rozmiar i sposób mocowania na plecach bramkarza pozostały wierne oryginalnemu projektowi, który Fontaine naszkicował na odwrocie paragonu z boulangerie swojej babci. Kosz ma średnicę osiemdziesięciu centymetrów i głębokość sześćdziesięciu centymetrów, jest zamocowany na specjalnej uprzęży, która pozwala bramkarzowi obracać się w powietrzu o trzysta sześćdziesiąt stopni wokół każdej osi, jednocześnie utrzymując kosz w stabilnej pozycji.

Bramkarz w piłce nożnej napowietrznej jest sportowcem innego rodzaju niż w jakiejkolwiek innej dyscyplinie. Musi być jednocześnie skoczkiem spadochronowym klasy mistrzowskiej — bo manewrowanie w swobodnym spadaniu wymaga setek godzin praktyki — i obrońcą o instynktach kota, zdolnym wyczuć, z którego kierunku nadleci piłka, i obrócić ciało tak, by zasłonić kosz. Bramkarz nie łapie piłki rękami — to byłoby zbyt proste i zbyt bezpieczne. Bramkarz broni ciałem, pozycją, ruchem. A piłka, kopnięta przez napastnika spadającego z prędkością dwustu kilometrów na godzinę, leci z siłą, której nie powstydziłby się zawodowy bokser.

— Bycie bramkarzem w piłce napowietrznej — powiedział mi Kenji Yamamoto, Japończyk, dwukrotny mistrz świata na pozycji bramkarza, człowiek o ciemnych, spokojnych oczach i ciele tak elastycznym, że wyglądał jak stworzony z gumy — jest jak bycie tarczą strzelecką, która próbuje uciec przed strzałem. Ale nie możesz uciec, bo piłka jest szybsza. Możesz się tylko obrócić. I modlić się, żeby trafiła w ciebie, a nie w kosz.

— Wolisz, żeby piłka trafiła w ciebie?

— Tak. Zdecydowanie. Kiedy piłka trafia w ciebie, to boli. Kiedy piłka trafia w kosz, to gol. Ból mija. Gol zostaje.


Ale bramkarze to dopiero początek. Opowiem teraz o tym, jak wygląda mecz od początku do końca, bo jest to sekwencja wydarzeń tak kinematograficzna, że żaden reżyser nie odważyłby się jej wymyślić — bo recenzenci powiedzieliby, że przesadził.

Dwa samoloty — zwykle dwusilnikowe transportowe De Havilland Twin Otter, ulubione maszyny skoczków spadochronowych na całym świecie — lecą równolegle na wysokości pięciu tysięcy pięciuset metrów. Odległość między samolotami wynosi około trzystu metrów. W każdym samolocie siedzi jedenastu zawodników — bramkarz i dziesięciu graczy polowych — ubranych w barwy swoich drużyn, ze spadochronami na plecach i kaskach wyposażonymi w kamery, mikrofony i odbiorniki GPS.

Sędzia główny nie jest w powietrzu. Sędzia główny siedzi na ziemi, w specjalnym centrum dowodzenia, przed ścianą monitorów pokazujących obraz z trzydziestu sześciu kamer — dwudziestu dwóch zamontowanych na kaskach zawodników, dwóch na piłce, czterech na dronach towarzyszących spadającemu stadzie i ośmiu naziemnych teleskopowych. Sędzia ma łączność radiową ze wszystkimi zawodnikami i może przerwać grę w każdej chwili sygnałem dźwiękowym transmitowanym bezpośrednio do słuchawek w kaskach.

Na sygnał sędziego — trzy krótkie tony, jak w starcie rakiety kosmicznej — z obu samolotów wyskakują jednocześnie bramkarze. Spadają przez trzy sekundy, stabilizując pozycję, rozkładając ręce i nogi w klasyczną postawę spadochroniarza — brzuchem do ziemi, kosz sterczy na plecach jak groteskowy garb. Potem — po kolejnym sygnale — z samolotów wysypują się zawodnicy. Po dziesięciu z każdego. Dwadzieścia ciał w powietrzu, spadających z prędkością, która w ciągu kilku sekund osiąga dwieście kilometrów na godzinę.

I wtedy — w momencie, który widzowie na ziemi opisują jako „eksplozję w odwrotną stronę” — ze specjalnej wyrzutni zamontowanej pod kadłubem trzeciego samolotu, lecącego między dwoma transportowcami, zostaje wystrzelona piłka. Piłka leci w sam środek spadającego stada ludzi, jak kula armatnia wycelowana w klucz ptaków.

— Ten moment — powiedział mi Morrison, siedząc na werandzie swojego domu w Eloy, z nogami na barierce i puszką piwa w dłoni — ten moment, kiedy piłka pojawia się w powietrzu między dwudziestoma spadającymi ludźmi, jest najpiękniejszą rzeczą, jaką w życiu widziałem. I widziałem to setki razy. I za każdym razem dostaje gęsiej skórki.

— Dlaczego?

— Bo w tej jednej chwili dwadzieścia osób zapomina, że spada. Każdy z nich myśli tylko o piłce. To jest moment, w którym sport wygrywa z fizyką. Kiedy instynkt gry jest silniejszy niż instynkt przetrwania.

I to jest zarówno piękno, jak i horror piłki nożnej napowietrznej.


Bo jest coś, o czym muszę napisać. Coś, co wisi nad tym sportem — dosłownie i metaforycznie — jak cień, którego nie da się odgonić. Coś, co kryje się w ostatnim zdaniu regulaminu, wydrukowanym pogrubioną czcionką, podkreślonym i oznaczonym trzema wykrzyknikami:

„Zawodnik jest osobiście i wyłącznie odpowiedzialny za otwarcie swojego spadochronu na bezpiecznej wysokości. Organizator, sędzia ani żaden inny uczestnik rozgrywek nie ponosi odpowiedzialności za konsekwencje nieotwarcia spadochronu.”

W ferworze sportowej rywalizacji — kiedy piłka leci, kiedy bramka jest otwarta, kiedy do gola brakuje jednego kopnięcia — zawodnicy muszą pamiętać, że ziemia nadchodzi. Że mają na to ograniczoną ilość czasu. Że spadochron trzeba otworzyć na wysokości co najmniej ośmiuset metrów, bo poniżej tej granicy czasza może nie zdążyć się rozwinąć.

— To jest jedyny sport na świecie — powiedział mi Fontaine, a jego głos był cichy i poważny, pozbawiony zwykłej ironii — w którym zapomnienie o zakończeniu gry może cię zabić.

I ludzie zapominali.

Nie chcę dramatyzować. Nie chcę budować napięcia kosztem tragedii. Ale muszę powiedzieć prawdę: w dwunastoletniej historii piłki nożnej napowietrznej dwóch zawodników otworzyło spadochrony na wysokości poniżej trzystu metrów — co jest desperacko, śmiertelnie niską wysokością. Obaj przeżyli, ale jeden — Dmitrij Volkov, rosyjski napastnik, który w ferworze ataku na bramkę zapomniał o spadochronie i otworzył go na wysokości dwustu dziesięciu metrów — wylądował z taką siłą, że złamał obie nogi i miednicę.

Volkov przeżył. Nigdy więcej nie skoczył.

Rozmawiałem z nim przez telefon. Mieszka teraz w Petersburgu, prowadzi szkołę piłkarską dla dzieci. Tradycyjną, naziemną szkołę piłkarską.

— Nie żałuję — powiedział, a jego głos miał ciepło człowieka, który pogodził się ze swoimi wyborami. — Nie żałuję ani jednej sekundy w powietrzu. Ale żałuję tych trzech sekund, kiedy powinienem był pociągnąć za linkę, a zamiast tego kopnąłem piłkę.

— Trafiłeś?

Długa pauza.

— Trafiłem. Był gol. Wygraliśmy ten mecz.

— Czy było warto?

— Zapytaj moje nogi.


Po incydencie z Volkovem — który miał miejsce w 2020 roku i który wstrząsnął środowiskiem piłki napowietrznej jak trzęsienie ziemi — wprowadzono system bezpieczeństwa, który Fontaine nazwał „Aniołem Stróżem”. Jest to automatyczny aktywator spadochronu — urządzenie elektroniczne, które mierzy wysokość i prędkość spadania, i które automatycznie otwiera spadochron, jeśli zawodnik tego nie zrobi do momentu osiągnięcia wysokości sześciuset metrów.

System działa. Dwukrotnie uratował życie zawodnikom, którzy — pochłonięci grą — nie zdążyli lub zapomnieli otworzyć spadochronów. Ale jego istnienie stworzyło nowy, nieoczekiwany problem taktyczny: granicę bezpieczeństwa.

Granica bezpieczeństwa — zwana w żargonie zawodników „linią anioła” lub, mniej poetycko, „linią idioty” — to wysokość, poniżej której automatyczny system otworzy spadochron niezależnie od woli zawodnika. Kiedy system się aktywuje, zawodnik jest natychmiast wyciągany z gry — spadochron otwiera się, zawodnik zwalnia, odlatuje od stada i jest dyskwalifikowany. Dokładnie jak w piłce nożnej pionowej, gdzie odpadnięcie od ściany kończy mecz — tutaj otwarcie spadochronu, dobrowolne czy automatyczne, kończy udział w grze.

I tu zaczyna się psychologiczna gra w grze.

— Każdy zawodnik wie, że ma limit — wyjaśnił mi Fontaine, rysując diagramy na serwetce w kawiarni w Tuluzie. — Wyskakujesz z pięciu i pół tysiąca metrów. Musisz otworzyć spadochron na ośmiuset metrach. To daje ci cztery tysiące siedemset metrów swobodnego spadania. Przy prędkości końcowej dwustu kilometrów na godzinę — to jest jakieś sześćdziesiąt pięć do siedemdziesięciu sekund. Tyle trwa mecz.

— Siedemdziesiąt sekund?

— Siedemdziesiąt sekund. To jest cały mecz. Od wyskoku do otwarcia spadochronów. Siedemdziesiąt sekund, żeby strzelić gola, obronić gola, wygrać, przegrać i nie zginąć.

Siedemdziesiąt sekund. Zapamiętajcie tę liczbę, bo ona jest kluczem do zrozumienia piłki nożnej napowietrznej. Siedemdziesiąt sekund czystej, nierozcieńczonej intensywności. Siedemdziesiąt sekund, w których mieści się więcej adrenaliny, więcej decyzji, więcej emocji niż w dziewięćdziesięciu minutach tradycyjnego meczu piłkarskiego.


Taktyka w piłce nożnej napowietrznej jest — wbrew pozorom — niezwykle wyrafinowana. Może się wydawać, że dwadzieścia osób spadających z nieba z piłką pomiędzy nimi to chaos nie do opanowania. I przez pierwsze dwa lata istnienia tego sportu tak właśnie było — chaos, bałagan, kolizje w powietrzu, piłka lecąca w przypadkowych kierunkach, bramkarze obracający się bezradnie, nie wiedząc, skąd nadleci strzał.

Ale ludzie — a zwłaszcza ludzie rywalizujący o zwycięstwo — mają zdumiewającą zdolność do znajdowania porządku w chaosie.

Pierwszą formalną taktykę opracował Fontaine, wykorzystując swoje piłkarskie doświadczenie. Nazwał ją „Klinem Grawitacyjnym”. Koncepcja jest prosta: drużyna formuje się w kształt odwróconego klina, z napastnikami spadającymi szybciej — w pozycji głową w dół, co zwiększa prędkość — i obrońcami spadającymi wolniej — w pozycji rozpostartej, co zwiększa opór powietrza. To tworzy naturalne rozciągnięcie formacji w pionie, co daje napastnikom przewagę czasową — docierają do piłki kilka sekund wcześniej niż rywale.

— Ale jest ryzyko — tłumaczył mi Fontaine. — Napastnicy spadający głową w dół mają większą prędkość, ale mniejszą kontrolę. Są szybsi, ale mniej precyzyjni. I zużywają więcej wysokości. Jeśli nie strzelą gola szybko, zabraknie im czasu i przestrzeni.

— Co wtedy?

— Wtedy anioł ich zabiera — powiedział Fontaine z ponurym uśmiechem. — System automatyczny otwiera im spadochrony i wypadają z gry. Widziałem mecze, w których cała linia ataku jednej drużyny została wyciągnięta przez system bezpieczeństwa w ciągu dziesięciu sekund, bo zbyt agresywnie nurkowali.

Drugą wielką innowacją taktyczną było tak zwane „Gniazdowanie” — technika opracowana przez drużynę japońską, która polega na tym, że trzech lub czterech zawodników formuje wokół bramkarza ścisły pierścień ochronny, spadając w tej samej pozycji i z tą samą prędkością, tworząc żywą tarczę wokół kosza na plecach bramkarza. Przeciwnicy, żeby oddać strzał, muszą najpierw przebić się przez pierścień — a przebijanie się przez grupę ludzi spadających z prędkością dwustu kilometrów na godzinę nie jest zajęciem dla delikatnych.

— Japończycy zmienili ten sport — przyznał Morrison, który nigdy nie przyznawał się do podziwiania czyichkolwiek pomysłów oprócz swoich. — Zanim oni weszli do gry, piłka napowietrzna była jak bar room brawl — bójka barowa z piłką. Japończycy wprowadzili dyscyplinę. Formację. Choreografię. To przestało być spadanie z kopaniem piłki. To zaczęło być latanie z graniem w piłkę.

Yamamoto, japoski bramkarz, widział to inaczej.

— Morrison zawsze mówi o nas jak o mnichach zen, którzy przynoszą porządek w chaos — powiedział, uśmiechając się delikatnie. — Prawda jest prostsza. Jesteśmy po prostu lepiej zorganizowani. I bardziej boimy się śmierci. Strach jest doskonałym motywatorem do planowania.


Mecz piłki nożnej napowietrznej ogląda się z ziemi, przez lornetki, kamery teleskopowe i — przede wszystkim — na ekranach. Transmisja na żywo, montowana w czasie rzeczywistym z dziesiątek kamer, jest doświadczeniem wizualnym tak intensywnym, że wielu widzów doświadcza fizycznych reakcji — przyspieszenia tętna, pocenia się dłoni, a w ekstremalnych przypadkach zawrotów głowy.

Obraz z kamery zamontowanej na kasku napastnika, który nurkuje głową w dół w kierunku piłki, z ziemią wirującą pięć tysięcy metrów poniżej i ciałami innych zawodników rozproszonymi wokół jak kolorowe konfetti — ten obraz jest czymś, na co ludzki mózg nie został ewolucyjnie przygotowany. Widzowie na ziemi, siedzący bezpiecznie na trybunach — bo mecze piłki napowietrznej rozgrywane są nad wyznaczonymi strefami z trybunami dla widzów, jak pokazy lotnicze — reagują na ten obraz krzykami, które słychać z odległości kilometrów.

— Pierwszy raz, kiedy obejrzałem transmisję z kamery bramkarza — powiedział mi Eduardo Sánchez, meksykański dziennikarz sportowy, który napisał pierwszą książkę o piłce napowietrznej, zatytułowaną „Sesenta Segundos” — zwymiotowałem. Dosłownie zwymiotowałem. Obraz obracał się — bramkarz się obracał, próbując zasłonić kosz — i mój żołądek powiedział: nie. Potem obejrzałem drugi raz. I trzeci. Za czwartym razem już się nie bałem. Za piątym byłem uzależniony.

Uzależnienie. To słowo pojawia się w rozmowach o piłce napowietrznej z częstotliwością, która powinna niepokoić, ale zamiast tego fascynuje. Zawodnicy mówią o uzależnieniu od adrenaliny. Widzowie mówią o uzależnieniu od widowiska. Organizatorzy mówią o uzależnieniu od szaleństwa. Wszyscy mówią o uzależnieniu od tych siedemdziesięciu sekund, w które upchane jest więcej życia niż w całych tygodniach normalnej egzystencji.


Muszę opowiedzieć o meczu, który zmienił wszystko. O finale Pucharu Świata Piłki Napowietrznej w 2022 roku, rozegranym nad pustynią Wadi Rum w Jordanii, w grudniowe popołudnie tak czyste i jasne, że niebo wyglądało jak niebieska porcelana.

Grały Stany Zjednoczone i Japonia. Morrison — tak, ten sam Morrison, który wymyślił ten sport — grał na pozycji kapitana drużyny amerykańskiej. Miał czterdzieści lat, był najstarszym zawodnikiem w historii rozgrywek, a jego ciało — jak sam przyznawał — protestowało przeciwko każdemu skokowi z coraz większym entuzjazmem. Ale Morrison nie potrafił nie grać. Morrison bez piłki napowietrznej był jak ryba bez wody — technicznie żywy, ale praktycznie martwy.

Po drugiej stronie stał Yamamoto, ze swoim koszem na plecach, ze swoim spokojem buddyjskiego mnicha i ze swoją drużyną, która przez trzy lata nie przegrała ani jednego meczu.

Dwadzieścia dwa ciała wypadło z samolotów o czternastej zero siedem czasu lokalnego. Piłka została wystrzelona trzy sekundy później. Trafienie piłki w sam środek spadającego stada — co jest zadaniem operatora wyrzutni, jednego z najważniejszych i najmniej docenianych ludzi w piłce napowietrznej — było perfekcyjne. Piłka pojawiła się na wysokości pięciu tysięcy dwustu metrów, między dwoma formacjami, jak jabłko niezgody rzucone między bogów.

Morrison ruszył pierwszy. W pozycji głową w dół, z rękoma przyciśniętymi do ciała, nurkował jak pocisk w kierunku piłki. Fontaine, który był komentatorem tego meczu dla francuskiej telewizji, powiedział na antenie:

— Morrison leci jak szalony. Morrison zawsze leci jak szalony. Ale tym razem leci szalony jak nigdy.

Morrison dotarł do piłki na wysokości czterech tysięcy ośmiuset metrów. Kopnął ją — potężnym uderzeniem prawej nogi, które w powietrzu wygląda jak coś między kopnięciem karate a konwulsją epileptyczną — w kierunku japońskiej bramki. Piłka pomknęła. Yamamoto obrócił się. Piłka minęła kosz o centymetry.

Nie było gola. Ale publiczność na ziemi — pięć tysięcy ludzi siedzących na trybunach w jordańskiej pustyni, z lornetkami przy oczach i ekranami przed twarzami — wrzasnęła tak głośno, że echo odbiło się od ścian Wadi Rum.

Gol padł w trzydziestej drugiej sekundzie. Strzelił go nie Morrison, nie żaden z amerykańskich gwiazdorów, ale Takeshi Mori, dwudziestoletni japoński skrzydłowy, który — zgodnie z japońską taktyką Gniazdowania — ukrywał się za plecami obrońców, niewidoczny dla Amerykanów, i w momencie, kiedy piłka odbiła się od ramienia jednego z zawodników i poleciała w przypadkowym kierunku, Mori wyłonił się znikąd, wykonał piruet w powietrzu i kopnął piłkę z przewrotki — w powietrzu, spadając z prędkością dwustu kilometrów na godzinę, do góry nogami — prosto w kosz amerykańskiego bramkarza.

Gol. Jeden do zera dla Japonii.

Morrison, który widział to z odległości trzydziestu metrów, przez mikrofon w kasku powiedział jedno słowo. Tym razem mogę je zacytować, bo było przyzwoite.

— Pięknie — powiedział Morrison.

A potem dodał:

— Ale teraz my.

Następne trzydzieści osiem sekund było najintensywniejszymi trzydziestoma ośmioma sekundami w historii sportu. Nie mówię tego lekko. Mówię to po obejrzeniu nagrania czternaście razy, po rozmowach z zawodnikami, sędzią i psychologiem sportowym, który analizował ten fragment klatka po klatce.

Amerykanie przeszli do totalnego ataku. Morrison, ignorując wszelkie zasady ostrożności, nurkował pionowo w dół, zwiększając prędkość do dwustu czterdziestu kilometrów na godzinę — znacznie powyżej normalnej prędkości końcowej, co jest możliwe tylko w pozycji głową w dół z rękoma przyciśniętymi do ciała, ale co drastycznie skraca czas do otwarcia spadochronu.

Na wysokości dwóch tysięcy metrów — zostało mu niecałe dwadzieścia sekund do linii anioła — Morrison przechwycił piłkę. Kopnął ją do Brada Kowalczyka, lewego pomocnika, który podał ją dalej do Carlosa Reypsa, napastnika meksykańsko-amerykańskiego, który odegrał piętką — piętką, w powietrzu, spadając — z powrotem do Morrisona.

Morrison był teraz na wysokości tysiąca trzystu metrów. Linia anioła za siedem sekund. Yamamoto wisiał przed nim — jeśli można „wisieć”, spadając z prędkością dwustu kilometrów na godzinę — z koszem na plecach, otoczony pierścieniem japońskich obrońców.

Morrison nie strzelał. Zamiast tego zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał, czego nikt nie ćwiczył, czego nikt nigdy wcześniej nie próbował. Złapał piłkę rękoma.

Faul. Oczywisty, bezczelny, celowy faul. Ręka w piłce nożnej. Zagranie, za które w normalnych okolicznościach dostaje się żółtą lub czerwoną kartkę. Morrison złapał piłkę i trzymał ją, spadając, patrząc prosto w kamerę na kasku Yamamoto.

Sędzia na ziemi — Moreau, ten sam Francuz, który sędziował mecze piłki nożnej wewnętrznej, człowiek o nerwach ze stali i poczuciu humoru z granitu — odezwał się przez radio:

— Morrison, ręka. Rzut wolny dla Japonii.

— Wiem — odpowiedział Morrison przez radio. — Ale mecz się kończy. Za pięć sekund każdy z nas musi otworzyć spadochron albo umrzeć. Chciałem po prostu… trzymać piłkę. Przez chwilę. W powietrzu. Jedną ostatnią chwilę.

Cisza w eterze. Dwadzieścia dwa ciała spadały. Ziemia rosła. Jordańska pustynia, czerwona i bezkresna, wypełniała coraz większą część pola widzenia.

— Otworzyć spadochrony — powiedział Moreau.

I otworzyli. Dwadzieścia dwa spadochrony rozkwitły na niebie nad Wadi Rum jak dwadzieścia dwa kwiaty — jedenaście niebieskich, jedenaście białych — i zawodnicy zwolnili, odlatując od siebie, opadając łagodnie na pustynię.

Morrison wylądował ostatni. Trzymał piłkę pod pachą. Kiedy jego stopy dotknęły piasku, upadł na kolana i położył piłkę przed sobą na ziemi.

Fontaine, który komentował mecz, milczał przez pięć sekund. Potem powiedział:

— Morrison właśnie przegrał mecz. I właśnie wygrał coś o wiele większego.


Japonia wygrała jeden do zera. Morrison dostał żółtą kartkę za zagranie ręką. Miesiąc później ogłosił zakończenie kariery. Na konferencji prasowej, w Eloy, w tym samym barze Coyote Ugly, w którym wszystko się zaczęło, pił piwo i odpowiadał na pytania dziennikarzy z całego świata.

Ostatnie pytanie zadała młoda dziennikarka z Tokio. Była niska, nosiła okulary i miała głos cichy jak szept.

— Panie Morrison — powiedziała — dlaczego złapał pan piłkę?

Morrison odstawił piwo. Przez chwilę patrzył na sufit baru, jakby szukał odpowiedzi między zakurzonymi wiatrakami i neonowymi znakami.

— Bo przez siedemdziesiąt sekund — powiedział wreszcie — byłem w miejscu, w którym ludzie nie powinni się znajdować. W powietrzu. Bez podłogi. Bez ścian. Bez dachu. Tylko ja, piłka i niebo. I chciałem zabrać z tego miejsca jedną rzecz. Jedną materialną, namacalną rzecz, którą mógłbym potem trzymać w rękach i powiedzieć: to było prawdziwe. To się naprawdę zdarzyło.

— I piłka była tą rzeczą?

— Piłka była tą rzeczą.

Potem Morrison wstał, wyszedł z baru i wsiadł do pickupa. Fontaine, który siedział w kącie i udawał, że nie słucha, dopił swoje piwo i powiedział do siebie, choć słyszeli go wszyscy:

— Amerykanie. Zawsze muszą być dramatyczni.

Ale miał łzy w oczach.


Piłka nożna napowietrzna jest sportem, który trwa siedemdziesiąt sekund. Siedemdziesiąt sekund, w których dwudziestu dwóch ludzi spada z nieba, kopiąc piłkę i próbując trafić do wiklinowego kosza na plecach człowieka, który robi wszystko, żeby im w tym przeszkodzić. Siedemdziesiąt sekund, po których każdy z nich musi pamiętać, że ziemia nadchodzi i że spadochron trzeba otworzyć.

To jest sport, w którym zapominalstwo jest śmiertelne. W którym grawitacja jest zegarem. W którym niebo jest boiskiem, wiatr jest przeciwnikiem, a lądowanie — jedynym wynikiem, który naprawdę się liczy.

To jest sport, który nie powinien istnieć. Który istnieje wbrew logice, wbrew rozsądkowi i wbrew radom każdego specjalisty od bezpieczeństwa na świecie. Który istnieje, bo dwóch ludzi siedzących przy barze w Arizonie — jeden głośny, drugi cichy, jeden Amerykanin, drugi Francuz — spojrzało w niebo i zobaczyło nie pustkę, lecz boisko.

I bo jedna babcia w Tuluzie, robiąc na drutach kosz na chleb, powiedziała:

— Dlaczego nie przyczepisz im koszy na plecach?

Dlaczego nie, madame Fontaine. Dlaczego nie.

Piłka nożna rurowa

Są sporty, które testują ciało. Są sporty, które testują umysł. Są sporty, które testują odwagę, wytrzymałość, spryt, zwinność i wolę zwycięstwa. A potem jest piłka nożna rurowa — sport, który testuje wszystko naraz, w stalowej rurze o średnicy dziewięćdziesięciu jeden centymetrów, zaspawane na obu końcach, z piłką, której nie wolno dotknąć ręką, i ze szczurami, które — ale do szczurów jeszcze wrócimy.

Do szczurów zawsze się wraca.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o piłce nożnej rurowej, pomyślałem, że ktoś żartuje. Kiedy zobaczyłem pierwsze nagrania, pomyślałem, że to deepfake. Kiedy pojechałem do Sheffield w Anglii, żeby na własne oczy zobaczyć mecz, pomyślałem — stojąc przed dziewięćdziesięciometrową stalową rurą wygiętą w kształt podkowy, z dwudziestoma dwoma ludźmi czołgającymi się w jej wnętrzu — że cywilizacja ludzka osiągnęła punkt, z którego nie ma powrotu.

Nie miałem racji. Był powrót. Ale nikt nie chciał wracać.


Sheffield, Anglia. Miasto, które dało światu stal, snooker i Arctic Monkeys. Miasto, które w dziewiętnastym wieku było sercem brytyjskiej rewolucji przemysłowej — dymiące huty, rozgrzane piece, rzeki płynnego metalu zalewające formy i zastygające w kształty, które zmieniły oblicze planety. Miasto, w którym stalowa rura nie jest abstrakcją, lecz częścią krajobrazu, częścią tożsamości, częścią DNA.

To właśnie w Sheffield — a gdzie indziej? — w opuszczonej hali huty Brightside & Carbrook, przy Attercliffe Road, w dzielnicy, która pamięta czasy, gdy niebo nad Sheffield było pomarańczowe od blasku pieców — narodziła się piłka nożna rurowa.

Twórcą jest Colin Butterworth. Powinienem napisać „był”, bo Butterworth nie żyje — zmarł w 2023 roku na atak serca, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat, w swoim domu przy Ecclesall Road, z pilotem do telewizora w jednej ręce i niedojedzonym pork pie w drugiej. Ale Butterworth, nawet martwy, pozostaje postacią tak wyrazistą, tak absurdalnie żywotną w pamięci wszystkich, którzy go znali, że pisanie o nim w czasie przeszłym wydaje się niemal niestosowne.

Butterworth był hutnikiem. Jego ojciec był hutnikiem. Jego dziadek był hutnikiem. Jego pradziadek był hutnikiem. Rodzina Butterworthów produkowała stalowe rury od 1887 roku — rury kanalizacyjne, rury ciśnieniowe, rury do instalacji gazowych, rury do wszystkiego, co wymagało transportu czegokolwiek z punktu A do punktu B wewnątrz stalowego cylindra.

— Colin kochał rury — powiedział mi Dennis Butterworth, młodszy brat Colina, siedząc w kuchni rodzinnego domu, przy stole pokrytym ceratą w kratę, z kubkiem herbaty tak mocnej, że wyglądała jak ropa naftowa. — Nie w jakiś dziwny sposób, nie myślcie sobie. Kochał je jak rzemieślnik kocha swoje dzieło. Widział w rurach piękno. Mówił, że rura jest doskonałą formą — cylinder, najprostsza bryła zamknięta, żadnych kątów, żadnych krawędzi, same krzywe. Mówił, że gdyby Bóg był inżynierem, wszechświat byłby rurą.

— A piłka nożna?

Dennis zaśmiał się. Był to śmiech łagodny, ciepły i jednocześnie przepełniony smutkiem po bracie, którego wciąż wyraźnie brakowało przy tym stole, w tej kuchni, w tym domu.

— Piłka nożna była drugą miłością Colina. Pierwszą były rury. Drugą Sheffield Wednesday. I pewnego dnia, pod prysznicem — bo Colin miał wszystkie swoje najlepsze pomysły pod prysznicem, gdzie woda leci z rury, jak sam zauważał — połączył te dwie miłości w jedno.

Pod prysznicem. Oczywiście. Gdzie indziej miałby narodzić się pomysł zamknięcia dwudziestu dwóch piłkarzy w stalowej rurze?


Data narodzin piłki nożnej rurowej jest znana z precyzją, jakiej mogłyby pozazdrościć inne sporty kuriozalne. Było to szóstego listopada 2017 roku, poniedziałek, godzina szósta czterdzieści siedem rano. Colin Butterworth stał pod prysznicem w swoim domu, myślał o przegranym w weekend meczu Sheffield Wednesday z Leeds United i jednocześnie zastanawiał się, co zrobić z partią wadliwych rur o średnicy dziewięćdziesięciu jeden centymetrów — jednego jarda, w imperialnym systemie, który Butterworth, jak każdy szanujący się yorkshirczyk, preferował nad metryczny.

Rury były za szerokie na zamówienie klienta. Za wąskie na cokolwiek innego. Leżały na placu za hutą, rdzewiały i generowały koszty składowania. Butterworth musiał albo je przetopić — co było drogie — albo znaleźć dla nich zastosowanie.

I wtedy, jak sam napisał w swoim dzienniku — bo Butterworth prowadził dziennik, co jest nietypowe dla hutnika z Sheffield, ale Butterworth był nietypowym hutnikiem — przyszła mu do głowy myśl, którą zapisał wielkimi literami, drukowanymi, z trzema wykrzyknikami:

„PIŁKA NOŻNA W RURZE!!!”

Pod spodem, mniejszymi literami, dopisał: „Czy ja zwariowałem?”

Nie zwariował. Albo zwariował, ale w sposób produktywny — co, jak uczy historia, jest jedynym rodzajem szaleństwa, za który ludzkość powinna być wdzięczna.


Pierwsza rura do piłki nożnej rurowej została zmontowana w lutym 2018 roku, na placu za hutą Brightiside & Carbrook. Butterworth użył odrzuconych rur o średnicy jednego jarda, spawając je ze sobą w jeden ciąg o długości dziewięćdziesięciu jeden i czterdziestu czterech setnych metra — sto jardów, bo Butterworth, jak już wspomniałem, myślał imperialnie. Rurę wygiął — przy pomocy potężnej giętarki hydraulicznej, która normalnie służyła do formowania rur do rurociągów naftowych — w kształt podkowy, tak że oba końce rury znajdowały się obok siebie, oddzielone odstępem około dwudziestu metrów.

Dlaczego podkowa? Butterworth wyjaśnił to w swoim dzienniku z lakonicznością, która jest znakiem firmowym ludzi z Yorkshire:

„Prosta rura jest nudna. Zawodnicy by się nie widzieli. Podkowa daje punkt zwrotny na samym dole łuku, gdzie rura skręca o 180 stopni. To jest punkt, w którym piłka zmienia kierunek. Punkt, w którym wszystko się komplikuje. Punkt, w którym jest zabawnie.”

Zabawnie. Butterworth napisał „zabawnie”. Człowiek, który zaproponował zamknięcie dwudziestu dwóch ludzi w stalowej rurze o średnicy mniejszej niż metr, napisał „zabawnie”.


Muszę opisać wymiary, bo wymiary są kluczem do zrozumienia tego, czym jest piłka nożna rurowa. I do zrozumienia tego, dlaczego psycholog sportowy, z którym rozmawiałem — dr Patricia Houghton z Uniwersytetu w Leeds — nazwała ten sport „najbardziej klaustrofobicznym doświadczeniem, jakie można przeżyć w ramach legalnej działalności rekreacyjnej”.

Rura ma średnicę dziewięćdziesięciu jeden centymetrów. To jest mniej niż metr. Dokładniej, to jest odległość od podłogi do mniej więcej wysokości pasa przeciętnego mężczyzny. Człowiek o przeciętnej budowie nie może stać wewnątrz tej rury. Nie może kucać wyprostowany. Może jedynie leżeć na plecach, leżeć na brzuchu, leżeć na boku lub — i to jest pozycja, w której rozgrywa się większość akcji — czołgać się na czworakach z głową pochyloną tak nisko, że podbródek niemal dotyka podłogi rury.

— Pierwsza rzecz, którą czujesz, kiedy wchodzisz do rury — powiedziała mi Sarah Blackwood, kapitan żeńskiej drużyny Sheffield Steelers, kobieta o budowie gimnastyczki i temperamencie czołgu szturmowego — jest metal. Metal nad tobą. Metal pod tobą. Metal po bokach. Metal wszędzie. Zimny, twardy, ciasny metal. I wtedy dociera do ciebie, że spędzisz tu następne dziewięćdziesiąt minut. I że rura jest zaspawana. I że nie ma wyjścia.

— Jak sobie z tym radzisz?

— Nie radzę sobie z tym. Panikuję. Przez pierwsze dwie minuty każdego meczu panikuję. Potem ktoś kopie piłkę i zapominam o panice. Sport jest najlepszym lekiem na klaustrofobię. Pod warunkiem, że jest to sport w rurze.

Rura ma długość dziewięćdziesięciu jeden metrów i czterdziestu czterech centymetrów — ale jest wygięta w podkowę, więc efektywna odległość od jednego końca do drugiego, mierzona w linii prostej, wynosi tylko około dwudziestu metrów. To tworzy sytuację topologicznie fascynującą: zawodnicy jednej drużyny i zawodnicy drugiej drużyny są od siebie bardzo blisko — gdyby mogli przebić ścianę rury, dzieliłoby ich kilka metrów — ale wewnątrz rury muszą pokonać ponad czterdzieści pięć metrów zakrzywionej stalowej tuby, żeby do siebie dotrzeć.

— To jest jak labirynt — powiedział mi Raj Patel, indyjski matematyk i zapalony kibic piłki nożnej rurowej, który napisał pracę naukową o topologii tego sportu. — Labirynt o jednym korytarzu. Nie możesz się zgubić, bo jest tylko jedna droga. Ale ta jedna droga jest tak długa, tak kręta i tak ciasna, że czujesz się bardziej zagubiony niż w jakimkolwiek labiryncie z wieloma korytarzami.


Przejdźmy do zasad, bo zasady piłki nożnej rurowej, choć oparte na tradycyjnej piłce nożnej, mają modyfikacje, które czynią je jednym z najdziwniejszych dokumentów w historii prawodawstwa sportowego.

Drużyna liczy jedenastu zawodników — tak jak w tradycyjnej piłce nożnej. Ale kolejność wejścia do rury jest ściśle określona i ma fundamentalne znaczenie taktyczne. Najpierw do rury wchodzą napastnicy — dwóch lub trzech, w zależności od formacji — wczołgując się od swojego końca rury w głąb, w kierunku środka, gdzie na piłkę czeka już ich rywal. Za nimi wchodzą pomocnicy. Za pomocnikami obrońcy. Na samym końcu, jako ostatni, do rury wchodzą bramkarze.

I tu dochodzimy do momentu, który — za każdym razem, bez wyjątku — wywołuje dreszcz u widzów: zaspawanie końców rury.

Tak. Końce rury zostają zaspawane. Spawacz w ochronnej masce przejeżdża palnikiem wokół krawędzi, snopiaste iskry lecą w powietrze jak sztuczne ognie, metal topi się i zastygnia, i dwadzieścia dwa ciała ludzkie zostają hermetycznie zamknięte wewnątrz stalowej rury.

— Ten moment — powiedziała mi dr Houghton, psycholog, siedząc w swoim gabinecie w Leeds, otoczona książkami o traumie i radzeniu sobie z lękiem — jest z psychologicznego punktu widzenia najbardziej ekstremalnym elementem tego sportu. Bardziej niż ciasność. Bardziej niż ciemność. Bardziej niż szczury. Dźwięk spawarki, zamykającej rurę, jest dźwiękiem, po którym nie ma odwrotu. Zawodnicy wiedzą, że nie mogą wyjść. Że jedyną drogą z rury jest przeczekanie meczu i wycięcie ich stamtąd po zakończeniu gry. To jest moment, w którym dobrowolna decyzja staje się przymusem. I to jest moment, w którym mózg niektórych zawodników mówi: nie.

— Co się wtedy dzieje?

— Wtedy słychać krzyk. Pojedynczy, krótki krzyk z wnętrza rury. I wszyscy na zewnątrz wiedzą, że ktoś właśnie uświadomił sobie, gdzie jest.

Regulamin przewiduje tę ewentualność. Paragraf dziewiąty punkt cztery stanowi: „W przypadku, gdy zawodnik doświadczy ataku paniki przed rozpoczęciem meczu, koniec rury zostanie przecięty palnikiem ratunkowym w ciągu nie więcej niż trzech minut. Zawodnik zostanie ewakuowany, a mecz rozpocznie się w osłabieniu drużyny ewakuowanego.”

W ciągu nie więcej niż trzech minut. Trzy minuty. Trzy minuty zamknięcia w stalowej rurze, zanim ktoś cię wyciągnie. W wywiadach zawodnicy mówią, że te trzy minuty są dłuższe niż cały dziewięćdziesięciominutowy mecz.


Ale wróćmy do mechaniki gry. Na środku rury — w punkcie równoodległym od obu końców, który w rurze podkowiaste wypada na samym dole łuku — umieszczona jest piłka. Standardowa piłka nożna, rozmiar piąty, pokryta warstwą luminescencyjnej farby, żeby była widoczna w ciemnościach rury. Bo w rurze jest ciemno. Bardzo ciemno. Jedynym źródłem światła są bulaje — okrągłe okienka z hartowanego szkła, wbudowane w ścianę rury co trzy metry, przez które wpada dzienne światło. Albo sztuczne, kiedy mecz odbywa się wieczorem, bo nad każdym bulajem zamontowane jest światło halogenowe.

Bulaje pełnią podwójną funkcję. Po pierwsze, wpuszczają światło. Po drugie — i to jest ich główne przeznaczenie — pozwalają widzom i kamerom obserwować to, co dzieje się wewnątrz rury.

Widownia piłki nożnej rurowej jest jedną z najdziwniejszych widowni w historii sportu. Ludzie stoją wzdłuż rury — na zewnątrz, oczywiście, bo na wewnątrz nie byłoby miejsca nawet na mysz — i zaglądają przez bulaje jak dzieci zaglądające przez dziurkę od klucza. Każdy bulaj przyciąga grupkę kilku do kilkunastu widzów, którzy tłoczą się, przepychają, stają na palcach, przykładają twarze do szkła i próbują zobaczyć, co dzieje się w ciemnym, ciasnym, metalowym wnętrzu.

— To jest voyeuryzm sportowy w najczystszej formie — powiedział mi Gerald Thompson, krytyk sportowy „The Guardian”, który napisał o piłce nożnej rurowej artykuł zatytułowany „The Beautiful Game in an Ugly Pipe”, który zdobył nagrodę British Sports Journalism Award. — Nie oglądasz meczu. Podglądasz mecz. Przez dziurkę. I to, czego nie widzisz, jest równie ważne jak to, co widzisz. Bo przez jeden bulaj widzisz może trzy metry rury. Reszta jest ukryta. Słyszysz dźwięki — kopnięcia, krzyki, uderzenia ciała o metal — ale nie widzisz ich źródła. To jest sport, który angażuje wyobraźnię bardziej niż oczy.

Transmisje telewizyjne rozwiązują ten problem częściowo — kamery umieszczone przy każdym bulaju rejestrują obraz, który jest montowany w czasie rzeczywistym w panoramę meczu. Ale nawet najlepsza transmisja nie oddaje dźwięku. Dźwięku piłki nożnej rurowej.


Dźwięk. Muszę o tym napisać, bo dźwięk jest tym, co wyróżnia piłkę nożną rurową od wszystkich innych sportów na świecie.

Stalowa rura o długości dziewięćdziesięciu jeden metrów jest gigantycznym instrumentem muzycznym. Każdy dźwięk wewnątrz niej — każde kopnięcie piłki, każdy krzyk, każde sapnięcie, każde uderzenie ciała o ścianę — zostaje wzmocniony, spotęgowany, pomnożony przez echo, które odbiła się od zakrzywionych ścian i wraca do źródła z opóźnieniem i zniekształceniem, tworząc kakofonię tak intensywną, że pierwszorazowi widzowie, przykładający ucho do zewnętrznej ściany rury, cofają się instynktownie.

— To brzmi jak piekło — powiedział mi Tommy Gallagher, były górnik z Barnsley, który został kibicem piłki nożnej rurowej po tym, jak kolega z kopalni zabrał go na mecz. — Piekło ze ścieżką dźwiękową skomponowaną przez diabła, który grał kiedyś w piłkę. Słyszysz dudnienie — to piłka toczy się po metalowym dnie. Słyszysz skrzypienie — to ciała przesuwają się po rurze. Słyszysz krzyki — ale krzyki zniekształcone przez echo, więc brzmi to jak krzyki duchów. I słyszysz oddech. Dwadzieścia dwa oddechy, zamknięte w metalowym cylindrze, wzmocnione przez akustykę jak przez megafon. To jest… to jest coś.

— Ale chodzisz na mecze.

— Chodzę na każdy mecz. Nie mogę przestać.

Gra rozpoczyna się, kiedy sędzia — który zawsze, bezwzględnie, jest na zewnątrz rury — daje sygnał. Sygnałem jest uderzenie młotem w rurę. Nie gwizdek. Nie klakson. Młot. Ciężki, stalowy młot, uderzający w stalową rurę, generujący dźwięk tak potężny, tak metaliczny, tak przenikliwy, że zawodnicy wewnątrz czują go nie uszami, lecz całym ciałem — wibracja przechodzi przez metal do ich kości, zębów, czaszek.

— Pierwsze uderzenie młota — powiedział mi Kevin O’Brien, irlandzki napastnik, grający w drużynie Manchester Pipes, jednym z najlepszych klubów w lidze — jest jak budzik z piekła. Leżysz w rurze, w ciemności, czekasz, i nagle cały twój świat się trzęsie. Metal dzwoni. Kości dzwonią. Zęby dzwonią. I wiesz, że zaczęło się. Że piłka jest gdzieś tam, w ciemności, czterdzieści metrów dalej, i że musisz do niej dotrzeć, zanim dotrze do niej ktoś z drugiej drużyny.


Poruszanie się w rurze o średnicy dziewięćdziesięciu jeden centymetrów jest sztuką, której opanowanie wymaga miesięcy treningów. Zawodnicy piłki nożnej rurowej nie biegają — nie da się biegać w rurze, w której nie można stać. Nie chodzą na czworakach — bo na czworakach głowa jest za wysoko i uderza o sufit rury. Poruszają się techniką, którą Butterworth nazwał „ślizgiem żmijowym” — połączeniem czołgania się na łokciach i kolanach z undulacją całego ciała, przypominającą ruch węża.

— Ślizg żmijowy wygląda nieelegancko — przyznał mi Butterworth, kiedy rozmawialiśmy kilka miesięcy przed jego śmiercią, w jego domu w Sheffield, przy herbacie i biscuits. — Ale jest zadziwiająco skuteczny. Dobry zawodnik porusza się ślizgiem z prędkością około pięciu kilometrów na godzinę. To jest prędkość spaceru. W rurze, na łokciach, w ciemności. To jest imponujące.

— A kopanie piłki?

— Kopanie piłki jest najtrudniejszą częścią. Nie możesz zamachnąć się nogą, bo nie ma miejsca na zamach. Nie możesz uderzyć z półobrotu, bo nie możesz się obrócić. Możesz tylko pchnąć piłkę stopą — krótkie, precyzyjne pchnięcie, jak w bilardzie. Albo — i to jest technika, którą wymyślili zawodnicy sami, bez mojej pomocy — leżeć na plecach i kopnąć piłkę nad sobą, tak żeby poleciała łukiem ponad głowami leżących przeciwników i wylądowała za nimi.

— To jest możliwe w rurze o średnicy dziewięćdziesięciu jeden centymetrów?

— Ledwo. Piłka ma średnicę dwudziestu dwóch centymetrów. Rura ma średnicę dziewięćdziesięciu jeden. Zostaje sześćdziesiąt dziewięć centymetrów. Głowa leżącego człowieka ma wysokość około dwudziestu centymetrów. To daje ci mniej więcej pięćdziesiąt centymetrów prześwitu między głową leżącego zawodnika a sufitem rury. Piłka ma zmieścić się w tych pięćdziesięciu centymetrach. To jest ciasno. Ale to jest możliwe.

Butterworth uśmiechnął się. Był to uśmiech człowieka, który widział, jak niemożliwe staje się możliwe, i który cieszył się z tego jak dziecko.


Defensywa w piłce nożnej rurowej jest jednocześnie prosta i przytłaczająca. Obrońca w rurze nie musi robić nic skomplikowanego — wystarczy, że leży. Leży w poprzek rury, z rozłożonymi rękami i nogami, blokując całą średnicę, i piłka nie ma jak przejść. To jest obrona doskonała — szczelna, nieprzenikniona, absolutna.

Ale regulamin zabrania blokowania rury ciałem. Paragraf piąty punkt drugi, wprowadzony po pierwszym sezonie, kiedy mecze kończyły się wynikami zero do zera, bo obrońcy po prostu leżeli i nikt nie mógł ich ominąć, stanowi: „Zawodnik nie może celowo blokować pełnej średnicy rury swoim ciałem przez czas dłuższy niż trzy sekundy. Po upływie trzech sekund zawodnik musi umożliwić przepływ piłki przez co najmniej dwadzieścia procent przekroju rury.”

Dwadzieścia procent przekroju rury. To jest szczelina o szerokości mniej więcej osiemnastu centymetrów. Piłka ma średnicę dwudziestu dwóch centymetrów. Piłka nie przejdzie. Ale piłka jest elastyczna — i kompresja piłki podczas przechodzenia przez osiemnastocentymetrową szczelinę między ciałem obrońcy a ścianą rury stała się jednym z ikonicznych elementów tego sportu. Piłka się ściska, deformuje, przeciska — i wyskakuje po drugiej stronie obrońcy jak korek z butelki.

— Pierwszy raz, kiedy piłka przecisnęła mi się pod pachą — opowiadał mi Big Dave Morrison (żadnego pokrewieństwa z Jake’em Morrisonem z piłki napowietrznej), dwumetrowy obrońca drużyny Leeds Ironworks, człowiek tak szeroki, że wchodził do rury z trudem, jak korek do wąskiej butelki — poczułem się upokorzony. Leżałem tam, blokując rurę jak tama, a piłka i tak przeszła. Ścisnęła się i przeszła. I usłyszałem, jak napastnik za moimi plecami krzyczy z radości, a jego krzyk odbił się od ścian rury i wrócił do mnie ze wszystkich stron naraz. Byłem otoczony echem jego radości. To było okropne. I motywujące zarazem.


A teraz muszę napisać o tym, o czym wszyscy czekają, żebym napisał. O podgrzewaniu. I o szczurach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 98.22