E-book
6.83
drukowana A5
16.22
Ktoś się zna na pisaniu wierszy

Bezpłatny fragment - Ktoś się zna na pisaniu wierszy

Antologia niepoprawności


5
Objętość:
80 str.
ISBN:
978-83-8126-812-7
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 16.22

Umieram milcząc z miłości

Tak kocha bóg

Tej miłości nikt z nas nie rozumie

Ogromnej w swojej przestrzeni

Pozwalającej by grzech unosił hostię

W nadziei że kiedyś odmieni się ludzkie serce

Tej miłości nie znamy z autopsji

Bezgranicznie bezwarunkowej

Niezależnej w udzielaniu wolności

Takiej miłości możemy się spodziewać

Ona nas nie przymusi

Do bycia dobrym

Do przykazań

Do przyzwoitości

Nie skarci nas

Z miłości

Wszystko znosi

We wszystkim pokłada nadzieję

Ta miłość wierzy w nas bardziej niż my w nią

Do ostatniego ludzkiego tchnienia

Czeka na szczere przepraszam

Tylko i aż tyle wystarczy

Byśmy byli jej godni

<3

Tak ładnie oczy zamykasz

Gładko wydychasz powietrze

Usta jak balsam masz łagodne

Słodsze niż karmelowe lody

Układasz siebie w poezję

Łagodnie kołyszesz powietrzem

Stworzycielu mojego szczęścia

Cudowny darze bezpieczeństwa

Mężu z wiary i cierpliwości

Cieszę się

Że jesteś

Pobudka

Bóg nas budzi

Przez ludzi

Niespodzianych

Jak królik

Z kredensu

Dobre słowo

Nie zbawia

Lecz sprawia

Że życie

Nabiera

Znów sensu

Bóg nas budzi

Przez ludzi

Jak pierwiosnki

Zadziwionych

Wiosną

Którzy rosną

W sercu

A serca

Od tych

Ludzi

Nam

Rosną

Bóg nas budzi

Przez ludzi

***

Chciałbyś miłości wrzącej

Lecz skrzepłej w tobie jak lawa

Umacniającej bazaltem kości

Tętniącej wnętrzności ciepłem

Chciałbyś miłości iskry

Zarania pożogi serc

Z takiej miłości powstałeś

…Adamie

Dla mamy

gdy czytam ciebie od końca

jesteś pierwszą literą alfabetu

najpełniejszym zaspokojeniem

przyczółkiem dla moich wojsk

jesteś taka piękna

w poświacie zrozumienia

którego uczyłyśmy się

wzajemnie cierpiąc

Człowieku

Nie możesz tak

Zazdrośnie

Więzić swej

Miłości

Dzieląc ją

Jak lek

Dla wybrańców

Lepiej już ją

Rozdawaj

Do ostateczności

Będąc

Jak chleb

Lub

Papieros

Przedśmiertny

Skazańców

Nie możesz tak

Nie swojej

Żałować

Własności

Bóg

Sknerusów

Nie przyjmie

Do nieba

Dawaj ludziom

Co możesz

Bierz nic

I dostawaj

Tyle

Ile ci potrzeba

Nie rozpaczaj

Że bilans

Nierówny

Bo Bóg

Mistrzem jest księgowości

Jeśli trzeba wpisze

Storno czarne

Z tej rozdanej

Po kątach

Miłości

jesteś

w moich bursztynowych oczach

błękitem

w ramionach jak płynne złoto

zachwytem

w ustach od czułości czerwonych

szeptem

w mroku moich tajemnic

światłem

w próżni niespełnionych misji

powietrzem

w zmienności

pewnością

w sercu

jednością

w marzeniach

nieśmiertelny

Mówisz że śniłam się Tobie

Z miłości

Wiązałeś

Sznurowadła

Białe trampki

W Sopocie

Jak mewy

Tyle szczęścia

W jednym śnie

Budzisz się

Oczy gwiazdą

Błyszczą

Od światła

Dziękujesz

Za mnie

Bogu

Dla G

Od wielu lat w błękicie twoich oczu mieszczę cały świat

i

Szeptem go dopieszczam bo wart jest moich westchnień

w

Wieczory raczej senne te przed zachodem dwunastu dat

o

Serca drżenia nieprzyjemne nie pytam

z

Ust twych rozchylonych czytam słowa

i

Głaszczę je myślami

w

Warkocz zaplatam miłość

o

Porze nadto spóźnionej

z

Niewyznań uczucie chwytam zatajone lecz niezmienne

Troskliwie mi przeszkadzasz

Zaglądasz przez szparę

Pytasz czy chcę sałatkę

Herbatę z imbirem

Kąpiel o zapachu róży

Wolisz mnie obok siebie

Nie znosisz gdy ci umykam

W miejsca milczące osobne

Pachnące farbą lub wierszem

Nie mogę przy tobie tworzyć

Jednak odczuwam szczęście

Za każdym razem gdy jesteś

Troskliwie mi przeszkadzając

Lecząc radosną tęsknotę

Za moim uśmiechem gestem

Walentynkowa zołza

Zanim wykrzyknę hurra

Ciesząc się że już koniec

Tego dnia

Pełnego boleści oczekiwań

Pozwól że wypomnę kilka

Spraw

Na przykład gdzie podział się

Czerwony galowy dywan

I moc braw

Czemu goździków tylko

Jedno naręcze nie trzy

Albo dwa

I nie mów że cię dręczę

Że kochasz mnie namiętnie

Każdego dnia

Bo wiersza też mi nie dałeś

Choćby Leśmiana wers

Zapomniałeś

Dlatego te czekoladki

W sreberkach i pazłotkach

Sama zjem

Zemsta musi być słodka

Do INRI

Tak pragnę Cię wielbić

Tak sławić

Tak kochać

Tak cieszyć się Tobą

Bez kresu

Bez żalu

Jak J. z Copertino

Wzlatywać

Zamierać

Być świadkiem na drzewie

Zdziwionym

Z bezmiaru

Tak pragnę Cię wielbić

Tak ufać

Tak znać Cię

By zawsze być w święcie

Nigdy zaś

W antrakcie

Wielkiego Miłosierdzia

Litania

Synu — świecie cały

taki nowy i taki nieznany

Synu — uśmiechu co rano

Synu — nieprzespana nocko

Synu — dumo i miłości

Synu — bolące ramiona

Synu — 24 godziny w gotowości

Synu — przypalony obiedzie

Synu — celu nowej misji

Zmiłuj się nad nami

Dyskotekowy szarpany — czyli z życiem do życia

Dziwny wierszyk

Jest październik, lato znika,

Pod strugami chłodnych deszczy,

Ja wpisuję do dziennika,

Jeszcze jeden dziwny wierszyk.

W tym wierszyku jest muzyka,

Jest tam słońce i zabawa.

Jest też trudna do zbadania

Kryminalna pewna sprawa.

W parku leży pod kasztanem

Kapeć, który lekko gnije.

Nikt tym kapciem się nie martwi,

To obuwie jest niczyje.

I nikogo nie obchodzi,

Że dusznawej nocy latem,

Kapeć spacerował tędy

Ze swoim bliźniaczym bratem.

Cóż brat bratu wilkiem bywa,

W tym okrutnym, smutnym świecie.

Co kapciowi kapeć zrobił

O tym wkrótce się dowiecie.

Festyn wabił kolorami

W światła kusił ćmy rozliczne.

Przybywały tabunami

Piękne oraz te mniej śliczne.

Jeden brzydki Marek Nocny,

Przybył w kapciach na zabawę,

A, że w piciu nie był mocny,

Wkrótce zwalił się na trawę.

Gdy się ocknął z odrętwienia,

To w nim taka złość wezbrała,

Tyle wstydu z upodlenia,

Że rozpłakał się bez mała.

Winnych szukał po omacku,

Tłukąc ręką w takt muzyki,

Wybił komuś cztery zęby,

W tłumie łamał obojczyki.

Nim schwycili Marka stróże,

Nim zakuli w bransolety,

Zdążył jeszcze kota kopnąć,

Klnąc, złorzecząc na kobiety.

Kot na kapciu poszybował,

Pod upstrzone nieboskłony.

Drugi kapeć obserwował,

Gdzież lot skończą swój szalony.

Patrzył w przestrzeń aż do rana,

Gdy słońce się myło w rosie.

Lecz nie poznał lądowiska,

Nie pisali o tym w Głosie…

Łzy tęsknoty wysuszone

Przez ukropu cierpkie fale,

Nie koiły niepokoju,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 16.22