E-book
3.94
drukowana A5
23.51
Księżyc Astygmaty

Bezpłatny fragment - Księżyc Astygmaty

Objętość:
101 str.
ISBN:
978-83-8440-981-7
E-book
za 3.94
drukowana A5
za 23.51

Chwyciła za mą rękę

Poezja jest dodaniem chaosu do podstawowego postrzegania egzystencji, dopiero indywidualna wyobraźnia ją porządkuje.

"Sztuka jest próbą opanowania chaosu" — Jacek Kaczmarski, List z okazji koncertu 13 Grudnia 2003 roku.

Programy i postawy

Cementowe Miasto

Miasto, mięso i elektronika

Pierwszy dzień to moja sfora, kto wymyślił te żelowe framugi w banku mej pamięci?

Tak jakby wszyscy mieli mózg z waty, piłem z nimi więc irlandzką whisky z łusek po nabojach…

Wychodząc z domu dostałem przebłysk, wenę — napisać miałem o zielonym mieście gdzie oprócz bloków rosną rośliny, jak kiedyś w latach dwudziestych i pisze dalej i nie potrafię skończyć!

Wdychając codzienny smog zostałem spaliną, wykaszlałem jedną wielką rozpustę życia doczesnego… a przy okazji cały tlen. Oddycham więc w innym uniwersum, zdumiony jestem zapachem czegoś, co nie istnieje.

Ale jak to? Tak się da?!

A patrz, tylko nie dostrzeżesz, że wdychasz siebie i mnie będąc sam martwym. Ja bardziej smutny człowiek siedzę codziennie, na dachu cementowym. Dziś w autobusie taka to afera, że sąsiadka w autobusie obróciła się od cudzoziemca, czy osoby o zaburzeniach płciowych. Każdy ma prawo być bezinteresownym, to manifest ludzi uciemiężonych przez ekstrawertyków. Będę pisał więc ten pamiętnik, o mieście cementu…

Katafalk proroctwa politycznego

Wczoraj w Shovelstown grała kapela patriotycznych garbusów polityki populistycznej, rzępolili o wyzwoleniu.

Wyzwolimy Wrzoske, wyzwolimy Trzoske! Święte zaklęcie… Więc wyzwól się… człowieku..!

Powiedział polityk pewien, nie powiem wam który, miałbym znowu problem z zimną kompanią do walki z wolnością słowa. Nie jestem sympatykiem konformizmu państwowego, ale też bardzo państwa swego jakoś nie nienawidzę. Wróćmy do rzeczy, polityk powiedział tak z może sześć czy siedem dni temu, że pewien cudzoziemiec swą postawą nie określa całej społeczności. Następnego dnia po słowach polityka ruszyła demonstracja uchodźców z owej ziemii, której tak bronił. Na demonstracji zaczęto łamać prawo międzynarodowe itp. Tak mówi nagłówek gazety, za którą płacę niemało.

„Położyć się trzeba na katafalku i zastygnąć dęba, przepowiednia głosi że wtedy człowiek wszystko sobie wspomina. Brodzę przez wspomnienia więc teraz wydając na siebie wyrok śmierci. Stara płachta została wywieziona na śmieci. Siedzę ja sam na górze z cementu, powidoki me wspominają jak latałem tu, ile tu miałem przygód! Zastyga wszystko jakby mięso zamarzało w starym zamrażalniku. Betonowe kopyta na urzędach dziś stoją i sztuczek niewieścich się boją.” — Tak wyczytałem w dzisiejszej gazecie. Boję się przepowiedni tych post-socjalistycznych Wernyhor, bo kiedy spoglądam wieczorem na gazetę, siedząc na dachu. Kilka osób by skoczyło, ale ja nie skacze — sam nie wiem czemu…

Odpalę papierosa i zaciągnę się brzydotą… zrobiwszy to poczułem żal do siebie i do tego potąd. Plakat ze zmarłym wisi nisko, każdy może go dostrzec i patrzeć na twarz. Wielkiego artysty obraz na grobie obok, najwyżej jak się da! Nic nie widzisz z jego twarzy, aż taki wysławiany jak najlepszy podczaszy! Kurząc tu, po raz któryś i patrząc na twarz mego zmarłego, nie wiem ile wypale nad grobem jego.

A żyjcie wszyscy! Wszyscy w tramwaju! Wszyscy w tym mieście! Z cementu i łaju!

Żeliwo i Łuczywo co dopala się szybko, znów kopnięte pod kominek, nie zapalą się same! To co jest dane nie zostanie szybko zabrane, lecz wszystko ma swój czas… Boże! Gadam jak ten pseudo prorok z gazety! Rym w me usta wchodzi jak człowiek niewierny, wchodzi do miejsca niewiary. A żyjcie po mnie! Przede mną! Za mną! Naprzód mnie! Bo my wszyscy to jeden wspólny człowiek!

Zapach = Emocja(?)

Przechodząc przez ulicę, czy nawet w moim domu czuję,

Co?
Tytoń.

Przechodząc przez ulicę, czy nawet w moim domu czuję,

Co?
Ból.

Przechodząc przez ulicę, czy nawet w moim domu czuję,

Co?
Czasem radość, czasem smutek.

Co ty czujesz przechodząc ulice, czy będąc w swym domu?

Cztery godziny wierszowania

Chmury

Chmury.. Chmury!

Patrz… jakie piękne są wtóry!


Nie lękają się ich żadne świata wióry!

Nie czekajmy, aż ich piękno przeminie!

Bo one są dla nas, tym co nie zginie!

Piękność ich rozpatruje przy winie!


Powiem to po raz nie ostatni,

Że chmury i niebo są jasne, jak flagi

Naszej młodości i powiem ci srodze,

Że kości nie będę marnował,

I na śniegu grubym się położę,

Co jakbym już się ślizgać chciał.


Już lecę! Jakby szkwał!


Piękne o piękności tego świata ludzie,

Którzy zapomnicie o chmurach tu i ówdzie,

One zawsze będą z nami,

Bo choć niebieskie,

Toć one młode i wielkie, zawsze nad ziemiami.

Wódka

Powiadam ci kolego nie ma nic bardziej lichego,

Od braku wódki i zakąski,

Ale bardziej wódki,

Do zakąski aż tak mnie nie prosi.


Wstań ze śniegu, nie ofermo!

Lecz ty który docenisz jej siłę,

Która maluje nasze obrazy, o Jezu… nie lećmy w kimę!

Ześlizgnij się jeszcze raz i łyka weź kolejnego,


wezmę łyka od kolegi łysego,

Co by na moją stratę się nie połasił,

Ot, co nie?! Kolego!

Napiję się jeszcze raz, po razie,


Żeby smak rosa zdusić w zarodku,

żeby nie kuł w me parcie u boku.

Zakochałem się!

W jej wizji, nie jej samej!

Nie traktuj mnie, jak romantyka z Balley!

Nie jak wizjonera zaślepionego!

Lecz jako kolegę, kolego…


Ona taka ładna i umiejętna,

W chórze śpiewa!

Taka to zachęta!

Ja zamiast wpierw do łoża, porozmawiać chce, gdzie dusza jej spoczywa i gdzie się zatrważa.


Pisać dawno o miłości nie pisałem,

Wstyd, normalnie wstyd, tak o sobie powiadałem…

Rozmowa z wysłannikiem Lucyfera

Słuchaj się, albo nie tej rady,

Kiedym usta otworzył, niezbyt nachlany.

Gronostajem zwady, otwieram ci swe oblicze,

Jako pasterz prawy.


Zmierzam przed wszelkie ziemię i landy,

W poszukiwaniu tych, którym pomóc trzeba,

Dla nich nie niosę zwady, ile brzemienia,

Poświęcić bym musiał, żeby każdego z nich już dziś wyprawić z uczucia.


Potwornego kolego oj potwornego i lichego!

Bo Pan lubi trwogę człowieka swego!

Czy pojął go w ramiona zawczas,

I weźmie każdego oprócz sług animuszu swojego?


Nie wiem, czapką zaś mogę trwożyć, nie groszem,

Nie chce ja pochwały, lecz wiecznej jego chwały,

Nie to akceptacji bo jam jego sługą od momentu profanacji,

Nie to chleb, ni pieniądz lichy.


Toć to błahostka niemała,

Bardem zostać mam szatana?

Nie ciągnie mnie do wiecznej chwały,

Interesuje mnie koszt duszy, aby nie ulągł się mej myśliny.


Spodziewajmy się Panie oświecenia tej zimy,

Bo ty czasu potrzebujesz, by wyzdrowieć,

A może to zwykła rada prosta?

Może to taka zwykła zagwozdka?


Sadzić wiem, co mogę,

Z diabłem i bogiem dogadać się nie mogę!

Myślina - połączenie słowa "mydlin" i "myśli" wywołujące skojarzenie opisujące obrzydliwe myślenie

Dla Tonnego

Kwadrologia Synkretyczna Teologii Zapomnianej

Pieśń o Kapłanie z Tygletu

Daleko to się nosił głos po piasku,

Do którego dojrzeć trzeba,

Jak wino Ihuha.

Zrozum więc krytyku od Demiurga,

Że Monada też może być jego wymysłem.

Wszystkie proroctwa twoje są do zniesienia,

Ty tylko zmieniasz ich znaczenie,

Wędrując wszerz i po różnych wioskach,

Od Tygletu do Steli Merenptaha.

Prorok Elifa

— Czemu mnie niepokoisz Salazarze?


Podniósł się z ziemi i zadał pytanie.

Salazar przejmując się prawem boskim odrzekł:


— Ty wiesz, że umrę za wczasu takiego pariasu, nie dostrzegę toć za wczoraj, ni to jutrzejszego dnia. 

— Kędyż się zwrócę, nie będzie dnia, ni nocy, które ci odrzekną, żeś ty pan życia i śmierci, zaprzepaść więc żale i odejdź w spokoju. 

— Tak uczynić chce, ale pewnym nie byłem, nie kłopocze cię więc już i w spokoju spoczywaj przyjacielu.


Azaliż jak powiedział tak też i uczynił i przyszykował się na śmieć z ręki Egona, który był zaś ojcem narodu Izrahel.

Audiencja u Pana Boga

U zastępów niebieskich Haszem,

Niebo znów świeci, jak zwykle,

A trawa zielona jest tak, jak zawsze,

Stwórca siedzi na tronie, lecz śmiele!


Boski prokuratorze, wspinaj się!

Tam słowa Boże dają chleb i wszystkie bogactwa,

Ty będziesz tym, którego posłucha Iva, niewiasta,

Pamiętaj, że żadnego owocu tam wcale nie było.


Pióro historyków baśni,

Kleru i zewsząd wszystkich bojaźni,

Jednoczą się pod fundament,

Który wielkim kościołem jest nazwany.


Jest to jednak wola zwykłego demiurga,

Zaczynającego od bycia kowalem ramion tego świata,

W brzuchu zaś siedział Hiob, a Jeszua swym gnostycyzmem wybawił świat post-apokaliptyczny,


Bo w tym właśnie żyjemy, jako przepowiedziana antyutopia… nie Kasandry,

Lecz zbiorów wielkiej pramatki i praojca,

Bo bóg nie jeden jest w swej okazałości,


To dwójca „święta”.

Hierarchia pra-dawidowska

Zejdziecie do Szeolu,

Tam kotwa inszego syna.


Do Szeolu,

Nic do nieba nie trafia na przyczyna.


Pomnik Aszery wynieśli,

On zaś sam został.


Dogmaty natywne i mędrcy, wielcy meni,

W Pyle dziś gniją i nie są wcale święci.


Każdy trafi zaś, gdzie cicho,

Nie pomyśli nawet o tym złe licho,


Bo w niebie tylko niebieskie istoty krążą,

Ale skąd wiecie, że tylko ten kolor mają?


Gdy wieszali Jeszue na krzyżu, zapłacił on cenę większą niż demiurg kiedykolwiek.

Kuł on nie stal, lecz umysł i duszę ludzką, kiedy owa dusza istniała jeszcze na boży uskok.

Wiersze i opowiadania

Kwartet Żebrzących Trębaczy

Dziś pod blokami, na ulicy Kondratowicza. W Warszawie rozciągają się dźwięki puzonu i francuskiej glorii, jeden gra na waltorni, drugi grubszy od pierwszego z małą trąbką a trzeci właśnie na puzonie, na przekór drugiemu. Czwartego nie zdobi nic osobistego. Czapki zdejmują raz po raz, gdy ktoś na balkon wychodzi i telefon wyciąga jak na straż. Nie są to Rumuni, ni to zgrana orkiestra, ale grają trochę ładnie — jak fles bez pensa. Monety spadają z balkonów równo — kłamstwo, dwie osoby rzuciły im tak, jakby na chleb zbierali suchy. Może tak było, lecz nigdy się już nie dowiem. Dawno tego widoku grających ludzi przed blokiem, moje oczy nie doświadczyły. Żebrali jednak jak Polacy, rodowici żebracy.


Jest dwudziesty trzeci dzień tego miesiąca, miał być koniec. Widzę ich jednak, ale jakby byli inni. Czy to ci sami? Czy to koniec tej trębaczej etiudy? Spotkam ich jeszcze gdzieś? Grają może muzykę na kogoś cześć? Straszne mnie uczucie przeszywa że znikną, chcę słyszeć muzykę, gdy po mieście zwykle idę!


Leży instrument obok śpiącego trębacza. Jutro wstanie i znowu zacznie, nie kończy się więc jego wieczna serenada.

Młodzieniec który palił cygara

Robił to za każdym razem, gdy ukończył coś nowego, gdy wykonał projekt przeznaczony przez nadrzędny byt — wenę czy szefa. Chodził zawsze do tego samego domu z cygarami i wybierał nowe pozycje, alkoholem się nie przejmował, bo także próbował wszystkich pozycji. Nie miał on jednak z kim dzielić swych smaków, poszedł więc pewnego razu na bazar, spostrzegł młodą i jędrną ze wzroku kobietę. Szli w tą samą stronę, a jako że młodzieńcowi bardzo zachciało się doznać jej uwagi, spytał jak jej „życie mija”. Ona twierdziła iż znudziło jej się, jej czerwona sukienka, chodzenie w te same miejsca. Znudziło jej się nawet uczenie się psychologii z książek biblioteki uniwersytetu. Młodzieniec więc zaplanował ich spotkanie, ona zaś zaczęła wypominać, że rządy bogatych są podłe — później zaśmiała się, lecz jakby zapłakała. Miała już dosyć takiego myślenia, jak z obrazka starej gazety, którą brała spod ulubionego fotela babci.


20 lat później — są ze sobą już 16 lat w małżeństwie. Bazar stoi zamknięty, kioski przestały istnieć, zapach szynki spotkany jest za lodówkami w supermarkecie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 3.94
drukowana A5
za 23.51