E-book
27.3
drukowana A5
75.03
Księga ze złota

Bezpłatny fragment - Księga ze złota


Objętość:
660 str.
ISBN:
978-83-8221-451-2
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 75.03

„Księgę Ze Złota”

Dedykuję miłości mojego życia:

Ewie.

Tylko dzięki Tobie wszystko jest możliwe.

Przedmowa

Żyjemy tu i teraz, nie zastanawiając się zupełnie nawet przez chwilę, skąd biorą się w nas wyobrażenia o nieznanych rodzajach stworzeń, istot i potworów, o czasach i miejscach, których „nigdy nie było”? Podświadomie czujemy, że jesteśmy kimś więcej, niż jedynie tym, który porusza się w naszej ponurej codzienności. Jest to prosty mechanizm, który ta opowieść wykorzystuje. Ta Księga jest ścieżką ku niezwykłym wydarzeniom.

Pozwól sobie odetchnąć.

Zapomnij o świecie jaki znasz.

Poddaj się niepamięci.

Niech rozpocznie się brutalna baśń!

Trzymasz w rękach drogę, która prowadzi do korzeni, a nawet o wiele głębiej… Przeczytaj. Może po lekturze zdasz sobie wreszcie sprawę z tego, że Początek jest o wiele bardziej odległy, niż mogłeś kiedykolwiek przypuszczać?

Spójrz na ten Kwiat. Jest piękny, nieprawdaż? Ma Siedem Płatków. W ostatnim jest miejsce dla jego władcy. To jest Genuin.

Zapewne jeszcze nie słyszałeś o Globie, o Dawnych Dniach, w których bohaterowie zmagali się z levartarami, ani też o Wojnie Bogów, czy nadejściu Da Doma Gaarda Czarnego? Wiele było chwil w historii dawnego świata, nim miejsca Lulhmarru nie zajęło Vineoi. Pięć Pokoleń elemdelalów i ich Oberon trwały niczym niezmącone. Nie ma jednak nic wiecznego i po rządach Amaralów nie pozostało zbyt wiele ponad irracjonalną wiarę w ich odnowienie. Stare proroctwo zwane Hymnem Zemsty, a pełniące wśród Oberończyków i części elnaitów rolę modlitwy, mówi o nadejściu Luxusa. Zbawca ma przyjść na świat, by wyzwolić go z jarzma okrucieństwa, a także wskazać mu właściwy kierunek.

Hymn Zemsty

Chwała Oberonu nigdy nie przeminie,

spójrz na wolne istoty i dzieła ich rąk,

Dobroć i życzliwość nigdy nie zginie,

uśmiechnij się do nich i dołącz!

Jesteśmy wielcy i dumni, wierni swoim sercom, szczęśliwi,

Nigdy się nie poddamy, o braciach i siostrach nie zapomnimy.

Klejnotem wśród władców jest nasz Amaral,

bo władzę nad nami dał mu sam Tajnakhal.

Jesteśmy szczęśliwi, bo mamy nasz Oberon,

jesteśmy dumni, bo posiadł chwałę wieczną.

Elevael w służbie Lilu stworzył Elemdelal,

Noel upodobała Diviah’ę, dała nam Diar Amę Tual.

Walczyć nas nauczył sam Khno’Then De’Dirrmall,

nasz największy bohater to sławny Elduan.

Jesteśmy przez Azepha wybrani,

pisana nam wielkość i chwała,

Ze zguby Lulhmarru w królestwo Amarali,

by pamięć Elemdelalu przetrwała.

Oberon, Oberon, Święty Oberon —

Święte Królestwo Świętego Rodu,

Błogosławiony amaralski tron,

Zacne Królestwo Nowego Zachodu!

Na dwór Uzy wpełzła przebrana żmija,

którą od wieków Zdrajcą się nazywa.

Oberon uschnął niczym zwiędły kwiat,

wszystko się zmieniło, cały znany świat.

Zguba nad Zdrajcą za bogobójstwo,

zguba za śmierć Lulhmarru!

Za bałwochwalstwo i barbarzyństwo,

za sprowadzenie levartarów!

Żądamy przymierza Tajnakhalu odnowienie

i Zemsty za całego zła uczynienie,

Za Wielkie Wojny na Świecie Nowym,

za kres Nurghiphidhiusa!

Chcemy by Zdrajca był osądzonym,

pragniemy nadejścia Luxusa!

I dał nam Elnai swe przyrzeczenie,

że przyjdzie pomścić zło wszelkie,

I spełnić ofiar o zemście marzenie:

Luxus — mściciel o mocy wielkiej.

Gdy Dawne Dni przepadną

i nie będzie już nadziei,

Na górze, co jest jedną,

czas się rozpromieni.

Odrodzi się, który był wielkim,

Dumny, Straszny Cień.

By stać się wreszcie świętym,

bo nadszedł wreszcie Dzień.

By ukarany został Zdrajca,

by osąd spotkał go,

By Luxus odkrył kłamstwa,

by znów wstał Oberon.

W krypcie, której strzeże wielka mdłość,

by światem nie strach władał a miłość,

wstanie ze zgliszczy dwóch biegunów

Rozpocznie się nowy wiek wielkich cudów.

Przebudzi się Amaral i wzbudzi wielki wiatr.

Sumienia będzie karał, aż stanie w wojnie świat.

Wicher przestraszy tych, co nie chcą sądu bogów,

Strach nawiedzi Imperium Zła Królów.

Wielka Wojna się zacznie, a Niegodziwca nie ujrzą bogowie

Mimo że będzie się skrywał, nie umknie przed Luxusa wzrokiem.

On go dopadnie i On go powstrzyma,

On będzie dzierżył Dirmarnarirriar.

Spotkają się w walce nierównej,

wróg będzie pewien zwycięstwa,

Śmierci Wybrańca, nie walki trudnej,

dla obu to będzie próba męstwa.

Od tego starcia wszystko się zacznie,

stare się skończy by nowe trwało.

Rozpocznie się nowa Era właśnie

i nic już nie będzie takie samo.

Luxus popędzi za Niegodziwcem,

dopadnie go i gniewem osaczy,

Ukarze jego podłości wszystkie

i żadnej z nich mu już nie wybaczy.

Autor: nieznany, tekst datowany na drugą połowę Ery Nieba, ze starolulhmarrskiego przełożył Atmospherusz.

Prolog

W Czasach Dawnych Dni Świat był inny. Lulhmarr zasiedlały rozmaite plemiona, wiele było krain, bardziej, lub mniej rozwiniętych, bardziej, lub mniej cywilizowanych. Hodirów można było tam spotkać jedynie na wschodzie, zaś wiele było istot takich, o których teraz pozostały jedynie legendy. Zdaje się czasem, że Vineoi nie ma nic wspólnego ze swym poprzednikiem. Nawet Mędrcy zakonu Kuth’Valamanarr mówią, że dzisiejszy ląd jest tylko częścią Lulhmarru. Przeszłość i teraźniejszość różnią się tak mocno, że mało kto zna historię jako tako ciągłą i spójną. Wiadomo, że ongiś w Dawnym Lulhmarrze na świat przybył Zły Bóg — Da Doma Gaard Czarny i za czasów jego rozpętała się Wielka Wojna. Nie było wtedy zakątka na całym Globie, w którym to nie toczyłyby się walki podzielonej na dwa obozy cywilizacji. Po długich i zaciekłych zmaganiach zwyciężyli przeciwnicy Czarnego Złego, zaś władzę nad światem przejął Zakon Dianeru — organizacja najmędrszych i najszlachetniejszych istot Globu. Na czele zwycięzców stanęli bohaterowie uwikłani w przepędzenie Ciemności. Byli to reptilion z Terkharu o imieniu Maliriam, jego ugodzona jadem ciemności żona Szuara, Żuk Ze Stali, temogo Gorguk i najpotężniejszy czarodziej, tajemniczy Xummun.

***

Tyś narodzona ze światła gwiazd,

Tyś gwiezdną damą, panią możną,

Na straży stoisz największej z prawd,

Piękna i mądra, potęgą i mocą.


Tobie jest pani pisany Pherr,

Twoim jest Szum dziedzictwem.

Ty jesteś z domu Sinni’Vael,

Tylko Amaral będzie Twym mistrzem.


Tyś gwiezdnym cudem z Lauril,

A w gwiazdach los Twój spisany.

Tyś pani czarów i magii,

A Luxus to Twój ukochany.


Pieśń niesie takie nad Tobą wyroki,

Choć nie uwierzysz i będziesz się bała,

Oberon powróci, bo wiara przetrwała,

Rozsnują się strachy i upadną mroki.

Ralgun Sinni’Vael, „Pieśń o Eili”, Lauril, rok 4232.

Pani Eila siedziała w ogrodzie i, wsłuchując się w muzykę graną przez swego kuzyna Ralguna, przeglądała piękną księgę, którą w darze otrzymała od Raterrana z Quevenn. Wolumin nosił nazwę „Melekeia”, czyli Droga Czasu i opowiadał historię Gudusa Kerva oraz jego ukochanej Haerklei Floril. Bohaterowie ci byli, jak głoszą przekazy, pierwszymi wolnymi hodirami, którzy wyrwawszy się z levartarskiej niewoli, rozpoczęli dzieło tworzenia Wolnego Królestwa.

Kończyło się lato, miłe słońce przygrzewało, choć w żadnej mierze nie doskwierało. Telirsterilowie nie są wrażliwi na kaprysy aury, ale cenią sobie estetykę miłego, późno letniego popołudnia ponad wczesnojesienną słotę.

Do pani Pherru podeszła Unaviel, była to Gwiazda młodsza, ale ustępująca Eili urodą.

— Pani, gdzie jest twoja uczennica? Wszędzie jej szukałam, ale nie mogę znaleźć. Miałam z nią dzisiaj zgłębiać tajemnice magii uzdrowień — zapytała srebrnowłosa dziewczyna ubrana w jasnobłękitną suknię.

— Nic nie wiesz o Erze, Unaviel? — Eila podniosła na nią swe bystre oczy, — Elzur nic ci nie powiedział?

— Nie pani, — odrzekła nieco zakłopotana — całe ostatnie tygodnie spędziłam nad magią regeneracji… nie miałam czasu…

— Spokojnie — uśmiechnęła się Eila, a w sercu Unaviel wskrzesiła tym samym radość. — Wiesz chyba jednak — zapytała — o dwunastu jeźdźcach, których Erdzir wysłał do Beelgedaaru?

— Tak, słyszałam o tym.

— Nikt z nich nie powrócił, a pierścień telepatii, który ofiarowałam Bedderowi przepadł — Eila urwała na moment, dając czas Unaviel na przełknięcie goryczy wieści. Wspomniany Bedder był jej przyjacielem, a na dodatek pani Pherru podejrzewała, że mogło ich łączyć nawet coś więcej. Po chwili, zauważając, że informacja nie wzbudziła w dziewczynie zbyt gwałtownej emocji, podjęła dalej — wysłałam do Beelgedaaru oddział, setkę Gultura. Era jest z nimi. Ich zadaniem jest podjąć misję Beddera. Wiesz przecież, po co wysłałam wcześniej dwunastu, prawda? — Unaviel skinęła głową.

— Czy to możliwe pani? — zapytała dziewczyna, jakby rozbudzając się z zamyślenia. — Czyżbyśmy doczekali czasu spełnienia Hymnu Zemsty?

— Wbrew pozorom Unaviel, nie wiem — dziewczyna zdziwiła się na te słowa, ale Eila dokończyła jeszcze, — jeśli bogowie uznają, że jest już czas, by dopełniły się proroctwa, to cała wyprawa może się powieść, lecz jeśli jest inaczej, całą setkę, tak jak i dwunastu jeźdźców, czeka zguba. — Unaviel przestraszyła się, ale Eila znowu uśmiechnęła się do niej i po raz kolejny uzdrowicielka domu Sinni’Vael nabrała otuchy. Później, gdy słońce zmierzało już ku zachodowi Ralgun zmienił pieśń. To był czas modlitw. Zamiast więc podejmować tematy sławiące gwiezdny ród z Pherru, rozpoczęły się utwory sakralne. Najpierw na cześć bogini Mai, boga Khno’Then De’Dirrmalla, bogini Miriadny, później na chwałę Noel, pani magii, na końcu zaś do Młodego Boga Elnaia o łaskę. Modlitwy, które bardziej wydawały się wspaniałym koncertem, popisem mistrzów instrumentów i śpiewu, pełnego nieuchwytnej, subtelnej czarowności i wzbudzającego zachwyt, trwały jeszcze do późnej nocy. Tradycyjnie, tego typu wystąpienia kończyły się, wspomnianym przez Unaviel, Hymnem Zemsty.

Pani Pherru bardzo przeżywała ostatnie dni. Naturalnie, niczego nie dawała po sobie poznać, ale najbliżsi jej: Ralgun, Erdzir oraz Elzur, zdawali sobie sprawę z tego, co też przeżywała wewnętrznie pani na Lauril. Była w prostej linii spadkobierczynią tronu Oberonu. Sęk w tym, że królestwa Wielkich Amarali nie było na Vineoi od ponad trzech telirsterilskich Pokoleń, co znaczy, że trwała już czwarta Era po Oberonie. Sinni’Vael, wierni proroctwu o nadejściu Luxusa, który zbawi świat od ciemności, w większości przypadków byli traktowani jak wierzący w bajki naiwniacy, marzyciele trwający w niedorzecznych snach o dawnej wielkości. Już nawet sama Eila zaczęła tracić wiarę, ale miesiąc temu zdarzyła się rzecz niewyobrażalna. Odwiedził ją Veda, akv’arr Febete, jedynego ga’arrai Genuina. Nadzieja, rozbudzona wiara, entuzjazm i euforia zawładnęły nią całą. Skrzydlaty posłaniec półboga zapowiedział spełnienie proroctwa. Przykazał również, co ma w związku z tym uczynić i, ku jej ogromnemu rozczarowaniu, kategorycznie zabronił osobiście wziąć udział w wyprawie, jaką polecił podjąć.

Rozdział 1

Wyprawa do Szarego Kopca. Ed.

Kaedmon Geryth to z języka hodirów, Wolne Królestwo. Kiedy po Wielkiej Wojnie, nazywanej Czarną Erą nastąpił okres pokoju (około roku 2000), Levartia rozpadła się na Starą Levartię, a także Elmusth Levartię (tzw. Levartię Właściwą). Na zachodzie Starej Levartii w Deryth Kordmer oraz w mieście Azghar, zaczęły formować się pierwsze ogniska plemienia wolnych hodirów, którzy od początku powstania Vineoi pozostawali w niewoli swych levartarskich panów. Na czele oswobodzonych stanęli: na północy Gudus Kerv, (który naprawdę nazywał się Manolik Tuwul, a dopiero później przyjął miano lulhmarrskiego imperatora Vesis), a także na południu Haerkleia Floril. U zarania Kaedmon Geryth rywalizowały ze sobą miasta biegunów nowo powstałego tworu, lecz władca z północy poślubiając królową z południa połączył królestwo w jedno. Od tamtej pory, przez przeszło trzy tysiąclecia Kaedmon Geryth pozostaje krainą niezmienioną geograficznie. W jego skład wchodzą obszary: Hargagdin, Beelgedaar, Mithol, Rothgalia, Wybrzeże Morza Szeptów, część Wyspy Sonth oraz Wybrzeże Humifal Tekerene (Zatoki Kłów) i Bursztynowy Las; a także miasta: Azgharmeve (stolica), Ostoja Sashena, Deryth Kordmer, Baer Mul, Boldaf, Joszvirul, Sabibu i Ash’Van.

Setria Almaliari Natelhinn, Wiedza o krainach i krajach, Meraliande, r. 3897.

Rozległy się pieśni żałobne. Niebo osnuwał pył szarzyzn jesieni, zaś ziemię spowiła mgła nieprzejednana. Oddział Gultura brnął pod las Viusz’ht bez wielkich nadziei na spotkanie żywych. Konie szły stępem, pomału i czuć było ich niepokój. Jeźdźcy nie byli tu swobodni. Do uroku pobojowiska dochodziła wieść wisząca nad głową o tych niezmarłych z przeklętego, levartarskiego lasu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pchałby się na pola Beelgedaaru, przedsionek piekła. Tylko zbóje i pokraczeńcy ze Starej Levartii mogli tu liczyć na szczęśliwe przygody, na psa urok, tfu! Przecież powszechnie wszystkim wiadomo, że złe złego nie weźmie!

— Jurda! — krzyknął rycerz w lśniącej płytowej zbroi z grawerowanej blachy, na której wyryto Inwokację Miecza, modlitwę do Młodego Boga Nieba, Elnaia — Jurda! — powtórzył zawołanie, a na dźwięk brzmienia jego głosu, z pola zerwał się tabun kruków. Ich wrzask odbił się echem od drzew.

Z bezładnie gramolącej się bandy wystąpił rudy i brzydki, dojrzałego wieku, długowłosy hodir, z przepaską na oku, twarzą wąsatą, ogorzałą i zarośniętą kilkudniową szczeciną. Tułów pokrywała mu przybrudzona, pęknięta na boku kolczuga osłonięta płachtą, szaro-bordową, postrzępioną i zmiętoszoną daleko poza granice przyzwoitości. U boku miał potężną, rzeźbioną rękojeść masywnej szablicy o wielkim rozmiarze.

— Jestem panie! — krzyknął chropowatym, lecz pewnym głosem.

— Jurda, zbierzesz piątkę dziesiętniku!

— Rozkaz panie!

— Pójdziecie na Szary Kopiec — Jurda jakby na mgnienie oka stracił rezon, ale szybko zwrócił się w stronę pozostałych i rzekł — Syxta, Nadarian, Havik, Elend i Era, wystąp!

Przed oddział wyszli trzej mężczyźni i dwie kobiety, Jurda powiódł po nich wzrokiem i rzucił ku wybrańcom:

— Gultur wybrał was, by spełniło się brzemię Pani Eili! Bądźcie dumni, bo od teraz w waszych żyłach płynie żywa krew!

Zaprzysięgani żołnierze setki słuchali z dumnie podniesionymi głowami. Jurda wydobył ogromną, szeroką szablę z pochwy i zasalutował do dowódcy. Gultur przyglądał mu się dłuższą chwilę w ciszy. W końcu odpowiedział dziesiętnikowi tym samym: dobył długiego, ashvańskiego miecza i ucałował ostrze, po czym skierował je poziomo ku wybranej szóstce. Jurda zwrócił się do grupy:

— Za mną! — wskoczył na grzbiet wierzchowca, zakuł boki konia ostrogami i poprowadził swych wybrańców w galop na wschód, w kierunku bram Kaedmon Geryth, gdzie między górami Milo, a zatoką Thrythos, stoi miasto Joszvirul.

Dzień drogi stąd, horbuże Milo miały swój niesławny drogowskaz, szczyt o nazwie Szary Kopiec, na którego wierzchołku oślizgi, agerunici i cienie wznieśli świątynię Egzula — boga czarnej magii. To tam wypadła im droga. Gultur nie wysłał ich na oślep, spełniał wolę swej pherrskiej pani, Eili.

W Beelgedaarze napaści zbójeckich band nie były niczym nadzwyczajnym, toteż nie było codziennością zapuszczanie się jakichkolwiek grup w tamtą okolicę.

Przed nimi wyruszył oddział dwunastu konnych, ale sądząc po pobojowisku tam, pod Viusz’htem, nie ocalał nikt. Jurda domyślał się, że oddzielenie szóstki ma związek z tym, co stało się z poprzednikami setki Gultura — dowódca zachowuje pozór, jakoby jego celem było odnaleźć tych, co niedawno przepadli, a teraz zemścić się za ich tragiczny los. Wiadomym było, że Beelgedaar jest tak dziki, jak Stara Levartia, a włada nim faktycznie Jubal i jego brat Gura Suful. Jurda dobrze wiedział, że Książe Domu Motyli, jak nazywano Gurę, zauważył ekspedycję Gultura już z dobry tydzień temu, a teraz zbiera wszystkich swych poddanych do stopniowego wytracenia hodirów z Wolnego Królestwa, aby, gdy będą już dość osłabieni, zaatakować wszystkimi siłami, zdusić i zamanifestować, kto jest tu prawdziwym panem i, że bez polityki nie ma co pchać wojska do Beelgedaaru. Dlatego Gultur wybrał swego najlepszego hodira. Kazał mu wskazać i zabrać pięciu najlepszych, — aby niespostrzeżenie wkradli się tam, gdzie stu i tak wejść nie zdoła, by załatwili cel i wrócili w porę.

Jechali do wieczora. Zatrzymali się u podnóża Szarego Kopca pod lasem. Havik znalazł dobre miejsce, niezbyt dużą polankę pomiędzy skalnym wzniesieniem, a lasem. W pobliżu był też strumień. Rozłożyli się wygodnie, choć nie tracili czujności. Jurda przypomniał im o celu misji i o horbużej dziedzinie, egzulczą jednak zachował dla siebie. Nie miał pewności co do tego, na ile słuchy o krwawych rytuałach czarnoksięskiej świątyni są prawdą, a na ile jedynie bajaniem miejscowych, a zwłaszcza nietutejszych bardów? Po co siać panikę w sercach swoich żołnierzy? Wiadomo, że pogłoski o mrocznym kulcie mogą być mrzonką i bujdą, która odstrasza niepożądanych gości i nie zachęca do wizyt, na przykład urzędników z królewskich miast. Mogliby oni pod pretekstem odwiedzin nieopatrznie domagać się choćby spłaty podatków, daniny w dobrach, którymi ani Jubal, ani tym bardziej Gura, nie chcieliby się dzielić z własnej woli. Tak oto Beelgedaar stał się prowincją niemal niepodległą, właściwie tylko w teorii jeszcze częścią Kaedmon Geryth (Wolnego Królestwa). Tak właśnie mogło być, Szary Kopiec był symbolem nieprawości fatalnego regionu, lecz nie kaleczył jak dotąd dumy króla na tyle, aby wziąć się za to na poważnie. Większe i bardziej oficjalne grupy, zwłaszcza te ubrane w buty władzy, przechodziły Beelgedaar bez większych trudności i problemów. Perturbacje i przygody spotykały oddziały niewielkie i nieoficjalne, takie, jak setka Gultura, niby pod przewodem ashvańskiego rycerza, lecz bez królewskiego godła: trójgłowego orła, który pożera węża.

— Era — Jurda zwrócił się do pięknej Asthal’Manzae o cerze białej jak śnieg. Krwiście czerwone oczy i usta kontrastowały z bladym obliczem, a kruczoczarne, długie za pas włosy zdawały się kapturem otulającym dziewczynę w mrocznej, intrygującej tajemnicy. — Znasz ty magię czarny aniele? — stary wiedział, że uczennica pani Eili jest adeptką czarodziejstwa, ale dla pewności i spokoju ducha, musiał zapytać.

Era wzdrygnęła się, bo nie lubiła takich określeń. W jej mniemaniu hodirowie za każdym razem, choćby o niej wspominając, robili to nietaktownie. Zależało jej na tym, aby była traktowana jak zwyczajna dziewczyna. Nie mogła jednakże za taką uchodzić wśród istot odmiennego plemienia. Zawsze dostrzegali w niej egzotyczne i nienaturalnie piękne zjawisko, któremu oprzeć się: zwyczajnie nie potrafili. Dla hodirów widok Mrocznej Gwiazdy był bodźcem wyzwalającym emocje… nie zawsze tylko te dobre. Z tych powodów elemdelalka z rodu Asthal’Manzae najczęściej chodziła z twarzą zakrytą czarną chustą. Teraz byli na szlaku i pozwalała sobie na swobodę w tym względzie, jej kompani mieli czas by oswoić się ze zjawiskową urodą towarzyszki.

— Kiedy będzie trzeba użyję zaklinań Jurdo, wiedz jednak, że czuję Szary Kopiec mocą daardli. Jest tam jej tyle, że jeśli ma swoje źródło w jednym miejscu czy osobie, a ta zwróci się przeciwko mnie, to nie podołam.

— Znaczy, że mamy przerąbane? — uśmiechnął się Elend i zrobił bezczelnie durną minę.

— Znaczy, że nie wiem — odparła Era, gasząc jego uśmiech ostrym jak brzytwa spojrzeniem, — ale to bardzo możliwe.

— Zatem pozostaje nam być gotowymi na śmierć — rzekł Nadarian, młody, krótkowłosy blondyn o zadartym nosie i błękitnych oczach.

— Lepiej, żeby nikt nie zginął — odezwał się Elend. — Z resztą, jeśli mogę zauważyć, to nie bez powodu jesteśmy tutaj my, a nie choćby sam Gultur.

— Ciszej synku — uciął Jurda. — Ostrzyć broń, czyścić, oliwić. A ty Nadarian nie szukaj śmierci, bo dałem słowo twojemu ojcu, że nie wrócisz bez głowy. Mam zamiar słowa dotrzymać; za to gdybyś głowę horbużkom chciał ofiarować, swoją za nią niechybnie zamienię, a przyznam, że nie pali mi się do takich prezentów, zatem jeśli mam jeszcze coś do powiedzenia w mojej drużynie, to stul dziób dzieciaku, bo nie wiesz jeszcze, co nas tu czeka! — Dziesiętnik całość wywodu wypuścił z siebie jednym tchem, teraz z trudem łapiąc powietrze, dlatego na jego słowa wszyscy z wyjątkiem Nadariana wybuchli śmiechem. Havik porozlewał do kubków Serce Skorpiona, rubinowo — szkarłatnej barwy mocne, ale bajecznie smaczne i niesamowicie drogie wino z miasta Ahamared — największego telirsterilskiego portu na południu Vineoi. Jakoś cieplej zrobiło się we wnętrznościach. Serce Skorpiona, Miłość Elnaia, dodało otuchy, stłumiło niezdecydowanie. Zza krzaków od strony skały zaszeleściło i wyszła przed nich kobieta o czerwonych włosach zaplecionych w długie warkoczyki, zielonooka i zgrabna jak łania, ubrana na ciemno: zielono i brązowo, hodirka.

— Mamy towarzystwo — powiedziała poważnym tonem.

— Jubalskie? — Jurda zapytał krótko.

— Zieloni, horbugi i… — zrobiła pauzę patrząc po wszystkich — i Zływrogi, nie wiem ilu, wygląda na wieś, albo małe miejsce kultu. — Nadarian rzeczowo się zasępił, reszta przyjęła to bez mrugnięcia okiem.

Teraz Jurda nieco zbladł, wziął dużego łyka Serca Skorpiona i rzekł:

— Dobra robota Syxta — pochwalił dziewczynę wzrokiem i zwrócił się do wszystkich. — Przeobozujemy tę noc trzema zmianami po dwóch. Pierwszą wezmę sam z Havikiem, siedem Pieczęci zmówię po zmierzchu i zbudzę Syxtę z Nadarianem, a wy po dwudziestu jeden zamienicie się z Elendem i Erą.

Asthal’Manzae westchnęła głośno, ale nikt tego nie skomentował ani słowem. Elend uśmiechnął się od ucha do ucha i już chciał coś powiedzieć, ale dziesiętnik spojrzał na niego spode łba, więc ten darował sobie wyrażanie entuzjazmu.

Noc minęła bez konfrontacji, niepokojów, ani przygód.

Nad ranem Era zbudziła Jurdę.

— Czterech horbugów minęło nas jedną Pieczęć temu. Nie widzieli nas.

— Albo… — Jurda poczuł, że od chłodu spania na szlaku lekko skamieniała mu żuchwa. Odwykł ostatnimi czasy od żołnierskiego życia. W przeszłości przeżył niejedno, choćby podczas wypraw na byletherów ze zbójeckich band Starej Levartii. Na dworze Eili jednak, stary dziesiętnik głównie przysposabiał rekrutów do walki.

— ...albo — dokończyła Era — widzieli nas i minęli niespostrzeżenie, aby donieść o nas komuś groźniejszemu, może swojemu dowódcy? — jej oczy przez króciutką chwilkę zatańczyły. — Nie możemy ryzykować, Havik już się tym zajął.

— A Elend? — Asthal’Manzae zrobiła taką minę, że dowódca nie potrzebował wyjaśnień. Wiedział, że Derythkordmerczyk jest niezastąpiony w tego typu zadaniach. — Dobrze — skinął głową Jurda, podnosząc się z uśmiechem kogoś, kto właśnie popełnił gafę. Bawiło go, że postępujące oznaki starości płatają mu figle, w duchu zastanawiał się, kiedy minęły te wszystkie lata, kiedy jako młodzian był zawsze pierwszy i najlepszy, teraz zaś tylko wiedział jak się to robi? Gorzej z wykonaniem, połączeniem precyzji i szybkości. Wciąż miał świetną technikę, niejednego bił na głowę doświadczeniem, lecz dobrze wiedział, że najlepsze lata ma już za sobą.

— Nadarian! — zawołał. — Zbieraj drużynę i prowadź na górę! Konie już nam nie będą potrzebne. Puścić na swobodę.

— Tak jest! — bez zwłoki usłyszał odpowiedź.

Po chwili zebrali się i wyruszyli, zgodnie z rozkazem prowadził najmłodszy hodir.

Góra, jaką był Szary Kopiec, od wschodu kończyła się gwałtownie urwiskiem. Od strony zachodniej miała kształt stoku, dość stromego, rzadko, ale jednak, pokrytego trawą, żwirem, od czasu, do czasu porośniętego skarłowaciałymi drzewo-krzewami, w hodirskiej mowie południa zwanymi chruśce. Gdzieniegdzie widoczne były dziury w powierzchni, a Jurda wiedział, że są to wejścia do jaskiń. Jeśli Syxta miała rację, a nie wątpił, że tak było, to w jaskiniach spotkają agerunitów, Złych Wrogów, którzy z pewnością zadbali już, aby wszystkie wejścia do jaskiń były wewnętrznie połączone siecią zawiłych korytarzy.

Mżył deszcz. Po kilku wersach Pieczęci spotkali Havika. Zabił całą czwórkę horbugów, wystrzelał ich z łuku jak kaczki. Był doskonałym strzelcem i naprawdę rzadko pudłował, jego ofiary nie mogły mieć większych szans. Zasadzka myśliwego miała w sobie coś z egzekucji… Wszystko wskazywało na to, że zielonoskórzy przywykli do wygodnej, złej reputacji Szarego Kopca i zrezygnowali z wart, czy jakichkolwiek patroli, zatem czwórka, którą ustrzelił Elend z czymś tu przybyła i najwyraźniej coś przy sobie musiała mieć. Tylko co?

Jurda rozkazał wszystkim hodirom przeszukać horbugów, każdemu z osobna każdego. Dziesiętnik liczył na to, że omylność zostanie zniwelowana, błąd jednego naprawi kolejny, sądził, że każdy myśli inaczej, a to daje szansę. Jedyne, co przy sobie mieli to dziwny metalowy przedmiot w kształcie półksiężyca, jego powierzchnia pokryta była jakimś nikomu nieznanym pismem. Era zawinęła przedmiot w szmatkę i schowała go do sakwy.

Po siedmiu pełnych Pieczęciach dotarli do pierwszych grot skalnych, postanowili przeszukać jaskinię.

— Czarcie nasienie — mruknął Elend — żyją jak szczury te wszystkie oślizgi…

— Daj spokój — rzekł Jurda śmiertelnie poważnie — jakbyś miał za matkę węża, a za ojca ropuchę, to też byś nie przepuścił żadnej szparki — zaśmiał się i splunął na kamienną podłogę.

Jaskinia była nierówna, naszpikowana stalaktytami i stalagmitami, dość szerokie wejście wpuszczało sporo światła. Z prawej strony korytarz kończył się ścianą, natomiast z lewej widać było przejście w głąb.

Dziesiętnik wskazał swej grupie, że ich droga wypadła właśnie lewym tunelem. Rozpalił pochodnię, to samo uczynił Elend. Wciąż prowadził Nadarian, ale było tam na tyle szeroko, że niemal zrównała się z nim Syxta.

— Nie pękaj — zerknęła na niego zalotnie, z półuśmiechem.

Młodzieniec skinął głową. Był wzorowym adeptem w armii Pani Eili, mistrzem miecza w treningowych salach, lecz brak mu było doświadczenia w prawdziwej walce. Czuł tremę i jak to bywa, jego stres po troszku udzielał się wszystkim. Era mierzyła czas, ale po ósmej Pieczęci zacięła się i nie wiedziała, czy ósma została skończona, czy właśnie miała się rozpocząć? Jurda zostawiał nacięcia na ścianach. Miały zagwarantować, że się nie zgubią, choć Havik i Elend mieli wrażenie, że już dawno to nastąpiło.

Minęli głęboką dziurę w podłożu, a wkrótce potem korytarz kończył się ślepą uliczką. Wtedy Jurda zrozumiał, że to nie była dziura, lecz studnia prowadząca na dół. Związali się w pasach jednym sznurem i opuszczali pojedynczo w nieznane.

Pierwszy wciąż był Nadarian. Jakieś trzy długości wzrostu dorosłego hodira w dół — tyle wynosiła wysokość zagłębienia. Kiedy wojownik poczuł grunt pod nogami, odetchnął z wyraźną ulgą. Młodzieniec psychicznie był już dość zmęczony penetracją podziemi Szarego Kopca. Wzrok, który przyzwyczaił do blasku płomieni w osnutych nieprzeniknioną ciemnością korytarzach, teraz spłatał mu figla, bo oto przed chwilą widział kształt jakiś niewielki, który nader prędko dał susa w korytarz w prawo i zniknął. Wydał przy tym szmer, dźwięk krótki, nieco przypominający… kwiknięcie, albo zaskomlenie. Nikt poza Nadarianem tego nie zauważył.

Bardzo chciał zbadać to, co mu przed chwilą mignęło, ale pomyślał, że może nic tam nie ma i wyjdzie na strachliwego głupca, jeśli opowie o tym dowódcy? „Meldować o wszystkim, cokolwiek którykolwiek z was zauważy” — przypomniał sobie regułę, którą Jurda do znudzenia powtarzał na manewrach swojej dziesiątki. Tym razem postanowił to zignorować. „Wyobraźnia płata mi figle” — pomyślał. Zaraz zeszli kolejni jego towarzysze. Na dole było wilgotniej i cieplej, ale nie było to ciepło przyjemne, tylko drażniące i duszne. Tym razem poczekał na samego Jurdę. Bez słowa spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Przed nimi było rozwidlenie, a młody wojownik nie miał pojęcia, którą drogę wybrać? Zaskoczyło go, że stary dziesiętnik również zdawał się być zdezorientowanym.

— Syxta!

— Jestem! — tropicielka odpowiedziała pewnie, choć nie za głośno.

— Prowadź!

— Rozkaz! — szepnęła. Mimo że głos zdecydowanie przyciszyła, to niezmienny pozostał charakterystyczny ton karnego żołnierza.

Machnęła ręką, wskazując pozostałym, by ruszyli za nią.

Potok jej cieniutkich, niczym sznureczki, czerwonych warkoczyków kołysał się w oczach podążającego za nią młodego Nadariana, który z lekkim zawstydzeniem, lecz również z oszałamiającym zachwytem kontemplował silną kibić, symetryczne ramiona, wąską talię, proporcjonalne biodra, pośladki kusząco kształtne, a zarazem jędrne niczym u narowistej klaczy. Obcisłe, przylegające do skóry ubranie nadawało dziewczynie artystyczny wyraz dzieła sztuki najwyższej, tej jedynej magii, którą parać się mogą tylko bogowie. Nadarian zupełnie nie zwracał uwagi na odrapane ściany, najwyraźniej przy pomocy żelaznego narzędzia, ani na co chwila rozszerzające się i kurczące korytarze, w końcu dużo ważniejsze od liczenia zakrętów w skalnym labiryncie było obserwowanie jak z odsłoniętych, sprężystych ramion pięknej Syxty, uciekają drobniuteńkie kropelki potu.

Kiedy wyszli na salę zaskoczyło go to niezmiernie, zresztą umysł hodira łatwo się przyzwyczaja do otoczenia i nie jest dla niego naturalne od razu dokonać wielkiej zmiany. W tym przypadku Nadarian tak bardzo pochłonięty był podziwianiem walorów pięknej towarzyszki, że nieco go przytłoczył ogrom przestrzeni, na którą dopiero co i nagle zwrócił uwagę. Komnata zdawała się okrągła, o średnicy około pięćdziesięciu podwójnych kroków i wysokości jakichś dziesięciu. Po przeciwległej stronie były dwa wejścia, oba z kamiennymi, płaskorzeźbionymi futrynami, w tej z lewej strony były drzwi, drewniane, z metalowymi okuciami, sprawiały wrażenie solidnych. Z prawej raziła pustka.

— Dobre miejsce żeby się zatrzymać — orzekła Syxta, zwracając się do Jurdy. Dziewczyna dopiero teraz zauważyła, że reszta drużyny nie ma się najlepiej. Wszyscy byli spoceni, włącznie z nią samą, oddychali ciężko i głośno, ale Jurda i Era z trudem łapali powietrze. Ich podkrążone, zaczerwienione i załzawione oczy zdradzały zmęczenie. Asthal’Manzae łzawiła krwią. Wyglądało to upiornie, ale tropicielka już nieraz miała okazję przyglądać się Mrocznej towarzyszce, dlatego ten widok nie wywierał już tak szokującego wrażenia jak za pierwszym razem. Nadarian oraz Elend wydawali się podobnie do siebie zafrasowani. Dlatego nie zdziwiła się, kiedy dziesiętnik bez słowa zgodził się na propozycję postoju.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 75.03