E-book
6.83
drukowana A5
42.3
Księga Wojny: Proditio

Bezpłatny fragment - Księga Wojny: Proditio


5
Objętość:
330 str.
ISBN:
978-83-8189-791-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 42.3

Książkę dedykuję mojemu najlepszemu przyjacielowi. Dziękuję, że jesteś ze mną, kiedy inni się odwracają plecami, gdy coś nie idzie po mojej myśli. Kocham Cię.


Czasem, nawet morderca może być ofiarą. Zrozumiałem to, gdy poznałem Searę Levine.

Niekiedy czynimy źle, myśląc że tylko w taki sposób zdołamy przeżyć.

Księżniczka Locusa udowodniła, że ludzie widzą w nas potwory, choć w środku, a czasem bardzo głęboko, mamy oblicza aniołów. Bo nikt nie urodził się zły. Każdy jest stworzony w jakimś celu.

Seara Alana Drogas Levine. Zapamiętajcie ją.

Oto jej historia.

— V. S

PROLOG

Księżniczka Meliora oraz książę Daray czekali na narodziny swojej córeczki, aż wreszcie, urodziła się Seara Alana Drogas Levine. Cały naród świętował. Zwłaszcza, że w tym samym dniu, Daray został królem Locusa. Młodzi władcy byli szczęśliwi i nie mogli się doczekać chwili, kiedy moc córki zostanie ujawniona. Może będzie kontrolować żywioły? Albo zdobędzie umiejętność czytania w myślach, lub będzie potrafiła mówić w każdym języku? Ludzie zakładali się o wysokie sumy sądząc, że uda im się odgadnąć przyszłą zdolność Seary. Lud musiał czekać do szóstych urodzin dziewczynki, ponieważ w szóste urodziny każde dziecko ujawnia swoją moc. Niekiedy jednak człowiek nie ukazuje żadnej umiejętności, a jeszcze rzadziej, jest ofiarą klątwy.

W końcu, kiedy dziewczynka skończyła sześć lat, rodzina królewska przeżyła szok. Z godziny na godzinę dziecko się czuło coraz gorzej. Saluterki wykorzystywały każdą namiastkę swojej mocy, próbując uleczyć biedną księżniczkę. Wszyscy jednak potajemnie wiedzieli co się dzieje z Searą. Gdy Daray i Meliora usłyszeli diagnozę córki, popadli w głęboką rozpacz.

— Wasza Wysokość — rzekła poruszona Saluterka — Seara jest obarczona klątwą.

Meliora padła w ramiona męża i zaczęła płakać. Klątwa oznacza hańbę, mrok i wieczne potępienie. Saluterki potrafią ujrzeć aurę, z której mogą wyczytać, jaką dziecko ma umiejętność. W ten właśnie sposób jedna z lekarek odkryła, co się dzieje z dziewczynką. Daray nie chciał jednak tracić nadziei, że uda mu się uratować Searę.

— Co się z nią stanie?

— Codziennie, po kres życia musi zabijać. Każdego dnia ma paść z jej ręki co najmniej jedna ofiara. Inaczej ona sama umrze.

— I od początku to wiedziałaś? — warknął.

— Wasza Wysokość — zaczęła się tłumaczyć — Niekiedy aury są niejasne. Tak było w tym przypadku. Musiałam się upewnić, czy to rzeczywiście klątwa.

Król się załamał. Przez pewien czas próbował przełamać przekleństwo różnymi sposobami, lecz na próżno. Zamknął się w swojej komnacie i nikt nie mógł wejść do środka.

Godziny mijały, a Seara jeszcze bardziej słabła. Królowa siedziała obok córeczki. Meliora wiedziała, że istota, której dała życie, umiera. Trzymając rękę leżącej na łóżku dziewczynki, bała się, że zaraz zniknie. Ból przeszył serce władczyni.

— Kocham cię, Searo. Nigdy o tym nie zapominaj — rzekła przez łzy. Usłyszała kroki, więc odwróciła się, mając nadzieję, że ujrzy męża. Jednak to był jej ojciec, Severis Levine.

— Co chcesz uczynić? — spytał córkę. Ta pokręciła głową.

— Nie pozwolę jej umrzeć

Ojciec Meliori usiadł po drugiej stronie łóżka i pogłaskał swoją wnuczkę po ciemnych włoskach.

— Czy chcesz, żeby w przyszłości narodem rządził morderca?

— Ona nie jest morderczynią! — warknęła zdenerwowana królowa.

— Ale będzie. Nie ma innego wyjścia — Severis westchnął — Nie zrobię nic, na co mi nie pozwolisz, ale pomyśl, co jest najlepsze dla dobra Seary i królestwa?

— Powiedzmy narodowi, że jest bez mocy — wzruszyła ramionami — Wytrenujesz ją na żołnierza i na władcę.

Severis kiwnął głową. Następnie pocałował dziewczynkę w czoło i wyszedł.

Królowa siedziała z księżniczką, opowiadając jej różne bajki. W pewnej chwili wyciągnęła nóż z sukni i podała go Searze. Ta, nieświadoma co się dzieje, chwyciła ostre narzędzie drżącymi rączkami.

— Kocham cię Searo. Pomimo wszystko — to były ostatnie słowa Meliori. Ręką córki, wycelowała nóż w swoje serce. Mocnym ciosem przebiła je ostrzem. Konając, padła na podłogę.

* * *

Severisa obudziły krzyki. Szybko wstał z łóżka i pobiegł do pokoju swojej wnuczki, skąd dochodził hałas. To, co tam zobaczył, było jak ujawnienie jego najgorszych koszmarów. Królowa leżała martwa na podłodze, z nożem wystającym z piersi, a Seara siedziała skulona na łóżku cała we łzach. Dłoń dziewczynki i suknia poplamione były krwią, podobnie jak prześcieradło. Krzyczała i jęczała, nie wiedząc, co się dzieje. W końcu miała tylko sześć lat!

Dziadek podbiegł do niej i mocno przytulił. Zamknął oczy, próbując wymazać widok martwej córki ze swojej głowy. Strażnicy ich otoczyli. Przybiegł także Daray. Kiedy zobaczył zwłoki żony, wrzasnął. Spojrzał na swoją córkę z odrazą i przerażeniem. Chciał do niej podejść, jednak Severis go zatrzymał, zapewne bojąc się, czy mężczyzna nie zrobi jej krzywdy.

— Zostaw dziecko w spokoju!

— Nie! Coś ty zrobiła!? — krzyczał przez łzy. Kucnął przy zwłokach i dotknął dłoni żony. Jej szata umazana krwią sprawiła, że zaczął jeszcze głośniej szlochać.

— Nie chciałam tatusiu! — pisnęła dziewczynka.

Mężczyzna spojrzał na nią i pokręcił głową. Roztrzęsiony, szybko wstał i opuścił pokój.

Następne dni były pełne żałoby. Po uroczystym pogrzebie, Severis na nowo objął rządy w Locusie, a cały dwór zmusił do złożenia przysięgi, że przyczyna śmierci królowej zostanie tajemnicą. Król przedstawił narodowi Searę, jako dziedziczkę bez mocy. Zaczął ją także szkolić na żołnierza, jak życzyła sobie Meliora. Z latami, dziewczyna stawała się coraz potężniejsza. Każdego dnia zabijała, realizując klątwę, a słuch o jej ojcu zaginął.

1

Seara

.Jedenaście lat później


Razem z Amabel kopiemy grób dla mojej ofiary. Gdy zabijałam tego mężczyznę, poczułam się silniejsza. Chciałam skakać, krzyczeć i śpiewać. Odnosiłam wrażenie, że jestem najpotężniejszą istotą na świecie. Znajdowałyśmy się w lesie, niedaleko pałacu- naszego domu. Realizowałam klątwę, która czyniła ze mnie mordercę. Odetchnęłam głęboko, kończąc to, co zaczęłam.

— Okey — wyszeptała Amabel — Wystarczy teraz włożyć ciało.

Kiwnęłam głową i pociągnęłam zmarłego w stronę dziury. Był ciężki, ale dałam radę go wrzucić do grobu. Żałowałam, że potraktowałam go jak lalkę, którą się wyrzuca, lecz nie miałyśmy czasu na odprawienie pogrzebowej ceremonii. Ba! Nawet nie znałyśmy imienia tego faceta, więc pogrzeb byłby i tak żałosny.

— Żegnaj człowieku! — powiedziałam, popychając zwłoki.

W tym samym czasie moja towarzyszka stała na czatach. Kiedy już zakopałyśmy dziurę, ruszyłyśmy w stronę domu, przez tajgę. Szłyśmy w milczeniu. Może dlatego, że to był pierwszy raz, kiedy Amabel towarzyszyła mi podczas pełnienia klątwy. Było mi wstyd za to, co robię, chociaż wyboru nie miałam. Albo będę zabijać, albo ja sama umrę. O moim nieszczęsnym losie, dziewczyna dowiedziała się dwa miesiące temu i dopiero dzisiaj zgodziłam się, aby w tej wyprawie uczestniczyła. Schyliłam się, unikając w ten sposób zderzenia z gałęzią.

— Więc… — powiedziała Amabel próbując przerwać ciszę — Co powiesz na to, abyśmy po treningu spędziły wieczór tylko razem? Takie piżama-party? Bez Clausa.

Uśmiechnęłam się, słysząc tę propozycję.

— Byłoby fajnie — odpowiedziałam szeptem, by nikt nas nie usłyszał. Wątpię, czy ktoś panoszyłby się w lesie nad ranem, ale pewności nigdy za wiele.

— To świetnie! — krzyknęła entuzjastycznie. Zaczęła tańczyć taniec szczęścia. Aczkolwiek, nie przypominało to tradycyjnego tańca.

Roześmiałam się, widząc jej ruchy.

— Spokojnie wariacie — szturchnęłam ją w ramię i zatrzymałam — Zanim wrócimy do pałacu, muszę ci coś powiedzieć. Dziękuję, że ze mną poszłaś — odparłam całkowicie szczerze — To dla mnie wiele znaczy.

Wzruszyła ramionami.

— Od czego się ma przyjaciół? — dała mi kuksańca w bok, wywołując w ten sposób kolejną dawkę śmiechu. Po tej wyprawie, jej białe, długie włosy były w nieładzie. Blada twarzyczka umazana błotem, a fioletowe oczy lśniły chęcią do walki. Amabel była niską dziewczyną, jeszcze niższą niż ja, ale miała ogromne serce wojownika.

Brnęłyśmy dalej, przechodząc przez most, który prowadził na drugą stronę rzeki. Zanim się obejrzałyśmy, przekroczyłyśmy bramę pałacu. Straż sprawdziła, czy nie jesteśmy Zmiennokształtnymi. Jak to zrobili? Yyy… może wyjaśnię kiedy indziej.

* * *

— I jak było na misji? — zapytał Claus, gdy weszłyśmy do sali treningowej. „Misjami” nazywał moje wypady do miasta, lasu czy innych miejsc, by kogoś zabić. Niekiedy wyjeżdżałam poza stolice, a nawet poza królestwo, by nie wzbudzać podejrzeń, że w Locusie, grasuje seryjny morderca, czytaj: ja. W końcu, któregoś dnia ktoś mógłby mnie rozpoznać, gdybym polowała w jednym miejscu.

Przestałam zapuszczać się tak daleko, ponieważ nie mogłam wykonywać swoich obowiązków. Król, czyli mój dziadek sprawił, że zaczęłam wykonywać egzekucje na niektórych więźniach. To ułatwiało sprawę i trochę kumulowało uczucie wstydu, ponieważ miałam świadomość, że zabijam złych ludzi. Tych, którzy dopuścili się naprawdę okropnych rzeczy.

Powracając do treningu. Nasza sala treningowa była ogromna! Ściany, jak i podłoga zostały pomalowane szarą farbą i obłożone ochronnymi materiałami. W kątach znajdowały się półki, a na nich przeróżna broń. Na samym końcu pomieszczenia były też tarcze, przy których można trenować celność, strzelając z łuku. Ale to nie wszystko. Na suficie wisiały drążki i wbudowano także ściankę wspinaczkową.

— A wiesz, że świetnie!? — odpowiedziałam — Odkryłyśmy, że na zachód od nas, znajduje się królestwo pingwinów. Może się tam kiedyś wybierzemy? — zapytałam, na co on, parsknął śmiechem.

— Jeśli kiedykolwiek powiesz śmieszny żart, to obiecuję, że wytatuuję go sobie na plecach — powiedział. Przewróciłam oczami, słysząc tę uwagę i podeszłam do niego, by porozmawiać. Kątem oka widziałam, że Amabel wybierała broń. Zdecydowała się na włócznie.

— Dzisiaj będzie bardziej tradycyjnie — powiedziała, odwracając się do nas oraz przerywając naszą konwersację.

— Czyli co? Pojedynek? — spytałam, modląc się w duchu, aby odpowiedziała przecząco. Jeszcze w całym moim życiu nie zdarzyło się, bym go wygrała.

Moja przyjaciółka przytaknęła. Jęknęłam zatem i nakazałam Clausowi wybrać pole bitwy.

— Presun, wiek trzeci. Wtedy było tam pięknie — powiedział.

— Świetny wybór — pochwaliłam go, wzdychając. Ukłonił się żartobliwie i zmierzwił mi włosy.

— Nie marudź. Może tym razem uda ci się wygrać — uśmiechnął się arogancko, a ja pokręciłam głową. To właśnie Claus najczęściej wygrywał. Gdybym teraz zwyciężyła, pewnie wpisalibyśmy to do kroniki Locusa.

Mężczyzna ruszył ku półce z bronią i wybrał bicz ze stalowymi prętami.

Już.

Po.

Mnie.

Teraz moja kolej, aby wybrać sprzęt. Postanowiłam poćwiczyć strzelanie z łuku.

Claus i ja stanęliśmy naprzeciwko naszej przyjaciółki. Potrafi wywoływać iluzje. Właśnie dzięki tej umiejętności możemy być w tak niezwykłych miejscach, jak Presun. Kiedyś imperium kultury w kraju, a dziś tylko gruzy. Miasto zostało zniszczone przez wojnę ze Zmiennokształtnymi.

Amabel zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech i uniosła ręce ku nam. Wtem, ściany zniknęły, sufit się rozmazał, ziemia lekko zatrzęsła, a ja pojawiłam się w zupełnie innym świecie. Moich przyjaciół przy mnie nie było. No to cóż… zaczynamy trening.

Zlustrowałam otoczenie dookoła. Była ciemna, chłodna noc. Znajdowałam się w okolicy, w której pachniało niezbyt przyjemnie. Na dodatek, ze względu na porę dnia, nie mogłam niczego dostrzec. Żadna pochodnia się nie świeciła, więc musiałam polegać na słuchu.

To naprawdę niesamowite, że czułam się, jakbym naprawdę była w Presun. Wolałam się nie zastanawiać nad tym, jak to możliwe, że Amabel potrafi sprawić takie niezwykłe iluzje. Kiedyś się jej spytałam, jak to robi, że manipuluje czyimś umysłem, ale po paru godzinnych tłumaczeniach, z których i tak nic nie wyciągnęłam, poddałam się.

Dobrze, czas zacząć działać. Pobiegłam wzdłuż miasta, jednak po kilkunastu minutach truchtu stwierdziłam, że to bezcelowa bieganina za nie wiadomo czym. Postanowiłam wejść na dach i obejrzeć panoramę miasta, by zorientować się, gdzie dokładnie jestem. Weszłam do środka pewnego, zniszczonego domostwa z kamienia brunatnego, mając nadzieję, że w środku nikogo nie będzie. Wchodząc, odkryłam, że pomimo iż ten budynek wyglądał na niestabilny, to miał jakieś atuty. Był wysoki i wierzyłam, że z jego dachu naprawdę więcej zobaczę. W środku było na szczęście pusto, więc poszłam dalej. Moje serce waliło jak szalone, bojąc się, czy mój przyjaciel nie postanowił zrobić tutaj zasadzki. Mógł się przecież gdzieś ukryć, chcąc zaatakować mnie z zaskoczenia.

W prowizorycznej kuchni znalazłam drabinę. Wspięłam się po niej, ignorując skrzypienie starego drewna. Wkroczyłam do dziury w suficie i w ten sposób znalazłam się na strychu. Usiadłam na podłodze, myśląc co dalej. Poza tym musiałam przez chwilę odpocząć i się uspokoić przed spotkaniem z przeciwnikiem, które niechybnie nadejdzie.

Jeśli chodzi o ten pojedynek, to polega on na tym, że: Ja i Claus mamy za zadanie odnaleźć Amabel. Kto pierwszy ją znajdzie i pokona, zakończy tę symulację, jednocześnie kończąc ten trening. Na początku jednak najlepiej jest załatwić konkurenta. Wydaje się proste, ale w praktyce jest gorzej.

Serio! Wierzcie mi na słowo.

Wstałam, próbując znaleźć coś, co pozwoliłoby mi zniszczyć sufit, aby później wejść na dach. Materiał, z którego był wykonany, wydawał się słaby, ale moje strzały nie były na tyle mocne, by go zniszczyć. Chodziłam po pomieszczeniu, lecz niczego pożytecznego nie znalazłam.

Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Chwyciłam mocniej łuk. Tak mocno, że aż mi kłykcie zbielały. Jak najciszej, zeszłam na dół, by sprawdzić kto to. Mój mózg pracował na pełnych obrotach, gotowy do walki. Obróciłam się, co się okazało złym posunięciem, bo zostałam zaatakowana. Poczułam mocny ból, kiedy bicz Clausa uderzył mnie w twarz. Pod wpływem szoku, upadłam na plecy. Mój przeciwnik wykorzystał to i szykował się do kolejnego ataku, więc szybko przesunęłam się na bok, unikając w ten sposób uderzenia. Naciągnęłam niedbale strzałę na cięciwę i posłałam ją w stronę mężczyzny. Trafiłam go w ramię, chociaż nie jestem tego do końca pewna, bo było, jak już wcześniej powiedziałam, ciemno. Podniosłam się z ziemi i pobiegłam, uciekając od niego. Gdy byłam wystarczająco daleko, dotknęłam rany na policzku. Krwawiłam.

— Dzięki Claus — wyszeptałam do powietrza. Ciekawiło mnie, jakie on ma obrażenia. Oby nic mu się nie stało, po spotkaniu z moją strzałą.

Nie mogłam się tym teraz przejmować. Powinnam kontynuować trening. Ruszyłam zatem dalej, w kierunku wieży Sivisa, kiedyś najsłynniejszej budowli w całym królestwie. W moich czasach, w pięćset czterdziestym szóstym roku, po tej wieży zostały tylko szczątki. Dobrze, że widziałam jej obrazy w książkach mojego dziadka. Dzięki temu wiem, jak wyglądała i gdzie jej szukać. Prawdopodobnie to tam ukrywa się Amabel. Instynkt mi tak podpowiadał, a z doświadczenia wiem, że warto go słuchać.

Byłam już bardzo blisko celu, kiedy świat się rozmazał, a ja znów znajdowałam się w sali treningowej. Odzyskałam ostrość widzenia dopiero po chwili. Pomieszczenie nie wyglądało tak, jak przed symulacją. Elementy sufitu spadały na podłogę. Połowa pomieszczenia stała w ogniu.

Poszukałam wzrokiem swoich przyjaciół. Amabel leżała na ziemi, a jej twarz i włosy były we krwi. Obok niej znajdowały się kawałki rozbitego szkła. Dostrzegłam, że wszystkie okna w sali zostały zniszczone. Nie mogąc patrzeć na ten chaos, odwróciłam głowę w stronę dziewczyny. Claus próbował ją obudzić, jednak nie reagowała. On także krwawił, ale po wyrazie jego twarzy mogłam wywnioskować, że bardziej interesowała go Amabel.

Raptem, nastąpił huk i ziemia się zatrzęsła. Normalnie prawdziwa apokalipsa! Po drugiej stronie pomieszczenia sprzęty treningowe wybuchły. Nie mogłam złapać oddechu z powodu dymu.

Myślałam tylko o jednym. Musiałam nas uwolnić. Na szczęście drzwi zostawiliśmy otwarte.

— Musimy się stąd wynosić! — wrzasnęłam. Claus popatrzył na mnie i z powrotem na wojowniczkę. Zacisnął usta w wąską kreskę i pokiwał głową. Przeczołgałam się ku niemu i pomogłam wynieść Amabel z tego piekielnego pokoju. Niestety, na zewnątrz było jeszcze gorzej. Żołnierze biegali w różne strony. Niektórzy walczyli, tylko czemu przeciwnicy nosili te same mundury? Każdy ubrany był w czarny mundur z naszywką sztyletu na plecach.

To byli nasi wojownicy.

Zdezorientowana wstałam i podałam rękę Clausowi, który ją odepchnął.

— Searo! Biegnij po pomoc! — usłyszałam. Mój przyjaciel podniósł białowłosą dziewczynę i szedł, trzymając ją w ramionach.

— I mam was zostawić!? — krzyknęłam.

— Nie uratujesz nas, siedząc tutaj! A Amabel potrzebuje Saluterki! — ryknął już zniecierpliwiony. On ma rację. Ruszyłam najszybciej jak mogłam w głąb pałacu, szukając lekarki dla mojej przyjaciółki. Pędziłam naprzód, nie interesując się, co się dzieje wokół mnie. Nie powinnam tego robić, ponieważ za późno zorientowałam się, że w moją stronę pędzi pocisk. Uniknęłam śmierci, dzięki żołnierzowi, który mnie popchnął. Uderzyłam plecami o podłogę.

Zabolało.

Próbowałam wstać, lecz ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Cholera! Nie mogłam tak leżeć, gdy moje królestwo się wali. Na szczęście strażnik, który mnie uratował, pomógł mi stanąć na nogi.

— Co tu się wyrabia!? — wrzasnęłam, zamiast dziękować za uratowanie życia. Zaczęłam kaszleć i do oczu napłynęły mi łzy wywołane dymem.

— Jest inwazja! Zmiennokształtni wdarli się do pałacu! — odpowiedział.

Przerażona, ruszyłam dalej, choć straciłam orientację, dokąd tak w ogóle biegnę.

Jak mogli Zmiennokształtni wtargnąć do pałacu? Te stworzenia, a raczej ludzie, to istoty, które mogą zmienić się w cokolwiek. Byli pierwszymi zmutowanymi ludźmi, którzy się obudzili po użyciu broni biologicznej, przez naszych przodków tysiąc lat temu. W Królestwie Impirian są władcami, ale nie tutaj. Według mojego dziadka, Zmiennokształtni to nasi wrogowie.

Wszędzie było ciemno. Nie wiedziałam już kompletnie gdzie jestem, ani jak mam znaleźć pomoc dla Amabel. Ktoś albo coś mnie popchnęło, choć jakimś cudem udało mi się nie upaść.

Odwróciłam się i ujrzałam wilka z nienaturalnie zielonymi oczami. Zrozumiałam, że przede mną stał Zmiennokształtny. Nie potrafiłam wykonać żadnego ruchu. Stałam i tylko na niego patrzyłam. Ten stan nie mógł trwać w nieskończoność. Ogarnęłam się i ustawiłam w pozycji bojowej, lecz w środku, trzęsłam się ze strachu.

— Pokaż swą prawdziwą twarz — warknęłam. Zwierzę skamlało, wywołując w ten sposób we mnie współczucie. Dostrzegłam, że jest ranne i krwawi. Napełniła mnie chęć pomocy, ale nie uczyniłam niczego, by je uratować. Spojrzałam jeszcze raz w te dziwne oczyska. Wilk zaczął się powoli wycofywać. Czy on nie zamierza mnie atakować? Ze zdumienia otworzyłam szeroko oczy. Chciałam coś zrobić, cokolwiek, lecz nagle świat po raz kolejny się rozmył, a ja straciłam przytomność. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam to ból, kiedy moja głowa uderzyła o podłogę.


Zamrugałam kilka razy, próbując przyzwyczaić się do światła. Znajdowałam się w małym, czystym pomieszczeniu, zwanym izolatką.

Nikogo przy mnie nie było.

Obok mojego łóżka (jeśli w ogóle mogę nazwać to coś, na czym leżę łóżkiem) stało lustro. Zerknęłam na swoje odbicie, by dostrzec, czy wyglądam tak samo, jak się czuję.

Moje ciemne włosy były brudne i w kołtunach. Skóra nabrała jaśniejszego odcienia. Jeszcze bardziej schudłam i wyglądałam jak prawdziwy szkielet, ale ten stan raczej nie był w wyniku niedawnych wydarzeń. Nie miałam już stroju, w który ubrana byłam ostatnio. Teraz nosiłam czarną koszulkę i legginsy.

Zaczęłam się gapić w sufit, zadając sobie pytania, na jakie nie znałam odpowiedzi.

Ile tutaj leżę?

Jak długo byłam nieprzytomna?

Przypominałam sobie każdą sekundę z tego, co się wydarzyło w pałacu, zanim straciłam przytomność. O nie! Moje królestwo zostało zaatakowane przez Zmiennokształtnych. Wiele kolejnych pytań narosło w mojej głowie. Głównie tych z serii: Dlaczego? Po co? Czy wrogowie osiągnęli swój cel? Aż wreszcie, coś do mnie dotarło.

AMABEL!

Miałam odnaleźć dla niej pomoc. Zawaliłam. Oby jej się nic nie stało. Poprzednio, kiedy ją widziałam, była nieprzytomna, a Claus niósł ją na rękach. Musiałam sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku!

Wstałam gwałtownie. Rozbolała mnie głowa, a świat się trochę rozmazał.

Dobra Searo, dasz radę! Przecież chcesz się dowiedzieć, jak się czują twoi przyjaciele.

Ruszyłam kilka kroków do przodu i przewróciłam się. Postanowiłam zatem przytrzymać się ściany. Niestety, nawet to nie pomogło. Gdy już dotarłam do drzwi, okazało się, że ich otwarcie stanowiło dla mnie największe wyzwanie. Chwyciłam za klamkę, ale moje dłonie były śliskie od potu, co utrudniało zadanie. Drugim problemem był fakt, iż moje mięśnie były słabe.

Nie zamierzałam się poddać. Wyjdę stąd!

Udało mi się to uczynić po tysięcznej próbie z fatalnym skutkiem. Miałam mroczki przed oczami i nie czułam już całkowicie rąk, ani nóg.

W głowie miałam tylko jeden cel: odnaleźć Amabel. Zależało mi, aby dowiedzieć się, co z nią jest.

Z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Zawiodłam moją przyjaciółkę. Wiecie jakie to okropne uczucie? Nie miałam na dodatek pojęcia, gdzie jej szukać. Na pewno fakt, iż w korytarzu świeciła się jedna pochodnia, nie pomagał. Do tego dochodzi Claus, który przecież też mógł być ranny.

— Amabel! — zawołałam zachrypniętym głosem. Żadnej reakcji — Claus! — krzyknęłam jeszcze raz. Wołałam ich przez pewien czas, dopóki moje gardło zaczęło mnie boleć od wrzasków — Gdzie jesteście? — dokończyłam szeptem.

Szłam dalej, a raczej się wlokłam do momentu, aż moje nogi kompletnie przestały funkcjonować.

Ze zmęczenia położyłam się na podłodze i zaczęłam szybciej oddychać. Nie dałam rady.

W pewnym momencie, ktoś wziął mnie na ręce. Chciałam się szarpać, walczyć, ponieważ wystraszyłam się, że to wróg. Zmiennokształtni mogli dalej tu grasować. Tylko szkoda, że ręce i nogi mnie nie słuchały. Lecz kiedy poczułam woń lasu i potu, rozluźniłam się. To był Claus.

— Hej — zamruczał — Wszystko dobrze.

Przyjaciel kołysał mnie, trzymając w ramionach i fałszował moje ulubione melodie. To pomogło, bo poczułam się śpiąca. Zamknęłam oczy i zasnęłam.

* * *

— Hej! Si! Pobudka — usłyszałam głos mężczyzny. Użył tego głupiego zdrobnienia: „Si”. Jak to idiotycznie brzmi.

Powoli, niechętnie otworzyłam oczy. Podparłam się na łokciu i jęknęłam, bo nadal bolała mnie głowa i mięśnie, ale poza tym, chyba jestem zdrowa. Rozejrzałam się dookoła. Siedziałam na wygodnym łóżku. Obok mnie leżała moja przyjaciółka. Była nieprzytomna. Jej twarz stała się zbiorowiskiem zadrapań. Pewnie po kontakcie ze szkłem. Rękę owinięto jej bandażem. I co najważniejsze, klatka piersiowa równo się podnosiła i upadała. Odetchnęłam z ulgą.

Znajdowaliśmy się w sali Saluterek, w której ułożone były łóżka obok siebie. Myślałam, że w wyniku ataku, przybędzie więcej rannych, a tu proszę. Oprócz nas, w pomieszczeniu znajdowało się kilku żołnierzy, a wokół nich biegały kobiety w blado-niebieskich sukniach.

Znów spojrzałam na swoją przyjaciółkę.

— Jak długo śpi? — zapytałam. W odpowiedzi, Claus wzruszył ramionami.

— Nie mam pojęcia. Schowaliśmy się i jakieś kilka godzin temu się nią zajęły.

Zamknęłam oczy i przygryzłam wewnętrzną część policzka. Chyba zaraz się rozpłaczę.

— Wydobrzeje — powiedział Claus, chwytając mnie za dłoń. Popatrzyłam na niego. Badał wzrokiem dziewczynę.

On sam, nie wyglądał źle. Miał kilka siniaków i był brudny. Dostrzegłam pod materiałem jego koszulki bandaż. Oby to nie przez to, co mu zrobiłam w czasie treningu. Z drugiej strony, jeśli został zraniony w czasie ataku oznaczałoby, że i tak, czy siak cierpiał.

Siedzieliśmy w niezręcznej ciszy, której nie mogłam znieść.

— Przepraszam.

Zmarszczył brwi.

— Niby za co?

— Zawaliłam.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

— Nie zadręczaj się — pogładził kciukiem wierzch mej dłoni — Lepiej powiedz, jak się czujesz?

— Dziękuje, dobrze — odpowiedziałam — A ty?

Zakaszlał i wzruszył ramionami.

— Jak zawsze.

Westchnęłam z ulgą na te słowa.

— Cieszę się, że nic ci się nie stało — zadrżałam z zimna, więc okryłam się szczelniej kocem — A wiesz może, ile tutaj leżę? — spytałam. Zastanowił się.

— W tym pomieszczeniu godzinę. W izolatce chyba całą noc. Z tego co wiem, to mocno się uderzyłaś w głowę i Saluterki musiały cię zszyć.

Dotknęłam skroni sprawdzając, czy wszystko jest na swoim miejscu.

— A która godzina? — zadałam kolejne pytanie. Z tego co powiedział wywnioskowałam, że jest nowy dzień, czyli muszę kogoś zabić.

Spojrzał na zegar wiszący na ścianie obok nas. Ups! Nie zauważyłam go.

— Piętnasta. Masz jeszcze trochę czasu, a dzisiaj możesz wykonać egzekucję na jakimś więźniu, więc pobawisz się w kata.

Przełknęłam głośno ślinę.

— Czy to Zmiennokształtny złapany z ataku? — głos mi zadrżał — Bo atak się skończył, prawda?

Pokręcił głową.

— Przez cały czas tkwiłem w ukryciu. Nie wiedziałem, co się dzieje. Jednak po jakimś czasie, wszystko ucichło. Wyszedłem zatem i zobaczyłem, jak Zmiennokształtni uciekają. Byłem w szoku! Zaniosłem Amabel do Saluterek i zacząłem cię szukać. Dopiero jak usłyszałem twój krzyk, to cię odnalazłem — skończył opowiadać i odchrząknął — Nie jestem niczego pewien, zatem nie bierz mych słów tak całkiem serio. Sądzę, że w tym ataku nie chodziło o zamordowanie nas. Nikt nie zginął. Aczkolwiek, jedynie król może posiadać jakieś informacje i mieć plan odwetu. Poza tym, dowiedziałem się, że niektórzy żołnierze zostali ranni — wyszeptał i zmienił temat — Prawdopodobnie skrócą mi szkolenie i zajmę ich miejsce, aż do czasu, kiedy wyzdrowieją.

Zaskoczył mnie. Claus za sześć miesięcy skończy dwadzieścia dwa lata. Brakuje mu pół roku do zostania prawdziwym żołnierzem.

W naszym prawie jest napisane, że od czternastego do dwudziestego drugiego roku życia, dziewczęta i chłopcy mogą szkolić się na żołnierzy. Chyba, że ktoś należy do szlachty, to wtedy na pewno zostanie żołnierzem. W wypadku Clausa, jego ojciec jest najwyższym oficerem i potrafi kontrolować ogień. Co prawda, mój przyjaciel ma kompletnie inną umiejętność, co nie zmienia faktu, że musi walczyć. Choć bardzo rzadko skracają komuś szkolenie, nawet o te marne sześć miesięcy, lecz to była inwazja. Druga w historii naszego królestwa. Pierwsza miała miejsce dwadzieścia lat temu. Ale nie tylko tym się martwię. Ja, Claus i Amabel byliśmy zgranym teamem. A teraz nas rozdzielają. Dlatego jestem zaskoczona.

— Hej! — szturchnęłam go w ramię — Jestem dumna. Nie każdy ma zaszczyt tak wcześnie zostać żołnierzem.

Zaśmiał się.

— No, w to nie wątpię — wstał i podał mi rękę — A teraz chodź. Obowiązki wzywają.

Jęknęłam głośno.

— Ale tutaj jest mi tak dobrze — położyłam się i przytuliłam poduszkę. Chłopak sapnął i ściągnął koc z posłania, prowokując mnie do wstania.

— Si, rusz się.

— Przestań z tym Si, albo cię uderzę — ostrzegłam, wydostając się z bezpiecznej przystani, znanej jako łóżko. Zakręciło mi się w głowie i znowu usiadłam. Popatrzyłam na Clausa, który przewyższał mnie wzrostem.

— Przecież to fajna ksywka — przewróciłam oczami, słysząc tę odpowiedź.

— Dobra, chodźmy już — powiedziałam. Przeszłam kilka kroków i się zachwiałam. Na szczęście, mój przyjaciel chwycił mnie za łokieć, ratując przed upadkiem.

— Wszystko w porządku? — spytał. Pokiwałam głową.

— Tak, tak — wymamrotałam.

* * *

Przeprowadzę egzekucję. Wzdrygnęłam się, choć to przecież nie jest i nie będzie ostatnia śmierć, jaką zadam człowiekowi. Rozmyślałam nad tym, gdy wraz z Clausem szliśmy w stronę więzienia.

Zeszliśmy po stromych schodach do podziemi. Automatycznie, temperatura się obniżyła. Jeszcze szczelniej okryłam się kocem, który wzięliśmy z sali Saluterek. W lochach już czekał na nas żołnierz, którego rozpoznałam. To on uratował mi życie. Dobrze, że nic mu się nie stało. Kiedy mnie zobaczył, uniósł brew. No co? Czyżby nigdy nie widział wychudzonej, drobnej siedemnastolatki, która wchodzi do lochu z zamiarem zabicia więźnia? Z pewnością taki widok jest rzadki, ale cóż mam poradzić? Uniosłam delikatnie kąciki ust.

— Witam — zaczął poważny Claus — Księżniczka przyszła przeprowadzić egzekucję na jednym z więźniów. Oczywiście z rozkazu króla.

Przyjaciel wyciągnął z kieszeni zmięty świstek papieru i podał go mężczyźnie. Żołnierz rozłożył go i zaczął dokładnie czytać. Niekiedy mrużył oczy, jakby nie widział, co tam jest napisane.

Szczerze? Tak trochę się dziwię, że nie chcą mnie wpuścić do lochu bez odpowiedniego papierka. Za każdym razem, musimy pokazywać dokument z królewską przysięgą. Uważałam, że to niepotrzebne, bo przecież jestem księżniczką i mam prawo tu przebywać, czyż nie? Z drugiej strony, przez tę aferę ze Zmiennokształtnymi rozumiem ich zachowanie, lecz to nie zmienia faktu, że pisanie i odczytywanie takich dokumentów przedłuża mój pobyt w tym okropnym miejscu, co jest mi nie na rękę.

Jak już skończył zapoznawać się z pismem, rozkazał nam stanąć na wyznaczonym miejscu. Tak też zrobiliśmy.

— Znacie reguły. Musimy sprawdzić, czy nie jesteście Zmiennokształtnymi — odpowiedział tak, jakby nigdy nie było wczorajszego ataku. Spojrzał mi głęboko w oczy. Z chęcią odwróciłabym wzrok, ponieważ czułam się trochę nieswojo, ale zamiast tego, uniosłam wysoko podbródek. Pierwsza zasada, nie okazuj słabości.

Podeszło do nas dwóch mężczyzn ubranych w mundury. Jeden z nich miał trzy odznaki, a drugi pięć. Godne uznania. Ten z trzema, stanął przede mną. On jest Inventanem. Oznacza to, że potrafi wykryć, kto ma jaką moc. Jednak są łatwiejsze sposoby, aby odkryć, czy ktoś jest Zmiennokształtnym. Na przykład, po nienaturalnym kolorze oczu. Oczywiście wykorzystanie mocy Inventana też jest dobrym pomysłem.

Położywszy mi dłoń na czole, odchylił głowę. Znieruchomiałam, czekając na nieprzyjemne doznanie, które wiąże się z jego umiejętnością. Poczułam chłód w każdej komórce mojego ciała. To tak, jakby ktoś wstrzyknął lodowatą wodę do waszych żył. Zadrżałam pod wpływem bólu. Myślałam, że to uczucie trwa całą wieczność.

— Nie jest Zmiennokształtną — powiedział, patrząc na mnie ze współczuciem. Wyczuł moją klątwę. Odwzajemniłam spojrzenie, kiedy Inventan ukłonił mi się — Wybacz Księżniczko, że sprawiłem ci ból.

— Rozumiem, dlaczego to uczyniłeś — odpowiedziałam.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 42.3