E-book
15.75
drukowana A5
30.75
Książę Wiślan

Bezpłatny fragment - Książę Wiślan


Objętość:
66 str.
ISBN:
978-83-8467-857-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 30.75

Rozdział 1

Gród nad Wisłą

Mnich pojawił się od bramy grodu.

Mieszkańcy przyglądali się mu z zaciekawieniem, ale i odrazą.

Był bowiem chrześcijaninem.

Bramę grodu zastąpili mu drużynnicy.

— Ktoś ty? — spytał jeden.

— Przybywam w pokoju. — odparł przybysz. — Chcę się widzieć z waszym księciem.

— Książe nie przyjmuje dziś gości. — odparł drugi. — Odejdź stąd klecho.

Mnich posłusznie oddalił się wychodząc z grodu.

…

— Panie. — jeden z wojów skłonił się. — Zgodnie z twoim rozkazem wyprosiliśmy Morawianina.

Książę plemienia Wiślan Krak spoglądał na niego przez chwilę.

— Dobra robota Dratewko. — odparł po chwili.

Dratewka skinął głową i wyszedł.

…

Po pewnym czasie zebrał się wiec.

Uchwalono wyprawę zbrojną na ziemie Morawian.

Dratewka dowodził niewielkim oddziałem składającym się z kilku osób.

W wiosce, którą napotkali ograbiono miejscowy kościół po czym go spalono.

Po chwili jednak musieli się wycofać ze względu na piechurów morawskich.

Uprowadzili dwie kobiety.

— Odwet dokonany. — powiedział Krak. — Niech Morawianie wiedzą, że tu panują bogowie nie Chrystus.

Wieści o tym wydarzeniu doszły do księcia Świętopełka.

— Panie… — wydyszał jeden z dostojników. — Jeden z uciekinierów mówi, że napadł na nich jakiś książę potężny bardzo siedzący na Wiśle.

Książę Moraw nawet nie podniósł wzroku.

— Ilu wojowników? — spytał.

— Co najmniej tuzin. — powiedział dostojnik.

Książe spojrzał na Metodego.

— Porozmawiaj z nim. — polecił

Metody skłonił głowę.

— Z uciekinierem?

— Tak.

— A jeśli kłamie?

— To się dowiesz.

Metody ruszył w stronę drzwi, lecz po kilku krokach zatrzymał się.

— Panie?

— Co?

— Powiedziałeś, że to książę?

Świętopełk spojrzał na niego.

— Tak powiedział.

— A ty mu wierzysz?

Książę Moraw uśmiechnął się ledwie zauważalnie.

— Nie.

— Więc dlaczego mam z nim rozmawiać?

— Bo jeśli kłamie, chcę wiedzieć, dlaczego.

Metody skinął głową.

— Rozumiem.

Wyszedł z komnaty.

Świętopełk ponownie spojrzał na dostojnika.

— A ty przygotuj ludzi.

— Do wojny?

Książę pokręcił głową.

— Jeszcze nie.

Odczekał chwilę.

— Do rozmowy.

…

Metody przybył do grodu kilka dni później.

Krak czekał na niego z drużyną i dziećmi.

— Po co tu jesteś? — spytał.

Metody odpowiedział dopiero po chwili.

— Dobrze będzie dla ciebie synu ochrzcić się z własnej woli na swojej ziemi, abyś nie był przymusem ochrzczony na ziemi cudzej, i będziesz mnie wspominał.

Krak przez chwilę milczał.

Jego dzieci stały kilka kroków za nim. Najstarszy syn patrzył na Metodego z ciekawością, młodsze dzieci chowały się za drużynnikiem.

Książę spojrzał na mnicha.

— Grozisz mi?

— Ostrzegam.

— Przed czym?

Metody zrobił krok naprzód.

— Przed światem, który nadchodzi.

Krak roześmiał się krótko.

— Świat zawsze nadchodzi. Mój ojciec mówił to samo, gdy przybywali Frankowie.

— A jednak przybyli.

Uśmiech zniknął z twarzy księcia.

— Morawy również przybyły.

— I mogą przybyć ponownie.

Krak zacisnął dłoń na rękojeści miecza.

— W takim razie niech przyjdą.

Metody spojrzał na niego spokojnie.

— Właśnie tego się obawiam.

Zapadła cisza.

— Nie boisz się miecza — powiedział mnich. — I dlatego jeszcze możesz wybrać.

Krak popatrzył na swoje dzieci.

Potem na drużynników stojących za nim.

— A jeśli wybiorę swoich bogów?

— Wtedy przynajmniej będzie to twój wybór.

Książę zmarszczył brwi.

Metody odwrócił się.

— Ale pamiętaj moje słowa, Krak. Przyjdzie dzień, kiedy ktoś postawi przed tobą ten sam wybór.

Mnich ruszył ku bramie.

— Tylko że wtedy nie będzie już pytał.

— Czekaj. — zawołał książę Wiślan.

Metody odwrócił się.

— Słucham.

— Rozważę twoje słowa, jeśli nie będzie oznaczać to uległości.

— Dobrze. — powiedział mnich. — Przekażę to mojemu władcy.

…

— Chce chrztu, ale nie poddaństwa. — mruknął Świętopełk.

Podniósł wzrok.

— Przynajmniej tyle. — dodał po chwili.

Wstał z tronu i zaczął spacerować po sali.

— Co o nim wiemy?

— Nazywają go Krak panie. — powiedział Metody. — Jego siedzibą jest gród zwany od jego imienia Kraków, prawdopodobnie takich grodów ma więcej.

— Krak… — zamyślił się Świętopełk.

Spojrzał za okno.

Weligrad tętnił życiem.

Kupcy z Bizancjum, Kijowa i Niemiec sprzedawali swoje towary, dzieci bawiły się nieświadome sytuacji a wojowie stojący na drewnianych murach strzegli grodu.

— Nie po to przyjęliśmy Chrystusa, by jej nie szerzyć. — mruknął władca. — Ale Kraków potencjalnie może stać się ośrodkiem silnym bardzo.

Metody odwrócił się do kościoła wyróżniającego się kamienną architekturą zamiast drewnianej.

— Dla Stolicy Apostolskiej ważne będzie poszerzenie wiary. — stwierdził. — Przecież jestem sługą Bożym.

Świętopełk wiedział co to znaczy.

— Wyślę do tego Kraka poselstwo. — stwierdził. — Nie ma nic za darmo.

…

Jak powiedział tak zrobił. Poseł dotarł do Krakowa kilka dni po otrzymaniu stosownych wytycznych.

Dratewka widząc posłańca zastąpił mu drogę.

— Z Moraw? — spytał.

— Owszem. — odparł posłaniec. — Jestem Borzywoj i przybywam w imieniu mojego pana.

Wiślanin spojrzał na niego przenikliwie szukając podstępu.

Nie wyczuł kłamstwa.

Wpuścił więc posłańca do grodu prowadząc go do siedziby księcia.

Krak widząc ich dwóch zmrużył oczy.

— Kim on jest? — spytał.

— To posłaniec z Moraw panie. — odparł Dratewka.

— Co masz do powiedzenia? — spytał książę.

— Przybywam w pokoju. — odpowiedział Borzywoj. — Mój władca pozdrawia cię i liczy na pomyślne rozwiązanie sprawy.

— Jeśli wasz książę chce podległości mojego ludu niech się zastanowi, czy chce ze mną w ogóle rozmawiać. — odparł Krak.

Borzywoj spojrzał na niego z trudem powstrzymując gniew.

— Mój pan chce pokoju. — Morawianin poprawił rękaw. — Nie trzeba nam wojny.

— Przyjmę wiarę w Chrystusa, ale na własnych warunkach. — Krak powtórzył to samo, co wcześniej.

— Jakie to warunki?

— Nie będę zależny od twojego władcy, nie będziemy sojusznikami traktowanymi z góry.

Borzywoj przez chwilę milczał.

— Mój pan nie traktuje swoich sojuszników z góry.

Krak oparł łokcie na poręczach siedziska.

— W takim razie nie powinno być trudno tego udowodnić.

Dratewka stojący za księciem uśmiechnął się pod nosem.

Morawianin zauważył to, lecz postanowił nie reagować.

— Świętopełk proponuje układ. Morawy udzielą wam ochrony przed Frankami i innymi wrogami. W zamian przyjmiecie chrześcijaństwo i nawiążecie z nami trwałe stosunki.

— Ochrony? — powtórzył Krak. — Przed kim?

— Przed tymi, którzy zechcą odebrać wam ziemie.

— A jeśli nie zechcą?

— Wtedy będziecie mieli pewność, że nie zechcą.

Krak roześmiał się krótko.

— Piękne słowa. A ile kosztuje taka pewność?

Borzywoj wyprostował się.

— Nie przybyłem tu, by się z ciebie naśmiewać, książę.

— A ja nie zapraszałem cię, byś uczył mnie, jak mam rządzić własnym ludem.

Zapadła cisza.

Najstarszy syn Kraka, stojący dotąd przy jednym z drewnianych słupów, zrobił krok naprzód. Ojciec spojrzał na niego ostrzegawczo, więc chłopiec zatrzymał się na miejscu.

Borzywoj odetchnął głęboko.

— Mój pan nie oczekuje od ciebie poddaństwa.

— Dobrze.

— Oczekuje jednak, że nie będziesz występował przeciwko Morawom.

— Nie zamierzam napadać na wasze ziemie, jeśli wy nie będziecie napadać na moje.

— A jeśli nasi wrogowie staną się waszymi sprzymierzeńcami?

Krak przestał się uśmiechać.

— Wtedy sam zdecyduję, co robić.

— To może nie wystarczyć.

— Dla kogo?

Borzywoj nie odpowiedział.

Krak wstał.

— Posłuchaj mnie uważnie. Nie jestem królem Moraw, a ty nie jesteś moim panem. Twoje ziemie leżą na południu, moje na północy. Między nami płyną rzeki, biegną szlaki i stoją grody. Możemy handlować, wymieniać posłów i pomagać sobie przeciw wspólnym wrogom. Możemy również walczyć.

Zrobił kilka kroków w stronę posła.

— Ale jeśli przyjmę waszą wiarę, nie oznacza to, że przyjmę wasze rozkazy.

Borzywoj patrzył na niego przez dłuższą chwilę.

— A co z duchownymi? Kto będzie ich chronił?

— Ja, jeśli będą przestrzegać moich praw.

— A jeśli twoi ludzie ich skrzywdzą?

— Wtedy odpowiem za swoich ludzi.

— A jeśli duchowny sprzeciwi się twojemu rozkazowi?

Krak zmrużył oczy.

— Czy będzie sprzeciwiał się jako człowiek, czy jako sługa Boga?

— Czy to ma znaczenie?

— Ogromne. Człowiek może stanąć przede mną i powiedzieć, że się mylę. Sługa Boga może uznać, że jego słowa stoją wyżej niż prawa mojego ludu.

Borzywoj poruszył się niespokojnie.

— Bóg stoi ponad wszystkimi władcami.

— Być może. Ale ty nie jesteś Bogiem.

Dratewka tym razem nawet nie próbował ukryć uśmiechu.

Morawianin zacisnął szczęki.

— Przekażę twoje słowa Świętopełkowi.

— Przekaż mu również, że jestem gotów wysłać posłów do jego stolicy. Nie po to, by prosić o łaskę, lecz by ustalić warunki porozumienia.

— A chrzest?

Krak spojrzał na niego spokojnie.

— Jeśli mam przyjąć nową wiarę, chcę wiedzieć, co ona oznacza. Nie zamierzam pozwolić, by ktoś wykorzystał ją do odebrania mi władzy nad własnym ludem.

Borzywoj skłonił głowę.

— Przekażę.

Kiedy poseł wyszedł, Dratewka podszedł do księcia.

— Wierzysz mu, panie?

— Nie.

— A jednak go wypuszczasz.

Krak spojrzał w stronę bramy.

— Bo nie on jest najważniejszy.

— Świętopełk?

Książę skinął głową.

— Chcę wiedzieć, czy władca Moraw potrafi rozmawiać z sąsiadem, który nie zamierza zostać jego poddanym.

Dratewka skrzyżował ramiona.

— A jeśli nie potrafi?

Krak wrócił na swoje miejsce.

— Wtedy dowiemy się, jak silne są jego wojska.

Rozdział 2

Wizyta

W Weligradzie Świętopełk wysłuchał relacji Borzywoja bez przerywania.

Dopiero gdy poseł skończył, książę wstał.

— Powiedział, że może przyjąć chrześcijaństwo, ale nie uzna mojej zwierzchności?

— Tak, panie.

Świętopełk podszedł do stołu, na którym leżała mapa okolicznych ziem. Przesunął palcem na północ, wzdłuż biegu rzek.

— A więc rozumie, czego chce.

Metody, stojący przy oknie, odwrócił się.

— Rozumie również, czego nie chce.

— To akurat łatwo zrozumieć. Żaden książę nie pragnie oddawać swojej władzy.

— Nie każdy jednak odważyłby się powiedzieć ci to wprost.

Świętopełk spojrzał na niego.

— Uważasz go za niebezpiecznego?

— Uważam go za człowieka, który nie przyjmie chrztu tylko dlatego, że mu go zaproponowano.

— A jeśli nigdy go nie przyjmie?

Metody zastanowił się.

— Wówczas pozostanie naszym sąsiadem wyznającym innych bogów.

— I to ci wystarczy?

— Nie jestem księciem Moraw. Nie do mnie należy decyzja, czy rozpoczynać wojnę.

Świętopełk uśmiechnął się lekko.

— Dobrze się uczysz polityki, Metody.

— Uczę się ludzi.

Książę ponownie spojrzał na mapę.

— Przygotujmy poselstwo. Tym razem większe. Niech pojadą kupcy, duchowni i ludzie, którzy potrafią mówić o sojuszu bez wspominania o poddaństwie przy każdym zdaniu.

— A jeśli Krak zażąda zbyt wiele?

Świętopełk przesunął palcem po mapie, zatrzymując go na ziemiach Wiślan.

— Wtedy będziemy wiedzieli, ile jest wart pokój.

Odwrócił się do Borzywoja.

— A ty wrócisz do Krakowa.

Poseł uniósł głowę.

— Znowu, panie?

— Tak. Tym razem przekażesz mu moje zaproszenie.

Świętopełk usiadł na tronie.

— Chcę zobaczyć człowieka, który potrafi powiedzieć mi „nie”, zanim jeszcze dowiedział się, co mogę mu zaoferować.

…

Dratewka usiadł na kamieniu znajdującego się pod palisadą.

Na placu głównym znajdowały się posągi Peruna i Światowida.

Westchnął ciężko.

— Jeśli przyjmiemy Chrystusa znikniecie. — wyszeptał patrząc na posągi bogów.

— A ja będę pewnie musiała wyjść za tego Morawianina. — usłyszał głos.

Wanda stała obok niego wpatrzona w posłańca morawskiego.

— Świętopełka?

— Albo jego syna. — stwierdziła księżniczka. — A ja nie chcę.

Jej bracia Lech i Krak młodszy patrzyli na Morawianina z ukosa.

— Książę Świętopełk zaprasza waszego ojca do Weligradu. — powiedział.

Przez chwilę nikt się nie odezwał.

— Zaprasza? — powtórzył Lech. — Czy wzywa?

Morawianin spojrzał na niego z chłodnym spokojem.

— Mój władca nie musi wzywać księcia, z którym chce rozmawiać.

— A jednak przysłał człowieka, żeby ten przekazał mu, gdzie ma się stawić — zauważył Krak młodszy.

— Przysłał posłańca, by zaprosić go do swojej stolicy.

— To wiele słów na określenie tego samego — mruknął Dratewka.

Wanda ukryła uśmiech.

Morawianin usłyszał tę uwagę, lecz postanowił jej nie komentować.

— Mój pan pragnie omówić sprawy wiary, pokoju i przyszłych stosunków między naszymi ludami.

— Trzy sprawy, z których każda może przynieść wojnę — odparł Dratewka.

— Albo pokój.

— Pokój, w którym jeden siedzi na tronie, a drugi klęczy przed nim?

Posłaniec zacisnął usta.

— Nie przybyłem tutaj, by się spierać z wojownikami.

— To dobrze — odpowiedział Dratewka. — Bo ja też nie przybyłem tutaj, by słuchać morawskich obietnic.

— Wystarczy!

Głos Kraka przeciął plac.

Książę wyszedł z pobliskiej izby, a za nim podążyło dwóch jego ludzi. Na widok ojca Wanda wyprostowała się, Lech opuścił ręce, a Krak młodszy natychmiast przestał mierzyć posłańca wzrokiem.

Krak zatrzymał się przed Morawianinem.

— Powtórz, co powiedziałeś.

— Książę Świętopełk zaprasza cię do Weligradu, panie. Pragnie rozmowy o wierze i pokoju.

— A jeśli odmówię?

Posłaniec zawahał się.

Było to ledwie krótkie mrugnięcie, ale Krak je dostrzegł.

— Wówczas mój władca uzna, że nie jesteś zainteresowany porozumieniem.

— Porozumieniem — powtórzył książę. — Dobrze. A czy Świętopełk przyjmie mnie w swojej sali jako równego sobie?

— Jako księcia.

— To nie odpowiedź.

Morawianin nabrał powietrza.

— Nie otrzymałem polecenia, by rozstrzygać takie kwestie.

— W takim razie wrócisz do swojego pana i przekażesz mu, że Krak nad Wisłą nie odmawia rozmowy. Nie zamierza jednak podróżować do Weligradu tylko po to, by dowiedzieć się, jakie miejsce wyznaczono mu przy cudzym stole.

Posłaniec skłonił głowę.

— Przekażę twoje słowa.

— I jeszcze jedno.

Mężczyzna zatrzymał się.

— Jeśli Świętopełk chce rozmawiać o małżeństwie mojej córki, niech najpierw nauczy się rozmawiać ze mną o pokoju.

Wanda znieruchomiała.

Nie spodziewała się, że ojciec wspomni o niej przy posłańcu. Nie wiedziała też, czy powinna poczuć ulgę, czy niepokój.

Bo Krak nie powiedział, że nie wyda jej za Morawianina.

Powiedział tylko, że nie zrobi tego bez rozmowy.

A w świecie książąt i wojowników taka różnica mogła oznaczać wszystko.

Gdy posłaniec odszedł, Krak odwrócił się ku swoim dzieciom.

— Dlaczego tak na niego patrzyliście?

— Bo nam się nie podoba — odpowiedział bez wahania Krak Młodszy.

— A czy musi ci się podobać każdy człowiek, z którym będziesz rozmawiał?

— Nie.

— Zatem już wiesz, czego musisz się nauczyć.

Młodzieniec zmarszczył brwi, ale nie odpowiedział.

Wanda natomiast podeszła do ojca.

— Ojcze, czy naprawdę zamierzasz pojechać do Weligradu?

Krak spojrzał na nią uważnie.

— Jeszcze nie wiem.

— A jeśli Świętopełk zażąda, żebym poślubiła jego syna?

Książę milczał przez chwilę.

Za jego plecami wznosiły się posągi dawnych bogów, a ponad palisadą płynęły szare chmury.

— Wtedy będziemy musieli zdecydować, co jest dla nas ważniejsze — powiedział w końcu. — Pokój, twoja przyszłość czy niezależność naszego ludu.

— A jeśli nie chcę, żebyś musiał wybierać między nimi?

Krak spojrzał córce w oczy.

Po raz pierwszy tego dnia nie odpowiedział od razu.

Bo potrafił rozmawiać z obcymi książętami, odmawiać możnym i patrzeć bez strachu na wojowników stojących po drugiej stronie pola bitwy.

Ale nie wiedział jeszcze, jak obiecać własnej córce przyszłość, której nikt nie będzie mógł jej odebrać.

Dratewka podniósł się z kamienia i spojrzał na posąg Peruna.

— Bogowie — mruknął cicho. — Jeśli macie nam coś do powiedzenia, to byłby dobry moment.

Tym razem Wanda się nie uśmiechnęła.

Gdzieś daleko rozbrzmiał grzmot.

— Musimy zebrać wiec. — Krak Młodszy. — Nie możesz jechać sam.

— Synu. — Krak spojrzał na niego. — Morawy są potężne, my musimy się dostosować.

— Gdyby mama żyła byłoby inaczej. — Lech kopnął mały kamyk.

— Wasza matka nie ma tu nic do rzeczy. — Krak podszedł do niego. — Świat się zmienia, my również musimy.

— Tak po prostu tam pojedziesz panie? — spytał Dratewka. — Bez obstawy, bez osobistej straży?

— Nie. — Krak pokręcił głową. — Pojadę do Weligradu, lecz nie sam.

Spojrzał na swoje dzieci.

— Pojadę z wami.

Przez plac przemknął podmuch wiatru.

Wanda pierwsza zrozumiała, co oznaczają te słowa.

— Wszystkimi?

— Wszystkimi.

— Nawet mną?

— Zwłaszcza tobą.

Księżniczka spuściła wzrok. Jeszcze przed chwilą bała się, że ojciec odda ją Morawianom w zamian za pokój. Teraz nie była pewna, czy zabiera ją ze sobą, by ją ochronić, czy też pokazać Świętopełkowi, że może wykorzystać własną córkę jako część układu.

— Dlaczego? — zapytała.

Krak podszedł do posągu Peruna. Położył dłoń na chłodnym drewnie, z którego wyrzeźbiono boga z piorunem w ręku.

— Bo jesteście dziećmi tego grodu. Pewnego dnia to wy będziecie musieli podejmować decyzje, których dzisiaj nawet nie potraficie sobie wyobrazić.

— A jeśli nie chcemy? — zapytał Lech.

— Władza nie pyta, czego chcecie.

— To brzmi jak przekleństwo — mruknął Krak młodszy.

— Czasami nim jest.

Przez chwilę cała czwórka milczała.

Wreszcie Dratewka odezwał się rzeczowym tonem:

— Skoro jedziemy, potrzebujemy ludzi. Dwudziestu wojowników to za mało, żeby pokazać siłę, a za dużo, by udawać, że przybywamy bez zamiarów.

— Ilu proponujesz?

— Czterdziestu. Najlepszych. Do tego konie, zapasy i dwóch ludzi, którzy znają drogę na południe. Nie chcę, żebyśmy błądzili po obcej ziemi, podczas gdy morawscy możni będą czekać na nas przy winie.

— Czterdziestu wojowników może zostać uznanych za zagrożenie — zauważył Lech.

— A jeden książę z dziećmi może zostać uznany za łatwy łup — odparł Dratewka. — Wybieraj.

Krak przytaknął.

— Czterdziestu. Ale żadnych gróźb, żadnych samowolnych zatargów. Nie jedziemy rozpoczynać wojny.

— A jeśli oni zechcą ją rozpocząć? — zapytał Krak młodszy.

Książę spojrzał na niego spokojnie.

— Wtedy dowiemy się, jak naprawdę wygląda pokój, który nam oferują.

…

Tego samego wieczoru w grodzie rozpalono ognie.

Wieść o podróży księcia rozeszła się szybciej niż wiadomość o morawskim poselstwie. Jedni uznali ją za oznakę odwagi, inni za niepotrzebne ryzyko. Starsi wojownicy pamiętali jeszcze czasy, gdy na południu pojawiały się obce oddziały, a wieści o potędze Moraw docierały do nich wraz z kupcami.

Przy palenisku Dratewka wybierał ludzi do wyprawy.

Lech ostrzył nóż, choć ostrze było już wystarczająco ostre.

Krak młodszy sprawdzał rzemienie przy tarczy.

Wanda siedziała nieopodal, słuchając rozmów kobiet, które przyszły pożegnać swoich mężów i braci.

Jedna z nich podeszła do księżniczki.

— Czy to prawda, pani? Pojedziesz do Moraw?

— Tak.

— Mówią, że ich książę jest potężny.

— Nasz również — odpowiedziała Wanda.

Kobieta uśmiechnęła się smutno.

— Oby bogowie mieli was w swojej opiece.

Wanda spojrzała ku placowi, gdzie w świetle płomieni majaczyły posągi Peruna i Światowida.

Po raz pierwszy pomyślała, że być może właśnie tam, w obcej stolicy, będzie musiała bronić nie tylko swojego ludu, ale także własnego prawa do decydowania o sobie.

A grzmot, który rozbrzmiał nad grodem, nie był ostatnim tej nocy.

Rozdział 3

Dzieci Wisły

Lech spotkał się z rodzeństwem jeszcze tej samej nocy.

Miejscem spotkania był lokalny gaj nieopodal grodu.

— Nie muszę wam tłumaczyć po co się spotykamy. — powiedział Lech.

— Nie braciszku. — Krak Młodszy spojrzał bratu w oczy.

— Morawianie zmuszą naszego ojca do porzucenia Bogów i naszych zwyczajów. — twarz ich siostry wykrzywiła się w grymasie złości. — To będzie hańba dla nas i dla mnie.

— Mówisz to jako kapłanka czy jako siostra? — spytał Krak.

— Mówię to jako kobieta. — odparła Wanda.

Przez chwilę żaden z braci nie odpowiedział.

Wiatr poruszał koronami drzew. Gdzieś w ciemności pohukiwała sowa, a z oddali dochodził przytłumiony głos strażnika obchodzącego wały grodu.

Lech rozejrzał się uważnie.

— Tutaj nikt nas nie usłyszy.

— Jesteś pewien? — spytała Wanda.

— Na tyle, na ile można być pewnym czegokolwiek w tych czasach.

Krak Młodszy oparł dłoń na rękojeści noża.

— Powiedz wreszcie, co zamierzasz.

Lech zacisnął szczęki.

— Nie pozwolimy, by ojciec oddał Morawianom to, czego nie zdołali zdobyć mieczem.

— Ojciec jeszcze niczego nie oddał — zauważył Krak.

— Ale zamierza pojechać do ich stolicy. Zabiera nas ze sobą. Czy naprawdę nie widzisz, co to oznacza?

— Widzę, że chce rozmawiać.

— A ja widzę, że chce się układać z ludźmi, którzy spaliby spokojniej, gdybyśmy wszyscy przyjęli ich wiarę.

Wanda odwróciła się ku jednemu z drzew. Na jego korze wyryto stary znak, pozostawiony przez kogoś z jej rodu. Przesunęła po nim palcami.

— Nie chodzi wyłącznie o bogów — powiedziała ciszej. — Jeśli ojciec przyjmie warunki Świętopełka, za jakiś czas obcy kapłani będą mówić nam, jak mamy żyć. Potem obcy możni zaczną decydować o naszych prawach. A w końcu ktoś uzna, że skoro modlimy się do tego samego Boga co Morawianie, powinniśmy także słuchać ich księcia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 30.75