E-book
15.59
drukowana A5
67.16
Książę Snów

Bezpłatny fragment - Książę Snów

Tam, gdzie kończy się pamięć


Objętość:
384 str.
ISBN:
978-83-8467-112-2
E-book
za 15.59
drukowana A5
za 67.16

Dla wszystkich, którzy w książkach szukają ucieczki od rzeczywistości.

Mam nadzieję, że moja opowieść Wam w tym pomoże.

Fragment księgi nieopisanej ze zbiorów uzdrowiciela Eliasa

Tłumaczenie: Lavalla, córka Marona.

Magia istniała już od zarania dziejów. Przed upadkiem starego świata każdy człowiek obdarzony był magicznym darem. Na przestrzeni lat zatraciły się jednak umiejętności władania magią, a my zapomnieliśmy, jak wyglądało to dawniej. Dziś już tylko nieliczni są obdarzeni tą umiejętnością. Z moich badań, jednakże wynika, że każdy człowiek ma w sobie cząstkę magii i gdyby się postarał, byłby w stanie się nią posługiwać.

Prolog

1574 rok po upadku

Otworzyłem oczy. Było ciemno. Końskie kopyta stukały o bruk, a powozem lekko kołysało na nierównej drodze. Wyjrzałem przez małe okienko obok mnie. Okolicę rozświetlała tylko mała lampka wisząca przy koźle woźnicy. Padał deszcz, który szybko przerodził się w ulewę, a potem burzę. Błyskawice rozświetlały okolicę swoim upiornym blaskiem. Obserwowałem szybko znikające drzewa rosnące wzdłuż traktu.

Nagle powóz gwałtownie stanął, a ja spadłem na drewnianą podłogę. Światło zgasło. Rozejrzałem się nerwowo dookoła. Nic nie widziałem. Było zbyt ciemno.

— Mamo — zawołałem niepewnie, wstając na nogi. — Co się dzieje?

Nikt mi nie odpowiedział. Usłyszałem cichy płacz i podniesione męskie głosy. Gdzieś w oddali stukały kopyta galopującego konia. Uderzył piorun. Rozświetlił na krótką chwilę wnętrze wozu. Zobaczyłem plamę krwi na płótnie oddzielającym nas od woźnicy. Cofnąłem się gwałtownie, a moje serce zaczęło bić w zatrważającym tempie. Jej metaliczny zapach znałem już dobrze, ale teraz… nie mogłem złapać oddechu.

Światło zniknęło tak nagle, jak się pojawiło. Coś mocno uderzyło mnie w skroń. Znów znalazłem się na podłodze. Nie byłem w stanie wstać. Uniosłem się kawałek na rękach, ale znowu upadłem. Zakręciło mi się w głowie. Słyszałem krzyk kobiety, rżenie koni, dźwięk uderzającego o siebie metalu i męskie głosy, ale wszystko docierało do mnie z bardzo daleka, jakby przytłumione. Nie rozumiałem, co się dzieje.

Zamknąłem oczy i odpłynąłem.

Ktoś pociągnął mnie za nogi. Poczułem pod sobą mokry bruk ulicy. Deszcz padał mi na twarz wielkimi kroplami. Spróbowałem otworzyć oczy, ale powieki były taaakie ciężkie. Poddałem się. Znowu zacząłem odpływać, ale usłyszałem jeszcze czyjąś rozmowę.

— On chyba… — męski głos blisko mojej twarzy. — Chyba nie oddycha.

— Co znaczy „chyba”? ! Żyje czy nie?! — powiedziała zdenerwowana kobieta kawałek dalej. Na dźwięk jej głosu coś we mnie drgnęło.

— Nie jestem lekarzem — znów ten sam mężczyzna. Skądś go kojarzyłem. Brzmiał jak kapitan… tak mi się wydawało. — Ale myślę, że nie żyje.

Usłyszałem szloch. Znowu spróbowałem otworzyć oczy. Nic z tego. Przestałem słuchać toczącej się zaraz obok mnie rozmowy. Moją uwagę przyciągnął zbliżający się tętent kopyt. Gardło ścisnęło mi się ze strachu. Próbowałem się skupić, ale nie mogłem… myśli nie chciały się składać w spójną całość.

Po chwili chyba mężczyzna też usłyszał konie, bo powiedział do kobiety dużo pewniejszym, władczym tonem:

— Moja pani, musimy uciekać. Zaraz będzie ich tu o wiele więcej. Sami sobie nie poradzimy.

— Gdzie niby chcesz iść? — syknęła. — Poza tym nie zostawię tu syna.

— Pani — głos mężczyzny stał się jeszcze bardziej stanowczy — kilka metrów stąd jest strażnica. Jeśli pobiegniemy, to będziemy tam, zanim oni się zorientują, że nas nie ma. A jeśli chodzi o pani syna… — zawahał się — on i tak już nie żyje. Obiecuję, że jak tylko dotrzemy do strażnicy, wrócę po jego ciało. Zabiorę ze sobą pięćdziesięciu strażników.

Nastała cisza.

Ciało? O czym oni mówią? Chciałem wrócić do domu. Tak bardzo chciałem się już znaleźć w swojej przytulnej komnacie.

— Dobrze — zgodziła się niechętnie kobieta. — Ale… daj mi się z nim pożegnać i… zabierz stąd majora.

Major… tak. Gdybym był teraz w domu, jadłbym z nim słodkie bułeczki albo towarzyszył mu przy szkoleniu strażników.

Po krótkiej chwili usłyszałem jej łagodny, cichy głos zaraz obok ucha.

— Wszystko będzie dobrze, mój mały książę. Wrócę po ciebie, obiecuję.

Mama. W domu może poszedłbym z nią na spacer po ogrodach. Oglądałbym kwiaty w przeróżnych kolorach i obrośnięte mchem rzeźby. Bogowie, jakie te rzeźby są piękne.

Poczułem usta kobiety na czole. Spróbowałem jeszcze otworzyć oczy. Chciałem wstać, pobiec do mamy, wtulić się w jej ciepłe ciało, ale kiedy w końcu udało mi się otworzyć oczy, zobaczyłem tylko ciemność.

Wstałem z niemałym trudem i na chwiejnych nogach zacząłem zataczać się do przodu. Znów uderzył piorun. Ulica była pusta. Poczułem, jak pod moimi powiekami zbierają się ciepłe łzy. Tętent kopyt się wzmagał. Musiałem uciekać. Mój oddech coraz bardziej przyspieszał. Poczułem zawroty głowy. Miałem wrażenie, że cały świat się kręci.

Padłem na kolana i na czworakach dotarłem do krzaków. Zorientowałem się, że już przy nich jestem dopiero wtedy, gdy gałązki podrapały mi twarz.

Odchyliłem je rękami. Po drugiej stronie była skarpa. Mogłem jedynie stoczyć się w dół zbocza. Na nic innego nie było mnie już stać.

Chyba straciłem przytomność, bo kiedy otworzyłem oczy, panowała już szarość przedświtu. Wciągnąłem gwałtownie powietrze, rozglądając się dookoła. Na wzgórzu za moimi plecami sylwetki ludzi poruszały się na tle czarnej ściany drzew.

Poczułem strach. Zalał mój umysł niczym fala, przeganiając wszystkie inne myśli. Wstałem i zataczając się, pobiegłem najszybciej, jak mogłem. Czułem się, jakby coś rozsadzało mi głowę od środka, ale biegłem dalej. To nie była moja mama. Nie wiedziałem, kim byli ci ludzie i wolałem tego nie sprawdzać.

Biegłem tak przez długi czas. Słońce zdążyło powędrować na sam środek nieba, zanim w końcu padłem w jakieś zarośla i zasnąłem.

Kiedy tylko się obudziłem, biegłem dalej. Biegłem przez łąki i pola. Mijałem co jakiś czas pasące się stada owiec, kóz, a nawet koni, ale nie spotkałem ani jednego człowieka. Miałem wrażenie, że biegnę tak w nieskończoność.

Bardzo chciało mi się pić, a mięśnie aż piekły z wysiłku. Każdy kolejny krok był torturą, ale musiałem biec. Nie pamiętałem już, dlaczego, ale po prostu musiałem. Kiedy w końcu, po przepchnięciu się przez gęste zarośla, zobaczyłem wioskę, od razu pobiegłem do studni. Nie udało mi się jednak napić wody, bo kiedy do niej dotarłem, nogi się pode mną załamały. Znów nastała ciemność.

Obudziłem się zlany potem. Wydarzenia sprzed pięciu lat dręczyły mnie w koszmarach, odkąd pamiętałem.

Rozdział 1

1579 rok po upadku

Ktoś zapukał do moich drzwi. Otrząsnąłem się z myśli i wstałem, choć w głowie wciąż rozbrzmiewały echa koszmaru. Stukot końskich kopyt i przeraźliwy dźwięk burzy nadal wydawały się realne, jakby działy się tu i teraz.

Spojrzałem pytająco na stojącego za drzwiami przyjaciela, przecierając twarz dłonią. Darin z jasnymi, potarganymi włosami, wyglądał na tak samo rozbudzonego jak ja.

— Spóźniłeś się na śniadanie, Książę — oznajmił, unosząc brew. W jego głosie pobrzmiewała lekka nuta rozbawienia. Zerknął za mnie, próbując zobaczyć, co robiłem. Jego wzrok zatrzymał się na pergaminie, gęsto zapisanym chaotycznymi notatkami. Skrzywił się. — Znowu ten sen?

Skinąłem głową, unikając jego spojrzenia.

— Tak — odpowiedziałem krótko, mijając go w progu.

Gdy ruszyłem korytarzem, miękki dywan tłumił moje kroki, a przez otwarte na oścież okiennice wpadały promienie porannego słońca.

Darin dogonił mnie po chwili, zrównując krok.

— To strasznie denerwujące — powiedziałem, przerywając ciszę. Ziewnąłem, zasłaniając usta dłonią.

— Co? — zapytał, spoglądając na mnie z zaciekawieniem.

— Wszystko — odpowiedziałem ironicznie. — Ale głównie to, że nic nie pamiętam. Nawet własnego imienia. — Słowa smakowały goryczą. Jak można żyć bez przeszłości? Kim byłem, zanim stałem się nikim?

— A ty znowu o tym? — jęknął. — „Książę” bardzo do ciebie pasuje.

Parsknąłem cicho, choć wcale nie było mi do śmiechu.

— Wiem. Byłbym genialnym władcą — rzuciłem z ironicznym uśmiechem.

— Nie to miałem na myśli — odparł Darin, kręcąc głową.

Dotarliśmy do sali jadalnej. Przy długim drewnianym stole moja przybrana rodzina kończyła już śniadanie. Rakel spojrzała na mnie z wyrzutem.

— Przepraszam za spóźnienie — mruknąłem, siadając pomiędzy rodzeństwem.

Adela trąciła mnie łokciem w bok.

— A tobie co znowu? — zapytała z nutą troski w głosie, choć jej oczy błyszczały jak zwykle.

— Nic — odpowiedziałem zdawkowo, chwytając miskę z owsianką.

Darin usiadł naprzeciwko mnie i zaczął nakładać sobie na talerz jakieś owoce.

— Rozchmurz się trochę, braciszku. Tata powiedział, że jutro jedziemy do miasta — rzucił Chimin z szerokim uśmiechem.

Spojrzałem na Maria, siedzącego po drugiej stronie stołu. Jego twarz pozostała niewzruszona jak zawsze, ale krótko skinął głową.

Wieść o podróży poprawiła mi humor. Karras było miejscem, które zawsze mnie fascynowało. W przeciwieństwie do naszej wioski miasto tętniło życiem — tłumy ludzi, zapachy z targu, muzyka ulicznych grajków. Było czymś więcej niż wioska, którą też bardzo lubiłem, ale czasem była po prostu nudna.

Rakel odchrząknęła, odrywając mnie od myśli.

— Jeśli macie jechać do miasta, upewnijcie się, że wszystko przygotowaliście — powiedziała, spoglądając na mnie z surowym wyrazem twarzy. — Książę, pamiętaj, żeby tym razem nie zgubić Darina.

— Ja? — zapytałem z niedowierzaniem, spoglądając na Dara, który próbował powstrzymać śmiech.

— Ostatnio to ty się zgubiłeś, nie ja — dodał z uśmiechem.

Adela zachichotała, a Mario westchnął ciężko, jakby dyskusje między mną a Darinem były dla niego już codziennością.

— Karras to nie plac zabaw — dodał. Jego głos był głęboki, spokojny, ale brzmiał jak rozkaz. — Jeśli jedziesz, masz się zachowywać odpowiedzialnie.

— Tak jest — odparłem, starając się przybrać poważną minę, choć Darin z trudem powstrzymywał śmiech.

Szybko dokończyłem śniadanie i wstałem od stołu. Gdy wróciłem do swojego pokoju w głowie wciąż kołatały mi resztki snu, ale myśl o podróży do miasta zaczęła przyćmiewać wszystko inne.

Schowałem kartkę, na której opisałem swój koszmar, głęboko do szafki pełnej identycznych zapisków. Każdy sen wyglądał dokładnie tak samo. Zacząłem je zapisywać kilka lat temu, z nadzieją, że uda mi się wyczytać z nich cokolwiek o mojej przeszłości.

Na razie wiem tylko, że droga, którą jechaliśmy z matką, to Królewski Trakt. Największy i najczęściej uczęszczany szlak handlowy, prowadzący przez całe królestwo.

Mario próbował rozmawiać ze strażnikami, ale ci twierdzili, że z napaści na powóz nieznanej szlachcianki nie ocalał nikt.

Ja jednak w to nie wierzę.

Drzwi do mojego pokoju otworzyły się i wpadła przez nie moja młodsza siostrzyczka — Areesha. Szybko zamknęła je za sobą i oparła się plecami o szorstkie drewno.

— Dzień dobry — przywitała się lekko zdyszana.

— Co tu robisz? — zapytałem z rozbawieniem.

— Chowam się przed tym głupkiem Martim. Rodzice twierdzą, że jest moim bliźniakiem, ale ja jakoś nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby wnosić do domu szopa.

— Jakiego szopa?

Zasunąłem skobel, a dziewczynka od razu rzuciła się na moje łóżko rozwalając ułożone ładnie pierzyny. Westchnąłem ciężko, siadając obok niej. Dlatego zazwyczaj nie ścieliłem łóżka.

— Nie wiesz, co to szop? — spytała z niedowierzaniem dwunastolatka.

— Wiem. Nie rozumiem tylko, co Marti robi z nim w domu.

— Goni mnie krzycząc, że to mój przyszły mąż, tylko ktoś go przeklął w szopa i muszę go pocałować. — wytłumaczyła spokojnie.

Parsknąłem śmiechem, wyobrażając sobie małego szatyna biegającego po dworku z szopem w rękach.

— Skoro postanowiłaś ukrywać się w moim pokoju, pomóż chociaż przy konserwacji uprzęży — poprosiłem.

— Nuuuda — jęknęła dziewczynka. — Już wolę Martiego z tym jego szopem.

— Jak sobie chcesz.

Areesha wyszła, rozglądając się najpierw czy na korytarzu, aby na pewno nie ma jej bliźniaka. Dopiero wtedy zamknęła za sobą drzwi. Zostałem sam, ze stertą skórzanych uprzęży i olejem, do ich konserwacji.

Gdy znów ruszyłem korytarzem w stronę sali jadalnej, spotkałem Adele. Była ubrana w białą sukienkę, a włosy w kolorze dojrzałego zboża opadały jej luźno na ramiona.

— Cześć — przywitałem się.

— Spakowałeś się? Na pewno zostaniemy na noc — zaczęła od razu.

— Mówisz całkiem jak Rakel.

— Och, no przestań już tak marudzić — dziewczyna uderzyła mnie lekko pięścią w ramię.

— O, bijemy Księcia? Fajnie — powiedział Chimin, który nagle pojawił się obok, i walnął mnie pięścią prosto w splot słoneczny. Powietrze wyleciało mi z płuc.

— Ej, Chim, wracaj tu! — krzyknąłem za odbiegającym chłopakiem, kiedy udało mi się złapać oddech.

Śmiech Adeli usłyszałem już w trakcie biegu za młodszym bratem. Tak naprawdę nie miałem pewności, czy jest ode mnie młodszy. Ale nie zamierzałem mu tego odpuścić. Prawie go dogoniłem, kiedy w drzwiach do jadalni pojawiła się Rakel. Obaj musieliśmy gwałtownie hamować i cudem uniknęliśmy upadku.

— Widzę, że macie dzisiaj dużo energii, chłopcy — odezwała się kobieta. Na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. — To dobrze, bo zaraz po obiedzie posprzątacie stajnie.

Odwróciła się i weszła do pomieszczenia. Spojrzeliśmy na siebie z Chimem, a ja uśmiechnąłem się łobuzersko.

— Myślisz, że twój nos to wytrzyma, braciszku? — powiedziałem kpiącym tonem, na tyle cicho, żeby Rakel mnie nie usłyszała.

— Ach, tak? Zapomniałem — odpowiedział Chim równie cicho, idąc w stronę pomieszczenia. — Przecież nasze książątko uwielbia zapach końskiej kupy.

Wyszczerzył do mnie swoje białe zęby, a ja odpowiedziałem mu tym samym.

— Po pięciu latach przebywania z tobą mój nos się uodpornił.

Obaj zatrzymaliśmy się i zmierzyliśmy wzrokiem. Adela stanęła między nami, położyła ręce na naszych ramionach.

— Chłopaki — powiedziała słodkim głosikiem, prowadząc nas w stronę stołu. — Lepiej sadzajcie tyłki na krzesłach, jeśli nie chcecie, żeby mama kazała wam coś jeszcze sprzątać.

Obaj, już w ciszy, usiedliśmy na swoich miejscach. Przy stole siedzieliśmy zgodnie z wiekiem. Miejsce przy prawym końcu stołu zajmowała Adela jako najstarsza z rodzeństwa. Obok niej siedziałem ja, potem Chim, a dalej bliźniaki Areesha i Marti. Ostatni, przy lewym brzegu stołu, siedział dziesięcioletni Ron.

Po drugiej stronie, naprzeciwko Rona, siedziała Rakel z mężem. Obok nich znajdowali się rodzice Darina. Sam chłopak siedział naprzeciwko mnie, a miejsce po jego lewej było puste.

Nie pamiętam, jak nazywali się rodzice Darina, bo oboje prawie się nie odzywali. Wiem, że jego matka była jakąś kuzynką Rakel, a ojciec kupcem, choć nie mam pojęcia, czym on handlował w tej głuszy. No, chyba że jajkami.

Posiłek minął nam przyjemnie. Skubałem nadziewanego królika, słuchając opowieści Rakel o sporze między piekarzem i miejscowym skrybą.

***

Po dniu pełnym sprzątania śmierdzących boksów w stajni i nudnej nauki geografii oraz matematyki spotkaliśmy się na starej wierzbie. Każdego wieczoru oglądaliśmy z niej zachód słońca. Ja, Adela, Chim i Darin. To był nasz rytuał — chwila spokoju przed końcem dnia.

Wierzba rosła obok drogi, na samym krańcu wsi. Rozciągał się z niej widok na bezkresne pola i łąki. Siedzieliśmy na naszej ulubionej gałęzi obserwując jak niebo powoli zmieniało kolory — od ciepłego pomarańczu po głęboki róż i fiolet. Gdzieś w oddali zawył samotny wilk.

— Więc jutro do miasta — mruknęła Adela.

— Aha — odpowiedziałem krótko, wpatrując się w horyzont.

Darin przewrócił oczami.

— Cóż za elokwencja.

Chim parsknął śmiechem.

— Nie przejmuj się, Dar. Nasze książątko pewnie już planuje, co kupi na targu.

— Może nową koronę? — rzuciła Adela z uśmiechem.

Nawet ja się roześmiałem. Wszyscy nie mogliśmy się doczekać nadchodzącego dnia. W tamtej chwili czułem ogarniający mnie spokój.

Lavalla

Świat zawsze pachniał ziemią. Wilgotną, ciężką ziemią, która w moim życiu była stała jak oddech. Z koszem pełnym ziół przemierzałam ścieżkę prowadzącą do chaty starej Loraine. Tym razem nauczycielką kazała mi zebrać miętę, dziurawiec i kilka innymi ziół. Powietrze było rześkie, a ja stąpałam ostrożnie między korzeniami drzew. Dzisiaj miałam nauczyć się, jak stworzyć miksturę na uspokojenie — coś, co mogłoby pomóc mojemu ojcu.

Kiedy doszłam do chaty Loraine, drzwi były uchylone. W środku palił się ogień, a zapach gotujących się ziół wypełniał powietrze. Był to dla mnie znak, że czas rozpocząć kolejną lekcję — i kolejną próbę zrozumienia, kim naprawdę jestem.

— No, przyszłaś w końcu — rzuciła zielarka, ledwie podnosząc wzrok znad stołu. Zanim zdążyłam zdjąć płaszcz, już zabierała mi koszyk. — Pokaż no, co tam pozbierałaś, dziecko.

Jej dłonie, poranione od pracy z nożem i ogniem, z wprawą wyciągały zioła jedno po drugim. Każdą roślinę oglądała pod światło, jakby chciała wydobyć z niej wszystkie sekrety.

— Hm… dobra mięta. Przyda się — powiedziała, odkładając gałązki na bok. Po chwili wzięła do ręki kolejne ziele i skrzywiła się. — A to? Zwiędłe, suche. Na co mi to? — wyrzuciła je przez otwarte okno, a ja aż wzdrygnęłam się, słysząc cichy plask o ziemię.

— Loraine, ja… — zaczęłam, ale przerwała mi machnięciem ręki.

— Ty? Ty musisz się nauczyć patrzeć, Lavallo. Jak chcesz leczyć, skoro nie widzisz, co zbierasz? — Jej ton był surowy, ale w spojrzeniu kryło się coś więcej. Troska. Może nawet cień dumy. — Ale nie martw się, dziecko. Jeszcze cię nauczę.

Przez pół dnia pokazywała mi, jak sporządzić wywar z ziela cytrynowego, lawendy, mięty, witówki i korzenia kozłka lekarskiego.

— Słyszałam ostatnio od Arii, że córka piekarza jest brzemienna. Była już cię odwiedzić? — zapytałam, powoli mieszając gotujący się napar.

— Dziewczyna jest uparta jak osioł. Nie zjawiła się ani razu, odkąd wytknęłam jej głupotę. — prychnęła. — Zastanawiam się co zrobi jak przyjdzie czas, abym odebrała poród. A Aria nie powinna tak wtykać nosa w nieswoje sprawy. W końcu ją ktoś w ten nos zdzieli i nawet Amber nic na to nie poradzi.

— Racja — przyznałam cicho się śmiejąc. Córka mówczyni nad wyraz lubiła plotkowanie. Wiedziała praktycznie o wszystkim co działo się w wiosce. A potok wcale nie był małą wsią. Rozmiarem mógł dorównywać miasteczkom, ale nie prowadził przez niego żaden istotny szlak handlowy.

— Myślisz, że jest już gotowe? — zapytałam krytycznie przyglądając się parującej cieczy.

Staruszka tylko zerknęła do kociołka i skinęła głową.

— Przelej napar do bukłaka — poleciła podając mi przedmiot. — Lepiej się pośpiesz, bo już późno.

— O nie, za chwilę spóźnię się na obiad — przestraszyłam się, patrząc na słońce za oknem.

Loraine poklepała mnie po ramieniu.

— Idź, dziewczyno, ja tu posprzątam — uśmiechnęła się ciepło. — Tylko jutro przynieś rumianek, bo trzeba zrobić napar na ból brzucha dla Eddy.

— Dobra, do jutra — powiedziałam, wychodząc.

— Przyjdź z Darsi — krzyknęła jeszcze za mną zielarka.

„No świetnie” — pomyślałam czując jak ściska mnie w żołądku. „Znowu ta żmija.”

Potrząsnęłam głową, odganiając nieprzyjemne myśli. Biegłam przez las tak szybko, jak mogłam, starając się nie przewrócić. Liście szeleściły pod moimi stopami, a gałęzie chłostały po ramionach. Loraine mieszkała na uboczu, a do domu miałam dobre dwadzieścia minut marszu. Jednak biegnąc, udało mi się skrócić ten czas do piętnastu.

Przed wejściem zerwałam kilka marchewek i cebul z ogródka, po czym sprawdziłam, gdzie jest tata. Na szczęście był zajęty naprawą płotu. Stał pochylony nad belką, stukając młotkiem z taką siłą, że aż echo niosło się po podwórzu. Odetchnęłam z ulgą, widząc, że nie zauważył, jak bardzo się spóźniłam.

W kuchni postawiłam warzywa na stole i szybko wzięłam się za gotowanie. Wrzuciłam pokrojone marchewki, cebulę i trochę ziemniaków do garnka z bulgoczącą wodą, a do tego dodałam kilka przypraw od Loraine. Pachniało prosto, ale domowo. Przypomniało mi się, jak mama gotowała podobne zupy, kiedy byłam dzieckiem.

Podczas gdy zupa się gotowała nalałam trochę mikstury uspokajającej do glinianego kubka i postawiłam go obok talerza na stole. Zawsze starałam się dorzucić coś od siebie, choć tata często podchodził do moich mikstur z rezerwą.

— Toto, zupa gotowa! — zawołałam przez okno, wycierając ręce w fartuch.

Mężczyzna pojawił się kilka minut później. Wszedł do kuchni, niosąc ze sobą zapach drewna i ziemi. Chciał od razu siadać do stołu, ale zatrzymał się, widząc moje spojrzenie.

— Ręce… — przypomniałam cicho.

Westchnął, spuścił wzrok na swoje dłonie, brudne od ziemi i żywicy. Pochylił się nad wiadrem z wodą stojącym w kącie i dokładnie je umył, po czym otarł wierzchem koszuli.

— Teraz lepiej? — zapytał z uśmiechem, choć w jego oczach wciąż był cień zmęczenia.

Skinęłam głową, podając mu talerz gorącej zupy. Zajął miejsce przy stole i podniósł łyżkę do ust.

— Bardzo smaczne, Lav — pochwalił mnie.

— Cieszę się, że ci smakuje — odpowiedziałam, podsuwając mu kubek z miksturą.

— A to co znowu? — zapytał, unosząc brew.

— Napar uspokajający.

Skrzywił się, biorąc kubek do ręki.

— Znowu jakieś ziółka…

— Nie narzekaj, tylko pij — rzuciłam, starając się ukryć uśmiech.

Tata wziął łyk, marszcząc brwi. Widać było, że nie podobał mu się gorzkawy smak naparu, ale nie powiedział nic więcej. Po kilku chwilach jego napięte ramiona nieco opadły, a wzrok złagodniał.

— Jak ci dziś poszło u Loraine? — zapytał, wracając do jedzenia zupy.

— Dobrze. Uczyłyśmy się robić wywar z kozłka i lawendy. Muszę jej jutro zanieść rumianek na napar dla Eddy — odpowiedziałam, nalewając sobie trochę zupy.

— Dobrze, że masz tę Loraine. Uczy cię rzeczy, które mogą się przydać. Ale pamiętaj… — zawahał się na moment, a jego głos przybrał surowszy ton. — Nie pozwól, żeby ktokolwiek zobaczył, co naprawdę potrafisz. Ludzie nie zrozumieją, Lav.

Poczułam znajomy ciężar na piersi. Wiedziałam, że mówił to z troski, ale każda jego przypominała mi, jak bardzo muszę się pilnować. W naszym świecie dar był jak piękny ptak zamknięty w klatce. Mogłam go podziwiać, ale nigdy nie pozwolić mu wzlecieć w pełni.

— Wiem, tato — powiedziałam cicho, spuszczając wzrok na swój talerz.

Przez chwilę w kuchni panowała cisza. W końcu tata odsunął krzesło i podszedł do wiadra, gdzie wylał resztkę naparu.

— Może i to „zielsko” nie smakuje najlepiej, ale działa. Czuję, że w końcu trochę odpocznę — powiedział z półuśmiechem, zanim wyszedł z kuchni, by dokończyć pracę przy płocie.

Zostałam sama. Gdy patrzyłam na parującą zupę na jego talerzu, poczułam nagłą pustkę. Czasami czułam, że oboje żyjemy w świecie, który nas nie rozumie — on, bo stracił miłość swojego życia, i ja, bo musiałam ukrywać najważniejszą część siebie.

Książę

Następnego ranka służąca obudziła mnie zaraz po wschodzie słońca. Cieszyłem się, że ruszamy do miasta, bo na wsi prawie każdy dzień wyglądał tak samo. Śniadanie zjedliśmy w piątkę, gdy reszta domowników jeszcze spała. Kucharka przygotowała nam też trochę jedzenia na drogę — dostałem dwie pajdy chleba i jabłko. Adela przez całe śniadanie gadała o sukniach i materiałach, które chciałaby zakupić na wielkim targu w mieście, oraz o sklepach, które na pewno musi odwiedzić. Przestałem jej słuchać już po pięciu minutach, a po pół godzinie poważnie zastanawiałem się nad tym, czy nie lepiej byłoby zostać w domu. Na szczęście Adeli chyba skończyły się sklepy do wymieniania, bo zamilkła w połowie drogi do stajni i dała mi się rozkoszować cudowną ciszą. Otaczający nas świat wydawał mi się w tamtej chwili piękny. Rześkie powietrze pachniało zwierzętami i sianem, a promienie porannego słońca ogrzewały mi plecy. Gdzieś w oddali słychać było śpiew ptaków.

W pewnym momencie poczułem na sobie uważny wzrok dziewczyny.

— Co się tak patrzysz?

— Mógłbyś choć raz założyć coś innego niż wypłowiałą koszulę i wąskie spodnie przetarte na kolanach.

Spojrzałem na swój strój zastanawiając się nad jej słowami. No niby miałem jakieś „ładne” ubrania, ale planowałem jechać konno, a podróż nie była na tyle krótka, żebym wytrzymał w tych fatałaszkach.

— Ubrałem się wygodnie — odparłem po chwili.

— Tak i wyglądasz jakbyś miał błagać o jałmużnę — odcięła się i wsiadła do powozu.

Mój koń czekał zaraz obok, już osiodłany. Zazwyczaj zajmowałem się tym sam, ale Mario gdzieś się spieszył. Wierzchowiec był gniady, z białą błyskawicą na chrapach, a nazywał się Świt. Uwielbiałem jeździć konno, a tego ogiera dostałem od Rakel dwa lata temu i od tego czasu zostaliśmy nierozłączni. Przywitałem go głaskaniem po chrapach i kostką cukru, którą przemyciłem z kuchni.

Wskoczyłem na siodło i poklepałem Świta po karku.

— To naprawdę dobry koń — odezwał się Mario, stając obok nas. — Mówiłem ci, że ma królewską krew.

— Chyba ze sto razy — roześmiałem się. — Pochodzi z królewskich stajni i należał wcześniej do księcia Ezry, a po jego śmierci królowa podarowała go Rakel, jako że są jakimiś tam dalekimi kuzynkami, a Rakel dała go mnie — powtórzyłem opowieść, którą słyszałem już wiele razy. Sam nie zwracałem na to zbytniej uwagi. Lubiłem Świta za jego charakter, a nie to, gdzie się urodził.

— Dokładnie tak — mruknął mężczyzna i wsiadł do powozu.

Chimin i Darin byli już w środku. Tylko ja jechałem konno.

Droga do miasta ciągnęła się niemiłosiernie. Świt co jakiś czas potrząsał głową, jakby chciał powiedzieć, że wolałby biec, niż dreptać w ślad za powozem. Popędzałem go więc do galopu, pozwalając sobie na kilka chwil wolności. Wiatr smagał mi twarz, a dźwięk kopyt odbijał się echem po pustej drodze. Po chwili zatrzymywałem się, rozprostowywałem nogi i czekałem, aż powóz nas dogoni. Świt parskał cicho, jakby chciał wyrazić zadowolenie z wycieczki.

Niewielkie laski i łąki wokół nas tętniły życiem. Mijaliśmy sarny z młodymi, pasące się w wysokiej trawie oraz wiewiórki skaczące z gracją po gałęziach drzew. Dostrzegłem nawet wilka w leśnej gęstwinie. Czasem jakieś ptaki zrywały się z trzepotem skrzydeł, gdy jechaliśmy zbyt blisko. Z każdą kolejną chwilą czułem, jak napięcie opuszcza moje ramiona — ta podróż, choć męcząca, dawała mi wytchnienie od monotonii wiejskiego życia.

Do przedmieść dotarliśmy w południe, gdy słońce stało wysoko na niebie, rozlewając swoje ciepło na wszystko wokół. Droga, którą jechaliśmy, z każdym krokiem stawała się coraz bardziej wydeptana, a z daleka widać było charakterystyczne mury miasta — wysokie, masywne, z licznymi wieżami obserwacyjnymi, które górowały nad okolicą. W bramach strażnicy kontrolowali wozy kupców i podróżnych, sprawdzając towary oraz dokumenty.

Zatrzymaliśmy się w karczmie niedaleko głównej bramy miasta. Nad wejściem wisiał drewniany szyld z wyrytym symbolem kufla z piwem i kłosów zboża.

Przed gospodą panował niewielki ruch. Kilka zaprzężonych w konie wozów stało na uboczu, ich woźnice siedzieli na ławkach, jedząc coś z prostych, metalowych misek. Paru mężczyzn grało w kości na rozłożonym na ziemi płótnie, a obok nich leżały kufle z ciemnym piwem. Na ganku, pochylony nad krzesłem, siedział staruszek, który ostrzył nóż na kamieniu, co jakiś czas spoglądając na nas spod przymrużonych powiek.

Mario, jak zwykle, nie zwlekał. Wszedł do środka, zostawiając nas na zewnątrz, by zająć się wykupieniem noclegu. Ja zaś poprowadziłem Świta za uzdę w stronę stajni. Drewniana szopa, przylegająca do karczmy, była znacznie skromniejsza niż oczekiwałem. Pachniało tam mieszanką owsa i końskiego potu.

Chłopiec stajenny, młodszy ode mnie, ale zręczny, wziął uzdy naszych koni i zaczął je wprowadzać do środka. Poklepałem Świta po karku, czując jego miękką, ciepłą sierść.

— Niczego im nie zabraknie, prawda? — zapytałem, na co chłopiec tylko pokiwał głową.

Wróciłem na dziedziniec. Adela siedziała na pieńku pod jednym z drzew, zajęta struganiem patyka. Jej skupienie przykuwało uwagę — czubek języka wystawał z ust, co zawsze zdradzało, że jest całkowicie pochłonięta swoim zajęciem. Darin i Chim stali kawałek dalej, śmiejąc się w towarzystwie dwóch młodych dziewczyn w krótkich, niebieskich spódniczkach, najwyraźniej służących.

Spojrzałem na nich z lekkim politowaniem, a potem wdrapałem się na najniższą gałąź pobliskiego drzewa. Miejsce było wygodne, a z tej perspektywy miałem dobry widok na całe podwórze. Wiatr poruszał liśćmi, a cienie tańczyły na ziemi.

W końcu drzwi karczmy otworzyły się z trzaskiem, a Mario wyszedł, spoglądając na nas z góry.

— No dobra, chodźcie tu, bo dwa razy nie będę powtarzał — powiedział, rzucając Chiminowi surowe spojrzenie, jakby chciał go ostrzec przed dalszym flirtowaniem.

Zeskoczyłem z gałęzi i stanąłem obok Ad, która z niechęcią odłożyła patyk. Chimin westchnął ciężko, po czym dołączył do nas z wyraźnym żalem, że przerwano mu rozmowę. Mario, jak zawsze, nie tracił czasu na zbędne słowa.

— Mam kilka spraw do załatwienia. Idźcie do miasta, ale pamiętajcie, nie rozdzielać się. Widzimy się wieczorem na kolacji. O zachodzie zamykają bramy — powiedział, po czym zniknął za rogiem karczmy, zostawiając nas samych.

Już miałem ruszyć w tę samą stronę, ale Darin złapał mnie za nadgarstek.

— Może najpierw zjemy obiad? — zaproponował.

Zorientowałem się, że rzeczywiście jestem głodny.

— Racja — przyznałem i odwróciłem się na pięcie, otwierając drzwi do gospody.

W środku panował półmrok, a powietrze było gęste. Wypatrzyłem idealny stolik — przy ścianie, naprzeciwko drzwi.

— Tam — wskazałem głową, a reszta poszła za mną. Usiadłem tak, żeby mieć widok na wejście — nawyk, którego nie potrafiłem się pozbyć.

Adela poszła zamówić jedzenie, a ja rozejrzałem się po izbie.

— Dlaczego to ona zawsze dostaje od mamy pieniądze? — zapytał Chim, opierając brodę na dłoni.

— Może dlatego, że jest najstarsza. — mruknął Darin, nie patrząc na niego.

— A skąd ta pewność, że nie jestem starszy? — oburzyłem się, odwracając do nich.

Chimin przyglądał mi się przez chwilę, marszcząc brwi.

— E, wyglądasz mi co najwyżej na piętnaście.

— Skąd niby to wnioskujesz? — zapytałem, unosząc brew.

— No, masz mocno zarysowaną szczękę, ale policzki trochę dziecinne. Jak u młodzika. — dodał z uśmiechem.

Prychnąłem.

— I kto to mówi? Sam masz twarz jak pucułowaty niemowlak.

Darin wybuchnął śmiechem, a Chim otworzył usta, gotowy do riposty, ale powstrzymała go Adela, która pojawiła się z miskami jedzenia.

— Nieśmiertelny gulasz za trzy brązowe. Smacznego. — powiedziała, stawiając przed nami posiłki.

Chimin wykrzywił twarz, patrząc na swoją porcję.

— A nie mają tu czegoś lepszego?

— Jedz co masz albo nie jedz wcale. — ucięła Ad. — Ale nie marudź, jak zgłodniejesz.

Po jedzeniu poszliśmy do miasta. Adela prowadziła nas od jednego straganu z materiałami do drugiego. Miałem wrażenie, że nigdy się to nie skończy. Słońce grzało mi kark, a zapach tłuszczu z ulicznych straganów zaczynał mnie męczyć. Kopaliśmy z Darinem szyszkę po bruku, próbując zabić nudę. W końcu Ad zatrzymała się przy jednym z kolorowych stoisk i uśmiechnęła triumfalnie.

— O, idealny. — powiedziała, unosząc rulon ciemnobrązowego materiału.

Westchnąłem, gdy zaczęła pakować go do torby.

— No i fajnie. — mruknąłem. — Czy teraz możemy pooglądać stragany z rzeczami… no, mniej dziewczyńskimi?

Adela uniosła brew i odpowiedziała wyniośle:

— Ależ oczywiście.

Przez następne godziny krążyliśmy między straganami. Każdy coś kupił. Adela miała swój materiał, Chim wyszukał piękny sztylet z grawerowaną rękojeścią, a Darin nabył niedźwiedzi kieł na rzemieniu. Tylko ja niczego nie znalazłem.

— Wszystko tu wygląda jak tania tandeta — powiedziałem do Adeli, gdy mijaliśmy stoisko z ozdobami.

— Robi się już późno. — zauważyła dziewczyna

W drodze powrotnej do bramy rozmawiałem z Darinem o jego planowanym wyjeździe do Resto, kiedy coś przykuło moją uwagę. Słowa zamarły mi na ustach. Zatrzymałem się gwałtownie, aż Darin spojrzał na mnie zdziwiony.

Leżał tam — dziennik. Niby zwyczajny, a jednak coś w nim przyciągało mój wzrok. Skórzana oprawa była pokryta drobnymi rysami, które zdradzały, że miał już swoją historię. Wytłoczony wzór bluszczu zdawał się niemal żyć, jakby listki poruszały się w świetle słońca. Przewiązany był cienkim rzemykiem. Przejechałem palcem po grzbiecie — skóra była chłodna i chropowata.

Staruszka, która sprzedawała dziennik, wyglądała, jakby należała do innego świata. Jej skóra była pomarszczona jak pergamin, a siwe włosy związane w niedbały kok. Gdy uniosła głowę, jej oczy — małe, czarne jak guziki — przeszyły mnie na wylot. Na szyi miała zawieszony prosty, srebrny amulet, który mienił się delikatnym światłem.

— Pięć brązowych. — zaskrzeczała ochrypłym głosem.

Zawahałem się. W mojej sakiewce były trzy srebrne, drobnych nie miałem. Wyciągnąłem jedną monetę i podałem ją kobiecie.

— Nie musi pani wydawać reszty. — powiedziałem, próbując zabrzmieć pewnie.

Staruszka uśmiechnęła się, ukazując szereg żółtych, nierównych zębów.

— To dziennik snów. — powiedziała, podając mi przedmiot. Jej głos był dziwnie melodyjny. — Widzę go w twojej przeszłości i przyszłości.

Jej słowa sprawiły, że przez chwilę stałem nieruchomo. Serce zabiło mi mocniej.

— Dziękuję. — powiedziałem, biorąc dziennik i ruszając za towarzyszami.

— Czy ty właśnie kupiłeś jakiś śmieć za srebrnika?! — Darin niemal krzyknął, gdy dogonił mnie na drodze do bramy.

— To nie żaden śmieć, tylko dziennik — odpowiedziałem spokojnie, choć w głębi czułem irytację.

— Dziennik?! — Chłopak uniósł ręce w geście frustracji. — Wiesz, co można kupić za srebrnika? Jedzenie na tydzień, nowe buty, albo… cokolwiek bardziej użytecznego niż to.

Westchnąłem i spojrzałem na niego z góry.

— Uspokój się. Przecież i tak nie mam na co wydać tych pieniędzy.

Darin zmarszczył brwi, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu tylko pokręcił głową.

— No, rób, jak chcesz. Ale jak kiedyś zabraknie ci na jedzenie, nie przychodź do mnie.

— Nawzajem.

***

Kilka następnych dni było zupełnie zwyczajnych. Wracając do domu, powróciłem do swoich obowiązków — przenoszenie worków z mąką, doglądanie koni, a wieczorem godziny spędzone na nauce pod czujnym okiem Rakel. Wszystko toczyło się swoim stałym rytmem. Jednak wieczory miały w sobie coś magicznego. Każdego dnia, gdy tylko słońce zaczynało opadać za horyzont, zbieraliśmy się w czwórkę przy starej wierzbie. Jej powyginane, sękate gałęzie zdawały się być świadkami wszystkich naszych rozmów, śmiechów i milczenia.

Było coś uspokajającego w obserwowaniu zachodów słońca. Ciepłe barwy rozlewające się po niebie, cichy śpiew ptaków wracających do gniazd. To były chwile, kiedy mogliśmy odetchnąć i zapomnieć o codzienności.

Jedyne, co się zmieniło, to moje sny. Jeszcze tej nocy w gospodzie przyśnił mi się sen. Było to coś niezwykłego, bo oprócz jednego wciąż powtarzającego się koszmaru, nigdy nic mi się nie śniło. Wszystkie swoje sny skrupulatnie zapisywałem w nowym dzienniku. Poza tym życie toczyło się spokojnie, aż do momentu, gdy Chim, siedząc na drzewie, zobaczył coś na horyzoncie.

— Hej! Ktoś tu jedzie! — zawołał.

Wszyscy natychmiast spojrzeliśmy w stronę drogi, gdzie w oddali, na tle lasu, majaczyła sylwetka jeźdźca.

Z dziennika snów

Leżałem na miękkiej trawie. Było ciepło a świat pachniał latem i sianem. Patrzyłem na jasno błękitne niebo, po którym leniwie płynęły białe chmury. Ktoś śpiewał piosenkę, ale nie słyszałem słów. Głos był miękki kobiecy a melodia spokojna. Wsłuchałem się w nią obserwując klucz ptaków lecących po niebie. Było ich trzynaście, czyli nieparzyście. Zastanowiłem się czy ten trzynasty nie jest smutny i chciałem o to zapytać mamę. Odwróciłem głowę w bok, ale zdążyłem zobaczyć tylko błysk zielonych oczu i czarne włosy lśniące w promieniach słońca. Obudziłem się.

Rozdział 2

Przemierzałam ścieżki szybkim krokiem, kierując się w stronę ryneczku. Potok był chyba najdziwniejszą wioską w kraju. Mieszkańcy trzymali się swoich grup i otwarcie nie przepadali za innymi. Sama wioska również była podzielona na zakątki. Ja zmierzałam właśnie do zakątka Rębaczy, by zabrać Darsi na poranne lekcje.

Słońce jeszcze nie wzeszło. Drogę rozświetlał jedynie blask świec w oknach pobliskich domów. Przez dłuższy czas nie spotkałam nikogo. Dopiero gdy dotarłam do ryneczku — serca wsi — ciszę przerywaną pohukiwaniem sów zastąpił gwar ludzkich głosów. W Potoku każda pora była dobra na załatwianie spraw urzędowych czy robienie zakupów. Tłum gęstniał, a ja starałam się przedrzeć przez ludzi.

Nagle ktoś mnie zaczepił. Obróciłam się i od razu rozpoznałam Mirabel, starszą córkę mówczyni Amber. Dziewczyna miała na sobie prostą zieloną sukienkę, a na jej ustach widniał serdeczny uśmiech. Na ramieniu niosła wiklinowy koszyk z zakupami. Odwzajemniłam uśmiech i przywitałyśmy się krótkim uściskiem.

— Dawno cię nie widziałam, Lav — powiedziała ciepło.

— Ostatnio byłam bardzo zajęta — odparłam z lekkim zakłopotaniem. To była prawda. Rzadko odwiedzałam ich rodzinę, choć powinnam. Bardzo nam pomogli po… śmierci mojej mamy. — Ale niedługo na pewno was odwiedzę.

— Zawsze jesteś u nas mile widziana — zapewniła Mira.

— W takim razie do zobaczenia — odpowiedziałam, uśmiechając się.

Pożegnałyśmy się, a ja ruszyłam dalej, myśląc o tym, jak wiele zawdzięczam rodzinie Miry. Obiecałam sobie, że znajdę czas, by się im odwdzięczyć.

Gdy dotarłam do zakątka Rębaczy, słońce powoli wychylało się zza horyzontu. Cały świat mienił się odcieniami pomarańczu i czerwieni. Mężczyźni oraz nieliczne kobiety zmierzali w stronę lasu z siekierami w rękach. Ich sylwetki niknęły w porannej mgle. Przy studni dostrzegłam Darsi, która nabierała wodę.

— Loraine chce żebyś przyszła dzisiaj na lekcje — powiedziałam, podchodząc bliżej.

Dziewczyna uniosła głowę znad wiadra i spojrzała na mnie. W jej oczach dostrzegłam coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam — zmartwienie.

— Dobrze, że jesteś — odparła, odrzucając do tyłu czarny warkocz.

Zmarszczyłam brwi. Darsi nigdy wcześniej nie cieszyła się na mój widok. Zazwyczaj jedynie irytowała się, bo prawie wszystko robiłam lepiej od niej. Ta zmiana zachowania była… niepokojąca.

— Coś się stało? — zapytałam ostrożnie.

— Pamiętasz, jak tydzień temu Jon uderzył się siekierą w nogę?

Skinęłam głową. Obraz pogruchotanych kości Jona wciąż majaczył mi przed oczami. Loraine opatrzyła go wtedy i powiedziała, że jeśli nie wda się zakażenie, kość się zrośnie.

— Wdało się zakażenie? — domyśliłam się.

— Dwie godziny temu zaczął gorączkować. — odpowiedziała, chwytając wiadro z wodą. — Rana śmierdzi i wydziela dziwną maź, a skóra wokół obumiera.

— To rzeczywiście poważne. — przyznałam, ruszając z nią w stronę domu Jona. — Wysłałaś kogoś po Loraine?

Darsi spuściła wzrok, a na jej twarzy pojawił się cień zakłopotania.

— Nie pomyślałam o tym. — przyznała cicho.

Gdy weszłyśmy do domu, uderzył mnie ostry zapach gnijącego mięsa. Powietrze było ciężkie, niemal duszące. W głównej izbie na sienniku leżał Jonatan. Był otoczony przez swoją rodzinę, która tłoczyła się wokół niego, szeptając coś pod nosem. Atmosfera była pełna napięcia i bezradności.

Musiałam przejąć kontrolę.

— Wszyscy muszą wyjść. — powiedziałam stanowczo, patrząc na zebranych. Moje słowa wywołały pomruk niezadowolenia, ale nikt się nie sprzeciwił. — Marlo, ty zostajesz. — dodałam, wskazując na dwunastoletniego chłopca.

Marlo spojrzał na mnie wystraszonymi oczami, ale skinął głową.

— Wiesz, gdzie mieszka stara Loraine? — zapytałam.

Chłopiec energicznie skinął głową.

— Biegnij do niej najszybciej, jak potrafisz i sprowadź ją tutaj. To ważne.

Marlo nie odpowiedział, tylko od razu wybiegł z domu. Wyjrzałam za drzwi, by upewnić się, że ruszył w dobrą stronę, a potem zwróciłam się do Darsi.

— Otwórz wszystkie okiennice.

Dziewczyna zacisnęła pięści, wyraźnie niezadowolona, że wydaję jej rozkazy. Przez chwilę myślałam, że odmówi, ale w końcu ruszyła do okien, otwierając je jedno po drugim. Odetchnęłam z ulgą. To naprawdę nie był dobry czas na nasze sprzeczki.

Podchodząc bliżej do Jona, poczułam narastające mdłości. Pot spływał po jego rozpalonej skórze, a noga wyglądała okropnie — z otwartej rany wylewała się ropa, skóra wokół niej była ciemna, niemal czarna.

Z trudem przełknęłam ślinę i uklękłam obok siennika. Ostrożnie położyłam dłoń na czole mężczyzny. Jego skóra była gorąca i śliska od potu. Przymknęłam oczy, próbując opanować własny oddech. W głowie kołatała mi jedna myśl:

„Loraine, pośpiesz się. Nie wiem, czy sobie poradzę”.

Książę

Jeździec pojawił się na tle pomarańczowego słońca. Pierwszy zauważył go Chimin.

— Ej, tam ktoś jedzie. — chłopak wskazał na drogę w oddali.

— Rzeczywiście. — przyznałem, dostrzegając zbliżającą się sylwetkę na koniu. Mężczyzna, zdecydowanie, choć szczegóły jeszcze były niewyraźne. Do naszej wioski rzadko ktoś przyjeżdżał — zazwyczaj cała karawana kupiecka, nigdy samotny podróżnik.

— Lepiej chodźmy powiedzieć tacie. — odezwała się Adela, zeskakując z gałęzi drzewa, na którym wszyscy siedzieliśmy.

Pozostali poszli w jej ślady, ale ja zostałem na swoim miejscu, wpatrując się w jeźdźca.

— Idziesz, Książę? — zapytał Chimin, już stojąc na ziemi.

— Nie. Zostanę i dowiem się, kim on jest. — odparłem, nie odrywając wzroku od drogi.

Chimin wzruszył ramionami i poszedł razem z Adelą i Darinem w stronę domu. Znowu spojrzałem na jeźdźca, który teraz był znacznie bliżej. Jechał galopem — pewny siebie, dobry jeździec. Zwolnił do stępa tuż przed wioską, poklepując swojego konia po karku.

Uśmiechnąłem się pod nosem i przeszedłem na drugą stronę drzewa, siadając na gałęzi znajdującej się dokładnie nad drogą.

— Ładny dosiad w galopie — powiedziałem, kiedy mężczyzna znalazł się na tyle blisko, by mnie usłyszeć.

Zatrzymał konia, podniósł głowę i spojrzał na mnie, zmrużywszy oczy. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Miał około dwudziestu lat. Kasztanowe loki opadały na czoło, a jego ubrania były luźne, pokryte pyłem drogi. Spojrzałem na jego konia — młody, dobrze odżywiony siwek, z przewieszoną przez juki lutnią.

— Kim jesteś? — zapytałem, zeskakując z drzewa tuż przed jego koniem.

— Minstrelem — odpowiedział spokojnie. — Nazywam się Mallas i jestem nowym królewskim minstrelem Jego Wysokości, króla Ariana. Mam wiadomość do przekazania, wielmożnej pani Rakel.

To miało sens. Nikt inny nie odważyłby się podróżować samotnie, a królewskiego minstrela przecież nie obrabują.

— No dobrze, — powiedziałem ostrożnie. — zaprowadzę cię do niej.

Mężczyzna skinął głową i zsiadł z konia.

— Jak masz na imię, młodzieńcze? — zapytał, gdy prowadziłem go w stronę domu.

— Mówią na mnie Książę — odpowiedziałem.

— Młody Książę, nietypowe imię.

— To nie jest moje imię. Nie pamiętam go. — odparłem bez emocji.

Minstrel uśmiechnął się pokrzepiająco.

— Rozumiem. Miło cię poznać, mów mi Mal.

Kiedy dotarliśmy do domu, zaprosiłem go do małego saloniku obok wejścia.

— Zaczekasz tutaj chwilę? — zapytałem. — Odprowadzę twojego konia do stajni.

Mal skinął głową.

— Oczywiście. Dziękuję.

Wróciłem po chwili, upewniwszy się, że koń jest bezpieczny. Zastałem Mala siedzącego przy kominku, wpatrzonego w ogień.

— Mal, możemy iść. — powiedziałem.

Mężczyzna wstał, otrzepał spodnie i ruszył za mną.

W głównym saloniku czekała już cała rodzina. Rakel powitała Mala serdecznie i zaprosiła go do środka. Zasiadł w fotelu, a ja stanąłem obok, starając się nie okazywać niezadowolenia, że nikt nie zrobił dla mnie miejsca na kanapie.

Minstrel przekazał wiadomość — oficjalne zaproszenie na bal w pałacu królewskim z okazji piętnastych urodzin księcia Emmeta. Atmosfera w saloniku była napięta. W końcu Rakel westchnęła.

— Dziękujemy za wiadomość, Mal. Czy coś jeszcze chciałbyś nam powiedzieć?

Minstrel skinął głową.

— Jutro chciałbym ogłosić mieszkańcom wsi, że podczas balu odbędzie się także wielki jarmark.

— Oczywiście. Może być w południe. — zgodziła się Rakel z uprzejmym uśmiechem.

Odprowadziłem minstrela do pokoju gościnnego. Życzyłem mu dobrej nocy i wróciłem do siebie. Długo leżałem na łóżku wpatrując się w sufit. Niebo już całkiem pociemniało, a przez otwarte okiennice wpadało mroźne powietrze. Obróciłem głowę, aby w świetle dogasającego ognia dostrzec dziennik snów. Miałem przeczucie, że odkąd go kupiłem coś się we mnie zmieniło. Nie czułem już tej obezwładniającej bezsilności, która wcześniej towarzyszyła mi każdego dnia.

***

Przed południem, ja, Chim i Darin zaprowadziliśmy Mala na plac po środku wsi. Znajdował się na skrzyżowaniu dwóch głównych ulic, a wokół rozstawiono kilka straganów, głównie z żywnością. Wieści na wsi roznoszą się szybko — zanim dotarliśmy, na placu zgromadził się już tłumek. Darin zajął się końmi, przywiązując je pod gospodą, a ja ruszyłem w stronę podwyższenia na środku placu.

Stał tam słup z dzwonem, używanym do wzywania mieszkańców. Wszedłem na podwyższenie i pociągnąłem za sznurek — raz, drugi, trzeci. Głośne dzwonienie rozniosło się echem po wąskich uliczkach. Ukłoniłem się zebranym, po czym zszedłem na dół. Tłum gęstniał z każdą chwilą. Gdy zauważyłem piekarza i krawcową, uznałem, że można zaczynać.

— Teraz możesz wejść i przemówić do ludzi — powiedziałem cicho do Mala. Minstrel wszedł na podwyższenie, przedstawił się i zaczął mówić coś o festynie z okazji piętnastych urodzin księcia Emmeta.

Nie słuchałem. W głowie kołatała mi jedna myśl — jeśli minstrel odwiedza wszystkie większe miasta i wsie, może warto pojechać z nim? Może zobaczę coś znajomego, co przypomni mi przeszłość? Przecież i tak jedziemy do stolicy na bal.

Pomysł wydawał się coraz lepszy. Darin i tak musiał dotrzeć do Resto, więc mógłby mi towarzyszyć. Postanowiłem poruszyć ten temat przy obiedzie. I tak też zrobiłem.

— Chcę pojechać z Malem — oznajmiłem, przerywając jedzenie zupy.

Rakel aż upuściła łyżkę.

— Jak to? — zapytała z niedowierzaniem.

Przedstawiłem wszystkie argumenty, jakie udało mi się wymyślić. Mal poparł mnie, zauważając, że stopniowe przypominanie sobie przeszłości będzie dla mnie lepsze niż nagły szok. Spojrzałem na niego zdezorientowany, ale minstrel tylko się do mnie uśmiechnął. Rakel długo się zastanawiała, gryząc dolną wargę. W końcu spojrzała pytająco na męża. Mario skinął głową.

Czułem, jak emocje rozsadzają mnie od środka, gdy czekałem na jej decyzję.

— Dobrze, możesz jechać — powiedziała w końcu

Z dziennika snów

Znajdowałem się w jakiejś bardzo dużej sali. Na marmurowej posadzce odbijały się promienie słońca wpadające do pomieszczenia przez liczne przeszklone okna. Rozejrzałem się szukając wzrokiem dobrej kryjówki. Wybrałem jeden z filarów podtrzymujący sufit. Oparłem się o niego plecami i czekałem. Nie bałem się. Czułem wiele emocji, ale nie strach. Raczej pewnego rodzaju narastające z każdą chwilą podniecenie. Dosyć długo stałem za tym słupem. Nie wiem, ile minęło czasu zanim usłyszałem głęboki męski głos.

— Tu się schowałeś.

Ktoś złapał mnie pod pachy i podniósł tak, jak gdybym nic nie ważył. Zaśmiałem się. Nie wiem czemu chyba po prostu mi się podobało. Coś połaskotało mnie w czoło. Podniosłem głowę i zobaczyłem roześmiane szaro niebieskie oczy. Patrzyłem w nie chyba całą wieczność zanim się obudziłem.

Rozdział 3

To, co działo się później, było zbyt straszne, bym mogła to szczegółowo opisać. Jednak tamte obrazy wciąż powracają, czasem we śnie, czasem w ciszy nocy. Pamiętam zapach krwi i potu, ciężki odór rozkładu, który wypełniał izbę. Świece dogasały, rzucając długie, niepokojące cienie na ściany. Powietrze zdawało się gęste, jakby nawet ono sprzysięgło się przeciwko nam.

Presja, która mnie zżerała, była niczym żarzący się węgiel, wypalający wszystko od środka. Jon leżał nieruchomo, jego twarz pokrywał blady pot. Oddech, coraz płytszy i urywany, przypominał ostatni szept umierającego człowieka. Wiedziałam, że z każdą chwilą jest coraz gorzej.

— Co mamy robić? — szeptała Darsi, choć w jej głosie słychać było histerię. Jej ręce drżały, gdy wrzucała kolejne zioła do miski z wodą. — Dlaczego to nie działa? Dlaczego nic nie działa?!

Nie odpowiedziałam. Sama nie wiedziałam, co powiedzieć. Zioła, które podawałyśmy mu od rana, były naszą ostatnią nadzieją, a teraz… Teraz nie miałyśmy nic. Czasami czułam, że to moja wina, że coś przeoczyłam, że mogłam zrobić więcej. Ale jak? Jak, skoro wszystko, co znałam, zawiodło?

Marlo wpadł do izby, niemal wyważając drzwi. Na jego twarzy malował się strach pomieszany z poczuciem winy.

— Loraine… — zaczął, łapiąc powietrze. — Nie ma jej. Chata jest pusta.

Darsi spojrzała na niego, jakby nie rozumiała sensu jego słów, a potem… wybuchła. Krzyki odbijały się echem od ścian. Z każdym słowem wydawała się coraz bardziej bliska załamania. Ja jednak czułam tylko jedną rzecz, panikę. Zimną, bezlitosną panikę, która zaciskała moje gardło niczym niewidzialna dłoń.

To był ten moment, kiedy wiedziałam, że nie mamy już wyboru. Nie było nikogo, kto mógłby nam pomóc, kto mógłby wziąć odpowiedzialność za to, co miało się wydarzyć. Musiałam działać — choćby za cenę własnej duszy.

Podjęcie decyzji zajęło mi chwilę — zbyt krótką, by poczuć wątpliwości, i zbyt długą, by uznać ją za instynktowną. Kiedy wstałam, czułam, jak nogi uginają się pode mną, jakby ciało chciało mnie powstrzymać przed tym, co zamierzałam zrobić. Ale nie mogłam się cofnąć. Nie teraz. Powoli, krok po kroku, zbliżyłam się do siennika. Jon wyglądał, jakby spał, choć wiedziałam, że to coś znacznie gorszego. Jego twarz była blada, usta popękane, a ciało drżało w gorączce.

Upadłam na kolana obok niego, czując, jak serce bije mi tak głośno, że zdawało się wypełniać całą izbę. Wzięłam drżący oddech i wyciągnęłam rękę. Darsi patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a Marlo wstrzymał oddech. Świat na chwilę przestał istnieć — był tylko Jon, ja i moc, która płynęła w mich żyłach.

Kiedy dotknęłam jego dłoni, poczułam, jak coś przepływa między nami. Wypełniająca mnie magia przepływała na Jona najpierw powoli, wnikając w każdą część jego ciała. Potem pochłonęła go gwałtownie jak rwąca rzeka. Zamknęłam oczy i pozwoliłam jej płynąć, kierując ku zakażeniu. Widziałam to w myślach, jakby ktoś rozświetlił wnętrze Jona: czarne plamy infekcji rozlewały się po jego ciele, zatruwając krew, powoli gasząc życie.

Skupiłam się na ich usunięciu. Były jak cienie, które musiałam rozproszyć światłem. Na początku to światło było słabe, ledwo widoczne, ale z każdym oddechem stawało się silniejsze. Infekcja zaczęła się cofać, a ja czułam coś, co mogło być nadzieją. Ale wtedy poczułam coś jeszcze — przyciąganie, niemal magnetyczną więź z tą mocą. Była odurzająca, kusząca. Każdy nerw w moim ciele zdawał się krzyczeć, by nie przestawać, by dać się pochłonąć tej sile.

Nie mogłam się powstrzymać.

Wyrzucałam z Jona każdą cząstkę bólu, każdą truciznę, ale to nie wystarczało. Moc przejęła kontrolę, skupiając się na odbudowie tego, co zniszczone. Zobaczyłam, jak skóra wokół rany zaczyna się łuszczyć, odpadając w drobnych kawałkach. Pod spodem powoli wyłaniała się nowa, różowa tkanka. Rana zasklepiała się na moich oczach, jakby czas cofnął się tylko dla niego. W izbie panowała cisza. Nie słyszałam już krzyków Darsi ani kroków Marla. Było tylko to niezwykłe zjawisko i ich spojrzenia wbite we mnie jak ostrza. Czułam, jak moja dłoń zaczyna piec, jakby moc chciała mnie ukarać za to, że przekroczyłam granicę. Otworzyłam oczy i spojrzałam na Jona. Był przytomny. Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, w których mieszały się ulga i przerażenie.

— Co… co zrobiłaś? — szepnął tak cicho, że ledwo go usłyszałam.

Nie odpowiedziałam. Nie byłam w stanie. W moim ciele wciąż drżała resztka mocy, jak echo burzy, które nie chce ucichnąć. Spojrzałam na ranę, teraz już tylko cienką bliznę, a potem na Darsi i Marla. W ich oczach widziałam wszystko — szok, niedowierzanie, strach.

Cisza trwała tylko chwilę. Potem usłyszałam pierwsze słowo, które sprawiło, że poczułam, jak krew zamarza mi w żyłach:

— Wiedźma… — wyszeptał Marlo, a jego głos drżał od strachu.

Przerażony chłopak wybiegł z domu i chwilę później weszła cała rodzina Jona. Wszyscy krzyczeli „wiedźma”. Wszyscy chcieli mnie zabić.

Nie minęło kilka sekund, gdy Darsi wybuchła:

— Wy idioci! — wrzasnęła, zrywając się na równe nogi. — Ona uratowała mu życie, a wy chcecie ją spalić?!

Słowa zaczęły odbijać się od ścian izby, ale ja już ich nie słyszałam. Moc opuściła mnie całkowicie, zostawiając pustkę, która z każdą chwilą wypełniała się strachem. Wiedziałam, co się stanie. Ludzie nie rozumieją takich rzeczy.

Nigdy nie rozumieli. I nigdy nie wybaczali.

Tamta chwila zmieniła wszystko. Ledwie zdążyłam zrozumieć, co się dzieje, gdy poczułam na nadgarstkach szorstki sznur. Nie pamiętam, jak mnie prowadzili, bo byłam zbyt otępiała. Przywiązali mnie do słupa na środku placu, jakbym była zwierzęciem przeznaczonym na rzeź. Wokół zbierał się tłum — ich twarze pełne gniewu i strachu, oczy utkwione we mnie, jakby próbowały wypalić dziury w mojej duszy. Słowa, które wykrzykiwali, były jak uderzenia — „wiedźma”, „zabić kurwę”, „spalić ją!”. Każde kolejne wbijało się w moje serce, aż czułam, że nie mam już siły oddychać.

Byłam głodna, spragniona, upokorzona. Czas tracił znaczenie. Słońce wschodziło i zachodziło, a ja tkwiłam tam, związana, wystawiona na pastwę ich spojrzeń i wrzasków. Nie wiem, ile to trwało — dzień, dwa, tydzień? Kilka razy ktoś przystawił mi kubek z wodą do warg a ja piłam łapczywie co chwile się krztusząc. Głód ściskał mój żołądek jak żelazna obręcz, a pragnienie paliło gardło, bardziej bolesne niż jakikolwiek krzyk. Deszcz spływał po mojej twarzy, jakby chciał mnie obmyć, ale nawet to było zimne i obojętne.

W tym czasie coś we mnie umarło. Każdy kolejny wrzask, każdy rzucony kamień odbierały mi cząstkę tego, kim byłam. Nadzieja zgasła, a wraz z nią dziewczyna, którą znałam. Już nigdy nią nie byłam. Została tylko pusta skorupa, która przetrwała — zbyt wytrwała, by umrzeć, zbyt złamana, by żyć.

W pamięci pozostały mi jedynie urywki. Głos taty, który domagał się uwolnienia mnie i wrzaski tłumu. Głosy mężczyzn i kobiet z mojej wioski, których kiedyś znałam, które kiedyś ufały moim ziołom, moim dłoniom. Teraz ich słowa raniły bardziej niż jakikolwiek nóż. Nie byłam już ich sąsiadką ani przyjaciółką, — byłam potworem.

Nie pamiętam, kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy. Nigdy wcześniej go nie spotkałam. Chłopaka z niebiesko-szarymi oczami, stał na skraju tłumu, nie krzyczał, nie rzucał kamieni. Po prostu patrzył na mnie, a w jego spojrzeniu nie było ani strachu, ani gniewu. Był tam ogień, inny niż ten, który chcieli we mnie rozpalić. Ogień, który z jakiegoś powodu tlił się również we mnie, choć myślałam, że dawno zgasł.

To jego spojrzenie przypomniało mi, że jeszcze żyję. Że może, gdzieś daleko, wciąż istnieje coś więcej niż to miejsce, te wrzaski i ten ból.

Książę

Wyruszyliśmy o świcie. W jukach miałem kilka ubrań na zmianę i sporo jedzenia, które Rakel kazała mi zabrać. Dorzuciłem też kupiony w Karras dziennik snów. Mal stwierdził, że nic więcej nie będzie mi potrzebne. Droga wiodła nas w stronę pobliskiej wsi, gdzie planowaliśmy zatrzymać się na noc. Nigdy wcześniej nie jechałem tą trasą — jeśli już opuszczałem dom, to zawsze kierowałem się do Karras.

Okolica nie różniła się zbytnio od tego, co widywałem na co dzień. Podążaliśmy wzdłuż rzeki Rawy, a promienie porannego słońca skrzyły się na wodzie. Był piękny, wiosenny dzień — na łąkach obok traktu kwitły kwiaty, a świeża zieleń drzew cieszyła oczy. Jechaliśmy stępem, co pozwalało mi dokładnie przyglądać się otoczeniu. Zauważyłem jeża przechadzającego się pod starym bukiem, szarego wilka przypatrującego mi się spomiędzy krzewów, a chwilę później wiewiórkę, która z gracją przeskoczyła z jednej gałęzi na drugą, tuż nad głową jadącego przede mną Minstrela.

— Przerwa — zarządził Mal, skręcając na polanę z resztkami starego ogniska pośrodku.

Zeskoczyłem z konia, poluzowałem mu popręg, związałem wodze, żeby mu nie przeszkadzały, i wyjąłem z juków dwa jabłka. Jedno podałem Świtowi, a drugie sam zacząłem jeść. Oparłem się plecami o rosnące przy polance drzewo, a wolną rękę schowałem do kieszeni. Promienie słońca przyjemnie ogrzewały skórę, a odgłosy natury działały na mnie uspokajająco. Rozluźniłem ramiona zaciągając się świeżym powietrzem. Przez chwilę po prostu jadłem, obserwując Darina, który zmagał się z wyciągnięciem jedzenia z juków. Jego koń nie ułatwiał mu zadania, próbując co chwilę podgryzać swojego jeźdźca. W końcu znudziło mi się to widowisko.

— Poluzuj mu popręg, Dar — rzuciłem.

Darin spojrzał na mnie, potem na mojego konia, a na końcu na swojego. Uśmiechnął się lekko zawstydzony i posłuchał rady. Związał też wodze tak jak ja, po czym z łatwością wyjął pajdę chleba i kawałek sera. Zadowolony koń zajął się skubaniem trawy, a Darin mógł wreszcie spokojnie jeść.

Mal usiadł na pniu drzewa obok mnie.

— Wioska, w której się zatrzymamy, nazywa się Potok. Powinniśmy tam dotrzeć przed południem — westchnął. — Mam nadzieję, że uda mi się przemówić do tych ludzi jeszcze dzisiaj. Nie chcę tam zostawać dłużej, niż to konieczne. Byłem tam kiedyś ze swoim mistrzem Jacobem. Ludzie w Potoku nie są zbyt przyjaźni.

— W takim razie lepiej się pospieszmy — powiedziałem, rzucając ogryzek jabłka w krzaki.

— Ja jeszcze jem — zauważył Darin.

Westchnąłem teatralnie i podszedłem do koni.

Chwilę później wjechaliśmy galopem między zabudowania wsi. Mal uniósł rękę, dając nam znak, żeby zwolnić. Przeszliśmy do kłusa, a potem do stępa, gdy domy stały się gęściej rozmieszczone. Ta wieś bardzo różniła się od mojej. Tutaj domy budowane były w oddalonych od siebie grupach, a niektóre gospodarstwa stały samotnie na uboczu. Całość wyglądała bardziej jak kilka małych osad niż jedna wieś. Ludzie patrzyli na nas z wyraźną pogardą i nieufnością, ale Mal zdawał się wiedzieć, dokąd zmierza. Przypatrywałem się chłopom z jakimś dziwnym niepokojem. Niezbyt przypadli mi do gustu.

Stanęliśmy przed jednym z większych gospodarstw, a Minstrel zapukał do drzwi. Otworzyła nam czarnowłosa kobieta o przyjaznym uśmiechu. Mogła mieć około czterdziestu lat.

— Ach, Mal, jak miło cię znowu widzieć — powiedziała z entuzjazmem. — Co cię do nas sprowadza tym razem?

— Też się cieszę, że cię widzę — odparł Mal z uśmiechem. — Zostałem królewskim minstrelem i przemawiam do ludu w różnych zapyziałych dziurach. A to moi towarzysze: Książę i Darin. — Wskazał na nas. — Chłopcy, to jest mówczyni Amber.

— Bardzo mi miło was poznać — powiedziała kobieta, zerkając na nas. — Przywiążcie konie do płotu, a mój mąż zaraz się nimi zajmie. — Znów zwróciła się do Mala: — Ostatnio mam dużo problemów. Ci ludzie nigdy się nie zmienią — pokręciła głową. — Zobaczę, co da się zrobić, żebyś jeszcze dzisiaj mógł wystąpić. Na razie wejdźcie do środka.

Mal wszedł pierwszy, a my poszliśmy za nim. Amber zaprowadziła nas do saloniku, gdzie dwie dziewczyny, mniej więcej w moim wieku, zajmowały się haftowaniem. Pomieszczenie wyglądało bardzo… przyjemnie. Trochę się rozluźniłem, chodź coś wciąż nie dawało mi spokoju.

— Mira, przygotuj poczęstunek dla gości — zwróciła się Amber do wyższej z dziewcząt. Obie były bardzo podobne do kobiety, więc od razu pomyślałem, że muszą być jej córkami. Mira posłusznie wstała i odłożyła robótkę na stolik.

— Cieszę się, że znowu nas odwiedzasz — powiedziała do Mala i wyszła.

— Mogę was tu zostawić na chwilę? — zapytała Amber.

— Oczywiście, nie ma problemu — odparł Mal, siadając na fotelu. — Najchętniej w ogóle bym się stąd nie ruszał.

Amber zaśmiała się cicho.

— Jeśli chcecie, możecie przejść się po okolicy. Moja córka z pewnością chętnie was oprowadzi. — powiedziała, spoglądając na mnie i Darina. Dziewczyna siedząca na kanapie uśmiechnęła się do nas i skinęła głową.

— Z przyjemnością obejrzę tę jakże ciekawą okolicę. — odpowiedziałem, odwzajemniając uśmiech.

Amber wyszła, a ja usiadłem na kanapie obok dziewczyny.

— Jak masz na imię? — zapytałem.

— Aria. A ty? — Odłożyła robótkę i spojrzała na mnie.

— Mów mi Książę.

— Jesteś księciem? — zapytała zaintrygowana.

— Nie — odpowiedziałem zaciskając lekko pięści. — Po prostu tak na mnie mówią.

— Ach… — westchnęła z lekkim zawodem. — A masz jakieś prawdziwe imię?

— Nie. Musisz zadawać tyle pytań? — skrzywiłem się.

— Przepraszam — odparła, spuszczając wzrok.

— Nie przejmuj się, — wtrącił Dar. — to drażliwy temat. Jestem Darin.

— Miło mi was poznać. — powiedziała Aria, uśmiechając się do mojego przyjaciela. — Dlaczego podróżujecie z Malem?

— Ja jadę do Resto w sprawach biznesowych, a kolega szuka swojego imienia. — wyjaśnił chłopak, zanim zdążyłem się odezwać.

— Ej! — oburzyłem się. — A co ty taki rozmowny dzisiaj?

Darin tylko wzruszył ramionami, uśmiechając się lekko. Już miałem mu coś odpowiedzieć, gdy do pokoju wróciła Amber. Zamieniła z Malem kilka zdań, ale mówili za cicho żebym mógł ich usłyszeć.

— Dobra, dzieciaki, idę z wami — powiedział głośniej Minstrel, dziwnie się na mnie patrząc.

Chwilę później zjedliśmy owoce przyniesione przez Mirę, a potem, razem z obiema dziewczynami, opuściliśmy dom. Siostry prowadziły nas wąskimi ścieżkami, tłumacząc, że wioska jest podzielona na zakątki. Minęliśmy Zakątek Rębaczy, gdzie słychać było uderzenia siekier, a następnie Zakątek Rybaków, pachnący rzeką i sieciami suszącymi się na wietrze.

Centrum wioski stanowił Ryneczek — plac otoczony budynkami, gdzie mieszkańcy spotykali się, handlowali i załatwiali sprawy. To właśnie tam odnaleźliśmy Amber. Zauważyła nas i szybko wspięła się na drewnianą skrzynię stojącą pod ścianą jednego z budynków.

— Ej! — zawołała, przyciągając uwagę zgromadzonych ludzi. — Do naszej wsi przybył ktoś ważny i ma wam coś do powiedzenia! Słuchajcie uważnie! Oto Mallas, królewski minstrel Jego Wysokości, króla Ariana, władcy królestwa Laros!

Amber zeszła ze skrzyni, robiąc miejsce Malowi. Minstrel wszedł na podwyższenie i zaczął przemawiać, przekazując dokładnie te same słowa, które słyszałem w mojej wiosce. Jednak tutaj reakcja była zupełnie inna.

— A nie za młodyś ty na królewskiego minstrela? — krzyknął starzec z tłumu.

— No właśnie! Pewnie kłamie! — dodał ktoś inny.

Tłum zaczął huczeć, a krzyki szybko narastały. Mal zszedł z podwyższenia z nieco przygaszoną miną.

— Mówiłam, oni nigdy się nie zmienią. — westchnęła Amber, kręcąc głową.

— Lepiej stąd chodźmy. — rzucił Darin, a Aria przytaknęła. Ja jednak miałem dziwne przeczucie. Ci ludzie przecież nie stoją tu bez powodu.

— Zaczekajcie. — zatrzymałem towarzyszy. — Tu dzieje się coś dziwnego.

Zacząłem przepychać się przez tłum w stronę środka placu.

— Książę, co ty robisz?! — zawołał za mną Mal, ale ja już dotarłem do miejsca, wokół którego zgromadzili się ludzie.

Stanąłem jak wryty. Po chwili dołączyli do mnie Mal i Darin. Na podwyższeniu, przywiązana do słupa, znajdowała się dziewczyna. Jej ubrania były podarte, a cała była ubłocona i zakrwawiona. Twarz zasłaniała jej czarna maska. Oddech zamarł mi w gardle, gdy patrzyłem na jej poranione ciało.

— To czarownica — powiedział cicho Darin.

— Jaka znowu czarownica? Uderzyłeś się w głowę? — zapytałem z niedowierzaniem.

— No nie widzisz, jak wygląda? — oburzył się.

— Jest po prostu brudna. To nie znaczy, że jest czarownicą. — odpowiedziałem spokojnie, chodź moje serce zaczynało bić nienaturalnie szybko. Nie rozumiałem co to powodowało, ale na pewno nie strach. Jedynym określeniem jakie teraz przychodziło mi do głowy był ogień.

— Ale ma czarną maskę. — upierał się Darin. — Czarna maska to symbol czarnej magii.

— Zabobonne bzdury. To pewnie zwykła dziewczyna. Może złodziejka. — stwierdziłem.

— Spalić czarownicę! — krzyknął ktoś z tłumu, przecząc moim słowom. — Na stos z nią!

— Ha, miałem rację — ucieszył się Darin.

Czułem, jak coś we mnie narasta. Gniew. Tak, to na pewno był gniew. Jak ci ludzie mogli myśleć o spaleniu niewinnej dziewczyny? Co oni, cofnęli się w rozwoju o sto lat?

Podszedłem do podwyższenia, chwyciłem za krawędź i wspiąłem się na górę. Stanąłem obok dziewczyny. Gdy uniosła głowę, nasze spojrzenia się spotkały. Jej oczy, brązowe i pełne błagania, przeszyły mnie na wskroś. Była chuda, a jej ciało pokrywały liczne rany. Mogła mieć najwyżej piętnaście, może szesnaście lat. Zacisnąłem pięści wbijając paznokcie w skórę.

— Co chcecie zrobić z tą dziewczyną?! — krzyknąłem do tłumu.

Ludzie zaczęli wrzeszczeć jeden przez drugiego.

— Spalić wiedźmę!

— Na stos z nią!

— Zabić!

— Wystarczy!!! — zawołałem najgłośniej, jak potrafiłem. Tłum na chwilę ucichł. Gdzieś na jego skraju mignęło mi szare futro wilka. Skupiłem się z powrotem na ludziach i znów przemówiłem — Czy ona wam coś zrobiła?

— To wiedźma! — odparł ktoś.

— Czy kogoś zabiła, oszukała albo okradła? — doprecyzowałem.

Wśród tłumu rozległy się szepty i pomruki.

— No… chyba nie — odpowiedział w końcu ktoś, już mniej pewnie.

— Prawo Laros zabrania prześladowania i egzekucji czarownic! — krzyknąłem.

W tłumie wybuchły niezadowolone głosy.

— Nie chcemy jej tu!

— Zabierz ją ze sobą!

— Jeśli jesteś taki mądry, to weź wiedźmę!

Spojrzałem na Mala. Skinął głową.

— Dobrze! — zwróciłem się do tłumu. — Zabiorę ją ze sobą! Ale kiedyś tu wrócę!

Wyciągnąłem nóż zza pasa i przeciąłem więzy. Lina puściła, a dziewczyna opadła na kolana. Schowałem nóż i pomogłem jej wstać. Zarzuciłem jej rękę na ramię, ruszyłem w stronę Mala.

Obok nas pojawiła się Amber.

— Wstydźcie się. — rzuciła gniewnie do rozchodzącego się tłumu. Spojrzała mi głęboko w oczy. — Kim ty jesteś chłopcze? — wyszeptała bardziej do siebie niż do mnie.

Chwyciła dziewczynę pod drugie ramię, a Mal pomógł nam zejść z podwyższenia. Ruszyliśmy w stronę domu mówczyni. Dziewczyna była półprzytomna i ledwo szła.

Położyliśmy ją na kanapie w saloniku, a córki Amber pobiegły po wodę i jedzenie. Delikatnie zdjąłem dziewczynie maskę z twarzy. Miała rozcięty policzek i sine wargi.

— Znasz ją? — zapytałem stojącą obok mnie Amber.

— Tak, to córka Marona — kobieta zamilkła na chwilę. — Lavalla. Nazywa się Lavalla. Wyślę kogoś, żeby sprowadził tu jej ojca — dodała, spoglądając na dziewczynę z zatroskaną miną.

— Idź, zajmiemy się nią — uspokoił ją Mal.

Kobieta skinęła głową i wyszła.

Po chwili Mira przyniosła dzbanek z wodą. Darin znalazł jakiś kubek i podał go dziewczynie. Kiedy Mirabel nalewała wodę do kubka, ja delikatnie podniosłem głowę Lavalli. Mira przytknęła naczynie do warg dziewczyny, która zaczęła łapczywie pić. Wypiła cały kubek, a jej wzrok nieco się przejaśnił. Spojrzała na mnie.

— To ty. — wychrypiała. — Gdzie ja jestem?

— W moim domu — odpowiedziała Mira, przecierając jej twarz mokrą ścierką. — Jestem Mirabel, Mira. Pamiętasz mnie?

— Mira — mruknęła Lavalla — córka mówczyni.

— Tak! — ucieszyła się. — Jak się czujesz, Lav?

— Bywało lepiej — jęknęła dziewczyna.

Do pokoju weszła Aria z miską owsianki. Położyła ją na szafce obok Lavalli.

— Chłopcy pomogą ci zjeść i opatrzyć rany — powiedziała, wyjmując bandaże z torby na ramieniu. — A ja z siostrą przygotujemy ci pokój i znajdziemy czyste ubrania.

— Bardzo wam dziękuję — powiedziała cicho Lav.

Siostry ruszyły do wyjścia, ale Aria obróciła się jeszcze w drzwiach.

— Ach, Mal, możesz przynieść drewno do pokojów gościnnych?

— Jasne. — odpowiedział minstrel.

— Dzięki. — dziewczyna zamknęła drzwi.

— Pomogę ci. — zaoferował Darin.

Mal spojrzał na dziewczynę na kanapie.

— Możecie iść. — uśmiechnęła się Lavalla. — Poradzę sobie ze zjedzeniem owsianki.

Minstrel przygryzł wargę.

— Nie martw się, zostanę z nią. — zapewniłem. — Idźcie już po to drewno.

Mal skinął głową i obaj wyszli. Zostałem z dziewczyną sam.

Lav jęknęła cicho i powoli usiadła.

— Uratowałeś mnie.

— Ja… — zawahałem się. — No, chyba tak.

— Dziękuję — uśmiechnęła się promiennie.

Podałem dziewczynie miskę z owsianką. Podniosła łyżkę do ust i delikatnie skosztowała. Usiadłem obok niej patrząc, jak w kilka sekund pochłania całą zawartość miski. Odłożyła naczynie z powrotem na szafkę i popatrzyła na mnie swoimi dużymi oczami.

Sięgnąłem po ścierkę leżącą na stoliku i przyłożyłem mokry materiał do jej rozciętego policzka.

— Dlaczego się tak na ciebie uwzięli? — zapytałem.

— Mogę ci zaufać?

— Przecież cię uratowałem.

— Chyba nie mam już nic do stracenia. — mruknęła.

Delikatnie odsunęła moją rękę od twarzy i przyłożyła palce do policzka. Patrzyłem oniemiały, jak rana się zrasta i po chwili nie ma po niej śladu. Słyszałem kiedyś, że są uzdrowiciele, którzy tak potrafią, ale nie widziałem tego na własne oczy aż do tamtej chwili. To było… niesamowite.

— Byłam głupia. — odezwała się cicho Lav. — Pomogłam umierającemu mężczyźnie z zakażoną raną na nodze.

— Za to chcieli cię spalić? — zapytałem z niedowierzaniem.

Dziewczyna skinęła głową.

Po jakimś czasie do saloniku weszła Aria. Właśnie opowiadałem Lav, jak poznałem Mala. Dziewczyna leżała na kanapie. Uleczyła większość swoich ran, ale była bardzo słaba.

— Pokój jest gotowy — powiedziała Aria. — Książę, możesz zanieść Lav na górę?

— Jasne.

— Nie trzeba, poradzę sobie sama. — zaprotestowała Lavalla.

— Wejdziesz po schodach? — zapytałem z ironią w głosie.

— Nie. — mruknęła zażenowana, zaciskając usta w cienką linię.

Włożyłem jedną rękę pod jej kolana, a drugą pod plecy i delikatnie ją podniosłem. Wszedłem za Arią po schodach do jednego z pokoi na piętrze. Darin rozpalał właśnie ogień w kominku, a Mira wycierała szmatką szafkę obok łóżka. Położyłem Lav na miękkich pierzynach i patrzyłem, jak z westchnieniem zagrzebuje głowę w poduszkach. Mira przerwała wycieranie, nachyliła się nad leżącą dziewczyną, delikatnie przykryła ją kocem i przeniosła wzrok na mnie.

— Lav powinna teraz odpocząć. — powiedziała łagodnym głosem. — Mal przygotował dla was pokój obok. Jeśli macie wyruszyć z samego rana, to lepiej idź się przespać.

— Tak, to dobry pomysł. — przyznałem, patrząc na przyjaciela klęczącego przy palącym się ogniu. — Idziesz, Dar?

— Ta — chłopak wstał i otrzepał kolana. — Od tych emocji zamykają mi się oczy. — Ziewnął szeroko wychodząc z pokoju.

Głowa Mala wystawała zza framugi drzwi obok nas. Spojrzałem na niego z lekko uniesioną brwią.

— Co się tak patrzysz?

— Zastanawiałem się, jak długo dziewczyny będą cię przekonywały do wyjścia z pokoju. — odparł a na jego ustach pojawił się chytry uśmieszek.

— Wiedźma śpi — poinformowałem, mijając go w wejściu do pokoju.

Samo pomieszczenie było niewiele większe od tego, w którym zostawiłem Lav. Oprócz szafy i kominka, w którym płomienie lizały już suche drewno, znajdowały się w nim dwa łóżka i kanapa. Rzuciłem się z westchnieniem ulgi na miękkie pierzyny.

— Śpisz na kanapie, Dar. — poinformowałem chłopaka, który wszedł zaraz za mną.

— Dlaczego ja?

Mal rzucił się na drugie łóżko.

— Bo ja nie zamierzam. — oznajmił.

Oboje się roześmialiśmy. Darin mruknął coś pod nosem, wyraźnie zły na nas i zaczął uklepywać poduszki. Zignorowałem to i zapatrzyłem się w ogień. Zapadałem w przyjemną nicość, w sen.

Nie było mi jednak dane w nim się pogrążyć. Ktoś wbiegł po schodach, nie zważając na hałas. Zerwałem się z posłania i uchyliłem lekko drzwi. Przed wejściem do pokoju obok stała Aria, zasłaniając je swoim ciałem. Naprzeciwko niej znajdował się barczysty, lekko siwy już mężczyzna. Domyśliłem się, że to ojciec Lav, bo miał te same brązowe oczy.

— Chcę się zobaczyć z córką — jego głos był stanowczy, ale Aria nie odpuszczała tak łatwo.

— Teraz śpi, nie może jej pan obudzić.

Po schodach weszła Amber i położyła rękę na ramieniu mężczyzny.

— Spokojnie, Mar, porozmawiasz z nią, jak się obudzi. Na razie chodźmy do saloniku.

Mężczyzna skinął smutno głową i ruszył w stronę schodów. Amber spojrzała prosto na mnie i Mala, którego wcześniej nie zauważyłem u swojego boku.

— Pójdziecie z nami — powiedziała.

***

Siedziałem sztywno na kanapie, wpatrując się w mężczyznę po przeciwnej stronie niskiego stolika. Jego brązowe oczy były spuchnięte od płaczu, a czarne, mocno przyprószone siwizną włosy rozczochrane. Od godziny opowiadał nam o tym, jak zabrali Lavallę. Obok mnie siedzieli Mal i Amber. Darina nikt nie obudził.

— Lav powinna wyjechać. — powiedział nagle Mal.

Podniosłem wzrok na ojca Lavalli. Jego oczy zwęziły się, jakby usłyszał coś zupełnie absurdalnego.

— Wyjechać? — zapytał, a jego głos był niski, niepokojąco spokojny.

Minstrel skinął głową.

— Na początek do stolicy, a potem zobaczymy. Myślę, że mogłaby zamieszkać u Rakel. To pół dnia jazdy od Potoku. Mógłbyś ją odwiedzać, kiedy tylko chcesz.

Amber poruszyła się obok mnie, ale nie odezwała. Ojciec Lavalli zmarszczył czoło, spoglądając na Mala tak, jakby próbował ocenić, czy ten mówi poważnie.

— I ty chcesz ją tam zabrać? — zapytał po chwili.

Nie wiedziałem, czy to było pytanie, czy wyzwanie. Mal wyprostował się nieco, a jego postawa stawała się coraz pewniejsza.

— Tak. To nie jest miejsce dla niej — odpowiedział. — Tutaj wciąż jest niebezpiecznie, a tam miałaby szansę zacząć od nowa.

Patrzyłem na ojca dziewczyny. Jego dłonie zaciskały się w pięści na kolanach, a szczęka była napięta.

— Dlaczego miałbym ci zaufać? — zapytał cicho, z groźnym spokojem.

Mal zawahał się tylko na moment.

— Bo wiem, co to znaczy stracić wszystko — powiedział cicho, niemal szeptem. — I wiem, jak trudno jest się podnieść. Może nie jestem idealnym wyborem, ale zrobię wszystko, żeby Lav była bezpieczna.

— Kim jest ta Rakel i czemu uważasz, że przyjmie moją córkę pod swój dach?

— Rakel to daleka kuzynka królowej i właścicielka pobliskiej wsi. Od pięciu lat opiekuje się Księciem. Jestem pewien, że twoją córkę też przyjmie. — odpowiedział spokojnie.

— Uzdrowicielka zawsze się przyda. — dodałem z uśmiechem, zadowolony, że mogę jakoś pomóc dziewczynie.

— Mal ma rację. — powiedziała łagodnie Amber, kładąc rękę na ramieniu ojca Lavalli. — Tak będzie najlepiej.

Spojrzałem na Marona — bo tak go nazwała wcześniej Amber — i widziałem, jak walczył sam ze sobą. W końcu westchnął ciężko, potrząsając głową.

— Jeśli coś jej się stanie… — zaczął, ale Mal przerwał mu stanowczo:

— Nic jej się nie stanie. Obiecuję.

Maron spoglądał na niego długo, jakby szukał jakiejś oznaki, że ten kłamie. W końcu skinął głową.

— Dobrze — powiedział cicho. — Ale jeśli coś pójdzie nie tak, ma wrócić. Natychmiast.

Mal odetchnął z ulgą, a ja opadłem na oparcie kanapy, zdając sobie sprawę, że cały ten czas siedziałem napięty jak struna.

Z dziennika snów

Byłem w lesie. Z każdej strony otaczały mnie drzewa. Liście miały barwne, jesienne kolory, a przez korony drzew prześwitywały jasne promienie słońca, tworząc migoczące plamy światła na ściółce. Kątem oka zobaczyłem coś różowego. Odwróciłem się gwałtownie, przeczesując wzrokiem okolicę, ale niczego nie dostrzegłem.

Nagle zza drzewa blisko mnie wyszła dziewczynka. Miała około pięciu lat. Ubrana była w różową sukieneczkę, a kasztanowe włosy zaplecione miała w dwa warkocze. Okrągła, dziecięca buźka miała w sobie coś znajomego.

— Nigdy mnie nie złapiesz — powiedziała, wbiegając z powrotem za drzewo.

Pobiegłem w jego stronę i usłyszałem śmiech za swoimi plecami. Odwróciłem się gwałtownie, ale zobaczyłem tylko błysk różowej sukienki. Przebiegła pomiędzy drzewami po mojej lewej. Rzuciłem się w tamtą stronę i znów usłyszałem śmiech. Sytuacja powtórzyła się kilka razy. Dziewczynka pojawiała się i znikała, a ja nie mogłem jej złapać. Widziałem tylko różowy materiał sukienki i słyszałem śmiech. Co chwilę z innej strony. Przepełniała mnie frustracja.

— Nie złapiesz mnie — odezwała się za moimi plecami.

Błyskawicznie odwróciłem się do tyłu. Znów tylko różowy błysk sukienki.

— To niesprawiedliwe! — krzyknąłem.

Zaszeleściły liście po mojej prawej. Rzuciłem się w tamtym kierunku i w końcu zobaczyłem ją wyraźnie, na wyciągnięcie ręki. Już prawie jej dotknąłem… i nagle się obudziłem.

Rozdział 4

Wyjechaliśmy przed wschodem słońca. Amber uściskała mnie na pożegnanie, a ja czułam, jak drży mi serce. Pojawił się też jej mąż — milczący i jakby nieco obcy — prowadząc konie. Aria i Mira przyniosły moje ubrania, starannie zapakowane do juk, a ojciec… ojciec znów płakał. Patrzyłam na niego, na jego spuchnięte oczy i nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałam mu coś obiecać, ale przecież sama nie wiedziałam, co mnie czeka. Żałowałam, że nie mogłam się pożegnać z Loraine. Ona na pewno coś by mi doradziła. Musieliśmy jednak wyjechać jak najszybciej.

Wszyscy machali, kiedy odjeżdżaliśmy. Świat powoli budził się do życia, a ja czułam, jak moje serce kurczy się z bólu. Gdy słońce zaczęło wznosić się na horyzoncie, jechaliśmy już traktem, mijając rozległe łąki i samotne drzewa. Powietrze było chłodne, ale zapowiadał się ciepły dzień.

Nie mieliśmy czwartego konia, więc musiałam jechać z Księciem. W pierwszej chwili spięłam się, kiedy pomógł mi usiąść przed sobą w siodle. Jednak, kiedy ruszyliśmy skupiłam całą uwagę na płynnych ruchach zwierzęcia pode mną. Na początku bolało mnie dosłownie wszystko, ale gdy trochę się rozluźniłam moje ciało samo zaczęło się poruszać w rytm kroków konia.

Przez chwilę w milczeniu obserwowałam mijane pola. Nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego nie uciekłam wcześniej, dlaczego nie walczyłam bardziej. Ale teraz, gdy czułam się choć odrobinę bezpieczniej, przypomniałam sobie słowa ojca. Te dni, tygodnie… głód, pragnienie, ból. Wszystko wracało, jak echo. Przypomniałam też sobie reakcje Darsi. Chyba jednak źle oceniałam tą dziewczynę. Pomimo tego, że obie za sobą nie przepadałyśmy stanęła po mojej stronie i będę jej za to wdzięczna do końca życia.

Słońce wzniosło się wyżej, jego ciepło łagodziło chłód. Mal zarządził postój, a ja byłam wdzięczna, że mogłam wreszcie zejść z konia. Usiadłam na zwalonym pniu, próbując ignorować zmęczenie, które powoli wypełzało z każdego zakątka mojego ciała. Książę poluzował popręg swojego konia, związał mu wodze i zaczął przeszukiwać juki. Patrzyłam, jak wyciąga zapasy jedzenia z takim entuzjazmem, jakby to była największa uczta świata.

— To mamy wyżerkę, prawie jak na pikniku — rzucił, rozkładając jedzenie na kocu, który położył obok mnie. — Mamy suszone mięso, ser i jabłka.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, gwizdnął na swojego konia i rzucił mu jedno z jabłek. Zwierzę złapało owoc w locie, a potem z chrupaniem zjadło go, wydając zadowolone prychnięcie.

— Jak dla mnie idealnie — powiedziałam, chwytając jabłko i jedząc je niemal równie szybko co koń. Słodki smak owocu rozlał się po moich zmysłach, a ja uświadomiłam sobie, jak bardzo byłam głodna.

Mal i Darin dołożyli trochę swojego prowiantu, i wszyscy skupiliśmy się na jedzeniu. Milczenie było przyjemne — jakbyśmy wszyscy przez chwilę mogli po prostu odpocząć od wszystkiego, co się wydarzyło. Chodź poznałam tych mężczyzn zaledwie dzień wcześniej miałam wrażenie, że rozumieją mnie lepiej niż wszyscy ludzie, których spotkałam do tej pory. No może poza Darinem. On jakoś dziwnie na mnie patrzył.

Kiedy najgorszy głód został zaspokojony, Mal podniósł głowę i spojrzał na nas.

— Pojedziemy do południowej przeprawy — oznajmił. — Byłem tam tydzień temu. Możemy przepłynąć barką przez Wodne Oko.

Zdziwiona spojrzałam na niego, ale to Dar pierwszy się odezwał:

— Chcesz przepłynąć przez jezioro? Nie łatwiej byłoby znaleźć jakieś płytkie miejsce na rzece?… A na pewno taniej — dodał ciszej.

— Najbliższe płytkie miejsce znajduje się w Potoku, a tam na pewno nie będziemy wracać — odparł Mal z pewnością w głosie. — Przepłyniemy barką do przeprawy północnej, a stamtąd udamy się do Resto. Potem pojedziemy do Wonak, bo muszę dostarczyć list na wyspę. Później pojedziemy do Mosta i pewnie kilku wiosek zanim dotrzemy do stolicy.

Zgubiłam się już przy przeprawie. Przecież ta podróż będzie trwała wieki, a o połowie wymienionych przez Mala miast nigdy nie słyszałam.

— Jak dla mnie plan idealny — skwitował Książę z uśmiechem.

Jego pewność siebie i lekki ton sprawiły, że na chwilę zapomniałam o obawach. Może naprawdę uda nam się tam dotrzeć. Może jest szansa, że wszystko skończy się dobrze.

Dalszą drogę przejechaliśmy w milczeniu. Czułam, jak ciepło z jedzenia powoli rozlewa się po moim ciele, przynosząc ulgę. Otaczał nas piękny krajobraz — zielone pola, pojedyncze drzewa, a nad nimi niebo, na którym pojawił się klucz ptaków. Zadarłam głowę, żeby je dojrzeć, i przez chwilę śledziłam ich lot, czując się jak dziecko zachwycone światem.

Jazda była nużąca, ale jednocześnie uspokajająca. Poczułam, jak Książę opiera lekko policzek o czubek mojej głowy, a ja nieświadomie przysunęłam się bliżej, pozwalając sobie oprzeć się o jego tors. Zamyślona, nie zauważyłam od razu, kiedy na horyzoncie zaczęły pojawiać się zabudowania. Zorientowałam się dopiero, gdy Książę rozprostował delikatnie ramiona, które do tej pory trzymał wokół mnie. Gdy jego dłonie na chwilę spoczęły na moich udach, odwróciłam lekko głowę, spoglądając na niego.

— Już dojeżdżamy. — powiedział znużonym głosem.

Kiwnęłam głową i znów spojrzałam przed siebie. Z każdym krokiem konia czułam coraz większy spokój, choć w głębi duszy wiedziałam, że ten spokój nie potrwa długo.

Kiedy wjeżdżaliśmy do wsi, zapadał zmierzch. Złote promienie zachodzącego za nami słońca nadawały budynkom ciepły, pomarańczowy odcień. Rozglądałam się dookoła z szeroko otwartymi oczami, chłonąc widok, który wydawał się niemal nierealny. Nigdy wcześniej nie opuszczałam wioski — te wysokie budynki na palach, zanurzone częściowo w wodzie, wyglądały jak coś z opowieści, które kiedyś słyszałam.

Koniecznie chciałam zapamiętać każdy szczegół. Zwierzęta w zagrodach obserwowały nas z ciekawością, a koła wozów zostawiały głębokie ślady w wilgotnej ziemi. Minstrel poprowadził nas przez niewielką część wsi, która znajdowała się na lądzie, aż zatrzymaliśmy się przed budynkiem stojącym przy samym brzegu jeziora.

— Zaczekajcie tu. — rzucił wchodząc do środka.

Książę zeskoczył z konia i pomógł mi zejść. Chociaż moje nogi były zmęczone, starałam się nie okazać, jak bardzo to wszystko mnie przytłaczało. Wpatrywałam się w budynki na palach, a fale, które uderzały o ich podpory, wydawały się śpiewać jakąś starą, zapomnianą melodię.

— Jesteś głodna? — głos Księcia wyrwał mnie z zamyślenia.

Skinęłam głową. Byłam głodna, choć bardziej pochłaniał mnie widok przed sobą. Z torby wyciągnął dwa kawałki suszonego mięsa i podał mi jeden. Przyjęłam go bez słowa, starając się nie zwracać uwagi na spojrzenie Darina, który wyglądał na rozbawionego.

— Ze mną się nie podzielisz? Myślałem, że jesteśmy drużyną. — Rzucił do księcia.

— Przecież masz jedzenie w swoich jukach. — odparł, wzruszając ramionami.

Darin zamruczał coś niezrozumiałego pod nosem i zabrał się za przeszukiwanie swoich toreb. Nie rozumiałam tego chłopaka ani trochę. Ja tymczasem powoli żułam mięso, starając się ignorować jego gumowatą konsystencję. Smakowało lepiej niż się spodziewałam, a w każdym razie wystarczająco dobrze, by uciszyć głód.

Czekaliśmy długo, aż Mal wróci. Od razu zauważyłam, że coś jest nie tak bo, gdy się pojawił na jego twarzy malowało się zmartwienie.

— Coś się stało? — zapytałam, próbując zapanować nad niepokojem w głosie.

— Jezioro możemy przepłynąć dopiero za kilka tygodni — powiedział, wzdychając ciężko. — Barka się zepsuła.

Te słowa sprawiły, że poczułam ucisk w żołądku. Co to dla nas oznaczało? Czy nie dotrzemy do stolicy na czas? Spojrzałam na Księcia, który wydawał się równie zmartwiony, choć próbował zachować spokój.

— Jak wiecie, nie mamy tyle czasu — kontynuował Mal. Jego głos był spokojny, choć widać było, że sytuacja go irytuje. — Muszę dotrzeć na czas do wszystkich miast i większych wsi w królestwie. To oznacza, że będziemy musieli znaleźć inny środek transportu.

— Niby jaki? — zapytał Darin, mierząc go sceptycznym spojrzeniem.

Mal spojrzał na nas z powagą i odparł cicho:

— Nielegalny.

***

Woda sprawiała, że deski, po których szłam, były jeszcze bardziej śliskie. Chwyciłam mocno rękę księcia, żeby się nie poślizgnąć. Chłopak spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem i delikatnie wyjął swoją dłoń z mojego uścisku. Myślałam, że nie chce, żebym go trzymała, ale on oswobodzoną ręką delikatnie objął mnie w talii i przyciągnął bliżej siebie. Poczułam się bezpieczniej, ale i tak chciałam jak najszybciej opuścić molo.

Mal zatrzymał się przed wejściem do jednego z większych budynków na palach i pchnął drzwi.

Wszyscy weszliśmy do środka. Minęło trochę czasu, zanim moje oczy przyzwyczaiły się do panującego półmroku. Znajdowaliśmy się w karczmie, a przy ławach siedziało tylko kilku miejscowych. Pod podłogą słyszałam cichy szum wody.

Mal podszedł pewnym krokiem do karczmarza i rzucił na ladę kilka srebrnych monet. Łysy mężczyzna spojrzał najpierw na pieniądze, a potem na minstrela. Jego wargi wykrzywiły się w krzywym uśmiechu, ukazując żółte zęby. Zgarnął monety z lady jednym sprawnym ruchem i schował je w kieszeni swojej brudnej koszuli.

— Cześć, Agroz. Potrzebujemy noclegu, posiłku i transportu na drugą stronę jeziora. — Na samą wzmiankę o jedzeniu poczułam, jak w ustach zbiera mi się ślina. Co prawda jadłam niedawno, ale uzdrawiając własne rany zużyłam bardzo dużo energii.

— Ryzykowne zagranie, Mallasie. — Głos karczmarza był ochrypły. Gdy go usłyszałam, przeszedł mnie dreszcz. — Mogę wam załatwić wszystkie te rzeczy, ale będzie to kosztowało znacznie więcej. — Agroz położył ręce na swoim dość dużym brzuchu i splótł palce. — Znacznie więcej.

— Ile?

Karczmarz podniósł jedną rękę do oczu, rozcapierzył palce i zaczął je uginać.

— Pięć srebrnych za cztery posiłki teraz i jutro. Kolejne pięć za nocleg i dziesięć złotych za transport. Do tego pomoc w rozładunku towarów po drugiej stronie.

Prawie zakrztusiłam się własną śliną.

— No chyba żartujesz — minstrel prychnął z pogardą. — Dziesięć złotych monet i jeszcze mamy pracować?

— Eh, no dobra, daruję wam tę pracę, jeśli dzisiaj wystąpisz.

— Osiem złotych i umowa stoi.

Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, a ja zastanawiałam się, skąd Mal weźmie osiem złotych monet. Nigdy nie widziałam tyle złota na raz. Ba, jedyne złoto jakie widziałam to naszyjnik po pra pra babce Amber, który mówczyni wkładała na wyjątkowe okazje.

Książę poprowadził mnie do jednego ze stołów i usiadł plecami do ściany. Spojrzałam na brudną ławę z wyraźnym wahaniem, ale w końcu zajęłam miejsce, starając się nie okazać obrzydzenia. Mal wyjął z juków przewieszonych przez ramię lutnię. Była przepiękna, o wiele ładniejsza niż ta, na której grywała moja mama, gdy byłam dzieckiem. Wspomnienie jej delikatnych palców dotykających strun sprawiło, że poczułam ucisk w gardle, a w oczach zaszkliły się łzy. Otarłam je szybko dłonią, by nikt nie zauważył i spojrzałam na misternie rzeźbione zdobienia lutni.

Mal oparł jedną nogę o ławę i zaczął trącać kolejne struny, sprawdzając ich brzmienie. Każdy dźwięk wypełniał karczmę, mieszając się z cichym szumem rozmów i trzaskiem ognia w palenisku.

Wkrótce mały chłopak przyniósł nam miski z gulaszem. Książę zmierzwił jego jasne włosy i rzucił mu kilka miedzianych monet. Chłopiec podziękował i uciekł, uśmiechając się szeroko. Spojrzałam na księcia. Z taką samą ciepłą radością obserwował dziecko. W nikłym blasku ognia jego szaro-niebieskie oczy lśniły, a na ustach igrał delikatny uśmiech.

Odwróciłam wzrok, czując, jak burczy mi w żołądku. Wpatrywałam się w miskę gulaszu, który wyglądał zaskakująco dobrze. Mięso było soczyste, kawałki warzyw pływały w gęstym sosie. Zamieszałam łyżką, podniosłam pierwszy kęs do ust i poczułam, jak ciepło rozlewa się po całym moim ciele. Głód sprawił, że jadłam łapczywie, starając się jednak nie poparzyć.

W tle rozbrzmiewał śpiew Mala. Jego głos był czysty i melodyjny, idealnie pasował do starej pieśni ludowej, którą wybrał. Przez chwilę zapomniałam o wszystkim — o przeszłości, o lękach i zmartwieniach. Liczyła się tylko ta chwila spokoju.

Z dziennika snów

Znów byłem na łące. Tym razem ubrany w gruby płaszcz i ocieplane buty. Czapka delikatnie nachodziła mi na oczy. Próbowałem ją poprawić, ale nasunąłem ją jeszcze bardziej. Sfrustrowany tupnąłem nogą w śnieżny puch, na którym stałem. Ktoś delikatnie uniósł mi czapkę i znów spojrzałem na świat. Promienie słońca odbijały się od skrzącej bieli rażąc w oczy. W oddali widziałem las drzew pokrytych śnieżną peleryną. Na śniegu wokół mnie było wiele odcisków butów. Wpatrując się w biel dostrzegłem coś różowego. To dziewczynka w różowej czapeczce. Ta sama którą goniłem jesienią w lesie. Zdziwiło mnie to jak blisko moich nóg leżała. Miałem szansę, żeby ją złapać. Skoczyłem na nią i prawie ją miałem, ale uderzyłem twarzą w śnieg. Dziewczynka zachichotała i odbiegła. Dwa brązowe warkoczyki obijały jej się o plecy. Zniknęła w zaspie śniegu, kiedy ja próbowałem niezgrabnie się podnieść. Moją uwagę przyciągnął śmiech za plecami. Odwróciłem się, ale już jej tam nie było. Poszukałem wzrokiem kogoś innego. Po prawej tyłem do mnie stała kobieta. Jej czarne włosy rozwiewał wiatr. Poczułem ulgę na jej widok. Podszedłem do niej i chciałem zobaczyć jej twarz. Przed przebudzeniem dostrzegłem tylko zielony błysk jej oczu.

Rozdział 5

Obudziłem się wcześnie, zanim słońce zaczęło rozświetlać horyzont. Chłód poranka wdarł się pod moją cienką pelerynę, przypominając mi, że noc na drewnianej ławie karczmy nie była najlepszym pomysłem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu — Mal chrapał cicho przy drzwiach, a Darin, oparty o ścianę, bawił się nożem. Lavalla spała spokojnie, wtulona w koc, który pożyczyłem jej w nocy.

Podparłem głowę na dłoni, starając się uporządkować myśli. Spojrzałem na Darina. Wkrótce nasze drogi miały się rozejść. Resto oznaczało dla niego koniec tej podróży. Jego ojciec powierzył mu ważne zadanie, a Darin nie był typem, który zawodzi. Jak poradzę sobie bez jego wsparcia?

Poczułem ukłucie tęsknoty za wioską. Przypomniałem sobie twarze przybranego rodzeństwa. Czy mieli się dobrze? Czy plotki o prześladowaniach takich jak Lavalla dotarły i tam? Zawsze udawałem przed nimi, że jestem silny, że mogę ich ochronić. Ale czy naprawdę byłem w stanie to zrobić?

Adela zawsze była silna i powtarzała, że da sobie radę, ale wiedziałem, że nie zawsze tak było. Martwiłem się też, czy Chim nie połamał sobie znowu jakiejś kości, zeskakując z wierzby. Tęskniłem za naszym codziennym rytuałem oglądania zachodu słońca. Tylko ja, Chim, Adela i Darin.

Wziąłem głęboki oddech i wstałem. Jeszcze nie było czasu na rozmyślania. Musieliśmy ruszać dalej.

Bardzo nie chciałem tego robić, ale potrząsnąłem lekko za ramię Lav. Dziewczyna obudziła się natychmiast z przerażeniem w oczach.

— Spokojnie, to tylko ja — odezwałem się łagodnie, czując się strasznie z tym, że tak ją przestraszyłem. Patrzyłem, jak powoli rozpoznaje w półmroku moją twarz. Kiedy dostrzegła mnie wyraźniej, rozluźniła się i szeroko ziewnęła. Roześmiałem się na ten widok. Posłała mi gniewne spojrzenie, czym tylko bardziej mnie rozśmieszyła. Wyglądała uroczo z moim kocem narzuconym na ramiona.

Przy budzeniu minstrela nie byłem taki delikatny. Podszedłem do mężczyzny i powiedział, ledwo powstrzymując śmiech:

— Mal, obudź się, szybko. Ktoś ukradł ci lutnię.

Mężczyzna zerwał się w mgnieniu oka i rozejrzał się gorączkowo dookoła. Kiedy dostrzegł instrument dokładnie w tym miejscu, w którym zostawił go wczoraj, zgromił mnie jeszcze bardziej gniewnym spojrzeniem niż przedtem dziewczyna. Darin na ten widok wybuchnął śmiechem.

— Jeszcze raz tak zrobisz, młody, a cię zostawię. — warknął Mal.

— No dobra, spokojnie. — uniosłem ręce w geście poddania się.

Wszyscy usiedliśmy przy ławie a śniadanie przyniósł ten sam chłopiec co wczoraj. Uśmiechnąłem się lekko, wspominając, jak zmierzwiłem mu włosy — tak samo, jak setki razy robiłem to Martiemu.

Soczyste mięso, które postawił przede mną chłopiec, wyglądało znajomo. Przypomniałem sobie, jak razem z Ad podkradaliśmy podobne z naszej kuchni. Było ciepłe i pachnące, tak jak teraz. Poczułem, jak mój żołądek ściska się z głodu. Wziąłem pierwszy kęs, a spokój rozlał się po moim ciele. Zagryzałem mięso czerstwym chlebem, smakując każdy kęs. Od zawsze wolałem takie proste potrawy. Nie wiem, jak było przed spotkaniem Rakel, ale przez ostatnie pięć lat prostota smakowała mi lepiej niż wykwintne dania.

Pierwsza skończyła Lav, siedząca obok mnie. Gdy na nią spojrzałem, oblizywała palce z tłuszczu. Zerknąłem na swoje dłonie — wyglądały podobnie. Sięgnąłem do juków, wyjąłem dwie chustki i delikatnie polałem je wodą z manierki. Jedną podałem dziewczynie.

— Dzięki — mruknęła, uśmiechając się lekko.

Razem wytarliśmy dłonie i twarze. Patrzyłem na nią, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Białe włosy opadały jej na czoło, przysłaniając oczy. Chciałem wpatrywać się w nią bez końca, ale przerwał mi głos Mala:

— Możemy ruszać?

— Gdzie? — zdziwiła się Lav.

— Na targ — odpowiedział Minstrel takim tonem, jakby to było oczywiste. — Musimy uzupełnić zapasy.

W brązowych oczach Lavalli pojawił się błysk zrozumienia. Westchnąłem ciężko, wstając z ławy i przywołałem na twarz łagodny uśmiech.

— No to chodźmy.

Targ w Przeprawie świecił pustkami. Stragany porozkładane przy głównym molo nie zachęcały wyglądem. Znajdujące się na nich towary były w większości rybami, i to nie pierwszej świeżości. Ich zapach drażnił mnie w nos. Chodziliśmy po śliskich deskach już kilka godzin. Ramieniem obejmowałem idącą obok mnie Lavallę. dziewczyna już trzy razy prawie się wywaliła na śliskich deskach.

Mal uparcie targował się o lepsze towary, walcząc o każdego miedziaka. Juki, które miałem przewieszone przez ramię, z każdym krokiem i każdym mijanym straganem robiły się cięższe. Lav nuciła pod nosem jakąś melodię, a Darin przyglądał się minstrelowi, podziwiając jego zdolności negocjacyjne. Wszystko wydawało się spokojne i przyjemne. Szum wody pod deskami tworzył tło dla nucenia dziewczyny i podniesionych głosów targujących się mężczyzn. Promienie południowego słońca przyjemnie ogrzewały mi twarz. Czułem, jak czas spowalnia.

Mal skończył kupowanie dopiero wtedy, gdy wypchał wszystkie nasze juki do granic wytrzymałości.

— No dobra, dzieci, czas wracać do koni — zarządził.

Nie mogłem się doczekać spotkania ze Świtem. Resztę dnia spędziłem w stajni, tłumacząc Lav, jak zajmować się koniem. Dziewczyna rzadko miała styczność z tymi zwierzętami — jej rodzina nie posiadała nawet wiejskiej szkapy do pracy w polu.

Lav słuchała mnie z uwagą, chłonąc każde słowo. Razem wyszczotkowaliśmy Świta, a ja pokazałem jej, jak zakładać siodło. Ogłowie założyłem sam, tłumacząc jej, w którym miejscu koń nie ma zębów i gdzie można włożyć rękę.

***

Gdy wchodziliśmy na niewielką barkę, zaczął padać deszcz. Krople spadały na moją twarz, pozostawiając po sobie chłodne, wilgotne ślady. Pokład kołysał się pod stopami, a w moim żołądku coś niepokojąco się poruszyło. Wyciągnąłem rękę w stronę Lavalli, stojącej na molo. Przez chwilę wahała się, patrząc to na mnie, to na mokry, śliski pokład. W końcu położyła swoją drobną dłoń na mojej.

Jej ruch był ostrożny, a ja, chcąc przyspieszyć sprawę, pociągnąłem ją delikatnie na pokład. Straciła równowagę i wpadła prosto w moje ramiona.

— Mogłam wpaść do wody! — fuknęła, odpychając się ode mnie.

Roześmiałem się, chwytając ją w talii, by mogła złapać równowagę.

— Przecież cię złapałem. I nie zamierzam puścić. — odpowiedziałem z uśmiechem.

Na jej policzkach wykwitł delikatny rumieniec. Przez padający coraz mocniej deszcz jej ubranie przykleiło się do ciała, uwidaczniając drobną sylwetkę, a mokre włosy nabrały srebrnego odcienia. Pomimo obfitych posiłków nadal była strasznie chuda. Położyłem jedną na jej ramieniu i poprowadziłem do Darina, który już siedział pod prowizorycznym dachem z płótna.

Noc zapadała szybko a pomiędzy chmurami dostrzegłem kilka gwiazd. Przez jakiś czas siedzieliśmy w ciszy. Dar bawił się nożem, a Lavalla wpatrywała się w niebo.

— Kiedy Mal mówił o nielegalnym transporcie spodziewałam się czegoś bardziej… ekscytującego. — mruknęła dziewczyna.

— Ta. Jest tak zwyczajnie — zgodził się Darin.

— Dopóki nie sprawdzisz co oni przewożą w tych wszystkich skrzyniach — mruknąłem.

Mal przyszedł po jakimś czasie. Byłem tak zamyślony, że nawet nie zauważyłem, że go nie było. Oparł się plecami obok Lav i zaczął coś skrobać w notesie. Kołysanie się barki wpływało na mnie uspokajająco, tak samo jak szum deszczu. Mokre ubranie nieprzyjemnie lepiło się do skóry, sprawiając, że drżałem przy każdym podmuchu wiatru. Lav po jakimś czasie oparła głowę na moim ramieniu i przymknęła oczy. Obserwowałem, jak oddech dziewczyny powoli spowalnia i się wyrównuje, aż poczułem, że sam zaczynam odpływać w sen. Sfrustrowany jęk Mala przywołał mnie do rzeczywistości.

— A tobie co? — mruknąłem.

— Nie mogę znaleźć rymu do „melodią”.

Zastanowiłem się chwilę.

— Mą — powiedziałem w końcu.

— Co? — Mala zatkało.

— Mą, melodią. Kończy się na tę samą literę — zmarszczyłem lekko brwi. — Piszesz piosenkę?

— Tak. I dzięki tobie właśnie ją skończyłem. Nosi tytuł „Pieśń drogi i serca”.

— Zaśpiewaj — mruknąłem, na powrót zamykając oczy.

Po chwili pośród szumu deszczu i fal rozbrzmiały czyste nuty minstrela. Jego gra na lutni sprawiała, że wszystko inne zamierało. Usłyszałem jego piękny głos.

Wędruję przez pola, przez lasów cień,

Tam, gdzie śpiewa wiatr, tam znajdę swój dzień.

Kamienie na drodze nie ranią już stóp,

Bo serce wędrowca zna tylko jeden nurt.

Głos minstrela niósł się daleko, odpędzając wszystkie troski.

Hej, ruszajmy w drogę, gdzie horyzont lśni,

Za górami, za rzekami skrywają się sny.

Każdy krok jest melodią, każdy ślad — pieśnią mą,

Wędrowca ścieżka nigdy nie kończy się wciąż.


Świat śpiewa mi pieśń o wolności dni,

W gwiazdach zapisane, gdzie prowadzą szlaki.

Choć tęsknota czasem jak cień za mną gna,

To w ogniu wieczoru odnajduję swój świat.

Powoli odpływałem.

Czy znajdę swój dom, czy kiedyś spocznę?

Czy pieśni ucichną w tej drodze samotnej?

A może to właśnie w tej chwili, dziś,

Mój dom jest tuż obok, w tym świetle i w ciszy.


Hej, ruszajmy w drogę, gdzie horyzont lśni,

Za górami, za rzekami skrywają się sny.

Niech ta pieśń prowadzi, niechaj niesie nas,

Wędrowca serce bije — to największy skarb.

Kiedy wybrzmiał ostatni takt, zapadłem w sen.

Z dziennika snów

Przemykałem pustymi korytarzami. Ze sklepienia wysoko nad moją głową zwisały kandelabry pełne świec. Ich ciepły blask rozświetlał mi drogę. Miękki czerwony dywan pod stopami tłumił odgłos moich kroków. Żołądek skręcał mi się z głodu. Kierowany aromatyczną wonią ciepłego posiłku dotarłem do kuchni. Takie miejsca nigdy nie zasypiają. Kilka młodych dziewczyn uśmiechnęło się do mnie przyjaźnie, kiedy przecinałem pomieszczenie. Wszystko tam było znajome i wywoływało ciepłe uczucia. Spokój i radość wypełniały mnie z każdym krokiem. Zatrzymałem się przed największym piecem. Duża kobieta w białym fartuchu wyciągała z niego słodkie bułeczki. Odwróciła brudną od mąki twarz w moją stronę. Jej uśmiech przypominał promienie letniego słońca. Czułem się przy niej bezpiecznie. Spojrzałem zachłannie na bułeczki.

— Musisz chwilę poczekać, kochanieńki. Są jeszcze gorące.

Jej łagodny głos otulił mnie jak miękki kocyk. Wskoczyłem na brudny od mąki blat i machałem nogami. Mój brzuch domagał się jedzenia, ale skądś wiedziałem, że nie powinienem złościć kobiety, pytając, czy mogę dostać je teraz. Cierpliwie czekałem, aż bułeczki ostygną. Czekałem tak i czekałem, dopóki ktoś nie potrząsnął mnie za ramię. Otworzyłem oczy.

Rozdział 6

Obudziłam się zlana potem. Znów śniły mi się te straszne dni. Nadgarstki związane szorstkim sznurem, smak krwi w ustach i ciągłe pragnienie. W głowie rozbrzmiewało echo okrzyku: „Wiedźma”. Nie mogłam tego znieść. Tej bezsilności. Przed oczami stanął mi obraz tłumu obrzucającego mnie obelgami. A potem zobaczyłam jego. Czarne włosy Księcia rozwiewane przez wiatr i troska w jego spojrzeniu, która przerodziła się w wściekłość. Tę samą wściekłość, którą czułam ja. Wściekłość na ludzi, którzy nienawidzą tego, czego nie rozumieją.

Przypomniałam sobie słowa, które często powtarzała moja mama. Usłyszałam w myślach jej głos:

„Ludzie nienawidzą tego, czego się boją, a boją się tego, czego nie rozumieją. Nie chcą zrozumieć tego, czego nienawidzą, tworząc w ten sposób błędne koło. A ja cię, mój skarbie, rozumiem i cię kocham. Zawsze tak będzie.”

Oczy zaszkliły mi się od łez. Mama zawsze mnie wspierała, a bez niej czułam się samotna. Była jedyną osobą, która w pełni mnie akceptowała. Potarłam kciukiem zielony szal. Należał do niej. Nosiłam go codziennie, odkąd zabrała ją choroba.

Przetarłam ręką oczy, próbując odgonić smutek. Barka lekko się kołysała, powodując u mnie mdłości. Nieustanny szum wody też nie działał na mnie najlepiej. Leżałam, oparta o śpiącego chłopaka i przykryta jego płaszczem. Uśmiechnęłam się na widok jego rozczochranych czarnych włosów. Zdjęłam płaszcz z ramion i powoli się odsunęłam. Wstając, położyłam okrycie na jego kolanach. Wydawało mi się, że pokład ucieka spod moich nóg. Potrzebowałam chwili, żeby złapać równowagę.

Było jeszcze ciemno, bo słońce dopiero co pojawiło się na horyzoncie. Postanowiłam, że krótki spacer dobrze mi zrobi. Znalazłam zejście pod pokład, uderzając się kilka razy o wszechobecne skrzynki. Zeszłam po cienkiej drabince. Na dole było jeszcze ciemniej. Musiałam szukać drogi po omacku. Chciałam znaleźć nasze konie, ale nie było to takie łatwe, jak mi się wydawało. Przez jakiś czas chodziłam w tę i z powrotem, nasłuchując rżenia albo parsknięć.

Ktoś złapał mnie za ramię. Podskoczyłam, przerażona nagłym dotykiem. Odwróciłam się gwałtownie, ale przez panującą ciemność dostrzegłam tylko sylwetkę. Obok mnie stał potężny mężczyzna. Z trudem przełknęłam ślinę.

— Co tu robisz? — jego głos był głęboki i chrapliwy.

Przeszedł mnie dreszcz. Poczułam, jak z przerażenia ściska mi się gardło.

— Szu-szukam koni — wydukałam.

Mężczyzna podszedł o krok bliżej. Wciągnęłam gwałtownie powietrze. Zaczęłam się cofać. Krok za krokiem szłam do tyłu, a on ciągle się do mnie przybliżał. Zaczęłam panikować. Cofałam się coraz szybciej, potykając się o własne nogi. Serce waliło mi jak oszalałe. Ledwo łapałam oddech. Nagle natrafiłam na coś plecami. Za drewnianymi belkami słychać było szum wody. Nie miałam już, gdzie się cofać. Mężczyzna stał tuż przede mną. Kiedy położył szorstką dłoń na moim biodrze, wstrzymałam oddech.

Szum krwi w mojej głowie zagłuszał wszystko inne. Nie potrafiłam się poruszyć. Nie mogłam zupełnie nic zrobić.

— Nieładnie jest tak węszyć. Szef bardzo nie lubi obcych pod pokładem. Mam cię tu więcej nie zobaczyć, rozumiesz?

Zmusiłam się do pokiwania głowa, a mężczyzna odsuną się o krok.

— Uciekaj — rozkazał, ale ja nie potrafiłam się poruszyć. Prawie pisnęłam, kiedy ktoś złapał mnie za rękę.

Pewnie dostałabym zawału serca, gdyby nie to, że usłyszałam znajomy głos, tuż obok swojego ucha.

— Spokojnie Wiedźmo. — szepnął Książę.

Przez to, że miał na sobie ciemne ubrania, prawie nie było go widać. Poprowadził mnie z powrotem do drabinki i wyszliśmy na światło dnia. Zmrużyłam oczy, gdy padły na mnie promienie słońca. Powietrze było o wiele lżejsze niż to pod pokładem. Mogłam odetchnąć pełną piersią. Ręce nadal mi się trzęsły, kiedy usiadałam z Księciem przy burcie. Oparłam się o deski i przez chwilę obserwowałam płynące powoli białe obłoczki na szarym niebie, aż moje serce zwolniło. Przeniosłam wzrok na chłopaka. Spojrzałam prosto w jego szaro-niebieskie oczy i wyszeptałam jedno słowo.

— Dziękuję.

Objął mnie delikatnie ramieniem.

— To nic takiego — odezwał się spokojnie. — Jesteś już bezpieczna, to najważniejsze.

— Znów mnie uratowałeś.

— Taka rola Księcia. Ratować damy w opałach. — wzruszył nonszalancko ramionami.

— No na pewno — powiedziałam z sarkazmem. — Ja nie jestem żadną damą, a z ciebie taki Książę, jak ze mnie marynarz.

— Ej, — oburzył się chłopak — mógłbym być wspaniałym Księciem.

Zastanowiłam się chwilę nad ripostą i dostrzegłam swoją szansę w przechadzającym się nieopodal chłopaku.

— Darin! — zawołałam, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. — Czy Książę nadawałby się na prawdziwego księcia?

— Zdecydowanie nie. — odparł z pewnością w głosie.

— Stary, no weź. — Książę popatrzył na niego błagalnym wzrokiem.

— No przepraszam, ale taka prawda, przyjacielu.

— Zgadzam się z Darinem. — droczyłam się. — Po prostu się do tego nie nadajesz.

Książę skrzyżował ręce na piersi.

— Ale wy mili jesteście. — powiedział sarkastycznie.

Roześmiałam się. Mój śmiech był ciepły i przyjemny. Czułam, że razem z nim uchodzi ze mnie napięcie. Skoro jeszcze potrafiłam się śmiać, to może przyszłość nie będzie taka zła. Może jeszcze kiedyś będzie normalnie.

Książę

Końskie kopyta stukały na deskach pomostu. Świt nie był zadowolony z bliskości wody. Co chwila parskał nerwowo, spoglądając spode łba na błękitną toń. Szedłem obok niego, trzymając w ręce uzdę. Poranne powietrze było rześkie i wilgotne, a wioska powoli budziła się do życia.

Przede mną szła Lavalla. Jej włosy w świetle poranka wyglądały jak czyste srebro, mieniąc się w promieniach słońca. Mal, prowadzący Fircyka obok niej, opowiadał dziewczynie o życiu w stolicy. Lav chłonęła każde słowo z entuzjazmem i zadawała miliony pytań. Życie w małej wioseczce bardzo się różniło od tego w mieście. Sam często bywałem w Karras i bardzo lubiłem te wizyty. W mieście czułem się tak samo dobrze jak na otwartej przestrzeni.

Odwróciłem głowę, żeby spojrzeć na idącego za mną przyjaciela. Darin był ze mną zawsze. Biegaliśmy razem uliczkami miasta i razem karmiliśmy kury. Choć nie rozstawaliśmy się na długo i tak było mi smutno.

Przywiązaliśmy wierzchowce do koniowiązu przed jedną z gospód.

— Darin, kupisz jedzenie — zarządził Mal. — Książę, znajdź jakąś ławę i z niej nie wstawaj. Ja pójdę do strażnicy, bo ten rejs kosztował mnie cały majątek.

Lav popatrzyła na minstrela błyszczącymi z zachwytu oczami.

— Mogę pójść z tobą? — zapytała. — Proszę, w mojej wiosce nie ma czegoś takiego. Nigdy nie widziałam wojska ani strażników.

— O, w twojej wiosce to by się na pewno przydało. Będę musiał wspomnieć o tym królowi. Chodź, młoda.

Dziewczyna odeszła z minstrelem, szeroko się uśmiechając.

— To ja znajdę ławę i nie będę z niej wstawał — rzuciłem do Darina.

Chłopak poklepał mnie po ramieniu i zniknął w gospodzie. Wszedłem zaraz za nim. Zapachy mocno przyprawionych potraw drażniły mój nos. Panowała grobowa cisza i tylko kilku żołnierzy siedziało w rogu karczmy, sącząc powoli piwo z kufli. Jeden z nich bardzo intensywnie się we mnie wpatrywał. Darin stał przy pustym szynkwasie, czekając na karczmarza. Wybrałem jedną z czystszych ław naprzeciwko wejścia i oparłem się plecami o ścianę.

— Łoo, klieenci przyyszli! — zza przepierzenia za szynkwasem wyszedł niski, pulchny karczmarz. Kiedy mówił, dziwnie przeciągał niektóre słowa. — Co poodać? Mooże karkóweeczke, świieeżo zroobioona.

Coś odwróciło moją uwagę od dość zabawnego karczmarza. Jeden z mężczyzn wstał i ruszył w moją stronę. We włosach miał już siwe pasma i lekko kulał na jedną nogę, ale był umięśniony. Gdyby nie to, że na jego ustach dostrzegłem przyjazny uśmiech, od razu bym zwiał. Mężczyzna oparł ręce o stół naprzeciwko mnie i się nachylił.

Zmarszczył brwi, intensywnie się nad czymś zastanawiając.

— Ty… — zawiesił się na chwilę uważnie mi się przypatrując. — Sam tu jesteś, młody? — zapytał podejrzliwym tonem.

— Z przyjacielem. — Wskazałem głową Darina przy szynkwasie.

Mężczyzna spojrzał przelotnie na chłopaka i machnął ręką.

— No przecież nie o to pytam. Sami tu nie przyjechaliście. Na pewno masz jakąś obstawę. Kogoś dorosłego.

— Aa… — Zrozumiałem, o co mu chodzi — Minstrel poszedł do strażnicy.

Żołnierz spojrzał na mnie jak na idiotę.

— Podróżujesz tylko z minstrelem? — zapytał z sarkazmem.

— Jeszcze z wiedźmą i kupcem, ale tylko minstrel jest dorosły — wytłumaczyłem z uśmiechem. — Choć stary to nie jest, ze dwadzieścia lat bym mu dał.

Mężczyzna zafrasowany zmarszczył czoło.

— Nie może być — mruknął pod nosem. — To mówisz, że ten twój minstrel do strażnicy poszedł?

— No. — Wzruszyłem ramionami — Z wiedźmą.

— Dobra, zaczekaj tu, młody — powiedział i odwrócił się do mnie plecami.

— Nigdzie się nie wybieram — mruknąłem, rozkładając się wygodniej na twardej ławie, kiedy mężczyzna znikał w drzwiach.

Był dość tajemniczy, ale jednocześnie wydawał się miły. Jego łagodne rysy twarzy i szczery uśmiech sprawiły, że nawet go polubiłem.

Darin postawił na stole miskę z chlebem i usiadł obok mnie.

— Kto to był?

— Żołnierz.

— A czego chciał?

Wzruszyłem ramionami.

— Pytania zadawał.

— A jakie? — nie ustępował Dar.

— Głównie to o Mala. Co to jest? — zapytałem, wskazując na chleb w misce.

— Chleb — powiedział, jakby to było oczywiste. Bo było.

— No przecież widzę, że chleb, ale po co ci on?

— Żebyśmy z głodu nie umarli, zanim Mal i Lav wrócą. — wytłumaczył.

— Aha.

Następną godzinę spędziliśmy, wspominając stare czasy i zjedliśmy cały bochenek chleba. W karczmie pojawiło się więcej osób i wszędzie słychać było gwar rozmów. Śmialiśmy się, mówiąc o przyjaciołach i wielu dziwnych rzeczach, które robiłem z Chiminem. Czułem się jak dawniej. Jakby wszystko było normalnie.

Lavalla

Wieża strażnicza, przed którą staliśmy, pięła się wysoko w górę, aż zdawała się sięgać nieba. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Żeby spojrzeć na jej wierzchołek, musiałam mocno odchylić głowę. Niesamowity widok. Przeniosłam wzrok na mężczyznę stojącego przed drzwiami. Wartownik miał na sobie zielony elegancki mundur z wyhaftowanym herbem królestwa. Szczerzącym kły szarym wilkiem. Na to zarzucił skórzaną, wojskową kurtkę z wysokim kołnierzem. U jego pasa dostrzegłam krótki miecz i nóż. Nie patrzył na nas. Stał na baczność, na lekko rozstawionych nogach, wbijając wzrok w horyzont. Spojrzał na Mala dopiero, gdy ten się odezwał.

— Chcemy wejść — oznajmił minstrel.

— W jakiej sprawie? — zapytał wartownik bezbarwnym głosem.

— Sprawa wagi państwowej. Tajna.

Zastanowiłam się, dlaczego zabranie kilku monet ze strażnicy miałoby być tajne. Może Mal po prostu nie wiedział, czy, mówiąc prawdę, zostanie wpuszczony. Ale przecież był królewskim minstrelem.

— Dobra, właźcie. — Mężczyzna odsunął się na bok i otworzył nam drzwi.

Weszłam do środka za Malem. Wewnątrz dostrzegłam kilku ubranych w mundury mężczyzn i kobietę. Przy jednym ze stołów, ustawionych w rogu, kilku żołnierzy grało w kości, a inni obserwowali, jak kobieta siłuje się na rękę z jednym z potężniejszych mężczyzn. My podeszliśmy do żołnierza stojącego za ladą naprzeciwko wejścia. Mężczyzna pisał coś na kartce dobrego papieru. Kiedy podeszliśmy bliżej, dostrzegłam, że znajdował się na niej całkiem ładny rysunek konia. Żołnierz szybko odwrócił kartkę, gdy tylko dostrzegł Mala.

— Ach, witam, panie. W czym mogę pomóc? — powiedział nerwowo, przeczesując włosy palcami.

— Potrzebuję wybrać kilka złotych monet ze skarbu państwa — odparł Mal takim tonem, jakby codziennie zabierał pieniądze przeznaczone na wyposażenie żołnierzy.

Żołnierza za ladą zatkało. Przez dobre kilka minut trwała cisza.

— Co? — odezwał się wreszcie.

— No, pieniędzy potrzebuję — powtórzył minstrel, wyciągając jakieś kartki zza poły płaszcza. — Tu masz wszystkie dokumenty.

Oniemiałemu mężczyźnie zabrakło słów. Wziął dokumenty i zaczął je przeglądać. Ten występ Mala zrobił na mnie większe wrażenie niż wszystkie jego pieśni. Żołnierz jadł mu z ręki.

— Armand! — zawołał jednego z żołnierzy. — Zaprowadź państwa do skarbca i pozwól im zabrać, co tylko chcą.

— Tak jest! — odpowiedział żołnierz, salutując.

Opadła mi szczęka. „Co tylko chcemy”? Możemy zabrać tyle złota, ile damy radę unieść? Spojrzałam na Mala oczami rozszerzonymi z ekscytacji. Minstrel wyglądał na niewzruszonego.

— Idź, młoda, ja jeszcze muszę coś załatwić — rzucił do mnie. — Tylko nie bierz więcej niż dziesięć złotych.

— Dobra — zgodziłam się ochoczo, kiwając głową. Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić takiej ilości złota. Ruszyłam szybko za żołnierzem, nawet się nie oglądając.

Zeszliśmy w dół po schodach i zatrzymaliśmy się przed okutymi metalem drzwiami. Żołnierz wyjął zza pasa gigantyczny pęk kluczy i zaczął każdy po kolei wkładać do zamka.

„Przecież to potrwa wieki” — pomyślałam.

Oparłam się o ścianę, słuchając pobrzękiwania kluczy.

— Powiedz, młoda, jakim cudem ten twój towarzysz tak nastraszył naszego kaprala? — zapytał żołnierz.

Zastanowiłam się nad tym chwilę.

— Jest królewskim minstrelem. Pewnie pokazał jakiś papier podpisany przez władcę osobiście.

— Uuu. No to rzeczywiście nasz kapral się przestraszył. Ha, ha. — Jeden z kluczy w końcu przekręcił się w zamku i drzwi zaskrzypiały. — Właź, i bierz, co ci się najbardziej podoba.

Weszłam do środka, czując się jak w raju.

***

Kiedy Mal mnie zobaczył, nie mógł powstrzymać śmiechu. Na głowę założyłam cienką złotą obręcz wysadzaną szafirami. Idealnie kontrastowała z moimi białymi włosami. W uszach miałam srebrne kółeczka, a na nadgarstkach — po pięć wysadzanych szlachetnymi kamieniami bransolet. Wyglądałam jak królowa.

Mal chyba nie podzielał mojego zdania.

— Co to jest? — zapytał, wciąż roześmiany.

— Biżuteria — odpowiedziałam wyniośle.

— No właśnie widzę. A monety jakieś wzięłaś?

Rzuciłam mu sakiewkę wypchaną srebrem i dwiema złotymi monetami.

— Więcej nie brałam, bo skarbiec świeci pustkami.

— Dobra — mruknął Mal. — To powinno spokojnie starczyć na resztę podróży, jeśli nie napotkamy podobnych niespodzianek co wczoraj. A jakby co, to sprzedamy tę twoją biżuterię — powiedział mocno akcentując ostatnie słowo.

Spojrzałam na niego z powątpiewaniem i wtedy zauważyłam, że obok niego stoi żołnierz. Byłam tak podekscytowana, że wcześniej go nie zauważyłam.

Mężczyzna był umięśniony, a w czarnych włosach dostrzegłam pasma siwizny. Miał łagodne rysy i przyjaźnie się do mnie uśmiechał. Mal zauważył, że patrzę na żołnierza, więc mi go przedstawił.

— Lav, to jest Thiago. Będzie z nami podróżował jako eskorta.

— Potrzebujesz eskorty? — zdziwiłam się.

— Nie, ale on sam przyszedł i powiedział, że jedzie z nami. — Wzruszył ramionami.

— To prawda — przytaknął Thiago. — Ty pewnie jesteś wiedźmą.

Moje serce zaczęło walić jak młot. Spanikowałam. Nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć, ale na szczęście żołnierz mówił dalej.

— Mam siostrzenice, która potrafi migać, ale wiedźmą bym jej nie nazwał. Bo wiedźma to chyba powinna umieć klątwy rzucać. Ty umiesz?

Roześmiałam się. Poczułam ulgę, a moje serce znów zwolniło do normalnego rytmu.

— Nie jestem prawdziwą wiedźmą. To tylko przezwisko. Jestem zielarką — skłamałam, choć nie do końca. Byłam uczennicą zielarki, a mój talent do uzdrawiania bardzo mi pomagał.

Uśmiechnęłam się na wspomnienie Loraine, która wszystkiego mnie nauczyła. Gdyby nie ona, moja moc nie byłaby tak przydatna. Zwróciłam wzrok z powrotem na minstrela.

— Możemy już iść? Umieram z głodu.

— Tak — zgodził się Mal i po prostu wyszedł.

— Do widzenia — rzuciłam do kaprala za ladą i też wyszłam.

Delikatny wietrzyk ochłodził mi twarz. Słońce znajdowało się już w zenicie i ogrzewało mnie swoim blaskiem. Idąc do gospody, rozmawiałam z żołnierzem. Opowiadał mi o bitwach, w których brał udział, i o bliznach, które zostały na jego ciele.

— Dlaczego kulejesz? — zapytałam w pewnym momencie.

— Ach, zostałem ranny pięć lat temu, jak jeszcze służyłem w straży królewskiej. Dostałem mieczem w kolano. To cud, że w ogóle mogę chodzić.

— Ach, rozumiem — mruknęłam. Wiedziałam, że takie rany nigdy się do końca nie goją. Zostają nie tylko na ciele, ale i na duszy.

Przez resztę drogi opowiadałam mu o swoim życiu w wiosce, pomijając niektóre szczegóły.

Książę

Mal i Lav nie wrócili sami. Towarzyszył im ten sam żołnierz, który wcześniej zadawał mi pytania. Przyjrzałem im się uważniej i wciągnąłem gwałtownie powietrze. Lav miała na sobie tyle złotej biżuterii, że wyglądała jak chodzący znak z napisem „Okradnij mnie”. Chciałem coś powiedzieć, ale jej szeroki uśmiech sprawił, że ugryzłem się w język.

— Cześć! — Darin pomachał do nich, próbując zwrócić ich uwagę w tłumie.

— Miło, że wróciliście — powiedziałem, kiedy byli już blisko. — Mogę wstać z tej ławy, czy nadal mam tu siedzieć?

— Możesz — odpowiedzieli jednocześnie Mal i żołnierz.

Wstałem, przeciągając się demonstracyjnie. Ku mojemu zdziwieniu, żołnierz podszedł i przytulił mnie. Zdezorientowany, poklepałem go po plecach. Mężczyzna szybko się ode mnie odkleił i zaczął gadać.

— Zapomniałem się wcześniej przedstawić. Jestem Thiago. — Skądś znałem to imię, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd. — Odeskortuję was do stolicy. Uznałem, że nie powinniście podróżować sami, bo jeszcze coś wam się stanie. Ja i tak od dawna się tam wybierałem, żeby odwiedzić rodzinę. Mój siostrzeniec ma niedługo urodziny i postanowiłem, że przywiozę mu najlepszy prezent świata. A i Mala już wcześniej poznałem, jak grał na ulicach, więc tak po przyjacielsku wypada, żebym mu towarzyszył.

— Aha, okej. — Próbowałem przyswoić wszystkie nowe informacje. — Ja jestem Książę, a to Darin. — Wskazałem na przyjaciela, który właśnie prosił jednego z małych chłopców na posyłki, żeby przyniósł nam jedzenie.

Wszyscy usiedliśmy przy stole. Zapadła cisza, którą po kilku minutach przerwałem ja.

— Ładna ta biżuteria, Lav.

— Dzięki. Nigdy wcześniej nie miałam nic poza kolczykami, które tata kupił mi na bazarze.

— Może schowaj bransolety i tę opaskę na głowę do moich juków, żeby się nie zniszczyły? Zostaw tylko kolczyki, bardzo ci pasują. — W ten sposób nie uraziłem dziewczyny i pozbyłem się problemu potencjalnej kradzieży.

Jedząc obiad, rozmawialiśmy na różne tematy. Thiago okazał się miłym i ciekawym mężczyzną. Świetnie mi się z nim rozmawiało i czułem się bardzo swobodnie.

— Nauczyłbyś mnie walczyć? — zapytałem go nagle, czując, jak ogarnia mnie ekscytacja.

Thiago odsunął talerz na bok, wytarł ręce w spodnie i spojrzał na mnie poważnie.

— Jesteś pewien, że tego chcesz? — zapytał, jakby ważył coś w myślach.

— Tak — odpowiedziałem bez wahania, patrząc mu prosto w oczy.

Przez chwilę wyglądał, jakby oceniał moją determinację, ale nagle na jego twarzy pojawił się szeroki, zaraźliwy uśmiech.

— W porządku. Kończ jedzenie i idziemy.

— Ja też mogę? — zainteresowała się Lav, podnosząc głowę znad talerza.

— Oczywiście, młoda! — Thiago wydawał się jeszcze bardziej zadowolony, podczas gdy Mal wyglądał na mniej entuzjastycznego.

— Jesteś pewien, że to bezpieczne? — zapytał minstrel, spoglądając na żołnierza z wyraźną troską.

— Bez obaw. Przecież nie dam im ostrych mieczy, żeby się okładali, spokojnie. Wiem, co robię. Walkę mam we krwi. — odpowiedział Thiago, machając lekceważąco ręką.

Podczas gdy oni dyskutowali, ja szybko skończyłem jedzenie i wstałem od stołu.

— To co, zaczynamy? — zapytałem z uśmiechem, czując, jak wzbiera we mnie ekscytacja.

— Chętnie bym z wami został i przypilnował, żebyście się nie pozabijali, ale mam przemowę do wygłoszenia — wtrącił Mal z udawaną powagą, podnosząc się z miejsca.

— Przecież wiedźma jest zielarką. Nic nam nie będzie — rzuciłem z uśmiechem, próbując go uspokoić.

— Mam nadzieję — mruknął pod nosem, rzucając mi ostatnie, sceptyczne spojrzenie. Z niechęcią opuścił gospodę, a ja odprowadziłem go wzrokiem.

Kiedy minstrel zniknął za drzwiami, przeniosłem podekscytowany wzrok na Thiago.

— No, chodźcie dzieci, czas ucieka — rzucił żołnierz, sięgając po kilka owoców z miski na stole.

— Po co ci to? — zapytała Lav, unosząc brew ze zdziwieniem.

— Zaraz zobaczysz — odpowiedział Thiago tajemniczo, wciskając jabłko do kieszeni. — Ruszamy.

Podążyłem za nim w stronę wyjścia. Podwórze przed gospodą otoczone małym drewnianym płotkiem było idealnym miejscem na trening. Promienie popołudniowego słońca rozświetlały przestrzeń, a wokół unosiły się dźwięki rozmów i rżenia koni. Kontem oka dostrzegłem przebiegającego obok wilka. Zastanowiło mnie, co zwierzę robi tak blisko ludzkich zabudowań.

— Stańcie tutaj, na jednej nodze — rozkazał żołnierz, wskazując na środek placu.

Spojrzałem na niego z mieszanką zdziwienia i sceptycyzmu, ale nic nie powiedziałem. Zamiast tego, posłusznie wykonałem polecenie. Lav stanęła obok mnie, utrzymując bezpieczną odległość, jakby obawiała się, że za chwilę wydarzy się coś dziwnego.

— Co teraz? — zapytała, marszcząc brwi.

— Teraz powiecie mi, jak nazywał się pierwszy król Laros — odparł Thiago, opierając ręce na biodrach i spoglądając na nas z udawaną powagą.

— Mieliśmy się uczyć walki, nie historii — zauważyłem, próbując zrozumieć jego intencje.

— Zła odpowiedź — stwierdził beznamiętnie, po czym rzucił we mnie jabłkiem.

Uchyliłem się w ostatniej chwili, ledwo utrzymując równowagę na jednej nodze.

— Co to, kurwa, było?! — wykrzyknąłem, patrząc na niego z oburzeniem.

— Czemu nie złapałeś? — Thiago uniósł brew. — Teraz przynieś to jabłko. Masz refleks gorszy niż dziesięciolatek.

Stałem przez chwilę w miejscu, próbując zebrać myśli. Lav zachichotała cicho, a ja czułem, że moje oburzenie miesza się z rosnącą ciekawością, co jeszcze wymyśli ten człowiek.

Niechętnie podniosłem jabłko i wróciłem na swoje miejsce. Stanąłem tam, gdzie wcześniej, starając się wyglądać bardziej pewnie.

— Jak nazywa się obecna para królewska? — zapytał Thiago, spoglądając na mnie wyczekująco.

— Król Arian i królowa Rozalia! — wykrzyknąłem z dumą, zadowolony, że znam odpowiedź.

Thiago posłał mi tajemniczy uśmiech, który trudno było zinterpretować.

— Dobrze, młody — mruknął. Ale zanim zdążyłem nacieszyć się swoją wygraną, rzucił jabłko w stronę Lavalli.

Dziewczyna zareagowała błyskawicznie. Jej ręka wystrzeliła do przodu, łapiąc owoc w locie. Stała teraz z lekko uniesioną brodą i triumfującym uśmiechem, jakby chciała mi coś udowodnić.

— No, no — mruknął żołnierz z uznaniem, unosząc brew. — Może jednak coś z was będzie.

Lav spojrzała na mnie kątem oka, a jej uśmiech tylko podsycał moją irytację. Może i miała lepszy refleks, ale to ja odpowiedziałem na pytanie.

— W którym mieście znajduje się główny port naszego kraju? — kontynuował Thiago, spoglądając na nas z rozbawieniem w oczach.

— Wonak! — wykrzyknęła Lav, zanim zdążyłem choćby otworzyć usta.

W moją stronę poleciała gruszka. Złapałem ją w ostatniej chwili, ale straciłem równowagę i z impetem wylądowałem na ziemi. Lav parsknęła śmiechem, a ja z trudem powstrzymałem się od rzucenia owocem w jej stronę.

— Punkt dla ciebie — mruknął Thiago z rozbawieniem, nie zwracając uwagi na mój upadek.

Po kilku następnych pytaniach zarobiłem jabłkiem w ramię i dwa razy wylądowałem na ziemi, próbując złapać owoce. Lav zdawała się błyszczeć w tym dziwnym teście — jej refleks był niemal nienaganny, podczas gdy ja czułem, że z każdym kolejnym pytaniem tracę przewagę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.59
drukowana A5
za 67.16