E-book
27.3
Książę Kowdlar

Bezpłatny fragment - Książę Kowdlar


Objętość:
259 str.
ISBN:
978-83-8245-686-8

Kruki krążyły nad pobojowiskiem. Król Amargadeusz siedział na koniu, wokół niego w skupieniu krąg notabli. Wszędzie unosił się zapach krwi i rozerwanych trzewi.

— Popamiętają mnie. Wyplują tego zdrajcę. Nie mają wyjścia. — Amargadeusz powiedział to raczej do siebie. — Kowdlar, niech przyniosą mi tu proporzec przeciwnika.

Kanclerz Kowdlar skinął głową, skierował swego konia prosto na tę kupę trupów i jęczących rannych. Jeden z rycerzy, pomniejszego stanu, niósł jakiś proporzec. Książę, już w pewnym oddaleniu od orszaku króla, krzyknął do niego.

— Co to masz?

— Panie, to proporzec Trautonów. Legionu mężnych Orłów.

— Daj mi go tu, albo nie. Idź z nim tam, widzisz? Gdzie król Amargadeusz stoi. Widzisz, rycerzu?

— Tak, Panie. Ale czy to się godzi?

— Idź, bo król specjalnie czeka. Gwardianie cię przepuszczą. Powiedz tylko, że to flaga Trautonów.

Dzisiaj wielu rycerzy przeniosło się na Pola Kerdolota. Dwie wielkie armie starły się tu. Trautoni byli zbyt pewni swego. Nie zrobili nawet żadnych ubezpieczeń na wypadek klęski, co w konsekwencji i tak się stało. A było ich wielu. Może zbyt wielu? Kowdlar osobiście już nie uczestniczył w walce. Nawet nie kierował walką królewskich legionów. Ale był, skąd król i jego świta obserwowali koleje bitwy. To baron Luruk kierował batalią. Gdyby przegrali? Co by się stało, gdyby Armagadeusz przegrał? Zostałby pewnie więźniem Uberyka. Trudno to było jednak sobie wyobrazić. Nawet Kowdlar nie był w stanie.

— Panie, łaski. Dobijcie! — Książę usłyszał słaby jęk. Zwrócił głowę w tym kierunku. Przed nim, o trzy łokcie, leżał w kałuży krwi jakiś wojak. To był swój, kolory Adlara nosił na sobie.

— Wytrzymaj, może znachorzy przywrócą ci siły. Wytrzymaj. — Kanclerz powtórzył. Lecz sam widział, że rycerz ma rozdarty prawy bok. Ktoś z wielką siłą raził biedaka. Kowdlar był na tyle doświadczony w wojence, iż wiedział, że rycerzowi zostało najwyżej pół godziny życia. Pół godziny życia, i wiele cierpienia. — Wytrzymaj. — Jednak bezradnie powtórzył wbrew sobie. A tamten chyba już nawet nie miał sił, by ponowić swą prośbę. I tylko charkot z jego ust się dobył.

Lecz Kowdlar odszedł. Zostawił tego biedaka własnemu losowi. Cóż to jednak za los, skoro jego godzina już wybiła? Zdążał powoli na swym koniu do stanowiska łuczników. To tam dowodził Elubed kohortą łuczników. Mógł śmiało zostać ze świtą królewską, ale nie, on uparł się, że weźmie czynny udział w walce. Dojechał w końcu. Zsiadł z konia, zostawił lejce pachołkowi. Kilku tam stało. Łuczników lub innych? Krzyknął:

— Gdzie wasz dowódca Elubed?

— Rany przemywa, Panie. — usłyszał od jednego.

— Gdzie?

— Za namiotem, gdzie medycy rozbili swe miejsce. — Ten sam, chyba łucznik, odpowiedział Kanclerzowi.

Kowdlar przeszedł te kilkadziesiąt łokci. Za krzakami dwa wielkie namioty stały. Jęki i użalania mówiły mu, że to tu medycy zszywają poszarpane rany wojenne. Na drewnianym zydlu siedział Elubed. Kowdlar bez trudności rozpoznał sylwetkę druha. Odwrócony był w stronę małej rzeczki, strugi powolnej. Kowdlar rozpoznał, iż chyba druh rozmyśla nad czymś. Może strofy poezji układa? A może mu życie do cna obmierzło? Kowdlar pamiętał, iż zawsze po walce i jemu życie się zawsze waliło na głowę. Więc może przyjaciel ma teraz podobne myśli?

— Elubedzie?

— Tak. Ach to ty. — Elubed odwrócił oblicze. Nawet nie krył, twarz miał zalaną łzami.

— Oto twój czyn bojowy. — Kowdlar podszedł blisko, wyciągnął kolorową chustę i zaczął ocierać lico przyjaciele. — Twoi ludzie nie mogą tego widzieć. Opanuj się, druhu.

— On miał może szesnaście lat, szesnaście … — lecz Elubed znów zaczął gorzko płakać. — Rozciąłem go mieczem na poły. Nie … nie mogę z tym żyć.- Chwycił się za głowę.

— Gdyby nie ty jego, to on by ciebie nadział na swą pikę. — Kowdlar jeszcze raz otarł policzki swego kompana.

— Bodaj bym zginął. Cierpienia bym nie czuł.

— Nie mów tak. Jesteś potrzebny mi. Pamiętaj, ja i Teborna, i moje dziecię, to twoja rodzina. Potrzebujemy cię. A teraz opanuj się, niech ludzie widzą, że mają godnego wodza.

Elubed znów odwrócił się w stronę rzeczki. Wziął z rąk Kowdlara chustę i sam już się wytarł. Wytarł te łzy boleści. Może czystości, niewinności. Sporo zapłacił za swój pierwszy raz na bitwie. Za swego pierwszego, co go to posłał na Pola Kerdolota. Gdzieś w oddali rozległy się dźwięki wojennego bębna. To monarcha przywoływał wszystkich, by wrócili w swe szeregi. Wszystkich tych, co byli w stanie. Kowdlar uścisnął dłoń swego kompana.

— Muszę już iść. I ty idź do swego wojska. Dzisiaj będziemy świętować królewskie zwycięstwo nad liczniejszą armią dumnych Trautonów. Uberyk znowu ze skulonym ogonem będzie od nowa szukał sojuszników. A wielu już takich na szerokim świecie nie zostało. — To mówiąc, Kowdlar znów dosiadł swego konia. Konia czarnego jak sadza w kominie.

— Jak dobrze pójdzie spotkamy się za tydzień. Tyle mi starczy by rozpuścić swe oddziały. Słyszałeś, druhu, ponoć Cygan Dziad mocno zachorzał. — Elubed już był opanowany.

— Tak? Swoje już lata ma. Mocno on pomógł Olandowi pomnożyć snadnie jego majątek. Czasami żałuję, że cię posłuchałem. No, wiesz, wtedy gdyś radził, bym go odprawił.- Kowdlar już trzymał lejce pewnie w swej dłoni.

— Kto to mógł wiedzieć? Tym bardziej, że sam się przecież majątku nie dorobił.- Elubed wstał. — Ej tam. — Elubed krzyknął w stronę grupki łuczników, co to stała przy wejściu do pierwszego namiotu. — Przywołać tu do mnie setnika Koloh. — Do Kowdlara zaś rzekł. — Oland, to dziecko szczęścia.

— I my jesteśmy takimi. — Kowdlar jeszcze raz zrobił gest braterstwa i powoli ruszył w stronę świty królewskiej. Gdzieś tam w oddali majaczyła owa grupa. Króla nie było widać. Bęben wojenny rozlegał się dostojnie po całym bitewnym polu.

Na szerokim łożu leżał on, Cygan Dziad. W gorączce i malignie. Był nieświadom tego, co wkoło się działo. Jakieś takie ciepło i gorąc od niego biły. Już trzeci dzień był w taki stanie. To wtedy Utena kładła na jego rozpalone czoło kompresy z ziół, które to medyk przepisał. Ale i to nic, po prawdzie, nie dało. Dziś oprócz Dyso i kilku służek było tu też kilku uczniów Cygana, w tym Erej, najmilszy uczeń Mistrza; stali tak przy łożu boleści.

— Czy Mistrz się jeszcze przebudzi? — powiedział jeden z uczniów. Było to pytanie skierowane do Dyso.

— Młodzieńcze, sam nie wiem. Pamiętam, gdym żegnał swego ojca rodzonego, nie zbudził on się ze śmiertelnej śpiączki.

Lecz na te słowa szlachetnego Dyso, Cygan Dziad jakby się żachnął. Stęknął, poruszył prawą dłonią.

— Mistrzu! — Erej zakrzyknął.

Cygan otworzył prawe oko.

— Jesteście?! — wydobył się z jego krtani charkot. — Jesteście, to dobrze. Matko, jakże piękny strój masz ubrany.

Te słowa wprawiły w osłupienie tę gromadkę uczniów, co przy łożu czuwała. I Dyso był zdezorientowany. Jaka matka? -Dyso pomyślał.

— Ojcze, bracie — Cygan był cały rozpromieniony, niby ze szczęścia. — Zaraz tam pójdę do was. Wiem. Przyszła pora. Erej, podaj mi wodę. Straszne pragnienie odczuwam.

Erej czym prędzej nalał z glinianego dzbanka źródlaną wodę do kubka, i podał, przynajmniej starał się podać, tę wodę Cyganowi. Ale widząc, że tamten nie umie nawet podnieść ręki, sam delikatnie przyłożył kubek z wodą do spierzchniętych warg swego nauczyciela. Cygan wychylił kilka łyków.

— Errrre… j, pamię… taj, uczyłem cię, ludzie nie są dobrzy. To prawda i …. tac… y zdarzają się. Ale nie po...pełniaj mojego błędu. Nie otwieraj się przed ni...kim. Nikim. Pamiętaj! Zawsze zach… owuj dystans. Dobrze mówię, ojcze? — Cygan ożywił się.

— Mistrzu, do kogo mówisz? — Erej znów przechylił kubek z wodą.

— Nie widzicie ich? Przecież oni tu są. — Cygan był zdumiony. Pił wodę pośpiesznie, jakby bał się, że zabraknie. — Dzień to czy noc? Tak słabo widzę. Ciemno tu okrutnie. — Cygan był wzburzony, ale w tym stanie jedynie grymas na jego licu świadczył, że cierpi.

— Środek dnia jest, jasność ze słońca bije — Dyso powiedział niepewnie.

— Ależ co ty mówisz, Panie, przecież ciem...no, cie..mno. — Cygan znowu zapadł

w sen.

Młodzieńcy skupili się w swoim kręgu, Erej coś tam szeptem między nimi prawił, ale starał się zachować ciszę. Dyso podszedł do Uteny.

— Chyba to już będzie koniec. On się już nie obudzi. Tak mi się coś zdaje.

— Biedak, tyle krain przemierzył, tylu ludzi poznał, i skończy tak normalnie, jak zwykły prostak, w swoim łożu. — Utena poprawiła czepek na głowie.

— No wiesz, wielu by za taką śmierć oddało pół majątku — Dyso szeptem rzekł do żony.

— Mnie się wydaje, że dobra śmierć, to szybka śmierć. Nie męczyć się tak samemu, i innych ludzi tym nie męczyć.

— Ach! Wy kobiety. Wielką rzadkością jest w naszych czasach dożyć takiego wieku, co Cygan. Ale on, tak mi mówił Oland, znał, no i zna jeszcze teraz, póki żyje, różne środki i sposoby, by długo się życiem cieszyć. Ty wiesz, ile on ma lat?

— Nie wiem, mój mężu. Nigdy się z tego nie zwierzał, nie czcił też swych urodzin, przynajmniej oficjalnie.- Utena cały czas, może w pewnym nawyku, poprawiała czepek na swej głowie.

— Po siwej brodzie można sądzić, że siódmy dekambr przeżył. A może nawet ósmy.

— Nie, Dyso, takich ludzi nie ma. On ma najwyżej sześćdziesiąt pięć, no może sześć lat. Nie wiem, jak prawiłam, ale ósmy dekambr? Ludzie tak długo nie żyją, nawet najmądrzejsi na świecie.

— No tak, ale stary jest, bardzo stary — Dyso zgodził się ze swą połowicą.

Stali tak w dwie grupki. Dyso z Uteną i młodzieńcy z Erejem na czele. Wszyscy oni byli uczniami Cygana Dziada. Erej zaś, podług woli Cygana, miał być jego spadkobiercą. Miał wszystko dostać, co po Cyganie zostało. A nie było tego mało. Bowiem wskutek ostatnich działań Cygana Dziada, nie tylko snadnie pomnożył on majątek Olanda, lecz także udało mu się samemu dojść do dużej fortuny. Jak to gnomy mówią: pieniądz płodzi pieniądz. Z tej to racji, Cygan obracając majątkiem swego włodarza, Olanda, sam też na tym zyskał. Nie było w tym żadnego oszustwa, bo i Presurt osobiście go do tego nakłaniał. Miał tedy pewność, iż Cygan Dziad zwiąże się z jego rodziną. I tak się też stało. Cygan Dziad ponad dziesięć lat gospodarzył majątkiem Presurta i jego rodziców. Mówią, tak utrzymywał Erej, Cygan Dziad ostatnimi laty spisał swą mądrość w jednej księdze. I to ma też dostać Erej, ulubieniec swego Mistrza, w spuściźnie. Co z tym Erej zrobi, to już inna sprawa. Jeśli Cygan nauczył go choć części swojej mądrości, to Erej nie zaprzepaści tego dziedzictwa po swym Mentorze.

— Książę Kanclerzu, czy poseł ze Spoka, królestwa Trautonów, jest gotów? — spytał Amargadeusz.

Król siedział na swym oficjalnym tronie w sali audiencyjnej Pałacu Królewskiego w Wendzie.

Notable Ulandii, w tym Kanclerz, Presurt, elektan floty, Wódz Ludzi Małych oraz cała kamaryla dworska stali w pewnej odległości od tronu królewskiego. Kowdlar na to pytanie królewskie odpowiedział głęboki ukłonem, po czym zwrócił się szeptem do jednego z paziów. A tamten wyszedł pośpiesznie z sali audiencyjnej.

— Wasza Wysokość, poseł królestwa Trautonów czeka na twoją wolę — powiedział Kowdlar.

— Dobrze więc, niech wejdzie. — Gdy król kończył zdanie otwarły się wielkie drzwi do sali.

Zabrzmiały trąby i fanfary.

Anonser zakrzyknął tubalnym basem:

— Poseł królestwa Trautonów do jego miłości, króla Ulandii, Amargadeusza, Syna boga Re, władcy Północnego Cienia.

Z godnością wszedł do środka już niemłody człowiek, barwnie ubrany, z turbanem na głowie. Jego wąsy zwisały mu po bokach niby dwa pędzle. Przeszedł te kilkanaście kroków, po czym skłoni się nisko do ziemi i rzekł.

— Mam zaszczyt, w imieniu mego władcy, króla Tepika, przemawiać do Waszej Wysokości. Me miano to hrabia Seker.

— Cóż cię sprowadza, hrabio? — Amargadeusz powiedział tak, choć doskonale wiedział, jaki jest cel tej wizyty posła krainy, z którą teraz Ulandia toczy wojnę. Ale było to pytanie retoryczne, takie wynikające z konwencji każdej audiencji u króla.

— Panie, Wasza Wysokość, król mój przekazuje przeze mnie wolę pojednania się, Panie, z twoim królestwem.

— Tak? To ciekawe — Amargadeusz zmienił pozycję na tronie. — Bardzo Ciekawe. Ale czyż, pośle, twój Pan nie wie, iż to właśnie ja wygrałem bitwę z wojskiem twego Pana na Polu Czarnego Tura.

— Wasza Wysokość, mój Pan, król Tepik, doskonale o tym wie. Dlatego, Panie, prosi Cię, byś ty, Panie, wyznaczył warunki ewentualnego rozejmu między naszymi krajami.

— Mówisz: rozejm? Hm … Ciekawe to. Przecież jeszcze dwa tygodnie temu twój Pan chciał mnie zniszczyć. Ten rozejm będzie twego Pana kosztował wiele. Bardzo wiele. — Amargadeusz zamyślił się. — Powiedz swemu Panu, hrabio, że za trzy tysiące tysięcy talentów puszczę waszych krajan, a moich więźniów wojenny do domu. Niech tam. Nie jestem mściwy. Tym bardziej, iż za tą całą wojną stoi przecież zdrajca Uberyk. Albo… — Amargadeusz wziął głęboki oddech. — Jeśli twój Pan, król Tepik, odda Uberyka w me ręce, to wówczas zadowolę się tylko połową tej kwoty.

Hrabia Seker skłonił się nisko przed królem.

— Wasza Wysokość, przekażę memu władcy twoją wolę — powiedział, poprawiając sobie turban, który przy skłonie nieco się przechylił.

— No …. Dobrze, dobrze, pośle. Będę czekał. Ale zważ, że nie mam zamiaru utrzymywać długo waszych rodaków, a moich więźniów. A wiesz, co to znaczy dla nich, nieprawdaż? To przecież kosztuje, a dużo ich jest. Wasza armia, która nawiedziła mój kraj, była doprawdy liczna.

— Wasza Wysokość, z upoważnienia mego Pana, mogę Cię, Panie, zapewnić, iż król Tepik zapłaci za swoich rodaków.

— Czy to znaczy, iż oprócz kontrybucji wojennych zapłaci także osobno za ich wyżywienie? — Amargadeusz się ożywił.

— Tak, Wasza Wysokość.

— Aha… To dobrze. To bardzo dobrze. Kanclerzu — król zwrócił się do Kowdlara. — Zadbaj o tę sprawę. Dopilnuj, by poseł królestwa Trautonów bezpiecznie opuścił nasz kraj i — tu podniósł nieco głos — i wywiązał się ze swoich zobowiązań.

Przy łożu paliły się świece, takie duże, wysokie. Ludzie stali nieco dalej. W izbie było ciemno. Erej wpatrywał się uważnie w lico swego Mistrza. Cygan Dziad oddychał z trudem, policzki miał rozpalone; unosił się zapach przepoconej pościeli. Choć było już koło północy, domownicy nie mieli na sobie szat nocnych. Zda się, iż wszyscy czekali na ten nieodwołalny koniec. Koniec najmądrzejszego człowieka na świecie. Będzie to pewnie taki sam koniec jak koniec zwykłego kmiotka, co wypasa kozy. I ci najmądrzejsi, i ci najbogatsi, najdostojniejsi, najważniejsi kończą jak zwykłe ciury i pastuchy trzody. Śmierć wszystkich zrównuje.

— Kiedy Oland ma przyjechać? — Dyso szeptem zagadnął Ereja.

— Panie, dopiero za cały tydzień. Oczywiście z pewnym okładem.

— Za tydzień prawisz? Wydaje się, że Cygan Dziad już tego nie doczeka.

— Panie, w samej rzeczy. To kwestia najbliższych godzin lub nawet minut. Mój nauczyciel odda swego ducha prządkom Ewalom, co to tkają nasze przeznaczenie. Nie ma już dla niego żadnego lekarstwa. Jest już tak słaby. Cudu nie będzie. — Erej sięgnął po puchar, w którym źródlana woda była. Upił łyk. Postawił naczynie na stole. Tymczasem Dyso zbliżył się do swej żony, Uteny.

— Czy jest u nas Jerna? — spytał swej połowicy. A tamta szeptem mu odpowiedziała.

— Jest. W kuchni siedzi. Ona nie umie znieść widoku ludzi u kresu życia.

— A kto lubi? Czy ona wie, że Oland z Jutą przyjadą dopiero za tydzień?

— Nie pytałam, ale z rozmowy z nią wynika, iż nawet na to nie liczy. Sama wybiera się pojechać do Pustyni Róży. Córka ją w liście namawiała, by rzuciła te zimne, nasze strony, i by na starość przyjechała ogrzać kości suchym powietrzem lenna Olanda.

— Ja bym tam nie umiał żyć w takim gorącu — po cichy przyznał Dyso. — Już wolę tę świeżość i bryzę naszego powietrza. Może i u nas zimno, a to przecież kożuch można włożyć, przy kominku się ogrzać. Teraz nas na to stać, by w piecu palić dobrym drewnem.

— Ale ona tęskni do córy. Dumna jest z niej, jako i my z naszego syna. — Jakaś łza wzruszenia pojawiła się w jej oku.

— A tak, dziwny ten los, zawsze się bałem o żywot Olanda, a tu przychodzi na starość nam mu usługiwać. Taki to Pan.

— My też Pany teraz, mój mężu. Moglibyśmy się nawet przeprowadzić do stolicy, do Wendy i tam w dostatku dożyć swego życia. — Widać było, że ten jej własny pomysł, spodobał się Utenie.

— Przestań. Nie kuś losu. Źle ci tu? Wszystko masz teraz. Wszystko w brud. Nawet ptasiego mleczka ci nie zbraknie -Dyso się nieco zdenerwował tym pomysłem swej połowicy. Ale mówił cały czas po cichu.- Pamiętaj, żono, że my zwykli wieśniacy, wstydu tylko i sromoty byśmy w Wendzie przynieśli naszemu synowi i wnukom. A wrogowie Olanda mieliby tylko zysk w tym. Dlatego żyjmy tu sobie powoli i cicho, w dostatku i w szacunku naszych sąsiadów. Bo tego nam teraz nie brakuje.

— Masz rację, Dyso, tak się tylko rozmarzyłam, ale ty, jak zawsze, i teraz masz rację. Tylko byśmy byli tam pośmiewiskiem. Nasze maniery i obyczaje stałyby się tematem dworskich plotek.

Dyso zobaczył, iż Erej coś pokazuje mu gestem. Młody mężczyzna najwidoczniej sygnalizował, iż coś się dzieje z Cyganem Dziadem, bo nagle ciszę w izbie przerwało:

— Bogowie! — to Cygan wykrzyknął, równocześnie podniosło go tak, iż wodził nieprzytomnie oczyma z pozycji półsiedzącej. — Bogowie! Co ja uczyniłem?

Potem znów opadł bez sił na poduszki. I zamarł, tylko oczy miał otwarte. Lecz już się nie ruszał.

— To koniec. Umarł — powiedział Erej. — Umarł nasz Mistrz i Przyjaciel.

W tej samej chwili kobiety zaczęły zawodzić i lamentować. To były Utena i służka Motencja. Dyso podszedł do łoża, nachylił się nad ciałem i zamknął oczy temu, co to, powiadają, wszystko wiedział.

W komnacie królowa Sylanda siedziała przed kryształowym lustrem. Sama rozcierała jakiś proszek na policzki. To była królewska toaleta. Amargadeusz siedział w głębi i obserwował poczynania swojej małżonki. Toaleta królowej to nie była duża komnata, ale to tu Sylanda zwykła, już bez pomocy dwórek, pielęgnować swą urodę. To prawda królowa młoda była, bez żadnych felerów urody. Jednakowoż miała w zwyczaju jeszcze podkreślać swe walory sztucznymi praktykami. Więc różnorodnych maści, proszków, roztartych pereł, oliwek nie brakowało jej. Stały one rzędem, niczym legion królewski, przed kryształowym lusterkiem. A królowa tylko wybierała, kierowana impulsem lub wyuczoną praktyką.

— Nie oddadzą oni ci tego parszywca Uberyka? — powiedziała Sylanda do Amargadeusza.

— Nie. Chyba nie. Tepik woli zapłacić całą kwotę. To jest trzy tysiące tysięcy talentów. Wyobrażasz sobie, moja droga, taką kwotę? Jak mi donieśli szpiedzy, podobno Uberyk opuścił królestwo Trautonów. Nie wiadomo, gdzie teraz przebywa. Znów pewnie knuje, podlec i renegat — Amargadeusz aż kaszlnął ze złości.- Ale to jest kwestia czasu, kochanie, i moi ludzie ustalą, gdzie on się ukrył. Coraz mniej mu zostało miejsc na kryjówkę.

— On prędzej zdziczeje gdzieś na odludziu, niż podda się tobie, mój drogi mężu. Teborna mi mówiła, iż jakoby Uberyk miał wizję, iż to on będzie władał Ulandią.

— Bzdura. Ja jestem namaszczony i mnie chronią błogosławieństwa i znaki, których nawet Uberyk, jako Mag, nie zdoła złamać. Mój ojciec, król Oteler, już o to zadbał, by nasz ród do dni ostatnich władał Ulandią. Przeżyłem już pięć zamachów, w tym dwa na Wyspach Gnomów. Nawet trucizna Uberyka mnie nie zmogła.

— Wiem, wiem, mój drogi. Nawet wojownicy Okute nie dali rady. Mówiłeś mi już.

— W samej rzeczy, a to przecież najsprawniejsi zabójcy jakich mieli gnomy —

Amargadeusz przyznał małżonce rację. — Więc widzisz, prędzej ja dorwę Uberyka, a wtedy powieszę go głową w dół, by jego własna krew go uśmierciła. Skórę z niego żywcem każę zdjąć, wykastruję go jak wałacha — Amargadeusz aż cały zsiniał z emocji.

— Daj spokój, daj spokój, bo ci to zaszkodzi — powiedziała królowa. — I tak go dostaniesz. Takie mam kobiece przeczucie.

Amargadeusz wstał z wolna z fotela, na którym siedział. Przeciągnął się; ziewnął. Nalał sobie wina do pucharu. I pociągnął solidny łyk.

— Pijesz już przed śniadaniem? — Sylanda przytomnie zareagowała.

— A to takie słabe wino. Słabe, ale bardzo dobre. Czasami sobie pozwalam. Mam tego jeszcze ze dwa antały w zamkowych piwnicach. — Amargadeusz znów wychylił spory łyk. — Kowdlar mi go sprowadził. Ze Średnich Lasów ci ono. Bardzo zachwalał jako dobry lek na silne nogi. Silne nogi i sprawność umysłu.

— Aha. To, mój drogi, nalej i mi, chcę spróbować.

Amargadeusz nalał do swego pucharu solidną porcję wina, podszedł i podał go Sylandzie. A ta zamoczyła swe powabne wargi w trunku.

— Dobre! W rzeczy samej dobre — przyznała. — Słodkie, niczym dojrzałe pomarańcze — stwierdziła.

— Tylko trzeba je pić na czczo. Właśnie na czczo. Dlatego teraz piję, jeszcze przed śniadaniem. I pije się tylko dwa puchary, najwyżej dwa puchary naraz, tak mi przynajmniej prawił Kowdlar. Podobno to receptura Cygana Dziada.

— Kogo? — zapytała nieświadoma królowa.

— A to taki typ. Wyobraź sobie, wyrocznia w Engorze orzekła lata temu, że to najmądrzejszy człowiek na świecie. Miałem go kiedyś przy sobie, to znaczy przy dworze, ale odprawiłem, bo zaczął mnie swą mądrością mierzić. Podobno, tak mi Kowdlar prawił, służy on teraz Olandowi swą mądrością. U mnie nie ma miejsca dla takich. Wolę się pytać doradców w konkretnej sprawie. Nie może to przecież być, by jeden człowiek mi doradzał. — Sylanda oddała puchar, już pusty, Amargadeuszowi. — Ale trunek dobry, Sylando. To trzeba przyznać. I wiesz, faktycznie, jakby lżej mi się stawało z łoża po spoczynku nocnym, odkąd go piję.

Usłyszeli stukanie do drzwi komnaty.

— Obik, wchodź — Amargadeusz krzyknął.

I, w rzeczy samej, w rozchylonych drzwiach ukazała się głowa wiernego królewskiego sługi, Obika.

— Wasza Wysokość, przyjechał, to znaczy przypłynął, goniec od barona Zuberta, z koloni Wyspy Gnomów.

— I cóż z tego. Jeszcze śniadania nie jadłem, sam wiesz. Niech goniec poczeka. Ty lepiej powiedz kucharzowi, jak jeszcze raz jajko będzie zalatywać, to go wrzucę żywcem do gnojówki. No, już, już. Zostaw nas samych, bo coś czuję, że spełnię jeszcze teraz swój małżeński, a po prawdzie królewski, obowiązek. Jeszcze teraz przed śniadaniem. Co ty na to, kochanie?

Sylanda tylko uśmiechnęła się wdzięcznie, a pewnie pomyślała sobie, iż to wino ma mieć dobroczynne działanie nie tylko na nogi.

Presurt Oland patrzył dziwnie, z pewnym niedowierzaniem, na ten kopiec kamieni.

To tu spoczął Cygan Dziad. Oland był sam, wczoraj z Jutą dopiero co przyjechali do Kulanek. Dzisiaj samotnie wybrał się pożegnać przyjaciela. Juta początkowo chciała z nim iść, lecz on nie chciał i ona w końcu nie nalegała. Ten usypany kurhan emanował jakąś siłą. Choć w promieniu kilkuset kroków nie było żadnej ludzkiej siedziby, Oland czuł, że ktoś tu jest z nim. Jakaś aura tajemniczości biła z tej zalesionej polany, gdzie był kurhan Cygana Dziada. Wtem promień słońca zatańczył dziwnie pośród listowia. A może to był ptak, gdzieś tam w obłokach? Ptak, który przesłonił na moment światło. Cień padł prosto w środek kamienistej górki kurhanu. Oland zauważył wtedy, że jeden z kamieni tam, tam pośrodku, był nieco inny. Nie pasował do reszty. Błyszczał zielenią. To przecież awenturyn. Co on tu robi? Taki duży? — Olandowi przemknęło w głowie. Schylił się; podniósł kamień; otarł go o szaty. Przepiękny okaz awenturynu.

Może to pamiątka po tym człowieku, pamiątka dla mnie? -pomyślał.- Dziękuję Cyganie, zawsze będę o tobie pamiętał. Schował kamień do kieszeni.

Gdzieś w oddali odezwała się sowa. Było co prawda trochę za wcześnie, ale Oland nie mógł się mylić. Jak pamiętał, kowal Bapago mówił mu onegdaj, iż sowa jest symbolem mądrości. Istniała duża szansa, iż to właśnie sowa ma swe gniazdo niedaleko kurhanu najmądrzejszego z ludzi. Miało to niemal symboliczne znaczenie. A może to nawet była ta sama sowa, ptak, który przed momentem leciał ponad grobem.

Zapanowała cisza, cisza na leśnej polanie. Cisza pośród bogactwa fauny i flory. I sowa zamilkła, i zamilkły nawet koniki polne, próżno by nawet szukać brzęczenia pszczół czy bąków, które powinny teraz, właśnie teraz, pracowicie zbierać pyłki kwiatowe. Cisza nastała. Żałobna cisza.

Jeszcze raz popatrzał z pewnym niedowierzaniem- bowiem cały czas nie umiał uwierzyć, iż Cygana Dziada już nie ma- na ten kamienisty kurhan. I zmówił modlitwę za duszę zmarłego. Po czym wolnym krokiem skierował się ku żywym. Poszedł prosto do domostwa swych rodziców. Polana zaś zaiskrzyła się swym bogactwem życia.

Blask bił prosto z kryształowej kuli. Uberyk siedział na wprost. Starał się dojrzeć coś tam, pośród struktury kryształu. Kula emanowała lekko lazurowym odcieniem. W głębi palił się kominek. Zaraz miał tu przyjść Olert, wierny sługa Regenta. On i Kalderonte byli wierni do końca. Jemu wierni. Właściwie nie mieli innego wyjścia, bowiem kiedyś tam postawili na Uberyka, i muszą teraz grać do końca tymi kartami.

W Ulandii, bez Uberyka, czeka na nich tylko stryczek, albo jeszcze coś gorszego.

Inny rodzaj okrutnej śmierci za zdradę króla Amargadeusza.

Mag Uberyk śpieszył się. Pośpiech jednak nie jest cennym doradcą. Tym bardziej w magii, dywinacji. Chciał się przekonać ostatecznie, czy ma opuścić gościnne strony Spoka, królestwa Trautonów? Chciał wiedzieć, czy król Tepik zmienił wobec niego zamiary? Może odda go w ręce siepaczy Amargadeusza? Nie był do końca tego pewnym. A niepewność w jego położeniu to był za duży luksus, „komfort”, na który nie było go stać. On musiał mieć pewność. Runy mówiły, że czekają go zmiany. To było raczej oczywiste. Uberyk jednak do końca nie wiedział, czy będą to dobre lub złe okoliczności? Od kilku dni chciał inną drogą upewnić się co do swego losu. Lecz prawda jest taka okrutna, i wiedzą to wszyscy Wróże i Magowie — wiedział to też i sam Uberyk- iż najtrudniej jest wróżyć samemu sobie. Do północy zostało raptem kilka minut. A Olerta jak nie było, tak nie ma. Kalderonte już wcześniej, tuż po przegranej bitwie na Polu Czarnego Tura, opuścił drużynę Uberyka. Ale nie, nie zdradził swego mocodawcy, lecz ruszył z tajną misją w strony Oforyki. Było tam kilka księstw i pomniejszych królestw, które niezbyt przyjaznym okiem patrzały na poczynania Amargadeusza. Poza Ulandią Amargadeusz miał skrajnie różne notowania u innych władców. Właściwie przeważały jednak negatywne. I w tym tkwiła ostatnia nadzieja. Potężny Regent znowuż będzie musiał „błagać” o protekcję. Być może nawet u pośledniego lokalnego władcy, gdzieś tam na obrzeżach Oforyki. Drugą pozytywną okolicznością, przynajmniej dla Uberyka, było to, iż z olbrzymiej sumy wielu tysięcy tysięcy talentów, które Amargadeusz zyskał po wyprawie na Wyspy Gnomów, praktycznie nie zostało już wiele. Król Ulandii bowiem zainwestował olbrzymie kwoty na budowę nowego portu, Awefe. Stary, Ulende, okazało się po ostatniej zimie, nie nadawał się już do dalszej eksploatacji, przynajmniej na szeroką skalę. Nieopłacalna była ta także jego renowacja. A Amargadeusz za pozostałe środki rozwinął bardzo handel z ościennymi krajami. Potrzebny był też dobry port dla eksploracji, którą Amargadeusz konsekwentnie realizował, bogactw- to jest głównie minerałów, kamieni szlachetnych i złota- Kolonii Wyspy Gnomów. Nie miał już Amargadeusz takich środków finansowych, by ofiarować za Uberyka pokaźnych sum, by ewentualni skuszeni nimi przyszli protektorzy największego wroga władcy Ulandii skłonni mu byli go oddać. Oddać na talerzu głowę wstrętnego renegata Uberyka. I to nawet w tym dosłowny znaczeniu.

Nagle zdało się Uberykowi, że światło zaczęło tańcować gdzieś tak w głębinie kuli.

Bogowie! Powiedzcie swemu słudze, co mnie czeka? Bogini Matko, Boże Ojcze! Dajcie mi odpowiedź. Jaki los mnie czeka? Czy będę władał Ulandią? Czy zniszczę tyrana Amargadeusza?


Uberyk wpadł w rodzaj transu. Jego zmysły doznały wyostrzenia. Trzask strzelającej szczapy w kominku wydał mu się, niczym wystrzał wojennej kolubryny. W jego umyśle zdało się, iż widzi obraz jakiejś walki. Tak. Bez wątpienia, on widział w kryształowej kuli bitwę. Obrzydłe orkhi i kolosy miotały zewsząd swym jadem. Mężni rycerze odpierali atak wrogiej nawały. Strzały i bełty godziły w walczące strony. Gdzieś w dali, tak, rozpoznawał to dobrze, zobaczył jakiś sztandar. Chwila skupienia, i Uberyk już widział królewski herb, potężny lew dzierżący miecz. Amargadeusz znowu stanie przeciwko mnie. -pomyślał. — Lecz wówczas pewnie zetrę go z jego wojskiem. Zetrę w pył i kurz. Przecież to mi wyrocznia powiedziała, iż władać będę dumną Ulandią.

I oto wszystko się skończyło. Jego wizję i trans przerwał hałas stukania i drzwi komnaty. Nie był to łomot, lecz na tyle głośny to był sygnał, iż przerwał Uberykowi, można rzecz, w najciekawszym momencie. Uberyk się ze złości żachnął. Kilkanaście sekund minęło, nim wrócił do dobrej formy.

— Wejść — krzyknął.

Do izby wszedł Olert. Ubrany w skórzany, wojskowy uniform.

— Jakie wieści niesiesz, generale? — Uberyk już zupełnie do siebie doszedł.

— Panie. Jesteś bezpieczny w królestwie Trautonów. Król Tepik odrzucił bardzo korzystną dla siebie ofertę ze strony Amargadeusza, i w konsekwencji nie wyda Cię, Panie, temu okrutnikowi.

— Ile mu Amargadeusz dawał za mnie? — Uberyk był konkretny.

— Prawdopodobnie około tysiąca tysięcy talentów w złocie. — Olert usiadł na fotelu wskazanym mu przez Uberyka. — Panie, pozwól, że uraczę się winem z twego stołu, bowiem jestem wielce spragniony.

— Proszę, generale. Nie krępuj się.

Olert nalał sobie do pucharu wino. Po czym z pewną łapczywością wychylił spory łyk trunku. Nabrał przy tym kilka głębokich wdechów.

— Oto, mamy, Panie, dokładną relację jednego z zaufanych ludzi króla Tepika. Twierdzi on jednak, że król nie myśli dokonać wiarołomstwa, bowiem wprzódy w świątyni Kerdolota przyrzekł on Ci, Panie, pełne bezpieczeństwo. Nie obawiaj się więc.

— Hm… Wiesz, każdą przysięgę można w konsekwencji zmienić lub anulować. Tym bardziej, i tym częściej dzieje się tak na królewskich dworach. Planuję jednak, generale, że podziękujemy za gościnę królowi Tepikowi. Ale zrobimy to na tyle sprytnie, iż być może, że sam Tepik się nie zorientuje i będzie nadal myślał, iż jestem gdzieś na terytorium królestwa Trautonów. Czekam, generale, teraz na raport od Kalderonte. Jest bowiem jedno takie państewko, dość małe, przyznaję, w Oforyce. Na razie, dla bezpieczeństwa, nie podam ci jego nazwy, choć ufam Ci bezgranicznie. Państewko to, a ściśle jego król, chce, bym pomógł mu w odkryciu Kamienia Filozoficznego. Cha! Wyobrażasz sobie. Mały kraj, ale ambitny. Ha, ha, ha — roześmiali się oboje. — Wiesz, dlatego że Ci ufam bezgranicznie, powiem ci. Gdybym ja znał i wiedział jak zrobić Kamień Filozoficzny?! Ha, ha — teraz śmiał się już tylko Uberyk. — Odwieczne marzenie Magów i Wróży. Kiedyś, gdy byłem znacznie młodszy, nawet myślałem, że jestem blisko odkrycia, ale dziś … Ba… Sam wiesz. Ale nie musi tego wiedzieć ów władca, gdzie przemyśluję że się przeniesiemy. Do czasu, oczywiście, tylko do czasu, aż znowu nie zmontujemy koalicji przeciw tyranowi Amargadeuszowi. Wtedy być może znowu uda mi się skłonić Tepika do naszej koalicji, bowiem bardzo ubodło to jego dumę, owa klęska na Polu Czarnego Tura. Mieliśmy tam trzech naszych na jednego ich. Ale ten podły Luruk zgotował naszym wojenny fortel. Zresztą wiesz dobrze, przecież walczyłeś. Tepik na samo słowo Pole Czarnego Tura dostaje szału. Boleśnie go to dotknęło. Sądzi, iż inni władcy drwią teraz z niego. Myślę więc, iż w konsekwencji Tepik będzie się chciał odegrać na Amargadeuszu. Przyłączy się więc znów do nas i wtedy zniszczymy tego uzurpatora Amargadeusza.

— Panie, dobrze prawisz — przyznał Olert. — Ja z moich źródeł dobrze wiem, jak bardzo boli owa klęska króla Trautonów. I dodatkowo te nowe wojenne kontrybucje, które będzie musiał wypłacić Amargadeuszowi. Lecz, jak wiesz dobrze, Tepik jest bardzo honorowy, i nigdy się jeszcze nie zdarzyło, by wycofał się z jakiejś sprawy, której ręczył honorem. Więc i tę kontrybucję zapłaci co do obola.

— Właśnie, mówisz nigdy. Oto nie mów, mój drogi, nigdy nigdy. Oto może być ten pierwszy raz, gdy talenty przesłonią Tepikowi własny honor. Tego się boję. I mam pewne uzasadnienie, oto wróżba z run mówi mi, iż nie jestem już tu w królestwie Trautonów bezpieczny. A ja bardziej wolę ufać swoim umiejętnościom, niż nawet honorowi królewskiemu.

— Panie, my, twoi słudzy, ufamy Ci — Olert skłonił głowę w geście szacunku.

Uberyk pokrył się pąsowym rumieńcem. Ten rodzaj czołobitności mu odpowiadał. Wiedział, że oni będą mu służyć. Służyć aż do końca. I dla nich i dla niego nie było odwrotu. Uberyk zakrył kryształową kulę aksamitną chustą. Podszedł do stołu, za którym Olert siedział. Siedział i pił wino z pucharu. Mag wziął dojrzałe grono winorośli i skosztował. Ciepły, słodki smak.

— Powiedz mi, generale, jaki jest stan naszych funduszy?

— Regencie, około pięćdziesiąt tysięcy talentów w złocie — odpowiedział sługa.

— Hm… Dużo to i mało. Dużo, by się urządzić w życiu, lecz za mało na kolejną wojnę- przyznał ze smutkiem w głosie Uberyk.

— Panie, Kalderonte mi prawił, że w naszej drużynie jest człowiek, były pirat, który twierdzi, iż wie, gdzie jest ukryty skarb Molewera, największego pirata w naszych czasach. Sam Molewer ponoć zginął, lecz temu człekowi zostawił wskazówki, gdzie ukrył swój skarb. Temo, ów człowiek, upiera się, że takiego skarbu świat nie widział. Jak szacował Molewer, zgromadził on skarb pięciu tysięcy tysięcy talentów. To są skrzynie pełne brzęczących dinarów, szkatuły przepełnione szafirami i rubinami czerwonymi jak krew z ołtarza ofiarnego. Czarne perły, brylanty tak wielkie jak pięść dziecka. Kły mamucie, lśniące jasnym beżem. Kość słoniowa.

— Co? …. Powiadasz w naszej kompani? — Uberyk się szczerze zainteresował.

— Tak, Panie. Uważaliśmy dotąd, to jest ja z Kalderonte, iż są to czcze przechwałki pirata, który chciał się ratować tym sposobem od stryczka. Lecz niedawno, dwa, trzy dni temu, dostałem poufne informacje od naszego agenta, iż faktycznie coś może być na rzeczy.

— To dlaczego ja się dowiaduję o tym dopiero teraz? — Uberyk przybrał surowy ton głosu.

— Panie, właśnie dlatego, iż ta informacja była niepotwierdzona. Dopiero od dwóch dni ja sam zacząłem uważać przechwałki Temo za potwierdzone. Jak mi donosi mój agent, ten skarb jest ukryty gdzieś na wyspach bliskich zachodnich stron Oforyki. Szacuje się, iż Molewer gromadził swój skarb dwadzieścia lat.

— O! … Do diaska. Sprowadź mi tu tego całego Temo. Jeśli łże, ja go zdemaskuję. A jeśli nie łże? O bogowie! Byłby on dla nas prawdziwym zrządzeniem losu.

— Panie, będą z tym pewne problemy, bowiem nie wydobrzał on jeszcze z ran odniesionych w bitwie na Polu Czarnego Tura. Ale, jeśli chcesz, Regencie, uda mi się go tu sprowadzić w ciągu tygodnia.

— Nie wiem, czy będziemy tu jeszcze tydzień — stwierdził Uberyk. Ale zaraz dodał. — Sprowadź go do mnie najszybciej jak to możliwe. Trzeba działać szybko. Bo jeśli tobie szpiedzy potwierdzili słowa Temo, podobnie może być w szeregach naszych wrogów, tam też mają szpiegów. Trzeba koniecznie ochronić tego pirata. Inaczej nici dla nas z takiej fortuny. Nasi wrogowie też z chęcią zagarnęliby takie skarby.

— Tak, Panie. Zrobię wszystko, co będzie można. Jedno jest pewne. Temo nie odniósł w bitwie śmiertelnych ran. Jedynie powierzchowne. Miał też przeszyte strzałą ramię.

— Dobrze, generale. Ale zachowaj czujność i działaj w sekrecie. Jak najmniej ludzi niech wie o twoich poczynaniach. Właściwie nikt postronny nie powinien wiedzieć. — Uberyk sięgnął do patery po jeszcze jedno grono. — Dobrze służysz naszym sprawom. Jestem kontent z twych starań. Lecz teraz musisz wykazać się szczególnymi talentami. Nie spartacz tej sprawy. Od ciebie zależy, czy spadnie głowa wstrętnego Amargadeusza.

Uberyk podszedł do okna komnaty. Otworzył drewniane okiennice tego małego okienka. Na zewnątrz ciemna noc była. Po północy ledwie. Lecz powiew świeżego powietrza ocucił nieco lico Maga. Gdzieś w oddali jakiś pies szczekał. Dochodziły też dźwięki z kuźni. Stary kowal Erew szykował podkowy dla jazdy rycerskiej. Noc była gwiaździsta. Bezchmurna. Duży rogal Księżyca pilnował z wysoka porządku w grodzie. Uberyk rozkoszował się tym chłodnym powiewem; myślał. Głęboko się zastanawiał.

— Czy ten Temo jest w stanie doprowadzić nas do tego skarbu? — rzucił, nie odwracając się nawet.

— Tak, Regencie. Cały czas twierdzi, że to jest skarb zbyt wielki jak dla jednego człowieka. Ponadto potrzeba do tego kilku dobrych statków — Olert mówił, popijając winem.

— Tak. Myślę, że będziemy w stanie zorganizować wyprawę. Czy on wspominał nazwę tej wyspy, gdzie skarb jest ukryty?

— Nie, Panie. Twierdzi, że gdyby ujawnił, jego życie straciłoby wartość. Boi się. Powie dopiero już na statku.

— Hm … Ma w sumie rację. — Uberyk uśmiechnął się, lecz był dalej zwrócony plecami do Olerta, więc tamten nie mógł tego widzieć. — Dlaczego on z tym nie poszedł do obozu Amargadeusza? — Pytanie było konkretne.

— Właśnie ze strachu, mówi, że bał się Amargadeusza. Tamten nie patyczkowałby się z nim. Pewnie oddałby go w ręce kata.

— Bystry — przyznał Uberyk. — Powiedz mu, że jeśli mówi prawdę, jeśli wskaże nam miejsce ukrycia skarbu, będzie miał z tego dożywotnią rentę. Postępuj z nim tak, by nie wzbudzić u niego lęku i obaw o własne życie. To ważne, generale, bardzo ważne. I otocz go po cichu ochroną, tak, by nikt niepowołany do niego nie miał dostępu bez mojej zgody, oraz, żeby on nam nie zwiał gdzieś. Jesteś za to odpowiedzialny. Pamiętaj! Pięć tysiący tysięcy, tak, za to moglibyśmy zbudować całkiem solidną koalicję przeciw uzurpatorowi Amargadeuszowi. Ta ochrona ma być niewidoczna. On nie może się nawet domyślać.

— Kto? — spytał zdezorientowany Olert.

— No, ten Temo. — Generał odwrócił się na fotelu w stronę Maga. A tamten cały czas stał przy otwartym oknie. Trochę się w izbie przez to ochłodziło. Uberyk zaś prawił dalej. — Masz w tym przecież spore doświadczenie. Twoi ludzie umieją się niemal wtopić w otoczenie. Jestem pewien, że dacie radę. Czasami tak się zastanawiam, czy ja sam nie jestem otoczony twoimi ludźmi? Twoimi, albo Tepika.

— Ależ, Regencie, jak bym śmiał? — generał zaoponował gwałtownie.

— Dobrze, już dobrze. Żartowałem — ale widać było po Uberyku, że daleko mu do śmiechu. — Widzisz tę ciężką księgę, tam przy ołtarzyku bogini Isztare?

— Tak, Panie.

— To Księga Jutra. Jeden z sześciu egzemplarzy. Siódmy, także mój, został zniszczony przez Amargadeusza, zaraz po tym, jak wrócił do władzy, a ja musiałem szukać azylu w obcych stronach. Pewnie nie wiesz dlaczego spalił tę księgę?

— Chyba się domyślam, Panie — odpowiedział Olert.

— Otóż dlatego spalił, ponieważ tam zawarte jest proroctwo, że to ja, Mag Dobroczyńca, mam zapanować w Ulandii. — Uberyk zamknął okiennice okna. Powoli podszedł do swego fotelu. — Mówiłem ci o tym już dawniej. Tobie i Kalderonte.

— Pamiętam, Panie.

— Jestem pewny, że nic nie jest w stanie uratować tego tyrana. Był moment, gdy zwątpiłem. Wtedy, gdy rozpięty byłem łańcuchami w celi Ufensa. Wtedy, faktycznie, zwątpiłem. Ale trwało to tylko raptem kilka godzin. Nic, mój drogi generale, nic, nawet to, co nam pisane, nie przychodzi do nas łatwo i bez wysiłku. Jestem od ciebie nieco starszy. Tak jak starszy brat. Uwierz mi, generale. Zniszczymy wspólnie podłego Amargadeusza. A potem stworzymy razem bogate i sprawiedliwe królestwo — Uberyk mówił niby natchniony. Usiadł aż z tych emocji na fotelu. Olert milczał, ale przyglądał się uważnie Magowi.

Z tych emocji Uberyk sięgnął po puchar wina. Przedni to był trunek. Umilkł na chwilę. Olert chciał wstać, lecz Uberyk gestem powstrzymał go. Podszedł i wziął w drugą rękę Księgę Jutra. Tak prosto, wprost z ołtarzyka bogini Isztar. Z hukiem upuścił ją na blat stołu, za którym siedział generał.

— Masz tu. Masz tu dowód. — otworzył księgę. — O tu! Krzyknął prosto w twarz swemu generałowi. — władca z rodu smoka zginie haniebną śmiercią, a po nim zasiądzie w królestwie na jego tronie Pan, w którego żyłach krew Elukinów płynie … — Mag czytał Olertowi. Tamten rzucił okiem na księgę, potem popatrzył głęboko w oczy swemu “pryncypałowi”.

— Panie, czy ty pochodzisz z tego rodu? — dziwne to było, ale chyba generał był ciut zagoniony w kozi róg.

— Tak, to prawda. Choć nie znam ojca, ale ród Elukinów liczy się po kądzieli. To ród, który wywodzi się wprost od Bogini Matki. A moja rodzicielka na łożu śmierci przekazała mi tę tajemnicę. Teraz i ty wiesz, lecz trzymaj język za zębami. Bo możesz stracić i język i głowę. Najpewniej nie w smak to było Amargadeuszowi, gdy poznał teraz już naszą wspólną tajemnicę. Nie mów nawet Kalderonte. Sam mu kiedyś powiem, tak jak i tobie powiedziałem.

— Panie, czy ktoś zna jeszcze treść Księgi Jutra?

— Praszczury Elfy. Te z Czarnej Oazy. Kraina ta głęboko na północy świata jest.

Nie wiadomo więc, czy oni przeżyli upadek Karocy Kerdolota. Tam cały świat zamarł. Pomarły nawet sępy, co zwykle padlinę żrą. Ale Elfy mają swoje sposoby, by oszukać sieć przeznaczenia. Mogły poukrywać w głębokich jaskiniach, w śniegach niezmierzonych. No i może… no i może jeszcze tylko dwie osoby.

— Kto, Panie?

— Cygan Dziad, i jego pan, Presurt Oland.

— Panie, nie mówiłem Ci, bo to świeża dość wiadomość. Cyganowi Dziadowi się pomarło. Zostaje już tylko Oland.

— Wiem, do czego zmierzasz… Ale nie, Oland nie jest dla nas zagrożeniem. Wiem coś o nim. Kiedyś ci może i to wyjawię. Ale wierzaj mi, on nam nie zagraża.

Uberyk zatrzasnął z tym samym hukiem grube, drewniane oprawy Księgi Jutra. Zrobiło to, a jakże, niemałe wrażenie na generale Olercie. I z powrotem zaniósł ją wprost na ołtarz bogini Isztar. W drugiej ręce cały czas trzymał puchar z przednim trunkiem. Olertowi się zdało, iż jego mocodawca pewnikiem dzisiaj za dużo wypił, i być może dlatego wyjawił mu swą tajemnicę. Jak każdy Mag i on miał słabą głowę. To przez wdychanie oparów wieszczych ziół się najpewniej działo. Każdy bowiem fach ma swoją cenę. I ci, co z mrocznym światem Planu Astralnego utrzymywali szczególne więzi, również płacili za to wysoką cenę. Czasami się zdało, nie tylko generałowi Olertowi, ale także innym ludziom związanym z Magiem, że ich wódz traci kontrolę nad rzeczywistością. Tak jakby Uberyk nie umiał przeprowadzić widocznej granicy między światem nadprzyrodzonym, a zwykłą codzienną realnością. Zresztą tak już będzie zawsze, tego mógł być pewien każdy, kto poznał Uberyka. Nawet na tronie, jeśli na takim zasiądzie potężny Uberyk, gdzieś zawsze w pobliżu będzie kryształowa kula, runy i wahadełko.

Stara rana zawsze dawała znak, właśnie wtedy, gdy emocje zalewały jego percepcję. Stara rana, ta zadana sztyletem z zamiarem godzenia w samo serce. Kowdlar chwycił się nieświadomie za klatkę piersiową. Ale oprócz emocji była też duma. Oto jego dziecię, za rok będzie pasowany na rycerza. Atagr pójdzie w ślady swych przodków. A dzisiaj dumny ojciec obserwuje, jak młodzian, choć dopiero przecież dziewięciolatek, atakuje swym ogromnym drewnianym mieczem fechmistrza. Fechmistrz setnik Zapara, stary sługa księcia Kanclerza, został specjalnie sprowadzony wprost z legionów Ludzi Małych po to, by wyćwiczyć w wojennym rzemiośle latorośl samego księcia Kowdlara.

— Naprzód mały — Kowdlar krzyknął z zapałem w kierunku swego syna. Ta udawana walka malca z prawie trzy łokciowym olbrzymem odbywała się na dziedzińcu Pałacu rodziny Kowdlara w samym centrum Średnich Lasów. — Nie bój się, bo strach zagnieździ się w twych stopach. Wyrzuć go stamtąd i atakuj jak prawdziwy rycerz — Kowdlar krzyczał, cały czas trzymając się za bolącą pierś. — Dobrze — krzyknął zachwycony ojciec, po tym jak Atagr z całej siły raził swym mieczem nogi Zapara. Było to po prawdzie bardzo chaotyczne, ale przecież przed małym książątkiem jeszcze lata nauki. Dzisiaj liczyła się tylko u niego odwaga i hart ducha. A tego mu nie brakowało i dlatego Kowdlar był tak dumny z syna.

Atagr był aż cały spocony z przejęcia. Machał na prawo i lewo drewnianym mieczem. A setnik Zapara odskakiwał, ewentualnie bronił się małą tarczą. Taką symboliczną. Tylko dla pozoru. Młodziutki książę nie mógł bowiem razić w korpus takiego wielkiego olbrzyma. Dlatego to nogi stały się faktycznie celem ataków młodzieńca.

Tę chwilę beztroski Kowdlara przerwał nagle jakiś takich harmider dobiegający zza pleców. Kowdlar odwrócił głowę. Oto w jego stronę biegł jakiś młody człowiek. Kowdlar rozpoznał barwy królewskie. To był najpewniej posłaniec królewski.

— Wiadomość od króla Amargadeusza do szlachetnego Kanclerza Kowdlara! — krzyknął mężczyzna z pewnego oddalenia.

— Daj to pismo — odpowiedział Kowdlar.

Posłaniec podał list królewski, głęboko kłaniając się równocześnie wpół. Kowdlar spytał:

— Czy Jego Królewska Mość życzy sobie odpowiedzi? — rozłamał pieczęć królewską.

— Nie, Panie.

— Więc możesz odejść. Idź do pałacowej kuchni, tam napoją cię i dadzą posiłek. Jeśli masz na to dostateczny czas, możesz dziś przenocować w pokojach służby. — Kowdlar zrobił gest ręką, jak gdyby skończył już rozmowę. Posłaniec skłonił się powtórnie i poszedł prosto do wejścia do pokoi służby pałacowej.

Chwilkę to trwało nim Kowdlar ostatecznie rozprawił się z pieczęcią królewską i rozłożył list. Król wzywał go, by natychmiast stawił się do Wendy. Podobne rozkazy dostali i elektan Ztor, i książę Adlar, takoż i Presurt Oland. — Co to może oznaczać? — pytał sam siebie w duchu. To nagłe zebranie włodarzy kraju było dość dziwne. Tym bardziej teraz w okresie świąt boskich godów, boga Kerdolota i bogini Isztar. Czas ten, taka była reguła, był czasem pokoju i odpoczynku dla każdego, od pospolitego ciury po księcia Kanclerza.

— Setniku Zapara, jeszcze kilka minut i dość, daj odpocząć memu synkowi.

Potem do stajni. Ten mały kuc, wiesz który, będzie dobry dla Atagra. Ja muszę iść do swej kancelarii, gdyby coś się działo, Zapara, poślij po mnie jakiegoś sługę.

— Tak, Jaśnie Panie — Kowdlar usłyszał od fechmistrza.

Dwaj zapaśnicy, usmarowani masłem lubo oliwą z oliwek. Jeden drugiego starał się powalić na piaszczystą arenę. Byli nadzy i byli usmarowani po to, by przeciwnik nie miał ułatwionego zadania. Jeden był starszy, bardziej doświadczony. Drugi to młokos był, lecz nie ustępował siłą temu dojrzalszemu. Atutem tego pierwszego było doświadczenie, ten drugi zaś chciał powalić mistrza. Król Amargadeusz ukradkiem ziewał. Wolał on takie walki, gdzie stawką było życie. Tu jedynie chodziło o to, kto zwinniejszy, kto ma większą krzepę w rękach. Ale czas boskich godów był. Nie można teraz było szafować ludzkim życiem. Jedynie więc prestiż był stawką tego pojedynku. No bodaj żeby jeden drugiemu przez przypadek ukręcił łba. Ziewając, Amargadeusz chyba miał taką nadzieję, iż stanie się to, i tylko dlatego po prawdzie nie przerwał jeszcze tego pojedynku.

— Oland, powiedz mi, mój drogi, czy w Engorze nie mają jednak lepszych rozrywek? Podróżowałeś przecie po świecie. Może znasz jakiś rodzaj rozrywki, który mógłby zagościć na moim dworze?

Oland siedział u nóg władcy. Wstał więc; poprawił szatę; skłonił się królowi i rzekł:

— Widziałem, Panie, wyścigi rydwanów. W Cyrku Koboka to było. Razem z księciem Adlarem, jako, Panie, twoja delegacja, zaproszeni byliśmy przez samego króla Atapu.

Amargadeusz gwałtownie zareagował.

— No tak, … tak, myślę właśnie o zbudowaniu porządnego stadionu w naszej stolicy. Wyścig rydwanów to jednak, masz rację, coś więcej niż przepychanki obślizgłych zapaśników.

— Wasza Wysokość, pozwól, iż przyznam rację Presurtowi — odezwał się nie proszony o to Adlar.

Król był tym nieco zdziwiony, lecz uśmiechnął się tylko z przekąsem. Ten rodzaj pogwałcenia ceremoniału królewskiego uszedł więc dzisiaj Adlarowi na sucho.

— Mów, mów książę. Słyszałem, że bardzo to jest wciągające. No … te wyścigi. — Amargadeusz chwycił się z grymasem bólu o policzek. Widząc, że dworzanie to dostrzegli, dodał. — tak mnie boli ząb. Czy zna ktoś z was jakieś remedium

na to, bo ani Mistrz Kapa, ani medyk nadworny nie pomogli mi dzisiaj?

W odpowiedzi Amargadeusz ujrzał tylko zakłopotane miny swoich poddanych.

— Wiem, wiem, trzeba usunąć ząb. Nic tu już nie pomoże — mówił król trochę zasępiony. — Obik, kiedy przyjedzie Kowdlar? — król rzucił w kierunku swego najwierniejszego sługi.

Obik stał, jak to on zwykł, prawie przy swym panu.

— Wasza Wysokość, ma przyjechać jutro przed południem — odpowiedział Amargadeuszowi.

— Bez niego wszystko się wali w tym królestwie. Sam nie umiem już sobie z tym radzić. Nawet wy mi nie pomagacie; jednak Kowdlar jest najlepszy — przyznał smętnie monarcha.

Dworzanie przełknęli ten przytyk dość gładko. Adlar się niemrawo uśmiechnął.

Oland cicho kaszlnął. Ztor zamrugał gwałtownie. Luruk się z wrażenia nieco spocił. Lecz król nie widział tych reakcji swoich ludzi, patrzył tępo na walkę zapaśników. A tam niezmiennie trwała walka starego z nowym. Mistrza z młokosem.

— Kowdlar mi musi zdać relację, jakie są postępy w budowie nowego portu Awefe — mówił Amargadeusz. — To bardzo ważna sprawa. Teraz najważniejsza. Z Engory mam zamiar sprowadzać wanilię i cynamon. Z Wysp Gnomów będziemy sprowadzać, i to w dużych ilościach, bursztyn i kryształy. Już wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Tylko, że nie ma odpowiedniego portu, a sprawa jest pilna. Ztor, czy to można jakoś rozwiązać na już?

— Panie — odpowiedział elektan — o ile ja wiem, w Ulende mogą teraz kotwiczyć tylko bardzo małe jednostki, takie większe łodzie. Dno się tak obniżyło, że praktycznie nie ma innego wyjścia. Musimy uruchomić tak szybko jak to jest możliwe ten nowy port. Lecz z moich informacji wynika, że książę Kanclerz jest bliski rozwiązania tej kwestii. O ile ja wiem, ten port jest już prawie gotowy.

— Dobrze, bardzo dobrze — stwierdził monarcha. — Handel nie lubi przestojów. Dużo talentów, złotych talentów, zainwestowałem, aby ten nasz handel rozwinąć. Zwłoka w naszym przypadku będzie bardzo kosztowna. Hm … Ten młody, chyba nie poradzi sobie z Jewem. — Amargadeusz wskazał na dwóch walczących zapaśników. — A już myślałem, że to wielki talent.

W rzeczy samej, gdy król mówił te słowa, starszy z zapaśników jakimś nadludzkim sposobem uchwycił śliski bark przeciwnika i rzucił nim, niby workiem zboża, o piaszczystą arenę. Słychać było przy tym trzask jakby łamanych kości. Po tym rzucie, i tym trzasku, zaległa złowróżbna cisza. Powalony leżał nieruchomo, nie dawał znaku życia. Starszy, Jewem, był tym mocno zdziwiony, odwrócił się w stronę króla i widać było, że nie wie, co teraz.

Król rozejrzał się wokół, jakby badał reakcję wszystkich, po czym ogłosił na głos: —

— Wygrał Jewem — i dodał szybko — niech ktoś pomoże temu biedakowi, może jeszcze dojdzie do siebie.

Na tę niewątpliwą zachętę ze strony króla na arenę wbiegł jakiś murzyn z niebieskim ręcznikiem, i zaczął z całej siły przywracać zmysły nieruchomemu ciału. Lecz widać było, że to nic nie daje. Lecz oto jakiś charkot ją się dobywać z ust pokonanego. Na arenę wbiegło jeszcze dwóch innych ciemno śniadych. I już po chwili dawny przeciwnik Jewemo zniknął, niesiony przez dwóch murzynów, gdzieś tam w miejscu, w którym urzędował medyk.

Do Wendy zostały najwyżej siedem stai. Kowdlar nudził się okropnie. Już chciał tam być, już chciał uścisnąć prawicę Elubedy, już chciał się pokłonić królowi

Amargadeuszowi. Jechali wierzchem, akurat przez jakiś drobny gaik. Nagle książę Kanclerz poczuł rodzaj swądu. Czyżby ktoś tu bez zezwolenia karczował ogniem teren zalesiony? Kowdlar gestem ręki zatrzymał tę swoistego rodzaju małą karawanę. Odwrócił się do swoich ludzi z miną, która wyrażała: Co jest? Co tu się dzieje? Jego przyboczni również wielce zadziwieni zaczęli sobie wzajemnie posyłać spojrzenia pełne zdziwienia. Jakiś straszliwy jazgot ptaka gdzieś z głębi tego lasku przeszył Kowdlara dreszczem strachu. Konie spłoszyły się, lecz udało się im je opanować. Znowu zaległa cisza. Martwa cisza. Dziwna cisza. I oto, gdy Kowdlar już chciał kontynuować pochód, nagle skądś świsnęła mu koło głowy strzała, wbijając się z impetem w najbliższe drzewo. I druga, i trzecia. Dwoje z jego ludzi osunęło się z siodeł. Inni byli przerażeni. Wtem usłyszeli: — Nie ruszać się, jeśli wam życie miłe.

Zza zarośli wysunęły się sylwetki jakichś ludzi, konkretnie łuczników. Łuki mieli przygotowane do strzału. Na czele tej bandy szedł łysy grubas z ogromną, rudą brodą. Z Kowdlarem była tylko ósemka jego obstawy, lecz teraz ubyło dwóch zabitych strzałami. Banda zaś była znacznie liczniejsza. Ponadto mieli łuki zaciągnięte, gotowe do oddania strzału.

— Kto wy? Czemu napadacie na posłańców króla Amargadeusza? — Kowdlar na razie nie miał zamiaru zdradzać się, kim jest. — Czyż nie obawiacie się słusznego gniewu króla?

Ten łysy, chyba przywódca tej bandy, odezwał się do Kowdlara:

— Poseł czy nie poseł, nam to obojętne. Opróżniajcie swe sakwy, nasze dzieci głodne. I to szybko. Wasze trupy nie będą nam robiły trudności z opróżnieniem waszych troków i sakiewek.

— Czy puścicie nas po tym wolno? — spytał Kowdlar. W duchu żałował, że nie wziął ze sobą oddziału rycerzy. Dzisiaj czasy są jednak niebezpieczne. Musiał to teraz przyznać z goryczą.

— Zobaczymy — krzyknął hardo łysy grubas. — Che! Chłopaki, poseł zaczął bać się o swoje życie. Ha, ha, ha — zarechotali w grupie. Lecz równocześnie poluzowali cięciwy łuków.

Kowdlar rzucił w kierunku łysego dwie sakwy.

— Tamci nic nie mają, to są moi ludzie. Bierz pieniądze i ustąp się — powiedział książę.

Łysy grubas chwycił w locie obie sakwy. I zaraz poluzował rzemyk, wyrzucił sobie na dłoń zawartość jednej. Posypały się złote, ulandzkie dinary.

— O! Do diaska. Bogowie! Patrzcie — krzyknął do współbraci. — To jest fortuna. Panie. Kim ty jesteś?

— Posłem, człowieku — Kowdlar powiedział to jakoś tak bez przekonania.

Łysy grubas podniósł wysoko prawą rękę. I zrobił gest, najwidoczniej o konkretnym znaczeniu, bo oto łucznicy zaczęli się wycofywać. Lecz szli cały czas zwróceni w stronę Kowdlara i jego ludzi, i gdyby coś, to zawsze mogliby razić przeciwnika strzałami. Lecz Kowdlar nie myślał teraz o jakimś ataku. Cały czas dobrze wiedział, że nie mieliby żadnych szans z tymi łotrami. Już po chwili zostali sami. Panowała ta sama cisza, jak wprzódy. Złowróżbna cisza. Śmiertelna cisza.

— Ten łysy długo nie pożyje, i ta banda łotrów też, już moja w tym głowa — książę rzucił to w kierunku swych ludzi. — A teraz jazda, i to galopem. Przejechaliśmy pół Ulandii, a śmierć mogła nas spotkać u wrót Wendy. Jakże to życie jest dziwne. Tych dwóch zostawcie. Trudno, nie mamy czasu. Niech duchy ziemi przygarną ich ciała.


— I mówisz, Temo, że służyłeś pod Molewerem, prawdaż to? — Uberyk sięgnął po słodkiego daktyla.

— Tak, Wasza Wysokość — odpowiedział żołnierz. Poprawił sobie wełniany pasek u spodni.

— Ale, czyż nie wiesz, że piraci muszą w konsekwencji, zgodnie z prawem, zawisnąć na maszcie, jak wolny żagiel. Hmm … Wiesz to? — Mag Uberyk uśmiechnął się kwaśno.

— Panie, łaski. Ja mówię prawdę.

— Tę prawdę o skarbie Molewera?

— Właśnie, Wasza Wysokość — Temo usłużnie przytaknął.

— Hm… Masz szczęście, żołnierzu, że służysz u mnie. Stryczek minie cię, jeśli okaże się, że mówisz prawdę. Ale, jeden warunek. Musisz mnie jeszcze doprowadzić do tego skarbu. Molewera dał ci odpowiednie wskazówki, nieprawdaż?

Mag Uberyk siedział rozparty w swoim fotelu. Temo stał prawie łokieć od niego, nieco chwiał się na nogach. Nic dziwnego, bo wczoraj snadnie przesadził z napitkiem. Wczoraj dowiedział się, że Regent Uberyk go wzywa do siebie. Więc tak dla kurażu poszedł wieczorem do szynku.

— Tak, Wasza Wysokość.

— Więc powiedz mi teraz te wskazówki — Uberyk począł wpatrywać się uważnie w biedaka. Magowie znają metody, by po reakcjach ciała odgadnąć z pewnością, czy człowiek łże lub czy mówi prawdę.

— Panie, Molewer kazał mi przysiąc na boga Koboka, że nikomu nie wyjawię … — Czyli jednak wybierasz stryczek, hm… to smutne.

— Panie, ale mogę cię doprowadzić sam do tego skarbu, tego mi przysięga nie zakazuje. — szybko dośpiewał falsetem Temo.

— Mnie i moich ludzi? — Uberyk widział, że Temo mówi prawdę. Sam przecież wiedział, jako Mag, jak bardzo są kosztowne i bolesne sprzeniewierzenia się dokonanym ślubom i przysięgom.

W komnacie czuć było jeszcze zapach kadzidła. Wszyscy wiedzieli, nie tylko Ulandczycy, że Regent Uberyk to potężny Mag. Jego ludzie więc nie dziwili się, że stale u jego boku można było znaleźć czy to kryształową kulę, czy to pentakle, runy, czy też inne narzędzia magiczne. Choć Uberyk starał się, jak mógł, by wywierać wyłącznie wrażenie wielkiego przywódcy i przyszłego władcy Ulandii, to jednak jego najbardziej ulubionym ubiorem była wciąż brązowa lub czarna sutanna.

Odkąd był na uchodźstwie, w szeregi jego koalicji dołączyło mnóstwo

„obcokrajowców”. Tych ludzi kusiła zwykle perspektywa łatwego wzbogacenia się, a czasami wydumana lub nie nienawiść do obecnego władcy Ulandii, króla

Amargadeusza. Ci ludzie mogli nie wiedzieć jakie są korzenie Uberyka, ale zwykle po jakimś czasie i to się zmieniało. Bowiem, tak naprawdę, Uberyk wcale nie chciał zmieniać swych przyzwyczajeń i nawyków. To, że był o przede wszystkim magiem, wręcz biło od niego blaskiem.

— Powiedz mi, żołnierzu, przynajmniej to, w jakiej części świata jest owa wyspa z ukrytym na niej skarbem Molewera?

— Wasza Wysokość, to jest wyspa Oreta, na zachód od północnych wybrzeży Oforyki — Temo nabrał trochę pewności. Jego głos już się tak nie łamał.

— No, Temo, teraz już prawisz z sensem. Nie obawiaj się, nie wyjawię tego teraz nikomu, nawet generałom Olertowi i Kardelonte. Wyspa Oreta?! Znam. To stamtąd wywodzi się misterium ognia, to tam, jak głosi rytuał, rodzą się salamandry i rusałki. Ogień i woda. Ale jest to na tyle duża wyspa, że bez konkretnych wskazówek nikt nie znajdzie tam ukrytego skarbu. No, ale, Temo, już przynajmniej teraz nie będę działał na ślepo. Doceniam to, żołnierzu. Pamiętaj, ruszamy ze Spoka za trzy dni. Ty masz słuchać tylko i wyłącznie mnie lub generała Olerta. Masz nie oddalać się. Bądź stale w obrębie najbliższych sług moich i generała.

— To znaczy, Panie, że nie mogę teraz wrócić do siebie nawet po moje rzeczy? — spytał Temo.

— Właśnie. Poślemy kogoś po twoje manatki. Dużo chyba tego nie masz, co? — Uberyk wziął do ręki z patery kolejnego daktyla.

— Z rzeczy osobistych nie. Ale mam pewne pamiątki po moim ojcu. Trudno by było mi się z nimi rozstawać.

— Dobrze, Temo. Więc idź tam. Ale za godzinę masz się ponownie u mnie zameldować. Daję ci godzinę, całą godzinę. Nie marnuj więc już ani sekundy. Idź więc.

Gdy drzwi na dobre zamknęły się za Temo, Uberyk wstał z fotela i podszedł w róg komnaty. To tam miał swoje ulubione narzędzia magiczne. Choć był przekonany, że ten były pirat nic nie kręci, chciał jednak upewnić się jeszcze bardziej. Zawsze tak robił. Gdy korzystał z jednego narzędzia magicznego, upewniał się zawsze dodatkowo. Wyjął ze srebrnej szkatułki wahadełko. Był to cudownie wyrzeźbiony i wyprofilowany kamień ametystu z wywierconym otworem, przez który był przewleczony skórzany rzemyk. To wahadełko było jego ulubionym. Ametyst to był osobisty kamień Maga. Podstawowym kolorem aury Uberyka był równocześnie fiolet. Fiolet zwykle to właśnie magowie, wróże i czarownicy mieli za kolor podstawowy. To kolor mistycyzmu i uduchowienia oraz zdolności magicznych.

Uberyk ujął wahadełko w palce prawej dłoni. Tak. Wszystko się zgadzało.

Wahadełko odpowiadało, iż Temo mówi prawdę. Jest związany przysięgą i nie może wyjawić wprost, gdzie ukryty jest skarb Molewera. Nie znaczy to jednak, iż skarb jest niedostępny, lecz należy tak czynić sprytnie i rozważnie, by pomimo ślubów na Koboka dostać się w miejsce ukrycia skarbu.

Elubed był pobudzony. Wręcz tryskał energią. Kowdlar, przeciwnie, był bardzo pasywny. Choć nigdy nie był jakimś nadzwyczajnym erudytą, to jednak teraz był tym bardziej mrukiem. Ledwie dukał coś, stale wpatrzony w jeden punkt komnaty. Był to wzorzysty arras, przedstawiający mapę świata. Coś urzekło Kowdlara w tym wzorzystym dywanie.

— Teborna mi mówiła, iż rodzina Geldery, to bardzo szanowny, starożytny ród.

— Kowdlarze, chyba jestem zakochany. Cały czas myślę tylko o niej.

Kowdlar uśmiechnął się do siebie. A wydawać by się mogło, że druh Elubed pozostanie już na zawsze kawalerem.

— A czy ona coś do ciebie czuje? Mnie się zdaje, nie obraź się, ona liczy na twoje dinary. — Kowdlar był do bólu szczery. Lecz on wiedział, że może wszystko powiedzieć swemu kamratowi. Nic nie może stanąć przeciw ich przyjaźni. Przyjaźnili się, gdy ledwo im starczało na miskę kaszy, przyjaźnią się teraz, gdy mogą dużo, będą się przyjaźnić, nawet gdyby fortuna znowu odwróciła się od nich.

Rozmawiali siedząc przy stole. Jutro skoro świt książę Kanclerz zamelduje się królowi. Miał spotkać się z królem już dziś, lecz nagła niedyspozycja monarchy uniemożliwiła temu. Nie było to nic groźnego, ot zwykła kolka jelitowa. Ale król już nie był młodzieńcem. Coraz częściej różnorodne boleści ciała zaczynały go nękać. Był królem, lecz chorował jak zwykły kramarz, co sprzedaje w jatce koszerne mięso. Zresztą od wyprawy na Wyspy Gnomów Amargadeusz miał jakieś takie opory w słuchaniu medyków co i jak ma zażywać, gdy jakaś boleść ciała przytrafiała mu się. Nawet Mistrz Kapa miał bardzo ograniczony wpływ na monarchę. Armagadeusz powoli stawał się coraz bardziej nieufny wobec tych, którzy doradzali mu, choćby to tylko miało dotyczyć zdrowia.

— Krążą słuchy, że nasza królowa Pani jest brzemienna — cicho, prawie konspiracyjnie, powiedział Elebed

— Co ty prawisz? — Kowdlara zdumiała ta rewelacja druha. — Skąd to wiesz? Lepiej nie rozmawiaj na ten temat z nikim. To nie jest bezpieczny temat.

— Mówię tylko tobie. A ty zachowaj to głęboko w swej duszy. Zuberta mi to rzekła. Ponoć królowa od trzech pełni Księżyca nie miała kobiecej przypadłości.

— Aha! Rozumiem. A może jest chora?

— Nie, Zuberta jest blisko naszej Pani, i twierdzi, że ona zdrowa. Tylko apetytu nabrała, i dziwne potrawy sobie przyrządzać każe.

— A gdyby to było prawdą, gdyby królowi urodził się męski potomek? Wiesz co to znaczy?

— Domyślam się — stwierdził Elebed.

— Nie, nawet nie możesz sobie tego wyobrazić, i ja, przyznaję, nie mogę. To byłaby prawdziwa rewolta. Logoberda mogłaby poczuć się zagrożona. Nie wiadomo, czy nadal byłaby dziedziczką korony. Już tak bywało, że gdy rodził się męski potomek, królowie zmieniali porządki w państwie. — Teraz Kowdlar jakby się ożywił. Ta informacja o rzekomej ciąży Sylandy go rozbudziła.

— No wiesz, ale może się przecież urodzić córka. Druga córka.

— No tak. Zobaczymy. — Kowdlar głęboko odetchnął. — Lecz król pewnie liczy na syna. Wiem coś o tym, bo jak Teborna była brzemienna modliłem się do Bogini Matki, by żona dała mi syna.

Była to późna pora dnia. Dobiegały do nich nawoływania strażników murów miasta. Tak było w zwyczaju, iż przechodzili oni uliczkami miasta, robili hałasy kołatkami i nawoływali się wzajemnie. Miało to chronić Wendynczyków od różnorodnych złych typków i zbirów. Gdyby nie to, strach by było ruszać się z domu. Choć i to mieszczanie robili niechętnie. Woleli o tej porze ogrzewać się raczej przy piecach. A dom Elebedy, choć dosyć porządny i okazały, znajdował się w mieszczańskiej części grodu. Kowdlar miał zamiar dziś przenocować u druha, bowiem mieli sobie dużo dziś do powiedzenia, a później w noc pełną wychodzić z domu Kowdlar nie miał zamiaru. Tym bardziej, iż pamiętał, jak dostał cios sztyletem, godzony w serce tego pamiętnego wieczoru, gdy rodził mu się syn pierworodny. Teraz miał więc Kowdlar konkretne lęki. On wiedział, że mało było takich, co mogliby się z nim zmierzyć w otwartej walce, choćby na polu bitwy, ale skrytobójców już teraz bał się. Wolał nie podejmować niepotrzebnego ryzyka.

— Więc kiedy to, Elubedu, złożysz w końcu konkretną wizytę u rodziców Geldery, hm…?

— Poczekam jeszcze kilka dni, może tygodni. Na pewno po świętach godów boskich — powiedział poeta.

— Dlaczego? Kuj żelazo póki gorące. A nuż twojej wybrance przejdzie uczucie do ciebie, a może znajdzie sobie innego, bardziej obrotnego, bardziej zdecydowanego. Wiesz, druhu, kobiety jednak wolą konkretnych mężczyzn. Nie koniecznie urodziwych, nawet nie bogatych, ale takich, co umieją się mierzyć ze swym losem. Bo kobiety, Elubedo, wszystko, co pragną, to rodziny i poczucia bezpieczeństwa dla siebie i swojej dziatwy.

— Tyś teraz taki mądry, bo to już za tobą — powiedział kąśliwie Elebed. — Nie byłeś takich znawcą, jak paliłeś dopiero cholewki do Teborny. Pamiętam przecież, iż jej ojczym, Pudo, kręcił nosem na twój widok.

— Ach ten Pudo. Nie mów źle o zmarłym. Robił to przecież dla dobra swej pasierbicy. A gdy doszedłem do bogactwa i tytułu wręcz ślinił się z podniety tego, iż może zostać moim teściem — spokojnie powiedział Kowdlar.

— Powiedz przyjacielu, czyż wtedy nie byliśmy szczęśliwsi? Bez majątku, ale z wielkimi planami. I co? Osiągnęliśmy prawie wszystko, ale czyż jesteśmy przez to bardziej szczęśliwsi? — W Elubedzie odezwała się prawdziwa dusza poety, co to myśli o swym losie i nad nim płacze.

— Wiesz. Ja jestem szczęśliwy — powiedział Kowdlar, ale lico jego mówiło, iż może jego właściciel okłamuje sam siebie.

— Tak! Na pewno! Przede mną nie musisz udawać. Owszem, oprócz tytułu zyskałeś, i ja także, majątek. Ale, przyznaj, obowiązków też ci przybyło. A z tym związanych trosk i problemów, o których wtedy, gdy byliśmy golcami, nawet sobie nie zdawałeś sprawy, nie myślałeś nawet, iż mogą takie istnieć. Oj, ja czuję to jarzmo — przyznał Elubed. — I sam nie wiem, czy te zmiany wyszły nam na dobrze. Teraz pomnażam majątek, żyję w dostatku, ale gdzieś w głębi czuję same zagrożenia.

Na te słowa zapadła znacząca cisza. Milczał Kowdlar, zamilkł i Elubed. Kowdlar jakoś tak ciężko westchnął. Grymas bólu przebiegł po jego twarzy. Chwycił się za głowę. Widząc to, Elubed posmutniał. Pożałował, iż przyparł tak do muru swego przyjaciela. Choć mogli sobie powiedzieć wszystko, jednak prawdziwa przyjaźń nie na tym polega, lecz na tym, by zawsze wspierać się. Zawsze. I w doli, i w niedoli. Choć, o paradoksie, byli teraz niby na wozie, ale Elubed zrozumiał, iż im wyżej w życiu, tym ciężej na duszy.

Kowdlar jeszcze raz ciężko westchnął. Spojrzał na Elubeda i powiedział.

— Wiesz, martwi mnie teraz sytuacja w naszym królestwie. Król zawziął się na tego zdrajcę Uberyka i tylko myśli, wciąż przemyśluje, jakby się tu mu do skóry dobrać. A, po prawdzie, i Uberyk myśli i czyni tylko wszystko, by zniszczyć naszego Pana. Ta cała bitwa na Polu Czarnego Tura. Tyle ofiar. A tu chodzi tylko o serdeczną nienawiść między nimi.

— No tak. Dziwne to, w rzeczy samej. Ci dwoje generuje w naszej wspólnej rzeczywistości tyle nienawiści. Inni ludzie od tego cierpią — przyznał skwapliwie murgrabia Elubed. — Ale nie może to być, Kowdlarze, że to ci tak zatruwa myśli?

— Wiesz, to jest wieczna niepewność. Cały kraj jest na moich barkach. Król właściwie powierzył mi całe królestwo. Powiem ci w tajemnicy, król dowiedział się przez szpiegów, iż Uberyk ma zamiar opuścić Spoka, królestwo Trautonów.

— Nie może być! — Elebed wręcz zakrzyknął.

— Właśnie. Uberyk jest bardzo ostrożny. Już raz był w lochu na łasce Ufensa, woli nie ryzykować. On będzie tak cyklicznie zmieniał swe miejsca bytności do momentu, aż skleci kolejną koalicję przeciw nam lub do momentu, gdy ludzie Amargadeusza dorwą go gdzieś. Wtedy to jego życie nie będzie nic warte.

— Ma na usługach całą Magię, Czarną Magię.

— No tak, Elubedo, ale wynika stąd, iż magia nie wszystko rozwiązuje, choć wiele może zmienić. Wychodzi na to, iż najważniejsze są nasze czyny i nasza wola. Ponadto Mistrz Kapa podobno umie neutralizować zły wpływ Uberyka. Tak mi prawił król Amargadeusz.

— Wiem, będąc poetą z zawodu, iż wyobraźnia wiele może. Naprawdę wiele. A magia to przecież realizacja naszych marzeń. Przynajmniej ta dobra magia.

Przednie wino stało w flakonie przed nimi. Kowdlar z przyjemnością wychylił spory łyk ze srebrnej czary. A i Elubed nie pozostawał w tyle. Pili tak coraz więcej, i więcej. A języki ich pleść i bełtać w coraz frywolniejszej gadce zaczęły im się snadnie.

Oland otworzył drewniane pudełko. Na samym dnie leżał zwinięty rulon. To starożytny wolumin był, ten który dostał od hrabiego Kuzi. To było Świadectwo Woli Bogów. Oland wyciągnął z nabożną atencją zapisany papirus. Rozwinął go. Zaczął czytać.

…wszystko, co istnieje, co powstało i co jeszcze powstanie jest emanacją i manifestacją Energii Świata. Twa myśl to część tej ogólnej Uniwersalnej Energii

Czytał, a lektura coraz bardziej zaczęła go wciągać. Czas leniwie biegł.

…życie na ziemi polega stałej ewolucji. A wszystko zaczyna się w materii nieożywionej. Od kamieni, piasku i wody. Potem rozwija się w świecie roślin, przechodzi do świata zwierząt …

…duch się pomału rodzi, choć pamiętaj, że i myśl i Uniwersalna Energia to to

samo …

…człowiek jest koroną stworzenia, to on, jako jedyna żywa istota, może użyć w świadomy sposób, w sposób zgodny z jego wolą, Uniwersalną Energię, by zrealizować każdy swój cel …

…Bóg stworzył człowieka po to, by Uniwersalna Energia mogła w świadomy sposób zmieniać rzeczywistość. Bez człowieka ta Energia działałaby w ślepy, przypadkowy sposób, choć pełny mądrości natury, przyrody …

W komnacie panował pewien półmrok. A choć paliły się świece, jednak już późno było, i noc, ciemności zaczęły wygrywać ze światłem, choćby nawet pochodzącym z palących się knotów. Lecz Oland był nadal zatopiony w lekturze. Już przecież nie pierwszy raz czytał to pismo, ale zawsze znajdywał w nim takie treści, jakby zupełnie dla niego nowe. I teraz też tak było. Jakby nie czuł tego, iż jego oczy przesilone były.

Już nawet zaczął łzawić.

Lecz wtem jego lekturę przerwał odgłos zza drzwi komnaty.

— Kto tam? — Oland krzyknął zdenerwowany.

— To ja, Panie. To ja, Puto. Pani pyta, czy nie zejdziesz, Panie, na dół? Pani się niepokoi.

— Puto, powiedz Pani, że przyjdę za chwilkę. Niech na mnie poczeka, nie idzie jeszcze na spoczynek.

Oland nawet nie zauważył, jak minęły długie minuty, odkąd wtopił się w lekturę tego starożytnego pisma. Choć niechętnie, to jednak zwinął rulon i włożył do swego sekretnego pudełka. Następnie to pudełko schował do ciężkiej komody, a tę zamknął olbrzymią kłódką.

— Puto, jesteś tam jeszcze? — Oland krzyknął w stronę drzwi.

— Tak, Panie.

— Powiedz służbie, bym jutro z rana miał przygotowanego wierzchowca — Oland cały czas mówił do zamkniętych drzwi.

— Słucham, Panie.

— Będziesz mi towarzyszył. Pojedziemy na grób Luke.- Odpowiedzią była wymowna cisza.

Przy wielkiej agawie był ten grób. Grób Luke, żony Puto. Zmarła nagle, właśnie wtedy, gdy była najbardziej szczęśliwa. I on był wtedy szczęśliwy. Lecz gorączka popołogowa była bezlitosna. Zostały tylko dwie bliźniaczki, dwie córki Puto i Luke. Oland spojrzał ukradkiem na Puto. A tamten był bardzo wstrząśnięty. Pomimo tego, iż minęły już trzy lata, on to cały czas przeżywał. Stał przy tej górce kamieni i trząsł się. Nawet tego nie starał się ukrywać. Luke, najpiękniejsza kobieta, jaką Oland na oczy widział. Choć przecież przemierzył pół świata. Jasne jak len włosy tak pięknie oplatały jej szyję. Choć zdradziła kiedyś Puto z wędrownym myśliwym, to jednak ci dwoje powrócili do siebie. I ich miłość wtedy wybuchła ponownie. Dosłownie wybuchła i zakwitła szczęściem obojga tych śmiertelników. Lecz boginie przeznaczenia nie znają litości. Wszystko szczęście jakie ludzie mają do przeżycia musi być zrównoważone cierpieniem. Od trzech lat Puto więc cierpiał za dwoje. Swoim cierpieniem i cierpieniem Luke, bo jej już nie było na świecie, więc on przejął jej jarzmo. Gdyby nie to, iż był tak bardzo potrzebny Olandowi i Jucie, pewnie skończyłby z sobą lub popadł w pijaństwo.

— Chcę, byś w końcu pożegnał się z nią na zawsze, dlatego tu dzisiaj jesteśmy. — powiedział Oland. — Pojedziesz do Wendy. Spotkasz tam pewnego młodziana. Nazywa się Erej. To spadkobierca spuścizny po Cyganie Dziadzie.

— Czy to konieczne, Panie? — Puto spytał bezradnie.

— Tak, może to w końcu uzdrowi twą duszę. To znaczy ta zmiana miejsca. Razem z Erejem zajmiecie się moim majątkiem w stolicy. A jest tego niemało.

— Dlaczego, Panie, ten Erej sam się tym nie zajmie?

— On jest jeszcze młody. Choć mądry, lecz niedoświadczony. Mądrość musi zawsze iść wespół z praktyką i doświadczeniem. Pomożesz mu. Lecz …

— Słucham, Panie.

— Lecz nie jesteś już niewolnikiem, masz swoją wolę, na siłę cię nie zmuszę. Ale wiedz, że szczerze tego pragnę.

— Dobrze, Panie, pojadę. Spełnię swą powinność. — Puto oprócz wolności zawdzięczał też życie Presurtowi Olandowi. Zawsze o tym pamiętał.

Grób Luke był w najdalszej części Oazy Róży. Rosły tu głównie kaktusy i agawy.

Czasami salamandry i płazy ogrzewały się na tej stercie gładkich kamieni.

Z lenna Pustyni Róży było kilka dni jazdy wierzchem do Wendy, stolicy Ulandii.

Jednakowoż król Amargadeusz wymagał, by Presurt Oland był stale do dyspozycji. Najczęściej Oland jednak rozmawiał z księciem Kanclerzem, bo to on przejął praktycznie wszystkie obowiązki rządzenia królestwem. Sam Amargadeusz był już zmęczony życiem. Odezwały się już jego lata, przeżył bowiem już ponad czwarty dekambr, pomału dociągał do piątego. Ponadto małżeńskie obowiązki wobec ciągle przecież młodziutkiej królowej wyczerpywały monarchę. Ratował się jak mógł. Stale Mistrz Kapa dostarczał mu wciąż nowych i nowych specyfików. A także nadworny medyk miał zajęcie. Lecz lata, lata. Lata swoje jednak robią. Nie da się oszukać Chronory, bogini czasu. Już to, że ponoć Sylanda była brzemienna, zakrawało niemal o cud. Każdy wróbel, każda wrona o tym krakała w Ulandii. Choć pewnie sam Amargadeusz wolałby to zataić dopóki dałoby się. Bo figura Sylandy była nadal nienaganna. Przychylni królowi bali się, że Sylanda poroni. Byłby to wówczas wielki cios dla króla, który cały czas marzy o męskim potomku.

Oland za dwa tygodnie i tak będzie musiał wrócić do Wendy. Wymagał tego jego urząd. Kilka spraw gardłowych było obecnie w jego, a ściślej jego urzędu, kompetencji. Jakiś pijany rycerz zgwałcić córkę snycerza. Gdzie indziej lokalny włodarz zamęczył swojego chłopa. Gdyby to był niewolnik, nie byłoby sprawy. Ale to jednak był wolny człowiek, choć niepisaty, prosty chłop. Kilka podobnych spraw jeszcze było. I wszystkie one wymagały, by Oland wrócił na swój urząd.

— Dwa dni miną i pojedziesz. Weź dwóch do towarzystwa. Drogi w naszym królestwie jednak nie są do końca bezpieczne. I poczekasz tam w Wendzie na mój przyjazd. Z Elusterkiem przejrzycie finansowe kwity.

— Słucham, Panie.

— Erej i Elusterek wprowadzą cię w twoje obowiązki. Nie bój się, podołasz. Razem podołacie. Erej to bardzo bystry młodzian. Nie bez przyczyny Cygan Dziad to jego właśnie wybrał na swego kontynuatora.

Żagiel był nadęty niczym wielki flakon. Pruli wodę, za rufą ciągnął się wodny ślad po statku. Ludzie Uberyka już byli na miejscu. W Mohawie. Mohawa to było maleńkie królestwo na zachodzie Oforyki. Uberyk się spieszył, szpiedzy Olerta donieśli, iż Tepik radykalnie zmienił zamiary wobec swego- jeszcze nie tak dawno serdecznego -przyjaciela, wobec Uberyka. Jednak tysiąc tysięcy talentów w złocie ma tajemniczą moc zmieniania zwyczajów, ba, nawet zmienienia parolu danego pod przysięgą. Uberyk więc z niepokojem śledził teraz z rufy Kaleny, statku, którym płynął, czy ktoś ich nie ściga. Na szczęście Kalena była szybka, nawet bardzo szybka. Lecz Uberyk miał w jeszcze w pamięci wróżbę z run, iż wrogowie będą nań czyhać, będą go ścigać. Tak to jest jednak stworzone na tym świecie, iż wróżby i dywinacja więcej widzą, niż ludzie zza czubka swego nosa. Dlatego niepokój w dalszym ciągu nie opuszczał Regenta. Czuł zagrożenie. Lecz jak na razie na horyzoncie tafli wody nie było nikogo. Słońce wysoko na niebie, i sprzyjający wiatr z kursem. To była rzeczywistość.

Karon, król Mohawy, był wrogiem Amargadeusza. W tym sensie, iż mały zawsze nie znosi wielkiego. Małe to była Mohawa, wielkie to Ulandia. Odkąd Amargadeusz zniszczył państewko gnomów, odkąd Wyspy Gnomów stały się kolonią Ulandii,

Mohawa straciła dobrego partnera w interesach. Bowiem gnomy zapewniały Mohawie stały dopływ pieniędzy. Głównie z handlu koralowcami, gąbkami morskimi i perłami. Tego na zachodzie Oforyki było w bród. A Karon znany był z umiłowania luksusu i hedonizmu, teraz zaś nawet jemu brakowało tego dawnego przepychu. A nie chciał, i to mu się pewnie chwali, żyć ponad stan, kiedy jego poddani cieszą się choćby tylko z miski ryżu jako codziennej strawy. Karon czekał więc teraz na przybycie Uberyka, i wiele po tym sobie obiecywał. Za Regentem Uberykiem cały czas podążała sława tego, co to odkrył Eliksir Życia i Kamień Filozoficzny.

Zapobiegliwy Uberyk nie zwykł dementować tym mitów co do swojej osoby. I nawet teraz i sam Tepik, dawny sprzymierzeniec, był z pewnością przekonany nadal, że Uberyk umiał stworzyć te dwa cudowne specyfiki. Legenda wroga Amargadeusza i cudownego maga znacznie wyprzedzała Uberyka, gdziekolwiek by się nie udał. To był zresztą też jeden z powodów potęgowania nienawiści Amargadeusza wobec Maga. Uberyk nie tylko uwiódł królową Kodynę, ale także kilkukrotnie nastawał na życie swego dawnego władcy, a także dokonał zamachu stanu. Nic to jednak było wobec tego, iż w całym świecie miał sprzymierzeńców. To było dla Amargadeusza najbardziej przykre. Bo to godziło w dobre mniemanie wobec siebie u

Amargadeusza. Amargadeusz chciał uchodzić za sprawiedliwego władcę i przyjaciela narodów. Jednakowoż był tak tym zaślepiony, iż pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy, iż czyny jego nie świadczą o tym. Stale toczone wojny, czy to z Fluksją, czy to najazd i zdobycie Wysp Gnomów, nie stanowiło dobrego świadectwa o królu Amargadeuszu, jako o sprawiedliwym władcy miłującym pokój. Lecz to jest chyba choroba, to zaślepienie, wspólna dla wszystkich tyranów i dyktatorów. Na Kalenie płynęli z Uberykiem tylko Olert i Temo. Reszta, w tym kilkuset wojowników, była już tam na miejscu. Kalderonte zawarł wstępny sojusz z Karonem. To on właśnie działał w imieniu Uberyka poza królestwem Trautonów. To on znalazł ten azyl w Mohawe. To on ma także zorganizować ekspedycję po skarb Molewera. Jednak Uberyk, choć ufał swym generałom, wolał jednak, by Temo płynął razem z nim na Kalenie. Ten skarb piratów był na tyle cenny, iż Mag nie ryzykował powierzyć pirata Temo komukolwiek.

— Wasza Wysokość — Uberyk usłyszał głos dochodzący z pokładu. Odwrócił się.

— Co? — zdołał wydukać.

To był kapitan Kaleny, niejaki Uzys. Człek z pewną nadwagą, ogorzały i spalony na słońcu. Choć był już niemłody, jednak jego broda miała soczyście czarny odcień.

— Panie — mówił Uzys. — Czuję, że zbliża się sztorm. Lepiej byś, Panie, poszedł pod pokład.

— Jaki sztorm? Piękna pogoda jest przecież.

— Panie, uwierz, ja wiem swoje. Nie pierwszy rok służę na morzu. Ponadto boli mnie prawa noga. Kiedyś byłem weń raniony. I odtąd zawsze na zmianę pogody mnie boli.

— Czy statkowi coś grozi? — Uberyk poczuł wewnętrzny lęk.

— Nie, Panie. To nie będzie jakiś wielki sztorm, ale fala mogłaby cię, Panie, zmyć z pokładu. Więc, opuścimy żagle, i schronimy się pod pokład.

— Czy wszyscy się tam zmieścimy?

— Tak, Panie. To znaczy załoga zostanie na pokładzie, ale to są prawdziwe wilki morskie. Oni sobie poradzą. Przywiążą się linami do pokładu. Nie obawiaj się, Panie.

Uberyk jak gdyby żachnął się, chwilę się zastanawiał; uśmiechnął się do Uzysa.

— Kapitanie, myślę jednak, że nie będzie żadnego sztormu.

— Panie, uwierz, sztorm będzie na pewno- upierał się stary marynarz.

Jednak Uberyk już coś zdecydował. Zostawił Uzysa na pokładzie i zszedł pod pokład. Lecz już po chwili wyszedł stamtąd. W ręce trzymał kunsztowny mieczyk ze złotą rękojeścią.

— Panie, co chcecie uczynić?

— Patrz, kapitanie. I niech ludzie patrzą. — W rzeczy samej cała załoga statku była wpatrzona w Maga, niby byli zahipnotyzowani.

Uberyk jednak, nie przejmując się tym wszystkim, stanął na środku pokładu. I zaczął zataczać ostrzem swego mieczyka koło wokół siebie od zachodu, poprzez północ, wschód, aż do południa, wypowiadając przy tym szeptem jakieś zaklęcia. Gdy skończył, stanął wyprostowany w środku tego okręgu; uniósł wysoko ręce w stronę północy i zaczął intonować jakąś pieśń w języku zupełnie niezrozumiałym. Marynarze patrzeli jak urzeczeni. A i ludzie Uberyka byli też na pokładzie. Dla nich nie była to żadna pierwszyzna. Olert już się napatrzał na czary Regenta. Co się zaczęło dziać? Niby nic takiego. Właściwie nic się nie stało. Oprócz? Właśnie Uzys pierwszy zareagował.

— Panie, dziwne, ale przestała mnie boleć noga. Czy te twoje czary, Panie, miały mi pomóc?

— Poniekąd. Ale to nie twoja osoba jest tu najważniejsza — powiedział Uberyk. Ale nim to zrobił, zakreślił jeszcze raz okrąg swym kordem, lecz teraz w przeciwnym kierunku i podszedł do kapitana. — Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by sztormu nie było, musimy jak najszybciej płynąć, by przybić do portu Oforyki. To jest dla mnie najważniejsze.

— Panie. Przecież to jest niepodobna. Jak można cofnąć nadchodzący sztorm? Nie, tego jeszcze nie widziałem na oczy — przyznał wstrząśnięty kapitan Kaleny.

Od tego momentu przez długie, długie godziny Uberyk cały czas czuł natrętne spojrzenia załogi okrętu Kaleny. Nie kryli się z tym w ogóle. Więcej, rzeczywiście czy to z powodów naturalnych lub z powodu ingerencji Maga, tego dnia jak i następnego nie było żadnego sztormu. Kapitan głowił się nad tym, co to się stało. A jak tylko widział sylwetkę Uberyka z zapałem miętosił w ustach liście pewnej rośliny, które wysuszone w Oforyce nazywano tobbaco. I pluł, i pluł tym zielskiem na pokład. Z jakiejś takiej złości i zdumienia. Zdumienia, że ktoś śmiał pokrzyżować plany boga oceanów Koboka. A że pokład był stosunkowo mały, a Uberyk nie umiał usiedzieć pod pokładem, z tego powodu pokład prawie cały był upstrzony wyplutą z pasją tobbaccą. Można się było pośliznąć. W końcu na drugi dzień majtkowie szorowali równo pokład wodą morską. A Uzys wściekał się coraz bardziej. Jednak, i to było pewne, byli coraz bliżej końca i mety. Do portu królestwa Mohawy zostały jeśli nie godziny, to dni. Najwyżej dwa lub trzy rejsu okrętu z kursem. Wszystko odbywało się z jakąś taką przedziwną pomyślnością, z planem, który, tego był pewien kapitan, Regent Uberyk postanowił sobie w myślach. Ani ich nikt nie ścigał, nie dostali się także w sferę krążących wokół Oforyki piratów, pogoda także była doskonała, a i wiatr precyzyjnie nawiewał na żagle. Sielanka?!

W końcu dopłynęli do brzegów Mohawy. W porcie Olety okręt Kalena przycumował. Port to nie był zbyt okazały. I na Uberyka nit tu nie czekał. Nie było żadnego z jego ludzi. Ale to nie dziwne, skoro Uberyk w pośpiechu opuszczał Spoka. Ważne było to, iż Kardelonte wyraźnie opisał, gdzie mają się udać po przypłynięciu. Uberyk doskonale wiedział, iż piętnaście stai na wschód jest posiadłość Ube, która to stanie się miejscem docelowym pielgrzymki Maga. To stamtąd będzie on mógł realizować dalsze kroki strategiczne w tej śmiertelnej walce, jaką toczyli z siłami króla Amargadeusza. Teraz jeszcze na obczyźnie. Ale wiara w zwycięstwo nie opuszczała dumnego Regenta.

Schodząc na ląd, Uberyk krzyknął:

— Temo ze mną, a ty, generale zorganizuj dla nas jakiś transport.

— Słucham, Panie — rzekł Olert. Machnął tylko jeszcze ręką w geście pożegnania kapitanowi Uzysowi. I poszedł w kierunku drewnianych budowli, co to stały kilkaset łokci od cumowiska.

W tym samym czasie Uberyk wraz z Temo ruszyli w kierunku widocznego stąd targu rybnego. Za nimi szło, obładowanych rzeczami Maga, kilku niewolników. Mag, ubrany w prostą szatę, nie chciał się chyba tym sposobem zbytnio odróżniać z tłumu. Teraz zwykł ubierać prostą tunikę, ale najlepiej się jednak czuł w swej beżowej, „służbowej” sutannie maga. Było też jednak mało prawdopodobne, by kiedykolwiek w przyszłości już miał ubrać swą swobodną sutannę. Odkąd pretendował do rangi przywódcy Ulandii, musiał się dostosować do tej pozycji nawet w kwestii wyboru szat. Istniała alternatywa, albo szaty królewskie, albo całun pogrzebowy. Gdy tak szli w stronę rybackich straganów, dobiegł do nich przepyszny zapach smażonych i wędzonych ryb oraz owoców morza. Wzbudziło to u nich, bez wątpienia, apetyt. Dziś przecież jeszcze nie jedli porządnego posiłku. A na pokładzie okrętu nawet sam Uberyk odżywiał się skromnie. Więc teraz i on, i jego ludzie poczuli napływ śliny w ustach. —

— Temo, idź tam, masz tu miedziaka, kup dla nas wędzonego węgorza, bo czuję zapach tego przysmaku — powiedział Uberyk, podając Temo kilka monet. Były to monety królestwa Mohawy. Zapobiegliwy Regent zaopatrzył się bowiem już przed wypłynięciem w pieniądze tego małego państewka. Oczywiście, złote talenty lub złote dinary ulandzkie wszędzie by mu otwarły wrota, i wszędzie by za nie mógł dokonać zakupów. Ale trudno płacić przecież za rybę, nawet tak pyszną jak wędzony węgorz, złotym talentem. Była to kwota, którą tutejszy rybak mógł zarobić za cały rok pracy.

Temo wziął pieniądze i poszedł w kierunku rybackich straganów.

W tej chwili Mag Uberyk został praktycznie sam. Jedynie zmęczeni niewolnicy towarzyszyli mu teraz. Gdyby jakimś cudem ludzie Amargadeusza dorwali go tu teraz, jedynie magia mogłaby go chyba uchronić od poważnych konsekwencji. Na szczęście, ani ludzi Amargadeusza tu nie było, w rzeczy samej i sam Uberyk nie należał do strachliwych. Ufnie rozejrzał się więc wkoło. A okolice to były urokliwe. Na lewo targ rybacki, wprost kilka cumujących jednostek- łącznie z Kaleną- na prawo piaszczysta, czysta plaża. Nieco w górę jakiś gaik oliwny. I słonecznie, i ciepło. Prawdziwie rajski zakątek.

— Niech biją w Dzwony Triumfu, niech składają dary na ołtarzach Kerdolota — Amargadeusz był jak natchniony. — Oto ja, Syn boga Re, Władca Północnego Cienia i król wasz, wasz pan, dzielę się teraz w wami moją radosną nowiną. Tak. Królowa Sylanda jest brzemienna.

Z oblicza królewskiego w tej chwili biła duma i radość. A oni stali przy jego tronie i zaczęli bić brawo. Najgłośniej klaskał Adlar. Król nie krył zadowolenia. Choć była to już wspólna tajemnica królestwa. Ta, iż Sylanda spodziewa się dziecka. To jednak dopiero teraz oficjalnie w całym królestwie można było już tę radosną nowinę głosić i komentować.

— Królowa czuje się dobrze — mówił monarcha. — Mistrz Kapa zapewnił mnie, iż wszystko przebiegnie po naszej myśli. Cha! I najważniejsze! Urodzi się chłopak. Mistrz Kapa jest tego pewien. Poznał to po tym, sam mi mówił, iż czakramy w ciele płodu obracają się jak u chłopca. U dziewczynek te czakramy obracają się odwrotnie.

— Brawo! — wołał Adlar, a za nim elektan i baron Luruk. Książę Kanclerz Kowdlar też bił gorliwie brawa.

— Dobrze już. Dość! Dość! Zachowajcie siły, ha ha ha. Zachowajcie siły na służbę u mnie, he he he. — Amargadeusz, tak mu się wydało, pozwolił sobie na mały żarcik. — Obik, zawołaj służbę, niech podadzą wino.

W tej to chwili Obik szybko wyszedł z komnaty. A, że było to już pewnie umówione, zaraz też wrócił w towarzystwie kilku niewolników, którzy nieśli flakony pełne przedniego trunku oraz srebrne puchary. Zaraz też rozlano wino notablom. Król Amargadeusz uniósł złotą czaszę pełną czerwonego, słodkiego wina, i krzyknął :-

— Wypijmy zdrowie przyszłego Pana Ulandii, który jeszcze teraz nienarodzony jest.

W tej to chwili książęta krzyknęli wespół: Hura! I Wypili wino.

— Jeśli pójdzie po naszej myśli, wybiję z tej okazji nową monetę. Złotego dinara z wizerunkiem mego syna — mówił król. — Wy, moi najwierniejsi, każdy, dostaniecie po tysiącu z tej monety.

Byłby to bez wątpienia królewski gest, ale gdyby był adresowany do pomniejszych ludzi. Oni to byli jednak, każdy, bogacze. Dla nich po prawdzie tysiąc nawet złotych dinarów to był godny podarek, ale nie dużo znaczący. Każdy z nich miał majątki warte setki tysięcy złotych talentów i dinarów. Jednak, może z cynizmu lubo z wyrachowania, mocarze ci poczęli głośno akcentować swą wdzięczność dla króla Amargadeusza. Okrzykom i wiwatom nie było końca.

— Z tego też powodu — mówił Amargadeusz — mam zamiar ustanowić mego syna moim spadkobiercą i sukcesorem tronu.

— Czy, Wasza Wysokość, to znaczyć będzie, iż Logoberda nie będzie, Panie, twym następcą? — odezwał się Kowdlar. Było to dość nieostrożne, ale księciu Kanclerzowi się po prostu wymsknęło.

— Tak. Jeśli urodzi mi się syn, to on będzie dziedzicem. Spośród was wyznaczę wkrótce tego, który będzie Regentem, gdybym ja odszedł na Pola Kerdolota, nim mój syn nie zmężnieje.

Notable ucichli, pili wino w skupieniu. Lecz każdy się zastanawiał, czy to jego spotka ten zaszczyt. Przecież jeden Regent już był. Dziś to on jest głównym wrogiem królestwa. Każdy się też zastanawiał, czy księżniczka Logoberda już wie, czy jej ojciec powiedział. Wygląda na to, że stanie się ona już nie długo kulą zawady u nogi swego ojca.

— Lecz sił mam jeszcze wiele — mówił król — myślę, iż dożyję jeszcze tej chwili, gdy mój syn będzie miał gody. Mistrz Kapa mnie zapewniał, że mam niezwyczajny zapas sił witalnych. Nie spotykany u zwykłych śmiertelników. Pamiętacie przecież, iż przetrzymałem nawet truciznę, którą mi na Wyspach Gnomów podał do strawy Edipo z polecenia wstrętnego Uberyka. To nie był przypadek. To była moja siła. A trucizna ta była niezwykle zjadliwa.

Król wielce zadowolony usiadł na ławie. Podał Obikowi puchar z winem i zrobił gest, który mówił, iż notable też mogą spocząć.

— Wiecie, Mistrz Kapa znalazł w dawnej grocie tego zatraceńca Uberyka dowody, iż na długo przed naszą wyprawą na Wyspy Gnomów ten parszywiec czynił wszelkie starania, bym się rozchorował i pomarł.

Na te słowa monarchy włodarze, jak jeden mąż, znów zamilkli. Byli zdezorientowani. Pili tylko, niby chyłkiem, słodkie czerwone wino.

— Tylko o jednym zapomniał, psi syn — Amargadeusz z wzgardą ziewnął — Mnie chronią królewskie namaszczenie i błogosławieństwa, o które już mój ojciec się postarał. Nawet cała moc magiczna, którą bez wątpienia ten zatraceniec włada, na nic mu się zdadzą.

— Wasza Wysokość — Kowdlar odważył się odezwać. — Czy wiesz, Panie, co z tym Uberykiem? Podobno nie ma go już na ziemiach Spoka?

— Tak, książę. Nie mówiłem wam jeszcze o tym, ale Uberyk „podziękował za gościnę” Tepikowi i po prostu uciekł, podkulając ogon, ze Spoka. Gdzieś odpłynął. Ale ja ustalę, możecie być tego pewni, gdzie się schował. Podobno gdzieś w Oforyce. — Amargadeuszowi aż grdyka z emocji cała drżała. Jakże on żałował, że wtedy, gdy mógł, nie zatopił miecza w sercu swego wroga. — Patrzcie — Amargadeusz wyciągnął zza pazuchy jakiś kłębek materiału. Była to jakaś kukiełka, lub mała laleczka z łachów. — Wiecie, co to jest? — Zapanowała cisza. — To ja wam powiem. To jest laleczka, która miała przedstawiać mnie, a znalazł ją w grocie maga Mistrz Kapa. Mistrz Kapa wyciągnął z jej wnętrza mój kosmyk włosów oraz, teraz uważajcie, kilkanaście igieł, jakimi była ta kukiełka poprzekłuwana. Uberyk nie zawahał się użyć Czarnej Magii, by tylko mi zaszkodzić. Na szczęście na razie mu się nie udało. Mistrz Kapa dużo mi pomógł, odkąd piję jego mikstury czuję się jakoś tak silniejszy i spokojniejszy. Powiedział mi, że te zioła skutecznie ochronią mnie od złego wpływu Uberyka. Dlatego, książę Kanclerzu — król zwrócił się do Kowdlara. — Moim życzeniem jest, byś dołożył ze skarbca królewskiego dziesięć tysięcy złotych talentów na budowę w Wendzie świątyni poświęconej bogini Isztare. Wiecie dobrze, że to jest projekt Mistrza Kapy. Ale ja osobiście popieram jego realizację.

— Wasza królewska Mość, stanie się według twojej woli — odpowiedział Kowdlar.

— Wiecie, odkąd Umarł Edemper, a tron objął Tepik, byłem pewien, iż Uberyk długo nie zagości w Spoka — mówił Amargadeusz. — Jednak okazuje się, iż Tepik, choć syn Edempera, już nie jest tej klasy, przyznaję, co jego ojciec. Jemu już bardziej można honor przysłonić złotymi talentami. I na to się nadział, he, he, he, Uberyk. No cóż, niech tuła się od królestwa do królestwa, ja i tak go w końcu gdzieś dopadnę.

Przez młodą małżonkę, król niejako odmłodniał. W przeciwieństwie do członków Rady Kanclerskiej, którzy z każdym rokiem starsi byli. Najmłodszym w tym gronie był Presurt Oland. Nie przekroczył on jeszcze połowy trzeciego dekambru. Lecz zarówno Kowdlar jak i Adlar już nie byli tak młodzi. Elektan Ztor był z nich chyba najstarszym. Był na tyle już zniszczony życiem, iż musiał się podpierać drewnianą laską. Lecz król jakby nie przejmował się tym i nie zwolnił go jeszcze ze swej funkcji. Trzeba jednak przyznać, że i sam elektan nie zabiegał o to specjalnie. Teraz przynajmniej był wielkim włodarzem w Ulandii, gdyby król Amargadeusz go zwolnił, byłby tylko zwykłym lennikiem. Bogatym, ale jednym z wielu w kraju. Istotne dla Amargadeusza było to, że Ztor bardzo umiejętnie kierował tym obszarem działalności, które mu było powierzone. Flota Ulandii była jak nigdy przedtem w doskonałym stanie. I to nie tylko ta wojenna, ale nawet ta rybacka. Zorganizowanie dzisiaj jeszcze raz wyprawy wojennej, morskiej, byłoby o wiele łatwiejsze, niż wtedy, gdy Amargadeusz targnął się na to, by podbić Wyspy Gnomów. Ztor zrobił od tamtego czasu dobrą robotę dla kraju, a właściwie dla jego monarchy. W rzeczy samej to właśnie teraz, rzeczywiście, przydałaby się jeszcze raz podobna wojenka. Po złotych talentach ze skarbca Kopca Woli już praktycznie nic nie zostało

Amargadeuszowi. Owszem, w kraju ludziom dzięki nim z pewnością lepiej się żyło. I to nie tylko notablom i włodarzom. Ludzie odczuwali wzrost handlu z ościennymi krajami. Każdy pospolity ciura mógł liczyć na dobry, codzienny posiłek, nawet mięsny. Ich szaty, podobnie, nie były to zwykłe łachmany. Ulandczykom żyło się lepiej, co spowodowało automatycznie większy autorytet władzy. Król Amargadeusz mógł tą drogą spokojnie rządzić, nie obawiał się żadnej zdrady. Jedynie zagrożeniem dla niego był Uberyk. Ale ludzie pamiętali dobrze, że to właśnie Uberyk, a nie Amargadeusz, wprowadził dodatkowe podatki. Więc król nie obawiał się reakcji krajan co do swojej osoby. Owszem, był panem z namaszczenia bożego, dziedzicem boga Re. Ale bywało już i tak, że nawet potomkowie bogów, władcy, kończyli źle, gdy w kraju się źle działo. I o tym cały czas Amargadeusz pamiętał.

— Chciałbym was przestrzec — powiedział król. — Oto Mistrz Kapa rzekł mi, iż wkrótce możliwa jest jeszcze jedna katastrofa.

— Jaka katastrofa, Miłościwy Panie? — rzekł Kowdlar.

— Otóż Mistrz Kapa, jak dobrze wiecie jest bardzo biegły, nawet lepszy od zatraceńca Uberyka, w astrologii. I on odkrył, że dziesięć lat po tym, jak spadła karoca Kerdolota na północy świata, wydarzy się coś podobnego. Tylko nie wiadomo gdzie. Dziesięć lat, to już niedługo. Nie ogłoszę tego narodowi, ale wam mówię. Tylko uprzedzam, jeśli wyjdzie to poza nasz krąg, zdrajca zapłaci głową. Nieważne, kto by to był. Nie oszczędzę nawet Obika, jeśli zdradzi, choć bliski mi jest jak brat.

— Czy nam coś grozi, Miłościwy Panie? — wtrącił się Adlar.

— Właśnie w tym szkopuł, że nikt, nawet Mistrz Kapa, nie wie. Według horoskopu, to bogowie toczą ze sobą spór. — mówił Amargadeusz. — I miotają się w Niebiosach. Te burzowe lata, które od jakiegoś czasu nękają ludzi, właśnie są tego wynikiem. Bogowie miotają piorunami, ale mogą też, tak twierdzi Mistrz Kapa, miotać olbrzymimi głazami. I to już będzie znacznie bardziej niebezpieczne. Zresztą na moje życzenie już wkrótce Mistrz Kapa postawi precyzyjny horoskop dla naszego kraju. Chcę, żeby to się stało tradycją doroczną. Dowiemy się więc, co będzie nam grozić. Być może Kerdolot nie dopuści do tego. W tym cała nadzieja.

— A czy Mistrz Kapa wie, Miłościwy Panie, dlaczego to bogowie walczą ze sobą? — Spytał książę Kanclerz.

— Według niego, związane to jest z eonem smoka. Niektórzy bogowie dorośli w tym czasie, tak jak dziecko wyrasta na wojownika, i chcą zyskać więcej wpływów i znaczenia, a Kerdolot dotąd przymykał na to oczy. Jemu te zabawy po prostu nie zagrażają. To są szczeniackie igraszki. Z tym że my, ludzie, możemy to boleśnie odczuć.

— Wasza Wysokość, może należałoby złożyć większe niż zwykle ofiary ze zwierząt? — spytał przytomnie Ztor.

— No tak, to ma sens, masz rację, elektanie. Zwrócę się z tą sugestią do Mistrza Kapy. — odrzekł Amargadeusz.

Było ciepło. Było dostatecznie ciepło, by sprawić, iż zarówno król, jak i cała Rada Kanclerska, zmęczeni byli okrutnie. Amargadeusz cały czerwony po licu. A Obik tylko dolewał i dolewał źródlanej wody do królewskiego flakonu. Oland był prawie bliski omdleniu. Dzisiaj założył bogate, acz straszliwie ciężkie, szaty Presurta Królewskiego. I teraz czuł, iż to go może wiele kosztować. Jeśliby teraz zemdlał, co już mu się kiedyś zdarzyło, mógłby wiele stracić na tym, skompromitowałby się, to rzecz pewna. Choć Oland nie był tego świadom, podobnie czuł się w swych bogatych szatach książę Kowdlar. Nie inaczej było z elektanem i Adlarem. Baron Luruk był tu chyba jedynym wyjątkiem. On świetnie czuł się tu i teraz. Lecz on nie nosił, bo nie musiał, soboli i atłasowych rajtuzów. Był wszak tylko wodzem. Ponadto u Luruka odezwała się natura i pochodzenie, wywodził się przecież z Pustyni Róży. To tam najwięcej słońce grzało cały rok, to tam rosły tylko kaktusy i agawy, to stamtąd pochodzili najbardziej odporni i mężni wojownicy. Lecz, po prawdzie, wszyscy pozostali marzyli teraz już tylko o tym, by schłodzić swe nagrzane członki w balsamicznie czystej chłodnej wodnej kąpieli.

— Książę Kanclerzu, czy Tepik wpłacił już do naszego skarbca jakąś część z sumy wojennych kontrybucji? — spytał Amargadeusz.

— Nie, Wasza Wysokość, jeszcze nic nie wpłynęło — odrzekł Kowdlar. — Z tego co mi wiadome, królestwo Spoka ma dokonać pierwszej wpłaty od momentu końca zbiorów w tym kraju.

— To powiedz mi, Kowdlar, jak tam nasze finanse. Czy skarbiec pełen?

— Wasza Wysokość, nie grozi nam żadna zapaść, ale skarbiec, trzeba to przyznać, jest mocno nadwątlony. Na bieżące sprawy powinno wystarczyć, ale gdyby była jakaś klęska, pożoga lub powódź w naszym państwie, mogłoby być nieciekawie — cały czas mówił Kowdlar.

— Hm… To mnie martwi — było czuć nutę rozczarowania w królewskim głosie. — Nie chcę wprowadzać żadnych nowych podatków. Wyspy Gnomów również już nam nie przynoszą od dłuższego czasu żadnych większych dochodów, czyż nie tak, Kanclerzu?

— W samej rzeczy, Miłościwy Panie — potwierdził Kowdlar.

— Przyjdzie Nam czekać na wpływy od Spoka. Jak sądzę zbiory w tym kraju powinny się skończyć w ciągu miesiąca. Poprawcie mnie, jeśli się mylę — zapanowała cisza. Król miał rację, zbiory w Spoka przebiegały w innym czasie niż zbiory w Ulandii czy też Fluksji. W Spoka kończyli zbiory w dwa miesiące prędzej niż tych państwach.

Oreta to była przedziwna wyspa. Właściwie nic zielonego tu nie rosło. Jedynie wulkaniczna lawa i piaski białej barwy to wszystko. No może jeszcze kolonie morskich ptaków. Tylko tyle życia na niewielkiej wysepce niedaleko zachodnich wybrzeży Oforyki. Gdy dobijali do piaszczystej plaży słońce było wysoko w zenicie. Jak mówił Temo, nie było na niej dobrego źródła czystej wody, więc kubłaki mieli napęczniałe, pełne wody. Choć, gdy w końcu Uberyk wysiadł z łodzi, gdy zaczął brodzić w białym, wulkanicznym piasku, zrozumiał, że wody może im zabraknąć.

Skwar był przecież niemiłosierny.

Temo prowadził ich dość pewnie. Po jakimś czasie stanęli w końcu przed wejściem ni to do jakiej pieczary, ni jaskini. Lecz, jak przyznał Uberyk, nikt, kto nie znał dobrze tego terenu, nawet nie domyśliłby się z odległości kilkunastu łokci, że jest tam coś.

— Panie, to tu — powiedział Temo.

— Hm… dziwne miejsce — przyznał Uberyk.

Kalderonte się uśmiechał; Olert miał kwaśną minę. Pewnie upał im dokuczał. Jak każdemu. Nieco w oddaleniu stało kilkunastu niewolników. To oni, zgodnie z zamysłem Olerta, mieli przetransportować ewentualny skarb na łodzie, a później na statek.

— No to wchodzimy — stwierdził Uberyk.

— Panie! — krzyknął nagle Temo — niech pierwszy wejdzie niewolnik. Molewer mówił mi, że skarb jest chroniony. Nie wiem, co miał na myśli, lecz ty, Panie, nie wchodź pierwszy.

— Słusznie prawi — odezwał się Kalderonte. — Piraci zwykli zabezpieczać swe skarby. Robili jakieś pułapki lub zapadnie. Słusznie prawi, niech prowadzi nas jakiś niewolnik.

— Dobrze — zgodził się Mag Uberyk. — Niech i tak będzie.

— Ty — Kalderonte krzyknął do niewolnika, co to zajęczą wargę miał szpetną. — Ty, idź pierwszy.

Weszli do środka tej pieczary, niewolnik szedł na przedzie. Oni szli za nim, tak w odległości pięciu łokci. Nic się jednak nie działo. Chyba Temo był przeczulony. Uberyk nie czuł żadnego zagrożenia. A gdyby takowe było, on na pewno wyczułby to pierwszy swoją intuicją. Przeszli wąski korytarz. Ale nagle poczuli powiew świeżej bryzy. Początkowe ciemności rozjaśnił promień światła. Poszli w tym kierunku. Niewolnik, cały strwożony, szedł na przodzie. Ale wyglądało na to, że nie było żadnych zabezpieczeń. Widocznie sama lokalizacja wyspy Orety, a także niegościnne tereny były wystarczającą ochroną dla skarbu Molewera. Nagle korytarz skończył się i wyszli na wprost oświetlonej komory. Była oświetlona, bowiem z lewej strony było skaliste ujście wprost w otwarte morze. To wyjście było zupełnie niedostępne zewnątrz. Ewentualny intruz musiałby pokonać z morza stromy klif, by wejść tą drogą. Praktycznie było to niemożliwe. Ich oczom ukazały się ciężkie kufry, które leżały w bezwładzie na środku komory. Kalderonte podszedł ostrożnie do jednego kufra. Otworzył niezabezpieczoną pokrywę. A w środku! Kufer wypełniony był po brzeg złotymi monetami. Bez wątpliwości były z najczystszej próby złota.

— Panie, złote talenty — Kalderonte krzyknął do Maga.

Równocześnie Olert zaczął otwierać pozostałe kufry. W kolejnej były już nie złote talenty, ale szlachetne kamienie, po sam brzeg. Diamenty, rubiny, szmaragdy zielone jak trawa wiosennej łąki, były też szafiry błękitne jak oczy bogdanki. Olert śmiejąc się, niby szaleniec, zaczął przesypywać drogocenne kamienie z ręki do ręki.

— Regencie, to prawdziwe bogactwo — krzyczał, śmiejąc się niczym niespełna rozumu.

I Uberykowi udzielił się ten duch szczęścia i wariactwa. I on szybko, nie patrząc się na powagę i swój majestat, podbiegł do kolejnego, jeszcze nie otwartego, kufra i otworzył go z hukiem.

A tam były białe jak mleko tura perły, kolie. I były też te czarne, niby smalona żagiew. Ciosy mamucie i kość słoniowa, rogi jednorożców podobne do ostrych muszli morskich. Korale czerwone jak krew ofiarna z ołtarzy Kerdolota i Koboka. Mag Uberyk chyba cały czas dotąd myślał, że to jakiś żart, jakaś igraszka losu. I jego ludzie tak myśleli. Ale rzeczywistość okazała się o wiele bardziej bogatsza i wspaniała. Oto mieli u swych stóp prawdziwy skarb. Prawdziwe bogactwo. Jego wartość z nawiązką pewnie starczy na opracowanie i realizację kolejnej, bardzo znacznej, akcji przeciwko, jak mawiał Uberyk, tyranowi Amargadeuszowi. To były tysiące tysięcy złotych talentów. Uberyk, Olert a także Kalderonte byli niczym wniebowzięci. Tak chyba wygląda szczęście. Temo patrzał na nich w szerokim uśmiechu. Niewolnicy stali cali oniemiali. Pierwszy doszedł w końcu do siebie Mag Uberyk. Nagle spoważniał. Chwycił i potrząsnął Olertem i krzyknął mu prosto w twarz.

— Niech niewolnicy ładują te skarby na łodzie.

To właśnie dzisiaj Kowdlar postanowił, iż osobiście pójdzie do magicznej groty, gdzie najczęściej przebywał Mistrz Kapa. Była to ta sama grota, którą wybudował dla siebie Uberyk. Po zdradzie Uberyka wprawdzie król Amargadeusz kazał zniszczyć wszelkie ślady po tym wstrętnym renegacie Uberyku, w tym także i tę grotę, ale w końcu Mistrzowi Kapie udało się przekonać króla, by zachował ten przybytek Mocy i Magii Wszelakiej. Było to doskonałe miejsce. Nieco oddalone od Zamku

Królewskiego, ale równocześnie na tyle blisko, iż Mistrz Kapa mógł z powodzeniem uczestniczyć w dworskim życiu i być przede wszystkim na każde życzenie króla. To tu zresztą Mistrz Kapa odkrył szereg dowodów na to, iż Mag Uberyk na długo przed oficjalną zdradą prowadził działania, by zaszkodzić prawowitemu władcy, królowi Amargadeuszowi. To tu Mistrz Kapa znalazł szmaciany gałganek, wizerunek króla, poprzekłuwany licznymi igłami i gwoździami. Były też inne dowody świadczące, iż Mag Uberyk używał Magii, byleby tylko zaszkodzić monarsze.

— Jak zdrowie Atagra? — usłyszał od Mistrza Kapy Kowdlar, gdy wchodził do groty. Zdumiało go to zresztą, bowiem Kapa przecież nie mógł wiedzieć, iż to on go odwiedził. Chyba że… No tak, to była po prostu czysta magia.

— A dziękuję, Ekscelencjo. Zupełnie dobrze — Kowdlar już stał naprzeciw Kapy. — Teraz codziennie trenuje fechtunek. Zapalił się do tego. Myślę, że będzie w tym dobry.

— Tak, książę, będzie niepokonanym — wtrącił Mistrz Kapa. — To wprost wynika z jego horoskopu.

— Tak, Ekscelencjo, ale ja chyba nie zamawiałem u ciebie horoskopu dla niego? — Kowdlar się wzburzył.

— Ty, Panie, nie, lecz Jego Wysokość, król Amargadeusz, tak. Król pragnął poznać horoskop, Panie, twego syna.

— Aha. No to zmienia postać rzeczy — przyznał pokornie Kowdlar. — Więc, jeśli król poznał horoskop mego syna, to czy i ja nie mógłby go poznać także, Mistrzu? Może masz dla mnie kopię?

— Książę, postaram się dla ciebie o ten papirus. Wybacz, ale teraz nie pamiętam już w detalach treści tego pisma. Bo to było kilka lat temu, gdy król sobie tego zażyczył. Tyle, co pamiętam, to to, iż będzie z niego niepokonany wojownik i wódz godny swego ojca i tytułów, które również odziedziczy po tobie, Panie.

Kowdlar aż cały pokraśniał na licu z zadowolenia. Nie krył tego zresztą.

— Mistrzu Kapo, nie przychodzę jednak tu do ciebie w sprawie mego syna, lecz …

— Tak, książę.

— Otóż przychodzę w sprawie świątyni, a właściwie budowy świątyni Isztar w Wendzie.

— O! — ucieszył się Kapa.

— Nasz Pan, król Amargadeusz — kontynuował Kowdlar — jak ci dobrze wiadomo, chce nadal wesprzeć finansowo tę budowlę. Król postanowił nawet przeznaczyć dodatkowo ze skarbu państwa kolejną określoną kwotę na ten cel.

— O jakże się cieszę, książę Kanclerzu — Kapa był szczerze rad tym, co słyszał.

— Ekscelencjo, przyszedłem tu w celu określeniu tej sumy. Ile złotych talentów potrzebujesz jeszcze, Mistrzu, by dokończyć to dzieło?

Mistrz Kapa zamyślił się. Zamknął nawet oczy, i jakby liczył w pamięci. Przez tę krótką chwilę Kowdlar mógł się przekonać, że od czasów Uberyka niewiele się w tej grocie zmieniło. Kowdlar był tu już kiedyś. Ba, nie raz czy dwa. Ale było to jeszcze w czasach Maga Uberyka. Teraz jednak mógł stwierdzić, że w kącie stał chyba ten sam szkielet ludzki. Mumia elfa może była tylko przesunięta, ale była to ta sama, tak mu się zdało, którą miał już tu Uberyk.

— Książę, brakuje około ośmiu tysięcy złotych talentów. Ta suma wystarczyłaby w pełni, by projekt zrealizować do końca.

— Dobrze, Ekscelencjo. Dostaniesz tę sumę. Król jednak ma nadzieję, że będzie mógł jeszcze do końca roku uczestniczyć w misterium Isztar w tej świątyni.

— O tak, Kanclerzu. Jak dobrze wiesz, świątynia już stoi. Jednak miałem określone trudności, przyznam, że głównie o naturze finansowej, by ukończyć realizację tego projektu. Ale w pół roku świątynia, jeśli oczywiście dostanę te osiem tysięcy, będzie już uroczyście otwarta.

— No, to dobrze — przyznał Kowdlar — przekażę więc Naszemu Panu, królowi Amargadeuszowi, tę dobrą wiadomość. Na pewno się ucieszy.

— Generale, czy pozbyłeś się ciała Temo i tych niewolników, którzy byli z nami na wyspie Orecie?

— Panie, są niejakie trudności. Temo bowiem, zorientował się, iż moi ludzie chcą go zabić.

— Co, generale? Co ty pleciesz? — Uberyk z wściekłością rzucił jadowite spojrzenie w kierunku Olerta. Było to to spojrzenie, które wieśniacy intuicyjnie nazywają złym okiem. Na co Olert żachnął się, lecz nie stracił wątku.

— Panie, Temo chyba liczył się z tym i to już prawie od samego początku. Na początku wprawdzie naiwnie wierzył, że wkupi się w nasze łaski tym skarbem, ale potem chyba się zorientował, że ty, Panie, chcesz się pozbyć zbędnych świadków.

— I co, uciekł wam?

— Tak, Regencie. Nie wiemy, gdzie się ukrywa.

— Hm … To źle. Czuję, że będzie się mścił. Jeśli go nie znajdziecie, powie o wszystkim Amargadeuszowi. Byłoby to jednak bardzo złe dla nas. Po co nasz wróg, Amargadeusz, ma wiedzieć? To tylko może go w konsekwencji wzmocnić.

Mohawe to nie było jakieś bardzo cywilizowane miejsce. Tym bardziej warownia Kote. A to tam władca Mohawe ulokował w końcu Uberyka z jego świtą. Siedzieli w okrągłej izbie. Zimne, nieociosane kamienie stanowiły główny składnik murów, które tu służyły jako ściany. Uberyk nie czuł się tu dobrze. Twierdził, iż jakoby krzyżują się w tej izbie złe promieniowania. Wprawdzie jako mag umiał zneutralizować te energie. Ale jego organizm był tak czuły, iż nadal nie czuł się tu komfortowo.

— Panie, Temo jednak będzie trudno niepostrzeżenie oddalić się z Mohawe. — powiedział generał Olert. — Właściwie jeśli nie przebierze się w szaty niewiasty, lub inaczej nie zabezpieczy się, to wątpię by w najbliższym czasie udałoby mu się uciec z Mohawe. Panie, moi ludzie są czujni. Myślę, że w końcu dostaniemy go w nasze ręce. Wyznaczyłem nagrodę za informację.

— Gdzie ukrywa się Temo? — wtrącił Uberyk.

— Właśnie, Panie.

— Dobry pomysł, generale — Uberyk jakby odetchnął z ulgą. — Ludzie za pieniądze sprzedadzą nawet swoją matkę. — Olert, słysząc to, kwaśno się uśmiechnął. Lecz nie rzekł słowa.

Zamilkli na chwilę. W tym czasie Uberyk przybliżył się do drewnianego stołu, który stał na środku tej celi. Tam to na paterze leżały owoce. Pomarańcze, winogrona i te ciemne i jasne, ale wszystkie duże, dojrzałe i pełne słodkiego soku. Obok były pokrojone w plastry arbuzy. Uberyk nieśpiesznie wziął kawałek arbuza. Już po chwili czerwony miąższ wprost z ust kapał na kamienną podłogę.

— Proszę, generale, proszę się częstować — Uberyk jakby przypomniał sobie, że w kącie stoi Olert.

— Dziękuję, Regencie, ale ja o tej porze już nic nie jadam. Zwykłem owoce jeść na śniadanie.

— Słusznie. Brawo, generale. Ale wiesz, czasami warto zgrzeszyć. Cóż by było warte nasze życie bez małych grzeszków i folgowania sobie od czasu do czasu, ale, masz rację, nie za często. Może jednak się skusisz? — Uberyk był wręcz przymilny.

— Dziękuję za tę łaskę, ale, Regencie, od jakiegoś czasu mam pewne sensacje żołądkowe. Muszę bardzo rygorystycznie pilnować swych posiłków.

— Aha. No to trudno. Powiedz mi tylko, generale, co Ci dolega, przecież wiesz, że ja mogę w wielu takich sprawach pomóc. Może Ci polecę jakieś zioła? — Uberyk naprawdę zainteresował się boleścią swego sługi.

— Nie śmiałem, Panie, Ci zawracać głowy.

— No, mów, mów, co Ci dolega?

Jakiś barak, albo szopa. Drewniana konstrukcja. Temo był osłabiony, czuł, że musi gdzieś spocząć.

Oczy odmawiały już posłuszeństwa. Ostatkiem świadomości doczołgał się do tej szopy. Na szczęście wrota nie były zamknięte. Wszedł. W środku były krowy i świnie, i było też tam mnóstwo siana. Zwierzęta nie zaniepokoiły się, zignorowały go totalnie. Nawet jeden ton protestu. A on był bardzo zmęczony. Nie namyślając się ułożył się na tej kupie siana. Upił tylko jeszcze solidny łyk wody z kubłaka. I zapadł w sen. Byłby tak spał do rana, ale wtem, w środki nocy, było może po drugiej, coś go wytrąciło ze snu. Nagle poczuł, że ktoś go obserwuje. Poczuł to dobrze, tak dobrze, iż nawet od tego dostał gęsiej skórki. Walcząc z sennością, zmusił oczy do posłuszeństwa. Zobaczył, iż ktoś stoi nad nim. Ktoś dziwnie mały. Co to jest? — pomyślał. Lecz wnet rozwiązał tę zagadkę. Już nieco bardziej rozbudzony zobaczył, iż jakiś stary gnom przygląda mu się. Ten gnom trzymał w ręku lampkę oliwną. Jasny, spokojny płomyk rozświetlał ten skrawek stajni, gdzie wprzódy ułożył się na sianie Temo.

— Kim jesteś, nieznajomy? — powiedział gnom, gdy zorientował się, iż intruz w jego stajni już był przytomny.

— A ty? — Temo odparował.

— No, ja tu jestem u siebie. A ty leżysz w mojej oborze.

— Jestem Temo. Potrzebuję schronienia, szukają mnie źli ludzie. Widzisz — Temo wyciągnął zza pazuchy piękny okaz oszlifowanego, krwistego rubinu. — Zapłacę Ci, jeśli mnie nie wydasz, jeśli mi pomożesz.

— Jeśli to są ludzie króla, to przykro mi, nie pomogę Ci.

— Nie, to nie są ludzie od was. To przyjezdni, tacy jak ja. To ludzie Maga Uberyka.

— Aha — gnom się zamyślił. — Zwą mnie Jeryl. Od kilku lat mieszkam tu. A pochodzę z Wysp Gnomów. Lecz moją ojczyznę zniszczyli ludzie, źli ludzie. Może tak źli, jak ci co Ciebie szukają.

— Pomóż mi, mam takich rubinów cały mieszek. Mogę się z tobą nim podzielić. Ale nikt nie może wiedzieć, iż ukrywam się u Ciebie.

— Skąd u Ciebie takie bogactwo? — Jeryl był zadziwiony. — Przecież masz ledwie pocerowane portki na sobie.

— A to dłuższa historia. Ale powiem Ci tylko jedno, to właśnie ten skarb jest pośrednio powodem, iż ci ludzie mnie szukają.

— Jeśli jesteś złodziejem, to nie mogę przyjąć od Ciebie nic cennego. Idź lepiej stąd i nie narażaj mnie i mojej rodziny.

— Nie, Jeryl, ja nic nie ukradłem. To właśnie ci ludzie chcą mnie na zawsze uciszyć, by nikt nigdy nie dowiedział się, skąd między innymi ten skarb pochodzi.

— Więc skąd to masz? — gnom był zaciekawiony.

— Lepiej nie pytaj. Właśnie wtedy, gdybym Ci rzekł, byłbyś, podobnie jak ja teraz, w niebezpieczeństwie.

— Aha — gnom zafrasował się. Spojrzał na te gatki intruza i rzekł. — Mam tu gdzieś spodnie na człowieka. Miałem niewolnika, pomarło mu się na dusznicę, ale był mniej więcej twojej postury. Będą pasować. — Gnom sięgnął po coś z boku, pewnie po te spodnie. Była to może stara lub zniszczona komoda.

Wtem, zza wrót, dobiegł jakiś hałas. Ktoś tam najwidoczniej był. Temo poczuł się zagrożonym. Ktoś się tam skradał lub był tam ukryty.

— Tato, gdzie jesteś? Matka dostała dreszczy.

Jeryl, słysząc to, rzekł do Temo.

— To moja córka, Partywa. Żona ma choruje. Córka ją dogląda. Zaraz wracam. — Głośno zaś Jeryl krzyknął: — Już idę córciu. Idź do matki, zaraz tam będę.

Jeryl zrobił w kierunku Temo ten charakterystyczny gest, który zawsze oznaczał i będzie pewnie do końca świata znaczył to samo. A gest ten przekazują sobie zawsze przedstawiciele płci męskiej i oznaczał sztamę pomiędzy samcami: ach te baby. Jeryl wyszedł więc czym prędzej, zostawił jednak zapaloną lampkę oliwną. Temo zobaczył, iż spodnie, które mu ten gnom ofiarował były całkiem do rzeczy. Pewnie warte były miedziaka albo dwa.

Niespiesznie zdjął swe stare, potargane portki, dość nieświeże, i założył ciepłe, wełniane spodnie od Jeryla. Pasowały jak ulał. Choć lato było w tej części świata, to jednak Temo zdążył już się przekonać, że nocki tu były cokolwiek zimne. Ciepły odziewek był więc tu praktycznie konieczny. Światło z lampki pozwoliło mu się nieco rozejrzeć po tej stajni lub oborze, która była własnością gnoma Jeryla. W boksie stały dwie krowy, a dalej w solidnym narożniku stał, a właściwie spał, biały tur. Zwierzęta dalej nie robiły sobie nic z obecności intruza. Były też trzy wieprzki i maciora z małymi. Mógł je teraz w poświacie lampki zliczyć. Zwierzęta ułożone na słomie spały. Jedynie wierzganie racicami świadczyło, że chyba miały barwne sny. I te małe z miotu i ta stara maciora. W ogóle, co przyznał w duchu Temo, obora ta była dość zadbana. Świeża słoma jako ściółka, siano pachnące na solidnym kopcu. Pewnie dla tura. Wszystko wokół czyste i nawet klepisko porządne. Bez zbędnych gratów. Minęło pięć może siedem minut. Przez ten cały czas Temo zastanawiał, co też zrobi ten gnom Jeryl. Jednak miał nadzieję, iż gnom w końcu skusi się na te piękne, krwistoczerwone rubiny, które miał w swym mieszku. Gdy był na wyspie Orecie wraz z Magiem Uberykiem i jego ludźmi, Temo w czasie pewnego zamieszania wziął sobie niepostrzeżenie kilka cennych rzeczy, w tym ów mieszek z rubinami. Nie miał żadnych wyrzutów sumienia, w końcu to jemu ów skarb powierzył Molewer. Temo miał nadzieję, że Jeryl, jak większość gnomów, był łakomy na wszelkiego rodzaju dobra. Dlatego, choć był mocno zdenerwowany, Temo wierzył w swą szczęśliwą gwiazdę. W samej rzeczy, po owych siedmiu minutach, Temo usłyszał, iż znowu ktoś wchodzi do obory. To był Jeryl. I był tylko sam, bez siepaczy Maga.

— Szanowny Temo — dobiegło go od progu obory — mam dla Ciebie propozycję. — Do środka wszedł gnom. — Otóż, możesz liczyć na naszą pomoc.

— Na jaką naszą? Chodzi mi o twoją pomoc. Tylko twoją.

— Nie denerwuj się. Możesz liczyć na dyskrecję moją i mojej córki Partywy. Już jej powiedziałem. Zresztą ona usłyszała, że z kimś rozmawiam w oborze. — Gnom uśmiechnął się dość sztucznie.

— Aha. Jesteś za nią pewny? — Temo był w sytuacji takiej, iż musiał godzić się na wszystkie warunki gnoma.

— Tak, Temo. Powiedziałem jej, że szczodrze zapłacisz.

— No tak, wszystko się zgadza. — Temo znowu wyciągnął zza pazuchy czerwony rubin.- Dostaniesz takich dziesięć kamieni, jeśli pomożesz mi w ucieczce z Kote i z Mohawy. One wszystkie są warte około dziesięciu tysięcy złotych talentów. Wiem coś o tym, bo terminowałem onegdaj u złotnika. Będziesz mógł za to dostatnio żyć, a także na posag córki starczy. Zorientowałem się, że jest ona jeszcze niezamężna, czyż nie? Czy u gnomów również to córki muszą być uposażone w posag? Popraw mnie, jeśli się mylę.

— W samej rzeczy to dużo — przyznał Jeryl. — Ale ja i moja rodzina dużo ryzykujemy. Uberyk jest przecież bezwzględny. Choć to Amargadeusz zrujnował moją ojczyznę, a formalnie Uberyk z nim walczy. Jednak my gnomy wiemy już dobrze, że nic, co pochodzi z Ulandii, nie może być dla nas dobre. Ponadto Karon, władca Mohawy, sprzyja Uberykowi, i na pewno nie zrobi nic przeciw niemu, cokolwiek by tamten złego nie zrobił. — Gnom zrobił gest zapraszający. — Proszę Cię, Temo, chodź za mną. Będziesz gościem w mym domu. Będziesz tam zupełnie bezpieczny do czasu, aż zorganizuję dla ciebie ucieczkę z Kote.

— Azali czy mogę Ci w pełni zaufać? — głos Temo zabrzmiał dość niepewnie.

— Możesz. Choć my, gnomy, jak powiadają ludzie, jesteśmy pełni wad, to jednak dotrzymujemy zawsze swoich zobowiązań. Tak jak wymaga tego choćby handel. My jesteśmy wręcz stworzeni do handlu. Wiesz o tym dobrze.

Budowa świątyni Isztar postępowała sprawnie. Właściwie do ukończenia zostały już tylko prace wewnątrz budowli. Mistrz Kapa praktycznie czuwał dniami i nocami, by wszystko szło właściwym tokiem i bez zbędnej zwłoki. Ta świątynia była oczkiem w głowie Mistrza, chciał się zapisać w historii Wendy, jako ten który wybudował świątynie Isztar, tej bardzo popularnej bogini na ziemiach południa. Oprócz samej budowli Mistrz Kapa musiał także zadbać o to, by utworzyć swoisty krąg, lub zakon, który będzie doglądał wszelkich spraw związanych z kultem Isztar. Będą to młode dziewice, które zamieszkają wokół budowli. One będą uczestniczyć i prowadzić misteria, modły i w ogóle cały kult tej bogini. Oczywiście głównym kapłanem będzie mężczyzna, ktoś kogo z rekomendacji Mistrza Kapy wyznaczy sam król

Amargadeusz. To nie będzie Kapa, choćby nawet on chciał. Nie pozwalają jednak na to jego obowiązki. Służba dla króla zajmuje go bowiem niemal w całości.

Już teraz, Gdy Kapa wchodził do budowli dech mu zapierał w piersiach. Gigantyczna kopuła oparta na arkadach, które niczym nogi słonia były potężne i masywne. Choć wnętrze ma być docelowo dość skromne i surowe, jednak Kapa miał w planie ozdobić ściany arrasami Helawitów, a także stół ofiarny miał być w całości wykonany z bursztynu i złota. Będą to dodatkowe koszta. Lecz Kapa cały czas liczył na szczodrobliwość króla, i trzeba przyznać nie zawiódł się na tym dotąd. Liczyć mógł także na hojność możnowładców z całej Ulandii. Sam książę Kanclerz Kowdlar wysupłał ze swej kabzy kilka tysięcy ulandzkich złotych dinarów. Elektan Ztor wyłożył również niemałą sumkę. Kapa zaręczył im, iż każdy hojny dawca będzie miał w środku świątyni upamiętniającą ten czyn tablicę honorową. Więc przynajmniej do końca funkcjonowania świątyni Isztar, pamięć o nich nie zaginie. Oczywiście, ludzie pokroju Kowdlara lub Ztora i tak będą już zapisani w historii Ulandii, ale taka zachęta w postaci upamiętniającej tablicy będzie motywowała innych, równie bogatych, ale już nie tak utytułowanych krajan.

Ostatni przypływ pieniędzy, dzięki łaskawości monarchy, na nowo podkręcił tempo prac w świątyni. Te kilka tysięcy złotych talentów pozwoliło postawić niemal w całości szkielet i ramy przyszłego ogromnego ołtarza ofiarnego. Złote elementy były już w nim niemal w całości wykonane, teraz jeszcze brakowało tylko, by bursztynowe ozdobniki wypełnimy do końca tę złotą konstrukcję. Czerwone arrasy były już sukcesywnie wieszane na ścianach. Cykl tych arrasów przedstawiał historie bujnych związków uczuciowych bogini Isztar z bogiem Kerdolotem. Kerdolot uwiódł Isztar przyjmując postać skromnego pastuszka, który pasał tury. Isztar urzekła prostota i piękno i szlachetność duszy młodego pasterza. Zakochała się w nim, i chciała nawet opuścić swych boskich towarzyszy. A wtedy Kerdolot ujawnił się. Wówczas to doszło do pierwszej kłótni między tymi bogami, bowiem Isztar poczuła się do głębi zraniona tą mistyfikacją. Pierwsza burza z gromami, jaka nawiedziła ludzi, była wyrazem swary między bogami. Jednak w końcu pierwotne uczucie Isztar do postaci pastuszka zwyciężyło i Isztar uległa Kerodolotowi. Odtąd jednak od czasu do czasu wybuchała kłótnia między kochankami i gromy godzą w ziemię, działo się tak wówczas, gdy Isztar przypominała sobie paskudny fortel Kerdolota.

Król Amargadeusz był kontent z przebiegu prac nad budową nowego, dużego portu Awefe.

Tę realizację kontrolował z ramienia Kanclerza murgrabia Elubed. Przy okazji Elubed realizował także swoje plany finansowe. Wywiązywał się jednak bardzo dobrze ze swych powinności. Amargadeusz był zadowolony. Port Awefe już praktycznie przyjmował okręty z całego znanego świata. Elubed musiał jeszcze tylko zadbać, by dokończono w całości projekt, który zatwierdził książę Kanclerz. Na początku pory żniw Ulandię obiegła lotem błyskawicy wiadomość, iż dawna królowa, Kodyna, umarła w końcu na obczyźnie, złamana hańbą i wstydem, w które życie nie oszczędzało jej nawet na wygnaniu. Umarła na kobiecą słabość, ale medycy, gnomy z Wysp Gnomów, orzekli, iż to niesława przyczyniła się głównie do jej dość nagłej śmierci.

Król Amargadeusz przyjął tę wiadomość ze spokojem. Nie czuł już od dłuższego czasu żadnych złych emocji do Kodyny, choć przecież ona zdradziła go i pośrednio godziła w jego życie. Król teraz jednak był szczęśliwy. Na dniach miał przyjść na świat jego potomek. Król słał dary na ołtarze świątyń Koboka, bo jak głosi tradycja ten bóg wody, morza i rzek mógł ingerować w to, jakiej płci dziecko porodzi brzemienna kobieta. Król modlił się do Koboka, by ten pozwolił, by Ulandia doczekała się swego delfina, męskiego prawowitego następcę króla. Jedyną chyba osobą w całym królestwie, której było to nie w smak była tylko Logoberda, córka Kodyny. Amargadeusz cały czas, a jej młodość już się praktycznie kończyła, nie dopuścił do zamążpójścia swej córki. A było już ku temu kilka poważnych propozycji z całego świata. Wszyscy jednak szlachetni kandydaci liczyli na to, iż ożenek z Logoberdą sprawi, że w konsekwencji, po śmierci Amargadeusza, będą panować w Ulandii. Ta koncepcja jednak nie za bardzo podobała się samemu Amargadeuszowi.

Dlatego zwlekał i zwlekał z decyzją, a Logoberdzie w tym czasie przybywało lat. Ponadto rozleniwiona księżniczka utyła sporo, i choć nigdy nie należała do piękności, teraz jednak tym bardziej nie prezentowała się powabnie.

Sylanda w zaawansowanej ciąży wręcz promieniała. Przyjmowała z królewską dumą wszelkie oznaki szczodrobliwości swego męża, którymi raczył on ją. Król podarował królowej kopalnie soli i glejt na wydobycie soli. Kopalnie te były założone w Kytre, na północy kraju. Od złotych koli i sznurów pereł, które podarował także w tym czasie Amargadeusz Sylandzie, pewnie już królową szyja bolała. A król w miłosnym zapamiętaniu nie umiał przestać obdarowywać swą połowicę w kolejne precjoza. Król oczekiwał na potomka, a w kraju faktycznie rządził książę Kanclerz. Wszystkie bieżące sprawy trafiały na jego kanclerskie biurko. Kowdlar wprowadził jednak pewne novum w kraju. Bowiem dotąd wszelkie sprawy załatwiano indywidualnie.

Lecz oto teraz Kowdlar, na wzór modelu, który już od pewnego czasu stosował Oland, wprowadził podobne procedury w swej pracy. Powstał pewien twór biurokratyczny. Twór, który zwał się kancelarią Kanclerza, a który to faktycznie przejął rządy w kraju. Więc teraz to nie król rządził, to nie Kanclerz sprawował władzę, lecz krajem rządziła grupa ludzi z obsady kancelarii. W ten to oto sposób, Ulandia przeszła kolejną fazę rozwoju swej państwowości, stając się poniekąd państwem kolesiostwa. Owszem, ostatecznie to książę Kanclerz parafował wszelkie ważne decyzję, a król je podpisywał, ale pomału, pomału centrum władzy zaczęła przejmować grupa ludzi, znajomych, krewnych, spowinowaconych z tymi, którzy organizowali pracę kancelarii księcia Kanclerza. Kamaryla dworska szybko odkryła nowe porządki, dandysi i damy dworu w lot pojęli do kogo kierować teraz swe umizgi. Punkt podparcia władzy przesunął się. A co najdziwniejsze, ani król, ani sam Kanclerz Kowdlar jakby w ogóle nie zorientowali się, że dokonała się swoista ewolucja władzy w kraju. I król był zbyt zajęty swymi sprawami rodzinnymi, a Kowdlar miał jak dawniej tak samo zawalony pracą praktycznie cały dzionek. Być może sprytni biurokraci z kancelarii Kanclerza specjalnie organizowali tak czas pracy swemu mocodawcy, że tamten nawet nie zorientował się, w co tu się gra. Dziwnym tylko było to, że przykładowo nowe koncesje na produkcję piwa lub glejty na handel morski dostawali z reguły ludzie związani przeróżnymi więzami dalekiego pokrewieństwa czy to z Dertem, zarządzającym pracą kancelarii Kanclerza, czy z Plorem, sekretarzem tejże. I Dert i Plort pochodzili ze szlachty, ale do kancelarii, którą stworzył Kowdlar, trafili tylko i wyłącznie z powodu swej niezwykłej pracowitości i posłuszeństwa, w ramach ówczesnych struktur. Było to pięć może sześć lat wstecz. Przez te kilka lat, gdyby Kowdlar wykonał mały wysiłek i sprawdził ich dzisiejszy status majątkowy, ze zdziwieniem odkryłby snadnie, iż pomnożyli oni swe majątki w tak wielkim stopniu, iż porównywalne one stały się już nawet do majątku samego Kanclerza lub innych dygnitarzy Ulandii.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.