E-book
13.65
drukowana A5
41.69
drukowana A5
Kolorowa
67.29
Krzyżacy Zakon Zdrady

Bezpłatny fragment - Krzyżacy Zakon Zdrady

Kroniki Jagiellońskie. Tom czwarty

Objętość:
180 str.
ISBN:
978-83-8104-441-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.69
drukowana A5
Kolorowa
za 67.29

Kroniki Jagiellońskie

Krzyżacy Zakon Zdrady

autor Krzysztof-Jan Derda

Okładka Piotr Latka

Tom czwarty część pierwsza

Rok 1411

Od czasu śmierci tragicznej, w dniu 7 sierpnia 1411 roku. W Ropczycach, Arcybiskupa Gnieźnieńskiego i Kanclerza Koronnego, Mikołaja Kurowskiego, kiedy to ten, zleciał z konia prosto na łeb, i kark sobie skręcił, jadąc na wezwanie króla swego Jagiełły, jako zawsze wierny, służbie kapłan. Przez długi czas pogrążony w smutku byłem jako pisarczyk jego, dwór wawelski, jak też i całe królestwo polskie. Zaś Krzyżacy w Malborku, z tego powodu wielką ucztę wydali, a na niej tak popili się, że zaś potłukli między sobą, o władzę w zakonie. Przeto wielki refektarz wyglądał jak by Jagiełło, znowu na ich twierdzę najechał i z armat ostrzelał.

Konwent natomiast takie miał gęby poobijane, jak by spod Grunwaldu Krzyżacy, dopiero co wrócili. Koronni za to z honorami, swego Kanclerza Mikołaja uprzednio odprowadzili, w kondukcie żałobnym aż do Katedry w Gnieźnie, przez najbliższych w tym kancelistów wszelkich, duchowieństwo i samego mnie skryby Kurowskiego. Gdzie w prastarym grodzie, pogrzeb był bardzo uroczysty i z takim zgromadzeniem ludu bożego, na jaki zasłużył ten patriota i pierwszy wróg zakonu Krzyżackiego. Po swoim powrocie, do Krakowa polazłem jako pisarczyk na pielesze domowe, kulawo bo, m jako i Kurowski z konia zleciał na zbity łeb. Bo na, stypie na cześć kanclerza zbyt dużo, m miodu wychlał.

Rok 1412

Jechałem z Gniezna do chałupy swojej poturbowany mocno, i siedział ja w chałupie swojej aż prawie do końca stycznia 1412 roku, niemal bezsilnie, bo od czasu do czasu, pismo święte księdzu biskupowi Trąbie w mozole przepisywałem. Jak i kronikę jego wymysłu, o konflikcie króla naszego, Władka II z krzyżakami w roku pańskim 1410,według notatek księdza który jeszcze w Bydgoszczy rzekł mi jak jędza, przepiszesz mnie to wszystko ku potomności w bibliotece Wawelskiej, będzie na wieki. Jak powrócę z Kowalewa, dasz mi do wglądu jakoś się spisał trutniu. To co, m miał czynić? Siedział ja jak mól książkowy i pisał, w trudzie bardzo wielkim. Bo ksiądz miał pismo jak kura pazurem na ziemi skrobane, nie inaczej. Jako, m obiecał owemu, niechętnie bardzo. Już chciałem się zatopić, w żałobie ponownie i gębę swoją z wielkiej rozterki, w kuflu z zimnym lubo lepiej grzanym piwskiem, zamoczyć. Kiedy małżonka moja, zwana w tajemnicy przez kumotrów i gdzie ją tylko znali, pisarczyk, ową niewiastą, przypędziła biegiem z szopy, gdziem to, trzymał wszelakiego rodzaju zardzewiałe zbroje, broń starą i rozliczne graty, gospodarcze. Zaś powiada mnie owa niewiasta nieznośna, szybko nogą tupiąc w polepę.

Aż kurz się podniósł pod powałę, taki jak na gościńcu w skwarną pogodę. Przez co,m pomyślał sobie ze leżę już na narach przez krzyżactwo pokonany,a ksiądz Trąba z wiatykiem do mnie zaraz przylezie. Wraz z zastępami anielskimi z odsieczą. Jeno nic nie nadeszło ze zbawieniem. Zaś owa tak dalej prawi. Coś to, myślał sobie trutniu wawelski? Gębę swoją zaraz, po pogrzebie księdza Kurowskiego, w piwskach i miodach, z niemocy wielkiej moczyłeś! A teraz, dalej się do tego, zabierać zamierzasz? Nie ma tak dobrze, jakoś to sobie umyślił szybko. Choć no tu, zaraz do szopki owej. A czego mnie to, w jakiejś szopie szukać, kiedym ja skryba dworski jest chyba nie? Zaś księdzu Trąbie, kroniki jego przepisuję. A po to, że nasz wspólny majątek w ruinę popada. Rzekła pisarczyk, owa niewiasta patrząc mnie a, swojemu mężowi prosto w ślepia, jak bazyliszek i ksiądz mój nieobecny, na razie Trąba. W jaką ruinę, znowu popadasz? Czy brak ci jakiego grosza, lubo miedziaków? Czy czego tam, wymyślisz sobie? W fantazji niezmierzonej jak, nasze morze bałtyckie? Zapytałem pisarczyk, owej, bardziej ostrożnie na wypadek, najazdu na mnie, przez zastępy krzyżackie, i niewieście. Grosza żadnego, mnie nie brak, jeno dziada, porządnego w chałupie, potrzeba ot co. Na to, Pisarczyk, owa niewiasta powiada. Koło od woza naszego się rozlazło, na części cztery, i naprawić je zaraz mi trza. Jeno na cztery? To i tak nieźle jeszcze, gorzej by było jak by się, na sześć części rozlazło, powiadam pisarczyk, owej. Dalej trutniu miodowy, bierz się do owego woza durnego, bo mnie trzeba pilnie, na stary rynek po sprawunki jechać. A na drugi wóz nas nie stać, jest. To jako pisarczyk, na to w obronie swojego kanclerskiego urzędu pisarczyk, owego powiadam jej bardzo uprzejmie i dwornie jako zwykle. Com to ja, jakiś piast kołodziej jest? Myślisz sobie niewiasto moja? Co bym, koła stare naprawiać musiał, albo nowe czynić? I niby z czego, nowe koło? Robić mam? Ze starego miecza zardzewiałego dawno, lubo przekuwać twoje koło na nowo, kiedym nie kowal Szymon jest? Albo jaki inny smoluch kowalski. Lepiej może, z gęsich piór koło ci uplotę? Bo tych u mnie dostatek. Prędzej to na pierzynę piór moich starczy, niźli na kołomyje i wymysły twoje jakieś. I powiadam ci to ja, jako mąż twój nieszczęsny, od trzydziestu roków. Że to właśnie, tak jest i nie inaczej. Bo jak by ja, był piast kołodziej po kądzieli, to koło od woza by ci, się nie rozlazło ze starości wielkiej. Bo oto, byśmy na Wawelu, na zamku krakowskim siedzieli oba. Zaś dziatwa nasza by, książętami była. Ty, jako królowa pani, ja zasie jako król, z dynastii piastów. A tak, co nam innego w tym żywocie pozostaje? Królowi litewskiemu, z nowej dynastii owych Jagiellonów musimy służyć, a przed tym nim to nasza królowa Jadwiga pomarła. Rodowi wielkich Andegawenów posługiwać musieli my oba, i na owe koło od woza grosiwa, braki w sakwie swojej masz? Zaś opasłej jako wypasiona dobrze krowina, a taką ślepia moje widzą moja niewiasto? Praśnij, owe stare koło w najciemniejszy kąt szopy, lubo do lamusa najlepiej samotrzeć zanieś. Zaś nowe całkiem sobie kup, albo i ot co. Weź, sobie na ostatku żonko moja, kołodzieja z grodu, to ci owe koło, raz dwa zamieni na nowe. Prędzej ciebie, ja na męża posłusznego gdzieś sobie zamienię, lubo przez łeb durny czym prasnę. A co to myślisz sobie, trutniu jakiś? Że u mnie, w komorze grosiwo rośnie, jako grzyby w lesie? Nie wiem ja niczego o grzybach żadnych bo owych nie jadam. Z obawy co byś mnie czasem, nie struła. Król nasz Jagiełło też byle czego nie jada, ani nie pija z tych samych powodów. Zaś mój kumoter, medyk owego Jagiełły, Jakubek Kuna. Wiesz który, to, zaś jest? Pisarczyk, owa, stała bezradnie, przez chwile pod ścianą, oparłszy się na miotle brzozowej, bo przecie ze zdumienia ją, całkiem zatkało i w słup soli zamieniło. Przeto pisarczyk, owej dalej prawię. Powiadał mnie, razu jednego ów kumoter Jakubek, tak. Pod Malborkiem. Jak król nasz zamek tameczny oblegał, z krzyżakami w środku zawartymi mocno! Jakom to ja, z maligny był, przez owego Jakubka uleczony. Razem z onym, naszym kumotrem Piotrowi, nem. Powiada mnie on, jako już my wszystko pod tym Malborkiem, co było z zapasów na czas Grunwaldu zeżarli. Zaś kucharze nasi, co do gara włożyć nie mieli. Łącznie z Mikołajem Kozą, kuchmistrzem królewskim. To zaś, pan nasz Jagiełło, grzybów nakazał rycerstwu w boru sobie szukać, bo przecie mizeria z nami straszna była. Przeto Jakubek Kuna gadał mnie tak. Jakoś my oba, w boru za grzybami byli, z innymi kmiotkami i głodomorami. Wszystkie grzyby raczej są jadalne, powiadam ci kumotrze mój. Jeno niektóre, tylko raz jeden. Dobre są. Co i prawdą, pewnikiem jest. Albo i, jak królowi naszemu, takoż samo pod owym Malborkiem koło od armaty, razu pewnego się rozlazło i bieda taka sama była, z owym kołem, jako i u ciebie żono moja miła. Jak cię trzasnę mokrą szmatą, przez łeb ty grzybie durny, to ci się odechce, wszelakich grzybów piwska i Jakubka Kuny, owego drugiego opoja, jako i ty sam. Do naszej, szopki ruszaj mi migiem. I za skrzynkę, na narzędzia bierz się. Puki, m dobra jeszcze jest. A nie! To i królowi naszemu, zaraz doniosę, że to w chałupie od pomocy się żonie swojej własnej wymawiasz. Dobrze i to chociaż, że tylko Jagiełłę o tym uwiadomisz uprzejmie, i z dworskimi manierami. Zaś nie będziesz poselstwa, z taką paskudną wieścią do Zygmuntka Luksemburczyka, na dwór do Budy. I aż na Węgry, sposobiła. No i pewnie, jeszcze ci rzeknę. Oba wy z królem w komitywie dla mnie dziwnej, siedzicie i obydwa na jednym punkcie, fioła jakiegoś macie. On sam, że to ptaszysków, wysłuchiwał by całymi godzinami i po nocach nawet. Ty zasie w drzewie owe, jemu bez ustanku strugając. Nosisz mu zaś owe, ptaszyska i te figurki malowane, dla uciechy i siedzicie razem, nad owymi wydziwiając. Jak byście cuda, na niebie jakieś widywali. Zaś w izbie naszej, można się o trociny lipowe przewrócić, i zabić z kretesem czasami. Jako za miotłę, sam nie sięgniesz i nie ogarniesz jako tako. No i co, z tego złego? Na to pisarczyk, owa odrzekła. Odetkawszy się jakoś nagle. Lepiej mnie ptaszyska kolorowe strugać, czy figury jakieś farbami kraśnieć. Zaś wydziwiać, z królem nad ptaszyskami struganymi i onych nocami wysłuchiwać. Chociaż by, dzień w dzień miast twojej gadki durnej, przez całe życie moje. Jako dziad proszalny nieraz po Krakowie łazisz, a nie jako szlachcic słuszny. Lubo po karczmach po próżnicy łazić cięgiem postura twoja, się lubuje ponad wszystko. Za piwskiem, lubo jakimś wińskiem czy innym cienkuszem. Zaś pogadywać z kumotrami jacy ci się napatoczą pod ślepia kaprawe. Rozprawiać o licznych przewagach wojennych, jakoś to nigdzie chyba miecza nie dobył, ośle stary. Jako ty, jak tylko chwilę wolną od służby królowi posiadasz, łazisz po Krakowie jak obwieś jaki i zaś mury podpierasz. Co by się, ze starości nie obaliły. Zaś cię, na dworze obwiesiem, z tymi drugimi pozywają. Jakom cię, to przecie nie raz, i nie dwa na grodzie naszym pod karczmą naszła. Tego mnie już było za wiele, przeto pomyślał ja sobie po cichu, gdziem to ja ślepia miał za młodu. Że o tom, chyba z krewniaczką komtura Szwelborna śluby powziął. Machnął ja, na to wszystko łapą i nie rzekł owej już nic. Bo i tak przecie nie było co, czy innej rady, i do szopki owej jako do twierdzy malborskiej polazł ja. Cały boży dzień prawie, zmitrężył nad kołem owym. Jeno nic, nie chciało do drugiego pasować, i razem na piaście siedzieć. Zaś po obiedzie, koło od woza mocno naprawione, jam osobiście własnej żonie oddał. A że, nieco to i koślawe wyszło z naprawy, wóz nieco czasami mniej a czasami bardziej. Po bruku krakowskim brykał, jak młody źrebiec, na błoniach przy Wiśle. Zaś jednego dnia, znowu przywlekła się owa krzyżacka moja żona ze strychu. Gdzie z kolei swoje, ptaszyska wystrugane trzymała dla ilości bardzo wielkiej, że to już i w chałupie miejsca dla nich nie było. I powiada, przymilnie jakoś bardziej. Musisz to zaraz, na dach wyleźć, i dachówek parę założyć. Bo wiatr je porwał, i do środka mi się deszcz, ze śniegiem czasem naleje czy nasypie. Na to jam, już ogarnięty całkiem niemocą, rzekłem jej. Przecie dachówek, w chałupie u nas, na zapas nie ma bom nie ceglarz jest ani dachówkarz. Zaś jako i to powiadam, owej. Że przecie ona sama, jako z miotłą brzozową łażąca po obejściu. Powinna podlecieć sobie, do dachu naszej chałupy. I dachówki zamienić jako, baba jaga, na miotle latająca. Czego owej, było już za wiele. Zaś bez, żadnego wypowiedzenia wojny, królestwu naszemu natarła na wojska nasze samotrzeć. Że i uchodzić chciałem, z chałupy swojej zaraz. Od pewnej niebezpieczności jak, i spod Malborka król nasz, ze wstydem wielkim z pola oblężenia wielkiego mistrza Plauena złaził. Przed tym nim poległ ja, na polu bitwy z niewiastą swoją. Ta mnie jeszcze rzecze po swojemu tak. A wiesz ty jełopie gminny, co mnie król w tajemniczości wielkiej powiadał? A z czego mam, to wiedzieć? Co wy tam pogadujcie, w tajności oba przeciw szlachcicowi słusznemu jakim ja jest. Na to niewiasta pisarczyk, owa powiada. Nie o ciebie tu idzie, jeno o Piotrowi, na jako to na sąsiada naszego i kumotra swojego powiadasz. A z tym znowu co, się wam przyśniło? Nic, rzeknę ci ja o tym, jako słowem szlacheckim mi przyrzekniesz, że nie powiesz o tym nikomu co mnie król powiadał w tajności. Musiał przyrzec jej na krzyżyk na ścianie wiszący. Przez ową własnoręcznie wystrugany i powiadam. Gadaj zaś, składniej niewiasto jako masz co powiadać a jako nie. To zawrzyj japę i na rynek popędzaj ku swojej uciesze, z przekupkami w plotki krakowskie się wdać. Bo mi do owego dekarza w końcu iść trza. Zaś siadaj se dziadu, przed tym na ławie wedle komina, bo jako ci rzeknę co wiem, padniesz trupem tu na miejscu miast pola grunwaldzkiego jakoś z niego w zdrowiu jako tako wylazł. Lubo z owego Malborka z Piotrowi, nem, coś to ledwo z żywotem uszedł. No? Gadaj zasie. Siedzę wygodnie jako ślepia twoje zalotne widzą pewnie. Zaś wpierw miodu zagrzej z loszku, i w kubas, mi wlej czy czego tam masz na pod orędziu, wedle uciechy jaką chcesz mi sprawić. To pisarczyk, owa moja miodu w kubas grzanego wlała, ze zdziwieniem na gębie mojej i powiada tak. Jeno nie wiem czy ci mam to rzec, co wiem od króla? To ja powiadam. Weź mi, idź ty lepiej plotkować z niewiasty na rynku, prędzej ci jadaczka się ruszać będzie między nimi. Niźli, tu w chałupie naszej. Jakom ci już dziś powiadał. No to słuchaj zaś, powiada niewiasta moja. No? Powiadam pisarczyk, owej drugi raz. Jak oście oba z Piotrowi, nem ze szpiegowania na ziemie zakonne powrócili. Król nasz mnie powiadał, że oto Piotra Malarczyka do siebie wezwał w tajności przed wszystkimi. No i co? No i powiadał mnie król tak. Że to niby tak onemu powiadał. Widzę ja, żeś to sługa mój dobry razem z tym drugim obwiesiem i na ziemi zakonnej z rozkazu, iście się oba dobrze sprawili. Zaś Pieter niby, królowi powiada. Wedle pana swego zawsze, m rozkaz królewski pierwej spełniać winien, niźli do beczki zaglądać z piwskiem, jako mój kumoter durny, a pisarczyk waszej królewskiej mości. A to kanalia krzyżacka, powiadam pisarczyk, owej na to. Nic to, jeszcze takiego słuchaj dalej zaś. No powiadaj, przeto. Król powiada, do owego Piotrowi, na tak. Od przyszłego roku, a będzie to przecie, nowy 1408 rok pański. Ustanawiam cię na urzędzie naszym, jako świętego inkwizytora za zgodą i nakazem papieskim. Jakim otrzymał ze stolicy Piotrowej. A ty, Pietrze mój jako inkwizytor króla, na wszelakie odstępstwa, od wiary naszej ścigać będziesz heretyków wszelakich. I pod sąd grodowy, stawiał niezwłocznie. Na to, jakom łyknął miodu z kufla tak mnie zatkało, że musiała mnie pisarczyk, owa przez plecy palnąć. Bom to zadławić się chciał, ze zdumienia w jakie, m wpadł i udusić miodem z kretesem mogłem. To powiadam niewieście swej, nie wierzę za bardzo co mi tu wygadujesz niewiasto. Ale może i takie coś, czasami być. Bo to przecie nie raz i nie dwa go na dworze nie ma. Zaś nie wiadomo, gdzie się pałęta ów, inkwizytor jako powiadasz. Jeno to jeszcze myślę, że słabo coś mu jego interesy idą, bo jako by złapał kogo na czymś, co przeciw kościołowi gada. Głośno by o tym, na dworze naszym było.

Dam ja owemu obwiesiowi taką inkwizycję, że prędzej sam na stosie zapłonie jako czarownik jakiś. W pierwej idę ja, na Wawel, opatrzyć się jak i co. Zawołał ja, jednak całkiem wprzódy, pomny na wołania niewiasty swojej. Dekarza z grodu, i do chałupy trutnia ściągnąłem, zaś dałem mu pięć groszy, za dachówki nowe i robotę jego na wysokości. Za co mnie, dekarz Wojciechem zwany, w łapę chciał całować, zaraz. Jeno, m mu rzekł prędzej, niźli ten się do łapy mojej zabrał. Puknij się w łeb swój, człecze durny. Jam ci, przecie wdzięczność, winien do zgonu swojego. Który nadejść mógł prędzej, niźli na samego księdza Mikołaja Kurowskiego. Jak ten, z konia zleciawszy ducha zaraz wyzionął. Ja zaś, jak tylko pomyślawszy o dachu swoim, zaraz musiałem do Jakubka Kuny iść, na nerwów moich skołatanych mocno kurowanie. Takim był roztrzęsiony jak, by mnie krzyżaki samotrzeć napadli, i po łbie kijami tęgo obili. Za czym, prędzej na Wawel polazłem, aby wojny nowej z zakonem krzyżackim nie wywoływać. Z owym, komturem tucholskim jako, m na niewiastę, swoją powiadał. Bo i po prawdzie, w komturii tucholskiej się owa przecie porodziła. W 1351 roku, rok prędzej od swego kumotra królewskiego Władysława II. Przez co rówieśnikami będąc o sztuce różnej pogadywali, wytrwale. Rezydował ja chętniej, na naszej smoczej jamie. Aby zaś w spokoju i nadziei, na lepsze czasy, w zacnym towarzystwie kumotrów swoich czekać. Z wyjątkiem owego inkwizytora, przy którym zważać trza było, co się gada. Od tego też czasu siedziałem na Wawelu na kurzej stopie, przy swoim pulpicie. Czy to w kancelarii królewskiej, albo i u siebie w chałupie czasami jak, om w zamku, nic do roboty nie miał. Cicho raczej, jako mysz pod miotłą. Wyglądał pisarczyk czyli gęba moja czasami, jak struty i nawet garnca z piwskiem do gęby właściwie, ja nie powziął od czasu pogrzebu. Z wyjątkiem, kilku beczek i antałów miodu krakowskiego wypitych. Na co, moja własna ślubna niewiasta obawy zaraz powzięła i strach miała czy mi się coś we łbie, z żalu za kanclerzem Kurowskim nie przekręciło.

Ja tam też nie odpowiadałem, zbytnio składnie na zadawane mi często, pytania, bo mnie i wygodniej było. Król nasz nawet chciał wysłać, mnie z tego powodu, po konsultacji naukowo mocno medycznej z pisarczyk, ową niewiastą, na kuracje łba mojego do medyka i kumotra owego, Jakubka Kuny. Ale król nasz Jagiełło, jako mąż stanu a strategicznie wielki wódz, zreflektował się ostatecznie, w błędzie taktyki wojennej, jaką przyjął. Przemyślał sposób i w końcu, powiadał do niewiasty pisarczyk, owej tak. Lepiej my, do Jakubka twego, męża durnego nie pchajmy, na kuracje żadne. Bo to i przecie, oni dwaj bardzo lubują się w swoim towarzystwie kręcić, a jeszcze lepiej obracać jedną flaszę za drugą. Zaś owa, zagadała zaraz do Jagiełły. Ano, ano wasza królewska mość. Jeno co czynić z pijakami obrzydłymi? Zaś kumoter owej, Władek II ponoć bezradnie łapy rozkładał, bo i on konceptu na te okoliczności nie posiadał. Przeto, wszystko pozostało po staremu. Jeśli idzie o koncept wspomnianego, ten niezmiennie pozostawał zaczepny, i obronny za razem, jak i u króla Jagiełły z Krzyżakami. Na zadawane mi zagadnienia natury inkwizycyjnej, przez mojego kumotra, owego Malarczyka królewskiego i inkwizytora świętego niedawno mianowanego, Piotrowi na, zwanego na dworze dalej aniołem. Dla spokojnego usposobienia, które tamten raczej posiadał. Nie powiadałem nic, dla bezpieczeństwa czystości wiary. Zaś jako i tamten czasami, gębę trzymałem na kłódkę zawartą. A z którym, to przecie na przeszpiegi w ziemie zakonne już, w 1407 roku Pańskim jeździłem. O samej bitwie i potrzebie Grunwaldzkiej nie gadając. Zaś i samym Malborku jako my oba pałą przez łeb zarobili, nie wspominając. Czy chociaż by o bitwie owej sławetnej, o skarby Wielkiego Mistrza Ulryka von Jungingena, w skarbcu ukrytych na zamku w Radzyniu Chełmińskim. Siedziałem zaś i przysypiał ja często, na stołku swoim, przy pisaniu kiwając się w lewo i prawo. Raz tak się rozkołysałem mocno, że łbem kudłatym w pulpit przywaliłem, aż mi się pióra gęsie poprzewracały i na podłogę spadły. Zaś inkaust, na łeb sobie, m wylał i mocno zdumiony patrzał ja, ślepiami dookoła co się dzieje. Właśnie łeb swój rozcierałem gdzie to, na środku czoła piękny guz mi się pojawił, jak księżyc w pełni doprawiony do koloru atramentem zielonym. Na kumotra swego nie zważając, zakląłem coś głośno. Tamten zaś, skrzętnie malował, coś na lnianym płótnie naciągniętym na sztalugi w dużej ramie. Był to portret drugiej córki króla Jagiełły i Anny Cylejskiej, Jadwigi Jagiellonki. Jako pisarczyk nieszczęsny kląłem dalej, coś szpetnie pod nosem. Malarczyk lubo inkwizytor królewski jak kto woli, swoim zwyczajem od malowanego obrazu do mnie się odwrócił. I nic, tylko. Nagle ha, ha, ha, głośnym śmiechem zagrzmiał. Wtedy właśnie, jakiś hałas wielki na korytarzu, się uczynił. Bo, przecie grube dębowe drzwi od kancelarii, naszej prywatnej zwanej też Smoczą Jamą. Trzasły z wielkim hukiem, jak w natarciu wroga jakiegoś, na zamek wawelski i z trzaskiem ustąpiły. A do kancelarii wpadł, jak bomba, zwierzchnik obu nas obecny. Arcybiskup nowo mianowany, Mikołaj Trąba. Powiada głośno, za swoim zwyczajem. Czego to drzemiesz trutniu, nad pulpitem jako stary kot na piecu? Gadaj mi zaraz. Budźcie mi się obaj, z owej maligny. Bo do Konstancji, do Ojca świętego ze mną chyba w przyszłym roku, na sobór pojedziecie. Ale w pierwej, listy do Papieża Grzegorza XII napiszemy, lubo do którego innego. Zaś za, podróżą, oglądać się będziemy, nieco później. Najpierwej księdzu musimy gratulacje, lubo kondolencje złożyć, jako naszej wielebności że to król i papież nad księdzem się zmiłował i tytuł arcybiskupa mu przydzielił. Powiadam mu w ślepia, na początek. Bóg was opłać, kmiotki moje. Powiada zadowolony wielce nasz nowy arcybiskup, że my nie zapomnieli mu powinszować nominacji arcybiskupiej. Za to, żeby mu zbyt wesoło nie było, pytam zaraz. A flaszę jakąś na tą okazję wytrąbimy? Na co ksiądz jak zwykle powiada mi, idź ty przechero lecz się na łeb lepiej. Bo po Malborku widzę ja, że ty do rozumu jeszcze nie przylazł całkiem. Albo żonie twojej powiem, coś mnie tu śpiewał na powitanie, zaraz odechce ci się z flasz po strychach miody trąbić. Niech księdzu jest wedle woli, powiadam ugodowo. Zaś zmieniłem temat zaraz, przewidziawszy nową wojnę krzyżacką, baby mojej ze mną samotrzeć. Powiadam przeto. Gdzie to, wasza miłość, już o przyszłym roku myśli? Jak ów kogut, co to przemyśliwał o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli. Do przyszłego, roku jeszcze przecie szmat czasu. Powiadam księdzu arcybiskupowi nowemu. Bo to przecie obiecują, mi na tronie Piotrowym nominację, na sutannę czerwoną i stan kardynalski. Rzekł, z pewną dumą arcybiskup Trąba. Na którym tronie? Zapytałem i dodałem zaraz. No i co, za tym? Jeszcze przecie, waszej miłości nominacji papież nie dał, a i nie wiadomo który z nich, może ową ojcu przydzielić. Bo przecie jest na tronie, papież i anty papież. I jeszcze jeden na dodatek, papieżem się mieni tym dwóm naprzeciw, i okoniem wszystkim stając. Z resztą, do Konstancji? Czy tam gdzie? Za czym jechać, ksiądz arcybiskup chce? A ja, albo i ten tam co pod ścianą siedzi? Po co? Na to ksiądz Trąba, nadął się do zadęcia w siebie i powiada. Jam przecie, rzymskokatolicki ksiądz jest, to i od Rzymskiego papieża, tylko przyjąć purpurę mogę. No. Zasie jako pisarczyk jego ślepia, m wybałuszył, na taką wiadomość i dalej przestraszony siedziałem, łeb swój i atrament na nim, dalej wytrwale rozcierając. Nagle, olśniło łeb mój nieszczęsny, bo oto przypomniał ja sobie, o sposobach na guzy na łbie niezawodnych. Zaś krótką mizerykordię za pasa jam sobie wyciągnął, i do guza swojego przyłożył szybko. My? I po co? Wasza miłość, gdzieś znowu wlec się chce, nas za sobą po gościńcach włócząc? Dodał z razu Malarczyk ze świętej inkwizycji. Jeszcze bardziej wystraszony napadem nas na Konstancję. Niż i wizyty u Ojca świętego i to jeszcze nie wiadomo u którego. Zaś całkiem, już był przestraszony napadem, owej Trąby jerychońskiej na nas obu. Jak po cichu, na Księdza Trąbę obaj my powiadali. A kto ze mną pojedzie? Duch święty? My zaś a i po co? Zapytałem znowu. Na to, arcybiskup popatrzał na mnie swojego skrybę i powiada. A swoją to? Mizerykordię na mnie, wyciągasz za pasa swojego? Zapytał nieco też, chyba przestraszony, widokiem mieczyka ksiądz Arcybiskup. Gdzie zaś?

Wasza miłość, guza sobie od pulpitu na łbie nabiłem i gaszę go z zarania. A kto by, żywił moją marną posturę jakbym ojca swojego dobrodzieja, ową moją mizerykordią zadźgał? Jeno doprowadzony do desperacji, dźgnąć w siebie samego mogę. Powiadam do księdza. Nie strasz mnie tu po próżnicy bo wiary ci, w takie gadki nie daję. Za długo znam cię, i się na twoich breweriach poznam zawsze. Ale, m to pomyślał w pierwszej chwili, że na mnie na powitanie za sztylet sięgasz. A łeb, od czego masz na czole zielony? Inkaust ty wychlał z kałamarza? Miast piwska, czy miodu z biedy? Z mitręgi skrybo wania, na łeb mi się atramentu wylało takoż tyram ja teraz, przecie ciężko. Powiadam grzecznie. Na to, ksiądz Trąba powiada. To i nie tęgo, teraz widzę ja z wami. I dodał zaraz. Może naszego księdza Kurowskiego, mam ze sobą zabrać? Kiedy on od wielu miesięcy, w Gnieźnie już pochowany leży. A waszą miłość? Król nasz, miłościwie nam Władek II panujący już wypuścił z niewoli? Z naszego zamku w tym tam, czy jak mu tam? Kowalewie Pomorskim? Zapytałem znowu, dalej sztylet miłosierdzia, przy łbie trzymając. W niewoli przecie ja, tam nie był wcale zamknięty. Jeno, m skarby krzyżackie królowi naszemu, zdobyczne w zamku Radzyńskim na zakonie Najświętszej Marii Panny, zliczał. A zamek w Kowalewie, już też nie nasz obecnie jest, jeno Krzyżacy znowu, na nim załogą silną siedzą. Bo to i tak, po prawdzie wyzwolił mnie, i przegonił z owego naszego niby zamku. Sam parchaty, jako to, na krzyżaków powiadasz, land marszałek Krzyżacki, Bern von Hevellmann. Co, przywlekł się, pod owe Kowalewo na czele armii inflanckiej, i musieli my brać, szybko nogi za pas, przed niewolą pewną. Chciałbym ja widzieć to, jako ksiądz arcybiskup w powadze swojej, przed krzyżakami zmiatał. Zaś trąbiła wasza miłość na larum?

Na to ksiądz Trąba nadął się i powiada. Nie wy, mądruj się mi tu, bo chciałbym widzieć jako by cię Krzyżaki ogarnęli, jako byś to trąbił i gębę darł o z, ratowanie łba swojego. Co, m dyplomatycznie przemilczał. Przeto znowu zmieniłem kierunek rozmowy, i zapytałem zaraz, jeszcze bardziej uprzejmie. A do papieża, jakiegoś tam? Za czym ksiądz Arcybiskup, gonić nas i siebie chce? To? Nie wiecie, nic? A co, wiedzieć mamy? Wasza miłość, zapytałem. A Pieter, gębę ciekawie zaraz nadstawił, czekając na sensacje jakie z Mikołajowej, Trąby mogły być zagrane. Krzyżacy przecie, bunty w całym chrześcijańskim świecie wnoszą. Co by, na króla naszego Władysława Jagiełłę i na naród nasz cały. Ojciec święty, klątwę nałożył, za bitwę pod Grunwaldem i całą odpowiedzialność za wojnę z zakonem, Polskę obciążyć Krzyżacy chcą. Jeno, papież Grzegorz XII, i inni papieże schizmatycy wprawdzie takoż samo, na ich wołania głuchy na razie jest, bo po naszej stronie opowiedział się, w tej wojnie parszywej. Jako i tamci dwaj. Ale, Krzyżacy czekają z niecierpliwością wielką, na zmianę papieży, na tronie Piotrowym. Zaś i po to też, król węgierski Zygmunt Luksemburski sobór w Niemczech w Konstancji zwołuje. Aby schizmę w kościele katolickim, do cna wyplenić i tron papieski ze schizmy oczyścić. A jak, przychylny zakonowi Ojciec święty nastanie, taki postulat Krzyżacy słyszałem, zgłoszą pewnikiem. Więcej to niźli, pewne jest. A król nasz, co na to? I wie on o tym? Że mu fałszywy, wielki mistrz Heinrich V von Plauen. Za uszami, pomimo tego, podpisanego nieszczęsnego pokoju w Toruniu, spiski jakieś czyni? Wie, król. A, co to ma, nie wiedzieć? Sam mu, o tym doniosłem, jak tylko tu wróciłem z owego Kowalewa. A wracałem szybciej, niż się na zamku tamtejszym wygodnie rozsiadłem. Wielki mistrz Henryk von Plauen to jeszcze nic, do tego co przeciw nam Zygmunt Luksemburczyk czyni. Bo przecie to, na Ziemię Sądecką z krzyżakami, najechał w 1410 roku. Jak my spod Grunwaldu wracali. Słusznie panowie Krakowscy, bunty pod zamkiem i Malborkiem czynili. Bo przecie zaraz, wyczuli pismo nosem. Co się dziać będzie, na Sądecczyźnie pod dłuższą nieobecność, chorągwi krakowskich. I w królestwie, mieliśmy nową, i starą wojnę jednocześnie. Za przyczyną, wroga naszego Zygmunta Luksemburczyka. I nie wiadomo, w którą stronę miecz swój, król ma zwrócić. Zakończył wywody wojenne, ksiądz Trąba. To, i co teraz? Czynić mamy? Wasza miłość. Zapytał Malarczyk. Co robić? Sam jeszcze dokładnie nie wiem co czynić, bo zamęt taki w około jest. Po owej Grunwaldzkiej potrzebie jak po burzy z gradem i wszystko leży powalone, i z korzeniami powyrywane. Listy, trza pewnikiem dalej pisać. I za herezje owego Falkenberga trzeba ścigać. Jeno to już twoja, jako inkwizytora królewskiego sprawa. Na to Pieter na gębie się czerwony zrobił i powiada. To ksiądz arcybiskup wie? O czym mam, wiedzieć lubo nie wiedzieć?

Pyta znowu Trąba. No, zaś o tym że mnie król nasz inkwizytorem z polecenia stolicy Piotrowej uczynił. Od 1408 roku to wiem, jeno, m nic nie powiadał bo i potrzeby nie było. A jakoś się nie chwalił stanowiskiem i urzędem swoim, ani potrzeby ku temu nie było, to co i gadać o tym. Na to jam powstał od stołu, i powiadam do księdza. Mnie tyle lat nie powiadała o tym nic, gęba jego. Dopiero, m się od niewiasty swojej z wiedział, nie dawno jakiego to kumotra, moja osoba posiada. A zaś co mam ci, zaraz gadać co mi król powiada i nakazuje? Zacietrzewił się Piotr. Na to, m machnął łapą. Tyle lat, żeś to gębę trzymał na kłódkę zawartą? Powiadam inkwizytorowi, jakom na niego postanowił od dziś gadać. Na to on, mnie powiada, jako byś herezje jakie prawił, wiedział by ty prędzej, jeno jak sługa króla dobry z ciebie jest jeszcze, nic mnie na razie do gardła twojego chudego. Ciesz się jeno, że ślepia przymykam na twoje księgi zakazane. Coś to je przez lata gromadził, albo bzdurstwa swoje w nich wypisywał. W tomiska grube, zaś w bibliotece zamkowej skrywał. Na to mnie zatkało i powiadam. Ludzie trzymajcie mnie, bo ze stołka na łeb swój biały zlecę lubo się rozpęknę ze zdziwienia. Jak stara beczka, co się jej klepki rozlazły. Zaś ksiądz arcybiskup, powiada. Pax, pax między wami. Dobrze przecie, że król za nakazem stolicy Piotrowej, służy i jej nakazy wykonuje. Zaś inkwizytora świętego na dworze swoim trzyma ku porządku zachowania. Mniej krzyżactwu, kłamstw wobec króla naszego, w garści zostanie. A moje kroniki żeś mi przepisał? Tu są, powiadam na drugi pulpit łapą wskazując. Masz szczęście żeś mi, nie zaspał nad nimi i inkaustem nie zalał na zielono, jako łeb swój durny. Niech leży tu na razie księga owa. Weźmie lepiej ksiądz ją mi ze ślepiów, bom przez nią oślepł prawie. Później ksiądz powiada.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.69
drukowana A5
Kolorowa
za 67.29