E-book
31.5
drukowana A5
67
Krzyż i Płomień II: Strażnicy Wieczności

Bezpłatny fragment - Krzyż i Płomień II: Strażnicy Wieczności


Objętość:
240 str.
ISBN:
978-83-8467-141-2
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 67

CZĘŚĆ I — ECHA WIEŻY

Rozdział 1

Powrót do codzienności

Najtrudniej było uwierzyć w poniedziałek. Jan Lewicki stał przed drzwiami sali wykładowej z kubkiem kawy w jednej ręce i plikiem notatek w drugiej. Na korytarzu panował dobrze mu znany gwar. Ktoś się śmiał, ktoś narzekał na zbliżające się kolokwium, a jakaś dziewczyna siedziała na parapecie i gorączkowo przewijała ekran telefonu.

Zwyczajny dzień. Jeszcze kilka tygodni wcześniej Jan oddałby wiele, żeby znów znaleźć się właśnie tutaj, w świecie, w którym największym problemem było spóźnienie na zajęcia, źle odczytana data na pergaminie albo student przekonany, że piętnastowieczny dokument można zacytować na podstawie wpisu w Wikipedii. Teraz zwyczajność wydawała mu się czymś podejrzanym. Jak dekoracja ustawiona przed ścianą, za którą znajdowało się coś zupełnie innego. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Otworzył drzwi i wszedł do sali.

— Dzień dobry.

Rozmowy ucichły. Jan położył materiały na biurku i przez chwilę patrzył na twarze siedzących przed nim ludzi. Nie mieli pojęcia, gdzie był i co wydarzyło się w Kłodzku. Oficjalnie wyjechał w celach badawczych. Tak brzmiało wyjaśnienie przekazane na uczelni i nie zamierzał go rozwijać.

Bo co właściwie miałby powiedzieć? Że pod Kłodzkiem znalazł przejście, które według wszelkich praw rozsądku nie powinno istnieć? Że widział rzeczy, których nie potrafił wyjaśnić żadną znaną mu dziedziną nauki? Że przedmiot nazywany w starych tekstach Clavis ad portam nie był legendą, lecz prawdziwym kluczem?

A może powinien opowiedzieć o Bractwie, którego historia przetrwała całe stulecia? O Elżbiecie i Mikołaju, którzy zniknęli z oficjalnych kronik, choć wcale nie zginęli? Jan odchrząknął i odsunął od siebie te myśli.

— Dzisiaj zajmiemy się wiarygodnością źródeł historycznych.

Kilka osób zaczęło pisać. Jan odwrócił się do tablicy i uniósł marker. Przez moment zastygł. „Wiarygodność źródeł” — pomyślał. Prawie się uśmiechnął. Gdyby kilka miesięcy temu ktoś powiedział mu, że najbardziej niewiarygodne zapiski, jakie znajdzie w starych kronikach, okażą się najbliższe prawdy, zapewne uprzejmie zakończyłby rozmowę. Na tablicy napisał trzy słowa:

FAKT — RELACJA — INTERPRETACJA

— Historyk ma pewien problem — zaczął. — Nie obserwuje wydarzeń. Obserwuje ślady, które po nich pozostały. A ślad może zostać zatarty, dokument zniszczony, kronikarz może skłamać. Czasem ktoś może również świadomie usunąć człowieka z historii.

Na moment umilkł. Przed oczami stanęła mu Elżbieta. Nie taka, jak wyobrażał ją sobie kiedyś na podstawie rękopisów, ale żywa, stojąca przed czymś, czego żaden człowiek nie powinien był otwierać. Jej krew. Clavis. Brama. Potem pomyślał o Mikołaju — człowieku, który nie był bohaterem legendy. Bał się, walczył i pozostał przy Elżbiecie wtedy, gdy rozsądek nakazywał uciekać.

— Panie doktorze?

Jan drgnął. Student siedzący w pierwszym rzędzie spoglądał na niego z zaciekawieniem.

— Tak?

— Powiedział pan, że można usunąć człowieka z historii. Ale całkowicie?

Jan zawahał się.

— Prawie całkowicie.

— Czyli zawsze coś zostaje?

W sali zapadła cisza. Jan powoli odłożył marker.

— Zawsze — odpowiedział. — Problem polega na tym, czy potrafimy to odnaleźć.

Po zajęciach długo siedział w gabinecie. Na biurku piętrzyły się książki, artykuły, dokumenty i korespondencja zgromadzona podczas jego nieobecności. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak wcześniej. Tylko Jan nie był już tym samym człowiekiem. Otworzył pierwszą książkę i przeczytał pół strony, po czym ją zamknął. Sięgnął po następną, lecz po kilku minutach zorientował się, że od dłuższego czasu patrzy na jeden akapit, nie rozumiejąc ani słowa.

Oparł się wygodniej o fotel. Na parapecie zauważył małą doniczkę z usychającą rośliną. Ktoś podczas jego nieobecności najwyraźniej zapomniał ją podlewać. Jan wstał, nalał do niej trochę wody z butelki i pokręcił głową.

— Przynajmniej ciebie da się uratować w prosty sposób — mruknął.

Telefon zawibrował. Na ekranie pojawił się nieznany numer i Jan poczuł, jak natychmiast się spina. Jeszcze niedawno odebrałby bez zastanowienia. Teraz każdy obcy numer wywoływał jedno pytanie: kto wie? Odczekał trzy sygnały.

— Słucham?

— Dzień dobry. Czy rozmawiam z doktorem Janem Lewickim?

Usłyszał kobiecy głos.

— Tak.

— Dzwonię z sekretariatu konferencji mediewistycznej w Pradze. Wysyłaliśmy panu zaproszenie i chciałam się upewnić, czy wiadomość dotarła.

Jan odetchnął z ulgą. Praga. Konferencja. Normalny świat.

— Jeszcze nie sprawdzałem poczty.

— Rozumiem. Program został wysłany dzisiaj rano. Mamy nadzieję, że zechce pan uczestniczyć. Pańskie wcześniejsze badania nad rękopisami pogranicza bardzo dobrze pasują do jednego z naszych paneli.

Jan zapytał o termin i zapisał go na kartce leżącej obok komputera.

— Dziękuję. Sprawdzę program.

— Będziemy wdzięczni za odpowiedź do końca tygodnia.

Po zakończeniu rozmowy Jan przez chwilę patrzył na napisane przez siebie słowo: „Praga”. Powinien się ucieszyć. Właśnie tego potrzebował — ludzi, uczelni, dyskusji o rękopisach, podczas których nikt nie próbował otworzyć przejścia prowadzącego do czegoś istniejącego poza granicami ludzkiego pojmowania. Włączył komputer. W skrzynce rzeczywiście czekała wiadomość z załączonym programem konferencji. Pierwszy dzień nie wzbudził jego większego zainteresowania: problemy datowania, konserwacja rękopisów, cyfrowa rekonstrukcja uszkodzonych dokumentów.

Przewinął dalej. Drugiego dnia znalazł nazwisko znajomego badacza z Wiednia, a poniżej sesję dotyczącą klasztorów czeskiego pogranicza. Już miał zamknąć dokument, kiedy jego wzrok zatrzymał się na tytule jednego z wystąpień:

„Nieznany rękopis z pogranicza czesko-śląskiego. Nowe odkrycia i problem jego pochodzenia.”

Jan poczuł nieprzyjemny chłód na plecach. Oczywiście mogło to nic nie znaczyć. Na pograniczu powstały tysiące dokumentów. Dziesiątki nieznanych rękopisów trafiały do prywatnych kolekcji, klasztornych archiwów i bibliotek. Kliknął nazwisko autora wystąpienia. Docent Pavel Horák. Nazwisko nic mu nie mówiło. Odruchowo chciał poszukać informacji o naukowcu, lecz po chwili zatrzymał rękę.

— Przestań — powiedział do siebie i zamknął komputer.

To była konferencja. Tylko konferencja. W ostatnich tygodniach w każdym krzyżu widział znak, w każdym starym dokumencie ukrytą wiadomość, a zwykłe nocne skrzypnięcie podłogi potrafiło wyrwać go ze snu. Potrzebował odpoczynku, nie kolejnej tajemnicy. Wieczorem wrócił do mieszkania wcześniej niż zwykle. Rzucił klucze na komodę, zdjął kurtkę i przez chwilę stał w ciszy.

Nie lubił już ciszy. Przed Kłodzkiem nigdy mu nie przeszkadzała. Potrafił całymi godzinami pracować w mieszkaniu, słysząc jedynie tykanie zegara. Teraz cisza miała jakby drugą warstwę. Jan nieustannie czekał, aż coś się w niej odezwie. Włączył radio. Spiker mówił o korkach, pogodzie i meczu. Jan uśmiechnął się pod nosem. Jak cudownie błahe potrafiło być życie.

Przygotował kolację, ale zjadł niewiele. Później usiadł przy biurku i otworzył szufladę. Na samym dole znajdował się gruby notes — jego własny zapis wydarzeń. Clavis nie było w jego mieszkaniu. Klucz pozostawał ukryty przez Bractwo. Tak ustalili. Jan nie znał nawet dokładnego miejsca i sam tego chciał. Im mniej osób wiedziało, gdzie znajduje się Clavis, tym lepiej.

Po tym, czego był świadkiem, nie zamierzał już nigdy traktować go jak zabytku, relikwii ani naukowej ciekawostki. Był kluczem, a klucze istnieją tylko dlatego, że gdzieś istnieją również drzwi. Jan otworzył notes. Na pierwszej stronie widniało zdanie zapisane jego własną ręką:

„Nie wszystko, co nazywamy legendą, zostało wymyślone. Czasami legendą nazywamy prawdę, której baliśmy się zapisać.”

Przewrócił kilka kartek. Elżbieta. Mikołaj. Bractwo. Krucyfiks Płomieni. Clavis. Brama. Strażnicy. Zatrzymał wzrok na ostatnim słowie. Wciąż nie wiedział, czym naprawdę byli Strażnicy. Ludźmi? Istotami? Sługami czegoś potężniejszego? A może sama nazwa, którą posługiwano się przez stulecia, wprowadzała ich w błąd? Strażnik powinien przecież czegoś pilnować. Tylko czego? Bramy? Ludzi przed tym, co znajdowało się po drugiej stronie? A może tego, co znajdowało się po drugiej stronie — przed ludźmi?

Ta ostatnia myśl wracała do niego coraz częściej. Jan zamknął notes i podszedł do okna. Miasto żyło swoim rytmem. Samochody przesuwały się ulicą, ludzie wychodzili ze sklepów, w oknach sąsiednich budynków migotały telewizory. Tysiące zwyczajnych spraw, tysiące ludzi niemających pojęcia, jak niewiele brakowało, by ich świat zetknął się z czymś, czego nawet nie potrafili nazwać. Telefon leżący na biurku zabrzęczał. Jan odwrócił się gwałtownie. Tym razem znał numer. Bractwo. Wiadomość była krótka:

„Wszystko spokojne. Pieczęć pozostaje nienaruszona. Nie ma żadnych zmian.”

Tak się umówili. Żadnych nazw i żadnych szczegółów, których przechwycenie mogłoby naprowadzić kogoś na właściwy trop. Jan odpisał:

„Rozumiem. U mnie również spokojnie.”

Przez chwilę zastanawiał się, czy wspomnieć o konferencji w Pradze i nieznanym rękopisie, ale zrezygnował. Nie było powodu wszczynać alarmu tylko dlatego, że ktoś zamierzał wygłosić referat o średniowiecznym dokumencie. Jeszcze nie. Tej nocy znów śniła mu się wieża. Był sam. Kamienne schody prowadziły w dół, chociaż pamiętał, że powinny prowadzić ku górze. Schodził krok za krokiem, nie widząc żadnego źródła światła, a mimo to kamienie połyskiwały delikatnym, niebieskawym blaskiem.

Na dole znajdowały się drzwi. Nie potężna brama, którą pamiętał. Zwyczajne drewniane drzwi. Jan nacisnął klamkę. Po drugiej stronie stała Elżbieta. Nie poruszała się. Po prostu patrzyła na niego.

— Zamknęliśmy ją — powiedział Jan. — Brama jest zamknięta.

Elżbieta milczała. Po chwili uniosła dłoń, a Jan zobaczył za jej plecami ciemność. Nie pustkę, lecz gęsty mrok, w którym coś się poruszało.

— Elżbieto?

Jej usta drgnęły.

— Pytasz o niewłaściwe drzwi.

Jan obudził się gwałtownie i usiadł na łóżku. Serce waliło mu jak młot. Spojrzał na zegarek — była trzecia siedemnaście. W pokoju panowała ciemność. Przetarł twarz, próbując uspokoić oddech.

— To był tylko sen — powiedział głośno.

Wstał i poszedł do kuchni po wodę. Przechodząc obok biurka, zatrzymał się. Laptop pozostawał zamknięty, ale Jan wiedział, co się w nim znajduje. Po kilku sekundach usiadł i podniósł ekran. Odnalazł wiadomość z Pragi, program konferencji oraz nazwisko Pavla Horáka. Tym razem otworzył załączony opis jego wystąpienia i zaczął czytać uważniej. Przy trzecim zdaniu senność zniknęła całkowicie.

„Przedmiotem prezentacji będzie rękopis odnaleziony w prywatnym zbiorze, którego część tekstu wykazuje nieznane dotąd związki z tradycją klasztorną Broumova.”

Jan przeczytał zdanie drugi raz. Broumov. Spojrzał na telefon. Była trzecia dwadzieścia trzy. Przez moment chciał zadzwonić do Bractwa, ale zrezygnował. Jeszcze nie miał niczego poza zbiegiem okoliczności. Przesunął kursor na dół wiadomości.

„Czy potwierdza Pan udział w konferencji?”

Pod pytaniem znajdowały się dwie możliwości.

TAK

NIE

Jan przypomniał sobie Elżbietę stojącą po drugiej stronie drewnianych drzwi.

„Pytasz o niewłaściwe drzwi.”

Przez kilka sekund siedział nieruchomo. W końcu przesunął kursor i kliknął:

TAK.

Na ekranie pojawiło się potwierdzenie zgłoszenia. Jan zamknął laptop, nie wiedząc jeszcze, że właśnie w tej chwili jego powrót do codzienności dobiegł końca.

Rozdział 2

Konferencja w Pradze

Praga przywitała Jana deszczem. Drobne krople spływały po szybie pociągu, gdy skład powoli wtaczał się na dworzec. Jan odłożył książkę, której przez całą podróż przeczytał może dziesięć stron, i spojrzał na przesuwające się za oknem budynki. Próbował wmówić sobie, że przyjechał tutaj wyłącznie jako naukowiec. Konferencja, kilka referatów, rozmowy ze znajomymi, może kolacja w centrum miasta i następnego dnia powrót do domu.

Tak wyglądał plan. Problem polegał na tym, że od chwili przeczytania informacji o nieznanym rękopisie związanym z Broumovem nie potrafił myśleć o niczym innym. Po wyjściu z dworca złapał taksówkę. Hotel znajdował się niedaleko miejsca konferencji. Zostawił walizkę w pokoju, przebrał się i przez moment zastanawiał, czy nie zadzwonić do Bractwa.

Nie zrobił tego. Najpierw chciał usłyszeć, co naprawdę ma do powiedzenia Pavel Horák. Samo słowo „Broumov” nie mogło przecież oznaczać, że każda stara księga prowadzi do Bractwa, Strażników i bramy. Przynajmniej tak próbował sobie tłumaczyć. W holu budynku, w którym odbywała się konferencja, panował typowy akademicki chaos. Ludzie odbierali identyfikatory, witali się po kilku latach niewidzenia, wymieniali wizytówki i próbowali jednocześnie trzymać teczki, telefony oraz kubki z kawą.

Jan poczuł coś, czego nie czuł od dawna — spokój. Znał ten świat. Tutaj nie było ukrytych przejść ani kamiennych komnat. Nikt nie wyciągał Clavis z wnętrza krzyża. Największą tragedią poranka okazała się awaria ekspresu do kawy.

— Jan Lewicki?

Odwrócił się.

— Martin!

Podszedł do niego wysoki mężczyzna około pięćdziesiątki, którego Jan znał z kilku wcześniejszych konferencji.

— Myślałem, że zniknąłeś — powiedział Martin, ściskając mu rękę. — Pisałem dwa razy.

— Miałem trochę pracy w terenie.

— Zawsze tak mówicie, kiedy znajdziecie coś ciekawego i nie chcecie się podzielić.

Jan uśmiechnął się.

— Tym razem naprawdę nic ciekawego.

Kłamstwo przyszło mu zaskakująco łatwo.

— To dobrze — odparł Martin. — Bo Horák podobno przywiózł coś, przez co połowa ludzi tutaj przestanie dzisiaj rozmawiać o własnych badaniach.

Jan natychmiast spoważniał.

— Chodzi o rękopis?

— Widziałeś program?

— Tak.

Martin nachylił się nieco bliżej.

— Podobno dokument pojawił się znikąd. Prywatna kolekcja. Wcześniej nikt go nie katalogował. Horák dostał dostęp tylko do części materiału.

— Wiadomo, skąd pochodzi?

— Gdyby było wiadomo, nie nazwaliby referatu „problem jego pochodzenia”.

Martin roześmiał się, ale Jan nie odpowiedział uśmiechem.

— A właściciel? — zapytał.

— Anonimowy.

To słowo wystarczyło, by spokój Jana zniknął. Anonimowy właściciel. Nieznany rękopis. Broumov. Za dużo zbiegów okoliczności jak na jedno przedpołudnie. Referat Horáka miał rozpocząć się o czternastej. Jan wysłuchał wcześniej dwóch innych wystąpień, lecz niewiele z nich zapamiętał. Robił notatki bardziej z przyzwyczajenia niż zainteresowania.

Kilka minut przed czternastą sala była prawie pełna. Pavel Horák okazał się szczupłym mężczyzną po sześćdziesiątce, z siwymi włosami i okularami w cienkich oprawkach. Nie wyglądał jak człowiek uczestniczący w tajnym spisku. Spokojnie przygotował prezentację, zamienił kilka słów z prowadzącym panel i położył obok laptopa grubą, brązową teczkę. Jan usiadł w czwartym rzędzie.

— Szanowni państwo — rozpoczął Horák — materiał, który chciałbym dzisiaj przedstawić, trafił do mnie niecałe dwa miesiące temu. Już na początku muszę zaznaczyć, że jego pochodzenie pozostaje niejasne. Właściciel nie wyraził zgody na ujawnienie swojej tożsamości.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie starej karty. Jan pochylił się do przodu. Pergamin był zniszczony, miejscami przebarwiony. Na marginesach widniały dopiski wykonane kilkoma charakterami pisma.

— Rękopis składa się z siedemdziesięciu trzech zachowanych kart — kontynuował Horák. — Tekst główny powstał prawdopodobnie w kilku etapach. Niektóre fragmenty wskazują na środowisko klasztorne, inne zdecydowanie nie pasują do tekstów religijnych.

Horák zmienił slajd.

— Największe zainteresowanie wzbudziła ta część.

Na ekranie pojawił się powiększony fragment pisma. Jan przestał oddychać na sekundę. Rozpoznał znak. Krzyż przecięty delikatną linią. Płomień. Nie był identyczny z symbolem, który znał, ale podobieństwo nie pozostawiało wątpliwości.

— Symbol powtarza się w rękopisie dziewięć razy — mówił Horák. — Początkowo uznałem go za oznaczenie kopisty. Później odkryłem jednak analogiczne przedstawienie w materiale związanym z dawnymi zbiorami klasztornymi Broumova.

Jan poczuł, że robi mu się gorąco. Martin, siedzący dwa miejsca dalej, spojrzał na niego i uniósł brwi. Jan udawał, że tego nie zauważył. Horák przedstawił kilka kolejnych kart. Mówił o datowaniu, języku, różnych charakterach pisma i możliwych późniejszych uzupełnieniach. Dla większości zgromadzonych była to fascynująca zagadka historyczna. Dla Jana była to wiadomość. Nie wiedział tylko od kogo.

— I wreszcie — powiedział Horák — dochodzimy do najbardziej problematycznego fragmentu.

Na ekranie pojawiła się ostatnia karta.

— Tekst znajdujący się tutaj wyraźnie różni się od wcześniejszych części. Nie potrafimy obecnie ustalić, czy jest późniejszym dopiskiem, kopią innego źródła czy elementem celowo włączonym przez jednego z właścicieli.

Horák poprawił okulary.

— Pozwolę sobie odczytać tłumaczenie.

Jan patrzył na ekran.

— „Nie należy pytać, czy drzwi zostały zamknięte. Należy pytać, kto pozostał po ich drugiej stronie.”

Jan zesztywniał. Sala zniknęła. Praga zniknęła. Nie słyszał nawet dalszych słów Horáka. Znał to zdanie. Nie podobne. Nie zbliżone. Dokładnie to samo. Napisał je własną ręką po wydarzeniach w Kłodzku, kiedy wraz z Bractwem porządkował zapis tego, co się wydarzyło. Było jednym z ostatnich zdań dopisanych przez niego do relacji przeznaczonej wyłącznie dla Bractwa. Nikt jej nie publikował. Nikt nie miał prawa jej znać. Jan poczuł zimno w dłoniach. Horák kontynuował:

— Problem jest szczególnie interesujący, ponieważ konstrukcja tego fragmentu odbiega od pozostałej części tekstu. Nie przesądzam dzisiaj o jego wieku. Wymaga dalszych badań.

Jan podniósł rękę. Horák spojrzał w jego stronę.

— Proszę.

— Czy przeprowadzono badanie atramentu z ostatniej karty?

Kilka osób odwróciło się w stronę Jana.

— Wstępne — odpowiedział Horák. — Wyniki nie są jednoznaczne.

— Co to znaczy?

— Dokładnie to, co powiedziałem. Materiał wymaga dokładniejszej analizy.

— Czy miał pan oryginał w rękach?

Horák zawahał się.

— Tak.

— Kiedy?

Na twarzy prowadzącego panel pojawiło się lekkie zniecierpliwienie.

— Panie doktorze, szczegółowe pytania możemy zostawić na dyskusję po referacie.

Jan skinął głową.

— Oczywiście.

Usiadł. Horák patrzył na niego jeszcze przez chwilę, po czym wrócił do prezentacji. Jan już go jednak prawie nie słuchał. W głowie miał tylko jedno zdanie. Swoje zdanie. Po zakończeniu wystąpienia wokół Horáka natychmiast zebrało się kilka osób. Jan stał z boku i czekał. Nie chciał prowadzić tej rozmowy przy świadkach. Po kilkunastu minutach profesor został sam. Jan podszedł.

— Doktor Lewicki.

Horák wymówił jego nazwisko, zanim Jan zdążył się przedstawić. To go zaskoczyło.

— Zna mnie pan?

— Oczywiście. Czytałem pańskie publikacje.

Możliwe. Jan miał ich wystarczająco dużo, by nie uznać tego za nic niezwykłego. Mimo to coś w sposobie, w jaki Horák na niego patrzył, wzbudziło jego niepokój.

— Chciałem zapytać o ostatnią kartę.

— Domyśliłem się.

— To zdanie. Ma pan fotografię w większej rozdzielczości?

Horák rozejrzał się po sali.

— Może napijemy się kawy?

Kilka minut później siedzieli w niewielkim pomieszczeniu obok głównego holu. Horák wyjął laptop.

— Dlaczego ten fragment tak pana zainteresował? — zapytał.

Jan przygotował odpowiedź jeszcze podczas referatu.

— Konstrukcja zdania wydaje się współczesna.

— Mnie również.

— Powiedział pan jednak, że miał oryginał.

— Miałem.

— Gdzie znajduje się teraz?

Horák spojrzał na ekran.

— Nie wiem.

Jan zmarszczył brwi.

— Jak to pan nie wie?

— Właściciel zabrał rękopis.

— Kiedy?

— Trzy tygodnie temu.

— I pozwolił panu nadal prezentować wyniki?

— Nie miał nic przeciwko temu.

— Kim jest?

— Nie wiem.

Jan spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Pracował pan przez kilka miesięcy nad dokumentem człowieka, którego pan nie zna?

— Nie kontaktował się ze mną bezpośrednio. Rękopis dostarczył pośrednik.

— Nazwisko?

— To nie ma znaczenia. Człowiek był wynajęty wyłącznie do przekazania przesyłki.

Jan odchylił się na krześle.

— I to pana nie zdziwiło?

Horák uśmiechnął się blado.

— Jestem historykiem. Jeśli ktoś przynosi mi siedemdziesiąt trzy karty nieznanego tekstu, najpierw pytam, czy mogę go zbadać. Dopiero później zastanawiam się, czy właściciel jest szaleńcem.

Jan mimowolnie się uśmiechnął.

— I do jakiego wniosku pan doszedł?

— Że nie jest szaleńcem.

Horák otworzył katalog ze zdjęciami.

— Proszę.

Na ekranie pojawiła się ostatnia karta w wysokiej rozdzielczości. Jan nachylił się. Zdanie naprawdę tam było. Nie tłumaczenie Horáka. Nie interpretacja. Sens pozostawał ten sam. Jan znał te słowa, ponieważ sam je ułożył.

— Mogę dostać kopię tego zdjęcia?

— Nie.

— Dlaczego?

— Takie były warunki.

— Ale przed chwilą pokazał je pan setce ludzi.

— Pokazać mogę. Przekazać pliku nie.

Jan zacisnął szczękę.

— Rozumiem.

Nie rozumiał. Horák zamknął fotografię, lecz zanim to zrobił, Jan zauważył coś na dolnym marginesie.

— Proszę wrócić.

— Do czego?

— Do zdjęcia.

Horák otworzył je ponownie. Jan wskazał palcem dolny róg karty.

— Może pan powiększyć?

Obraz rósł. Na marginesie znajdowało się kilka niemal niewidocznych znaków. Jan nachylił się jeszcze bardziej. Nie był to napis. Wyglądało jak liczby. Horák zwiększył kontrast. 1711 Jan poczuł ucisk w żołądku.

— Co to jest?

— Nie wiemy. Data? Numer strony? Oznaczenie archiwalne? Być może dopisek późniejszego właściciela.

— A wiek tej karty?

— Sam pergamin jest stary. Dużo starszy niż ten zapis.

— A atrament?

Horák zamknął laptop.

— Powiedziałem już. Wyniki są niejednoznaczne.

Jan patrzył na niego.

— Pan czegoś nie mówi.

Profesor długo milczał.

— Pan również, doktorze Lewicki.

Przez chwilę żaden z nich się nie odezwał. Horák wstał i podszedł do okna.

— Kiedy pokazałem ostatnią kartę, wyglądał pan tak, jakby zobaczył ducha.

— Zainteresował mnie tekst.

— Nie. Pan go rozpoznał.

Jan poczuł, że rozmowa zmierza w kierunku, którego chciał uniknąć.

— To dość daleko idący wniosek.

— Zajmuję się starymi tekstami od trzydziestu pięciu lat. Ludzie reagują na odkrycia w różny sposób. Są ciekawi, zdumieni, sceptyczni. Pan się przestraszył.

Jan wstał.

— Dziękuję za rozmowę.

— Proszę zaczekać.

Horák otworzył brązową teczkę, którą wcześniej miał przy sobie podczas referatu. Wyjął z niej kilka kartek.

— Nie pokazałem dzisiaj wszystkiego.

Jan zatrzymał się.

— Co pan ma na myśli?

— W rękopisie znajdowała się jeszcze jedna karta.

— Mówił pan o siedemdziesięciu trzech.

— Oficjalnie.

— A nieoficjalnie?

Horák spojrzał mu prosto w oczy.

— Siedemdziesiąt cztery.

Jan powoli wrócił na krzesło.

— Dlaczego jej pan nie pokazał?

— Ponieważ nie należała do właściwego tekstu. Była wsunięta pomiędzy ostatnie dwie karty.

— Co na niej było?

Horák wyjął telefon i przez chwilę szukał czegoś w pamięci urządzenia.

— Zdążyłem zrobić jedno zdjęcie. Później właściciel zażądał, żebym usunął wszystkie kopie tej strony.

— I pan usunął?

Profesor spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.

— Jestem historykiem.

Odwrócił telefon. Jan zobaczył fotografię. Początkowo nie rozumiał, na co patrzy. Karta była prawie pusta. Pośrodku znajdował się niewielki rysunek przypominający krzyż, a pod nim kilka linii tekstu.

— Może pan powiększyć?

Horák zrobił to. Jan przeczytał pierwsze dwa wersy i poczuł, że serce zaczyna mu bić szybciej. Nie znał tego fragmentu. Przeczytał następny. Potem jeszcze jeden. Tekst mówił o bramie. Nie wprost. Używał określenia „przejście”, wspominał o pieczęci oraz o tych, którzy mieli trwać, kiedy inni odejdą. Na końcu znajdowało się jedno słowo. Custodes. Strażnicy. Jan podniósł wzrok.

— Kto jeszcze widział tę kartę?

— Ja. Właściciel. Prawdopodobnie człowiek, który ją dostarczył.

— Nikt więcej?

— Nie.

Jan wskazał fotografię.

— Muszę dostać kopię.

— Wiedziałem, że pan to powie.

— Więc?

Horák wyłączył ekran telefonu.

— Najpierw pan odpowie na moje pytanie.

— Jakie?

Profesor usiadł naprzeciwko.

— Skąd znał pan zdanie z ostatniej strony?

Jan milczał.

— Nie znam go.

— Kłamie pan.

— Profesorze…

— Nie mam zamiaru pana demaskować ani robić z tego sensacji. Chcę tylko wiedzieć, nad czym pracuję.

Jan spojrzał w stronę drzwi. Za ścianą słychać było rozmowy uczestników konferencji. Zwyczajny gwar. Jeszcze kilka godzin wcześniej wydawał mu się bezpieczny. Teraz wiedział już, że bezpieczeństwo było złudzeniem.

— Nie mogę panu powiedzieć — odparł.

Horák skinął głową, jakby dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

— W takim razie ja również nie mogę pokazać panu niczego więcej.

Jan wstał.

— Rozumiem.

Ruszył do drzwi.

— Doktorze Lewicki.

Odwrócił się. Horák siedział nieruchomo.

— Jest jeszcze coś.

— Co?

— Człowiek, który dostarczył rękopis, przyniósł również wiadomość.

Jan poczuł niepokój.

— Dla pana?

— Tak wtedy myślałem.

— A teraz?

Profesor przyjrzał mu się uważnie.

— Teraz nie jestem już tego pewien.

— Co było w wiadomości?

Horák zawahał się.

— Jedno zdanie.

— Jakie?

— „Kiedy ten, który zamknął drzwi, przyjedzie do Pragi, pokażcie mu ostatnią kartę.”

Jan poczuł, jak wszystkie dźwięki wokół nagle cichną.

— Dokładnie tak było napisane?

— Dokładnie.

— Kiedy dostał pan tę wiadomość?

— Razem z rękopisem.

— Dwa miesiące temu?

— Tak.

Jan patrzył na niego bez słowa. Dwa miesiące. To było już po wydarzeniach w Kłodzku. Ktoś wiedział. Nie tylko o rękopisie i Broumovie. Ktoś wiedział, że człowiek, który zamknął bramę, istnieje naprawdę. Wiadomość nie była więc przepowiednią. Powstała już po Kłodzku — ktoś po prostu obserwował ich znacznie uważniej, niż sądzili.

— Muszę zobaczyć tę wiadomość — powiedział.

Horák pokręcił głową.

— Nie mam jej.

— Co się z nią stało?

— Była własnością człowieka, który przyniósł rękopis. Pozwolił mi ją przeczytać i zabrał ją ze sobą.

Jan powoli usiadł. Nie wiedział już, które pytanie zadać jako pierwsze. Horák przyglądał mu się przez chwilę, po czym powiedział:

— Doktorze Lewicki, wydaje mi się, że obaj trafiliśmy na historię znacznie starszą niż ten rękopis.

Jan spojrzał ponownie na wygaszony ekran telefonu. Jeszcze rano wierzył, że przyjechał do Pragi na konferencję naukową. Teraz wiedział, że ktoś go tutaj sprowadził. Pozostawało tylko ustalić kto. I dlaczego.

Rozdział 3

Rękopis, który nie zniknął

Jan wrócił do hotelu dopiero wieczorem. Przez całą drogę z konferencji próbował uporządkować to, czego dowiedział się od Horáka, ale im dłużej o tym myślał, tym mniej cała historia miała sensu. Najbardziej niepokoiło go jedno zdanie.

„Nie należy pytać, czy drzwi zostały zamknięte. Należy pytać, kto pozostał po ich drugiej stronie.”

Napisał je własną ręką po wydarzeniach w Kłodzku. Pamiętał nawet moment, w którym to zrobił. Siedział wtedy razem z członkami Bractwa i próbował stworzyć możliwie dokładny zapis wydarzeń. Nie zamierzali publikować relacji. Miała zostać ukryta tak samo jak Clavis. A jednak to samo zdanie znajdowało się w starym rękopisie przekazanym Horákowi niedługo po wydarzeniach w Kłodzku.

Jan zamknął drzwi hotelowego pokoju, usiadł na brzegu łóżka i wyjął telefon. Tym razem nie zamierzał czekać do rana. Wybrał numer Bractwa. Po kilku sygnałach usłyszał znajomy głos.

— Słucham.

— To ja. Jestem w Pradze.

— Wiemy.

Jan zmarszczył brwi.

— Skąd?

— Powiedziałeś kilka dni temu, że możesz wyjechać na konferencję.

Jan przypomniał sobie krótką wymianę wiadomości i odetchnął. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że nawet najprostsze wyjaśnienie zaczynał traktować jak część spisku.

— Muszę cię o coś zapytać. Nasz zapis z Kłodzka. Ten, który zostawiłem u was. Jest bezpieczny?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Dlaczego pytasz?

— Sprawdź go.

— Jan…

— Proszę. Sprawdź, czy nadal jest tam, gdzie go zostawiliśmy.

— Zaczekaj.

Rozmówca zniknął. Jan słyszał jedynie ciche szumy i odległe kroki. Minęła minuta, potem druga. Wreszcie głos wrócił.

— Jest.

— Otwierałeś?

— Tak.

— Ostatnia strona?

— Jest na miejscu.

— Kto miał do niej dostęp?

— Od chwili, kiedy ją zamknęliśmy? Trzy osoby. Wszystkie należą do Bractwa.

— Ktoś robił zdjęcia?

— Nie.

Jan przeszedł do okna. Na mokrej ulicy światła samochodów odbijały się w asfalcie.

— W Pradze pokazano dzisiaj rękopis. Jest w nim zdanie, które napisałem po zamknięciu bramy.

Tym razem cisza trwała znacznie dłużej.

— Jesteś pewien?

— Słowo w słowo.

— To niemożliwe.

— Wiem.

— Kiedy wykonano kopię?

— Nie wiem, czy to kopia. Horák dostał rękopis niespełna dwa miesiące temu.

— Niespełna dwa miesiące temu?

— Tak.

Głos rozmówcy zmienił się.

— Jan, wracaj.

— Jeszcze nie.

— Jeśli ktoś zna treść naszego zapisu…

— Nie rozumiesz. Oni nie mogli jej znać. Kiedy Horák otrzymał rękopis, ja jeszcze tego zdania nie napisałem.

Po drugiej stronie znowu zapadła cisza.

— Jesteś tego pewien?

— Absolutnie.

— Gdzie jest teraz rękopis?

— Horák nie wie. Właściciel zabrał go trzy tygodnie temu.

— Właściciel ma nazwisko?

— Nie.

— Oczywiście.

Jan usłyszał ciężkie westchnienie.

— Nie rób niczego sam. Daj mi godzinę.

— Po co?

— Muszę coś sprawdzić w archiwum.

— Co?

— Jeśli się mylę, stracimy godzinę. Jeśli mam rację, zadzwonię.

Rozmowa się zakończyła. Telefon odezwał się po czterdziestu siedmiu minutach. Jan w tym czasie zdążył trzy razy przejrzeć program konferencji i wyszukać wszystkie informacje o Pavlu Horáku, jakie znalazł w materiałach organizatorów. Nic nie wzbudzało podejrzeń. Profesor miał za sobą dziesięciolecia pracy naukowej, publikacje i zwyczajne życie człowieka zajmującego się czymś, co do niedawna Jan uważał za bezpieczną profesję.

— Mam coś — powiedział członek Bractwa bez powitania.

— Słucham.

— W naszym archiwum istnieje stary spis sporządzony na podstawie jeszcze wcześniejszych dokumentów. Jest w nim wzmianka o drugim rękopisie.

Jan usiadł.

— Jakim drugim?

— Nie wiem. Wpis jest bardzo krótki. Wynika z niego, że istniały dwa teksty dotyczące tych samych wydarzeń. Jeden pozostał pod ochroną Bractwa. Drugi zaginął.

— Kiedy?

— Tego właśnie nie jestem pewien. Ostatnia potwierdzona wzmianka pochodzi sprzed wielu dziesięcioleci. Późniejsze dopiski sugerują, że uznano go za zniszczony.

— Dlaczego nikt mi wcześniej o nim nie powiedział?

— Bo dla nas również był martwym tropem. Informacja zajmuje kilka linijek w rejestrze. Nie ma tekstu, nie ma kopii, nie ma opisu zawartości. Jest tylko adnotacja, że drugi egzemplarz przepadł.

— Jest jakieś oznaczenie?

— Tak.

Jan sięgnął po długopis.

— Jakie?

— B siedemnaście, łamane przez dwa.

Jan znieruchomiał.

— Powtórz.

— B-17/II.

Na zdjęciu pokazywanym przez Horáka widział coś podobnego na marginesie jednej z kart. Wtedy uznał to za nieczytelne cyfry.

— Wyślij mi zdjęcie wpisu.

— Jan…

— Muszę pokazać je Horákowi.

— Nie znamy tego człowieka.

— Ja też nie. Ale bez niego nie znajdziemy rękopisu.

— Wyślę fragment. Tylko fragment.

Kilka sekund później telefon Jana zawibrował. Na ekranie pojawiła się fotografia starej karty archiwalnej. Pismo było wyblakłe, lecz oznaczenie pozostawało czytelne:

B-17/II

Poniżej znajdowały się trzy słowa. Egzemplarz drugi. Zaginiony. Jan patrzył na ekran przez dłuższą chwilę. Rękopis, który wszyscy uznali za zniszczony, nie zniknął. Ktoś przechowywał go przez dziesięciolecia. A teraz celowo pozwolił, żeby odnalazł go Pavel Horák. Następnego ranka Jan pojawił się na konferencji niemal godzinę przed rozpoczęciem pierwszego panelu. Horák siedział już w pustej sali i przeglądał materiały na laptopie.

— Musimy porozmawiać — powiedział Jan.

Profesor spojrzał na zegarek.

— Dzień dobry również.

Jan przysunął krzesło.

— Znalazłem coś.

Pokazał mu fotografię przesłaną przez Bractwo. Nie wyjaśnił, skąd pochodzi. Horák powiększył obraz.

— B-17/II — przeczytał.

— Kojarzy pan?

Horák zmarszczył brwi. Przez chwilę przeglądał katalog na komputerze, aż w końcu otworzył jedno ze zdjęć rękopisu. Na dolnym marginesie widniało niewielkie oznaczenie.

B-17/II

Profesor spojrzał na Jana.

— Skąd pan ma ten dokument?

— Na razie nie mogę powiedzieć.

— Wczoraj chciał pan ode mnie odpowiedzi, a dzisiaj sam robi dokładnie to samo.

— Gdybym powiedział panu wszystko, uznałby mnie pan za wariata.

— Po ostatnich tygodniach mam znacznie wyższy próg tolerancji na wariactwo.

Jan uśmiechnął się lekko.

— To dobrze. Być może niedługo będzie panu potrzebny.

Horák ponownie spojrzał na zdjęcie.

— Co oznacza „egzemplarz drugi”?

— Dokładnie to, co pan myśli. Rękopis, który pan badał, nie jest nieznanym dokumentem. Ktoś wiedział o jego istnieniu od dawna.

— Kto?

— Ludzie, którzy przez wiele lat byli przekonani, że został zniszczony.

Profesor zdjął okulary.

— Jak wiele lat?

— Wiele.

— Bardzo precyzyjna odpowiedź.

— Na więcej na razie nie mogę sobie pozwolić.

Horák zamknął zdjęcie i otworzył katalog ze swoimi fotografiami.

— Jeżeli to rzeczywiście ten sam egzemplarz, możemy spróbować znaleźć jeszcze jakieś oznaczenia.

Przez następne pół godziny analizowali zdjęcia karta po karcie. Na większości nie było niczego poza tekstem, przebarwieniami i późniejszymi dopiskami. Dopiero na fotografii wewnętrznej strony oprawy Horák zatrzymał się.

— Tutaj.

Powiększył fragment. Pod warstwą brudu widniał ślad prostokątnej pieczęci. Większość napisu była nieczytelna, ale zachowały się dwie litery i fragment cyfry.

— Może być numer biblioteczny — powiedział.

— Da się odczytać resztę?

— Ze zdjęcia raczej nie. Gdybym miał rękopis…

— Ale go pan nie ma.

— Dziękuję za przypomnienie.

Jan wstał i nalał sobie kawy z termosu stojącego na stole.

— Jak dostarczono rękopis?

— W skrzyni.

— Jakiej?

Horák spojrzał na niego.

— Drewnianej.

— Ma pan zdjęcie?

— Skrzyni?

— Tak.

— Nie przyszło mi do głowy, że kiedyś ktoś będzie prowadził śledztwo dotyczące opakowania.

— Proszę sprawdzić.

Profesor zaczął przeglądać telefon.

— Zrobiłem kilka fotografii pierwszego dnia. Chciałem udokumentować stan przesyłki przed otwarciem.

Po chwili znalazł właściwe zdjęcie. Drewniana skrzynia wyglądała zwyczajnie. Ciemne drewno, metalowe narożniki, dwa zamki. Na wieku widniała nalepka transportowa, której dane Horák wcześniej zamazał na potrzeby dokumentacji.

— Może pan odczytać nadawcę?

Profesor otworzył oryginalny plik. Pole nadawcy było puste.

— A adres odbioru?

— Mój instytut.

Jan przyjrzał się skrzyni.

— Obrócił ją pan?

Horák przesunął palcem. Kolejne zdjęcie przedstawiało bok. Następne spód. Jan wskazał małą naklejkę w rogu.

— Co to?

Horák powiększył fotografię. Na naklejce znajdował się numer przesyłki i nazwa firmy transportowej.

— Możemy sprawdzić numer — powiedział Jan.

— Po dwóch miesiącach?

— Spróbować można.

Horák otworzył stronę przewoźnika. Numer nie zwracał już pełnych danych, ale system pokazał jedno: kraj nadania. Czechy.

— Czyli rękopis nie przyjechał z zagranicy — zauważył Jan.

— Na to wygląda.

— Miejsce nadania?

— Brak.

Jan wskazał datę.

— Dzień przed dostarczeniem.

Profesor zapisał numer przesyłki.

— Mam znajomego w archiwum transportowym. Nie obiecuję, że cokolwiek uzyskamy, ale mogę zapytać.

Jan skinął głową. W tej samej chwili do sali zaczęli wchodzić pierwsi uczestnicy konferencji. Musieli zakończyć rozmowę.

— Spotkajmy się po ostatnim panelu — powiedział Horák.

— Dobrze.

Profesor zamknął komputer, ale Jan zatrzymał go.

— Jeszcze jedno.

— Tak?

— Proszę nikomu nie mówić o B-17/II.

Horák popatrzył na niego uważnie.

— Zaczynam podejrzewać, doktorze Lewicki, że pańska „praca w terenie” była znacznie ciekawsza, niż chce pan przyznać.

Jan wstał.

— Zdecydowanie wolałbym, żeby nie była.

O siedemnastej spotkali się ponownie. Horák czekał na Jana przed budynkiem. Nie wyglądał już na rozbawionego.

— Mam miejsce nadania — powiedział.

— Gdzie?

— Praga.

— Dokładniej?

Profesor podał mu telefon. Na ekranie widniał adres niewielkiego magazynu znajdującego się na obrzeżach miasta.

— Co tam jest?

— Obecnie? Firma przechowująca dzieła sztuki, dokumenty i prywatne zbiory. Wynajmują zamknięte boksy.

— A dwa miesiące temu?

— To samo.

Jan oddał telefon.

— Czy wiadomo, kto nadał skrzynię?

— Firma zasłania się tajemnicą klienta.

— Czyli ślepa uliczka.

— Niekoniecznie. Mój znajomy znalazł coś jeszcze.

Horák wyjął z teczki wydruk.

— Skrzynia była przechowywana w magazynie przez jedenaście lat.

Jan spojrzał na niego.

— Jedenaście?

— Tyle wynika z numeru depozytu.

— Kto ją tam umieścił?

— Tego nie wiemy.

— Czy przez cały ten czas ktoś miał do niej dostęp?

— Prawdopodobnie właściciel depozytu.

Jan poczuł narastające zniecierpliwienie. Za każdym razem, gdy znajdowali odpowiedź, pojawiały się dwa nowe pytania. Horák wskazał dół dokumentu.

— Jest natomiast nazwa podmiotu, który przez pierwsze lata opłacał przechowanie.

Jan przeczytał. Fundacja Vesper.

— Zna pan?

— Nigdy o niej nie słyszałem.

— Ja również.

— Istnieje jeszcze?

— Sprawdziłem. Formalnie została rozwiązana kilka lat temu.

— Czym się zajmowała?

Horák odpowiedział dopiero po chwili.

— Ochroną prywatnych zbiorów historycznych.

Jan przyjrzał mu się.

— Oczywiście.

— Też zaczynam nie lubić takich zbiegów okoliczności.

Ruszyli chodnikiem. Deszcz przestał padać, ale nad Pragą wciąż wisiały ciężkie chmury.

— Czy Fundacja Vesper miała siedzibę? — zapytał Jan.

— Miała.

— Gdzie?

Horák zatrzymał się.

— Niedaleko stąd.

Budynek okazał się starą kamienicą w bocznej uliczce, zaledwie kilkanaście minut spacerem od centrum. Na parterze mieściła się obecnie kancelaria, na pierwszym piętrze biuro rachunkowe, a pozostałe lokale wyglądały na mieszkania. Po Fundacji Vesper nie pozostał żaden szyld. Horák wszedł do środka. Jan ruszył za nim.

Na klatce schodowej pachniało kurzem i wilgocią. Przy skrzynkach pocztowych znajdowała się stara tablica z nazwiskami lokatorów. Kilka pól było pustych.

— Fundacja zajmowała lokal numer osiem — powiedział Horák, sprawdzając informacje w telefonie.

Weszli na drugie piętro. Drzwi numer osiem wyglądały, jakby nikt nie otwierał ich od dawna. Nie było wizytówki ani tabliczki. Horák zapukał. Nic. Zapukał ponownie.

— Nie sądzę, żeby rozwiązana fundacja nagle nam otworzyła — powiedział Jan.

Profesor nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły. Obaj spojrzeli na siebie.

— To zły pomysł — stwierdził Horák.

— Zdecydowanie.

Stali jeszcze kilka sekund. Jan pchnął drzwi. W środku znajdował się pusty pokój. Kurz pokrywał podłogę, pod ścianą stał drewniany regał, a na środku pozostawiono stare biurko.

— Wygląda na opuszczone — powiedział Horák.

Jan podszedł do regału. Nie było na nim książek. Na półkach pozostały jedynie jaśniejsze prostokąty w miejscach, w których przez lata stały jakieś przedmioty. Na biurku również niczego nie znaleźli.

— Ktoś dokładnie posprzątał — stwierdził Jan.

— Kilka lat to wystarczająco dużo czasu.

Jan już miał wyjść, gdy zauważył coś na ścianie za drzwiami.

— Pavel.

Horák podszedł. Na tynku znajdował się niewielki znak. Tak blady, że przy pierwszym spojrzeniu można było wziąć go za zabrudzenie. Jan przesunął po nim palcem. Nie był namalowany. Ktoś wyrył go w ścianie. Przypominał krzyż otoczony zamkniętym kręgiem. U podstawy znajdował się kształt podobny do płomienia, lecz skierowanego nie ku górze, a do wnętrza symbolu. Horák zrobił zdjęcie.

— Znasz go?

Jan długo patrzył na znak.

— Nie.

— Ale?

— Widziałem wystarczająco dużo podobnych symboli, żeby wiedzieć, że nie znalazł się tutaj przypadkiem.

Profesor schował telefon.

— Znak fundacji?

Jan pokręcił głową.

— Nie sądzę.

Bractwo posługiwało się innym symbolem. Ten znak był nowy. A jednak Jan miał dziwne wrażenie, że już gdzieś go widział. Nie potrafił sobie tylko przypomnieć gdzie. Przez chwilę stał w pustym pomieszczeniu, wpatrując się w wyryty w ścianie krąg. Rękopis nie zniknął. Przetrwał. Ktoś go przechowywał, chronił i w odpowiednim momencie wydobył z ukrycia. Ktoś wiedział również o słowach, które Jan miał napisać dopiero wiele miesięcy później.

Teraz pojawił się jeszcze znak. Jan zrobił jego zdjęcie. Tym razem nie zamierzał czekać. Musiał dowiedzieć się, do kogo należał.

Rozdział 4

Znak Strażników

Jan zrobił kilka zdjęć symbolu wyrytego w ścianie. Fotografował go z różnych stron, z lampą i bez niej, próbując uchwycić najdrobniejsze szczegóły. Im dłużej mu się przyglądał, tym większą miał pewność, że nie jest przypadkowym rysunkiem pozostawionym przez dawnego lokatora. Krzyż zamknięty w kręgu. Pod nim płomień skierowany do środka.

— Bractwo używa takiego znaku? — zapytał Horák.

— Nie.

— Jesteś pewien?

— Całkowicie. Ich symbol wygląda inaczej.

Horák spojrzał na niego z zainteresowaniem.

— „Ich”?

Jan schował telefon.

— Nie zaczynaj.

— Jeszcze wczoraj mówiłeś „ludzie, których znam”. Dzisiaj mamy już Bractwo.

Jan spojrzał na niego ostro.

— Nie słyszałeś tego.

— Oczywiście.

Profesor uniósł ręce w geście niewinności.

— Jestem tylko starym naukowcem oglądającym ścianę w opuszczonym biurze nieistniejącej fundacji.

Jan niemal się uśmiechnął.

— I niech tak zostanie.

Wyszli na korytarz. Horák zamknął drzwi tak, jak je zastali. Dopiero na ulicy Jan wysłał zdjęcie symbolu do Bractwa. Pod fotografią napisał: Znacie to? Odpowiedź przyszła po kilku minutach. Gdzie to znalazłeś? Jan spojrzał na ekran. To nie było „nie”. Zadzwonił.

— W dawnym biurze Fundacji Vesper w Pradze — powiedział, gdy tylko rozmówca odebrał. — Znak jest wyryty na ścianie.

— Jesteś jeszcze w tym budynku?

— Nie.

— Dobrze.

— Co to jest?

— Nie wiem.

— Przed chwilą zapytałeś, gdzie go znalazłem. Gdybyś nigdy go nie widział, nie reagowałbyś w taki sposób.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Widziałem podobny.

— Gdzie?

— W archiwum.

— Znowu?

— Jan, nasze archiwum ma kilkaset lat. Czego się spodziewasz?

— Tego, że kiedy pytam o coś ważnego, nie będę za każdym razem dowiadywał się, że przypadkiem leży tam od trzystu lat jakaś kartka, o której nikt nie pamiętał.

Rozmówca westchnął.

— Daj mi trochę czasu.

— Ile?

— Kilka godzin.

— Tym razem nie czekam bezczynnie.

— Właśnie tego się obawiam.

Połączenie zostało przerwane. Horák zaproponował, żeby wrócili na konferencję, lecz Jan nie miał już ochoty słuchać o średniowiecznych iluminacjach i metodach konserwacji pergaminu. Usiedli w niewielkiej kawiarni kilka ulic dalej. Profesor położył telefon na stole.

— Muszę przyznać, że od wczoraj moje zainteresowanie konferencją gwałtownie spadło.

— Witaj w moim świecie.

— Nie jestem pewien, czy chcę w nim być.

— Ja też nie chciałem.

Kelnerka przyniosła kawę. Jan spojrzał przez okno. Ludzie spacerowali chodnikiem, samochody przesuwały się po mokrej ulicy, a nad dachami kamienic zaczynało przebijać się słońce.

— Kim jest Bractwo? — zapytał Horák.

Jan milczał.

— Prędzej czy później będziesz musiał mi coś powiedzieć. Pokazałem ci materiały, których nie zamierzałem nikomu ujawniać. Pomagam ci szukać rękopisu i właśnie wszedłem z tobą do opuszczonego biura fundacji, która może mieć z nim związek. Chciałbym przynajmniej wiedzieć, czy ludzie, których tropimy, mają zwyczaj zabijać historyków.

— Nie wiem, kogo tropimy.

— Pocieszające.

Jan przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.

— Bractwo jest bardzo starą organizacją. Chroniło pewne miejsca, przedmioty i informacje.

— Jak zakon?

— Niezupełnie.

— Tajne stowarzyszenie?

— Jeszcze gorzej.

Horák uniósł brwi.

— Coraz bardziej żałuję, że zaprosiłem cię na kawę.

Jan uśmiechnął się, ale po chwili spoważniał.

— Nie mogę powiedzieć ci wszystkiego. Nie dlatego, że ci nie ufam. Po prostu niektóre informacje są niebezpieczne.

— Informacja sama w sobie nikogo nie zabija.

Jan popatrzył mu prosto w oczy.

— Myliłem się kiedyś dokładnie w ten sam sposób.

Horák nie odpowiedział. Telefon Jana odezwał się niecałe dwie godziny później. Bractwo.

— Znaleźliśmy znak — usłyszał.

Jan natychmiast wstał od stolika i odszedł kilka kroków.

— Mów.

— Nie jest identyczny z tym ze zdjęcia, ale podobieństwo jest zbyt duże, żeby uznać je za przypadek.

— Skąd pochodzi?

— Z odpisu dokumentu datowanego na siedemnasty wiek. Oryginału nie mamy.

— Co to za dokument?

— Relacja jednego z braci. Opisywał człowieka, którego spotkał w drodze z Broumova do Pragi.

— Jakiego człowieka?

— Tego właśnie nie wiemy. Nie podał nazwiska. Napisał tylko, że nie należał do Bractwa, ale znał ich znaki, miejsca i przysięgi.

Jan zacisnął telefon mocniej.

— Co jeszcze?

— Przy opisie jego pieczęci znajduje się rysunek. Krąg, krzyż i płomień skierowany do środka.

— Dokładnie taki jak tutaj.

— Prawie.

— Jest przy nim jakiś opis?

Rozmówca zawahał się.

— Dwa słowa po łacinie.

— Jakie?

— Custodes Aeternitatis.

Jan nic nie powiedział. Horák obserwował go z drugiego końca kawiarni.

— Jan?

— Jestem.

— Wiesz, co to znaczy?

— Wiem.

Strażnicy Wieczności. Po raz pierwszy te dwa słowa pojawiły się razem.

— Czy wcześniej spotkaliście się z tą nazwą? — zapytał.

— Nie w takiej formie. Mamy wiele wzmianek o strażnikach. Ale „Strażnicy Wieczności” występują tylko tutaj.

— Wyślij mi ten fragment.

— Już wysyłam.

Telefon zawibrował. Jan otworzył fotografię. Stary dokument był trudny do odczytania, ale rysunek na marginesie nie pozostawiał wątpliwości. Ten sam krąg. Ten sam krzyż. Ten sam płomień. Pod nim dwa słowa:

CUSTODES AETERNITATIS

Jan powiększył zdjęcie.

— Jest tam coś jeszcze — powiedział.

— Co?

— Pod nazwą.

— Fragment tekstu jest uszkodzony.

Jan próbował odczytać wyblakłe litery.

— „Nie są…”

— Tak. Tyle udało nam się odczytać.

— Nie są czym?

— Reszty brakuje.

Jan poczuł narastającą frustrację.

— Macie jakiekolwiek inne informacje?

— Jedno zdanie. Autor relacji napisał, że człowiek ze znakiem ostrzegł Bractwo przed otwarciem „tego, czego zamknąć drugi raz się nie da”.

— Bramy?

— Tego słowa nie użył.

Jan odwrócił się w stronę Horáka.

— Czyli Strażnicy istnieli obok Bractwa.

— Jeżeli właściwie interpretujemy dokument, tak.

— Dlaczego w takim razie prawie nic o nich nie wiecie?

— Może właśnie dlatego, że byli dobrzy w tym, co robili.

Jan wrócił do stolika i bez słowa podał Horákowi telefon. Profesor przyjrzał się fotografii.

— Custodes Aeternitatis — przeczytał. — Strażnicy Wieczności.

— Tak.

— Ładna nazwa.

— Wolałbym, żeby była tylko nazwą.

Horák porównał zdjęcie starego dokumentu z fotografią znaku wykonaną w biurze Fundacji Vesper.

— Ktoś używał tego symbolu już kilkaset lat temu.

— Na to wygląda.

— A Fundacja Vesper?

— Powstała znacznie później.

— Więc albo skopiowała symbol, albo była tylko kolejną nazwą czegoś znacznie starszego.

Jan spojrzał na profesora.

— Właśnie o tym pomyślałem.

Horák przesunął telefon po stole.

— Jest jeszcze jedna możliwość.

— Jaka?

— Fundacja nie należała do Strażników.

— Więc dlaczego znak był w jej biurze?

— Może ktoś go tam zostawił.

Jan przypomniał sobie sposób, w jaki symbol został wyryty w ścianie. Nie wyglądał jak logo organizacji. Był ukryty za drzwiami, w miejscu, którego nikt przypadkowy nie zauważyłby. Może Horák miał rację. Wieczorem Jan wrócił do hotelu. Konferencja miała trwać jeszcze jeden dzień, lecz nie był pewien, czy pojawi się na którymkolwiek z referatów.

W windzie wyjął kartę do pokoju. Kiedy wysiadł na swoim piętrze, korytarz był pusty. Podszedł do drzwi. Zatrzymał się. Na podłodze leżała koperta. Nie było na niej znaczka ani pieczęci hotelowej. Tylko nazwisko.

JAN LEWICKI

Jan rozejrzał się po korytarzu. Nikogo. Nie dotknął koperty. Najpierw zrobił jej zdjęcie, potem zadzwonił do recepcji.

— Czy ktoś zostawiał dla mnie wiadomość?

Recepcjonistka sprawdziła.

— Nie, proszę pana.

— Ktoś wchodził na to piętro?

— Goście hotelowi. Czy coś się stało?

— Nie. Dziękuję.

Jan zakończył rozmowę. Przez kilka sekund patrzył na kopertę. W końcu podniósł ją i wszedł do pokoju. Położył ją na biurku. Nie była zaklejona. W środku znajdowała się pojedyncza kartka. Na górze widniał ten sam symbol, który odkryli w biurze Fundacji Vesper. Krąg. Krzyż. Płomień zwrócony do środka.

Pod nim ktoś napisał po polsku: Nie szukaj właściciela rękopisu. Szukaj tego, kto kazał go odnaleźć. Niżej znajdowało się drugie zdanie: Jutro. 21:00. Stary Cmentarz. Wejdź sam. Jan przeczytał wiadomość kilka razy. Ktoś wiedział, gdzie nocuje. Ktoś wiedział, że odnalazł znak. I najwyraźniej wiedział również, że próbuje dotrzeć do właściciela rękopisu.

Telefon zabrzęczał. Jan drgnął. Wiadomość od Horáka. Znalazłem jeszcze jedną rzecz dotyczącą Fundacji Vesper. Musimy się spotkać. Jan spojrzał na kopertę. Następnie na zegarek. Przez moment zastanawiał się, czy poinformować profesora o spotkaniu. Treść wiadomości była jednak jednoznaczna.

„Wejdź sam.”

Podszedł do okna i odsunął zasłonę. Po drugiej stronie ulicy stało kilka samochodów. Ludzie przechodzili chodnikiem. Nic nie wyglądało podejrzanie. A jednak gdzieś tam znajdował się człowiek, który wiedział o nim zdecydowanie za dużo. Jan wrócił do biurka. Jeszcze raz przeczytał pierwsze zdanie. Odłożył kartkę.

Po wydarzeniach w Kłodzku obiecał sobie, że nigdy więcej nie pójdzie samotnie w miejsce wskazane przez człowieka, którego nie zna. Następnego wieczoru zamierzał złamać tę obietnicę.

Rozdział 5

Pierwsze ostrzeżenie

Jan nie spał dobrze. Kiedy rano zszedł na śniadanie, Horák już czekał przy stoliku w rogu hotelowej restauracji. Przed nim leżała teczka i telefon, a obok stała nietknięta filiżanka kawy.

— Wyglądasz fatalnie — powiedział profesor.

— Dziękuję. Ty również.

— Ja mam sześćdziesiąt trzy lata. Mam prawo.

Jan usiadł naprzeciwko.

— Pisałeś, że znalazłeś coś o Fundacji Vesper.

Horák otworzył teczkę.

— Znalazłem więcej, niż chciałem.

Położył przed Janem kilka wydruków. Fundację zarejestrowano kilkanaście lat wcześniej jako organizację zajmującą się ochroną prywatnych zbiorów historycznych, finansowaniem konserwacji zabytków i pomocą właścicielom kolekcji, którzy nie chcieli ujawniać swoich danych.

— Idealne miejsce do ukrywania przedmiotów, których nikt nie powinien oglądać — stwierdził Jan.

— Właśnie. Ale ciekawsze jest coś innego. Fundacja praktycznie nie prowadziła publicznej działalności. Brak wystaw, konferencji, publikacji. Nie znalazłem nawet starej strony internetowej.

— Kto ją założył?

— Trzy osoby. Wszystkie nazwiska istnieją, ale kiedy próbowałem znaleźć o nich coś więcej, trafiłem na ścianę. Żadnych zdjęć, wywiadów, publikacji. Niczego, czego spodziewałbyś się po ludziach zajmujących się zabytkami.

Jan przeglądał dokumenty.

— Może byli tylko podstawieni.

— Możliwe. Fundacja została rozwiązana kilka lat temu, ale część opłat za magazyn, w którym przechowywano rękopis, regulowano jeszcze później.

— Przez kogo?

— Tego nie udało mi się ustalić.

Jan odsunął dokumenty.

— Czyli organizacja formalnie przestała istnieć, ale ktoś nadal opłacał przechowywanie jej rzeczy.

— Dokładnie.

— A potem zdecydował, że rękopis ma trafić właśnie do ciebie.

Horák skinął głową.

— Nie wierzę już, że wybrano mnie przypadkiem.

Jan także w to nie wierzył. Przez chwilę zastanawiał się, czy powiedzieć profesorowi o kopercie. W końcu wyjął telefon i pokazał mu zdjęcie wiadomości. Horák przeczytał.

— „Jutro. Dwudziesta pierwsza. Stary Cmentarz. Wejdź sam.” — Podniósł wzrok. — Oczywiście nie zamierzasz tam iść.

— Zamierzam.

— Doskonale. W takim razie nie wiem, dlaczego w ogóle próbuję być rozsądny.

— Ktoś zna moje nazwisko, hotel i wie, czego szukamy. Jeśli nie pójdę, stracimy jedyną szansę, żeby dowiedzieć się, kto zostawił znak.

— Albo zachowasz wszystkie organy wewnętrzne. Też widzę pewną zaletę.

Jan uśmiechnął się.

— Będę ostrożny.

— Ludzie zawsze mówią „będę ostrożny” dokładnie przed zrobieniem czegoś skrajnie nieostrożnego.

— Nie wiem nawet, o jaki cmentarz chodzi.

— To akurat drobny problem w porównaniu z resztą.

Horák oddał mu telefon.

— Jeżeli dostaniesz dokładny adres, informujesz mnie.

— W wiadomości napisali, żebym przyszedł sam.

— Możesz wejść sam. Ja mogę być kilometr dalej. Jeżeli nie zadzwonisz po spotkaniu, przynajmniej ktoś będzie wiedział, od którego cmentarza rozpocząć poszukiwania zwłok.

— Bardzo podnoszące na duchu.

— Staram się.

Dokładna lokalizacja przyszła o osiemnastej czterdzieści trzy. Nieznany numer wysłał Janowi pojedynczą wiadomość zawierającą punkt na mapie. Bez tekstu. Był to niewielki, stary cmentarz na obrzeżach Pragi, od lat nieużywany do pochówków. Jan przesłał lokalizację Horákowi. Profesor odpowiedział niemal natychmiast: To jest zły pomysł. Będę w pobliżu. Jan schował telefon do kieszeni. Przed wyjściem zadzwonił jeszcze do Bractwa.

— Mam spotkanie — powiedział.

— Z kim?

— Nie wiem.

— To nie brzmi jak spotkanie.

— Człowiek, który zostawił znak Strażników, chce rozmawiać.

Głos po drugiej stronie natychmiast spoważniał.

— Gdzie?

— W Pradze.

— Podaj miejsce.

Jan podał adres.

— Nie idź tam.

— Jesteś już drugą osobą, która mówi mi to dzisiaj.

— Może powinieneś zacząć słuchać ludzi.

— Jeśli wyjadę teraz z Pragi, nadal nie będziemy wiedzieć, kto miał rękopis, skąd znał mój zapis i dlaczego używa znaku Strażników.

— A jeśli to pułapka?

— Wtedy przynajmniej dowiemy się, kto ją zastawił.

— O ile wrócisz.

Jan spojrzał na zegarek.

— Jeżeli nie odezwę się do dwudziestej drugiej, zadzwoń do Horáka. Wyślę ci jego numer.

— Jan…

— Clavis jest bezpieczny?

— Tak.

— To najważniejsze.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Nie. Najważniejsze jest, żebyś przestał zachowywać się tak, jakby zamknięcie jednej bramy zrobiło z ciebie nieśmiertelnego.

Jan uśmiechnął się.

— Uwierz mi. Po Kłodzku mam dokładnie odwrotne wrażenie.

O dwudziestej pięćdziesiąt pięć stał przed wejściem na cmentarz. Noc była chłodna. Stare drzewa otaczające teren kołysały się na wietrze, a za metalowym ogrodzeniem ciągnęły się rzędy nagrobków. Część była przechylona, inne niemal całkowicie zarosły mchem. Horák zgodnie z umową pozostał kilkaset metrów dalej. Jan wyjął telefon.

Brak nowych wiadomości. O dwudziestej pierwszej wszedł przez uchyloną furtkę. Żwir chrzęścił pod butami. W oddali świeciło kilka ulicznych latarni, ale ich światło niemal nie docierało pomiędzy stare drzewa. Jan przeszedł kilkadziesiąt metrów. Nikogo.

— Świetnie — mruknął. — Doktor historii chodzi nocą po cmentarzu, bo dostał anonimową kartkę. Znakomity rozwój kariery naukowej.

Usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się. Pomiędzy nagrobkami stał mężczyzna. Mógł mieć około siedemdziesięciu lat. Był wysoki, szczupły, ubrany w ciemny płaszcz. Nie próbował ukrywać twarzy.

— Jan Lewicki?

— Zależy, kto pyta.

Mężczyzna podszedł bliżej.

— Gdybym chciał zrobić panu krzywdę, doktorze, nie prosiłbym o spotkanie.

— To ma mnie uspokoić?

— Nie. Ostrożność jest teraz panu potrzebna.

Jan przyjrzał mu się uważnie.

— To pan zostawił kopertę?

— Nie osobiście.

— Kim pan jest?

— Posłańcem.

— Czyim?

Mężczyzna nie odpowiedział.

— Strażników Wieczności?

Po raz pierwszy na jego twarzy pojawiła się reakcja. Niewielka, ale Jan ją zauważył.

— Szybko pan dotarł do tej nazwy.

— Nie odpowiedział pan.

— Ponieważ nie jestem Strażnikiem.

— Ale używa pan ich znaku.

— Nie. Znak pozwolono mi przekazać.

Jan poczuł ukłucie niepokoju.

— Komu?

— Panu.

Mężczyzna wyjął z kieszeni niewielki przedmiot i wyciągnął rękę. Jan nie ruszył się.

— Co to jest?

— Proszę zobaczyć.

Na otwartej dłoni leżał metalowy krążek wielkości dużej monety. Na jednej stronie widniał symbol, który Jan znał już z biura Fundacji Vesper. Krąg. Krzyż. Płomień skierowany do środka.

— Po co mi to?

— Jeszcze nie wiem.

— Bardzo pomocne.

— Mnie również nie powiedziano wszystkiego.

Jan ostrożnie wziął krążek. Metal był zaskakująco ciepły. Odwrócił go. Druga strona pozostawała gładka.

— Kto kazał przekazać mi tę rzecz?

— Człowiek, którego nazwisko nic panu nie powie.

— Spróbujmy.

Mężczyzna pokręcił głową.

— Nie po to tu jestem.

Jan schował krążek do kieszeni.

— W takim razie po co?

— Żeby pana ostrzec.

— Przed czym?

Mężczyzna spojrzał w stronę ciemnych drzew.

— Zamknięcie bramy w Kłodzku nie zakończyło tego, co pan rozpoczął.

Jan poczuł, że żołądek zaciska mu się w twardy węzeł.

— Skąd pan wie o Kłodzku?

— Wiedzą o nim ludzie, którzy wiedzieć nie powinni.

— Kto?

— Ci, którzy czekali.

— Na co?

— Na Clavis.

Jan zrobił krok w stronę mężczyzny.

— Kto czekał?

— Nie znam ich nazwisk.

— Organizacja?

— Organizacje mają nazwy. Nazwy można zmieniać. Idee są znacznie trwalsze.

— Fundacja Vesper?

Mężczyzna spojrzał na Jana.

— Vesper była narzędziem.

— Czyim?

— Ludzi przekonanych, że to, czego pilnowano przez wieki, powinno zostać wykorzystane.

— Brama?

— Nie tylko.

Jan poczuł, że każde kolejne słowo otwiera więcej pytań.

— Dlaczego rękopis trafił do Horáka?

— Żeby trafił do pana.

— Kto to zaplanował?

— Nie wiem.

— Dwa miesiące wcześniej?

— Tak.

— W rękopisie znajduje się zdanie, które napisałem dopiero po wydarzeniach w Kłodzku.

Mężczyzna milczał.

— Jak to możliwe?

— Gdybym znał odpowiedź, nie byłbym posłańcem.

Jan patrzył na niego z niedowierzaniem.

— Przyprowadził mnie pan nocą na cmentarz tylko po to, żeby powiedzieć, że nic pan nie wie?

— Wiem jedno. Zamknięcie bramy było właściwym wyborem.

— To akurat wiem.

— Nie. Nie rozumie pan.

Mężczyzna zbliżył się o krok.

— Brama została zamknięta, ale wydarzenia w Kłodzku były sygnałem. Przez bardzo długi czas ci, którzy szukali Clavis, nie wiedzieli, czy naprawdę istnieje. Teraz wiedzą.

Jan pomyślał o kluczu ukrytym przez Bractwo.

— Nie mają go.

— Jeszcze.

— Nie wiedzą, gdzie jest.

— Jeszcze.

Mężczyzna wypowiedział to spokojnie. Właśnie dlatego zabrzmiało bardziej niepokojąco niż groźba.

— Co mam zrobić?

— Wrócić do Broumova.

— Dlaczego?

— Bo tam zacznie się następny ruch.

Jan zesztywniał.

— Skąd pan wie?

— Nie wiem. Przekazano mi tylko tę informację.

— Przez kogo?

Mężczyzna ruszył w stronę bocznej alejki.

— Powiedziałem już wystarczająco dużo.

Jan zastąpił mu drogę.

— Nie. Zdecydowanie nie.

Mężczyzna zatrzymał się.

— Nie jesteśmy wrogami, doktorze Lewicki.

— „My”, czyli kto?

— Proszę zachować znak. Kiedy przyjdzie czas, ktoś go rozpozna.

— Kto?

— Strażnik.

Jan poczuł dreszcz.

— Widziałem już Strażników.

Mężczyzna spojrzał mu prosto w oczy.

— Nie. Widział pan to, co zostało przy bramie.

Jan zamilkł.

— Jaka jest różnica?

— Tego właśnie będzie pan musiał się dowiedzieć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 67