E-book
7.88
drukowana A5
44.79
KRZYWA WIEŻA

Bezpłatny fragment - KRZYWA WIEŻA


Objętość:
250 str.
ISBN:
978-83-8467-902-9
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 44.79

Rozdział 1. Nikt nie czeka

Przy wjeździe na stację pociąg szarpnął tak mocno, że Marta uderzyła barkiem o ściankę fotela i obudziła się do końca. Przez ostatnie pół godziny drzemała z głową opartą o szybę. Kiedy skład zwolnił, ludzie zaczęli zdejmować kurtki z półek i wyciągać walizki, choć do peronu zostało jeszcze kilka minut.

Kiedy Marta włączyła telefon, ekran zalały powiadomienia: służbowy Teams, trzy wiadomości od Doroty, reklama sklepu, przypomnienie z banku i Krzysztof. Na samej górze nie było Aleksandra.

Patrzyła na listę dłużej, niż było trzeba. Potem przeciągnęła palcem w dół, jakby telefon mógł się pomylić i po odświeżeniu wypluć wiadomość, której nie było.

Nic.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do niego sześć razy, a dziś rano połączenie zostało odrzucone. Później próbowała jeszcze trzy razy. Za każdym razem kończyło się bez rozmowy. Napisała:

„Będę po osiemnastej”. Potem: „Około dziewiętnastej będę w domu”. Nie odpowiedział.

Kiedy drzwi wagonu się otworzyły, tłum ruszył na peron. Marta poprawiła granatową marynarkę, kupioną razem z Aleksandrem dzień przed wyjazdem; na plecach zdążyła się już pognieść. W przejściu śmierdziało mokrymi kurtkami, a ktoś za nią rozmawiał głośno przez telefon.

— Już jestem. Tak, kochanie. Wysiadam.

Obejrzała się odruchowo i zobaczyła mężczyznę po czterdziestce, który uśmiechał się do telefonu. Miał zmęczoną, szczęśliwą twarz, pod pachą komputer, na ramieniu torbę, a do tego śmiesznie przekrzywiony identyfikator konferencji, taki sam jak ona.

Odwróciła wzrok i wysiadła z nową szarą walizką, którą przed wyjazdem przez pół wieczoru woziła po mieszkaniu, sprawdzając kółka. Teraz jedno z nich terkotało na nierównej płycie peronu.

Aleksander śmiał się wtedy, że testuje ją jak samochód.

— Ma przeżyć konferencję — odpowiedziała.

— Ambitny plan.

Teraz pociągnęła walizkę w stronę przejścia podziemnego. Ciążyła jej bardziej niż w piątek, choć niczego nie kupiła.

W zatłoczonej hali dworca dziecko wyrwało się kobiecie i pobiegło do mężczyzny czekającego przy schodach, a dziewczyna z bukietem słoneczników machała komuś za plecami Marty. Ludzie rozchodzili się po dwie, trzy osoby, czasem całą rodziną.

Marta stanęła z boku. Wiedziała już, że Aleksandra tam nie będzie, a jednak przez chwilę patrzyła ponad głowami ludzi.

Kiedyś czekał na nią nawet wtedy, gdy pociąg był opóźniony. Marudził, że parking przy dworcu kosztuje absurdalne pieniądze, po czym płacił i stał przy wyjściu. Nigdy z kwiatami; raz przywiózł jej drożdżówkę z serem, bo wiedział, że po podróży będzie głodna.

Wyciągnęła telefon.

„Jestem.”

Wysłała wiadomość, ale SMS nie pokazywał niczego poza godziną wysłania; miała ochotę zadzwonić jeszcze raz, jednak schowała telefon do torebki.

Wsiadła do taksówki, której kierowca słuchał radia i dwa razy próbował zagadnąć ją o korki, lecz Marta odpowiadała pojedynczymi słowami. Za szybą przesuwały się światła, reklamy aptek, stacje benzynowe i mokry asfalt.

Kiedy telefon zawibrował, Marta natychmiast wyrwała go z torebki.

Krzysztof.

„Daj znać, jak dojedziesz. I proszę, nie znikaj teraz.”

Przeczytała wiadomość dwa razy, zanim zablokowała ekran.

— Wszystko w porządku? — zapytał kierowca, patrząc w lusterko.

— Tak.

Słowo wyszło za szybko.

Kierowca wzruszył ramionami i podgłośnił radio.

Marta oparła głowę o zagłówek. Od wyjazdu z hotelu minęło już kilka godzin, a ona wciąż nie umiała nazwać tego, co wydarzyło się z Krzysztofem. Bała się tego, co czekało ją po powrocie: telefonu do Aleksandra, wejścia do mieszkania i spojrzenia mu w twarz.

Tyle że twarzy Aleksandra nie zobaczyła.

Kilka minut przed dziewiętnastą taksówka zatrzymała się przed starą kamienicą. Marta zapłaciła telefonem, a kierowca wysiadł, wyciągnął walizkę i postawił ją na chodniku.

— Dobrego wieczoru.

— Wzajemnie.

Znów zaczęło kropić, ale deszcz był za słaby, żeby otwierać parasol. Marta pociągnęła walizkę przez chodnik, a jedno z kółek terkotało na łączeniach płyt. Ciężkie drzwi kamienicy ustąpiły dopiero za drugim pchnięciem.

Na klatce śmierdziało gotowaną kapustą z któregoś mieszkania, a pod skrzynkami na listy ktoś zostawił dziecięcy rowerek. Marta chwyciła walizkę za boczną rączkę i zaczęła wnosić ją po schodach.

Spojrzała na telefon. Żadnej wiadomości.

Na pierwszym piętrze zmieniła rękę, a na drugim zatrzymała się na półpiętrze. W ciemnej szybie wysokiego okna zobaczyła kobietę z rozmazanym tuszem pod jednym okiem, z włosami przyklapniętymi po podróży i z granatową marynarką, którą Aleksander wybrał.

„Ta”, powiedział wtedy w galerii.

„Dlaczego?”

„Bo w tamtej wyglądasz, jakbyś przyszła komuś odmówić kredytu.”

„A w tej?”

„Jakbyś przyszła go przejąć.”

Śmiała się tak głośno, że kobieta w przymierzalni obok chrząknęła.

Na trzecim piętrze postawiła walizkę na stopniu i złapała oddech, po czym dociągnęła ją pod drzwi. Od sąsiadów dobiegał telewizor, ktoś komentował mecz, ale w ich mieszkaniu było cicho. Klucz wszedł do zamka bez oporu, co ją zaskoczyło.

Przez całą drogę wyobrażała sobie różne rzeczy. Że Aleksander zmienił wkładkę. Że otworzy jej i od razu zapyta. Że będzie siedział w kuchni. Że zobaczy jego plecy przy oknie. Że może będzie krzyczał, choć prawie nigdy nie krzyczał.

Przekręciła klucz i weszła do ciemnego przedpokoju.

— Aleks?

Cisza.

W pierwszej chwili zauważyła puste miejsce po jego kurtce na wieszaku.

Poniżej nie stały brązowe półbuty, których nigdy nie chował do szafy, bo „jutro znowu je założy”. Nie było sportowych. Zniknęły też stare czarne trzewiki używane zimą.

Marta zapaliła światło w kuchni.

Na blacie stała jej filiżanka po kawie sprzed wyjazdu, choć Aleksander zwykle wkładał wszystko do zmywarki, nawet kiedy się złościł. Obok pozostawionej filiżanki leżał rachunek z galerii, złożony na pół.

Dotknęła papieru palcem.

Garsonka. Buty.

Data: czwartek.

Cztery dni temu.

Odruchowo otworzyła lodówkę, choć niczego w niej nie szukała. Zapaliło się światło, odsłaniając jogurt, musztardę, otwarty słoik ogórków i pudełko z serem.

— Aleksander?

Tym razem powiedziała głośniej.

Przeszła do sypialni.

Szafa po jego stronie była otwarta, ale nie całkiem pusta. Zostały dwa garnitury, których prawie nie nosił, stara kurtka i koszula z oberwanym guzikiem. Zniknęły natomiast rzeczy codzienne: dżinsy, swetry, bielizna i koszulki; na dolnej półce brakowało też torby podróżnej.

Marta usiadła na brzegu łóżka, a materac ugiął się pod jej ciężarem. Poczuła zapach własnych perfum z szalika rzuconego przed wyjazdem na krzesło. Po stronie Aleksandra poduszka była równo ułożona.

Wyciągnęła telefon.

Zadzwoniła.

Sygnał.

Drugi.

Trzeci.

Poczta głosowa.

Rozłączyła się bez nagrania.

Napisała: „Jestem w domu.”

Po minucie: „Proszę, odezwij się.”

Potem długo nic.

Przeszła do łazienki, ale nie znalazła tam ani jego szczoteczki, ani maszynki do golenia. Telefon zawibrował.

Drgnęła.

Krzysztof.

„Marta?”

Tylko tyle.

Usiadła na zamkniętej desce sedesowej, czując chłód kafelków pod stopami. Zdjęła pończochy jeszcze w hotelu, rano, w pośpiechu. Teraz miała na sobie cienkie skarpety z podróży i jedną z nich przemoczyła przed kamienicą. Czuła wilgoć między palcami.

Krzysztof napisał znowu.

„Nie chcę, żebyś pomyślała, że to, co było wczoraj, nic dla mnie nie znaczyło.”

Marta zacisnęła zęby. Wczoraj chciała, żeby tak do niej pisał. Może nawet godzinę po wyjściu z jego pokoju. Chciała potwierdzenia, że to coś znaczyło, że nie zrobiła czegoś aż tak głupiego tylko dlatego, że ktoś był nowy, przystojny i umiał słuchać.

Teraz każde jego słowo brzmiało jak problem, który sam wchodził jej do mieszkania.

Napisała: „Nie pisz teraz.”

Odpowiedź pojawiła się prawie natychmiast.

„On wie?”

Marta patrzyła na ekran. Krzysztof pytał, czy Aleksander dowiedział się o tym, co wydarzyło się w hotelu. Sam o Aleksandrze usłyszał dopiero poprzedniego wieczoru, na tarasie, kiedy zapytał, czy Marta ma partnera. Powiedziała mu wtedy, że są razem prawie trzy lata.

Wcześniej, przez niemal całą konferencję, mówiła o sobie tak, jakby mieszkanie, do którego wróciła, było tylko jej. W tej wersji zakupy w czwartek robiła sama; nikt nie siedział przed przymierzalnią, nie niósł torby z butami, nie zapiął jej później walizki ani nie powiedział przy drzwiach, żeby napisała, kiedy dojedzie.

Wstała i poszła do salonu, gdzie jej prywatny Mac stał na biurku z zamkniętą pokrywą i zwisającym z boku kablem. Obok leżały jego okulary do komputera.

Gdy podniosła pokrywę laptopa, zobaczyła otwartą kartę przeglądarki z rezerwacją małego pensjonatu nad morzem. W następnym miesiącu mieli pojechać tam jej nowym samochodem, a termin wciąż był zaznaczony w kalendarzu.

Te zostawił.

Marta podniosła okulary, ale po chwili odłożyła je i wróciła do przedpokoju. Na komodzie, obok jej torebki, zobaczyła klucz.

Zatrzymała się przy nim, jakby dopiero teraz pojęła, co oznaczał.

Zwykły klucz do mieszkania, z małym, wytartym brelokiem w kształcie krzywej wieży.

Kupili go na początku znajomości w Toruniu za kilka złotych. Marta śmiała się, że jest tandetny, ale Aleksander przypiął go do klucza i używał od tamtej pory.

Wzięła klucz, wróciła do salonu i położyła go na biurku obok okularów.

Marta usiadła na jego krześle. Nie płakała. Jeszcze nie wiedziała, czy już może.

Otworzyła wiadomości i napisała: „Ja naprawdę muszę z tobą porozmawiać.”

Kursor migał po ostatniej kropce.

Usunęła „naprawdę”.

Potem usunęła całe zdanie.

Napisała tylko: „Proszę.”

Wysłała wiadomość. Na zewnątrz ktoś trzasnął drzwiami samochodu, z mieszkania sąsiadów dobiegł śmiech, a w kuchni włączył się agregat lodówki i zaczął jednostajnie buczeć. Marta siedziała przy biurku Aleksandra, z jego okularami w dłoni i kluczem obok.

Rozdział 2. Krzywa podłoga

Prawie trzy lata wcześniej Marta weszła do baszty, bo zaczęło padać.

Nie planowała kawy, choć miała jeszcze ponad godzinę do pociągu i plecak, który po całym dniu ciążył jej bardziej niż rano. Chciała przejść wzdłuż murów, zejść nad rzekę i gdzieś po drodze kupić wodę. Deszcz spadł nagle, twardy i zimny, z wiatrem od Wisły; po dwóch minutach rękawy miała mokre, a włosy przyklejone do policzków.

Nad wejściem wisiała mała, wypłowiała tablica: KAWA, CIASTO, PIĘTRO.

Obok ktoś przybił kartkę z legendą o rycerzu, złamanej przysiędze i krzywej wieży postawionej za grzech. Na dole dopisano, że kto potrafi oprzeć się plecami o mur i nie stracić równowagi, ma czyste sumienie.

Marta przeczytała dwa ostatnie zdania i prychnęła.

— Świetnie. Jeszcze kawa z testem moralności.

Weszła do środka, gdzie pachniało kawą, i dopiero teraz przekonała się, że baszta jest węższa, niż wyglądała z ulicy. Stare ściany szły pod dziwnym kątem, a podłoga naprawdę uciekała w jedną stronę, więc po dwóch krokach zatrzymała się i spojrzała pod nogi.

— Serio?

Kobieta za ladą nawet nie podniosła głowy.

— Serio. Tylko proszę uważać, bo podłoga ciągnie w lewo.

— Aż tak?

— Pierwszy raz każdy patrzy pod nogi.

Parsknęła śmiechem i zrzuciła plecak z ramienia. Jasna bluzka przykleiła jej się do ciała od deszczu, a chłód przenikał plecy i ramiona. Mokre niemal do połowy włosy poprawiła obiema rękami, bardziej z irytacji niż z troski o wygląd.

— Duża kawa. Czarna.

— Na dole czy na górze?

— Góra.

— Tylko ostrożnie. Na trzecim stopniu każdy się potyka.

— To czemu go nie naprawicie?

— Właściciel twierdzi, że to część uroku.

Zapłaciła, wzięła filiżankę i ruszyła po schodach, ale już na trzecim stopniu zahaczyła czubkiem buta.

— Cholera.

Ktoś na górze roześmiał się krótko, niezbyt głośno.

Na piętrze zobaczyła mężczyznę siedzącego pod oknem, z espresso, otwartą gazetą i okularami zsuniętymi na koniec nosa. Przy skroniach miał siwe pasma, resztę włosów ciemną, a kurtkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Wyglądał na kogoś, kto nie ma powodu się spieszyć.

— Pan się śmieje? — zapytała.

Zdjął okulary.

— Z siebie. Ja się potknąłem dwa razy.

— Za pierwszym razem nie zapamiętał pan stopnia?

— Za drugim sprawdzałem, czy nadal tam jest.

Kiedy postawiła filiżankę na sąsiednim stoliku, kawa przesunęła się o milimetr na spodku.

— To bezpieczne?

— Kawa?

— Budynek.

Mężczyzna popatrzył na ścianę, potem na sufit.

— Stoi od kilkuset lat.

— To nie jest odpowiedź.

— Dla inżyniera całkiem niezła.

Choć kilka stolików było wolnych, wybrała ten przy sąsiednim oknie. Dopiero po chwili zorientowała się, że przez układ pomieszczenia siedzą niemal naprzeciwko siebie.

Na zewnątrz deszcz bił o bruk, a ludzie biegli pod murami z kurtkami zarzuconymi na głowę. Za szybą stare miasto robiło się ciemniejsze, cegła niemal brunatna; Marta dmuchnęła na kawę. Mężczyzna wrócił do gazety. Zapadła cisza, którą Marta wytrzymała może czterdzieści sekund.

— Naprawdę jest pan inżynierem?

Spojrzał znad gazety.

— Naprawdę.

— Budownictwo?

— Konstrukcje.

— Czyli powinien pan wiedzieć, czy to się przewróci.

— Powinienem.

— I?

— Nie dzisiaj.

Zaśmiała się.

— Dobra odpowiedź.

— Praktyczna.

— A jutro?

— Jutro mnie tu nie będzie.

Marta upiła łyk kawy.

— Wygodne.

Mężczyzna złożył gazetę.

— Pani zawsze przepytuje obcych ludzi?

— Tylko kiedy pada.

— A kiedy świeci słońce?

— Wtedy uciekam.

— Od ludzi?

— Od słońca.

Popatrzył na jej bardzo jasną skórę.

— To akurat widać.

Marta uniosła brwi.

— Bez filtra?

— Bez.

— Odważnie jak na pierwsze pięć minut znajomości.

— To znajomość?

— Jeszcze nie.

— Ulżyło mi.

Marta zauważyła, że znów się uśmiechnął, chociaż wcale nie próbował być zabawny.

Wyjęła telefon i zobaczyła na ekranie trzy wiadomości od Doroty.

„Jak miasto?”

„Kupiłaś te pierniki?”

„I czy byli jacyś przystojni faceci na szkoleniu? :)”

Marta przewróciła oczami. Odpisała tylko: „Pada.”

— Zła wiadomość? — zapytał mężczyzna.

— Koleżanka.

— To nie odpowiada na pytanie.

— U niej jedno często oznacza drugie.

Schowała telefon.

— A pan tu mieszka?

— Czasem.

— Jak można czasem mieszkać?

— Mam mieszkanie, ale pracuję w kilku miejscach. Dużo jeżdżę.

— To brzmi jak odpowiedź człowieka, który nie chce powiedzieć, gdzie mieszka.

— A pani pyta jak policjant.

— Lubię wiedzieć.

— Ja też.

— Co?

— Że lubisz wiedzieć.

Przyjrzała mu się uważniej, zwłaszcza dłoniom człowieka, który kiedyś dużo pracował fizycznie albo przynajmniej bywał tam, gdzie pracowali inni. Miał grube palce, drobną bliznę przy kciuku i prosty stalowy zegarek. Obrączki nie było.

Złapała się na tym, że sprawdziła. To ją zirytowało.

— A pan ma zawsze gotowe takie teksty? — zapytała.

— Jakie?

— O ciekawości, życiu, starych wieżach.

— Nie. Zwykle gadam o pęknięciach betonu.

— To jeszcze gorzej.

— Mogę zacząć.

— Proszę nie.

Deszcz nie słabł, a kelnerka bez pytania przyniosła mu drugie espresso.

— Jak zwykle — powiedziała.

— Dziękuję.

Marta poczekała, aż kobieta zejdzie.

— Czyli jednak pan tu bywa.

— Przyłapany.

— I kłamał pan.

— Powiedziałem, że czasem tu mieszkam.

— To nie to samo, co czasem piję kawę.

— Ma pani dwadzieścia kilka lat i już tak ścisłe definicje?

Marta odłożyła filiżankę.

— Dwadzieścia sześć.

— Przepraszam.

— Za co?

— Za „kilka”.

— Ile pan ma?

Było widać, że nie spodziewał się takiego pytania.

— Czterdzieści dziewięć.

Marta policzyła szybko.

— Sporo.

— Umie pani odejmować.

— Mógłby pan być moim ojcem.

— Technicznie tak.

— I nie przeszkadza panu, że to powiedziałam?

— Dlaczego miałoby przeszkadzać? Matematyka nie jest obrazą.

Popatrzyła przez okno na niemal pustą już ulicę, czując, że rozmowa weszła na teren, na który wcale nie musiała wchodzić. Mogła skończyć kawę i wyjść; za czterdzieści minut miała pociąg. Zamiast tego zapytała:

— Ma pan dzieci?

— Mam córkę.

— Ile ma lat?

— Trzydzieści jeden.

Marta skrzywiła się.

— Świetnie.

— Co?

— Jest starsza ode mnie.

— O ile dokładnie, nie pytała pani.

— Wystarczająco, żeby to zauważyć.

— W takim razie dużo starsza.

Roześmiała się mimo siebie.

— Pan się z tego nabija.

— Trochę.

— A żona?

Pytanie wyszło za szybko.

Mężczyzna obracał filiżankę.

— Była.

Marta zrozumiała, że nie powinna pytać dalej, i tym razem ciekawość ustąpiła.

— Przepraszam.

— Nie ma za co.

— Rozwód?

— Nie.

Aleksander otworzył usta, jakby chciał coś dodać, ale tylko pokręcił głową; Marta nie zapytała drugi raz.

— Dobra. Już nic nie pytam.

Aleksander wyjął z kieszeni starą metalową zapalniczkę i otworzył ją kciukiem.

Pstryk.

Zamknął.

— Palisz? — zapytała Marta.

— Od lat nie.

— To po co ci zapalniczka?

Obrócił ją między palcami.

— Została.

Nie powiedział po kim ani dlaczego.

— Nie wierzę.

— Słusznie.

Kiedy zadzwonił jej telefon, zobaczyła na ekranie imię Doroty i odrzuciła połączenie.

— Nie odbiera pani?

— Nie.

— Czemu?

— Bo wiem, co powie.

— To oszczędność czasu.

— Raczej energii.

Mężczyzna zerknął na telefon, żeby sprawdzić godzinę.

— Pociąg? — zapytał.

Marta spojrzała na zegarek.

— Cholera.

Zaczęła pakować telefon i ładowarkę do plecaka.

— Zdąży pani.

— Skąd pan wie?

— Dworzec jest dwanaście minut stąd taksówką. O tej porze może piętnaście.

— Autobus.

— Dwadzieścia parę.

— To zdążę.

— Jeżeli przestanie pani ze mną rozmawiać.

Wstała i dopiero teraz poczuła, jak bardzo podłoga ciągnie w bok. Krzesło odsunęło się samo o kilka centymetrów i stuknęło o deskę.

— To jest chore.

— Po chwili człowiek się przyzwyczaja.

Marta zarzuciła plecak.

— Do krzywego?

— Po paru minutach mniej to czuć.

Przez sekundę patrzyli na siebie.

Marta przesunęła stopę po deskach, jakby chciała sprawdzić, czy rzeczywiście mniej czuje przechył.

— Jak ma pan na imię? — zapytała.

— Aleksander.

— Marta.

— Miło było panią przesłuchiwać, Marto.

— To ja przesłuchiwałam.

— Mamy różne wersje.

Schodząc po schodach, na trzecim stopniu ominęła wystający kant.

Kobieta za ladą spojrzała na nią.

— Już pani omija stopień.

Marta wsunęła kurtkę.

— Zapamiętałam.

Kobieta uśmiechnęła się i wróciła do ekspresu.

Na zewnątrz deszcz zelżał do cienkiej mżawki, więc Marta ruszyła szybkim krokiem w stronę postoju taksówek. Po kilkudziesięciu metrach telefon zawibrował; dzwoniła Dorota.

„Żyjesz?”

Marta odpisała:

„Poznałam faceta.”

Trzy kropki pojawiły się natychmiast.

„ILE MA LAT?”

Marta zatrzymała się pod kamienicą, zastanawiając się, skąd ona, do cholery, wiedziała, o co zapytać.

„49.”

Telefon zadzwonił po sekundzie. Marta odebrała.

— Nie zaczynaj.

— Czterdzieści dziewięć?! — wrzasnęła Dorota. — Marta, przecież on mógłby być twoim ojcem!

— Nie wiem, co to ma do rzeczy.

— Wszystko.

— Nic.

— Jest przystojny?

Kiedy Marta się obejrzała, z miejsca, w którym stała, nie widziała już wejścia do baszty. Został tylko mokry mur i ludzie wychodzący spod parasoli.

— Jest… normalny.

— To źle?

— Nie wiem.

— Żonaty?

— Nie.

— Dzieci?

— Dorosła córka.

Po drugiej stronie zapadła cisza, pierwszy cud tego dnia.

— Marta.

— Co?

— Ty się zainteresowałaś facetem starszym od siebie o ćwierć wieku.

— Nie zainteresowałam się.

— Jasne. Dlatego znasz jego wiek, stan cywilny i dzieci.

Marta ruszyła dalej.

— Rozmawialiśmy.

— O czym?

— O wieży.

— O wieży.

— I o budownictwie.

— Jeszcze lepiej.

— Dorota, spadaj.

— Numer masz?

Marta zwolniła.

— Nie.

— To po temacie.

— No.

Powinna poczuć ulgę, tymczasem żałowała, że naprawdę nie ma jego numeru, i ten żal wydawał jej się głupi, niemal śmieszny.

— Pociąg ci ucieknie — powiedziała Dorota.

— Wiem.

— I kup pierniki.

Marta się rozłączyła, wsiadła do taksówki i dotarła na dworzec cztery minuty przed odjazdem. Wbiegła na peron z mokrym plecakiem, włosami nadal wilgotnymi od deszczu i kawą siedzącą ciężko w pustym żołądku. Drzwi wagonu zapiszczały za jej plecami.

Usiadła przy oknie, a chwilę później pociąg ruszył.

Przez pierwsze dziesięć minut odpisywała na wiadomości służbowe, później sprawdziła prognozę na weekend i zdjęcia ze szkolenia wrzucone na firmową grupę. W końcu, bez żadnego sensownego powodu, otworzyła wyszukiwarkę.

Wpisała nazwę baszty i otworzyła zdjęcia, historię oraz godziny otwarcia. Przewinęła stronę i zamknęła ją.

Otworzyła stronę jeszcze raz.

Nazwiska Aleksandra nawet nie znała.

Otworzyła stronę z historią baszty i wmówiła sobie, że ciekawi ją budynek.

Kilka godzin później, już w domu, nie mogła zasnąć.

Bezsenność przychodziła do niej seriami, czasem po podróży, a czasem bez powodu. Leżała z telefonem pod kołdrą, choć wiedziała, że ekran tylko pogorszy sprawę. Po pierwszej sprawdziła pocztę, później pogodę w górach, a przed drugą znowu otworzyła zdjęcia z wyjazdu.

Na jednym była Krzywa Wieża.

Zrobiła je przed deszczem. Ceglana ściana wyraźnie uciekała od pionu.

Powiększyła fotografię. W bocznym oknie pierwszego piętra stała niewyraźna sylwetka. Mężczyzna. Mógł być każdy.

Marta patrzyła, aż w końcu zgasiła ekran i odłożyła telefon na podłogę.

Minęło może pół minuty.

Sięgnęła po niego znowu.

Otworzyła zdjęcie jeszcze raz.

Powiększyła okno na pierwszym piętrze.

Rozdział 3. Jeszcze jedna kawa

Przez następne trzy dni Marta nie zrobiła nic w sprawie Aleksandra, co drażniło ją bardziej, niż powinno.

W poniedziałek miała pracę, dwa spotkania i zaległy raport. We wtorek pojechała z koleżanką obejrzeć buty trekkingowe, bo stare zaczęły puszczać wodę. W środę wieczorem zrobiła pranie, ugotowała makaron i zasnęła przed jedenastą, co zdarzało jej się rzadko.

Aleksander nie miał z tym nic wspólnego.

Tak sobie powiedziała. W czwartek Dorota zadzwoniła, kiedy Marta siedziała na podłodze w salonie i składała pranie.

— I co z tym Aleksandrem? — zapytała Dorota.

Marta odłożyła koszulkę.

— Nic. Temat zamknięty.

— Jasne. Dlatego oburzyłaś się, kiedy nazwałam go starym.

— Bo ma czterdzieści dziewięć lat, a nie osiemdziesiąt.

Dorota roześmiała się po drugiej stronie.

— Dobrze, już nie liczę. Numeru nadal nie masz?

— Nie. Nazwiska też nie.

— To rzeczywiście bardzo poważna relacja.

Marta rzuciła zwiniętą skarpetkę do kosza, ale nie trafiła.

— Zajmij się swoim chłopem.

— Mój siedzi obok i ogląda mecz. Dlatego mam czas ratować twoje życie uczuciowe.

W tle odezwał się męski głos:

— Powiedz Marcie, że nie oglądam meczu, tylko skróty.

— Słyszałaś? — powiedziała Dorota. — Skróty meczu w czwartek. Tak wygląda dojrzała miłość. Marta się roześmiała, ale Dorota jeszcze nie skończyła.

Marta wzięła następną koszulkę i zawahała się przed złożeniem.

— A ty naprawdę chciałabyś jeszcze spotkać Aleksandra? — zapytała Dorota.

— Nie wiem.

— Chciałabyś.

— Może.

To „może” zostało w pokoju jeszcze chwilę po zakończeniu rozmowy.

Zebrała pranie i zaniosła je do sypialni w niewielkim mieszkaniu wynajmowanym od kobiety, która od pięciu lat pracowała w Norwegii i wciąż powtarzała, że kiedyś wróci. Była tu jedna sypialnia, salon z aneksem i balkon na podwórko. W łazience wentylator wył jak odkurzacz, a sąsiad z góry od szóstej rano chodził po mieszkaniu w butach. Marta lubiła to miejsce, bo było jej, nawet jeśli tylko za czynsz.

Położyła ubrania na półce, zostawiając telefon w salonie.

Po pięciu minutach wróciła po telefon, usiadła na łóżku i wpisała w wyszukiwarkę: „Aleksander konstrukcje Toruń”.

Wyników było za dużo.

Dodała nazwę kawiarni. Nic.

„Aleksander inżynier Toruń 49”.

— No pięknie — powiedziała do siebie.

Skasowała historię wyszukiwania. Po chwili pomyślała, że kasowanie historii było jeszcze głupsze niż samo szukanie.


W piątek rano przyszła wiadomość służbowa o spotkaniu z klientem, które firma organizowała za dwa tygodnie w Toruniu. Marta przeczytała mail dwa razy.

Mogła odmówić, bo spotkanie powinien poprowadzić Bartek z handlowego. W końcu to był jego klient.

Napisała do przełożonej:

„Mogę pojechać z Bartkiem. Przy okazji omówimy wdrożenie.”

Odpowiedź przyszła po minucie.

„Super. Dogadajcie transport.”

Marta zamknęła pocztę. Nie czuła wyrzutów sumienia. Nie miała komu ich mieć.


Dwa tygodnie później spotkanie skończyło się około wpół do trzeciej, lecz Bartek chciał wracać od razu.

— Jedziesz?

Marta stała przed biurowcem z torbą przewieszoną przez ramię.

— Mam pociąg wieczorem.

— Przecież przyjechaliśmy autem. To czemu pociąg?

— Bo zostaję.

Bartek popatrzył na nią.

— Aha.

— Nie zaczynaj z tym „aha”.

— Randka?

Marta poprawiła pasek torby.

— Nie.

— To po co zostajesz?

— Chcę pochodzić.

Bartek spojrzał na niebo; choć było zimno, świeciło słońce.

— Sama?

— Bartek.

— Dobra, dobra. Nie pytałem.

— Pytałeś.

— Już nie pytam.

Kiedy Bartek odjechał, Marta została na chodniku; do pociągu miała jeszcze kilka godzin. Ruszyła w stronę starego miasta.

Szła wolno; po drodze kupiła wodę i weszła do księgarni, chociaż niczego nie potrzebowała. Przejrzała przewodniki po górach, potem album ze starymi mapami, a gdy wyszła, była piętnasta dwadzieścia.

Do baszty dotarła dziesięć minut później i zatrzymała się po drugiej stronie ulicy.

To było głupie. Naprawdę głupie.

Ale nie bardziej niż większość rzeczy, które ludzie robili, kiedy chcieli kogoś zobaczyć i udawali przed sobą, że chodzi o coś innego.

Weszła do środka i zobaczyła za ladą tę samą kobietę.

Spojrzała na Martę, potem na drzwi za jej plecami.

— Dzisiaj nie pada.

— Widzę.

— To co panią przywiało?

— Kawa.

Kobieta uśmiechnęła się jednym kącikiem ust.

— Czarna?

— Duża.

— Góra?

Marta zawahała się o sekundę za długo.

— Góra.

Z filiżanką w dłoni ostrożniej weszła na trzeci stopień, podnosząc nogę wyżej.

Na piętrze siedziało kilka osób. Dwie studentki przy oknie, para pod ścianą i starsza kobieta z książką.

Aleksandra nie było, więc Marta usiadła przy stoliku, przy którym siedziała poprzednio. Najpierw poczuła ulgę, a zaraz po niej rozczarowanie.

To ją wkurzyło. Wyjęła telefon i otworzyła pocztę. Odpisała na dwie wiadomości. Przeczytała artykuł, którego nie zapamiętała. Weszła na Instagram. Dorota wrzuciła zdjęcie z siłowni sprzed lustra i podpisała: „piątek dla siebie”.

Marta napisała:

„Jestem w Toruniu.”

Odpowiedź przyszła natychmiast.

„W TEJ KAWIARNI?”

Pięć minut po zablokowaniu ekranu usłyszała na schodach czyjeś kroki.

Nie podniosła głowy, choć kroki wydawały się cięższe niż poprzednio; ktoś znów zahaczył o trzeci stopień.

— Cholera.

Kiedy Aleksander wszedł na piętro, Marta uśmiechnęła się do filiżanki. Miał granatowy płaszcz, szalik i skórzaną torbę na ramieniu; od razu ją zobaczył i zatrzymał się.

Nie wyglądał na człowieka, który spodziewał się jej zobaczyć.

Marta sama nie wiedziała dlaczego, ale miało to znaczenie.

— Jednak sprawdza pan ten stopień — powiedziała.

Aleksander obejrzał się przez ramię.

— Nadal jest. I nadal działa.

— Mówiłam.

Podszedł do jej stolika.

— Dzień dobry, Marto.

Zapamiętał imię. Poczuła przyjemne ciepło gdzieś pod żebrami i od razu się za to na siebie zezłościła.

— Dzień dobry.

— Mogę?

Wskazał krzesło.

— To wolny kraj.

— Mocne zaproszenie.

— Innego nie będzie.

Usiadł, a kobieta z dołu podeszła do stolika.

— Jak zwykle?

— Tak.

Gdy spojrzała na Martę, ta spuściła wzrok na kawę.

— Co tak patrzysz? — zapytała, kiedy kelnerka odeszła.

— Nic. Jeszcze.

— To „jeszcze” brzmi podejrzanie.

Przeszli na „ty” bez żadnego ustalania, co Marta zauważyła dopiero po chwili.

— Byłaś znowu na szkoleniu? — zapytał.

— Spotkanie z klientem.

— I przypadkiem miałaś pięć godzin do pociągu?

— Cztery i pół.

— Strzelałem.

— Przyjechałam autem.

Aleksander uniósł brwi.

— A auto?

— Pojechało.

— Zostałam, bo chciałam pochodzić po mieście.

— Wierzę ci prawie całkowicie.

Marta poczuła, że się czerwieni. To zdarzało jej się łatwo i nienawidziła tego, bo blada skóra zdradzała wszystko.

— A ty? — zapytała. — Zawsze przychodzisz tu w piątek o piętnastej?

— Nie.

— Czyli też przypadek.

— Ja mieszkam siedem minut stąd.

— Aha.

Aleksander się roześmiał.

— Teraz ty.

— Co?

— „Aha”.

Kiedy przyniesiono mu espresso, Marta patrzyła, jak wsypuje pół łyżeczki cukru.

— Myślałam, że tacy jak ty piją bez.

— Jacy?

— Inżynierowie konstruktorzy. Espresso, bez cukru, poważna mina.

— A młode blondynki piją latte z syropem.

— Nienawidzę syropów.

— No widzisz. Stereotypy upadły.

— Jeszcze jeden i wychodzę.

— Nie znam więcej.

— Dobrze.

Siedzieli spokojnie.

Marta lubiła ciszę, jeśli sama ją wybierała; narzucona przez kogoś innego szybko zaczynała ją uwierać. Przy Aleksandrze nie czuła jednak obowiązku wypełniania każdej przerwy.

To też ją drażniło.

— Masz naprawdę córkę starszą ode mnie? — zapytała.

— Naprawdę.

— I co ona by powiedziała?

Aleksander odstawił filiżankę.

— O czym?

— Gdyby zobaczyła nas teraz.

— Że piję kawę.

— Nie udawaj.

— Marta, spotkaliśmy się drugi raz w życiu.

— Wiem.

— Więc nie będę organizował rodzinnego referendum.

— Czyli nie przeszkadza ci różnica wieku.

— Przeszkadza.

Odpowiedź była tak szybka, że przestała się uśmiechać.

— Aha.

— Znowu.

— Myślałam, że powiesz coś innego.

— Co?

— Że wiek to tylko liczba.

Aleksander skrzywił się.

— To jest zdanie ludzi, którzy nie umieją liczyć.

Marta parsknęła śmiechem, ale on się nie roześmiał.

— Masz dwadzieścia sześć lat — powiedział. — Ja czterdzieści dziewięć. Za kilka lat możesz chcieć rzeczy, o których dzisiaj nawet nie myślisz. Ja raczej nie odkryję nagle, że chcę zaczynać życie od początku.

— Skąd wiesz?

— Bo już raz zaczynałem.

— Po tamtym?

— Między innymi.

Marta oparła łokcie o stół.

— A jeśli ja nie chcę ślubu, dzieci i kredytu na trzydzieści lat?

— To nie chcesz.

— Tyle?

— A co mam zrobić? Przekonać cię, że chcesz?

— Większość ludzi próbuje.

— Większość ludzi ma za dużo czasu.

— Ja nie lubię, jak ktoś mnie ogranicza.

— To też już wiem.

— Skąd?

— Powiedziałaś to bez słów jakieś osiem razy.

Aleksander wypił kawę.

— Dobrze. To bez mądrości. Jest między nami duża różnica wieku. Jeżeli pytasz, czy ją widzę, to widzę.

Marta obracała łyżeczkę.

— A jeżeli pytam, czy ci się podobam?

Nie odpowiedział od razu.

Marta poczuła własny puls w szyi. Była zła na siebie, że zapytała, i jednocześnie nie cofnęłaby pytania.

— Podobasz — powiedział.

Prosto. Bez uśmiechu.

Marta przestała obracać łyżeczkę.

— Dobrze.

— I tyle?

— A czego się spodziewałeś?

— Nie wiem. To ty zaczęłaś.

— Chciałam po prostu wiedzieć.

— No to już wiesz.

Marta uniosła brwi, a Aleksander przyjrzał jej się i uśmiechnął.

— Co?

— Nic. Jak tak robisz, masz dwie mewy nad oczami.

— Jakie mewy?

— Brwi. Lecą w dwie strony.

Marta dotknęła jednej palcem.

— To najgłupszy komplement, jaki dziś dostałam.

— Dzisiaj?

— Nie psuj sobie wyniku.

Odwróciła wzrok do okna, za którym ludzie szli z zakupami: chłopak prowadził rower, a dziewczyna obok jadła coś z papierowej torebki. Normalny piątek. Nic się nie wydarzyło. A jednak coś się zmieniło.

Marta sięgnęła po filiżankę. Była pusta.

— Chcesz jeszcze jedną? — zapytał Aleksander.

— Kawę?

— Nie, wieżę.

— Głupi jesteś.

— Trochę.

— Chcę.

Zeszli na dół razem.

Na trzecim stopniu Aleksander zwolnił.

— Uważaj.

— Teraz pamiętasz?

— Przy tobie zaczynam.

Kobieta za ladą spojrzała na nich.

— Dwie?

— Dwie — powiedziała Marta.

Na dole było ciaśniej, więc Marta zdjęła kurtkę, a Aleksander odwiesił płaszcz.

Przez prawie dwie godziny rozmawiali o sprawach, których potem nie dałoby się streścić jako ważnych.

Marta opowiadała o wyjazdach. O tym, że potrafi przejechać trzysta kilometrów, żeby wejść na szlak, a potem przez pół dnia nie odezwać się do nikogo. O jeziorach, nad którymi najbardziej lubi być poza sezonem. O tym, że słońce ją męczy i że latem wybiera las, cień, północ. Aleksander opowiedział o budowach. O moście, który kiedyś odbierali w listopadzie, kiedy deszcz zamarzał na stalowych elementach. O hotelach, w których przez lata budził się i przez kilka sekund nie wiedział, w jakim jest mieście. O córce, która mieszkała za granicą i dzwoniła wtedy, kiedy u niego była noc.

— Czyli też nie śpisz? — zapytała Marta.

— Śpię. Tylko czasem ktoś mi przeszkadza.

— Ja czasem w ogóle nie mogę.

— Od dawna?

Wzruszyła ramionami.

— Od liceum chyba. Przychodzi seriami. Dwie noce normalnie, potem jedna do czwartej. Czasem tydzień jest dobrze.

— Byłaś z tym u lekarza?

Marta od razu zesztywniała.

— Nie zaczynaj.

Aleksander cofnął się lekko.

— Dobrze.

— Nienawidzę, jak ktoś od razu chce mnie naprawiać.

— Zapytałem.

— Wiem.

— To już nie pytam.

I rzeczywiście nie pytał.

Marta patrzyła na niego chwilę.

— Byłam.

Telefon Marty zawibrował. Dorota.

„NO I????”

Marta położyła ekranem do dołu. Aleksander zauważył.

— Kontrola?

— Koleżanka.

— Ta zła wiadomość?

— Ta sama.

Kiedy wyszli z kawiarni, było już ciemno.

Marta miała niecałą godzinę do pociągu.

— Odprowadzę cię — powiedział Aleksander.

— Nie trzeba.

— Wiem.

To „wiem” zadziałało lepiej niż naleganie.

Ruszyli przez stare miasto. W jednej z bram ktoś palił papierosa. Marta szła obok Aleksandra i co jakiś czas przyspieszała o pół kroku, potem zwalniała. On nie próbował jej dotykać.

Przy przejściu dla pieszych samochód skręcił za szybko i Aleksander złapał ją za łokieć. Tylko tyle. Dłoń puściła ją od razu, kiedy stanęła z powrotem na chodniku.

Marta poczuła dotyk jeszcze kilka sekund później.

— Dzięki.

— Proszę.

Na dworcu zostało im około dziesięciu minut.

Stanęli przy tablicy odjazdów. Pospieszny Toruń — Wrocław wyświetlał się punktualnie.

— No dobra — powiedziała Marta.

— No dobra.

— To było dziwne.

— Co?

— Że się spotkaliśmy.

— Ludzie czasem spotykają się dwa razy.

— Przypadkiem?

Aleksander popatrzył na nią.

— Za pierwszym razem.

Marta poczuła, że policzki znowu robią jej się gorące.

— Czyli wiedziałeś.

— Co?

— Że nie przyszłam tam tylko na kawę.

— Nie wiedziałem.

— Ale?

— Miałem nadzieję.

Kiedy przez głośniki zapowiedziano jej pociąg, Marta poprawiła torbę, a Aleksander wyjął telefon.

— Jeżeli teraz nie wezmę numeru, to chyba będziemy musieli liczyć na trzeci deszcz.

— Albo na spotkanie z klientem.

— To mniej romantyczne.

— Mówiłeś, że nie masz tekstów.

— Ten był słaby.

— Bardzo.

Podała mu numer, a on od razu zadzwonił.

Telefon Marty zawibrował w dłoni, a na ekranie pojawił się nieznany numer.

— Teraz masz — powiedział.

— Co mam?

— Możliwość zablokowania mnie.

— Praktyczne.

— Jestem inżynierem.

Marta zapisała kontakt jako „Aleksander”, bez nazwiska.

— Nazwisko? — zapytała.

Podał. Wpisała.

— Teraz możesz mnie znaleźć w internecie — powiedział.

— Już próbowałam.

Słowa wyszły, zanim zdążyła je zatrzymać.

Marta zakryła twarz dłonią.

— Jezu.

Roześmiał się.

— Co wpisałaś?

— Nie powiem.

— „Aleksander Toruń stary inżynier”?

— Spadaj.

— „Aleksander czterdzieści dziewięć inżynier Toruń”?

Marta zaczęła się śmiać.

— Prawie.

— Marta.

— Muszę iść.

— Oczywiście.

Podeszła dwa kroki, potem odwróciła się.

— Aleksander?

— Tak?

— Napisz.

— Napiszę.

— Ale nie teraz.

— Co?

— Bo będę wiedziała, że stoisz i patrzysz, czy odczytałam.

— Dobrze.

— Za pół godziny.

— To bardzo konkretne.

— Lubię granice.

Aleksander skinął głową.

— Pół godziny.

Marta weszła na peron i czekała na pociąg; kiedy ruszyli, przez pierwsze pięć minut patrzyła przez okno. Potem otworzyła rozmowę z Dorotą.

Napisała:

„Mam numer.”

Dorota odpisała trzema wiadomościami naraz, lecz Marta żadnej nie otworzyła.

Po dwudziestu kilku minutach telefon zawibrował.

Aleksander:

„Miała być pół godziny, ale pociąg może mieć opóźnienie.”

Odpisała:

„Nie ma.”

Patrzyła na ekran.

Potem dopisała:

„A wieża nadal stoi.”

Odpowiedź przyszła.

„Sprawdzę jutro.”

Kiedy Marta schowała telefon, za oknem panowała już zupełna ciemność. W szybie odbijały się jej twarz, jasne włosy i wnętrze wagonu.


Tego wieczoru zasnęła szybko, lecz obudziła się około wpół do trzeciej.

Pierwsze, co zrobiła, to sprawdziła telefon.

Nie było nowej wiadomości.

Poczuła zawód i dopiero wtedy zrozumiała, że leży w środku nocy i czeka na wiadomość od człowieka, którego widziała dwa razy.

Odłożyła telefon. Minutę później wzięła go znowu.

Napisała:

„Śpisz?”

Usunęła.

Napisała jeszcze raz:

„Sprawdziłeś wieżę?”

Usunęła wiadomość, zablokowała ekran i wsunęła telefon pod poduszkę, jednak chwilę po trzeciej wyjęła go ponownie.

Tym razem niczego nie napisała.

Rozdział 4. Paweł

Z Pawłem wszystko zaczęło się jeszcze przed Anglią.

Marta rzadko wracała do tego okresu. Pytana, mówiła, że po maturze pojechała zarobić; było to prawdą, ale bardzo skróconą.

Miała osiemnaście lat i po raz pierwszy w życiu mogła zamknąć za sobą drzwi, za którymi nikt nie pytał, o której wróci, dokąd idzie i dlaczego nie śpi.

Pojechała z Pawłem, z którym była od kilku miesięcy. Plan był prosty: kilka miesięcy pracy, pieniądze, powrót.

Na miejscu plan rozpadł się szybko.

Na piętrze starego domu wynajmowali niewielki pokój z jednym łóżkiem dosuniętym do ściany, szafą niedomykającą się od wilgoci i oknem wychodzącym na rząd identycznych dachów.

Kuchnię i łazienkę dzielili z innymi lokatorami.

Ale pokój był ich.

I właśnie tam Marta zaczęła odkrywać coś, czego wcześniej w sobie nie znała.

Któregoś wieczoru wróciła spod prysznica w zbyt krótkiej koszulce do spania. Miała na niej wyblakły rysunek Myszki Miki. Stanęła przy lustrze i uniosła ręce, susząc włosy. Materiał podjechał wysoko, odsłaniając dolną część pośladków. Piersi miękko rysowały się pod cienką bawełną.

W lustrze zobaczyła Pawła.

Siedział na łóżku i patrzył. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej natychmiast pociągnęłaby koszulkę w dół.

Tym razem nie zrobiła tego.

Dokończyła suszenie włosów, odłożyła suszarkę i dopiero wtedy odwróciła się do niego.

— Patrzysz.

— Lubię patrzeć.

Podeszła bliżej.

— Tylko lubisz?

Paweł uśmiechnął się.

— Zdecydowanie więcej niż tylko lubię.

Nachyliła się nad nim. Poczuł ciepło jej ciała i zapach balsamu, który wtarła po prysznicu. Pierś otarła się o niego przez cienki materiał koszulki.

Kiedyś cofnęłaby się i ofuknęła go dla zasady. Teraz pozwoliła, żeby objął ją w pasie i przyciągnął bliżej.

Marta wspięła się na palce i wychyliła za jego plecy.

— Poczekaj. Czekaj, głupi.

Zaśmiała się, kiedy pocałunkiem połaskotał ją przy boku, i wykręciła się z jego dłoni.

— Nakremowałam się po prysznicu. Zjesz mi cały balsam.

— Czuję go na języku.

— Masz.

Sięgnęła po aparat fotograficzny, który przywieźli z Polski. Pakowali go jeszcze z naiwnym przekonaniem, że po pracy będą zwiedzać cały Londyn. W rzeczywistości najlepiej poznali stacje metra, przystanki autobusowe i drogę do pracy. Poza tym mieli przecież telefony. Aparat prawie cały czas leżał w torbie. Podała go Pawłowi.

— Zobaczymy, czy potrafisz.

— Co mam fotografować?

Marta zrobiła minę, jakby pytanie było wyjątkowo głupie.

— Mnie.

Paweł zdjął zaślepkę i zmienił coś w ustawieniach.

Przy pierwszym zdjęciu Marta zmarszczyła nos i zrobiła śmieszną minę. Przy drugim rozpuściła włosy. Przy trzecim drobne palce złapały brzeg koszulki i zwinęły materiał w piąstce, odsłaniając trochę więcej uda.

Obserwowała Pawła znad aparatu.

Podobało jej się, że patrzył. Przesunęła koszulkę z jednego ramienia i oparła się o blat. Potem odwróciła się tyłem. Cienki materiał przesuwał się po jej skórze przy każdym ruchu i drażnił piersi. Czuła własne podniecenie i jednocześnie coś jeszcze — przyjemność z samego faktu, że może świadomie zdecydować, co mu pokaże.

Paweł zrobił kolejne zdjęcie.

Marta spojrzała przez ramię z dziewczęco niewinną miną, położyła dłoń na pośladku i klepnęła go dwa razy, ledwie zauważalnie, jakby mówiła: no chodź już. Paweł opuścił aparat.

— Jeszcze robię zdjęcia.

— To rób szybciej.

Roześmiała się. Dopiero się siebie uczyła. Wcześniej ciało było czymś, co należało zasłonić, poprawić koszulkę, pilnować spódnicy. Teraz odkrywała, że może sama zdecydować, kiedy chce być oglądana. I że bycie podziwianą sprawia jej przyjemność.

Przypomniała sobie ich pierwszy raz, jeszcze przed wyjazdem do Anglii.

Potajemne spotkanie u Pawła, czekanie, aż nikogo nie będzie w domu. Gorące, śpieszące się dłonie i pierwszy pocałunek tak niezdarny, że zderzyli się zębami i oboje zaczęli się śmiać. Paweł długo męczył się z zabezpieczeniem, coraz bardziej zdenerwowany własną nieporadnością. Pierwszy raz nie był spektakularny.

Gdyby nie ogromna ciekawość Marty i głupie zdanie zasłyszane od koleżanek — „No jak to, jeszcze tego nie robiłaś?” — być może poczekaliby dłużej.

Ale stało się. Później długo leżeli przytuleni, rozedrgani, trochę niepewni i chyba szczęśliwi. Teraz było inaczej. Dla niej i dla niego.

Marta zamknęła oczy, czując pocałunek Pawła na szyi.

Uwielbiała, kiedy się nie spieszył.

Paweł znał angielski słabiej, więc brał magazyny, rozładunki i wszystko, co udało się znaleźć, podczas gdy Marta dzięki językowi trafiła do hurtowni części samochodowych. Pracowali tam Polacy, Litwini, Hindusi, Pakistańczycy i Portugalczycy; każdy mówił trochę inaczej, jadł coś innego, opowiadał o miejscu, którego Marta nie znała.

W hurtowni pracował Arjun.

Najpierw zwróciła uwagę na jego głos. Potem na ciemne oczy i sposób, w jaki patrzył, kiedy z nią rozmawiał. Był od Pawła inny niemal we wszystkim. Inaczej się poruszał i inaczej traktował bliskość. Arjun pochodził z Indii. Kiedy opowiadał o kraju, w którym dorastał, Marta pytała o jedzenie, rodzinę i miasta, których nazw wcześniej nawet nie znała.

Fascynowała ją także jego obcość.

Paweł był domem. Arjun był czymś, czego jeszcze nie znała.


Po kilku miesiącach Paweł miał dość Anglii.

Pracował coraz więcej, zarabiał mniej, niż zakładał, marudził i coraz częściej mówił o powrocie. Marta przeciwnie. Im dłużej tam była, tym bardziej miała wrażenie, że po raz pierwszy nikt nie zna jej od dziecka. Nikt nie zna matki. Nikt nie pamięta szkoły, sąsiadów ani tego, z kim chodziła wcześniej.

Mogła opowiadać siebie od początku.

Któregoś wieczoru Paweł położył otwartą torbę na łóżku.

— Mamy tyle, ile mamy — powiedział. — Tu już nic nie wyciągnę.

Marta siedziała przy oknie.

— Ja mogę jeszcze zarobić.

— Ile?

— Nie wiem. Miesiąc. Dwa.

— Sama?

— Nie jestem dzieckiem.

Paweł westchnął.

— Tego nie powiedziałem.

— Ale tak brzmisz.

— Pytam, czy chcesz zostać sama.

Marta odwróciła wzrok do okna. Na zewnątrz padało. Światło z kuchni odbijało się w szybie i nakładało na jej twarz.

— Chcę jeszcze zostać.

Paweł długo nic nie mówił.

— Ze względu na pracę?

Marta poczuła, jak coś napina się jej w karku.

— A ze względu na co?

— Nie wiem.

— To nie wymyślaj.

Paweł zapiął torbę.

— Dobra.

— Co „dobra”?

— Nic.

Marta prawie się roześmiała. To „nic” będzie później wracać w jej życiu wiele razy.

Wtedy tylko podeszła do niego.

Objęła go. Paweł przytrzymał ją mocno, jakby chciał zapamiętać ciężar jej ciała. Marta wtuliła twarz w jego szyję. Pachniał mydłem. Znajomo i bezpiecznie.

Przez moment naprawdę chciała powiedzieć, że poleci z nim.

Ale nie powiedziała. Wieczorem kochali się powoli, bez gniewu i bez rozmowy o tym, co będzie dalej. Marta zapamiętała ciepło jego dłoni na plecach i to, jak długo później leżeli obok siebie w ciemności.

Rano Paweł wstał pierwszy. Na lotnisko pojechał sam.

Marta została w pokoju.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, przez kilka sekund słuchała kroków na schodach.

Potem ciszy. Później mówiła, że chodziło o pieniądze.

Być może częściowo chodziło.


Arjun nadal pracował w hurtowni.

Zaczęło się od przerw w pracy, przypadkowego dotknięcia dłoni, rozmów po angielsku. Potem została po pracy dłużej, choć nie musiała. Innym razem poszła z ludźmi z hurtowni coś zjeść i napisała Pawłowi tylko tyle, ile było wygodne.

Aż zdarzyło się, że po pracy zostali we dwoje. Do tej pory nie zdecydowała, czy to był przypadek.

Poszli coś zjeść niedaleko przystanku. Marta powiedziała sobie, że to tylko kolacja po pracy. Rozmawiali o Polsce, o jego rodzinie, o tym, że Paweł jest już w kraju. Arjun słuchał uważnie. Marta coraz częściej łapała się na tym, że obserwuje jego usta, dłonie, oczy.

Tego wieczoru wrócili do jego opowieści o Indiach. Kiedy zabrakło mu angielskiego słowa, próbował wyjaśnić je gestem; Marta tym razem nie podpowiedziała od razu, bo chciała go jeszcze posłuchać. Z Pawłem ostatnie tygodnie rozmów kręciły się wokół pracy i biletu powrotnego. Przy Arjunie nawet zwykła kolacja potrafiła trwać dłużej, niż planowała. Po wyjściu chodnik był mokry po deszczu. Do autobusu miała jeszcze trochę czasu.

Nie poszła na przystanek.

Ruszyli wzdłuż ulicy. Przy przejściu Arjun położył dłoń na jej plecach. Samochody stały, światło było zielone. Gest nie był potrzebny.

Jego ręka przesunęła się na talię.

— Arjun.

Zabrał ją.

— Przepraszam.

— Nie powiedziałam, żebyś przestał.

Zatrzymał się. Marta podeszła pół kroku bliżej.

— Pocałuj mnie — powiedziała po angielsku.

Pocałował ją. Najpierw krótko. Marta złapała go za kurtkę i pocałowała ponownie.

Tym razem nie chciała ostrożności.

Podobała jej się różnica. Mocniejsze przyciągnięcie i pewność jego dłoni. Paweł zawsze zostawiał jej czas, jakby każde kolejne zbliżenie było pytaniem. Arjun już w pocałunku wydawał się bardziej zdecydowany.

Na autobus nie poszła.

Do jego mieszkania pojechali taksówką.

Przed drzwiami Marta zatrzymała się.

— Jeśli wejdę, nie mów potem, że mnie namówiłeś.

— Nie będę.

— I nie pytaj mnie co trzy sekundy, czy jestem pewna.

— Zapytam raz.

— Teraz?

— Teraz.

— Jestem.

Weszła. Mieszkanie pachniało przyprawami. Wieczorem prawie nie zwróciła uwagi na bałagan. Arjun patrzył na nią inaczej niż Paweł.

Nie podziwiał jej z bezpiecznej odległości. Podszedł i wziął ją w ramiona z pewnością, która najpierw ją zaskoczyła, a po chwili zaczęła podniecać. Jego dłonie były mocniejsze. Nie zatrzymywały się po każdym ruchu, nie pytały o pozwolenie na następny.

Marta nie protestowała. Ta stanowczość była nowa. Dlatego działała.

Pamiętała później urywki: jego ciemne oczy i słowa szeptane w języku, którego nie rozumiała. Pamiętała też własną ciekawość. Chciała wiedzieć, czym różni się ten mężczyzna od Pawła nie tylko w rozmowie.

Różnił się. I tej nocy podobało jej się to bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Kiedy później leżała obok niego, nie próbowała budować wersji, w której została do czegokolwiek namówiona.

„Pocałuj mnie.”

To powiedziała ona.

Spała. Była niedziela. Obudził ją Arjun.

Marta zamruczała, nie otwierając oczu.

— Paweł, śpię.

Dłonie się nie zatrzymały. Po chwili poczuła, jak Arjun przyciąga ją bliżej. Jedna z dłoni wsunęła się pod koszulkę i podciągnęła materiał. Dopiero wtedy otworzyła oczy.

Arjun.

Za oknem był deszczowy poranek, szyby mokre od pary. Przez moment jeszcze nie do końca wiedziała, gdzie jest.

Arjun był rano inny niż poprzedniego wieczoru. Bardziej stanowczy, bardziej skupiony na własnym rytmie. Nie pytał. Nie zatrzymywał się, żeby sprawdzić, czy może zrobić następny ruch. Paweł zawsze pytał. Czy może.

Czy jej wygodnie. Czy nie boli.

Nawet w najbardziej intymnych chwilach potrafił przerwać i upewnić się, czego chce.

Arjun nie zapytał ani razu.

Nie robił niczego wbrew niej. Marta mogła go zatrzymać — tak sobie to tłumaczyła. Tak naprawdę nie zdążyła powiedzieć ani „nie”, ani „tak”.

Tyle że on zachowywał się tak, jakby dopóki go nie zatrzyma, jej odpowiedź nie była mu potrzebna.

To było dla niej nowe.

I początkowo podniecające. Jego dotyk był mocniejszy, bardziej zachłanny, zostawiał na jej jasnej skórze czerwone ślady. Marta poddawała się tej pewności, zaskoczona tym, że może jej się podobać właśnie coś tak odmiennego od czułości Pawła.

Dopiero później pojawiło się niewygodne porównanie.

Arjun nie zapytał również o rzecz, o którą Paweł pytał zawsze na końcu, czy może zostać. Marta poczuła to wyraźnie dopiero po wszystkim.

Leżała bez ruchu.

Cholera, Paweł zawsze pytał. Ta myśl wróciła po raz drugi i poczuła się inaczej, dziwnie. Wstała. Marzyła już tylko o prysznicu.

W świetle poranka pokój wyglądał inaczej niż wieczorem.

Ubrania leżały pod ścianą i na krześle. Na podłodze stały kubki. Na talerzu zostały resztki zaschniętego jedzenia. W kącie piętrzyło się pranie, a podłoga wyglądała, jakby nikt tu nie ściągał nigdy butów. Wieczorem widziała przede wszystkim Arjuna. Rano zobaczyła również miejsce, w którym żył.

Otworzyła lodówkę. Prawie pusta.

Mleko, jakiś sos, kilka puszek i coś zawiniętego w folię.

Dopiero wtedy przypomniała sobie, że łazienka jest na korytarzu.

Zabrała ubrania i ręcznik. Musiała wyjść z pokoju, minąć cudze drzwi i czekać, aż łazienka będzie wolna.

Pod prysznicem obejrzała czerwone ślady na jasnej skórze. Czuła też fizyczny dyskomfort po poranku.

Wieczorem wszystko wydawało się egzotyczne: obcy język i pewność jego dłoni.

Rano egzotyka miała również brudne kubki, pustą lodówkę, brudną podłogę, wspólną łazienkę i mężczyznę, którego właściwie prawie nie znała.

Nie żałowała. Ale pierwszy zachwyt stracił połysk.

Nie było czym się chwalić.

Zastanawiała się jeszcze pod prysznicem, czy powinna zadzwonić do Pawła. Mógł przecież wrócić po nią do Anglii, gdyby poprosiła. Tyle że to on pierwszy powiedział, że wyjeżdża, a ona od początku mówiła, że chce zostać dłużej. Nie umawiali się, że będzie siedziała wieczorami sama i czekała na jego telefon. To było wygodne tłumaczenie, wiedziała o tym, ale nie miała ochoty szukać mniej wygodnego. Postanowiła, że po powrocie do Polski spróbuje z Pawłem tak jak wcześniej. Co stało się tutaj, zostawi tutaj.


Kilka tygodni później wróciła do Polski. Paweł czekał na nią za barierką wrocławskiego lotniska i gdy tylko go zobaczyła, poczuła czystą ulgę.

Podbiegła do niego, a on objął ją mocno.

— Wreszcie.

Przycisnęła twarz do jego kurtki. Pachniał znajomym mydłem i przez chwilę pomyślała o domu; zaraz jednak przypomniała sobie, co wydarzyło się w Anglii.

W samochodzie trzymał dłoń na jej kolanie. Marta położyła na niej swoją.

Chciała wierzyć, że można wrócić do punktu sprzed wyjazdu.

Przez kilka tygodni nawet jej się udawało.

Któregoś wiosennego weekendu, już po powrocie Marty z Anglii, pojechali z Pawłem nad Bałtyk. Namiot rozbili w spokojnym miejscu poza miastem. Biwak na dziko miał swoje uroki: mogli siedzieć wieczorem przed namiotem, nie słysząc sąsiadów, a rano wyjść prosto na plażę. Miał też minusy. Ubrania wilgotniały przez noc i za każdym razem, kiedy chcieli gdzieś pojechać, składali cały dobytek do samochodu.

Marta szukała skarpetek. Wyciągnęła z torby pół garderoby, zanim Paweł podał jej zwiniętą parę spod własnej bluzy.

— Aha. Czyli ukradłeś.

— Zabezpieczyłem przed zgubieniem.

— Powinieneś pracować w policji.

Włożyła skarpetki, po czym znów zaczęła upychać rzeczy do torby, narzekając, że wszystko jest wilgotne. Paweł patrzył na nią z rozbawieniem. Blond włosy opadały jej na ramiona i kręciły się od morskiej wilgoci. Co chwilę wydmuchiwała kosmyk z twarzy z głośnym „pfff”. Gdy kończyła pakowanie, ten sam kosmyk znowu lądował na nosie.

— Zetnij je — zaproponował.

— Swoje sobie zetnij.

— Przecież mam krótkie.

— No to nie masz problemu.

Na spacer ubrała kolorową sukienkę w kwiatki. Paweł lubił ją taką, zadziorną i zajętą czymś, co przed chwilą sama wymyśliła. Podobało mu się jej wcięcie w talii, pełne biodra, to, jak marszczyła nos, gdy ktoś próbował ją przekonać do zmiany zdania. Na wyjazdach nosiła zwykłe, wygodne rzeczy; delikatnych koronek nie zabierała do namiotu. Znał już jej ulubione majtki w misie i kwiatki. Za każdym razem, kiedy przypadkiem wypadały z torby, żartował, że mógłby przysiąc, iż należą do nastolatki, a Marta odpowiadała, że przynajmniej da się w nich chodzić. Szli promenadą w chłodnym, wiosennym powietrzu. Morze było niespokojne. Poza sezonem większość barów i kawiarni stała zamknięta, a ludzie, których mijali, przyjechali raczej na spacer niż na plażowanie. Marta trzymała Pawła za najmniejszy palec dłoni i od czasu do czasu pociągała go w stronę wody. Przy jednym zejściu na plażę zobaczyli mężczyznę z jamnikiem.

— Siku mi się chce — powiedziała nagle Marta.

— Możemy podjechać na stację benzynową. Tam będzie toaleta.

— Daj spokój ze stacją. To tylko siku. Chodźmy dalej.

Paweł wzruszył ramionami. Znał ten ton: kiedy Marta coś postanowiła, jego pomysły odkładała na później. Roześmiał się, kiedy wysunęła dolną wargę i próbowała odgonić z twarzy kolejny kosmyk.

Przez chwilę przekomarzali się o to, kto przygotuje obiad po powrocie. Mieli jeszcze trochę jedzenia z domu, ale ktoś musiał je podgrzać i pozmywać. Paweł dopił resztę Coca-Coli z małej szklanej buteleczki, z której wcześniej pili na spółkę.

— Założę się z tobą o obiad. Przegrany gotuje — powiedział.

— W ciemno?

— W ciemno. Wchodzisz?

Marta przygryzła dolną wargę. Oczy już jej się śmiały.

— Dobra. Dawaj. Co to za zakład?

Paweł uniósł pustą butelkę. Miała pojemność trzystu trzydziestu mililitrów i wąską szyjkę.

— Zakład, że do tej nie nasikasz.

— Osz ty! — syknęła.

Spojrzała na butelkę, potem na niego. Paweł był przekonany, że za chwilę usłyszy, co sądzi o takich dowcipach. Tymczasem Marta obejrzała się w lewo, w prawo i dostrzegła kępę zarośli osłaniającą kawałek piasku od strony promenady.

— Marta, przecież żartuję.

— Za późno. Zakład przyjęty.

Wzięła butelkę i cofnęła się za krzaki. Paweł poszedł za nią, rozglądając się nerwowo. Najbliżsi spacerowicze byli daleko, ale mężczyzna z jamnikiem powoli zmierzał w ich stronę. Marta podciągnęła sukienkę, zsunęła praktyczne majtki w misie i kwiatki, po czym przykucnęła z butelką w ręku. Nadal patrzyła na Pawła, jakby czekała na jego reakcję.

— Ty naprawdę zamierzasz to zrobić?

— Przecież się założyłeś.

Trzymała szklaną buteleczkę za szyjkę i przestawiała ją uważnie, szukając wygodnej pozycji. Paweł jeszcze przez moment nie wierzył, że się uda. Otwór wydawał się absurdalnie wąski. Marta poprawiła stopy, spojrzała w dół i po chwili zaczęła napełniać butelkę. Paweł patrzył z niedowierzaniem. Wygrała zakład, przy którym on od początku liczył na jej odmowę.

— Jasna cholera — mruknął.

Marta spojrzała na niego z triumfem.

— No i co, niedowiarku? Wygrałam! Podaj chusteczki.

Poszukał ich w kieszeni kurtki. Marta wyprostowała się, poprawiła bieliznę i wygładziła sukienkę. Przez chwilę oglądała efekt swojego wyczynu z miną, jakby właśnie wykonała coś wymagającego ogromnych umiejętności. Wyciągnęła do Pawła rękę z butelką, trzymając ją przez chusteczkę.

— Proszę. Masz pamiątkę swojej klęski.

Właśnie wtedy mężczyzna z jamnikiem znalazł się kilka kroków od nich. Spojrzał na butelkę, na minę Pawła i na Martę, która stała obok rozpromieniona. Jego twarz wyrażała głęboką dezaprobatę. Marta odwróciła się i ruszyła promenadą, z trudem powstrzymując śmiech. Paweł opróżnił butelkę za zaroślami i wrzucił szkło do kosza. Został z nią sam na kilka sekund, patrząc, jak Marta oddala się drobnym, szybkim krokiem. Nie mógł uwierzyć, że to zrobiła. Znał jej bystry umysł i upór, ale podobne wyzwania nadal potrafiły go zaskoczyć.

— No tak, mam za swoje — powiedział pod nosem.

Dogonił ją.

— Miało być gotowanie! — przypomniała.

— Słyszałem.

— Żebyś nie zapomniał.

— Po dzisiejszym raczej nie zapomnę.

Złapała go za mały palec, tak jak wcześniej, i spacerowali dalej. Marta od czasu do czasu spoglądała na niego, czekając na kolejną zaczepkę. Wieczorem Paweł rzeczywiście przygotował obiad, a ona siedziała przy namiocie i przypominała mu, dlaczego powinien pilniej dobierać zakłady.

Nie zawsze rozumiała własne reakcje na czułość Pawła. Kiedy któregoś wieczoru Paweł objął ją od tyłu przy kuchennym blacie, odsunęła jego ręce, zanim zdążył ją pocałować. Na pytanie, co się stało, odpowiedziała, że jest zmęczona, choć później sama usiadła obok niego na kanapie i oparła głowę o jego ramię. Paweł już do tego nie wracał.

O ostatnich tygodniach w Anglii mówiła niewiele. Paweł słyszał od niej głównie o pracy, pieniądzach i bilecie powrotnym. Ten czas kurczył się w jej opowieściach do kilku zdań. Z czasem sama zaczęła odkładać go w miejsce, do którego nie zaglądała. Jakby miesiąc, który przeżyła bez Pawła, można było odłączyć od reszty ich wspólnej historii.

Nie zapomniała jednak czarnych oczu Arjuna. Tego nie potrafiła wymazać.

Rozdział 5. Granica

Kiedy Marta wróciła, Paweł od kilku tygodni pracował już w dużej, prężnie działającej firmie turystycznej, gdzie zajmował się komputerami i systemem rezerwacyjnym. Niedługo później dostała tam pracę w innym dziale, początkowo na kilka godzin dziennie: odbierała telefony, przyjmowała rezerwacje, pisała maile i przygotowywała materiały dla grup.

Po niecałym miesiącu właścicielka firmy wpisała ją do zespołu obsługującego targi turystyczne.

— Pierwsze zadanie poza biurem — powiedziała. — Będziesz przy stoisku. Jak ktoś pyta, czego nie wiesz, nie wymyślaj. Wołaj mnie.

Marta dostała identyfikator, granatową koszulę z logo i plik materiałów, których poprzedniego wieczoru nauczyła się prawie na pamięć.

Pierwszego dnia prawie nie schodziła z nóg, podając katalogi, odpowiadając na te same pytania i co jakiś czas biegnąc po zszywacz, przedłużacz albo dodatkowe ulotki. Wieczorem stopy bolały ją bardziej niż po górskiej trasie.

Drugiego dnia było łatwiej, bo zaczęła rozpoznawać ludzi z sąsiednich stoisk. Wiedziała, kto przychodzi tylko po gadżety, kto naprawdę szuka wyjazdu i kto po raz trzeci wraca do tej samej hostessy.

Po zamknięciu hali część zespołu zeszła do restauracji hotelowej. Marta usiadła na końcu stołu z colą i talerzem frytek.

Obok nich siedzieli przedstawiciele kilku firm, z którymi przez cały dzień wymieniali wizytówki. Dziewczyna z działu sprzedaży, której imienia Marta ciągle nie pamiętała, rozmawiała ze starszym mężczyzną w jasnej marynarce. W ciągu dnia widziała go przy ich stoisku dwa razy, teraz jednak siedział znacznie bliżej koleżanki.

Mówił coś cicho. Dziewczyna odchylała głowę i śmiała się. Kiedy rozmawiali, mężczyzna położył dłoń na jej biodrze. Nie odsunęła się. Dłoń przesunęła się na jej kolano. Mężczyzna szepnął jej coś do ucha i oboje wstali.

Marta patrzyła na nich tylko chwilę, zanim oboje poszli w stronę wind.

Ktoś po drugiej stronie stołu parsknął śmiechem.

— No. Ją to jutro wszystko będzie bolało.

— Daj spokój — odpowiedziała jedna z kobiet, ale też się uśmiechnęła.

Rozmowa natychmiast przeszła na coś innego: liczbę odwiedzających, zepsuty ekspres i stoisko z darmową kawą.

Raz jeszcze spojrzała w stronę wind, ale drzwi były już zamknięte.

Zawibrował telefon; Paweł pytał: „Kiedy kończysz?”

Marta odpisała: „Niedługo.” Schowała telefon i wróciła do rozmowy o targach.


Kilka tygodni później we Wrocławiu odbywały się kolejne krajowe targi turystyczne, w których uczestniczyła również firma Marty i Pawła. Tym razem znała już rozkład stoisk, umiała rozmawiać z klientami bez nieustannego oglądania się na przełożoną i wiedziała, jak uciec od człowieka, który od piętnastu minut pyta o katalog, choć tak naprawdę interesuje go jej numer telefonu.

W czwartkowe popołudnie, tuż przed zamknięciem części kongresowej, zatrzymał się przy niej mężczyzna w ciemnym garniturze. Nie miał identyfikatora wystawcy, tylko przepustkę gościa. Stał chwilę przed planszą z kierunkami wyjazdów i przyglądał się fotografii gór.

— Kto wymyślił, żeby tę trasę nazywać łatwą? — zapytał.

Marta podniosła głowę znad formularzy.

— Ktoś z marketingu. Ja bym napisała „dla ludzi, którzy wiedzą, po co idą”.

— Była pani tam?

— Nie. Ale potrafię czytać opis przewyższeń.

Uśmiechnął się. Nie szeroko, raczej z uznaniem. Miał krótko przystrzyżone, ciemne włosy z siwizną przy skroniach i twarz człowieka, który rzadko musi podnosić głos.

— Jan — przedstawił się. — Współpracuję z państwa firmą przy kilku większych wyjazdach. Wymienił nazwisko i spółkę. Nazwę znała z korespondencji; podpisane przez niego zamówienia przekraczały wartość wielu indywidualnych rezerwacji, które obsługiwała.

— Marta. Przygotowuję część dokumentacji, ale chyba jeszcze nigdy nie rozmawialiśmy.

— Panią słyszałem dziś dwa razy. Za każdym razem poprawiała pani klienta, zamiast przytaknąć.

— Jeśli ma błędne informacje, to mu przytaknę i potem sama będę miała kłopot.

— Rozsądne. A poza pracą też pani wszystko sprawdza?

Nie odpowiedziała od razu. Jan odsunął jej krzesło, kiedy chciała zabrać stojącą pod stołem torbę. Zrobił to bez poufałości, jakby był to najzwyklejszy gest.

— Zależy co — powiedziała.

— Na przykład własne granice.

Marta spojrzała na niego z rozbawieniem.

— Mamy tu sprzedawać wyjazdy, a pan urządza filozofię?

— Nie przeszkadza mi, jeśli panienka uzna, że pytanie jest głupie.

— Zależy, co pan chce usłyszeć.

— Niczego konkretnego. Interesuje mnie moment, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego nigdy czegoś nie spróbował.

Marta oparła się biodrem o blat stoiska. Obok przechodzili ludzie zbierający materiały przed wyjściem, ktoś przewoził wózkiem rulony wykładziny. Jan rozmawiał tak, jakby mieli dla siebie cały wieczór.

— Czasem granica istnieje z dobrego powodu — zauważyła.

— Oczywiście. Czasem ostrzega przed czymś, z czym człowiek sobie nie poradzi. Ale są też granice, które ktoś kiedyś za niego narysował i od tamtej pory nikt nie zapytał, czy jeszcze mają sens.

— Czyli trzeba je przekraczać?

— Najpierw wiedzieć, gdzie są. Resztę człowiek powinien ustalać sam. Zawsze może powiedzieć: wystarczy.

To ostatnie spodobało jej się bardziej niż wcześniejsze słowa. Jan nie próbował udowadniać, że jest od niej mądrzejszy. Właściwie cały czas oddawał jej możliwość odpowiedzi, a jednak wyraźnie prowadził rozmowę.

Przy sąsiednim stoisku dwóch mężczyzn śmiało się głośno. Jeden z nich, w jasnej marynarce, bezceremonialnie ocenił wygląd przechodzącej hostessy. Marta przypomniała sobie faceta z poprzednich targów, tego, który prowadził koleżankę do hotelowej windy. O pieniądzach mówił jak o czymś, co powinno zwalniać go z dobrego wychowania. Jan nie wspomniał o swoim majątku ani razu.

— Muszę oddać identyfikator i zamknąć stoisko — powiedziała.

— Odwiozę panią, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu. Mój samochód stoi niedaleko.

Zawahała się. Wiedziała, że Paweł czeka w domu, ale był dopiero wczesny wieczór. Jan nie proponował kolacji ani drinka. Przynajmniej na razie.

— Dobrze. Tylko muszę uprzedzić, że nie jadę na żadne przyjęcie.

— Nie zapraszałem na przyjęcie.

Przy wyjściu czekał wysoki, szeroki w ramionach mężczyzna w czarnym płaszczu. Jan skinął mu głową.

— Fred, pani Marta.

Fred odpowiedział krótkim „dobry wieczór”. Otworzył tylne drzwi dużego, czarnego Mercedesa. Marta usiadła, a Jan zajął miejsce obok niej. Przez pierwsze minuty rozmawiali o targach i wyjazdach, które Jan finansował dla swoich kontrahentów.

Kiedy skręcili z głównej ulicy w szeroką aleję, spojrzała na niego.

— To chyba nie jest droga do mnie.

— Ma pani rację. Po drodze jest mój dom. Chciałbym pokazać pani jedną rzecz z podróży, o której rozmawialiśmy. Jeśli pani nie chce, Fred zawróci.

Marta popatrzyła za szybę. Mogła kazać mu zawrócić. Nie zrobiła tego.

— Co za rzecz?

— Sama pani oceni, kiedy zobaczy.

Za wysokim ogrodzeniem stał dom z jasnego kamienia. Fred zatrzymał samochód przed bramą, która zaczęła się odsuwać. Dalej było szerokie podwórze i podjazd prowadzący do schodów. Marta wysiadła powoli, poprawiając pasek torebki. Przy tak dużej bryle domu czuła się jeszcze drobniejsza niż zwykle.

— Mieszka pan tutaj sam?

— Od pewnego czasu. Tak jest wygodniej.

Nie wyjaśnił, co się zmieniło ani z kim mieszkał wcześniej. Otworzył drzwi i poczekał, aż wejdzie pierwsza.

W holu stała drewniana maska z Afryki, większa niż jej głowa. Obok wisiała stara tarcza, popękana przy krawędzi. Marta podeszła bliżej.

— Skąd to pan ma?

— Z Zimbabwe. Tarcza jest starsza ode mnie, chociaż sprzedawca twierdził, że należała do jego dziadka. Może mówił prawdę.

— A maska?

— Kupiona od rzeźbiarza, nie z żadnej świątyni. Wolałem poznać człowieka, który ją zrobił, niż słuchać wymyślonych legend.

Poszli dalej. Korytarz był ciemniejszy od holu i oświetlony wąskimi lampami skierowanymi na eksponaty. Pod ścianą stał afrykański bęben z mocno zużytą membraną, naprzeciwko wisiały oprawione fragmenty arabskich mozaik. Dalej zobaczyła fotografie pustynnych dróg, starą mapę i rząd książek w językach, których nie znała.

Nie próbowała już ukrywać zainteresowania. Przy każdym przedmiocie zatrzymywała się z nowym pytaniem, a Jan odpowiadał rzeczowo. Czasem poprawiał jej wyobrażenia, czasem przyznawał, że nie wie, co naprawdę oznacza symbol na jakimś naczyniu. Marta lubiła tę swobodę. Znał miejsca, które dla niej pozostawały nazwami na mapie.

Na końcu korytarza weszli do gabinetu. Był urządzony znacznie skromniej niż reszta domu, choć półki zajmowały niemal całe ściany. Ciemne drewno, ciężkie zasłony, szerokie biurko i dwa fotele. W szklanej witrynie leżały medale oraz fotografie koni na torze wyścigowym.

— Pan też jeździ?

— Kiedyś częściej. Teraz bardziej przyglądam się, jak robią to inni.

Na jednej z półek spostrzegła krótki palcat. Wzięła go do ręki, zanim zdążyła się zastanowić, czy wypada.

— I to też od koni?

— Tak.

— Nie wygląda groźnie.

— Bo rzecz sama w sobie nie musi być groźna. Liczy się, co człowiek zamierza z nią zrobić. Odłożyła przedmiot.

Jan otworzył szufladę biurka i wyjął cienkie skórzane rękawiczki. Wsunął jedną, potem drugą, starannie naciągając materiał na palce.

Marta spojrzała na jego dłonie.

— Będzie pan coś naprawiał?

— Nie. Chciałem pani coś pokazać.

Podszedł bliżej.

— Mogę?

Skinęła głową.

Poczuła delikatny zapach skóry, kiedy jego dłoń znalazła się przy jej twarzy. Jan dotknął ramienia, początkowo samymi opuszkami palców. Potem przesunął po nim całą dłonią. Gładka rękawiczka była chłodna, a nacisk zaskakująco wyraźny.

Marta zadrżała.

Jan przesunął dłoń z ramienia Marty w dół, do talii, gdzie zatrzymał ją na chwilę. Potem wrócił w górę i stanowczo ujął ją za kark, na moment zatrzymując palce pod włosami i uciskając napięte mięśnie. Odruchowo opuściła barki.

— Dziwne — szepnęła.

— Co takiego?

— Przez tę rękawiczkę czuję wszystko inaczej.

Jego dłoń przesunęła się wyżej. Palce wsunęły się we włosy i powoli zebrały je razem. Jan ujął je w kucyk, a następnie lekko pociągnął, unosząc jej głowę.

Marta szeroko otworzyła oczy.

Zaskoczył ją ten ruch. Był stanowczy, zupełnie inny od wcześniejszego dotyku. Przez moment zesztywniała, lecz niemal natychmiast poczuła dreszcz przebiegający wzdłuż pleców. Nie spodziewała się takiej reakcji. Jeszcze bardziej zdumiało ją, że sprawia jej to przyjemność. Jan przytrzymał jej włosy przez chwilę, po czym powoli rozluźnił palce.

Opadły na ramiona.

Marta pozostała nieruchomo. Czuła jeszcze na karku nacisk jego dłoni. Serce biło jej szybciej, a ona próbowała zrozumieć, dlaczego coś tak prostego wywołało w niej tyle emocji.

Chciała, żeby zrobił to ponownie.

Jan cofnął się, zdjął rękawiczki i położył je na biurku obok palcata.

Zerknęła na jego dłonie. Zaskoczyło ją własne rozczarowanie, kiedy zrozumiała, że na tym skończył.

— Na dzisiaj wystarczy, pani Marto — powiedział spokojnie. — Rozmawialiśmy o granicach. Właśnie odkryła pani coś, czego wcześniej nie znała. Jeśli zechce pani kiedyś zobaczyć, co znajduje się po drugiej stronie tej granicy, proszę zadzwonić.

Podał jej wizytówkę. Na odwrocie, oprócz numeru telefonu, widniał adres domu.

Marta wzięła kartonik, nadal czując lekkie mrowienie na karku.

— Fred odwiezie panią do domu. Dobranoc.

Odprowadził ją do drzwi.

Fred czekał przy samochodzie. Otworzył tylne drzwi Mercedesa i poczekał, aż Marta usiądzie. Przez drogę niemal się nie odzywała. Trzymała wizytówkę między palcami, od czasu do czasu spoglądając na zapisany numer.

Pawłowi powiedziała, że zatrzymał ją ważny klient i musieli omówić wyjazd. W tej wersji zabrakło tylko końcówki wieczoru.

Rozdział 6. Alibi

Przez piątek kilkakrotnie otwierała kontakty, żeby sprawdzić numer z wizytówki. Wieczorem przełożyła kartonik z torebki do szuflady, po czym przed snem wyjęła go znowu. W sobotę przez większą część dnia była z Pawłem. Pojechali po zakupy, zjedli późny obiad, a wieczorem usiedli przed telewizorem. Paweł uruchomił na laptopie grę, w którą zwykle grał, kiedy Marta wybierała coś, co go nie interesowało.

Patrzyła na ekran, ale wracała myślami do domu Jana. Do przedmiotów, które rozpoznawał bez czytania tabliczek, i do tego, że ani razu nie próbował jej zatrzymać. Najwyraźniej słyszała jego ostatnie słowa: „Na dzisiaj wystarczy, pani Marto”. Nie była pewna, czy jej samej wystarczyło. Tamten mężczyzna w jasnej marynarce, którego widziała na pierwszych targach, eksponował pieniądze w sposób niemal żenujący. Jan miał znacznie więcej, a jednak nie musiał nikomu niczego udowadniać. Podobał jej się jako mężczyzna, ale jeszcze bardziej ciekawiło ją, czego nie powiedział. Chciała go zobaczyć ponownie.

Marta zerknęła na Pawła, który grał obok na laptopie. Chciała zadać Janowi jedno pytanie, niczego więcej na razie nie obiecywała. Samo pytanie nie oznaczało przecież, że zdecyduje się na kolejną wizytę.

Wyjęła telefon i wpisała numer.

„Czy to przekraczanie granic jest bezpieczne?”

Wysłała wiadomość, zanim zdążyła skasować ostatnie słowo. Po kilku minutach przyszła odpowiedź.

„To zależy również od ciebie. W każdej chwili możesz powiedzieć, że kończymy. Fred odwiezie cię do domu, niezależnie od tego, kiedy zechcesz wyjechać. Niczego nie musisz robić.” Marta przeczytała dwa razy. Paweł śledził coś na ekranie laptopa, od czasu do czasu naciskając klawisze. Nawet nie zapytał, z kim pisze.

Otworzyła rozmowę z Elą, swoją starszą siostrą.

„Potrzebuję alibi. Napisz mi, że jesteś chora i że muszę do ciebie przyjechać.”

„Co ty kombinujesz, Marta?”

„Później ci wyjaśnię. Proszę.”

Przez chwilę widziała tylko informację, że siostra pisze. W końcu dostała: „Ech. Dobra. Ale jutro ze mną pogadasz.” Chwilę później przyszła druga wiadomość, już ułożona tak, by mogła ją pokazać Pawłowi.

Marta odłożyła telefon i zaczekała, aż minie kilka minut.

— Słuchaj, muszę jechać do siostry. Źle się czuje, prosi, żebym przyjechała.

Paweł zatrzymał grę.

— Teraz? Co jej jest?

— Gorączka. Sama nie wie. Jest sama w mieszkaniu.

— To odwiozę cię.

— Daj spokój. Nie musisz jechać przez całe miasto. Zresztą pewnie zostanę do rana. Wezmę taksówkę.

Paweł zamknął laptop.

— Mogę chociaż pojechać z tobą. Jeśli jest chora, może trzeba coś kupić w aptece.

— Zadzwonię, jak będę wiedziała. Na razie chce, żebym po prostu była.

Marta wstała, zanim zaczął dopytywać. Z sypialni przyniosła płaszcz i przez aplikację w telefonie zamówiła taksówkę. Na ekranie pojawiła się informacja, że samochód podjedzie za siedem minut. Schowała telefon do torebki.

Paweł podszedł do przedpokoju.

— Napisz, jak dojedziesz.

— Napiszę.

Pocałowała go w policzek. Zaraz potem odwróciła się do drzwi, bo przez moment zabrakło jej odwagi, żeby spojrzeć mu w oczy.

Na chodniku było chłodno. Taksówka jeszcze nie przyjechała. Marta wysłała Janowi krótką wiadomość:

„Chcę sprawdzić granicę.”

„Fred ma przyjechać?”

„Już zamówiłam taksówkę.”

„W porządku. Czekamy.”

Schowała telefon. Kiedy kierowca podjechał, podała adres z wizytówki. Dopiero w trakcie jazdy zorientowała się, że ani razu nie sprawdziła, ile będzie kosztował kurs. Nie miało to znaczenia, a jednak nagle zaczęła liczyć pieniądze w portfelu.

Taksówka zatrzymała się przy bramie. Marta sięgnęła po portfel, ale zanim zdążyła zapytać o cenę, od strony furtki pojawił się Fred. Gestem polecił kierowcy zaczekać. Podszedł do jego okna, podał banknot stuzłotowy. Kierowca skinął głową. Fred dopiero wtedy otworzył drzwi od strony Marty.

— Dobry wieczór, pani Marto.

— Mogłam zapłacić sama.

— Wiem.

Podał jej rękę przy wysiadaniu. Był ubrany niemal tak samo jak poprzednio, w ciemny płaszcz, który na jego szerokich barkach wyglądał na odrobinę za ciasny. Poprowadził ją wzdłuż budynku zamiast do frontowego wejścia.

— Jan jest w domu? — zapytała.

— Tak.

Nic więcej nie powiedział. Za narożnikiem budynku otworzył boczne drzwi prowadzące do oranżerii. Za szybami rosły duże egzotyczne rośliny, których nazw Marta nie znała. W kilku donicach kwitły storczyki. Powietrze było cieplejsze niż na zewnątrz, wilgotne od podlewania. W głębi, za szklanymi drzwiami, zobaczyła stół bilardowy i niski barek.

Fred włączył ogrzewanie w części klubowej. Zanim zdążyła zdjąć płaszcz, podszedł i zaproponował, że go odwiesi. Marta oddała mu okrycie. Wskazał dłonią biały papierowy pakunek postawiony na stole bilardowym.

— To dla pani. Może się pani przebrać tutaj. Drzwi będą zamknięte, nikt nie wejdzie bez pukania.

— A jeśli nie chcę się przebierać?

— Wtedy powiem panu Janowi, że pani czeka. To wszystko.

Marta nadal nie potrafiła rozstrzygnąć, kim właściwie był Fred. Kierowcą? Lokajem?

Ochroniarzem? A może po prostu człowiekiem, któremu Jan ufał na tyle, by powierzać mu wszystkie sprawy związane z prowadzeniem domu?

Fred podszedł do niewielkiego stolika pod ścianą i zapalił kilka świec. Następnie włączył muzykę. Ciche dźwięki fortepianu rozeszły się po pomieszczeniu. Po chwili dało się wyczuć delikatny zapach wosku.

Już miał wychodzić, kiedy zatrzymał się przy drzwiach, jakby przypomniał sobie o czymś jeszcze. Z wieszaka zdjął ciemne, starannie złożone zawiniątko i położył je obok torby na stole bilardowym.

— To również dla pani.

Nie wyjaśnił niczego więcej.

Fred zostawił ją samą. Słyszała jeszcze przez chwilę jego kroki za drzwiami, które zamknęły się bez trzasku.

Torebka miała znak galerii Złoty Anioł, najdroższego miejsca w mieście, do którego raz weszła tylko po to, by obejrzeć wystawę. W środku znalazła pudełko z czarnymi szpilkami o czerwonych podeszwach, starannie złożone pończochy, koronkowy pas i komplet bielizny. Na samym dnie leżała niewielka czarna maska.

Najpierw wyjęła czarne szpilki. Czerwone podeszwy i napis pod spodem mówiły same za siebie; takie buty mogły kosztować prawie dwie jej wypłaty. Zdziwiło ją, że Jan znał jej rozmiar. Pod butami leżały pończochy i pas do pończoch. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie nosiła, więc przez chwilę obracała delikatne paski i zapięcia w palcach, zastanawiając się, jak właściwie powinna je założyć.

Podeszła do lustra, zdjęła bluzkę i obejrzała się za siebie, żeby upewnić się, że naprawdę jest sama. Trochę się tego wstydziła, chociaż przecież nikt na nią nie patrzył. Odpięła własny biustonosz i przymierzyła ten z torby.

— Jasna cholera — mruknęła. Koronka wyglądała na piekielnie drogą, ale krój był odważniejszy, niż się spodziewała: podtrzymywał piersi od dołu, pozostawiając je niemal odsłonięte. Jej brzeg kończył się tuż pod sutkami i drażnił skórę, ilekroć Marta się poruszyła. Obejrzała również resztę kompletu. Bielizna była równie śmiała. Przez chwilę stała przed lustrem, trzymając pozostałe części stroju w rękach. Jeszcze raz spojrzała ku drzwiom. Dopiero potem włożyła pończochy, zapięła pas, przebrała się do końca i poprawiła zapięcia. Z dna torby wyjęła niewielką czarną maskę. Przymierzyła ją, patrząc na swoje odbicie. Wyglądała inaczej, niż kiedykolwiek widział ją Paweł. Odwróciła głowę w jedną stronę, potem w drugą, sprawdzając, czy maska dobrze leży.

Maska zaintrygowała ją chyba najbardziej z całego zestawu. Równie czarna jak pozostałe rzeczy i pewnie równie droga jak diabli. Przez chwilę patrzyła na swoje odbicie w lustrze: linię ciała, zarys bioder, łydki podkreślone przez buty na wysokich obcasach, bieliznę, która więcej mówiła, niż zakrywała, i maskę. Teraz zrozumiała znaczenie tego rekwizytu. Czuła się za nim jak za zasłoną i mogła zrobić krok dalej. Iluzja anonimowości i tajemnicy pozwalała schować Martę, którą była na co dzień, i wydobyć tę drugą, dotąd ukrytą w sobie. Jeden rekwizyt dawał jej pewność siebie samą swoją obecnością.

— Dziwne — pomyślała.

Dopiero teraz przypomniała sobie o zawiniątku pozostawionym przez Freda.

Rozłożyła je ostrożnie. Była to czarna narzutka z aksamitu i koronki, lekka, dopasowana, z wąskim paskiem do przewiązania w talii. W przeciwieństwie do pozostałych części stroju nie była przejrzysta.

Marta zarzuciła ją na ramiona i zawiązała pasek. Poczuła wyraźną ulgę.

Stanęła ponownie przed lustrem. Obejmowało ją całą, od czubka głowy po obcasy.

Co ja właściwie robię?

Przyjechała do domu mężczyzny, którego widziała zaledwie raz. Pozwoliła, żeby jego pracownik zaprowadził ją do osobnego pomieszczenia, a teraz stała ubrana w rzeczy wybrane przez kogoś innego. Nawet buty pasowały idealnie, choć przecież nigdy nie podawała Janowi swojego rozmiaru.

Podeszła do stołu bilardowego i jeszcze raz zajrzała do torby. Wśród papierowych opakowań znalazła niewielki flakon perfum.

Odkręciła go i wypróbowała odrobinę na nadgarstku. Zapach spodobał jej się na tyle, że użyła ich również przed lustrem.

Przez chwilę przyglądała się własnemu odbiciu. Czarne szpilki, maska, narzutka. Wszystko do siebie pasowało. Nawet zaskakująco dobrze.

Ale czy pasowało do niej?

— Nie, to jest głupie — powiedziała nagle.

Odwróciła się od lustra i sięgnęła po własne ubrania.

Przecież nie musiała tego robić. Fred powiedział wyraźnie, że jeśli nie zechce się przebrać, Jan po prostu przyjdzie porozmawiać. Mogła też poprosić o odwiezienie do domu.

Położyła dłoń na swojej bluzce. Właśnie zamierzała rozwiązać pasek narzutki, kiedy rozległo się pukanie.

— Proszę!

Odpowiedziała odruchowo, zbyt szybko.

Dopiero po chwili dotarło do niej, że przecież chciała się przebrać. Spojrzała na ubrania leżące na stole, ale drzwi już się otwierały.

W odbiciu lustra zobaczyła Jana.

Stał przy wejściu z oranżerii. Skłonił głowę i podszedł. Miał na dłoniach skórzane rękawiczki, takie jak podczas pierwszej wizyty.

— Dobrze, że przyjechałaś — powiedział.

Marta zauważyła, że przeszedł na „ty”. Za pierwszym razem być może zwróciłaby mu uwagę, teraz zostawiła to bez komentarza.

— Nie jestem pewna, czy dobrze zrobiłam.

Jan spojrzał na leżącą obok lustra bluzkę.

— Chciałaś się przebrać?

— Właśnie zamierzałam.

— Rozumiem.

Przez chwilę milczał. Marta spodziewała się, że zapyta, czy chce wyjść, ale on jedynie poczekał, aż sama coś powie.

— To wszystko jest trochę… — urwała, szukając słowa. — Dziwne.

— Wstydzisz się?

— Trochę.

Poprawiła narzutkę, przytrzymując jej poły na wysokości piersi.

— To dobrze — powiedział Jan. — Wstyd bywa pierwszą granicą.

— Nie bardzo rozumiem.

— Od dzieciństwa słyszymy, że pewnych rzeczy nie wypada robić. Czasem sami uznajemy, że są niewłaściwe. A mimo to o nich myślimy. Jesteśmy ciekawi. Wyobrażamy sobie sytuacje, w których nigdy się nie znaleźliśmy.

Marta spojrzała na niego uważniej.

— I co w tym dobrego?

— To, że zaczynasz zadawać sobie pytania. Nie musisz od razu znać odpowiedzi.

Jan podszedł bliżej, ale jej nie dotknął.

— Druga granica to ciekawość. Chęć poznania czegoś, czego nigdy nie doświadczyłaś. Czasem podnieca nas właśnie to, że jest nowe. Inne niż wszystko, co znamy.

— Ale można się przecież rozczarować.

— Oczywiście. Możesz również odkryć, że coś ci się podoba.

Marta popatrzyła na własne odbicie, a potem znów na Jana.

— A jeśli mi się spodoba? — zapytała.

— Wtedy sama zdecydujesz, co z tym zrobić.

— Łatwo powiedzieć.

— Marta, możesz całe życie zastanawiać się, jak smakuje coś, czego nigdy nie próbowałaś. Możesz słuchać opowieści o ostrej papryce albo o lodach malinowych. Wyobrażać sobie ich smak. Ale dopóki nie spróbujesz, będziesz znała tylko cudze opisy.

Uśmiechnęła się lekko.

— Porównujesz to wszystko do lodów?

— A dlaczego nie? Wyobraź sobie, że stoisz przed wystawą cukierni. Patrzysz na słodycze przez szybę. Możesz odejść, możesz wejść i czegoś spróbować. Jedno i drugie jest twoją decyzją.

— A potem?

— Potem będziesz wiedziała, czy warto było wejść.

Przyjrzał się jej twarzy.

— Nie wszystko, co przyjemne, trzeba powtarzać codziennie. Niektóre doświadczenia zapamiętuje się właśnie dlatego, że zdarzyły się tylko raz.

Marta znów spojrzała w lustro.

Zatrzymała się myślą przy tej wystawie cukierni. Przy rzeczach, które można oglądać, wyobrażać sobie ich smak i nigdy się nie dowiedzieć, czy rzeczywiście smakują tak dobrze, jak wyglądają. Pomyślała o pierwszej wizycie w gabinecie Jana. Wtedy też nie wiedziała, czego się spodziewać. Dopiero później, już w aucie, przyznała przed sobą, że chciałaby do tego wrócić.

A przecież mogła wtedy odmówić.

Teraz również mogła.

Przyjechała jednak z własnej woli. Sama zamówiła taksówkę i podała adres, choć jeszcze kilka godzin wcześniej siedziała obok Pawła na kanapie.

Jan poruszył dłonią.

Dopiero kiedy poczuła, że pasek narzutki rozluźnia się w talii, zauważyła, że zahaczył o niego palcem i pociągnął za koniec. Gdy materiał rozchylił się na piersiach, Jan zsunął go również z jej ramion. Aksamit opadł na posadzkę.

Marta drgnęła. Przez chwilę patrzyła na leżącą u jej stóp narzutkę. Mogła po nią sięgnąć, ale nie zrobiła tego.

Jan czekał.

Przełknęła ślinę.

Jeszcze przed chwilą chciała włożyć własne ubrania. Teraz stała przed nim i nie potrafiła zdecydować, czy bardziej się wstydzi, czy chce zobaczyć, co wydarzy się dalej.

Przecież mogę to przerwać.

Ta myśl wcale jej nie uspokoiła.

Ale tylko sprawdzę. Tylko zobaczę, gdzie jest ta granica.

Jan wyciągnął do niej rękę.

Ujęła podaną dłoń. Zaprowadził ją na środek pokoju, gdzie światło było przytłumione. W drugiej ręce trzymał ten sam krótki palcat, który widziała w gabinecie.

Zatrzymała wzrok na przedmiocie.

Marta przełknęła ślinę. Palcat przypominał jej tamtą rozmowę w gabinecie. Wiedziała, że przyszła tutaj, aby sprawdzić, jak daleko sięga jej ciekawość.

— Nie bój się. To nie służy do zadawania bólu. Przynajmniej nie dostaniesz nic ponad to, czego sama zapragniesz — powiedział Jan.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 44.79