Prologue
Mówi się, że drzewa nie mają oczu, ale James Lasomba wiedział, że to kłamstwo.
Siedząc za kierownicą starego Forda, kurczowo zaciskał spocone dłonie na kierownicy. Deska rozdzielcza rzucała blade, zielonkawe światło na jego twarz, a z głośników ledwo słyszalnie sączył się szum nienastrojonego radia. Na siedzeniu pasażera leżała pomięta koperta bez znaczka pocztowego, dostarczona do jego redakcji tydzień temu. W środku znajdowała się tylko jedna strona wyrwana z jakiegoś starodawnego leksykonu, z zakreślonym odręcznie, koślawym zdaniem:
„To, co żyje pod korzeniami Crownwood, nie karmi się krwią, lecz naszą pamięcią”. I współrzędne, które doprowadziły go tutaj. Na samo obrzeże mapy.
Był rok 1994, a James Lasom ba właśnie wjeżdżał w swój osobisty paszczę bez dna.
Reflektory auta bezskutecznie próbowały przebić się przez gęstniejący mrok. Las po obu stronach drogi nie przypominał zwyczajnego lasu. Konary sękatych dębów i czarnych świerków splatały się wysoko nad traktem, tworząc żywy, drewniany sufit, który całkowicie odcinał go od rzadkiego blasku księżyca. James czuł, jak żołądek kurczy mu się w twardy węzeł. Mdłości, przyspieszony oddech, zimny pot na karku to była stara znajoma. Trauma z dzieciństwa, o której tak bardzo chciał zapomnieć, budziła się do życia z każdym kilometrem. Czerń między dnami drzew wydawała się gęsta niczym smoła. Jamesowi zdawało się, że ta ciemność faluje, że napina się i rozluźnia w rytm powolnego,
KRYSZTAŁOWY CAŁUN
głębokiego oddechu.
„Nie patrz tam. Patrz na drogę. Tylko na drogę” powtarzał w myślach, ale podświadomie zerkał w lusterko wsteczne. Droga za nim znikała w mroku tak absolutnym, jakby las po prostu pożerał przestrzeń, którą już przejechał.
Nagle ściana lasu ustąpiła, a Ford wtoczył się na niewielką polanę. James gwałtownie zahamował. Przed nim, wciśnięta w głęboką nieckę terenu, majaczyła osada.
Crownwood.
Wioska wyglądała, jakby czas zatrzymał się tu dekady temu. W świetle reflektorów zamajaczyły przysadziste, kryte gontem chaty z ciemnego, surowego drewna, które zdawało się niemal czarne od wilgoci. Nie było tu betonowych dróg ani jaskrawych neonów, które James znał z Bostonu. Żadnych latarni ulicznych. Gdzieniegdzie zza brudnych szyb małych okien sączyło się ledwo dostrzegalne, żółte światło nie elektryczne, lecz pełgające, niemrawe płomienie lamp naftowych lub świec. Nad dachami unosiłsięciężki, gęstydymodziwnym, słodkawozgniłymzapachu, który momentalnie wdarł się przez nieszczelne uszczelki samochodu do płuc Jamesa.
Wioska spała. Albo tylko udawała.
James zgasił silnik, a auto zaszumiało i ucichło. Cisza, która nastała, była wręcz bolesna. Nie było słychać ptaków, świerszczy, nawet wiatr uwięziony w koronach drzew brzmiał inaczej jak stłumiony, zbiorowy szept tysiąca gardeł.
Dziennikarz sięgnął drżącą ręką po leżący na siedzeniu magnetofon marki Sony. Kliknął ciężki przycisk REKORD. Plastikowe kółka kaset zaczęły się leniwie obracać.
Jest… dwudziestatrzeciaczterdzieścipięć. Siedemnastymajawychrypiał do mikrofonu, a jego własny głos wydał mu się obcy i nienaturalnie głośny. Dotarłem do Crownwood. Prąd tu chyba nie dociera, a las… las jest bliżej domów, niż myślałem. Jeśli mój informator miał rację, to
PROLOGUE
miejsce nie jest po prostu odcięte od świata. Ono jest przez coś więzione. W tym samym momencie James zamarł.
W blasku reflektorów, kilkanaście metrów przed maską samochodu, dostrzegł kształt. Przy jednej z drewnianych chat stał człowiek. Wysoka, nienaturalnie szczupła sylwetka w ciemnym płaszczu była odwrócona do niego plecami. Postać stała nieruchomo, wpatrując się w czarną ścianę puszczy.
James chciał zatrąbić, otworzyć okno, zawołać cokolwiek. Jednak zanim zdążył nabrać powietrza w płuca, postać powoli, z mechaniczną sztywnością, zaczęła obracać głowę w stronę samochodu. Nie całe ciało. Tylko szyję.
Zanim reflektory Forda zgasły z cichym, elektrycznym bzyknięciem, James zdołał zauważyć jedną rzecz. Tam, gdzie człowiek powinien mieć twarz, była jedynie gładka, blada tkanka, pozbawiona oczu i ust.
Wokół samochodu zapadła absolutna, nieprzenikniona ciemność lasu. A magnetofon w dłoni Jamesa zaczął wydawać z siebie wysoki, piskliwy dźwięk, który brzmiał jak ludzki szloch.
ROZDZIAŁ 1: List z szuflady
Redakcja The Boston Beacon niepachniaławielkimświatemaniprestiżem. Pachniała tanią, spaloną w ekspresie kawą, tytoniowym dymem, który wgryzł się w żółknące tapety, i kurzem z setek starych wycinków prasowych. Był wtorkowy poranek, maj 1994 roku. Za oknem bostoński deszcz bębnił o szyby, a wewnątrz biura panował chaos: ryk maszyn do pisania, trzaski podnoszonych słuchawek telefonów stacjonarnych i nerwowe pokrzykiwania redaktora naczelnego.
James Lasomba siedział przy swoim zawalonym papierami biurku, tępo wpatrując się w migający kursor na ekranie komputera. Jego kariera nie tyle zwalniała, ile właśnie pikowała w dół. Ostatnie dwa artykuły okazały się klapą, a naczelny dał mu jasno do zrozumienia: albo przyniesie temat, który podniesie nakład, albo dołączy do grona bezrobotnych.
James westchnął, potarł zmęczone oczy i wstał, żeby pójść do palarni na krótką przerwę. Potrzebował pięciu minut oddechu.
Kiedy piętnaście minut później wrócił do swojego boksu, od razu poczuł, że coś jest nie tak. Instynkt dziennikarski, ten sam, który kiedyś przynosił mu nagrody, rzadko się mylił. James spojrzał na swoje biurko. Wszystkoleżałonaswoimmiejscukubekzniedopitąkawą, sterta notatek, zatyczka od długopisu. A jednak wzrok Jamesa przykuł dolny rządek szuflad.
Najniższa szuflada, ta, w której trzymał prywatne rzeczy i do której
ROZDZIAŁ 1: LIST Z SZUFLADY
klucz nosił zawsze przy sobie na kółku od spodni, była domknięta. Ale nie była przekręcona.
James zmarszczył brwi. Przecież zamykał ją na klucz przed wyjściem na papierosa. Zawsze to robił nawyk paranoika.
Ukląkł na wykładzinie, chwycił za mosiężną rączkę i pociągnął. Szuflada otworzyła się z cichym skrzypieniem. W środku, na samym wierzchu starych notesów, leżała śnieżnobiała, gruba koperta. Bez adresu, bez znaczka, bez nazwiska adresata.
James rozejrzał się gwałtownie po redakcji. Nikt na niego nie patrzył. Wszyscy byli zajęci swoją pracą. Ktoś wszedł do jego boksu, otworzył zamknięty zamek i zostawił to tutaj w ciągu kilkunastu minut.
Drżącymi palcami rozerwał kopertę. W środku znalazł dwie rzeczy.
Pierwszą była pojedyncza, pożółkła strona wyrwana z jakiejś starej, medycznej lub krajoznawczej księgi, na której ktoś nakreślił koślawe, czerwone zdanie: „To, co żyje pod korzeniami Crownwood, nie karmi się krwią, lecz naszą pamięcią”. Pod spodem dopisano ciąg liczb współrzędne geograficzne.
Druga rzecz sprawiła, że Jamesowi momentalnie zaschło w gardle. Był to stary, czarnobiały wycinek z policyjnej kroniki z późnych lat 70. Zdjęcie przedstawiało sześcioosobową rodzinę Millerów, która zaginęła bez śladu podczas obozowania w Nowej Anglii. James znał tę sprawę na pamięć. To była oficjalna wersja. Nieoficjalnie to właśnie wtedy, jako mały chłopiec, James zgubił się w tym samym lesie na niemal dwie doby. Millerów nigdy nie odnaleziono. Jamesa tak, ale wrócił z lasu zmieniony, z głęboką, paniczną traumą do gęstych skupisk drzew i ciemności, której nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć.
Na odwrocie wycinka policyjnego ktoś dopisał czarnym długopisem:
„Oni wciąż tam są, James. W Crownwood. Czekają na kogoś, kto wreszcie ich zapisze. Jeśli chcesz odzyskać swoją karierę i odpowiedzi… przyjedź sam.
Informator”.
James siedział nieruchomo przez długie minuty. Serce waliło mu jak
KRYSZTAŁOWY CAŁUN
oszalałe, a pot zrosił mu czoło. Sam widok słowa „las” wywoływał u niego lekkie duszności. Każda racjonalna komórka jego ciała krzyczała, żeby wrzucić ten list do niszczarki i zapomnieć.
Ale z drugiej strony… to była sprawa Millerów. Klucz do jego własnej, zablokowanej pamięci. I jedyna szansa, by nie wylądować na bruku z wilczym biletem w zawodzie.
James Lasom ba podjął decyzję. Wyciągnął z szuflady kluczyki do swojego starego Forda. Strach przed utratą pracy i pragnienie prawdy okazały się tej nocy silniejsze niż demony z dzieciństwa. Jeszcze nie wiedział, że te drugie tylko na to czekały.
ROZDZIAŁ 2: Ostatni bastion
„Underneath the bridge, the tarp has sprung a leak…”
Kurt Cobain śpiewał cicho, niemal szeptem, a zniszczone głośniki starego Forda charczały przy każdym niższym tonie basu. James Lasomba jechał na północ już od czterech godzin. Autostrada z Bostonu dawno minęła, ustępując miejsca spękanym, dwupasmowym drogom stanowym, a te z kolei zamieniły się w wąskie, asfaltowe trakty, na których poboczach coraz śmielej wyrastały pierwsze ściany lasu.
Była szarówka. Deszcz przestał padać, ale wilgoć wisiała w powietrzu jak ciężka, zimna kurtyna. James czuł, jak mięśnie karku mu sztywnieją. Zerknął na deskę rozdzielczą wskaźnik paliwa niebezpiecznie zbliżał się do czerwonego pola.
Nagle z mroku wyłonił się blady, migający neon z napisem GAS.
Stacja benzynowa wyglądała jak porzucona scenografia ze starego filmu. Pojedynczy, rdzewiejący dystrybutor paliwa stał przed małym, drewnianym budynkiem z brudnymi oknami. James zgasił silnik. Głos Cobaina ucichł, a w kabinie Forda natychmiast zrobiło się nienaturalnie zimno. Mężczyzna odetchnął głęboko, próbując zignorować fakt, że ściana lasu zaczynała się zaledwie pięć metrów za budynkiem stacji. Drzewa stały tam cicho, czarne i nieruchome.
Wysiadł, wetknął pistolet dystrybutora do baku i wszedł do środka. Wewnątrz brzęczała stara świetlówka, rzucając trupie, błękitne światło na półki z tanimi konserwami i olejami silnikowymi. Za ladą siedział
KRYSZTAŁOWY CAŁUN
starszy, przeraźliwie chudy mężczyzna w poplamionej flanelowej koszuli.
Dystrybutor numer jeden. I paczkę Lucky Strike’ów powiedział James, kładącnaladępomiętybanknotdwudziestodolarowy. Masztuteżbaterie AA? Do dyktafonu.
Sprzedawca nie odpowiedział od razu. Sięgnął pod ladę, wyciągnął papierosy oraz zakurzone, czteropaka baterii Energizer. Jego ruchy były powolne, jakby toporne. Dopiero gdy podnosił wzrok, James zauważył, że oczy starca są dziwnie mętne, niemal pozbawione wyrazu.
Jedziesz w głąb bardziej stwierdził, niż zapytał starzec. Głos miał suchy, jakby drapał gardłem o piasek.
Szukam drogi do Crownwood James rzucił luźno, starając się brzmieć jak zwykły turysta, choć jego dziennikarski instynkt od razu kazał mu uważnie obserwować reakcję mężczyzny. Moje mapy urywają się kawałek za hrabstwem. Masz może jakąś lokalną gazetę? Chętnie poczytam, co tu się dzieje.
Na dźwięk słowa „Crownwood” dłoń sprzedawcy, którą podawał papierosy, na moment znieruchomiała w powietrzu. Starzec powoli cofnął rękę, a potem wskazał palcem na zakurzony stojak w kącie pomieszczenia. Leżało tam kilka egzemplarzy lokalnego pisma The
Valley Chronicle.
James podszedł, podniósł jedną z gazet i zamarł.
Data na nagłówku wskazywała na 12 listopada 1988 roku. Gazeta miała sześć lat. Co gorsza, kiedy James przerzucił pierwszą stronę, zauważył, że wewnętrzne arkusze są całkowicie czyste. Kolumny, które powinny być wypełnione tekstem o lokalnej polityce czy sporcie, były po prostu białymi, pustymi plamami, jakby ktoś zapomniał ich wydrukować albo jakby pamięć o tamtych wydarzeniach została wymazana.
Stara ta prasa zażartował słabo James, czując, jak po plecach przebiega mu pierwszy, zimny dreszcz.
Innej nie ma odpowiedział monotonnie starzec. W Crownwood nie
ROZDZIAŁ 2: OSTATNI BASTION
potrzebują gazet. Tam nikt nie pyta o to, co było wczoraj.
Co to znaczy? James zmarszczył brwi, podchodząc bliżej lady.
Mężczyzna schował pieniądze do kasy, która otworzyła się z głośnym, metalicznym brzdękiem. Spojrzał na Jamesa, ale nie w jego oczy patrzył gdzieś na jego czoło, jakby rejestrował coś, co znajdowało się tuż za nim.
Jeśli las pozwoli ci tam wjechać, jedź przed siebie. Ale jeśli zgaśnie ci światło… nie próbuj odpalać auta. Po prostu siedź cicho i czekaj na rano.
Choć rano rzadko tam przychodzi.
James chciał zapytać o coś więcej, ale starzec odwrócił się plecami do lady i zaczął układać na półce puszki z fasolą, całkowicie ignorując obecność dziennikarza.
James Lasomba spakował baterie i papierosy do kieszeni kurtki, zostawił dziwną, pustą w środku gazetę na ladzie i wyszedł ze stacji. Powietrze na zewnątrz pachniało intensywnie wilgocią, żywicą i czymś jeszcze, co przypominało zapach starego, piwnicznego kurzu.
Wsiadł do Forda, wrzucił pierwszy bieg i ruszył przed siebie, zostawiając za sobą ostatnie sztuczne światło cywilizacji. Droga przed nim zaczęła gwałtownie opadać w dół, prosto w czarną, niekończącą się gęstwinę drzew.
ROZDZIAŁ 3: Cisza i Szum
Silnik starego Forda zdechł w ułamku sekundy, a wraz z nim zgasły reflektory, rzucając Jamesa w absolutną, nieprzeniknioną czerń. Obraz bladoskórej postaci bez twarzy, którą jeszcze przed chwilą oświetlały snopy świateł, wypalił mu się pod powiekami.
James siedział nieruchomo, z sercem podchodzącym do gardła. Jedynym punktem odniesienia w tym nagłym, czarnym świecie była mała, czerwona dioda na magnetofonie Sony. Urządzenie, wciśnięte między fotele, wciąż wyło przeraźliwym, zniekształconym szlochem, który
wwiercał się prosto w mózg dziennikarza.
James oddychał gwałtownie. Pierwszym odruchem była chęć ucieczki przekręcił kluczyk w stacyjce raz, potem drugi, desperacko wciskając pedał gazu. Rozrusznik nawet nie zakręcił. Deska rozdzielcza była martwa. Przerażenie odcięło mu trzeźwe myślenie.
Zamknął oczy i wyciągnął drżącą rękę w stronę piszczącego dźwięku. Palce odnalazły chłodną, plastikową obudowę dyktafonu. James wymacał prostokątny przycisk STOP i pchnął go w dół z całej siły. Nic się nie stało. Sprężyna ustąpiła, plastik zatrzeszczał, ale mechanizm nie reaguje. Szloch z taśmy magnetofonowej stał się głośniejszy, szybszy, niemal histeryczny.
Przestań… warknął przez zęby James, czując, jak fala czystej paniki zalewa mu klatkę piersiową.
Zaczął uderzać w panel dyktafonu otwartą dłonią. Raz, drugi, trzeci.
ROZDZIAŁ 3: CISZA I SZUM
Urządzenie podskakiwało na siedzeniu, ale czerwona dioda REC paliła się niezmiennie, a potworny dźwięk nie cichł. James puścił kierownicę, chwycił magnetofon oburącz i paznokciami zaczął szarpać tylną klapkę. Wciemnościkciukześlizgnąłmusięzzatrzasku, boleśniezrywającskórę przy paznokciu. Nie poczuł ból. Adrenalina odcięła bodźce.
W końcu plastik pękł. James szarpnął z całej siły, wyłamując klapkę. Wepchnął palce do środka, wymacał dwie podłużne baterie AA kupione na stacji i jednym, desperackim ruchem wydłubał je z gniazda. Dobrze słyszał, jak potoczyły się gdzieś w dół, znikając pod fotelem pasażera.
Pisk i szloch ucięły się natychmiast.
W kabinie Forda zapadła najgłębsza, najbardziej przerażająca cisza, jakiej James doświadczył w życiu. Słyszał jedynie własny, świszczący oddech i głośne, nieregularne bicie serca. Ostrzeżenie starca ze stacji benzynowej pulsowało mu pod czaszką niczym neon: „Po prostu siedź cicho i czekaj na rano”.
I wtedy to usłyszał.
Tąpnięcie.
Dźwięk był ciężki, powolny. Ktoś postawił stopę na wilgotnym, leśnym żwirze, tuż obok tylnego zderzaka Forda.
James zamarł. Całe jego ciało zesztywniało, zamieniając się w kamień.
Wstrzymał oddech, aż w płucach zaczęło go palić.
Tąpnięcie.
Drugi krok. Bliżej. Coś poruszało się wzdłuż boku samochodu. James wyobraził sobie tę bladoskórą postać bez twarzy, którą przed chwilą widział w błysku świateł. Czy to ona stała teraz za szybą?
Kroki ustały dokładnie na wysokości drzwi kierowcy. James nie widzi nic, ale czuł… czuł fizyczną obecność po drugiej stronie bocznej szyby. Zapach starego, piwnicznego kurzu i żywicy nagle przybrał na sile, jakby uszczelki w starym Fordzie przestały istnieć. Miał wrażenie, że to coś pochyla się nad oknem, niemal dotykając czołem hartowanego szkła, próbując dojrzeć go w mroku kabiny.
KRYSZTAŁOWY CAŁUN
W samochodzie robiło się coraz zimniej. James czuł, że brakuje mu powietrza. Powietrze stało się gęste, lepkie, pozbawione tlenu. Chciał krzyczeć, spróbować uderzyć w szybę, ale paraliż był silniejszy. Serce waliło w żebra tak mocno, że przed oczami Jamesa zaczęły tańczyć ciemne plamy. W głowie huczało mu jak w ulu.
Świat wokół niego zaczął wirować, a kontury ciemności zlały się w jedno. Skrajne wyczerpanie psychiczne, szok i brak tlenu ostatecznie wygrały z instynktem przetrwania. James Lasomba poczuł, jak osuwa się na bok, a jego świadomość zapada się w głęboką, bezpieczną nicość.
Obudził go jaskrawy, ciepły blask.
Jamesgwałtownieotworzyłoczyipoderwałsięnasiedzeniu, uderzając łokciem o kierownicę. Rozejrzał się zdezorientowany, mrugając od ostrego światła.
Wokół nie było śladu po nocnym koszmarze. Przez czyste szyby Forda wlewały się rześkie, poranne promienie słońca. Niebo nad Crownwood, choć podszyte gęstymi, białymi chmurami, było zaskakująco jasne. Pogoda na zewnątrz wydawała się wręcz… ładna. Las, który w nocy wyglądał jak armia czarnych demonów, teraz mienił się soczystą zielenią majowych liści, a zza drzew dobiegał spokojny, czysty śpiew ptaków.
James potarł twarz dłońmi. Był cały mokry od potu.
To był atak paniki wymamrotał do siebie, a jego głos brzmiał chrapliwie. Zwykły, cholerny atak paniki. Zmęczenie drogą, trauma…
Odruchowo przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik Forda zaskoczył od pierwszego razu, mrucząc znajomo i równo. Kontrolki na desce rozdzielczej rozbłysły ciepłym, zielonym światłem. Wszystko działało. James wypuścił z płuc powietrze, czując, jak schodzi z niego gigantyczne napięcie. Ta ładna, słoneczna pogoda zmyła z niego resztki nocnego paraliżu. Poczuł przypływ dziennikarskiej odwagi. Był na miejscu. Czas zacząć pracę.
Wrzucił bieg, gotów ruszyć przed siebie, ale gdy cofał rękę, jego wzrok padł na siedzenie pasażera.
ROZDZIAŁ 3: CISZA I SZUM
Dyktafon Sony leżał tam, gdzie go zostawił. Obok niego, na czarnej tapicerce, spoczywały dwie wyciągnięte w nocy baterie AA.
Jednak mały, plastikowy suwak z boku urządzenia wciąż znajdował się w pozycji ON. A czerwony, okrągły guzik nagrywania był głęboko wciśnięty w obudowę.
James wpatrywał się w martwy magnetofon przez długą minutę. Słońce grzało go w twarz przez przednią szybę, ale jemu znowu zrobiło się lodowato zimno. Nie dotknął urządzenia. Wrzucił pierwszy bieg, dodał gazu i ruszył przed siebie, w stronę wyłaniających się zza zakrętu pierwszych dachów miasteczka Crownwood. Miał parę dni ładnej pogody, by dowiedzieć się, co naprawdę się tu działo.
ROZDZIAŁ 4: Sól i cisza
Crownwood nie przypominało miasteczek, które James mijał po drodze. Gdy wjechał na główną ulicę, wybrukowaną nierównymi kamieniami, poczuł się, jakby cofnął się w czasie o przynajmniej pół wieku. Domy były zbudowane z grubego, ciemnego drewna, pokrytego nalotem, który przypominał zaschniętą sól morską, mimo że najbliższy ocean znajdował się setki mil stąd. Okna były wąskie, przypominały szczeliny, przez które mieszkańcy z pewnością bacznie go obserwowali.
Zatrzymał się przed budynkiem, nad którym wisiał zardzewiały, skrzypiący na wietrze szyld: The Iron Hook.
James wysiadł z auta, czując na karku dziesiątki par oczu. Mieszkańcy wioski byli inni. Kiedy przechodził przez ulicę, kobieta w chustce przestała zamiatać werandę. Mężczyzna z drewnianym wózkiem zatrzymał się w połowie ruchu. Wszyscy patrzyli na niego w ten sam, nienaturalny sposóbgłowymielilekkoprzechylonenabok, aichgałkiocznewydawały się poruszać z dziwnym, niemal mechanicznym opóźnieniem względem ruchu powiek.
Wewnątrz The Iron Hook pachniało stęchlizną i wyschniętymi rybami. Za ladą stał wysoki, chudy mężczyzna o cerze w kolorze surowego ciasta.
Jego palce, długie i nienaturalnie zwinne, bębniły po blacie.
Potrzebuję pokoju. Na parę dni rzucił James, kładąc na ladzie swój dziennikarski legitymację.
Właściciel nawet na nią nie zerknął. Uśmiechnął się, ale w tym
ROZDZIAŁ 4: SÓL I CISZA
uśmiechu nie było cienia ciepła; usta wygięły się w niemal idealnie symetryczną linię.
Dziennikarz. Szukasz historii, których nie trzeba opowiadać powiedział głos, który brzmiał jak pocieranie o siebie dwóch kawałków wilgotnego drewna. Pokój numer sześć. Jest na końcu korytarza. Ale posłuchaj mnie uważnie, przyjezdny: niezależnie od tego, jak gorąco będzie w środku, zamykaj okno na noc. I pod żadnym pozorem nie odrywaj zasłon.
James wziął klucz, czując, jak ciężki, żelazny metal chłodzi jego dłoń.
Dlaczego? zapytał, ale właściciel już odwrócił się do ściany, zaczynając przecierać szklankę, która od początku była czysta.
Rozpakowanie zajęło mu chwilę. Pokój był surowy, z jedną żarówką rzucającą żółte, mdłe światło. James spędził godzinę na krótkiej eksploracji. Wioska była mała poza Iron Hook, znajdował się tu stary kościół z krzywą wieżą, sklep wielobranżowy, którego witryna była zasłonięta od środka gazetami, oraz niewielka przystań przy jeziorze, które było tak czarne, że nie odbijało słońca.
Wracając do karczmy, James minął wysypisko za sklepem. Zauważył tam coś, co zmusiło go do zatrzymania się. Na stercie zmurszałych desek leżała dziecięca zabawka drewniany koń na biegunach, w połowie spalony, a w połowie przegniły. James podszedł bliżej i poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Do podstawy zabawki była przybita metalowa tabliczka.
Wytarł brud rękawem kurtki. Napis był wyryty wyraźnie: „Dla Thomasa od rodziców Millerowie, 1994”.
ROZDZIAŁ 5: Gra pozorów
James nie odwrócił wzroku. Przez kilkanaście sekund trwał w bezruchu, trzymając w dłoni ułamaną, metalową tabliczkę, którą przed chwilą z trudem oderwał od spalonego drewna. Sylwetka w oknie na piętrze The Iron Hook była idealnie nieruchoma, czarna na tle odbijającego się w szybie majowego słońca. Dopiero gdy James schował blachę do kieszeni skórzanej kurtki i powolnym krokiem ruszył w stronę wejścia, postać zniknęła w głębi budynku.
Gdy James pchnął ciężkie, dębowe drzwi karczmy, mosiężny dzwonek nad jego głową wydał z siebie krótki, urwany dźwięk. Wewnątrz panował chłód. Zapach stęchłego drewna, wysuszonej rybich łusek i tytoniu
wydawał się teraz jeszcze bardziej intensywny niż godzinę temu.
Mężczyzna z okna stał już za kontuarem. James podszedł bliżej i jego wzrok odruchowo padł na małą, mosiężną tabliczkę stojącą na skraju lady, tuż obok zakurzonej księgi meldunkowej. Metal był zaśniedziały, ale wygrawerowane, kanciaste litery układały się w czytelny napis:
Simon Calin Właściciel.
W żółtawym świetle wiszącej lampy twarz Simona Calina wydawała się niemal woskowa, pozbawiona jakichkolwiek porów czy zmarszczek, które zdradzałyby jego wiek. Wąskie usta układały się w ten sam, idealnie symetryczny, neutralny uśmiech. Jego długie, blade palce metodycznie, jednym stałym ruchem, przesuwały lnianą ściereczkę po lśniącej powierzchni kufla.
ROZDZIAŁ 5: GRA POZORÓW
James oparł się o blat z wyreżyserowanym spokojem. Starannie dobierał słowa. Nie chciał spłoszyć ani urazić człowieka, od którego zależał jego nocleg.
Panie Calin zaczął James, zniżając głos do uprzejmego, niemal poufałego tonu, jak na rzetelnego reportera przystało. Piękna okolica. Spacerowałem chwilę wzdłuż głównej drogi. Muszę przyznać, że Crownwood ma niezwykle unikalną atmosferę. Mało który region w Nowej Anglii zachował tak surowy, tradycyjny charakter.
Simon Calin nie przerwał polerowania szkła. Jego wielkie, ciemne oczy, w których źrenice wydawały się nienaturalnie rozszerzone, powoli uniosły się na Jamesa. Ruch jego głowy był dziwnie sztywny, jakby kręgi szyjne obracały się z oporem.
Ludzie tutaj cenią stałość, panie Lasomba odpowiedział Calin, a jego głos, choćcichyichropowaty, byłidealnieopanowany. Nielubimyzmian.
Zmiany przynoszą niepokój.
Rozumiem to skinął głową James, wsuwając prawą rękę do kieszeni kurtki. Jego palce dotknęły chłodnych, ostrych krawędzi metalowej plakietki. Czasem jednak przeszłość sama przypomina o sobie. Znalazłem coś na tyłach sklepu, na stercie odpadów. Leżało zupełnie na wierzchu, szkoda, żeby niszczało.
James powoli, bez gwałtownych ruchów, wyciągnął dłoń i położył na ciemnym blacie małą, wygiętą tabliczkę z wygrawerowanym napisem:
„Dla Thomasa od rodziców Millerowie, 1994”. Srebrzysty metal odcinał się od brudnego drewna lady.
Robię materiał o dawnych mieszkańcach tych rejonów kontynuował uprzejmie James, uważnie obserwując każdy, nawet najmniejszy grymas natwarzygospodarza. NazwiskoMillerówprzewinęłosięwkilkustarych dokumentach w Bostonie. Pomyślałem, że skoro prowadzi pan to miejsce, mógł pan ich znać. Pamięta pan może Thomasa? Albo jego rodziców? Byli tu około dwóch lat temu.
Na ułamek sekundy w pomieszczeniu zapadła tak głęboka cisza, że
KRYSZTAŁOWY CAŁUN
James wyraźnie usłyszał tykanie starego, ściennego zegara w głębi korytarza. Tik. Tak. Tik. Tak.
Ściereczka w dłoniach Simona Calina na moment zamarła. Jego długi, kościsty kciuk spoczął na krawędzi kufla. James zauważył, że skóra na dłoniach Calina miała dziwny, lekko sinawy odcień wokół paznokci, jak u kogoś, kto cierpi na chroniczne niedokrwienie.
Gospodarz powoli opuścił naczynie na blat. Nie spojrzał na znalezioną przez Jamesa tabliczkę. Jego wzrok wciąż był utkwiony prosto w twarzy dziennikarza, niemal bez mrugania.
Millerowie… powtórzył Calin, smakując to słowo na języku z wyraźnym, chłodnym dystansem. Tak, pamiętam ich. Przyjechali tu latem. Ludzie z miasta, tacy jak pan. Szukali ciszy. Ale cisza w Crownwood bywa ciężka dla kogoś, kto nie jest do niej przyzwyczajony.
Wyjechali nagle? zapytał James, starając się, by w jego głosie brzmiała jedynie czysta, dziennikarska ciekawość, a nie podejrzliwość. Zostawili tu sporo rzeczy. Ta zabawka… wyglądała na ważną dla dziecka.
Simon Calin powoli wyciągnął rękę. Jego palce, nienaturalnie długie, musnęły metalową tabliczkę Millerów, przesuwając ją o kilka centymetrów w stronę Jamesa. Ruch ten był tak płynny, jakby jego dłoń uniosła się nad blatem, a nie na nim spoczywała.
Crownwood to mała społeczność, panie Lasomba. Ludzie przyjeżdżają i odjeżdżają, kiedy uznają, że to miejsce im nie służy. Millerowie spakowali się pewnej nocy i wrócili tam, skąd przybyli. To, co zostawili, uznali najwyraźniej za zbędny balast.
Calin oparł obie dłonie na ladzie i pochylił się lekko do przodu. James poczuł delikatny powiew powietrza pachniało ono chłodem piwnicy i czymś jeszcze, czymś mdłym, co przypominało zapach stojącej wody w starym wazonie.
Pogoda na zewnątrz wciąż jest ładna powiedział Calin z powagą, a jego symetryczny uśmiech na powrót pojawił się na twarzy. Radzę z tego korzystać. Zadzień, możedwa, pogodasięzmieni. Awtedyspacerowanie
ROZDZIAŁ 5: GRA POZORÓW
po Crownwood nie będzie już tak… przyjemne. A teraz wybaczy pan, muszę przygotować naftę do lamp na wieczór.
Simon skinął głową z nienaganną, wręcz przesadną uprzejmością, po czym odwrócił się i spokojnym, majestatycznym krokiem wszedł do ciemnego zaplecza, zostawiając Jamesa samego przy ladzie.
James stał przez chwilę, patrząc na metalową tabliczkę. Calin kłamał. W Bostonie nikt o powrocie Millerów nie słyszał, a ludzie nie zostawiają spalonego konia na biegunach swojego dziecka na wysypisku, jeśli po prostu „pakują się i odjeżdżają”.
Schował obie plakietki do kieszeni i ruszył schodami w górę, w stronę pokoju numer sześć. Słońce powoli chowało się za horyzontem, a cienie w korytarzu karczmy stawały się coraz dłuższe i głębsze.
ROZDZIAŁ 6: Taśma z ciemności
Pokój numer sześć tonął w gęstniejącym, fioletowym półmroku. James zamknął za sobą ciężkie, drewniane drzwi i przekręcił klucz w zamku.
Zgrzyt rygla przyniósł mu jedynie chwilową, złudną ulgę.
W pomieszczeniu panowało potworne, lepkie duszne. Powietrze stało się tak ciężkie, jakby ktoś napompował je parą wodną z bagna. James podszedł do okna. Spojrzał na grube, zakurzone zasłony z ciemnego aksamitu, które szczelnie odcinały go od świata na zewnątrz. Palce dziennikarza zawisły nad materiałem. Słowa Simona Calina „pod żadnym pozorem nie odrywaj zasłon” wisiaływpowietrzuniczymfizyczna barierka. James cofnął rękę. Otarł pot z czoła rękawem koszuli i usiadł na skrzypiącym łóżku.
Na małym, drewnianym stoliku obok nocnej lampki leżał dyktafon Sony. Obok niego spoczywały dwie baterie AA, które James wygrzebał rano spod fotela w samochodzie.
James wpatrywał się w urządzenie przez dłuższą chwilę. W pokoju panowała idealna, nienaturalna cisza. Żadnego szumu wiatru, żadnego skrzypienia starych desek podłogowych pensjonatu. Nic. Zupełnie jakby The Iron Hook zamarło w oczekiwaniu na jego kolejny ruch.
Dobra, zobaczmy, co tam masz wymamrotał pod nosem, byle tylko zagłuszyć tę potworną ciszę.
Podniósł magnetofon. Plastikowa klapka, którą wyłamał w nocy, odpadła całkowicie. James wcisnął baterie w metalowe styki, zabez-
ROZDZIAŁ 6: TAŚMA Z CIEMNOŚCI
pieczając je kawałkiem taśmy izolacyjnej, którą zawsze nosił w torbie reporterskiej. Przełączył suwak z boku obudowy na pozycję PLAY i
wcisnął duży, trójkątny przycisk.
Mechanizm ruszył z cichym, mechanicznym warkotem. Z małego głośniczka dobiegł najpierw gęsty, ostry szum magnetyczny. James podgłośnił urządzenie i przysunął je blisko ucha.
Przez pierwszą minutę nie działo się nic poza monotonnym trzaskiem taśmy. Potem szum nagle zmienił tonację. Stał się głębszy, bardziej przestrzenny, jakby mikrofon rejestrował otwartą przestrzeń, a nie zamkniętą kabinę Forda.
James wstrzymał oddech.
Z głośnika dobiegł dźwięk, który przypomniał mu minioną noc ciężkie, rytmiczne tąpnięcia na żwirze. Ktoś krążył wokół auta. Słychać było chropowaty, świszczący oddech… a potem nastał moment, w którym James, według własnych wspomnień, stracił przytomność.
Ale taśma kręciła się dalej.
James poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku. Na nagraniu, tuż po dźwięku jego własnego, bezwładnego osunięcia się na siedzenie, zapadła cisza. A po niej… cichy, metaliczny zgrzyt. Dźwięk otwieranych drzwi samochodu.
James zamarł. Przecież rano drzwi były zamknięte, a on obudził się sam.
Z dyktafonu zaczęły dobiegać kolejne odgłosy. Szelest ubrań. Ktoś wsiadł do jego auta. Ktoś siedział na fotelu pasażera, tuż obok jego nieprzytomnego ciała. Szum taśmy stał się głośniejszy, a potem z głośnika wydobył się dźwięk, który sprawił, że James prawie upuścił magnetofon na podłogę.
To był głos. Bardzo cichy, zniekształcony, jakby mówiący nie potrafił poprawnie operować ludzkim aparatem mowy. Głos szeleścił, przypominając tarcie suchych liści o beton, ale słowa były przerażająco wyraźne:
On… ma… jeszcze… twarz… Simon.
KRYSZTAŁOWY CAŁUN
Po tych słowach na nagraniu odpowiedział mu inny głos. Chłodny, idealnie opanowany, chropowaty. Głos, który James słyszał zaledwie dwadzieścia minut temu na dole w karczmie.
Jeszcze tak. Zostaw go. Pogoda wciąż jest ładna.
W tym samym momencie taśma w magnetofonie gwałtownie strzeliła i zacięła się w mechanizmie, a czerwona dioda zgasła na dobre.
James siedział na łóżku, ściskając martwe urządzenie, a jego serce waliło jak oszalałe. Oni tam byli. W nocy, w jego samochodzie. Simon Calin i to coś bez twarzy stali nad nim, kiedy spał.
I wtedy James usłyszał to na jawie.
Tuż za grubą, aksamitną zasłoną pokoju numer sześć. Coś delikatnie, rytmicznie, z wielką cierpliwością zaczęło pukać paznokciem w szybę okna.
Stuk. Stuk. Stuk.
ROZDZIAŁ 7: Odznaka i popiół
James nie otworzył okna. Przez całą noc siedział na skraju łóżka z plecami opartymi o ścianę, ściskając w dłoni ciężki mosiężny świecznik jedyną broń, jaką zdołał znaleźć w pokoju. Pukanie w szybę ustało dopiero nad ranem, gdy pierwsze blade, chłodne promienie słońca zaczęły przebijać się przez krawędzie grubych zasłon.
Gdytylkozrobiłosięcałkowiciejasno, Jamesspakowałdyktafon, rzucił klucz na ladę w pustej jadalni i bez słowa opuścił The Iron Hook. Musiał znaleźć kogoś z zewnątrz. Kogoś, kto reprezentował prawo, a nie to milczące, skażone solą miasteczko.
Biuro szeryfa mieściło się w niskim, murowanym budynku z brudnej, czerwonej cegły na końcu głównej ulicy. Nad drzwiami wisiała wyblakła tarcza z napisem Sheriff’s Office.
Gdy James pchnął drzwi, uderzyła go gęsta chmura sinego, gryzącego dymu. Za masywnym, zawalonym papierami biurkiem siedział mężczyzna, który wyglądał, jakby nie przespał przynajmniej kilku ostatnich nocy. Jego twarz była poorana głębokimi bruzdami, a pod przekrwionymi, zgaszonymi oczami wisiały ciemne, niemal czarne worki. Na głowie miał zakurzony, skórzany kapelusz w kowbojskim stylu z przypiętą nad rondem gwiazdą szeryfa. W kącie ust tkwiło grube, tlące się cygaro, z którego popiół osypywał się wprost na pożółkłe akta.
Przy boku, w wytartej, skórzanej kaburze, spoczywał ciężki rewolwer z rękojeścią z ciemnego drewna.
KRYSZTAŁOWY CAŁUN
Szeryf Burn? zapytał James, zatrzymując się na środku pokoju.