E-book
37.8
drukowana A5
66.1
KRYMINALNY CEBULARZ

Bezpłatny fragment - KRYMINALNY CEBULARZ

Zbrodnie po lubelsku. Wydanie II


Objętość:
291 str.
ISBN:
978-83-8440-338-9
E-book
za 37.8
drukowana A5
za 66.1

Od autora

Godziny spędzone w bibliotekach i archiwach, pożółkły papier, zatarty druk i nieco karkołomne językowo sformułowania w stylu: „Donoszą nam, iż dzięki sprężystemu śledztwu…”, okazały się koktajlem nader inspirującym do wskrzeszenia kilkunastu autentycznych historii kryminalnych z Lublina i okolic. Sprawy te albo popadły w zapomnienie, albo funkcjonują jako legendy miejskie. Dałem im nowe życie.

A co ma z nimi wspólnego cebularz? Odpowiadam za Wikipedią.”Cebularz — wywodzący się z kuchni żydowskiej pszenny placek, o średnicy od 15 do 20 centymetrów, pokryty pokrojoną w kostkę cebulą wymieszaną z makiem (15%–20%), charakterystyczny dla Lubelszczyzny. Cebularz to jeden z najbardziej popularnych produktów tradycyjnych w województwie lubelskim.”

Zatem cebularz to Lublin, Lubelskie. Zajadają się nimi sędziowie, prokuratorzy, policjanci i przestępcy. A to oznacza, że będą to opowieści o zbrodniach ze smakiem.

Kryminalny cebularz prosto z Lublina na 16 sposobów.

Zapraszam i smacznego!

Celejów: Mroczne dziedzictwo

Przed gmachem Sądu Okręgowego w Lublinie zatrzymuje się zakratowana więźniarka. Po krótkiej chwili uzbrojeni mundurowi wyprowadzają skutych kajdanami oskarżonych. Na tę chwilę czekano od wielu dni.

— Mordercy! Na szubienicę! Powiesić ich! Hańba! — ryczy zgromadzony przed wejściem do sądu tłum gapiów. Ludzie wygrażają pięściami, gwiżdżą, tupią, niektórzy, korzystając z powstałego zamieszania próbują niepostrzeżenie wślizgnąć się na salę rozpraw żeby móc obserwować proces. Śmiałkowie ci są jednak zdecydowanie odprawiani przez służby sądowe. Wstęp na rozprawę i miejsce w ławkach dla publiczności mają jedynie posiadacze specjalnych biletów.


W samo południe


Sprawa zbrodniczego zamachu dokonanego na Józefie Klemensowskim, bogatym właścicielu majątku w podlubelskim Celejowie i jego żonie budziła w roku 1932 ogromne zainteresowanie opinii publicznej Lublina i okolic. Jakże inny był to mord od pospolitych porachunków opryszków, które rozwiązywano za pomocą noża bądź gazrurki w ciemnych zaułkach lubelskich ulic. Nie była to także ckliwa historia nieszczęśliwej miłości, zakończonej zażyciem arszeniku czy strzałem z rewolweru.

20 lipca 1932 roku słońce od rana mocno przypiekało. W Celejowie żniwa były w pełni. Chłopi z rękoma wspartymi na trzonkach kos co pewien czas niespokojnie spoglądali w niebo, wypatrując oznak zmiany pogody. Upalny lipiec ma to do siebie, że czasem nagle nadciągają chmury, a zaraz potem grzmoty i wichura. Dokładnie przed rokiem, 20 lipca 1931 roku Lubelszczyznę nawiedziła gigantyczna trąba powietrzna, czyniąc w ciągu kilku minut moc szkód.

Józef i Agnieszka Klemensowscy wracali bryczką do dworu z pobliskiego Klemensowa, gdzie nadawali na poczcie przesyłki. Dwukółka wzbijała na polnej drodze tumany kurzu. Zbliżało się południe. Pałac i dworskie budynki było widać z daleka.

Klemensowska szturchnęła furmana Tytłaka parasolką w bok, a gdy się odwrócił, spytała co to za ludzie, którzy przed chwilą przebiegli przez ich pole.

— Nie mam zielonego pojęcia, proszę jaśnie pani dziedziczki — odparł zgodnie z prawdą.

— A czy ty masz o czymkolwiek pojęcie? Wiesz w ogóle jak się nazywasz? — prychnęła z pogardą. — Jedź prędzej, bo mamy robotę. Będziemy zwozić żyto.

Woźnica w milczeniu popędził konie. Wolał nie dyskutować. Wiedział skąd ten pośpiech. Tak naprawdę pomocnicy kucharki, która dzięki małżeństwu z dziedzicem, stała się panią Klemensowską, pilno było nie na pole, ale do kredensu, gdzie trzymała butelkę z gorzałką.

W odległości kilometra od pałacu, zza kopy zboża wyłoniło się nagle dwóch zamaskowanych mężczyzn z rewolwerami. Polecili furmanowi zatrzymać wóz i kazali mu uciekać. Skierowali lufy browningów w dziedzica i jego małżonkę.

— Nie będziecie więcej tędy jeździć — oznajmili, po czym oddali do nich szereg strzałów. Przestali naciskać spusty gdy wyczerpały im się magazynki rewolwerów. Ukryty w pobliskich zaroślach woźnica widział, że uciekali w kierunku odwrotnym do Celejowa.

Spłoszone konie poniosły bryczkę do dworu. Przerażona służba wniosła rannych państwa na pokoje i wezwała lekarza. Stan Klemensowskich był poważny, ale obrażenia jakie odnieśli na skutek postrzałów, nie zagrażały ich życiu. Kule o milimetry ominęły serca.


Człowiek, którego nie interesowało śledztwo


Na miejsce zdarzenia przybył komendant powiatowy policji z Puław, komisarz Kononowicz. Ściągnięto techników śledczych i psy tropiące.

Po przekroczeniu progu okazałego dwukondygnacyjnego pałacu, którego jedno z bocznych skrzydeł ozdabiał duży napis „W nadziei lepszych czasów”, policja wyczuła skrywaną niechęć służby do państwa. Niby zajęto się nimi jak trzeba, sprowadzono lekarza a po twarzach pokojówek i „podręcznych” ściekały łzy, jednak w ich zachowaniu nie było autentycznego żalu. Niektórzy mieli miny, jakby się wręcz radowali z nieszczęścia dziedziców.

O Józefie Klemensowskim nie mówiło się dobrze ani w sferach ziemiańskich ani wśród miejscowych chłopów. Uznawano go za człowieka nieprzewidywalnego i agresywnego, za krwiopijcę, bogacącego się na ludzkiej krzywdzie. Jego żona także była znienawidzona. Agnieszka Klemensowska, niegdyś pomoc kuchenna, podstępnie wdarła się do ziemiańskiej rodziny poprzez małżeństwo z dziedzicem i zadzierała nosa.

Kierujący dochodzeniem komisarz Kononowicz nakazał furmanowi Tytłakowi wskazanie dokładnego miejsca, w którym doszło do zbrojnego ataku na dziedziców i udał się tam wraz z ekipą. Technicy kryminalni przystąpili do badania śladów.

Na początku lat 30. odcisków palców szukano przy użyciu lupy. Mniej więcej takiej samej, jaką można zobaczyć na rysunkach, ilustrujących pracę detektywów z tego okresu. Jeśli je znajdowano, sięgano po pędzelek i proszek Schneidera. Utrwalone linie papilarne przenoszono na folię i przekazywano do dalszej analizy.

Technicy nie natrafili na najmniejsze ślady zbrodniarzy. Psy tropiące, które ruszyły w kierunku wskazanym przez świadków, również wróciły z niczym. Komisarz Kononowicz nie zdążył się jednak zmartwić perspektywą długiego i żmudnego dochodzenia.

Detektywom, drepczącym w kurzu polnej drogi, przypatrywał się tłum włościan. Ludzie chcieli zobaczyć jak policja łapie morderców. Stali niecały metr od miejsca, gdzie ziemia czerwieniła się od krwi ofiar. Zachowanie gapiów było uciążliwe, ale nie podejrzane. Kierowała nimi zwykła ciekawość. Uwagę komisarza Kononowicza zwrócił natomiast człowiek, który przechodząc w pobliżu, ani razu nie spojrzał na miejsce zbrodni, tylko przyspieszył kroku, jakby chciał uciec.

Nakazał zatrzymanie przechodnia. Ten trochę się szarpał, ale po chwili dał za wygraną. Na pytanie kim jest i co tu robi, nie udzielał odpowiedzi. Odpowiedzieli za niego chłopi, informując policję, że to miejscowy handlarz i lichwiarz, Lejba Federmasser.


Morderstwo zlecił syn dziedziców


Po nocy spędzonej w celi aresztu Federmasser nie tracił rezonu w krzyżowym ogniu pytań. Utrzymywał, że nie ma, broń Boże, nic wspólnego z postrzeleniem państwa Klemensowskich. Prawie nic na ten temat nie wie. Ot, tyle tylko, co z plotek zasłyszanych od ludzi. Przykro mu, że swoją osobą wywołał nieumyślnie tyle zamieszania i przeszkodził panom policjantom w ich ważnej pracy.

Gdy spytano go, dlaczego w odróżnieniu od innych, nie zainteresował się miejscem zbrodni, odparł, że jest człowiekiem wrażliwym. Nie znosi widoku krwi więc odwrócił wzrok, gdy ją zobaczył. Swoje uparte milczenie po zatrzymaniu tłumaczył szokiem: nigdy wcześniej w najmniejszym stopniu nie naraził się policji. Na pytanie co sądzi o dziedzicu, odpowiedział wymijająco: bogaty pan, Bóg będzie go sądził, jeśli taka będzie Jego wola. Nadkomisarz Kononowicz, zniechęcony bezczelnością Żyda, odesłał go do celi i polecił zebrać o nim jak najwięcej informacji.

Okazało się, że Lejba Federmasser był swego czasu administratorem majątku w Celejowie. Został wyrzucony z posady, ponieważ Klemensowski podejrzewał, że rządca go okradał, fałszując księgi rachunkowe.

Miał więc motyw. Mógł z zemsty za utratę pracy chcieć zabić dziedzica. Celejowscy chłopi zeznali, że Federmasser od kilku tygodni bywał w majątku i prowadził sekretne rozmowy z różnymi ludźmi. Niewykluczone, że do czegoś ich namawiał.

Zapadła decyzja o przekazaniu dochodzenia lubelskiemu Urzędowi Śledczemu. Nadzór nad sprawą powierzono nadkomisarzowi Kliszowi. Zwierzchnictwo żądało szybkich efektów. To nie była „zwykła” zbrodnia. Na drodze dojazdowej do dworu oddano strzały do jednego z najbogatszych ziemian w całym województwie, właściciela majątku celejowskiego oraz Klementowic, Bochotnicy i Rąblowa.

W kilka dni później sensacyjne oświadczenie złożyli wracający do zdrowia Klemensowscy. Wyglądali dość mizernie, ale lekarze zapewnili policję, że niebezpieczeństwo komplikacji w wyniku odniesionych obrażeń już minęło.

Wezwali do pałacu nadkomisarza Klisza. Agnieszka Klemensowska słabym jeszcze głosem stwierdziła, że nie wiedzą wprawdzie kto oddał do nich strzały (pewnie jakieś wynajęte zbiry z okolicy), natomiast — to dla nich o wiele ważniejsze — o zorganizowanie zamachu podejrzewają… swojego syna Mariana!

Klemensowska wskazała na męża, który spoczywał na szezlongu pod oknem. Obok leżała sterta pożółkłych ilustracji, przedstawiających jakieś dziwne machiny i biegnące od nich przewody elektryczne. Klemensowski całymi dniami siedział nad tymi szkicami, snując jakieś niedorzeczne projekty naukowe. Od dziedzica cuchnęło, a jego ubranie było pobrudzone plamami z mleka i jajek.

Józef Klemensowski z uwagi na podeszły wiek i postępującą chorobę nerwową nie był w stanie sprostać obowiązkom właściciela tak dużego majątku ziemskiego. Syn zamierzał wszystko przejąć. Domagał się przepisania na niego aktu własności pałacu i wszystkich celejowskich dóbr. Nie chcieli się na to zgodzić. Jakby to wyglądało, gdyby dziedzic za życia zrzekł się należnego mu majątku!

Poparła ich rada familijna

Ale według słów dziedziczki dla takiego nikczemnika jak ich syn rodzina nic nie znaczyła. Zaczął im się odgrażać, zapowiadał, że ich wykończy. W domu często dochodziło na tym tle do awantur, Marian zupełnie się nie hamował.

— Za serce odpłacał nam kamieniem. Mąż ulitował się nad nim i przekazał mu w dzierżawę folwark w Bochotnicy. Ale on chciał wszystko — Agnieszka Klemensowska, mówiąc o synu, miała nienawiść w oczach.

Przeprowadzony wśród służby dworskiej wywiad w dużej mierze potwierdził podejrzenia Klemensowskich. Syn dziedziców po częstych scysjach z rodzicami ze złym ogniem w oczach jak huragan zbiegał po schodach pałacu, ściskając rękojeść rewolweru. Mówił o nich takie rzeczy, że zimno się robiło. Wśród osób, z którymi Federmasser prowadził w ostatnich dniach potajemne narady, wymieniano młodego pana.

Znamienne było jego zachowanie po zamachu. Przyjechał z Bochotnicy do Celejowa, ale nie chciał pójść do rannych rodziców, nie zapytał nawet jak się czują. Trzydziestokilkuletni niski brunet o szybkich niespokojnych gestach nie patrzący rozmówcom w oczy nie zrobił na policji dobrego wrażenia. Unikał rozmów ze śledczymi, tłumacząc, że w związku ze żniwami ma pilne obowiązki gospodarskie. Zapewne wolał udawać gbura niż odpowiadać na niewygodne pytania.

Załamał się w trakcie przesłuchania, kiedy usłyszał o zatrzymaniu Federmassera. Był bliski płaczu, cały się trząsł i mrugał oczami. Przepraszającym tonem wyjaśnił, że nerwowy tik to pozostałość z wojny, po tym jak został ranny odłamkiem w głowę. Chciał rozmawiać tylko z nadkomisarzem Kliszem. W jego obecności przyznał się do zaplanowania zabójstwa matki i ojca. Zaprzeczył, że motywem zamachu była chęć przejęcia majątku. Utrzymywał, że głównym powodem, dla którego zaplanował zbrodnię, była zemsta na rodzicach za to, że go źle traktowali.

Pieniądze, gdzieś tam — jak to ujął — widniały na horyzoncie. Jednak, gdyby chodziło tylko o nie, nie uciekałby się do zgładzenia rodziców. Nawet gdyby nie został uwzględniony w testamencie — do czego nota bene nie doszło i nie wiadomo czy w ogóle miało dojść — znalazłby sposób, żeby dochodzić swoich praw. Wynająłby nie morderców, lecz adwokata biegłego w prawie spadkowym. Prawdziwym motywem była natomiast zemsta.

— Nie wychowali mnie jak trzeba — mówił. — Wyrzucili na ulicę. Nie miałem żadnego fachu, bo nie pozwalali mi się w młodości uczyć. Na żebraka nie jestem stworzony… Nie traktowali mnie jak syna. Tak, zrobiłem to. Namawiałem do morderstwa. W ten sposób chciałem im odpłacić.

Wyjawił nazwiska niedoszłych zabójców. Powiedział, że do jego rodziców strzelali wynajęci przez niego i Lejbę Federmassera Stanisław Pardyka i Władysław Łepecki, dwaj miejscowi włościanie. Wkrótce policja ich aresztowała. Przysięgali, że nie mieli nic wspólnego z zamachem. Jednak znaleziono u jednego z nich rewolwer, z którego padły strzały do dziedziców.


Dorobił się na zdradzie


Próba zabójstwa Józefa Klemensowskiego i jego żony odbiła się głośnym echem w sferach ziemiańskich na Lubelszczyźnie. Ci, którzy znali przeszłość tej rodziny, posuwali się do stwierdzeń, że zło wyrządzone przez cztery pokolenia Klemensowskich, teraz do nich wróciło w całej okazałości.

W roku 1831, w kilka miesięcy po wybuchu Powstania Listopadowego, Jan Klemensowski, dziadek Józefa, wstąpił na służbę do Czartoryskich jako ekonom ich dóbr celejowskich. Jednakże jego głównym zajęciem było nie zarządzanie majątkiem książąt, lecz współpraca z władzami carskimi. Bardzo gorliwa współpraca — dodać należy. Klemensowski, będący na usługach generała Aleksandra Różnieckiego, który zasłynął jako zdrajca narodu polskiego i szef tajnej policji carskiej, prześladującej polskich bojowników i działaczy konspiracyjnych, wydatnie przyczynił się do wykrycia spisku powstańczego, w którym uczestniczyli jego chlebodawcy.

Dla Czartoryskich skończyło się to tragicznie — wszystkie ich okoliczne dobra zostały skonfiskowane przez władze carskie, a na przebywającego na emigracji księcia wydano zaoczny wyrok śmierci. Majątek wystawiono na licytację. Mimo, iż obywatelom polskim nie wolno było tą drogą nabywać konfiskowanych dóbr, to jednak Jan Klemensowski w „nagrodę” za swoje „zasługi” otrzymał od cara pozwolenie na zakup. Mało tego! Wszystkie dobra, w skład których wchodziło kilkanaście wsi, wiele hektarów łąk, pól i lasów nabył za śmiesznie niską cenę 15 tysięcy rubli.

W ten sposób skromny ekonom stał się krezusem. Zbudowany na fundamentach zdrady narodowej majątek z każdym rokiem powiększał się. Klemensowski nigdy nie zapominał komu zawdzięcza fortunę i również w latach kolejnych gorliwie wysługiwał się Moskalom. Jego rola w tłumieniu na Lubelszczyźnie Powstania Styczniowego była równie złowroga i niechlubna, jak podczas zrywu narodowego 32 lata wcześniej. Klemensowski tropił powstańców przy pomocy służby folwarcznej zaś wielu pojmanych jeńców kazał rozstrzeliwać bez sądu.

Nikt nie odważył się otwarcie wystąpić przeciwko potężnemu magnatowi, który kilkakrotnie gościł w swoim pałacu cara Mikołaja I, przekazywał mu znaczne sumy pieniędzy i w związku z tym cieszył się wyjątkową łaskawością „batiuszki”. Było więcej niż pewne, że każda popełniona niegodziwość ujdzie Klemensowskim bezkarnie.


Jaki ojciec, taki syn


„Godnym” następcą swojego ojca okazał się Ludwik Klemensowski, który przejął rodowe dobra po śmierci Jana w roku 1865. Po upadku Powstania Styczniowego, Ludwik Klemensowski — tak jak jego ojciec i w uznaniu przez cara podobnych zasług — nabył w drodze licytacji majątek Klementowice, powiększając w ten sposób rodową fortunę. Rozwijała się jego kariera polityczna — został między innymi marszałkiem dworu cesarskiego. Drżeli przed nim nawet gubernatorowie carscy z prowincji lubelskiej i kieleckiej.

Bogactwo, władza i poczucie całkowitej bezkarności przyczyniły się do tego, że Ludwik Klemensowski panował na swoich licznych włościach niczym średniowieczny satrapa. Czynów, jakich miał się dopuścić, nie powstydziłby się chyba nawet Vlad Dracula…

W przeciwieństwie do ojca, który — jeśli chodzi o sferę życia osobistego — pozostawał statecznym obywatelem i (przynajmniej oficjalnie) wiernym mężem, Ludwik był niepoprawnym kobieciarzem. Miał żonę i dzieci, ale to nie przeszkadzało mu szukać pozamałżeńskich wrażeń. Niekoniecznie w wytwornych alkowach „pań z towarzystwa”. Celejowski dziedzic żeby dogodzić swoim żądzom zniewalał wieśniaczki z podległych mu dóbr i bez skrępowania dopuszczał się na nich gwałtów. Potem niejedna z tych kobiet zachodziła w ciążę. Ponoć Ludwik Klemensowski pozostawił po sobie dziesiątki synów i córek „z nieprawego łoża”. Ale to już nie było zmartwienie „pana”. Los nieślubnych dzieci i ich matek zupełnie go nie obchodził. Biada natomiast tym, którzy ośmielili się przyjść w tej sprawie do dziedzica i upraszać się o łaskę.

Chodziły słuchy, że Ludwik Klemensowski bardzo gwałtownie reagował na takie wizyty. W ataku gniewu miał zastrzelić ogrodnika, który przyszedł do niego z pretensją, że zniewolił jego córkę. Inne tragiczne zdarzenie: pewna Żydówka przysłała do dworu dwoje dzieci, które podobno miała z Klemensowskim. Do salonu dziedzica wprowadził je lokaj i wyjaśnił cel tej wizyty. Magnat zerwał się i wyrzucił dzieci z okna pałacu, a do lokaja wypalił z dubeltówki zabijając go na miejscu. Innym razem w pałacu ponoć zastrzelono bonę z Warszawy a jej ciało spalono w piecu…

Czy rzeczywiście w celejowskim majątku dochodziło do tak strasznych zbrodni? Policja nie była informowana o tym co się dzieje we dworze. W obawie przed zemstą Klemensowskiego nikt nigdy nie odważył się jawnie oskarżyć tak niebezpiecznego i ustosunkowanego człowieka.

Ostatnie lata życia Ludwik Klemensowski spędził w Austrii, gdzie zmarł w 1885 roku. Jego ciało zostało sprowadzone do Polski i pochowane z honorami na celejowskim cmentarzu.


Niebezpieczny szaleniec


Kolejny sukcesor celejowskiej fortuny, Józef Klemensowski odziedziczył po ojcu gwałtowne usposobienie i zamiłowanie do kobiet. Wydaje się nawet, że był jeszcze bardziej nieprzewidywalny w swoim zachowaniu niż Ludwik.

W ataku szaleństwa potrafił obić lub w inny sposób skrzywdzić już nie tylko przedstawicieli „prostego ludu” ale i równych sobie pod względem urodzenia i pozycji. W 1907 roku ciężko postrzelił właściciela jednego z sąsiadujących z Celejowem majątku. Sprawa ta — jak wiele innych — została jednak wyciszona.

Józef Klemensowski z pewnością był człowiekiem niezrównoważonym psychicznie. Opowiadano, że po śmierci ojca do reszty zwariował, a bezpośredni wpływ na rozwój choroby miały jakieś masowe mordy na terenie dworu, których był świadkiem. Rada familijna, złożona z przedstawicieli rodu, rezydujących między innymi w Warszawie, wiedząc o ekscesach Klemensowskiego obawiała się skandalu. Czasy się bowiem zmieniły. Imperium carskie zaczynało chwiać się w posadach. Klemensowscy nie mogli już za bardzo liczyć na ochronę zaborców.

Pomimo bogactwa, zaszczytów i męskiego wigoru, Józef Klemensowski długo pozostawał w kawalerskim stanie. Wszystkie okoliczne panny go odrzucały. Żadna nie chciała się wiązać małżeństwem z człowiekiem, o którym otwarcie mówiło się, że jest niebezpiecznym szaleńcem.

Klemensowski ożenił się dopiero w 1907 roku, gdy liczył prawie 50 lat. Jego wybranką była pomocnica kucharki, pracująca w dworskiej kuchni. Dziedzic marzył wprawdzie o ożenku z kobietą z „towarzystwa”, ale sytuacja, do której sam zresztą doprowadził, sprawiła, że nie miał wyboru. W 1907 roku postrzelił wspomnianego wcześniej właściciela okolicznego majątku. Świadkiem zdarzenia była „podkuchenna”. Rodzina Klemensowskich obawiała się, że w razie policyjnego dochodzenia kobieta wskaże na Józefa, jako winnego postrzelenia sąsiada. Wybuchnie skandal, mogą wszystko stracić i okryć się hańbą. Doszli do wniosku że nie można do tego dopuścić.

Uradzono więc, by pojął ją za żonę. Żona nie będzie świadczyć przeciwko mężowi. Wszystko pozostanie w rodzinie. Przyparty do muru Józef nie miał innego wyjścia i poprowadził do ślubnego ołtarza pomocnicę kucharki…

Nie to, żeby była mu wstrętna. Znał ją bardzo dobrze. Od wielu lat była bowiem jego kochanką. Miał z nią troje dorosłych już dzieci: córkę Marię oraz dwóch synów: Józefa i Mariana.

Stary Klemensowski nie cierpiał Marii i Mariana. Wszystkim powtarzał, że nie są jego dziećmi. Szczególnie nie znosił Mariana. Pomiatał nim, wielokrotnie go upokarzał. Hołubił natomiast Józefa. Mówił doń: „mój jedyny synu, przyszły dziedzicu”, zabierał w podróże zagraniczne, nie szczędził środków na jego edukację.

Pozostała dwójka nie mogła na to liczyć. Dość powiedzieć, że Maria i Marian w wieku 16 i 17 lat byli analfabetami. Ojciec nie chciał żeby się uczyli. Dopiero na kategoryczne żądanie rady familijnej, wysłał ich do szkół w Warszawie.

W Marianie rosła nienawiść i żal do obojga rodziców. Do ojca, bo go stale poniżał, traktował jak parobka a nie syna, wywyższając przy tym jego brata. Ale i do matki — za to, że nigdy nie upomniała się o niego choćby jednym słowem. Zostawszy dziedziczką, oddawała się jedynej swojej pasji, jaką było picie alkoholu.

Młody Klemensowski raczej nie miał złudzeń co do swojej przyszłości. Spodziewał się, że po śmierci ojca, wszystko odziedziczy Józef. Natomiast jemu i Marii ostaną się jakieś nędzne ochłapy rodowej fortuny. Albo i nic. Podzielą los owych „nielegalnych synów i córek” Klemensowskich, których drugie już pokolenie żyło w Celejowie i innych dobrach magnackich. Żyło w nędzy i w coraz większej nienawiści do „pana”. Klemensowski, chcąc z niektórymi ze swoich potomków, ułożyć sobie jakoś stosunki, obiecywał im złote góry — zapisanie części majątku, wypłacenie pieniężnego odszkodowania czy odstąpienie kilku mórg ziemi. Była to jednak z jego strony klasyczna gra na zwłokę. Nigdy nie wywiązał się z danej obietnicy bo tak naprawdę nigdy nie miał takiego zamiaru. A ci, którzy ośmielili się powiedzieć mu wprost, że jest kłamcą i oszustem, płacili gorzką cenę za swoją odwagę. W najlepszym wypadku było to wyrzucenie ze służby. Ale nie każdy miał tyle „szczęścia”. Byli i tacy, którzy wkrótce po wygłoszeniu bezkompromisowych oskarżeń, nagle znikali z Celejowa lub innej wsi i nikt ich potem już nie widział…


Lud się burzy


Józef junior nie został jednak dziedzicem rodowego majątku. Mniej więcej na dziesięć lat przed zamachem na Klemensowskich, doszło w celejowskim pałacu do strasznej tragedii. Marian pokłócił się ze swoim bratem. W trakcie sprzeczki Józef zrzucił go z tarasu. Marian nie pozostał mu dłużny — strzelił do niego z rewolweru, raniąc go w brzuch. Józef junior oszalał wówczas — także chwycił za broń i oddał strzał do fornala, który nie wykonał jakiegoś polecenia. Następnie zastrzelił starą służącą a na koniec sam odebrał sobie życie.

Stary Klemensowski na wieść o tym, że jego ukochany syn nie żyje wpadł w taką złość, że strach było zbliżyć się do niego. Wykrzykiwał, że wszystkich wybije i nikt mu za to nic nie zrobi. Charakterystyczne było również zachowanie jego żony. Gdy poproszono ją by dała jakieś prześcieradło, którym chciano przykryć zwłoki jej syna, który popełnił samobójstwo, odparła szorstko:

— Jeszcze czego! Nie dam! Brudnego prześcieradła nie mam, a świeżego mi szkoda…

I tym oto sposobem na głównego sukcesora awansował jedyny pozostały przy życiu „oficjalny” syn dziedzica, czyli Marian Klemensowski. Nieoczekiwana zmiana nie osłabiła w nim nienawiści do rodziców. Przecież w tym, że to on miał dziedziczyć majątek Klemensowskich, zdecydował przypadek. Marian podejrzewał i miał ku temu zapewne podstawy, że ojciec wcale by nie rozpaczał, może nawet by się ucieszył, gdyby to Marian zginął zamiast Józefa. I tego nigdy mu nie darował.

Na decyzję o zgładzeniu rodziców, którą podjął wiele lat po tym wypadku, wpływ mogła mieć również sytuacja, jaka panowała w Celejowie i innych dobrach podległych Klemensowskim. Poniżany, ciemiężony i okrutnie traktowany przez kolejnych dziedziców lud coraz bardziej szemrał i w coraz większym stopniu okazywał im nienawiść. Józef Klemensowski ostro tłumił protesty i strajki pracowników, zatrudnionych w majątku, nasyłając na nich policję, jednak już się nie bano gniewu dziedzica. Carska władza, która tak skutecznie chroniła Klemensowskich przed karą za ich zbrodnie, bezpowrotnie odeszła w przeszłość. Teraz Polska była wolna a do chłopów i robotników coraz bardziej przenikały nastroje rewolucyjne.

Szczególną wrogość okazywali Klemensowskiemu jego nieformalni potomkowie. Wielokrotnie większymi grupami przychodzili pod pałac, żądając rozmówienia się z dziedzicem w kwestii wynagrodzenia ich krzywd. Stary magnat nigdy jednak do nich nie wyszedł. Marian Klemensowski, który to widział i słyszał, był pewien, że wszyscy ci „kuzyni” bez mrugnięcia okiem zabiliby jego ojca, gdyby tylko nadarzyła się taka okazja.


Plan nie wypalił


W śledztwie ustalono, że na dwa tygodnie przed zbrodniczym zamachem na Józefa i Agnieszkę Klemensowskich, w Celejowie pojawił się człowiek, którego Marian Klemensowski nazwał potem w śledztwie i na procesie sądowym „złym duchem”. Mówił, że przez niego został podstępnie nakłoniony do morderstwa rodziców. Człowiekiem tym był Lejba Federmasser.

Żyd przyszedł i poprosił o pilną rozmowę z „młodym dziedzicem”, do którego ponoć miał sprawę „niezwykłej ważności”.

Zaintrygowany Marian Klemensowski przyjął go. Federmasser początkowo mówił przede wszystkim o przyszłości. Stwierdził, że wszyscy w okolicy bardzo się ucieszą gdy pewnego dnia Marian odziedziczy majątek. Szkoda, że to już nie teraz…

— Pan wiesz co się mówi o ojcu pańskim? To człowiek szalony i niepewny — powiedział handlarz. — Nie wiadomo co zrobi zanim zostaniesz pan dziedzicem… Do tego czasu wszystko na zmarnowanie pójść może. Czasy są niepewne, rewolucja wisi w powietrzu. Ale żal byłoby takiego pięknego majątku…

Młody Klemensowski nic na to nie odpowiedział, ale widać po nim było, że bardzo przejął się słowami Federmassera. Ten w kolejnych rozmowach jeszcze bardziej drążył ów temat. A gdy uznał, że grunt został dostatecznie przygotowany, podsunął Marianowi myśl zabójstwa rodziców.

— Innego wyjścia nie ma. Umrzeć muszą. Dopiero wtedy pan i my wszyscy lepiej żyć będziemy…

— No ale przecież ja nie mogę tego zrobić! — szepnął zaskoczony Klemensowski.

— Pan nie musisz — uśmiechnął się chytrze były administrator. — Ale znam takich, którzy się nie zawahają. Pański ojciec wielu skrzywdził. Te wszystkie jego syny okoliczne aż zębami zgrzytają, żeby dobrać mu się do skóry. Co ja zresztą będę panu mówił… Nawet za darmo by to zrobili. Ale jeszcze lepiej jak się im zapłaci…

Z ustaleń śledztwa wynikało, że kilka dni później Federmasser sprowadził w tajemnicy do Mariana Klemensowskiego Stanisława Pardykę i Władysława Łepeckiego, którzy po długich targach zgodzili się za 25 tysięcy zł zabić starych Klemensowskich. Uradzono, że najlepiej będzie ich zaskoczyć w jakimś ustronnym miejscu. Nie w pałacu, bo służba nawet by ich nie wpuściła do środka, ale na przykład gdzieś na drodze…

Marian Klemensowski miał problemy ze zgromadzeniem zapłaty dla zabójców. Ponadto musiał jeszcze dać im pieniądze na zakup broni. W tym celu zmuszony był wystawić im weksle, a dodatkowo ukradł należący do swojej zamężnej siostry złoty pierścionek.

Zależało mu by rodzice zginęli przed zakończeniem żniw, chciał bowiem jak najszybciej objąć rządy we dworze. Ostatecznie do zamachu doszło 20 lipca 1931 roku. Jednak Józef i Agnieszka Klemensowscy zostali przy życiu.

Na ławie oskarżonych Sądu Okręgowego w Lublinie, oprócz Mariana Klemensowskiego, Lejby Federmassera, Stanisława Pardyki i Władysława Łepeckiego zasiadł Antoni Łukasik. Nie miał on alibi na czas zbrodni, ponadto był notowanym kryminalistą. Przypisano mu więc współudział w zbrodniczym zamachu.

Sąd stwierdził, że choć trudno ustalić, kto był głównym inspiratorem i wykonawcą zbrodni, to wina Klemensowskiego, Federmassera, Pardyki i Łepeckiego nie budzi cienia wątpliwości. Każdy z czwórki został skazany na 15 lat ciężkiego więzienia. Łukasik został uniewinniony wobec braku dowodów. Wyroki zapadły 11 marca 1933 roku

Po procesie pojawiły się głosy, że prawdziwym inspiratorem zamachu nie był syn dziedziców, ani żaden ze skazanych, lecz nieustalona osoba, która chciała zagarnąć majątek Klemensowskich. Mógł to być ktoś, kto miał prawa do spadku po nich. Jego intryga udałaby się, gdyby dziedzic i jego żona zostali zabici, a ich syna stracono za morderstwo. Ale była to tylko niepoparta dowodami teoria.

Z upływem lat majątek Klemensowskich zaczął topnieć. Za zaległości podatkowe skonfiskowano im między innymi cenny księgozbiór. Pałac z roku na rok popadał w ruinę. Po wojnie trafił w ręce państwa. Obecnie działa w nim zakład dla psychicznie i nerwowo chorych.

Klątwa rabina

Wojsławice to wieś na Wyżynie Lubelskiej. Leży niespełna 25 km na południe od Chełma. Na pozór niczym szczególnym się nie wyróżnia. Charakterystyczny czworokątny rynek i niska, w sporej części drewniana zabudowa upodabniają tę osadę do wielu innych miejscowości znajdujących się w okolicy.

Przy czterech wjazdach do wsi stoi pięć kapliczek wotywnych. Wszystkie zostały wzniesione w drugiej połowie XVIII wieku, gdy Wojsławice były miastem. Ponoć chronią mieszkańców przed klątwą człowieka niesłusznie oskarżonego o morderstwo. Wojsławice mają swoją mroczną historię, która przypomina scenariusz makabrycznego horroru. I nie jest to legenda, spreparowana na potrzeby turystów…


Dziecka nie zabiło zwierzę


27 marca 1761 roku zaginął 2,5– letni Mikołaj Andrzejuk. Rodzina „pracowitych” Andrzejuków mieszkała w ostatniej chałupie we wsi Czarnołozy, bardzo blisko Wojsławic. Określenie „pracowici” oznaczało, że zaliczali się do chłopstwa. Mikołaj był żywym i radosnym dzieckiem. Lubił bawić się przy domu lub wesoło przebiegać drogą wiodącą ku miasteczku, którego zabudowania widać było w słoneczny dzień, gdy wyszło się przed obejście.

Nie wiadomo gdzie i kiedy się oddalił. W jednej chwili rodzice widzieli chłopca, a już w następnej nie było po nim śladu. Zaczęli go szukać po całej wsi. Przetrząsnęli obejście, łąki i pola, zajrzeli do wszystkich gospodarstw (w drugiej połowie XVIII wieku Czarnołozy liczyły niespełna 10 domostw). Poszukiwania, w których uczestniczyła znaczna część okolicznych włościan, prowadzono w pobliskim lesie. Niestety, Mikołaj jakby rozpłynął się w powietrzu. Wielokrotnie sprawdzano miejsca, w których mógł zagubić się niespełna trzyletni chłopczyk. Z żalem i smutkiem spoglądano na zrozpaczonych Andrzejuków; do wszystkich docierało bowiem, że dziecka między żywymi już nie ma…

Jednakże słaba nadzieja jeszcze tliła się w ludziach. Poszukiwań nie zaniechano. Sprawdzano między innymi na podmokłych terenach w pobliżu przepływającej przez Czarnołozy rzeki Wojsławki, choć wydawało się mało prawdopodobne, by dziecko udało się tam w pojedynkę. Ale właśnie nad Wojsławką, nieopodal obejścia Andrzejuków, niejaki Józef Jedynak natknął się na straszliwie zmasakrowane zwłoki małego Mikołaja w kępie łoziny rosnącej przy wodzie. Zaraz powiadomił rodziców chłopca, a ci przybiegłszy co tchu, zaczęli głośno rozpaczać, załamywać ręce i wzywać zmiłowania Pańskiego. Matka co chwilę mdlała i niemal odchodziła od zmysłów. Ojciec był w niewiele lepszej kondycji.

Krzyki sprowadziły nad rzekę tłum włościan, a także kilkunastu przedstawicieli szlachty. Wszyscy w ciężkim milczeniu, ze zgrozą na obliczach spoglądali na malutkie nagie ciało pokryte licznymi, mniejszymi i większymi ranami. Były też ślady nadgryzień i pokąsań, zadanych przez wodne stworzenia i być może psy albo lisy.

Ale dziecka nie zabiło żadne zwierzę. To była zbrodnia dokonana przez człowieka. Nawet niepiśmienni włościanie nie mieli co do tego cienia wątpliwości. W chwili znalezienia, ciało było nagie. Ubrania nigdzie nie znaleziono. A przecież niespełna trzyletni chłopczyk nie byłby w stanie samodzielnie się rozebrać, i po cóż miałby to robić? Na kąpiel w rzece było stanowczo za wcześnie. Zresztą rodzice zakazywali mu przychodzić samemu nad Wojsławkę, obawiając się że wpadnie do wody i utonie.

Chłopca rozebrał morderca przed zadaniem mu śmierci. Rany sugerowały rozmyślne zabójstwo, popełnione na zimno, z dużą znajomością anatomii, co wyrażało się w precyzyjnym zadawaniu ciosów. Opis pośmiertnych obrażeń Mikołaja Andrzejuka, dołączony do akt sądowych z procesu domniemanych zabójców dziecka jest porażający. Na ciele chłopca naliczono ponad 60 ran, będących następstwem poderżnięcia, pchnięcia ostrym narzędziem oraz nakłucia. Rany znajdowały się między innymi na sercu (aż trzy), na głowie, szyi i twarzy. Zabójca przeciął dziecku żyły w obu kończynach górnych (między innymi na nadgarstkach i w okolicy łokciowej) oraz w kończynach dolnych na łydkach. Skóra ciała miała barwę tak bladą jakby wytoczono z niego całą krew.

Chociaż zwłoki leżały w krzakach przy brzegu Wojsławki, to nie wydaje się, żeby w tym miejscu doszło do zabójstwa, bo to zbyt blisko siedzib ludzkich. Morderca ryzykowałby spotkanie z kimś, kto mógłby tędy przechodzić. Chłopca zabito gdzie indziej a tu tylko po kryjomu podrzucono ciało. Sprawca zostawiając je przy brzegu rzeki zapewne nie liczył na to, że porwie je nurt. W tym miejscu było dość płytko, ciało raczej nie uniosłoby się na powierzchni wody, lecz poszłoby na dno. Zaplątanie zwłok w kępę łoziny mogło nastąpić przypadkowo, niewykluczone jednak, że zostały celowo umieszczone w widocznym miejscu; na dodatek bez ubrania — żeby nikt nie miał wątpliwości, że to zabójstwo a nie nieszczęśliwy wypadek. Można odnieść wrażenie, że morderca chciał, żeby zbrodnia została szybko ujawniona…


Ponury mit trwał od wieków


Wieść o znalezieniu w Czarnołozach zmasakrowanych, pokłutych nożem zwłok dziecka lotem błyskawicy obiegła Wojsławice i inne okoliczne osady w promieniu wielu wiorst. W iście ekspresowym tempie znaleziono „winnych” tej okropnej zbrodni. Zabójstwo Mikołaja Andrzejuka zostało uznane za mord rytualny, którego sprawcami mieli być Żydzi, stanowiący w drugiej połowie XVIII wieku znaczący odsetek mieszkańców Wojsławic.

Po Europie od wieków krążyły niesamowite opowieści o starozakonnych, porywających i w okrutny sposób mordujących chrześcijańskie dzieci. Ponoć wyznawcy judaizmu wytaczali z nich krew, której używano przy wyrobie macy, czyli tradycyjnego pieczywa Żydów, spożywanego w święto Pesach, obchodzone na pamiątkę wyzwolenia Izraelitów z niewoli egipskiej. Dodanie do macy krwi, pochodzącej od chrześcijańskich „dziatek” (najlepiej w wieku do 7 lat) miało stanowić religijny rytuał.

Chociaż nigdy nie udowodniono, że Żydzi takie praktyki kiedykolwiek stosowali, a oni sami, oskarżani o zabójstwa, nieodmiennie zaprzeczali zarzutom, twierdząc, że nie dodają krwi do macy, bo jest to sprzeczne z ich kanonem wiary, ponury mit trwał od wieków. Z inspiracji kół i środowisk niechętnym Żydom, między innymi duchowieństwa chrześcijańskiego, był on systematycznie podsycany. Od czasów średniowiecznych do końca Oświecenia ukazało się drukiem mnóstwo prac, dokumentujących rzekome morderstwa rytualne popełnione przez Żydów. Najbardziej znaną pozycją w Polsce jest „Męczeństwo św. Szymona z Trydentu”, historia spisana między innymi przez księdza Piotra Skargę i zawarta w „Żywotach świętych Starego i Nowego Zakonu”. Dwuletni Szymon zaginął przed Wielkanocą 1475 roku, co zostało połączone z wygłaszanymi wówczas kazaniami, w których obszernie relacjonowano żydowskie mordy rytualne. W Poniedziałek Wielkanocny jego ciało, ze śladami ran kłutych, znaleziono w rzece obok dzielnicy żydowskiej. O morderstwo oskarżono piętnastu Żydów trydenckich, którzy po długotrwałych torturach przyznali się do uprowadzenia i zamordowania dziecka. Zostali spaleni na stosie.

W starych księgach można zapoznać się z dokładnym opisem tej i wielu innych podobnych „zbrodni”, łącznie z najdrobniejszymi szczegółami dotyczącymi charakteru ran i umiejscowienia nakłuć na ciele dziecka. Czyta się to niemal jak instrukcję obsługi… Uwagę zwraca schematyczność takich historii. Początkiem prawie zawsze jest zaginięcie kilkuletniego dziecka (częściej chłopca niż dziewczynki) w okresie poprzedzającym święta Wielkanocne (w zbliżonym czasie wypada też żydowskie święto Pesach). Potem, zwykle po 1– 2 dniach od zaginięcia, znajdowane są zmasakrowane zwłoki. Charakter pośmiertnych obrażeń — tak przynajmniej wynika z dokumentów obdukcyjnych — jest zbieżny z opisem rzekomych mordów rytualnych, którym poświęcono tak wiele dzieł. Oskarżenie o zbrodnię, wydanie na męki i w konsekwencji skazanie na śmierć osób narodowości żydowskiej było już tylko konsekwencją wcześniejszych zdarzeń i głęboko zakorzenionych stereotypów.

Nie ma jednak wątpliwości, iż dzieci, o których zamordowanie w celach rytualnych oskarżano Żydów, rzeczywiście zginęły straszną śmiercią. W przeważającej większości była to śmierć zadana ludzką ręką. Prawdziwi sprawcy nigdy nie zostali ustaleni, choć można domniemywać, że były to osoby ze skłonnościami pedofilskimi i sadystycznymi. Zdarzało się też, że za ofiary mordów rytualnych brano dzieci, które zmarły np. w wyniku zarazy i miały na ciele ślady choroby nieco podobne do ran z opisów „męczeństwa dziatek chrześcijańskich”, zawartych w „uczonych księgach”.

W Polsce jedną z głośniejszych historii było oskarżenie rabina Jakuba Herca z Sandomierza o mord rytualny popełniony w 1710 roku na kilkuletnim Jerzym Krasnowskim. Rabina i paru innych członków lokalnej diaspory żydowskiej sądzono w Sandomierzu i w Lublinie. Oskarżeni, poddawani torturom długo nie przyznawali się do postawionych zarzutów. Rabin Herc nie wytrzymał mąk i zmarł w więzieniu, trzech innych Żydów sąd skazał na karę śmierci. Upiorną pamiątką zdarzenia sprzed 300 lat jest jeden z trzech obrazów autorstwa Karola de Prevot przedstawiających rzekomy mord rytualny. Obraz został kilka lat temu udostępniony publiczności i można go oglądać w katedrze sandomierskiej. Do obrazu dołączono tablicę wyjaśniającą kontekst historyczny powstania dzieła.


Pod wpływem bólu potwierdzili zarzuty


W Wojsławicach, w odróżnieniu od wielu innych miejsc w Polsce, opowieści o Żydach mordujących dzieci na macę, przez długi czas nie znajdowały podatnego gruntu. Dość częstym zjawiskiem w czasach „złotej wolności szlacheckiej” było zakładanie miast przez potężnych magnatów, którzy, będąc fundatorami między innymi kościołów, klasztorów i instytucji pożytku publicznego, stawali się de facto właścicielami tych grodów, sprawując w nich nieograniczoną władzę. Przykładem może być Zamość, założony przez Zamoyskich. Prywatnym miastem były również Wojsławice. W połowie XVIII wieku należały do wojewody wołyńskiego Mikołaja Potockiego. W tamtym okresie miasteczko korzystało z nadzwyczajnej koniunktury na polskie płody rolne i dzięki temu rozwijało się jako znaczący ośrodek handlu i usług.

Gmina żydowska istniała w Wojsławicach od XVI wieku. Żydzi zasiedlali głównie domy przy rynku. Prowadząc działalność handlową i rzemieślniczą, przynosili właścicielom miasteczka pokaźne zyski. Mikołaj Potocki był człowiekiem rozumiejącym prawa ekonomii i z tego względu tolerował w Wojsławicach obecność Żydów. Nikt nie próbował ich stąd wyrzucić, mogli bez przeszkód się modlić, a wszelkie przejawy wrogości wobec tej grupy wyznaniowej były tępione w zarodku.

Sytuacja zaczęła się zaogniać po śmierci wojewody w roku 1749. Stery rządów w miasteczku przejęła wdowa, Marianna Teresa Potocka. Wojewodzina jako dogmatyczna katoliczka, słynęła z radykalnych, fundamentalnych wręcz poglądów religijnych. Nigdy nie ukrywała wrogości wobec wyznawców judaizmu. Przyjaźnie odnosiła się natomiast do ruchów neofickich, których przedstawiciele, zaczęli osiedlać się w Wojsławicach, korzystając zresztą z hojnego wsparcia wojewodziny.

Bez wątpienia zabójstwo Mikołaja Andrzejuka stało się dla niej okazją do zamanifestowania wrogiego stosunku do Żydów. Jedna z wersji tej historii mówi, iż Potocka bardzo szybko zjawiła się w miejscu znalezienia zwłok chłopca. Tłum włościan rozstąpił się, dając jej przejście.

— Boleję niezmiernie nad tą śmiercią straszną i niezasłużoną. I chcę wam ze szczerego serca pomóc. Musicie mi jednak dać dziecię — zażądała. Gdy zwłoki zostały umieszczone w kolasce, nakazała stangretowi jechać co koń wyskoczy do Chełma. Tam miała zlecić przeprowadzenie badań pośmiertnych pokłutego ciała. Mając w ręku atut w postaci opisu ran, o jakich mówiło się, że Żydzi zadają dzieciom, by wytoczyć z nich krew, mogła otwarcie wystąpić przeciwko wojsławickiemu kahałowi, wpływać na śledztwo i ferować wyroki wobec „winnych”.

Najprawdopodobniej Marianna Potocka zainspirowała też anonimowego artystę do namalowania obrazu, podobnego w treści do płótna, które do dziś znajduje się w katedrze w Sandomierzu. „Dzieło” przedstawiające zmasakrowane zwłoki dziecka, z informacją, iż jest ono ofiarą „niewiernego Żydostwa”, przez 200 lat wisiało w kościele w Wojsławicach i każdy mógł je oglądać. Dopiero po II Soborze Watykańskim, który odbył się w 1962 roku obraz został zdjęty z widoku publicznego.

W całej tej historii wojewodzina Potocka była jednak tylko jedną z wielu marionetek. Za sznurki pociągał ktoś zupełnie inny. Ale nie uprzedzajmy wypadków…

Podstawą do wszczęcia śledztwa w tej sprawie a następnie wniesienia oskarżenia o morderstwo było zeznanie pewnej kobiety, która zgłosiła się do wojsławskiego duchowieństwa katolickiego a następnie powtórzyła zeznanie w obecności administratora miasta, burgrabiego Adama Rojeckiego. Niewiasta przedstawiła się jako żona jednego z wojsławskich rabinów.

— Ciężko mi przychodzi powiedzieć prawdę, ale wobec tej krwi niewinnie przelanej milczeć nie mogę — obwieściła drżącym głosem. — Wszystko, co wiem o zbrodni tego dziecięcia, przekazać zamierzam.

Kobieta złożyła zeznanie obciążające Żydów z Wojsławic i innych pobliskich miejscowości odpowiedzialnością za morderstwo w celu rytualnym Mikołaja Andrzejuka. W następstwie tego oskarżenia, do więzienia zostało wtrąconych sześciu Żydów, między innymi rabini wojsławscy Sender Zyskieluk i Henryk Józefowicz oraz seniorzy gminy, Lejba Moszkowicz Siennickim zwany i Josek Szymołowicz, właściciel sklepu w Wojsławicach. Pozostali podejrzani zbiegli. Uwięzieni byli poddawani licznym torturom w celu przyznania się do morderstwa. Pod wpływem bólu zadawanego przez kata, potwierdzili stawiane im zarzuty.

Sprawa trafiła do sądu w Krasnymstawie. W aktach procesowych można przeczytać, że porwanie i zamordowanie chrześcijańskiego dziecka uknuli przedstawiciele kilku okolicznych kahałów (między innymi z Wojsławic i Chełma). Zbrodniczy zamysł narodził się w okresie poprzedzającym święto Pesach, które w 1761 roku wypadało pod koniec marca. Żydzi wojsławscy wiedzieli o małym chłopcu, mieszkającym na skraju wsi Czarnołozy, często biegającym samopas bez opieki osób starszych. Uprowadzenia dziecka miał dokonać niejaki Szrul, karczmarz z dóbr klucza stuleńskiego. Na drugi dzień po porwaniu, dziecko zostało dostarczone do Joska Szymołowicza, prowadzącego w Wojsławicach sklep. W sklepie czekali już między innymi między innymi Lejba Moszkowicz, Sender Zyskieluk i Henryk Józefowicz. „(…) rabin wojsławski nożem do obrzezania im zwyczajnego służącym ranę w ręce prawej, w żyle mediannie i w palcu małym zadał i tak poczęte przez rabina okrucieństwo inni także na to zgromadzeni Żydzi wykonywali i ciało dziecięce mocno (jako też urzędowa obdukcyja i okazowane ciała opiewa) pokłuli i krew niewinną do ostatniej kropli wytoczyli i gdyby im był czas pozwolił w beczkę do męczenia niemowląt umyślnie zgotowaną pomienioną dziecinę włożyć byli zamyślili.”

Wytoczoną krew mieli podzielić między siebie. Planowali też rozesłać ją w małych naczyniach do współwyznawców z okolicznych miast i wsi. Martwe ciało Mikołaja przewieziono do Czarnołozów, a mieszkający tam niejaki Mortek podrzucił je w krzaki nad Wojsławką. Ponadto oskarżonym postawiono szereg innych zarzutów, między innymi zabójstw, porwań kobiet i dzieci, kradzieży oraz profanacji eucharystii. Rabin Józefowicz nie doczekał końca procesu. Spodziewając się wyroku śmierci, sam ją sobie zadał, popełniając w więzieniu samobójstwo przez powieszenie. Pozostałych oskarżonych sąd skazał na poćwiartowanie żywcem. Ci zaś, którzy zdecydowaliby się przyjąć chrzest, mieli zostać ścięci mieczem. Podsądni, z wyjątkiem jednego, przystali na to. Wyroki zapadły we wtorek przed dniem świętych Wita i Modesta, czyli w czerwcu 1761 roku

Po wykonaniu egzekucji przez kata, ochrzczonych pochowano w obrządku katolickim. Natomiast ciało rabina, który popełnił samobójstwo, uwiązano u końskiego ogona, następnie wleczono przez miasto i na koniec spalono na stosie a proch został „na wiatr rozrzucony”.

Po procesie rozpętało się piekło. Mieszczanie wojsławscy zaczęli podejmować próby wyrzucenia Żydów z miasteczka. Ten cel został niebawem osiągnięty. Zabójstwo Mikołaja Andrzejuka stało się zarzewiem pożaru, którego konsekwencje były odczuwane przez wiele dziesięcioleci.


Ten, który pociągał za sznurki


Proces wojsławskich Żydów i wydarzenia, które nastąpiły później, odbiły się szerokim echem w Polsce i poza jej granicami. Budziły zainteresowanie nawet w Stolicy Apostolskiej. Jeszcze przed wydaniem przez krasnostawski sąd wyroków skazujących, pojawiły się wątpliwości co do prawdziwości zarzutów. Wskazywano nikłość oskarżenia, opartego de facto na jednym zeznaniu (te, które wymuszono torturami, nie miały wartości). W aktach sądowych nie ma słowa na temat badania domniemanego miejsca zbrodni, a przecież gdyby do morderstwa doszło w sklepie Joska Szymołowicza, to powinny zachować się tam jakieś ślady. Nie trzeba było dedukcyjnego geniuszu na miarę Herculesa Poirot, by odkryć prowokację.

Kobieta, która złożyła zeznanie obciążające Żydów, podająca się za żonę wojsławskiego rabina, wcale nie nią była! Nie przyszła do burgrabiego w celu wyjawienia prawdy o zbrodni, ale żeby wykonać zlecone jej zadanie!

Niewiasta należała do sekty religijnej, która kilka miesięcy wcześniej osiadła w Wojsławicach. Byli to frankiści. Nazwę przyjęli na cześć swojego przywódcy, Jakuba Lejbowicza Franka (1726– 1791), żydowskiego kupca, mistyka, cadyka, filozofa, kabalisty, działacza społeczno– politycznego, reformatora religijnego i samozwańczego proroka. Frank zajmował się także astrologią i alchemią, a pod koniec życia został… baronem. Z całą pewnością był charyzmatycznym przywódcą, żądnym władzy nad umysłami i majątkami żydowskich tłumów i człowiekiem nie przebierającym w środkach by ten cel osiągnąć.

Jakub Frank urodził się na Podolu. Uchodził za bardzo zdolne i sprytne dziecko. Dość powiedzieć, że w wieku 13 lat posiadał własną karczmę! Od wczesnej młodości był zwolennikiem ruchu sabataistycznego, którego jednym z głównych założeń było łączenie się z Bogiem w ekstazie i odrzucenie praktyk judaizmu. Jako heretyk został usunięty z gminy żydowskiej i obłożony anatemą. Cała jego rodzina musiała opuścić Rzeczpospolitą. Przebywał między innymi w Turcji, gdzie studiował kabałę. Ogłosił się Mesjaszem i utworzył w Salonikach własną szkołę religijną, opartą na założeniach sabataistycznych.

W połowie XVIII wieku polscy zwolennicy tego nurtu namówili Franka do powrotu do Rzeczpospolitej. Tu utworzył sektę, której zwolennicy nazwali się frankistami. Powstała sprawna organizacja, w której obowiązywało ślepe posłuszeństwo i wykonywanie wszystkich poleceń przywódcy.

Nauka Franka odrzucała Talmud, nakazywała natomiast przyjęcie chrztu. Przyjęcie katolicyzmu było sprytnym zabiegiem, mającym na celu pozyskanie przychylności polskiego duchowieństwa. Sam przywódca w 1759 roku ochrzcił się aż dwukrotnie. Za drugim razem, 18 listopada, do chrztu w warszawskiej katedrze św. Jana prowadził go król August III Sas. W ten sposób działalność sekty została de facto oficjalnie usankcjonowana przez dwór królewski i kler, dążący do stworzenia stabilnego i zjednoczonego wyznaniowo państwa.

Jednakże frankiści oddawali się praktykom bardzo odległym od religii chrześcijańskiej. Należały do nich między innymi orgiastyczne rytuały, polegające na… wymianie żon między członkami sekty i ponoć na uprawianiu kazirodczego seksu. Frankiści popadali w nieustanne konflikty z prawowiernymi Żydami, którzy ich nienawidzili i próbowali postawić przed sądami rabinackimi. Jakub Frank umiał sobie jednak doskonale radzić z wrogami. Był niezwykle przebiegły, potrafił planować z dużym wyprzedzeniem. By zyskać sprzymierzeńców wśród wyższego duchowieństwa, możnowładców i urzędników państwa, frankiści uciekali się do gróźb, szantażu i przekupstwa. Oprócz głoszenia swojej religii, Frank prowadził prężną działalność gospodarczą, między innymi próbując za pomocą zastraszeń, kontrolować rynek niektórych towarów. Był nie tylko przywódcą sekty religijnej, ale także organizacji o charakterze mafijnym…

Pod koniec 1760 albo na początku 1761 roku grupa frankistów osiedliła się w Wojsławicach. Marianna Potocka przyjęła neofitów z otwartymi ramionami, oddając im na siedzibę jeden ze swoich dworków. Cel przybycia został jasno określony przez guru — przejąć majątki Żydów i zdobyć władzę nad miasteczkiem. Sam Frank do Wojsławic nie mógł przyjechać, bo przebywał w tym czasie w klasztorze na Jasnej Górze jako więzień. Zbuntowani członkowie sekty, być może dostrzegający prawdziwe oblicze przywódcy, donieśli na niego do władz kościelnych a sąd konsystorski skazał Franka na pobyt w celi klasztornej. Nie przeszkadzało mu to w dyskretnym sterowaniu wydarzeniami w Wojsławicach.

Ciesząc się poparciem wojewodziny, frankiści przystąpili do działania. Próbowali wzbudzić nienawiść katolickich mieszkańców miasteczka do Żydów i doprowadzić do wypędzenia tych ostatnich z Wojsławic. W tym celu między innymi kolportowano ulotki i broszury, w których pisano o mordach rytualnych popełnianych przez wyznawców judaizmu. Ponieważ „czarny PR” nie przynosił spodziewanych rezultatów, bo mało kto wierzył w te brednie, guru zdecydował o realizacji planu B.

Z niemal stuprocentową pewnością można stwierdzić, że członkowie sekty porwali i zamordowali Mikołaja Andrzejuka. Następnie obciążyli odpowiedzialnością za zbrodnię miejscowych Żydów, wysyłając do duchowieństwa i administratora miasta „żonę rabina”, która złożyła oskarżycielskie zeznanie. 21 czerwca 1761 roku a więc w kilka dni po procesie krasnostawskim. Jakub Frank miał wysłać jednemu z najbliższych współpracowników wiadomość, nakazując rozpoczęcie „starań o Wojsławice”. Najprawdopodobniej chodziło o przejście do kolejnego punktu planu, czyli wzniecenie pogromu i wygnanie Żydów z miasta. W Wojsławicach mogli jednak pozostać ci, którzy przystąpili do sekty i przeszli na katolicyzm.


*


Na tym nie koniec. Rabin Henryk Józefowicz, który powiesił się w areszcie, miał przed śmiercią rzucić klątwę na Wojsławice i wszystkich jego mieszkańców. Już w 1763 roku w mieście wybuchła epidemia czarnej ospy, a następnie okolicę nawiedziła plaga żab… Wierzono, że klątwa zaczyna się spełniać. Marianna Teresa Potocka, która w znacznym stopniu przyczyniła się do oskarżenia i skazania Żydów, ufundowała pięć kapliczek wotywnych, które wzniesiono przy wjazdach do miasta. Wojsławic chronią: św. Jan Nepomucen, św. Florian, św. Tekla oraz święci Barbara i Michał.

Zaraza zdziesiątkowała członków sekty. Ci, którzy pozostali przy życiu, w 1764 roku opuścili miasteczko. Ruch frankistów stopniowo tracił na znaczeniu, a po śmierci przywódcy, rozpadł się.

W wyniku pogromu, z Wojsławic wyrzucono blisko połowę mieszkańców. Miasteczko dotknęła zapaść gospodarcza. Dopiero następna właścicielka grodu, córka Marianny Teresy Potockiej, Humbelina Kurdwanowska w 1780 roku zezwoliła na powrót do Wojsławic żydowskich kupców i rzemieślników.

Kochankowie z piekła rodem

Półtora wieku temu niewielka wieś pod Kraśnikiem była scenerią morderstwa, które odbiło się głośnym echem w całej ówczesnej Guberni Lubelskiej. Było obszernie relacjonowane przez gazety codzienne i tygodniki. Sprawcy zaplanowali zbrodnię na długo przed jej popełnieniem. Z chłodną konsekwencją zrealizowali potworny zamysł, zadbali również o zapewnienie sobie alibi.

Nie spodziewali się, że prawda kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Trafili jednak na trudnego przeciwnika. Człowiek ten ledwie umiał pisać i czytać, ale przenikliwym umysłem i spostrzegawczością niewątpliwie nie ustępował najtęższym detektywistycznym umysłom. W dużej mierze dzięki niemu zbrodnia została wykryta a sprawcy trafili pod sąd.


Przed tygodniem zranił się w nogę


30 stycznia 1872 roku Andrzej Bućkowski, właściciel osady rolnej we wsi Pułankowice, zbudził się około północy słysząc odgłosy dobijania się do drzwi. Narzucił na siebie jakiś płaszcz i poszedł otworzyć. W progu mieszkania stała sąsiadka Agata Łukasikowa. Była blada i roztrzęsiona. Małżeństwo Łukasików gospodarowało na kilkunastu morgach gruntu nieopodal Bućkowskiego.

— Andrzeju, pomóżcie! Michał mój życie zakończył, nieborak! — zawołała i zaniosła się głośnym płaczem.

Zataczała się jak pijana lub niespełna rozumu, więc Bućkowski wziął ją pod ramię, wprowadził do izby i posadził na krześle. Sam także był porażony tragiczną wiadomością. Jak to możliwe, że Michał nie żyje? Przecież widział go całego i zdrowego nie dalej niż dziś po południu. Gdy szloch Agaty nieco ucichł a jej wzrok stał się bardziej przytomny, udzieliła pierwszych wyjaśnień. Opowieść brzmiała przerażająco.

Powiedziała, że mąż przed tygodniem zranił się w nogę na podwórzu, gdy coś robił koło domu a dziś w nocy powracając do chałupy, uderzył chorą nogą o framugę drzwi. Stękając z bólu, który musiał być dotkliwy, ułożył się na ławie. Agata przykryła go parcianką a pod głowę wsunęła mu worek z sieczką.

Zaraz potem rzeczy straszne zaczęły się dziać. Michał począł jęczeć, chrapać, tłuc się o ławę, komin i piec jak szalony. Myślałam, że ani chybi zły duch go opętał. Drżąc ze strachu siedziałam na łóżku obok, co chwilę na niego zerkając. Po pół godzinie ucichł zupełnie, a gdy bliżej ławy podeszłam, zobaczyłam Michała nieżywym i zaraz do was przybiegłam — mówiła, ocierając co chwilę łzy.


Coś się nie zgadzało


Bućkowski czym prędzej zbudził posługaczkę Zofię Koprówną po czym we troje udali się do sąsiedniej osady. Weszli do mieszkania Łukasików. Ciało młodego mężczyzny leżało twarzą do sufitu na ławie, która stała przy piecu. Łukasik nie poruszał się, jego wzrok był szklisty i martwy. Głowa nieboszczyka spoczywała na worku sieczki. Jedną nogę miał przykurczoną i opartą o komin, drugą zgiętą ku ziemi. Do pasa był okryty starą parcianką.

Andrzej Bućkowski spytał wdowy, czy po stwierdzeniu zgonu męża dotykała zwłok i czy ktoś jeszcze w tym czasie wchodził do izby, bądź z niej wychodził. Tłumaczył, że w przypadku nagłej śmierci takie rzeczy są bardzo ważne, więc powinna sobie wszystko dokładnie przypomnieć. Zapewne trzeba będzie powiadomić policję, która przeprowadzi śledztwo żeby wyjaśnić przyczynę zgonu.

Nie umknęło mu, że po oczach Agaty Łukasikowej przemknął cień strachu, zanim na oba pytania odpowiedziała przecząco. Następnie nakazał komornicy Koprównej pozostanie z Łukasikową a sam udał się do ojca Michała Łukasika, żeby przekazać mu smutną wiadomość. Coś mu się nie zgadzało w tej historii, nie wiedział jednak co jest źródłem jego wątpliwości…


Ciosy w lewą skroń


Zrozpaczony ojciec nie uwierzył, że syn zmarł na skutek ataku choroby. Michał był młodym krzepkim mężczyzną, nigdy nie cierpiał na poważne dolegliwości. Po rozmowie z Bućkowskim stary Łukasik był przekonany, że Michał został zamordowany. Od skaleczenia można umrzeć, jeśli rana jest zanieczyszczona i wda się zakażenie, ale jednak objawy gangreny są inne. Zranione miejsce przybiera ciemnobrązową barwę, pojawia się obrzęk. Tu tego nie było.

Ojciec podejrzewał otrucie. Następnego dnia udał się do Janowa Lubelskiego i o zagadkowej śmierci syna rozmawiał z wójtem. Ten z urzędu powiadomił sąd o sprawie.

„Sąd z lekarzem przybywszy na miejsce, zastał trupa lezącego na słomie wśród izby. Przy powierzchownem obejrzeniu zauważono ślady zgnieceń na szyi, które wystąpiły w postaci małych podłużnych wklęsłości, a nadto krew czarną w ustach zmarłego” (Gazeta Sądowa, 1873, nr 34).

Przeprowadzona sekcja zwłok chociaż nie wykazała otrucia to dowiodła morderstwa. Michał Łukasik został kilkakrotnie uderzony z dużą siłą w lewą skroń twardym przedmiotem o dwóch guziczkowatych wyniosłościach, powodując ciężkie obrażenie, które doprowadziło do zgonu. Rany początkowo nie zauważono, ponieważ zasłaniały ją długie włosy denata. Ponadto stwierdzono, że Łukasik był duszony za gardło, prawdopodobnie przez silne skręcenie rąbka koszuli.

Brutalne i zagadkowe zabójstwo w małej podkraśnickiej wiosce budziło ogromne zainteresowanie opinii publicznej na ziemiach Guberni Lubelskiej. Na krótko przyćmiło nawet tragiczną śmierć w zamachu Richarda Southwella Bourke, wicekróla Indii, 6. hrabiego Mayo, które to zdarzenie miało miejsce w podobnym czasie. Z dnia na dzień wieści dochodzące z Pułankowic były coraz bardziej sensacyjne…


Zaplanowane morderstwo


Z Łukasikami mieszkała ich dwuletnia córka. W czasie zdarzenia dziewczynka spała w drugim pomieszczeniu. Z oczywistych względów dziecko pozostawało poza podejrzeniami. Z dorosłych osób w czasie śmierci Michała Łukasika, w domu była tylko jego żona.

Gdy wzięto ją na spytki, przekonywała, że mąż zmarł śmiercią naturalną, skutkiem rany na nodze, która powiększała się, powodując coraz większy ból. W czasie obdukcji zachowywała się nerwowo, próbując nie dopuścić medyka do pracy. Chciała mu nawet zapłacić, żeby Michała nie kroił, tłumacząc to… względami religijnymi. Takie zachowanie zostało przez sąd uznane za wielce podejrzane.

Wywleczono ją z domu i na oczach tłumu włościan zabrano do aresztu w Kraśniku. Została poddana szczegółowemu śledztwu, które w pełni dowiodło, że Agata Łukasikowa zaplanowała morderstwo męża. Ale sama nie zabiła. Zdaniem lekarza, ręka kobieca była za słaba, by mogła spowodować śmiertelne obrażenia u 30– letniego mężczyzny. W tej sytuacji nasuwał się wniosek, że Łukasikowa wpuściła mordercę do mieszkania i że działała z nim w porozumieniu. Proces sądowy w pełni dowiódł słuszności przyjętego toku rozumowania. Zbrodnicze ciosy zadał człowiek, z którym Agata utrzymywała pozamałżeński związek miłosny.

10 lat temu Michał Łukasik pojął za żonę córkę najbogatszego gospodarza z sąsiedniej wsi Wilkołaz. Zakochał się w niej, zauroczyła go swoją niebanalną urodą i wdziękiem. Tylko na początku, przez rok, może dwa lata, ich pożycie małżeńskie było zgodne. Rychło wszystko zaczęło się psuć. Kompletnie do siebie nie pasowali. Michał, łagodny i powolny z charakteru, miał opinię odludka. Choć liczył dopiero 31 lat, unikał hulanki i karczmy, nie znosił hałasu. Najchętniej spędzał czas przy pracy w polu a wieczorami lubił siedzieć w domu. Natomiast młodsza od męża o 5 lat Agata uwielbiała zabawy i wesołe towarzystwo rówieśników. Za nic nie chciała siedzieć w czterech ścianach mieszkania, tłumacząc, że prowadząc takie życie zanudziłaby się na śmierć.

Nie pójdziesz ze mną ty na tańce, to znajdzie się ktoś inny — mówiła i nie zważając na protesty, wychodziła wystrojona niczym żona dziedzica. W karczmie beztrosko spędzała czas w towarzystwie młodych przystojnych parobków, którzy po zakończonej zabawie odprowadzali ją niemal pod samo obejście, nie krępując się, że jej mąż może ich zobaczyć. Michał cierpiał z tego powodu, nie zdobył się jednak na to, żeby rozpędzić zalotników i skłonić Agatę do posłuszeństwa i poprawnego prowadzenia się, jak przystało na żonę gospodarza.

Potem sytuacja uległa zmianie. Niewykluczone, iż Agata zrozumiała, że zachowując się niegodnie, nie tylko ośmiesza męża, ale i sobie wystawia złe świadectwo. Być może gorzką prawdę wyjawili jej rodzice, ponieważ postawa córki pośrednio uderzała również w nich.

Nie chcąc rezygnować z zabawy, wybrała coś co można nazwać „złotym środkiem”. Odtąd w karczmie i na tańcach towarzyszył jej zawsze ten sam mężczyzna, Franciszek Latosz, przystojny młodzieniec, mieszkający po sąsiedzku z Łukasikami. Trudnił się się nie tylko rolnictwem. Jako uzdolniony tkacz, głównie rzemiosłem zarabiał na życie. Sprzedawał z zyskiem swoje wyroby jeżdżąc po jarmarkach w całym powiecie kraśnickim. Agata, pokazując się często z Franciszkiem, nie prowokowała jednak do plotek. Latosz był bowiem bratem ciotecznym Michała Łukasika.

Ten fakt zamykał plotkarzom usta. Któż bowiem podejrzewałby o niecne zamiary bliskiego krewniaka? Sam Łukasik wydawał się być ukontentowany z takiego obrotu sprawy. Uznał, że skoro nie potrafi zatrzymać żony w domu, to już trudno, niech chodzi sobie do miejsc, które lubi, ale w towarzystwie człowieka, który nie zawiedzie jego zaufania ze względu na łączące ich więzy krwi.


Nie kryli się z romansem


Aczkolwiek od dawna wiadomym jest, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu… Z czasem uśmiechy, wykwintne komplementy i namiętne pocałunki, jakimi Franek obdarowywał Agatę, nie dowodziły już, że czyni to wszystko jedynie z braterskiej życzliwości… Wręcz przeciwnie; tajemnicą poliszynela było, że Agata przyprawia mężowi rogi z Latoszem.

Nie kryli się z romansem, spotykając się w różnych miejscach w Pułankowicach, Kraśniku, Wilkołazie i we wsi Rudnik. Schadzki odbywali także u Latosza w mieszkaniu, a nawet w domu Łukasików, gdy gospodarz pracował w polu lub gdy pojechał na targ. Jeden ze świadków zeznał na rozprawie, że na kilka dni przed zabójstwem, zbrodnicza para widziana była w gospodzie w Kraśniku. W osobnej izbie szynkowej siedzieli przy stoliku tylko we dwoje i nawzajem częstowali się trunkami.

Oburzało to włościan do głębi. Michał był człowiekiem budzącym sympatię i szacunek. Choć odludek, to jednak życzliwy i chętnie pomagający w potrzebie. A że trochę powolny, ciężko myślący — to przecież nie jego wina. Z pewnością nie zasłużył na takie traktowanie przez kobietę, która przed świętym ołtarzem przysięgała mu miłość i wierność do grobowej deski…

Potem sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła. Łukasikowie długo nie mogli doczekać się potomstwa. Próbowali na różne sposoby, ale dziecka wciąż nie było. Stracili już wszelką nadzieję. Po 8 latach nieoczekiwanie okazało się, że Agata jest w odmiennym stanie. Michał zdawał sobie sprawę, że nie może być ojcem dziecka, które się urodzi, ponieważ od dłuższego już czasu nie współżył z żoną. Zapewne domyślał się — jak zresztą cała wieś — że jest to sprawka Franka Latosza. Brat cioteczny jasno pokazał, że święte więzy krwi znaczą dla niego tyle co nic…

Agata urodziła śliczną córeczkę. Fakt, iż dziewczynka w najmniejszym stopniu nie była podobna z rysów twarzy do Łukasika, nikogo nie dziwił. Jednakowoż Michał dziecko uznał i traktował najlepiej jak potrafił. Natomiast Latosza nie uważał już za krewniaka. Wcześniej nie lubił go jakoś szczególnie, ale i nie nienawidził. Teraz natomiast stosunki kuzynów uległy znacznemu pogorszeniu. Łukasik nie szczędził Latoszowi gorzkich słów, a tamten z kolei wyrzucał mu, że unieszczęśliwia żonę, nakazując jej siedzieć w domu, podczas gdy jej charakter domaga się innego trybu życia.


Gdyby Michał umarł…


Sytuacja w jakiej znaleźli się kochankowie nie była godna pozazdroszczenia. Cóż im z tej miłości, skoro nie mogli się nią cieszyć. Cała wieś stała po stronie zdradzanego męża, a na widok wiarołomnej żony pluto i odwracano się ze wstrętem. Łukasikowa obawiała się, że może nadejść dzień, gdy rozjuszony tłum pośród szyderstw i wyzwisk, wywiezie ją precz na wozie z gnojem z Pułankowic. Nieodległe to były czasy, kiedy tak właśnie rozprawiano się z ladacznicami…

Zapewne wielokrotnie mówiła do Franka, że nie będą mieć tu życia i że powinni jakoś temu zaradzić. Gdyby mąż umarł, byłaby wolna. Mogliby po odczekaniu żałobnego czasu choćby i wyjechać z Pułankowic i żyć tam, gdzie nikt nie znał ich przeszłości. Och, gdyby Bóg albo i diabeł zarządził, żeby Michał zmarł. Mąż cieszył się jednak zdrowiem i nie spieszyło mu się na tamten świat…

Śledztwo w sprawie zabójstwa Łukasika dowiodło, że nie była to pierwsza próba zgładzenia gospodarza przez parę kochanków. Przeszło dwa lata wcześniej w czas sianokosów Michał wrócił spracowany do domu późnym wieczorem. Gdy odkładał w sieni kosę w kąt, poczuł, że ktoś chwyta go za gardło. Zaczął wołać o pomoc, jednakże przebywająca w drugiej izbie żona nie pospieszyła na ratunek. Dopiero sąsiad, przechodzący w pobliżu ich obejścia usłyszawszy dobiegający z mieszkania hałas, przybiegł, żeby sprawdzić co się dzieje.

Na jego widok napastnik uciekł. Nie widziano twarzy mężczyzny, bo było ciemno. W pośpiechu pozostawił jednak w rękach Łukasika sukmanę. Okazało się, że stanowi ona własność Franciszka Latosza, który na podszewce wyhaftował swoje imię i nazwisko…

Wypadek ten Łukasik zgłosił do sądu, oskarżając brata ciotecznego o zamiar odebrania mu życia. Latosz temu zaprzeczył. Tłumaczył, że czując złość do krewniaka, chciał go tylko nastraszyć, nic więcej. Sąd Kryminalny w Lublinie, który rozpatrywał sprawę, z braku dostatecznych dowodów winy, uniewinnił Franciszka Latosza od zarzutu usiłowania zabójstwa.


Błąd za błędem


Nieudana próba nie skłoniła desperatów do zaniechania zbrodniczych zamiarów. Postanowili jednak odczekać, licząc, iż po dłuższym czasie nikt nie powiąże zabójstwa ze zdarzeniem sprzed 2,5 roku. Poświęcili ten czas na przygotowania do morderstwa. Nie wiadomo czy datę 30 stycznia 1872 roku wybrali przypadkowo, czy też kierowali się czynnikiem, którego nigdy nie wyjawili. Niewykluczone, że wpływ na decyzję miał fakt zranienia się w nogę przez Łukasika kilka dni wcześniej. Może chcieli to wykorzystać.

Przebieg zbrodni przedstawiał się następująco. Już w jakiś czas po wieczerzy, ale z pewnością na długo przed północą, gdy Łukasik spał na ławie, jego żona wpuściła do izby Franciszka Latosza. Kochanek miał przygotowane narzędzie zbrodni. Mogło to być duże polano z dwoma sęczkami blisko siebie. Uderzył nim kilkakrotnie gospodarza w głowę, ale śmierci jeszcze nie zadał. Łukasik zbudził się ze snu i widząc kim jest przeciwnik i jakie ma zamiary, przystąpił do walki o życie. Nie dał jednak rady młodszemu i silniejszemu kuzynowi. Ten w trakcie szamotaniny chwycił Michała za kołnierzyk koszuli i silnie skręcając oba końce zaczął dusić kuzyna.

Po chwili musieli spostrzec, że już po nim. Być może strudzony walką Latosz łaknął bodaj krótkiego odpoczynku. Tym bardziej, że podczas szarpaniny przeciwnik podrapał go w czoło i zranił w palce. Ale nie mieli czasu na wytchnienie. Przystąpili do zacierania śladów morderstwa, pozorując śmierć Michała na skutek ataku choroby. Przede wszystkim umyli go i zmienili mu koszulę, bo ta, w której został zabity, była poszarpana i poplamiona krwią. Uznali, że gdyby pozostawili go w niej, byłoby to podejrzane. Przecież nikt nie uwierzyłby, że tyle krwi wzięło się od chorej nogi.

Przebranie nieboszczyka było dużym błędem, na który pierwszy zwrócił uwagę Andrzej Bućkowski i przekazał swoje spostrzeżenia urzędnikom policyjnym. Sprawcom nie przyszło na myśl, że czysta, niewymięta koszula na człowieku, który rzekomo przez pół godziny miotał się z bólu, uderzając ciałem o komin i piec, również wzbudzi podejrzenie.

Starą koszulę najprawdopodobniej spalili. Podczas ścisłej rewizji mieszkania Łukasików, wydobyto z pieca popiół. Znaleziono w nim szczątki materii, która po dokładnej analizie chemicznej, wykonanej przez Urząd Lekarski, okazała się płótnem. A koszula, którą miał na sobie przed śmiercią Michał Łukasik, była płócienna.

Sprawcy nie wzięli też pod uwagę, iż parcianka, którą — wedle oświadczenia wdowy — Łukasik przykrył się, gdy wrócił obolały do mieszkania, musiałaby się z zsunąć z niego w czasie choroby. A jednak był nią opatulony, kiedy w mieszkaniu zjawił się sąsiad. Z tej samej przyczyny z ławy spadłby na podłogę worek z sieczką, jaki nieboszczyk miał podłożony pod głowę.

Kolejny błąd popełniła Agata Łukasikowa. Powiedziała, że po ustaniu u Michała ataku choroby i stwierdzeniu, że mąż właśnie wyzionął ducha, natychmiast pobiegła do sąsiada, z którym po paru minutach wróciła. Bućkowskiemu od początku wydawało się to podejrzane. Nie omieszkał dotknąć nieboszczyka i stwierdził potem pod przysięgą, że ciało było zupełnie chłodne. A to znaczyło, że wdowa nie mogła pójść do Bućkowskiego bezpośrednio po śmierci Łukasika. W ciągu niespełna kwadransa — jaki rzekomo upłynął od zgonu do pojawienia się sąsiada — zwłoki nie zdążyłyby ostygnąć w ogrzanym pomieszczeniu. Było to zupełnie niemożliwe. Przeprowadzający obdukcję lekarz uważał, że gospodarz został zabity co najmniej godzinę wcześniej.


Alibi funta kłaków niewarte


Mimo przygniatających poszlak, oboje zapierali się winy. Agata Łukasikowa wciąż utrzymywała, że mąż zmarł w następstwie nagłej choroby, którą początkowo brała za opętanie przez złego ducha. Przyznała się natomiast do związku miłosnego z Latoszem. Za to jednak niech ją sądzi sąd boski. Kryminalnemu nic do tego…

Franciszek Latosz w czasie postępowania zachowywał się butnie. Z hardą miną odpowiadał na pytania. Stwierdził, że nie mógł zabić brata ciotecznego, bo w czasie gdy on zginął, przebywał w innym miejscu. Miejscem tym była karczma w Rudniku, gdzie „do późnych godzin nocnych pił ze znajomymi”.

Alibi Latosza zostało gruntownie zbadane. Świadkowie, między innymi arendarz, potwierdzili, iż Franciszek kilka godzin zabawił w karczmie rudnickiej w dniu 30 stycznia. Ale dla śledczych nie stanowiło to dowodu niewinności młodzieńca.

— Skąd się u was wzięły zadrapania na twarzy i skaleczenia palców? — spytali podejrzanego.

— Ano wypiłem sporo gorzałki w karczmie i po wyjściu, poślizgnąłem się na śniegu. Upadłem na ziemię nieopodal studni przy drewnie na opał przygotowanym i pokaleczyłem się. Stąd też i rany wzięły się u mnie — odparł bez namysłu.

Być może spodziewał się, że śledczych zadowoli takie tłumaczenie. Ci jednak skrupulatnie dopytując świadków, dowiedzieli się, że Latosz — po pierwsze nie wypił dużo, bo ledwie 3– 4 kieliszki. Taka dawka alkoholu nie mogła spowodować u młodego zdrowego mężczyzny upojenia skutkującego utratą równowagi i upadkiem. Gdyby rzeczywiście przewrócił się koło studni, ktoś z pewnością zauważyłby ten wypadek. Ruch był spory, bowiem następnego dnia odbywał się w Guberni Lubelskiej powszechny spis rolny. Wielu „spisowych” (rachmistrzów) musiało wcześniej wyruszyć w drogę, między innymi do Janowa Lubelskiego i przed podróżą pokrzepiało się w rudnickiej karczmie. Po drugie — wcale nie zabawił w szynku „do późnej nocy”, lecz do godziny dziewiątej. O tej porze Łukasik jeszcze żył. I po trzecie — pewien starozakonny, mieszkający naprzeciwko karczmy, zeznał, że Latosz parę minut po dziewiątej zmierzał prosto ku drodze do Pułankowic. Zdaniem świadka, młody mężczyzna szedł pewnym krokiem i absolutnie nie wyglądał na pijanego.

Franciszek Latosz wyraźnie stracił pewność siebie, gdy pojął, że jego alibi nie jest warte funta kłaków. Wyrzucał kochance, że przez nią wplątał się w zbrodnię i zmarnował sobie życie. Natomiast Łukasikowa miała nadzieję, że jakoś wykręcą się sianem. W drodze do aresztu w Kraśniku stwierdziła lekkim tonem: „Jak trzeba będzie posiedzieć, to ja tam dłużej niż rok nie posiedzę”.

Nadzieja rozsypała się w proch. Sąd Kryminalny w Lublinie, wyrokiem z dnia 13 (25) września 1872 roku skazał Agatę Łukasikową na „pozbawienie wszelkich praw i oddanie do robót ciężkich w zakładach fabrycznych przez lat 22 i miesięcy sześć, zaś Latosza na pozbawienie wszelkich praw i zesłanie do robót ciężkich w kopalniach przez lat 12, z osiedleniem obojga na Syberii i innymi skutkami tej kary”. W wyniku rewizji wyroku, Sąd Apelacyjny Królestwa w 1875 roku obniżył karę Łukasikowej do 20 lat ciężkich robót. Tak czy inaczej, to już złamane życie…

Nie wiadomo jak potoczyły się dalsze losy „kochanków spod ciemnej gwiazdy”. Nie można wykluczyć, że jakimś zrządzeniem losu, spotkali się na Syberii. Może surowy, mroźny klimat nie ostudził ich miłości. Ale to już fantazjowanie i temat na zupełnie inną opowieść…

Rycaj — bandyta na zlecenie

Woźnica smagał konie batem, poganiany przez oprycha z kwadratową szczęką, który celował do niego z rewolweru. W powozie wykrwawiał się drugi bandyta; miał paskudną ranę brzucha i nieprzerwanie jęczał z bólu. Zmarł nim dojechali do granic majątku Świdniki.

Kompan zabitego nakazał stangretowi skręcić w las i tam zatrzymać karetę. Obszukał martwego towarzysza; zabrał mu przyczepioną do ubrania broń, następnie opróżnił jego kieszenie a na koniec ściągnął mu z nóg buty. Zwrócił się do woźnicy:

— Odwieź go z powrotem do dworu, niech go zakopią razem z tym psem Węgleńskim. Masz tu 10 rubli za fatygę. Jak będziesz kiedy w Skierbieszowie, to powiedz ludziom, że Rycaj zabity.

Powiedziawszy to bandyta objuczony łupami i przedmiotami zabranymi zmarłemu wyskoczył z powozu a po chwili zniknął w leśnym gąszczu.


Przestrzeń życiowa do zasiedlenia


Banda rozbójnicza Jana Rycaja działała przez kilka miesięcy. Chociaż od śmierci herszta minęło ponad 100 lat, współcześni mieszkańcy Zamojszczyzny znają tę postać z opowieści ojców i dziadków. I to jest swego rodzaju fenomen.

Takich band było przed wiekiem mnóstwo we wschodniej części województwa lubelskiego. Bandyci rekrutowali się z wyjętych spod prawa chłopów, jak również z byłych bojowców– rewolucjonistów, którzy sprzeniewierzyli się ideom niepodległościowym, by mordować i rabować dla zysku. Wszystkie te bandy stosowały podobne metody; przestępcy byli bezwzględni dla ofiar, zuchwali do granic rozsądku, nie wahali się zabijać przeciwników, a na terenie, gdzie działali, zastraszali miejscową ludność. A jednak nikt dziś o nich nie pamięta poza miłośnikami archiwaliów.

Czym zatem Jan Rycaj i jego podwładni zasłużyli sobie na pamięć potomnych? Otóż najprawdopodobniej nie była to zwyczajna banda zbójecka. Niewykluczone, że prolog tej historii rozegrał się na… dworze cara Mikołaja II i w rosyjskiej Dumie Państwowej.

6 lipca 1912 roku ustawą rosyjskiego parlamentu została utworzona gubernia chełmska. Był to obszar o powierzchni około 16 tysięcy km kwadratowych z blisko 1– milionową ludnością, wyodrębniony z części guberni lubelskiej i siedleckiej. W skład nowej guberni, potocznie zwanej Chełmszczyzną, weszły między innymi powiaty: bialski, hrubieszowski i tomaszowski (w całości) oraz większe lub mniejsze części chełmskiego, biłgorajskiego, zamojskiego i krasnostawskiego.

Inicjatywę utworzenia guberni chełmskiej wysunął prawosławny biskup chełmski Eulogiusz. Deputowani ochoczo poparli duchownego, wydzielenie guberni miało bowiem zapobiec oderwaniu Kraju Przywiślańskiego od Rosji w razie europejskiego konfliktu zbrojnego, o którym coraz częściej się mówiło.

Gubernia chełmska znajdowała się pod znacznie większą kontrolą administracji carskiej niż ziemie Kongresówki. Dla obywateli narodowości polskiej zamieszkujących tereny nowej jednostki administracyjnej, utworzenie jej oznaczało więc nasilenie rusyfikacji ze wszelkimi jej konsekwencjami.

Natomiast dla „istinnoruskich” (prawdziwych Rosjan) na 16 tysiącach kilometrów kwadratowych urodzajnej ziemi otwierała się „nowa przestrzeń życiowa” do zasiedlenia i zagospodarowania. Toteż zakusy na Chełmszczyznę rozpoczęły się jeszcze przed zakończeniem — w kwietniu 1913 r — procesu wytyczania granic guberni chełmskiej.


Co tam panie wojna światowa, my mamy swoją!


Na początku 1913 roku gazety rozpisywały się o możliwym konflikcie zbrojnym na niespotykaną dotąd skalę. Jednak społeczeństwo oddalało od siebie groźbę wybuchu wojny, oddając się uciechom życia towarzysko– kulturalnego. W wielkomiejskich salonach, ale także w dworkach na prowincji, belle epoque miała się znakomicie. Rozprawiano o coraz szybszych automobilach i innych nowych wynalazkach, które zrewolucjonizują świat, jak też o twórczości pana Prousta i jego cyklu powieściowym pod wielce frapującym tytułem „W poszukiwaniu straconego czasu”.

Mieszkańcy powiatów, które miały być włączone do guberni chełmskiej obawiali się, że nie upłynie zbyt wiele czasu od wejścia w życie ustawy Dumy, gdy ich swobody obywatelskie (których i tak nie mieli dużo) zostaną podeptane butem Moskala. Ale dręczył ich też problem innej natury. Od kilku miesięcy na terenie wspomnianych powiatów dochodziło do brutalnych napadów rabunkowych. Początkowo na włościan i sklepikarzy, potem również na dzierżawców i właścicieli majątków ziemskich. Sprawcy działali z zaskoczenia, rabowali pieniądze i kosztowności. Mieli na sumieniu morderstwa.

— Co tam, panie dobrodzieju, szybkie automobile czy wojna światowa — mówił z rezygnacją obywatel do obywatela przy obiedzie w zamojskiej „Centralce” i handlarz do handlarza na targu końskim w Turobinie. — Prawdziwą wojnę to mamy u siebie!

Bandycka szajka składała się z kilkunastu prymitywnych osobników, najprawdopodobniej niepiśmiennych chłopów, ale ich hersztem — jak wynikało ze spostrzeżeń pokrzywdzonych — był człowiek posiadający pewną ogładę, „chłopak piękny jak marzenie”, ubrany z miejska, poprawnie wysławiający się. Miał u podkomendnych duży posłuch.

Banda rozpoczęła swój krwawy marsz 17 grudnia 1912 roku w pobliżu wsi Rakołupy w powiecie chełmskim od zabójstwa strażnika ziemskiego Antoniego Semeniuka. Po zastrzeleniu go zrabowali mu pieniądze. Dokładnie miesiąc później, 17 stycznia 1913 roku w miejscowości Bończa najpierw osaczyli na drodze włościanina Mateusza Gołąba i zabrali mu konie, a następnie zjawili się na folwarku hrabiego Poletyły w Kraśniczynie i po sterroryzowaniu rewolwerami kasjera Giełżyńskiego zrabowali 600 rubli, broń i wartościowe futro. Odjechali dwoma wozami.

Strażnicy ziemscy ruszyli za bandytami w pościg, ale nie udało im się ich schwytać. Dopiero nazajutrz zatrzymali jednego z uczestników napadu, niejakiego Nowakowskiego, skazanego za zabójstwo na ciężkie roboty, który zbiegł z kazamatów. Dowiedzieli się od niego i przekazali informację policji, że hersztem bandy jest Jan Rycaj ze Skierbieszowa.

Nazwisko to nie było im obce. Rycaj, niegdyś czeladnik kowalski, już dobrych kilka lat temu porzucił uczciwe życie i stał się „zawodowym” przestępcą, dając się we znaki okolicznej ludności. Zaczynał od kradzieży gołębi i drobnych przedmiotów z komór i spiżarni w gospodarstwach wiejskich, by z czasem przerzucić się na grubszy asortyment w postaci bydła i nierogacizny. Został przyłapany na złodziejstwie i wyrokiem sądu skazany na 8,5 roku ciężkich robót w jednym z rosyjskich więzień. Podobno udało mu się uciec z roty aresztanckiej i jak gdyby nigdy nic wrócił w rodzinne strony żeby — pozostając nieuchwytny dla władz — po dawnemu żyć z kradzieży i rabunków.

Rycaj miał w Skierbieszowie żonę i trójkę dzieci; jak przychodziła po niego policja żona zawsze mówiła, że od dłuższego czasu nie widziała męża, który, jak utrzymywała, wyemigrował do Ameryki. Na dowód, że nie kłamie, pokazywała rzekomo napisane przez niego listy ze Stanów Zjednoczonych. Wiadomo było jednak, że nigdzie nie wyjechał, tylko ukrywał się w okolicy. Ludzie wiedzieli o tym, bo niejednokrotnie go widywali, jednak bali się jego zemsty i milczeli, gdy policja o niego rozpytywała.


Robota w Białowodach


Zeznanie złożone przez schwytanego Nowakowskiego zdawało się dowodzić, że Rycaj, zostawszy hersztem zorganizowanej bandy rozbójniczej, posługującej się bronią palną, wskoczył niejako na wyższy przestępczy poziom. No cóż, co by nie powiedzieć o niedoszłym kowalu ze Skierbieszowa, nie można mu było odmówić sprytu, inteligencji i zdolności przywódczych.

Powodzenie pierwszych skoków i poczucie bezkarności uskrzydliły bandytów. Ich aktywność zdecydowanie wzrosła w następnym miesiącu. 8 lutego — napad na właścicielkę sklepu we wsi Krasne, I. Różańską i napad tegoż dnia w tej samej wsi na sklep włościanina Jana Radomskiego. 19 lutego nieudany rabunek trzech koni włościaninowi Łukaszowi Buczko w Niewirkowie i zabójstwo Ignacego Mużyczuka. W tym samym dniu w sąsiadującej z Niewirkowem wsi Cześniki kradzież koni Mikołajowi Korylakowi i Pawłowi Samile.

24 lutego 1913 roku banda Rycaja dokonała głośnego napadu na majątek Jadwigi Czachórskiej w Białowodach. Dziedziczka była osobą bywałą w świecie, odebrała staranne wykształcenie, jej nieżyjący mąż Jan był bratem znanego malarza Władysława Czachórskiego; artysta po śmierci brata sprzedał rodową posiadłość w pobliskim Grabowczyku i na jakiś czas zamieszkał w Białowodach, w majątku bratowej. Namalował między innymi portret córki Henryka Sienkiewicza, Jadwigi, za co otrzymał w podzięce od pisarza– noblisty drogocenny żyrandol. Był też autorem cenionych obrazów o tematyce szekspirowskiej. Zmarł w 1911 roku w Monachium.

Dla bandytów nie miało to żadnego znaczenia. Po zapadnięciu zmroku przyjechali dwoma wozami konnymi. Było ich ośmiu, wszyscy uzbrojeni w mauzery, browningi i nagany. Czterech zostało na podwórzu, żeby przypilnować fornali i parobków. Pozostała czwórka weszła do dworu bocznym wejściem. W kuchni, gdzie robiono porządki po kolacji, w mgnieniu oka sterroryzowali browningami lokaja i pokojówkę.

— Prowadźcie do dziedziczki, jeśli wam życie miłe! — nakazali trzymając ich na muszkach.

Wystraszona służba wskazała im niewielki buduar w głębi domu. Nieświadoma śmiertelnego niebezpieczeństwa właścicielka majątku Białowody siedziała przy herbacie. Widok czterech drabów z rewolwerami w garści poruszył ją, ale starała się zachować zimną krew.

— Czym mogę panom służyć? — spytała sucho.

Rycaj zażądał od Czachórskkej wydania całej posiadanej gotówki i wszystkich wartościowych przedmiotów. Dziedziczka w milczeniu rzuciła na stół pugilares z pieniędzmi. Było w nim 800 rubli.

— Mało, dobrodziejko — stwierdził Rycaj. — A gdzie złoto, srebra, klejnoty rodowe?

Czachórska niedbałym gestem wskazała kredens, po czym sięgnęła po filiżankę z herbatą, nie interesując się poczynaniami zbirów. A ci, robiąc niemożliwy harmider, łapczywie rzucili się na srebrną zastawę stołową na 48 osób, srebrne platery i koszyki, i pakowali je do pojemnych worków, które przynieśli ze sobą. Wciąż jednak było im mało. Zażądali od dziedziczki oddania biżuterii osobistej, plądrowali każdy kąt gabinetu. Ich łupem stawały się pamiątki po zmarłym mężu i szwagrze dziedziczki. Czachórska zaapelowała do herszta.

— Zostałam zmuszona do wydania pieniędzy i kosztowności, więc bierzcie je sobie. Proszę jednak pana o zwrócenie uwagi swoim ludzi żeby poszanowali drogie memu sercu przedmioty, które dla panów nie przedstawiają dużej wartości.

— Bez obaw, łaskawa pani — zareplikował Rycaj z krzywym uśmiechem. — To dobre chłopaki i na pewno niczego nie poniszczą.

Przeszukiwali pokój i rabowali przez trzy godziny. Potem zgłodnieli i zażądali od właścicielki majątku jedzenia i alkoholu. Poszli z nią do kuchni a następnie do piwnicy skąd przynieśli kilka butelek wina. Nie dane im było jednak posilić się w spokoju, ponieważ na podwórzu rozległy się strzały.

Jeden z fornali, korzystając z tego, że czwórka pilnujących ich opryszków zajęła się flirtowaniem z dziewkami folwarcznymi, chciał się wydostać poza teren dworu, żeby powiadomić wieś o napadzie. Jego próba ucieczki została zauważona, bandyci zasypali go strzałami z rewolwerów. Jedna z kul trafiła odważnego fornala w nogę.

Zdarzenie to było dla bandy sygnałem do odwrotu. Odjeżdżając nakazali mieszkańcom dworu nie ruszać się nigdzie do północy. W przeciwnym razie wrócą i wystrzelają wszystkich jak kaczki. Pomimo tej groźby, gdy tylko ich wozy się oddaliły, wezwano telefonicznie pomoc. Ranny fornal został odwieziony do szpitala w Lublinie.


Policja przygląda się


Napad na dwór w Białowodach głęboko wstrząsnął opinią publiczną. Coś tak zuchwałego jak zbrojne najście bandyckie na dwór szlachecki, stanowiący ostoję polskiej tradycji i wartości narodowych, odbierano niemal jak zamach na świętość lub zapowiedź krwawej rewolucji, przed którą ostrzegała konserwatywna część społeczeństwa, wrogo nastawiona do modnych od pewnego czasu haseł o równości wszystkich stanów. Przecież równości nie było, nie ma i nie będzie. Każdy powinien znać swoje miejsce; pan jest panem, chłop jest chłopem — i niech tak zostanie, bo inaczej ludziom tylko miesza się w głowach.

Opinia publiczna była jednakowoż przekonana, że sprawcom napadu, którzy za daleko się posunęli w swoim bandyckim zacietrzewieniu, nie ujdzie płazem ta zbrodnia. Spodziewano się energicznego śledztwa, szybkiego wyłapania winnych i przykładnego ukarania ich przez sąd. Przypuszczano nawet, że sami bandyci — po niewczasie zrozumiawszy czego się dopuścili — opamiętają się, zaprzestaną dalszych zbrodni i ruszeni sumieniem dobrowolnie oddadzą się w ręce władzy.

Były to niestety pobożne życzenia. Zwłaszcza te o energicznym śledztwie. Do tej pory policja działała opieszale. Nie spieszyła się z przybyciem na miejsce przestępstwa. Dochodzenie prowadzone było w sposób zdawkowy, ograniczano się w zasadzie do spisania powstałych w wyniku napadu strat. O zorganizowaniu obławy na bandytów i wykorzystaniu do pomocy strażników ziemskich i okolicznych mieszkańców, którzy jako miejscowi znali teren i mogli wskazać przypuszczalne kryjówki przestępców, nie było mowy. Z całą pewnością policja nie prowadziła energicznego śledztwa lecz beznamiętnie przyglądała się rozgrywanym wypadkom.

W dwa tygodnie po napadzie na majątek Białowody bandyci zjawili się w Cześnikach w powiecie zamojskim, gdzie niedawno zrabowali chłopom konie. 5 marca 1913 roku wtargnęli do posiadłości Adama Sierakowskiego, syna uczestnika Powstania Styczniowego. Dziedzic na cały dzień wyjechał do Lublina wypłacić z banku większą sumę pieniędzy. Bandyci wiedzieli o tym. Musieli mieć wspólnika wśród służby dworskiej, który przekazał im te informacje. Zdecydowali się przyjechać wcześniej żeby najpierw obłowić się na pozostałych w domu mieszkańcach a następnie obrabować Sierakowskiego.

Zbliżała się godzina siódma wieczorem, we dworze przebywały cztery panie i jeden staruszek. Nagle drzwi do salonu się rozwarły, do środka weszli trzej mężczyźni. Pozostałych pięciu bandytów stało na straży na zewnątrz budynku. Jeden z przybyłych, cuchnący wódką kosmaty drab, bez słowa zerwał łańcuszek z szyi jednej z dam siedzących przy stole.

Został ostro zgromiony przez Rycaja. Herszt bandytów zwracał uwagę eleganckim ubiorem i gładkimi manierami. Powiedział do obrabowanej kobiety „proszę mu wybaczyć, to nieokrzesany mużyk”, ale łańcuszka jej nie oddał.

Zrabowali kilkadziesiąt rubli gotówką, srebra wartości 600 rubli i biżuterię pani domu oraz kobiet, które były z wizytą u Sierakowskich. Rycaj raz jeszcze okazał swoje „światowe” maniery i szeroki niewątpliwie gest. W pewnym momencie jedna z młodych mężatek spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.

— Madame… — ukłonił się.

— Niech pan weźmie wszystko inne, ale proszę o zwrot obrączki — powiedziała kobieta drżącym głosem.

— Wszystko inne — powtórzył smakując jej słowa i patrząc jej głęboko w oczy i dekolt. — Ależ oczywiście, jestem gotów gotów spełnić pani prośbę — powiedział grzecznym tonem. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął garść biżuterii. — Proszę sobie wybrać…

Ulitował się też nad guwernantką, obywatelką Szwajcarii, która oddała rabusiom dwie złote broszki i parę kolczyków. Był to cały jej majątek. Rycaj dowiedziawszy się o tym, nakazał kompanom zwrócić cudzoziemce biżuterię.

Pojawiła się szansa na sprowadzenie policji. Jeden ze służących wykorzystał nieuwagę pilnujących ich bandytów, niepostrzeżenie wymknął się z majątku i pobiegł do odległego o 4 wiorsty (nieco ponad 5 kilometrów) Jarosławca, skąd zatelefonował do Zamościa po policję. Informując o napadzie zaznaczył, że z zachowania bandytów można wywnioskować, że zamierzają oni dłuższy czas gospodarować w Cześnikach.

W odpowiedzi nakazano mu wracać do majątku, zachować spokój i poinstruować wszystkich, by nie podejmowali żadnych akcji przeciwko bandzie, tylko żeby czekali na ekipę śledczą.

I stała się rzecz zadziwiająca, a ściślej rzecz biorąc, nic się nie działo. Minęła godzina, potem druga i trzecia a policji wciąż nie było, mimo iż Cześniki od Zamościa dzieliła odległość 12 wiorst. Bandyci czekali do dziewiątej na powrót dziedzica. Jednak się go nie doczekali (jak się potem okazało Sierakowski z powodu awarii samochodu zanocował w Lublinie) i zdecydowali się na odwrót.

Inspektorzy policji zjawili się dopiero o drugiej w nocy, sześć godzin po wezwaniu. Nie mogli się nawet wytłumaczyć kiepskim stanem dróg na Zamojszczyźnie, gdzie w niektórych miejscach konie zapadały się po brzuch w błocie, ponieważ akurat wspomniany odcinek był utwardzony. Nie mieli zresztą zamiaru się tłumaczyć.

Uwagi poirytowanych domowników, że na skutek opieszałości policji, bandyci zdążyli uciec z łupem, nie zrobiły wrażenia na ponurych i kiepsko mówiących po polsku agentach śledczych. Bez ceremonii odprawili wszystkich, zażądali przydzielenia ciepłego pokoju, w którym spisali protokół, po czym zaczęli się szykować do opuszczenia majątku.

Skutek ich „interwencji” był taki, że nie niepokojeni przez nikogo bandyci bez przeszkód dotarli do Horyszowa Polskiego i napadli tam na dom Romana Grodeckiego, dzierżawcy majątku hrabiego Zamoyskiego. Postrzelili jedną osobę.

Dziennikarz Ziemi Lubelskiej opisując ten godny pożałowania incydent porównał zamojskich policjantów do żandarmów z wesołej operetki Gasparone autorstwa Karla Millöckera, którzy regularnie się spóźniają i przychodzą tylko po to aby skonstatować, że bandyci uciekli…


„Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią…”


Z każdym kolejnym napadem, dokonanym przez brutalną bandę, wzrastała psychoza strachu wśród właścicieli okolicznych majątków oraz fornali, parobków, sklepikarzy, rzemieślników. Obcy kręcący się po wsi budzili podejrzenie. Trwożny nastrój był tak wielki, że najmniejszy wypadek brano za bandycki napad.

W tych dniach w majątku Krupe w powiecie krasnostawskim, należącym do państwa Okołów– Kozarin, służba zauważyła w oborze niespokojnie zachowującą się krowę. Ponieważ zaobserwowano u niej objawy wścieklizny zdecydowano się ją prewencyjnie zastrzelić. Odgłos strzału wywołał niespotykaną panikę wśród mieszkańców wsi, przekonanych, że do dworu wtargnęli bandyci.

Fałszywy alarm miał również miejsce w Terebińcu pod Hrubieszowem i narobił jeszcze więcej zamieszania. Jakaś kobieta prała w rzece bieliznę. W pobliżu przechodziło dwóch nieznanych jej mężczyzn, którzy prowadząc ze sobą głośną rozmowę, wspomnieli, że wybierają się na obiad do dworu pani Podhoreckiej. Słysząc to praczka zesztywniała ze strachu; porzuciła tarę i kijanki i na łeb na szyję pognała do właścicielki majątku z ostrzeżeniem, że „zbiry właśnie się na drodze zmawiają na robotę”. Podhorecka chwyciła za słuchawkę telefonu i zadzwoniła do Hrubieszowa, skąd wysłano wojsko i straż ziemską z obławą. Wkrótce aresztowano owych dwóch jegomości, ale ponad wszelką wątpliwość okazało się, że nie są bandytami. Nigdy w życiu nie widzieli Rycaja, nie wiedzą kto zacz i absolutnie nie mieli w stosunku do mieszkańców dworu złych zamiarów. Znaleźli się po prostu w nieodpowiednim miejscu i czasie.

Ludzie żyli nie tylko w strachu o życie i mienie, ale również w gorzkim poczuciu osamotnienia. Jaskrawy przykład z Białowodów, Cześników czy Horyszowa Polskiego dobitnie obrazował, że w razie nieszczęścia nie ma co liczyć na pomoc i szybkie działanie policji, która jak na ironię wykazywała aktywność tylko wtedy, gdy informacje o napadzie okazywały się nieprawdziwe. Natomiast w sytuacji rzeczywistego zagrożenia była ślepa i głucha.

— I na cóż im mechaniczne konie, telefony, szybkostrzelne rewolwery, skoro nie potrafią nawet przybyć na czas? — pytano z bolesną retoryką.

Niektórzy nie mieli zamiaru ronić łez i bezczynnie czekać na wizytę opryszków. Wszak „kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią, mężom przystoi w milczeniu się zbroić” — i zupełnie serio brali sobie do serca napomnienie Adama Asnyka.

— Jeśli sami nie chwycimy za broń i nie damy im odporu, pozarzynają nas jak stado baranów — przestrzegali.

Szczególną aktywność w tworzeniu domowej samoobrony wykazywał Jan Węgleński, herbu Szreniawa, właściciel majątku Świdniki w Hrubieszowskim. Jednym z jego przodków był minister skarbu Królestwa Polskiego (nosił takie samo imię i nazwisko), który walnie przyczynił się do powstania w 1816 roku Uniwersytetu Warszawskiego. Szwagierką Węgleńskiego była Jadwiga Czachórska.

Jako człowiek systematyczny, dokładnie przeanalizował sposób w jaki dokonywane były napady. W tym celu kontaktował się z Czachórską po tym, jak banda Rycaja ograbiła ją z pieniędzy, kosztowności i pamiątek. Najważniejszym spostrzeżeniem była pora dnia. Za każdym razem banda (zwykle w liczbie ośmiu ludzi) przychodziła do majątków po zapadnięciu zmroku. Nigdy w biały dzień. Toteż z polecenia dziedzica bramę dworu i wszelkie wejścia do pomieszczeń mieszkalnych bezwzględnie zamykano wraz z wybiciem godziny piątej po południu. Służba miała surowo nakazane nie wpuszczać nikogo bez należytego wylegitymowania. Zachowanie takie wpoił nie tylko kamerdynerowi, lokajom i pokojówkom, ale również najbliższej rodzinie — żonie Marii i córce Janinie. Jako doskonały strzelec, zawsze miał pod ręką śrutówkę systemu Browninga.


Jatki w Świdnikach


Niestety, Węgleński popełnił w swoich kalkulacjach kardynalny błąd. Być może jako człowiek wierzący w systemy i porządek, nie dopuszczał myśli, że dla innych bogiem może być chaos.

Przyjął, że działająca według schematu banda nie zaatakuje w biały dzień, lecz o zmierzchu. Zapewne zapomniał, że prawie każdy system zawiera zmienne, które należy brać pod uwagę.

Chociaż starał się, żeby nikt niepowołany nie dowiedział się o podjętych przez niego środkach ostrożności, to musiały one dotrzeć do uszu bandytów, którzy przechytrzyli dziedzica.

To był poniedziałek 17 marca 1913, parę minut po drugiej po południu, czyli na trzy godziny przed zamknięciem bram dworu. Korzystając ze słońca i ciepłej jak na tę porę roku temperatury, czternastoletnia Janina Węgleńska bawiła się w ogrodzie. Naraz zobaczyła w oddali trzech mężczyzn zmierzających w kierunku bocznego wejścia do domu.

Jednego z nich, gorzelanego (pracownika gorzelni) w majątku ojca, znała. Dwóch pozostałych widziała po raz pierwszy.

Jeden z przybyszów miał niedźwiedziowatą posturę, kwadratową szczękę i niskie czoło, na które opadała grzywa czarnych przetłuszczonych włosów. Twarz drugiego była tak gładka i piękna, że czternastoletnia dziewczynka mogłaby się w nim zakochać.

Podkradła się bliżej i usłyszała rozmowę mężczyzn. Dwaj, których nie znała, nakazali gorzelanemu zaprowadzić się do gabinetu dziedzica. Zauważyła, że grożą mu rewolwerami. W jednej chwili zrozumiała, że to owi bandyci, o których papo mówi, że napadają na dwory.

Pomyślała, że idą zrobić mu krzywdę i ruszyła biegiem, żeby go ostrzec. Nie mogła jednak dostać się do pałacu tym samym wejściem, bo wówczas by się na nich natknęła. Pobiegła więc do drzwi frontowych. Gdy tylko znalazła się w środku, pojęła, że przybyła za późno. W przedpokoju pod gabinetem ojca stał pobladły lokaj; z jego barku ściekała struga krwi. Ujrzawszy Janinę pobladł jeszcze bardziej i szepnął zdrętwiałymi wargami „na Boga niech panienka tam nie wchodzi, strzelają!”.

Nie posłuchała go. Musiała ratować ojca. W chwili gdy otwierała drzwi do gabinetu, rozległ się huk wystrzału. Zobaczyła jak ojciec trafiony kulą w głowę, osuwa się na podłogę. Stojący naprzeciw niego zbir z kwadratową szczęką ściskał w garści rewolwer, z którego po strzale wydobywał się dym. Jego towarzysz leżał obok z raną brzucha.

Węgleński jeszcze żył. Ujrzawszy biegnącą do niego córkę i skierowaną w nią przez bandytę lufę mauzera, ostatnim wysiłkiem woli krzyknął, żeby się uchyliła. Dzięki temu ostrzeżeniu wystrzelona kula tylko niegroźnie drasnęła ją w bok.

Mimo bólu dziewczynka uklęknęła przy ciężko rannym ojcu i zaczęła się modlić w jego intencji. Ale nie mogła mu już pomóc. Po chwili Węgleński zmarł na oczach córki.

Potem spojrzała na zabójcę. Bandyta zaczął strzelać w jej kierunku z dwóch rewolwerów jednocześnie, nie czyniąc jej jednak żadnej krzywdy. Przestał dopiero gdy wyczerpały mu się magazynki. Huk wystrzałów sprowadził do gabinetu przebywającą w odległej części domu Marię Węgleńską. Dziedziczka stanęła w progu oniemiała. Zbir zdążył w tym czasie naładować rewolwery, po czym nakazał jej usiąść na podłodze przy córce i martwym mężu.

Po chwili rozkazał dziewczynce przynieść nóż. Gdy wykonała polecenie, powiedział:

— Na rodzonego ojca nóż przyniosłaś. Patrz teraz co ja z nim zrobię za to, że mi brata zastrzelił.

I na oczach dziedziczki i jej córki wielokrotnie wbił nóż w zwłoki Węgleńskiego i kopał go w głowę. Nie pozwalał im odwracać wzroku. Kres temu bestialstwu położył dopiero dogorywający w kącie Rycaj. Przykazał kompanowi dać już spokój i „zająć się interesem”.

Interesem — czyli rabunkiem. Bandyta posłuszny rozkazowi herszta zażądał od pani domu opatrzenia ran towarzysza a potem zrabował pieniądze i kosztowności na sumę ok. 1500 rubli. Nie wyglądał na usatysfakcjonowanego. Wtedy dziewczynka zdjęła z szyi medalik z chrztu i oddała mu go, błagając go, żeby oszczędził jej matkę.

Zbir spojrzał krzywo na medalik ale włożył go do worka z łupami, który następnie zarzucił sobie na ramię. Powiedział, że wychodzi. Ale nie sam. Zasłaniając się obiema Węgleńskimi i trzymając je na muszce, wyszedł wraz z nimi z pałacu.

Na podwórzu stała prawie cała służba i wszyscy folwarczni. W rękach rządcy, kucharza i gorzelanego połyskiwały dubeltówki. Ale cóż z tego? Nie mogli go unieszkodliwić, bo wciąż jak tarczami osłaniał się dziedziczką i panną Janiną.

Bandyta nakazał stajennemu przyprowadzić z powozowni karetę zaprzężoną w cztery konie a lokajowi wyniesienie z pałacu rannego herszta i delikatne ułożenie go w powozie. Zanim wykonano wszystkie polecenia, oddał kilka strzałów w powietrze.

— A teraz ruszaj z kopyta w las! — rzucił do woźnicy. Potem zwrócił się do stojących na podwórzu ludzi. — Jak kto będzie mnie ścigał albo strzelał do powozu, to wrócę i wybiję wszystkich co do nogi.

Dalszy przebieg wypadków zrelacjonował furman Buczak. Po ujechaniu kilku wiorst bandyta kazał mu zatrzymać powóz w pobliżu lasu. Jego kompan już nie żył. Obrabował go, po czym krzyknął do woźnicy, żeby wracał ze zmarłym do dworu.

— Niech niech go zakopią razem z tym psem Węgleńskim — rzucił. Wręczył Buczakowi 10 rubli i nakazał mu, żeby jak będzie w Skierbieszowie powiedział ludziom, że Rycaj padł. Po czym odwrócił się i z workiem na plecach pobiegł do lasu.

Furman zgodnie z poleceniem bandyty przywiózł ciało zastrzelonego przez dziedzica herszta do Świdników. Gdy tylko przyjechał, zemdlał na skutek nadmiaru przeżyć.

We dworze zjawiła się policja. I to bynajmniej nie miejscowi posterunkowi nadający się co najwyżej do ścigania złodziei drobiu. Na wieść o napadzie władze centralne wysłały z Warszawy do Świdników najzdolniejszych agentów. Mieli do dyspozycji techników kryminalistycznych. Jeszcze tego samego dnia nadzór nad dochodzeniem powierzono sędziemu śledczemu do spraw szczególnej wagi.

Reakcja policji była tym razem zupełnie inna niż w przypadku wcześniejszych dokonań bandy Rycaja. Warszawscy agenci, spośród których kilku podobno zdobywało policyjne szlify, praktykując w Scotland Yardzie, natychmiast zabrali się do pracy, przesłuchiwali świadków, zabezpieczali ślady a za zbiegłym bandytą wysłano grupę pościgową z psami tropiącymi.

Zabity dziedzic należał do szczególnie zajadłych krytyków nieudolnych poczynań policji. Wielokrotnie wręcz zapowiadał, że tak tego nie zostawi. Czy gdyby mógł zobaczyć śledztwo prowadzone w jego sprawie, odwołałby swoje oskarżenia? Czy byłby chociaż zdumiony tą metamorfozą? Otóż niekoniecznie…


Koniec bandy Rycaja


Przez dwa tygodnie kilkudziesięciu agentów policyjnych penetrowało wsie, lasy, każdy przysiółek w gminie Grabowiec, depcząc po piętach bandycie. Ten jednak, świetnie znający okolicę, parokrotnie sprytnie wymykał się obławom.

Ale jego los, wobec tak zmasowanych sił policyjnych, był przesądzony. Został pojmany 31 marca 1913 roku w majątku Niedziałkowice w domu pewnego chłopa. Aresztowania dokonał naczelnik straży ziemskiej, kapitan Bazyli Preobrażenski. Przy bandycie znaleziono dwa rewolwery browning, 80 rubli w gotówce i złoty zegarek — własność zamordowanego Jana Węgleńskiego.

Zatrzymany mówił o sobie „Czarny”. Tak kazał zwracać się do siebie włościaninowi, w domu którego się zamelinował. Do protokołu oświadczył, że nazywa się Stępniak. Ale jego prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Dymitr Dzińkowski. 25 lat, karany.

Bezpośrednio po zatrzymaniu Dzińkowski przyznał się do 24 zabójstw. Niewykluczone, że takim oświadczeniem chciał zaimponować kapitanowi Preobrażenskiemu.

W ciągu kolejnych tygodni wyłapano pozostałych członków bandy. Jeden z nich, niejaki Jan Niemiec został ujęty w Rotterdamie.

Sprawę Dymitra Dzińkowskiego rozpoznawał warszawski sąd wojskowo– okręgowy. Oskarżonemu zarzucano zabójstwo obywatela Węgleńskiego i udział w napadzie na majątek Świdniki, udział w zbrojnych napadach na majątki: Białowody, Cześniki i Horyszów Polski, współudział w zabójstwach strażnika ziemskiego i włościanina oraz szereg pomniejszych napadów na chłopów i sklepikarzy, rabunek gotówki, kosztowności i koni.

W toku przewodu sądowego Dymitr Dzińkowski przyznał się do większości zarzutów, zaznaczając, że główną odpowiedzialność za zbrodnie ponosi przywódca bandy, nieżyjący Jan Rycaj. Dzińkowski, jako jego podkomendny, w zasadzie tylko wykonywał rozkazy herszta. Przypadające na niego części łupów z napadów w większości przepił.

Jesienią 1912 roku „Czarny” uciekł z rot aresztanckich na które był skazany za kradzieże. We wsi Cieszyn spotkał na swojej drodze Jana Rycaja. Swój poznał swego — najpierw popełniali we dwóch drobne kradzieże, potem wyszukawszy jeszcze paru rzezimieszków, zaczęli na terenie kilku powiatów napadać na chłopów folwarcznych i właścicieli wiejskich sklepów. Z czasem na majątki ziemskie.

Rycaj mówił, że chce zrabować większą sumę pieniędzy, żeby wyjechać za granicę. Nikt w bandzie nie kwestionował jego przywództwa. Ledwie potrafiącym się podpisać opryszkom Rycaj niewątpliwie imponował obyciem, elegancją, gładką mową a także sprytem i przebiegłością. To on decydował kiedy i gdzie przeprowadzić napad. Potem nakazywał szybką ewakuację z miejsca zbrodni. Sprawiedliwie dzielił łupy.

Dzińkowski stanowczo zaprzeczał, że zabił Węgleńskiego, zrzucając winę na Rycaja. Kłam jego słowom zadała córka zamordowanego dziedzica, która stanowczo stwierdziła, że do ojca strzelał obecny na sali sądowej oskarżony, którego pokazała sędziom. Wspólnika Rycaja obciążyła też pani Węgleńska.

1 czerwca 1913 roku Dymitr Dzińkowski został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano w ciągu 24 godzin od jego ogłoszenia. Tym sposobem banda Rycaja przestała istnieć. Jednak echa jej działalności jeszcze nie umilkły.


Węgleński odkrył spisek?


Napady i morderstwa dokonywane przez szajkę nieuchwytnych opryszków były atrakcyjnym tematem dla goniącej za sensacją prasy. O Rycaju pisały niemal wszystkie wychodzące wówczas dzienniki, a także Tygodnik Ilustrowany oraz poważny dwutygodnik popularno– naukowy „Jutrzenka”.

Skupiano się przede wszystkim na doniesieniach z ostatniej chwili i na relacjonowaniu przebiegu napadów, nie unikając drastycznych opisów zbrodni. Nie doszukiwano się natomiast w działalności bandy drugiego dna. Nie próbowano odczytać tego „białego”, które się kryło między wierszami, w zamian karmiąc czytelników strugami krwi i kanonadami kul z browningów. Był jednak wyjątek. Według dziennikarzy wydawanego w Krakowie Ilustrowanego Kuryera Codziennego sprawa miała zaskakujący i mroczny kontekst.

Po kilku napadach w okolicy, których sprawcy nie zostali wykryci i nawet niespecjalnie gorliwie ich ścigano, Węgleński zwrócił uwagę na dziwną nieudolność policji w tropieniu bandytów. Tak jak wielu — nie ukrywał niezadowolenia z tego powodu. Ale w jego przypadku nie skończyło się na irytacji.

Zaczął grzebać w tej sprawie i doszedł do sensacyjnych wniosków. Otóż ustalił, że Jan Rycaj miał potężnego protektora. Dlatego tak długo działał bezkarnie. Ten protektor nosił złowrogą dla polskich patriotów nazwę: „Ochrana”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 37.8
drukowana A5
za 66.1