E-book
13.65
drukowana A5
28.44
Krwawe kresy

Bezpłatny fragment - Krwawe kresy


Objętość:
82 str.
ISBN:
978-83-8245-969-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.44

Książkę dedykuje mojej rodzinie, bliskim i przyjaciołom. Bez Was by się nie udało. Dziękuję!

Prolog

Jak wyglądał Wołyń kiedyś? Były to głównie malownicze tereny, najlepsze ziemie i przemili sąsiedzi. W naszej wiosce mieszkali wszyscy. Począwszy od Żydów, kończąc na Ukraińcach. Nie ważne było kto był kim. Wszyscy żyli ze sobą w zgodzie. Z czasem nawet organizowano mieszane śluby. Wszystko było cudowne. Do czasu. Teraz, gdy przeżyłam już swoje życie i blisko mi śmierci przywołuję rozmaite obrazy łączące się w jedną całość. Skromna chata obok młyna i wiele innych domów naszych sąsiadów. I głos mojej mamy wołającej mnie na kolacje. Kołyszące się na lekkim, letnim wiaterku kłosy zbóż skąpane w zachodzącym słońcu. Złota pszenica przypominała każdego dnia, że już czas na zbiory. Często w snach widzę siebie, gdy spaceruję pomiędzy nimi jak za dawnych czasów i dotykam każdego kłosa. Odwracam moją zoraną w zmarszczki twarz w stronę słońca, zamykam oczy i chłonę ciepło jakie ono daje przypominając sobie jak było kiedyś i zdając sobie sprawę jak jest dziś. Rozglądam się raz jeszcze i w głębi duszy wiem, że to miejsce już nigdy nie będzie takie samo.

Rozdział 1

Antoni

Wychodząc z uniwersytetu dostałem wiadomość, lecz mając inne poważniejsze zajęcia zignorowałem ją i wrzuciłem do torby. Można powiedzieć, że byłem szczęściarzem. Z małej wioski wyjechałem do Warszawy studiować. Rodzice rozeszli się kiedy byłem mały i od tamtego czasu mieszkałem z ojcem. Ojciec miał kuźnie a ja często mu pomagałem. Wiem, że ojciec chciał bym wykonywał jego fach, lecz ja wolałem się uczyć i zostać lekarzem. Trwała wojna a Warszawa zamieniała się w miasto żalu. Wszędzie rozwieszano ogłoszenia kto został rozstrzelany, z getta było słychać płacz dzieci i strzały. Mimo wszystko dla takiego chłopca ze wsi to miasto było cudowne. Piękne fasady budynków, witraże w kościołach, które przyprawiały o zachwyt oraz dynamika tego miasta. Gdy już doszedłem do mojego mieszkania, w którym mieszkałem z moim kolegom przypomniał mi się list. Wyciągnąłem go z torby i otworzyłem. Dopiero teraz żałowałem, że nie otworzyłem go wcześniej. Moja mama umarła dwa dni temu. Niewiedząc co ze sobą zrobić zacząłem pakować swoje rzeczy kiedy to mój współlokator stanął w drzwiach:

— Co robisz? — zapytał

— Wyjeżdżam.

— Gdzie?

— Na Wołyń.

Siedząc na dworcu i czekając na mój pociąg myślałem o mamie. O wszystkich moich chwilach z nią spędzonych oraz jak bardzo kochała tereny Kalinówki. Mimo sporej odległości przyjeżdżała do mnie często a ja do niej tak rzadko. Co ze mnie za syn. Ostatni raz widziałem ją na świętach Bożego Narodzenia u taty a ostatnią od niej wiadomość jak przyjechałem do Warszawy. Miałem nadzieje, że pani Anna- bliska przyjaciółka mojej mamy, która powiadomiła mnie o jej śmierci będzie na tyle dobra i miła, że udzieli mi schronienia na te pare tygodni. Zawsze mówiła mi kiedy przyjeżdżałem do mamy, że mogę na nią liczyć w każdej sytuacji. Jej córka chyba też nie będzie miała nic przeciwko. Z Martą zawsze świetnie się bawiliśmy jako dzieci. Była ode mnie o dwa lata młodsza, ale zawsze ją lubiłem. Ciekawe jaka jest teraz. Rozmyślając upłynął mi cały czas czekania na pociąg. Głośny gwizd pociągu wyrwał mnie z rozmyśleń. Zabrałem swoje rzeczy i ustawiłem się gotowy do wyjazdu. Zająłem miejsce przy oknie i zacząłem czytać. Jednak około godziny później zmęczenie wzięło nade mną górę i odpłynąłem do krainy Morfeusza.

Rozdział 2

Antoni

Podróż dłużyła mi się niemiłosiernie, pomimo że większość drogi głównie przespałem. Trochę czytałem oraz uczyłem się. Za oknem pociągu pomału zaczął pojawiać się znany mi widok. Malownicze tereny, żyzne ziemie i sady. Taki Wołyń zapamiętałem. Pociąg wjechał na stację dziesięć minut później. Zabrałem swój bagaż i ruszyłem przed siebie. Stacja była malutka i skromna, drewniana. Ruszyłem żwawym krokiem przed siebie, lecz nie byłbym sobą gdybym na chwilę nie przymknął oczu i chłonął całym sobą to czyste i świeże powietrze. Promienie zachodzącego słońca pomału chłonęła moja skóra, a ja cieszyłem się chwilą, że wróciłem do domu. Od razu przypomniały mi się spacery nad staw z moją mamą, wspólne zbieranie jabłek i gruszek z sadu oraz praca w polu. Chcąc nie chcąc poleciała mi samotna łza na myśl, że więcej to nie wróci, że na ganku izby nie przywita mnie kochająca mama i nie przytuli do swojej piersi. Ogarnęła mnie nieopisana tęsknota. Ten dom bez niej nie będzie już taki sam, będzie pusty, bez duszy, bez mojej kochanej i pogodnej mamy. Rozpamiętując dawne czasy ruszyłem dalej przed siebie w stronę zachodzącego słońca. Po paru metrach zacząłem dostrzegać znane mi tak dobrze domy sąsiadów. Wszystkie wspomnienia wróciły. Mijałem po kolei budynki mieszkalne moich sąsiadów, sklep pana Abrahama oraz starą cerkiew, wszystko skąpane w czerwieni słońca. Ruszyłem dobrze znaną drogą do domu pani Anny. Tak dawno jej nie widziałem. Była cudowną osóbką o czarnych jak smoła włosach, zawsze spiętych i niebieskich oczach. Zapukałem do drzwi. Otworzyła mi młoda kobieta. Przyglądając się jej oliwkowym oczom, płomiennych włosach i słodkich piegach poznałem w tej dziewczynie Martę — córkę pani Anny.

— Przepraszam, pan do kogo?

— Nie poznajesz mnie?

— Niestety. Chociaż… Antoś? Antoś to Ty!!! -mówiąc to i ciesząc się od ucha do ucha obieła mnie wokół szyi tak mocno, że myślałem że mnie udusi.

— Jak się masz? Co u Ciebie? Ach no tak. Teraz wszystko pamiętam. Mama pisała do Ciebie list. Tak mi przykro z powodu twojej straty. Nie stój tak wejdź. Zapraszam. Mamooo!!! Antoś przyjechał!

Do sieni wtedy weszła pani Ania. Inaczej ją zapamiętałem. Niegdyś nieskalą skórę, teraz szpeciły zmarszczki. Wory pod jej oczami mówiły jak jest przepracowana i zmęczona, lecz to były tylko pozory. Na mój widok, jej uśmiech rozpromienił jej twarz i momentalnie zrobiła się dla mnie piękna. Taka jaką zapamiętałem.

— Antoś, kochanie. Dziecko jak ty wyrosłeś. Mama nam tyle o Tobie opowiadała, że tak wyprzystojniałeś i że jesteś taki mądry.

Obięła mnie czule jak matka syna. Zawsze to była taka kobieta, czuła i kochana.

— Zrobię ci pyszną kolację a ty Martusia przygotuj pokój dla Antosia. Pościel łóżko. Pewnie jesteś zmęczony po podróży mam rację?

— Nie tak bardzo. Miałem właśnie nadzieję, że ugościcie mnie u siebie. Dziękuję.

— Oczywiście, że ugościmy. Kochanie zaprowadź Antoniego do pokoju.

Szliśmy z Martą. Ona z przodu, ja natomiast lekko z tyłu.

— Proszę tu będziesz spać.

— Dziękuję Marto

— Nie ma zo co. Rozgość się, rozpakuj a później przyjdź na kolację.

— Tak też zrobię. Do zobaczenia.

Marta nachyliła się i ucałowała mnie w policzek i wyszeptała:

— Do zobaczenia

Pokoik w, którym ulokowała mnie Marta był malutki. Ściany z drewnianych belek były pomalowane na niebiesko a na nich wisiały święte obrazki Matki Boskiej z dzieciątkiem Jezus oraz Ostatniej Wieczerzy. Koło okna znajdowało się niewielkie biurko, szafa, kufry na ubrania i dość duże łóżko. Cieszyłem się z nowego lokum, przywołało mnóstwo wspomnień. Wyprawy nad strumień, wyjadanie wiśni z sadu sołtysa… tak to było dzieciństwo. Straciłem poczucie czasu na rozmyślaniu, więc zebrałem się szybko i przebrałem się w luźniejsze ubrania. W tym samym czasie kiedy zapinałem koszule wskoczyła Marta i wpadła wprost na mnie.

— Jeju Antoś… ja… chciałam Ci tylko powiedzieć, że kolacja już gotowa...wybacz...nie powinnam tak wbiec — wyjąkała wyraźnie onieśmielona i zawstydzona. Jej piękne, zielone oczy spoczywały na moim torsie, a jej smukłe policzki rumieniły się raz po raz zerkając na zmianę w moje oczy i na mój brzuch.

Przerwałem niezręczną ciszę szybkim:

— Zaraz przyjdę

Kiwnęła głową, odwróciła się na pięcie i wyszła zostawiając mnie samego z myślami, że Marta to już nie mała dziewczynka a młoda, piękna kobieta. Zapinając ostatnie guziki koszuli wyszedłem z pokoju. Pani Ania przeszła samą siebie. Stół niemal uginał się od nadmiaru różnorodnych mięs, ziemniaków i swojskich wyrobów. Szybko zająłem się zajadaniem. Wszystko było wyśmienite. Od talerza oderwał mnie cichutki głosik Marty:

— Tak sobie pomyślałam, że może pójdziemy sobie po kolacji na mały spacerek. Co o tym sądzisz?

Mimo wątpliwości, które pojawiły się gdzieś z tyłu mojej głowy odpowiedziałem:

— Oczywiście Marto. Uczynisz mi tym niezwykłą przyjemność.

Rozdział 3

Antoni

Marta wyciągnęła mnie z domu i poprowadziła w stronę lasu. Szliśmy przed siebie w milczeniu aż wreszcie zapytała:

— Jak tam jest w Warszawie? Czym się różni od naszej wioski?

— Cóż...jest tam na pewno więcej możliwości. Ulice zapełnione są różnorodnymi sklepami i kramami. Jest tam wiele uniwersytetów i szkół. Mamy tam piękne zabytki jak Zamek Królewski z kolumną Zygmunta na czele, jak również mury obronne.

— Jak tak opowiadasz to chciałabym tam kiedyś pojechać. Tutaj czasami mam wrażenie, że się duszę od nadmiaru pracy w polu, ciągle tych samych ludzi od dziecka oraz tego, że od tylu lat nic tutaj się nie zmienia. Wszystko jest takie samo. Czuję jak popadam w rutynę. Każdy dzień jest identyczny jak poprzedni, dlatego tak bardzo ucieszyłam się kiedy Ciebie zobaczyłam. Rzadko kiedy mam okazję by z kimkolwiek tak szczerze porozmawiać. Z mamą nie mogę, bo wiem, że robi wszystko bym miała jak najlepiej a ja narzekam.

— Marto, to zrozumiałe, że chcesz poznać świat i, że chcesz się stąd wyrwać. Jesteś piękna i młoda, dlatego wydaje Ci się, że Kalinówka jest dla Ciebie za mała.

Kiedy spojrzałem w oczy dziewczyny widziałem jej blask w oku oraz wpływający na jej policzki rumieniec. Uniosła swoje wielkie oczy ku górze i wyszeptała tak cicho, że nie wiem czy mówiła do mnie czy do siebie:

— Naprawdę uważasz, że jestem piękna?

— Oczywiście Marto. A Ty tak nie uważasz?

— Jedyne co uważam, to to, że jestem pospolita. Nie ma w naszej wiosce chłopców w moim wieku. Są albo starsi, albo młodsi, którzy w ogóle nie zwracają na mnie uwagi.

— Jesteś taką kobietą, która powinna być komplementowana jak najczęściej, na dzień dobry i na dobranoc. Naprawdę nie widzisz jaka jesteś wartościowa?

— Nie. Pewnie w Warszawie takie jak ja są marginesem społecznym. Wartościowa? Ja? Chyba nigdy w to nie uwierzę.

— Nie powinnaś tak mówić. Uwierz mi znam niektóre kobiety w stolicy i to właśnie ona i pieniądze je zniszczyły. Są zepsute i zapatrzone w siebie, nie tak jak Ty. Dobro swoje odrzucasz na dalszy plan. Szczęście innych jest dla Ciebie ważniejsze niż swoje. Takie cechy charakteru cenię najbardziej, ponieważ pomału umierają. Marto…

Nie dane mi było dokończyć, ponieważ usta dziewczyny zbliżyły się do moich. Jej delikatne i miękkie wargi zachęcały bym i ja zatracił się w tym pocałunku. Objąłem ją w pasie, a ona chwyciła swoimi drobnymi rączkami moją twarz i pogłębiała pocałunek. Nie wiem dokładnie ile on trwał, ponieważ było mi zbyt dobrze by go przerwać. Kiedy się ode mnie odsunęła rumieniec na jej twarzy przybrał jeszcze piękniejszych kolorów. Dziwnie się poczułem, ponieważ kiedy jej usta się oddaliły doskwierała mi pustka. Patrzyliśmy się sobie w oczy, aż Marta wyszeptała:

— Robi się późno. Nie mam ochoty, ale musimy wracać do domu.

Będąc nadal w szoku pokiwałem tylko głową na zgodę i ruszyliśmy w zamierzonym kierunku. Szliśmy całą drogę w milczeniu, a ja byłem niezwykle ciekawy o czym też myśli w tej chwili Marta. Na rozmyślaniu niestety się skończyło, ponieważ szybko wróciliśmy do domu. Przed drzwiami się zatrzymała i powiedziała:

— Dziękuję za dzisiaj. Dobranoc.

Nachyliła się i ucałowała mnie w policzek. Nie czekając na moją reakcję, otworzyła drzwi i weszła do środka, zostawiając mnie w szoku i rozterkach co dalej począć.

Rozdział 4

Antoni

Dzień obudził mnie gorącymi promieniami słonecznymi wpadającymi do mojego tymczasowego pokoju. Otworzyłem oczy i podziwiałem jak dzień budzi się do życia. Słońce leniwie wstawało, ptaki zaczynały śpiewać a kogut uroczyście zaczął dzień i obudził wszystkich mieszkańców. Nie zwlekając długo wstałem z łóżka i udałem się do miski z wodą ustawioną na kredensie, by przepłukać twarz. Pospiesznie się ubrałem, gdyż mój żołądek na zapach śniadania gwałtownie domagał się posiłku. Gdy wszedłem do kuchni od razu przywitała mnie serdecznym uśmiechem pani Ania.

— Siadaj Antoś, za chwilę będzie gotowe śniadanie. Masz jakieś plany na dzisiejszy dzień?

— Tak. Chciałbym się udać do domu mojej matki.

— Masz zamiar iść z Martą?

— Nie. Chciałbym tam pójść sam.

— Oczywiście kochanie. Rozumiem.

Zupełnie jak na zawołanie Marta weszła do kuchni. Ubrana była w niebieską, zwiewną sukienkę, która podkreślała jej zgrabne nogi. Włosy upięła w koka a na nogach miała śliczne, białe buciki na małym obcasie.

— Coś ty się Martusiu tak wystroiła. Przecież dziś nie niedziela, a ty włożyłaś najlepsze ubranie — powiedziała pani Ania

— Wcale się nie wystroiłam. Tak po prostu chciałam się dziś ładniej ubrać, a nie ciągle w tej samej sukience dzień w dzień. Mam ją na pole, do kuchni, na spacer. Wszędzie! — wykrzyczała Marta, a gdy to mówiła zaczęła się coraz bardziej czerwienić.

— Dobrze już dobrze. Za tydzień pójdziemy na targ i kupimy coś nowego.

— Widzisz Antosiu, już nie będziesz się ze mną wstydził wyjść. Więc gdzie mnie dzisiaj zabierasz?

— Marto, dzisiaj chciałem pójść do domu mojej matki. Nie mam pojęcia ile czasu mi tam zajmie.

— Ohh, bo tak myślałam, że może chciałbyś się wybrać na potańcówkę do sąsiedniej wsi, do moich znajomych. Ojciec mojej przyjaciółki Doroty mógłby nas zawieźć na furmance.

— Bardzo chętnie się wybiorę jak wrócę wcześniej.

— To cudownie. Przyjęcie zaczyna się o 19.00. Około godziny będziemy jechać, więc jakbyś był o 18.00 w domu byłoby klawo.

— Dobrze będę pamiętać. W takim razie ja już pójdę.

— Nie trzeba cię zaprowadzić?

— Nie dziękuję. Jeszcze pamiętam drogę.

Szedłem dosyć długo. Podziwiałem pola po, których biegaliśmy razem z Martą jako dzieci, gdy minąłem wzgórze moim oczom ukazał się malutki domek u skraju lasu. Był znacznie mniejszy niż go zapamiętałem jako dziecko. Krok w krok jak zbliżałem się do domu mojej mamy, cała energia i dobry humor, który mi dopisywał jeszcze przy śniadaniu uleciał. Pozostał tylko smutek i tęsknota. Uchyliłem drewniane drzwi, które zaskrzypiały i wpuściły mnie do środka. Rozglądając się leniwie po domu poczułem pustkę. Zobaczyłem stary piec na, którym moja mama robiła najlepsze bułeczki maślane. Wchodząc dalej do izby zobaczyłem drzwi od mojego starego pokoju. Uchyliłem je, a moim oczom ukazały się rozrzucone zabawki, książki na biurku oraz otwarta szafa pełna dziecięcych ubrań tak jakby w tym pokoju nadal mieszkało jakieś dziecko, lecz to były moje rzeczy, które sam rozrzuciłem. Moja mama nic w tym pokoju odkąd wyjechałem nie zmieniła. Poczułem ukłucie w sercu, że miejsce tak bardzo przypomina to, które zapamiętałem, a mimo to zmieniło się wszystko. Dorosłem. Moja matka umarła, a dom utracił ducha i całą radość, którą niosła moja mama. Wróciłem do izby, gdzie usiadłem na mamy łóżku, a moim oczom ukazała się koperta zaadresowana do mojego syna. Do mnie! Chciałem jak najszybciej otworzyć zawartość koperty, kiedy to usłyszałem ciche szlochanie tuż za domem. Schowałem list do kieszeni marynarki i wyszedłem za dom. Wtedy to moim oczom ukazała się najpiękniejsza kobieta jaką kiedykolwiek spotkałem. Miała piękne, długie włosy w kolorze blond, które spływały jej na ramiona cudownymi falami, niebieskie niczym ocean oczy, które teraz zalane były łzami oraz szczupłą buźkę z ślicznymi, pełnymi ustami. Oszołomiony jej urodą z trudem zdobyłem się na słowa:

— Witaj. Jestem Antoni. Mogę w czymś ci pomóc? Jak ma pani na imię?

— Mi już nie ma kto pomóc. — powiedziała łkając.

Po akcencie stwierdziłem, że jest Ukrainką. Próbowała wstać z ziemi na, której leżała. Sądząc po jej zdartych kolanach i pozie w jakiej ją znalazłem biegła i się przewróciła.

— Powinnam już iść. Przepraszam za kłopot. Już nie będę pana nękać.

— Pozwól chociaż, że opatrzę twoje nogi

W tej samej chwili w, której to powiedziałem, złapała się za kostkę i jęknęła z bólu.

— Proszę pozwól mi ci pomóc. Obiecuję, że nie zrobię ci krzywdy.

Gdy zobaczyłem, że nieudolnie próbuje wstać, złapałem ją i podniosłem do góry, by jej pomóc. Była leciutka jak piórko. Zaniosłem ją do izby i usadziłem na łóżku mamy na, którym jeszcze niedawno siedziałem. Złapałem ją delikatnie za kostkę, na co ona syknęła z bólu.

— Na to wygląda, że skręciła sobie pani tą kostkę. Za chwile przyniosę opatrunek i postaram się odstawić panią do domu.

Poszedłem po opatrunek. Jak najdelikatniej umiałem opatrzyłem jej nogę, a wtedy ona powiedziała:

— Mam na imię Wiera. Wiera Melnyk.

— Miło mi poznać, choć szkoda, że w takiej sytuacji

Na moje słowa jej buzia na chwilę się uśmiechnęła ukazując jej urodę jeszcze bardziej.

— Dziękuję za pomoc.

— Nie ma sprawy. Jestem studentem medycyny więc miała pani szczęście, że byłem tutaj w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze. Zaczyna się ściemniać. Zaniosę panią do domu. Pewnie rodzina się o panią martwi

— W to wątpię — odrzekła cichutko.

Nie zwlekając długo uniosłem ją i wyprowadziłem z mojego domu.

— Gdzie pani mieszka?

— W takim mały domku. Za lasem.

Ruszyłem z nią w podanym kierunku. Szliśmy tak ponad pół godziny przez las. W końcu zobaczyłem, że las jest rzadszy i dostrzegłem domek.

— To tutaj. Dziękuję z całego serca.

— Cała przyjemność z mojej strony.

Przekroczyliśmy drewniany płot aż ktoś wyszedł z domu z widłami. Młody mężczyzna zaczął na mnie wrzeszczeć po ukraińsku i wymachiwać widłami, aż Wiera mu przerwała i zaczęła mówić do niego po ukraińsku. Z biegiem czasu jak do niego mówiła jego wyraz twarz złagodniał. Bez słowa zabrał ode mnie Wierę i ruszyli w kierunku domu. Odwróciłem się na pięcie i gdy miałem już odchodzić usłyszałem krzyk:

— Dziękuję!

Słysząc to ruszyłem przed siebie przez las czując w dłoniach dziwną, nieprzeniknioną pustkę, a gdy przymykałem powieki widziałem zapłakane, błękitne oczy za, którymi wskoczyłbym w ogień.

Rozdział 5

Antoni

Gdy wszedłem do domu było już ciemno. W moim tymczasowym domu nie paliła się żadna świeczka. Wiedziałem, że zrobiłem źle wystawiając Martę dla zupełnie obcej dla mnie kobiety. Miała w sobie coś tajemniczego. W jej oczach malował się straszny smutek, a ja za wszelką cenę pragnąłem jej pomóc. By nie obudzić pozostałych domowników zacząłem ściągać jak najciszej buty, lecz to nic nie dało. Przede mną stanęła Marta w długiej, białej koszuli nocnej ze świeczką w ręku. Bałem się drugi raz spojrzeć jej w oczy. Było w nich tyle smutku i rozczarowania. Wkońcu przerwała panującą w pokoju ciszę i zapytała:

— Gdzie byłeś? Jeśli nie chciałeś iść ze mną mogłeś po prostu powiedzieć, a nie wystawić mnie w tak chamski sposób!

Nie umiałem nic powiedzieć. Wiem, że zrobiłem źle. Jedyne na co mogłem się zdobyć to ciche:

— Przepraszam.

— I to tyle tak? My z mamą Ciebie szukaliśmy jeśli chciałbyś wiedzieć. Martwiłam się, że coś Ci się stało!

Gdy tak wykrzykiwała kolejne słowa i patrzyłem w jej pełne cierpienia oczy zapragnąłem ją przytulić, lecz gdy tylko się do niej zbliżyłem i poczułem zapach jej ciała i jej słone łzy na policzku zetknąłem swoje usta z jej. Miały słony smak jej łez, myślałem, że po tym wszystkim co jej zrobiłem odepchnie mnie i spoliczkuje, lecz tego nie zrobiła. Oddała pocałunek i nawet w najśmielszych snach nie sądziłem, że będzie tak przyjemnie. W mojej głowie pojawił się głos, który mówił mi, że źle robię, poza tym miałem cały czas w głowie nieznajomą z lasu. Marta miała niezwykle miękkie usta, były takie pełne i miały cudowny smak. A może to był jej słodki oddech? Nie miałem pojęcia. Nie odrywając się od moich ust dziewczyna zarzuciła mi ręce na szyję, a ja podniosłem ją do góry tak, że czułem jej gorące ciało na swoich dłoniach. Oparłem ją o ścianę nie przerywając pocałunku, lecz momentalnie przed oczyma ukazała mi się Wiera i jej spojrzenie pełne rozpaczy. Nie wiedząc kiedy przerwałem tą chwilę i odepchnąłem ją jakby parzyła.

— Co się stało? Czemu się mną ciągle bawisz? Zależy Ci na mnie? Proszę odpowiedz mi czemu wciąż mnie odtrącasz?

— Nie odtrącam cię Marto, proszę uwierz mi, że nigdy nie chciałbym Ciebie zranić.

— Wciąż to robisz- powiedziała i wróciła do swojego pokoju zalana łzami.

Stałem w ciemności bardzo długo patrząc się na drzwi do pokoju Marty. Miała rację. Mimo moich chęci ciągle sprawiałem jej ból. Była dla mnie od zawsze. Wiecznie uśmiechnięta i pomocna, a ja nie dawałem jej nic w zamian tylko ból. Idąc do swojego pokoju miałem przed oczami zapłakaną Martę. Ten widok towarzyszył mi nawet w snach, zanim na jego miejsce wstąpił nowy. Najpierw dostrzegłem piękne blond fale, które płynnym ruchami osadzały się na szczupłych ramionach. Odwróciła się w moją stronę i zobaczyłem najpiękniejsze na świecie wielkie, błękitne oczy. Małą ilość słodkich piegów na nosie i na policzkach. Cudowne, pełne, krwistoczerwone usta oraz subtelnie uwydatnione rysy twarzy. Byłem tak oczarowany jej urodą, że nie dostrzegłem jak blisko jej jestem. Zaczęła płakać. Tak jak wtedy w lesie jej oczy miały w sobie tyle smutku, że pragnąłem ją mocno przytulić, by choć przez chwilę poczuła się bezpieczna, lecz ona spojrzała prosto w moje oczy i pokiwała przecząco głową. Dotknęła mojej dłoni, uscisnęła ją słabo i zaczęła odchodzić w stronę ciemmości. Próbowałem za nią wołać, ale mój głos odmawiał mi posłuszeństwa.

Wtedy się przebudziłem cały zlany potem. Był środek nocy, za ścianą spała dziewczyna, która mnie kochała, a ja śniłem o kobiecie, którą ledwo znałem. Wykończony dzisiejszym dniem szybko zasnąłem.

Rano obudziła mnie mama Marty wołając mnie na śniadanie. Szybko się ubrałem i poszedłem do stołu. Siedziała przy nim tylko pani Ania.

— Gdzie jest Marta?

— Chyba się źle czuje. Powiedziała, że nie jest głodna.

— Rozumiem.

Miałem straszne wyrzuty sumienia z powodu dziewczyny, której nigdy chciałem ją zranić.

Rozdział 6

Antoni

Stojąc przed drzwiami Marty miałem mieszane uczucia. Musiała się czuć okropnie, dlatego chcąc ją przeprosić, po kilku puknięciach wszedłem do środka. Pokoik dziewczyny był malutki. Większą część zajmowało drewniane łóżko i szafa. Na parapecie kwitły różnorodne kwiaty, natomiast szafka nocna zagracona była książkami. Na łóżku siedziała Marta nie zwracając na mnie uwagi. Cicho łkała, choć wiem, że próbowała stłumić spadające z jej oczu łzy. Obraz ten rozdzierał moje serce na pół. Zastanawiałem się jak to możliwe, że ta dawna, malutka dziewczynka, z którą się bawiłem to teraz piękna i dorosła kobieta, którą tak bardzo zraniłem. Czułem wręcz do siebie obrzydzenie. Zacząłem niepewnie:

— Marto…

— Nic już nie mów. To ja zachowałam się jak osoba chora na głowę. Jestem żałosna.

— Wcale nie. Posłuchaj proszę. Marto ja też czuje do Ciebie coś czego nie mogę do końca opisać. Brak mi słów. Jedno wiem, że gdy się do mnie nie odzywasz, sprawiasz mi tym wielkie cierpienie. Muszę utrzymać z Tobą kontakt, ponieważ oszaleję z tęsknoty do Ciebie.

— Nie kłam proszę. Nie karm mnie tym co chce usłyszeć.

— Marto, to prawda. Każde zdanie, które Ci powiedziałem. Nie umiem żyć bez Ciebie.

— To zadam Ci inne pytanie. Czy mnie tak naprawdę kochasz? Czy widzisz siebie i mnie razem jako rodzina?

Nie mogłem wydusić z siebie nic. Miała rację. Zawsze ją miała. Kochałem ją to fakt, ale nigdy tak samo jak ona by chciała. Zawsze jako najlepszą przyjaciółkę, jak siostrę. Nie jako ukochaną czy żonę.

— Tak też myślałam. Zresztą jeszcze zanim przyjechałeś jeden z chłopaków z sąsiedniej wioski otwarcie o tym mówił, że chce mnie za żonę, ale ja głupia czekałam na Ciebie i liczyłam, że coś się zmieni. W takim razie już wiem jak sprawa się ma. Jeszcze dziś pójdę do niego z tą nowiną. Przyjmę jego oświadczyny.

— Ja chciałem zawsze tylko Twojego szczęścia.

— A ja głupia źle odczytałam Twoje uczucia. Myślałam, że między nami naprawdę coś zaiskrzyło.

— Nie jesteś głupia kochana. To moja wina. Nie powienem dać Ci wczoraj nadzieji. Przepraszam.

— To nic. Wojciech to dobry człowiek. Chyba mu na mnie zależy.

— I chcesz tak wyjść za niego, nie kochając go.

— Antoś, miłości nie ma, zrozumiałam to. Jest tylko ta jednostronna, nieodwzajemniona, która nie przynosi nic tylko zabiera.

— Jest. Jesteś jeszcze młoda. Na pewno ją znajdziesz i zapomnisz o mnie.

— W moim wieku dziewczyny już dawno są mężatkami, czasami już matkami. Nie mogę czekać. To wieś nie Warszawa. Już stare baby za mną szepczą.

— Rób jak uważasz. Byleś tylko była szczęśliwa. Cokolwiek zrobisz, ja będę Cię wspierać.

— Dziękuję kochany.

Wstała z łóżka, podeszła do mnie i wspinając się na palcach ucałowała mnie czule w policzek. Miałem świadomość, że to było pożegnanie naszego dziwnego uczucia, które urosło między nami jak chwast. Nie przyniosło nic oprócz cierpienia cudownej młodej kobiety. Spojrzała głęboko swoimi oczami przepełnionymi cierpieniem w moje i pogłaskała mnie po policzku. Pragnąłem zapamiętać ten dotyk, lecz nie dane mi to było. Tak szybko jak się pojawił, tak szybko zniknął. Marta krzyknęła do mamy:

— Mamusiu, biegnę do Wojciecha. Wrócę na kolację.

— Dobrze córeczko — słychać było z oddali.

Zostałem sam. Zastanawiałem się jak by to było żyć z Martą. Widziałem ją otoczoną gromadką dzieci, ale siebie obok dostrzec nie mogłem. Widziałem, że postąpiłem właściwie, lecz ucisk w sercu pozostał. Zrobiło mi się duszno, więc postanowiłem się przewietrzyć.

— Gdzie się wybierasz kochany? — spytała mama Marty

— Potrzebuję się przewietrzyć. Pospaceruję i na pewno zrobi mi się lepiej.

— Pewnie Antosiu, tylko proszę wróć na kolację.

— Tak zrobię. Dziękuję.

Otwierając drzwi uderzyło mnie zimne powietrze. Nie zastanawiając się dłużej ruszyłem przed siebie przez las. Cisza tam panująca dobrze mi zrobiła. Delikatny dźwięk szeleszczących liści uspokoił moje stargane nerwy i przyniósł spokój. Usiadłem na jednym z kamieni i przymknąłem oczy. Po pewnym czasie usłyszałem ciche kroki. Kiedy leniwie podniosłem powieki ujrzałem swojego anioła.

Rozdział 7

Marta

Kiedy wyszłam z domu poczułam ulgę. Miałam świadomość, że straciłam go na zawsze, resztą nigdy nie był mój, bym mogła go w jakikolwiek sposób stracić. Ból rozdzierał moje serce, lecz wiedziałam, że tak musiało być. Łzy płynęły strumieniami po moich policzkach i spadały na suche liście pod moimi stopami. Musiałam się uspokoić. Przecież nie mogłam iść do mojego przyszłego narzeczonego cała zapłakana. Powinnam raz na zawsze zamknąć rozdział z Antonim. Nadzieja, którą się karmiłam będąc z nim wydała mi się teraz głupia i żałosna. To było oczywiste, że taki chłopak jak on nigdy nie zakocha się w takiej dziewczynie jak ja. On był studentem medycyny w Warszawie, ja zwykłą, prostą dziewczyną ze wsi.

Nie mogłam płakać z powodu uczucia, które nie miało prawa się narodzić. Zwlekając przez dłuższą chwilę, otarłam skrawkiem rękawa swoje oczy i ruszyłam pewnym siebie krokiem przez las. Dość szybko dotarłam do domu Wojciecha. Minęłam piękne rabatki z kwiatami i warzywami jego mamy i podeszłam do drzwi. Po kilku minutach, wyszedł do mnie mój przyszły narzeczony.

— Marta...Nie spodziewałem się Ciebie tutaj. Proszę wejdź.

— Dziękuję.

— Napijesz się czegoś?

— Jeśli mogę poprosić to wodę.

— Nie ma sprawy.

Zniknął w kuchni, a kilka minut później wrócił z moim piciem.

— Jaaa… ja przemyślałam Twoją propozycję. Chętnie wyjdę za Ciebie za mąż.

— Naprawdę?! Nie mogę w to uwierzyć. Nie pożałujesz tego przysięgam. Będę najlepszym mężem na świecie. Jeszcze dzisiaj pognam do swaty to przyjdę do Twego domu jutro po południu.

— W to nie wątpię. Zapraszam serdecznie.

— Kiedy i gdzie chciałabyś zorganizować wesele?

— Może pod koniec jesieni, wtedy wyjedziemy razem na drugą stronę rzeki i tam się postawimy. Mama da nam sporo rzeczy na dobry start. Ma mnie jedną, więc nie będzie problemu z podziałem majątku.

— Zawsze zadziałało mnie to w Tobie. Zaradność i zarządzenie. Uczynisz mnie największym szczęściarzem na całym świecie. Zadbam o Ciebie i w przyszłości o naszą rodzinę. Nie pozwolę was nikomu skrzywdzić. Kocham Cię.

Nie mogąc zdobyć się na nic więcej, podeszłam do niego i czule go przytuliłam. On za to wtulił się w moje włosy i tak trwaliśmy w objęciu przez dłuższą chwilę. Kilka chwil później do izby weszła mama Wojciecha.

— Mamo, najmilsza. Marta zgodziła się przyjąć moje oświadczyny. Zorganizujemy ślub pod koniec jesieni i wyjedziemy razem. Jestem tak bardzo szczęśliwy.

— Ja tym bardziej, synku już miałam dość ciągłego mówienia o Marcie. Cieszę się waszym szczęściem kochani. Macie moje błogosławieństwo. Trzeba będzie zawiadomić księdza Józefa. Niech się szykuje na wesele.

— Pójdę do niego jutro z rana. Ty kochana niczym się nie martw. Ja wszystko zorganizuje.

Mówiąc to wziął moje drobne dłonie w swoje i czule ucałował.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.44