E-book
34.65
drukowana A5
53.85
KRWAWA ŻĄDZA

Bezpłatny fragment - KRWAWA ŻĄDZA

Historia inspirowana faktami


Objętość:
178 str.
ISBN:
978-83-8467-378-2
E-book
za 34.65
drukowana A5
za 53.85

Książka jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Niektóre postacie, miejsca oraz dialogi zostały zmienione lub stworzone na potrzeby fabuły. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych, żyjących lub zmarłych, oraz rzeczywistych zdarzeń jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

PROLOG

Na rozwidleniu dróg skręcił w prawo i wolno ruszył wąską ścieżką przecinającą po przekątnej zagon pszenicy. Za niewielkim pagórkiem, jakieś sześćdziesiąt metrów od szosy, zobaczył samotną nieogrodzoną posesję. Kilka uschniętych, nieowocujących jabłonek i pomiędzy nimi drewniany niski dom, zapadający się ze starości w ziemię. W oknach ciemno. Blady księżyc przeglądał się w zakurzonych szybach.

Przystanął i przez chwilę zbierał się w sobie. Oddalał mdłości, szarpiące mu trzewia. Był moment, kiedy chciał zrezygnować. Zrobił krok w tył i drgnął, gdy coś zaszeleściło w zaroślach. Pewnie kot albo jakiś nocny ptak — uspokoił się.

I ta myśl sprawiła, że przestał się wahać. Nikt go przecież nie będzie podejrzewał. Ruszył pewniejszym krokiem. Po chwili podszedł do drzwi, zapukał. Usłyszał szuranie kroków, a po kilku sekundach zaspane „kto tam?” Odpowiedział na pytanie i dodał:

— Pani mnie wpuści.

— O tej porze?

— Mam sprawę. To bardzo ważne, muszę z panią porozmawiać.

— Po nocy?

Nie odpowiedział, czekał, spodziewając się, że ciekawość zwycięży i kobieta mu otworzy. Nie mylił się. Zazgrzytał dawno nieoliwiony zamek. Gdy tylko otworzyła drzwi, rzucił się na nią w milczeniu. Przewrócił ją na podłogę. Jęknęła z bólu, próbowała się podnieść. Ale nie miała z nim szans. Kilkoma ciosami pięści w twarz stłumił jej opór. Była tylko w koszuli nocnej. Zadarł ją, potem zaczął rozpinać zamek u spodni. Ręce mu się trzęsły, suwak trochę się zacinał, musiał zapalić światło.

Wszedł w nią. Patrzył gdzieś w bok, widział stojącą w kącie kraciastą torbę na zakupy, z której wystawała szyjka pustej butelki po winie.

Nie osiągnął satysfakcji. Ogarnął go amok. Zaczął demolować mieszkanie. Otwierał szafy i półki, wszystko wyrzucał na podłogę, gniótł, deptał, tłukł szkło.

Kobieta cicho jęczała. Miała zamknięte oczy. Przyskoczył do niej i znowu zaczął ją bić. Przyklęknął na jej klatce piersiowej. Nie miała siły krzyczeć. Po każdym uderzeniu czuł coraz większą pewność siebie i samozadowolenie. Ale jeszcze nie euforię.

Tę osiągnął pięć minut później, gdy odsunął dłonie od jej szyi.

Kobieta była martwa. Był o tym przekonany. Musiał coś zrobić z ciałem. Lepiej, żeby za szybko jej nie znaleźli.

1994

Rodział 1

Krzysztof Mazurkiewicz, kierownik skupu płodów rolnych w Szczepanowie, aż się spocił, wyłączając komputer. Dłuższą chwilę stukał w klawiaturę, wypisując kompletnie niezrozumiałe dla niego komendy, które miał zanotowane na kartce, nim to cholerstwo, czyli system DOS, zezwoliło wreszcie na bezpieczne wciśnięcie guzika zasilania. Przez moment siedział jeszcze nieruchomo i bojaźliwie patrzył na ekran, jakby podejrzewał, że komputer tylko udaje, że się wyłączył, a za chwilę złośliwie wyświetli jakiś komunikat w języku angielskim, którego ni w ząb nie zrozumie.

Na biurku leżała sterta dokumentów, rachunków i kwitów przyjęcia towaru. Obok stał kubek po kawie, na dnie którego została zimna, brunatna maź. Mazurkiewicz nie pamiętał nawet, kiedy ją sobie zrobił. Ostatnio coraz częściej odnosił wrażenie, że komputer zabiera mu więcej czasu, niż go oszczędza. Do niedawna wszystko można było załatwić długopisem, kalkulatorem i zwykłym zdrowym rozsądkiem. Teraz człowiek musiał pamiętać jakieś komendy, hasła, procedury i kolejność wciskania klawiszy. Pewnie nawet przy bombie atomowej nie ma takiego cyrku.

Czasami przeklinał siostrzeńca, bo to Kamil go namówił na zakup zestawu komputerowego, który ten gówniarz z kolegami złożył w mieszkaniu jednego z nich. Wuju, trzeba w nowoczesność iść — przekonywał go, gdy Mazurkiewicz marudził, że to nie dla niego, że jest za stary na nowe technologie. A w domyśle — za głupi.

Do dupy z nowoczesnością, dalej ulegaj ludziom, to pójdziesz z torbami albo na zawał zejdziesz z nerwów — myślał z goryczą Mazurkiewicz. Segregatory z papierami wystarczy zamknąć i odłożyć na półkę, a z tym gównem trzeba jak z jajkiem, bo jeden błąd i zapisane dane pójdą w pizdu. Raz tak zrobił, wyłączył komputer jak telewizor jednym przyciskiem, zapomniawszy, że trzeba uprzednio zamknąć system. A potem długo tłumaczył się w centrali, dlaczego rachunki szlag trafił. Patrzyli na niego jak na ciężkiego idiotę.

Odetchnął z ulgą, kiedy czarny ekran zrobił się zupełnie martwy. Wstał, poprawił pasek spodni wystający spod koszuli i zaczął zbierać rzeczy. Portfel, kluczyki, papierowa teczka z dokumentami. Na końcu jeszcze raz spojrzał na komputer. Nie miał do niego zaufania. Właściwie nie miał zaufania do żadnej rzeczy, która wymagała instrukcji obsługi.

Z nadzieją, że komputery nigdy nie zastąpią tekturowych teczek, błazeńsko zasalutował maszynie i wyszedł z mieszczącego się w barakowozie biura na olbrzymi plac, zapełniony pryzmami buraków cukrowych. Barak stał na skraju placu, z którego rozciągał się widok na pola i niskie zabudowania Szczepanowa. Farba na jego ścianach dawno straciła pierwotny ciemnozielony kolor, a pod jednym z okien odpadała całymi płatami. Przed wejściem leżała drewniana paleta, na której ktoś postawił puste butelki po wodzie mineralnej. Między nimi lśniła w słońcu flaszka po czystej zwykłej. Nogi z dupy powyrywać tym pijaczynom! Chleją w robocie — trudno. Żeby tego dowieść, musiałby ich za rękę złapać, a bydlaki potrafią się nieźle tajniaczyć. Powinni jednak, do kurwy nędzy, zacierać ślady, a nie zostawiać szklane pamiątki. Gdyby zjawiła się inspekcja pracy, wszyscy mieliby przesrane, a najbardziej on jako kierownik.

Dochodziła piąta po południu, było widno, październikowe słońce mocno przygrzewało. Jak na tę porę roku było wręcz nienaturalnie ciepło. Lato, które w tym roku było wyjątkowo upalne, jakby przypomniało sobie, że nie powiedziało ostatniego słowa, chociaż w kalendarzu ustąpiło już miejsca jesieni.

Powietrze nad placem drżało lekko od nagrzanej ziemi i asfaltu, a zapach buraków mieszał się z wonią ropy, mokrej ziemi, spalin i diabli wiedzą czym jeszcze. W oddali terkotał jakiś ciągnik. Co pewien czas z pryzm dochodził głuchy stuk buraków zsuwających się pod własnym ciężarem.

Pięć minut później trzej robotnicy magazynowi skończyli układać kolejny misterny kopiec z buraków i wolnym krokiem szli do swojej kanciapy. Byli zmęczeni, ale nie spieszyli się. Zmiana i tak zbliżała się do końca. Jeden z nich miał kurtkę przewieszoną przez ramię, drugi niósł gumowe rękawice, trzeci co chwilę spluwał na bok.

Brygadzista Stanisław Wojtasik siedział wygodnie na turystycznym krzesełku. Palił tak śmierdzącego papierosa, że nawet na wolnym powietrzu świeczki stawały w oczach. Papierosy kupował od znajomego kierowcy, który przywoził je zza wschodniej granicy. Twierdził, że są mocniejsze od polskich, tańsze i przede wszystkim nie mają w sobie żadnych zbędnych dodatków. Nikt nie wiedział, co właściwie przez to rozumiał.

Wojtasik miał na sobie roboczą kurtkę rozpiętą pod szyją. Jedną nogę założył na drugą, a rękę z papierosem oparł na kolanie. Wyglądał jak człowiek, który od dawna przestał się przejmować tym, co wypada, a czego nie wypada. Czytał gazetę; było to czasopismo kryminalne „Detektyw”. Wojtasika pochłaniał reportaż o zabójcy w mundurze.

— Szef już wychodzi? — zapytał, widząc Mazurkiewicza z teczką i pobrzękującego kluczykami do samochodu. Odłożył gazetę na bok.

— Tak, muszę, mam w Hrubieszowie ważną sprawę.

Kierownik mimowolnie opuścił wzrok i lekko się zaczerwienił. Zrobił to tak szybko, że ktoś mniej spostrzegawczy mógłby tego nie zauważyć.

Ta ważna sprawa miała na imię Wiola.

Uwielbiała obcisłe topy i marzyła o karierze modelki. Mazurkiewicz nie mógł się oprzeć jej wdziękom, choć od dwudziestu lat był żonaty, a od osiemnastu ojcem. A może właśnie dlatego. W domu wszystko było już przewidywalne: żona, dzieci, rachunki, zakupy, telewizor po kolacji i pytanie, czy jutro trzeba zrobić zakupy. Przy Wioli czuł się znowu młodszy. Nie tyle młody, co przynajmniej trochę mniej stary.

Był świadomy, że może narobić sobie kłopotów. Wiedział też, że Wiola nie była kobietą, którą łatwo było zbyć byle czym. Kiedy na niego patrzyła, miał wrażenie, że widzi w nim przede wszystkim mężczyznę, a dopiero potem żonatego kierownika skupu. To mu się podobało. Nawet bardzo. Oczywiście, zdawał sobie sprawę, że widzi to, co chce zobaczyć, bo tak naprawdę, zależało jej tylko na jego kasie. Gdyby — odpukać — nagle mu jej zabrakło, szybko znalazłaby sobie nowego sponsora. Ale co szkodzić mieć złudzenia?

Wojtasik spojrzał na niego spod oka, a jemu przyszło do głowy, że stary się domyśla. Ale nikomu nie wychlapie, bo głupi nie jest. Za długi język wyleciałby z hukiem i na dwa lata przed emeryturą nigdzie nie znalazłby nowej roboty. Wojtasik miał już swoje lata i dobrze wiedział, że człowiek w jego wieku powinien przede wszystkim pilnować własnego interesu. Mazurkiewicz zresztą też nie zamierzał zadawać mu żadnych pytań.

— Jakby jeszcze ktoś przyjechał z towarem, to rachunki z moją pieczątką schowałem do biurka, a klucz wisi na haczyku przy drzwiach.

Wojtasik pokiwał głową.

— E, o tej porze pewnie nikogo już nie będzie, szefie.

— Nie wiadomo, kampania buraczana już się zaczęła. Więc jakby co, wiesz pan co robić.

— Jasne, kierownik będzie spokojny.

Mazurkiewicz zerknął na zegarek. Nie chciał się spóźnić. W Hrubieszowie miał być za niespełna pół godziny, a droga z placu do miasta czasami potrafiła się nieprzyjemnie wydłużyć. Poza tym nie lubił, kiedy Wiola musiała czekać. Dziewczyna nie grzeszyła cierpliwością. Mogła się obrazić.

— To do poniedziałku, panie Stasiu.

— Czołem, szefie.

Mazurkiewicz wsiadł do poloneza, wyjechał z placu i po chwili zniknął na szosie do Hrubieszowa. Samochód był już mocno wysłużony, ale kierownik dbał o niego bardziej niż o własne zdrowie. Silnik zakaszlał przy ruszaniu, potem samochód nabrał prędkości i po kilku sekundach został po nim tylko kurz unoszący się nad poboczem.

Wojtasik znowu sięgnął po „Detektywa”. Zapalił jeszcze jednego papierosa z ruskiego przemytu. Doczytał artykuł o gliniarzu mordercy, a potem przez kilka minut przeglądał gazetę, pełną budzących grozę ilustracji. Na koniec przymierzył się do krzyżówki, lecz po chwili spasował. Nigdy nie przepadał za rozkoszami łamania głowy.

Ziewnął, zwlókł się leniwie z krzesełka i poszedł do kanciapy.

W środku było duszno i pachniało potem, mokrymi ubraniami oraz kurzem. Przy jednej ze ścian stały metalowe szafki na ubrania. Na wieszakach wisiały robocze kurtki i kamizelki, a pod nimi walały się gumowce. Jedna z żarówek pod sufitem mrugała od czasu do czasu, jakby lada chwila miała się przepalić.

Dwaj dziewiętnastolatkowie, Janusz Wypych i Marcin Jastrzębski, siedzieli przy stoliku obok szafek na ubrania i rozmawiali z ożywieniem o zbliżającym się meczu reprezentacji piłkarskiej z Azerbejdżanem w ramach Euro’96. Na stole leżała otwarta paczka słonych paluszków, kilka kapsli po piwie i stary kalendarz z wyblakłą fotografią samochodu wyścigowego.

Po porażce 1:2 z Izraelem miesiąc temu optymizmu nie było choćby za parę groszy.

— Znowu się zbłaźnią, polska piłka nożna już się skończyła, wszystko leci na pysk. Nie mam w ogóle zamiaru oglądać tego badziewia — krzywił się Wypych.

Miał lekką nadwagę i bezczelne spojrzenie małych, szarych oczu. Jego twarz była pucołowata, a włosy zaczesane do tyłu tak, jakby od rana nie miał czasu spojrzeć w lustro. Mówił głośno i z przekonaniem człowieka, który uważał, że na każdy temat ma coś ważnego do powiedzenia.

— Dobrze nie jest, ale bez przesady, że to koniec — odrzekł Jastrzębski, smukły, muskularny blondyn. — Trzeba mieć nadzieję, że…

— A nie wiesz, że nadzieja to matka ułomnych na umyśle?

Marcin zmarszczył brwi, ale zanim odpowiedział, wtrącił się Wojtasik.

— Wolicie się napić czy udawać ekspertów od futbolu?

Wypych w jednej chwili zapomniał o piłce nożnej. Jastrzębski wciąż marszczył brwi, jakby chciał znaleźć odpowiedź, która raz na zawsze zamknęłaby Januszowi gębę.

Brygadzista postawił na stole półlitrówkę wódki. Butelka była jeszcze zamknięta, a przez szkło widać było przejrzysty płyn.

— Koszerna — stwierdził Janusz.

Nie wiadomo, z uznaniem czy przyganą.

— Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby — mruknął Wojtasik.

— Po koszernej podobno kaca nie ma.

Stary odkręcił butelkę i postawił ją na środku stołu. Praca na skupie buraków, choć ciężka i kurzyło się w niej jak cholera, miała swoje plusy. Towar przed przyjęciem musiał być zważony. Można było wpisać więcej, niż wynosiło faktyczne wskazanie wagi — ale za taką łaskawość plantator zwyczajowo odwdzięczał się wagowemu flaszką, a tamten solidarnie dzielił się jej zawartością z podwładnymi, bo oni nie ryby, też głos mieli i mogli z tego zmysłu różny uczynić użytek. Poza tym co za przyjemność pić w pojedynkę?

System działał od lat. Wszyscy wiedzieli, jak wygląda. Nikt nie uważał go za szczególnie niezwykły. Rolnik dostawał trochę więcej na papierze, wagowy miał swoją butelkę, robotnicy mieli okazję się napić, a kierownik, jeśli był rozsądny, przymykał oko na drobne interesy swoich ludzi. Gdyby ktoś zaczął zbyt dokładnie liczyć, okazałoby się, że na tym wszystkim traci przede wszystkim firma, a w szerszej perspektywie państwo. Ale firma była daleko, w biurze, w którym siedzieli urzędnicy nieznający zapachu buraków ani błota przyklejającego się do gumowców. Zresztą, jeśli coś jest państwowe, to tak jakby było niczyje. Za komuny tak się mówiło. Co prawda komuna poszła się kochać, ale trwała tak długo, że weszła ludziom w krew.

Siedemnastoletni Paweł Mikiciuk, dotychczas pochłonięty Game Boyem, schował zabawkę do kieszeni i podszedł do stołu. Przez cały czas siedział na ławce pod oknem, naciskając przyciski i wpatrując się w mały ekran. Teraz zainteresował się butelką znacznie bardziej niż elektroniczną grą.

Brygadzista pokręcił głową.

— Ty, Pawełku, za młody jesteś na gorzałę. Nic z tego.

— Oj tam, panie Stasiu…

— Nie oj tam. W robocie ja za ciebie odpowiadam, chłopaku. Coś ci się stanie i ja za to beknę.

— Nikt się nie dowie.

— No dobra, jeden mały i zmykasz do domu, jasne?

Paweł uśmiechnął się triumfalnie. Usiadł obok Janusza, który przesunął się robiąc mu miejsce.

Mówi się, że pół litra na dwóch to nic, a na trzech to już w ogóle nie ma o czym mówić. Powyższa reguła ma jednak wyjątki. Takim wyjątkiem był Janusz Wypych.

Już po drugiej kolejce oczy zaświeciły mu się mętnym blaskiem, a po trzeciej zaczął się popisywać kawałami, których świeżość już jakiś czas temu przeminęła z wiatrem. Opowiadał je jednak z takim przekonaniem, jakby właśnie sam je wymyślił.

— Znacie to: jak się nazywa spółka Jaruzelskiego i Wałęsy? General Electric! He, he, dobre, nie?

Nikt się nie odezwał, bo słyszeli ten dowcip z tysiąc razy.

Wypych rozejrzał się po twarzach kolegów.

— No co? Nie znacie?

Nie uśmiechnęli się nawet z grzeczności, więc brnął dalej.

— A wiecie, jaka jest różnica między dziewicą a dinozaurem?

Udawali, że nie mają bladego pojęcia.

Janusz pochylił się nad stołem.

— Nie ma żadnej! Jedno i drugie wyginęło!

Znowu nie było żadnej reakcji. Paweł zaczął dłubać paznokciem w etykiecie butelki, Marcin patrzył w bok, a Wojtasik zaciągnął się papierosem.

— No dobra, dobra. Widzę, że z wami dzisiaj ciężko. To z innej beczki.

Wypych dolał sobie wódki, chociaż nikt go o to nie prosił.

— A wiecie, dlaczego Mazurkiewicz tak często urywa się z roboty? Ja wiem, nie pytajcie skąd, ale wiem… Lalę ma w Hrubieszowie.

Wojtasik natychmiast podniósł głowę.

— Zamknij mordę! — nie wytrzymał.

— Bo co?

— Bo jajco!

Janusz zaśmiał się krótko, ale w jego oczach pojawiło się coś nieprzyjemnego.

— Ty, Wojtasik, lepiej mi nie fikaj!

W gniewie przeszedł z brygadzistą na „ty”, choć brudzia, ma się rozumieć, z nim nie pił. Wojtasik zauważył to od razu, ale nie skomentował. Zamiast tego powoli odłożył papierosa na brzeg popielniczki.

— Wystarczy, że szepnę mojemu staremu jedno słowo i cię nie ma. Rozumiesz, kurwa, nie ma cię! Wypierdolą cię z roboty i na żebry pod kościół pójdziesz!

Paweł przestał się bawić etykietą. Marcin spojrzał na Janusza ostrzegawczo.

Wszyscy wiedzieli, kim był ojciec Wypycha i że Janusz lubił się nim chwalić. Stary pojawiał się od czasu do czasu u syna w pracy, zadawał kilka pytań, rozmawiał z kierownikiem, a potem znikał. Nie było jasne, czy rzeczywiście miał taką władzę, jak twierdził jego syn, ale Janusz wierzył w to bez najmniejszego cienia wątpliwości.

— Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz — odpowiedział Wojtasik. — I wypierdalaj stąd!

— Sam wypierdalaj, dziadu!

Wojtasik wstał.

Krzesło zaskrzypiało po betonowej podłodze. Przez chwilę nikt się nie odezwał. W ciasnej kanciapie nagle zrobiło się jakby jeszcze duszniej. Papieros Wojtasika dopalał się samotnie w popielniczce, wypuszczając cienką smugę dymu.

Patrzyli na siebie nabiegłymi krwią oczami, zaciskając pięści. Janusz był młodszy i silniejszy, ale Wojtasik miał przewagę doświadczenia i nie wyglądał na człowieka, który zamierzał się cofnąć. Marcin zerknął na Pawła. Chłopak siedział nieruchomo, jakby bał się, że najmniejszy ruch może sprowokować bójkę.

— Chodź, Janusz, idziemy — rzucił pojednawczo Marcin Jastrzębski.

Janusz nie odpowiedział. Jeszcze przez chwilę patrzył na brygadzistę, jakby chciał zapamiętać jego twarz. Potem powoli odsunął krzesło.

Wojtasik również się nie odezwał.

W kanciapie zapadła cisza, w której przez moment słychać było tylko odległy warkot samochodu przejeżdżającego szosą hrubieszowską.

Rozdział 2

Rozległ się warkot ciągnika. Teresa Borkowska wyjrzała przez okno i z ulgą odetchnęła widząc męża. Od kilku minut nasłuchiwała, czy wreszcie wrócił. W domu było już cicho, w kuchni pachniało odgrzewaną zupą, a ona coraz częściej zerkała na zegar wiszący nad drzwiami. Wiedziała, że Mieczysław potrafił zasiedzieć się na polu do późna, zwłaszcza kiedy coś przy maszynie zaczynało szwankować. A ostatnio wysłużony „Ursus” często strzelał focha. Tym razem jednak niepokoiło ją coś jeszcze. Od kilku tygodni mąż coraz częściej narzekał na zmęczenie, łapał się za pierś i twierdził, że to tylko chwilowe osłabienie, zaraz mu przejdzie. Ta, osłabienie! Tak się objawia stan przedzawałowy. Jej siostra stryjeczna też się tak chwytała za serce, a potem szast prast, padła na ziemię i dobry Jezu, a nasz Panie!

Ciągnik wjechał na podwórze, powoli, jakby sam był zmęczony całym dniem pracy. Mieczysław zostawił maszynę pod plastikową wiatą, pogasił światła, przez chwilę siedział jeszcze za kierownicą, a potem wysiadł. Zamknął kabinę, sprawdził, czy wszystko zostało zabezpieczone i dopiero wtedy ruszył w stronę domu. Zgarbiony, ciężkim, powłóczystym krokiem skazańca przesunął się po podwórzu. Buty miał oblepione błotem, spodnie przy kolanach całe w ziemi, a kurtkę przesiąkniętą zapachem paliwa i wilgotnej gleby.

Gdy obstukiwał na schodach gumofilce z błota, znowu poczuł zawroty głowy i duszność w piersiach. Nagle zrobiło mu się ciemniej przed oczami. Aż się zachwiał i przez kilka sekund, oparty dłonią o poręcz, otwartymi szeroko ustami łapał chciwie powietrze. Serce waliło mu nierówno, jakby ktoś od środka uderzał w nie pięścią.

Rozejrzał się, czy Teresa tego nie widzi.

Widziała. Cholera, znowu będzie mu truć, żeby poszedł do lekarza się przebadać. Jakby nie miała nic ciekawszego do powiedzenia.

— Mieciu?

— Nic mi nie jest — rzucił, zanim zdążyła o cokolwiek zapytać.

Wyprostował się, choć kosztowało go to więcej wysiłku niż chciałby przyznać. Zdjął gumofilce i wszedł do domu.

Borkowska, odgrzewając mu w kuchni zupę, która została z obiadu, zauważyła, jaki jest styrany i blady. Twarz miał niemal szarą, pod oczami sine półksiężyce, a na czole połyskiwały krople potu. I chociaż żal ją ścisnął, tak jak się spodziewał, wyskoczyła z wymówkami. Znała męża wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jeśli zacznie go pocieszać i wypytywać o samopoczucie, będzie tylko gorzej. Na początek trzeba było go zrugać. Może wtedy przynajmniej poczuje, że ktoś nad nim czuwa.

— A mówiłam ci w południe: daj se dziś spokój z robotą, bronowanie nie ucieknie, poleż, wygrzej stare kości. Ale do ciebie można gadać… Musiałeś siedzieć na polu do zmroku? — gderała. — Przy sobocie?

Mieczysław nic nie odpowiedział. Usiadł przy stole i ciężko westchnął.

Spojrzał na duży zegar w kształcie stroszącego pióra koguta. Prezent od Agaty i Tomka na sześćdziesiąte piąte urodziny, wiszący na ścianie obok ślubnej fotografii Borkowskich, wskazywał kwadrans po ósmej. Rzeczywiście, trochę dziś przesadził. Już po „Wiadomościach”; nawet prognozy pogody nie obejrzał. Trzeba będzie czekać do dziewiątej na „Panoramę”. Zresztą najchętniej od razu, bez kolacji, położyłby się spać. Czuł w kościach cały dzień. Rano wstał jeszcze przed szóstą, potem kilka godzin na polu, naprawa pługa, obiad zjedzony w pośpiechu i znowu robota. A na koniec, jak na złość, ciągnik zaczął się buntować.

— Traktor nawala. Nie chciał piorun zapalić i dlatego tak długo mi się zeszło — odparł tonem usprawiedliwienia.

Nie przekonało to jego żony. Trochę za energicznie odcedziła ziemniaki nad zlewem, aż woda pryskała po podłodze.

— Ja się tylko pytam, po co ty tak sobie żyły wypruwasz? Nic dla ciebie się nie liczy. Ani ja, ani zdrowie, ino gospodarka…

— Ktoś to musi robić, samo się nie zaorze i nie zbronuje — przerwał.

Odchylił się na krześle i odgarnął z czoła kosmyk siwych włosów. Twarz miał dużą, o grubo ciosanych rysach. Nastroszone brwi znamionowały surowość, a mocno zarysowana szczęka dodawała mu wyglądu człowieka, z którym lepiej nie wdawać się w dyskusje. Jednak Mieczysław Borkowski tylko chciał uchodzić za srogiego patriarchę rodu. W gruncie rzeczy był człowiekiem przywiązanym do rodziny i łatwo wzruszającym się, choć przez całe życie nauczył się skutecznie to ukrywać.

Był rolnikiem z dziada pradziada. Nic innego w swoim długim życiu nie robił. Od dziecka wiedział, jak pachnie świeżo zaorana ziemia, jak śpiewa kosa, jak brzmi silnik ciągnika przed pierwszym uruchomieniem i jak wygląda pole po deszczu. Potrafił rozpoznać rodzaj gleby po kolorze i niemal bez patrzenia ocenić, czy zboże będzie dobre. Ziemia była dla niego czymś więcej niż własnością. Była dziedzictwem, obowiązkiem i częścią rodziny. Nikt mu nie jej nie odbierze i nie zabroni zajmowania się nią.

Dlatego czuł niemal fizyczny ból, widząc, jak w ostatnich latach hektary się marnowały. Coraz częściej słychać było głosy, że to się nie opłaca, ba — dokładać trzeba. Państwo wielką łaskę robi skupując od chłopa zboże, kartofle, buraki, żywiec. Płaci tyle, że lepiej nie mówić. A przecież ziemia sama z siebie pieniędzy nie dawała. Trzeba było kupić nawozy, paliwo, części do maszyn, nasiona, zapłacić podatki. Wszystko drożało, tylko za to, co człowiek wyprodukował własnymi rękami, dostawał coraz mniej. W rządzie takie mądrale, z profesorskimi tytułami, a nie pojmują, że podcinają gałąź, na której cały kraj siedzi. Kiedyś może dojdzie to do ich zakutych łbów, ale będzie za późno.

Cóż, wiadomo, że przejście na gospodarkę rynkową wymaga pewnych poświęceń. Nie można jednak wylewać dziecka z kąpielą. A niektóre działania rządu są jak gaszenie pożaru benzyną. Nóż się człowiekowi w kieszeni otwiera, gdy pomyśli, że niedługo naród nie będzie znał smaku polskiego chleba i polskiej kiełbasy; zatruje się sprowadzanymi z zagranicy świństwami sztucznie pędzonymi. Tak przynajmniej uważał Borkowski, choć czasami sam nie wiedział, czy bardziej wierzy w te swoje przekonania, czy po prostu bronił świata, który znał od dziecka. Bardziej jednak to pierwsze.

W Szczepanowie gleby jak złoto. Aż coś za serce ściska, jak tyle tego dobra odłogiem leży. W co drugim gospodarstwie teraz ugory. Kto może, ucieka ze wsi, gdzie pieprz rośnie. Jeden syn wyjeżdża do miasta, drugi do Niemiec, córka wychodzi za mąż za jakiegoś urzędnika i też już nie chce wracać. Domy pustoszeją, pola zarastają chwastami, a stare gospodarstwa powoli znikają. Ci, co zostali, dożywają swych dni.

Taka polityka rządu, panie. Nawiasem mówiąc nie tylko rolnictwo położyli na łopatki. To samo jest z przemysłem. Ile to fabryk zamknęli albo oddali za bezcen zagranicy? Najlepszym przykładem Hrubieszów, gdzie zlikwidowano jedyną w Polsce fabrykę lnu, prawie 500 osób poszło na bruk. Maszyny wywieźli na złom, w pomieszczeniach dziś tylko wiatr hula.

Mieczysław miał na ten temat i na wiele innych swoje zdanie i potrafił je powtarzać przy każdej okazji.

— A wiesz, Mietek, że Karbowniczkowa spotkała dziś w Hrubieszowie na rynku naszą Agatkę!

Teresa postawiła przed nim talerz zupy.

— Tak? I co słychać u pani inżynierowej? Pamięta jeszcze, gdzie jej korzenie?

Powiedział to z ironią. Bo co innym się dziwować, jak własna córka, zamiast się wydać za kogoś tutejszego, ot, chociażby za Heńka Wronów, który cięgiem na potańcówki ją zapraszał, poszła za miastowego inżynierka. A i ten w swoim zawodzie nie pracuje, tylko hurtownię założył, butami handluje i paraduje pod krawatem. A ostatnio kupił sobie, tę, jak jej tam — komórkę i chwali się wszystkim tą skrzynką z antenką, która nie mieści mu się w kieszeni. Niby taki telefon można wszędzie ze sobą wziąć i dzwonić z niego. Pytanie: po kiego grzyba? U Borkowskich nie ma telefonu i jakoś bez tego wynalazku żyją, nic im nie ubyło.

A jaki z zięcia mądrala! Przyjeżdża tu i tylko nosem kręci: to przestarzałe, tamto do kitu, owamto się nie kalkuluje. Jemu, Mieczysławowi Borkowskiemu, który pracę na roli wyssał z mlekiem matki, śmie rady dawać co do sposobu gospodarowania!

Raz nawet próbował mu tłumaczyć, że przy obecnych cenach paliwa nie ma sensu uprawiać wszystkiego tak, jak robili to Borkowscy od trzydziestu lat. Mieczysław słuchał go wtedy z kamienną twarzą, a potem przez pół godziny chodził po podwórzu i mruczał pod nosem, że teraz to każdy uważa się za eksperta w każdej bez wyjątku dziedzinie.

Helka wyczuła w jego głosie nutę złośliwości. Zrobiła obrażoną minę.

— Boga byś się wstydził za takie słowa! Ty się nie czepiaj Agaty ani Tomka! Dobrze im się żyje, w bloku mieszkają, autem jeżdżą, za granicą bywają. Syna udanego mają.

Mieczysław prychnął, ale nic nie odpowiedział.

W gruncie rzeczy był dumny z córki i zięcia, a za wnukiem w ogień by skoczył. Rzadko jednak to okazywał, bo tak go wychowano. Mężczyzna nie powinien rozpływać się nad uczuciami, tylko robić swoje. Gdy wnuk przyjeżdżał, Mieczysław potrafił przez pół dnia udawać obojętnego, a potem po wyjeździe Kuby jeszcze przez tydzień wspominał każde jego słowo.

W skrytości ducha marzył, że skoro córka wypięła się na wieś, to gospodarkę przejmie po nim wnuk. Taki zmyślny huncwot poradziłby sobie. Ale nie odważył się nigdy nikomu powiedzieć o tym marzeniu.

Zresztą tak naprawdę o co innego mu dziś chodziło.

Agata od dłuższego czasu namawia go, by zrobił sobie badania u kardiologa. Niby że te zasłabnięcia i bóle w piersi to wina serca. I mało, że jemu o tym truje, to jeszcze powtarza wszystko matce. A ta — jakże by inaczej — trzyma rację córuni!

Co one, psia mać, inwalidę chcą z niego zrobić? Myśli jedna z drugą, że człowiek nie ma nic innego do roboty, tylko biegać po konowałach? Najpierw jeden lekarz, potem drugi, badania, skierowania, kolejki, a na końcu jeszcze powiedzą mu, żeby przestał pracować. Niedoczekanie!

A twojego mężusia, Agatko, jeszcze bym na rękę położył — pomyślał z satysfakcją.

Tyle że gdy został sam ze swoimi myślami, nie było mu już tak do śmiechu. Przypomniał sobie nagle zawroty głowy na schodach i ciężar w piersiach. Przez chwilę poczuł niepokój, ale szybko go od siebie odsunął. To zmęczenie. Nic więcej.

— Niech to szlag! — prasnął ręką w czoło, odłożył łyżkę na pusty talerz po krupniku i z pretensjami do Helki: — Przez twoją gadaninę na śmierć zapomniałem, że po nasiona muszę wpaść do Sawczuka.

— Po nasiona? Jakie nasiona? — zdziwiła się, bo nic jej wcześniej nie wspomniał.

— A co ci będę teraz wyjaśniał wszystko od a do zet! Idę!

Wstał gwałtownie i natychmiast tego pożałował. Przez sekundę znowu zakręciło mu się w głowie. Oparł dłoń o stół, ale Teresa tego nie zauważyła.

— Po nocy będziesz się włóczył? To daleko.

Sawczuk mieszkał na samym końcu Szczepanowa. Jeszcze za chałupą Golbiny. Dalej zaczynały się już pola i droga prowadząca w stronę zagajnika.

— Ale nie na końcu świata. Nie zgubię się, nie nudź, kobieto.

Żeby choć raz jej posłuchał, ale gdzie tam! Ledwie chlipnął zupiny, talerz odsunął, już kapotę naciąga i leci. Teresa stała przy stole i patrzyła na niego z dezaprobatą. Znała ten jego upór. Wiedziała, że kiedy coś sobie postanowi, żadna siła nie zmusi go do zmiany zdania.

— Mieciu, ale pojedź w przyszłym tygodniu do lekarza. Ja cię bardzo proszę.

— Zobaczymy.

— Ty zawsze tak mówisz.

Nie odpowiedział.

Zamykając drzwi, mruknął, że weźmie rower, a wróci może za godzinę, półtorej.

— Pamiętaj obejrzeć prognozę pogody — dorzucił już z dworu.

Teresa została sama w kuchni. Przez chwilę patrzyła na zamknięte drzwi, potem westchnęła i zaczęła zbierać naczynia. Coś jej mówiło, że tego wieczoru nie powinna była pozwolić mu wyjść.

Rozdział 3

Poruszył się gwałtownie i otworzywszy oczy stęknął z bólu, który rozsadzał mu czaszkę. Jakby ktoś na przemian walił go po łbie pięciokilowym młotkiem a następnie wiercił świdrem. Przez moment nie wiedział gdzie jest. Ciemność, zapach stęchlizny i potu, ciężar własnego ciała — wszystko wydawało się obce.

Spróbował usiąść, ale to przekraczało jego możliwości.

Zaczął się trząść niczym w febrze. Tak bardzo, że cuchnące wyrko, na którym kilka godzin wcześniej legł strudzony w kapocie i zabłoconych buciorach, telepało się wraz z nim, skrzypiąc jak potępieniec piekielny.

Eugeniusz Smolak nie pamiętał, kiedy dokładnie wrócił do domu. Pamiętał tylko fragmenty wieczoru. Jakieś głosy. Śmiech. Drogę. Sklep. Ciepło rozchodzące mu się żyłach — to było najprzyjemniejsze. A potem już nic. Urwany film.

W izbie było ciemno. Przez zasłonięte okno nie wpadała nawet smuga światła z podwórza. Eugeniusz sięgnął po omacku po papierosy i zapałki, które powinny leżeć na podłodze przy łóżku. Nim drżącą ręką je namacał, wywrócił szklankę.

Upadła na podłogę. Wylało się z niej wino. Musiał nie dopić. Albo świadomie zostawił na taką właśnie kryzysową chwilę.

Szkoda. Parę łyków postawiłoby go na nogi.

Udało mu się wysupłać z paczki wykruszonego „Popularnego”. Papieros był trochę połamany i wilgotny, ale nie zwracał na to uwagi. Zapalił go po wielkich trudach. Wilgotne zapałki gasły jedna po drugiej. Za piątym razem płomień wreszcie utrzymał się wystarczająco długo. Rzucił wypaloną zapałkę na podłogę. Kosz na śmieci gdzieś się zapodział.

Zaciągnąwszy się głęboko parę razy, miał wrażenie, że nikotyna rozjaśnia mu umysł.

Nie rozjaśniała. Tylko na chwilę przynosiła ulgę.

Kiedy to znów wpadł w alkoholowy ciąg? Trzy, może cztery dni temu. Zaczęło się niewinnie, od piwa z robotnikami robiącymi we wsi wykopy pod kolektor sanitarny. Spotkał wśród nich znajomka ze spółdzielni rolniczej, w której przed laty obaj pracowali. Najpierw była rozmowa, potem wspominanie dawnych czasów, potem ktoś przyniósł browara, który okazał się drogą do piekła.

Gdy jęli wspominać dawne, dobre czasy, Smolak rychło zapomniał, że nie dalej jak przed miesiącem, po tym, jak dostał po pijaku ostry łomot w barze i dwa dni musiał się kurować, przyrzekł sobie nigdy więcej nie tknąć gorzały.

Wtedy był naprawdę przekonany, że już koniec. Początkowo przeżywał koszmar, telepał się niczym szmata na wietrze, w nocy miał zwidy, krzyczał, miotał się. Po kilku dniach doszedł do siebie. Jadł regularnie, spał, rano chodził do roboty jak gdzieś ją miał. Sam sobie gratulował silnej woli.

Który to już raz czynił tego rodzaju obietnice? Piąty? Ósmy? Najdłużej wytrwał w abstynencji sześć tygodni. A potem tak się schlał, że zapaskudził portki. To nawet nie było już śmieszne.

Kac morderca nie ma serca.

Jak dziecko matczynych pieszczot potrzebował bodaj piwa. Piekielne pragnienie sprawiło, że zwlókł się z wyra, nad zlewem przemył zapuchnięte oczy i dwoma ruchami szczerbatego grzebienia przyczesał włosy. W lustrze zobaczył twarz, której sam się trochę przestraszył. Obrzęknięte powieki, kilkudniowy zarost, sinawe usta. Wyglądał jak człowiek, który od dawna nie miał nic wspólnego z porządnym życiem. Bo faktycznie nie miał.

Przeszukał wszystkie kieszenie, ale oprócz pudełka zapałek i brudnej chustki do nosa nie wygrzebał nawet grosza.

— Kurwa mać! Musiałeś, baranie, wszystko przepuścić?! — sklął sam siebie.

Niedawno, w ubiegłym tygodniu, wziął sto złotych od Wojtka Króla za pomoc przy wykańczaniu drewutni. Planował kupić kurtkę na zimę. Stara była już tak przetarta, że wiatr przechodził przez nią jak przez firankę. Pojedzie na targ do Hrubieszowa i coś tam dla siebie znajdzie. A teraz, po kilkudniowym pijaństwie, szlag trafił i kapotę, i forsę.

Nie zostało mu nic. Pozostało iść pod sklep Wypychów i poszukać fundatora. Nie będzie to łatwe. Ludzie teraz zrobili się skąpi, nieużyci. I tylko do siebie, nic od siebie. On jest inny. Jak ma kasę, zawsze wspomoże potrzebującego. Dlatego pewnie tak rzadko forsa się go trzyma.

W jego własnej ocenie był człowiekiem dobrym i uczynnym. To, że pieniądze przeznaczał głównie na alkohol, nie miało dla niego większego znaczenia. W swojej głowie zawsze znajdował jakieś usprawiedliwienie.

Wyszedł z chałupy. Już późno, prawie noc. Na szczęście sklepu jeszcze nie zamknęli. Powietrze było chłodne i wilgotne. Smolak zapiął kapotę pod szyją i ruszył powoli drogą. Każdy krok przypominał mu o bólu głowy. Gardło miał suche, język przyklejał mu się do podniebienia.

Z daleka widać było rozświetlony neon i grupkę mężczyzn okupujących dwie ławki oraz dach samochodu zaparkowanego tuż przy wejściu.

Smolak zwolnił. Rozpoznał Janusza Wypycha i jego kolegów. Na chwilę zatrzymał się przy płocie. Może lepiej zawrócić? Ale pragnienie alkoholu było silniejsze niż strach.


Normalnie nóż się człowiekowi w kieszeni otwierał! Co za skurwysyn!

Martyna Pliszka nadal była wściekła. Akurat była zajęta na zapleczu, układała kartony z konserwami, kiedy on to wykorzystał. Wpadł do sklepu jak pocisk, wskoczył za ladę, porwał z półki flaszkę wódki i uciekł bez płacenia, nim zdążyła interweniować. Bezczelny gnój nawet się nie krył.

Wybiegłszy ze sklepu, posłał jej drwiący uśmiech. Co mi zrobisz, głupia pizdo?!

Martyna aż zacisnęła zęby. Powinna zgłosić kradzież na policji. Nie znała dobrze kodeksu karnego, ale za taki numer złodziej powinien wylądować w pierdlu. A jakby się stawiał gliniarzom, to i gumą by od nich dostał. Martyna z radością patrzyłaby na taką scenę. Ale cóż, mogła ją sobie tylko wyobrazić. Z dwóch powodów nie powiadomiła policji. Po pierwsze, w sklepie nie było telefonu. Po drugie, złodziej jako kumpel Januszka był w zasadzie bezkarny.

Syn jej pracodawców brylował wśród grupki chłopaków popijających przed sklepem. Siedział na masce tatusiowego volkswagena z flaszką piwa i głośno, jak jakiś kretyn, zaśmiewał się z jednego ze swoich dennych dowcipów.

Bazarowe podróbki Adidasa, mokasyny z frędzelkami i białe skarpetki. Co za szyk! Armani dla wieśniaków! Pozostali słuchali go niczym stare dewotki księdza proboszcza. Ważny, bo kasiasty. Martyna patrzyła na nich zza szyby i czuła, jak narasta w niej złość. Pewnie miło spędzą czas. A ty się męcz w tej budzie jeszcze godzinę.

Kurwa mać. Będzie musiała pokryć należność za skradzioną wódkę z własnej kieszeni. Stara jej nie daruje. Powie, że trzeba było pilnować sklepu, a nie siedzieć na zapleczu i Bóg wie co robić. O właścicielach sklepu w Szczepanowie, rodzicach Janusza Wypycha, sprzedawczyni Martyna Pliszka niczym o zmarłych nie chciała mówić źle. Miała o nich mniej więcej takie samo zdanie jak o ich pierworodnym, czyli jak najgorsze.

Stary Wypych, niegdyś magazynier w GS–ie, siedział przed laty za jakieś przekręty. Na nich dorobił się kasy i założył ten sklepik, w którym sprzedaje alkohol, papierosy i przeterminowane żarcie. Oficjalnie wszystko było w porządku, ale Martyna wiedziała, że część towaru miała daty ważności tak stare, że strach było na nie patrzeć. Ludzie w Szczepanowie w ogóle ich nie sprawdzali. Jak widzieli na etykietce zagraniczny napis, to brali bez wahania, choćby w środku zapakowano psie gówno. Pamiętała co było, kiedy w sklepie pojawiła się niemiecka śmietanka w proszku. Kolejka aż pod drogę zakręcała, a dwie baby mało się nie pobiły o ostatnią paczuszkę tego syfu.

A kiedy żona nie widzi, stary Wypych łapie Martynę za cycki. Dziewczyna już kilka razy odsuwała jego rękę, ale ten knur zachowywał się tak, jakby wszystko mu się należało.

Jego kobita, gdyby ogłosić konkurs na największą sukę w całej gminie, wygrałaby go w przedbiegach! Oszukuje przy wynagrodzeniu, każe jej pracować w święta i niedziele, a patrzy na nią tak, jakby chciała ją zamordować. Wszystko dlatego, że zazdrości Martynie młodości, urody, wdzięku. Tego ostatniego ten gruby, wyfiokowany i wiecznie nadęty babsztyl ma tyle, co brudu za paznokciami. A może nawet mniej.

Martyna była przekonana, że gdyby miała trzydzieści lat więcej, nie pracowałaby tutaj nawet jednego dnia.

Co do Janusza — była na niego cięta, bo kiedyś jej się podobał. Chętnie słuchała jego bajerów, jaka z niej superlaska i w ogóle, że ją stąd zabierze do Warszawy, gdzie jest prawdziwe życie. Potrafił mówić tak, że człowiek przez chwilę rzeczywiście zaczynał wierzyć, że jest dla niego kimś wyjątkowym.

Jaka była głupia, że mu wierzyła. Wkrótce bowiem przekonała się, że nic dla niego nie znaczyła. Chciał ją tylko przelecieć. Ale tylko chciał, bo nie stanął na wysokości zadania. A potem ciągle jej dogryzał, wyśmiewał i traktował jak podgatunek ludzki. Martynie na jego widok od razu robiło się niedobrze. Ostatnio do Janusza wzdychała Kaśka Wrona, córka leśniczego. Martyna postanowiła ją przed nim przestrzec. Niestety, kiedy powiedziała jaki z niego fiut, ta głupia koza kazała jej pilnować własnej dupy, przekonana, że koleżanką kieruje zazdrość. No to pilnowała. A Kaśka kiedyś przyzna jej rację.

W tejże chwili pod sklepem pojawił się Gienek Smolak.

Ten to ma zdrowie — pomyślała Martyna z mimowolnym podziwem. Chla już chyba czwarty czy piąty dzień z rzędu, po kilka razy przychodzi po bełty, a wciąż mu mało.

Smolak nerwowo się rozejrzał. Był bliski rozpaczy. Sami młodzi ani jednej przyjaznej duszy. Nie będzie u nich żebrać o parę złotych, bo mógłby zarobić wpierdol. Bał się takich jak oni, a najbardziej syna właścicieli, który przy każdej okazji okrutnie go poniżał.

Janusz Wypych zauważył go niemal natychmiast. Gęba mu się roześmiała.

— Ej, Smolak!

Gienek zatrzymał się.

— Chodź no tutaj!

Smolak podszedł niepewnie.

— Chcesz browara?

Za odpowiedź wystarczyło mu umęczone spojrzenie i spierzchnięte wargi Smolaka. Janusz roześmiał się i spojrzał na kolegów.

— Dostaniesz, ale musisz coś zrobić. Uklękniesz i ładnie mnie poprosisz. Powiesz do mnie „szanowny panie Januszu, czy będzie pan łaskawy postawić mi piwo?”.

Reszta chłystków zarechotała.

Smolak stał nieruchomo.

— No klękaj, kurwa! W tej chwili, albo ci wpierdolę! Liczę do trzech! Raz, dwa…

Gienek prawie dotykał kolanami ziemi, gdy naraz coś się w nim zbuntowało. Nie zrobi tego. Pal licho browara. Nie da mu satysfakcji. Tak w ogóle, nie powinien już pić, wystarczy. Jakoś sobie poradzi.

Wyprostował się, obrócił na pięcie i odszedł. Czuł, że Janusz coś jeszcze za nim krzyczy, ale nie odwrócił się.

Zaraz tego pożałował. Stanął pod rozłożystą topolą i smętnie spoglądał na drogę. Zimny wiatr poruszał liśćmi, a on przez chwilę walczył sam ze sobą. Wiedział, że w domu nie ma ani grosza, nie ma alkoholu i nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc.

Już miał wracać do siebie, kiedy zobaczył wybawienie — idącą drobnymi krokami starszą kobietę w chustce zawiązanej pod brodą.

— Ej, Cześka! — zawołał.

Kobieta rozejrzała się, bo nie od razu zauważyła Gienka. Na jego widok zatrzymała się z wahaniem. Martyna Pliszka widziała z daleka, jak Smolak coś do niej mówił. Coś jej tłumaczył, przekonywał, wymachując nerwowo rękami. Momentami wyglądał jak policjant dyrygujący ruchem na skrzyżowaniu.

Czesława Golba miała pod siedemdziesiątkę, żyła samotnie na skraju wsi. Była jedną z tych kobiet, które znały wszystkich i o których wszyscy coś wiedzieli. Nie miała męża ani dzieci, a mimo to rzadko można ją było zobaczyć samotną. Zawsze ktoś przychodził po radę, po pomoc albo po zwykłą rozmowę.

Towarzystwo pod sklepem nie śmiało jej zaczepić. Zanim wprowadzono religię do szkół, katecheza odbywała się u niej w chacie. Przez lata dzieciaki przychodziły tam na naukę religii, a ona miała opinię kobiety pobożnej, ale stanowczej. Chociaż w kościele nie widywano jej zbyt często, wieś plotkowała, że jest krewną jakiegoś ważnego prałata, czy nawet biskupa. Nikt nigdy nie sprawdził czy to prawda.

To wystarczyło, aby nawet takie zera jak Janusz Wypych i jego kumple, wychowani jednak w tradycyjnych rodzinach katolickich, gdzie księdza dobrodzieja całuje się w rękę, czuły do niej coś w rodzaju respektu. W przeciwnym razie, gdyby to się rozniosło, ojcowski pasek byłby w robocie.

Czesława podeszła do lady i poprosiła o dwie flaszki wina, herbatniki i paczkę popularnych. Martyna spojrzała na nią pytająco, ale bez słowa zaczęła pakować zakupy.

Czesława wyjęła pieniądze, starannie odliczyła należność, po czym wszystko zapakowała do olbrzymiej ceratowej torby. Zapięła ją, poprawiła chustkę pod brodą i wyszła.

Na drodze czekał na nią Smolak. Ruszyli we dwójkę. Martyna patrzyła za nimi przez szybę. Czesława coś do niego mówiła, a Gienek kiwał głową. Właściwie niewiele ją to obchodziło.

Czas szybko biegł. Januszek wsiadł do auta, zabrał jeszcze trzech kumpli i odjechali. Volkswagen zniknął za zakrętem, a echo silnika jeszcze przez chwilę odbijało się od zabudowań. Reszta też wkrótce się rozeszła.

Martyna zaczęła się szykować do zamknięcia sklepu. Pozbierała puste butelki, zamknęła kasę, policzyła pieniądze i sprawdziła, czy wszystko zostało schowane. Zgasiła część świateł, pozostawiając tylko jedną jarzeniówkę nad ladą.

Zapadł całkowity mrok.

Świeciły się tylko okna domów i nieliczne we wsi latarnie. Od strony pól ciągnęło chłodem. Gdzieś daleko zaszczekał pies, potem odpowiedział mu drugi.

Martyna zamknęła drzwi sklepu na klucz i przez chwilę stała na chodniku nasłuchując.

Gdy wracała do domu, nie napotkała żywej duszy. Wieś wyglądała zupełnie inaczej niż kilka godzin wcześniej. Pusta droga, ciemne podwórza, pojedyncze światła za firankami. W oddali majaczyły czarne sylwetki drzew.

Martyna przyspieszyła kroku. Nie lubiła Szczepanowa nocą.

Rozdział 4

W pokoju przesłuchań czuć było starym, zetlałym kocem. Komisarz Damian Hys niejednokrotnie się przekonał, że otwarcie okna niewiele daje, gdyż ten smród wniknął w ścianę, jakby był składnikiem farby, którą ją pomalowano. Zadziwiający przypadek, biorąc pod uwagę, że nową siedzibę hrubieszowskiej komendy rejonowej oddano do użytku ledwie przed kilkoma miesiącami. A może ten odór jest tylko w mojej głowie? — pomyślał naraz policjant.

Zegar wskazywał pięć po dwudziestej drugiej. Normalni ludzie o tej porze siedzą z piwem przed telewizorem, a nienormalni, czyli policjanci muszą stać na straży bezpieczeństwa ludzi i porządku publicznego, chociaż na co dzień jest to czasami skomplikowane. Białe nie zawsze jest białe, a czarne nie zawsze czarne.

Hys spojrzał na kobietę siedzącą vis a vis przy stoliku, które w szkołach służą za ławki dla uczniów. Odpowiedział mu jej udręczony wzrok.

— Dobrze, namyśliłam się — powiedziała głuchym głosem. — Powiem, jak było. W trakcie sprzeczki z mężem zadałam mu cios w głowę wałkiem do ciasta. A kiedy upadł, uderzyłam go ponownie, aż zemdlał.

Jakby się znów zacięła.

— Co było dalej?

— Poszłam do sąsiadów i poprosiłam ich o wezwanie karetki. Pójdę do więzienia?

— O tym zdecyduje sąd.

Kobieta pociągnęła nosem.

— Więc pewnie pójdę…

Damian nie chciał dawać jej obietnic bez pokrycia, że sąd weźmie pod uwagę okoliczności łagodzące i skończy się na zawiasach. Siedząca naprzeciw niego kobieta miała nieszczęście wydać się za skurwiela łajdaka, który pierwszy raz pobił ją już w dniu ślubu, a potem przez dziesięć lat robił to systematycznie, przynajmniej raz w tygodniu. Nawet, kiedy była w ciąży. W końcu nie wytrzymała. Gdy przyskoczył do niej z pięściami, bo nie usłyszała jak ją wołał z pokoju, zdzieliła go przez łeb wałkiem, a po chwili poprawiła. Typ ledwie przeżył, a jego biedna żona może usłyszeć zarzut usiłowania zabójstwa. Oczywiście czynu tego dopuściła się pod wpływem wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami. Szkopuł w tym, że definicja takiego stanu jest dość ogólnikowa, więc jak podejdą do tego sędziowie, pewnie wiedział tylko Bóg. Albo diabeł. Do wyboru.

Poczuł się zniechęcony i wypalony.

— Powtórzy to pani do protokołu i na dziś skończymy.

Pół godziny później, gdy podejrzana została zabrana do celi policyjnego aresztu, zamknął pokój i ruszył długim korytarzem. Kroki komisarza tłumiła ohydna wykładzina w kolorze rzadkiej sraczki.

Dochodził już do schodów, gdy z pokoju po lewej stronie korytarza wyjrzała facjata Jurka Gostomskiego, z którym Hys był wieki temu na jednym roku w szkole policyjnej w Szczytnie.

— Damian, chodź do nas — powiedział ochrypłym głosem.

— Padam ze zmęczenia. To coś ważnego?

— Chodź, chodź, nie bądź taki. Mam coś, co postawi cię na nogi.

W pokoju było szaro od dymu z papierosów. Pięciu gliniarzy siedziało na krzesłach wokół biurka, na którym królowała litrowa butelka „Bolsa”. Obok stała skromnie Polo Cocta. Na talerzu krążek kiełbasy, chleb i słoik musztardy sarepskiej.

Nie żeby było jakieś święto — zakończenie ważnego dochodzenia, czyjeś urodziny, rocznica ślubu bądź rozwodu. Po prostu trzeba było spłukać cały syf nagromadzony tego dnia podczas służby.

— Prowadzę — zaprotestował Damian, gdy chcieli mu polać do szklanki.

— A cóż to za problem? Zostawisz furę pod firmą, spokojnie, nikt ci tego krążownika szos made in DDR nie zajuma i wrócisz do chałupy z buta — poradził mu Gostomski.

— Właściwie masz rację.

O tym, że w pomieszczeniach komendy policji odbywają się alkoholowe libacje, wiedział komendant, wiedzieli naczelnicy wydziałów, wiedzieli w zasadzie wszyscy. Szefowie patrzyli na to przez palce. Byle tylko gliniarze nie chlali na służbie. Po szarwarku to już insza inszość.

Rozmowy policjantów obracały się wokół spraw personalnych. Spekulowali kto ma szanse na awans, kto odchodzi z kryminalnego do innego wydziału lub wybiera się na emeryturę. Zaśmiewali się do rozpuku z nowego nabytku, czyli aspirant Michalskiej, która ledwie od miesiąca pracowała w hrubieszowskiej rejonówce, a już zdążyła wielu starym psom się narazić. Jej umiłowanie porządku i regulaminu było tak dalece posunięte, że kolega, który do niedawna dzielił z nią pokój, musiał ze świecą szukać protokołu przesłuchania ważnego świadka. Do głowy mu nie przyszło, że rzucony na biurko maszynopis znajdzie się tam, gdzie było jego miejsce, czyli w teczce z aktami sprawy. Ale to jeszcze nic. Pod groźbą złożenia skargi do komendanta wojewódzkiego zabroniła mu palić w pokoju, a zawartość flaszki, sprytnie zakitranej w pustym segregatorze na najwyższej półce, wylała do zlewu.

Alkohol średnio postawił Hysa na nogi. Czuł, że jego umysł zaczyna się zapadać. Toteż ograniczył się do dwóch kolejek, po czym wymknął się po angielsku. Owionęło go rześkie powietrze październikowej nocy. Poczuł się na tyle lepiej, że gdy doczłapał do mieszkania w bloku, bez problemu poradził sobie z zamkiem w drzwiach. Przypomniał sobie, że jutro i pojutrze, zgodnie z postanowieniem sądu rodzinnego spędzi czas z Moniką. Był fatalnym ojcem, ale nie chcąc być na dodatek flejtuchem, jako tako ogarnął bałagan. Komisja do spraw czystości nie podpisałaby protokołu zdawczo– odbiorczego, ale trudno. Sił starczyło mu tylko na odkurzenie mebli i umycie brudnych naczyń, których w ciągu trzech dni nazbierała się cała sterta.

Opadł ciężko na kanapę. Pilot do telewizora leżał na stoliku, ale nie chciało mu się po niego sięgać. Po co właściwie? O tej porze z ekranu spływa tylko krew w przerwach między reklamami seks telefonów i cudownych środków na poprawienie potencji. Kryminałów miał pod sam korek, z uprawiania seksu pomału się wypisywał. Usnął z myślą, że następny dzień w jakiś sposób odmieni jego beznadziejne, nudne życie.

Rozdział 5

Wczesnym popołudniem następnego dnia Halina Osiniakowa szła śpiesznie przez pola. Słońce świeciło jasno, ale październikowe powietrze było już chłodne i pachniało jesienią. Na miedzach leżały wyschnięte liście, trawa po nocnej rosie zdążyła obeschnąć, a z oddalonej drogi dochodził od czasu do czasu warkot przejeżdżających samochodów. Halina jednak nie miała głowy do podziwiania pogody ani krajobrazu. Była zła. I to zła przede wszystkim na samą siebie, choć na drugim miejscu, z niewielką stratą uplasowała się Piotrowska.

Zasiedziała się u sąsiadki, co mieszkała hen, aż w kolonii. Miała zajść tylko na chwilę, zamienić kilka słów, może wypić herbatę, a tymczasem minęło pół dnia. Zapomniała o bożym świecie, ale tak to jest, gdy zejdzie się kilka bab i zaczną młócić jęzorami. Jedna coś powie, druga doda, trzecia przypomni historię sprzed dwudziestu lat, a czwarta koniecznie musi powiedzieć, co o tym wszystkim myśli. Tematów do pogaduszek nie brakowało: nowy lekarz w wiejskim ośrodku zdrowia, skandaliczne knowania gminy w sprawie przeniesienia przystanku PKS w niekorzystne miejsce, czy wreszcie powrót Gienka Smolarza do chlania. Nim człowiek się obejrzy, mijają kolejne godziny. Najśmieszniejsze, że Osiniakowa wyszłaby dużo wcześniej, ale gdy była już przy drzwiach Piotrowska pochwaliła się sukienką, którą przysłała jej siostra z Kanady.

Po sprawiedliwości przyznać trzeba, że ta kiecka, jest pierwsza klasa. Halina oglądała ją z zainteresowaniem, bo materiał był miękki, wzór niespotykany, a krój taki, jakiego w tutejszych sklepach i na bazarze próżno szukać. Sąsiadka prezentowała się w niej jak dama z amerykańskiego serialu o wyższych sferach, tytuł jakoś tak na literę „D”. Piotrowska kręciła się przed lustrem, poprawiała rękawy i opowiadała po raz kolejny, ile dolarów siostra musiała za nią zapłacić.

Osiniakowa bez zawiści pomyślała, że jej nigdy nie będzie stać na takie cudo.

Choćby nie wiadomo, ile od ust sobie odejmowała.

U niej każda złotówka miała swoje przeznaczenie. Tu trzeba było kupić opał, tam coś naprawić przy domu, a na zimę zawsze przychodziły jakieś niespodziewane wydatki. O ubraniu takim jak Piotrowskiej mogła najwyżej pomarzyć. Ale przecież nie suknia zdobi człowieka — pocieszyła się.

Nagle przypomniała sobie o zegarku. Spojrzała na przegub. O, to już wpół do drugiej!

— Jezus Maria — mruknęła do siebie.

Stary pewnie wściekły. Mówiła, że wychodzi tylko na pół godziny. Na dodatek zostawiła na ogniu gotujące się ziemniaki. Jeśli garnek nie wykipiał, to przynajmniej ziemniaki powinny już być rozgotowane. A jeśli wykipiał, będzie musiała szorować kuchnię.

Przyspieszyła kroku. W pewnym momencie spojrzała na wyglądającą zza uschniętej jabłonki chałupę Czesławy Golby.

Spojrzała i aż przystanęła.

Bo to niepojęte. Cały dom rozświetlony, niczym choinka na Boże Narodzenie. Halina zmrużyła oczy, jakby chciała się upewnić, że wzrok jej nie myli. W biały dzień paliły się światła niemal we wszystkich oknach. Przez szyby przebijała żółtawa poświata. Kto w dzień pali wszystkie światła? Marnotrawstwo i wyższe rachunki za prąd.

Mało tego! Drzwi wejściowe rozwarte na oścież. Halina poczuła, jak coś nieprzyjemnego ściska ją w żołądku. Nie było w zwyczaju Cześki, kobiety już dobrze po sześćdziesiątce, samotnie żyjącej w domu oddalonym o ponad trzysta metrów od najbliższych zabudowań, na dodatek nieogrodzonym żadnym płotem, nie zamykać mieszkania. Nawet jak wychodziła na chwilę do królików albo do wygódki, dokładnie ryglowała zamki. Bała się złodziei. Ze dwadzieścia lat temu okradli ją Cyganie. Niby chcieli powróżyć, ale w czasie, gdy Cyganka mamiła ją wysoką wygraną w Toto Lotka, Cygan wyciągnął z kredensu pieniądze, odłożone na czarną godzinę. Wszyscy w Szczepanowie wiedzieli, że Golbina była ostrożna do przesady. Potrafiła dwa razy wrócić od furtki, żeby sprawdzić, czy na pewno zamknęła drzwi.

Czyżby tym razem zapomniała? A może coś się stało? Ceśka wszak młoda nie była. Nikt zresztą nie zna dnia ani godziny…

Halina stała jeszcze przez chwilę na skraju pola, patrząc na dom. W normalnych okolicznościach pewnie pomyślałaby, że Czesława wyszła na podwórko i zostawiła otwarte drzwi. Ale światła nie dawały jej spokoju. Było ich zbyt wiele. Wyglądało to tak, jakby ktoś celowo zostawił cały dom rozświetlony.

— Ceśka! Cesia! — zawołała na cały głos Osiniakowa, zbliżając się do obejścia.

Nic. Cisza.

Tylko gdzieś w koronie starej jabłoni zaszeleściły liście.

— Czesia!

Ponownie żadnej odpowiedzi. Co tu robić? Powinna chyba zajrzeć i sprawdzić. Chociaż słońce jak na październik mocno przypiekało, Halina poczuła lodowaty dreszcz na skórze pleców. Włosy niemal stanęły jej na karku. Za nic nie wejdzie sama. Za żadne skarby! Choćby jej grozili tępym nożem.

Jeśli — odpukać — z Golbą coś złego się stało, nie chciała być tą, która znajdzie ją sztywną. Raz tylko widziała nieboszczyka na cmentarzu, podczas otwarcia trumny i nigdy tego nie zapomni. Obraz wychudłej twarzy i nieruchomych dłoni oplecionych różańcem wracał do niej czasami nawet po latach. Od tamtej pory uważała, że umarłych powinno się oglądać tylko wtedy, kiedy naprawdę trzeba.

A jeżeli potrzebna jej pomoc, bo na przykład zasłabła, tym bardziej ktoś jeszcze powinien być. Może leży gdzieś na podłodze i czeka na pomoc. Może złamała nogę. Może dostała udaru. Halina zrobiła jeszcze dwa kroki w stronę domu, ale zaraz się zatrzymała. Nie. Sama nie wejdzie. Zadziałać jednak trzeba.

Nie po chrześcijańsku byłoby nie zareagować, pójść sobie w swoją stronę, jakby nigdy nic. Potem, gdyby okazało się, że Czesława umarła albo potrzebowała pomocy, wszyscy powiedzieliby: była tam, widziała, dlaczego nic nie zrobiła? Podobno jest za to nawet jakiś paragraf.

Pomyślała chwilę i zawróciła. Trudno, stary musi poczekać. Jak trochę przepości, wyjdzie mu to tylko na zdrowie. Zgubi trochę brzuszyska, które mu wisi jak wór po kartoflach.

Ruszyła szybkim krokiem w stronę najbliższych zabudowań. Po chwili już niemal biegła. Co kilka sekund odwracała się i spoglądała na dom Czesławy. Światła nadal się paliły. Najbliżej jej było do Taraniuków. Pobiegła co tchu.

Wpadła do izby blada, zdyszana, rozczochrana. Chustka zsunęła jej się z głowy, a policzki miała czerwone od wysiłku. Jadźka Taraniukowa tak się wystraszyła, że aż upuściła na podłogę nóż, którym obierała cebulę. Uderzył z brzękiem o deski.

— Matko Boska, co ci?!

Jej mąż, drzemiący w pokoju po nocnej zmianie na kolei, ocknął się i też zdziwiony wybałuszył oczy. Podniósł się na łokciu, spojrzał na żonę, potem na Halinę, jakby spodziewał się usłyszeć wiadomość o pożarze albo wypadku drogowym.

Osiniakowa przysiadła na zydelku i ciężko sapała. Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie słowa.

— Wody… dajcie wody.

Jadźka napełniła kubek wodą z kranu i podała jej. Dopiero po minucie uspokoił jej się oddech i zaczęła mówić.

— U Cześki coś jest nie tak.

— Co znaczy „coś jest nie tak”? — spytała Jadźka.

— Drzwi otwarte. Wszystkie światła się palą. W dzień. Rozumiesz? Wszystkie! Musi coś się stało.

Taraniukowa spojrzała na męża.

— Może gdzie wyszła… Do piwnicy albo na stryszek — powiedziała niepewnie. — Ale przecież, nawet gdy była w środku, nie zostawiała frontowych drzwi otwartych. Na takim pustkowiu mieszka, nie ma co się dziwić jej ostrożności. No i ciągle pamięta tych Cyganów.

— Właśnie! — podchwyciła Halina. — Ja ją znam. Ona nawet jak do wychodka idzie na podwórko, to drzwi zamyka na klucz.

— Może zasłabła?

— Nie wiem. Dlatego trzeba zobaczyć, sprawdzić.

— Wiesz co, Halina? — odezwał się naraz Taraniuk.

— Co?

— Coś sobie przypomniałem. Jak o szóstej wracałem z roboty, zauważyłem, że u Cześki palą się wszystkie światła.

Halina spojrzała na niego.

— O szóstej rano?

— Ano. O szóstej rano, masz pojęcie?! Zdziwiło mnie to, ale zmęczony byłem jak diabli i…

— Teraz też światła się palą! — przerwała Osiniakowa.

Zapadło milczenie. Taraniukowa spojrzała na męża, ale on opatulił się szczelnie po szyję kocem, dając do zrozumienia, że nie ruszy się na krok z domu. Machnęła ręką. Te cholerne chłopy. Odważni tylko między sobą, zwłaszcza jak sobie popiją. Na co dzień ciepłe kluchy i trzęsące się galarety.

— Nie ma co debatować. Idę z tobą, Halka. Poczekaj, tylko sweter narzucę.

Jadźka wstała i ruszyła do drugiej izby.

— A i kija jakiego wezmę ze sobą, bo to wiadomo…

— Po co? — wybałuszyła oczy Osiniakowa. Zaraz dodała: — Faktycznie, lepiej wieź. Jakby jaki złodziej się tam zaczaił…

Nie dokończyła.

Po chwili obie wyszły z domu. Jadźka rzeczywiście zabrała długi, drewniany kij. Trzymała go mocno w dłoni, choć sama nie wiedziała, czy bardziej doda jej odwagi, czy rzeczywiście przyda się do obrony.

Po drodze uradziły, że wstąpią po Albina Kaźmierczuka. Golba to jego daleka krewniaczka. Często przychodziła bawić mu dzieciaki, bo on wdowiec. Dwa lata temu pochował żonę, której zmarło się na raka jajników i od tamtej pory radził sobie sam z trójką drobiazgu. Najstarsze miało jedenaście lat, najmłodsze pięciu nie skończyło. Nie było mu łatwo. Pracował, zajmował się domem, gotował, prał i pilnował dzieci. Czesława pomagała mu, kiedy tylko mogła.

Kaźmierczuk bardzo poważnie potraktował słowa sąsiadek. Zaniepokoił się nie na żarty. W południe spodziewał się bowiem Cześki. Jechał do miasteczka i umówił się z kuzynką, żeby posiedziała z Michałkiem, Weroniką i Dagmarą. Miał wrócić później, ale nie doczekał się jej. Początkowo pomyślał, że może zachorowała albo coś jej wypadło. Nawet zamierzał ją wieczorem odwiedzić.

Teraz, słuchając o otwartych drzwiach i palących się światłach, poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.

— Dobra — powiedział po chwili. — Idziemy.

— Weź latarkę — doradziła Jadźka.

— Jest dzień.

— To nic. Weź.

Wziął. Ruszyli we troje w stronę domu Czesławy.


— Jezus, Maria, toż to napad chyba był!

Przerażonym wzrokiem wodzili po mieszkaniu Golby. Wyglądało jak po przejściu huraganu. Szafa, kredens, schowki w regale — wszystko pootwierane, zawartość wybebeszona, rozrzucona po pokoju. Ubrania walały się po podłodze. Z szuflad powyciągano papiery, stare rachunki, fotografie i drobiazgi, które dla obcego człowieka nie przedstawiały żadnej wartości. Książeczkę do nabożeństwa ze zdjęciem papieża Polaka znaleźli na fajerce kuchenki. Na stole przewrócona była miska. Jedno z krzeseł leżało bokiem. Łóżko skopane. Podarta poszwa na kołdrę. Brakowało prześcieradła.

— Matko Boska… — wyszeptała Jadźka. Próbowała się przeżegnać, lecz zdrętwiałe na skutek szoku ręce odmówiły posłuszeństwa.

Na wykładzinie w kuchni i przedpokoju widniały czarne ślady butów. Było ich kilka, niektóre nakładały się na siebie. Albin pochylił się nad jednym z nich, ale zaraz się wyprostował.

Gospodyni nigdzie nie było.

Zaglądali i do spiżarki, i na stryszek. Albin biegał nawet na podwórko i sprawdzał w piwniczce, do której prowadziło osobne wejście umocnione kamieniami.

Ani widu, ani słychu.

— Przecież się nie rozpłynęła… — mruknęła Osiniakowa.

— Ciekawe, czego złodzieje tu szukali — zastanawiała się Jadźka. — U niej bida aż piszczy. Ma te króliki i chyba nic więcej.

— No, nie wiem — odezwała się Halina. — Rentę bierze. A może jakie dolary trzyma pod pierzyną. Czymś takim nikt się nie chwali.

— Cicho, baby! — zgromił je Kaźmierczuk.

Nie podobało mu się trajkotanie sąsiadek. W całym domu panował jakiś złowieszczy bezład. Nic nie wyglądało tak jak powinno. Czesława żyła skromnie i schludnie. Nie miała wielu rzeczy, ale o te, które posiadała, dbała. Teraz wyglądało to tak, jakby ktoś celowo chciał rozebrać dom na części. I może temu komuś wcale nie zależało na forsie, której Golbina nie miała. Plotki o dolarach to bzdura.

Albin przeszedł jeszcze raz przez izbę. Nagle zatrzymał się.

— Znalazłeś co? — spytała Jadźka.

— Ano, znalazłem.

Podszedł do łóżka.

— Krew.

Kobiety zamilkły.

— O tu, na prześcieradle.

Prześcieradło wreszcie się znalazło. Leżało zmięte w kulę między łóżkiem i ścianą. Widać, zsunęło się. Albo i nie. Może ktoś celowo je tam wsadził.

Albin przykucnął. Materiał lepił się od zakrzepłej, gęstej, ciemnobrunatnej substancji.

Krew. Nie mieli wątpliwości.

Jadźka zrobiła krok do tyłu. Halina zasłoniła usta dłonią.

— O Boże, nie wytrzymam, zemdleję, muszę stąd zaraz wyjść — pojękiwała Osiniakowa.

Zbladła jak papier. Wybiegła na zewnątrz, potykając się na progu. Jadźka ruszyła za nią, ale Albin został jeszcze chwilę w środku.

Patrzył na prześcieradło.

Wtedy po raz pierwszy pomyślał, że Czesława może nie żyć. Nie chciał tego powiedzieć głośno.

Wszyscy troje opuścili dom. Pewne już było, że wydarzyło się coś strasznego. Ale gdzie się podziała Cześka?

Rozglądali się po zaniedbanym podwórku. W klatkach wylegiwały się króliki — ostatnie trzy, jakie się ostały — obojętnie mierząc ich ospałym wzrokiem. Dwie wychudzone kury spacerowały po błocie, co jakiś czas dziobiąc ziemię. Kilka wyschniętych jabłonek rosnących w pobliskim sadku kołysał wiatr. Ten pozorny spokój, pustka i cisza stawały się coraz bardziej przerażające.

Albin miał wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś jeszcze.

Jego wzrok padł w pewnym momencie na studnię, która stała najwyżej cztery metry od domu. Stara studnia miała kiedyś zadaszenie. Jednak drewno dawno przegniło i się rozpadło. Zostały tylko kikuty.

Zauważył, że trawa wokół studni jest zdeptana, wygnieciona. Ślady były zbyt mocne jak na kury. A tu wyraźnie widać odciski kroków. Zbliżył się z ociąganiem.

— Co tam? — spytała Jadźka.

Nie odpowiedział. Ostrożnie nachylił się nad cembrowiną i spojrzał w dół. W studni panowała ciemność. Lustro wody znajdowało się kilka metrów poniżej. Przez chwilę widział tylko swoje odbicie, rozmazane i drżące.

— No i co? — spytały kobiety obserwujące w napięciu jego poczynania.

Tylko przełknął głośno ślinę. Nie mógł oderwać oczu od lustra wody. Wydawało mu się, że coś czerwonego pływa tuż pod powierzchnią.

— Tam coś jest — powiedział w końcu.

— Co?

— Nie wiem.

Przy studni stał długi kij, zdaje się, że służący do mierzenia głębokości. Chwycił go, opuścił i lekko wzburzył wodę. Najpierw nic nie nastąpiło. Potem coś poruszyło się pod powierzchnią.

Albin cofnął się.

— Jezus…

Ponownie opuścił kij. Tym razem woda wyraźnie zafalowała. Wynurzyła się z niej najpierw ludzka ręka, potem korpus odziany w kamizelkę z czerwonej wełny i wreszcie pokazała się twarz. Sinawa. O rysach zastygłych w przedśmiertnym grymasie bólu i strachu.

To była twarz Czesławy Golby.

Jadźka krzyknęła. Halina osunęła się na ziemię. Albin stał nieruchomo wpatrując się w studnię. Przez kilka sekund nie był w stanie wydobyć z siebie słowa.

Potem powiedział tylko:

— Trzeba na policję.

Rozdział 6

— Proszę się odsunąć i nie utrudniać czynności!

Dwaj policjanci z komendy rejonowej w Hrubieszowie bezskutecznie napominali tłum gapiów, którzy gromadzili się w obejściu Czesławy Golby. Gdyby nie biało-czerwona taśma ostrzegawcza, wleźliby gliniarzom na plecy.

Wieść o znalezieniu w studni zwłok lotem błyskawicy obiegła Szczepanów wzdłuż i wszerz. Chyba nigdy nie było tu takiego zbiegowiska. Nawet w czasach, gdy w mieszkaniu kobiety odbywały się lekcje religii, nie przychodziło naraz tylu ludzi. Niektórzy przyszli z ciekawości. Inni naprawdę chcieli wiedzieć, co się stało. Jeszcze inni już zdążyli mieć własną teorię.

Jedni twierdzili, że to rabunek. Drudzy, że zemsta. Trzeci szeptali o jakimś przyjezdnym. Ktoś widział czarnego mercedesa z niemiecką rejestracją i stwierdził, że to pewnie jakieś porachunki z czasów wojny. Wedle alternatywnej wersji Czesława miała w domu przechowywać dolary i dlatego ktoś ją zamordował.

By wydobyć z wody ciało, wezwano ekipę straży pożarnej. Strażacy zapuścili do studni specjalny dźwig. Właśnie się wynurzał. Tłum umilkł, wszyscy obserwatorzy wstrzymali oddech.

Wiekowe babuleńki w chustkach zawiązanych pod brodą nerwowo się żegnały, szepcząc słowa litanii do Matki Boskiej. Niektóre modliły się po ukraińsku. Jedna z kobiet płakała cicho, druga trzymała ją za rękę.

— Ach! — wyrwało się z kilkudziesięciu gardeł.

Potem zapadła cisza. Tylko ramię dźwigu złowrogo skrzypiało. Ludzie jak rażeni piorunem wpatrywali się w zwłoki kobiety. Miała na sobie tylko kamizelkę. Poza tym była naga.

Ci, co stali bliżej, zobaczyli na jej szyi ciemną, nieregularną pręgę. Tył głowy był zmasakrowany, jedna krwawa miazga. Sińce i zadrapania na rękach, nogach, piersiach; praktycznie na całym ciele.

Kilka kobiet odwróciło głowy. Ktoś zakrył dziecku oczy. Pierwszy zbliżył się do zwłok policyjny fotograf. Starał się skupić na swojej pracy. Niejedno już widział i uwiecznił na kliszy, ale czegoś równie wstrząsającego chyba jeszcze nie. Uniósł aparat i zaczął pstrykać. Migawka trzaskała jak seria z karabinu maszynowego. I znów starszym ludziom przypomniała się wojna. Wtedy była to codzienność.

— No już, proszę się rozejść. To nie teatr ani wesołe miasteczko — powtarzali znużonym tonem policjanci.

Część gapiów posłuchała. Pozostali odeszli tylko kawałek, aby niczego nie uronić. Stanęli za jabłonką, ktoś żałował, że nie zabrał z domu lornetki. Patrzyli na człowieka w burej kamizelce narzuconej na biały fartuch, który przyklęknął nad martwym ciałem rozłożonym na noszach. Spoglądał w oczy denatki, szeroko otwarte, przerażone. Potem wpatrywał się w pręgę na szyi.

Na moment uwagę zgromadzonych odciągnął basowy warkot motocykla. Jednoślad zatrzymał się przy policyjnych radiowozach na skraju polnej drogi, nieopodal obejścia Golbiny. Z maszyny — kurwa, to był Harley Davidson! — żwawo zeskoczyła odziana w skórę postać. Po zdjęciu przez nią kasku, rozsypały się jej jasne włosy. To nie był hałaśliwy motocyklista, lecz hałaśliwa motocyklistka. Ruszyła w kierunku taśmy ostrzegawczej.

Policjanci nastroszyli brwi. Pewnie dziennikarka! Tych pismaków teraz wszędzie pełno, włażą gdzie chcą, jak świnia w groch! Ciekawe jakim cudem dowiedzieli się tak szybko o morderstwie? Ale przecież nie trzeba żadnego cudu. Oni teraz wchodzą sobie na policyjną częstotliwość radiową i wiedzą co w trawie piszczy. Kiedyś takie rzeczy były nie do pomyślenia. Jakby tak zapuszkować tę pannicę na czterdzieści osiem za utrudnianie policyjnych czynności, szybko nauczyłaby się moresu.

— Tu nie wolno wchodzić osobom postronnym — rzucił ostro gliniarz w randze plutonowego.

Blondynka od Harleya sięgnęła do kieszeni kombinezonu.

— Starsza aspirant Wiktoria Michalska z komendy rejonowej. Proszę mnie przepuścić — powiedziała, nie zaszczycając go spojrzeniem. Po czym bezceremonialnie przekroczyła taśmę i podeszła do policyjnego patologa, który zdążył przykryć zwłoki płachtą.

— Czy już pan wie, jaka była przyczyna zgonu? — spytała bez żadnych wstępów.

Doktor Adam Zwierski spojrzał na nią z ukosa. A „dzień dobry” to nie łaska, dobrych manier nie uczą was teraz w szkole? — mówił jego wzrok. Ale odpuścił sobie, bo takie teraz wychowanie u młodzieży.

— Wygląda na uduszenie — powiedział cicho i jakby w pustą przestrzeń.

— Jest pan pewien?

— Pewny to ja jestem, tylko tego, że też kiedyś podzielę los tej biedaczki, szanowna pani… Przepraszam, nie dosłyszałem nazwiska.

— Starsza aspirant Michalska z rejonowej.

— Miło mi. Żeby zaspokoić pani ciekawość: wygląda na to, że denatka najpierw została dotkliwie pobita, a potem uduszona. Resztę wykaże sekcja.

Spojrzał na policjantkę i dodał:

— Dodam tylko, że będziemy mieć koronkową robotę. W środku jest cała w proszku. Wyczułem mnóstwo pogruchotanych kości.

— Rozumiem.

— W takim razie proszę sobie popatrzeć. — Zsunął płachtę z ciała.

Spojrzała i nieco pobladła. Zwierski zauważył to natychmiast.

— Dobrze się pani czuje? Nie za dużo wrażeń? Może wody?

— To była zamierzona złośliwość, doktorze?

— Co znowu, ja i złośliwość? To oksymoron w czystej postaci.

Doktor przysunął się nieco bliżej.

— Ale jest jeszcze coś.

Zniżył głos do szeptu.

— Niech się pani przyjrzy jej udom.

Michalska spojrzała nie na uda, tylko na lekarza.

— Zapraszam bliżej, śmiało. Ona nic pani nie zrobi.

Aspirant zrobiła krok.

— O, tu, pod pachwinami.

Zwierski wskazał miejsce.

— Według mnie, wsadził jej. Jeszcze nie wiem, czy przed śmiercią, czy po.

Michalska zacisnęła usta.

— To już stara kobieta…

— Po pierwsze, wcale nie taka stara. Dopiero po sześćdziesiątce.

— Doktorze…

— Po drugie, sprawca może być miłośnikiem retro stylu.

Kącik ust Michalskiej drgnął, ale trudno było powiedzieć, czy był to uśmiech, czy grymas.

Zwierski wzruszył ramionami.

— Po trzecie, jak pani starsza aspirant popracuje dłużej w dochodzeniówce, zobaczy pani nie tylko babcie zgwałcone przez wnuczków, ale i wnuczków zgwałconych przez babcie.

Michalska przez chwilę patrzyła na niego bez słowa. Potem jeszcze raz spojrzała na zwłoki Czesławy Golby. Tym razem już nie na miejsce, w którym leżała, lecz na jej twarz.

Na zastygły w niej strach. I po raz pierwszy od chwili przyjazdu na miejsce pomyślała, że ta sprawa może być znacznie bardziej skomplikowana, niż początkowo wyglądała.

Rozdział 7

Hys otarł rękawem pot z czoła i postanowił zrobić sobie pięć, no powiedzmy, dziesięć minut przerwy. Odłożył na wersalkę podręcznik do fizyki dla siódmoklasistów, chociaż miał ochotę cisnąć nim przez okno. Książka była gruba, ciężka i napisana takim językiem, jakby jej autorzy z rozmysłem postanowili uprzykrzyć życie wszystkim rodzicom, którzy od czasu do czasu musieli odświeżyć sobie szkolną wiedzę sprzed kilkunastu albo kilkudziesięciu lat. Przypomniał sobie Damiena z filmu „Omen” i miał wielką ochotę w podobny sposób jak jego imiennik, niszczyć swoich wrogów.

Jak, do diabła, wytłumaczyć trzecią zasadę dynamiki czternastolatce, której ta wiedza raczej się w życiu nie przyda? Damian pamiętał z grubsza, że chodzi o akcję i reakcję, ale gdy próbował wyjaśnić to Monice, sam zaczął się gubić w swoich wywodach. Dziewczyna patrzyła na niego wtedy z miną człowieka, który właśnie odkrył, że nauczyciel domowy jest jeszcze większym ignorantem niż nauczyciel w szkole. A tak w ogóle, zauważył, że jednym okiem coraz częściej zezuje na czasopismo „Bravo Girl”, które ku uciesze takich siuśmajtek, zaczęło się pojawiać w hrubieszowskich kioskach.

Może zatem nie męczyć ani jej, ani siebie? Wystarczy jej to, co już umie, a resztę niech wykuje na pamięć. Oboje zaoszczędzą na czasie i spędzą go znacznie przyjemniej niż rozkładając na czynniki pierwsze prawa rządzące tym światem ku utrapieniu tych, którzy go zasiedlają. Na przykład porozmawiają o wspólnym wakacyjnym wyjeździe za rok. Albo może nie, bo od lat jej to obiecywał i niestety nigdy nie dotrzymał słowa. Lepiej nic nie mówić. Monika przejrzy gazetkę i pójdzie poplotkować do koleżanki, a on… Jeszcze nie wie, co zrobi, ale na pewno nie będzie to nic, co przysłuży się ludzkości. Może obejrzy jakiś film? Nie, nie obejrzy, video nawaliło. Więc może wyniesie do piwnicy puste słoiki zalegające w kuchni albo po prostu położy się na chwilę i zamknie oczy. Ostatnia możliwość wydawała mu się zdecydowanie najbardziej kusząca.

Spojrzawszy na córkę, poznał po jej minie, że myśli tak samo jak on. Nie mogło być inaczej, w końcu krew z jego krwi — nie miał co do tego wątpliwości. Monika siedziała przy stole z ołówkiem w dłoni i patrzyła na otwartą książkę takim wzrokiem, jakby rozważane przez nią właśnie prawa fizyki były osobistą zemstą autora podręcznika za wszystkie jego nieudane związki.

Jednakowoż Monika zdecydowała się zachować pozory pilnej, odpowiedzialnej uczennicy.

— To co, tato? Wytłumaczysz mi raz jeszcze, o co chodzi z tymi ciałami? Tylko łopatologicznie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.65
drukowana A5
za 53.85