E-book
18.9
drukowana A5
39.84
Krótka teoria ciemności

Bezpłatny fragment - Krótka teoria ciemności

Opowiadania (nie)wszystkie?


Objętość:
218 str.
ISBN:
978-83-8440-588-8
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 39.84

Rodzicom i Tobie

Stosy z nas”

Stwierdziła, że pozbędzie się swojej matki. Na stałe.

Dojechała niemal do podnóża wzniesienia na Piłsudskiego — jadąc od 1 Maja kiedy część teatru eksplodowała. Widząc, że nie powinna, zawróciła za aresztem śledczym przy Kopernika, i podjechała do skrzyżowania.

W głębi, po lewej stronie, dostrzegła, że od teatru dramatycznego ognisty diabeł już zaczął hulać po mieście.

Nigdy już nie usłyszy zapalniczki.

Rozterki? Nie miała. Już nie miała.

Nie zawsze wina leży po stronie sprawcy.

Czasem wina leży po stronie ofiary.

Przygotowania do spektaklu trwały kwartał. Główną rolę nie tyle powierzono, ile za oczywiste uznano, że odegra Małgorzata. Ta Małgorzata, którą określano „Diwą Dramatycznego”. Dyrektor Jankowski tylko potwierdził automatycznie narzucający się wybór głównej roli kobiecej. W spektaklu będącym upamiętnieniem rocznicy śmierci, najważniejszą rolę musiała grać najważniejsza aktorka. Oczywiście; spektakl w założeniu miał być tyle dramatyczny, co kontrowersyjny.

Sztuka stanowić miała dwusetne upamiętnienie tragicznej śmierci Barbary Zdunk, uznawanej za ostatnią czarownicę w Europie, więzioną wiele lat w piwnicach ratusza, i po pokazowym procesie, spaloną na stosie. Barbara Zdunk stała się symbolem kobiety, karanej na wiele sposobów — włącznie ze zgodą na gwałcenie jej w więzieniu, w wyniku czego urodziła tam co najmniej dwoje dzieci. Rola i postać tragiczna.

Taką rolę podźwignąć mogła tylko Małgorzata Debbouze.

Doświadczenie na deskach teatru francuskiego; jej mąż — reżyser dzieł teatralnych — innej opcji nikt, kto wierzył w powodzenie tej sztuki nie brał pod uwagę. Małgorzata, jako jedyna, odtworzy ostatnią drogę i spalenie na stosie Barbary Zdunk. Snobistyczny światek teatralny — nie tylko olsztyński, rzecz jasna — oczekiwał na prapremierę sztuki, którą zaplanowano na 21 sierpnia.

Czyli w dzień, będący dokładną, dwusetną rocznicą spalenia na stosie Barbary Zdunk.

O biletach na prapremierę ze zwykłej sprzedaży można było zapomnieć. Zainteresowanie sztuką było tak duże, że nie dość, że spodziewano się rekordowej frekwencji, co jeszcze podjęto — pierwszą w historii Teatru Dramatycznego w Olsztynie — decyzję o dostawieniu dodatkowych krzeseł. Wymagało to oczywiście zgody strażaków, ale — to Teatr Dramatyczny.

Jankowski nie miał problemów z załatwieniem takich zgód, jakie były niezbędne. On miał swoje dojścia; a czego by nie dał rady załatwić, na pewno załatwiłaby Małgorzata „La Grande” Debbouze. W efekcie — normalnie scena duża mieściła 436 osób; a na tę prapremierę wydrukowano sześćset wejściówek.

Wszystkie imienne — więc tyle osób miało wejść na sztukę.

To dzięki Małgorzacie chodziły — całkiem prawdopodobne — plotki, że prapremierę swoją obecnością zaszczyci Minister Kultury, Jarosław Ignatjew. I, jak w każdej plotce pewnie i w tej tkwiło ziarno prawdy — w Olsztynie tajemnicą poliszynela było, że właśnie koło trzech miesięcy przed prapremierowym odegraniem sztuki „Stosy z nas” teatr odwiedzili przedstawiciele ABW.

Tylko oni mogli poruszać się czarnymi furgonetkami i osobówkami BMW na cywilnych tablicach. Przygotowania do wydarzenia trwały od czerwca; w sierpniu Teatr Dramatyczny miał stać się centrum sztuki dramatycznej w Polsce. I wszystko szło we właściwym kierunku. Nie tylko reżyser sztuki — Andre De La Cruz, obywatel Polski od 2006 roku — który miał dodać sztuce „świeżości” i zewnętrznego spojrzenia na zabobony mrocznej Europy, ale i sama Małgorzata doglądała wszelkich szczegółów. Przecież na wiele z nich miała wpływ.

Była przecież Diwą „La Grande”.

Jak czasem mówiła córka Małgorzaty — Sylwia — ogień przygotowań płonął wyjątkowo jasno. Sylwia najprawdopodobniej była jedyną osobą, która z tych przygotowań nie cieszyła się tak, jak inni, zaangażowani w nie. Nie cieszyła się, bo mama ciśnienie tych przygotowań przynosiła także do domu.

I nie miało najmniejszego znaczenia, że Sylwia była już dorosła, w pełni samodzielna.

Mieszkały razem, od kiedy zmarł jej tata — od tego dnia minęło już dziesięć lat, ale te dziesięć lat mocno odcisnęły się na relacji matki — gwiazdy teatralnej — i córki, która straciła tatę, nim osiągnęła pełnoletniość.

Na jednym z cyklicznych spotkań z psychologiem, na które uczęszczała Sylwia, usłyszała od doktora Radomira pytanie. Niby proste, ale długo nie potrafiła zebrać myśli, by na nie odpowiedzieć. Brzmiało:

— Kochasz swoją matkę?

Apodyktyczna. Nieczuła. Egoistyczna. Bez emocjonalna. Kłótliwa. Na pytanie o matkę mogła z marszu wypowiedzieć wiele przymiotników, ale czy kochała matkę?…

— Nie wiem, co powiedzieć…

— Pierwsze, co ci przychodzi do głowy.

— Kocham ją i jednocześnie nienawidzę. Kocham ją, ale jej nie lubię. Jest niszczycielką…

— Poczekaj, na razie skupmy się na twoim uczuciu do niej. Do opisów przejdziemy później.

Terapia Sylwii trwała pięć, w zasadzie już sześć lat.

A każda terapia ma swój początek w przeszłości…

Sylwia dobrze pamiętała początek. Nie; nie początek pogorszenia relacji z matką. Bo ta nigdy nie była dobrą relacją. Dobrze pamiętała kolejne kryzysy, wywoływane przez matkę, które doprowadzały do kolejnych antagonizmów. I co z tego, że Sylwia była świadoma, co to jest, i jak działa syndrom sztokholmski. Co z tego, że dobrze wiedziała, że całkowite odłączenie się od matki będzie dla niej lepsze — jak nie mogła tego zrobić. Wracała do relacji po każdym kryzysie. Dobrze pamiętała, jak kilka sesji terapeutycznych temu psycholog Radomir poprosił ją o opowiedzenie tego pierwszego z wielkich kryzysów. Dobrze, że pytanie padło na początku sesji, bo miała co opowiadać. Zaczęła mówić:

— Poznaliśmy się sześć lat temu. Na początku nic nie wskazywało, że to właśnie z nim stworzę tak fajny związek.

— Jak miał na imię twój chłopak?

— Piotrek.

— Powiesz coś o nim?

— Ech… pewnie jak w większości związków, na samym początku nic nie wskazuje, że to będzie ten jedyny. Nie było też tak, jak w piosenkach, że big love od pierwszego spojrzenia — Radomir zwrócił uwagę, że love powiedziała po polsku, „lowe” — to było tak, że po prostu wpadł na mnie, jak spóźnił się na autobus, którym miał jechać na pierwszą randkę w centrum z jakąś dziewczyną. Biegł na autobus, nie zdążył, i wściekły gonił za nim, klnąc „i chuj, koniec historii”, i zauważył mnie o pół sekundy za późno. Wpadł na mnie. Po chwili leżałam na ziemi, oblana colą z kubka. Pomógł mi wstać. Wściekłam się dopiero, jak odzyskałam równowagę. Zapytałam, czy przypadkiem go nie poje… no, domyślisz się, co. I dopiero wtedy podniosłam wzrok. Na jego twarz.

Stał tak uroczo zbaraniały, tak zarumieniony, że nie mogłam się na niego wściekać. Było mu wyraźnie głupio… — zawiesiła wzrok na obrazie przy oknie — i w ramach przeprosin zaprosił mnie na colę. Stwierdził, że odkupi mi tą, którą mnie oblał… jeszcze w szoku, zaproszenie przyjęłam. I dalej się już samo potoczyło…

— Zaręczyliście się?

— Tak. Równy rok później. Zaskoczył mnie, ale tak naprawdę, spodziewałam się tego. Dobrze się dogadywaliśmy. Pasowaliśmy do siebie. Po roku zaprosił mnie na colę. I kiedy wyciągnął pierścionek, nie zawahałam się. Coś we mnie powiedziało „tak”. Nie było motylków w brzuchu; ale było „to coś”. To coś, co sprawiało, że czułam się przy nim bezpiecznie.

— Rozumiem. Zrób teraz proszę tak; dziś już musimy kończyć, ale zapamiętaj proszę — to będzie twoja praca domowa. Skup się, i opisz — jak pracę domową w szkole — na kartce, co się stało, że ten związek tak szybko się skończył. Przysłowiowe „love story” — „love” powiedział po angielsku — czyli co zapoczątkowało katastrofę. Opisz w punktach, co takiego się wydarzyło, że się — nie bójmy się słów — spieprzyło.

Sylwia nie zastanawiała się długo.

— Co się stało, że się zjebało? — bez mrugnięcia okiem wpatrywała się w Radomira — proste. — Wydarzyła się mama — przełknęła ślinę — nic więcej. Tylko mama — mrugnęła, rozpraszając łzę.

Z popołudniowej drzemki wybudził ją dźwięk uruchamianej przez mamę zapalniczki.

Otworzyła oczy. Ten dźwięk kojarzył się jej z całym, długim, zmarnowanym dzieciństwem. Zwyczaj drzemek w ciągu dnia, po pracy, zaczerpnęła od mamy. Dostrzegała jednak znaczną różnicę. Mama była i nadal jest pracoholiczką. Ignorującą wszystko — córkę, sprawy domowe — kosztem pracy. Nazywała to perfekcjonizmem. Sylwia widziała w tym perfekcyjne niszczenie dzieciństwa. Obudziła się; tkwiąc jeszcze w lekkiej mgle snu, pomyślała o wczorajszej rozmowie z Radomirem. Że jej po prostu wydarzała się mama.

Uznała, że to dobre podsumowanie. Była dorosła; a nadal reagowała na polecenia, wydawane zimnym głosem przez matkę. Matkę, która albo pracowała, albo spała. Myślała, jak łatwo od matczynego braku miłości przejść do czystej nienawiści. Poczuła ukłucie w piersi, gdy przypomniała sobie Piotrka. Wiedziała, co opowie Radomirowi na czwartkowej terapii. W sumie to było proste. Mama spotkała się z Piotrkiem za jej plecami. Nie; nie było w tym żadnego podtekstu — Małgorzata, ta uznana, wielka diwa teatralna, nazywana „La Grande” przez Sylwię nazywana była „La Grande Disaster”. Nałogowo, prócz palenia, chciała mieć wpływ na jej życie. Rządziła nią od dziecka. A ona, mimo starań, nie była w stanie zerwać tej smyczy. Uzależnienie. Nałogowa kontrola. Sylwia uśmiechnęła się pod nosem, kojarząc tytuł książki, którą czytała na samym początku terapii: „Wywieranie wpływu na ludzi” Cialdiniego. Oj tak, matka wywierała na nią niechciany wpływ. Sięgający tak daleko, że udało się jej — za plecami rzecz jasna Sylwii — zniechęcić Piotrka do niej.

Piotrek zerwał zaręczyny. Choć to nieprecyzyjne określenie, ale dla Radomira wystarczy. Bo tak naprawdę, to Piotrek uciekł. Małgorzata rozmawiała z nim. Na zimno. Coś się zadziało. Powiedziała coś takiego, że Piotrek uciekł z podkulonym ogonem. I z tym Sylwia miała największy problem; bo nie miała pojęcia, co takiego jej matka powiedziała Piotrkowi, że ten zwiał, gdzie pieprz rośnie. Ale dobrze wiedziała, że najgorsza jest niepewność. Najgorsza jest nieświadomość, z czym się mierzy.

Pstryknięcie zapalniczki; potem pełne zachwytu zaciągnięcie się. Jej matka paliła jak smok; dwie — trzy paczki Vougów dziennie. Bywało — wcale nie rzadko — że odpalała papierosa od papierosa. Po kolejnych kłótniach, po licznych awanturach z matką Sylwia nie raz łapała się na tym, że liczyła, iż matka zaśnie z papierosem w ręku. Może zajmie się fotel, lub pościel w łóżku… Po kolejnych, zmyślnych upokorzeniach, fundowanych przez matkę, wyobrażała sobie, jak bawełniano-lniana pościel matki staje w płomieniach od żarzącego się papierosa, grzebiąc matkę w ognistej namiastce śpiworu. Nie raz widziała jako zwęgloną mumię, siedzącą na spalonym przez nią samą fotelu… Mrugnęła oczami. Piotrek. Nadal nie wiedziała, co takiego matka mu powiedziała, że się odwrócił od niej. Nie chciał z nią już rozmawiać. Nie chciał podtrzymać nawet sporadycznego kontaktu.

Któregoś dnia zapytała matkę o to. Skwitowała, wzruszając ramionami:

— I dobrze, nie pasował do ciebie.

Co z nią było nie tak? Sylwia, składając puzzle z kawałków życia, widziała samo to, najgorsze. Samodzielne wysyłanie ją na obozy, na ferie. Jak najwięcej, jak najczęściej. Byle pozbyć się jej z domu. Matka nie spędzała z nią czasu. Nie bawiła się z nią w dzieciństwie. Sylwia do teraz pamiętała, jakie wrażenie robiła w sklepie, kiedy jako sześciolatka paradowała do sklepu z torbą i listą na zakupy, z którą posyłała ją matka. Na liście obowiązkowo były też papierosy. To były inne czasy, nikt wtedy nie pytał o dowód osobisty… Skojarzyła też minę, jaką miała jej sąsiadka, wyglądająca z balkonu, gdy w wieku czterech lat ciągnęła do domu za sobą siatkę z ziemniakami po chodniku, której nie zdołała udźwignąć.

Małgorzata poświęcała się pracy, przynosząc ją też oczywiście do domu. Przy łóżku i fotelu zawsze porozkładane były dziesiątki scenariuszy, skryptów, opisów dekoracji. To z tych notatek jako jedyne dziecko w szkole wiedziała, czym jest synopsis.

Wstała z kanapy, stojącej w salonie, i przeszła do głównej części pokoju. Przy fotelu matki leżały rozłożone notatki, całe mnóstwo, zatytułowane „Stosy z nas”. Nie widziała jeszcze nawet prób, a już nienawidziła tej sztuki.

Kiedy wracała zmęczona z pracy — a praca z dziećmi do łatwych przecież nie należy — chciała odpocząć, czasem posłuchać audiobooka, porobić cokolwiek, byle nie było to narzucone przez matkę.

W momencie, w którym to pomyślała, usłyszała przepalony głos:

— Chodź, pomożesz mi ze sztuką… — Sylwia nie słuchała dalszego ciągu. Zawsze było coś, w czym mogła pomóc matce. Zawsze było coś, w czym mogła ją zastąpić. Coś dla niej zrobić. Coś za nią zrobić. W tym domu często czuła się jak… pomoc domowa? niewolnica? na pewno nie czuła się jak córka. A jak przybłęda, adoptowana z przymusu.

Za to wiedziała jedno. Nie chciała być taka, jak matka. Nigdy.

Idąc, westchnęła ciężko, zagrzebana w grubych i ciężkich warstwach myśli.

— Nie wzdychaj tak — usłyszała — i prostuj plecy.

Kolejne spotkanie z Radomirem, jak zwykle o szesnastej, rozpoczęła od opowiedzenia zerwania kontaktu z Piotrkiem. Mimo że mieszkał na Dajtkach — czyli niedaleko — to całkowicie i gwałtownie zniknął z jej radaru. Nie chciał utrzymywać z nią kontaktu nawet przez wspólnych znajomych.

Pogodziła się? Z czasem tak — innego wyjścia przecież nie miała, ale czy zaakceptowała? Nie.

Tego zaakceptować ani tym bardziej darować matce nie mogła.

— To w sumie tyle, co mogę powiedzieć o Piotrku.

— Wiesz, że w większości mówiłaś o matce? — stwierdził.

— Tak. To przez nią już Piotrka nie ma.

— Próbowałaś z nią rozmawiać na ten temat?

— Tak. I skończyło się jak zwykle. Awanturą. I nieodzywaniem się przez trzy miesiące.

Radomir patrzył na nią. Sylwia widziała, jak taksował ją wzrokiem. Czuła jego wzrok, przenikający jej zasłonę wstydu i skrępowania chorobliwym uzależnieniem od matki.

— To mama cały czas mi powtarza, co jest dla mnie dobre. I że dokonuję złych wyborów. Że zawsze wybieram źle — zapiekło ją pod powieką, przetarła powiekę, zapominając o makijażu — i że wybieram niewłaściwych chłopaków.

Dwa miesiące przed sztuką, już po pierwszych próbach, jeszcze nie całego przedstawienia, Małgorzata wpadła w wir; szaleńczy wir pracy. Często żądała, by Sylwia — po pracy -przyjeżdżała albo do dramatycznego, pomagać, albo dopominała się tego w domu. Sylwia, jako dziecko „La Grance Disaster” miała nielimitowany wstęp do teatru; i za kulisy, i do rekwizytorni, i do garderoby.

W przypadku tej scenografii, miała być rozbudowana, przeznaczone na nią było więcej, niż zazwyczaj pomieszczeń. Niedługo miały dojechać materiały pirotechniczne, kostium odporny na ogień, palenisko, słup i cała masa akcesoriów.

Jednak trzy miesiące przed prapremierą doszło do zdarzenia, które bezpośrednio wpłynęło tylko na Sylwię i Małgorzatę, ale pośrednio — na przygotowania do prapremiery.

Sylwia od półtora roku spotykała się z Kamilem. Jednak zanim doszła do tego etapu swojego życia w terapii, prowadzonej przez Radomira, miała jeszcze kilka kart z historii do odsłonienia. Przepracowali związek z Piotrem. Ciężko było przepracować, choćby naruszyć skamielinę, osnutą wokół niepewności, dlaczego Piotrek, po kilku rozmowach z mamą, zerwał z nią kontakt. Ale pracowali nad tym. Szli krok po kroku. Radomir widział światełko w tunelu, nie sygnalizujące nadjeżdżającego pociągu. Sylwia była niepewną siebie, zdominowaną przez matkę dziewczyną. I choć jej obecny związek nieźle rokował, to w psychoterapii należy iść krok po kroku.

Dlatego na kolejnym spotkaniu, na warsztat wzięli kolejny, nieudany związek Sylwii, także zdemolowany przez matkę. Co gorsza, związek Sylwii z Andrzejem, zostawił znacznie bardziej spaloną ziemię, niż wcześniejszy związek z Piotrkiem.

Sylwia zaszła w ciążę z Andrzejem. To zapoczątkowało nowy etap jej życia. Radosny. Pozwalający odsunąć się od zaborczej matki. Zamieszkali razem w wynajmowanym mieszkaniu na Nagórkach.

Z mamą kontakt stał się rzadszy, czyli z perspektywy Sylwii — znacznie zdrowszy. Czasem ją odwiedzała, mama jednak unikała do przyjeżdżania do ich wynajmowanego mieszkania. Przy jednej z wizyt, gdy Sylwia w kuchni parzyła kawę, mama strzeliła zapalniczką.

— Mamo, nie pal w mieszkaniu! — rzuciła, zalewając kawę — wyjdź na balkon!

— Dobrze, dobrze… — usłyszała, mieszając kawę. Rozpuszczalną, mama piła tylko taką.

Jednak nie usłyszała, by otworzyły się drzwi balkonowe. Poszła sprawdzić. Mama siedziała na kanapie, paląc w najlepsze.

— Mamo, prosiłam cię, nie pal w mieszkaniu.

— Wyprostuj się, strasznie się garbisz — odpowiedziała mama, zaciągając się papierosem.

Wymierzyła w nią papierosem:

— Nie marszcz tak czoła. A jak tak się garbisz twoje piersi wyglądają na mniejsze — dodała.

Sylwia do teraz pamiętała, jak się wtedy zaczerwieniła. Do teraz też pamiętała minę Andrzeja, który wszedł do pokoju właśnie na to zdanie. Spojrzał na Małgorzatę, spojrzał na Sylwię i wyraźnie nie wiedział, co zrobić.

— Mogłaby pani nie palić w mieszkaniu?

— Nie wtrącaj się, rozmawiam z Sylwią — po czym zgasiła peta w podstawce do kubka z kawą, i nie wypiwszy ani łyka, po prostu wstała i wyszła z mieszkania. Bez słowa.

Sylwia znała te zachowania. Andrzej nie. Dopiero poznawał pakiet zachowań mamy. I gdzieś, jeszcze gdzieś głęboko w duszy nie do końca wierzył, że Sylwia przedstawia swoją matkę obiektywnie.

Mimo to nadal, wracając z pracy zajeżdżała do dramatycznego, pomóc mamie w przygotowaniach. Jak prawdziwa gwiazda, wychodziła z założenia, że jak ćwiczyć tekst, to w „bojowych” warunkach. Wykorzystywała Sylwię jako suflerkę. Jako pomoc garderobianą. Jako fryzjerkę.

Do dnia, w którym Małgorzata — bez wiedzy Sylwii — pojechała do Andrzeja, porozmawiać z nim na temat jego związku z Sylwią. Na tym elemencie Radomir skupił się najbardziej. To był najbardziej zaskakujący plot twist w wydaniu matki Sylwii. Nie wiadomo tak naprawdę skąd, ani dlaczego, matka pojechała do Andrzeja, przekonać go, że Sylwia zaczęła się odsuwać od matki, i szukać męża (przecież była złym materiałem na żonę), bo…

...wstąpiła do sekty.

Sylwia, kiedy dowiedziała się o tym — po czasie, oczywiście — od zaniepokojonego Andrzeja, długo nie mogła otrząsnąć się z szoku.

Radomir słuchał tej części kilka razy. W różnych odsłonach.

— Mama powiedziała, że to przeze mnie odsunęła się od nas część rodziny. Okazało się, że mama odwiedzała też Andrzeja kilkanaście razy, wtedy, gdy nie było mnie w domu.

Opowiadała mu niestworzone historie na mój temat. Okazało się, że wstąpienie do sekty było tylko kroplą, która przelała czarę. Trwało to dwa miesiące, ale między mną a Andrzejem przestało się układać. Jego rodzina była mocno wierząca. Ziarno sekty zapadło w nim gdzieś na tyle głęboko, że zaczęliśmy się od siebie odsuwać.

Radomir w skupieniu słuchał czterdziesto-minutowej opowieści, jak kilka dyskretnych wizyt mamy u Andrzeja — co gorsza, u jego rodziców też — doprowadziło do kryzysu w ich związku.

A kryzys, to stresy. To klasyczna spirala — więcej pracy, mniej czasu ze sobą. Mniej rozmów, więcej skarżenia się przyjaciołom. Więcej rozmów poza domem, niż w domu. Sylwia skupiła się na swojej pracy z dziećmi, Andrzej pracował coraz więcej, aż okazało się… że wcale tak dużo nie pracował.

Tylko, gdy już zdradził Sylwię, zaczął coraz bardziej się od niej odsuwać. Klasyczna sytuacja.

Później kłótnie, wbijanie klina między młodych przez matkę, aż do dnia, w którym Sylwia poroniła.

Tej dziury nie dało się już zasypać. Związek się rozpadł, Sylwia wróciła do domu rodzinnego, a usatysfakcjonowana mama, pstrykając zapalniczką, powiedziała tylko:

— A nie mówiłam? On nie był dla ciebie.

Terapia przestała wystarczać. Sylwia, po poronieniu, musiała skorzystać z pomocy psychiatry. W tym, dość słabo pamiętanym przez nią czasie, wiele spała, czasem piła, i jadła xanax jak tik taki. Zaczęła reagować drygnięciami na kolejne pstryknięcia zapalniczki mamy.

A że natura nie uznaje próżni, to miejsce w Sylwii, opuszczone przez Andrzeja i dziecko, zaczęła zajmować mama. Ponownie stała się panią sytuacji, mającą pełną władzę nad Sylwią. Chodziła z mamą do dramatycznego, przykładając rękę do jej domowego dramatu. Pomagała w szyciu stroju więźniarki, który później, w antrakcie, miał być zamieniony w strój skazanej. Brała duże dawki xanaxu.

Znacznie większe, niż przepisał jej lekarz. Małymi, ale zdecydowanymi krokami Sylwia przekraczała cienką linię, dzielącą rozsądek od omamów.

I zdarzyło się coś jeszcze. To zaskoczyło Radomira. Bo Sylwia poznała kogoś w teatrze.

Radomir dostrzegał w tym objaw rozpaczy. Wpadł jej w oko jeden z techników, Kamil. Z marszu Sylwia się zakochała. Nie widziała świata poza nim. To niepokoiło Radomira; gwałtowne zmiany nastroju, nagle rosnące uczucia, późniejszy zjazd emocjonalny. To mogło budzić niepokój. Sylwia działała na zasadzie wahadła. Na jednej terapii — opisywała samopoczucie jako bardzo dobre, radosne wręcz, by po dwóch dniach przejść w fazę depresji, negowania sensu życia i alienacji umysłowej. Sylwia chwytała się, wspierana lekami, tych części życia, które były nacechowane emocjonalnie. Poszukiwała wrażeń. Bodźców. Doświadczania. Stagnacja męczyła ją, bolało ją istnienie. Ale ponownie — rozkwitała tym razem przy Kamilu. Taka zmienność nastrojów niepokoiła Radomira, który nie tylko sugerował, co i nakłaniał Sylwię do korzystania ze wsparcia psychiatry, co — całe szczęście — Sylwia zaakceptowała bez protestów.

Ale nikt nie wiedział, że zażywała trzy razy więcej xanaxu, niż powinna.

Kolejne spotkanie z Radomirem Sylwia przełożyła — z szesnastej na dziewiętnastą. Nie było to większym zaskoczeniem dla terapeuty — dobrze wiedział, że Sylwia została mocno zaangażowana przez matkę do pomocy w dramatycznym, ale nie widział w tym nic złego; dla osób z ciężką fazą depresji bezczynność była groźna. Zajęcie — nawet fizyczne — wspierało proces terapii. Sylwia przyszła, przywitała się, i siadła, jak zwykle zakładając nogę na nogę. Strzepnęła niewidzialny pyłek z oparcia fotela. Radomir przyjrzał się jej. Włosy. Twarz. Oczy.

I to, co zobaczył, jako doświadczonego terapeutę, zaniepokoiło go. Włosy miała nierówno upięte i przetłuszczone. Oczy — wilgotne i błyszczące, jakby płakała. Ale nie to zaniepokoiło go najbardziej; bo Sylwia była wyraźnie pod wpływem. Nie była pijana, nie — ale była po dwóch, trzech głębszych. Radomir wiedział, że czasem — z rzadka — wypijała wino do kolacji, sugerował, by przy lekach nie robiła tego, ale tym razem wyglądała znacznie gorzej. Mieszanie antydepresantów z alkoholem jest złym rozwiązaniem. Radomir, mimo profesjonalnego podejścia do każdego pacjenta, po ludzku zaczął współczuć Sylwii.

I to zaburzyło jego osąd sytuacji. Bo gdyby właściwie ocenił sytuację, być może nie doszłoby do dramatu.

Ale nie dramatu teatralnego. A tego w życiu Sylwii.

Czas odliczała między wspieraniem mamy w teatrze i domu, pracą z dzieciakami, a wizytami u terapeuty. Każde kolejne pstryknięcie zapalniczki odpalało także ją. Mama nie zwracała na nią uwagi. Nie słuchała jej — tylko wydawała polecenia. Nie rozmawiała z nią, tylko rozkazywała. Gdy Sylwia, któregoś dnia, wezwana przez mamę po pracy do teatru, przyszła tam lekko wstawiona, nie było to dla matki powodem do niepokoju. Była przecież artystką. Zezłościła się tylko na Sylwię, by nie zrobiła z siebie — i przy okazji z niej — pośmiewiska. Odesłała ją władczym gestem do domu.

— Nie garb się, i uczesz się porządnie — usłyszała na odchodnym.

Małgorzata, mająca wiele osób do pomocy na strzelenie palcami, bez skrępowania korzystała z tego. I tego dnia, gdy oburzona odesłała lekko wstawioną Sylwię do domu, strzeliła palcami na jednego z techników. Miał się natychmiast oderwać od swojej pracy na zapleczu i zająć się Diwą.

Tym razem padło na Kamila. Do prapremiery było jeszcze pięć tygodni, ale Małgorzata, przy pełnym wsparciu reżysera Andrego De La Cruza, chciała mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. I to jedne strzelenie palcami — tym razem na Kamila — było potrąconym kamykiem, który wywołał lawinę.

Sylwia, która wracała właśnie do domu, zahaczając przy okazji o Żabkę, nie wiedziała, że koło fortuny jej matki wylosowało do pomocy Kamila. Sylwia — bardzo naiwnie — zakładała, że mama nie wie o ich nowym, ale bardzo rokującym związku. To, co wydawało się dobrym kryciem przed matką, było dla matki prostym blefem do odkrycia. Matka wiedziała o wszystkim, co działo się w teatrze, a jeśli jakkolwiek dotykało to Sylwii — to nic nie mogło umknąć jej uwadze.

Cztery tygodnie przed premierą rozpoczęła się ostatnia faza przygotowań do spektaklu.

W piątek pod tylne drzwi teatru podjechał nieoznakowany bus. Kierowca wyciągnął WZ-kę w dwóch kopiach, przypiętą do podkładki z klipsem, wyskoczył z samochodu i nacisnął dzwonek.

Z nudów spojrzał na listę — rozpoczynała się od pozycji „kombinezon żaroodporny”. Zmarszczył brwi. Kombinezon ognioodporny? W teatrze? W lipcu? Zapomniał o tym w momencie, gdy ktoś od środka otworzył drzwi i się przedstawił:

— Cześć, Kamil jestem — odpowiedział kierowcy, odbierając od niego WZ-kę.

Podpisał ją, i pomógł mu wypakowywać dekoracje. Strój żaroodporny, specjalnie zaprojektowany na tą okazję pod kątem mistrzyni Małgorzaty, która chciała mieć go pod strojem scenicznym — jak na gwiazdę przystało, nie brała pod uwagę, by na scenie nie pojawiły się na chwilę prawdziwe płomienie — kilka drewnianych belek, pochodnie, stylizowane na stare, bela szarego płótna lnianego, komplet strojów dla aktorów, metalowe kajdany na ręce, nogi i szyję skazańca. Sztuka miała być realistyczna, maksymalnie oddająca ducha mrocznych czasów; Małgorzata ani Andre nie uznawali półśrodków.

Technicy zdążyli już przygotować na głównej scenie podest, na którym rozegra się kulminacyjny akt sztuki. Podest, zrobiony z drewna, i obłożony arkuszami blachy, miał powierzchnię trzy na trzy metry. I na tych właśnie dziewięciu metrach kwadratowych miała rozegrać się ostatnia scena. Podpalenia stosu pod związaną i przypiętą kajdanami do pala Małgorzatą, odtwarzającą rolę Barbary Zdunk. Ogień, rozpalany w ten sposób na próbach, był obiecujący. Między kilkudziesięcioma impregnowanymi kawałkami gałęzi i belek, technicy przy samym palu układali kilkanaście nasączonych mocno podpałek do grilla. W czasie prób, z których we wszystkich asystował Kamil, kolejność działań była dokładnie określona przez Andre.

Z kurtyną w górze, stos, rozłożonych wokół pala impregnowanych i przez to — niepalnych — gałęzi sięgał pół metra. Całość rozłożona na podeście obłożonym blachą — wymagali tego strażacy i behapowiec teatru. Na słupie wisiały kajdany, zamykane na prawdziwy, czarny i bardzo duży klucz.

Miał być widoczny dla widzów. Stos do spalenia był gotowy. I później akcja szła wartko; na początku stos zasłonięty był dekoracją, po antrakcie — pojawiał się zza zabranych w tym czasie przez techników imitacji ścian ratusza, w którym więziona była Barbara Zdunk, odczytanie wyroku, i później jego wykonanie.

Światła gasły, drobne zmiany scenograficzne, i rozpoczynała się scena kulminacyjna. Kat, stojący przy stosie, odczytywał karę, odrzucał kartę na stos, i wyjętą z uchwytu pochodnią podpalał stos. Wiedział, gdzie ma przytknąć pochodnię; i wtedy kroki były precyzyjnie pilnowane. Gdy ogień pod skazaną się rozpalał, kat odchodził od stosu, odwracał się przodem do niego, i po dokładnie dziesięciu sekundach — tyle potrzebował ogień, by rozpalić się na tyle, by imitować ognisko — aktorka na palu miała zacząć krzyczeć — i w tym momencie opadała kurtyna, oddzielająca stos od widowni. Kat, osłonięty od publiczności, miał w tym momencie pomóc technikowi zza kulis ugasić ogień, wspiąć się na pieniek, rozpiąć kajdany aktorki, pomóc jej zejść ze stosu, i już po chwili, gdy ogień był wygaszony — mieli czekać na pozostałych aktorów, i przy opadającej kurtynie przyjąć ukłonem pierwszy aplauz publiczności.

Trzy tygodnie przed prapremierą na próbie doszło do pomyłki. Mała pomyłka Kamila, która doprowadziła do kolejnego wyłomu w tamie. Kamil nie wiedział, że próbę z zaplecza obserwuje Małgorzata. Rola kata była bardzo prosta, i gdy trzeba było sprawdzać tylko działanie poszczególnych elementów — poza odtwarzaniem ról scenicznych — czasem aktora zastępował technik. Trzy tygodnie rolę tą na jedną próbę objął Kamil. I mimo że dobrze wiedział, że zaraz po opadnięciu kurtyny miał — po tych dziesięciu sekundach rozpalania płomienia — podejść tam, i pomóc w gaszeniu, zamyślony i nieświadomy, że jest obserwowany, znacznie się spóźnił. Ocucił go wypadający zza drzwi technik od kostiumów, który widząc zamyślonego kata i rozpalający się coraz bardziej ogień, wybiegł zza drzwi, i krzycząc:

— Hej! Ogarnij się, do cholery! — zaczął gasić płomień.

Kamil drgnął, i pomógł koledze. Nie wystraszył się — dobrze wiedział, że drewno na stosie jest impregnowane, więc nie panikował, i we dwóch, spokojnie ugasili ogień.

Wszystko poszło, jak powinno. No, prawie wszystko.

Prawie, bo zdecydowanie za długo palący się ogień wyraźnie zza zamkniętych drzwi technicznych, przez okienko, widziała zrozpaczona Małgorzata. Jak można pracować z takimi amatorami? Jak?? Skoro nie są w stanie dopilnować tak podstawowych rzeczy, jak ugaszenie ognia… Jeden z techników odwrócił się w jej stronę. Spojrzał na drzwi — odsunęła się od szybki. Na razie nie chciała, by ją widział — dostrzegła bowiem jego twarz. To był Kamil, nowy, nieodpowiedzialny wybranek Sylwii. Dureń, jak wszyscy. Już wiedziała, co powinna zrobić, i łącząc przyjemne z pożytecznym, postanowiła natychmiast go zwolnić. Pozbędzie się i amatora z teatru, i absztyfikanta Sylwii. Uśmiechnęła się; dwie pieczenie przy jednym ogniu. Zachwyciła się własną spostrzegawczością. Bo przy tym ogniu upiecze Kamila — i to przez ogień właśnie.

Zachwyciła się sobą. Jak często. Ale dobrze wiedziała, że ma ku temu powodu. Ona po prostu BYŁA zachwycająca.

Chwilę później zakończyła, bez pożegnania, krótką rozmowę telefoniczną. Z biura przyszedł do niej Ande De La Cruz. Wyrzucenie Kamila z pracy poszło sprawnie, jak zwykle. Andre tylko formalnie potwierdził łamaną polszczyzną to, co w jednym, upokarzającym zdaniu powiedziała Małgorzata.

Kamil, jak na delikatną, artystyczną duszę przystało, przyjął zwolnienie w takim szoku, że nawet nie zapytał o jego powód. Oczywiście Małgorzata taki podała — sprowadzenie zagrożenia natury BHP na teatr — ale Kamil nawet tego nie zarejestrował. W asyście Andre poszedł na zaplecze, wziął swój kubek do kawy, kawę oraz termos, i grzecznie, ale stanowczo został wyprowadzony na zewnątrz. Nie do końca wiedział, co się stało. Nie do końca rejestrował, co się dokoła niego działo; jakby rzeczywistość zaczęła ruszać się w innym tempie, niż dotychczas.

Zadzwonił do Sylwii. Nie odebrała. Pewnie miała warsztaty z dziećmi. Rodzice. Pojedzie do rodziców. Muzyków. Oni też mieli swoje chody w Olsztynie. Mieszkali kawałek za miastem, na krętej drodze, w domu za Tuławkami. Też byli poważanym małżeństwem. Kamil ruszył do samochodu; ale mijając Żabkę na Mrongowiusza wstąpił do niej. Kupił, jak przystało na zranioną, artystyczną duszę, pół litra najtańszej whisky. Nie wiedział czemu, ale w jego odbiorze ludzi wysoce wrażliwych „passe” było picie wódki; teraz degustowało się whisky. Akurat była promocja; wziął Jim Beama 0,7 i schował go do bocznej kieszeni bojówek. Jim oczywiście wystawił głowę z kieszeni. Dyskretnie, idąc do samochodu, z kieszeni obserwował kiwający się w rytm kroków Kamila świat. Otworzył starego Peugeota 406 z kluczyka — alarm dawno nie działał — i wsiadł do samochodu. Rozejrzał się smutno. Pokiwał głową. Włączył radio — nie zadziałało, bo nie działał silnik. Przekręcił kluczyk. Włączyła się płyta, którą słuchał jadąc do pracy. Sama końcówka płyty, z którą miał mieszane, ale coraz lepsze odczucia — Linkin Park z nową wokalistką, Emily Armstrong.

Jej głos, jakże różny Chestera Benningtona — który popełnił samobójstwo przed kilku laty — dobrze wkomponował się w nowe kawałki kwintetu z Kalifornii. Słuchał płyty raz po raz, odkrywając coraz to nowe smaczki. Jego artystyczna dusza dopowiadała wszystko to, co rozumiał z niektórych tekstów. Nie posługiwał się angielskim płynnie — ale od czego był ChatGpt w telefonie?

Przetłumaczył tekst piosenki, która zaciekawiła go najbardziej. Hmm. Siedząc w samochodzie słuchał właśnie tej piosenki. Tej, która traktowała o Chesterze. Tej, pod tytułem „Good things go”.

Nie zarejestrował, kiedy po policzku spłynęła mu łza. Mama Sylwii zwolniła go z pracy.

Zadzwonił do Sylwii. Ponownie nie odebrała.

Butelka wypadła mu z kieszeni na dźwignię ręcznego. Droga na Tuławki — prosto na Dywity i w prawo — była drogą trzeciej kategorii, krętą wąską. Tam policja raczej nie stała. A on czuł się artystą. Odkręcił butelkę i przytknął do ust. Zapiekło. Zatkało go, teraz łzy stanęły mu w obu oczach. Po chwili zakasłał.

W końcu złapał oddech — fakt, ostatnio pił więcej, zwłaszcza z Sylwią, ale do tego pieczenia nie mógł się przyzwyczaić. W samochodzie nie miał nic do popicia, a do sklepu nie chciało mu się ponownie iść. W podłokietniku miał kilka miętowych gum do żucia. Zawsze coś. W tle dwugłos w „Good things go” napędzał się wzajemnie. Silnik zakasłał, gdy ruszył dodatkowe pół obrotu — i po chwili zaczął pracować, rytmicznie klekocząc biciem serca starego diesla. Wycofał z miejsca parkingowego, ale zanim ruszył, włączył na chwilę awaryjne, wypił jeszcze trzy łyki, zakasłał, zakręcił butelkę, odłożył, wyłączył awaryjne i wrzucił jedynkę. Ruszył. Do rogatek dojechał po kilku minutach; przed nim już tylko prosta droga, sześć kilometrów do Dywit. Przyspieszył. Cieszył się, jednocześnie smucąc, lipcowym popołudniem. Głośno zaklął, kiedy na światłach przy Sybiraków, na plakacie zobaczył reklamę „Stosów z nas” z Małgorzatą, prezentującą jeden ze swoich nielicznych uśmiechów. Z piekącym nadal gardłem splunął w jej stronę. Przyglądał się, jak ślina, wraz z gumą do życia, spływa po wewnętrznej stronie szyby Peugeota. Ruszył dopiero, gdy usłyszał klakson za sobą. Dusza artystyczna dała się przez chwilę porwać szałowi; gwałtownie wyhamował, ponownie narażając się na klakson z tyłu, zjechał na pobocze, wbił awaryjne, i wyszedł z samochodu z butelką w ręku. Odkręcił ją, wypił do końca, krzyknął:

— Ty suko!!! — i rzucił butelkę prosto w plakat. Rozprysnęła się w miriadach błyszczących w słońcu kawałków. Chwycił róg plakatu, szarpnął za niego, rwąc go do połowy, i odszedł dwa kroki w tył, podziwiając swoje dzieło. Małgorzata miała twarz rozdartą na pół. Wsiadł do samochodu i ruszył krętą drogą do rodziców.

Jechał wolno. Alkohol zakręcił nim już mocno, nie chciał się rozbić. Jadąc, rozmyślał o matce Sylwii. Wiedział, jaką była kobietą. Nawet z tych niespójnych kawałków, które Sylwia opowiadała mu o matce, wyłaniał się przerażający obraz kompletnego braku empatii Małgorzaty.

Dobrze pamiętał, jak Sylwia opowiedziała mu o feriach w podstawówce w ośrodku przy Giżycku.

Po których mama zapomniała jej odebrać.

To była prawdziwa Małgorzata.

A nie taka, jak na plakatach.

Dobrze pamiętał niesamowicie koszmarne wrażenie, gdy Sylwia opowiedziała mu, jak jej mama nie pozwalała odchodzić od stołu, dopóki nie zjadła wszystkiego; nieraz owocowało to jej spaniem z głową na stole przy talerzu z zimnym obiadem.

Taka właśnie była jej mama, a nie taka, jak na plakatach, reklamujących „Stosy z nas”. Zadzwonił do Sylwii. Znów nie odebrała. Zły, przyspieszył. Minął już Dywity; zjechał na boczną drogę, tu ruch był znikomy. Mógł jechać szybciej. Trzymając telefon przy uchu, prowadził jedną ręką.

— Odbierz w końcu… — przyhamował gwałtownie, zbliżając się do szybkiego łuku w prawo — odbierz, muszę zwyzywać twoją matkę — odbił kierownicą znacznie poza środek drogi. Upuścił telefon na uda, chwytając kierownicę oburącz. Mijał właśnie jeziorko po lewej stronie drogi, gdy usłyszał piknięcie w telefonie. Włączyła się automatyczna sekretarka. Zbliżając się, zdecydowanie za szybko, do Nowych Włók, przyłożył telefon do ucha. Zaczął niewyraźnie mówić. Po krótkiej chwili samochód, jadący środkiem drogi, wjechał w zabudowania Nowych Włók, mijając staw po prawej i wjechał w ostry zakręt w lewo. Mówiąc do telefonu, jadąc za szybko, nie zwrócił uwagi, że po stu metrach droga ostro zakręca w prawo, praktycznie zawracając wąskim łukiem. Skupiony na telefonie, prowadzony promilami i bezlitosną fizyką, mocno przestrzelił zakręt, jadąc kolejne pięćdziesiąt metrów prosto, poboczem, ale zdecydowanie za szybko.

Gdy zgubił wątek w tym, co mówił do telefonu, podniósł wzrok na drogę, akurat w momencie, by zauważyć wyrastającą kapliczkę, stojącą na rozwidleniu drogi. W ostatniej chwili, jadąc dobrze ponad sto kilometrów na godzinę, odbił kierownicą w prawo.

Samochód wpadł w poślizg, a kiedy koła po lewej stronie ustawiły się w poprzek drogi, samochód zaczął koziołkować.

Ostatnią rzeczą, którą dostrzegł przez wybitą boczną szybką Peugeota, była kapliczka z Maryją, która wjeżdżała mu do samochodu. Uderzył w nią z prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę, drzwiami od strony kierowcy. Samochód, z głuchym hukiem, zgiął się wpół, kapliczka rozpadła się do samego fundamentu, i gdy zapadła cisza, na poboczu tkwił makabryczny, przypominający abstrakcyjną instalację artystyczną, wrak, z wbitą w kabinę kapliczką.

Policjanci, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce, wezwani przez jadącego kierowcę od strony Tuławek, zauważyli figurkę Maryi, leżącą na roztrzaskanym podwoziu samochodu, leżącego do góry podwoziem.

Kamil zginął na miejscu.

Do domu rodziców od kapliczki zostały mu jeszcze trzy kilometry i sześćset metrów.

Sylwia radziła sobie w pracy. Bo musiała. W zasadzie teraz jej największą motywacją, by rano wstać z łóżka, był Kamil. Ten cichy i skromny chłopak z teatru sprawdzał się doskonale. Delikatny, ciepły, dobrze rozumiejący zależność sztuki i jej wpływu na rodzinę — jego rodzice byli muzykami, potrafił się dobrze wczuć w zawiły związek Sylwii z matką. Rozumiał zawiłą sytuację, w której się znalazł. Zależało mu na Sylwii, więc starał się stąpać rozważnie po tym polu minowym, które fundowała mu Małgorzata. Dawał radę do momentu feralnej próby. Próby, po której Małgorzata wywaliła go z pracy za rzekome przewinienia na polu bezpieczeństwa i higieny pracy.

Skończyła pracę z dzieciakami, i idąc do domu, wyciągnęła telefon. Dzwoniła mama. Na wyświetlaczu pojawiło się „SAMO ZŁO!”, wpisane dużymi literami. Nabrała powietrza, przesuwając kciukiem po wyświetlaczu, przyłożyła telefon do ucha. Zanim zdążyła się odezwać, usłyszała zdanie mamy, które wcale nie było prośbą.

— Musisz przyjechać, jesteś tu potrzebna — rzuciła jej „La Grande Disaster”.

— Dzień dobry, mamo — odpowiedziała. A jej odpowiedziała przedłużająca się cisza.

— Słyszałaś, co powiedziałam? Mamy tu personalną awarię, musisz przyjechać tu na zastępstwo. Najlepiej szybko.

— Jestem zmęczona, i umówiłam się dziś z Kamilem, nie mam dziś czasu ani chęci na pracę w dramatycznym — odpowiedziała, odsuwając telefon od ucha. Trzy nieodebrane.

— Nie słuchasz mnie uważnie. Jesteś. Tu. Potrzebna — wyartykułowała — Kamil może poczekać, choć i tak uważam, że ktoś taki jak on nie zasługuje na dziewczynę z porządnego domu.

Jakiego? Westchnęła.

— Nie wzdychaj tak. To nie wypada. O której będziesz? — zapytała „Pani Matka”.

— Przyjadę za godzinę — wydukała Sylwia.

— Nie dukaj do słuchawki — ofuknęła ją mama — a jak dukasz, to przynajmniej dukaj wyraźnie.

— Przyjadę za godzinę — odpowiedziała.

— Tak lepiej. Dobrze, to bądź za pół godziny — odpowiedziała i się rozłączyła.

Sylwia stała z telefonem przy uchu jeszcze długo po sygnale, kończącym połączenie.

Stała i myślała. Odsunęła telefon od ucha. Ruszyła przed siebie. Przypomniała sobie o nieodebranych połączeniach na wyświetlaczu.

Ponownie przeciągnęła kciukiem po wyświetlaczu. Trzy nieodebrane od Kamila. Zatrzymała się, ale po chwili ruszyła dalej. Kamil był typem grzecznego, miłego i delikatnego chłopaka; często dzielił się z nią różnymi, nie zawsze istotnymi, przemyśleniami. Często pisał do niej na Whatsapp.

Ale nie zdarzało się, by dzwonił trzy razy, pod rząd. Sylwia zaniepokoiła się. Doszła właśnie do domu matki; chciała się przebrać przed kolejną robotę w dramatycznym, przeszła przez salon z dobrze zaopatrzonym barkiem — zweryfikowała kilkukrotnie tę informację — i zamknęła się w swoim pokoju. Położyła telefon na łóżku, wyciągnęła z szafy szerokie, sprane jeansy, i wciągając je, uruchomiła głośnik telefonu i stuknęła w ikonę nagranej wiadomości.

Kamil nagrał się, prowadząc samochód. Mówił trochę niewyraźnie, trochę się plątał… wypił coś?, jadąc, wyraźnie skupiał się na dwóch rzeczach na raz, bo mówił trochę bez sensu. Wciągnęła spodnie do połowy ud, gdy usłyszała:

— Tak, nie przesłyszałaś się. Twoja matka wyjebała mnie z roboty. Nawet nie drgnęła jej powieka, wiesz? Ta suka wyjebała mnie, bo sprowadziłem zagrożenie na jej ukochany teatr, wiesz?

Ściągnęła tego pajaca Andre, który nawet nie był w stanie spojrzeć mi w oczy, i nawet nie podał ręki, tchórz zasrany — kilka słów było niewyraźnych, zagłuszył je mocno pracujący silnik — trochę ponad dwa tygodnie od najważniejszej naszej premiery, jebanych stosów!!! — coś zabrzmiało jak łkanie — jadę na chwilę do rodziców, trzęsę się cały przez twoją matkę, nie odbierałaś telefonu, to pojadę na chwilę do nich, jak ochłonę, to zadzwonię. Albo nie, ty zadzwoń, jak skończysz pracę.

Mam ochotę spieprzyć jej tą premierę, wiesz? Mam ochotę sprawić, żeby cały Olsztyn śmiał się z niej, wiesz? — znów niewyraźne słowa, znów wzmagający się ryk silnika — nienawidzę tej suki, i nie dziwię się, że też jej nienawidzisz!! Nie chcę mieć z nią nigdy więcej, nic wspólnego! — niewyraźne znów słowo — to wszystko przez twoją matkę — mówił niewyraźnie — ejjjjj!!! uważaj!!! — to chyba powiedział do samego siebie, bo ryk silnika rozległ się po chwili pisku opon — nienawidzę jej i za to, co zrobiła z tobą, chciałbym żeby zgi…

Za zamkniętymi drzwiami pokoju Sylwii kilka dźwięków rozległo się jeden po drugim.

Pierwszy wybrzmiał dźwięk ostrego piszczenia opon samochodu, ledwie słyszalnego przekleństwa Kamila, potem rozległ się ostry, długi huk, przypominający eksplozję, po którym zapanowała cisza.

Po ciszy rozległ się, wznoszący krzyk Sylwii. Aż zadrżały drzwi pokoju; zadrżały też chwilę później, gdy w drzwi uderzył telefon, rozsypując się na części. Po kolejnym krzyku zabrzmiały uderzenia pięści w poduszkę. W materac. W szafkę. Rozległ się jeszcze jeden, tym razem cichnący krzyk. Rozbiła się jakaś butelka.

I także za drzwiami zapanowała cisza.

Nic, prócz oczu, nie sugerowało, że Sylwia, za zamkniętymi drzwiami, stała się inną osobą. Ta Sylwia stała się pusta. Jak wydrążona. Coś w niej bezgłośnie pękło. To małe pęknięcie tamy, które powstało przed laty, zaczęło się rozrastać. Teraz tama runęła. Runęła bezgłośnie; ale gwałtowna powódź zabrała wszystkie emocje Sylwii, zostawiając tylko skrawki smutku. Rozpaczy. Bólu. I — największą wyspą na rozlewającej się fali powodzi — była chęć zemsty. A co mogło stanowić najlepszą zemstę na toksycznej, apodyktycznej, zadufanej w sobie matce?

To było jak błysk, jak objawienie w głowie. To było jak droga, prowadząca do nirvany.

Sylwia przestała panikować; przeszła w obojętną akceptację śmierci Kamila. Przestało jej zależeć.

Na czymkolwiek. Ale plan miała. Prosty. Skuteczny. I poczuła pełną determinację, by doprowadzić go do końca. Miała wystarczająco czasu, by wszystkiego dopilnować.

Punkt pierwszy — pójść do matki, do dramatycznego, pomóc jej. Ale przed punktem pierwszym — odwołała wizytę wtorkową i czwartkową u Radomira, oraz wzięła cztery xanaxy.

Popiła niedawno otwartym Ballantainsem z barku mamy, i wzięła z tacy garść miętówek.

Nie czuła łez. Czuła za to spokój.

I spokojnie ruszyła do teatru.

Pomóc swojej mamie w przygotowaniu do przedstawienia, mającego być spektaklem roku.

Dotarła po półgodzinie. W jej oczach, prócz pustki, nie było widać już nic.

Nawet łez.

Bez słowa wzięła się do pracy.

Nie komentowała zadań, zlecanych przez Andre, nie odzywała się do matki. Obserwowała.

Poznawała zaplecze ustawionej już scenografii. Sztuka była przetestowana już tyle razy, że do zgrania pozostały już tylko nieliczne technikalia. Ustawienie podestu, rozłożenie drewien wokół pala. Kilkadziesiąt podpałek do grilla leżało w worku foliowym. Kajdany, mimo że wyglądające na stare, były doskonale przesmarowane i rozruszane — przygotowane do tego, by rozpiąć je od razu po opadnięciu kurtyny. Sylwia przyglądała się polanom i szczapom drewna, zgromadzonym pod ścianą garderoby. Polan było dużo; na tyle, by dało się z nich ułożyć duży stos. Taki, na którym da się przeprowadzić widowiskową egzekucję. Na regale przy ścianie stał impregnat Woodproof Fire.

Spore, charakterystyczne, czerwone bańki, pojemności pięciu litrów. Na regale wisiała też konopna lina, wykorzystywana do oplotu pala oraz ułożonego stosu. Na regale po przeciwnej stronie polan leżały czarne, błyszczące w jarzeniowym świetle kajdany. Półkę niżej leżały też dwa — główny i zapasowy — stroje, przeznaczone na finałową scenę palenia na stosie. Szaro-brązowy, postrzępiony, lniany materiał, który będzie związany w pasie podwójnie splecioną liną; Sylwia przyjrzała mu się pustym spojrzeniem. Wyglądał na bardzo stary. Dobrze. Scenarzyści się popisali. Rzeczywiście; spektakl miał nie tylko szanse, ale i właściwy rozmach przygotowań, by przyciągnąć do teatru rzesze widzów.

Klik. Kolejny element układanki wskoczył w swoje miejsce. Wszystko układało się po myśli Sylwii. Patrzącej bez uśmiechu na zgromadzone w garderobie utensylia sceniczne. Tak; ta sztuka zapadnie wszystkim w pamięć. Bez wątpienia.

Sylwia wzięła kolejne dwie tabletki i zajęła się pomocą na planie. Czas do wieczora minął szybko.

Nie mówiąc o tym mamie, Sylwia dostała zwolnienie lekarskie na dwa tygodnie. Nie miała z tym większego problemu; wystarczyła tylko telefoniczna konsultacja z psychiatrą. Lekarz przesłał jej nawet na maila skierowanie do Wojewódzkiego Zespołu Lecznictwa Psychiatrycznego na Wojska Polskiego, które Sylwia zignorowała. Nie miała teraz czasu na takie rzeczy. Skupiła się na celu. A celem była niezapomniany dla wszystkich spektakl dramatyczny z jej matką w roli głównej. Wzięła dwie kolejne tabletki. Popiła łykiem z piersiówki.

W tygodniu, poprzedzającym premierę, pracę dzieliła na tę w domu — ćwiczenie tekstów z mamą, które wypowiadała drewnianym głosem, oraz przygotowania na zapleczu dramatycznego.

Na drzwiach, prowadzących na zaplecze teatru, pojawiła się klepsydra z krótką informacją, rozpoczynającą się imieniem Kamil. Sylwia, wchodząc do teatru, omijała ją wzrokiem.

Pięć dni przed premierą kupiła w aptece na Liszewskiego — blisko dramatycznego -największą, dostępną strzykawkę 550 mililitrów i pasujące do niej igły.

Trzy dni przed prapremierą kupiła dwadzieścia litów bezzapachowej rozpałki Kekai.

Dwa dni przed premierą spędziła na zapleczu dramatycznego kilka nadgodzin. Po wierceniu w drewnie bolały ją przedramiona.

Dzień przed premierą spędziła kilka kolejnych nadgodzin, tłocząc litry płynu strzykawką, aż rozbolały ją kciuki.

Także dzień przed premierą zajęła się wszystkimi opakowaniami rozpałki.

W ten tydzień zużyła kwartalny zapas xanaxu. Zapamiętała, żeby poprosić o kolejną receptę.

Zapomniała o tym, jak tylko zajęła się sklejaniem folii. Na regał odstawiła kolejną już, wypitą butelkę pojemności 0,7 litra.

W dzień premiery od rana zaangażowana była w pracę na zapleczu teatru.

Andre sprawdzał każdy element po kilka razy. Był spięty, ale zadowolony. Kilka razy łamaną polszczyzną dziękował pracownikom technicznym. Na Sylwię zerkał zaniepokojony, ale jej pracę też docenił. Ona wyglądała na najbardziej zmęczoną. Przez ostatnie dni wyglądała też na wyobcowaną, ale Andre złożył to na karb stresu, wynikającego z udziału jej matki w tak ważnym spektaklu. Andre zauważył też, że Sylwia pije nieco za dużo, ale nie odważył się o tym wspomnieć Małgorzacie. Sylwia pracowała tak intensywnie nad przygotowaniem sztuki, jak żaden z techników, więc i powodów do narzekania nie miał.

Zwłaszcza, że nie płacił jej. Formalnie nawet nie pracowała w teatrze; tylko w nim pomagała.

21 sierpnia pogoda jakby chciała wspomóc w przygotowaniach do sztuki, której rozpoczęcie zaplanowano na dziewiętnastą.

Publiczność zaczęła zjeżdżać się przed osiemnastą; w foyer teatru zaplanowany był niewielki poczęstunek. Z obstawą zjawił się Minister Kultury. Na scenie stały przygotowane wszystkie dekoracje; ta najważniejsza instalacja — pal, obłożony polanami — czekał za makietą, przedstawiającą piwnicę ratusza, w której więziona była Barbara Zdunk.

Na zapleczu wrzało jak w ulu. Małgorzatę, ubraną w strój chłopki, doglądało kilku pracowników, nadzorowanych oczywiście przez Andre De La Cruza. Makijaż, który miał nie wyglądać jak makijaż, kosmetyczka przygotowywała przez godzinę. Przy drzwiach przejściowych między garderobą a magazynkiem stała Sylwia. Puste spojrzenie, niedokładny makijaż, splątane i tłuste włosy. Kiwała się lekko na nogach. Opuszczoną głowę otaczały cienie. Pustymi oczami wodziła spod półprzymkniętych powiek. Bezwiednie wysupłała z kieszeni kolejne dwie tabletki, połknęła je gryząc uprzednio. Lubiła ich gorzki smak. Nikt nie zwrócił uwagi, że ubrana była w szerokie, brązowe spodnie z grubego materiału. Nikt nie zwrócił uwagi na zniszczone, skórzane, wysokie do kostek buty Sylwii. W otoczeniu, w którym przebywała Małgorzata — Diwa — nikt inny nie mógł ściągać uwagi jak ona. Działała jak piorunochron na sławę. I była tego świadoma. Zajęta przygotowaniami do wyjścia na scenę ignorowała wszystko i wszystkich. Jednak przechodząc od toaletki do dużego lustra na ścianie, dała radę rzucić do córki:

— Nie garb się tak, i znajdź moje papierosy — powiedziała — kierując się do Andre, który podawał jej przygotowany na wymiar kombinezon ognioodporny, do założenia pod strój sceniczny.

Sylwia odprowadziła ją pustym spojrzeniem. Była znieczulona. Idealnie znieczulona; na tyle, by wszystko dobrze rejestrować, i zarazem na tyle, by nie dać się sprowokować. Nie chciała zepsuć tego dnia zbędnymi nerwami. Nie podała matce, ubranej już w kostium sceniczny, papierosów. Zapomniała o nich. Przegryzła jeszcze jeden xanax.

Sztuka, poprzedzona huraganowym aplauzem, rozpoczęła się kwadrans po dziewiętnastej.

Dłużej niż zazwyczaj trwało usadzenie wszystkich zgromadzonych. Sztuka zaplanowana była na półtorej godziny. Sylwię interesował tylko ostatni kwadrans. Ten, przy którym najwięcej się napracowała.

Wszyscy technicy, obsługa i Andre oglądali spektakl z zaplecza; oczywiście, nie było mowy o dobrych miejscówkach, ale stali niemalże na samej scenie, zaraz za dekoracjami. Przed końcem przedstawienia wszyscy mieli przejść do fosy pod sceną. I tam zebrać należne im brawa.

Sylwia nie planowała się tam wybierać. Zamierzała zostać na zapleczu. Skończyć to, co zaczęła.

Napisać ostatni rozdział. W plecaku w garderobie miała piersiówkę. Coraz lżejszą. Oderwała się od ściany sprawdzić jej stan.

Przedstawienie trwało już godzinę. Cisza na widowni zwiastowała burzę braw na koniec.

Sylwia liczyła na odegranie swojej roli w czasie tych oklasków. Antrakt. Szybka zmiana dekoracji.

Teraz główne miejsce na scenie — po prawej stronie — zajmował stos, ułożony wokół owiniętego liną pala. Zaraz, po odczytaniu wyroku, zostanie do niego przytwierdzona Małgorzata — czyli sceniczna Barbara Zdunk. Sylwia zajęła miejsce, zwolnione przez jednego z pracowników technicznych; oni poszli już do fosy. Została na zapleczu sama. I czekała, spoglądając przez niewielki otwór w dekoracji.

Kurtyna poszła w górę, odsłaniając plecy zakapturzonego kata, i stojącej obok niego, związanej Barbary Zdunk. Teraz Sylwii było znacznie łatwiej myśleć o niej jako o Barbarze.

Niepełnosprawnej intelektualnie kobiecie, skazanej na śmierć. Wiedziała też, że w odróżnieniu od podań, w przedstawieniu kat nie odegra duszenia ofiary przed podłożeniem ognia. Zapalona pochodnia tkwiła obok kata w specjalnym uchwycie, czekając na uwolnienie z niego.

Opierając się czołem o dekorację biernie obserwowała to, co dzieje się na scenie, bezwiednie poruszając ustami w takt wypowiadanych przez aktorów fraz. Kiwnęła się raz i drugi; gwałtownie zamrugała — zaraz zacznie się najważniejsza dla niej scena, musi się skupić. I skupiła się, wypowiadając na głos:

— I skazuję cię na śmierć — równolegle z katem.


Starała się widzieć przez otwór jak najwięcej. Widziała wyraźnie skute dłonie Barbary Zdunk, widziała kaptur na jej głowie, zasłonięte oczy. Zdecydowanym, wyćwiczonym ruchem kat chwycił Barbarę za rękę, prowadząc ją na stos. Postawiła nogę na jednej, potem drugiej belce. Kat wszedł za nią, i przymocował jej kajdany do pala. Zamknął obejmy kluczem, a ten wsunął do mieszka, przytoczonego do pasa. Sylwia zwróciła na to uwagę.

Teraz nawet nie mrugała — zaraz zapłonie ogień pod Barbarą Zdunk, chorą psychicznie podpalaczką. Nie chciała przeoczyć choćby najmniejszego płomyka. Czuła dawno nie odczuwane mrowienie w brzuchu. Czuła ciśnienie w pęcherzu; to jedyna rzecz, którą przeoczyła. Nieistotne w tym momencie. Bo kat chwycił już pochodnię, i wyciągnął ją z uchwytu.

Do końca sztuki, opadnięcia kurtyny, zostało równe piętnaście sekund.

Kat przechodzi dwa kroki z pochodnią, wyciągniętą ponad głowę. Płynnym ruchem opuszcza pochodnię. Jeszcze trzynaście sekund, Sylwia odlicza już na głos, nie przejmując się, czy ktoś ją usłyszy, pierwszy syk płomieni rozlega się na „dwanaście”, przy „dziesięć” płomienie stają się widoczne dla oszołomionej jakością przedstawienia publiczności, Sylwia dostrzegła w ich oczach odbicie rosnących płomieni, które zaraz powinny przygasnąć, przy „sześć” płomienie sięgnęły do pasa Barbary Zdunk. Sylwia zauważyła, jak Barbara uniosła lekko głowę, patrząc na kata. Gdy powiedziała „trzy” technik, odpowiedzialny za opuszczenie kurtyny wyciągał się już w górę, by zebrać naddatek liny, ale kątem oka widział rosnący płomień na scenie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 39.84