E-book
13.65
drukowana A5
36.06
Krótka powieść o uczuciach

Bezpłatny fragment - Krótka powieść o uczuciach


4.8
Objętość:
219 str.
ISBN:
978-83-8189-071-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 36.06

Autor pragnie na samym wstępie oznajmić, iż historię ukazaną w książce napisało samo życie.

Moim rodzicom, kolegom i przyjaciołom, bez których nie obszedłbym się w życiu


Na najważniejszych skrzyżowaniach życiowych nie stoją żadne drogowskazy

Charlie Chaplin

Wszelkie podobieństwo do osób i nazwisk jest przypadkowe

1

Niebo było błękitne, aczkolwiek zawierające kilka białych, gęstych chmur, które kształtem przypominały rozmaite przedmioty. Słońce powoli zachodziło, rzucając przy tym lekki cień na boisko, wypełnione zieloną trawą, otoczone z kilku stron płotem i siatką. Znajdowało się pomiędzy dwoma sporymi wzniesieniami, na których były położone tory kolejowe. Było tam pełno kamieni i zardzewiałej stali. Tylko górna część szyny wydawała się jeszcze srebrna. Stąd doskonale było widać pobliskie ulice, na których stały pokaźne domki jednorodzinne z ogrodem, ich spadziste dachy, i okna, które umożliwiały ograniczony podgląd na wnętrze poszczególnych pomieszczeń.

Na jednym ze wzniesień siedziało dwóch nastolatków. Znajdując się po stronie dawno nieużywanych już torów, bacznie przyglądali się temu wszystkiemu.

— Kto by pomyślał, że tak to się zmieni? Kiedyś wyglądało to całkiem inaczej — powiedział jeden z nich.

— Wiem –odparł ten drugi. — Kiedyś, można tu było oglądać mecze, gdy był jakiś festyn, stał zawsze taki ogromny namiot. W środku można było kupić watę cukrową i gorącą kukurydzę, a tam, za tą budą, był taki mały sklepik. Gdy byłem mały, przychodziłem po skończonej imprezie nad ranem i szukałem tam pieniędzy, raz udało mi się znaleźć dziesięć złotych — podsumował z uśmiechem na ustach.

W tym momencie, ten pierwszy wstał niespokojnie, włożył ręcę do kieszeni, przy czym zmarszczył brwi i ze skupieniem zaczął przyglądać się słońcu, które coraz to bardziej znikało za położonymi w oddali drzewami, znajdującymi się daleko za przeciwległym wzniesieniem. Chłopak, jasny blondyn, którego gęste włosy wydawały się na tym słońcu jeszcze bardziej jaśniejsze, zwrócił uwagę na niebo, które było w tym momencie, na tym odcinku żółto — pomarańczowe. Jego błękitne oczy wpatrzone w to zjawisko, ukazywały głębokie zamyślenie. Skończywszy dumać, zorientował się, że jednak nie jest w tym miejscu sam. Podreptał chwilę w miejscu i wyciągnął dłoń, po to, aby móc podrapać się po swojej bliźnie, która znajdowała się nieopodal kości policzkowej, po czym położył palce na swojej brodzie. Gdy zakończył cały proces, spojrzał na swojego towarzysza, który siedząc, patrzał się przed siebie i rzekł:

— Michał, a co tam właściwie u Pawła, co? Nie rozmawiałem z nim od tygodnia, tak w ogóle, coś rzadko ostatnio z sobą gawędzimy.

— Nic, a co może być? Odprowadziłem go po szkole do domu i trochę gadaliśmy o wybrykach w jego klasie, i to tyle.

— Pamiętasz, jak byliśmy jeszcze całkiem nie dawno skłóceni ze sobą? Jak kłóciliśmy się z nim prawie na każdej przerwie?

— Ta, pamiętam… to jak chodził za nami, a my go wyganialiśmy.

— Teraz jest mi trochę głupio z tego powodu, zresztą, wtedy robiliśmy mnóstwo innych rzeczy. Mam tutaj na myśli nasze świece dymne z saletrą i cukrem, które dawały dość duży i gęsty dym, tak, że przez chwilę cała działka była przysłonięta.

— Albo jak strzelaliśmy z karbidu, to był wtedy huk i błysk… A jak to w końcu? Chcesz iść do tego wojska?

— Chciałbym, gdy tylko skończę szkołę, będę coś kombinował w tym kierunku. Wiesz, mógłbym zajmować się np. łącznością, tak jak kiedyś robił to dziadek.

W tym momencie nastała cisza. Siedzieli jeszcze chwilę, po czym wstali. Blondyn podniósł swój plecak, niegdyś czarny, a teraz w pewnej części przyjmujący ceglastą barwę, zapewne na skutek blaknięcia od promieni słonecznych. Spojrzał ostatni raz na malowniczy widok, który miał przed sobą i poszli wzdłuż torów. Natrafiając na most kolejowy, zeszli stromym zboczem na dół i dalej, poruszając się chodnikiem, minęli boisko, na które patrzyli z góry. Przechodząc kilkanaście metrów dalej, dotarli do skrzyżowania, na którym zatrzymali się i kontynuowali rozmowę. Gdy już ewidentnie skończyły im się tematy, każdy poszedł w swoją stronę, żegnając się wcześniej.

Chłopak, który nazywał się Maciek Kępiński, szedł teraz po krawężniku w głąb ulicy. Jego krokom towarzyszyła dosyć ożywiona rozmowa sąsiadów. Minął tak kilka domów, aż wreszcie zatrzymał się przy furtce swojej, jak zwykł mawiać hacjendy. Spojrzał się za siebie, w bok i gwałtownym ruchem otworzył drzwiczki. Wyjął z plecaka klucze, przekręcił zamek i tym sposobem znalazł się w środku. Wszedł do swojego pokoju, rzucił plecak na ziemię, koło szafy z ubraniami i zaczął dokładnie badać pomieszczenie w którym się znajdował. Jednakże, wszystko było na swoim miejscu, tak samo, jak przed jego wyjściem. Przemieścił się do łazienki, gdzie pochylając się do przodu, oparł się o zlew i wpatrując się w swoje odbicie, przechylił głowę w lewą stronę, tak, żeby jego blizna stała się bardziej widoczna. Była ona bladą, cienką kreską o długości trzech centymetrów — pamiątką po kocie perskim. Wyprostował głowę i tym razem utkwił spojrzenie na swoich oczach i ciężko westchnął, tak, jakby miał żal do samego siebie. W tym czasie, na zewnątrz zapadał już mrok. Ziemia przygotowywała się do snu. W tym momencie, z pokoju obok rozległ się głośny pisk, niezwykle uciążliwy dla ludzkiego ucha. Była to świnka morska, która domagała się jedzenia. Jej futerko składało się z trzech kolorów: brązowego, białego i czarnego. Mieszkała w klatce po króliku i zachowywała tam olbrzymi nieporządek. Maciek, chcąc jak najszybciej pozbyć się nieznośnego hałasu, zaniósł jej trochę marchewki. Gdy Bunio, bo tak ta świnka miała na imię, ochoczo zabrał się do jedzenia, sam postanowił odgrzać sobie naleśniki, bo akurat tylko to pozostało. Wyjadając resztki dżemu truskawkowego spostrzegł, że na zegarze dochodzi godzina dziesiąta w nocy. Był to duży, biały zegar, stojący na biurku, posiadający dość duże cyfry i dzwonki na samej górze. Obok niego znajdował się żółty telefon, również starodawny, bo zawierający słuchawkę i tarczę do wpisywania numeru. Znajdowanie się tych przedmiotów w tym miejscu, wynikało z umiłowania ich właściciela do antyków, pomimo tak młodego wieku. Kończąc jedzenie, oddał się swoim ostatnim czynnościom zaplanowanym na ten dzień i z powodu braku jakiegokolwiek zajęcia i zmęczenia, finalnie, położył się spać. Sen nie przyszedł jednak od razu. Wiercąc się, rozmyślając i wspominając mijający dzień, udało mu się w końcu zasnąć.

2

Najgorszym i najbardziej złowieszczym polem bitwy jest miejsce, gdzie ścierają się siły umysłu, i zakochanego serca, które zaślepione siłą uczucia brnie wciąż do przodu, na przekór wszystkiemu, i samemu sobie, po to, aby finalnie dojść do swego wielkiego celu. Ta batalia, czyli ciąg nie przespanych nocy, chwile pełne udręki i zmartwienia, a zarazem szalona wytrwałość, i upartość, zwana jest miłością.


Zadzwonił budzik z telefonu. Informował on nachalnie o zbliżającej się siódmej nad ranem. W pokoju panował półmrok, stworzony przez opuszczone zasłony i dość duże zachmurzenie na zewnątrz. Maciek otworzył jedno oko, przy czym lekko się podniósł, włączył drzemkę i opadł na łóżko zrezygnowany. Spokój nie trwał długo, znów dała znać o sobie ta sama melodia. Poruszający się na zewnątrz pociąg z zawrotną prędkością gnał przed siebie, robiąc to tak, że zdawałoby się, że nic oprócz wytyczonej szynami drogi go nie obchodzi. Hałas i szum jaki wywoływał był o tej porze nie do wytrzymania. Wstał i odsłaniając lekko zasłonę, pochylił się w stronę okna. Zaistniała szarość na dworze wcale nie napawała optymizmem i nie stawała się pomocna w dalszych, porannych czynnościach. Maciek pomyślał o wakacjach, o słońcu, które witało go co dnia, o późnych godzinach wstawania i swobodzie, która wtedy panuje, klnąc jednocześnie na siebie samego i żałując, że nie poszedł spać wcześniej. Wiedząc o tym, że i tak zerwał się na nogi za późno, zaczął pośpiesznie wyciągać ubrania z szafy i całkiem dowolnie dopasowywać je do siebie. I właśnie tu ujawniała się jedna z jego cech: nie lubił planować, potrafił to, lecz często wolał omijać ten punkt w wszelakich dążeniach i staraniach. Wcześniejsze przygotowanie też nie wchodziło w grę, z powodu pospolitego lenistwa, a było wykonywane tylko z powodu wyższej konieczności, co jak się okazuje, przychodziło nader często, ale nie dziś. Po ubraniu się przyszła kolej na poranną toaletę, po toalecie robienie kanapek, karmienie świnki morskiej, następnie pakowanie książek i na końcu szybkie śniadanie, składające się z jednej kanapki. Pomimo pośpiechu nie było czasu na herbatę, ani na jeden łyk.

Zamykając drzwi, jeszcze raz upewnił się w myślach, czy aby na pewno niczego nie zapomniał. Zamykając furtkę, stanął na chwilę, żeby popatrzeć na swój dom. Szybko oprzytomniał i ruszył przed siebie. Powietrze było wilgotne i rześkie. Niedużej wielkości kałuże na środku i po bokach ulicy przypominały o nocnym deszczu. Zwykle, o tej porze można było zauważyć ludzi, którzy wyjeżdżają do szkoły, pracy, lekarza, po to, aby załatwić ważne formalności, zrealizować marzenia, zdobyć trochę cennych rzeczy, każdy do swojego miejsca, wedle swoich potrzeb, uznań i wartości. Całe masy wprost gnały, prześcigając się nawzajem, jak w wyścigu, nie zwracając przy tym uwagi na nic dookoła nich samych. Zupełnie jak ten pociąg. I właśnie tak pracowała ta olbrzymia, ludzka machina.

Maciek idąc chodnikiem z głową w dole, myśląc o tym stanie rzeczy, cieszył się, że nie jest uczestnikiem tych wydarzeń. Przynajmniej, na razie nim nie był. Nim się spostrzegł, był już w pobliżu swojego miejsca docelowego. Przechodził akurat przez mały park, mijając starszą panią z psem. Z drzew jeszcze kapało, a znajdująca się w trawie wilgoć przechodziła na buty i nogawki.

Nagle, przed jego oczami pojawił się kremowy, dwupiętrowy budynek z mnóstwem okien i dużym plakatem przy wejściu, który zachęcał do rekrutacji szkolnej. Na przeciwko znajdował się mały parking, a jako, że dochodziła już ósma, był cały zajęty samochodami.

Wchodząc do środka, przywitał się z woźnym, na co ten odpowiedział mu zdjęciem czapki z głowy. Wewnątrz budynku była już pokaźna liczba osób. Gramoląc się po schodach i idąc w głąb korytarza, zawsze rzucały mu się w oczy metalowe szafki, jedne nowe, komponujące się w otoczenie, drugie zaś stare i poniszczone, tworzące pewien kontrast.

Przechodząc obok sali nr 16, od razu zauważył swojego klasowego kolegę Karola. Zatrzymał się, żeby dowiedzieć się, co ma mu do powiedzenia.

— Cześć stary! — krzyknął w stronę Maćka.

Na jego twarzy pojawił się lekki uśmieszek.

— Nie ma historii. Chyba musiała gdzieś

wyjechać — oznajmił Karol z powagą w głosie.

— Świetnie, jak zwykle, dowiedziałem się dziś

rano, przed faktem.

— Nie no, informacja pojawiła się po ósmej

lekcji, akurat Justyna to zauważyła. Było na grupie, gdybyś częściej tam zaglądał, nie musiałbyś przychodzić tak wcześnie.

— Tak –odparł z charakterystycznym

przedłużeniem i znudzeniem w głosie. –To w takim razie, co ty tu robisz?

— Specjalnie przyszedłem wcześniej, nudziłoby

mi się w domu — orzekł ze spokojem.

— No i co? Co chcesz zrobić? Mamy teraz dużo

czasu.

— Może cofniemy się do sklepu, co? Nie

zrobiłem sobie nic do jedzenia.

— Dobra, czemu nie?

W tym momencie zadzwonił dzwonek, sygnalizując rozpoczęcie lekcji. Zaczekali, aż wszyscy wejdą do swoich klas i zeszli po schodach na dół.

— Czekaj chwilę — powiedział Maciek. — Dogadajmy się jakoś po ludzku, bo potem będą się nas czepiać.

— Panie dyrektorze! — zawołał donośnym głosem przechodzącego mężczyznę, którego wygląd mógłby wskazywać na co najmniej pięćdziesiąt lat. — Moglibyśmy skoczyć z kolegą do sklepu? Kupimy szybko jakiegoś kołaczyka i zaraz wracamy.

— Mówi się kołczyka, Panie Kępiński i tak, możecie — odparł i szybko skierował się w stronę swojego gabinetu.

Gdy wyszli, zaczęło trochę kropić. Udali się więc do małego sklepiku, znajdującego się na tej samej ulicy, co szkoła. W tym czasie, gdy odwiedzali sklep, kilku ich rówieśników kończyło palić z tyłu papierosy.

— To zamawiaj, ja i tak nic nie chcę — odparł Maciek i przesunął się, żeby zrobić miejsce.

Po co ja tu w ogóle wchodziłem? — powiedział do siebie w myślach.

Odwrócił się i popchnął lekko drzwi. Wyszedł jednym krokiem i nie puszczając ich, obracając głowę lekko w lewo, spostrzegł dziewczynę, tuż przy sobie, spoglądającą na niego. W tym momencie poczuł drżenie serca. Dziwne uczucie, tak jakby coś się w nim gwałtownie podniosło i powoli opadło. Szybko spojrzał się przed siebie, puścił drzwi i odszedł, a ona weszła do środka, nie oglądając się za siebie, z koleżankami.

Sama szkoła znajdowała się na obrzeżach miasta i skupiała wokół siebie ludzi różnej maści. Od tych najbardziej ambitnych i spokojnych, po tych, którzy swoim zachowaniem zwykli sprawiać problemy, wchodzić innym w drogę oraz mieć kłopoty z prawem.

Maciek nienawidził tego miejsca. Przychodził tutaj niewyspany i wychodził jeszcze bardziej zmęczony. Przez lekcje, nauczycieli, uczniów, sam już nie wiedział dlaczego. To wszystko łączyło się w jedną całość, tak bardzo, że nie sposób było wymienić poszczególne elementy układanki.

Tymczasem, trochę się rozjaśniło, natomiast korytarz znowu odżył, czyli napełnił się od nowa wieloma ludźmi. Znów było tłoczno i gwarnie. Podchodząc pod właściwą salę, zauważyli wcześniej zgromadzoną grupę, która śmiała się i głośno rozmawiała. Byli to kumple klasowi, którzy codziennie dawali o sobie znać, jedni mniej, drudzy bardziej lubiani przez Maćka.

— Szliśmy pod tym mostem, gdy akurat przejeżdżało to czarne BMW, wtedy Kamil krzyknął: Ty debilu! Wtedy gościu szybko zawrócił i ruszył prosto na nas — opowiadał z odpowiednim uniesieniem w głosie, jeden z nich.

— I co dalej? — zapytał drugi.

Wokoło chłopaków zgromadzili się pozostali, wyraźnie zaciekawieni, z uśmiechem na ustach przysłuchiwali się tej historii.

— No i nic, rozproszyliśmy się i każdy pobiegł w swoją stronę — wyjaśnił chłopak.

— Bożek –Maciek wtrącił się do rozmowy. — Pewnie to taka sama prawda, jak z tymi wcześniejszymi teoriami — wyraził się z ironią.

W tym momencie Bożek, bo taki nosił pseudonim, odwrócił się i spojrzał gniewnie w stronę przybysza. Zmarszczył rzadkie brwi, tak samo czarne, jak jego włosy i już miał odpowiedzieć, kiedy Maciek przerwał mu drugi raz:

— Poczekaj, jeszcze trochę, a będziesz bajkopisarzem znanym w całym mieście.

— Świetnie, znowu się będą kłócić! –odparł ktoś z zadowoleniem. — Maciuś walił wtedy takimi tekstami, jakby przez cały dzień siedział w internecie — powiedział i wyszczerzył się szyderczo.

I znowu zadzwonił ten sam dzwonek i wszyscy usłyszeli dobrze znany dźwięk. Tym razem nie musieli długo czekać na nauczyciela. Z końca korytarza wyszła niska i pulchna kobieta.

— No, szybko, ustawiać się! –ponaglała wszystkich.

Grupa ustawiła się pod ścianą, następnie po otworzeniu drzwi mozolnie weszła do środka. Rzeczą jasną było, że poprzednia dyskusja zostanie za niedługo wznowiona. Tymczasem wszyscy zdejmowali krzesła z ławek, rozpakowywali się, pomimo wczesnej, jak dla ucznia pory, niektórych już brało na wygłupy. Gdy wszyscy byli już na swoich miejscach, odbywała się standardowa procedura, czyli sprawdzanie obecności itp. Pomieszczenie w którym się znajdowali, było starą klasą, kojarzącą się raczej z czasami, gdy ich matki i ojcowie brali udział w przygodzie z edukacją, niż z nowoczesnością. Wysłużone, porysowane i poniszczone ławki, stare meble i ten charakterystyczny zapach.

Kępiński spojrzał przez okno. Na zewnątrz znów padał deszcz, który tym razem był bardziej obfity. Krople deszczu uderzały o drzewa, budynki, trawę. Kałuże zapełniały się na nowo. Obserwując ten widok spostrzegł, że gdy skończył dumać minęło już trochę czasu. Nie mogąc się skupić na zadaniu, które polegało na zaznaczaniu na mapie, zaczął obserwować klasę. Panowała cisza, która mieszała się z pojedynczymi szeptami. Każdy był skupiony na swoim zajęciu, tylko nie on.

Po dokładnej lustracji sufitu, spojrzał na kobietę siedzącą za biurkiem. Miała blond włosy i fryzurę na pazia. Na jej twarzy znajdowały się pojedyncze zmarszczki, akurat przeglądała ze zmartwieniem jakieś papiery. Jej szyję zdobiły czerwone korale. Maciek pomyślał, że musi być zmęczona. Pracą, życiem rodzinnym albo wszystkim naraz.

— Kępiński! — po sali rozległ się jej głos.

— Tak? — odpowiedział po chwili, wyrwany ze swoich myśli i wyraźnie zaskoczony.

— Mógłbyś pójść do pokoju nauczycielskiego i dać tę listę pani Bulickiej?

— Jasne — krótko oznajmił, a następnie wstał i podszedł do biurka.

Nauczycielka wręczyła mu kartkę, a on wyszedł bez słowa.

Szedł w stronę pokoju, gdy spostrzegł z naprzeciwka tę samą dziewczynę, którą spotkał koło sklepu. Miała smukłą sylwetkę i była wysoka. Jej łagodne rysy twarzy zwracały na siebie uwagę, a duże, piwne oczy ukazywały głębię. Usta szerokie, koloru jasno brzoskwiniowego, zaś włosy długie, sięgające za ramiona i brązowe niczym kora drzewa. Była piękna w całej swojej okazałości.

Maciek spojrzał przed siebie, udając, że jej nie widzi. Lecz po chwili skierował na nią wzrok. Minęła go, nie zwracając uwagi na jego osobę.

Wchodząc do pokoju, zapukał donośnie. Za stolikiem zasiadała kobieta, zajęta pracą na laptopie, przez co niechętnie odwróciła od niego wzrok.

— Dzień dobry! — powiedział. –Pani Ratajska kazała to pani przekazać. –Wskazał na kartkę papieru.

— Dobrze, dziękuję, połóż na stole –orzekła i skupiła się na pracy.

Wyszedł na korytarz. Był pusty. Liczył na to, że znów ujrzy tą szatynkę, lecz tak się nie stało. Wrócił do klasy, gdzie odbywała się lekcja.

W środku panował zgiełk. Utworzone spontanicznie grupki przekrzykiwały się nawzajem w nadawaniu informacji. Najbardziej popularnymi tematami były najnowsze przypadki i irytowanie innych, takie głupie, dla żartów. W międzyczasie do zamieszania dołączył głośny, kobiecy głos:

— Cisza! –rozległ się głos nauczycielki. –Ile razy trzeba wam powtarzać?!Rodzice was nie potrafią wychować!

W tym momencie harmider ustał. Każdy znajdujący się w pomieszczeniu ustąpił na chwilę. Teraz wszyscy w skupieniu słuchali jednej osoby.

— Gdy ja chodziłam do szkoły…

W tym momencie mogły paść wyrażenia dobrze znane młodym ludziom. Mogły, lecz zajęcia się skończyły, a ostatnie, wypowiedziane słowa kobiety zostały zagłuszone przez dzwonek. Wszyscy w pośpiechu spakowali się i wyszli na korytarz.

Kolejne zajęcia mijały powoli. Większość uczniów przebywała na nich z przymusu, gdyż ograniczały ich i uniemożliwiały spędzania czasu w inny, i ciekawszy dla nich sposób. Nudne w opinii nastolatków lekcje i przerwy były regularnie urozmaicane żartami i wybrykami różnego rodzaju, typowego dla ich wieku. Jedni mniej, drudzy bardziej dawali się innym we znaki. Czas płynął tu mniej, więcej jednakowo, a wszystko toczyło się do wyznaczonej stale, bądź chwilowo, godziny zakończenia.

Tym razem była to 15:30. Maciek stanął przy oknie na pierwszym piętrze i spojrzał w dół. Znajdowała się tam pokaźna grupa osób, z każdą chwilą zmniejszająca się. Zajmowali prawie cały placyk przed wejściem do budynku, zebrani w małe grupki donośnie dyskutowali. Wszyscy powoli rozchodzili się do swych domów. W tym momencie, z góry zszedł Karol.

— Idziemy razem? — spytał.

— Tak, jasne — odparł i pośpiesznie opuścili budynek.

Przeszli przez tłum, i tak już uszczuplony, wyszli na chodnik i skierowali się w głąb miasta.

Jeszcze w niektórych miejscach znajdowały się małe kałuże, a z budynków i drzew wciąż kapało. Nie mając określonego celu na resztę dnia, Kępiński postanowił odprowadzić kolegę do jego domu.

Byli na ulicy Alabastrowej, gdy jeden z nich rozpoczął rozmowę, przygryzając wcześniej wyciągniętą kanapkę z plecaka.

— Słuchaj, co ty właściwie chcesz robić po szkole? — spytał Maciek z kamienną twarzą, spoglądając na swojego kompana.

— Ja? Jeszcze nie wiem. Skończę jakąś szkołę i … — przerwał w tym momencie, doszukując odpowiednich słów. — Myślę o tym, żeby zostać klawiszem. Miałbym kupę kasy, szybką emeryturę.

— To prawda. Oni mają dużo przywilejów.

— Wujek właśnie tam pracuje. Dostajesz mieszkanie, dodatki, możesz awansować…

— No dobrze — przerwał mu — ale to nie wszystko tam jest takie super. Trzeba pracować w święta, weekendy, w tej pracy nie zawsze jest łatwo.

— Wiem, ale…

Znaleźli się na głównej ulicy, na której panował duży ruch samochodów. Po lewej stronie znajdował się duży szpital w kształcie łuku, zbudowany z czerwonej cegły. Rozmowę na chwilę przerwała karetka, która szybko wyjechała na ulicę i na sygnale pognała w kierunku centrum.

— Wiesz, urodziłem się tutaj –wspomniał Maciek, przyglądając się budowli, miejscu, gdzie wyszedł na świat.

— Ja tak samo — odpowiedział mu Karol. — Kontynuując poprzedni temat. A co ty byś chciał później robić?

— Uważam, że taka służba to fajna sprawa. Mój dziadek służył w wojsku, chciałbym spróbować tam swoich sił. Z tego też są niezłe profity. Biegasz z karabinem po lesie i jeszcze ci za to płacą.

Im dalej szli w głąb miasta, tym bardziej ruch i hałas przybierały na sile. Co jakiś czas długa kolumna zatrzymywała się z powodu czerwonych świateł. Do wolno poruszających się samochodów dojeżdżały następne, tworząc wcale niemały korek.

— Taka to większa wioska, a korki jak w Warszawie –oświadczył Karol z uśmiechem na ustach, będąc ewidentnie ponad tym.

Byli już w samym centrum. Niedaleko ratusza znajdował się blok mieszkalny. Zupełnie zwyczajny, z dużą liczbą okien i balkonów, wtapiający się w panoramę miasta.

— Jest coś na jutro?

— Tylko ta kartkówka z polskiego, nic więcej.

— W porządku, to ja lecę.

Podali sobie rękę i każdy poszedł w swoją stronę. Karol wszedł do środka, natomiast Maciek przeszedł przez niezwykle zabłocony parking, noszący miano czołgowiska. Następnie idąc wąską ścieżką pomiędzy dwoma blokami, wszedł na chodnik, tuż obok głównej drogi. Przystanął na chwilę, jakby myślał o czymś ważnym i skierował się w stronę domu, wracając tą samą trasą, skąd przyszedł.

Droga okazała się monotonna i nudna. Kępiński postanowił urozmaicić sobie czas, przechodząc bocznymi uliczkami, gdzie zazwyczaj więcej się działo. Niestety nie zmieniło to jego nastroju. Zbyt dobrze znał to miasto, żeby mógł napotkać coś nowego. Z nudów zaczął rozmyślać o rozmaitych rzeczach. Blondyn obserwując ziemię przed sobą, zagłębił się w swoich myślach.

Gdy tak wspominał dzień w szkole, nie zważając na otoczenie, od razu przypomniała mu się dziewczyna, którą ujrzał na korytarzu. Wciągnął wilgotne powietrze nosem i pomyślał. Wydawała mu się ładna.

Nagle rozległ się głośny pisk opon, ktoś zatrąbił klaksonem. Maciek wyrwany ze swoich rozmyślań, lekko podskoczył. Szybko oprzytomniał i obejrzał się. Kierowca w jednym z aut w ostatniej chwili zdążył zahamować, a on sam znajdował się na pasach. Kilka centymetrów dzieliło go od karoserii pojazdu.

Szybko zdał sobie sprawę z zaistniałej sytuacji i z impetem ruszył natychmiast przed siebie, nie spoglądając nawet na kierowcę. Gdy postawił już nogę na chodniku, zrobiło mu się wstyd, że tak często zdarza mu się wpaść w zadumę w takiej sytuacji. Nie patrząc się za siebie, czym prędzej pognał w stronę domu, szybko opuszczając feralne miejsce.

Przeszedł kilka kroków naprzód, po to, aby minąć ten sam szpital. Od tej pory, od domu dzieliło go kilkaset metrów. Pokonywanie tego dystansu było rutyną, więc zaczął przyglądać się na rozmaite strony, w nadziei, że zobaczy coś godnego uwagi. Tym razem nic się nie działo. W takich chwilach wracający do domu chłopiec brnął w myślach ku, jak ma się zwykle okazać, niedalekiej przyszłości, która w tym momencie wydawała się mu bardzo odległa. Było to jednak bardzo abstrakcyjne myślenie, dalece odbiegające od rzeczywistości, chociażby dlatego, że nie chciał zaprzątać nim sobie głowy.

Był już na miejscu. Przed nim stał średniej wielkości dom jednorodzinny. Wciąż taki sam, z tym samym balkonem, oknami, kremowym kolorem. Przekroczył drewnianą furtkę, wsłuchując się w jej skrzypienie. Zatrzymał się przed drzwiami. Zrzucił z siebie czarny plecak, otworzył go i z pośpiechem zaczął w nim grzebać. Minęło może dwadzieścia sekund, kiedy na twarzy chłopca pojawił się wyraz zirytowania. Wtedy jeszcze gwałtowniej zaczął przeszukiwać plecak, aż w końcu wyciągnął z niego smycz z kluczami. Zdecydowanym ruchem przekręcił jeden w drzwiach i wszedł do środka, zamykając je za sobą. Zdjął buty i kopnął je niedbale koło innych.

W domu nie zastał nikogo. Rodzice nie zdążyli jeszcze wrócić do domu i na razie nie zapowiadało się, żeby szybko to uczynili. Pozostawiając rzeczy w swoim pokoju i przeszedł do kuchni, by sprawdzić zapasy w lodówce. Wyciągnął z niej karton mleka, z pobliskiej szafki płatki śniadaniowe i miskę. Podczas przygotowywania posiłku włączył telewizor. Nie był zainteresowany programem, chodziło mu o pozbycie się ciszy. Mikrofalówka wydała głośny pisk, woda w czajniku zaczęła się gotować. W pomieszczeniu zaczynało być duszno, więc uchylił okno.

Spoglądając na okrągły zegarek na ścianie, przysiadł do stołu, żeby zjeść. Konsumując kolejną łyżkę zupy, pomyślał:

— Ta dziewczyna… — wspominając o niej, jakby zapomniał o połykaniu i przez kilka sekund trzymał zawartość łyżki w buzi. –Co się ze mną dzieje?

Spojrzał w bok i przez kilka sekund lustrował salon. Spojrzał z powrotem na talerz i nie dojadając wszystkiego, odsunął go od siebie. Położył łokcie na blacie i oparł głowę na dłoniach. Wpatrzył się z całą uwagą w drewnianą sklejkę.

— Maria… ciągle o niej myślę. Dlaczego tak się dzieje?

Znów zadał sobie to pytanie, choć dużo o tym rozmyślał, nie mógł wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi. Doznał dziwnego uczucia, jakby coś łaskotało go w brzuchu. Nie wiedział, dlaczego tak jest, to uczucie było mu zupełnie obce.

Siedząc dalej przy stole, postanowił z tym nie walczyć. Zostawiając talerz z resztą mleka, przeszedł do swojego pokoju. Położył się na łóżku i spoglądając na sufit, jeszcze bardziej zagłębił się w myślach. Spostrzegł po chwili, że są one bardzo inwazyjne i pojawiają się jedna po drugiej, niczym kolejne wagony pociągu.

3

Z początku siejący deszcz przybrał na sile. Krople deszczu uderzały gwałtownie o blaszany dach przystanku autobusowego. Ludzie znajdujący się na ulicy przyśpieszyli kroku, chcąc schronić się przed smętną pogodą. Nagle przed przystankiem zajechał czarny samochód.

— Rusz dupę, spóźnimy się! –krzyknął w stronę Maćka tajemniczy mężczyzna.

Chłopak wsiadł pośpiesznie do pojazdu i zamknął drzwi z hukiem. Auto odjechało z piskiem opon.

Przez całą drogę milczeli, nie wymawiając ani jednego słowa. Ciszę zagłuszała praca silnika i hamowanie opon na śliskiej nawierzchni. Maciek Kępiński siedział na przednim fotelu, tępym i znużonym wzrokiem spoglądał na ludzi. Nie było w nich nic ciekawego, tak samo jak w mokrych ścianach mijanych budynków. Auto spowolniło i skręciło w prawo, wjeżdżając w boczną uliczkę. Silnik zgasł i wyszli niemal jednocześnie.

— Weźmiesz tę karmę i włożysz do bagażnika — stwierdził suchym tonem mężczyzna.

Maciek kiwnął tylko głową, nie miał ochoty mówić.

— No, dobrze, że jesteście panowie! –odezwał się nagle głos. — Już miałem zamykać.

Wysoki brunet ze znaczną nadwagą wyszedł z budynku na którym wisiał napis WETERYNARZ i podał im rękę.

— Karma jest w środku, na korytarzu.

Maciek wszedł do środka i zobaczył trzy dość duże opakowania z karmą dla psa. Gdy obydwaj mężczyźni dyskutowali, on przenosił wszystko sprawnie do samochodu. Przy tej czynności zmęczył się trochę, gdyż jego sylwetka odbiegała od standardów lekkoatlety i przypominała raczej wychudzonego nastolatka. Mężczyźni wkrótce zakończyli rozmowę i pożegnali się, śmiejąc się przy tym. Pierwszy z nich podchodząc do auta podrapał się po zaroście.

— Czemu nie wchodzisz? — zapytał.

— Umówiłem się z kolegą — odparł Maciek.

— Kiedy wrócisz? — zapytał równie oschle, co poprzednio.

— Nie wiem.

— Masz być przed ósmą i lepiej żebyś się nie spóźnił.

Po czym wsiadł do samochodu i odjechał.

Deszcz ustał. Szedł ciągle chodnikiem po prawej stronie ulicy. Zaraz przy nim stały niskie domy jednorodzinne. Co jakiś czas obracał głowę i spoglądał, jak wyglądają pokoje. Wkrótce droga znacznie się zwężyła i poruszał się dalej naprzód wzdłuż zniszczonego, kamiennego muru, coraz bardziej do niego przylegając, żeby nie wejść na ulicę. Droga przez resztę czasu była prosta. Maciek docierając przed największe w mieście skrzyżowanie, stanął w miejscu, czekając na możliwość przejścia na drugą stronę. Ruch był jak zwykle dość duży. Kierowcy samochodów osobowych, dostawczych, ciężarówek, taksówek parli przed siebie, nie zaprzątając głowy sprawami pieszych. Minęło trochę czasu zanim Maciek przeszedł na drugą stronę. Zrobił to w pośpiechu i od razu skręcił na prawo.

Szedł dalej naprzód, aż jego oczom ukazał się wielki blok mieszkalny z czerwonym dachem. Takich budynków było w okolicy kilka. Wszystko było pozostałością po stacjonującym tu niegdyś wojsku. Zbliżając się do klatki schodowej, poczuł, że to miejsce jest mu bardzo znane. Przechodził tędy rzadko, ale obserwował to miejsce bardzo często z okien swojej szkoły, która znajdowała się teraz niecałe pięćdziesiąt metrów od niego.

Podszedł pod drzwi trzy piętrowego budynku i nacisnął ostrożnie przycisk domofonu, obok którego widniało nazwisko Agrafka. Rozległ się głośny dźwięk przypominający erę starych telefonów z pikselowymi wyświetlaczami.

— Już schodzę — odezwał się przytłumiony głos, jakby z eteru i natychmiast odłożył słuchawkę.

Kępiński oparł się o ścianę, przy czym włożył ręce do kieszeni i cierpliwie zaczekał na tajemniczą postać. Drzwi otworzyły się z piskiem.

— No więc, co chciałeś? — zapytał, ziewając.

Chłopak, który stał teraz przed Maćkiem był o niewiele wyższy od niego. Jego rozczesane, brązowe włosy zachodziły mu na czoło. Nosił okulary w czarnych oprawkach i zdawał się mieć lekkie ślady po trądziku.

— Mam ci dać tę listę — powiedział i wręczył mu kartkę, na której widniał czarny tusz. –Musisz podpisać, to coś z tą wycieczką.

— Aaaa, no tak. Gdy pani to rozdawała, mnie już nie było.

— Co ty byś biedaku beze mnie zrobił? — zapytał Kępiński z lekkim uśmieszkiem.

— Nie musiałbym słuchać tego pieprzenia na przerwach.

W tym momencie wyszczerzył się szyderczo i Kępiński mógł zobaczyć dokładnie jego zęby.

— Ej, a ty właściwie zaniosłeś już te papiery do szkoły?

— Tak, już dawno. A co? Ty jeszcze nie?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 36.06