E-book
27.3
drukowana A5
35.92
Krótka i smutna książka o niczym

Bezpłatny fragment - Krótka i smutna książka o niczym


5
Objętość:
177 str.
ISBN:
978-83-8189-199-8
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 35.92

Wiatru cisza

Zaciągam się po raz kolejny tym białym mordercą z pomarańczową stopą. Znowu wróciłaś — mówię sobie w myślach. Wiedziałem to. To wcale nie tak, że jestem kimś lepszym, to ty postrzegasz mnie jako tego gorszego, wyciskając ze mnie to, co nadawało się do użytku.

Biały dym w swobodnym locie dryfuje w powietrzu, tworząc niekształtną masę. Pomiędzy kolejnymi wdechami wystukuję co raz to kolejne litery na ekranie telefonu. Zamilcz i daj mi spokój.

Chciałbym odejść, tak niewinnie. Stanąć na początku tunelu i zmierzać ku światłu, pozostawiając w tyle wszystko, co otaczało mnie w starej skorupie ciała. Zostawić oczy, bo za dużo wypłakały, by móc teraz radośnie witać przyjaciół każdego dnia. Te dłonie, które by zdobyć kromkę chleba, prężyły się w trudzie i wysiłku. I serce, ono nie miało łatwo w tym ciele. Pompowało coś, co z góry skazane było na porażkę i niepowodzenie. Nadzieja, która podobno umiera ostatnia.

Podobno, bo u mnie umarła jako pierwsza, ustępując miejsce pustce.

Wdzięczność.

Rada.

I wytrwałość.

Tak.

Nie chce tak żyć, nie chce w ogóle żyć. Choć życie to jedyne, co mi zostało.

Sięgam po drugą fajkę, mam za dużo czasu, by siedzieć bezczynnie, spoglądając na ulicę pełną ludzi pędzących w nieznanym kierunku. Ta obskurna, żeby nie powiedzieć menelska, kawiarnia serwuje niezwykle okropną kawę, chociaż czego się spodziewać. Siedzę na ławce pod zżółkłym parasolem z jednego z popularniejszych piwowarskich koncernów z koroną w logo, trzymając w dłoni fajka i telefon.

— Proszę pana, za chwilę zamykamy.

No tak, trochę późno się zrobiło, zresztą i tak już miałem wychodzić, skończyły mi się fajki.

Gdzie żeś polazła, miałaś iść tylko po rachunek.

Dobra, płace i idę w kierunku domu. Na telefonie nadal ciemno. To zabawne, ale czasem ta mała wkurwiająca dioda, która oznajmia ci czekający na ciebie SMS, teraz jest wybawieniem, gdy milczy.

Drzwi, gdzie są te cholerne klucze i fajki, hę? No tak, te się skończyły, znaczy fajki, nie klucze. Brzdęk otwierania starych drzwi działa na współlokatora jak lep na… co to kurwa było? Myszy? Na komary czy coś takiego… Otwieram drzwi. Jest i on. Normalnie bym oczekiwał czegoś na zasadzie: GDZIE BYŁEŚ?! WIESZ, KTÓRA GODZINA?! Ale potem uświadamiam sobie, że koty nie mówią. Znaczy mruczą, o 5 nad radem podczas drapania cię w stopy. Witamy się szybkim kopem, bym mógł przejść do kuchni i wyjąć coś z lodówki. Wyjmuję jedynie powietrze i światło, myślę, że powinny mi wystarczyć do rana. Czas spać.

Zimno. I sierściuch, pewnie już piąta. Muszę do toalety. To albo ta kawa, albo ten kebab, którego zjadłem po pracy. „Ent te faaajnol całtdałn ”… Kuźwa, ten dzwonek miał em już dawno zmienić.

— Halo?

— Gdzie ty jesteś?! Chińczycy już dawno czekają w firmie! — wykrzyczał znienawidzony głos w słuchawce.

— Jestem już w drodze, tylko są utrudnienia.

Prrrrrrrrrrrryffdt. Świat się zatrzymał, a mały kibel wypełnił obłok drażniącego oczy gazu. Tak, to kebab. Jednocześnie zapanowała cisza po drugiej stronie telefonu.

— Yyy… jak szef słyszy, roboty drogowe, tramwajowe, metrowe… wszystko się tak złożyło… ale postaram się dotrzeć jak najszybciej mi się tylko uda.


No ja pierdole. Dobra, trzeba się ubierać i lecieć. Byle bym nie zapomniał zapakować tego światła i powietrza na drugie śniadanie, w sumie na pierwsze, chociaż po wczoraj niewiele potrafiłbym przełknąć.

Gdzie jest moja żółtoczerwona torpeda? Sunie na szynach pełna spoconych ludzi, chociaż dzisiaj jest nadzwyczaj luźno.

— Bilet do kontroli.

No serio…? Ha, mam miesięczny, wal się koleś. Tak naprawdę mówię to w myślach, a w rzeczywistości bezdźwięcznie wyciągam z portfela mały świstek i pokazuje temu gburowi.

&&

— To się nie uda.

— Zamknij się, musi się udać, spójrz, tutaj masz wszystko rozpisane, adres, godziny, kiedy jest w domu. Musisz się tylko przyłożyć — odpowiedziała postać o szaroróżowej skórze i odeszła od stołu. W pomieszczeniu zapanowała cisza, co chwilę przerywana odgłosem migoczącej świetlówki nad biurkiem pod ścianą.

— Wiesz, że jeśli to się nam nie uda, to będziemy mieli przerąbane u szefa?

— Taka duża dziewczyna, a boi się zwykłej roboty?

— Przestań — jej głos zabrzmiał co najmniej złowieszczo w murach tego pokoju i jeszcze przez chwile odbijał się echem. Zrobię to.

— Ile potrzebujesz czasu? — zapytał mężczyzna, mieląc w ustach ruskiego papierosa w zebrę.

— Nie wiem, pół roku?

— Dwa miesiące, rozumiesz? Szefu się wkurzy, dla niego najlepiej by było, gdyby to było gotowe na jutro, ale aż taka dobra to ty chyba nie jesteś. Masz tutaj trochę kasy, kup to, czego potrzebujesz i bierz się do pracy.

Ona schowała plik pieniędzy i wyszła. Poruszała się po korytarzu z gracją i wdziękiem. Każdy mężczyzna tutaj pracujący zwracał na nią uwagę. Głównie na dekolt i tyłek, lecz trzeba przyznać, że była bardzo urodziwą kobietą. „Co tu teraz zrobić?” zastanawiała się, stojąc w windzie i czekając, aż skończy się jej podróż. Usiadła przy stoliku i zaczęła przeglądać teczkę z dokumentami.

Między kartkami znalazła wiele zdjęć, na każdym z nich pojawiała się jedna postać mężczyzny.

Michał Trybulski, lat 29, urodzony w Warszawie. Nuda, nic trudnego. Zobaczmy tylko, gdzie on mieszka. Słoneczna 15. Drugi koniec miasta, ale co zrobisz. Koniec tego dobrego, czas na zakupy — powiedziała sama do siebie, zamykając teczkę i wychodząc.

&&

— No i cały kontrakt poszedł się…

— Stary, wyluzuj, szef nawet nie zauważy, że coś się stało, dla niego 400 tys. to tyle co nic.

— Dla niego to nic, a dla mnie byłaby to szansa na awans albo premię. Wiesz, jak to teraz u mnie wygląda, nie jest kolorowo — odrzekłem, z niechęcią biorąc kolejny łyk kawy.

— Jeszcze się podniesiesz z tego dołka.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Serio, nawet ty mi to wciskasz? Zresztą, weź się pierdol, wracam do domu.

Gdzie moja marynarka? Eh, zostawiłem na sali konferencyjnej, mam nadzieję, że nie spotkam tam tej rudej wiedźmy z księgowości. Niczym ninja skradam się pod dużymi drewnianymi drzwiami, bezdźwięcznie naciskam klamkę i rozglądam się po pokoju. Czysto. Marynarka wisi na krześle na którym siedziałem, spokojnie ją podnoszę i chcę wyjść.

— Proszę pana, proszę zaczekać!

Cholera…

— Tak, słucham?

— Musi pan tutaj jeszcze podpisać — powiedział a obojętnie ruda małpa.

— No jasne. Proszę — podpisałem i oddałem długopis z nieukrywaną radością.

— Co pan robi dzisiaj wieczorem? — tutaj już jej ton nagle zmienił się na słodko-łasicowy, złożyła usta w dzióbek i czekała na moją odpowiedź. I weź tutaj zachowaj spokój.

— Muszę odwiedzić chorą matkę.

— Och, tak mi przykro, proszę ją ode mnie pozdrowić.

Jasne…

— Do widzenia pani.

Kiedyś oszaleję przez tych wszystkich ludzi. Zapalam kolejnego dzisiaj papierosa i idę do domu.

Niesamowite, jak te miasto zmienia się między wschodem a zachodem słońca. Czerwona poświata zostawia swój ślad na zniszczonych ścianach żydowskich kamienic. Dobra, nie są żydowskie, chociaż skąpstwo zarządców oszczędzających na ich remoncie woła o pomstę do nieba.

Podążam przed siebie, stawiając pewnie kroki na popękanych płytkach na chodniku, omijając gumy, ślinę czy inne wielkomiejskie niespodzianki. Czuję wibracje gdzieś w głębi mnie, takie przyjemne, relaksujące i odprężające. Po chwili jednak orientuje się, że to mój telefon. Zajebiście, wygrałem kolejne BMW. Jest Biedra, wchodzę.

To mieszkanie jest teraz zupełnie puste. Tylko on tutaj jest szczęśliwy. Pamiętałem o tobie, chodź, dam ci trochę żarcia. Zdejmuje marynarkę i kładę się na łóżko.

To był cholernie ciężki dzień, jeden z tych, podczas których człowiek zastanawia się, po co w ogóle się stara, męczy. Tylko po to, by zarobić kasę i być szczęśliwy. Nie no, tak nie może być, chociaż wiem, że i tak nic z tym nie zrobię. Wstaję i idę do kuchni. I znowu się spotykamy — wypowiadam w myślach, uśmiechając się do siebie pod nosem. Ta mała futrzana kulka jest już ze mną dobre kilka lat. Znaczy mała jest tylko w mojej wyobraźni, bo tak naprawdę to już jest ogromna.

Jakie moje życie musi być żałosne, że jedyne przyjazne chwilę od trzech lat spędzam tylko i wyłącznie z kotem. Wszystko to przez to… — i myśli przerywa jednostajny gwizd czajnika.

&&

— Pięknie pani dzisiaj wygląda — powiedział słodko niski męski głos.

— Panie Piotrze, darujmy słodkości, proszę zdradzić, dlaczego pan mnie tutaj ściągnął.

— Otóż mamy problem.

— Do rzeczy, proszę — odpowiedziała lekko zniecierpliwiona.

— Nasz człowiek w policji miał wypadek i nie będzie nam w stanie pomóc.

— Co mu się stało? Kiedy z tego wyjdzie? — zapytała zaciekawiona.

— Jedyną możliwością, żeby wyszedł, jest wykopanie go z ziemi — świńsko zachichotał, wyraźnie zadowolony ze swojego żartu.

— Czy was kompletnie porąbało?! Jak mamy skończyć robotę bez pomocy policji?! Czy wy wszyscy chcecie, do cholery, wylądować w kryminale?! — wykrzyczała szeptem, chociaż i tak część ludzi w kawiarni zwróciła na nią uwagę.

— Proszę się uspokoić, mamy plan awaryjny, posłucha pani? — zapytał retorycznie — Dotarliśmy do jego siostry, Aleksandry, niestety, a może stety, od dawna nie utrzymywali ze sobą kontaktów, ponieważ dzieliła ich odległość prawie 7 tys. km. Teraz wróciła do ojczyzny, trochę z tęsknoty za krajem a bardziej dlatego, że ten amerykański mąż traktował ją jak worek treningowy. Za parę plików banknotów chętnie sprzeda własnego brata. Czyż to nie jest wyjście idealne?

— Nie taki był plan, nie zmienia się reguł w trakcie gry.

— Proszę pamiętać, kto na panią czeka w domu.

„Oż ty skurwysynie” — pomyślała i wstała od stołu, zakładając szary płaszczyk.

— Zostawcie ją w spokoju, zrobię to — i wyszła. Noc dzisiaj była wyjątkowo piękna, księżyc świecił blado, oświetlając delikatnie brukowaną ulice na starym mieście. Odgłos jej obcasów niósł się między budynkami cichym echem, zwracając uwagę przypadkowych przechodni.

Wszystko to wydawało się takie straszne — potwór chował się w ciemnych zaułkach, patrząc swoimi białymi ślepiami i czekając, aż podejdzie bliżej, by zaatakować. Straszne i jednocześnie obce, mimo iż żyje tutaj od urodzenia. Zatrzymała się na chwile przy postoju taksówek i wsiadła do jednej z nich.

— Na Pragę proszę.

Jedyną odpowiedzią, jaką usłyszała, był warkot starego silnika diesla.

Miasto płynie za szybą, co raz zatrzymując się na czerwonym świetle. Światła i ludzie tak obojętnie pędzą przed siebie. Tutaj małe dziecko wraca z mamą z przedszkola do domu, tam żul przeszukuje kolejny śmietnik w poszukiwaniu puszek lub niedopałków. No i ona w starym mercedesie. Siedzi z zamkniętymi oczami, próbując odpocząć i jednocześnie zachować czujność. Przebudza się z tego stanu co chwilę, by zorientować się, czy jest już na miejscu i ile drogi jej zostało. O tej godzinie w centrum rządzą długie stalowe wielokolorowe stworzenia o wielu odnóżach z świetlistymi plamkami rozmieszczonymi w regularnych odstępach. Bronią one przejścia dla tych, którzy zmęczeni po pracy próbują wrócić spokojnie do domu. Niestety, nawet w dzisiejszych czasach nikt nie wynalazł na nie skutecznej broni. Co prawda wielu próbowało, lecz ich starania skończyły tam, gdzie kiedyś lądowały odpady. Tak, w rynsztoku. Mercedes też się stał częścią tego potwora, korek wydłużał się o kolejne pojazdy i teraz nie było widać ani końca, ani początku.

Magią jest to, że nikt się tym nie przejmuje, ludzie spędzają w korkach godziny, które mogli by spożytkować w domu na coś, co ma większy lub mniejszy sens.

— Jesteśmy.

Podała mężczyźnie różowy banknot i podziękowała. Znowu stała pod tą kamienicą, jej dom, który nie był domem.

Weszła do obskurnej klatki schodowej, gdzie zawsze śmierdzi moczem i wymiocinami. W tym miejscu patologia pogania patologię i nieważne, w które drzwi się wejdzie, tam znajdzie się tragedię. Jej drzwi też takie były.

Dźwięk przekręcania klucza w zamku wywołał tupot małych stópek po drugiej stronie.

— Cześć skarbie — z uśmiechem chwyciła małą dziewczynkę i przytuliła do piersi. — Jak tam? Zjadłaś obiadek?

— Taaaaaaaaaaaaak, baba mi dała — odpowiedział dzieciak z nieukrywaną radością.

— Super, leć teraz do pokoju, mamusia musi porozmawiać z tatą.

Niczym mała kaczuszka, chybocząc się na boki, pobiegła do swojego zielonego pokoiku i za chwilę można było słyszeć wywracające się pudełko z klockami.

— Ty znowu piłeś? — zapytała obojętnie.

Nic nie odpowiedział. Leżał tak na tapczanie w zszarzałym już podkoszulku i przetartych dresach, udając, że śpi. Chociaż może spał naprawdę.

— Nie mam siły już się za ciebie wstydzić — rzuciła na pożegnanie i chciała wyjść, lecz coś ją zatrzymało.

— E efgeaeaefa… kupiłaś? — próbował mówić mężczyzna, lecz było to bardzo dalekie od mowy ludzkiej. Jednocześnie powoli próbował się podnosić. Desperacko nogami szukał kapci, lecz jedyne, na co napotkały jego stopy, to stara butelka po Żubrówce.

— Nie, byłam w pracy i nie miałam kiedy…

— SZMATO, nie potrafisz jednej rzeczy załatwić?! — zaczął krzyczeć mężczyzna.

— Ciszej, dziecko jest za ścianą.

— CO CISZEJ!? CO?!

I osunęła się bezwładnie po ścianie po ciosie wymierzonym prosto w policzek. Nie spodziewała się tego dzisiaj, chociaż wszystko tu jest już rutyną. Taka magia Pragi.

&&

— Kolejny piękny poranek, prawda kicia? — rzuciłem z lekkim przekąsem. Przepiękna sobota, a w kuchni jak zwykle pustka. To samo jak w życiu. Dobrze, że przynajmniej kawa i fajki są na swoim miejscu, o tym zawsze pamiętam.

Jedno pociągnięcie czarnego płynu, pocałunek z pomarańczową bletką i świat jest tak jakby żywszy, dostrzegam pierwsze kolory, np. czarno- zielony grzyb na ścianie czy brązowe zacieki nad kuchenką. Siadam przy tym stole od trzech lat, spełniając ten samy rytuał co rano. Nie jest to nic nadzwyczajnego. Moje mieszkanie to jeden duży pokój, kuchnia i kibel. Nie dorobiłem się lepszego chociaż i tak uważam, że to mi w zupełności wystarcza. W pokoju mam łóżko, biurko z komputerem i wszechobecny pierdolnik. Ściany są puste. Nie lubię sztuki, nie wiem dlaczego, może jestem za głupi, by ją rozumieć? Kuchnia to głównie stół, centrum dowodzenia całym życiem. Honorowe miejsce mają tutaj te pieprzone fajki i kubek z kawą, taki duży, ceramiczny, dostałem go już dawno temu, jedyny, którego nie dam rady rozwalić w atakach gniewu, taka bariera psychiczna.

Wychodzę.

Idę.

Wmieszam się w tłum bez większych problemów. Zawsze to robię. Cel na dzisiaj: rachunki, urząd i sklep. Walić urząd, nic pilnego a i tak dziś będzie zamknięty. Poczta jest blisko, więc raz- dwa tam będę. Warszawa jest piękna, wszyscy ludzie, którzy pędzą w nieznanym sobie kierunku, przepychając się na przejściach dla pieszych, byle mieć lepszy start niż moher obok. Sznury samochodów pełne agresji, wijące się raz w prawo, raz lewo, szukając szczeliny, by się wcisnąć i zdążyć przed czerwonym. No i te tramwaje, nie, to nawet nie jest warte wspomnienia.

Schody, klamka, otwarte drzwi. No cholera. Kolejka jak zawsze.

Kolejny relikt dawnego ustroju. Nie mówię o samej poczcie, chociaż ta instytucja też zasługuje już od dawna na emeryturę, ale o tym budynku, który klasyfikuje się do rozbiórki. Podziwiam za odwagę te panie za szybą, że psychicznie wytrzymują siedzenie w tym miejscu osiem godzin dziennie.

— Bry, rachuneczki — zagadałem w przypływie odwagi, lecz nici z podrywu, ponad 50–letnia pani nie była chyba mną matrymonialnie zainteresowana. Wzięła tak bez emocji plik kilku druków przelewu i zaczęła wstukiwać dane do komputera. Oszczędzając sobie dalszych zalotów, podałem jej wyliczoną kwotę. Oj, boli, prawie pół wypłaty, ale tłumaczę sobie, że to przez karę za niepłacenie za internet. Odchodząc, zalotnie uśmiechnąłem się i mrugnąłem okiem. Kasjerka wyraźnie wpadła w zakłopotanie. No cóż, są różne formy rozrywki.

Teraz sklep i do domu. Mówiłem już, że kocham to miasto. Za to, że toleruje moje lenistwo. W pobliżu mojego mieszkania mam wszystko, czego potrzebuje do życia — sklepy z wszelakim asortymentem, pocztę, bank, kilka klubów, w tym jeden ze świetnym striptizem, dla tych bardziej zagorzałych znajdzie się też kościół, ale akurat do niego trzeba się kawałek przejść.

Ten sklep z owadem w logo jest moim głównym żywicielem, bo:

a) blisko,

b) tanio.

Przechadzam się alejkami tego kolosa w poszukiwaniu tego, co zwykle. Nie mam specjalnych wymagań co do jedzenia ani wielkich zdolności, by je przygotowywać. Najlepsze jedzenie zawsze było u mamy. Chociaż zagłębiając się jeszcze dalej w otchłań pamięci, mogę tam znaleźć genialne potrawy babci, rosół na kurze, która jeszcze rano biegała wesoło po podwórku, czy te genialne kopytka, które…

— Przepraszam, wypadły pani klucze — nieśmiało zauważam wyrwany z własnego świata, w którym prowadziłem monolog.

— Tak, dziękuje — odpowiedziała bez przekonania, wyciągając rękę po swoją własność.

— Czy wszystko jest OK? — zapytałem.

— Tak, tak — i odeszła czym prędzej.

— Proszę zaczekać, leci pani krew!

— Zostaw mnie! — wykrzyczała, rzuciła koszyk z zakupami i zaczęła szybkim krokiem iść w kierunku wyjścia. No bez jaj, jeszcze zaraz zemdleje i będzie moja wina. Idę za nią, to w jakim jest stanie, nie wygląda na zwykły uraz. Wystarczyło, że kobieta się odwróciła i mnie zobaczyła, by wywołało to u niej lęk. Szybki marsz zamieniła w coś w rodzaju truchtu.

— Mówiłam, zostaw mnie! — wrzeszczała, odwracając głowę. No heloł, nic ci nie zrobię. A uciekanie w sklepie przede mną to nie jest najlepszy pomysł. Próbując uniknąć wózka z towarem, wykonała gwałtowny skręt w lewo, balans ciałem był nie wystarczający i szybko wylądowała na ziemi z ogromnym hukiem. Zatrzymałem się i przez chwilę razem z tłumem gapiów przyglądałem się temu widowisku.

— No pięknie, znowu kogoś zabiłem — wypowiedziałem na głos.

&&

— Dzień dobry, śpiąca królewno.

Wyglądała na trochę zaskoczoną tym, co się stało i gdzie się znalazła.

— Spokojnie, nic ci nie jest, znaczy masz tylko jakiś uraz mózgu czy coś, ale to chyba nie jest śmiertelne — powiedziałem z nieukrywanym uśmiechem.

— Co się stało? — zapytała chrapliwym głosem.

— No cóż, ciężko będzie to wytłumaczyć — zacząłem.

— Mów, do cholery!

Jest taka piękna, te włosy, oczy, usta, które teraz wykrzykują wyzwiska w moim kierunku, może szpitalne łóżko nie jest miejscem, w którym chciałbym ją oglądać, ale moje łóżko byłoby idealne.

— Zemdlałaś, a gdy cię tu przywieźli, to wykryli wstrząśnienie mózgu. Powiesz mi, co się stało wcześniej? Znaczy przed sytuacją w sklepie?

— Nie, to nic ważnego.

— Dobrze, mam na imię Michał i to ja tu z tobą przyjechałem — w tle brakuje tylko fanfar, bo dawno nie miałem tak dobrego początku znajomości, w szpitalu, gdy prawie ją zabiłem. — Ale nie musisz się obawiać, jutro, najwyżej po jutrze, stąd wyjedziesz i wszystko będzie dobrze.

— Czy ja cię znam? — zapytała.

— Raczej nie, nie przypominam sobie — odpowiedziałem. — Ja już muszę lecieć, tutaj zostawiam ci moją wizytówkę, gdybyś czegoś potrzebowała, to zadzwoń.

— Przyjdziesz jutro?

I tutaj mnie złamała. Znaczy nie mnie tylko moje serduszko, które ze wzruszenia zatrzymało się na chwilę, by móc później bić jak szalone.

— Jasne, skoro chcesz. Trzymaj się — i uśmiechnąłem się na pożegnanie. Ciągle się uśmiechałem. Przez całą drogę do domu uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nagle wszystko się odwraca i nabiera kolorów. Jaka ona była piękna, nawet z bandażem na głowie i kroplówką. Nawet nie spytałem, jak ma na imię! Jestem idiotą, znaczy byłem nim zawsze, ale teraz jeszcze większym niż zwykle. Co mi się w ogóle stało? Nie chcę wracać do domu, chcę się dowiedzieć wszystkiego o niej. Co lubi, jakie ma zainteresowania, gdzie mieszka. A co, jeśli kogoś ma? Nie, to nie możliwe, wtedy nie chciałaby, żebym ją odwiedził.

Nawet to mieszkanie już nie jest takie smutne i puste.

A poranek jest piękny, tak samo jak ona. NIE, stop, trzeba się ogarnąć. Są moja kawa i fajki.

— Jak się czujesz?

— Jest dobrze, dzisiaj wychodzę — odpowiedziała. — Dobrze cię widzieć, czekałam na ciebie.

— Tak?

— Chciałam ci podziękować i przeprosić, głupio mi, że tak wyszło.

— To może pójdziemy w ramach rekompensaty na jakąś kawę?

Nic nie odpowiedziała, tylko podzieliła się ze mną promiennym uśmiechem.

Resztę dnia przesiedziałem z nią w szpitalu, czekając na doktora z wypisem. Od razu później pojechaliśmy do małej kawiarni niedaleko centrum. Ma na imię Marta, skończyła psychologię i pracuje aktualnie w jakiejś małej firmie jako sekretarka. No i jest wspaniała.

Bez zbędnego pitolenia. Zakochaliśmy się w sobie, wróć, to ja zakochałem się w niej. Pełen nadziei. W samotności już tak bywa, że oddaje się serduszko temu, kto chociaż na chwile zwróci na nie uwagę i ona to robiła, zaczęła coraz bardziej wypełniać moje życie, zaczynając od banalnych ale jakże miłych SMS–ów na dzień dobry i dobranoc, kończąc na buziaku przed snem, gdy leżała tuż obok.


&&

— Jak stoimy z naszą sprawą? — zapytał niski głos w słuchawce.

— To już czas — odpowiedziała i rozłączyła się.

&&

Telefon cicho zawibrował na stole. Zaciągam się jeszcze raz papierosem i biorę go do ręki. „Spotkamy się dzisiaj? Mam dla ciebie coś specjalnego”. I już się cieszę jak głupi. Wystarczył jeden SMS, bym miał siłę i motywację, żeby ruszyć dupsko do pracy, a po niej spotkać się z Martą.

A w pracy, jak to w pracy, nie ma lekko. Sytuacja trochę się uspokoiła ostatnimi czasy, udało się zdobyć kilka kontraktów, co sprawiło, że mam już nawet zapłacone wszystkie rachunki i jedzenie. To właśnie rozumiałem przez ustabilizowanie się. Życie bez strachu, czy jutro coś zjem albo czy nie zostanę wywalony przez właściciela mieszkania. No i z tanich ruskich fajek przerzuciłem się na te lepsze, czerwone. Szef nadal był zimnym skurwysynem, który traktował wszystkich jak śmieci i obrywało mi się od niego tak jak kiedyś, chyba tylko to zostało bez zmian. Tak wszystko szło w dobrym kierunki.

A, no i kot zdechł, ale był już stary i Marta go nie lubiła, więc chyba dobrze się stało.

Wystukałem szybko na ekranie telefonu „Gdzie się spotkamy?” i z niecierpliwością czekałem na odpowiedź. Nie trwało to długo — „Zaraz przyjadę po ciebie pod pracę”. Niczym torpeda skończyłem to, nad czym siedziałem cały dzień przy komputerze, chwyciłem marynarkę i wybiegłem przed budynek. Tam już czekał czarny mercedes i ona na tylnym siedzeniu, prostym gestem zaprosiła mnie do środka. Lekko zdezorientowany pociągnąłem za klamkę i wsiadłem do limuzyny.

— Powiesz mi, o co chodzi? — zapytałem speszony.

— Niespodzianka — odpowiedziała bez emocji. Cała była jakaś inna, nieobecna, myślami gdzieś daleko poza kabiną samochodu. Nie odzywała się, tylko w milczeniu patrzyła przez okno, jak to miała w zwyczaju, jeżdżąc. Z przodu siedziało dwóch mężczyzn, szofer był ubrany w elegancki garnitur i muszkę, miał lekki zarost i okulary z niebieskimi oprawkami. Co raz ukradkiem spoglądał w lusterko wsteczne, sprawdzając, co robi zakochana para na tylnej kanapie. Nie mam pojęcia, kim jest drugi mężczyzna. Ubrany był już mniej elegancko, miał marynarkę i ciemne jeansy. Zacząłem mieć pewne podejrzenia, gdy wylądowaliśmy w dzielnicy przemysłowej, a wokół nas, zamiast domów mieszkalnych, były tylko magazyny i hale produkcyjne. Zajechaliśmy na plac przed jedną z takich hal. Mercedes zatrzymał się niedaleko po wjeździe na teren posesji.

— Koleś, wysiadaj.

— Ale o co tu chodzi?! Marta? Możesz mi to wyjaśnić? — wypowiedziałem w strachu i zdezorientowaniu.

— Wypierdalaj z wozu! — wykrzyczał, celując pistoletem prosto w moją głowę.

OK, teraz rozumiem. Wszystko to przypominało jakąś żałosną czeską komedię, a ja byłem jej głównym bohaterem. Mam nadzieję, że to jakaś ukryta kamera i ta szopka zaraz się skończy chociaż przyznam, scenografia powala, wszędzie wkoło leżą rury, pręty stalowe i jakiś złom. Spoglądałem tylko na nią w samochodzie, lecz jej wzrok był gdzie indziej. Co tu się, do cholery, dzieje, to bolesne, ten strach. Równie bolesne było uderzenie łomem, którym dostałem z tyłu w kolana. Upadłem na ziemię.

Obudziłem się już w ciemnym pomieszczeniu na krześle i związany grubymi linami. W drzwiach stał napakowany kark, dres w swojej szeleszczącej zbroi, z elektronicznym papierosem w ustach. Sprawiał wrażenie zamyślonego, ale nie spodziewałbym się jakichkolwiek funkcji mózgu u tego osobnika.

— Co ja tu robię? — zagadałem.

— Siedzisz — odpowiedział, wypuszczając dym z ust.

— Niech zgadnę, jeśli ja siedzę, to ty stoisz?

— Mylisz się. Ty już nie siedzisz.

I potwierdził swoje słowa zamaszystym uderzeniem w mój prawy policzek. To też bolało. Zostałem teraz sam we własnym więzieniu z krwią na twarzy w pozycji leżącej. Paniczny strach i wilgoć to jedyne, co teraz czuję.

— Michał, jesteś tam? — zapytał znany mi głos.

— Marta? Marta! Co tu się dzieje, wyciągnij mnie stąd.

— Michał, przepraszam, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe — odpowiedziała, szlochając. — Pamiętasz, jak opowiadałam ci o Nelce, chciałam dla niej dobrze, to tylko praca. Nie mówiłam ci wszystkiego, za to też przepraszam, mam kredyt i męża pijaka na głowie. To był jedyny sposób, by wyjść z tej beznadziejnej sytuacji i się jakoś ustatkować.

— Ale ze mną też by ci się to udało!

— To nie takie proste. Miałeś być tylko zwykłym zleceniem, a cała ta akcja zwykłą pracą. Fakt, trochę niespodziewanie się zaczęło, nie zastanawiałeś się, dlaczego tak szybko to wszystko się potoczyło? Przecież byłam twoja bez większych twoich starań. Nigdy cię nie kochałam.

Po tych słowach nawet nie czekałem na dalszą część historii. W oczach pojawiły się łzy, a w głowie ogromny nóż wbity między bruzdy wspomnień. Nagle stało się obojętne, co tutaj robię. Cholera, wierzyłem ci! Oddałbym wszystko, byle byś była szczęśliwa, a teraz siedzisz po drugiej stronie drzwi, tłumacząc mi się.

Dlaczego coś mnie ściska od środka, powodując trudniejsze oddychanie i zabierając chęci do życia?

— Wstawaj, ktoś chce z tobą porozmawiać — rzucił dres.

Nawet mnie rozwiązał, szliśmy ciemnym korytarzem do jednego z pomieszczeń. Chociaż „szliśmy” to troszkę słowo na wyrost — on szedł, a ja się wlokłem.

— Poznajesz mnie? — zapytał mężczyzna w garniturze.

Jasne, że poznaje, wystarczająco długo pojawiałeś się w moich koszmarach.

— Tak — odpowiedziałem. — Czego ode mnie chcesz?

— A wiesz, co tutaj robisz? — zapytał ponownie.

Zaprzeczyłem.

— Pozwól, że ci przypomnę. Trzy lata temu pod Warszawą, w nocy z 23 na 24 października, potrąciłeś dziewczynkę.

Przecież pamiętam. Wracałem wtedy od przyszłej żony, tamtej nocy oświadczyła, że mnie zostawia. W nerwach jedyne, co zrobiłem, to wsiadłem w samochód i ruszyłem przed siebie. W gazetach opisywano ten wypadek jako zbieg okoliczności. Nastolatka wracała z imprezy, pijana i bez jakichkolwiek odblasków. Weszła na ulicę prosto pod moje koła. Rozprawa trwała tygodniami, tak naprawdę nikt nie wiedział, co z tym zrobić, ojciec owej dziewczyny był posłem, co dostatecznie dolewało oliwy do buchającego ognia. Ostatecznie zostałem uniewinniony, lecz przez to wszystko straciłem kontakt z rodziną, która uważa mnie za mordercę, nie wspominając już o upokorzeniu moralnym. Poseł zapowiedział, że się zemści. No i chyba się doczekałem.

— Więc po co to wszystko? Czekałeś trzy lata, by mnie złapać i obić?

— Niekoniecznie — zaczął tłumaczyć. — Nie pozwolę, by w mojej Polsce takie gnidy jak ty chodziły po ulicy. Wszyscy mordercy powinni zdechnąć. Ty też.

— Nawet jeśli mnie zabijesz, to cała sprawa wyjdzie na jaw, a ty sam staniesz się mordercą, przestaniesz być posłem — powiedziałem.

— Ja cię nie zabiję, ja cię wyślę w podróż. Pamiętasz swoją siostrę, Aleksandrę? No jasne, że pamiętasz, nie układało jej się za bardzo w życiu. Wyobraź sobie, że sprzedała cię za 40 tys. Opowie policji, że wyjechałeś na emigrację za chlebem i szczęściem. A ona — wskazał ręką na postać siedzącą w rogu pomieszczenia — ona zrobi to samo. Policja ma już dwóch świadków. Nikt cię nie będzie szukał, bo nikomu innemu na tobie nie zależało.

Marta przyglądała się temu wszystkiemu z kamienną twarzą. Patrzyłem jej w oczy z nienawiścią, ale jedyne, co zobaczyłem, to pustka. Myślami była gdzieś indziej, przy córeczce i mężu.

— Nie przeciągajmy tego. Masz jakieś ostatnie życzenie? — zapytał.

— Pierdol się.

Wtedy wyciągnął pistolet, przeładował i strzelił. Ciało upadło na ziemię, wydając głuche echo w pomieszczeniu.

— Posprzątajcie to, a ty, Marta, chodź ze mną — powiedział poseł.

— Musiałeś to robić? On był dobrym człowiekiem — odpowiedziała, wychodząc razem z nim.

— Zniszczył mój sens życia i stał się nowym sensem, żyłem tylko po, to by się zemścić — zaczął tłumaczyć. — Po wypadku rozstałem się z żoną, podobno nie potrafiła ze mną wytrzymać, a ja… ja chciałem tylko, by sprawiedliwości stało się za dość. Ten skurczybyk po uniewinnieniu ukrywał się przed wszystkimi. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Rok temu wrócił do stolicy i zaczął pracować w azjatyckiej korporacji, dzięki temu go namierzyłem. Na początku nie wiedziałem, co z tym fantem zrobić, detektyw ustalił, gdzie mieszka, co robi w wolnych chwilach. Resztę już znasz, bo sama stałaś się częścią jego życia. Żałujesz?

— Nie, przestałam odczuwać jakiekolwiek emocje.

— To dobrze. Gdyby policja się nim interesowała, to złożysz odpowiednie zeznania i wszystko będzie OK. Tutaj twoja zapłata i klucze od mieszkania.

— Mogę jeszcze cię o coś prosić? — zapytała.

— O co chodzi?

— Podstawisz mi jutro jakiś samochód do przeprowadzki? Chce zacząć nowe życie już jutro.

&&

— To jak, skarbie, jesteś gotowa? — zapytała.

— Yhym — odpowiedziała mała dziewczynka, rytmicznie potakując głową.

Drżącymi rękami wyciągnęła pęk kluczy z kieszeni swojego szarego płaszcza i jeden z nich włożyła w dziurkę w zamku. Przekręciła niepewnie klucz i usłyszała, jak zamek zaskakuje, a sztabka odsuwa się, otwierając drzwi.

— No to zapraszam — zachęciła ją, podając swoja dłoń. Obie spokojnym krokiem przeszły przez próg mieszkania. Wszystko było tutaj niesamowicie piękne, białe ściany i meble z mahoniu i palisandru w ciemnych odcieniach, takie, jak sobie wymarzyła.

— Mamo, mamo, chodź, zobacz! — zawołał ją głos Nelki z pokoju obok.

Jej pokój też był piękny, zielone ściany, kolorowe mebelki, plakaty i ozdóbki. W kącie stał duży pluszowy misiek gotowy do przytulania, a na roletach były postacie z Kubusia Puchatka. Całe mieszkanie było wręcz idealne.

— I jak ci się podoba twój nowy pokoik? — zapytała.

Nie otrzymała odpowiedzi, ujrzała tylko jej słodką twarz, która w końcu się uśmiecha. To najpiękniejsze, co mogła otrzymać w całym życiu — jej radość.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 35.92