Przedmowa
Na załamanej jednolinii
tkwią krople wielobarwne
a każda z nich przedświtem chwili
nim z dźwiękiem głuchym spadnie
Tobie, który zatrzymujesz się, aby zajrzeć w moją duszę;
Bądź, jak i ja staram się każdego dnia — być…
Droga Czytelniczko! Drogi Czytelniku! Oto trzymasz w ręku mój debiutancki tomik. Nie bez powodu ukazuje się on w okolicy moich czterdziestych drugich urodzin, z czterdziestoma dwiema pozycjami. To symboliczna forma wyrażenia siebie i zaznaczenia swojej obecności na tej przedziwnej ścieżce, tytułowanej szumnie jako „życie”.
Z wielu względów nie nazwę go „tomikiem poezji”, choć niektórzy na siłę próbują nazywać mnie poetką. Ludzie w ogóle lubią kategoryzować, szufladkować, wciskać innych ludzi w jakieś ramy — niekoniecznie zważając na to, czy jest im z tym dobrze. Dzisiejszy świat jest niestety tak skonstruowany, że ważniejsze stało się „kim”, a nie — „jaki” jest określony człowiek. Ogromnie nad tym ubolewam, bo o wiele bardziej wolałabym, żeby ktoś zapamiętał, jak czuł się, czytając moje — nazwijmy to — wiersze, od tego, kim byłam. Pogodziłam się już jednak z faktem, iż świata i jego prawideł nie zmienię. Jedyne, co mogę zrobić, to wyrazić słowem odczucia, jakie mi towarzyszą i spróbować poskładać je w wersy.
Jako, że emocje to rzecz subiektywna, nikomu nie narzucam, aby tu i natychmiast się ze mną zgodził w tym czy w tamtym. Liryka ma to do siebie, że przedstawia zazwyczaj jeden punkt widzenia — osoby, która patrzy i opisuje. Teksty zamieszczone w niniejszej publikacji nie są tekstami łatwymi i przyjemnymi. Daleko im do nurtu łagodności, wręcz przeciwnie — stanowią odzwierciedlenie moich, niejednokrotnie traumatycznych przeżyć z dotychczas przebytej ziemskiej drogi. Przeżyć, które ukształtowały mnie w określony sposób i zdefiniowały jako człowieka. Biorąc pod uwagę kaliber emocjonalny związany z takim a nie innym doborem tekstów, tym bardziej Ci dziękuję, że jesteś tutaj ze mną! Otwieram przed Tobą mroczniejszą część mojego świata — z nadzieją, że pomimo burz, śnieżyc i permanentnej zawieruchy, spojrzymy kiedyś prosto w słońce.
część 1 — przebłyski
swąd
mieszkanie na poddaszu
stara kamienica
blisko drzwi do wyjścia
przedpokój a w nim
szkrab na oko półtoraroczny
zezowaty berbeć w centrum burzy
na środku oni
pochłonięci szaleńczym tańcem
tak bardzo że nie widzą
jak dziecko wciska się w kąt
nawet bez okularów
i pod peleryną kurtek
zdolne ich zobaczyć
a krew na ścianach krzepnie
swąd spalonych włosów
rozwiewa się po domu
gdzie czarne loki mamy
gdzie ciężka ręka kogoś
kto śmiał zwać się ojcem
czy będą już na zawsze
brakiem powonienia
alergią na bliskość
pierwszą z wszystkich przestróg
by nie ufać nikomu
nie chwytać się za ręce
mleczna Babcia
pukanie do drzwi i ja
pierwsza do witania
przychodzi na chwilę
mojej mamy mama
co chowasz w torbie pokaż
nie przychodzisz przecież
z pustymi rękami
wiem najlepiej na świecie
czy coś przyniosłaś dla mnie
wsadzam w siatkę głowę
nie każ dłużej czekać
co masz Babciu powiedz
wyszarpię torbie uszy
chociaż to niegrzeczne
ja — spragniona mleka
jestem tylko dzieckiem
kolorowe kredki
czerwone pudełko z nazwą
której nie pamiętam
może Faber Castell
na pewno nie Bambino
poznałabym od razu i dziś
tak leżały w ręce
miękko i wygodnie
swym trójkątnym kształtem
rysowałam na godziny
bo co miałam robić
lepsze to niż po raz setny
słuchać tych samych szant
z nich tylko Biała sukienka
zdatna do woskowania
gdy on ze swą panią
znikał bez przyczyny
nowe kolorowe kredki
dziecięce marzenie
ponoć narysują wszystko
dokładnie i kompletnie
szczęście rozbitej rodziny
prawdziwe ich uśmiechy
a w tle park i drzewa
nie szklane butelki
papużka
to bez wątpienia był samiec
niebiesko — żółto — zielony
mała papużka falista
mieściła się na dłoni
niczym przez mgłę dziś pamiętam
nić krótką naszej przyjaźni
bo mieć takiego zwierzaka
to kłopot najwyraźniej
szczególnie kiedy ze szkoły
wracało dziecię przykładnie
a ptaszek wolno puszczony
srał wszędzie gdzie popadnie
a potem żeby go złapać
zdyszana, prawie spóźniona
latałam z nim po pokoju
rwąc pióra dwa z ogona
nie dziwię się wcale mamo
może za słabo słuchałam
dziś nawet chyba rozumiem
dlaczego ją oddałaś
bolinoga
przychodnia — pawilon
oko blokowiska
pięć minut od domu
jeśli jechać autem
tata wóz prowadzi
ja się trochę trzęsę
wcale się nie boję
przecież jestem duża
tata mój wysoki
podaje mi rękę
jak to zwykle bywa
znów zachorowałam
wchodzimy do środka
każą spuścić gacie
igła i wstrzyknięcie
krótkie i bolesne
czuję jak drętwieję
jedną stroną władna
drugą nie za bardzo
zdolna kontrolować
skurcz gna poprzez ciało
niczym stado koni
jutro wrócę znowu
aga bolinoga
pierszy motylek
rozkładam ręce w załamaniu
to chyba odruch bez warunku
pieprzony pierszy motylek
a kartka wyrwana spada
świadomość że czekają wszyscy
aż ten morderczy wiersz przepiszę
i nie zapomnę znów o „wu”
co czai się gdzieś tam w środku
pierszy motylek to ci heca
zostanie ze mną do starości
wnukom opowiem niczym żart
że dziś nie wyjdę już z domu
po co on wzleciał nad tę łąkę
czy nie mógł siedzieć cicho w trawie
dziś żal mi wyrwanych kartek
kara dla drzew za Broniewskiego
odznaka
zawsze marzyła mi się taka
lecz w klasie naszej „ce”
wychowawczyni pani Teresa
dzieliła ją między trzech
święta to trójca bez dyskusji
ja wciąż na drugi plan
bo choć w dzienniczku same szóstki
to jednak ogłady brak
więc pożyczałam ją od Madzi
na jednej z długich przerw
przypięta agrafką do mundurka
jakby ją każdy mógł mieć
potem na lekcję dzwonił dzwonek
kończący łaskę chwil
i jeśli dostał ktoś uwagę
na pewno wiesz kto to był
wzrowy uczeń to nie dla mnie
gdyż zachowanie złe
może się później ciut ogarnie
to dziecko z ADHD
część 2 — zaczątek świadomości
nie rzucim ziemi
pan Maciej był supergościem
lubianym przez wszystkich w szkole
na co dzień uczył historii
miał pełną pomysłów głowę
to mogła być siódma klasa
gdy nas wezwano na salę
konkurs na pieśń patriotyczną
lecz najpierw doń przesłuchanie
przyszliśmy więc wystraszeni
kazano Rotę zaśpiewać
moc z nas wraz cała opadła
a słabość to przecież bieda
wtem się odezwał pan Maciej
gestykulując gorliwie
niczym Jack Black w Szkole rocka
muzykę w nas chcąc ożywić
zatrzęsły się szkolne mury
od dźwięków z płyty puszczonych
ach żeby jak oni głos mieć
po coście tu? a no, po nic…
uciekli wszyscy jak jeden
nikt wtedy w sali nie został
i tylko nie rzucim ziemi
ciągle nie może być proste