E-book
27.3
drukowana A5
41.12
Kroniki słowiańskie

Bezpłatny fragment - Kroniki słowiańskie

Axis mundi - Drzewo Świata


4.6
Objętość:
224 str.
ISBN:
978-83-8221-614-1
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 41.12

Axis mundi — Drzewo Świata

Dawno przebrzmiały echa prastarego świata, kiedy to Prabóg wokół najświętszej osi Wszechświata postawił Drzewo Kosmiczne i rozpoczął dzieło stworzenia. Przez niezliczoną ilość tysiącleci świat ten ulegał ciągłym zmianom, jedyną niezmienną pozostawała jego trójdzielność.

Korona Kosmicznego Drzewa to Prawia — sfera bogów, byt nadrzędny niewidzialny dla ludzi. Powyżej boskich siedzib leżał niebiański Wyraj, na którego straży Swaróg postawił Raroga. To właśnie do Wyraju przybywały dusze zmarłych oraz przylatywały zimą ptaki. Stąd za sprawą lelków, bocianów albo kruków duszyczki jaźni powracały wprost do łon brzemiennych kobiet, gdzie się łączyły z duszą życia. Jako istoty ludzkie rozpoczynały swoją wędrówkę po Jawi, aby tworzyć jej historię.

Jawia stanowiła pień Drzewa — świat mieszkańców ziemi. Ponieważ Jawia to również niezliczona rzesza wszelkiego rodzaju istot nieziemskich, istniało w niej kilka poziomów rzeczywistości, z czego większość nieosiągalnych dla śmiertelnika. Człowiek poprzez obrzędy, modlitwy, ofiary czy magiczne zaklęcia wciąż zabiegał o przychylność bogów i wszechobecnych demonów.

W korzeniach Drzewa tkwiła Nawia. To kraina zmarłych przodków, królestwo Welesa — Władcy Zaświatów, Pana Weli oraz siedziba Nyji — Bogini Wiecznej Nocy, Pani Śmierci. Kamiennych wrót do podziemnego królestwa strzegł Żmij, potężna skrzydlata istota przypominająca smoka.

Te trzy sfery od zarania wpływały na siebie i były od siebie zależne, a bogowie swoją potęgę i siłę istnienia czerpali z wiary i bojaźni ludzkiej. Drzewo Kosmiczne zdawało się być trwałym, niezniszczalnym elementem Wszechświata; nie unicestwiły go konflikty pomiędzy bogami ani wojny w Jawi, ani zarazy dziesiątkujące całe plemiona, ani budzące grozę czyny wszelkiego rodzaju duchów, demonów i stworów. Pewnie istniałoby w tym stanie po dziś dzień, gdyby nie jedno, na pozór nic nieznaczące wydarzenie w dalekich krajach, które miało spowodować całą lawinę zmian w tym uporządkowanym świecie.

Pierwsze niepokojące wieści przekazał Swarogowi Weles, który posiadał niesamowity dar widzenia przyszłości. Bóg Słońca postanowił natychmiast zwołać Wielkie Zgromadzenie i zobowiązał do uczestnictwa w nim przedstawicieli wszystkich sfer. Na miejsce Zgromadzenia wyznaczono jedno z prastarych grodzisk; o jego istnieniu mieszkańcy Jawi nie mieli pojęcia. Wielkie kamienne zamczysko ukryto w najdalszych zakątkach dziewiczej puszczy, w samym sercu tej głuszy, na szczycie wysokiego, pokrytego prastarymi dębami wzniesienia. Rozłożyste, posplatane korony niebotycznych drzew nie przepuszczały światła słonecznego, a zwarty gąszcz tworzył nieprzebytą ścianę niczym mur warowny. Gród otaczał wieczny mrok, a nierówne, nieociosane kamienie porośnięte mchem i splątanymi ciernistymi krzewami nadawały mu ponury wygląd. Okolice te zamieszkiwały demony, duchy i wszelkiego rodzaju byty nadprzyrodzone. Większość z tych istot stanowiło zewnętrzną straż zamczyska; znudzone bezczynnością krążyły wokół grodu i toczyły między sobą małe wojny.

Co tysiąc ziemskich lat Swaróg otwierał przejście łączące bramy Prawi z podziemiem zamczyska. Nad wzgórzem wzbijał się w niebo jaskrawy snop światła, a w posępnych murach rozbłyskiwały dziesiątki pochodni i rozbrzmiewała wrzawa. Przedstawiciele wszelkiego rodzaju istot zamieszkujących Prawię, Jawię i Nawię przybywali na wezwanie Swaroga i Welesa, aby wziąć udział w Wielkim Zgromadzeniu. Od ostatniego minęło zaledwie kilkaset lat i wszyscy zachodzili w głowę, z jakiej to ważnej przyczyny zwołano już kolejne. Cały dziedziniec i kilka komnat zastawiono ławami, wszędzie panował ruch i gwar. Goście siadali grupkami, zaczynali biesiadować, snuć opowieści o swoich wyczynach i toczyć spory. Wszystkich obecnych obowiązywała zasada pojednania i na czas trwania Zgromadzenia należało odłożyć wszelkie waśnie. Mogli przebywać na podwórcu i w wydzielonych wnętrzach, lecz żaden z nich nie mógł przekroczyć progu Świetlistej Komnaty, przeznaczonej dla najwyższych bóstw.

Komnata zajmowała prawie całe podziemie, sklepienie podtrzymywały dwa szeregi strzelistych kolumn, a pomiędzy nimi stał ogromny stół. Dębowy blat zastawiono misami, czarami na złocistych nóżkach, złotymi kielichami i zdobionymi krużami, a na środku błyszczała kryształowa klepsydra. Pląsające po ścianach odblaski płomieni ożywiały namalowane wizerunki przedziwnych stworów, niezwykły nastrój pomieszczenia podsycała woń spalanego przez pochodnie pszczelego wosku. Pomieszczenie posiadało dwoje drzwi: jedne prowadziły w kierunku ku wyjściu na dziedziniec, drugie, dużo większe, do potajemnych korytarzy. Tymi właśnie drzwiami wchodzili goście i wymieniając krótkie pozdrowienia, zajmowali miejsca na rzeźbionych ławach. Komnata zajaśniała nieziemskim blaskiem, bo i nieziemscy to przybysze. Każdy miał wiele imion, śmiertelnicy stawiali im posągi i składali ofiary.

Na przeciwległych szczytach stołu zajęli miejsca Swaróg i Weles. Pierwszy z nich to Bóg Słońca, Pan Ognia Niebiańskiego i Boski Kowal posiadający nieziemską wiedzę o kuciu żelaza i różnorakich kruszców. W zamierzchłych czasach wykuł swoim ognistym młotem tarczę Słońca, sklepienie nieba, wszystkie ciała niebieskie i wiele, wiele innych rzeczy. Jego świetlista postać promieniowała ciepłem. Siedzący naprzeciw Weles to Pan Weli i Nawi, Władca Zaświatów i Pasterz Dusz, a także Bóg Magii i Przysiąg. Zazwyczaj nosił złotą szatę, a tym razem okryty był od stóp do głowy czarną opończą i spod nasuniętego na oczy kaptura obserwował zebranych przenikliwym wzrokiem; otaczała go mroczna aura.

Po prawicy Boskiego Kowala zasiedli jego synowie: Swarożyc — Pan Ognia Ofiarnego, Władca Słońca, któremu ojciec powierzył złotą tarczę Słońca oraz otoczony księżycową poświatą Chors — Władca Księżyca, Pan Wiary i Tajemnicy. Tuż za nimi Gromowładny Perun — Władca Żywiołów i Pan Pioruna. Wszyscy trzej z uwagą słuchali opowieści Jarowita — wiecznie młodzieńczego Boga Wiosny i Wojny. Dalej siedział Rod, najbardziej sędziwy z gości; to on opiekował się plemionami i rodami, toteż jego obecność na Zgromadzeniu była bardzo pożądana. Kolejne miejsca zajęli: czterotwarzowy Bóg Wojny, Światła i Mocy — Świętowit oraz sturęki wojownik o imieniu Łado. Nieco dalej szczebiotały boginie; jedna piękniejsza od drugiej, wszystkie w olśniewających szatach. Demoniczna Mokosz — Bogini Płodności i Mokrej Ziemi oraz piękna i subtelnie promieniująca Zorza podziwiały ręcznie malowaną szatę Dengi — Władczyni Barw Świata, nazywanej Tęczą. Słynąca z upodobania do tańca Chorsina nie mogła oderwać oczu od płomiennorudych włosów Bogini Deszczu, Perperuny. Morena — Bogini Zimy i Śmierci, zwana niekiedy Marzanną, toczyła o coś spór z Boginią Życia o imieniu Żywia, a próbowała je pogodzić Wielka Bogini Łada, matka siedzącej obok Lelii — Bogini Wiosny i Miłosierdzia. Jako ostatnie po tej stronie stołu siedziały dwie siostry: Gwiazda Wieczorna i Gwiazda Poranna.

Po przeciwnej stronie stołu, najbliżej Welesa, usiadł Trygław, a tuż obok niego Trojan, obydwaj o trzech głowach, obydwaj z aurami przypominającymi bagienne opary. Pierwszy nosił złotą, zasłaniającą mu oczy i usta przyłbicę, drugi z dumą pokazywał koźle uszy i woskowe skrzydła. Na kolejnych ławach siedzieli: pięciogłowy Władca Mocy — Porewit, wojowniczy Rujewit o siedmiu twarzach, Mor — Pan Zagłady i Zarazy oraz Lel — Zwiastun Śmierci. Obok miał usiąść jego brat bliźniak, Polel, ale ubiegli go Strzybóg — Pan Wichrów oraz Poświst — Pan Wiatrów i Trąb. Tuż przy Panu Wiatrów i Trąb spoczęła Stryja — Pani Czterech Wiatrów i Powietrza. Obok niej dwie zaprzyjaźnione boginie: Watra — Matka Ognia Ziemskiego i Gabija — Matka Ognia Domowego podziwiały srebrzystą suknię Ursuli — Bogini Księżyca. Ich zachwyt wzbudzał błyszczący półksiężyc na czole Bogini Czasu — Kricco. Jako ostatnia siedziała uśmiechnięta Bogini Echa o imieniu Ozwiena.

Do Świetlistej Komnaty przybywali wciąż nowi goście: Simargł, Kostroma, Radogost, Prowe i pewnie weszłoby jeszcze kilku spóźnialskich, lecz zniecierpliwiony Swaróg podniósł prawą dłoń i zebrani usłyszeli huk zamykanych drzwi; zapadła cisza. Siedzący najbliżej klepsydry, Świętowit, chwycił ją oburącz i odwrócił; złocisty piasek zaczął odmierzać czas. Swaróg powstał ze swego miejsca i przemówił:

— Witam was bracia i siostry. Spotykamy się tu od niepamiętnych czasów, zdajemy relacje z naszych czynów, osiągnięć i porażek, rozstrzygamy spory, jednak tym razem rzecz idzie o nasz los. Weles przedstawił mi swoje widzenie. Ponieważ przepowiednia jest niepokojąca, wręcz złowieszcza, musimy podjąć odpowiednie kroki. Proroctwo mówi o zastępach wojów z szubienicami na płaszczach, którzy z mieczami w dłoniach dotrą do rubieży naszego stanu i będą siać postrach wśród żyjących tu plemion — będą zagrażać naszemu jestestwu. Musimy połączyć siły i podjąć działania, aby ludzie nie stracili wiary w naszą potęgę i opiekę. Niech każdy z was rozważy sprawę i zabierze głos, wspólnie odżegnamy zagrożenie.

Większość z obecnych słyszała już o upadłych bogach, więc rozgorzała dyskusja. Jedni mieli gotowe przepisy na spotęgowanie wiary wśród ludu, inni dawali przykłady z zamierzchłej przeszłości. Głośno dyskutowali, wytykali sobie błędy.

— Sprowadzę zarazę — zaproponował Mor — nieszczęścia sprawiają, że czczą nas ze zdwojoną mocą, a przy okazji zginie wielu prześladowców i…

— Twoja niepohamowana żądza uśmiercania jest przerażająca — przerwał mu Rod — przypomnij sobie swój ostatni wybryk; wymarły całe osady, a ci, którzy przeżyli, obwiniali nas o brak opieki.

— Zasłużyli na karę — mruknął Mor.

— Skąd ten niepokój? — próbował rozładować napięcie Świętowit. — Zawsze będą żyli w Jawi ludzie, którzy nas nie zawiodą.

— Poza tym jesteśmy nieśmiertelni. Prawda? — wtrącił nieśmiało jeden z młodszych bogów.

Mieli dziesięć dni, aby wspólnie ułożyć plan działania na kolejne wieki. Nie przypuszczali, że wydarzenia w Jawi odbiją się szerokim echem po całym Drzewie Kosmicznym.

Tymczasem w kilku mniejszych komnatach i na dziedzińcu było coraz tłoczniej. Ławy zastawiono pucharami, czarami, beczułkami; wszyscy ucztowali przy ziemskich napitkach. Nikogo z obecnych nie interesowały problemy, o jakich rozprawiano za zamkniętymi drzwiami; nie wcześniej niż za dziesięć dni zostaną im przekazane zadania do wykonania, a tymczasem mogą biesiadować. Jedną z komnat zajął Wodnik — władca wszelkiego rodzaju zbiorników wodnych, a razem z nim topielice i utopce, bagienniki, panny wodne i mamuny; cała posadzka była mokra. W pomieszczeniu obok wiało chłodem; chały, ażdachy, wietrzyce i obłocznice, wiły, ćmoki i latawce z uwagą słuchali przechwałek Płanetnika, nazywanego Pasterzem Chmur. W innej sali pachniało ziołami przyniesionymi przez polne demony: konopielki, północnice, południce, sporysze, polewiki, rokitniki i kilka gadzin. Najmniejszą zajmowały istoty zamieszkujące na co dzień ludzkie domostwa i zagrody; witali ich Dworowy z Gumiennikiem. Przybyły krasnoludki, ubożęta, kikimory, chowańce, pokucie i wiele innych małych ludków, a nawet Domowik z Domowiczką. W komnatach panował względny spokój, natomiast na dziedzińcu panował ścisk i harmider. W grupie stojącej na środku Leszy próbował przekrzyczeć Dobrochoczego i stojące wokół boginki, a tuż obok gromadka biesów nadskakiwała dwóm czarownicom. W najciemniejszych miejscach dziedzińca stały upiory, zmory, wilkołaki, strzygi, wampiry i demoniczne nawki; otaczający je mrok rozjaśniały tylko ich świecące ślepia. Pomiędzy stołami przemykały jaroszki, licha, drzewice, siriny i jeszcze kilka innych bytów wędrujących po Jawi i Nawi. Chociaż panował zgiełk i zamieszanie, tu i ówdzie można było usłyszeć niesamowite historie: jedni wychwalali swoje lub cudze bohaterstwo, inni chełpili się nikczemnością, jednak większość opowiadała bajdy.

Na zamku trwała niczym niezmącona sielanka, a w Świetlistej Komnacie panował nastrój oczekiwania i niepokoju. Wprawdzie każdy z bogów obdarzony był zdolnościami do jasnowidztwa, to jednak nie mógł tego wykorzystać dla własnej sprawy. Jedynie Weles miał nieograniczone możliwości w tej materii; widział przyszłość śmiertelników, a w szczególnych sytuacjach był prorokiem dla mieszkańców sfery boskiej. Gdy Swaróg poprosił go o wróżbę dla Prawi, zapadła cisza; zebrani w skupieniu oczekiwali na proroctwo.

— Nadejdzie czas, że ci, którzy stawiali nam świątynie i posągi, będą je wydawać na ogień albo topić w nurtach rzek — zaczął Pan Magii.

Pierwszy raz bogowie patrzyli na niego jak na mentora, a on stał z rozłożonymi rękoma i wieszczył. Tuż nad jego głową zaczęło wirować powietrze, które przybrało kształt przezroczystej, powiększającej wciąż swoją objętość kuli. Po jej powierzchni w zawrotnym tempie przesuwały się mgliste obrazy wizji malowanej przez Pana Zaświatów. Wpatrzeni w migające sceny, z niedowierzaniem obserwowali to, co miało nieuchronnie nastąpić.



Łzy Perperuny

Śmiertelnicy ufali bogom bezgranicznie, wierzyli w ich wszechpotęgę, mądrość i miłosierdzie. Żywili przekonanie, że bogowie to istoty idealne, które cechuje nieskazitelność obyczajów i prawość. Niestety nic bardziej mylnego. Przykładem byli Perun i Weles, okazujący sobie niechęć przy każdej sposobności, a nawet walczący ze sobą z bronią w ręku. Pierwszy raz doszło do starcia w czasie, kiedy Perun miał pod opieką niebiańskie bydło. Wówczas Pan Zaświatów, wykorzystując nieuwagę Gromowładnego, uprowadził je i przeniósł na Welańskie Łąki. Perun postanowił odpłacić mu za zniewagę i wyzwał na pojedynek. Zuchwały Weles przegrał i został okrzyknięty złodziejem; uciekł w najgłębszą strefę Nawi i poprzysiągł zemstę.


Minęło sporo czasu, nikt już nie wspominał awantury o bydło i tylko władca podziemnego królestwa rozpamiętywał dawną porażkę. Ponieważ miał w Prawi wielu szpiegów, ci donieśli mu o ceremonii w Kamiennym Zamku; Perun pojął za żonę swoją siostrę, Perperunę. Bogini należała do tych bóstw, które ceniły nade wszystko wielkoduszność. Nie tylko żyła w zgodzie z mieszkańcami Prawi, ale również dbała o ludzi i ich dobytek. Jako Bogini Deszczu i Władczyni Burzy i Chmur pilnowała, aby deszcze czy gwałtowne nawałnice nie czyniły w Jawi szkód. Po jakimś czasie po zaślubinach całą nieziemską sferę obiegła wiadomość o przyjściu na świat małego boga; Bogini Deszczu urodziła Perunowi syna, któremu nadano imię Perunic. Ojciec niecierpliwie czekał, aż zostanie odstawiony od piersi matki, a gdy w końcu to nastąpiło, wyznaczył mu funkcje i wręczył odpowiednie narzędzia mocy. Wprawdzie był jeszcze dzieckiem, ale jako bóg żywiołów powinien bezzwłocznie zdobywać wiedzę i umiejętności w swoich dziedzinach. Perun powierzył mu Ognisty Miecz oraz nadał tytuł Pana Burzowego Nieba. Jego zadaniem będzie towarzyszenie rodzicom podczas burz oraz pomoc w walce z siłami chaosu; na razie dostał mały miecz z brązu wyrzucający niewielkie błyskawice.

Władca Weli często z ukrycia obserwował syna Peruna. Pewnego dnia zauważył Perunica skaczącego po obłokach i ciskającego małymi piorunami. Młody bóg miał za opiekuna tylko Płanetnika, więc Pan Zaświatów postanowił to wykorzystać.

— Teraz zapłacisz mi za wszystko, Perunie — wyszeptał do siebie i natychmiast wrócił do Weli.

Z otchłani Nawi przywołał dwa smoki i wysłał je w kierunku chmur. Rozbrykany syn Peruna biegał za Płanetnikiem i próbował trafić go strzałką; żaden z nich nie spostrzegł zbliżających się gadzin. Smoki zawisły tuż nad Perunicem, zarzuciły na niego sieć i z niesamowitą szybkością poleciały w dół. Płanetnik narobił krzyku i ruszył w pogoń za porywaczami, którzy po kilku chwilach szaleńczego lotu zniknęli w podziemnym królestwie. Pojął czyja to sprawka. Zawrócił i drżąc ze strachu przed gniewem Peruna, stanął u bramy Kamiennego Zamku. Kiedy Władca Żywiołów usłyszał o porwaniu syna, wpadł w furię, wybiegł na jeden z tarasów i przeklinając Welesa, zaczął ciskać piorunami w kierunku bram Nawi. Ziemia drżała od gromów, a fioletowe zygzaki jeden po drugim przecinały granatowe chmury i powietrze, czyniąc w Jawi ogromne szkody. Świat nie widział jeszcze takiej nawałnicy. Wieść o uprowadzeniu Perunica szybko dotarła do Swaroga i innych bogów. Pierwszy do Kamiennego Zamku dotarł Swarożyc i ujrzał w dłoni Gromowładnego miedziane jajo; zrozpaczony ojciec miał zamiar rzucić je w kierunku Zaświatów. W jaju zamknięto broń o niesamowitej mocy, a Perun posiadał ich kilka.

— Perunie! Odłóż to! — zawołał Władca Słońca — Czyżbyś zapomniał ile jest w nim niszczycielskiej siły?!

Władca Żywiołów spojrzał na gościa i Swarożyc ujrzał jego płonące ogniem oczy.

— Zapewne wiesz, co uczynił ten podstępny pastuch — wycedził Gromowładny — tym razem użyję jaja i uwolnię się od niego raz na zawsze.

— Nie wolno użyć tej broni bez wiedzy i zgody Swaroga — zwrócił mu uwagę Swarożyc i wyciągnął rozwartą dłoń — Oddaj, odłożę na miejsce. Zanim ta kula ognia rozedrze skały i otworzy wejście do Weli, po drodze zniszczy ogromny obszar na powierzchni i zabije wszystkie żyjące tam stworzenia. Tego chcesz?

Perun usiadł na stojącej obok ławie i podał mu jajo. W tej chwili do sali weszła Perperuna. Jej fioletowo-srebrna szata była mokra od łez, które spływały na posadzkę i cienką stróżką wyciekały na zewnątrz. Swarożyc podszedł do bogini i nie zważając na wilgotne odzienie, przytulił ją.

— Nie rozpaczaj, znajdziemy twojego syna.

Wkrótce do zamku przybyli Swaróg z Chorsem i kilka bogiń. Boginie próbowały uspokoić Perperunę, a bogowie omawiali sposoby uwolnienia Perunica.


W Zaświatach Weles zacierał ręce. Sprowadził więźnia w najgłębszą strefę Nawi i przykuł do skały. Perunic szarpał łańcuchy i wzywał na pomoc ojca, aż jego krzyki dotarły do odpoczywającej w swoim zamku Nyji. Bogini zeszła do głębin i ujrzała więźnia.

— Coś ty uczynił?! — krzyknęła — Chcesz wojny z Perunem!?

— Nie daruję mu zniewagi — odburknął Weles i nie chcąc słuchać narzekań siostry, natychmiast wrócił na Welańskie Łąki i zaszył się w Czarnym Dworze.

Zwołał pomocników i kazał im zebrać całą Czarną Armię; nie omieszkał wysłać posłańców do wspierających go zazwyczaj Trzygłowa i Trojana. Do obydwu dotarła już widomość o niegodziwym czynie Welesa i przygotowaniach do bitwy. Chcąc uniknąć gniewu Swaroga, postanowili pozbawić życia posłów i udawać, że nie dotarło do nich wezwanie o pomoc.

Tymczasem w Kamiennym Zamku trwała narada. Swaróg miał dość poczynań bezkarnego boga i postanowił dać mu nauczkę.

— Powinniśmy ukarać go tak dotkliwie, aby w końcu zaczął przestrzegać zasad. Perunie, mając u boku Swarożyca i Chorsa oraz moją Złotą Armię, bez problemu uwolnisz Perunica. Mogę na ciebie liczyć Chorsie? — Ostatnie słowa skierował w stronę Władcy Księżyca; to właśnie o nim mówiono, że zbyt często odwiedza Czarny Dwór na Weli.

Chors lubił towarzystwo Welesa i uważał go za przyjaciela; łączyła ich magia, noc i jeszcze kilka rzeczy, jednak w takich chwilach musiał stanąć po stronie ojca, więc skinął tylko głową na znak zgody.

— Jak wiecie, wejścia do Zaświatów chronią nie tylko skalne podwoje, ale również nadzwyczaj silne zaklęcia i pieczęcie — kontynuował Boski Kowal i podał Gromowładnemu niewielką, pulsującą krwistoczerwonym blaskiem bryłkę, przypominającą kryształ. — Weź Perunie ten kamień. Rozbijając go o wrota, bez trudu je otworzycie.

Bogowie jeszcze chwilę dyskutowali, po czym wskoczyli na swoje uskrzydlone rumaki i polecieli w kierunku Nawi, a za nimi skrzydlaci wojownicy Złotej Armii. W Kamiennym Zamku pozostał Swaróg i boginie. Perperuna wciąż tonęła we łzach; słone krople zalały już wszystkie posadzki oraz dziedziniec i spływały w dół na obłoki. Napęczniałe łzami chmury zawisły tuż nad ziemią, a nie mogąc utrzymać nadmiaru wilgoci, pękały jedna po drugiej i spadały rzęsistym deszczem.

Wojownicy Gromowładnego opuścili Prawię i przelecieli przez Jawię. Przez dziesiątki lat ludzie wspominali wielki ogień, który zszedł z nieba i palił wszystko na swojej drodze, aż w końcu zniknął za horyzontem, pozostawiając za sobą podłużną, gorejącą łunę. Trzej bogowie stanęli u bram Zaświatów i Perun roztrzaskał kryształ o skałę. Kamienne wrota poczerwieniały, jakby ktoś oblał je krwią, zatrzeszczały i stanęły otworem. Gromowładny dał znak i oddziały Złotej Armii jeden po drugim wnikały do środka. Przywitała ich niezliczona rzesza czarnych demonów i kamiennych rycerzy Czarnej Armii. Wojownicy Peruna bez problemu unieszkodliwiali stojących im na drodze, torując tym samym miejsce dla podążających w kierunku Weli bogów. Wokół fruwały kości, leciały głowy kamiennych rycerzy, a na wszystko opadały popioły unicestwionych czarnych demonów. Gdzieniegdzie rozbłyskiwały chmury złotych iskierek i to był znak, że zginął wojownik Złotej Armii. Panował chaos i niesamowity łoskot.

Perun ciął toporem na lewo i prawo, a każdym ciosem zmieniał w proch kilku wrogów. Tak dotarł do Welańskich Łąk i z daleka ujrzał Czarny Dwór, a tuż obok gromadę różnej maści smoków. Na czele stał Czarny Żmij o trzech głowach, na których lśniły złote obręcze; Gromowładny rozpoznał w nim Welesa. Uzbrojony w kamienny młot oraz srebrną błyskawicę, popuścił rumakowi wodze i wzleciał w górę. Wystrzelił z błyskawicy i omal nie trafił Żmija w jedną z głów, lecz ten zrobił unik i buchnął ogniem. Perun w ostatniej chwili odbił tarczą zabójczy żar. Zajęty odpieraniem ataku, nie zwracał uwagi na zachodzące od tyłu i kąsające go pozostałe smoki; na szczęście Swarożyc i Chors przyszli mu z odsieczą.

Podczas gdy na obrzeżach Weli Złota Armia dziesiątkowała wojowników Czarnej Armii i spychała ich w głąb Nawi, Perun i Weles w porywie walki wznosili się coraz wyżej i wyżej. Żmij zionął ogniem, próbował opleść przeciwnika swoimi trzema ogonami i rozerwać potężnymi, ostrymi niczym sztylety pazurami. Perun nie pozostawał mu dłużny. Młotem potrafił wykrzesać nie mniej ognia, a błyskawicą wypalał dziury w ciele gada. W tym ognistym tańcu nie spostrzegli, że są już w Jawi i walczą zawieszeni nad płonącą żywym ogniem ziemią; nawet chmury przybrały krwawy kolor.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 41.12