E-book
15.75
drukowana A5
44.34
drukowana A5
Kolorowa
67.61
Kroniki Serca

Bezpłatny fragment - Kroniki Serca

Odczyty z Kronik Akaszy


5
Objętość:
159 str.
ISBN:
978-83-8440-070-8
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 44.34
drukowana A5
Kolorowa
za 67.61

Kroniki Serca

Odczyty z Kronik Akaszy

Przesłanie, Które Zmieniło Wszystko

Pamiętam jeden z momentów w Kronikach Akaszy wyjątkowo wyraźnie. Siedziałam w ciszy, otoczona moją „rytualną” aurą (tak, tak, z tą szałwią i olejkami ), i zadawałam pytania. W pewnej chwili poczułam bardzo silny, niemalże nakazujący impuls. To było jakby głos, niekoniecznie słyszalny uszami, ale głęboko odczuwalny w sercu i umyśle.

„Spisuj wszystko, czego doświadczasz. Bo szybko zapominasz.”

To było tak proste, a jednocześnie tak potężne. Uświadomiłam sobie, jak wiele ulotnych myśli, wglądów i doświadczeń przepływa przeze mnie i bezpowrotnie znika. To było jak marnowanie cennego daru.

Ale przekaz był jeszcze głębszy. Czułam, że to nie chodzi tylko o moje osobiste notatki. Było w tym wezwanie do dzielenia się.

„Podziel się tym, co ci przekazujemy, aby wszyscy mogli uwierzyć w moc Kronik.”

To zdanie rezonowało ze mną z ogromną siłą. Zrozumiałam, że moje „szalone” przygody, moje niecodzienne doświadczenia z Kronikami, nie są tylko dla mnie. Mogą być iskrą nadziei, dowodem na to, że istnieje coś więcej, że intuicja jest prawdziwa, a połączenie z tą uniwersalną wiedzą jest możliwe dla każdego.

To właśnie to przesłanie stało się jednym z głównych motorów napędowych tej książki. Chcę dzielić się tym, czego doświadczyłam, bez upiększania i bez cenzury. Jeśli moje historie, nawet te najbardziej „odjechane”, pomogą choć jednej osobie uwierzyć w siłę swojej intuicji, w moc Wszechświata, w realność Kronik Akaszy — to znaczy, że było warto pokonać ten lęk przed pisaniem i puścić te słowa w świat.

Lęk, który został pokonany


Lęk przed pisaniem towarzyszył mi od zawsze. To chyba te uparte schematy i wspomnienia z lekcji języka polskiego, gdzie za sam pomysł dostawało się szóstkę, ale za „wykonanie” — no cóż, maksymalnie trójkę. Ta dysproporcja między ideą a jej przełożeniem na papier przez lata paraliżowała moje próby. Dlatego tak bardzo bałam się rozpocząć spisywanie tego, co teraz trzymacie w ręku (lub czytacie na ekranie).

Mam nadzieję, że moje opowieści — szczere, czasem zabawne, a czasem może i trochę zwariowane — przemówią do Was i, co najważniejsze, że w jakiś sposób Wam pomogą. Jeśli ja, z moim „lękiem przed trójką”, odważyłam się podzielić tym, co we mnie siedzi, to może i Was zainspiruje to do odkrycia tego co Kroniki Akaszy mają Wam do przekazania.

Moja Lokomotywa, Moja Autostrada — Pierwsze Spotkanie z Własną Prawdą w Kronikach

Pierwszy odczyt z Kronik Akaszy, który zrobiłam sama dla siebie podczas szkolenia, dotyczył mojej rodziny i moich największych obaw z nią związanych. Ogromnie bałam się, że mój intensywny rozwój osobisty i duchowy jest dla nich zbyt trudny, że muszą się dla mnie niepotrzebnie poświęcać, że staję się dla nich ciężarem. Wiadomo, jak to jest — ocena innych potrafiła mocno we mnie siedzieć, niczym zadra. Słyszałam szepty i mniej lub bardziej otwarte sugestie od wielu osób z otoczenia, że to, co robię, pewnie mocno dotyka mojej rodziny, że zaniedbuję dzieci i męża.

Pamiętam to uczucie wewnętrznego rozdarcia — z jednej strony pociąg do rozwoju, do odkrywania siebie, a z drugiej paraliżujący lęk przed zranieniem najbliższych i poczucie winy podsycane zewnętrznymi opiniami. Byłam w potrzasku własnych myśli i cudzych projekcji.

I wtedy, w przestrzeni Kronik, usłyszałam jasny, konkretny i niezwykle kojący przekaz. Słowa popłynęły prosto do mojego serca:

„Przecież znasz odpowiedź. Twoja rodzina jest najlepszą, jaką mogłaś dostać w tym wcieleniu. Jesteście jednością. To Ty jesteś ich lokomotywą, a oni Twoimi wagonikami. Ty ich ciągniesz, dajesz impuls, wyznaczasz kierunek, ale kiedy już nie masz siły, to oni, siłą Twojego rozpędu, pchają Cię do przodu. Wasza relacja jest wyjątkowa, ale to Wy ją budujecie, od wewnątrz. Nikt z zewnątrz tego nie zrozumie, bo to jest ponad ich wzorce i schematy myślowe. Nie ufaj opiniom innych; ufaj sobie i swoim najbliższym. Niejednokrotnie jeszcze przekonasz się, w jak wyjątkowej relacji dane jest Ci przeżywać to wcielenie. To jedno z najlepszych, jakie masz. Ale wiesz, nic nie dzieje się bez przyczyny.”

Przekaz kontynuował, nabierając mocy:

„Masz ogromną intuicję. Jesteś prowadzona. My, Twoi Przewodnicy, robimy Ci autostradę. Jeżeli słuchasz siebie — swojej wewnętrznej intuicji, czyli naszego prowadzenia — jedziesz gładko jak po autostradzie. Dlaczego więc tak często pozwalasz innym, by kierowali Cię w krzaki? My Ci budujemy autostradę, a Ty z uporem skręcasz w jakieś chaszcze! Ogarnij się, dziewczyno! Dużo nas to kosztuje, aby Cię tak precyzyjnie prowadzić. Jak nie słuchasz, to cała nasza misterna robota idzie na marne. Zobaczysz, jak błyskawicznie będziesz szła do przodu, jeżeli tylko uwierzysz w siebie i ten wewnętrzny głos, dzięki któremu możemy się z Tobą komunikować. Przestań oddawać prowadzenie swojej lokomotywy innym. To Twoje życie i Twoja przestrzeń. Uwierz w to wreszcie!”

Oczywiście, łatwo powiedzieć, trudniej wprowadzić w życie. Ale te słowa, tak bezpośrednie, a jednocześnie pełne miłości, zasiały we mnie ziarno przemiany. Zaczęłam być coraz bardziej uważna na znaki, na subtelne podszepty intuicji. I zauważyłam zdumiewającą rzecz — te znaki i synchroniczności pojawiały się ze zdwojoną siłą tylko wtedy, gdy naprawdę słuchałam siebie, gdy działałam w zgodzie ze swoim wewnętrznym głosem.

Chcę tu mocno podkreślić: nie chodziło o jakiekolwiek zadzieranie nosa czy egoistyczne „ja wiem lepiej”. Chodziło o głęboką współpracę z Najwyższą Mocą, z tą kochającą energią Wszechświata, która zawsze chce dla nas jak najlepiej. Nasi przyjaciele i rodzina, nawet w najlepszych intencjach, nie zawsze wiedzą, co jest dla nas prawdziwie dobre. Oceniają sytuację i dają rady przez pryzmat tego, co w ich własnej przestrzeni jest dostępne, co oni sami uważają za słuszne i prawdziwe, bazując na swoich doświadczeniach. Ale ich doświadczenia i perspektywa nie są przecież czerpane z poziomu Absolutu. Dlatego ich rady, choć płynące z serca, mogą nie rezonować z naszą najgłębszą prawdą. Nie potrafią widzieć tak daleko i tak wielowymiarowo, jak to robią Mistrzowie i Nauczyciele w Kronikach Akaszy.

Od tamtego pierwszego, transformującego odczytu minęło kilka lat. Dzięki temu prowadzeniu udało mi się dokonać wielu skoków kwantowych w moim życiu — w relacjach, w pracy, w postrzeganiu siebie i świata. Za każdym z tych przełomów stało niewzruszone prowadzenie Tych, którzy kochają mnie bezwarunkową miłością Wszechświata. Od tamtego czasu nieustannie ćwiczę wiarę w swoją najwyższą mądrość, tę cichą pewność, którą czuję głęboko w sobie. To trudne? Bardzo. Czasem upadam, wątpię, gubię drogę. Jednak nie poddaję się, bo widzę namacalne dowody, że to ma sens.

A największym, najbardziej niepodważalnym dowodem jest to, że odzyskałam swoje wewnętrzne światło — tę radość, spokój i poczucie celu, które kiedyś, gdzieś po drodze, utraciłam. A tego uczucia, tej odzyskanej iskry, nie da się porównać z niczym innym na świecie.

„Ile Mieliśmy Na Ciebie Czekać?” — Echo Przeznaczenia

Kiedy wracałam z tego szkolenia z Kronik Akaszy, mój mąż z ciekawością zapytał, czy mi się podobało. A ja… ja byłam po prostu oszołomiona. Dawno już nic nie wywarło na mnie tak silnego wrażenia. To było jak powrót do domu, do czegoś dawno zapomnianego, a jednocześnie tak bardzo znajomego.

„Wiesz” — powiedziałam z przejęciem, próbując znaleźć słowa, które oddałyby to, co przeżyłam — „usłyszałam coś… bardzo mocnego.”

Spojrzał na mnie z wyczekiwaniem.

„Powiedzieli… »Ile mieliśmy na ciebie czekać?«”

Te proste słowa utkwiły mi w sercu jak drogowskaz. Poczułam z całą mocą, że mam coś ważnego do przekazania. To nie była już tylko ciekawość, to było poczucie misji, powołania. Wiedziałam, że ta wiedza, to doświadczenie, ma służyć czemuś większemu. Ale w tamtym momencie nie miałam jeszcze pojęcia, jaką formę przybierze to „przekazywanie”. Wiedziałam tylko jedno — ten czas oczekiwania dobiegł końca. Teraz trzeba działać.

Podczas szkolenia z Kronik Akaszy miałam również okazję przeprowadzić kilka odczytów dla innych uczestników. Jedno z tych doświadczeń utkwiło mi w pamięci szczególnie mocno. Czytając dla pewnej koleżanki, zobaczyłam w jej przestrzeni piękny, wzorzysty szal. Intuicyjnie poczułam, że powinna go poszukać, że ten konkretny przedmiot wniesie do jej życia coś pozytywnego, jakąś formę ciepła lub inspiracji. Nie wdawałam się w szczegóły, po prostu podzieliłam się tym obrazem i tym wewnętrznym przekonaniem.

Prawdziwe zaskoczenie przyszło następnego dnia, już po zakończeniu szkolenia. Dostałam wiadomość od tej samej koleżanki. Napisała, że zupełnie przypadkowo, robiąc zakupy w second-handzie, natknęła się na szal identyczny z tym, który widziałam podczas odczytu! Co więcej, kosztował dosłownie kilka złotych. To potwierdzenie, tak szybkie i tak konkretne, było dla mnie niezwykle poruszające. To nie tylko utwierdziło mnie w przekonaniu o istnieniu i mocy intuicji, ale także pokazało, jak subtelne, a zarazem realne, mogą być te wewnętrzne wskazówki. To doświadczenie było kolejnym, mocnym argumentem, by ufać temu cichemu głosowi, który zawsze wie lepiej.

Rycerz z Bułgarii i Oszukana Wygrana — Kosmiczne „Lufciki” Obfitości

Mój rozwój duchowy postępował bardzo wolno. Tak mi się oczywiście wydawało. Wiele zagadek, wielu ludzi, których spotykałam na swojej drodze, pozwoliło mi jednak uwierzyć, że moc, która we mnie drzemie, jest prawdziwa. Pamiętam pewną rozmowę z kolegą, którego poznałam totalnie przez przypadek. A raczej poznała nas moja dobra znajoma. To kolejna znajomość internetowa, która dzięki Kronikom Akaszy pokazała mi, jak wielka moc drzemie w tym narzędziu.

Weronika była w Bułgarii. Przez przypadek weszła do restauracji, gdzie usłyszała, jak ktoś mówi po polsku. Po chwili podszedł do niej roześmiany blondyn i zagadał. Chwilę trwała ich rozmowa, po czym zaczął opowiadać o swojej trudnej sytuacji finansowej. „I wtedy pomyślałam o Tobie” — wspominała Weronika. „Nie wiem dlaczego. Dałam mu twój numer i powiedziałam, żeby napisał.”

Odezwał się po miesiącu. Wiedziałam, że będzie pisać, bo Weronika mi o nim wspominała. Jego odczyt był niesamowity. Widziałam go jako rycerza, który zawsze pomagał biednym i pokrzywdzonym. Niczym Don Kichot walczył z nieprawością. Tak bardzo ukochał średniowiecze, że jego trzy wcielenia przypadały właśnie na ten okres. I właśnie w jednym z nich zobaczyłam, że został bardzo mocno oszukany. Wygrał turniej, za który powinien dostać ogromną sumę pieniędzy. Niestety, nie tylko ich nie dostał, co więcej, został podstępnie zamordowany, aby nie mógł odebrać wygranej.

I tak właśnie było w jego obecnym życiu. Stale coś przegrywał — dziewczynę, mieszkanie… Ciągle niesprawiedliwie osądzany, nie potrafił wyprostować swoich spraw. To było jasne, że ten stary wzorzec, ta niedotrzymana obietnica obfitości z przeszłego wcielenia, blokowała jego dzisiejszy sukces.

Postanowiłam poprostować i podcinać więzi z poprzedniego wcielenia. Nasza wspólna praca nad jego sukcesem trwała prawie rok. W tym czasie Janek (bo tak miał na imię) wygrał duże pieniądze, za które mógł kupić sobie kawalerkę. Ponowna wygrana pozwoliła mu kupić wymarzone auto i kampera, którym teraz zwiedza Europę. Wysyła mi zdjęcia z różnych zakątków świata, pełen radości i wolności. To był żywy dowód na to, że usunięcie starej blokady natychmiast otwiera drzwi do obfitości.

Jedynie w relacjach sercowych nie udało się osiągnąć zamierzonego sukcesu. Możliwe, że za mało pracowaliśmy nad tym aspektem, albo też potrzebny jest na to inny moment. Ale ta historia i tak była dla mnie potężnym przypomnieniem, jak bardzo wszechświat nam sprzyja i jak nasi Opiekunowie układają „lufciki” — takie niewidzialne tunele w przestrzeni, aby zadziały się określone zdarzenia i abyśmy spotkali określonych ludzi na naszej drodze. Przypadek? Nie sądzę. To precyzyjny plan, który ma nas prowadzić do uzdrowienia i pełni naszego potencjału.


Echo Inkwizycji — Uwolnienie z Więzów Przeszłości

Powietrze w gabinecie drżało, gdy zaczynałam odczyt dla mojej klientki. Przyszła z jednym, palącym pytaniem: dlaczego jej relacja z mężem jest tak niewyobrażalnie trudna, pełna niezrozumiałych spięć i bólu? Już po chwili wiedziałam, że to nie będzie zwyczajna sesja. Energia w jej aurze była ciężka, przesiąknięta echem wieków.

Wkrótce ujrzałam sceny, które ścisnęły mi gardło. Cofnęłyśmy się w czasie, do mrocznych, okrutnych dni inkwizycji. Moja klientka, w tamtym wcieleniu, była kobietą o otwartym sercu, zafascynowaną subtelnymi energiami świata, może zielarką, może uzdrowicielką. A obok niej… stał on. Mężczyzna, który w obecnym życiu był jej mężem. W tamtym czasie, jego oblicze było wykrzywione strachem i ignorancją, a jego słowa, niczym ostrza, przeszyły jej duszę. To on, pod wpływem paranoicznych lęków i społecznej presji, oskarżył ją o czary. To on, własnymi rękami, wysłał ją na śmierć.

Ten obraz, choć bolesny, wyjaśnił wszystko. Nagle zrozumiałam, dlaczego jej mąż w tym życiu potrafił irracjonalnie krytykować ją bez konkretnego powodu, dlaczego jego słowa raniły z taką precyzją, jakby znały najczulsze punkty jej duszy. To była reakcja jego podświadomości, echo dawnego lęku, poczucia winy, które przybierało formę ataku. Zrozumiałam też, dlaczego był tak specyficznie nastawiony do jej ezoterycznych zainteresowań, traktując je z jawną niechęcią, a czasem wręcz wrogością. W jego karmicznej pamięci, „czary” równały się śmierci.

Łzy cisnęły się do oczu, gdy moja klientka uświadamiała sobie ten potworny kontekst ich wspólnej historii. Czułam jej ból, ale jednocześnie widziałam iskierkę nadziei. To nie była kwestia odcięcia relacji — ta więź, choć bolesna, była wciąż potrzebna, aby oboje mogli przepracować karmę i wzrosnąć. Chodziło o coś innego, coś subtelniejszego, a jednocześnie o wiele potężniejszego.

Moje wahadło drgnęło, a ja jasno usłyszałam przekaz od Mistrzów: musimy odciąć pamięć tamtego wspólnego wcielenia. Musieliśmy uwolnić ich oboje od tego straszliwego bagażu przeszłości, który zatruwał ich teraźniejszość. To było jak operacja na duszy — precyzyjne odcięcie zakażonej tkanki, by reszta mogła się uzdrowić.

Wizualizowałyśmy proces uwalniania. Czułam, jak energetyczne nici, nasycone lękiem, winą i bólem tamtych czasów, zostają delikatnie, lecz stanowczo przecięte. Widziałam, jak ciężar opada z ich obojga, jak ich aury jaśnieją, a w przestrzeni między nimi pojawia się czystsze, lżejsze pole.

To był moment głębokiego wyzwolenia. Nie chodziło o to, by zapomnieć o przeszłości, ale o to, by przestała ona dyktować zasady teraźniejszości. Teraz, gdy pamięć tamtego wcielenia została oczyszczona, mieli szansę zbudować swoją relację na nowych fundamentach — fundamentach świadomości, wybaczenia i prawdziwej miłości, wolnej od cienia inkwizycji. To był kolejny dowód na to, jak potężna jest praca z karmą i jak wiele możemy zyskać, uwalniając się od nieświadomych więzów przeszłości.

Męska Wolność — Dług rodu i precyzja intencji

Jedna z moich klientek, kobieta o niezwykłej wewnętrznej sile, zapytała mnie podczas odczytu: „Dlaczego czuję wokół siebie tak dużo męskiej energii?” To pytanie wydawało się sprzeczne z jej obecną sytuacją.

Właśnie podjęła radykalną decyzję: rozstała się z mężem po sześciu latach małżeństwa. Jej powód nie był typowy; nie oskarżała go, lecz stwierdziła: „Nie uszczęśliwiamy się nawzajem.”

Nie mogła udawać radości z jego nowego auta, wyższej pozycji finansowej czy markowych ubrań, bo widziała, że robi wszystko na pokaz. Ich drogi i wibracje się rozjechały. On nadal był emocjonalnym chłopcem, którego poznała w wieku 20 lat. Ona była już 35-letnią, dojrzałą kobietą, spragnioną rozmów o rozwoju, życiu i książkach, a nie oglądania nudnych programów, objadając się kebabami. Miała odwagę uznać, że ich wartości już nie są w wspólnym polu.

W chwili, gdy zapytała o tę narastającą męską energię, za nią pojawił się cały jej męski ród. Była to wzruszająca i niezwykle silna manifestacja. Wszyscy ci mężczyźni, ci przodkowie, stali za nią, kibicowali jej i dziękowali.

Ten dar podziękowania płynął z głębokiego cierpienia, które ród niósł przez wieki.

My często myślimy, że to tylko kobiety są pokrzywdzone i zmuszone trwać w nieudanych związkach. Ale nikt nie mówi o mężczyznach, którzy musieli poślubić inną, niż kochali — bo rodzina kazała im wziąć za żonę tę, której pola przylegały do ich, aby powiększyć majątek. Mężczyźni, którzy dusili się w słabym związku, bo tak wypadało albo tak musieli.

Ona, podejmując autentyczną decyzję o odejściu, dała wolność nie tylko sobie, ale i swojemu mężowi, otwierając mu drogę do potencjalnego szczęścia z kimś na jego poziomie wibracyjnym.

Męski ród, w akcie wdzięczności za ten dar wolności i „prezent potencjalnego szczęścia”, obiecał jej pomoc w znalezieniu idealnego partnera.

Jednak ich warunek był absolutnie konkretny, w duchu ich twardych, dawnych czasów: Ona musi sama, bardzo dokładnie i szczegółowo, opisać, jak ma wyglądać ten mężczyzna.

W Akaszy usłyszeliśmy: „Potrzebujemy konkretu.”

Mężczyźni ci, z ich doświadczeniami życiowymi (które mogły prowadzić do postrzegania męskości jako „kowala czy mordobójcy”), wiedzieli, że uniwersalne, rozmyte życzenie, takie jak „Chcę męskiego towarzysza”, może skończyć się niefortunnie. Ród potrzebował dokładnej specyfikacji, by nie popełnić błędu wynikającego z ich dawnych, zniekształconych definicji.

Ta historia uczy nas dwóch potężnych prawd: Duchowa Wolność jest Darem Rodowym: Nasze akty odwagi w dążeniu do autentyczności (jak odrzucenie życia na pokaz) leczą i wyzwalają nie tylko nas, ale całe pokolenia wstecz. Otwartość na to, że mężczyźni też cierpią w związkach bez miłości, jest kluczem do pełnego uzdrowienia. Wszechświat Potrzebuje Detali: Kiedy prosimy o partnera, pracę, czy kierunek życiowy, musimy być tak konkretni, jak to tylko możliwe. Ród poprosił ją, by opisała każdy, nawet najdrobniejszy szczegół, by jej intencja stała się niewzruszonym kontraktem z Wyższym Wymiarem.

Ona ma teraz zadanie domowe: usiąść z zeszytem i stworzyć manifest swojego idealnego partnera. Opisze wszystko. A resztą, w podziękowaniu za odwagę i dar wolności, zajmie się jej męski ród. Jest to jedna z najpiękniejszych historii o wzajemnym uzdrowieniu karmicznym i potędze precyzyjnej, świadomej intencji.

Przyjaciel, który trzyma cię przy ziemi — Relacje kontra projekcje

Wszyscy znamy ten moment, gdy stajemy na rozdrożu relacji i czujemy impuls, by krzyknąć: „Uprzejmie proszone jest, wyper… z mojego życia!” Taki był stan mojej dobrej znajomej, która zgłosiła się z problemem relacji wieloletnim przyjacielem.

Jej relacja z nim była tak zawiła, że od lat balansowała na granicy miłości i nienawiści. Miała wrażenie, że on ją celowo ciągnie w dół, straszy i nie wierzy w jej możliwości. Po kolejnym starciu podjęła decyzję: odcinam się. Przyszła do Kronik po potwierdzenie, że jej decyzja o zerwaniu tej męczącej więzi jest słuszna.

Oczywiście, nie mogliśmy zadać Kronikom pytania: „Czy mam mu wreszcie powiedzieć […], bo doprowadzi mnie do szewskiej pasji?” Kroniki nie służą do podpowiadania słów wyrzuconych w gniewie. Zamiast tego zbadaliśmy wzorzec tej relacji i jej potencjał energetyczny.

Odpowiedź Mistrzów i Nauczycieli Kronik Akaszy była zdumiewająca i kompletnie zaprzeczała jej intuicji. Okazało się, że ta relacja jest jej bardzo potrzebna i że ona także na niej korzysta.

On jest tą kotwicą, która trzyma ją przy zdrowym rozsądku, żeby za bardzo nie odleciała w swoich wizjach. Jego pesymizm, postrzegany przez nią jako strach, w rzeczywistości działa jak naturalny korektor balansu dla jej ekspansywnej, twórczej energii.

Dla niego ta relacja jest równie cenna. Jest on cenionym specjalistą, guru w swojej dziedzinie, do którego nikt już nie zwraca się jak do normalnego faceta. Jego własna żona, choć go kocha, akceptuje bezkrytycznie wszystkie jego pomysły, co buduje wokół niego szklany, sztuczny mur.

Chłopak nie miał żadnej ściany, żadnej przeszkody, o którą mógłby się zderzyć. A ona jest dla niego właśnie tą Ścianą.

Relacja z nią jest jedyną prawdziwą, nieskażoną podziwem. Ona jako jedyna potrafi mu powiedzieć coś, co go usadzi, sprowadzi na ziemię i kopnie, aż pójdzie mu w pięty. Jest dla niego powiewem świeżości, przypomnieniem o normalności.

Dopiero ten wgląd z Akaszy pozwolił jej zobaczyć relację z jego perspektywy: To nie jest sabotaż, to jest równowaga. Jego „ciągnięcie w dół” było w rzeczywistości uziemianiem jej, zmuszając do konfrontacji marzeń z logistyką i stabilnością. To jest unikalna służba. Ona służy jemu, dając mu jedyny dostęp do autentycznej informacji zwrotnej i jedyną szansę na zderzenie się z rzeczywistością.

Mistrzowie dali jasny przekaz: na ten moment nie będzie dobrze, jeżeli się rozstaną. Potrzebują tej relacji — ona do uziemienia, on do przyjmowania normalności, która zderza się z jego ego.

Ta historia uczy nas najtrudniejszej lekcji w drodze duchowej: Dar często ukryty jest w tym, co postrzegamy jako przeszkodę.

Często chcemy pozbyć się osób i sytuacji, które wywołują w nas dyskomfort, bo nasz umysł identyfikuje je jako „problem”. Ale z perspektywy Duszy i Kronik Akaszy, ten „problem” może być najcenniejszym narzędziem, jakie mamy, by osiągnąć równowagę i prawdziwą integrację.

Zamiast krzyczeć: „Wyjdź z mojego życia!”, musimy czasami z pokorą zapytać: „Czego ta relacja ma mnie jeszcze nauczyć? Jaką funkcję pełni w moim rozwoju?”

Moja znajoma zyskała coś bezcennego: zdolność widzenia relacji nie przez pryzmat swojej frustracji, ale przez pryzmat służby i wzajemnej, duchowej zależności. Na tym polega głęboka mądrość płynąca z Kronik Akaszy.

Pułapka Polaryzacji — Kiedy próbują cię wmanewrować w wojnę, ty stój z boku

Kolejny raz wszechświat dostarczył nam lekcji osadzonej w codziennym życiu, ale prowadzącej do głębokiego duchowego wglądu. Historia mojej dobrej znajomej to podręcznikowy przykład pułapki, w którą tak łatwo wpaść w świecie karmicznych interakcji: pułapki przeciągania liny w cudzej bitwie.

Moja znajoma miała ogromny problem. Jej koledzy, z którymi wspólnie wynajmowała gabinet, ostro się pokłócili. Nie było jej przy tym — nawet nie wiedziała, o co poszło — ale natychmiast znaleźli się w polu bitwy. Oczekiwali, że jako osoba trzecia zabierze głos i opowie się po jakiejś stronie, a co więcej, wybierze jednego z nich, by z nim kontynuować wspólną praktykę.

Pojawił się paraliżujący dylemat: kogo wybrać? Po której stronie stanąć, by nie stracić? To jest moment, w którym tracimy kontakt z własnym Wewnętrznym Autorytetem, a władzę przejmuje lęk przed oceną i odrzuceniem.

W kryzysie, kiedy umysł zasypuje nas wątpliwościami i poczuciem obowiązku, najlepiej odwołać się do źródła, które nie jest obciążone ludzkim ego: Kronik Akaszy.

Zapytaliśmy, a przekaz był jasny i mocny: „To nie jest twoja bitwa. Ty stój z boku i obserwuj.”

Mistrzowie i Nauczyciele Akaszy podkreślili, że w tego typu polaryzacji już tylko chodzi o walkę, a nie o przyczynę sporu. Oszczędzanie naszej energii życiowej i utrzymanie osobistej neutralności stało się priorytetem.

Kiedy znajoma była przekonana, że musi postawić się po jednej ze stron, Kroniki dały jej ostrzeżenie: aby uważała na tego konkretnego kolegę. Jego potencjalna przyszłość w kontekście współpracy była niepewna, a potencjalne partnerstwo mogło zakończyć się podobnym konfliktem.

Dopiero po kilku dniach, kiedy sytuacja zaczęła się klarować, Mistrzowie okazali się mieć absolutną rację.

To, co wydawało się zainteresowaniem i ofertą partnerstwa ze strony kolegi, było czystą chęcią manipulacji. Jego jedynym celem było przeciągnięcie znajomej na swoją stronę, by odeszła z nim i otworzyła nowy gabinet, pomagając mu w udzwignięciu finansowego obciążenia jakim jest wynajem gabinetu. Kiedy nie zadziałały prośby i emocjonalne szantaże, zaczął sięgnął po ostateczny argument: poniżanie i obrażanie.

Maska spadła. Udowodniło to, że jego intencją nie było budowanie wartościowego partnerstwa opartego na zaufaniu i szacunku, lecz cyniczne wykorzystanie jej lojalności do zabezpieczenia własnej pozycji.

Ta historia uczy nas fundamentalnej zasady duchowej dojrzałości:

Neutralność nie jest biernością; jest aktywną obroną własnego pola energetycznego i suwerenności.

Kiedy otoczenie próbuje Cię spolaryzować (albo/albo, my/oni), największą mocą jest pozostanie w punkcie ZERO. Twoja energia życiowa aktywuje się tylko w odpowiedzi na coś, co jest dla Ciebie i co rezonuje z Twoją prawdą. Wchodzenie w cudzą walkę, która nie rezonuje z Twoim sercem, zawsze prowadzi do drenażu i oddalenia Cię od Twojego własnego, autentycznego kierunku.

Kolejny raz Kroniki Akaszy pokazały nam, jak ważny jest dobry wgląd przed podjęciem ostatecznej decyzji. Uchroniły moją znajomą przed chaosem, frustracją i nieodpowiedzialnym partnerstwem. Stać z boku i obserwować to najsilniejsza pozycja, gdy inni tracą głowę w dramatach ego.

Dar ukryty w lęku

Czasami to, co wydaje się programem do „wyczyszczenia”, okazuje się naszą największą siłą.

Tak było podczas jednego z moich odczytów w Kronikach Akaszy, gdy zadałam pytanie, które powracało do mnie jak echo:

„Dlaczego wciąż czuję ogromny lęk przed wydawaniem pieniędzy?”


Byłam przekonana, że ten temat mam już przepracowany. A jednak wracał — szczególnie wtedy, gdy byłam na urlopie i fizycznie nie pracowałam. Moja firma działała, przynosząc dochód, lecz ja widziałam to inaczej. W moim odczuciu strumień obfitości zatrzymywał się w chwili, gdy ja przestawałam działać.


Podczas odczytu pojawił się obraz mojej babci — maleńkiej, może pięcioletniej dziewczynki. Siedziała na wozie, przestraszona, z szeroko otwartymi oczami. Jechała gdzieś… być może był to moment, gdy przeprowadzała się z rodzicami do nowego domu. W tamtej chwili, w tym drobnym dziecięcym sercu, zapadła decyzja: „Będę odpowiedzialna. Nie pozwolę, by moja rodzina była biedna.”


I tak się stało. Moja babcia całe życie była uosobieniem odpowiedzialności.


Wtedy zobaczyłam też siebie — pięcio-, może sześcioletnią dziewczynkę siedzącą na łące. Coś nagle mnie przestraszyło. Może to był podniesiony głos rodziców, może kłótnia… W tamtej chwili pomyślałam: „Jestem dorosła. Jestem odpowiedzialna.” I ta myśl wrosła we mnie, stając się częścią mojego fundamentu.

Gdy słuchałam tych obrazów, pojawiła się we mnie myśl:

„To trzeba odciąć. To jest ciężar. To mnie ogranicza.”


Ale w Kronikach usłyszałam inną prawdę:

„Dlaczego chcesz odcinać? To nie jest klątwa. To dar. Przyjęłaś go w swoim sercu, a on od tamtej chwili zasila całą twoją rodzinę. W twoich dłoniach pieniądz jest bezpieczny. W twoim sercu obfitość ma dom. Masz piękną, zdrową relację z finansami. Jeśli go odetniesz, stracisz źródło tej mocy. To tak, jakbyś wyrwała z ziemi drzewo, które od pokoleń karmiło całą waszą linię. Zamiast ciąć — otocz je światłem. Pielęgnuj. Dziękuj mu. To twoje dziedzictwo.”

Wtedy zrozumiałam, że nasze dary nie zawsze rodzą się w świetle i spokoju. Czasami wyrastają z bólu, strachu, trudnych decyzji, które musiały zostać podjęte w chwili próby. Ale jeśli trwają w nas, to znaczy, że stały się częścią naszego duchowego DNA.

Szacunek dla daru oznacza zgodę na to, by nie oceniać drogi, którą przyszedł. Oznacza wdzięczność dla przodków, którzy go wypracowali. I oznacza wzięcie odpowiedzialności za to, by korzystać z niego mądrze — nie z lęku, lecz z miłości.

Od tego dnia inaczej patrzę na mój lęk przed wydawaniem pieniędzy. Widzę w nim strażnika, a nie wroga. I wiem, że im częściej zaglądam do Kronik, tym wyraźniej potrafię odróżnić iluzję od prawdy.

Gdy myślisz, że już wiesz

Bywa tak, że wchodzę do Kronik z poczuciem, że wszystko już wiem.

Znasz to?

Masz za sobą wewnętrzną pracę, oddechy, afirmacje, modlitwy, uzdrowienia przodków z siedmiu pokoleń wstecz…

I wiesz. Czujesz, że to zamknięte, zakończone, przerobione.

I tylko coś boli.

Ciało nie nadąża. Albo dusza nie zdążyła powiedzieć ostatniego słowa.

Tak było podczas jednej z moich własnych sesji.

Zadałam pytanie, które miało być czystą formalnością:

„Co jeszcze mogę zrozumieć w tej relacji, zanim ją całkowicie zamknę?”

Oczekiwałam ciepłych słów o wolności, o nowym rozdziale, może symbolicznego przecięcia nici.

Ale Kroniki odpowiedziały… zupełnie inaczej.

„To nie więź wymaga odcięcia. To Twoje ciało potrzebuje opieki.”

Zatrzymałam się.

— Jak to? Przecież ja pytam o emocjonalne uwolnienie! Pracuję z energią! Przecież już wszystko przerobiłam!

„To prawda. Ale Twoje biodro nie.

Twoje napięcie w karku nie.

Twoje ciało nadal nosi pamięć tej relacji. Zrób dla niego coś dobrego.”

Nie było tam żadnego patosu.

Nie było symboli ani metafor.

Było:

— Znajdź dobrego fizjoterapeutę.

— Umów się na masaż powięziowy.

— Wyśpij się.

— Zjedz coś ciepłego.

To była jedna z tych odpowiedzi, które zaskakują swoją… normalnością.

Bo Kroniki Akaszy, choć pełne światła, nie są zawieszone ponad ziemią.

One przypominają nam, że życie duchowe nie istnieje bez ciała.

Że czasem, zamiast ciąć więzy, trzeba… przytulić napięcie. Posłuchać bólu. I pozwolić mu się rozpuścić nie w medytacji, a w ruchu, dotyku, fizycznej opiece.

Wtedy zrozumiałam, że „zamknięcie tematu” nie zawsze oznacza spektakularne odcięcie.

Czasem to:

— termofor na brzuch,

— sesja rozluźniania mięśni dna miednicy,

— łzy puszczone po cichu, bez świadków,

— spacer bez słuchawek w uszach.

I właśnie to przynosi ulgę.

Od tamtej pory pytam w Kronikach nie tylko: „Co mam zrozumieć?”

Ale też:

„Czego teraz potrzebuje moje ciało?”

„Czy ta rana jest jeszcze w ciele — czy już tylko w umyśle?”

I coraz częściej odpowiedzi są zdumiewająco ludzkie.

Konkretne.

Czułe.

Logiczne.

Bo mądrość Kronik to nie oderwany świat duchowy.

To pełna integracja — duszy, ciała i świadomości.

I czasem najbardziej uzdrawiającą decyzją nie jest odcięcie…

Ale telefon do fizjoterapeuty.

Pytania, które plączą zamiast prowadzić

Nie każde pytanie otwiera drzwi.

Niektóre… zatrzaskują je jeszcze mocniej.

Pracując z Kronikami Akaszy, nauczyłam się jednej ważnej rzeczy: pytanie to nie tylko forma — to częstotliwość. To jak klucz, który albo pasuje do zamka świadomości, albo przekręca się na siłę i wyłamuje całą konstrukcję.

Wiele razy spotykałam się z pytaniami typu:

— Czy on mnie zdradza?

— Kiedy dostanę nową pracę?

— Co mnie czeka w przyszłości?

Niby neutralne, niby ważne. Ale w przestrzeni Kronik… coś się kurczy.

Dlaczego? Bo to nie są pytania z poziomu serca. To są pytania z poziomu lęku.

A Kroniki, choć kochają nas bezwarunkowo, odpowiadają wibracyjnie. Jeśli pytasz z napięcia, otrzymujesz odpowiedź, która… pasuje do napięcia. Niekoniecznie do prawdy.

Pamiętam jedną z moich klientek — pełna niepokoju, mówi:

— Nie wiem, czy moje życie ma sens. Powiedz mi, co ja mam robić.

Zamknęłam oczy i weszłam do przestrzeni Kronik. Ale nie mogłam się przebić. Obrazy się rozmywały. Słowa były niejasne.

Dopiero po chwili dotarła do mnie prawda: Kroniki nie odpowiedzą, dopóki pytanie nie zmieni swojej jakości.

Zaproponowałam jej, byśmy zmieniły to pytanie.

Zamiast: „Co mam robić?” — zapytałyśmy:

„Jak mogę z większą miłością spojrzeć na etap, w którym jestem?”

I wtedy wszystko się otworzyło.

Wizja ogrodu, który kwitnie powoli. Przekaz o cierpliwości wobec siebie. Słowa: „To nie czas decyzji. To czas ukojenia.”

Zrozumiała. I — co najważniejsze — poczuła.

Igła w stogu sensów

Czasem zadawanie pytań do Kronik Akaszy przypomina szukanie igły w stogu siana.

Pytasz: „Co mam robić?”

Odpowiedź brzmi: „Już to robisz.”

Pytasz: „Jaki jest mój cel?”

Słyszysz: „Zadałaś to pytanie dwa wcielenia temu.”

No i weź tu coś zrozum.

Ale są też takie odczyty, które rozświetlają wszystko jak błysk flesza — pokazując, że to, co braliśmy za zabawę, przypadek czy chwilową fascynację, jest w istocie wołaniem duszy. Czasem cichym, czasem żartobliwym. Czasem owiniętym w pozornie absurdalne pomysły.

Tak było z Natalką.

Przyszła do mnie w momencie przejścia. Życie zawodowe — wypalone. Praca — w rozsypce. Pomysł na własną działalność — pojawiał się i znikał jak mgła o świcie. Może krawiectwo? — rzuciła.

— Eee, nie. Mistrzowie się śmieją — odpowiedziałam, zanim dokończyła zdanie. — To nie wypali.

— No właśnie. Ja tego nie czuję. To mąż mi w sumie podrzuca ten pomysł.

I wtedy wypaliła z czymś zupełnie innym:

— A wiesz, co ostatnio zrobiłam? Drzewo genealogiczne. Dotarłam do 1630 roku.

W przestrzeni Kronik zapadła cisza. Tak głęboka, że aż wybrzmiała.

— Tylko, że… potem zaczęły się problemy w rodzinie. Relacje się posypały.

— A jakie były wcześniej? — zapytałam.

— No… kiepskie.

— A więc nie zburzyłaś wieży — po prostu zobaczyłaś jej fundamenty.

Cisza. Z tej ciszy zaczęła wyłaniać się prawda.

— To po co ja to zrobiłam? — zapytała, jakby sama nie znała odpowiedzi.

— Żeby pomóc innym zrobić to samo. Oddać cześć tym, których nie ma. I postawić ich na właściwym miejscu.

W Kronikach zaczęły się układać energie. Obrazy, intuicje, wewnętrzne prowadzenie — wszystko zaczęło tańczyć w jednym rytmie. Jakby świat duchowy już to wiedział. Tylko czekał, aż Natalka sama to poczuje.

Bo widzisz… wiele osób chce stworzyć swoje drzewo genealogiczne. Czuje, że coś w ich rodzie jest nieuporządkowane. Ale nie mają ani czasu, ani narzędzi. A czasem — ani odwagi.

I wtedy pojawia się ktoś taki jak Natalka.

Nie tylko z tabelką, datami i archiwami. Ale z przestrzenią serca. Z odczytem. Z intuicją. Z misją duszy.

Bo pomagając innym ustawić ich przodków na właściwym miejscu, ustawia samych siebie. I przodkowie to czują.

O sztuce intymnych przekazów, czyli o tym, jak Kroniki dbają o BHP

Przekazy z Kronik Akaszy nie zawsze są tak finezyjne, jakbyśmy sobie tego życzyli. Czasem to, co w nich dostajemy, to po prostu gorzka pigułka, którą trudno przełknąć. I tak było podczas jednego z moich odczytów, gdy klientka zapytała, jak może pobudzić energię u swojego męża.

„No jak? Skąd ja mogę to wiedzieć?” — pomyślałam. Szybko przypomniałam sobie o najważniejszej zasadzie pracy z Kronikami: nie możemy bezpośrednio wpływać na innych, którzy nie wyrazili zgody na przebywanie w ich przestrzeni. Ta zasada to nasze BHP Kronik. Jej łamanie może mieć poważne konsekwencje, ponieważ ingerencja w cudzą wolną wolę tworzy karmę i może zaburzyć procesy, przez które inna dusza ma przejść. Wchodzenie w Kroniki bez zgody danej osoby jest jak bezprawne wkroczenie do czyjegoś domu — to naruszenie granicy i świętości jego przestrzeni, a my nie mamy prawa decydować za nikogo, jak ma żyć.

No to mamy zrobić. I wtedy pojawił mi się jednak niesamowity obraz. „O kurde, ale jak ja mam to powiedzieć?” — pomyślałam, czując, jak rumienię się od stóp do głów. Ja, która w żartach nakręcam temat, a w rzeczywistości jestem mistrzynią unikania intymnych tematów. To, co widziałam, było niczym film akcji 18+ z klientką i jej partnerem. No dobra, wdech, wydech. „Proszę częściej kochać się z mężem”.

„O rany” — szepnęła klientka. To dokładnie tak mi przyszło do głowy. Dziękuję Wam, Mistrzowie! Pomyślałam, że może obawiali się, że nie dam rady wydobyć z siebie słowa i specjalnie przekazali te obrazy do klientki. To była lekcja dla mnie: muszę być bardziej otwarta i akceptować każdy, nawet najbardziej intymny przekaz. A dla niej? To była lekcja, że choć nie może bezpośrednio wpłynąć na męża przez Kroniki, to w życiu realnym już tak. I to w bardzo, ale to bardzo przyjemny sposób.

A dlaczego to takie ważne? Podczas aktu seksualnego dochodzi do wymiany energii. Kobieta, która jest naturalnie połączona z energią ziemi i miłości, może zasilać swojego mężczyznę. Jej energia miłości w połączeniu z jego energią akcji i manifestacji tworzy niewiarygodnie potężną siłę. Kiedy kobieta kocha się z mężczyzną, otwiera się na niego, a on, karmiąc się tą energią miłości, czuje się silniejszy i bardziej zmotywowany. To zwiększa jego wibracje, a co za tym idzie — wibracje całego związku.

Praca z Kronikami nie zawsze przychodzi łatwo, szczególnie gdy w grę wchodzą tak intymne przekazy. Muszę nad tym popracować i w pełni akceptować, że czasem najtrudniejsze wiadomości są właśnie tymi, których najbardziej potrzebujemy.

O pociągu, którego nie ma, i o ludziach, którzy się pojawiają

Ile razy zdarzyło Ci się stanąć na rozdrożu? Czekasz na pociąg, który ma zabrać Cię w stronę celu, a nagle okazuje się, że nie ma torów, a ten pociąg odjechał już dawno. Puste tory, pustka w głowie i pytanie: co teraz?

W takich chwilach ja mam swoją sprawdzoną metodę. Codziennie dziękuję za to, co mam, ale gdy brakuje mi pomysłów na rozwiązanie problemu, proszę o pomoc wprost. Mówię wtedy: „Boże, nie zawracam Ci głowy codziennie, ale weź mi pomóż, bo ja już nie daję rady”.

I wiecie co? To działa. Maksymalnie po trzech dniach pojawia się rozwiązanie. Nie zawsze gotowe, nie zawsze takie, jakiego oczekiwałam. Ale zawsze jest to rozwiązanie najlepsze na dany moment mojego życia i dla tej przestrzeni, w której się znajduję.

A co robi Bóg? Zsyła nam ludzi. Ludzi, którzy pojawiają się na naszej drodze i czasem w zaledwie kilku zdaniach pomagają rozwiązać problem. Wystarczy się rozejrzeć, nawiązać relację i wysłuchać. W dobie, gdy każdy skupiony jest na sobie, często zapominamy, że nasza największa moc tkwi w pomaganiu sobie nawzajem.

Pamiętam, jak siedziałam na przystanku, czekając na opóźniony pociąg. Uśmiechnęła się do mnie pewna pani i zagadała. Jestem gadułą, więc szybko nawiązałyśmy rozmowę. To był totalny przypadek, bo rzadko siedzę na przystankach i nie mam w zwyczaju mówić o Kronikach Akaszy każdemu napotkanemu. Ale jakoś tak od słowa do słowa opowiedziałam jej o Kronikach i o pracy w polu energetycznym. Była zafascynowana. Wymieniłyśmy się telefonami, a dwa dni później napisała.

Moje zdziwienie było ogromne, gdy bardzo szybko umówiłyśmy się na sesję. A jeszcze większy zachwyt poczułam, gdy praca w jej Kronikach okazała się prosta, szybka i przyjemna. Kilka dni później pani napisała, że sprawa została załatwiona.

To było coś niesamowitego! Ja, czekająca na opóźniony pociąg, ona, zagadująca do mnie, nasza rozmowa o Kronikach Akaszy, której przecież unikałam… I jej problem, który udało się rozwiązać w mgnieniu oka.

Zawsze czułam, że Bóg zsyła mi ludzi, żeby mi pomóc. Tym razem to ja czułam się wysłana. To było niesamowite doznanie. Dziękuję, że mogłam stanąć na jej drodze. Bycie narzędziem w rękach Boskiej Opatrzności jest największym wyróżnieniem.

Kiedy chcesz być panterą, a jesteś nietoperzem. Kolejna lekcja pokory

Niesamowicie ciekawy i pouczający odczyt własny miał miejsce podczas kolejnego spotkania, na którym szkolę się pod okiem niezwykłej instruktorki odczytywania przekazów w Kronikach Akaszy. Tym razem pracowaliśmy nad poznaniem swoich zwierząt mocy. „Wow!” — pomyślałam.

Obstawiałam w myślach panterę, majestatyczną, tajemniczą i pełną gracji. To zwierzę, które symbolizuje siłę, odwagę i głęboką intuicję, potrafiące poruszać się w cieniu z niezwykłą pewnością siebie. Myślałam też o lisie — sprytnym, inteligentnym, potrafiącym dostosować się do każdej sytuacji. Albo o gepardzie, symbolu szybkości, skupienia i błyskawicznego działania. Byłam pewna, że któreś z nich jest moim przewodnikiem.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy jako pierwszy pojawił się… paw. „Paw?!” — zapytałam w myślach. „A co ja, puszę się czy coś?” Ten ptak kojarzył mi się z arogancją i próżnością, ale w Kronikach Akaszy jego znaczenie było zupełnie inne. Paw jako zwierzę mocy symbolizuje piękno, godność i samoakceptację. Uczy, by cenić swoje unikalne cechy i dumnie prezentować je światu, nie z pychy, lecz z poczucia własnej wartości. Pokazuje, że to, co inni mogą uznać za wadę, w rzeczywistości jest naszą siłą. Uczy akceptacji siebie w całej krasie, ze wszystkimi kolorami i odcieniami.

Kolejny był koliber. „O, mały i szybki! To by pasowało!” — pomyślałam z ulgą. Koliber jest symbolem radości, lekkości i wytrwałości. Uczy, by czerpać radość z małych rzeczy i nie bać się zmian, a także, że nawet najmniejsza istota może dokonywać wielkich czynów. To zwierzę, które pokazuje, jak ważne jest cieszenie się chwilą i podążanie za sercem. Jego energia pomaga znaleźć w sobie siłę do pokonywania przeszkód, a jednocześnie zachować optymizm i lekkość ducha.

Ostatni był nietoperz. „Serio?!” — wcisnęło mnie w fotel. „Jakiś Batman jestem czy coś?”. Nietoperz w naszej kulturze ma niezbyt dobrą reputację, ale w świecie zwierząt mocy jest symbolem odrodzenia, transformacji i intuicji. To zwierzę, które potrafi poruszać się w ciemności, nie polegając na wzroku, lecz na niezwykłym zmyśle echolokacji. W Kronikach Akaszy nietoperz symbolizuje zdolność do widzenia poza iluzją, do wchodzenia w głąb siebie i odkrywania tego, co ukryte. Uczy nas, że koniec pewnego etapu życia jest początkiem czegoś nowego, że musimy uwolnić się od tego, co stare, by narodzić się na nowo. Pokazuje, że prawdziwa mądrość często przychodzi z ciemności i nieznanego, a transformacja wymaga odwagi, by zanurkować w głąb siebie.

I tak oto zamiast dostojnej pantery, symbolu siły i majestatu, dostałam zestaw, który uczył mnie pokory, akceptacji własnej wartości (paw), radości z małych rzeczy (koliber) i gotowości na głęboką, wewnętrzną przemianę (nietoperz). Pantera pewnie by do mnie przyszła, gdybym już opanowała lekcje, które niosły ze sobą paw, koliber i nietoperz. Moje zwierzęta mocy pokazały mi, że zanim będę mogła ruszyć do przodu z gracją i siłą, muszę najpierw odnaleźć w sobie światło w ciemności, zaakceptować swoje piękno i cieszyć się drogą, którą podążam, bez zbędnej pychy i pośpiechu.

To była kolejna lekcja, która dowiodła, że Kroniki Akaszy zawsze wiedzą lepiej, czego w danym momencie potrzebujemy.

O czym szumi pralka, czyli dlaczego wdzięczność leczy?

Czy zdarzyło Ci się kiedyś pomyśleć, że powinnaś podziękować zepsutej pralce? Brzmi absurdalnie, prawda? Doskonale rozumiem. Ja też tak myślałam. Ba, nawet głośno przeklinałam i zastanawiałam się, co mogło pójść nie tak. Ale jak to w życiu bywa, Wszechświat lubi nam udowadniać, jak bardzo się mylimy.

Kiedy nasze prawie nowe auto — marzenie mojego męża — nagle odmówiło posłuszeństwa, czułam bezsilność. Magicy od mechaniki rozkładali ręce, a ja postanowiłam poszukać odpowiedzi tam, gdzie znajdowałam je już wielokrotnie — w Kronikach Akaszy.

Zazwyczaj, kiedy sprawa dotyczy mnie osobiście, nie chcę, aby na odczyt wpływało moje ego. Dlatego poprosiłam koleżankę z kursu o wgląd w Kroniki. To, co usłyszałam, mocno mnie zaskoczyło.

Okazało się, że auto, symbolizujące marzenie mojego męża, jest z nim silnie związane. Każdy spadek jego energii, każde zwątpienie, każda chwila zwolnienia odbijała się na pojeździe. To miało sens — ostatnio było u nas po prostu trudniej, a chwile zwątpienia dopadają przecież każdego.

Ale był jeszcze jeden powód, który dosłownie zwalił mnie z nóg: ogromna energia zazdrości skierowana w naszą rodzinę. To auto, jak tarcza, przyjęło na siebie tę całą negatywną energię. Ono chroniło nas przed atakiem.

Poczułam się zdezorientowana. „Serio? Przecież uporałam się z tym miesiąc temu” — pomyślałam naiwnie, widząc świat w samych tęczowych barwach.

Dwa dni później Wszechświat przysłał mi kolejne potwierdzenia. Spotkałam znajomą, która bez ogródek powiedziała, że moje dawne koleżanki bardzo mi zazdroszczą i obgadują przy każdej okazji. To było słabe. Odcięłam się od tego, życząc im jak najlepiej.

Tego samego dnia, idąc ulicą, spotkałam jeszcze dwie inne znajome. Pierwsza otwarcie wyznała, że zazdrości mi sukcesu zawodowego. Druga, po kilku słowach, również użyła słowa „zazdrość”.

Wszechświecie, miałeś rację. Zawsze uważałam, że zazdrość może być „pozytywna”. Dopiero koleżanka uświadomiła mi, że to nie jest do końca zdrowe. Zmieniłam swoje myślenie. Zamiast mówić: „zazdroszczę Ci sukcesu”, teraz mówię: „Cieszę się z Twojego sukcesu i kibicuję Ci całym sercem”. To zmienia wszystko.

Tego samego dnia, przepełniona wdzięcznością, podziękowałam naszemu autu. Było na tyle silne, że przyjęło na siebie całą złą energię. Wiecie co? Naprawili je! Jeszcze tego samego dnia mogliśmy je odebrać.

Dlatego teraz, kiedy psuje Ci się pralka, może warto jej podziękować? Może właśnie bierze na siebie coś, co miało uderzyć w Ciebie? Czasem warto zapytać Wszechświat o to, co chce nam przekazać. A wdzięczność, nawet za zepsuty sprzęt, potrafi zdziałać cuda.

Dlaczego Zamiast Złościć Się na Naszych Mężów i Partnerów, Powinniśmy To Zaakceptować i Wspierać Ich

Wiele z nas, kobiet, doświadcza frustracji, gdy patrzy na podział obowiązków domowych. Często czujemy się przeciążone, niedocenione, a nawet wściekłe, gdy wydaje nam się, że nasi partnerzy nie angażują się wystarczająco. Moja praca z Kronikami Akaszy wielokrotnie pokazała mi jednak, że to, co na pierwszy rzut oka wydaje się lenistwem czy brakiem zaangażowania, bywa głęboko zakorzenionym programem rodowym, który nasi mężczyźni z odwagą próbują przepisać.

Pamiętam kolejny odczyt, który dotyczył właśnie wsparcia ze strony męża w obowiązkach domowych. Moja klientka, nazwijmy ją Anna, bardzo często kłóciła się z mężem o to, że jej nie pomaga. Jej głównym zarzutem było to, że robi to dość rzadko, a kiedy już się angażuje, ma wrażenie, że jest to bardzo wymuszone i trudne dla niego. Mimo to, Anna przyznawała, że mąż opiekuje się ich córeczką i pomaga w innych obowiązkach, choćby w minimalnym zakresie. Jej irytacja narastała, bo czuła, że to nie jest naturalne, że musi go prosić, a on robi to z wyraźnym oporem.

Odczyt z Kronik Akaszy pokazał mi coś, co dawno już powinnam sobie uświadomić, a co wciąż zaskakuje mnie swoją prostotą i głębią. Okazało się, że mężczyzna ten pochodził z rodu, gdzie przez pokolenia obowiązywał bardzo jasny i niezmienny program: mężczyźni zarabiali pieniądze, „chodzili do pracy”, wracali do domu i oczekiwali, że wszystko inne — dom, dzieci, jedzenie, porządek — będzie załatwione przez żonę.

„No tak, przecież to jest program pokoleniowy!” — pomyślałam. Tak właśnie miały nasze matki i babki, i wszystkie pozostałe przed nami kobiety. To dopiero ten wiek, ta epoka, jest inna. Wcześniej było trudno.

Rola mężczyzny w życiu rodziny przez wieki była ściśle określona: jego głównym zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa i środków do życia. Był „żywicielem rodziny”, myśliwym, wojownikiem, rolnikiem, robotnikiem. Jego praca była często fizycznie wyczerpująca i odbywała się poza domem. Po powrocie do ogniska domowego, jego rola polegała na odpoczynku i regeneracji. Kobieta zaś była strażniczką domowego ogniska, odpowiedzialną za prowadzenie gospodarstwa, wychowywanie dzieci, przygotowywanie posiłków i dbanie o komfort rodziny. Ten podział ról był funkcjonalny w ówczesnych realiach i głęboko zakorzeniony w kulturze, tradycji i programach rodowych. Oczekiwano, że każdy będzie wypełniał swoje „obowiązki” bez zbędnych pytań.

Dopiero mąż Anny, w swoim rodzie, zaczyna przeskakiwać na inny poziom funkcjonowania. To tak, jakby wgrywał nowe oprogramowanie do starego komputera. Niestety, system czasem nie pozwala na nowe. Stare programy są silne, głęboko zakorzenione w DNA i pamięci komórkowej rodu. Ale on się stara. Tylko czasem go „wywala” — wraca do starych, znanych mu wzorców. Ale on robi to po raz pierwszy w swoim rodzie. Jest pionierem.

„No rzeczywiście!” — powiedziała Anna, gdy to usłyszała. „On często powtarza, że ojciec nigdy tak nie zrobił. Bardzo często mnie to denerwowało!”

„Widzisz, jak działa lojalność rodowa” — wyjaśniłam. Lojalność rodowa to nieświadome, głębokie pragnienie bycia częścią swojego systemu rodzinnego, powtarzania wzorców i programów przodków, nawet jeśli są one dla nas destrukcyjne. Działamy w zgodzie z tym, co znane i bezpieczne dla naszego rodu, często bez świadomości, że to właśnie te programy nas ograniczają. Mężczyźni, którzy próbują przełamać ten program „zarabiam, reszta mnie nie dotyczy”, mierzą się z ogromnym, nieświadomym oporem całego systemu rodowego. Czują się nieswojo, nienaturalnie, jakby robili coś „źle”, bo ich przodkowie nigdy tak nie postępowali.

Dlatego właśnie trzeba doceniać męża za te małe kroki i wspierać go, i zachęcać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 44.34
drukowana A5
Kolorowa
za 67.61