E-book
13.65
drukowana A5
83.53
drukowana A5
Kolorowa
129.89
Kroniki Jagiellońskie 4 tomy

Bezpłatny fragment - Kroniki Jagiellońskie 4 tomy

1.Białe płaszcze z czarnym krzyżem 2.Szpiedzy króla Jagiełły 3.Grunwald 1410 4.Krzyżacy zakon zdrady

Objętość:
702 str.
ISBN:
978-83-8126-989-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 83.53
drukowana A5
Kolorowa
za 129.89

Kroniki Jagiellońskie

Tom 1 część 1

Dedykuję wnukom oraz swojej matce

Okładki część ilustracji Piotr Latka ps. Pygar

Białe Płaszcze z czarnym krzyżem

Królowa Jadwiga Adegaweńska

Rok 1384

Trzynastego października 1384 roku pańskiego, dzień nie był zbytnio pogodny, bo przecie deszczyk i mżawka z nieba zasnuła cały widnokrąg, a liście z drzew leżały kupami wielkimi na trakcie z Węgierskiej Budy do Krakowa. Zaś porywisty chwilami wiatr, kręcił owymi jak opętany, czasami zaś wył głośno z rozpaczy że nie poradzi wszystkich za sobą zabrać. A chwilami jak by wprost, ze śmiechu się zanosił, kiedy większą kupę listowia z jednej strony traktu królewskiego, na drugą przerzucał. W kierunku Krakowa, z mozołem po mokrym piachu, zmierzał dość szybko, bryzgając spod kół błotem, duży orszak rycerstwa. Wraz z bogato rzeźbioną, miejscami złoconą z herbami Andegawenów na drzwiczkach, ciężką karetą, zaprzężoną w sześć karych mocnych koni, otoczoną z każdej strony, szczelnym kordonem zbrojnych, pędzili w stronę stolicy. Widać było zaraz, że przecie kogoś bardzo znacznego, wieźli owi zbrojni w sile tak wielkiej. Rycerze eskorty, ubrani byli jakoś inaczej niźli w tych stronach, i głośno pogadywali bardzo dziwacznie, tak że żaden kmiotek, czy rycerz polski, albo i karczmarz nie zrozumiał by nic z tego, co owi ze sobą, pokrzykiwali. Usiłując wicher przegadać co nie zbyt łatwo im pewnie szło. Wśród madziarskich rycerzy jechał też oddział polskich rycerzy w świetnych strojach i w pełnym świecącym rynsztunku. Jedni i drudzy pilnowali swego, widać wspólnego skarbu, bardziej jak własnych ślepiów. Eskorta prowadziła wesołe rozmowy, jednak każdy z rycerzy choć jednym ślepiem, cały czas obserwował zasłonięte szczelnie od wiatru, okna w powozie. Do Polski jechała na obcą, jeszcze królowej ziemię, przecie prawa dziedziczka do tronu i królestwa swojego, a ślicznym jej oczom, przecie jeszcze nieznanego. Królewna, Jadwiga Andegaweńska bardzo jeszcze młodziutka, przecudnej urody panienka, bo nie tak dawno urodzona w lutym 1374 roku, w Budzie, z wielkimi jak marcepany oczami. Siedziała sobie niecierpliwie w środku karety, i co chwila próbowała koniecznie zobaczyć, co dzieje się na dworze i jak wygląda też, jej własne a nowe zgoła, królestwo. Odziedziczone po ojcu swoim królu Polski i Węgier, Ludwiku Węgierskim. Jeno że pod okiem kilku starszych panien i dam dworu, nie za bardzo jej szło, rozglądanie się po świecie. Kiedy tylko cudna jak z obrazka królewna, chciała wyjrzeć do rycerzy i świata, panny i opiekunki królewskiej dziedziczki, trzymały świat przed nią szczelnie zamknięty. Bo przecie jak słychać było, wołały co chwilę, na przemian, przeziębisz się przecie nasza królewno. Za każdym razem obaczenia świata, to samo. W środku było, znośnie ciepło i wiatr nie hulał jak za osłoniętymi ścianami, pędzącej karety. W końcu królewski orszak zjechał z leśnego traktu, i już w oddali pokazały się ciemne czerwonawe, mury olbrzymiego krakowskiego grodu. Piękna panna, widać że choć na Węgrzech urodzona, czysto polskim charakterem się odznaczała, pewnie po babce swojej Elżbiecie Łokietkównej odziedziczonym. Bo przecie nagle, jak nie trzepnie czapką zdartą sobie z głowy, pannę trzymającą zasłonę przez rękę. Na co, najstarsza z opiekunek powiada, wzburzonym głosem, Hedwiga! A królewna zaraz, na to dźwięcznym głosem, jak echo zawołała. Co, Hedwiga? Nic, wam gadanie takie nie da, w kółko Jadwiga, Hedwiga. Albo Hedwiga, czy Jadwiga na przemian. Jestem jeszcze, przecie Draga na drugie, co mi matka moja, królowa Elżbieta w krzcie świętym dała. Jak byście panny moje zapomniały. Zaś powiadam wam, jam tu jest, przecie królowa! Tego królestwa co, to owe przede mną za oknami skrywacie. Widzieć chcę, gdzie jadę, gdzie mnie i dokąd wiedziecie, a nie. Tego ci nie wolno, albo i tamtego, nie uchodzi się czynić. Boś przecie królewna nie dziewka zwykła. Powiada niania. Na co królewna zaraz. A jak się komu co nie widzi? Co wam powiadam. Uciekajcie, mi na wiatr same, albo i ja sama, pójdę na koń, do rycerstwa naszego. I wierzchem, na koniku do Krakowa wjadę. Już zaraz, wypuścimy cię na wiatry, akurat. Niedoczekanie twoje, miłościwa pani. Bo i co? Powiada zaczepnie nieco królewna. Na co, zaraz panny się zreflektowały, iż zadziora nie byle jaka, jest z królewny Jadwigi, a nie jakiś tam, kotek mały do zabawy. I gęby sobie zatkały palcami, z wielce udawanego zgorszenia. Bo oto, na Węgrzech była to, przecie pogodna, mała dziecina, a tu miała zostać królową potężnego państwa i wielkiego królestwa. Płynęła w niej przecie krew królów i piastów polskich, a głównie jej pradziadka, i króla Polskiego, Władysława Łokietka bardziej obytego w boju z krzyżakami i innymi wrogami swymi, niźli siedzeniem na tronie. Matka Jadwigi, królowa Elżbieta Bośniaczka długo, nie chciała jej puścić do Polski, ale że to, i wyjścia żadnego nie miała, w końcu Jadwiga jechała swój tron krakowski objąć. Orszak wjechał w końcu do bram miejskich Krakowa z głośnym turkotem, jaki wydawały na kocich łbach, stalowe obręcze na kołach powozu, a na ulicach grodu tysiące poddanych przyszłej królowej, czekało i darło gęby z radości, że oto po latach będzie królowa na tronie krakowskim zasiadała. Królewna odsunęła w końcu od okien powozu, swoje nieznośne prześladowczynie. Swoją drobniutką buzię, śliczną jak poranek wystawiła na wiatr, deszcz, i machała rękoma z wielkiego zadowolenia, do zgromadzonych tłumów. W bramie u proga Wawelskiego zamku, czekała już na nową królową cała rada królewska, z arcybiskupem gnieźnieńskim Bodzantą na czele. Orszak królewny zatrzymał się w końcu po długiej podróży, ze stukotem kopyt końskich na dziedzińcu Wawelu. Jadwiga wyskoczyła jak, zwinna sarenka zgrabnie i lekko, z powozu. Na co, pokłonili się wszyscy z czcią, niżej niźli by chanowi tureckiemu składali pokłony. Podoba mi się, owo powitanie moje niezmiernie, witają mnie jak trzeba, nie jak w Budzie, łaskę mi robili, że mnie kto zauważył, iż po świecie łażę. Powiedziała sobie w duchu królewna i obdarzyła wszystkich zgromadzonych szczerym uśmiechem, pokazując białe i równiutkie, śliczne ząbki. A cudnymi oczami z długimi rzęsami, mrugając z wielkiego zadowolenia. Dzwony katedry już biły od dawna, wraz ze wszystkimi innymi, jakie były w Krakowie. Arcybiskup Bodzanta, wraz z całym orszakiem, stał moknąc w deszczu, wraz z chorągwią Krakowską, w pełnej krasie. Dla ochrony skarbu swojego, przed zimnym wiatrem i deszczem, wstrzymali się z powitaniami na mokrym dziedzińcu. Zapraszającym gestem królową, ksiądz arcybiskup poprowadził wraz z orszakiem i całym tłumem wybranych w pierwej do sieni gdzie powitał królewnę chlebem i solą. Zaś zaraz na komnaty królewskie, gdzie posadzili ją w ogrzanej sali tronowej, przy płonącym kominku. Choć jeszcze królową Jadwisia wprawdzie nie była, siadła dostojnie na swoim przyszłym tronie. I powiada po polsku. Witam wasze dostojności, jako królowa wasza. Co będziemy teraz robili? Księże biskupie. Jak, że pięknie wasza królewska mość, po polsku powiada. Rzekł na to zachwycony ksiądz Bodzanta, a za nim zaraz wszystkie gęby zgromadzone w jeszcze większe uwielbienie wpadły. A śliczna buzia Jadwigi, którą to wielką urodę, odziedziczyła po swojej matce, zaraz zdobyła, wszystkie serca krakowskiego dworu. Głośny szmer uznania i wielkiej sympatii przeszedł po sali tronowej. Matka moja, Elżbieta Bośniaczka polką z pochodzenia przecie jest, to i po polsku uczyła mnie, od małego. Teraz jako już, e źrzżała dziewka, będę powiadać do was po naszemu, jako w Polsce nam przystoi. Jeno na ową źrzałość królewny, wszyscy na gębach uśmiech dyskretny założyli, bo przecie, owa ich królowa śliczna jak z obrazka, 10 ledwie roków dopiero miała. Powiada z węgierskim nieco akcentem, piękna nad wyraz panna. Wasza królewska mość, będziemy rządzili królestwem swoim, jak tylko ukoronujemy waszą królewską główkę. No to i dobrze, róbcie sobie jak tam chcecie. Ale teraz, tylko spać mi się chce i głodna, m nieco jest, bo droga długa bardzo była i wytłukło mnie na leśnych wykrotach jak niebogę. Przeto kasztelan zamku Wawelskiego, Dobiesław Kurozwęcki, jako rozkazanie królewskiej woli, przyjął oświadczyny królewny o jej chęci do snu. Z gębą tak zadowoloną, jak mu się od dawna na pustym zamku nie zdarzało mieć. Zaś wraz, z całym żeńskim orszakiem swoim, królewna, po sutej kolacji, poszła spać, bo jak że to nie słuchać było, pierwszego nakazu swojej pięknej pani. Cały dwór Wawelski, miał takie uśmiechnięte gęby jak by, im wszystkim nagle królewna Jadwiga obiecała, iż po sto tysięcy groszy każdemu w kiesę nasypie, i złota każdemu po dwie beczki do piwnicy wnieść nakaże. Co chwila widać było, na korytarzach zamku, dworzan łażących cichutko na palcach, z paluchem na gębie. Cicho, Pani nasza śpi. Minęły owe trzy dni, gdzie pani krakowska po zamku, latała jak kozica górska, bo krew w niej gorąca była. Wszędzie zaś musiała nosek swój zadarty nieco, wsadzić i widzieć, co się dzieje, i pytała na około kasztelana Dobiesława, a co to? A co to? A tamto, co za jedno? A ten? Któż to ci jest? Co za jeden, tamten? A czego ten, wysoki, a tamten przy mały? A czego, tamten kulfoniasty nos ma? Zaś tak samo w kółko. Jeno dnia 15 października wieczorem.

Jadwiga próbuje uciec z Wawelu

O widzenie z królewną poprosił, sam arcybiskup Bodzanta. Królewna właśnie, wieczerzę spożywała smacznie. Wejdzie ksiądz arcybiskup, i siądzie sobie wedle mnie, powiada Jadwiga. Dziękuję wasza królewska mość, powiada ksiądz. Wasza królewska mość, jako wasza wysokość wie. Jutro przecie, z rana samego ukoronujemy główkę śliczną waszą, pani nasza na królową Polski. Na co Jadwiga powiada. Ukoronujecie? A po co? Dobrze mi tak, jako jest. Zaś z drugiej strony upierać się nie będę bo matula moja, by mi dała. Przecie tu na waszą królewską mość, cały nasz lud polski czeka, rycerze, my duchowni, i szlachta. Zaś pospólstwo całe, i lud nasz aż głupie za wasza miłością. Ale ja chciała bym, przecie za Wilhelmka mojego z Habsburgów iść. Ten cały tam, Wilhelmek od rodu Habsburgów, nie dla waszej miłości przeznaczony. To gbur i Niemiec jest, nie dla waszej miłości kawaler, ni też to żaden mąż na przyszłość dla ciebie królowo nasza. Sam chyba ksiądz gbur i grubianin jesteś, a nie ten Wilhelmek mój miły i przeze mnie ukochany. Jakoż to nie jest on, dla mnie przeznaczony? Jako nam już, przecie śluby jakoś my dziećmi byli jeszcze dali. Matka zaś moja owe śluby pobłogosławiła. Królowo moja. Na to arcybiskup całkiem do desperacji zwiedziony powiada, zduszonym głosem, jak by go Jadwiga do ściany przyparła. Śluby wam dali, Niemce wasza królewska mość, nam ty, tu jesteś potrzebna, i to od zaraz. Ja zaś powagą swego urzędu, z owych ślubów, teraz zwalniam, cię pani. Chociaż i ja durny w, pierwej chciałem co byś, za twojego Wilhelma owego Habsburga sobie poszła. Jeno owi Niemce nam i ziemi naszej nienawistni nic, tylko chap za królestwo nasze by się zaraz i to szybko zabrali, wraz z tobą miłościwa pani. Przecie pradziadka twojego pani, króla Łokietka naszego, to wielkie królestwo polskie do niemieckiego cesarstwa by zaraz bez zwłoki żadnej Krzyżaki włączyli. Królowo nasza i pani nasza, patrzaj Ty królowo polska zawsze na to swoje wielkie dziedzictwo, na matkę swoją i ojca swojego Ludwika węgierskiego króla naszego, co to nam przecie pomarł od zgryzoty wszelkiej. Nie czyń nic złego sobie, ani nie czyń złego, co ziemi tej umiłowanej pewnie tobie, by przecie na pewno zaszkodzić mogło. Albo patrzaj też na ów nienawistny nam, a pewnie i tobie samej królowo, zakon krzyżacki łakomie jak lis na kury na te ziemie od wieków patrzący. Przecie oni zaraz by swoje prawa do ziemi twojej i naszej matki ziemi prastarej, moja królewno miłościwa pani, pazernie jak do wszystkiego wokoło zgłaszali. Na co by król w niebie pewno będący, na skargę do świętego Piotra zaraz polazł. Tak on to Niemca nie cierpiał, jak nikogo w swoim długim życiu i wojowaniu z zakonem krzyżackim wiecznie, że pewnikiem w grobie swoim biedny nasz król by się przewracał. Zaś wiecznego snu, też by twój dziad pani nasza, pewnikiem nie zaznał. Że prawnuczka jego za Niemca iść chce? Albo babka twoja a córka jego, co by na to rzekła? Powiada Bodzanta. Niechaj jest, jako tam sobie chcecie, zaś czyńcie ze mną, co za dobre zważacie. Chcecie abym waszą królowa była? Będę królową waszą, bo co mi czynić przyjdzie? Nic, czynić wasza królewska mość nie musi, jeno koronę ode mnie jako arcybiskupa gnieźnieńskiego, przyjąć. Serce ty nasze najukochańsze. Królową naszą od jutra zaś być, wasza królewska mość. A no i trudno. Jak ma być niech będzie, ale przecie ja. Wolę, po krużgankach ganiać i w chowanego się z pannami moimi bawić, niźli królową być. A pewnie, że to lepsze od królowania, powiada arcybiskup już, ze śmiechem szczerym na gębie. Ale trudno, będzie jako chcecie, mój drogi księże arcybiskupie. Na to, królewna powiada, wielkie piękne jak u sarny ślepia, w biskupa wlepiwszy. No to i pójdzie wasza królewska mość spać teraz, jutro z samego rana, wielki dzień. Zadowolona wasza królewska mość będzie, jako nigdy w życiu nie była. Obaczymy zaś jutro, na to Jadwiga powiada, ziewając nagle buźkę sobie serwetką skrywając. Idę zaś do snu jako tam chcecie, pewnikiem jutro turbować mnie, po całym dniu będziecie. Nikt waszej królewskiej mości turbował nie będzie. Kto by śmiał. Nie widzisz? Królewno nasza, że tu wszyscy cię kochają jak swoje zbawienie? Widzę ja, ślepa, m jeszcze na razie nie jest. Dobrej nocy waszej królewskiej mości życzę. Do ranka samego. Ostań z bogiem królewno nasza. Idź z bogiem ojcze. Amen. Ten, poszedł i łapy po drodze, zacierał z ukontentowania. Noc, minęła trochę niespokojnie bo, królewnie śnił się i Niemiec Wilchelmek i matka i dwór na Budzie. Zaś i pradziadek król Władysław Łokietek się jej przyśnił, i palcem pogroził. Zaś i jakieś inne wąsate mordy królewskie, gadały coś do siebie po niemiecku. W końcu się po nocy, obudziła w nastroju, bardziej wesołym bo myśli sobie, oto przecie królową będę, a królestwo moje wielkie jako morze niezmierne. Niech im jest, jako mnie chcą. Na ósmą godzinę z rana była już umyta, ubrana i do koronacji gotowa. Drzwi od jej komnat panieńskich otwarto. Jadwiga, popatrzała dookoła, same uśmiechnięte i wąsate gęby radością okryte, na widok swojej pani. Dwórki takoż samo z buziami w ciup, lubo w uśmiechu, od ucha do ucha, szczęśliwe. Zaś zaraz pomyślała sobie, co mnie się bać, tam. Nie ma czego. A głośno do arcybiskupa Bodzanty. Idziemy, jako iść mamy. Poszli wolno w orszaku bardzo wspaniałym, dzwony znowu zaczęły bić w całym Krakowie. Lud, szlachta, i rycerstwo, wypełniało kościół, dziedziniec i błonia przy Wiśle po brzegi. Uroczysta msza, trwała dwie godziny z okładem. Królewna Jadwiga już po pierwszej godzinie, była tak zmęczona. Że i powiada cicho, do swej niani co z boku przy niej stała. Ta suknia taka ciężka, jak zbroja, ze stali. Szybciej, niechaj arcybiskup do, głowy się mojej bierze. Jeno jako dzielna panienka, po swym wielkim ale małej postury, pradziadku królewskim wstrzymała, się z protestami.

Królowa Jadwiga


Arcybiskup Bodzanta przyjmuje ślubowanie od Jadwigi

W końcu już sam wykończony arcybiskup Bodzanta, z pomocą biskupa ostrzychomskiego, specjalnie z węgierskiej Budy na uroczystość koronacyjną do Krakowa przybyłego. Włożył tej młodziutkiej i przecudnej urody polskiej królowej na głowę, swoje szlachetne biskupie ręce. Po czym delikatnie namaścił olejkami świętymi na królową Polski. Na spiętą burzę jasnych pachnących włosów, włożył złotą wysadzaną drogimi rubinami wąziutką panieńską koronę. Po czym asystujący uroczystości biskup węgierski, popatrzał z miłością na Jadwigę, uśmiechnął się do niej jak do tego cudownego dziecka przystało, i wolno jak by z wielką troską i rozwagą, podał do rączek jak u małej dzieciny, złote i ciężkie berło oraz jeszcze cięższe, od niego jabłko królewskie. Pomyślał przy tym. Jaki skarb nam z Budy Polacy zabrali. Pokiwał siwą głowa, jak by sam przeczuwał że ta młodziutka królowa, zbytnio wielkiego szczęścia, w tym nowym królestwie, pewnie nie zazna. Wziąwszy wzgląd na owego Wilhelmka, osieroconego przez Jadwigę. Kochającą Habsburga niewinną jak u małego dziecka czystą i pozbawioną wszystkiego zła miłością. Jadwiga, w duchu westchnęła i powiada cicho, nareszcie. Przeto arcybiskup Bodzanta wygłosił łacińską formułę koronacyjną. Hedvigis Dei gracja regina Poloniae, necnon terrarum Cracovia, Sandomirie, Sieradie, Lancicie, Cuiavie, Pomeraniegue domina et heres. Jadwiga z Bożej łaski królowa Polski a także dziedziczka całej ziemi Krakowskiej, sandomierskiej et cetera et cetera. Królowa wyszła, po koronacji na dziedziniec wawelski, przyjęła od ludu błogosławieństwo i sama mu błogosławiła, przy huku dzwonów. Zaś nie chcąc zamęczyć, swej pani kasztelan wawelski Dobiesław Kurozwęcki litością powzięty, powiada do arcybiskupa. Odłóżmy na razie, ceremonię dalszą, przecie ona ledwie żywa, zaś nich odpocznie i do sił przyjdzie, kruszynka moja. Na co arcybiskup popatrzył, na wymęczoną królową, i powiada. Słusznie prawicie panie, niechaj zaś, idzie do siebie spocząć trochę, nie pali się z wiwatami. Po czym zawiedli ją na, przebranie z ciężkiej sukni koronacyjnej dali obiad, i spokój na kilka godzin. A po koronacji prawie na cały rok. Latała sobie królowa po wawelu jak beztroska sarenka.

Rok 1385

I tak do 24 sierpnia 1385 roku, kiedy z samego ranka Jadwigę obudziły takie hałasy, jak by wojna na zamek jakaś zawitała. Książę Władysław Opolczyk, na Wawel napadł podstępnie, chcąc dokonać pokładzin Jadwigi z owym Wilchelmkiem Habsburgiem, któremu koronę Polski chciał oddać wraz z królową Jadwigą. Za namową krzyżaków. Już do szturmu ludzie księcia na zamek się brali. Jeno po chwilowym tylko zamęcie, szybko uchodzić musiał książę Opolczyk, razem ze swoim nieszczęsnym niemieckim kawalerem, bo dostali u bram Wawelu takie baty, że szli z zamku, jak spłoszone stado turów. Kasztelan Dobiesław z krwawym jeszcze mieczem i załogą zamku i dwoma chorągwiami królewskimi odparli poranny napad. Co królowa Jadwiga skwitowała, nader krótko. Przeszła mi już ochota właśnie, na zaloty do owego Niemca, dobrze, żeście panie kasztelanie uczynili co to po łbie owi dostali, i poszli z mojego zamku jak zmyci. Na co kasztelan Dobiesław powiada jak by samotrzeć, zeżarł wielki wór migdałów z miodem i orzechami, zaś zapił dużym antałem krakowskiego piwska mocnego. Moja ty królowo umiłowana, a reszta rycerstwa jeszcze bardziej rozpływała się z wielkiego rozmiłowania do pani swej. Na co, ksiądz arcybiskup Bodzanta przyleciał zaraz do królowej i powiada, do kasztelana Dobiesława. Nic to jej aby nie daj bóg? Nic, a co ma być? Królowa nasza cała i zdrowa, my tu stoimy jak skały. To i chwała bogu, powiada Bodzanta. A do Jadwigi zaraz. Wasza królewska mość, musimy i tak wydać cię za kogoś mocnego w barach, i nie tylko w gębie. Bo jak że to.

Ślub Jadwigi z Wichelmem Habsburgiem

Królowa bez króla? Nie uchodzi. Co tam nie uchodzi, powiada Jadwiga. Młoda, m jeszcze jest, i czas ku jakiemuś tam kawalerowi mam. Ale królestwo nasze, wasza miłość czasu nie ma, i dziedzica korony nam na przyszłość szybko trza. Powiada ksiądz arcybiskup Bodzanta. Musi iść wasza królewska mość za męża. Jako już muszę to niech wam jest. Ale za specjalnie, to i właściwie nie chcę. Sama nie wiem, ale też może? Jeno pamiętajcie żeby na gębie miły był, i bez pryszczów na niej. Posłuszna wam chyba będę, powiada Jadwiga. Chyba? Powiada ksiądz arcybiskup. Mamy już właściwie dla ciebie, pani nasza jednego kniazia bogatego i na gębie bardzo urodziwego, jako byś tylko go chciała. A co, za jeden, jest ten kniaź? Jagiełło się ów kniaź zowie, powiada ksiądz, nieco on starszy od ciebie miłościwa pani. A to dokument który podpisał w Krewie książe Jagiełło, aby mógł za królewską mośc iść. Po czy zaraz pod oczy jadwidze dokument podstawił.

Traktat podpisany w Krewie

A wiele, on starszy? Księże arcybiskupie? No, urodzony on nie tak znowu dawno, przecie w 1352 roku, na Litwie. Puknijcie się w łeb swój, swacie szczwany. Chyba, żeście zdurnieli na starość sami, przecie on ojcem i dziadem, moim mógłby być. Dwadzieścia roków starszy jest ode mnie. Coście to ogłupieli naprawdę z kretesem, księże biskupie całkiem, czy jak? Czy zaś kpicie sobie, ze mnie jako z królowej waszej? Gdzie zaś wasza królewska mość. Kto śmiał by. Powiada Bodzanta. Na to, czerwona z gniewu, na licach Jadwiga, rzekła Bodzancie prosto w ślepia. Jako widzę. Przecie wy, chyba to sobie jednak kpicie ze mnie, mój księże arcybiskupie. Nie chcę ja żadnego, jakiegoś tam starego dziada. Nie chcę, finito i basta. Posiekajcie mnie lepiej na dzwona jak karpia na święta, nie pójdę ja za jakiegoś tam truchła starego. Bo wy chcecie. Choć by cały ze złota ów kniaź był. Nie! Nie pójdę i koniec. Albo w końcu do studni prędzej skoczę, jak mnie tak będziecie turbować ciągle. Księże biskupie miej ty litość nade mną.

Królowa Jadwiga

Co to ja? Jakaś chroma na członkach swoich albo na umyśle zgoła swoim jestem? Wedle was księże biskupie pewnie, m ja upośledzona jakaś królowa? Albo co sobie myślicie księże mój, wy arcybiskupie krwiożerczy? A co moja matka, Elżbieta Bośniaczka na takie zrękowiny wam mój księże powie? Jakoż to jej, królowej w oczy spojrzycie? Powiadajcie mi zaraz, i to bez zwłoki.

Król Władysław Jagiełło

Arcybiskupowi aż się głupio jak jakiemu żakowi zrobiło, i nie wiedział już jakie argumenty, na swoją i korony polskiej przeciw Jadwidze wytoczyć. Przeto powiada ugodowo tak. Wasza królewska mość, jakoż tylko on dwadzieścia roków starszy, od waszej królewskiej mości, wielka mi też rzecz. Na co Jadwiga, śmiać się poczęła nagle, i powiada. Nie rozśmieszajcie mnie księże, bo zajadów na gębie dostanę. Na co ksiądz Bodzanta do siebie, po cichu, uparta sztuka i dobra królowa będzie z niej. Taka jaka jest, trza nam teraz właśnie. A głośno do Jadwigi. Ale bardzo urodziwy on jest, jak z bajki, i miło on bardzo gada. Nie wątpię. Ja, na jego miejscu, też bym miło gadała. Bardziej niźli on, bym miło gadała bo, m bystrzejsza od was, i od waszego zalotnika, lipnego i litewskiego, w dodatku. Królestwo nasze wielkie jak lew, w europie nikt mu nie postanie, na drodze. To i nie dziw, że ów kniaź Jagiełło mnie chce, razem z wianem jaki, ślepej kurze by się nie przytrafił. Ksiądz myśli że nie wiem, jaka korona nasza, to potęga wielka? Każdy by do szybkiej żeniaczki z takim królestwem się pchał, na królową nawet, nie bacząc. Przecie wasza królewska mość, piękność stanowi jak anioł z nieba. Powiada arcybiskup. Nie mnie, tu gębę swoją oceniać, powiada królowa. Z resztą. Jak się księdzu ten, jak mu tam? Jagiełło bardzo podoba. To niech się ksiądz, sam za owego Jogajłę litewskiego, czy jak się on tam zwie, zaprawdę wyda. Pobłogosławię wam obu, lubo po łbie was obtłukę, nie chcę ja jego i koniec. Słyszy ksiądz? Słyszę wasza królewska mość, głuchym jeszcze nie jest, powiada ksiądz biskup. Skapiały po ataku Jadwigi całkiem. A ta, idąc jak do szturmu, na krzyżactwo wrogie owemu powiada, dalej. Co myślicie sobie? Pani! Królowo! Nam Litwy jest potrzeba, do granic obrony, i przed krzyżakami, a i innymi obwiesiami. Ratuj wasza królewska mość, królestwo swoje. Pani nasza, królowo? Przedrzeźniała Jadwiga księdza biskupa. Ratuj je sobie sam, mój księże arcybiskupie, nie kosztem szczęścia mojego. Krzyżaki nas, żywcem nie zjedzą, bo i za duży kęs dla nich, królestwo moje. Udławili by się jak kością z dzika. Powiada znowu, Jadwiga. A arcybiskup dalej swoje. Portret waszej miłości, pokażę owego kniazia. Nie straszny on wcale, gębę miłą bardzo ma, jako, m powiadał. Co mnie tam jakieś kukły litewskie oglądać? Nie ciekawa, m ja zbytnio. Wasza królewska mość. Znowu zaczynacie? Księże biskupie? Z ową, wasza królewska mość? Nie trza mi przypominać, tego co chwila. Dobrze pamiętam po koronacji kim jestem. Ale jako już tak koniecznie chcecie. To pokażcie zaś mi w, pierwej? Za jakiego to zamorskiego krokodyla, lubo jakie małpisko paskudne, mnie wydać chcecie? Ku swojej uciesze i gawiedzi na rynku. Ksiądz Arcybiskup zaś, z kieszeni sutanny szybko wyciągnął portrecik, na miniaturze emaliowanej malowany, księcia wielkiego litewskiego Jagiełły. Zaś prędko pod nosek, Jadwidze podsadził. I co? Powiada, jak żyd, do złapanego dla lichwy, kpa grodowego. Całkiem, całkiem, gęba jak malowana, czy nie? Miłościwa pani? Pokaże ksiądz, owego bliżej mi, niech się przyjrzę temu waszemu zalotnikowi. Bo ja wiem? Jak kozieł z brodą, nie wygląda. Nieco łagodniej, rzecze Jadwiga. A pewno, to on? A kto, ma być? Przecie że nie ja. Jagiełło jak malowany, wasza królewska mość. No, nie taka straszna gęba u niego, jako, m myślała, rzekła w końcu Jadwiga. Widzę ja, że pewnikiem, nie popuścicie, mi. Zaś muszę owego kniazia, prędzej na własne oczy obaczyć, wtedy rzeknę wam jako, ze ślubami jakimiś będzie. Wasza królewska mość, nie pożałuje, ów Jagiełło dobry kniaź i miły jako ptaszyna. Bo ptaszysków całymi dniami słuchać lubi, a w szczególności śpiewu słowiczego, to i nie jakiś Tatarzyn jest przecie, wasza królewska mość. Miły jako ptaszyna i jako słowik śpiewa? Ksiądz prawi? Co mnie tu ksiądz wygaduje? Myśli ksiądz że ja choć młoda jeszcze, ptaszyskami karmiona byłam? Jako i ów księdza zalotnik? Prędzej on, na jastrzębia ten cały księdza Jogajła, by pasował niźli na słowika. Nie głupia ja, jakaś chyba co? No gdzie zaś? Powiada ugodowo ksiądz arcybiskup. Matka moja mnie kształciła, ile mogła zaś szkoły swoje mam. Przecie co Jagiełło na Litwie wyprawiał, i z Krzyżakami, takoż samo wiemy, raz w wojnę z owymi szubrawcami właził, raz w pokoju z nimi siedział. A mój pradziad, a król wasz Łokietek, mało z zakonem krzyżackim się naużerał? Przecie jakoż z krzyżakami inaczej, żyć? Normalna to rzecz. Na to arcybiskup. Dajcie mnie tymczasem spokój, zaś rozmyślę się, co i jak, i rzeknę wam. No. Powiada biskup. Co no? Powiada Jadwiga. Na razie żadne no, nie wyszło, z ust moich, chyba że po italsku, wtedy ze ślubów waszych nici. Wasza królewska mość, umiłowanie ty nasze. Na to, powiada ksiądz. Bóg zapłać, waszej królewskiej mości. Na razie, to nie ma za co. Gada ksiądz do mnie, jak żydowski kupiec, co lichy towar zachwala. I tak cały rok w, kółko. Aż ugniótł w końcu, arcybiskup i rada królewska, Jadwigę jak świeżą glinę na garnek. Jeno wypalić go jeszcze było trza, bo gotowy do pieca już prawie był. W końcu roku powiada, królowa Jadwiga. Jedźcie, w końcu do owego, Jogaiłły i powiadajcie mu. Że zgodę na ślub ze mną daję. Bo wy księże biskupie, spokoju mi nie dacie. Rada królewska na takie oświadczenie szczęśliwością ogarnięta, zaraz po nowym roku, popędziła tłumnie do Wołkowyska, gdzie Jagiełło łaził po izbie na zamku i paznokcie z, rozterki do królestwa polskiego, nadżerał. Zaś 11 stycznia 1386 roku pańskiego, panowie polscy przy stole, jaki Jagiełło bogato dla nich zastawił, nie chcąc za chama z gminu uchodzić. Powiadają owemu, z bardzo szczęśliwymi nad wyraz gębami. Królowa nasza, dała zgodę na ślub, książę. Na co Jagiełło, tak radosną gębę zrobił, jak nasza Jadwiga wręcz odwrotnie. Zaś powiada prędko, to jedziemy do waszego Krakowa, nawet i w tej chwili. Zaraz, zaraz powoli wasza książęca mość, w, pierwej waszą książęcą miłość z pogaństwa, wyzwolić musimy. Powiada podkanclerzy. Na co, z kolei Jagiełło, no to i dalej, gotowym jest, jako i na śmierć. Tu przecie, chrzcić waszej książęcej mości, nie będziemy. Pojedziemy zgodnie do Krakowa i tam chrztu dokonamy. Niechaj cały świat widzi że, jako Polacy chrześcijańskiego króla mieć będziemy. No to i jedziemy, ino bystro powiada, przyszły król Polski. No to zaś i jedźmy jako jechać mamy. I poszli jak wicher do przodu jeno białe tumany śniegu, za sobą wzbijając. Już w dniu 15 lutego, arcybiskup Bodzanta wodą święconą z grzechu wiecznego go obmył, zaś i ochrzcił jako na przyszłego Polskiego monarchę przystało. Zaś że i Jagiełło krewki mąż był, a Jadwiga cudem jak na obrazach w kościele. Powiada do Bodzanty. Kiedy ślub? Bo mnie pilno do owej, Jadwisi, umiłowanej mojej. Na co, gdyby przyjrzał się gębie, arcybiskupa nieco dokładniej, zaraz by ochotę do żeniaczki rychłej, stracił. Prędzej niźli się do tej gadki powziął. Na 18 lutego 1386 roku w sobotę ślub i weselisko wasza książęca mość, huczne wyprawimy. I tak też uczynili, słowem szlacheckim związani. Bez żadnych mi tam, pokładzin małżeńskich na razie, poczekamy, nie pali się przecie. Bo to prawda jedna jest, jak ryba złowiona, to do lodu ją wsadzimy i nie zaśmiardnie szybko, powiadał ksiądz Bodzanta. A lodu jej się zda, i nie zaszkodzi na łeb owemu. Zaś jak ksiądz arcybiskup nakazał, dwie osobne królewskie sypialnie na Wawelu stanęły, pod strażą dwu narodów, lubo trzech nawet, jak kto woli. Bo drzwi u sypialni królowej Jadwigi, i Madziary i Polacy na zmianę, lubo nawet razem chcieli swojej wspólnej, królowej pilnować. A Litwini takoż samo za, swoją nową Panią murem stali. Więcej jej cudowną urodą ujęci, niźli tym że ich królową Jadwiga była.

Królowa Jadwiga pasująca rycerza

Rok 1386

Na szerokich traktach królewskich, w ostatnich dniach lutego aż do 1 marca 1386 roku, prowadzącym jak w pysk strzelił, prosto z Tyńca czy, od strony Wieliczki i Ojcowa. Do stolicy królestwa polskiego Krakowa, panował taki nieopisany tłok, dla wszelakich wozów drabiniastych, kolasek różnych zaprzęgniętych w dwie, czy cztery szkapy, różnej maści. Że to, i igły nawet już by wsadzić, pomiędzy podróżnych, nie szło. Przecie dla ogromnej liczebności owych. Czy wielkiej ilości kuglarzy, rybałtów i błaznów z wozami pełnymi, jeszcze bardziej dziwniejszych gęb ciekawskich. Oraz wszelkich stworów zamorskich. Pocztów rycerskich rozmaitych herbów z korony i Litwy szło mnóstwo. Jak i całej Europy, z giermkami na karku a do posługi w drodze czy boju. Lubo do wyżerania zapasów ze sakwy swego pana. Odzianych różnorako i wielobarwnie jak byś kwieciem sypnął na drogę, podczas procesji na Boże ciało. Jeno nie kwiecie leżało, przecie na drodze, bo i mrozek panował niezbyt tęgi, a waliła do starego Krakowa z każdej strony, wielka rzeka ciekawskiego ludu. Wśród tłumu tego pospólstwa, gawiedzi ciekawej, szlachty, rycerstwa, i dziesiątek zaprzęgów. Wyróżniał się jeden poczet przepyszny, złożony z dziesięciu zbrojnych, na wielkich czarnych jak smoła, ogierach bojowych. W białych płaszczach na ramionach i z czarnym krzyżem na nich. Jechało na koronację króla Polskiego, Władysława II Jagiełły, poselstwo wielkiego mistrza, zakonu Najświętszej Marii Panny, Konrada III Zollnera von Rotensteina. Słabującego już od dłuższego czasu, na zdrowiu, i więcej siedzącego w Malborku, pewnikiem z powodu zbyt wielkiej obfitości, jadła i napitku mocniejszego od wody, na jego stole. Wobec tego, w zastępstwie wielkiego mistrza, w poselstwie szły znaczne postacie zakonu, jak sam wielki komtur, Konrad von Wallenrod oraz sam, Konrad von Jungingen z młodszym swoim bratem, szalonym z nienawiści do tego miejsca, gdzie właśnie podążał, Ulrykiem. Jak historia nam pokaże, wszyscy posłowie, do przyszłego króla Polskiego Jagiełły i obecnej królowej Jadwigi.

Krzyżacy w Malborku przed poselstwem do króla Polskiego

Zostaną w niedługim już czasie wielkimi mistrzami owego zakonu. Dla podkreślenia wagi ich znaczenia, jechali wszyscy jako znaczni rycerze, zasłużeni w złej sławie i krwawymi starciami ze Żmudzią, Litwą i koroną Polską na zmianę. Za to, dziś z gębami nieco mniej dumnymi, wraz z knechtami do pomocy w mitrędze drogi, z dalekiego położonego na pomorzu, Malborka. Jechali owi, w eskorcie pod strażą młodego bardzo jeszcze rycerza Polskiego, Zawiszy Czarnego herbu Sulima, i danej im dla ochrony, pół chorągwi krakowskiej z woli królowej Polskiej Jadwigi Andegaweńskiej, która pomna na swego męża, miała pewne i raczej uzasadnione obawy o bezpieczeństwo krzyżaków. Bo to, przecie na dzień czwartego marca,1386 roku pańskiego, miała odbyć się koronacja kniazia litewskiego zwanego we Wilnie Jogajła a u nas w królestwie znanego, pod imieniem Władysława II Jagiełły a już męża obecnej, przecudnej urody królowej Polski, Jadwigi z którą, ten ślub wziął bardziej niż spiesznie, wprawdzie za namową, panów koronnych i litewskich swoich braci i kuzynów. Chętnych jeszcze bardziej niż kniaź Jagiełło do żeniaczki, owi zaś do objęcia schedy po Wielkim księciu Litewskim jakim przyszły król polski, Władysław II tam był. Który ślub z królową Polski powziął.

Jadwiga na Rusi

Z ową pięknością węgierską ślub pięknością, zobaczywszy jakie cudo mu w ślubie, wraz z wielkim królestwem na dodatek przypadnie. W dniu 18 lutego tego samego roku a 1385. Orszaki poselskie szły dość wolno dla wielkiej śliskości, jaka na trakcie krakowskim od lodu i śniegu panowała. Tymczasem na starym rynku w samym Krakowie, kałuże tak samo, pozamieniały się w wielkie tafle lodowe, przyprószone na dodatek śniegiem i ślizgawka dla żaków, czy wszelkiego rodzaju obwiesiów i kumotrów albo włóczykijów grodowych, nadużywających kufla z piwskiem, była znakomitą okazją dla krotochwil wesołych. Czy tam odwrotnie dla skręcenia sobie karku, lubo złamania obu łap i nabycia ślicznych granatowych guzów na łbie. Jak kto by wolał dla odmiany. Właśnie na starym rynku, przy schodach kościoła Mariackiego, stał w wielkiej rozterce, czy ruszyć w końcu do przodu na owe lodowisko. Jakiś przyjemny na obliczu młodzian, w czarnej sukmanie i z czarną brodą i wąsami. Widać było że to jakiś żak, czy przyszły ksiądz, i zamierzał się zabrać piechotą do domu swojego, czy tam gdzie mu przyszła ochota, po więcej niźli pewnie uczestnictwie.

Ksiądz Mikołaj Kurowski

We mszy świętej przy tym starym przesławnym kościele. Niepewnie zaś i ostrożnie bardzo macając ciżmami, wpierw śliskie bardzo schody zaś następnie kocie łby na rynku, ruszył ów chyba szlachcic, czy tam kto z niego był? Bardzo wolno do przodu, i już zadowolony z postępu, jaki mu się udało zrobić w tej trudnej bardzo drodze.

Kościół Mariacki w Krakowie

Uśmiech szeroki powziął z tego powodu na gębie. Zaraz za schodkami do kościoła. Został nagle podcięty, przez innego jakiegoś równie czarno odzianego innego jegomościa, na łbie białego za w czasu chyba, posiwiałego, a wskazującego po stroju i kaszkiecie na łbie, profesję bakalarską, lubo jakąś inna pokrewną, być może powiązaną nawet z mistrzem katowskim. Po chwili my obaj, leżeli jak złowione ryby na śliskim krakowskim bruku, obejmując się jak by, w braterskim uścisku i trzepali nożyskami bezradnie w czystym powietrzu. Na co, przy pierwszym rzucie ślepiem, na ową sytuację pomyśleć było można iż tak jest, a nie inaczej. Po chwili dało się słyszeć taki dyskurs właśnie. Złaź obwiesiu obrzydły ze mnie, bo nie dość żeś mnie na placek ciasta rozwałkował na tym zdradliwym lodzie, to jeszcze tchu mnie, teraz w piersi brakuje a koście mam pewnikiem wszystkie z kretesem połamane. Zwany przez owego, nie inaczej jak obwiesiem, podnosiłem się właśnie i ja sam z lodu, i otrzepywałem ze śniegu, ale kiedy spojrzał ja na tamtego, bo i nie rozpoznał kogo, m to tak rozgromił, powiadam. Darujcie mi panie. Jam w pierwszej chwili, nie zauważył na swojej drodze waszej miłości, dobrodzieja. Że oto zaślepiłem drogę i na waszą miłość, nagle z impetem wpadłem. Darujcie mi zaś panie. Na co, poturbowany student, czy tam kto z owego był rzekł, mi zduszonym głosem. A coś to, myślał sobie właśnie trutniu krakowski? Po primo, co mi to za różnica, czyś mnie zauważył czy nie? Za jedno mi to wyszło leżąc na plecach jak szczupak złowiony na lodzie. Może ty myślał sobie? Że jam, to jest święty turecki, lubo może dzik jakiś w twoje sidła złowiony? A ty kto zacz? Czy raczej rzec trzeba, co z ciebie za diabeł czarny? Pyta się mnie ów czarno brody jak pirat zamorski, wyglądający jegomość. Przeto powiadam owemu. Daruje wasza miłość że, m oto s turbował dobrodzieja. Jam jest imć, bakałarz przy kościele Mariackim, a Krzysztofem z Piły zwanym, herbu Guizot. Dziatwę sztuki trudnej, w szkółce parafialnej czytania i pisania nauczam. Na co, tamten powiada, gramoląc się do prawidłowej postawy w jakiej gatunek homo homini, winien być postawiony. Toś aż z Frankonii przylazł? Aby podróżnych w Krakowie na lodzie gromić? I znosić ze szczętem. Mikołaj Kurowski jam jest, herbu Szreniawa. I jam, też bakałarzem jest, jeno że w Pradze. Gdzie studia właśnie pobieram teraz, a kumotrów po fachu na jakiś gościńcach i rynkach nie roztrącam. Jak, eś jest pod patronem świętego Krzysztofa jako powiadasz, powinieneś bardziej, o innych podróżujących dbać w potrzebie w drodze, a nie rozbijać owych, jako zwierz jakiś, dziki w boru. Jako patron twój czynił, i za co znacznym świętym się ostał. Ty zaś mój panie, idziesz jako zastępy krzyżackie a te, nasze wojska znoszą czasami, w boju. Daruje wasza miłość, kumotrze mój. Ale z Frankonii nie przylazł ja samotrzeć jeno pradziad mój za krzyżakami, po 1226 roku, przywlekł się na ziemie Polskie. A my siedzimy już w koronie z dawien dawna. Polonia, e verbis nobilitas, sum. Bom to i rozmyślał właśnie, nad czymś, co przydatne mi być mogło, i zaślepił drogę ja wprost na dobrodzieja, wpadłszy z impetem. Jakom już powiadał. Jeśli wasza miłość po turbowany czuje się wielce, tu zaraz na Floriańskiej ulicy, za rogiem moja własna chałupa stoi. Służę ja i moja niewiasta, jako i służba z dziatwą moją. Posługą waszej miłości, a na obtłuczenia medykamenty mamy takoż samo, w komorze. W innej sytuacji, rzekł bym ci ja, idź ty mnie, albo ślizgaj się po lodzie, z panem bogiem, człecze nobilitowany i zaślepiony raczej. Alem jako poturbowany znacznie jest, to i przy kominie do odpocznienia, siędę trochę u ciebie. Pod warunkiem jeśliś to nie pijak jaki i obwieś grodowy jest, a jako powiadasz, szlachta z urodzenia. Choć to i czasu za bardzo mi nie staje bo, to przecie jutro koronacja na króla, owego Władysława Jagiełły księcia litewskiego, co nam teraz królem się ostanie. Zaś przed wyjazdem do Pragi i ja chciałbym obaczyć, w pełnej krasie naszego króla nowego. A no jak tak to idziemy wasza miłość, rzekłem drugiemu bakałarzowi. Jeno jak tu iść? Jakom obolały jest cały, jak by jakaś gruszka dojrzała spadła z drzewa wysokiego, rzekł szlachcic i żak, Mikołaj Kurowski. Ja takoż samo, i łeb sobie obtłukłem nieco, powiadam. Jako ów szlachcic i bakałarz krakowski, obwiesiem przez tamtego nazwany. Wesprzemy się wasza miłość, jeden w drugiego i do chałupy mojej kawałek, tu zaraz za rogiem. Przecie już widać domostwo z tego miejsca, poleziemy jakoś powoli. To Leźmy jako mamy leźć pospołu, rzekł zrezygnowawszy z oporu nowo poznany. Oba wsparli się my, jeden na drugim i kuśtykając, pod wrotami chałupy bakałarza oba stanęli. Ów obwieś, jako zwał mnie pan Mikołaj, zawrzasnąłem, pod dużą murowaną a piętrową chałupą. Rozdziawiaj szybko wrota niewiasto, znacznego gościa ku kuracji zdrowia jego świątobliwego wiodę. Po chwili. Na progu, stanęła kobiecina, z włosami jak słoma żółtymi i w czepku krakowskim, młoda jeszcze a urodziwa znacznie. Zaś ze strachu, jaki się w jej wielkich błękitnych ślepiach pokazał, gębę obu rękoma sobie zatkała. A owe niebieskie ślepia jeszcze większe, z przestrachu się jej zrobiły. I powiada, coś ty znowu nawyczyniał, dobrego trutniu? Kogóż ty, na jednej nodze wiedziesz? Wejdzie wasza miłość, Mikołaju prędko, bo zamróz waszą miłość pochwyci. Opatrzymy rany, waszej miłości. Powiadam bakałarzowi Praskiemu. Ran krwawych, na mnie żadnych nie ma, powiada ów. Jeno, m s, turbowany nieco, przez męża twojego niewiasto, dojdę do siebie to, i do zamku na Wawel chyba z wolna jakoś dolezę, gdzie swoją kwaterkę mam. Przecie niedaleko to wprawdzie jest. Gdzie zaś wasza miłość łaził będzie samotrzeć po lodzie, jeszcze połamie się wam co naprawdę z kretesem. Sanie podstawimy i Jaśko zięć nasz, waszą miłość do zamku zaś po odpocznieniu odwiezie. Prosimy zasie do środka wasza miłość, Mikołaju. W dużej izbie, z kominkiem murowanym z cegły palcówki, ogień wesoło już od dawna huczał. Niewiasta, owego bakałarza posadziła gościa biednego i obtłuczonego wielce, wedle szerokiego stołu na trzech grubych puchowych poduszkach, wcześniej podłożonych pod, nieco chudy zadek jegomościa Kurowskiego. Zaś zakrzątała się zwinnie ze służbą wedle kuchni, a po pół pacierza na stole stały, wszelkie frykasy ku radości gęby Mikołaja, jak i każdej innej. Jako że za bardzo obtłukły nie był, chętnie po modlitwie wziął się do licznych półmisków i talerzy, zaś w pierwej za smażonym na patelni szczupakiem się oglądał jako że, smakowicie mu do nosa zapachem świeżej ryby zaglądał. Podjadłszy nieco, zaś podpiwszy z wolna gorącego miodu z pół garncówki, spojrzał na swego nowo poznanego, prześladowcę i nagle powiada. A wy w Krakowie z dawna mieszkacie, panie bakałarzu? Będzie jakie ze dwa roki, z okładem powiadam, bakałarzowi. Kupili my tu chałupę i siedzimy, jakoś my z komturii Tucholskiej musieli uchodzić, to gnali my jak wicher z majątkiem od tych diabłów, z czarnymi krzyżami na płaszczach aż się my, tu w Krakowie dopiero zatrzymali. Bo gdzie? Przecie bezpieczniej? Jak nie, pod bokiem królowej, czy króla naszego. Chociaż do tej pory jeno, samą królową mieliśmy bez pary, choć ona. Królowa nasza, znaczy się, jakiegoś tam Niemca, czy innego potwora Wilhelma, za męża sobie umyśliła. Dobra ta nasza, królowa Jadwiga jak i ten Jagiełło, znam królową dość dobrze, Jagiełłę zaś nieco przecie mniej, powiada kumoter Mikołaj. Jeno nie wiadomo jakim panem, będzie ów król, co jutro z rana go koronować będziemy. Litwin on, to i rządy jego twarde pewnikiem będą. Albo i nie, zależy jak się, mu okoliczności w żywocie poukładają. Ano, ano i juści wasza miłość. Powiada z mniej już przestraszonymi ślepiami moja niewiasta. A ty mój kumotrze, bakałarzu? Ze swej szkółki parafialnej tu, zadowolony jesteś? Bo i co? Powiadam zaraz. Ksiądz proboszcz dobrodziej, płaci mnie godnie, jeno z żakami s, trzymać za bardzo nie idzie, bo jak byś w gniazdo os wlazł, lubo gawronów, hałasy takie dziatwa czyni że i trudno, pacierza jednego z nimi, przy zdrowych zmysłach przetrzymać. U mnie na wykładach, w Pradze, jest takoż samo. Powiada na to Kurowski. Mam ci ja znajomego księdza po kądzieli w kancelarii sekretarza królowej, jako trza to i na dworze posługiwać wobec kancelarii królewskiej od czasu do czasu muszę, jak w Krakowie siedzę, rzekł Mikołaj. Jako chcesz, możesz pomieniać się z deszczu pod rynnę, pomogę ja instancją swoją. Po koronacji Jagiełły zajdź ty lepiej, do mnie na Wawel, za instancją na dworze dla ciebie pomyślę, boście mnie to oboje uczciwie wspomogli, chociaż z twojej winy. Rzekł pan Mikołaj Kurowski. Na co bakałarzowi z Pragi powiadam. Z deszczu pod rynnę? Po co mi leźć, jako tam, gdzie siedzę sucho jest, i na łeb się mi woda nie leje, jako na dworze u królowej czy u króla, jak go ukoronują w końcu. Sam to ci nie wiem, nie trza mi raczej miejsca mojego pomieniać. Wasza miłość, po prawdzie w szkółce parafialnej sobie spokojnie siedzę i jako taki spokój święty, pominąwszy żaków mam, a grosz jako taki, takoż samo posiadam. Powiadam Kurowskiemu jako bakałarz mariacki. Jak tam sobie w końcu chcesz? Nie to nie. Rzekł na to młody szlachcic Mikołaj. Na co zaraz, niewiasta bakałarza, posłyszawszy to z boku, co ów do mnie jako jej dziada powiada. Na śmiałość wielką się zdobyła nagle i z zapałem nagłym cicho po niewieściemu rzecze. Kumotrze nasz, Mikołaju miły, dzięki stokrotne za urząd jakiś, dla mojego durnego obwiesia. Nie będzie mi on tu wybrzydzał, jak mu wasza miłość orędownikiem do lepszej roboty przy dworze królewskim stoi. Na co Kurowski, spojrzał na niewiastę moją i powiada. Widzę ja, żeś ty moja miła, bardziej obrotna niźli ten twój mąż, jak obwiesiem go, powiadasz. Daleko zajdziesz pewnikiem jako niewiasta stateczna, choć to w kancelarii tylko mężowie zatrudnione w robocie być mogą. W tym też samym momencie, kołatka u drzwi zastukała jak dzięcioł w lesie. Na co, do niewiasty powiadam. Idzie zaś, owa niewiasta stateczna, albo pośle Maryśkę, do wrót i zobaczy kogo tam zamróz niesie? Owa poszła jako mąż jej nakazał, bo służba nasza i Maryśka zniknęła, jak duchy nie wiadomo gdzie. Kto zaś tam? Pyta owa. Jakubek Kuna, do męża waszej miłości, z naszej akademii krakowskiej, doktor, es co dopiero, na wolnym ogniu spieczony, z nowego wydziału Medicinarum stosowanej. Proszę wejść, choć gościa posiadamy znacznego, owa Jakubkowi prawi. Jeden gość kulawo stoi, dwa się lepiej kupy trzymają. Powiada Jakubek, do owej gospodyni i gębę do środka wsadza. Niech będzie pochwalony rzecze, nieco na widok gościa stremowany, choć nie za wiele. Na co, Mikołaj Kurowski na gębie uśmiech powziął, i powiada do Jakubka Kuny. Na wieki wieków. Trafnie, żeś to młodzianie mój podkreślił, bo ja właśnie kulawo, z twoim kumotrem jako tu widzę, trafiłem pod strzechę jego właśnie, z przyczyny koślawości kości moich, na bruku grodowym powziętej. To i medyk na okoliczność akuratnie się zda. Ale i chwalić pana Boga nie poło miony, m jest wcale, po staranowaniu mnie, przez kumotra twojego, zaś o siłach własnych do zamku na Wawel, do kwaterki swojej zalezę. No, czas, już na mnie. Po czym szlachcic, student zabierał się do wyjścia z gościnnej chałupy. Na to bakałarz, owa niewiasta powiada nagle, głośno i stanowczo. Gdzie zaś, wasza miłość Mikołaju, sanie już z koniem, gotowe pod chałupą stoją i czekają waszej miłości odwieźć gdzie trza, gotowe. Ano patrzajcie ludzie, powiadał ja, że żywa bardzo z ciebie niewiasta, zaś prędzej czynisz co dobrego, niźli kto pomyśli. No, podprowadźcie mnie do sanek, bom to jeszcze, nieco słabowitym jest. Może obadam waszą miłość, ku ocenie zdrowotności? Powiada Jakubek. Dzięki zaś, i nie trza bardzo. Pewnikiem zaraz byś chciał mi krwi upuścić? Albo pijawki do łba mojego dostawiać? Jako u was medyków w modzie. Na co Jakubek powiada, gdzie zaś, wasza miłość. A do mnie, gość niespodziany, spojrzawszy mi wnikliwie w gębę, powiedział. Zajdź do mnie, do kwatery na zamku, po intronizacji króla, o posadce dla ciebie, chyba pomyślałem. Bo widzę ja, że to lepiej mnie, na przyszłość przy, oku ciebie mi mieć, niźli gdzie by mógł ty na mnie, bardzo niespodzianie wpaść, jak już w Krakowie będę. Zaś ob, turbować znowu z kretesem. Dzięki za gościnę, miła gospodyni młoda, zaś bywajcie w zdrowiu i z Bogiem ostańcie. Niechaj wasza miłość bezpiecznie i bez przygody jakiej już, na zamek pojedzie. Mikołaj Kurowski wraz z Jaśkiem na zamek pojechał, drzwi od chałupy zawarli my na powrót. Bo i mróz na wieczór do środka chciał wleźć, i zagościć, zastąpiwszy Kurowskiego. Jakubek zaś za stołem zasiadł, przy gliniance miodu grzanego, i powiada. Gdzie żeś ty mój kumotrze bakalarski, owego szlachetnego Mikołaja upolował? Przy naszym kościele Mariackim, powiadam ci Jakubek. Na mnie sam wleciał, jak kula z bombardy ów szlachciura miły. Powiadam uczciwie. Akurat widzą już ślepia moje, jak on na ciebie wleciał. Sam, eś wlazł na niego ślepoto, bakalarska. A wiesz ty aby kto, zaś, to jest? Figura to, znaczna bardzo, choć i młody on jeszcze, na wielkie urzędy ma przy królowej Jadwidze i królu widoki. Już ci przecie, jako szlachcic z rodu znacznego, ma wpływy na dworze, zaś jego słowo za dobry szeląg, nawet ksiądz arcybiskup Bodzanta ma. Co rzeknie, w ciało za przykładem pisma świętego się staje, powiadam ci ja. Jako medyk świeżo na wolnym ogniu spieczony. A ten osioł mój, powiadał do owego że, szkółka przy parafii mu na żywot nastarczy, naparła się zaraz niewiasta bakałarza. A co to? Urząd ci jakiś, proponował u zamku, Kurowski? Bo, m przecie słyszał co nieco, jeno, m za późno zalazł do was. Ano i juści, i co? Że coś, powiadał, zaraz leciał będę jak głupi jaki? Na Wawel, klamki całować, lubo po łbie od straży królewskiej dostać? Człecze, durny sam chyba nie wiesz? Co gęba twoja durna gada? Na to Jakubek powiada. Sekretarzem na dworze królewskim być? Lubo nawet skrybą dworskim. Nie jeden, by chciał takim sposobem, funkcje na dworze naszym objąć. Pójdę ja, może po koronacji króla, na ów dwór, to i obaczę co i jak się tam święci. Rzekłem mu na to, jako niezłomny bakałarz parafialny. Przecie jako się doczepisz do owego, Mikołaja. To i mnie na dworze króla nowego, medyka nadwornego objąć posadkę dopomożesz. A i juści, nabrał ja rozpędu do napędzania, kozłów i baranów wszelakich do obory. Rzekłem na odczepnego kmiotkowi z dyplomem akademii krakowskiej. Nie powiadaj byle czego, jeno pomyśl o kumotrze swoim, co to bez roboty nijakiej, i co, m to pięć roków z kiesy ojca mojego Kuny darmo żarł, na owe żakowskie czasy. Toż powiadam ci, że jako żeś, to samego Kurowskiego s, turbował, a nie wiadomo po prawdzie zaś czy, ze ślepoty, swojej wrodzonej ty to uczynił? Czy za inną jakąś przyczyną? Przeto zaś, że oto urazy on, do ciebie jak widać żadnej nie ma. To takoż samo powiadam ci ja, jako medyk, jako byś skarb z ziemi w Krakowie wykopał, trutniu jeden. Gadam ci to po wtóre jako kumoter twój, leź tam jako najszybciej, do puki się nie rozmyśli ów, Kurowski czasem. Powiadał Jakubek, nadzieją na lepsze czasy napasiony mocno. Będziemy myśleć oba, jak czas, ku temu najdzie. A niewiasta moja co chwila powtarzała. Ano, ano. Ani chybi, juści to i, prawdę powiadasz Jakubek, trutniu królewski. Zaś na takich gadkach zeszło nam aż do wieczora, a że sobota to właśnie była, pogadywali my długo oba, w komitywie przy dzbanie. Rankiem dnia 4 marca 1386 roku pańskiego dzwony w całym Krakowie zwiastowały przytomnym że to niedziela i do kościołów, ruszać na mszę trza. Dziś jednak tłumów pod kościołami, w grodzie żadnych nie było, bo przecie cały Kraków jako żyw ruszył na Wawel, koronację króla Władysława II na swoje własne ślepia oglądać. Na sam zamek, czy do katedry przystępu żadnego, dla gawiedzi i pospólstwa nie było. Tłumy Krakusów aż na błonia przy samej Wiśle wyległy, setki i tysiące poddanych królowej Jadwigi, przybranych odświętnie szły, witać nowego swego króla. Z którym korona Polska, wiązała wielkie nadzieje. Dzwony w grodzie i na Wawelu biły, jak by urwać się z kołysek i ze sznurów chciały, jeden łoskot dzwonów szedł po grodzie. W wawelskiej katedrze, już od rana samego, kolorowe tłumy szlachty i rycerstwa siedziało, właśnie zapalono świece na wszystkich lichtarzach. Zaś na dziedziniec zamkowy, wyległa cała rada królewska, księża arcybiskupi i biskupi korony, duchowieństwo, księża okoliczni, rycerstwo, poselstwa i kilku krzyżaków. Przyszłego króla węgierskiego Zygmunta Luksemburczyka, i wiele innych mniej znacznych, a każde świetniejsze od drugiego. Nagle zagrały fanfary, z drzwi zamku dostojnie wyszła królowa Jadwiga, a przy jej boku szedł Jagiełło, po czerwonym dywanie, podążali wspólnie do katedry, powoli jak na monarchów wielkiego królestwa przystało. Wiwaty i okrzyki, zagłuszały nawet bicie dzwonów. Przy drzwiach do katedry, stał arcybiskup Gnieźnieński Bodzanta, w otoczeniu księży biskupów. Był to przecież nowy, arcybiskup z woli Zygmunta Luksemburczyka który to, miał dokonać koronacji naszego przyszłego króla. Z krzyżem i śpiewem Bogurodzica, podjętym przez zgromadzonych, idących przez dziedziniec zamkowy, procesja weszła powoli, do środka katedry wawelskiej. W kościele, paliły się już od trzech pacierzy, wszystkie świece. Zaintonowano, Veni Creator chorałem gregoriańskim, a po chwili zaczęła się msza święta i trwała ze dwie godziny, bardzo uroczyście. Królowa Jadwiga w pierwej, wraz z mężem zasiadła, na samym przodzie przy ołtarzu głównym. Arcybiskup Bodzanta w otoczeniu biskupów, po zakończonej mszy, podszedł do Jagiełły, z puszką olejów świętych. Dwaj inni z poduszką na której leżała, złota piękna korona, na drugiej berło, z jabłkiem królewskim. Jagiełło wstał z tronu, wolno podszedł do arcybiskupa. Ten zaś położył mu obie dłonie na głowie, wziął z tacy puszkę z olejem świętym, podanym mu przez biskupa, namaszczając króla, wypowiedział łacińską formułę koronacyjną. Oleo sancto unxi te regem Poloniae. In nomine Patris et filii et Spiritus Sanctus. Amen. Co po polsku powtórzył, głośno biskup asystujący w koronacji. Namaszczam cię na króla polskiego, olejem świętym. W imię ojca i syna i ducha świętego. Amen. Po czym na głowę Jagiełły, arcybiskup Bodzanta włożył koronę, podał mu do rąk berło i jabłko królewskie. I zakreślił nad nim znak krzyża świętego. Jagiełło odwrócił się od ołtarza, do nawy głównej, trzymając insygnia królewskie w obu rękach, stał prosto jak posąg, na przeciw królowej Jadwigi. Zaś organy huknęły z całą mocą. Te Deum Laudamus. Korona Polska miała od tej chwili, prawowitego władcę i władczynię. Uroczystości koronacyjne trwały cztery dni, wraz z objazdem Jagiełły i królowej Jadwigi, całego Krakowa dookoła, przyjmowania gości i poselstw. Zaś na koniec oboje królestwo, zaprosiło do hucznej uczty na jaki, zezwalał prastary ceremoniał koronacyjny. Po koronacji na króla, Jagiełło przyjmował ponownie poselstwa, w pierwej przyszłego króla Zygmunta węgierskiego i zaraz po nim poselstwo wielkiego mistrza. Krzyżacy, weszli do sali tronowej ze szczękiem zbroi paradnych i świecących w ślepia, wyczyszczonymi zbrojami. Jagiełło wraz z królową siedzieli oboje w świetnych strojach, na tronach w otoczeniu dworu, rady królewskiej, biskupów, rycerstwa i wszystkich ważniejszych dostojników królestwa. Wielki komtur, Konrad Wallenrod wraz z braćmi von Jungingen, i pozostałymi braćmi zakonnymi złożyli głęboki pokłon królowi i królowej, zaś giermkowie pod nogi królestwa postawili skrzynie z darami wielkiego mistrza. Jagiełło jako już prawowity władca, przemówił pierwszy. Dziękuje wam szlachetni rycerze i bracia prześwietnego zakonu Najświętszej Marii Panny, za przybycie na moją koronację i udział w uroczystościach objęcia tronu Polskiego, przez mój majestat. Poselstwo raz jeszcze, skłoniło się jeszcze niżej, jak należało. Zaś Konrad Wallenrod, wygłosił przemowę do króla i królowej Jadwigi. Że oto wielki mistrz, nie mógł sam przybyć na koronację bo słabuje na zdrowiu. I prosi o wybaczenie. Na co Jagiełło, w duchu sobie dodał, i umyśle. Zaś zaraz mu się wesoło zrobiło, bo przecie król młody jeszcze raczej był, przeto uśmiech powziął na gębie, przez swoją myśl przekorną. Co ci, zaraz za dobrą monetę przyjęli, i jeszcze bardziej w pochwałach i uprzejmościach się rozpływali, pawimi piórami z szyszaków, podłogę zamiatając. Krzyżacy zachwalali, prezenty wielkiego mistrza i pokazywali królestwu, dary wyjmowane po kolei ze skrzyni, skradzione wcześniej gdzie się tylko dało. Jeno tak dobrane, żeby czasem Jagiełło nie poznał, jakiegoś skarbu z Wilna czy Litwy wywleczonego. Wielki komtur Wallenrod wyprostował się i powiada. Wielki mistrz, nadzieję ma wasza królewska mość i wy, wielka i miłościwa pani, królowo Jadwigo. Że oto pokój trwały pomiędzy nami trwał po wieki będzie. A dary wielkiego mistrza, znajdą upodobanie obojga królestwa. Na co Jagiełło, stalowym głosem jaki miał. Powiada uprzejmie wielce. Przekażcie wielkiemu mistrzowi, szlachetny wielki komturze, że oto dziękujemy z panią naszą, królową Jadwigą. Za dary i przyjaźń, zakonu waszego dla naszego królestwa. Zaś rzeknijcie posłowie, wielkiemu mistrzowi, iż z naszej strony, pokój zawsze przedkładamy ponad zawieruchę i wojnę dookoła. Krzyżacy skłonili się raz jeszcze. Po czym na razie, poszli po widzeniu i audiencji dalej, na wielką ucztę wyprawianą w refektarzu, na frykasy zamorskie i wińska reńskie, które to beczkami zachlewać gęby swoje, nad wyraz lubili. Bo to i po prawdzie, w ślepia Jagielle, nie mogli na wprost z braku odwagi, patrzeć. A na królową, pożądliwie ślepiów nie śmieli podnosić, bo przecie Jagiełło bystrzejszy wzrok, nawet od sokoła miał. Zaś po prawdzie tak cudna Jadwiga była jak malowanie. Zaraz po koronacji króla, Jakubek Kuna przyleciał do chałupy kumotra swego, po południu dnia dziesiątego marca, waląc z hukiem kosturem w odrzwia. Jako że brama była zawarta, po chwili stania na mrozku, wrota się rozdziawiły od środka. Zaś gęba, Jaśka naszego służebnego, pyta medyka. Czym służyć, mam waszej miłości? Czym służyć? A palnął cie kto, kiedy w cymbał trutniu? Kiedy mróz na dworze że to i uszy chcą odpaść z kretesem. Puszczaj do środka prędzej. Jaki mróz, gdzie? Wasza miłość. Jaśko owemu powiada, ledwie co, a śniegi poczną znikać z grodu. Dobra, dobra, na to mu medyk szybko powiada. Bakalarczyk z niewiastą w domu? W chałupie przy kominie siedzi. A gdzie mu być? Pani zaś nie ma, bo na rynek za zakupami poszła, z Maryśką swoją. Zaś puszczaj do środka, jeno migiem. Na co tamten, ustąpił się w wejściu, nieco. Jako że na Jakubka, dużo miejsca w przejściach, nie było trza ustępować. Przeto jak miejsce znalazł Jakubek, popędził do chałupy bystro. Drzwi od izby rozwarł i od proga do mnie gada. W zamku ty był? Nie był. Bo i nie uchodzi, napraszać się zaraz po sprzątaniu, po gościach na Wawelu. Powiadam owemu. A kiedy to zamiarujesz, się wybierać tam? Za rok przyszły? Nie spieszno mi jest, na to jam owemu, jako bakałarz rzekł. Ale mnie spieszno, może coś, się zda ułowić przy panu nowym? To leć, bierz sieci i zastawiaj się jako ci pilno. Może szczupaka w przerębli ułowisz jakiego. Lubo sam łbem do przerębli wlecisz. Powiadam medykowi jako kumoter. Gdzie mnie, bez protektoratu Kurowskiego się po Wawelu błąkać. Pójdziemy oba razem, co? Powiada Jakubek. A co ty taki napasły, na tą posadę na dworze? Brak ci to zębisków do rwania, czy łbów golenia i klejenia po zimie jako się rozbiły, owe na bruku twardym? Co mnie tam powiadasz, o jakiś łbach do kurowania, jak u znajomków Kurowskiego służba lepsza będzie, pewnikiem. Niźli nawet, nie wiem gdzie. Ano juści. Nie wie łeb twój, gdzie lepiej mu by było, a pchałby się między drzwi. Jak orzech w imadło do skruszenia na miazgę. A tam zaś, powiadasz byle co. Na to Jakubek mnie gada. Po prawdzie, ciebie Kurowski do roboty w kancelarii nie prosił, bo i co tam miałby medyk jakiś robić? Leczyć za w czasu, z głupoty chyba kancelistów i skrybów? Co by bzdurstw do krzyżaków i innych tumanów, na dworach ościennych nie pisywali. Powiadam na to. A i choć by, na to Jakubek rzecze. Idź ty mnie, dziadu proszalny, ja się tam nie pcham, bo i nie wiadomo jak by tam było by, a ty taki pewny że cię do służby zaraz powezmą? Myślisz sobie że na dworze medyków, wielkie braki mają? Mają tam we dworze tyle medyków że cały Kraków, by mogli twoi kumotrowie po fachu, do świętego Piotra posłać, bez udziału Krzyżaków. W koło Macieju to samo, gadasz jak, jaka kukła nakręcona. Powiadam już znudzony gadką Jakubka. Szczęście jeno, że tamta polazła względem rynku, kosze swoje napełniać, bo ta by mnie, za tobą pchała na zamek, jeszcze szybciej niż gęba twoja, ku mojej własnej zatracie. Na to właśnie kmiotek nasz Jaśko, gębę do izby wsadził i powiada do mnie. Wasza miłość, jakiś rycerz młody, z zamku do waszej miłości się naprasza. Powiada że jakiś tam rycerz z niego i Janota się zowie. Nie znam gęby jego, wpuszczać? Czy psami poszczuć, owego trutnia. Co bardzo lubię wszelakim obwiesiom czynić. Ale jako widzi mi się, to jest pewnikiem, jakowyś Litwin, co to z naszym królem Jagiełłą z Wilna przyjechał. Bo z polska słabo mu idzie i zaciąga, mocno z litewska gadając. Zdurniał ty, czy na ulicy guzów na łbie nabył? Gdzie gościnność nasza staropolska? Psami chciał szczuć, patrzaj jego. Powiadam do Jaśka. Toż to przecie, puszczaj go obwiesiu jeden, do izby, bo na chama na dworze wyjdę, przez twoją gadkę durną. Jaśko niechętnie polazł, po owego jakiegoś tam Janotę, a po chwili we drzwiach stanął młody jeszcze rycerz, w kubraku na pół czerwonym na pół zielonym, z portkami w odwrotności kolorów do kubraka wedle litewskiej mody. Z włosami jak len żółtymi, z wąsem sumiastym, i miłym dość obliczu na gębie. Zaś powiada faktycznie z litewska mocno zaciągając. Niech będzie pochwalony. Jestem kniaź Janota, rycerz i giermek króla Jagiełło, wy. Na co my, oba z Jakubkiem powiadamy, na wieki wieków.Na co Janota skłonił się raz jeszcze i powiada. Bądźcie przeto, pozdrowieni i wy szlachetni panowie. Przysłał mnie kumoter, chyba wasz panie? Pan Mikołaj Kurowski, do pana Krzysztofa, co to bakałarzem w Krakowie, przy kościele Mariackim jest. Jam jest ten, o którego ci rycerzu właśnie idzie. Siadajcie panie, wedle stołu z nami pospołu, u gwarzymy zaś za czym, kumoter nowo poznany. Ów chyba, przyszły ksiądz Kurowski wysłał pana? Jak miano wasze panie? Bom prze, pomniał w pierwszej chwili, powiadam owemu. Czując już w kościach, mocne ubytki wińska w komorze. Jam, kto? Janota, kniaź Litewki. Janota jestem, z Wilna. Jako, m już powiadał. Ach, a. Miło nam obu a ten tu, zaś wedle mnie, medyk i szlachcic takoż samo jako i jam jest, Jakubek Kuna ów osioł, się zowie. Powiadam i ja dwornie. Zapomniałem jeno jakiego on herbu z domu. Jakubek jakiego wy, herbu z rodu? Bo przecie znam cię, ponad dwa roki a nie wiem czy aby z chamem nie mam do czynienia, z gminu? Czy wy z owej małopolski, nie czasem kozik, na herb swój macie zawołanie? Gdzie zaś, zdurniał ty? Na to Jakubek, zakrzyknął w obronie swojej. Herbu, m topór przecie z urodzenia jest. Jaśko, Anielka, wina dawajcie grzanego, bo zamróz przecie a gościa zagrzać trzeba, wedle gościny. Zawrzasnąłem ku kuchni, gdzie córka nasza siedziała przy kądzieli. Zaś Jaśko kmiotek tuż wedle owej w ślepia się owej gapiąc jak sroka w gnat. Jaśko przeto uwinął się zaraz, i gość poczuł się przecie pewniej, jak mu kubas gorącego miodu krakowskiego pod nosem, ziołami zapachniał. Przepili zaś my, na poznanie się, do dna. Na to Janota powiada. Posłał mnie do was panie, szlachetny Mikołaj Kurowski kumoter, i powinowaty po rodzie? Wawelskiego księdza, notariusza królewskiego. Powiada zaś, ów znowu, co mam zaraz przypomnieć panu, że miał przyjść do niego, i zająć wolne stanowisko skryby, w kancelarii za jego poparciem. Bo tam przecie skryby ponoć brakuje, a notariuszowi pilno bardzo. Kogoś ku pomocy, mieć. Jam zapomniał całkiem, mój Janoto rycerzu, bo to i koronacja i sprawy rozliczne w grodzie. No i to, i owamto. Pojmujecie panie? Powiadam jako pożądany, przez kancelarię, skryba. Zaś rzekł, pan Mikołaj Kurowski mnie tak. Jedź Janoto, do tego bakałarza i rzeknij mu, że jak się sam nie pokwapi do mnie zaraz, to niech zaś lepiej lezie na rynek, do jakiegoś tam kupca, i sukno czerwone sobie kupi, dla nie zabrudzenia łba swojego na pieńku u kata we dworze, lubo na rynku. Takoż ci powiadał Kurowski? Nie może to chyba być? Zapytałem i dodałem niepewnie jeszcze jako bakałarz, łba na razie nie pozbawiony zaś, nieco byłem jednak i wystraszony. A i juści. Powiadał tak słowo w słowo, jakom tu rzekł, teraz. To widzę ja, że nie krotochwile to już jakieś, a gardłowa sprawa raczej. Trza mnie pewnikiem niebawem iść. Rzeknij owemu kumotrowi Kurowskiemu a jako widać niecierpliwemu wielce, Janoto. Że to jutro zaraz z rana zajdę po mszy. Powiadał mnie ów, pan Kurowski a widać że to osoba młoda, choć już znaczna, i wyrywna mocno, że to zaraz ma wasza miłość, u niego się stawić. Bo do Pragi względem studiów zaraz jutro, po mszy porannej wyrusza. Zaraz, teraz? Przecie zaraz popołudnie i słońce zajdzie, bo przecie zima jeszcze trzyma. Gdzie mnie o tęgim ćmoku po jakiś wertepach i zamkach łazić. Powiadam jako strachliwy nieco na wszelkie pomroki nocne. Nie stracha, j się pójdę ja, z tobą i nasz kumoter nowy, rycerz Janota. Powiada szybko, w obronie swojej sprawy, Jakubek. Na to, drzwi w zawiasach groźnie jak by wylecieć z futryn chciały, zatrzeszczały potężnie, od naszej izby. Bo oto przylazła z pełnymi koszami, w obstawie, owej do pomocy. Naszej panny, urody wielkiej, Maryśki ze Dwora, oraz buraków i suszonej fasoli, grochu, i innych ogrodowych zimowych produktów, niewiasta moja własna a bakalarska jeszcze. Zaś Janota jako przecie, rycerz dworny, rzucił się zaraz usługi swe, owym składać, jeno że potknął się o stołek, i jak długi leżał zaraz, wedle niewiast zaskoczonych napadem. A mieczem i swoją mizerykordią takiego, to hałasu, w izbie uczynił, jak by na koronację dzwony w Krakowie znowu zabiły. Na co, Jakubek poskoczył ku owemu z, ratować onego. Przeto niewiasta moja, i Maryśka, stanęły jak słupy soli i nie wiedziały co powiadać, na taki widok, jaki się ich wielkim ślepiom ukazał. Janota zaś się powoli wygramolił jakoś, z pomocą Jakubka, i powiada. Co to za zjawiska cudne, owe panie? Niewiasty jak miód i malina albo zaś, jak słodkie bakalie tureckie. Niewolne zaś, owe niewiasty czy służebne? Jak niewolne, są czy służebne? Coś to ogłupiał?

Maryśka

Zdurniał całkiem ty, czy jak? Przecie to niewiasta moja, z rynku z Maryśką naszą, wróciły do chałupy. Powiadam owemu prosto w ślepia. A ten dalej gada, nie słuchając odpowiedzi, na swoją gadkę durną. Odprzedaj mnie owe, lubo choć jedną, za pięćset grosza, dam zaraz. Na co, jak bakałarz, owa pani posłyszała, co ten prawi. Powiada prędzej, niźli kto gębę zdołał rozewrzeć. Zaś Maryśkę, ze strachu całkiem zatkało. Do męża swojego, do Maryśki i Jakubka oraz, Janoty jednocześnie. A ten co, i kto zacz? Zerwał się z kuracji na łeb też, na lodach obtłukły, od ciebie Jakubek? Co zaś, za jeden obwieś, to jest? Tu na ziemi, przed chwilą leżący. W tureckich, pokłonach. I o jakiś tam, słodkich bakaliach jeszcze nam tu, prawi. Turek to jaki, czy co? Ki diabeł? A do Janoty, zaraz po tym. A trzepnął cię kiedy, kto szmatą mokrą, przez gębę turecką? Niesłychane, co ja słyszę! Maryśka, słyszysz ty, co i ja? Szlacheckie to, i stateczne, niewiasty chciał sobie kupować, bo padnę zaraz tu trupem, jasnym gromem rażona, i nie powstanę więcej. Jak cię trzasnę zaprawdę, to do swoich zmysłów, zaraz przyleziesz. O ile je, posiadasz w ogóle mój panie? Zaraz najdziesz we łbie opamiętanie. Przeto wszyscy my trzej, zaraz poczęli, gadać jeden przez drugiego, i składne usprawiedliwienia dawać, zaś zamieszanie z tego takie wyszło, jak by tatary wpadli do izby, a Janota taką głupią gębę uczynił, jak by nie rycerzem i kniaziem był, a strachem na wróble w ogrodzie. Na co, w końcu ochłonąwszy z owej, niespodzianej gorącej kąpieli. Powiadam owej, toż to rycerz litewski Janota, króla naszego Jagiełły, od znajomka naszego owego szlachetnego, Mikołaja Kurowskiego z posłaniem, do mnie naszedł. Przeto nie turbujcie się, zaraz moja żono wściekła, i ty Maryśko moja miła. Bo przecie u nich insze obyczaje, niźli u nas w koronie. A po wtóre, ciesz się jeszcze z tego, że cię ktoś kupić, by chciał. Widać żeś pewno i urodziwa, chyba mocno? Razem z tą drugą, chociaż tamta nieco młodsza. Chyba? To po coś, mnie brał w śluby i latał za mną jak, kot bury z pęcherzem? Powiada owa. W końcu rozmyśliła się, gniewną udawać. Bo bakałarz, owa, z Maryśką siadły na zydlach, przy stole a ze śmiechu, się wzięły trząść jak byś, gruszkę z owoców na jesień otrząsał. Janota zatem zgłupiawszy całkiem, i nie wiedząc co, na to gadać, w pierwej złapał się, za dzban z miodem, wlał sobie, zdrowo w kubas, i pociągnął do dna. Zaś szybko powiada, darujcie miłościwa pani, i wy śliczna panienko. Nie wiedział ja, że oto małżonką jest pani, tego tu oto pana bakałarza, com to po niego zalazł, z woli kumotra jego, Kurowskiego. A ta, panna? Pewnikiem wolnego stanu jest? Wolna, ona no i co? Zaraz za byle jakiego trutnia iść ma? Powiada moja niewiasta. Na co Maryśka, machnęła ręką, a obie śmiały się dalej. Choć Maryśka nieco mniej, bo widać że się jej, chyba rycerz podobał. No to i wszyscy się śmiać poczęli, jeno Janota śmiał się pół gębą, bo to i jakoś głupio mu było, jak by się, czosnku nażarł, miast chleba z masłem. Aż służba nasza cała się zleciała, pytać czy się co nie stało złego. Na to Janota zaraz, powiada. Przecie jam, nie żaden truteń, jeno z kniaziów litewskich, swój ród wynoszę. Zresztą, darujcie panie moje. Trza mnie zaraz wracać, do zamku pójdziemy szybko, bo przecie ów, Mikołaj czeka, na was panie. Jutro zaś do Pragi jechać ma, jakom już powiadał. Przeto, chodźmy jako aż tak późno jeszcze nie jest, powiada i Jakubek i Janota razem. Jak by jedną gębą byli. Konia Jaśko dawaj, lubo dwa, bo przecie Jakubek piechtą tu zalazł. Jako zwykle. A naparł się leźć za mną do ochrony. Po pół pacierza stały trzy konie przy ulicy wraz z ogierem Janoto, wym. Pojechali zaś, my we trzech na zamek, jeno Janota mało gadał, bo tak głupio mu było że zapomniał języka w gębie. Na Wawelu, ruch był po koronacji króla duży, bo to i siedziało jeszcze poselstwo wielkiego mistrza, czy też przyszłego króla, Zygmunta Luksemburczyka, i kilka innych, jeno ci razem siedzieli, przecie więcej przy stołach biesiadnych i kielichach darmowego wińska, niż na audiencji u królestwa naszego, czy na częstych dość mszach dziękczynnych. Janota prowadził nas, przez krużganki i ciemne korytarze, jako gości swoich, zaraz do kancelarii notariusza. Zapukał głośno, w dębowe grube odrzwia. Po chwili ozwał się głos, chyba Mikołaja Kurowskiego. Proszę, wejść drzwi otwarte! Janota rozwarł drzwi całkiem na oścież, i powiada do owego. Przyprowadziłem wasza miłość owego bakałarza, z dodatkiem do niego, w postaci medyka młodego Jakubkiem zwanego, powiada że herbu topór, czy jakoś tam, po waszemu. Proś Janota, owych do środka. Zaś możesz iść, dzięki ci za posługę rycerzyku. Wejdźcie oba. Powiada Mikołaj, siedzący za wielkim sekretarzykiem, ze stojącymi na nim dwoma lichtarzami, z palącymi się świecami, choć na dworze jeszcze jasno było, to tu już nieco ciemnawo. Regały przy ścianie i dwie szafy grube, były zawalone papierami, rulonami, mapami i wszelkim innym dobrem, co nie tylko dla notariusza mogło być potrzebne.

Kancelaria króla Jagiełły

Komnata była skromna, z wielkim krzyżem na ścianie aż poczerniałym ze starości, ale za to ze złoconą figurą zbawiciela, i kilkoma obrazami świętych pańskich, na ścianach. Wielki kominek huczał właśnie ogniem. Pan Kurowski wstał od szerokiego sekretarzyka, i podszedł ku nam bliżej. A obaj my goście, powiadają zaraz. Niech będzie, pochwalony. Na co ów, na wieki wieków. I Amen, rzecze. Zaś zaraz powiada, nie chciała przyleźć, góra do górala, musiał góral sam się do niej kwapić. Ale niech ci tam, będzie. Księdza notariusza nie ma, ale jakom rzekł mu, że z mojej poręki przyjąć, cię na próbę kazał. Siadaj mi, i pisz na ową próbę, niechaj obaczy notariusz, jak ci idzie, bo tu trza skryby biegłego. Bo na 11 listopada musi ksiądz notariusz, traktaty gotowe mieć, dla grodów w Nasielsku, Ogrodzieńcu i Pasymiu, o ustanowieniu dla nich praw miejskich, pojmujesz? To i moja propozycja, owemu jak z nieba spadła, ot co. Pojmuje jako tako, wasza miłość. Powiadam owemu. No, na to Kurowski. Choć czas jeszcze, na brudno przygotowane pisma na sekretarzyku, mamy. I ja też pomagam tu, jak jestem w zamku czasem. Jam, też przecie pisarz raczej składny jest, wasza miłość. A nie tylko do nauki i sztuki kaligrafii jeno, jako mi ksiądz proboszcz, Stanisław nakazywał dziatwę nauczać i powiadał, że nauczać ich muszę dobrze, bo ciemnota w pospólstwie jest. Gadam na to. Słusznie ksiądz Stanisław powiadał. Dodał Mikołaj, wiem i ja to samo, bo i ja przecie czasami nauczam. Jakom ci już powiadał. Jeno jakoś o uszy mi się obiło. Słyszałem to, od księdza proboszcza mariackiego. Że to i składnie ci całkiem idzie. Weź, i przepisz owe traktaty, na tydzień przyszły wprawdzie jeden z nich potrzebny, dla okazania królestwu, ale co będzie gotowe, to i z głowy, pisanina spadnie. Bo brak tu skryby jest, a nowego ze świecą, trza szukać, aby składnie litery stawiał. Przeto poszedłem do drugiego pulpitu, zasiadłem i pisać ja, m począł, jak pan Mikołaj mojej gębie nakazał. Kurowski zaś popatrzał, na Jakubka Kunę i powiada. Znam cię, bośmy się napotkali u owego. Przecie. Po czym pokazał głową na mnie. A ty mój, młodziaku za czym tu, węszysz? Za zmiłowaniem, waszej miłości. Jakubek wypalił prosto jak z armaty. A co to, spowiedzi ci potrzeba? Księdzem jeszcze jam, nie jest. A i nie wiadomo jeszcze, czy będę. A księdza notariusza, jakom już prawił nie ma dziś. Spowiedzi mi nie trza, wasza miłość jeno, miejsca do spania i roboty, bom po studiach na akademii naszej, bez instancji się ostał. Zaś miast ratować drugich, sam oto poratowania od mrozu wyglądam, jako medyk bez chałupy i jako kawaler po ziemi, łażę samotrzeć. Chyba do Kunowa mi wracać przyjdzie. Jeno co ja tam, jako medyk czynił będę? To takoż samo, jako i ja, rzekł z uśmiechem na gębie przyszły ksiądz. A do seminarium, lubo jakiego klasztoru, nie chciał by ty? Medyków tam trza takoż samo, jako i gdzie indziej. Ja, wasza miłość, nie bardzo się nadawał bym, do kruchty, bo, m to raczej za mieczem i krzyżakami się oglądał co by najpierwej siekać owych, zaś do zdrowia przyprowadzić, bo dusza u mnie litościwa. Podoba mi się ów Jakubek, bo składnie gada. A dyplom akademii krakowskiej w kieszeni masz? Mam ci jego zawsze przy sobie, powiada szybko Jakubek. Pokaż zaś, mnie go tutaj. Jakubek wyciągnął dyplom z za pazuchy, odwinął z rolki na jaką nawinięty go miał. Podał panu Mikołajowi a ten czytać począł. No no, powiada prymusem, to ty nie był, ale na całkiem zdatnego doktora, żeś się tu wyuczył. Nie odeśle cię na zamróz, bo i litość nad szlachcicem, w biedzie mam. Posiadam ja, tu swoją komnatkę jedną na parterze, wezmę cię na żołd szlachecki, na razie swój. A że do Pragi jadę, przecie wolna będzie. Sprawisz się dobrze to i do króla na posadę pójdziesz. Dam ci w miesiąc,80 groszy ze swojego, jako medyka trzeciego na dworze. Weźmiesz klucze, od komory mojej, zaś do Marcina ze straży poleziesz, to i uprzątnąć ci izbę pomogą tam zaraz. Albo i nie, sam pójdę z tobą. Bo cię jeszcze Marcin, przecie nie zna, i na zbity łeb z zamku wyrzuci. A spać, masz w grodzie, gdzieś? Mam miejsce, w gospodzie pod Jeleniem, jeno. Jeno, co? Zapłaty za co, nie mam uczynić i karczmarz rzekł, że na zbity łeb mnie wywali. Jak mu czynszu, nie wniosę do kiesy. A ojcu już nie chcę głowy suszyć daremno za groszem bo to i przecie nie uchodzi. Słusznie prawisz, słusznie prawisz. Nie uchodzi takie coś ojcu i matce swojej wygadywać. Oj, moi rycerze święci, i święty Mikołaju, westchnął Kurowski. Dobrze jedynie to, że ja od ojca swojego, nie muszę za groszem każdym węszyć. A ta izba wasza miłość gdzie? Pytał dalej Jakubek. Na parterze przy krużgankach stoi. A i prawda! Zapomniał by ja całkiem że zimno tam jak w psiarni. To i napalić tam trza zaraz, nie siedzę ja zbyt często w tej izbie, bo to nie jestem przecie trójcą świętą, i izb mi tyle nie trza naraz, a zimno pewnikiem tam, jako w psiarni jakiej. To i przecie chodźmy, rzekł pan Mikołaj Kurowski. Na co Jakubek, choć też szlachcic, jeno że bez grosza. Walnął się na kolana przed kumotrem nowym i powiada. Muszę takie podzięki, waszej miłości złożyć że ino, nie wiem co gadać, mam. Nic mnie tu nie gadaj, wierną służbą królowi i królowej naszej zapłacisz. Tak mnie wasza miłość z, ratował jak, obwiesia jakiego od kata. Nie spłacz, aj mnie tu, idziemy bo czasu nie mam. A ty zaś bierz się i pilnie pisz, jako wrócę zerknę czy, się tu nam do kancelarii na skrybę nadasz. Poszli zaś.

Skryba dworski przy pracy

Przeto bakałarz, jakim ja w istocie był, pomyślałem sobie. Czy się nadasz? Jako Judasz? Może się i nadam, a może i nie? Mam to tam, gdzie akuratnie, siedzę na tym. Czyli w dupie. Ot, to Jakubek na moim grzbiecie na urząd, jakiś tam sobie wjechał. Jak by na łysej kobyle poszedł w górę, z wiatrem od zadu. Ale niech mu tam jest, trutniowi przecie do się na chałupę, wlec go nie będę, bo by mnie rozpił z piwnicy wszystko, i zeżarł z kretesem, a jeszcze i by bez zakupu do mojej baby się brał, jako i tamten osioł litewski. Z drugiej strony, ów Kurowski bardzo dobry człek jakiś, to jest. W pierwej, rozejrzał się ja po izbie, czy uszu jakich, albo ślepiów ciekawskich z ksiąg nie widać, i głośno rzekł sobie. Takoż, mnie wasza miłość z, ratował, jako obwiesia od kata s, rata tata. Tfu, co za osioł z tego Jakubka durnego. Zaś machnął ja, łapą z piórem, aż inkaust, na gębę mi wskoczył. Zaś jak piegowaty Jasio gębę miałem. Popatrzałem na swoje pismo, piórem formowane i powiadam, sobie w duchu, zgrabnieć mi nawet tu, idzie. Może lepiej, kleksów na traktatach narobię, to może i mnie nie powezmą w ten kierat dworski? Jeno tamta moja nieznośna niewiasta, by mnie znowu dała. Lepiej nie. Pomyślałem po cichu. Mikołaj Kurowski wrócił po trzech pacierzach, i powiada. Jako zaś, przyszły ksiądz katolicki, sprawiłem się bardzo znacznie i dusze, m owemu medykowi z, ratował. Zaś wysłałem onego, do imiennika mojego Mikołaja Kozy, co w kuchni królewskiej dowodzi, co by z głodu nie przy, zdechł gdzie na progu. Bo i na mnie by było, com to nie, dopatrzył potrzebującego w biedzie. A tobie idzie jak, zaś? Pokaż jak traktaty żeś to, przepisał. A i juści prawie jest gotowy, pokazałem swój pergamin. Może być, na to Kurowski. A czemu gębę masz całą w piegach, zielonych? Gębą ty pisał? Idź zaś do ceberka, i gębę, sobie przemyj. Jak dobrodziej każe, rzekłem zgodnie. Po chwili wrócił, ja z gębę nieco obmytą, bo przecie inkausty, silniej gęb się trzymają, niźli piór i pergaminów. My chyba, rówieśnikami jesteśmy, panie? Zapytałem drugiego bakałarza z Pragi. Któryś ty rok, jest rodzony? 1352 powiadam pomny na papiery w skrzyni. A wy panie. Ja? W Szreniawie się porodził w 1355 roku. Toście młodsi ode mnie, o trzy roki. A dobry jako anioł jaki. A gdzie tam zaś, powiada Mikołaj. No i? Pytam owego, swego niby dobro dawcę nowego. Co, no i? Na to stanowisko u księdza notariusza, zdasz się chyba, widzę ja. Zaś jutro na rano zaleź, wedle siódmej godziny, do mnie. Pójdziemy w pierwej, na mszę poranną, posłużysz księdzu notariuszowi do owej. Zaś do śniadania zasiądziemy. Po czym! Zaczniesz robotę. Ja już do Pragi pojadę, masz tu sakwę, z groszem na pół roku i jeden kwartał. Dam ci dziewięćdziesiąt i pięć grosza w każdy miesiąc, jako i owemu choć, ty o piętnaście, więcej otrzymasz, bo to i chałupę swoją masz. Od dzisiaj, mianem naszego skryby dworskiego, się możesz posługiwać. Zaś idź, teraz do chałupy i powiadaj swojej żonce, żeś to za orędziem moim i niewiasty swojej, Kurowskiego, pisarzem jest. Koście mnie jeszcze wszystkie bolą, jako żeś mnie to, na rynku mocno zbombardował. Zaś ja muszę przecie, na mszę wieczorną do katedry zamkowej iść i posłużyć do owej. Ma wasza, miłość medyka swojego teraz, coś to go kupił na Wawel. Za swoje grosiwo. Niechaj go bierze, wasza miłość za chałaty, niech się bystro wykazuje co go w naszej krakowskiej akademii wyuczyli. Powiadam owemu niby, biedakowi o pełnej kiesie. Na co ów, spojrzał na mnie jakoś podejrzliwie z ukosa i tak mi powiada. Czasu mnie bardzo brak. Zresztą struł by mnie może, nie daj bóg czym paskudnym? Bo to przecie medyki, straszliwe driakwie czynią. Przeto, do jutra z rana. Idź zaś z bogiem. Na to rzekł, Mikołaj Kurowski. Bóg zapłać waszej miłości, Mikołaju. Powiadam z jakąś tam wdzięcznością w imieniu swojej niewiasty, niestety już jako pisarczyk, a nie bakałarz, jeno skryba dworski. Zostańcie z bogiem. Czekaj no właściwie, powiada pan Mikołaj. Pójdziemy w komitywie razem. Ja, do katedry na mszę, jakom powiadał, pójdę. A ty zaś, idź obaczyć jako, ten twój kumoter medyk. Jak mu tam? Jakubek. A i juści Jakubek, sobie na nowym miejscu radzi. To i chodźmy, zaś jak wasza miłość nakaże. Powiadam do tego nowego zbawiciela swojego. Na wniosek baby mojej uzyskanego, nie mój przecie. Jeno co mi tam, trzeba się w kierat dworski pewnie będzie wzwyczaić, ze swoją wolnością szlachecką rozstawszy.

Skryba piszący traktat królewski


Zamek Krzyżacki w Malborku brama

Zaś w dalekim Malborku gdzie, Krzyżacy po gościnie w Krakowie już u siebie w twierdzy siedzieli, takie rozmowy w szwabskim języku słychać, było. Kufel piwska w łapach dzierżąc właśnie, do swych współbraci młody jeszcze, ale zapalczywy jak ogień w kuźni, Ulryk von Jungingen powiadał. Przy kominku ogniem płonącym w wielkim refektarzu, gdzie kolację właśnie z innymi krzyżackimi kanaliami żarli, mlaskając i plwając obżartymi kościami, po bokach jedni na drugich, według mody niemieckiej. Na koronację, królowej Jadwigi parchata rada królewska nas, do Krakowa, nie prosiła, bo przecie bali się owi opiekunowie królowej, że możemy od niej co, uzyskać i na wpływy nasze ową królewnę młodą pokierować. A do koronacji, starego lisa i capa burego Jagiełły, sprosili nas, pewnie co by pokazać jakie, będziemy mieli z owym Litwinem zatargi. I jakie to, czasy nasz zakon przy nim czekają. Nie wróżę ja nic, dobrego z owego wyboru, tego Jagiełły na króla Polski. Nie kraczcie bracie, powiada na to Konrad Wallenrod. Jednako, rację ci przyznać muszę. Bo przecie jak by, ów durny Wilhelm Habsburg, królem tam nastał, co to Jadwiga za nim dwa lata przepłakiwała, spokój mieli by my i państwo nasze. Po to, pogonili Polacy z Wawelu i grodu Krakowskiego owego, jej oblubieńca i temu staremu osłowi ją dali. Mogli my, przecie bardziej wspomóc księcia Władysława Opolczyka jakim grosiwem, i wojskiem zaciężnym, mieli by my, w Krakowie przychylną nam frakcję. Teraz tylko pozostaje, czekać ile nam krwi napsuć Jagiełło może, i na wojny nieustanne, państwo zakonne z tym przeklętym Litwinem musimy narażać. Znamy go my, przecie bardzo dobrze. W ślepia ci patrzy Jagiełło, a z tyłu ogień ci za, plecami roznieca, jak nie patrzysz mu na łapy. Konrad von Jungingen mówił, właśnie takie coś, do wielkiego mistrza, Konrada III swego imiennika, Zollnera von Rotensteina. Kaszlącego na najbliżej, siedzących wedle niego współbraci, i smarkającego sowicie akuratnie, w swój płaszcz zakonny. Na co ten łapą napuchłą, machnął i powiada, smarcząc dalej, głośno. Mnie tam, przecie niewiele żywota już, na tym ziemskim padole pozostało, będziecie musieli, z tym Jagiełłą żyć, albo umorzyć owego. Wraz z tym całym jego królestwem, oraz z litewskimi a Żmudzińskimi ziemiami i ludami, niewiernych krzyżowi. Słusznie bardzo, prawicie bracie, wielki mistrzu, powiada na to. Konrad von Jungingen, jako jeden z bardziej pokojowo nastawionych krzyżaków, wobec królestwa Polskiego. Póki co? Musimy pokorną gębę im okazywać, i do Krakowa w poselstwach łazić, lubo zapraszać, Jadwigę z tym diabelskim Jagiełłą do siebie. Ten stary cap, do Malborka nam nie przylezie, bo mu za daleko. Ale do Torunia go sprosić, warto kiedyś było by, niedługo. Trza zaś gadać Jadwidze, jak na ową smarkulę przystało. Ona, to nie pradziad jej, ten król dziadowski Łokietek, co twardą łapę, dla zakonu naszego miał. Urobimy ją, my po swojemu a, jak urobimy ją, to ona jego, dla naszej sprawy urobi. Wiem co powiadam, bo piękna niewiasta to bardzo jest, a w takich szatan zawsze siedzi i gniazdo swoje piekielne ma. Jagiełło dla owej dziewki węgierskiej, i tak już łeb swój stracił, i nie wie sam gdzie go szukać ma. Co też powiadacie, bracie Konradzie kiedy ona, tak kościołowi wierna, jak pies. A jako kościołowi jest posłuszna, to i nam przychylna musi być. Jeno, to powiadam wam. Mnie tu kościołem, duszy nie zawracacie bracie. Mnie o zakon niemiecki idzie, jako wielkiemu mistrzowi, przystoi powinność jego. Kościół święty poradzi sobie sam, bez niczyjej pomocy. Musimy na swoje gniazdo patrzeć, a nie na Rzym. Rzym i papież daleko. Jagiełło blisko nas siedzi, i tu ślepia nasze muszą patrzeć, w noc i w dzień, tak samo czujnie, w każdej godzinie jak ten diabeł litewski na tron polski nastał. Ach, ja ja, ja wohl, zabulgotali. Po czym, wszyscy potaknęli zgodnie zarośniętymi łbami i brodami do pasa i przepili wińskiem, owe mądre, wedle nich, wywody wielkiego mistrza. Zaś przepijali do rana, za wyjątkiem, wielkiego mistrza, którego podagra skręcała i musiał iść legnąć na leże i kaszleć do rana. Obficie popluwając, w nocnik i obok po kamiennej posadzce. W Krakowie bo i gdzie? Jam jako pisarczyk kupiony dla roboty u księdza notariusza, wstałem z samego rana z wyra swojego, zaraz po pierwszym kurze. Powiadam do swojej niewiasty. Przemodlił się, ja. Wedle, zwrotek. Kiedy ranne wstają zorze, oraz Pater Noster i Zdrowa, ś Maryjo. I powiadam jeszcze do owej. Lecę ja na ten Wawel co by, nie zapóźnić się do służby, przez ciebie wyżebranej. Przecie na wstyd, się nie dam że, m zaślepił godzinę do nakazanej przez owego Mikołaja, durnego. Co to, z ulicy zbiera, wszelkie wywłoki, i swoim groszem, je hojnie obdziela. Na to pisarczyk, owa, grzejąc na piecu polewkę, powiada. Takoż na niego, ty nie powiadaj bo i nie uchodzi. Ano zaś leć, jeno nie połam się po lodzie bo ślisko pewnikiem, jako i wczoraj było. A i juści, juści, ślisko nie ślisko, wszystko mnie za jedno, jakoś mnie w owe tryby nasadziła. To niech się i mieli, może i wór mąki dobrej, albo i splesłej się z owego mielenia utoczy. Na Wawelski zamek, dotarłem, w chwili kiedy dzwony, w katedrze na mszę poczęły dzwonić. Wszak jak by nie patrzeć, przeto na niecałe pół godziny, przed naznaczonym wcześniej czasem. Wszedł ja do środka, zaś uczyniłem znak krzyża, na sobie i łbie swoim, w święconej wodzie jaką, w wielkich kamiennych, wyżłobionych w miski kolumnach, przy samym wejściu postawiono. W środku kościoła, było jeszcze pustawo o tej porze. Jeno kilkanaście osób siedziało, pogrążonych w modlitwie. Stalle w nawie głównej przeznaczone dla pary królewskiej stały jeszcze, przecie zupełnie puste. Poszedł ja z gębą głupio rozwartą jak kmiotek ze wsi jakiej zapadłej, na skraju królestwa naszego położonej wśród kniei rozległych. Ale za to z nadzieją na przyszły czas, nieznany do tej pory nikomu.

Katedra Wawelska

Na owe cuda, aż do samego przodu pod ołtarz główny wolno, z łbem zadartym wysoko i patrzał ja jak urzeczony na chorągwie z orłem białym, znaki rycerskie wiszące od sufitu, obrazy święte, kolorowe witraże i cały ten stary kościół, będący ostoją Polskiego królestwa. Dawał każdemu kto tu wlazł, poczucie bezpieczeństwa i poczucia własnej siły i wiary, w króla, królową i samego siebie, każdego kto z Polskiego rodu był. Tutaj był świat pana Boga a i wielkości tego królestwa. Z zakrystii, wyszedł właśnie pan Mikołaj Kurowski, co to przebrał się do mszy, bo pokazał się przy, księdzu notariuszu odzianym w czerwony ornat. Kiwnął ręką, ku gapiącemu się do góry, pisarczykowi. Podleź ino tu bliżej, ku mnie powiada. Zaś ksiądz notariusz powiada, z za Kurowskiego wyglądając. To ten, coś go powziął do roboty, u mnie? A juści ten sam. Służyć do mszy umiesz? Pyta się mnie, czyli gęby mojej, ksiądz notariusz. Co nie mam umieć? Każdy łamaga, nawet krzyżak, umieć do mszy służyć, powinien. Umie i ja, co to ksiądz myśli sobie. Powiadam owemu, z nadzieją że każe mi iść, w diabły w, pierwej Kurowskim na samym początku poszczuwszy. Nic sobie, ksiądz nie myśli, powiada na to, ksiądz notariusz. Zaś nie pyskuj tu z rana, jakoś ledwo do roboty, i służby bożej przylazł. Mogę leźć za powrotem jak, się księdzu gęba, moja nie widzi. Powiadam dalej z nadzieją, że mnie psami wściekłymi, aż na stary rynek pogonią. Gdzie bliżej do karczmy, i bezpieczniej niźli na owym Wawelu. Tego, m nie powiadał, że gęba mi się twoja nie podoba. Rzekł ksiądz notariusz, wzruszając ramionami, aż mu się ornat przekręcił. Weźmie ksiądz, stanie jakoś bardziej prosto. Poprawimy ojcu, ornat bo jak strach na wróble ksiądz, wygląda.

Nie zaś jak na szacownego duchownego a notariusza królewskiego. Powiadam jako pisarczyk już zrezygnowawszy z możliwości otrzymania, banicji z kościoła. To i poprawiaj jemu. Powiem ci coś, co czuje nos mój, powiada, Kurowski do mnie po cichu. A co? Czuje, ów nos, dobrodzieja? Pytam się owego, szlachcica. A to że, przy tobie, czuję już ja, w kościach swoich, jakiś żywot bardziej niźli wesoły mnie, przy takim pisarczyku, już nie za długo czeka. Na co, powiadam mu, zaraz. Na wzajem ja takoż, samo czuję, nie tylko w kościach, ale i we łbie swoim, wasza miłość. Spokój mi teraz, i cicho bądźcie oba. Idziemy, pomodlić się przede mszą, bo zaraz drugie dzwony, bić będą. Rzekł ksiądz notariusz, poważnie bardzo. A do Mikołaja powiada, jakiś koń nie ujeżdżony, z tego pisarczyka twojego, i pyskaty jakiś, jak krzyżak z Malborka. Nie wiem czy go brać? Ujeździ go ksiądz raz, dwa, na to Mikołaj powiada. Dalej idziemy, bo przecie. Na mszę, przyjdzie zaraz, król z królową, to i spraw się dobrze z tym drugim obwiesiem medykiem, bo i on lezie, już widzę, jako, m mu nakazał. Zaś po mszy, chciałem was, obu naszemu królestwu pokazać i przedstawić zaś. Powiada ksiądz notariusz. Czy krzywi nie będą? Że oto, m powziął do służby obu was, bez wiedzy króla, za namową Mikołaja. Z resztą, co mi tam, na jego wikcie na razie będziecie. Niech będzie, pochwalony, Laudetur Jezus Chrystus. Jakubek powiada, gębą zipiąc do swego nowego dobroczyńcy i księdza notariusza oraz do mnie, i księdza proboszcza, gotowego do mszy. Zaś zapalający już świece na ołtarzu, kościelny, odpowiedział, owemu, na wieki wieków. Jeno Kurowski amen, dodał. Chodźcie do zakrystii bo jeszcze pięć minut mamy jako widzę na zegarze. A co wasza miłość przy mszy, czynił będzie? Zapytałem Kurowskiego. Ja? Za lektora pisma świętego wystąpię. Zaś zaraz, po mszy na egzaminy, do Pragi jadę. Powiada grzecznie Mikołaj, niby jako święty jakiś, a taki dobry jako rzadko kto. Jakubek z gębą zadowoloną i wymytą do czysta, wyglądał, jak prawdziwy ministrant, już chciał gębę rozdziawić, aby gadać coś od rzeczy, jeno ksiądz notariusz ukląkł i z nim wszyscy musieli, my czynić to samo. Pomodliliśmy się wspólnie. Zaś Kurowski powiada, idziemy. Wyszliśmy do mszy. Jakubek dzwonkiem, dał znak do mszy, kościół był prawie pełny, a po prawej stronie już siedzieli, na ławach Jagiełło z Jadwigą. Przyszli nie wiadomo jak i kiedy, jak dwa dobre duchy tego królestwa. Celebranci pokłonili się wpierw nisko, i z godnością ku tabernakulum. Później królowej królowi, wraz z oboma ministrantami. Para królewska powstała z siedzeń, skinęła przyjaźnie głowami na powitanie, zagrały organy, zaczęła się msza poranna. Msza nie była zbyt długa, i bez znacznych potknięć ze strony obu ministrantów, bo przecie nie niedziela dziś była, jeno czwartek. Pod koniec mszy ksiądz notariusz udzielił parze królewskiej, co rocznej komunii świętej wraz z księdzem proboszczem katedralnym Antonim. Zaś w drodze powrotnej od tabernakulum, z puszką na hostie, Jakubek Kuna lazł blisko, zaraz za księdzem proboszczem, z uwagi na pilność jaką chciał pewnikiem, okazać w służbie bożej. Przeto nadepnął owemu, na albę wystającą do ziemi spod ornatu, i oddarł kawał koronki z głośnym hałasem na cały kościół słyszanym, dobrze że ksiądz dobrodziej nie wyrżnął łbem, w drzwi od zakrystii. Jeno my jako obwiesie i księża, wraz z Mikołajem Kurowskim. Jak spojrzeli na naszą wielką parę

Jadwiga i Jagiełło na Wawelu

Ujrzeli wszyscy, iż oboje gęby sobie przysłonili i trzęśli się przez chwilę, pewnikiem z zimna. Ale i pewne ożywienie, dało się zauważyć wśród zgromadzonych wiernych, bo prucie koronek, słychać było aż pod chórem. W środku zakrystii kościelny, pomagał księżom, zdejmować ornaty. A ksiądz proboszcz, odwrócił się do Jakubka i powiada. Musiałeś na mnie następować, tak blisko? Zobacz jakiś, to kawał koronki wydarł. Ty jak wilk jakiś jesteś, co zeżarł kawał mięsa i omal nie udławił się, z jego nadmiaru. Jakubek na to ramionami wzruszył, i powiada wolę ja być bliżej księdza, niźli posądzony być o to, że od służby się ociągam. Ksiądz machnął ręką, i powiada. Idziemy jaśnie państwu się pokłonić. Jagiełło z królową Jadwigą, kończyli właśnie modlitwy po mszy, powstali i chcieli ruszyć do drzwi. Tylko wstrzymała ich owa trójca nie święta, podchodząca ku nim w ukłonach i ze strachem na gębach w, naszych dwu obliczach. Szlachetny Mikołaj Kurowski i ksiądz notariusz powiadają. Wasza królewska mość i królowo nasza. Chciałem prosić, tylko o chwilę posłuchania. Jagiełło z Jadwigą stanęli uprzejmie i ciekawie nadstawili uszu. Jako notariusz królewskich mości, przyjąłem do służby owych dwóch, jeden to skryba dla mnie do pomocy, za orędownictwem szlachetnego tu stojącego, a znanego waszym królewskim mościom, Mikołaja Kurowskiego. Jeden Krzysztofem z wioski Piła zwanym jest, z samej Wielkopolsce położonej herbu Guizot jako powiada, a ten tu drugi, to medyk, zowie się Jakubek Kuna herbu topór, po akademii naszej, bez roboty. Wziął ja ich na razie, na wikt swój, jeno do wspólnej posługi. Powiada Mikołaj. Nie za duży to ciężar, drogi nasz Mikołaju na siebie ty bierzesz? Gdzie zaś, biednym nie jest. A mój stan szlachecki, królestwu pomagać winien, jako może. Szlachcie naszej wspomożenie chciałem dać. Jadę zaś, zaraz do Pragi, na pół roku, jeszcze egzaminy zdać i wracam zaraz. Pobłogosław mnie królowo nasza. Jedź zaś z bogiem. Za czym nad nim znak krzyża uczyniła. Przy czym, królowa Jadwiga, uśmiechnęła się tak, aż w kościele pojaśniało, skłoniła głowę, na znak zgody, zaś podała rękę, do ucałowania, co wszyscy my trzej, wykonali bardziej niźli chętnie. A Jagiełło, do księdza proboszcza powiada, za ramie nim potrząsając lekko, z zadowolenia z widoku, jaki jego ślepia królewskie rozbawiły. Jeno musi ksiądz, pilnie owego Jakubka, musztry kościelnej nauczyć, bo jako dalej będzie waszej miłości łaził po koronkach, jak ostatni obdartus ksiądz, na tym interesie wyjdzie. A kiesa, i skarbiec na zamku, zaraz nam dnem się pokaże. Ale, powiedział to z uśmiechem na gębie królewskiej, wobec czego przyjęli my to za dobrą monetę wszyscy. Przecie on medykiem jest, dziś tylko ku poznaniu go, z waszymi miłościami królewskimi, do posługi przy mszy wzięliśmy. A, cha, na to Jagiełło, medyk zawsze się nam, nowy zda. Bo z krzyżakami w pokoju, długo siedzieć nie będziemy. Przeto odwrócił się do królowej Jadwigi, i powiada. Pójdziemy? Wasza królewska mość? Na co królowa, rękę mu podała i poszli w zgodzie, jak by Jagiełło Niemcem Wilchelmkiem Habsburczykiem był, a nie nie zastępcą owego. W czym, tam? Nie będziemy dochodzić owego. Rzekł sobie, w myśli Kurowski. Zaraz po tym, para królewska udała się dostojnie na zamek, śniadanie spożywać. A Kurowski pożegnał się i do czekającej już na dziedzińcu karety poszedł, zaś pojechał do Pragi. Natomiast ksiądz Notariusz obu nas jako, swoich pomocników spadłych mu z nieba, jak grom jasny. Do kuchni zabrał, na śniadanie tak samo, jak obiecał przecie nam, Kurowski. Tam panował niepodzielnie mistrz noża i patelni Mikołaj Koza, wywleczony gdzieś aż, spod Kozienic, przez naszego kasztelana zamku, dla króla. Bo ten gotować umiał smacznie i po węgiersku, a Jagiełło i Jadwiga takoż samo spożywać, lubili na ostro. Właśnie ten podśpiewywał sobie wesoło przy garach i to, w otoczeniu armii, kucharczyków królewskich którzy latali jak z pęcherzem raz w te, raz w tamtą stronę i podawali królowi i królowej śniadanie z rana. Mikołaj zadaj owym, moim tu coś na zęby, co by po mszy siły, do roboty mieli. Ja zaś do króla i królowej pójdę, śniadać wedle majestatu. Rzekł ksiądz notariusz. Na co, Mikołaj Koza wsparł się w brzucho swoje grube i podlazł, wedle nas obu, a gada zaraz. Koza, m jest Mikołaj, nie święty, herbu patelnia. A wy oba, głodne, chudziny jakieś? Może i głodne? Może i nie głodne. Zależy czym, nas napaść każesz. Oby nie siarką, jako smoka naszego wawelskiego, książę Krak napełnił, powiada Jakubek. Co zaś tamten, rozpękł się z hukiem, dodałem ja owemu. Widzą ślepia moje, że z bardzo dwornymi kawalerami mam do czynienia, rzekł na to Koza. Jam nie kawaler, jeno tamten medyk po świecie za niewiastą węszy, rzekłem owemu, jam pisarczyk jest. Na co, Mikołaj roześmiał się gębą szczerą i powiada, siadajcie kumotrowie, tu przy stole, zadam wam polewki piwnej, z bigosem kapuścianym, i chlebem świeżym, ze stołu króla, bo mnie nieco za dużo wyszło, a królowa tyle jada, co i ptaszek jaki. Jako już my pojedli i popili my co, nie co. Do gadki z kuchmistrzem Mikołajem chcieli się jeszcze powziąć, kiedy to nasz mocodawca po śniadaniu z królestwem się pojawił w kuchni i powiada. Coście wy owemu, Mikołajowi zadali? Przecie że tak za wami obstawał, jak za złoczyńcami pan Jezus, na krzyżu. My wasza miłość nie złoczyńce żadne biblijne, jeno szlachta uboga. Powiadam księdzu. Mikołaj bogaty szlachcic, to i serce wielkie ma. Ano ma, powiada ksiądz. Zaś słuchaj teraz, Jakubek, pójdziesz na dół, po śniadaniu, do straży i łapę jednemu z Marcin, owych strażników opatrzysz. Bo jako oferma wielka, miecz ostrząc w łapę się zaciął i ową mu zawinąć trza, czy tam jak. Jako medyk wiedział będziesz co czynić ci przylezie. Jak ksiądz nakaże, lecę zaraz. Zaś leć, prędko jeno sam ze schodów nie zleć, albo ciżem se nie przydepnij jako naszemu księdzu proboszczowi, alby rano. Jakubek poszedł, jak zmyty. A ty mój skrybo, pójdź za mną na kurzą stopę, do izby co, na pracownię mam tam, u samej góry zarezerwowaną, dla wszelakich obwiesiów, czy też pisarczyków, albo innych mu podobnych. Jednego trzyma tam już królowa, nasza na utrapienie swoje, co to w łaski jej się wkradł, bo i maluje i rysuje, ładnie ponoć. Teraz zaraz mamy, tam leźć? Pytam jako niby nowy pisarczyk. Nie, najlepiej po świętach wielkanocnych pójdziemy tam, a to jeszcze szmat czasu, bo cały miesiąc przed nami. Na co Mikołaj Koza, piwskiem by się omal co nie zadławił ze śmiechu, aż musiał go ksiądz przez bary palnąć, zaś zaraz mu pomogło. To chodźmy powiadam, jako świeżo spieczony pisarczyk, bo nie wiem ja gdzie to, ani jak tam dolecieć. Ksiądz poszedł ze mną na dół za powrotem, zaś korytarzem na parterze, wedle Jakubowej od wczoraj, komory. Zaś pokazały się schody. Tam sobie pójdziesz, do samej góry, kumotra nowego tam najdziesz, ja zaś do kancelarii muszę, bo gościa mam mieć, powiada ksiądz. A co mam ja, tam robić? Powiadam niepewnie. A prawda, prawda, weźmiemy wrócimy się do mnie, poweźmiesz owe traktaty, na prawa miejskie i napiszesz je na czysto, bo przecież jeden nawet do końca ty, nie napisał. Jak przyjrzał się ja, jakoś do chałupy uciekł wczoraj, nie widział ja cię wcale, bom w Tyńcu na jeden dzień był. A Kurowski wsadził, was obu mi na łeb. Ale może i dobrze? Zastanawiał się głośno ksiądz notariusz. Pewnikiem nasz Mikołaj, świętym Mikołajem chce być. Jam już nic nie gadał, jeno polazł za księdzem, wziąłem rulony pergaminu, od księdza i brudnopisy. Ale do księdza jeszcze powiadam tak. Pan Mikołaj powiadał mnie tak, księże notariuszu. Powziąłem cię, do zamkowej roboty bo to muszę ci rzec, że i ja sam bakałarzem w Pradze jestem, jako, m tam na uniwersytecie Karola naukę począł. Zaś od roku 1385 roku ten tytuł, mam i jeszcze nie raz, mi żaków uczyć tam wypadnie. To i wiem, jak nieraz, paskudna to robota. To zaś i nie tęgo z waszą miłością jest, Mikołaju. Powiadam ja owemu. Ano, juści jest jako gadasz, raz tam, raz tu, i tak w kółko. Tak ci powiadał Mikołaj? Ano juści, wasza miłość tak powiadał. Ksiądz notariusz łbem siwym potrząsnął, bo i już nie pojmował nic. Ale na wprzódy jeszcze powiada. Kurowski nie opowiedział się jeszcze po prawdzie. Czy po uniwersytecie Karola w Pradze, kancelistą czy księdzem zostanie. Lubo na wykładowcę w akademii naszej, będzie miał ochotę iść? Ale raczej ku stanowi duchownemu, go ciągnie. A łeb to, jakich mało. Niech robi sobie jako chce wszędzie pożytek, z niego będzie znaczny. Zaś idź sobie ty, na górę a spokój tam mieć będziesz. Dzięki wasza miłość. Powiadam księdzu. Tam, masz pulpit do pisania, inkausty i wszystko co ci trzeba, do roboty. A jak co wiedział nie będziesz? Zawsze w kancelarii u mnie z, ratowania z odmętów niewiedzy, szukać możesz. Chyba żebym ja gdzie musiał, pojechać. To może mnie i nie być na miejscu. Zaś zaraz powrócę. Nie bój się roboty ci nie zbraknie. Jeno na razie, tu muszę być, i na gościa swojego poczekać, jako, m ci już powiadał. Rzekł ksiądz. Bóg zapłać waszej miłości za dobre słowo i rady na przyszłość znakomite. Zaś jakoś inaczej i ze współczuciem pewnym patrzałem, na tego dobrotliwego księdza zmienionego za przyczyną, owego Mikołaja dziwnego. Wziąłem i obarczył się papierzyskami i na samą górę do swego, nowego przybytku jam polazł. Zapukałem w drzwi tęgie rulonem, bo łapy zajęte, miałem wielką ilością różnych papierzysk. Zaś z za, drzwi głos jakiegoś obwiesia oznajmił mi. Właź, bo mi już Maćku pyzaty na dole powiadał, że sub, lokacją będę obciążony. Przeto wlazł ja do izby, tak dwornie proszony. Jeno jak popatrzałem na owego, co w izbie już był zadomowiony. Gębę rozdziawiłem ze zdziwienia jak moja własna baba.

Malarczyk przy sztalugach

Jak i zresztą, ten co tam już siedział. Oba my powiadajmy naraz, Pieter? Kumoter Krzyśko? Ja nie mogę. Przecie my sąsiedzi, obok siebie na Floriańskiej ulicy mieszkamy, ale się to nam narobiło. Razem na grodzie w chałupach, obok siebie siedzimy, i przy robocie takoż samo. Co ty, tu wyrabiasz? Pytam jako pisarczyk, na dworze świeży. Jam, tu posadkę od królowej dostał, za przyczyną moich malunków co, to je na starym rynku, z królem jednego dnia widziała. A ty? Za czym tu uwięziony, będziesz? Ja, za pisarczyka i poręką na dworze za przyczyną Mikołaja Kurowskiego, od dziś, tyrać będę. Powiadam owemu trutniowi kudłatemu na łbie. Damy radę, powiada Pieter, weźmie i siada, na dupie sąsiad mój. Tu masz kąt swój, nawet i posługaczki ci wysprzątały, wedle pulpitu. Jako i w ogóle. Bóg im zapłać, bo, m już umordowany od samego rana. I tak zeszedł nam już wspólnie rok, od koronacji obojga królestwa.

Rok 1387

Zaś zaraz w styczniu 1387 roku, przyszły wieści z węgierskiej Budy, iż królowa matka Jadwigi Elżbieta, pomarła dość młodo. Przeto i na królestwo obojga, żałoba niespodziewana spadła. Królowa Jadwiga, cicho popłakiwała i jechać do grobu matki, zaraz chciała, bo i została sierotą, bez matki i ojca który już dawniej odszedł, z ziemskiego padołu. A ją samą królowaniem w Polsce obciążył. Jeno i tu sprawy były, pilne bardzo. I nie pojechała na Węgry, jeno na Litwę. Jagiełło pewnikiem chcąc, żonie trosk odciągnąć. Zaś i pochwalić się swą, nad wyraz urodziwą żoną królewską, pojechał z Jadwigą. Wpierw na Litwę zaś dalej na Ruś Czerwoną. Gdzie w, pierwej 20 lutego Jagiełło we Wilnie, nadał bojarom prawa o które od lat się mieli. Przez co ci obiecali owemu że chrzest święty przyjmą w końcu, co mu wstydu w europie oszczędzi. Zaś królowa nasza Jadwiga, pomimo iż wygląd miała na niewiniątko, a wiatry ją z żalu za matką jakoś obwiały. Taką awanturę, to bojarom ruskim wyprawiła, że ci strachem przejęci, i przyparci do muru przez królową, czapkami futrzanymi machali. Raz na łeb je wkładając, zaś zaraz za powrotem ze łbów łysych lubo kudłatych, je zdzierając i tak w kółko. Nie wiadomo jeno czy samotrzeć to uczyniła. Bo zaraz jej, całą Ruś Czerwoną oddali, czapkując przed królową, słowami po miłuj, umiłowana hospodyn, o nasza, po miłuj, nad nami litość miej. Zaś jeszcze w lutym 1387 roku pańskiego, przyszło przez posłańców, zaproszenie dla królestwa obojgu Jadwigi i Jagiełły na koronację, od przyszłego króla Węgier Zygmuntka Luksemburczyka na dzień 31 marca tego roku. Przecie jednak z powodu że królowa z królem na Litwie siedziała. Nie pojechali do Budy, lecz wysłali tam Zawiszę Czarnego, który jakąś dziwną estymę, do owego a nowego króla, Luksemburczyka miał. Prawie całe lato, Jagiełło obwoził Jadwigę po Litwie, wszędzie po grodach, witana była jak królowa nie tyle urodziwa co stanowcza, i swej powinności wobec królowej, wymagająca. We wrześniu pojechali oboje, do Lwowa, gdzie 27 tego miesiąca wielki hospodar mołdawski Piotr I, złożył parze królewskiej, hołd lenny po czym do Krakowa w tryumfie król i królowa wrócili. Zimą zaś, 24 lutego 1388 roku, musiał pisać ja przywilej lokacyjny od samego rana, dla lokalizacji grodu Widawa. Aby po mszy uroczystej mógł król je złożyć na ręce, braci Widawskich. Siedział też i pisał ja w mozole wielkim, nowe przywileje Piotrowskie, o wykupieniu przez króla szlachcica jakiego z niewoli jak, by ten do niej czasem wpadł i sam wyleźć nie potrafił.

Rok 1388

Na wiosnę, w kwietniu 1388 roku pańskiego przylazło lądem ku, rozpatrzeniu się ślepiami zaborczymi, po ziemiach koronnych. Poselstwo krzyżackie do Krakowa, aby króla z królową na zjazd do Torunia w imieniu kaszlącego coraz gorzej, a plującego na odległość znaczną aż, do czterech łokci wielkiego mistrza Rotensteina zaprosić. Jagiełło jako że frykasami nie był karmiony za młodu, przeto umysł miał świeży i powiada, do królowej Jadwigi. Wiadomo o co im lezie, przecie chcą się przepytać co, w sprawie Żmudzi sądzę i Litwy, czy czasem im kawał zeżreć nie pozwolimy. Bez narażania się na wojnę ze mną, i z tobą królowo moja, przecudna. Ale jako zaprasza nas ten trup stary, przeto pojedziemy, do tego Torunia, bo i my coś niecoś, pewnie wywleczemy z nich, na wierzch i górą będziemy. Ja chyba nie pojadę do Torunia bo nie chce mi się, gęb krzyżackich oglądać, wasza królewska mość. Mam ciebie jako króla, lepiej sobie z nimi poradzisz, niźli ja niewiasta słaba. To tu, sobie odpoczywaj moja ptaszyno słodziutka, samotrzeć ich z poselstwem swoim nawiedzę. Ale powiem ci żono moja, że im właśnie zależy, aby twój majestat, ich ślepia oglądały. Pojadę ja chętnie, rzekł król. Przecie muszę się rozpatrzeć, co ten przeklęty brat mój, cioteczny Witold, ciągle z Krzyżakami na Litwie i w Malborku knuje. Przecie za owego Rotensteina, listy poszły już dwa razy do Rzymu że przecie, dla zamydlenia oczu kościołowi, jam chrzest święty przyjął, a ślub z tobą, przez to nie ważny jest, ogłupieć można. Zaś raz dwa, nawrócę do Krakowa. Jak im tam w zamku toruńskim, gnatów nie poprzetrącam. No i właśnie powiada, Jadwiga, przez to cię tak, królu mój nienawidzą Krzyżacy, jak byś zarazą dla nich był. Zaś myślisz moja pani, że o tobie inaczej powiadają choć nie otwarcie? Bo im odwagi brak. Niechaj gadają, sobie jak chcą, wszystko mnie za jedno, powiada królowa. Ale mnie nie, wszystko jedno, łby po urywam, jak co złego posłyszę, powiada król. Rozwagę musisz i poważanie mieć. A nie powiadać byle co, rzecze na to królowa. Znając wielką zapalczywość, Jagiełły. Bierz się i szykuj, do owego Torunia królu, jeno trza tam na zjeździe znacznie i z godnością należną, królestwu naszemu, wystąpić. Nie bój się, powiada król. Ja, jako władca tak świetnego jako i żona moja, królestwa, nie poskąpię na godności orszaku, naszego. To jechać nie chcesz? Pani? Nie wiem sama, jeszcze obaczymy zaś. W końcu, jednak Jagiełło z wielkim i świetnym pocztem królewskim, w imieniu Jadwigi i swoim, do grodu Toruńskiego na zjazd, z wielkim mistrzem i krzyżakami, przecie pojechał sam w połowie roku. Zaś, wrócił jeszcze szybciej niźli, się po Toruniu zdołał rozejrzeć, i tak wściekły że strach było do, niego w drodze powrotnej i w samym Krakowie, przez dwie niedziele nam podchodzić. Tak też, o owym zjeździe, opowiadał królowej Jadwidze, jeszcze czerwony z gniewu na gębie. Na drugi dzień, przy śniadaniu z rana. Pojechał ja tam przecie, na zaproszenie tego opoja Rotensteina, wielkiego mistrza. Z początku przyjęli mnie bardzo godnie, jak na króla przystało, jeno zaraz na wypominki się powzięli, i poczęli pogadywać, to co ci jest pani moja znane, a powtarzać mi się nie chce, bo mnie zaraz febra wstrząsa. A to że, chrzest przyjąłem fałszywie, że ślub nasz, nie ważny wedle nich jest. Że na ostatek, jako dziki uzurpator do korony, na tronie w Krakowie przy tobie siedzę. I nic tylko Żmudź i Litwa, im we łbach siedzi, i tak wkoło to samo co i zawsze. Wziąłem się i po trzech dniach pożegnałem ozięble raczej, drzwiami trzasłem, jak we mnie, prędzej piorun nie trzasnął, i pojechali my, do domu. Jeno, m taki wściekły był, że jeszcze mnie trzyma. Nie będę klął, przy tobie pani moja, bo i nie uchodzi, ale bogu dziękuję żeś, to jechać specjalnie nie chciała. Wstyd i sromota z tym zakonem się spotykać, a jeszcze gorszy przy jednym stole z nimi siadać.

Potyczka z Krzyżakami

Jadwiga pogłaskała Jagiełłę po łbie kudłatym, zaś zaraz mu się gęba rozpogodziła. Minęła jesień i przyszły święta bożego narodzenia 1388 roku. Na trzeci dzień świąt,27 grudnia wieczorem późnym na zamek wpadł, posłaniec na spienionym od gonitwy dalekiej koniu, z Chełmna koło Uniejowa aż z wielkopolski, z ważnym oznajmieniem dla królestwa, z takimi słowami. Wasze królewskie moście, arcybiskup gnieźnieński Bodzanta, wczoraj 26 grudnia po mszy porannej ducha oddał. Król nakazał zaraz w dzwony bić. Zaś wieść o śmierci, naszego księdza arcybiskupa gnieźnieńskiego, rozeszła się lotem błyskawicy po królestwie. Jagiełło z Jadwigą siedzieli właśnie przy kominku gdzie grzali się od chłodu, gdzie im wieść niedobrą goniec przyniósł. Zaś Jagiełło, powiada. To teraz, papież nas od nowego roku, Jaśkiem Kropidłem na arcybiskupa obdarzy. A na to, zgody mojej nie dam, ani ty królowo nie opowiadaj się za owym, kuglarzem bo przecie jemu więcej, bzdurstwa we łbie siedzą, niźli pasterstwo, w królestwie poważne. Chyba się rozpęknę na cztery, części. Co za czasy, tamten pomarł, a za życia robił wszystko, abym na tron tu, nie wlazł bo onemu, gęba się moja nie podobała? Albo co? Zaś uległ w końcu i zgodnie ze mną gadał. Teraz ten, znowu Kropidło się nazwał. Czy jego przezwali? Jak same jego imię wskazuje, z siebie i z nas, głupka struga, a papież nominacje i tak owemu da, bo po starszeństwie na niego wypada. Włosy sobie utrefił, jak Judasz apostoł, i arcybiskupem w Gnieźnie, chce zostać. Mało jeszcze tego, przecie krewny to bliski Władysława Opolczyka większego mojego wroga, niźli zakon Marii Panny. Przecie, tamci, przeklęci Krzyżacy znowu, gadają że ja pies, kościołowi nie wierny i poganin. Jak bym ja, Jagiełłą nie był? Poszedł bym i się obwiesił abo, co. Przecie tu jednego dnia i nocy, spokoju nie ma. Daruj żono moja, Jadwigo umiłowana, pójdziemy, chyba spać bo nie usiedzę, w spokoju. Królestwo gości pożegnali i spać po prawdzie poszli, i tak minęły święta.

Rok 1389

Przeto przyszedł nowy 1389 rok, który nie zmienił, nic na lepsze, bowiem to.Przez ten czas i cztery lata następne. Biskup Kropidło z naszym królem walczył jak lew, o bogate arcybiskupstwo w Gnieźnie, a Jagiełło ustępować mu nie zamierzał. Przeniósł się obrażony na króla, i świat cały do Chełmna wedle Świecia nad Wisłą, na ziemie krzyżackie, gdzie objął biskupstwo chełmińskie, i z tamtego grodu, pyskował bardzo odważnie, przez całe cztery lata. Aż go rycerze Jagiełły, jednego dnia w Kaliszu złapali, i pod przysięgą nakazali odwołać, wygadywane przez niego bzdury i kłamstwa, wobec władcy i złożył ów przysięgę wierności królowi. Biskup bojąc się że królewscy go ostrzygą, jak barana gadał jak strażnicy chcieli. Przeto puścili biskupa Kropidła owego dalej, wody święconej owemu dając na drogę. Co by się jak, nasz duchowny zachowywał nie jak błazen nadworny. Do swego biskupstwa u krzyżaków, popędził jak wściekły pies zaś z Chełmna szczekał dalej, jak by zaprawdę dobrą kość mu Jagiełło z pyska wydarł.

Rok 1390

Zaś dla mnie pisarczyka i całej reszty znajomych, Mikołaja Kurowskiego w maju 1390 roku nastała wielka radość, bo oto ten szlachcic miłego oblicza i wielkiego serca. Prosto po wyświęceniu się na stan duchowny, przecie księdzem jednak został. Zaś na Wawel przypędził w powozie, aż iskry poszły z podków. Już na stałe, do Polski zjechał. Pierwsze jego kroki, były do króla i królowej Jadwigi, jako że oboje lubili owego szlachcica niezmiernie. Jagiełło siedział właśnie, z królową w cieniu na ławce przy ogrodzie, gdzie ptaszysków, kazał Jagiełło, wedle swojej mody, Jadwidze wysłuchiwać. Co jej pewnikiem na zdrowie zawsze wychodziło. Ksiądz Mikołaj podszedł, skłonił się do ziemi. I powiada. Niech będzie pochwalony, wasze królewskie dostojności. Jestem, wasza królewska mość i królowo moja umiłowana, do posługi waszej. Na co, Jagiełło jak rzadko kiedy, powstał i powiada. No, to i ja, witam cię zacny Mikołaju, a właściwie księże Mikołaju. Zaś królowa Jadwiga, siedziała i uśmiech miała na licach, i policzki od słońca różowe, więc ten ukląkł na prawe kolano, jak rycerz prawdziwy. Ręce obie owej prze cudności, a naszej królowej ucałował. Na co król nieco krzywo, patrzał jeno nie gadał nic, ale zębiskami nie zgrzytał. Zaś zaraz do księdza powiada, chcąc pewnikiem temat zmienić i odsunąć owego od piękniejszej nad wszystkie niewiasty żony. Obejmiesz księże Mikołaju, naszą królewską kancelarię? Niczego bardziej mi nie trzeba, z największym afektem w sercu, na to ksiądz Kurowski, powiada. Tam też najdziesz Mikołaju, drugiego księdza Mikołaja, do kompletu, jeno ów też nie święty jest, ale Trąba się zowie i herbu Trąby z rodu więc głośno może być. A że i głośno ryczy, dla krzyżaków gorzej, po za tym, uczciwa gęba, będzie wam raźniej w kupie. Od przedwczoraj, na podkanclerzego mianowałem owego, i u nas już na dworze siedzi. Szlachcic jako i wasza miłość księże Mikołaju. Jeno jakom ci powiadał że herbu, on z Trąby, zważać wszyscy musicie co by, wam w ucho, nie zatrąbił niespodzianie. Bo widać że, ksiądz z niego wesoły. No zaś leć, księże Mikołaju do kancelarii, gdzie i inne niecierpliwe gęby na księdza czekają, i roboty huk. Bo jest dużo i edyktów królowej Jadwigi, jak i moich, a brak tam mocnej ręki, dla sprawności pisania. Skrybów tam niby wielu, jeno piszących mądrze, nie za wielu. Za piwskiem i miodami, się więcej rozglądają niźli za robotą ku pożytku królestwa. Jak król rzekł, tak i Kurowski rozkaz zaraz wykonał. Poszedł do kancelarii, na piętro. Drzwi rozwarł. Zaś powiada, do nas pisarczyków siedzących w zadumie i muchy łapiących. No, bratki moje. Witajcie, a o miodach i piwsku zapomnijcie. Do robót zgodnych z powołaniem waszym się bierzcie. Po starej znajomości folgował, nikomu nie będę, szczególnie na moją gębę się gapiąc, podejrzliwie. Na co ja jako, pisarczyk zwany obwiesiem powiadam zaraz. Wasza miłość już, e księdzem? A coś myślał? Kurowski powiada. Roboty tu, jako widzę huk, bierzcie się i na lato się nie oglądajcie. A ksiądz owa Trąba, gdzie? Bo powiadał mnie król, że na podkanclerzego przyszedł, ksiądz nowy. Ksiądz Trąba był tu, zatrąbił i poleciał gdzieś, na zamek, gdzie nie powiadał. Jeno to rzekł, siedźcie i piszcie, zatrąbił i powiada, ja zaraz wracam. Ach, a, powiada Kurowski. Zaś minął czerwiec i lipiec skwarny, a spokój w kancelarii Kurowski, z nowym podkanclerzym Trąbą, raz dwa zaprowadził. Jednego zaś dnia powiadam. Jak to dobrze, że wasza miłość kancelarię objął. Bo i co? A, bo to,i….Na to, odpowiedzi już żadnej, nowy ksiądz notariusz nie posłyszał. Bo i pukanie w drzwi, się rozległo. Proszę! Powiada, ksiądz Kurowski. Łeb kudłaty i pyzaty do kancelarii, paź królewski Maćko, wsadził i powiada. O! Wasza miłość tu? A gdzie mam być? W Pradze? Przyszedł, posłaniec z wieściami od księcia Janusza Mazowieckiego z Ciechanowa. Proś zaś, niech nie czeka. Wasza miłość, ja do króla pana, powiada posłaniec. Król z królową w ogrodzie znowu, siedzi bo ciepło. Powiadaj co masz, lubo w ogrodzie, ich najdziesz. Wielki mistrz, zakonu Konrad III Zollner von Rotenstein. Jedną niedzielę temu niemal, w dniu 20 sierpnia 1390 roku pomarł. Książę Janusz nakazał donieść, niezwłocznie i listy od księżny Anny Danuty, siostry ciotecznej króla, dostarczyć panu naszemu i królowej pani. Maćku, poprowadź zaś gościa do króla, niech i jemu powiada jako jest, z owym mistrzem. A listy niech królestwo już sami sobie, czytają bo nie do nas owe. No to, będziemy mieli chwilę spokoju, od Krzyżaków bo zajmą się teraz wyborem mistrza nowego. Może się potłuką znowu po łbach? Co i złe dla nas by nie było. Powiada ksiądz Trąba. Który zjawiał się nieraz nie zauważony i trąbił na larum, znienacka. Komu popadło prosto w ucho. Czego mieli by się tłuc, zaraz wasza miłość? Pytam ciekawie. A, ty co? Pisarz w kancelarii a na polityce, wroga się nie wyznajesz? Ja, wyznaje się wasza miłość, na waszej miłości, na dobrodzieju swoim, wskazałem łbem na Kurowskiego, waszej miłości księdzu, jako Trąbie, królu i królowej naszej przecudnej. A zakon? Wie wasza miłość, gdzie posiadam? Wolimy chyba nie słyszeć, gdzie zakon masz. Na to ksiądz, Kurowski powiada. Zaś zaraz, za posłańcem wpadł sam Jagiełło, do kancelarii, i powiada ledwo jak drzwi grube rozdziawił. Kurowski, Trąba, piszcie, listy kondolencyjne do Malborka zaraz i posłańcem wyprawcie. Obaczymy zaś, co się tam wydarzy, dla nas ciekawego, z wyborem nowego mistrza. A kto tam? Teraz kandydatem najlepszym będzie? Pewnie wielki komtur malborski. Wasza miłość, Konrad von Wallenrod. Powiada Kurowski. Listy szybko, my napisali jako przecie skrybowie, pod czujnym okiem księdza Trąby. Król zaraz, wyprawił posłańców do Malborka. Poselstwo, poszło migiem, i na jedną niedzielę po zgonie owego, w Malborku stanęło. Akuratnie w dniu pogrzebu, wielkiego mistrza. Po mszy żałobnej złożono truchłę, wielkiego mistrza Konrada von Rottensteina w krypcie kaplicy świętej Anny. A w kościele zakonnym pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, cały miesiąc msze żałobne były odprawiane. Zaś zaraz po pogrzebie, poczęła się stypa. Na której nie zabrakło ciekawskich gęb, naszego króla. Bo przecie ich także zaproszono, nie chcąc za gburów uchodzić. Wielki komtur, Konrad Wallenrod zaraz przystąpił do wystawienia własnej kandydatury na mistrza. Na co, taka awantura podczas stypy, już przy stole zastawionym po brzegi wybuchła, że kufle i puchary po ścianach latać poczęły jak, przy oblężeniu jakimś. Opozycja wobec Konrada Wallenroda wystawiła, na urząd mistrza wielkiego szatnego, Walrabego von Scharffenberga, komtura wówczas Gdańskiego. Gęby jedni, do drugich darli tak, że to. Aby po łbie, nie zarobić w zamęcie. Poselstwo nasze, uszy ciekawskie podwinęło i poszło jak zmyte, do Krakowa. Zaś Jagiełło, musiał się smakiem obyć ze zdobycia wieści, kto też to, mordę swoją na urząd w Malborku wsadzi. Dopiero na początku 1391 roku udało się, uzyskać komturowi Wallenrodowi, przewagę nad opozycją. Dzięki wsparciu owego krzyżaka, sławnego z okrucieństwa dla Żmudzi. Przez elektorów, wielkiego szpitalnika dla podtrzymaniu na zdrowiu, chorych na umyśle krzyżaków i jednocześnie komtura elbląskiego, Waldbotta von Bassenheima oraz komtura tucholskiego Rudigera von Elnera, przed którym to ja, jako przewidujący kmiotek musiał, wraz z kuframi, dziatwą dwojga, i niewiastą płowowłosą, aż do Krakowa, spieprzać w popłochu. Na taką wieść, jak przyszła do Krakowa iż Konrad von Wallenrod, wielkim mistrzem został, za poparciem komtura tucholskiego. Przeto zaraz byłem, zapytany, przez księdza Kurowskiego. A czemu ty? Przed owym komturem Elnerem, w takim pędzie, aż do Krakowa naszego zbiegał, co? Może ów parchaty, Elner tucholski, na przeszpiegi cię, do Krakowa posłał? Na przeszpiegi? Ja? A kto mnie, błagał po nocach, abym do kancelarii księdza przylazł, komtur Elner? Czy może ksiądz? Zaś jeszcze mnie kiesą własną nagradzał? Coś się księdzu dobrodziejowi, w polityce i kierunkach pomieszało? Na co ksiądz Kurowski, powiada. Żartowałem jeno. Na co siedzący pod oknem ksiądz Trąba, zatrąbił. Hi, hi, hi. Przeto ja, zaś do niego się odwróciłem i powiadam. Żadne mi to, śmichy chichy. Ładne mi żarty, jak bym o mało co, przez kata tam, był po żarty. To by były dopiero, żarty. A tu. Gdyby czasem posłyszał kto, co ksiądz, powiada do mnie. Nikt gadać ze mną, by nie chciał. Jeszcze do lochu, trafił bym, a najpewniej pod pieniek, bez szmaty czerwonej, pod łeb, za takie gadki. Chyba w owej Pradze czeskiej, takie pomysły księdzu na uniwersytecie owego, Karola zaszczepili, co? Lepiej niech ksiądz się nie pyta, jak tam się mieszka. Powiadam księżom obu. Bo jako by ksiądz chciał, na ziemi komturii tucholskiej, czy innej zamieszkać, nie radzę. Ziemia tamta, to ta gdzie piekło na jej powierzchni bez sromoty mieszka, pomimo iż kościoły stawiają Krzyżacy jeden za drugim. Toż to, sam diabeł wcielony i sługa szatana, ów zakon. Nie, zaś Najświętszej Marii Panny. Wstyd to i hańba, dla matki bożej że jej imieniem, się owi zakonnicy posługują. Za słowo laudetur, do krzyżaka powiedziane, może ci ów łeb odjąć, żeś to poważył się gębę, do takiego otworzyć, jakim powitaniem bożym. Lubo spojrzeć na krzyżackiego pana, nieco śmielej. Tam łeb trzeba nisko nosić, co by ci nie odstawał powyżej, ziemi. Ale patrzaj, przecie Kropidło na ziemi chełmińskiej swoje biskupstwo, ma i siedzi sobie, jak kropidło w chrzcielnicy. Widać że biskup Kropidło, z nimi w jednej komitywie siedzi, zresztą. Co mnie tam, do jakiegoś Kropidła, ksiądz notariusz równa? Kiedy, on tam i tak biedę klepie, bo polak. Jeno taki z niego Polak, jak z nas Niemce. Zaś gadać musi jak mu wielki mistrz, czy komtur Świecki albo Chełmiński nakazuje. Wolał by, przecie do Gniezna, jeno król mu nie daje. Niech mnie ksiądz spokój da, z owymi Krzyżakami i z tym Kropidłem całym. Lepiej już mnie tu, z księdzem, i naszym księdzem podsekretarzem Trąbą, się po całych dniach i nocach użerać. Niźli z tamtymi diabłami, choć przez jedną chwilę. Niech ksiądz mi powie? Dlaczego biskup ten cały Kropidło przeciw, naszemu królowi mordę wydziera? Bo go oskoma za władzą zżera, powiada ksiądz Trąba. Jeszcze się ksiądz przekona, i to, jeden z drugim, kim są Krzyżacy. Dobrodzieje moi. Czuje to już w kościach. Z krzyżakami, przez życie swoje, wy dwaj naużeracie się więcej, niźli ja za młodu, tam mieszkając. Na co ksiądz Kurowski z ową Trąbą, wziął się i łapą machnął, zaś do króla poszli oba. Łbami, jeden czarnym, drugi siwiejącym za młodu, kiwając z pewnym niedowierzaniem, na to, co im ich pisarczyk prawi. Ale i wieści, nowe nagle przylazły. Że oto, książę Władysław ów nieposłuszny, Opolczyk królowi Jagielle, okoniem mu znowu stanął. Bo oto w tym samym czasie, zamek Złotoryjski w ziemi chełmińskiej w dzierżawę zakonowi oddał.

Rok 1392

W 1392 roku, na wiosnę Konrad Wallenrod jako wściekły, wróg Litwy na księcia Witolda ruszył. Przeto Witold zaraz, do króla z błaganiem o pomoc jęcząc, jechał do Ostrowa i w końcu Jagiełło błagany o pomoc nagłą, zmiłował się nad nieznośnym bratem stryjecznym i pojechał szybko dla wspomożenia owego, księcia upartego w życiu. Na Litwie zaś w panowaniu i utrzymaniu zgody trudnego mocno. Gdzie też w końcu, pogodził się z księciem Witoldem, i już jako tako, od tej pory w spokoju i ładzie, na razie obaj żyli. Zaś Konrad von Wallenrod, podzielił swoje, okute w pancerze armie krzyżackie na trzy części. Jedna pod wodzą komtura Balgi Arnolda von Burgelna, wpadła aż na Mazowsze i paliła zaś grabiła, co na drodze napotkała. Wielki mistrz swoją osobą poprowadził, wojska aż pod Wilno. Zaś Jagiełło ratując Witolda z pomocą mu zaraz, jak jaki głupi ruszył. Pod Wilnem będącym w oblężeniu, Wallenrod pożarł się ze swoim wielkim marszałkiem, Engelhardem Rabem, raczej żydowskim, von Wildsteinem. Zaś z tej funkcji go zrzucił, bo ten naszych lepiej bijał, a przecie o to, właśnie Wallenrod padaczki dostał. Jednak że pomimo zasług swoich dla zakonu i tak czubkiem był, jeno dwa lata na urzędzie wielkiego mistrza siedział.

Rok 1393

Bo oto w 1393 roku, w lipcu. Jak na Litwę znowu chciał uderzyć, tak go apopleksja skręciła, piana mu na pysk spotniały, nagle wyszła. Wygiął się w łuk, zaś zdrętwiał, łapy zaborcze mu jak pałąki od wiadra, wykrzywiło, z wyciem dzikim i rzężeniem padł trupem, z konia spadłszy, na uciechę królestwa Polskiego. Powiadam wam, prześwietni panowie rado i wy królowo i królu nasz. Tak to opowiadał, Jaśko z Dulczy kiedy to onemu, szpiedzy nasi relację zdali, z owego upadku wielkiego mistrza. Na co królowa Jadwiga, jako bogobojna i miła niewiasta, oczy przysłoniła w przestrachu, lubo bardziej z obrzydzenia jakiego. Przeto i nam na dworze żyło się spokojniej, choć zamęt był, nadal w około nie najgorszy. Jeszcze w 1393 roku,30 listopada obrano w Malborku na wielkiego mistrza zastępcę, owego padłego na wściekliznę wobec korony Polskiej i Litwy, imiennika owego Konrada Wallenroda. Następnego Konrada, jak by już imion w kalendarzu brakło, z kolei V von Jungingena, nieco mniej wojowniczego na polu bitew. Jeno biegłego w dyplomacji i nogi krzywe podstawiającego nam, pismami w gotyku tworzonych jeno, a słanymi naokoło. Wobec tego, i w kancelarii naszej roboty tyle naszło, że ja sam na kurzej stopie, sypiać częściej musiał niźli u siebie w chałupie, na Floriańskiej ulicy. Na co baba pisarczyk, owa jednego razu. Tak mnie powiada. Mogła ja nie pchać cię trutniu floriański do księdza Kurowskiego, na jakieś tam posady, bo to teraz, wokoło chałupy, sama muszę więcej latać. Na co, też powiadam owej. Widzę ja, że u ciebie trutnie występują w bardzo wielu odmianach, ale o trutniu floriańskim jeszcze, m nie słyszał ja. Widać że, fantazja cię rozpiera, pewnikiem do pisania poematów rycerskich się niedługo będziesz brać. Zaś po prawdzie. Powiadał ja ci, już przecie nie raz, kup sobie miotłę brzozową, lubo ci milutka żonko, w chwili wolnej taką taniej wyjdzie, zaplotę. Będziesz mogła szybciej i wyżej latać. A i na sabat, na babią górę zawszeć nadążysz, bez turbacji z babą jagą. Na co owa, powiada jeszcze szybciej, niźli, m jej zakończył wykłady. Zaś palnął, cię kiedy kto miotłą ową, przez łeb durny? Słyszę to już, z piętnaście roków, a jakoś, nie wyruszasz na wojnę, ze mną jako ówczesny komtur tucholski Elner. To owa prawi jeszcze, zaś zważaj sobie bo jak na wojnę wyruszę ja, to i król, ani ksiądz Kurowski cię od obicia łba nie uchroni. Trutniu krakowski i tucholski. Na com jak zwykle łapą, machnął i polazł, ku zamkowi do swej roboty. I tym chyba sposobem, królestwo nasze weszło w okres panowania von Jungingenów obojga trutniów a jednego narodu. Jednego młodszego, Ulryka głupszego, i mocniej zapalczywego i nieco zaś szczwanego od tego drugiego, starszego Konrada. Co i tak obu, m na zdrowie, nie wyszło. Jednego znowu dnia, już pod koniec 1393 roku, do kancelarii Kurowskiego wleciał Maćko pyzaty, i powiada do księży Mikołajów. Będzie pochwalony. Wasze miłości! Czego? Na wieki wieków. Na to, uprzejmie odpowiada i pyta się owego za razem jednym ksiądz, z nosem w papierach zanurzonym. Król waszą miłość, do siebie prosi. Zaraz? Nie wiem czy zaraz? Czy raczej, zaś na jutro? Powiada Maćko, jako zwykle. Powiadał mi jeno, idź mi i księdza Mikołaja Kurowskiego, wezwij, do mnie. Bo rozmówić się z księdzem muszę. To i ja przyszłem i księdza wzywam. Nie powiada się, przyszłem jeno przyszyłem. Tak na to, oświadczenie Maćka nauczył go, ksiądz Trąba. To i chodźmy zaś, jako się przyszyłeś do mnie, gębo niesforna. Po godzinie ksiądz Kurowski wrócił, z miną bardzo wesołą, na swoim i tak nieco śmiesznym obliczu, dzierżąc w łapie jakiś rulon z pieczęciami króla. Szedł do swojej kancelarii jak, jaki pirat zamorski z łupem drogocennym, a gębą uśmiechniętą i obrośniętą czarnymi prawie wąsiskami i takąż brodą, do koloru. Zaś powiada, do mnie i księdza Trąby, jako że nikogo innego w kancelarii już nie było. Król powierzył mi stanowisko, kantora gnieźnieńskiego. Gratuluję ci, księże Mikołaju, powiada ksiądz Trąba. Zaprawdę? Na kantora? Król księdza obrał? Powiadam pytaniem, nieco ciekawie. To aż, do Gniezna samego ksiądz, śpiewać chorały gregoriańskie jeździł będzie? A głos do śpiewów, w katedrze na gnieździe, ksiądz aby ma? Powiadam mu na to, nagłe oświadczenie. Na co Kurowski powiada, czekaj, czekaj. Będziesz ty, jeszcze sam śpiewał, baranim głosem jak ja biskupem zostanę. Już ja, teraz portkami trzęsę. Powiadam świeżo spieczonemu kantorowi. A co będzie? Jak ksiądz nasz arcybiskupem lubo, znanym kardynałem kiedyś się ostanie? Albo i ten drugi, zaraz po księdzu? To Krzyżaki ze strachu, zaraz za rzekę Odrę się wyniosą, albo i za powrotem do ziemi świętej, gdzie ich miejsce pierwotnie było. Żebyś wiedział to, obwiesiu jeden. Na co, jako pisarczyk owego powiadam. Żartowałem i ja, jako i ksiądz, co to mnie, za szpiega komtura Elnera sobie obrał. Muszę księdzu, kondolencje zaraz złożyć z tego powodu. Ogłupiał ty? Kondolencje? A po co? Bo przecie, jako kantor gnieźnieński, i protonotariusz królewski, będzie miał roboty, ksiądz sto razy więcej. Zaś my tu, ze trzysta razy. Zakopiemy się teraz, w papierzyskach tak, jak byśmy się już za żywego pogrzebali. Po to kondolencje, a nie gratulacje, księdzu i sobie składam. Na co ksiądz Kurowski powiada. Damy radę. Ciekawe zaś czyimi łapami? Pewno jeno, naszymi ciężko spracowanymi pisarczyk owymi. Jak ci ciężar skrybo, wania, tak mocno bary do ziemi pańskiej przydusza, przenieś się do kmiecego stanu, i krowy wypasaj, lubo barany. Ali, bo, poweźmij się, do sochy i za łanem zboża, na polu się oglądaj. Prędzej docenisz robotę, u pulpitu. Powiada ze śmiechem ksiądz Kurowski, bo i przecie, zaszczyt bardzo znaczny go, ze strony królestwa spotkał. Na nieszczęście dla całego zakonu krzyżackiego. Na co, m jako pisarczyk, chmurnie spojrzał na plik pieczęci, u nominacji księdza, zaś powiadam. Lepiej mnie z księdzem w zgodzie dalej żyć, bo z tyloma pieczęciami jakie ksiądz nabył dziś, nie trza mnie zadzierać, bo to na sądowe akta, jakieś mi wygląda. No, a jakoś myślał sobie. Na to powiada ksiądz kantor, wprawdzie bez głosu do śpiewu w chórze przeznaczonego. Tymczasem, zrobił się wieczór, i chciał ja już ruszyć do swego komtura tucholskiego, w kraśnej kiecce niewieściej. To przez okno, na Wawelskim dziedzińcu dał się posłyszeć, nagle głośny stukot, kopyt jakiegoś pocztu rycerskiego, czy kogo tam licho po nocy, na zamek pchało, wraz z hałasami aż w kancelarii słyszanymi. Otwierać bramę! Z posłaniem do króla i królowej! Wrzasnął ktoś, z owego pocztu. Czego tam? Słychać było głos Marcina, strażnika głównego zamku, z okienka na pierwszym piętrze. Na to rycerz z dołu zadarł się głośno, rozwieraj wrota!! Żywo! Księcia Janusza, Krzyżacy porwali!! Jak to porwali? Gdzie i po co? Co, porwali? Marcin do pocztu na dole, zakrzyknął. Na co, Kurowski, powiada do Trąby i do mnie idziemy, biegiem na dół. Niesłychane, co ja słyszę. Na pierwszym piętrze już, króla z królową w komnatach siedzących, straże i paziowie powiadomiły, że z pilnym posłaniem, gońcy z wieściami o księciu Januszu Mazowieckim przybyli. Jagiełło, powiada głośno puszczaj, ludzi księcia prędzej. Na co posłańcy przed królestwem stanęli, i jeden przez drugiego, powiadają. Wasze królewskie moście. Księcia Janusza, krzyżackie psie krwie, porwali i do Malborka powlekli, nocą na nowo budowany zamek warowny w Złotorii, na Podlasiu napadłszy. Na co król, za gębę się złapał, a królowa Jadwiga oczy śliczne, ze strachu ręką zakryła. Kto porwał? Kogo? Przecie nie pojmuję nic, gadajcie składniej. Księcia naszego, Janusza I Mazowieckiego porwali krzyżaki. Wasza królewska mość. Powiadają posłańcy jeden, przez drugiego. Kto? Kiedy? Jak? Wasza królewska mość, i wy królowo pani. Komtur Bałgi Rudolf, wraz z komturem Walfrodem z Regnety, nocą na nasz zamek będący w budowie napadli i księcia, w eskorcie do Malborka uwieźli. Nim my do rozumu doszli, już ani księcia ani krzyżaków, w zamku nie było. To co robić, teraz? Przecie, nie pójdziemy zbrojnie księcia Janusza, z Malborka odbijać. O to im idzie właśnie wasza królewska mość, powiada na to ksiądz Kurowski. Chce wielki mistrz Konrad von Jungingen, tym sposobem waszą królewską mość w pole, wywabić i do wypowiedzenia wojny, nasze królestwo zmusić. Na co, Jagiełło powiada. Szykujcie, zaraz poselstwo do Malborka na noc, wcale nie czekając. Pójdą nocą nawet, bo czasu nie ma. Księże Trąbo, piszcie listy do wielkiego mistrza, zaś natychmiast, niech ruszają jako tylko pismo gotowe mieć będziecie, a ja podpisze. Dziś który, mamy? Zapytał król. Dziś, wasza królewska mość, dwunastego grudnia 1393 roku pańskiego, nasz kalendarz pokazuje. Powiedział ksiądz Kurowski. No to, ładnie bardzo, Konrad Jungingen swoje panowanie, od 30 listopada na tronie Malborskim zaczyna. Przed samymi świętami bożego narodzenia, piękne święta będziemy mieli. Rzekł król. Na to nie poradzimy, nic. Wasza królewska mość. Ksiądz Trąba z pisarczykiem czyli mną, już nie poszliśmy, do kancelarii listy pisać ale, tu zaraz do królewskiej izby, i pod okiem Jagiełły, pisać poczęli, list do mistrza Konrada. Poselstwo do Malborka, poszło z samego rana, bo przecie na noc, nie kazał jednak król jechać, po przemyśleniu słów swoich. Bo i powiada, rankiem pójdziecie, by sobie pysków po drodze w boru po ćmoku o drzewa, gdzieś nie rozbić. Pojechał przeto, Zyndram z Maszkowic, jako że Niemiec był z pochodzenia, lepiej z mistrzem Konradem sobie poradzi. W poselstwie do Malborka poszedł też Powała z Taczewa, i kilku znacznych naszych rycerzy. Oraz wszyscy ludzie i posłańcy, księcia mazowieckiego. W kancelarii, na drugi dzień, jakom przylazł z rana. Ksiądz Trąba siedział z Marcinem naszym drugim pisarczykiem, na stołku. Powiada mnie tak. Słyszał ty? Jak król, do mnie powiadał? Słyszał ja, słuch mam dobry wasza miłość, powiadam księdzu. Tak mi się śmiać chciało, że musiałem sobie, pysk zębem przygryźć. Aby zaś w pysk, od księdza nie dostać. Jeno mnie się podobało, jak król na księdza powiadał. A księdzu nie? Trąbo? Powiada ksiądz. Przecie on kpi, sobie ze mnie w żywe ślepia. Gdzie tam. Powiadam księdzu. Trąbo, król powiada bo, przecie na gramatyce polskiej jako Litwin, rodzony nie dokładnie się wyznaje. A i jużci. Nie wyznaje się na gramatyce? Król lepiej po polsku prawi, niźli my tu rodzeni, i w kancelarii mu listy, po polsku piszący. Mnie się tam bardzo mocno widzi, na księdza powiadać księże Trąbo. Powiadam owemu. Jeno spróbuj, mnie pozwać Trąbo, na udeptaną ziemię pozwę. Zaś łeb odejmę za jednym zamachem. Powiada ksiądz Trąba. Tego księdzu prawo kanoniczne wzbrania, powiadam mu, dla reflektowaniu się księdza, w wyciąganiu miecza z za pasa. A jam przecie nie pasowany jest. Marcin tak się śmiał z tego, że mu się inkaust, wylał na portki, zaś musiał do praczek na parter poleźć. Błagać zaś owe, co by mu jakie gacie, na zieloną dupę, założyły. Zaś już w styczniu 1394 roku, poselstwo, wraz z uwolnionym księciem Januszem w Ciechanowie stanęło. Zaraz w lutym, z ukłonami i podziękowaniem książę Janusz z siostrą a rodzoną Witolda zaś cioteczną Jagiełły, księżną Anną Danutą, na podwórcu Wawelskim, wraz z posłami co gęby, o niego u mistrza, darli nie daremnie w Malborku, stanął. Jagiełło witał obojga, księstwo z gębą uśmiechniętą, dość szczerze. Nie pomny księciu na jego sprzeciwy, zadawane Witoldowi za owego dawniejsze wyczyny. Żwawo też prosił do, komnat i refektarza. Gdzie już przy suto zastawionym stole, poczęła się gadka, Jagiełło, wa. Jakoż, to mogłeś się tak, dać podejść mój książę? Naszli cię krzyżaki jako borsuka, śpiącego w norze po nocy, i do worka, ze łbem po ciemku wsadzili. Zaś na zimową wycieczkę do swego Malborka, powieźli darmo. Na co książę Janusz jako że mrukiem nie był, i na żartach króla się znał, co nieco. Powiada. Dzięki waszym królewskim mościom za z, ratowanie moje z obierzy krzyżackiej. W Malborku. W pierwej do lochu mnie Konrad wsadził, gdzie siedział ja, trzy dni o głodzie i chłodzie, bez miski polewki nawet. Jeno kromkę suchego chleba mi przez okienko czasami wrzucili knechty, szczekając przy tym jak stado wściekłych psów. Jedynie co, m posiadał, to dzban spleśniałej i przymarzłej wody co stał w kącie, miałem do pożywienia się. Szczury i myszy się lepiej tam mają, niż ja jako książę mazowiecki, byłem traktowany w tej niewoli piekielnej. Przeto jakimś cudem, na trzeci dzień, jakoś zreflektowała się, kapituła i wielki mistrz, iż nie uchodzi, o głodzie mnie trzymać. Powzięli mnie do jakiejś izby ciemnej na wieczerzę, i posłanie mi dali nieco ogrzane, pod strażą, na zamku. Jeno po dwóch niedzielach poselstwo, waszych królewskich mości przyszło. Do targów z krzyżactwem zaś przystąpił, Zyndram z Powałą, i do uwolnienia mnie w końcu, Konrad za ich przyczyną, przystał. Nie da się opisać słowami jaka, w Malborku przeciw nam, nienawiść i pogarda panuje. Na co królestwo popatrzało, na księcia Janusza z politowaniem. Zaś królowa Jadwiga, powiada swoim słowiczym aksamitnym głosem. Współczuję waszej książęcej mości niezmiernie, przygody jakąś, nie zamierzenie przeszedł. Jeno teraz przecie radujmy się wszyscy z uwolnienia księcia, panowie. My zaś z księżną Anną Danutą. Do naszych komnat, niewieścich pójdziemy. Was zaś przy stole, samych pozostawimy. Ucztujcie dostojni panowie i cieszmy się, wszyscy. Na co rycerze, król z księciem Januszem powstali, z krzeseł z hurkotem odsuwanych. Skłonili się z szacunkiem i królowa z księżną mazowiecką, w otoczeniu dwórek na swoje pokoje wyszła. Przez ten czas, kiedy to wszystko działo się w Krakowie, w Malborku, wielki mistrz Konrad von Jungingen, nagle otrzeźwiwszy z sukcesu za który uważał porwanie, księcia Janusza Mazowieckiego. Wezwał konwent zakonu, na obrady do wielkiego refektarza i powiada. Bracia trzeba nam tak pokierować, poczynaniami naszymi aby, znieść królestwo tego schizmatyka Jagiełły z mapy europy. Za pomocą naszego, sojusznika Zygmunta Luksemburskiego, książąt zachodniopomorskich, a i samego pobratymca owego, księcia Witolda, czy też za wsparciem Władysława Opolczyka, dokonamy rozbioru tego przeklętego królestwa. Które naszym, poprzednikom, i braciom naszym, stało solą w oku od samego początku jako, żeśmy ziemię chełmińską w 1226 roku od tego durnego Konrada Mazowieckiego otrzymali. Bo to i, przecie zjazd w Toruniu, na jaki zaprosił owego poganina Jagiełłę, w 1388 roku nasz, wielki mistrz, świętej pamięci imiennik mój Rotenstein, dał nam tyle że Jagiełło opuścił zamek obrażony wielce, na racje nasze i krzywdy ponoszone za jego przyczyną. Głuchy on jak stary i pusty w środku pień spróchniały. Zaś na żadne ustępstwa z jego strony nie dając w końcu zgody. Poślemy poselstwo do Witolda na Litwę, obiecamy owemu złote góry, a że uległy on i głupszy jeszcze, od swego kuzyna królewskiego, pomiędzy nich war i zarzewie ognia, włożymy. A może i wojnę pomiędzy onymi uda się nam, ogniem owym podłożyć. Zaś jako z iskry las, zapłonie tak i sami może oni dwaj, w ogniu piekielnym spłoną. Na takie dictum wielkiego mistrza, Kuno von Liechtenstein, wstał z rzeźbionego misternie krzesła, w żmije śmiertelnym uściskiem związane. Skłonił się nisko i powiada. Wielki mistrzu, nasz bracie. Słowa twoje są, jak balsam na nasze uszy z nieba jest idący, i jak słowa świętych niemieckich przyprawia nas o drżenie z radości. Na co cały konwent powstał z miejsc, złapał się za srebrne puchary, z reńskim wińskiem stojące wedle każdego krzyżaka i kilkunastu przybyłych już dla, dzielenia łupu na niedźwiedziu w puszczy, gości zakonu.

Rok 1394

Po czym zebrani wznieśli toast, dzikimi okrzykami gęsto okraszany. A zaraz zaś, wzięli się do uczty wystawnej pili tęgo i mocno do rana, samego. Gdyż zdało się im nagle, że Jagiełło już na narach śmiertelnych leży, wraz z Witoldem przed oblicze jasne wielkiego mistrza, jest przez braci zakonnych niesiony. W międzyczasie tłukąc się jako zwykle po łbach wzajem, od czasu do czasu, czym popadło, jak było u nich w rycerskim obyczaju zapisane. Tak minął nam rok 1394 i wszedł, w progi.

Rok 1395

1395 rok pański. Plany wielkiego mistrza, co do rozbioru korony na tyle były nie udane, że nie dość że król pojechał z radą królewską do Czech i na Węgry a i my z nim jako służba owego. Zygmuntek Luksemburczyk przyjął króla z miną dość kwaśną, jednak pomny na to, iż dzięki temu że królowa Jadwiga, wyniosła się do Polski, a jemu zostawiła wolne miejsce, na tronie. Nadrabiał, brodatą gębą z dwoma zębami wystającymi owemu z niej, do przodu jak u dzika, i powiada. Wasza królewska mość, nie ja winien jest rozłamu jaki się pomiędzy nami uczynił, jeno zakon krzyżacki i nowy mistrz onego Konrad von Jungingen, bo przecie za jego to namowami, war i zarzewie wojny ciągle na granicach stoi. Przeto skłaniam się i ja, jako król Węgier i Czechów i przyjaciel waszego królestwa, do zawarcia z tobą wasza królewska mość. Porozumienia na wieki, i abyśmy w pokoju obok siebie panowali. W międzyczasie, Jagiełło, wziął kielich wody źródlanej ze stołu, wypił łyczek. Aż zachłysnął się ze śmiechu, na oświadczenie króla Zygmuntka, o przyjaźni do niego i królestwa Polskiego. Zygmuntek chciał wprawdzie palnąć, go przez plecy usłużnie, jeno jak spojrzał na Jagiełłę zwątpił, i nie ruszał z łapami na króla. Odkaszlnąwszy Jagiełło w pierwej, bo go woda chciała zadusić i powiada tak owemu. Ze szczerym uśmiechem na gębie, pokasłując co chwila. Co przecież Luksemburczyk przyjął zaraz, za dobrą monetę. Wasza królewska mość, mowa piękna płynie z ust twoich, jak owa woda źródlana, do zdroju a z niego do rzeki większej i już potem płynie nurtem i falą potężną. Jeśli i wy dotrzymacie obiecanego przymierza, pokoju i ja go także dochowam. Zaś jeśli tak będzie, jako wasza królewska mość powiada, to jedziemy zaś za powrotem bo i czasu nie mam, na uczty przy stole. Trzymam waszą królewską mość za słowo. Na to, król Zygmuntek skłonił się, Jagiełło z radą powstali od stołu i poszli my, do Krakowa. Jak myśliwy z polowania z trokami pełnymi zwierza i zdobyczy. W drodze, do zamku na Wawel ksiądz Kurowski jadąc zaraz za królem z tyłu, pogadywał z księdzem Trąbą, o władzy arcybiskupiej w koronie, w związku z tym, że sprawy te interesowały ich więcej, niż obietnice króla Zygmuntka Luksemburczyka składane, królowi naszemu. Ksiądz Trąba zaś, tak powiada, do księdza Kurowskiego i króla Jagiełły. Wasza królewska mość. No? Powiada Jagiełło. Jak wasza królewska mość nie zezwolił, biskupowi Kropidle na objęcie tronu arcybiskupa w Gnieźnie, ten w końcu poddał się woli, waszej panie i zamilczał, w końcu. To i wiem przecie, powiada król. Jak mu królewska mość nakazał, zaś na razie cicho siedzi, na biskupstwie kujawskim. Na to Jagiełło, ciekawy sprawy powiada, no i co? A czy czasem? Nie wydaje ci się Trąbo moja, że trąbisz mi co chwila, to samo? Bo ja wiem, czy to samo? Wasza królewska mość. Zaś zaraz, powiada ksiądz Trąba znowu. Wasza królewska mość. No? Jagiełło znowu. Papież ogłosił nowego arcybiskupa w Gnieźnie. Ale że czasu, nie było waszej miłości, i królowej przecie powiadać, że to, listy papieża Urbana VI do kancelarii naszej przyszły. Jak musieli my na koń siadać, jadąc na rozmowy do Luksemburczyka, że ten na arcybiskupa gnieźnieńskiego. Już w ubiegłym roku 17 maja 1394, powołał w nagrodę na ten urząd. Dobrogosta z Nowego Dworu. Zaś listy z bullą papieską przyszły, jak my już, do wsiadania na koń się brali. Jagiełło, popatrzał na księdza Trąbę, z ukosa i powiada. Nie wlewał ty w trąbę swoją, miodu czasem? Bo gadasz mi jakobyś, nie bardzo wiedział co. Powiadam zgodnie z prawdą. Przecie nie pijam, ja niczego w drodze, a w Krakowie, jeno czasami jak bóg pozwoli. Mniejsza z tym. No i co z owym, Dobrogostem? Powiada król. Idzie o to, czy wasza królewska mość, podpisze biskupa Dobrogosta nominację? Na urząd arcybiskupa w Gnieźnie? Powiada ksiądz Kurowski, za Trąbę który nadął, się i jechał nie gadając, już nic więcej. Podpiszę, czemu zaś nie? Powiada Jagiełło. Dobrogost z Nowego Dwora stateczny i poważny ksiądz. Był doktorem prawa na uniwersytecie w Padwie, i wierny koronie biskup, przecie jest. Wam, też kiedyś jak będzie trzeba podpiszę, powiada król, pojednawczo do księdza Trąby i Kurowskiego. Księże Trąbo? Moja, trąbo, głośno rycząca? Król podjechał do księdza. Zaciął się ty? Czy obraził na króla swego? Powiada Jagiełło. Prędzej podpisze mnie, kwit do kata, niźli na urząd jaki, w duchu powiedział sobie, Trąba. A głośno, do króla. Ja? Gdzie, zaś. Powiada ksiądz. Jeno ustnik mi się zapchał i zatkało mnie, na ten czas. A cha, to jedźmy w zgodzie, poweźmij wody źródlanej łyczek, to ci się, gęba odetka. Zaś podał księdzu, swoją manierkę z wodą, co za zaszczyt, można było sobie poczytać. Ze śmiechem powiedział król i pojechali my do Krakowa. W Krakowie, jako my pisali, nominację królewską dla arcybiskupa Dobrogosta. Ksiądz Trąba, powiada do Kurowskiego cichcem. Co my słyszeli na własne uszy i ślepia widzieli. Jeno każdy, udawał że pisze pilnie, i co by kleksy jakieś, na traktat nie spadły. Jagiełło nasz, pan czasem, nieraz takie tyrady wygłasza, że nie wiadomo, czy ze śmiechu się zatrząść? Czy lepiej zaś, szukać, suchej jakiej gałęzi w boru, do obwieszenia się na niej. Co mnie jako księdzu, i spowiednikowi owego, chyba nie uchodzi. Na to Kurowski powiada. Królem on jest, to i mu się nieraz litewskie żarty jeszcze trzymają. Ale to już widać, dobry pan będzie, i dla nas i dla królestwa naszego. Król podpisał nominację dla Dobrogosta, i mieliśmy nowego a i porządnego pasterza trzody bożej w królestwie. Później nieco, bo w dniu 26 lipca 1395 roku, nasza wielka królowa Jadwiga, ufundowała biedaczyskom szpital w Bieczu. Zaś dziesiątego sierpnia stawili się my w Sandomierzu, na czele z królem, bez rady królewskiej na szczęście, gdzie napisali my traktat sojuszniczy, przeciw krzyżactwu, z księciem Świętoborem I i Bogusławem VII z kolei. Na co, jak wieści te posłyszał, od szpiegów swoich wielki mistrz Konrad pluł, ze złości na odległość, przez okno refektarza wielkiego, aż do fosy na zamku w Malborku. I jako nam zaś powiadali Krzyżaki później, o mało co by przez okno, na zbity łeb nie wyleciał i we fosie by się zatopił bo przecie pływać nie potrafił, kmiot niemiecki. Trza rzec że mniej kłopotu król by nasz miał, zaś. A w połowie sierpnia przypędził do swojej kancelarii, ksiądz Trąba i powiada. Bierzcie i piszcie traktat królewski, na prawa miejskie na dzień 17 sierpnia mają być gotowe grodu Biskupca, bo to król postanowił ich ze wsi, do miasta wprowadzić, pewnikiem dla polepszenia stanu posiadania ilości grodów, w królestwie naszym.

Rok 1396

Rok 1396 z kolei bardzo wesoły się począł, bo król nasz chociaż nie mściwy był bardzo. Wezwał wojewodę krakowskiego Spytka z Melsztyna herbu Leliwa, i powiada owemu tak. Wasza miłość, zdaje się nie, aż tak daleko, wroga naszego wspólnego, Władysława mojego imiennika, Opolczyka zamieszkujesz? Zaś włości swoje masz niedaleko? A ten powiada, wąsa gryząc. A i juści wasza królewska mość. No i co? Nic, a co ma być? Powiada król, jeno takoż myślę sobie, że zdało by, się owemu szubrawcowi koszulę przetrzepać, bo mu zatęchła od smrodu. Mnie dojadł ów, że zdzierżyć nie mogę, jako wiesz mój Spytku, i pytać o to dwa razy nie musisz, boście i wszyscy widzieli jako było, jako, m na tron, krakowski chciał wejść. O naszym małżeństwie z królową Jadwigą, wcale, nie powiadając. I jako ten na Wawel napadł, z Wilhelmkiem Jadwigowym, na swaty. Na co Spytko powiada, prać owego? A i juści prać, i to zdrowo, żeby spamiętał sobie, komu w drogę włazi. Wojsko wasza miłość, da? Dam, jeno tak po cichu, bez rozgłosu. Bo jeszcze się Jadwiga obrazi że, my jej byłego swata po łbie obtłukli i tyłek owemu osmalili. Kiedy mam iść? Na owego psubrata? Jak, lody puszczą, pójdziesz po marcu zaraz. Wiosnę owemu przyspieszysz, cieplej mu będzie. Na co, Spytko powiada. To i palić go mam? Jako tam chcesz? Nie wiem, ale zdało by się może, i takie coś. Z resztą jako wojewoda krakowski, nie musisz mnie się pytać, gdzie z wojskiem i chorągwiami leziesz. To zaś jadę zaraz, powiada Spytko bo i mnie, gęba owego Opolczyka razi, wąsy mu przytnę. Jedź zaś, i wracaj, mi w zdrowiu. Spytko jako że krewki szlachcic był, po świętach wielkanocnych, wziął chorągwie krakowskie i poszedł, jako powiadali, na rozpatrzenie się w okolicy. W maju, powrócił, w chwale wielkiej. Do króla zalazł, i zaraz powiada. Wasza królewska mość. No? Co tam? Powiada Jagiełło. Opolczyka osmalił ja, tak że mu się odechce przeciw, koronie występować. Z dymem poszły, Lubliniec owego, jako i Olesno, a Gorzów Śląski jeszcze się kopci. Toś widzę, powiada król. Wcale nie zgorszy wódz. A i juści, bóg opłać, waszą królewską mość za dobra słowo. Jagiełło chciał już palnąć owego przez plecy w nagrodę, jako miał w zwyczaju. Ale rozmyślił się, i powiada. Dzięki ci mój Spytku, niech to między nami się zostanie. A jakoż inaczej? Wasza królewska mość. I polazł do swoich kwater wąsa kręcąc. Na początku roku 1397,papież Bonifacy IX z kolei, wydał bullę swoją ku zadowoleniu, księży naszych obu, Kurowskiego i Trąby. Bo poleźli my za nimi na Krakowską Akademię gdzie utworzono wydział teologia, e. Zaś ja powiadam, do Jakubka Kuny bo i lazł z nami jako doktor tej uczelni szacownej. Pomnisz, to trutniu, jako ci Kurowski radził się na teologie zapisać? Co pamiętać nie mam, jeno wtedy, nie było tam owego wydziału, wobec czego jako medyk, zwolniony się z takiego obowiązku do dziś dnia poczuwam. Po inauguracji poszli my z Janotą, Jakubkiem i Pietrem Malarczykiem do gospody, pod Wydrwigroszem. Zaś Jakubek, płacił jako dobrze w kiesę medyk biorący. Płacił za wszystkich, bez szemrania. Powiadał ja owemu, tak. Właściwie, to powinienem ci jako kumoter twój w, dzięki wyłożyć. Bo i sam, posadę, m dostał i ciebie od swoich garów odstawił. A tak byś mnie zeżarł jako głodomór krakowski z kretesem. Jakubek, zaś wąsa zagryzł jak sam Spytko z Melsztyna. Zaś powiada szybko jako u niego, gębę drąc głośno. Żeby nie moja bieda, dziś pewnikiem byś, za dziada kościelnego pod Kościołem Mariackim się ostał. Amen, powiadam owemu.

Rok 1398

Ale za wesoło nie było, w tym 1398 roku, bo oto kniaź Witold umyślił sobie, że aż po Morze Czarne korona Polska, wraz z Litwą ma siedzieć. I polazł tam jako, mara senna aż po Worsklę daleko na południe. Wraz z nim na szczęście dla nas, bez pisarczyków żadnych, część wojsk naszych, na nieszczęście owego, ze Spytkiem II z Melsztyna. I kilkoma Chorągwiami krakowskimi.

Rok 1399

Nastał 1399 rok, pamiętny dla wszystkich bo tragiczny dla nas, jako mało kiedy. W pierwej szło wszystko jako, tako i po staremu. Pod koniec marca, zaraz, po świętach wielkanocnych, król do mnie się doczepił w kancelarii z samego rana, i powiada. Słuchaj mnie jeno, Umiesz ty Credo i Pater Noster składnie? Na co tak mnie się śmiać zachciało, jeno że w gębę mu nie śmiałem śmiechem parsknąć. Powiadam jako zwykle, bardziej niźli dyplomatycznie. Jako mnie kijami księża jeszcze w szkółce za młodu przyuczyli spamiętałem sobie dobrze i na pamięć zakonotowałem po wieki wieków. Wasza królewska mość. Na co Jagiełło, palnął mnie przez plecy swoim starym zwyczajem, i gada z gębą zadowoloną wielce. No. To zaś weźmiesz mi i przepiszesz Credo i Pater Noster dziesięć razy na osobnych kartach. Jak zaś przepiszesz, siądziemy razem przy dzbanie. Jak miodu krakowskiego? Wasza królewska mość to bardzo chętnie, powiadam. Wody tylko źródlanej trutniu miodowy. Zaś ja po litewsku przetłumaczę i do Wilna, Janota karty zawiezie bo ciemnota tam taka, że modlić się jeszcze porządnie nie umieją. To jak zaś przepiszesz, Trąba lubo Kurowski niech sprawdzi czy żeś błędów jakiś, nie nawyczyniał. Słyszy Trąba? Na co ksiądz Trąba i Kurowski, wstali ze stołków, i łbami skinęli że rozkaz króla przyjęli do wiadomości. A ksiądz Trąba powiada. Trąbię waszej królewskiej mości że sprawdzać, jego aż za mocno w sztuce skrybo, wania pilnować nie trza, bo oba nasi pisarze składnie wszystko przepisują chyba ze strachu, przed waszą królewską mością. Na co, król głową pokręcił i powiada, na mnie łapą znowu pokazując. Ten tu ponoć piekła się jeno boi i własnej baby jako słyszałem. Ale co tam, przepiszcie mi to, a szybko. Zaś do mnie znowu bardziej łagodnie i dyplomatycznie, niźli ja do niego powiada. Twoja niewiasta, ponoć ładne figury w drzewie, rzeźbi czy jak tam się zwie? I ptaszki kolorowe, ponoć jako żywe? Z ręki jej, wychodzą piękne bardzo. Zaś ja, jako skryba królewski, wasza królewska mość. Z jej ręki ledwie żywy, nieraz uchodzę, gorzej krzyżaków i tatarów, jak kniaź Witold teraz nad morzem Czarnym się trudzi. Co tam gadasz mi, po próżnicy, powiada król. To nie trzeba piwska pić i ze mnie przykład brać. Na co, m ślepia roztworzył szeroko a księża z Marcinem poczęli się śmiać z cicha. To powiadam, aby sprawę wybielić. A z czego, wasza królewska mość, takie coś wie? A z tego, Trąbo jedna, że wasz król wszystko wie. Nie uwłaczając księdzu Trąbie teraz. Bóg zapłać, waszej miłości, powiada ksiądz Trąba. Powiadam przeto ja królowi. Czyni owa cuda jakieś, z drzewa lipnego. Na co król gębę, w uśmiech zaraz powziął. O ptaszyskach słysząc i powiada. Janota mnie, i Jakubek Kuna powiadał, że widzieli u ciebie ptaszysków pełno w chałupie, jak w lesie jakim. Dziedzica będziemy mieć, bo królowa nasza w stanie błogosławionym jest, pojmujesz trutniu? Zaś takie ptaszyny kolorowe, u kołyski dziecku królewskiemu, chciał by ja uwiesić, i po temu, mnie twoja niewiasta konieczna zaraz. A kiedy może, twoja niewiasta przyjść do nas na zamek? Jak wasza królewska mość nakazuje, zaraz. Zaraz? Bez turbacji jutro, niech zajdzie. Na co wszyscy w kancelarii, księża Kurowski i Trąba, gratulować poczęli królowi, jako i sobie samym wzajem, radość była bardzo wielka. Na to król powiada, do księdza Mikołaja Kurowskiego. Nie koniec, to radości dla was, bom oto od papieża translację dla księdza dostał i na biskupa księdza, w końcu mianujemy. Obejmie ksiądz, od dziś biskupstwo włocławskie. Jako, m chciał, z dawna. Kurowski czerwony na gębie się zrobił i aż siadł na stołku, z wrażenia. Zaś powiada, ksiądz Trąba, to trza nam opić oba sukcesy, wodą święconą. Na co Jagiełło zaraz, podejrzenie powziął że ku niemu przytyk, ksiądz Trąba zatrąbił. Jeno że król, w humorze był świetnym, nie powiadał nic, jeno zaśmiał się, i powiada. Niech Trąba nie trąbi byle czego, bo jemu biskupstwa, nie dam jak by co. Jeśli wody źródlane czy święcone ci śmieszne, będą. A jako zatrąbisz, w zgodzie z kapelą moją, dam prędzej niźli Trąba twoja, myśli sobie. Ksiądz Trąba zaś powiada zaraz. Dzięki waszej królewskiej mości, za pamięć na przyszłość. Amen, ja mu na to, powiedział. Po południu pojechał ja, na szkapie swojej do chałupy, szkapę zaś dał Jaśkowi do oporządzenia, i wlazł do środka. Myślę sobie w duchu, dam ja ci takiego trutnia miodowego, niewiasto moja a komtursko tucholska, że sobie spamiętasz na wieki. Przysiadł ja wedle stołu, z gębą nad wyraz, smutną bardzo. A pisarczyk, owa pyta się zaraz. Czego to taką gębę strutą masz, jak truchło blade przed pochówkiem? Albo to. Jako byś, przed sądem grodzkim i katem na rynku, siedział? Ja? Niczego. Zaś lepiej ty, o swojej gębie pomyśl, nie będziesz pogadywała głupio, przeciw królowi swojemu. Pewnikiem prędzej cię straże grodowe, albo zamkowe powezmą, bo na stos raczej poleziesz, jako czarownica. Ja? A za co? Przecie ja czarami się żadnymi nie zajmuję. Powiada raczej dość mocno przestraszona pisarczyk, owa. Dowiesz się, jak cię Jagiełło, na spytki poweźmie, albo pod sąd, świętej inkwizycji odda, powiadam owej. Bo i kazał ci się migiem przywlec, do owego i sprawę zdać, z poczynań swoich przeciw koronie i jemu samemu, gorzej od kniazia Witolda i krzyżaków, ponoć przeciw niemu gadasz. Ja, przeciw królowi, gadam? Zdurniał ty całkiem? Powiadał mnie król, dziś bardzo rozeźlony, że ino po temu, straży po ciebie, na razie nie posłał, z uwagi na moje przy dworze i w kancelarii zasługi. Ciekawe bardzo banialuki mi tu powiadasz, trutniu wawelski. A i juści, dadzą ci, na zamku trutnia wawelskiego, to ci się odechce powiadać byle czego. Powiadam owej. Masz ty jutro z samego rana, powziąć swoje manatki, oraz te figury, co je po dniach całych strugasz, z owymi ptaszyskami kolorowymi. Poweźmij, takoż ze sobą, jaki większy połeć słoniny, i cebuli czy tam, jakiegoś innego warzywa, z bochnem chlebka jakiego, bo dzban wody splesłej tam, pewnikiem ci Marcin, po znajomości ze mną, ze straży zamkowej, pewnikiem doniesie. Zaś rano, na dziewiątą godzinę z rana masz, się ze mną u króla pokazać. Jeno odziej się ciepło, a dostatnio co byś mnie wstydu nie naniosła. Ta zaś, zaraz inaczej zaczęła pogadywać. A może to, byś miodu z komory podpił, lecę zaraz i ci doniosę. Mam ci ja i kapłona tłustego, com spiekła z rana. Już chciała owa przepłakiwać, na los swój straszny we wieży albo i w lochu jakimś. Kiedy Jaśko zięć nasz durny, przylazł, i powiada. Wasza miłość, kumotrowie waszej miłości przyleźli, ze dworu. Ów medyk Jakubek, z tym litewskim rycerzem Janotą. Puszczać ich? Co się głupawo przepytujesz, jako głąb kapustny? Puszczaj ino, migiem. Pewnikiem po ową niewiastę, moją przyleźli do aresztu ją brać. Kuna z Janotą, do aresztu kogo brać? Co wasza miłość, za bzdurstwa powiada? Przecie jak by co, król by straże, posłał nie jakiś kumotrów, waszej miłości. Nie wiem ja kogo i po co król nasz posyła, nie moja w tym rzecz. Nie pogaduj mnie tu jako król Salomon biblijny, jeno leźcie do wrót, rozdziawiać owe. Niechaj i owa idzie, niewiasta moja, niech zaś się zwie co, od niej tamci chcą. Zaś moja, polazła za Jaśkiem, z chustką przy nosie. Po pół, niecałej ćwierci pacierza, we troje już byli w izbie. Powiadam ja obu, uprzejmie jako zwykle. Czego? Miodu? Czy z workiem, przyleźli wy, na niewiastę moją? Jaką niewiastę, zdurniał ty? Z jakim workiem? Czy my hycle grodowe, jakie albo co? Powiada Jakubek Kuna. Zaś Janota, jako wielbiciel do niedawna, owej powiada zaraz. Gdzie zaś taką, cudną niewiastę do worków wsadzać? By kto chciał? Chyba by, na umyśle szwankować musiał. Bo mnie ów powiadał, gada do Jakubka i Janoty, zaraz moja. Że przecie, mnie król do wieży czy do lochu obsadzić chce i na stos skazać. Za sądem inkwizycji świętej. Waszą miłość? Król nasz? Gdzie zaś? Przecie nic takiego, nasz król nie powiadał. Jeno, że to prosił waszą miłość, przez pani męża, tego o tu. Zaś o najście szacownej pani jutro, wedle niego, co chciał ptaszyska i figury, waszej miłości u kołyski przyszłego dziedzica jego zawiesić i ustawić, bo my mu powiadali wcześniej. Jakie to śliczności, wasza miłość rączkami swoimi wyrabia. Ot jak było. A nie, do wieży czy lochu jakiego, jeno na komnaty królewskie dla widzenia się z królem i naszą królową Jadwigą błogosławioną. Zaś myślę, szybciej kontratak prowadź bo przepadniesz, jak krzyżaki pod ręką Jagiełły. Na to moja niewiasta, do mnie się odwróciła. I powiada groźnie. Chcesz ty ośle jeden, kapłonem pieczonym lubo lepiej świeżym, ale po łbie durnym? Albo i miodu? Dam ja ci takiego miodu że cały rok się będziesz oblizywał z oskomy, że się ci i odechce prędzej owego, niźli sobie myślisz. Siadajcie panowie, do stołu, ugościć mnie was się trza jako, należy. Po chwili, jakiejś otrzeźwiała owa, z przestrachu, i powiada. Do Jakubka i Janoty. A na mnie niewinnego, gapiąc się ślepiami niebieskimi jak bazyliszek. Dziw mnie to jeno, że król trzyma owego trutnia, w kancelarii u Kurowskiego. Jakoś przecie ty taki głupi, jako nie jedna ciżma, ale dwie z lewej nogi powzięte. A co miał, ci powiadać, jakie to ślepia Jagiełło zrobił, że chciał twoje ptaszyska zaraz widzieć, jako by mu mało było tych, co po dniach i nocach całych śledzi jak szpiedzy krzyżaków i cmoka, oglądając owe, jak dziatwa co na jarmarku kuglarzy obaczywszy. To zaś, takie cudactwa powiadasz że myślała ja że trupem ze strachu padnę? Marysia, albo Anielcia! Za, wrzasnęła pisarczyk, owa. Co pani nakaże? Maryśka nos, wsadziła w drzwi, zaś Janotę zobaczywszy, zaraz uśmiech na gębę powzięła, jak księżyc w pełni. Weź, mi, i z loszku przynieś gąsiorek miodu. Tamta zaś, powiada szybko. Już, e lecę. Na co jam, zawrzasnął za ową. Zapomniała ty, do wrzasnąć, Maryśka. Zadzieram kiecę i lecę. Po chwili tamta, z gębą czerwoną, z pośpiechu wróciła z piwniczki. Na stół, przeto postawiła gąsior z miodem, i stała z gębą uśmiechniętą dalej, jak by jej piątej klepki brakło. Zaś moja niewiasta niesforna, powiada do Janoty i Jakubka, podpijcie sobie godnie rycerze. Owemu, nie nalewać niczego, bo i tak głupi jak ciżma, a jako by się opił jeszcze raz taki głupi jak, stołowa noga. Te zaś, zaraz smakowicie zamlaskali gębami ochoczo, i zasiadali prędzej do stołu, niźli przyleźli. To, m wziął pióra swoje i pergaminy i polazł do drugiego stołu przepisywać, owe Credo i Pater Noster co, m dopiero co od swojej dostał. Zaś kmiotkowie siedzieli mnie do północka, a jako już za dużo mieli w czubach. Kazała moja nieznośna, ich obu do wózka Jaśkowi wsadzić i na zamek powieźć. Jam zaś udał śpiącego strasznie, i poszedł na piętro do izby synowskiej zawarł się od środka, i spał do rana. W strachu wprawdzie, czy oblężenie jakie nie przyjdzie, jak na Władysława Opolczyka Spytko z Melsztyna uczynił. Ale że to i jakoś nie nacierał wróg, zasnął jam smacznie. Rano, m konia powziął, zaś jechać chciał do robót swoich, nie bacząc na mojego komtura tucholskiego. Patrze ja, a w drzwiach stoi pisarczyk, owa ustrojona jak kukła krakowska, nawet zaś gębę sobie chyba sokiem z buraka pokraśniała, i powiada. Pies cię nosem trącał, za twoją głupotę, daruję ci ostatni raz, bierzesz zaś mnie na koń, przed się? Czy mam na piechtę zasuwać pod górę na Wawel co? Ja z tobą przecie, zamiaru nie mam uchodzić pogoni. Ani nie jest ja, twój zalotnik co, by cię miał w Jasyr brać, jako już dwadzieścia kilka roków, mnie gnębisz jako dziada swego. Prędzej Janota wielbiciel twój nowy, by cię powiózł wierzchem, jako by się nie bał, po łbie brać. Lubo wózek, nasz poweźmie ona, jako to niewieście przystoi, i koniem z paradą, jak krzyżaki do króla z poselstwem lezą, polezie. Lubo na wawel na zaproszenie króla Władka jedzie, za mną czy przede mną jako z mężem prawym. Ot co. Niech ci jest, pójdę wierzchem powiada, owa. Jeno nie myśl sobie, że za tobą wlekła się będę, jak branka słabowita, w tatarską niewolę. Powiada, pisarczyk, owa. Jeszcze ci coś rzeknę powiadam owej. Zważaj co byś na łeb, swój piękny na bruk nie zleciała, jak się w siodle z radości kręcisz będziesz. Nie bój się ty kmiotku jeden, lepiej ja konno jeżdżę niż się twojemu durnemu łbu zdaje. Ale tylko z mojej stajni? Może, powiada owa śmiele i ślepiami mi zalotnie klapie. Na com się oblizał, bo i śliczna była jak by nie moja. Ale, m machnął na to na razie łapą, pomny na wczorajsze. To zmieniłem temat i mówię owej zalotnicy w spódnicy. Słuchaj no mnie uważnie, jako swego męża statecznego. Na co się ta, tak obśmiała aż jej wszystkie białe jak u wilka zębiska się pokazały. No? Jako tak dalej, będzie lazło, ów Janota niebawem o rękę naszej Maryśki błagał będzie. No i co? Źle będzie miała? Bo ja wiem? Litwiny, dziki lud. Tyś, od owych dzikszy i jakoś żyję z tobą tyle roków. Przecie zaraz jej nie musisz, owemu dawać, albo i w ogóle. Powiada słusznie pisarczyk, owa. Zaś tam z zalotnikami durnymi. Powiadam jej. To ruszaj przodem, ty niewiasto nieznośna. Ja zaś, jako eskorta ci posłużę. I pojechali my w zgodzie, jako takiej, jakoż przecie małżonkom przystało. Na zamku, konie uwiązali stajenne, a, my oba jako że na zegarze już, dziewiąta godzina wybiła. Wleźli na piętro do komnat królewskich, wedle drzwi straży zameldował jam, swoje z królem uwidzenie. Przeto Marcin polazł po Maćka pyzatego. A ten jak przylazł, powiada. Król z królową wiedzą i czekają pani pisarz, owej, z mężem pani. Machnął ja łapą na takie cyrkulacje, a tamta gębę zrobiła, jak by przynajmniej, wielkim kniaziem litewskim była. W imię ojca i syna i ducha świętego, powiadam sobie w myśli. Ta, mnie tu dopiero obsmaruje sadzą, będę jak kominiarz Jędrzej stary wyglądał, co z komina dopiero wylazł. Król z królową już po porannej polewce byli i siedzieli oboje wedle kominka.

Królowa Jadwiga

W zgodzie, bo z dwora jeszcze ciągało zimnem, nieco. Pokłoń się powiadam owej, a ta zamiast ukłony składać, rym przed królową Jadwigą, na kolana. Aż huknęło. I dalej całować ją po łapkach królewskich. Zaraz zaś gada, moja ze śluzami w ślepiach, aż ciekły na posadzkę, jak by deszcz przez sufit się przedarł. Umiłowana pani królowo moja, zaszczyt mnie doszedł taki i że, mnie wasza królewska mość sprosiła. Przeto królowa Jadwiga powiada, wstań z podłogi. Przecie że, ty śliczności moje. Dzięki ci za, to iż nas odwiedzić ty raczyła. Jakoż to cię powiadają? Krystyna Anna, jestem ze chrztu świętego, powiada moja pisarczyk, owa. To ja powiadam, wasze królewskie mości, przyprowadziłem ową z jej nakazanymi wymysłami, jako wasza królewska mość mi przykazał i owe dziesięć Credo i Pater Noster my z Marcinem pospołu przepisali. Proszę waszej królewskiej mości, oto są. Zaś król popatrzał na mnie, takoż samo niebieskimi ślepiami jak bazyliszek i pisarczyk, owa. I powiada, no i dzięki, żeś to i nie prze, pomniał. Zaś palnął mnie znów przez plecy, co było oznaką iż zadowolony jest, a łba ścinać na razie, mi nie zamierza. Powziął pergaminy i na stół położył. Zaś do mojej z gębą uśmiechniętą jak by, wypił źródło czyste do cna, powiada. Pokaż moja miła pani, co w koszyczku masz za cuda, i jako co, na strugane. Powiadają niemal razem królestwo. Dopiero to się, zaczęły cmokania i jego, i królowej Jadwigi. Jakież ptaszyny śliczne a cudne, jako żywe malowane a jeden piękniejszy od drugiego, a to to, a to tamto. Że to zaś, i kosz był wielki, jak wóz drabiniasty na siano, wlazło tam ptaszysków ze setka, albo i więcej jeszcze, bez dziesiętników armii owej. Cały stół królewski, co to nieraz mapy na nim, Jagiełło rozkładał, zajęła moja niewiasta, gorzej jak Krzyżacy pomorską ziemię chełmińską, z nową marchwią na dodatek. Już, e mnie na słabości brało, zaś powiadam królowi. Wasza królewska mość, czy mogę ja, iść do roboty swojej? Dziś, nie pali się, powiada Jagiełło, siedź tu, zaś niewiastę swoją po południu do domu odwieziesz. Siedź, gdzie? Myślę zaraz. Jako przecie mi, przed królestwem siedzieć nie uchodzi, a stać ciężko, bo mi miecz portki z pasem, do podłogi ciągnął. Chociaż e,m pasowany jeszcze nie był, miecz musiał nosić czasami jako i inni, pasowani. Nie wiadomo po kiego diabła, żelastwa nosić na wawelu trza nam było. Księża nawet, miecz nosili czasami za pasem swoim, pewnikiem jak by co, pokutę mieli czym wyznaczać. Stoję przeto tu, niemal jako pan Jezus nasz biedny, przed królem Judei Piłatem. Myślę prędko, nad z, ratowaniem się, siebie samego, z obierzy. Rany boskie, powiadam sobie ja w duchu, przecie mnie tu, tak ciasno, jak by mnie krzyżaki opadli. To tu, owa niewiasta moja, ku radości waszych królewskich mości pół dnia będzie, waszym miłościom, na głowach siedziała? Takie cuda, robi niewiasta twoja, że to i dwa dni mało, na dziwy jakie w koszu nam przywiozła. A patrzaj obwiesiu, ile tu tego. Skarb ty, z owej niewiasty swojej w chałupie masz. A i juści, wasza królewska mość, powiadam. To zaś poweźmij se owego, skarbu do komory, czy skarbca nie będę krzywo ci patrzał, w myśli gadam sobie. Powiada na to Jagiełło, a królowa Jadwiga, zaraz dodała. A i juści spieszno ci? Mnie nie spieszno, wasze królewskie mości, i królowo moja najpiękniejsza w świecie. Ale? Jak król, spojrzał na mnie spod oka, zaraz mnie ochota odeszła do gadania, dalej. Zaś zaraz stracili zainteresowanie moją ważną przecie, osobistością i poczęli wyciągać z kosza wszelkie ptaszyska jakie, pisarczyk, owa tam wsadziła jak do gniazda jakiego. Patrzaj Jadwisiu, jakie dudusie śliczne albo, owe dzięcioły czy jemiołuszki, albo tamte, a tu? Sikoreczki różnego rodzaju, a i kosy jak żywe zaprawdę. Patrzaj i słowiki dwa jak żywe, co je lubię po nocach i wieczorami słuchać. A ten czerwony, co za jeden? Pyta się królowa Jadwiga słodziutko jako zwykle, baby mojej też słodziutkiej czasami. Ten tu czerwony, wasza królewska mość, kardynałkiem jest zwany. Powiada bazyliszek mój. Ale jakie śliczne, i te drugie jeszcze piękniejsze. Bierzmy wszystkie, do komnaty, dziecięcia naszego. Pójdziesz ze mną moja pani, do komnaty mojej? Ustroimy zaś, obie i kołyskę, zaś i gdzie się da, ptaszynki uwiesimy. Powiada królowa, Jadwiga. To i ja, z wami polezę powiada Jagiełło, bo nic tak nie lubię, jako ptaszyny. Szkoda jeno, że twoje, śpiewać nie mogą, reszta jako żywe. Powiada ów do, baby mojej. Na co, m w duchu znowu, rzekł sobie. Szkoda że ty nie wiesz, że owa, drzewo lipowe z lasów twoich bierze, darmo. Dałby ty owej, za te ptasie piękności, w lochu po łbie. A tu, jako zwykle, jakby Jagiełło czytał w myślach moich, powiada mnie. Biorąc się znowu, do palnięcia mnie przez grzbiet, na com odsunął się, od niego na odległość bezpieczeństwo, mi zapewniające. W chwilach radości Jagiełłowej. Za to, powiada, mnie. Wy zaraz, w kancelarii kwit niewieście twojej wypiszcie, na drzewo, brać może z lasu drzewa, na co jej trza będzie. Zaś ja zaraz wykorzystując mocne bardzo, zainteresowanie niewiastą swoją, powiadam nieco śmielej. Przeto wasze królewskie moście, zwolnicie mnie z obowiązku strażowania, baby mojej? Możesz iść, do Kurowskiego, powiada król i kwit zaraz mi napisz, a do podpisania mnie przynieś. Zaś jak się nagadamy z niewiastą twoją, znać ci kto da. Wedle woli waszych królewskich mości, powiadam. Skłoniłem się raczej nisko, obojgu królestwa, jako i swojej babie, bo to przecie razem z nimi, w komitywie wielkiej w izbie była. I szybko poszedł ja, jak wicher z komnat królewskich. Za drzwiami wziąłem chustkę wyciągnął z za pasa, i łeb wytarł z wody solonej, jaka mi na niego wylazła. Zaś Marcin, siedzący przed, komnatami pilnując, z kolei straże swoje, powiada. Co to? W kąpieli ty był u króla? No, nie inaczej powiadam owemu. Jakoś myślał sobie, kumotrze? I łapą machnął ja, na to wszystko. A co? Nie był ty, nigdy na spowiedzi, u króla? Był, i to nie raz, powiada Marcin. No to i, pytać się nie musisz, jako tam było. Na co ów, uśmiech zaraz powziął na gębie. A jam samotrzeć chwała bogu, do kancelarii polazł. Jakom rozwarł drzwi, od kancelarii, ksiądz Trąba zatrąbił zaraz. A gdzieś to siedział od rana? Jako robota tu czeka, co? Jako, m gdzie był? Prze, pomniał ksiądz, jako król wczoraj kazał mnie babę swoją na wystawienie jej rękodzielnictwa, do niego i królowej Jadwigi przywlec i owe Pater Noster mu dostarczyć o Credo nie gadając? A, pro publico bono. Zapomniał ja. Zatrąbił ksiądz ugodowo. Nie pro publico bono żadne, jeno pro private bono. Zaś, zlazło mnie, pół dnia prawie. Na ćwiczeniach w robieniu, uników przed palnięciem przez plecy, od króla jako on ukontentowany z czegoś jest. A siłę ma on jak, tur białowieski. Nie radzę księdzu za bardzo, ku zadowoleniu króla naszego Jagiełły, postępować. Bo jako z wielkiego ukontentowania, księdza czasem palnie przez grzbiet, oknem ksiądz wyleci nie bacząc, na to czy lato czy zima. Za oknami Wawelu siedzi. Na to Trąba, gębę w trąbę zwinął, i powiada, u,u,u. Jak by już nagrodę od króla powziął. Pal, to zresztą wszystko diabli, powiadam ja, cichcem. Kwit baby mojej, królowi ja napisał. Podstawiał pod nos, księdzu Trąbie. I powiadam, może być jakom napisał? Może być, przecie z moich lasów nie będzie twoja niewiasta, lipy brała. Ale jak by chciała? Też bym jej darmo dał. To mu powiadam, co dziś ksiądz taki do ugody i do jałmużny gotowy? Bo, m miłosierny bardzo duchowny jest. Akurat, wiem jak od spowiedzi od księdza odlezę. Jakież to miłosierne mi ksiądz pokuty zadaje. Nie płacz, powiada Trąba, słyszał by ty, jakie królowi pokuty nakładam. To byś mnie na łapach nosił. Machnąłem i na to łapą. Poszedł ja do drzwi, i króla za powrotem. Marcin nie siedział już, jeno łaził z kąta do kąta, zaś z manierki miodu, lekko pociągał. A moją babę już królestwo pogoniło? Pytam kumotra. Twoją żonkę? Nie pogoniło, jeno na obiad ją królowa nasza, sprosiła. Co? Prawisz? Na obiaty, s, raty? Marcinie złoty poweźmij miły mój, zanieś królowi pismo jakie, mnie kazał do podpisu sporządzić. Dawaj zaś, powiada ów. Zaś masz za to, u mnie bukłak miodu powiadam owemu. Tak zlazł cały dzionek w służbie, a jako pisarczyk, owej nie widział ja polazł, po konia i już chciał do chałupy jechać. Kiedy to moja, niewiasta pokazała się wedle, dziedzińca z gębą czerwoną jak u Jagiełły jak go, ze złości napadła febra. Jeno ta nie ze złości lazła na gębie czerwona, jeno z wielkiego ukontentowania. Patrzaj trutniu, powiada i wielką sakwą, pod nosem, mi macha. Król z królową mnie dali. A nie dali ci, po łbie zalotnym? Pytam jej, uprzejmie bardzo. Mnie za co? Jeno król powiadał, jako byś, czasem nie chciał słuchać, mnie w czym, mam mu zaraz powiadać. Nic na to, nie rzekłem owej, bo i zaraz donieść by przecie mogła, na mnie do kumotrów swoich nowych. Krzyżacka a królewska, kumotrzy, ca. Jeszcze pani, Jadwiga nasza powiada mnie, jakaż to cudnej urody niewiasta. Zajdź jeszcze kiedy przed porodem moim sukni ci, dam co już nosić nie mogę. Bo widać żeśmy obie jednej figury i milutka, ś mi jest bardzo. A po dziecku pewnikiem już w nie, nie wlezę. Machnął ja na to wszystko łapą, i pojechał z ową, na Floriańską, plując obficie po drodze, jeno tak, żeby owa nie widziała. Niemal jak sam, wielki mistrz, Konrad von, stary trup. Tak zleciały te trzy miesiące, do czerwca 1399 roku. Przez ten czas pisarczyk, owa ze cztery razy królową Jadwigę nawiedzała. Bez mojego na szczęście w tych ceremoniach babskich udziału. Zaś w dniu, 22 czerwca rankiem dzwony na Wawelu zaczęły walić, jak na wojnę, za nimi poszły, wszystkie inne w Krakowie. Jeszcze w chałupie, m u siebie siedział gotując się do wymarszu na zamek, i czekając na Malarczyka Pietra z którym razem, dla komitywy na Wawel my leźli. Jadę na zamek, powiadam kumotrowej królewskiej. Coś się tam uczyniło, dobrego lubo i nie? Powiada pisarczyk, owa. Jeno nie trza było zaraz nigdzie podsłuchiwać co na zamku zaszło, bo wieść szła lotem błyskawicy, od chałupy do chałupy, od ulicy do ulicy po grodzie. Nawet przez żaków i wyrostków oznajmiana. Pani nasza, córkę porodziła. Darli się, mieszczanie, z dziatwą i wszelakimi obwiesiami, z radości dookoła. Mamy panią dziedziczkę, na tron nasz królewski na zaś. Kraków cieszył się jak, mało kiedy. No i my wszyscy, na dworze jak dzieci. Najwięcej zaś, sam król nasz Władysław II nam miłościwie, panujący, po dwunastu rokach został ojcem, przecie i to nie byle kogo, a przyszłej królowej polski. Królowa z córką była pod stałą opieką naszych lekarzy nadwornych, swego medyka od kilku lat jej znanego, a wykształconego w Italii Jaśka z Grodkowa, Jakubka Kuny i innych medyków. Nie było przystępu, ani do królowej ani też do królewny, Elżbiety Bonifacji, której tak na pierwsze imię, po matce królowej Jadwigi nazwano, zaś drugie imię, na prośbę ojca świętego Bonifacego, królestwo nasze ochrzcić miało. Książę Witold przysłał posłańców, ci zaś kołyskę srebrną w darze, małej królewnie przywieźli. Kilka dni po urodzeniu, ksiądz biskup krakowski Piotr Wysz, dokonał chrzcin w katedrze na wawelu. Bez hucznych, zabaw i szumnych uroczystości. Jakubek Kuna, jakom go za rękaw pociągnął, jako leciał do królowej, i nowo narodzonej małej nadziei naszej, Elżbiety Bonifacji. Powiada mnie, w biegu. Nie jest dobrze, nie jest dobrze, połóg królowej niepewny, jako i dziecię słabnie, nam w oczach, z dnia na dzień. Nie jest dobrze, puszczaj bo mnie spieszno, odstąp prędko. Leć zaś, powiadam, owemu. Nie trzymam cię, daremnie. Od dłuższego czasu jakiś, dziwny smutek nas ogarnął, zamiast radości. Jak by coś bardzo złego ku nam szło, nie wiedzieć z którego miejsca. Księża nasi, miast do kancelarii, do kaplicy zamkowej poleźli, i ci ze dworu jako i z grodu całego poprzychodzili, wszyscy. Z okolicznych klasztorów, przyszli mnisi, nawet z Tyńca przeor Mścisław z Lusławic, herbu Osmoróg, przyjechał z braciszkami. Msza szła, w katedrze za, mszą. Zimnem, i dziwnym wiatrem lodowatym, ciągało po korytarzach, jako w lutym a przecie środek lipca, prawie mieliśmy. 13 lipca 1399 roku, dzwony na wawelu zabiły o godzinie jedenastej z południa. Na szczycie dachu, straże Marcinowe wywiesiły, czarne flagi, z białą trupią czaszką. Królewna nasza, Elżbieta Bonifacja nadzieja nasza, na lepsze jutro odeszła cichutko jak, trusia malutka. Płacz, i szlochanie na dworze, jak i w całym Krakowie, było jedynym co się dało słyszeć. Wszystkie gęby wąsate, rycerze, dwór, ślepia mieli we łzach. Nie powiadając, o królu i królowej. Do których, nikt przystępu nie miał, za wyjątkiem kilku księży, doktorów, i rycerzy najbliższego dworu. Jak by grom jasny z nieba, w Kraków i królestwo trafił, tak wszyscy byli porażeni, tą bardziej niż niespodziewaną stratą. Królowa Jadwiga po porodzie, nie wstawała, już prawie z łoża. Jagiełło siedział przy niej dzień i noc. Sam wyglądał już jak truchło, blady jak trup, włosy długie, miał nie czesane, bo i nikomu podleźć do siebie nie pozwalał. Piętnastego lipca wieczorem. Królowa zawołała słabym głosem. Władysławie, królu podejdź ku mnie bliżej, powiadała królowa. Jako nam zaś, sam król o tej rozmowie, w kancelarii po śmierci królowej to opowiadał. Ja gasnę i umieram, czuję już, że siły ze mnie uchodzą, powiadała pani nasza wszystkim ukochana. Ten zaś, pomimo to że twardy jak kamień był. Łzy w oczach, mu nie ustały. Usiadł bliżej królowej, i powiada, co ty mówisz, królowo moja? Jadwigo? Nie opuszczaj mnie, nie opuszczaj ludu swojego, nie dość że, nasza córeczka Elżbieta Bonifacja, pomarła, ty jeszcze chcesz nas, samych zostawić? Nie chcę ja, jeno tak bóg nasz chce. Umieram i nic, już nie powstrzyma śmierci mojej. Sam zostaniesz królu, mój. Strach mam żeby, panowie rada, nie zwalili cię z tronu, za przyczyną braku dziedzica. A uczynią to, na pewno, albo wojna jakaś, z tego powodu straszna wybuchnie. Musisz żonę, nową powziąć. Nie chcę ja, nikogo powiadał król. Musisz, to zrobić, przysięgnij mi. Przecie, że dla dobra korony i królestwa, żonę poweźmiesz. Oszalała ty? Królowo moja, nie umieraj, na miłość boską, nie umieraj mi. Nic już nie, powstrzyma śmierci mojej, czuję to, powiada Jadwiga, mokra cała z wysiłku, na jaki zdobyć się musiała. Słuchaj mnie uważnie. Weźmiesz za królową, młodą Annę Cylejską, wnusię króla naszego Kazimierza Wielkiego, ona z dynastii Piastów przecie jest. Zaś za tą, przyczyną nie zrzucą cię z tronu, mężu mój. Słyszysz ty, co powiadam? Anna Cylejska królową ma się ostać, po mnie na tronie. Już, ja posłałam umyślnych po nią, i listy do niej, napisałam sama. Anna Cylejska tylko, ci powiadam, królestwo nasze z, ratuje i ciebie samego przed radą królewską i utratą tronu krakowskiego. Pojmujesz co powiadam? Powiedziała to królowa i zemdlała z wysiłku. Medyka!!! Król wrzasnął aż na dworze słychać było. Medyka, bystro!!!Zaś z pokoju obok przyleciał lekarz Jadwigi osobisty Jaśko z Grodkowa, z Jakubkiem Kuną i innymi. Poczęli cucić naszą królową, trzeźwiącymi solami. Zaś po chwili do siebie, jakoś przyszła. Wasza królewska mość, królowa zaśnie teraz, dałem jej na sen, do rana niech spocznie. Powiada Jaśko. Wasza królewska mość, niechaj też głowę do poduszki przyłoży. Mnie spać? Zdurnieli wy? Gdzie? Przy niej, siedział będę. Nawet, do końca żywota mojego. Zaś i siedział przy niej noc całą, dzień cały następny. Aż do ranka i dnia 17 lipca, kiedy przysnął przy łożu żony, około południa, a tymczasem Jadwiga, jak by tą chwilę, po cichu wykorzystując. Wydała ostatnie tchnienie i odeszła do nieba. Jagiełło jak by, nagle przeczuwając, coś złego zbudził się, otrząsnął jak dziki zwierz nagle zraniony. Właśnie dzwon katedralny wybijał, pierwszą godzinę z południa. Popatrzał na żonę, i włosy mu stanęły dęba. Nie żyje królowa, moja! Nie żyje! Na to, wołanie, zaraz komnata królowej, zapełniła się ludźmi najbliższymi. Ksiądz Kurowski z Trąbą, weszli uklękli poczęli odmawiać, po łacinie wieczny odpoczynek racz jej dać panie. Przyszedł ksiądz i Wysz, i całe duchowieństwo które na zamku w tym czasie było, dołączając się do wspólnej modlitwy. Dzwony po chwili, huknęły wpierw na wawelu, zaś i po chwili wszystkie w grodzie. Znowu Marcin, ze straży zamkowej, na dachu nakazał, wywieszenie czarnych flag, i już było wiadomo co się stało. Dzwony dzwoniły, a jeden drugiemu podawał, znak. Bić w dzwony wszystkie. Pani nasza, królowa Jadwiga, pomarła. Wieść była tak porażająca, iż ludzie nie wiedzieli co czynili, w pierwszej chwili, i latali po zamku, jak by wszyscy nagle zmysły postradali. Pogrzeb wyznaczono wspólny, królowej i królewny w jednym grobie. Prace ruszyły w katedrze zaraz na drugi dzień z rana. Jagiełło był jak by nieobecny, jedynie na co się zdobył, to było wyznaczenie miejsca, pochówku. W północnej części prezbiterium, zaraz obok głównego ołtarza. Trumnę z ciałem królowej, i małej królewny Elżbiety wystawiono na widok publiczny, w nawie głównej katedry, dzień i noc, śpiewy i tłumy poddanych przechodziły przez kościół, zanoszących się głośnym i nie skrywanym przez nikogo płaczem. Cały czas śpiewano litanię do wszystkich świętych, i wieczny odpoczynek racz im dać Panie. Wszystkie świece zapalone dawały, dziwny złotawy blask, oświetlający białą jak marmur twarz Jadwigi. Ten kwiat nie za bardzo jeszcze rozkwitły, odchodził od swojego królestwa w wieku 25 lat zaledwie. Królową ubrano, w czerwoną suknię na to szkarłatny płaszcz, z adamaszku. Jadwiga leżała w trumnie ze zwykłego ledwo heblowanego sosnowego drzewa, jak nakazała. Bez zbytku, nie po królewsku jeno jako służebnica boża i ludu swojego. Wyglądała jak zwykle cudnie, z jasno żółtymi włosami. Upiętymi pod czepcem krakowskim. Tak jak by zasnęła, przed chwilą. Jeno tylko bladość, na twarzy wskazywała, że śpi snem wiecznym. U jej prawego boku mocno do matki swojej przytulona.

Królowa Jadwiga sarkofag na Wawelu

Spała snem wiecznym mała królewna. Na wystawienie, ciał Kraków opustoszał za to zamek i dziedziniec, katedra były jak w oblężeniu. Bo i czasu było mało, jeno dwa dni na pożegnania. Tłumy ludu, i rycerstwa krakowskiego przechodziły jeden, za drugim, jak fala za falą na wzburzonym morzu. Każdy podany, chciał oddać cześć, zmarłej pani z córeczką. Dziewiętnastego lipca,1399 roku, wyznaczono dzień pogrzebu. Przybył, na pogrzeb naszych królowych, ksiądz arcybiskup gnieźnieński, Dobrogost z Nowego dworu, i ceremonię pochówku poprowadził, wraz z innymi księżmi. Pogrzeb był bardzo skromny bez wielkich ceremonii, zaś na nagrobku, królowej. Ksiądz Wysz, nakazał dać napis, poświęcony królowej, który to Malarczyk Piotr, w mozole wykuł, po łacinie. Sidus olonorum, hic lacet Hedvigis eorum Regina, dużymi literami, a pod spodem po polsku, też nieco mniejszymi. Gwiazda Polaków, tu spoczywa Jadwiga ich królowa. W międzyczasie nakazano otwarcie testamentu zmarłej królowej. Tam był zaś, nakaz pokory i skromnego pogrzebu, oraz wszelkie kosztowności i dobrodziejstwa dla akademii krakowskiej jako i inne przywileje, fundacyjne. Dla wielu instytucji z własnych pieniędzy, przez Jadwigę osobiście podpisanych i ustanowionych. Cały pozostały po, pogrzebie lipiec i połowę sierpnia, trwały, msze święte i modły o spokój duszy obu królowych. Trzydziestego sierpnia, przyleciał goniec od księcia Witolda, z jeszcze gorszymi wiadomościami iż w bitwie pod Worsklą, zostały sromotnie rozgromione wojska, wielkiego księcia litewskiego. Jako i krzyżaków z nim się tam przewlekłych na zgubę swoją. Poległ też, nasz wojewoda krakowski, nieoceniony Spytko z Melsztyna w dniu 12 sierpnia, właśnie w dniu przegranej bitwy, a to już dopełniło czary goryczy, królowi. Ale życie, musiało toczyć się dalej, i dalej też szło. Minęło dobre trzy miesiące, nim Jagiełło zbudził się z otępienia w jakie wpadł, po tych tragicznych dla nas wszystkich wydarzeniach, środka lata tego nieszczęsnego roku. Jakoż królowa Jadwiga przewidywała, możnowładcy nasi królowi długo, w żałobie siedzieć nie pozwolili. Już w tym samym roku przeciw, królowi utworzyła się frakcja, nie przychylna zbytnio panowaniu jego, na tronie krakowskim i tylko pogrom, jaki książę Witold poniósł, wraz z zakonem krzyżackim, pod Worsklą. Oddaliły nawał, przeciwności wobec, naszego króla.

Rok 1400

W 1400 roku, w lipcu w pierwej 24 dnia i zaś zaraz 26 a niemal rok, po śmierci królowej Jadwigi. Poszliśmy wszyscy z kancelarii, na inaugurację naszego Uniwersytetu Jagiellońskiego, nieco później tak, już zwanego na cześć Jagiełły, na wykłady obaczyć które rektor Paweł Włodkowic wygłosił, jak się w nowym Collegium Maius owe, mają. Jeno że to, żacy gęby darli niezmiernie głośno, a wykład rektora nam nieco nudny się wydał. Poszli my zaś zaraz, do karczmy po Jeleniem, gdzie nieco ciszej było.

Rok 1401

Zaś jeszcze zimą następnego 1401 roku w dniu 18 stycznia. Książę Witold, już nie jako pogromca, lecz po gromiony z kretesem i niemal w ziemię wdeptany przez, chana wielkiej ordy, jako potulny baranek, prosił króla o spotkanie. Na co ten, że łagodnego był raczej serca, w pierwej w Radomiu zaś i we Wilnie, się z nim spotkał i do zgody znowu, był przecie przymuszony. A i jeszcze wyłudził, książę Witold od króla, że to do końca żywota swego, wielkim księciem litewskim będzie. A król nasz Jagiełło jeno jako zwierzchnik jego, na Litwie, choć może i nie za bardzo. Bo jako nie, to przecie z krzyżactwem, gotów się znowu zwąchać. Król nasz, machnął w końcu na swary z Witoldem łapą. I do Krakowa pojechał, wściekły jak kudłaty pies. Zaś pomny też i na to, iż może być z tronu, do Wilna pognany, z powrotem, a tam miejsca już dla niego przecie było brak. Nakazał pakować się swatom swoim, kasztelanowi śremskiemu Jaśkowi z Obichowa, Hińczy z Rogowa, pod komendą Jaśka Naszana z Ostrowca, i w zimie, nie bacząc na obfite śniegi, pognał owych, aż do Celju w Slovenii, aby o rękę wspomnianej przez Jadwigę, Anny Cylejskiej błagać. Na co, oczywista zaraz, zgodę owej uzyskali posły zmarzłe, prędzej niźli gęby zdołali swoje rozewrzeć, i pod słońcem tam grzejącym sobie je dobrze odmrozić, a prosić za czym przybyli. Zaś papież Bonifacy IX udzielił dyspensy, na małżeństwo Anny z Jagiełłą jako że ta, z Jadwigą była związana po kądzieli. Jak dziesiąta woda po kądzieli. Przylecieli też posłańcy do króla, z wieściami że oto wróg jego odwieczny, Władysław Opolczyk pomarł dnia 18 maja tego roku. Czym królowi osłodzili gębę, zaraz i do przystępu jako tako był. Księżna Anna zaś przybyła do Krakowa już, na 16 lipca 1401 roku, chętna tak i do ślubu jak i pokładzin. Jako że na południu europy wychowana, krew bardziej niźli gorącą do amorów posiadała. Jeno jak król, ją obaczył zaraz do żeniaczki ochotę stracił, bo jako powiadał Jakubek Kuna. Coś kandydatka na królową, księżniczka Anna, nie była w guście owego.

Zaś gadał w izbie, u mnie w chałupie, gdzie przylazł jako i dawniej załaził. Mnie tam by pasowała owa hrabina Anna, bo przecie królewska polska to krew, choć z ojca niemieckiego bo przecie ojciec jej, jak i tamten Wilhelmek, co za królową naszą Jadwigą, aż na Wawel się zapuścił. Gadaj takie coś głośniej, to powiadam owemu, ze służby polecisz prosto w objęcia kata, na rynku. Na co ów, powiada. Co mnie tam katy, czy swaty, i mnie żonka by się zdała. To idź trutniu, na rynek stary, zarycz głośno jak osioł z uszami do pasa, może jaka oślica nadobna wielce, przypędzi do ciebie na głos błagalny swego wielbiciela. Lubo cię straże grodowe lubo nasze z zamku, jako dworskiego trutnia, prędzej do czubków obsadzą.

Królowa Anna Cylejska

Powiadam owemu kumotrowi mojemu medykowi, bez czci i miary, od kilku roków, korzystającego do woli, z mojej piwniczki. A jak bym nie pilnował trutnia, to jeszcze do czego innego, brał by się chętnie, o czym mnie tu, nie uchodzi wspominać. Ale, m machnął łapą, na to com sobie pomyślał, jak Jagiełło na Witolda, i siedzieli my do późna wieczora przy dzbanie. Dalej pod okiem i czujną kontrolą, komtura tucholskiego jako, m na babę swoją powiadał, ryczącą z dziewkami naszymi dalej w szmaty białe, za królową Jadwigą. We wrześniu z Chełmna nad Nerem przyszły wieści że, arcybiskup, nasz umiłowany Dobrogost z Nowego Dworu pomarł w dniu 14 miesiąca września 1401 roku. Zaś pogrzeb w Gnieźnie pod koniec miesiąca będzie. Na piątego listopada, rada królewska popędziła, do Biecza gdzie też i na nich czekał raczej niecierpliwie, wysłannik Hermana hrabiego Cilii, na zmówiny ostateczne do małżeństwa Anny z Jagiełłą. Po owych zmówinach, król wezwał księdza Kurowskiego do siebie, i powiada. Jeśli ksiądz biskup, nie porzuci kancelarii, do papieża zaraz listy poślemy, że to na arcybiskupa gnieźnieńskiego, księdza chcemy wziąć za Dobrogosta, co nam pomarł, dopiero co. Tak postanowiła, kapituła metropolitalna i ja sam. Przecie o tym ksiądz, przecie chyba wie? Co ksiądz na to? Jeno szybko, bo czasu nie mam, powiada król. Bo czekają, na komnacie, posły węgierskie, chcą mi koronę ich królestwa, na łeb wsadzić, jeno gdzie mnie jeszcze sobie, na dodatek kłopoty dodatkowe brać? Jak bym, tu mało ich miał, z wami, z krzyżakami, i w ogóle. Odmówię przecie im, a ksiądz mnie jak? Odmawia? Czy jak tam, ksiądz myśli sobie? Ksiądz Kurowski jako zwykle, czerwony się zrobił na gębie, jako i jego właśnie, gadający do niego o nominacji pryncypał. Zatkało go tak, że Jagiełło już chciał palnąć owego przez plecy, swoim zwyczajem. Co by mu się, przyszły arcybiskup, czasami ze zdumienia, w jakie popadł, nie zadusił. Jeno tamten szczęście miał, że odetkał się w porę. I powiada szybko, zgoda. To niech ksiądz, idzie do kancelarii i listy nominacyjne sami sobie napiszcie, bo przecie ja, pisał za was nie będę, bo i czasu jako powiadam, nie mam. Kurowski przylazł, do nas do kancelarii siadł na zydlu, i siedział chwilę bez głosu. No to, mu zaraz powiadam, co księdzu jest? Wygląda ksiądz, jako by ksiądz, ducha Władka Opolczyka zobaczył, jak na wawel zbrojnie znowu lezie. Na, waszego arcybiskupa gnieźnieńskiego, mam iść, powiada tamten, jeno nominacje mamy sami sobie napisać, bo Jagiełło powiada że czasu na to nie ma. Jak my to posłyszeli zaraz wszyscy rzucili się do, gęby jego brodatej i wąsatej, jak u krzyżaka jakiego. Przeto obcałowywać ową i gratulacje, wnosić, jako i o instancje jak, by co, na przyszłość. Jeno ksiądz Trąba, jak by mało był skory, do trąbienia o zwycięstwie Kurowskiego. Jeno tak nam, się tylko pewnikiem zdawało. Bo i on, także ruszył zaraz do księdza biskupa, i trąbił zaraz. Niech i mnie wolno będzie złożyć, gratulacje mojemu kumotrowi po fachu. A sobie i wam wszystkim, lepszych czasów, pod rządami księdza arcybiskupa. To teraz, pewnikiem opuści nas, wasza miłość? Pytali wszyscy. Gdzie zaś? Powiada Kurowski, król powiadał że nominacje podpisze. Tylko wtedy, jako w kancelarii naszej, zostanę. Zaś na Gniezno, księdza biskupa pomocniczego, wyślę. W takim układzie, sił na dworze wawelskim, poczuli się my mocno, jako frakcja wojenna i anty krzyżacka. Bo przecie, nie od dziś wiadomo, było że Kurowski taką miłością do zakonu pałał, jak zakon do korony polskiej i niego samego. Listy do papieża my, zaraz księdzu Kurowskiemu, napisali ksiądz Trąba zaniósł, owe królowi do podpisania, i umyślnym do ojca świętego wysłał. O nominacji, Kurowskiego raz dwa, przez posłańców swoich, dowiedział się, wielki mistrz. Konrad von Jungingen, i w taką wściekłość wpadł, że zębami tak zgrzytał, aż mu dwa zębiska pękły, na pół i z gęby na podłogę w kancelarii malborskiej wypadły. Zaraz zaś, chcąc złu zaradzić słał, do Krakowa poselstwo, aby zobaczyć, czy Kurowski już króla do wojny przeciw niemu i zakonowi namówił, czy nie jeszcze. Właśnie jako my, siedzieli w kancelarii. Przylazło poselstwo wielkiego mistrza, Konrada na dzień 25 stycznia 1402 roku. Niemal na parę dni przed ślubem króla, z Anną Cylejską. Wszyscy wybiegli na dziedziniec, a krzyżaki pod bramą zadęli w trąby, że do środka dostać się chcą. Na trzech aż wozach, leżały w słomie co by się nie obtłukły, dary wielkiego mistrza, do króla. Konrad von Jungingen cwany lis, choć chytry był jak ów zwierzak przebiegły, postanowił obdarować swojego głównego wroga, obficie. Jako zaś wiemy od, ludzi naszych powiadał, jako owe wozy w Malborku ładowali, knechty. Zaś jak napadniemy, na tego króla kapuścianego, przecie odbierzemy z nawiązką cośmy, mu w darach powieźli. W poselstwie, pod bramą wawelską stał, brat owego jako zwykle, Ulryk von Jungingen, wielki komtur Kuno von Lichtenstein, i jeszcze kilku innych, nie poznali my, po ich gębach, bo śnieg na mordy im padał, i zakrywał co chwila. Zaś za chwilę miało się wyjaśnić kto zacz, lezie. Jako już, bramę rozdziawiły straże nasze, jechali owi bliżej i gęby można było, rozpoznać. Pierwej za Jungingenem i Lichtensteinem lazł konno tumany śniegu, spod kopyt podnosząc do góry, Michał Kuchmeister von Sternberg prokurator kętrzyński, i szafarz elbląski, zaś dalej krzyżak zwykły bez przydziału żadnego, ale za to z gębą posępną jak sama śmierć, Heinrich V von Plauen, zaś obok owego, następna kanalia krzyżacka, w osobie samego, stałego posła nawiedzającego Jagiełłę, Johana von Sayn, zaś za nim lazł, Christopher von Gersdorf, często gęsto siedzący u Luksemburczyka na dworze. I jeszcze jeden, otrzepywał się ze śniegu wytrwale, Markwart von Salzbach komtur zamku na Regnecie. Na co Janota powiada, mnie jako przylazł z ciekawości ku dziedzińcowi, pół zakonu się na łeb nam prawie zwaliło. Ale patrzaj, powiadam owemu, jakie skarby wiozą owe kmioty niemieckie, na wozach. Może coś się ci nada, ku poprawie majątku litewskiego? Jako was grabili od wieków. Na co ten splunął, na krzyżaków do przodu co by nikt nie widział, i powiada. Nie chce ja, od diabłów owych nic, za wyjątkiem tego, co by w drodze powrotnej ich, morowe powietrze zadusiło, lubo wykręciło, po gościnie u króla. Tak byś chciał? Powiadam mu. Zaraz wojna gotowa. Bo by, powiadał wielki mistrz, że oto Jagiełło wytruć kazał poselstwo całe. Jako ku poprawie stosunków z nim, do Krakowa przylazło. Pies ich nosem trącał, idę ja do izby swojej bo zimno, leziesz za mną? Miodu gorącego, pyskowi twojemu postawię. A wiele, owego nastawisz? Starczy, na nasze gęby dwie. Pewnie, że lezę, bo to od Litwy dostać coś, trudniej niźli od krzyżaków. Najlepiej po łbie, Litwa daje, powiada Janota. A i juści? Gadam owemu wątpiąco nieco. To i idziemy, dalej powiada rycerz. I poszli, my zostawiając na razie na łbie Jagiełły, gościnę i wszelkie podejmowanie trutniów krzyżackich. Siedli my przeto w Janoty komorze, wypili po dwa kubasy miodu gorącego. Zaś zaraz nam we łbach obu pojaśniało. Przeto Janota spogląda się, na mnie spode łba, i powiada. Wiesz ty, co? Co mam wiedzieć? Jakoś to jeszcze nic, nie powiadał. A może i lepiej nic nie gadaj? Bo wypalisz znowu coś z litewska, a głupio jako zawsze. Nic to głupiego, nie jest. Jeno takie coś, dowiedział się, ja od krzyżaków jako ostatnio, u nas byli, że aż muszę ci o tym powiadać teraz. A jako sprawdzi się, od tych posłów, dowiemy się czy zacz, prawda to jest. Powiadał mnie jeszcze, za życia Jadwigi królowej, poseł krzyżacki, z tych co to, na koronację króla przyleźli z Malborka. Jeno, m prze, pomniał, nazwiska owego, bo to i pamięci nie mam do tych dzikich, nazwisk krzyżackich. No i co? Mniejsza z nazwą jego, każdy krzyżak jednaki, czy on Heinrich, czy Ditrych wytrych, lubo Konradus, zawsze Niemcem śmierdzi z daleka. A i juści, juści powiada, Janota. Dobrze, prawisz. Jeno on mnie gadał, przy piwsku, że to w europie moda teraz, nastała taka. Że to każdy rycerz ślubować, niewieście najpiękniejszej w świecie powinien. I od owej, szarfę dostać i nosić ją, przy zbroi i w boju, a wysławiać wszędy, piękność owej, nad insze niewiasty. Jest taka moda, na zachodzie, u słabeuszy i gości zakonnych, powiadam ja mu na to. No. Powiada ów. No? No i co? Ja mu na to. No przecie jam pasowany jest już dawno, przez króla naszego Władka, jeszcze na Litwie, jako kniaziem on, jeszcze tylko był. No wiem ja o tym i co zaś? Nic jeno, m pomyślał sobie. Że ty, nie pasowany jest kmiot jeszcze, to i twojej niewieście, albo i Maryśce waszej, się rycerz należy, dla honoru utrzymania. To cię boli trupie litewski, powiadam mu. No? Zezwolił by ty? Co by ja, po świecie całym, Maryśkę waszą za, wzór piękności, głosił? Zaś do niej, zaraz się brał? Pytam w ślepia patrząc, owego. Gdzie zaś, kumotra podopieczna święta rzecz, dla mnie. Powiem ci Janota po naszemu, jako byś to owej, powiadał takie coś. To by, nasza Maryśka, jako gadasz. Najurodziwsza niewiasta na świecie, takie śluby ci wyprawiła, za moją przyczyną. Że musiał by ty, do krzyżaków, lubo na Litwę uchodzić. Zaś łeb by ci tak obtłukła, że odechciało by się ją, za piękności pozywać. Jeno zapytać, owej chyba przecie, nie zawadzi? Jako chcesz na łbie guzy mieć, pytaj owej wszystko mnie za jedno. Jeno lepiej nikomu tego nie powiadaj, bo cię na języki powezmą żeś, to głupszy od ciżem swoich. Myślisz sobie, że Maryśkę damy byle komu? Nie ujmując ci twego kniaziowskiego urodzenia, jako powiadasz. Chcieli my ją dać za jakiego polskiego rycerza herbowego, nie za Litwę. Króla macie z Litwy, bo na swego was stać nie było, to i ja na Maryśki męża nadam się, powiada Janota. Pali ci się? Bo nam się nic, jeszcze nie pali. Posiedzimy razem opatrzymy zaś, czas jest. Gadam mu, natarcia na koronne dziewki oddalając. Może i racja? Powiada Janota. Jeno, myślę pójdziemy do krzyżaków, przepytamy owych jako okazja, przecie jest. Jako to? Z takimi ślubami u nich bywa. Powiada Janota. Przecie krzyżaki, to zakonnicy są, trutniu. Zaś niewiast im wielbić zabronione jest, w klauzurze przecie oni siedzą. Jeno jak jaką urodziwą, obaczą jęzorami się oblizują, jak pies co kaszanki nażre się godnie. Słuchaj Janota durniu, litewski. Przecie jak żyła królowa Jadwiga, mogłeś się ofiarować owej, zaś swe uwielbienie ku niej słać. Bo, m ja piękniejszej niewiasty, od królowej naszej świętej pamięci Jadwigi, na świecie nie widział, powiadam owemu znowu. Chciałem ja, już miałem się owej piękności naszej, oferować z uwielbieniem i służbami. Jeno, m jako zapytał się króla naszego, czy zgodę na takie coś wyrazi, spojrzał na mnie jak wściekły wilk, i rzekł mi. Ino waruj się trutniu, popróbuj coś takiego królowej rzec, to pod pieniek pójdziesz, a łeb twój do Wilna wyślę. Uuuu, powiadam mu, jakoż tak, to oferuj się w służby, dla Anny Cylejskiej, niźli naszej Maryśki. Owej, jako bliżej Niemców rodzonej, takie coś, obce nie jest. A i kontenta pewnikiem była by. Nie widzi mi się owa, jakaś taka mdła, co nieco. Powiada Janota. To znowu gadaj królowi, zamienił stryjek wołka na kijek, czy na wujek? Czy jakoś tam? Prze, pomniałem jako te głupie, przysłowie idzie. Zaś że nowa, królowa mdła ci się zdaje. No pewnie, poszedł by ja prędzej pod pieniek, niźli za pierwszym razem mi Jagiełło obiecał. Wolę ja gębę, już trzymać zamkniętą. I tak trzymaj Janota, powiadam owemu. Zaś łeb będziesz nosił cały, chyba że ci go jaki krzyżak, w boju kiedyś zetnie. Zaś patrzaj gęsior pusty, idziemy zaś do tronowej sali. Rozpatrzymy jako Jagiełło, krzyżaków oporządza. To zaś idziemy, pusto tu jak w beczce, powiada Janota. Zaś przy stole, posłów ani miodów nie zbraknie, ani niczego, jako nam tu. Ugadamy się z jakim krzyżakiem, co i jak oni, o owej modzie, służenia urodziwym nad wyraz, niewiastom wiedzą. To idź i gadaj, z nimi, ja tam wolę ze swoimi gadać, niźli po próżnicy z tymi gadami gębę strzępić, powiadam Janocie. Choć by i z tobą, o dupie Maryni. Bo jako, od kiedy w Polsce jesteś, nic żeś jeszcze mądrego nie rzekł. Poszli my zaś do tronowej sali gdzie tłum był jako i na jarmarku. Król siedział na tronie, w otoczeniu rady królewskiej, krzyżackie poselstwo z kolei, w ukłonach, jak przed chanem tureckim, czy tatarskim. Świece wszystkie na lichtarzach i żyrandolu, zapalone były. Przepych jaki, panował w naszej sali, w dumę mnie wsadził. Właśnie gadał do króla, brat wielkiego mistrza Ulryk. Na co mu, w duchu sobie, zaraz jam dopowiedział, prędzej co ów do króla, jako za każdym razem wygaduje. Wielki mistrz, zakonu Najświętszej Marii Panny, Konrad von Jungingen, brat mój, zapewnia waszą królewską mość, i radę królewską, o trwałej przyjaźni naszej do waszej królewskiej mości, et, cetera, et cetera. Na to że, m wiedział co będzie gadane jako zwykle, a nic nowego. Cicho zamknął drzwi tronowej i polazł do kancelarii, oglądać lepsze widoki z okna. Bo nic do łba, mnie nie przychodziło lepszego, jak na razie. Tak, nam zlazł dzionek i do chałupy poszedł ja, babie mojej powiadać jako Janota, się naszej Maryśce, ze służbami ofiaruje. Jeno, m jako gadał to owej, ta popatrzała się ślepiami na mnie wielkimi jak sowa czy puszczyk jaki, zaś powiada. Całkiem zdurniał ty, z owym Janotą? Czyj to wymysł? Twój, czy owego? Bo jako cię znam, z roków dwadzieścia. Mniemam ja, że to twój durny pusty, łeb wymyślił, niźli jakiś tam rycerz Litewski, mierny Janota. Co ja? Nic ja, jeno jest, jako ci powiadam. Ale pal diabli owego, za trzy dni ślub króla, weselić, się będziemy. Pewnie, a pewnie, powiada pisarczyk, owa, już się rozpędziłam do uczty weselnej, jako koń, co przed płotem nagle stanął, albo i rycerz tamten, jak ten cały twój Janota litewski, łbem w ten płot walnął, aż się mu gwiazdy w ślepiach zapaliły. No i lepiej, powiadam, bo jakiś tam pisarczyków, czy bab jego przy stole, weselnym u króla nie trza. Żebyś to głupot jakich, krzyżactwu nagadał? I do wojny jeszcze, przez ciebie by doszło? Jagiełło łebski król, wie kogo z dala, od posłów trzymać. Powiadasz jako byś się wyznawała na polityce, króla? Ksiądz Kurowski wróg ich większy niźli Jagiełło, a na weselu będzie pewnie. Krzyżaki oczywiście na ślub Jagiełły z hrabianką Anną Cylejską się ostali. Bo jako że i inaczej było by.

Rok 1402

Na dzień ślubu,29 stycznia 1402 roku, śnieg przestał padać już, trzy dni przed terminem. Przeto tłumy waliły na wawel, jak za każdą wielką uroczystością, jako że to sobota wypadała, powiadam ja do swojej, niewiasty. Jako Janota twierdził, nad wyraz urodziwej i cudnej jako z obraza. Pójdzie, wielbicielka królowej Jadwigi? Obaczyć jako Jagiełło zamienia, stan wdowi? Na żonkosia młodego. Pójdziemy, oba jeno abyś się mnie przytomnie zachował nie zaś, jako by cię Jakubek, z kuracji na łeb, zwolnił ledwo co. Piechtą zaś chyba, poleziemy co? Dawnośmy to już razem nigdzie nie leźli, powiadam owej. Przebiorę się ja jeno powiada pisarczyk, owa. To i zaś ja idę, ubrać się jako na ślub króla przystało. Poszedł każdy do swej komory. Zaś pisarczyk, owa, takoż się od paradowała, jako by sama miała za Jagiełłę iść, nie owa, Anna Dziewanna. Jam zaś, zaraz wyciągnął z komory, starą połataną sukmanę chłopską, com miał ją, dawniej ku podróży, ciżmy co mnie się dawno zdarły, i dziury w obu nosach świeciły, przeto były zdatne strachowi na wróble do kompletu, zaś napchał słomy ze stodoły i czapę słomianą z dziurą w daszku, zaś pokazał się owej, jako, m bogato się przyodział. Myślał ja, że padnie owa, trupem. Co nie widzi? Się ci? Jakom się dostatnio i bogato odział. Jako mnie król i Kurowski płacą, takie i stroje na siebie zakładam. Ja ciebie zaprawdę, chyba do czubków zamknąć każę, powiada zaś ustrojona jak, królowa krakowska pisarczyk, owa niewiasta. Przebieraj się i to migiem bo czasu na bzdurstwa nie ma. Przecie by cię wcale, na dziedziniec zamku nie wpuścili, a jeszcze psami poszczuli. Czyś ty ogłupiał, na starość? Przecie, m nie taki jeszcze stary na dziś, jako mamy 1402 rok pański, to mnie wychodzi, pięć dziesiątek roków ledwo, jako i królowi, bo my z jednego roku. Jeno on król, a jam jest, pątnik jego. Na dziesiątą ślub przecie, a już na zegarze w kościele Mariackim, godzina dziewiąta bije. Jako ci się nie widzi, nie idę ja, powiadam. A po łbie, ci przyłożył kto, miotłą kiedy? Na takie ultimatum, musiał się przebrać po ludzku i poszli my oba jako, małżonkowie w zgodzie. Dołem przedarli się my, na zamek bo przecie dziedziniec zawalony był, ludem, rycerstwem i krakowskimi mieszczanami. Musimy iść, po znajomości ze strażą, powiadam. Bo tu tłumy nieprzebrane wszędzie. Jak by król, każdemu po sto groszy miał sypnąć ze swojej kiesy tyle się ludu, nalazło. Powiadam babie swojej. Zaś jakoś bokiem, przejdziemy bo przecie, kościół katedralny krzyżakami do pełna, zawalony. Tyle ich? Się najechało? Pyta się, moja niewiasta. A jakoś to myślała sobie, poselstwo przylazło akuratnie przed ślubem króla, i to z darami. Nie może być, powiada z wielkim jako zwykle, niedowierzaniem pisarczyk, owa. Wojsławic ze straży Marcina, puścił nas bocznymi drzwiami, do kościoła, i stanęli my sobie oba, pod lewą nawą, gdzie po prawej grób świętej pamięci królowej naszej, Jadwigi był. Akuratnie poczęła się msza święta. Zaś moja gada cicho do mnie, powiadał ty że krzyżaków cały kościół będzie, a tu ledwo dziesięć ich, ze swoimi knechtami, stoi. A tam, cicho powiadam. Lepiej gębę zawrzyj, i do mszy się sposób. Jagiełło z Anną już stali u samego przodu, przed ołtarzem. Zadzwonił punkt, dziesiąta godzina dzwonek, zaś księża nasi. Arcybiskup Kurowski z Trąbą i świtą koncelebrantów wyszli z zakrystii. Msza ze ślubem ze dwie godziny albo, lepiej się ciągła. Po ślubie poleźli my, z niewiastą do chałupy. Co by, w niej o głodzie i chłodzie siedzieć. Jakom owej tak, powiadał, zaraz nastawiała na stoły tyle, że i miejsca brakło. To się i poczuli my jako i by na weselu u króla byli oba, bo i dziatwa nasza, się zlazła, przeto było w izbie pełno. Zaś mnie bardziej interesowało ile gęsiorów z miodem owa, z loszku wywlecze i z łańcuchów uwolni. Jako później nieco, ślepia moje ujrzały trzy spasłe, antały a omszałe od starości, jako ja sam. Spokojnie, m jutra czekał. Na wawelu, weselisko było jak trza, całą noc do rana i jeszcze ze trzy dni. Takoż się i nie pokazywał ja w kancelarii, ni na zamku, bo i pewnie nie było by po co. Jedną niedzielę miał ja spokój, od króla naszego, kumotrów, jak i od nie świętych Mikołajów obu. Do lutego dziesiątego dnia tego miesiąca. Zaraz po tym Janota przywlekł się, z samego rana, jako go Jaśko, wpuścił do chałupy. Myślałem ja żeś, to przylazł pisarczyk, ową, błagać co by ci kawałek jakiej szmaty, na zbroję raczyć, zezwoliła przywiesić, ku czczeniu po gościńcach Maryśki, naszej lubo owej? Powiadam na przywitanie, błędnemu rycerzowi. Zaraz ona, nalezie z piwnicy, będziesz mógł wniosek swój bezpośrednio, do jej instancji zgłosić. Powiem ci coś, w zaufaniu. Poweźmij sobie szmatę, co nasza Maryśka, gary czasem obmywa po wieczerzy, i do hełmu sobie przypnij, będzie na pewno ci rada. Ksiądz Kurowski, mnie zakazał takich praktyk stosować, wobec wybranki mojej, to i odwołuję prośby swoje, o takowe instancje. Wielce żeś mnie to umartwił, bo bym miał zadowolony pysk, do końca żywota mojego. Po czym zaraz z piwnicy, pisarczyk, owa, wylazła wraz z panną naszą, ową Maryśką ze Dwora. Jak jakieś lewiatany z piekielnych otchłani, bo i ze świecami przy gębach. Zaś pisarczyk, owa zaraz ruszyła na Janotę, jak Krzyżacka armia na Litwę, co roku. Powiada, owa. Janota, przy zdrowych zmysłach ty, po świecie łazisz? Jakoż toś, mógł sobie, mnie wpierw na swoją wybrankę brać? Jako, m przecie ja, niewiasta zamężna jest? Chcesz abym to, królowi takie coś doniosła? Trutniu jeden? Na co ów powiada, niewieście. Na zachodzie europy takie coś, normalna rzecz, rycerze biorą za swą patronkę, nawet niewiasty zamężne. Zaś jeśli pani nie, zezwala, waszą pannę, Maryśkę będę na sercu nosił. Przecie owa takoż samo szlachcianka jest. Rób sobie, jako chcesz. Jeno powiadam ci, że takie coś. Tatary i wikingowie takoż samo, robią. Chcesz ty, ze mną w zgodzie być, puknij się w łeb i głupie pomysły, krzyżakom do sakwy włóż, na drogę. Ale niech ci tam jest. Maryśka, chcesz ty owego, tego tu trutnia Litewskiego, za rycerza swojego? Pyta się, moja Maryśki. Szczęśliwa, że uwolniła się od wielbiciela. Chcę, pewno że chcę, przecie rycerz Janota, z kniaziów litewskich ród swój ma. Powiada Maryśka, z gębą mocno uśmiechniętą jak by jej, już Janota obrączkę na łapę wsadzał. Na to i Janota na gębę w uśmiech, zaraz powziął. Na deklaracje Maryśki naszej. Ale wiedziony, w pierwej obowiązkiem po co nalazł, powiada. Daruje wasza miłość pani, jużem wobec tego, zapomniał o takich, wymysłach. Muszę, szybko na zamek wracać, bo ksiądz Kurowski, mnie po męża, waszej miłości, znowu posłał. A czego on? Potrzebuje? Rady mojej, jak z zakonem wojnę począć? Nie, ino na zamek dzisiaj, zapowiedział się, poseł od Zygmunta Luksemburczyka, sam Ścibor ze Ściborzyc, w sprawie wzięcia pod zastaw Nowej Marchii i trza umowy, jakieś tam pisać. To zaś idziemy czy jedziemy? Odrzwia od chałupy my zamknęli, zaś obie niewiasty w niej zostawili, z gębami uśmiechniętymi. Jedna że pozbyła się wielbiciela, druga zaś, że owego sobie właśnie nabyła, za darmo. Szkapą żeś się do mnie dowlókł? Czy na sankach? Piechtą przylazł ja bo ślisko, ledwo się lezie takie lody wszędzie. To leziemy na zamek, jeno ja, Janota na tobie jako na szkapie, własnej pojadę. Zdurniał ty? Gdzie zaś. Dam ci za to, duży kawałek szmaty com, od zmywaka mojej dziewce naszej, Maryśce udarł, dzisiaj z rana, jako żeś się ze służby, wobec mojej baby zwolnił. A ku tamtej, swoje usługi rycerskie zwrócił. Będziesz mógł, swoje śluby spełniać. Idź mnie ty, nie chce ja już żadnych szmat ani zmywaków do zbroi. Dziś rano mnie ksiądz Kurowski powiadał, jako jeszcze mu raz, o takim czymś będę powiadał, klątwę na mnie nałoży. A Maryśka wasza, majętna dziewka, jest? A coś myślał, pewnie że majętna, przecie ona herbowa niewiasta, znaku Pilawa, jeno że sierota, to u nas siedzi. Jak by co? Dasz zgodę na ślub, z ową Maryśką? Bom jej urodą olśniony. A na łeb ty nie zleciał, z zamku do fosy? Jak do mnie lazł? Strasznie, ś to niestały jest, w tych zamorskich nowościach rycerskich. I powiadam ci Janota. Tako, żeś sobie narobił, wedle owej głupiej europejskiej mody. Po kiego grzyba ci to, było? Powiadam mu. O mało co się nie wyrżnąłem ze śmiechu na lodzie jakom, kiedyś kleryka a dziś już naszego księdza arcybiskupa, Kurowskiego na starym rynku ściął. Po trzech pacierzach, doleźli my na zamek, zaś do kancelarii. Gdzie siedzieli już nasi księża obaj, i sami coś pisali każdy z osobna na sekretarzykach swoich. To powiadam głośno, jako i ksiądz Trąba. Laudetur dobrodziejom, naszym. Na co odpowiedź nadeszła, na wieki wieków od obu. Co ma być obecnie czynione? Że to i po weselu, królowi wasze miłości się wyspać, się nie dają. Za jakie dwa pacierze pójdziemy do, koronacyjnej, powiada ksiądz Kurowski. Bo jest tam tak, jako tu w tym liście stoi napisane, patrzaj mnie tu. Przyjechał ten cały tam. Ścibor ze Ściborzyc, i chce aby król w zastaw, wziął. Nową Marchwie jako powiadasz od Zygmunta Luksemburczyka, bo tamtemu na wydatki dworskie nie starcza i w biedzie niby jest. Ale jest tu kruczek prawny, bo nie idzie tyle o zastaw, co aby wybadać króla jak, będzie patrzał, na to jak Luksemburczyk, całą Nową Marchię, Konradowi von Jungingenowi sprzeda. A co za tym idzie zaś z kolei osłabić chcą, owi naszą północną i zachodnią stronę królestwa. A cały ten niby traktat jaki tu ów Ścibor, królowi przedstawia, funta kłaków nie wart. Bo celowo takie warunki, ceny postawił królowi Jagielle Luksemburczyk, że ten musiał by głupi być, aby takie warunki przyjął. Zaś trza spisać wszystko co i jak po kolei. Po to też pójdziemy, tam bo teraz król owego Ścibora na obiad chyba zaprosił. Lepiej jak by otruł owego, jak kniaź Popiel drużynę powinowatych swoich jeno i zaś nas by tu myszy zeżarły. Lepiej nie, lepiej nie, wasza miłość księże arcybiskupie. Powiadam księdzu. Pewnie nie, do spowiedzi pójdę, to się z grzechu oczyszczę. Ksiądz Mikołaj Trąba, spowiednik wyrozumiały, jest do niego się w kolejkę, ustawię. U mojego konfesjonału kolejka bardzo długa, trza się zapisywać u sekretarza mojego. Powiada ksiądz Trąba, do Kurowskiego. Tego tu? Rulonem pisma Kurowski, na mnie jako pisarczyka swego pokazał. Może być u tego. Jak tak, to po znajomości starej, kolejkę mnie zajmie, z przodu, no nie? No. Powiadam owemu. Nie skończył ja, jeszcze gadać do księdza, jak drzwi się rozwarły, i król gębę swoją wiecznie zafrasowaną, wsadził do środka. Na co my, się poderwali ze stołków. A tu siedzicie? A to i lepiej. Szlachetny Ściborze, dozwólcie, za mną do kancelarii. Tu napiszemy, odpowiedź dla króla Zygmunta. Nie będziemy łazić po, jakiś tam salach tronowych jak, nam inkaust, pióra i pisarczyki, są potrzebne i Kanclerz, a tu wszystko jest i czeka. Ścibora my raz i dwa spławili wraz z pismem, że taka cena za nową marchwie, królowi nie podchodzi. A temu, o to tylko chodziło. Wziął kwit, skłonił się nisko królowi, nas takoż samo, obecnych przy królu potraktował jak i powietrze w kancelarii. Na koń, wsiadł, zaś popędził, nie bacząc na mrozy i zawieje, prosto do zamku w Malborku, gdzie już na owe pismo, czekał Konrad von Jungingen, wielki mistrz wraz z całym konwentem. A tam zaraz pergamin, o zakupie nowej marchii w imieniu króla Zygmuntka Luksemburczyka, Ścibor podpisał. Na co, wielki mistrz powiada, mamy tego litewskiego lisa, jakby w sieci, i jeno zacisnąć teraz pętlę należy i zaś dobrą nagonkę na niego zasadzić, a udusimy całe to królestwo parszywe. Zakon opłacił sowicie nową marchwie, zaś jak by, skarbiec Malborski, zaraz o połowę chudszy się, im zrobił. W maju dnia 25 roku 1402, Ulryk von Olsten, pan na Drezdenku złożył hołd, naszemu królowi zaś i zobowiązał się, do przejścia lenna na naszego Jagiełłę, w razie swej śmierci bez potomności. A że brzydal, był z owego nie zgorszy nasz Władysław II z kolei, już łapy mocarne zacierał, z radości. Jeno owa uciecha, nie trwała u nas zbyt długo, bo jak tylko, krzyżaki się o tym z, wiedzieli, zaraz gęby darli jak potępione wilcy do księżyca, i wojną zagrozili o ten gródek. Król na to, mam wasze gadki durne tam gdzie słońce mi nie dochodzi. Tak leciało nam jak po sznurku, i szli my dalej w 1402 rok z, kolei jak w kalendarzu nam pokazało. Jeszcze w lutym, zaraz po ślubie 29 stycznia Jagiełły z Anną, wybuchła awantura na zamku naszym, gorzej jak wściekłość wielkiego mistrza o owe Drezdenko. Jeno tu, żona królewska a pani nasza od roku, Anna Cylejska, powzięła się do Jagiełły jak moja do mnie, aż w kancelarii słychać było. Co z moją koronacją? Królu mój i mężu, rzecze owa głośno, a z za ściany słyszeli my głos króla zduszony jak by, owa na niego wlazła i tańce na plecach odprawiała. Zaraz, na dwudziestego piątego lutego, jako że to niedziela wypada. Powiada, król, zaraz po tym do kancelarii, wpadłszy jak bomba trąba. Do księdza Kurowskiego i Trąby powiada. Piszcie mi zaraz, i to teraz zaproszenia na koronację, dla Anny, bo żyć mi nie daje. Gadając że, za pomiot ją w sypialni i na naszym, dworze krakowskim trzymam. Koronację ksiądz Kurowski przeprowadził, jak mu nakazano. Zaś zaraz cisza na komnatach królewskich nastąpiła. W nagrodę rok ten, jako tako w spokoju nam zlazł. Jeno na jesieni Konrad zaprosił Jagiełłę na polowanie gdzie ten pojechał ochoczo bardzo, łasy na grubego zwierza.

Rok 1403

Natomiast już w grudniu 1403 tego samego roku Jagiełło, znowu z wielkim mistrzem musiał się spotkać i nowy rozejm aż we Wilnie zawrzeć, a i do wykupienia spornej ziemi dobrzyńskiej, zażądał od Konrada von Jungingena wyrażenia zgody, Jagiełło. Jeszcze w tym roku, poszło poselstwo, do papieża naszego Bonifacego IX, i wymusiło na nim, wydanie bulli papieskiej, zakazującej krzyżakom, najazdu na Litwę. Przeto jak polskie poselstwo do Malborka poszło, i pokazało bullę papieską Konradowi, po spotkaniu z naszym królem, ten powiada tak. Wsadźcie sobie ową bullę do biblioteki, w Krakowie, o ile ją macie? Zakon po tutaj swoją mocą stoi, aby na straży całego chrześcijańskiego świata, przedmurzem owego być. Zaś ja bardzo wątpię, czy w Krakowie biblioteki macie, może wam owa na inne potrzeby się zdać. Na co cały konwent zarechotał, ze śmiechu, aż im się piwsko i wińsko rozlewało po stołach.

Rok 1404

Tak minęły święta i nastał nowy 1404 rok, i ten już był bardzo z kolei wesoły, z kilku przyczyn. Po pierwsze zaraz na początku roku, Krzyżacy wpadli do Ciechanowa, i znowu porwali naszego księcia Janusza I mazowieckiego. Jeno teraz dla odmiany z księżną Anną Danutą, i dziatwą owych. Po czym do zamku w Toruniu, tym razem powlekli. Związanych w kij, jak barany na jarmark. Na takie coś myśleli my że król szału dostanie, jak mu o tym oznajmili znowu, ludzie księcia Janusza. Którzy jak za pierwszym razem, z tymi wieściami do Krakowa przyszli. Przecie to w głowie, się nie mieści powiada król. Już drugi raz, przecie na księcia Janusza, łapy ośmielają się podnieść, i to jeszcze z całą rodziną jego, a jako księcia to i moją familią, nie inaczej. Wyślemy teraz, poselstwo nasze i zaraz, do Malborka, bo przecie do Torunia słać ich nie ma co. Bo będą tam gadali, że nie wiedzą o tym nic. A jeszcze i poselstwo w lochu toruńskiego zamku wyląduje, jak nic. Poselstwo poszło znowu, jak psy gończe, bo czasu zaprawdę król nie miał. Przecie nie wiadomo co Krzyżacy z księciem, w owym parchatym Toruniu, znowu wyprawiają? Powiada król. Listy do Konrada von, tfu Jungingena, tego psa niewiernego napisane macie? Księże Trąbo? Mamy wasza królewska mość, trąbiłem od razu na pisarczyków, jako wasza królewska mość, nakazał i trąbił do mnie, na larum. Proszę tu są, do podpisu. To dawaj zaś, szybko księże, niech poselstwo zaraz mi rusza. Rycerze znowu poszli jak za pierwszym razem, w półtora niedzieli się uwinęli, gdy pod murami Malborka, stanęli. Na taką wiadomość i listy od Jagiełły, wielki mistrz rzekł bardzo wymijająco. Nic mi nie wiadomo że, tego waszego księcia Janusza znowu, ktoś porwał. Nie na mój rozkaz, jeśli to było. Jeśli w ogóle, takie porwanie było? Dziwne co mi tu za papiery, jakieś pod ślepia podstawiacie? Wymysły to wasze czy króla waszego? Na co Powała, powiada. Wielki mistrzu, te wieści, od ludzi księcia Janusza mamy. Po co mieli by się, kłamstwem posługiwać? Króla naszego w niepokoju stawiać, o losy siostry księżny Anny Danuty? Jak to siostra nie jego, przecie to Witoldowa siostra jest. Nie króla waszego Jagiełły, na to wielki mistrz powiada. W Polsce i na Litwie wszyscy chyba spokrewnieni, ze sobą jesteście? A to przeciw, pismu świętemu i nakazowi kościoła naszego. W sprzeczności stoi. Nie nam koligacje jakieś królewskie pod osądy swoje brać, powiada nieźle już wściekły Powała. Mniejsza z tym, mam to gdzieś, na to Konrad powiada. Listy wam napiszę zaraz, do komtura toruńskiego. O rychłe wydanie księcia Janusza z niewoli, o ile on tam z rodzinką swoją siedzi w lochu, jako mi tu powiadacie? Jeno myślę że to bzdurstwa jakieś, mi tu śmiecie powiadać, rycerzu Powało. Mnie wielki mistrzu, kłamstwo gęby nigdy nie splamiło, rzekł Powała. Na co, Konrad machnął łapą. Po trzech pacierzach listy wielkiego mistrza Powała miał w łapie, zaś do sakwy swojej wsadził głęboko. I poszli jak stado spłoszonych jeleni, wprost na Toruński zamek. Księcia Janusza, wraz z księżną, i dziatwą pod pismem wielkiego mistrza komtur wydał. Zaś z początku gadał, tak samo jak i wielki mistrz. Czego mu Powała dupę zawraca, kiedy on godzinki śpiewać w kościele musi. Po ceregielach wielkich okazało się, że książę Janusz w lochu z małżonką jednak siedzi. Na co komtur, powiada. Nic mnie o tym nie było wiadomo. A za czyim rozkazem rodzina książęca, w lochach toruńskich się znalazła? Pytał Powała jak bezradna pisarczyk, owa czasem, mnie o to czy, o owo. Na co komtur powiada. Czy ja mam za każdym zakonnikiem łazić i pytać kogo do lochu wtrącać, mu się zachciało? Jednak wydać ich na listy, wielkiego mistrza wydać w końcu kazał. Bez posłuchania nawet i rozmowy z posłami a tym bardziej z samym księciem Januszem. Jak za pierwszym razem poselstwo nasze, wzięło porwanych i do samego Ciechanowa odprowadzało. Popiwszy im wody w drodze i strawy na popasie dając obficie. Bo przecie głodem przymierali książę jak i księżna, o dziatwie ich nie wspominając. Przy ognisku książę do Powały tak, i innych rycerzy powiada. Po starym rynku toruńskim, mnie na sznurach na wpół gołego ganiali, bez ciżm, ów na boso. A batami okładali Krzyżacy jak pątnika. Szkoda powiadać, co tam było, opowiadała wzburzona księżna Anna Danuta. Co za fałsz i bezczelność, na nas napadać i uwozić już drugi raz, przecie. Powiemy naszemu królowi wszystko, powiada książę. Po drugie do Gniewu nad Wisłą przybył niejaki krzyżak w gębie nad wyraz mocny, Heinrich von Szwelborn, gdzie też wielki mistrz Konrad Jungingen, owego zaraz komturem tamtego zamku, uczynił. Po czym chwilowy spokój nastąpił. Zaś późną wiosną, wielki mistrz Konrad, sam wlazł na koń i pogonił wraz ze swoją osobą, poselstwo do Raciąża na Mazowszu na ziemiach księcia Ścibora, gdzie dnia 22 maja,1404 roku z naszym królem i księciem Witoldem pokój na nowo my, po raz kolejny z zakonem krzyżackim spisywać mieliśmy. Tam też, komtura owego Heinricha Szwelborna z Piotrem Malarczykiem po raz pierwszy my spotkali i na ślepia własne ujrzeli, zaczęła się, z owym zabawa, aż do końca naszych dni, przez nas dwóch spamiętana. Król nasz, jako gospodarz wielki, i gościnny jako mało kto w europie. Powiada nam tak. Zaprosimy całe poselstwo krzyżackie, wraz z wielkim mistrzem, jako że to, z następnym podpisaniem pokoju mamy z nimi tymczasem spokój, do Białowieży na polowanie. Z Raciąża pojedziemy, na puszcze, i w las was, zaraz wypuszczę. A o porwaniu księcia Mazowieckiego, gęby trzymajcie zawarte, bo jak by co, z zawarcia pokoju mogą, nici porwane wyjść, zamiast traktatu. Później kniaź Witold na Litwę, po polowaniu pociągnie. Bo z owego Raciąża, do puszczy białowieskiej, mały skok. Pogoda piękna, żal zaraz do Krakowa wracać a muszę wdzięczność wielkiemu mistrzowi za jego polowanie i zaproszenie na nie w roku ubiegłym okazać. Powiada Jagiełło, z gębą zadowoloną, że oto znowu, bez wojny z Konradem i zakonem się, na razie obeszło. Wraz z owym tym tam, Szwelbornem komturem zagniewanym wiecznie, z Gniewu, w puszczę pojedziemy wilki i zwierza straszyć? Pytam się księdza Kurowskiego w nadziei na powrót rychły do Krakowa, po cichu tak, aby król czasem nie posłyszał. A co ma, inaczej być? Powiada ksiądz arcybiskup Kurowski, z gębą nieco zakwaszoną, bo polowań i on nie lubił zbytnio. Do mnie i księdza Trąby półgębkiem, a do króla głośno. Jako wasza królewska mość nakaże, tak i my, przecie zawsze robimy. No. Na to Jagiełło. Ty księże arcybiskupie, z owym księdzem swoim, a Trąbą naszą, na polowaniu się mi też bardzo przydacie, bo jak by co, zawsze do nagonki, czy odwrotu, ów Trąba zatrąbić może. To jedziemy, do Raciąża bo mnie na dobrych układach, teraz z zakonem bardzo zależy.

Królowa Jadwiga


Godło królestwa Polskiego

Gródek i zamek biskupi w Raciążu na ziemiach, naszego księcia mazowieckiego Ścibora, szwagra króla naszego Jagiełły, nie był tak od dawna oblężony, przez krzyżaków jak w dniu 22 maja 1404 roku, bo to i przecie na podpisanie pokoju z zakonem Najświętszej Marii Panny, zjechał osobiście plujący i smarkający więcej niźli często, w płaszcz swój zakonny z powodów bardzo prozaicznych, czyli braku innej szmaty na podorędziu. Sam wielki mistrz Konrad von Jungingen, niedużego jednak wzrostu, ze swoim młodszym bratem Ulrykiem, jeszcze bardziej niźli tamten, pełnym wigoru, nienawiści do Polaków i wszelkich Litwinów. A największą nienawiścią pałający był nie tylko Ulryk, ale i całe krzyżackie towarzystwo, w liczbie piętnastu rycerzy do Żmudzkiego, nienawistnego im plemienia.

Konrad von Jungingen

O które też, jako i niesforną Litwę, wybuchła poprzednia wojna. Głównie jednak z przyczyny Witold, owych, utarczek tak owego wielkiego księcia litewskiego, z własnym bratem stryjecznym i królewskim, jak i na przemian z zakonem krzyżackim. Przecie żeby owemu nudno, na dworze we Wilnie nie było. Kniaź wielki Litewski Witold, bowiem jak i kuzyn jego, król nasz wspólny dla obojga narodów. Jagiełło był raczej niepohamowany jak i Witold w, chęci posiadania władzy, korony i tego wszystkiego, co z tej przyczyny się z koroną na łbie królewskim a wcześniej książęcym wiązało. Którą to na własnym, nosić lubił ponad wszystko. Aby ze splendoru owego nic nie utracić, przemyśliwali nasi władcy nad tym, jak zakon krzyżacki wymanewrować i jako taki pokój z nimi podpisać oto właśnie. Na podjeździe do Raciąskiego zameczku, brukowanym dużymi kocimi łbami, pojawiło się z metalicznym hałasem podków, dla zbrojnego oddziału w swojego rodzaju jedynym stukotem, poselstwo wielkiego mistrza. W ichnim mniemaniu samego kwiatu zakonnego i światowego rycerstwa. Jako my wszyscy, na blankach zamku, zgromadzeni oglądali owe widowisko na własne ślepia, z ciekawości samej. Przeto, jechał na przedzie sam, wielki mistrz Konrad von Jungingen a obok owego, nasz rycerz, choć Niemiec z pochodzenia. Zyndram z Maszkowic i jako zwykle Powała z Taczewa, posłani specjalnie przewodnicy królewscy, dla Krzyżackiego poselstwa do Raciąża. Przecie po to tylko, aby jakiś nasz szlachcic krewki, ze swoją drużyną, po drodze im łbów nie pościnał. Zaraz za nimi jechał z gębą nad wyraz bardziej niźli pochmurną, brat jego Ulryk, i sam wielki komtur zakonu, Kunon von Lichtenstein, oraz jakiś nowy komtur, niedawno do ich, niego Gniewskiego zamku, ze Szwabii, ściągnięty dla twardych rządów jakie umiał, wprowadzać na swoich włościach, Heinrich von Szwelborn. Zaś jeszcze z tyłu, za zadami końskimi z przodu jadących, rzucającymi obficie nawozem, dobrym bardzo do hodowli grzybów jadalnych w piwnicach. Jechało jeszcze kilka innych, znacznych kanalii brodatych, jak by cyrulika w Malborku nie mieli, lubo go już dawno, na suchej gałęzi obwiesili.

Nie poznali ich, my w pierwszej chwili, który jest który, po gębach, bo jechali z kapturami naciągniętymi aż na zimne z nienawiści ślepia. Bo im słońce, prosto w owe gęby mocno świeciło. Jakubek Kuna medyk nasz durny, tak się wychylił za blanki, że omal co, do fosy zamku by nie wleciał, z ciekawości. Jeno, m go za portki w ostatniej chwili złapał, bo by się zatopił w fosie z kretesem. Bo to i przecie pewnikiem, ta kanalia medyczna pławić się nie nauczyła, jeno gębę drzeć od młodu. W nich bij, lubo samotrzeć ich posiekam, jak ciasto na kluski z kapustą. Albo za byle beczką, czy antałem bulgocącym smakowicie, byle pełna była, piwska a najlepiej miodu, rozpatrywał się zawsze wytrwale i domagał napitków weselszych głośno. I to jeszcze, z mojej krakowskiej piwniczki najlepiej. A jako, owa beczka czy szklenica, już była pusta, nie przywiązywał do niej żadnej uwagi, jak i do tego, czy w sakwie grosz jaki ma, czy też i nie. To też wciągnąwszy trutnia medycznego, za blanki. Powiadam osłowi kumotrowi tak, dwornie jako zwykle. Jakubek. Czego? Ów na to powiada jako zwykle uprzejmie z ogładą, przy mnie na dworze Jagiełło, wym nabytą. Zważaj lepiej na swą posturę bardzo lichą bo jak, by do wojny czasem z Krzyżakiem przylazło. Nie będą musieli cię, owi ubijać. Bo samotrzeć, zlecisz na sam dół do fosy i trupa twego trza będzie łowić. A tych tam co się wleką tu właśnie, sam zwolnisz z ubicia swojej persony durnej. Na co Jakubek, powiada mi zaraz. Co ma wisieć nie utonie. A i juści, pewnie. Musiałem mu przyznać słuszność, jako rzadko kiedy, bo i prawdę samą powiadał. Zaś gębę rozdziawiłem szeroko na koncept, owego. Ale powiadam mu tak na złość jeszcze. Bo na niewieście cnoty zawsze był bardzo łasy. Ty zaś aż spod grodu, na Rzeszowie pochodzisz? Ano, bo i co? Z Kunowa. Nic, jeno przypomniało mi się jako, m sam kończył, akademię w Krakowie. Na akademii zaś wtedy, na katedrze prawa. Była jedna dziewka przecudnej urody. Pod przykryciem chłopczyńskim, skrzętnie się, owa panna skrywała. A wiem, o owej słyszał i ja o tej cudności. Szum w akademii był z tego bardzo wielki. No i co? A co ma być? Odkryli po nie w, czasie, scholarzy że to jest niewiasta, jako, już dyplom uczelni w kieszeni miała. Bo to powiadam ci o tym ośle medyczny, że to jako niewiasta z Krakowa. Właśnie na Rzeszów musiała uchodzić, i tam siedzi po dziś dzień w klasztorze i kmiotków naucza, a czasami do Krakowa przyjeżdża, do rodzicieli pomieszkać przy grodzie. Lubowali się w owej później, wszyscy akademicy i ja sam takoż samo, prawie do dziś dnia z resztą. Bo jako spojrzysz na ową piękność, zaraz nasza królowa Jadwiga mi się przypomina. Tak do niej podobna, jako by siostrą naszej królowej była. Po to ci o tym powiadam trutniu, że mógłbyś się wżenić w dobry ród szlachecki. Jako się zaś, z, wiedzieli gamonie uczelniani, kto zacz za ich, kumotra w ławach akademii uchodził. To i awantura zaraz wyszła z tego, że niewiasta, za doktorskim dyplomem się ogląda. A jakoż się zowie owa, niewiasta? Bom to prze, pomniał. Pyta zaraz, Jakubek na niewieście prześliczne oczy, łasy mocno. A co ci do tego? Trutniu piwny, nie dla ciebie takie rarytasy i śliczności. Tak, om tylko gadał sobie. Owa doktorem praw jest. Jako pomnę dziś, jeszcze. Zowie się owa cudność. Joanna, zaś z rodu Krakowskiej szlachty Sójków, lubo Pliszków, czy jakoś tak, się wywodzi owa doktorowa panna. Prze, pomniałem i ja, w pierwszej chwili ze strachu. Jakom wielkiego mistrza Konrada von tfu, Jungingena z daleka obaczył. A, wiem już, ze starego domu szlacheckiego, Czajków, czy Ziębów jest niewiasta owa. No i co? Powiada dalej. Jakubek ciekawy niewiasty cudnej. No i co? Ni co. Powiadam jeno że cudna, jest owa panna jako zorza poranna. A i jeszcze doktorska to dziewka. Ot pojmujesz? Ano, juści że pojmuję. Co nie mam pojmować? Powiada ów, miecz pod gardło sobie prawie podciągając, bo mu portki zleźć z dupy, zupełnie chciały. To mu jeszcze powiadam tak. Jakubek, a wiesz ty głąbie medyczny, aby jako się, ów Rzeszów pisuje? Durny ty? Czy jako z tobą jest, łbie pusty i o, słowy? Jakoż to mam nie wiedzieć? Powiada doktor nasz. Może ty całkiem ociemniał na umyśle? Jako ową pannę przecudnej urody, sobie przypomniał, co? Może i jest jako gadasz, powiadam owemu. Ale, m słyszał ja, że na medycynie waszej, pisał ty Żeszuf, zamiast Rzeszów jako winno być w zgodzie z gramatyką. A i pewnie, pewnie, powiada Jakubek, jeszcze nauczali nas, doktorowie uczeni, że rozum u pisarczyków nie, we łbie się mieści. Jeno gdzie? Powiadam owemu zaczepnie. W dupie. Powiada medyk wredny, czym zatkał mnie gębę na wieki. To na ostatek powiadam, owemu w zemście, dla ochrony dumy pisarskiej. Czekaj ty, wrócimy my do Krakowa, inaczej gęba twoja, będzie, do kumotra swojego śpiewała. Jako ci miodu czy piwska w szklenicy zbraknie. Na co, Jakubek, machnął łapą i drze gębę. Palnąwszy mnie wprzódy, przez blachy na plecach a, że huknęło. Patrzaj zaś, jako lezą zakały zakonne. Blisko całkiem już, pod samym zamkiem jadą. O pokój z królem naszym żebrać. Powiada konował Jagiełło, wy. No i było, jako gadał. Patrzymy a tu. Krzyżacy z brukowanego podjazdu, bardzo dostojnie na zamek wjechali, z głuchym dudnieniem przez drewniany zwodzony most. Książę Ścibor jako gospodarz zamku i ziemi na której zamek stał, z kniaziem Witoldem, nie wprawdzie jako gospodarzem ale gościem owego. Dziw nas brał jeno, że się wielki kniaź Witold, nie mógł na Mazowszu mieć o ziemie, jako i o inne wokoło. Jeno raczej, był czasami kumotrem, owych zakonników jadących, o pokój błagać. Bo przecie zakon krzyżacki siłą teraz nie stał, zbytnio wielką. Stali książęta obok siebie obaj, jak dwa srebrzyste posągi. Jeden z brązową czupryną a drugi z płową grzywą jak u lwa dzikiego, w zbrojach popiołem wyczyszczonych, jak by na wesele jakieś. Dwie dziewki przecudnej urody a służebne, stały za nimi, jedna z wielkim bochnem chleba, druga z solą na drewnianej tacy. Zaś do witania się, i całowania prawie by doszło, z naszymi dziewkami. Bo przecie krzyżaki nie za bardzo pojmowali, z czym co, i jak się je. Na Mazowszu i w Polsce. Zaś że dziewki były kraśne bardzo, powitanie szło składnie mocno. Zaś co, do czego się ma mieć, z owym powitaniem chlebem i solą. Krzyżacy za bardzo nie pojmowali, jak i niczego po prawdzie. I na odwrót. Przeto komtur Heinrich Szwelborn do kumotra swego Kunona Liechtensteina, obejrzawszy dziewki jak na mnicha rycerskiego, bardzo uważnie, oblizawszy gębę swoją ze smakiem, cichcem powiada. Jak oni nas, już przyjmują, jeno samym suchym chlebem to, może i nie potrzebnie nasz wielki mistrz z pokojem, jak jaki głupi tu jedzie tyle mil się wlekąc po tych polskich wertepach. Trza nam było, lepiej ze trzy chorągwie dobre wziąć, powiadam ci bracie, i wytłuc a z ogniem puścić owe kanalie. Jako taka bieda u nich, że jeno chleb suchy, a sól żrą bez popitki. Bo przecie żadnej dziewki innej z dzbanem i napitkiem nie masz, przy tych dwóch książęcych obwiesiach. Na niewolne dziewki, mnie by się tamte obie zdały, i na nockę zimną do łoża. Zaś jako by, mnie się znudziły, worek na łeb kazałbym nałożyć, i do Wisły z zamku, wrzucić po nocy. Powiadam ci szlachetny Kunonie. Za jednym zamachem, oczyścili, by my sobie drogę, aż do Krakowa i po Wilno same. Zamknij gębę Heinrichu szlachetny, mój bracie. Bo jeszcze posłyszą wałkonie co gadasz, syknął cicho po szwabsku Kunon von Lichtenstein. Na co tamten, powiada jeszcze ciszej, w dupie mam co owe, słomiane kniazie sobie pomyślą. A na gęby oba, za resztą posępnego krzyżactwa, uśmiechy bardzo uprzejme, zaraz założyli. Konrad von Jungingen, wielki mistrz z konia ledwo zlazł, i okrakiem stał chwilę, bo mu w krzyżu i gębie zaschło. Nie na tym wprawdzie, co to miał, na sobie czarny wysmarowany, jeno w jego własnym, zbolałym od długiej drogi. Rozejrzał się dookoła bezradnie, zaś widząc że króla Jagiełły nie ma na dziedzińcu, pytał uprzejmie i z obawą w głosie. A jego królewska mość? Jest tu aby w tym całym Raciążu czy Raciążku? Jako to dziko, się jakoś nazywa ów gródek biskupi. Na co, książę Witold, powiada przymilnie na starą komitywę, z zakonem krzyżackim wspomniawszy. Choć może i nie za bardzo, bo jak wspomniał swoją celę, Witoldowi przyznaną, na zamku w Malborku. Gęba mu tężała czasami z nienawiści, do oprawców. Ale zaraz, zapomniał jakoś urazy i z pogodnym obliczem powiada. Król nasz pan jest, jako obiecał pokój podpisać. Jakoż to miałoby go, nie być? Wielki mistrzu. Jeno ze swoją siostrą królewską, księżną Aleksandrą w ogrodzie, za murami siedzi, i ptaszków ćwierkających nasłuchują oboje. Na co, biały na łbie Konrad wzruszył ramionami i pomyślał. Co za głupie, jakieś zajęcie dla tego kmiotka i króla słomianego jednocześnie. Jeno nie dziw to, mi żaden. Jako tamten heretyk, i kmiot litewski, na pewno nie ochrzczony jest, jako się powiada wszem i wobec. To i do Światowida a bałwanów z czterema łbami modły składa, razem z tą całą siostrą swoją, pewnie nieochrzczoną, babą bałwochwalczą a bardziej wyznawczynią diabła, jako i wszyscy tu dzikusy litewsko-polskie. Zaś powiada, z miłym uśmiechem na dość mocno pomarszczonej ze starości gębie. Przy czym żółte zębiska ukazując z dwoma dziurami od przodu w pysku. Prowadźcie, wasze książęce mości do komnat, kurz i wszelaki znój zmyć z gęb naszych, chcielibyśmy. Zaś kniaź Witold że, nie był mniej złośliwy jako i Konrad, w duchu powiada sobie. Gnój chyba nie znój, raczej zmyć ze swojego pyska krzywego byś chciał. Ale że to dwornie, wychowani obaj książęta byli, łapy nie zbrojne, w zapraszającym geście ujęli. Zaś poszli wszyscy, jak by nigdy ognia wojny i pożogi odwiecznej, pomiędzy nimi nie było. Król nasz w, pierwej powiadomiony przez Powałę z Taczewa, że oto krzyżackie poselstwo, już na zamku gęby myje, i trochę odpoczywa po długiej drodze z Malborka. Powiada, no to pójdziemy i my, rozmówić się z nimi, jako już przyleźli owe niecnoty.

Poselstwo wielkiego mistrza do Raciąża

Po dziesięciu pacierzach, poselstwo Krzyżackie i gospodarze, przy stole w wielkim refektarzu się powitali, jak na wytrawnych dyplomatów i rycerzy świetnych, w europie chrześcijańskiej przystało. Zaś siedli wszyscy w zgodzie pozornej i pożywiali się w jako takim milczeniu, ze strony polskiej. Bo i przecie chcąc uchodzić za światowego księcia, Ścibor nawet kapelę z grodu sprosił, a ta przygrywała z piskami na skrzypkach i drumli przy biesiadzie. Jedzono bardzo smacznie i głośno po stronie krzyżackiej, z mlaskaniem na przemian ze smarkaniem, i dłubaniem paluchami w nosach kulfoniastych, oraz częstym popluwaniem jedni, na drugich. W końcu jako się napaśli Krzyżacy, jako bydło w oborze, bekaniem a i nie rzadko, raczej dość głośnym wydawaniem, trujących gazów się zajęli. W starym dobrym zwyczaju niemieckim. Huk był taki niezły, jako byś z armat na wiwat, lubo do oblężenia zamku tego tu, walił. Szczęściem dla króla Jagiełły i całej reszty gości zgromadzonych, że to dziś gorąc majowy na dworze był. Okna bowiem wszystkie były rozwarte na oścież, więc wiatry smrodliwe mieszały się z tymi, świeżymi z za okien i szły pola a bory mazowieckie zatruwać. Zaś w refektarzu nie zagrażały natychmiastowym wytruciem strony polskiej, jako i Litwy od razu. Jeno ostrzeżeniem były dla nas, że i w razie jakiej wojny na przyszłość. Zakon gotów użyć był broni gazowej, jako już i w chinach cesarz, tameczny wojny prowadził. Po bystrym z, mlaskaniu, ze smakiem wielkim całości prowiantu, jaki książę Ścibor na trudne czasy, w przyszłości zgromadził. Oraz wychlaniu całej piwnicy książęcej, do źródeł pod ziemią głęboko skrytych. Beknąwszy po raz kolejny, aż głośne echo po refektarzu poszło, wraz ze smrodem z gęby. Wprzódy, dokładnie wysmarkawszy się w książęcy, biały obrus dla oszczędności własnego płaszcza zakonnego. Co mu na kolanach kościstych leżał. Wielki mistrz, powiada bardzo uprzejmie i dwornie zarazem, do króla siedzącego zaraz obok niego, z nosem w chustce schowanym. Jakoż to wasza królewska mość, myśli sobie? Zawrzemy zaraz, przecie pokój jak go pisarczyki nasze napiszą, a my podpiszemy. Będziemy w zgodzie, siedzieli już po wieki? Czy jak wasza królewska mość przed sobą to widzi? Będzie ów pokój między nami jeno na piśmie? A nasze swary po staremu pozostaną? Jagiełło myślał zawsze jak błyskawica. Więc najpierwej pomyślał. W pierwszej kolejności zawrzyj ty sobie lepiej dupę na szmatę, lubo na szpunt od beczki coś ją z wińska dopiero co opróżnił. A głośno z uprzejmością znaną na dworach, gdzie go nieraz inne jełopy szczerbate, a królewskiego rodu podejmowali. Myślę ja, rzekł król że przecie dość już my się nawojowali, zaś zawsze za tym samym marnym skutkiem. Jedni na drugich najeżdżając, a to skargi do ojca świętego zanosząc, lubo łby sobie rozbijając wzajemnie. Nie uchodzi, ani mnie jako królowi Polski chrzczonemu, ani wam jako chrześcijańskiemu, zakonowi Najświętszej Marii Panny, którego mianem się macie zaszczyt posługiwać. Jedni drugich prać po łbach za każdą swadą. Przeto spokojny jestem o przyszłość waszą i swoją, jako traktat pokojowy podpiszemy. Po sutym obiedzie, ksiądz arcybiskup Kurowski z Trąbą, przylecieli obaj z refektarza. Stanowczo wydarli mnie z łap, ledwo co napisany traktat, pokojowy. Jako, m go z Marcinem naszym skrybą w pocie czoła czynił, a Malarczyk nasz ozdobił ów dokument liścikami akantu, winogron zielonych i innymi wymysłami sztuki malarsko pisarskiej na nasze czasy, będące w modzie na każdym europejskim dworze. Przy bardzo słabym współudziale skrybów krzyżackich. Jako że owi, za bardzo mocni w stawiani liter, nie byli, siedzieli obydwa przy stole, i kubas miodu jeden za drugim pochłaniali, zaś na nasze gęby jako zwykle, nie starczyło nic. A na nasze gadki aby do skrybo wania się powzięli, jako i my. Powiadali jeno, pucharki do gęb podnosząc raz, za razem. Ja, ja gut. To ja im na to, gut wielki smród. We łbach wam siedzi. Ksiądz Mikołaj Trąba, zawrzasnął mnie w ucho, aż musiał ja sobie w łeb, łapą otwartą po stukać, bom myślał że, m ogłuchł nagle oto. A krzyżackie skryby ze strachu omal co, z ławy nie spadli i nie zadławili się miodem, czy piwskiem zależnie od tego co w gębach brodatych, akuratnie mieli. Bo przecie polewali sobie gęsto, raz z jednego antała to, na przemian z drugiego. Jako za darmo z książęcej, a raczej biskupiej piwnicy było. Dawać mnie ten traktat, bo król już czeka, i gęby groźne mi robi. Jako i ten tam, wielki mistrz. Zaś oddałem mu ów traktat z żalem ledwo co, z kąpieli w, suchym piasku wiślanym wysuszony. Jako pergamin zupełnie świeży. A ten jako ksiądz w piśmie raczej dobrze obyty, jeno spojrzał czy błędów nie narobili my, i po przeczytaniu, oddał pismo do łap zaborczych, księdza arcybiskupa Kurowskiego. Zaś tamten poszedł godnie bardzo, jako na księdza wysokiego stanu przystało. Królowi naszemu położył, jeden egzemplarz na stole, wielkiemu mistrzowi drugi, sam zaś wziął trzeci, i na głos czytać począł, jako niemal jedyny piśmienny i czytający w wielkim refektarzu. I kantor koronny przecie. Po dość szybkim szwargotaniu, coś tam po szwabsku, między krzyżakami nad owym traktatem. Podpisali go wielki mistrz i wielki komtur w imieniu kapituły zakonnej, i nasz król z księciem Witoldem, zaś się wymienili między sobą, z uśmiechami na pyskach szlachetnych. Już, em myślał że do całowania w gęby wzajemnie dojdzie, ale jakoś tam od tego uszło. Pewnie z wielkiej obrzydliwości, jeden do drugiego. Po podpisaniu, pokoju w Raciążu, czy tam Raciążku? Bo to różnie to na ten gródek biskupi ludzie w świecie powiadali. Wielki mistrz Konrad von Jungingen był w tak znakomitym nastroju, że na nagłe raczej, zaproszenie Jagiełły na łowy, do naszej puszczy białowieskiej, miał taką gębę zadowoloną, jak byśmy wszyscy już leżeli sztywni pokotem, jako jego trofea myśliwskie. Z rogami i bez, pod jego krzywymi nogami. Ale z pyskiem uśmiechniętym raczej nie szczerze, kichnąwszy tamtemu prosto w gębę, do króla Jagiełły powiada. Jako wielki mistrz zakonu Najświętszej Marii Panny, glejt wydam dla waszej królewskiej mości. Abyście to mogli szlachetny królu, i w naszych ostępach polowań zażyć. Dzięki ogromne wielki mistrzu, powiada Jagiełło, skorzystam niechybnie, jako wasza miłość zaprasza. Odpowiedział dwornie król, łapę z oczu zdejmując, bo jako przewidujący rycerz przecie, ślepia sobie w ostatniej chwili przed, opluciem krzyżackim osłonił. To jedziemy jako mamy jechać, powiada król Jagiełło. Zaś po cichu wezwawszy, kasztelana zamku. Powiada mu na ucho. Wywietrzcie izby dokładnie, bo mnie ksiądz biskup, łeb urwie. Że smród kąśliwy w nozdrzach, po krzyżakach został. Ten zaś skłonił się panu naszemu nisko, nic nie rzekł. Jeno jak się my zabrali w drogę ruszać. Widział ja, sakwę pakując, jak do okadzania zamku się służba brała. Kawalkada naszych jeźdźców, w świecących srebrzystych zbrojach, jako i czasami mniej jak kto miał pancerz na sobie zardzewiały nieco, jako ja dla przykładu. Zaś tak kolorowa jak, przynajmniej paleta na farby u Pietra Malarczyka, jechała sobie w wielkiej zgodzie, jak by nie przymierzając, na wspólne wesele, do kościoła w puszczańskiej Białowieży, my by zmierzali. Krzyżaków, w tym poselstwie było około piętnastu rycerzy jakoś, my obliczyli w zgodzie z naukami ścisłymi. Z samym wielkim mistrzem, na czele plującym na Jagiełłę i Witolda skrycie, jako tylko nikt nie widział, raz za razem. Król nasz z księciem Witoldem i wielkim mistrzem, jechali w zgodzie pozornej, na czele rycerstwa. Chociaż jako że Krzyżacy powiadali, iż Jagiełło to kiep oraz jełop litewski, i osioł z długimi uszami mocno niedouczony. Jak by na złość szwabskiemu zakonowi. Ten składnie, i po niemiecku, z wielkim mistrzem Konradem o swoich sprawach prawili. Jako, m tak popatrzał na owe rycerstwo, jadące w wielkiej zgodzie, pod szkapę moją wplątał mi się, nasz Malarczyk. Jako że zawsze nie wiadomo było gdzie jego dostojeństwo znaleźć się może. Zaraz pomyślał ja sobie tak. Nie wiedzieć, czemu to, król nakazał jeszcze w Krakowie, Malarczykowi pakować manatki i do składu rycerstwa polskiego, na obrady w Raciążu się zbierać. Toteż Malarczyk jechał do puszczy białowieskiej wedle mnie, Jakubka Kuny i Janoty, owej lichwy litewskiej, za to rycerza błędnego, światowej sławy i poglądów. Oraz naszej chluby i ostoi królewskiej a i swojej własnej, jeśli tylko głody kogoś napadły. Kuchmistrza naszego z Wawelskiej kuchni, Mikołaja Kozy herbu, Poręba z za Dęba, lubo herbu patelnia, jako ów artysta od pieczeni na siebie powiadał. Malarczyk jechał sobie bardzo dumnie, jak jakiś wielki pan, z gębą do góry zwróconą, aby czasem nie zawył mu jakiś duch prosto w uszy, a ślepia jego nie musiały oglądać tego, co za nie stosowne ku swojej powadze, artysty dworskiego mogło być, jego ślepiami widziane. Z gębą pochmurną nad wyraz, jako zwykle i, jako ów nowy kumoter jego, komtur a widać że i kumoter od początku, Gniewski Heinrich Szwelborn. Zaś jak by go przebrać, w białe łachy zakonne z krzyżem czarnym na plecach, wyglądał by jak brat rodzony owego, jeno że bez brody i wąsów. Jak by, dla rozróżnienia z tamtym, miał na sobie portki, w paski zielono żółto czerwone, na jednej nogawce, zaś na drugiej niebiesko żółto zielone, i aż mnie w ślepia raziło, jako, m spojrzał na owego. Ale i widok taki doprowadzał, zaraz do weselszego spoglądania na świat, jako że i lato piękne się zapowiadało. Zaś kapotę, miał ów truteń, artysta zamorski, w wielką szachownice czerwono białą z czarnym ściegiem dookoła fastrygowaną białymi nićmi. Zafascynowany wyglądem kumotra Malarczyka, podjechał ja jeszcze bliżej niego. Zaś powiadam owemu trutniowi, tak. Pchasz się znowu ze szkapą swoją, na moją uczoną personę? Na co ten, omal ze śmiechu z konia swojego nie zleciał. Jak posłyszał co mu prawię o swojej wiedzy z gramatyki. To powiadam szybciej gębie jego, niźli błyskawica, aby kontrataku ujść. Widzą ślepia moje, że się ty ustroił jako, i sam doża wenecki z rodu Borgiów. Rozłóż się, gdzie na popasie, przy ziemi plackiem, zaś zagramy w szachy na twojej posturze z krzyżakami, a figury do owych szachów wziął ty? Nie brał ja, powiada ów, w dobrej woli. To jemu powiadam, z żalem dla mitręgi owego. Szkoda, rozrywkę by rycerstwo miało. Jeno nie pojmuję, czego to król nasz, wyrwał cię, z korzeniami, jak rzepkę z ogrodu, od stołka na smoczej jamie? Traktat pokojowy pisał ty? Powiada uprzejmie jako i zwykle Pioter Malarczyk. No pisał i co? A kto miał pisać ty? Jakoś ty, nie piśmienny jełop jest? Albo skryby krzyżackie w trupa pijane? Jak bele, płótna lnianego leżeli bezwładnie pod stołem. Jako już wszystko wychlali, co w komnacie stało. Na co artysta dworski powiada, z wysokości na mnie się gapiąc. Sam, eś jełop i kmiot jeszcze na dodatek. Nie widziały ślepia twoje? Jak to jam samotrzeć, bez niczyjej pomocy, musiał owe pergaminy ładnie królowi rysunkami przystroić, i błędy twoje kiściami winogron zakryć, bo gramatyki tumanie niemiecki, nie pojmujesz. I miast pokój, napisał ty pokuj. Chyba, to skapiał ty z owej głupoty, ciemnoto krzyżacka jako ja, jako skryba dworski, na gramatyce światowej, czy to łacińskiej, lubo polskiej a w końcu szwabskiej, się nie rozumuję. Tyle co ja traktatów, księdzu Kurowskiemu i Trąbie naszej, a i samemu królowi napisał, w życiu nie policzę. A z błędami nigdy, jako się twoim ślepiom wydaje. Ale za to z bzdurstwami i głuptactwami od samego początku zawsze. Po primo. A po drugie. Po duo się powiada, niedouku krzyżacki, powiadam owemu, szlachetnemu osłowi. Jako już z łaciny, na mnie usiłujesz najeżdżać. Niech ci jest, aleś za to i tak kmiot, i osioł jest, no czy nie, kumotrowie rycerze? Powiada Malarczyk, łeb łaskawie do tyłu, na naszych kumotrów, zwracając. Na co z tyłu, osłowie kumotrowie, zaraz chętnie podchwycili i gadają wspólnie. A juści, juści słusznie, Pieter powiada. Gadają zaraz, łby kudłate i gęby, zawsze chętne do moich beczek krakowskich. Zmilczał ja tą obrazę, na przyszłość, ostawiwszy sobie pomstę, nad gardłami kumotrów kmiotów, do powrotu. Jako i temu tu kumotrowi mojemu, w jednej izbie ze mną siedzącym a na obrazy swoje, plującym zaś żeby się lepiej w słońcu świeciły. Powiadam owemu, wykładowcy akademickiemu, od gramatyki karczemnej. Ale powiedz mnie tylko jedno. Czemu to, gębę masz zawsze taką, jak by cię, już całe stado turów albo i dzików wściekłych w puszczy naszej przejechało, ze dwa razy w te i nazad? Jako my jedziemy dopiero, ku zabawie króla, i krzyżactwa szczerbatego gromady? Spojrzał się na mnie z góry i powiada. Mnie się nie ma tu co, zadowalać lubo nie zadowalać, jako, m w służbie u króla naszego teraz, jest. Ach, a, powiadam owemu. Szkoda żeś, mnie nie oświecił owym słowem bożym prędzej, i na zawsze. Bo oto jedno słowo, owe na, zmieniło by, sens twojej akademickiej niemal wypowiedzi. Bo to i spamiętaj sobie, łbie kudłaty. Że, pewien nikt dnia i godziny, w służbie owej mieć nie będzie, bo łeb mu prędzej zlecieć może, a szczególnie zaś jako ponurą mordę krzyżacką, pokazuje wszem i wobec na około. Na co, kumotrowie obśmieli się wesoło, tym razem za mną górą, mocno obstając. A ten rzekł jeno, aja, jaj. Żadne ci to, aja ja jaj, bo my nie u króla żydowskiego Dawida, w służbie jesteśmy ale u króla polskiego Jagiełły, choć on z Litwy jako i Janota. I jeszcze coś ci rzeknę, mądrego bardzo. Jakobyś tak podjechał, ku bratu swemu nowo poznanemu Szwelbornu? I takie coś, mu się dla przykładu, zapytał? Zaraz mnie było by, jeszcze weselej niźli jest. A nasz król, kontent byłby do końca żywota swego. Zaś pewno za zasługi dla korony naszej, by cię tęgą wsią obdarzył. Patrzaj jako wesoło, z tamtym Konradem wściekłym naczelnym, psem zakonnym wesoło, po szwabsku pogaduje. A co? Powiada mnie ciekawy nagle, Malarczyk. Nic. Jeno jedź ku owemu krzyżakowi, komturowi Szwelbornu i tak mu rzeknij. Witajcie panie i komturze, a rycerzu bardzo szlachetny. Panie wielki, a smutnej mordy i zagniewanego mocno oblicza, mam was, to u weselić panie? No? Pyta po swojemu Malarczyk. Trzasnął bym was panie przez, gębę smutną, zaraz by wam Gniew z oblicza waszego ustąpił. Bo nie dość, że ponurą i gniewną twierdzę, dali wam we władanie, toście jeszcze panie komturze, taką gębę przyjęli, jako i ja sam, rycerz posępnego oblicza. Chyba cię z rozumu, obrali? Powiada Pieter, sąsiad mój, zasmucony jeszcze gorzej niźli go, m napadł. I powiada mnie, jako byś ty, trupę wędrowną skrzyknął, a ku gawiedzi na rynkach, po grodach takie kuglarstwa powiadał, nie musiał by ty tyrać, u księdza Kurowskiego. Pewnikiem grosiwa by, ci tyle mieszczanie nadali, że lepiej by ty stał, niźli cały ten zakon, ze swojego szalbierstwa żydowskiego żyjący. Przemyślę ja to pewnikiem, powiadam owemu, a do woza na osła cię powezmę. I płacił ci będę bardzo sumiennie, pół grosza rocznie. Boś to uparty jako i on, a powiadać Szwelbornu, nic, ze strachu nie chcesz. Sam se, jedź ku niemu i zaś gadaj mu, co ci do durnego łba nalezie. Jeno ze szwabska, musisz owemu szczekać, bo po polsku on chyba nie pojmuje nic. Ksiądz Kurowski z Trąbą jechali nie daleko z tyłu, za nami zaś brewiarze jako księża odmawiali. Jako ten pierwszy, zaś posłyszał co do naszego Malarczyka fantazja moja powiadała. Podjechał bliżej, i niespodzianie, zaś gębę z brodą i wąsami do mnie przybliżył i głośno powiada. Co się mi tu, wy mądrujesz? Wszyscy święci!!! Zawrzasnąłem w pierwszej chwili, ale mnie ksiądz arcybiskup wystraszył. Ja? A to czego? Powiada sam chyba, wystraszony ksiądz Kurowski. Bo, m w pierwszej chwili pomyślał, że to ów, Szwelborn komtur gniewski, na mnie z tyłu najechał. Ksiądz arcybiskup, z gębą wąsami czarnymi i brodą, z bliska nagle zobaczony, za krzyżaka uchodzić może. Może. Powiada ksiądz ślepia, błagalnie ku niebiosom wznosząc. Jak by zbawienia ode mnie tam się spodziewał dojrzeć. Przecie komtur Szwelborn z przodu jedzie, a nie z tyłu to jak mógł, na ciebie nagle najechać? Jako? Normalnie całkiem, on bardzo biegły w sztuce tajemnej jest. Zaś niechybnie, on pod świętą inkwizycję podpada. Powiadam księdzu. Na to, ksiądz Kurowski. Lepiej zważaj sobie, co bym cię po krzyżacku, do lochu nie wtrącił, i na wodę z suchym chlebem, nie skazał pod ową inkwizycją świętą. Za nakazem księdza arcybiskupa, zważam już na dwa roki, albo ze trzy do przodu, i boję się tak, aż ze szkapy swojej zaraz zlecę. Za to rzeknę księdzu coś inszego. Jako ksiądz by chciał? To może ksiądz, przecie jako rycerski pan i szlachcic herbowy? Miast Malarczyka, co go to tchórzem, kuśnierze krakowscy podszyli. Podjechać do owego, tego tu nowego komtura Szwelborna, z Gniewa. I o, pytać się jego, czy w pysk, by nie chciał otrzymać daniny przynależnej mu, od łana żyta na polu? Bo jakom Pietrowi naszemu to powiadał, strach miał chyba, owego komtura posępnego, jako i on sam na gębie ciągle jest. W imię, ojca i syna i ducha świętego. Czego? Pytam księdza, będzie ksiądz teraz litanie, do wszystkich świętych, odmawiał? Nie będę odmawiał nic, jeno. Jeno co? Pytam owego uprzejmie bardziej, na wszelki wypadek. Kogo, m to ja sobie, na łeb swój wziął? Lepiej już było by, jako byś mnie na rynku, w Krakowie wtedy z kretesem, na śmierć rozjechał. Spokój miał by ja, od głupoty twojej, święty. A roków ile? Jeszcze przede mną? Aby z tobą przy zdrowych zmysłach, do starości mojej, jakoś ujechać? Powiada ksiądz, załamany zupełnie. Ksiądz spokój może by i miał, jeno nasze królestwo straty strasznej by doznało. A krzyżaki tak by się cieszyli, jak by już korona Polska w ich łapach była. Temu lepiej niechaj jest, jako jest po staremu. Powiadam księdzu. Ksiądz Kurowski jak by, jakieś wizje powziął z góry, i powiada. Na takie coś jakoś mi tu powiadał, czas jeszcze przyjdzie. Powiem, ja im i to nie tylko to, ale i więcej jeszcze. W końcu machnął łapą, i pojechał, właśnie, jak by na złość ku temu właśnie komturowi Szwelbornowi. Teraz trzymaj, portki w garści, bo jako owemu komturowi wściekłemu, ksiądz Kurowski rzeknie, coś na jego krzywą krzyżacką mordę wygadywał, na udeptaną ziemię cię, tamten zaraz pozwie. Rzekł Janota, a Jakubek Kuna łbem kudłatym, aż kiwał z zadowolenia. Mikołaj Koza, zaryczał ze śmiechu jak kozieł zarzynany. Widząc już ślepiami swoimi, truchło moje usieczone, za jednym zamachem dwuręcznego koncerza krzyżackiego. Zaś, Malarczyk był jak w niebo wzięty, tak mu się owa Perspektywa podobała. Na łowy do puszczy białowieskiej, swojej chluby koronnej, król zapraszał zawsze swoich najbardziej lubianych gości. Z tego też i dziw zaraz powzięliśmy, że oto teraz krzyżaków, Jagiełło zaprosił jako swoich wrogów przecie odwiecznych. A jeszcze w większe zdziwienie wpadli my, że ci, nie odmówili łowów z naszymi rycerzami. Bo jako Janota, słusznie gadał mi zaraz, jak Kurowski ku komturowi Szwelbornu, nie wiadomo po co pojechał. To prawił tak, po swojemu litewskim łbem rozumując. Przecie mogli by my, zgnieść owego mistrza, wraz z tym całym jego poselstwem głupim, i nikt nie wiedział by nawet, gdzie się Krzyżacy podzieli. Na co, Jakubek Kuna mu powiada. Janota, ty głupi taki, jak kumoter nasz pisarczyk, jeno nie wiesz, co za chryja by z takiego, czegoś wyszła? Cały chrześcijański świat, by nam wojnę zaraz wypowiedział, i do zemsty za taki czyn, przeklęci by my byli, do końca świata, razem z twoimi wąsami głupimi. No może i tak? Ale co by my ich umorzyli to by umorzyli, powiada Janota. Na co Jakubek, popukał się w łeb, jak dzięcioł w pień zrobaczywiały. I jeszcze powiada owemu, gadasz jak wasz wielki książę Witold. Raz z krzyżakami na króla, raz z królem na krzyżaków. Na co Janota nie rzekł nic, bo i nie wiedział co, na te wywody rzec. Tak go mądrość rycerstwa polskiego z równowagi wyprowadziła. Że złapał się za bukłak u siodła swojego przytroczony i pociągnął z niego tęgo. Zaś Jakubek zaraz powiada owemu. Sam się zachlewasz, jak koń co mu ceber pod gębę gospodarz podstawi? Dawaj i nam litewskiego wińska niech i my strujemy się, z kretesem. Na co Janota, bukłak od pyska wąsatego odjął i powiada, pusty już przecie. Na co Jakubek odparł jemu, zawsze chytrzący na czyjeś bukłaki. Taki pusty jako i łeb twój litewski. Za Raciążem wjechali my w obszerne mazowieckie równiny, na polach chłopstwo trawy na siano kosili, aż w nosach kręciło od zapachu zielnego. Król jeszcze wychodząc z Raciąża, posłał po księcia szwagra Janusza Mazowieckiego, aby i ten do paradnego polowania na białowieskich, ostępach dołączył do kompani. Zaś właśnie, ze strony Ciechanowa zbliżał się orszak, jego właśnie, i z naszym połączył. Jechali my przez Mazowsze na Polesie, jak armia Polsko Litewska Krzyżacka, za jakim napadem na Żmudź. Zgodnie z kierunkiem krzyżackiej ekspansji i odwiecznej chrystianizacji świata wschodniego. Po trzech dniach z popasami, w wielkiej zgodzie, wjechali my wpierw do Białowieży zaś i do Hajnówki, gdzie już wielki łowczy czekał na króla i gości, przy kilku ogniskach dużych gdzie, na metalowych rożnach, dwa dziki się piekły na wolnym ogniu. Jako i jakieś dwa wielkie wieprze, dla cywilizowanych bardziej, niźli nasze gęb krzyżackich. Co i rzepą się napaść mogli jak, dziki zwierz w kniei, czy krowiny na łące. Mikołaj Koza, nie becząc wprawdzie jak owa, ale podśpiewując, coś pod kulfoniastym nosem. Poleciał biegiem zaraz do owych rożnów, i kuchni już przez wielkiego łowczego ustawionej. Zaś brać się do ulubionego przyrządzania pieczystego, jako król nasz lubił, bo tylko z jego łapy, król jadał bezpiecznie o swoje zdrowie spokojny. Jako by Koza własnego konia nie miał? Powiadam Jakubkowi. Jagiełło jak owa szkapa, z jednej łapy tylko owies spożywa. No, powiada Jakubek. To ja mu na to, sro! Powiadam, dalej. Tyle, żeś w tej tu oto materii, stwierdził jak jaki konował, co mu gospodarz rzekł. Panie konowale krowa moja, się rozparła po pastwie, z niemocy i ryczy. A medyk lipny jako i ty, powiada owemu, łapy bezradnie rozkładając. No. Bukłak swój z miodem, pewnie ty wychlał w drodze, to jeno gadasz jako medyki zwykli powiadać. No. Zaś Jakubek rzekł zaraz jak by z maligny był uleczony. Zawrzyj gębę, idziemy i my, lepiej do owego rożna wielkiego. Może Mikołaj nasz, jako stary kumoter, łbów nam mieczem nie przytnie jeno, kawał owego dzika czy czego tam na ogniu smaży. Przeto na liściu kapusty, zada do spożycia. Jako tak, powiadam Jakubkowi. Idziemy zaś, wiele rycerstwa z tej dziczy kózka skarmi. Zaś podać będzie miał też na czym. Bo swój łeb kapustny, owemu dasz do rozwinięcia a liści kapuścianych, nawet dla krzyżaków starczy. Zresztą im nie trza, nic dawać, bo same jak głąby kapuściane są. A i juści słusznie prawisz. Powiada Jakubek. Na to, pytam owego. Co tak zgodnie za gębą moją powiadasz? Bukłak com miał to i w drodze, m przepił. I nie starczy dla twojej gęby konowalskiej nic. Swój mam, powiada Jakubek. Cud, w biały dzień, nastał powiadam owemu na to. Wielki łowczy już z okładem, nad jedną niedzielę, wiedział przecie, iż król do puszczy na łowy zjedzie, z gośćmi swoimi. Toteż jako i inni miejscowi puszczańscy. Przygotował się, bardzo solennie do zapewnienia nagonki z naszego chłopstwa, które to tak samo przy ogniskach siedziało i pożywiało się obficie z królewskiej spiżarni, dwoma wieprzami, czterema beczkami piwska, i tym co tam kto miał na podorędziu, lubo w sakwie przy pasie. Rankiem i o świcie, poszła nagonka chłopstwa w ostępy, zaś po śniadaniu ruszyli i my. Nie wiadomo też wprawdzie, po kiego grzyba, Malarczyki z pisarczykami byli królowi potrzebni na polowaniu jak psy do nagonki. Bo to i nie dla nas była robota i zajęcie. Jednakoż na nic by się zdały jakieś tam protesty, a wielki łowczy przydzielił mnie i Pietrowi, nikogo innego jak właśnie komtura gniewskiego Szwelborna pod opiekę. Zaś ksiądz Kurowski, rzekł mnie przed wylezieniem w bór, tak. Pilnujcie mi owego komtura, jak własnego ślepia we łbie. Żeby nic się owemu nie przy, godziło, ani żadnemu z posłów bo inaczej pieniek u kata pewny. Tak powiadał nam przy ognisku jako my sobie, jeszcze przy pieczeni siedzieli. Każdy zresztą ze dworu, dostał kogoś z krzyżactwa do ochrony, jak by my mieli ich niańkami bywać. Potem poszli my, już jak charty w ów bór niezmierny. Komtur Szwelborn pomiędzy mną a Piotrem Malarczykiem, z gębę zadowoloną co dziwne, i kuszą na plecach ogromną jak byś, zamki chciał oblegać a nie tura w lesie. Musiał ja z owym w szwabskiej gadce się porozumiewać jako że ten, jako że na Gniew niedawno przylazł. Ni w ząb na polskiej mowie, się nie wyznawał. Zaczaili my się we trzech, przy krzakach leszczyny, i jakiś innych świerkach wielkich jak i stuletnich dębach, bo i tych nie brakowało. Malarczyk zaś zaraz za jagodami się po boru rozglądał, chociaż jeszcze zielonawe niektóre bywały, pożerał i tak owe ze smakiem. Ława rycerstwa siedziała, poukrywana przy okolicznych, drzewach i krzakach jak Litwa czekająca napadu na oddziały krzyżackie lezące przez bór. Sam król z wielkim mistrzem byli od nas, o jakie sto łokci a po prawdzie takie zgromadzenie ludu w puszczy było, jak by się na koronację albo i na jakąś inną wielką uroczystość ludność do Krakowa zwaliła. Z lewa i z prawa, a to Jakubek z Kunonem Lichtensteinem zaś, a to inni nasi znajomkowie przy każdej parze jeden krzyżak jak, a my jako aniołowie stróże owych. Niedaleko za wielkim mistrzem i królem stali czekając na łupy, komturowie Werner von Tetinger wraz z Arnoldusem von Badenem, a opodal insze brodate gęby. Ptaszyska ćwierkały, pogoda jak byś na majówkę ją sobie zamówił, a już i czerwiec za progiem czekał na swoją kolejkę w kalendarzu. W gębę powziął, ja słomkę, czy jakiś tam kawałek trawki i, żarł jak szkapa moja co w obozie się ostała, i czekali my jak dadzą sygnał iż polowanie rusza. Nagonka poszła z naprzeciwka do nas, i już z dala słuchać było pokrzykiwania, wrzaski dzikie, pohukiwania, oraz dzwonki i hałasy aby zwierza wystraszyć i pogonić, wprost na myśliwych. Na przeciw w szyku stojących. W końcu, trąbką wielki łowczy dał sygnał, iż polowanie się poczęło. Komtur Szwelborn naciągnął korbą, swoją olbrzymią kuszę, i nałożył w rowek ostry jak diabli bełt. Stanął w rozkroku, i czekał sapiąc jak sam tur, bo się umęczył cięciwę naciągając. Stał i sapał jak miech, w oczekiwaniu na zwierza, co to miał na niego, z drugiej strony boru ruszyć. Malarczyk siedział w paprociach z jednej strony owego, zaś jam z drugiej o jakie cztery łokcie, na wypadek jak by mu ochota w nasze grzbiety przyszła, bełtem czasami owe razić. Trąba myśliwska znowu zaryczała, nagonkę już było słychać nieco wyraźniej. Zaś i nagle poszedł zwierz z boru, wprost na nas stojących w długim na pięćset łokci szeregu oddalonych jedni od drugich, po dwadzieścia do trzydziestu łokci. Nagle jakiś hałas i szum w zaroślach, się dał słyszeć, nie z przodu jeno z boku, od mojej strony, a tam z krzaków olbrzymi jakiś odyniec szedł z kwikiem i z chrząkaniem, w całym pędzie, wprost na komtura naszego podopiecznego. Malarczyk widział dzika, ja widział dzika, jeno Szwelborn gapił się na wprost, nie zważając i nie widząc, że zaraz trupem będzie leżał na mchu, przez owego zwierza dzikiego powalony, i na strzępy rozszarpany. Poskoczyli my oba pomni, na słowa księdza Kurowskiego i z boku na komtura Szwelborna natarli, jak tarany na mury, przewalając go na ziemie, wrzeszcząc po szwabsku, padnij. W tej samej chwili, olbrzymi dzik poszedł jak błyskawica, nam wszystkim trzem po plecach, aż blachy zatrzeszczały i jak senna mara, znikł w zaroślach po drugiej stronie polany. W trakcie padania nas trzech na ziemię, kusza wystrzeliła Szwelbornowi, bo nie utrzymał on cyngla, zaś bełt, poszedł ze świstem skosem do góry i wlazł w drzewo, o jakie sto kroków, do połowy w pień. Dzik wielki jak stodoła, popędził wprost na zwierzynę z drugiej strony pędzącą, ku myśliwym z kwikiem, jak by dostał po krzyżach jeno niczym przecie nie dostał, a ze strachu zakwiczał jak, zarzynany wół. Zamęt jaki powstał był gorszy jak we wirze, walki na miecze. Po chwili, otrzeźwieli my wszyscy trzej, leżeli jeszcze chwilę na ziemi, jak krowie placki na polu. Na wypadek innego napadu przez zwierza na nasze tylne połowy, jeno jakoś nic nie naszło, nam na wystające zadki po raz drugi, i gramolili się my do postawy, myśliwskiej. Komtur Szwelborn w pierwszej chwili był tak ogłupiały, napadem na siebie dzika jak i nas dwóch, że słowa nie potrafił przez pół pacierza żadnego wymówić. Po chwili doszedł jednak do siebie, i powiada, po szwabsku. Dziękuję wam, obu panowie, żeście moje cielsko od niechybnej śmierci z, ratowali. Tymczasem polowanie szło dalej, król widział jako Szwelborn pod naszym naporem dzikim, na ziemię padł, wraz z wielkim mistrzem i wielu co stało, na pozycjach w zasięgu swoich ślepiów. Trza było nam za grube drzewa zaraz szybko się skryć, bo nawała zwierza leśnego szła, jak lawina śnieżna z gór na nasze pozycje, po chwili polana była pusta ale kilkanaście jeleni, saren, dzików, a nawet żubr jeden leżało trupem jako trofea myśliwskie. Polowanie było pomyślnie zakończone. Brzydzę się, takimi jatkami, jakie tu były, powiada mnie, Malarczyk. A co myślisz może że ja to lubuję się w takich dzikich orgiach? Pytam owego. Jednak dla całej reszty, wraz z Jagiełłą i krzyżakami miało bardzo zadowolone gęby, za wyjątkiem jednego tylko komtura Gniewskiego, gdyż on sam stał się zwierzem powalonym w trawę, przez nas dwóch. Z tym że nie trupem sztywnym był, jeno zdrętwiały jeszcze ze strachu. Powoli wszyscy zaczęli się zbierać do obozu, a chłopstwo zbierać zwierzynę z pobojowiska. Przy ognisku po polowaniu, siedzieli wszyscy, przy kolacji jaką to Mikołaj Koza zafundował, po myśliwsku. Zaś wielki mistrz Konrad von Jungingen, powiada. Dziękuję waszym odważnym rycerzom, wasza królewska mość, za z, ratowanie od niechybnej śmierci, naszego komtura Henryka. A i on sam chciał zaraz gadać, o podziękach dla mnie i dla Malarczyka. Jeno król, uprzedził obydwóch, i powiada tak. Ci dwaj, to nie rycerze jeszcze, jeno jeden skrybą jest na dworze naszym, jako wielki mistrzu mieliście okazję widzieć, przy pisaniu naszego traktatu pokojowego, zaś ten drugi z czarną czupryną to artysta i malarz nadworny, Piotrem z Góry lubo z Bytomia zwanym. Co to jeszcze, za życia swego, świętej pamięci żona moja, i królowa Jadwiga, na krakowskim rynku, łeb jego kudłaty wypatrzyła, a ja trzymam obu na utrapienie nieraz swoje, jako i teraz co dziwem jest niespotykanym, ku chwale wielkiej. Dziękuję wam moje, obwiesie. Powiada król. Na co my powstali zaraz, i skłonili się królowi, za słowa uznania, pierwsze od lat stu. Po chwili komtur Szwelborn, wstał takoż samo i powiada ku mnie i Malarczykowi. Jako naszemu królowi i wszystkim zgromadzonym. Za ocalenie żywota, mojego poprzysięgam swoim honorem rycerskim obu panom, wdzięczność do końca dni moich. Zawsze ich gościć chcę pod dachem swoim, i zapraszam już was, panowie szlachetni do Gniewa, na zamek i komturię moją. Na co wielki mistrz, powiada na to. Komturze Henryku pochwalam twoją gościnność, dla twoich i naszych wybawców. Jeno nie do Gniewa, możesz owych panów zaprosić, ale do zamku i komturii na Tucholi, bo na jesień tam komendę, nad ową załogą obejmiesz. Czyś to z tej przygody, prze pomniał jako ustalone było? Jako tak, niechaj pisarz nasz glejt podróżny moim zbawcą napisze powiada, komtur Szwelborrn do wielkiego mistrza, aby wiedzieli że ja wdzięczności schowanej, po kieszeniach nie noszę. Jako tak chcesz, niech pisarczyk nasz glejt ci napisze, a ja go zaraz podpiszę i panom koronnym dam zaraz. A ze, skarbca wypłacić owym po sakwie srebra. Na co, my ogłupieli na takie obietnice. Jeno nie na sakwy pełne. Zaś Malarczyk jak, posłyszał o srebrze i złocie, zaraz począł się oblizywać jak czarny gruby kot, co to kawał słoniny z komory, swojej gospodyni ukradł. Na co mnie glejt jakiś zakichany? Powiadam se, w myśli. Jakom ja z Tucholskiej komturii szedł, jak owa zwierzyna dziś z rana, i aż w Krakowie się zatrzymał uchodząc, pogoni krzyżackiej z niewiastą, dziatwą i dobytkiem. Takom się rozpędził do odwiedzin Szwelborna w Tucholi, jak nie mieszkając. Myszy przed kotem, w gościnę do niego na izbie lezą. Gadam sobie w myśli. Zaś głośno, do wielkiego mistrza, komtura i króla naszego, powiadam uprzejmie bardzo, na wypadek posłania mnie do kupca Firleja, za zakupem szmaty czerwonej, pod ścięcie łba mojego. Dziękujemy obaj, waszym miłościom za wdzięczność i dary jakimi obdarowani zostaliśmy niezasłużenie, dziękujemy waszym miłościom bardzo. Zaś Malarczyk, podlazł ze mną zaraz bliżej, bo nam wielki mistrz grube sakwy dwie, podał ze skrzyni przez ichniego skarbnika wyjęte. Pokłonili się my nisko, za etykietą dworską, tak królowi naszemu jak i mistrzowi Konradowi Jungingenowi. Zaś musieli się wrócić na miejsca, tyłem. Co skończyło się dla Malarczyka nieszczęściem, bo o pieniek się potknął, wyrżnął na plecy aż huknęło. Na co, komtur Szwelborn, poskoczył jak sarna wściekła, nagle i podnosił z trawy kumotra swego. Na co Jagiełło wąsy swoje, czym prędzej w, rogu z wodą źródlaną schował. A wielki mistrz udawał że go nagle na smarkanie naszło, bo gębę płaszczem zakonnym przysłonił. Trzęśli się wszyscy ze śmiechu, jak by nagle febry dostali. Bo nie uchodziło nikomu, śmiechem otwartym ryknąć. Szwelborn zaś później nieco, nas miodem i piwskiem poił do samego rana, z przerwami na sikanie za namiotami. Oraz całej naszej kompani. Koło północka, ksiądz Kurowski mnie wezwał z Malarczykiem do siebie i powiada. Leźcie mi obaj zaraz, do wielkiego mistrza, o ów glejt obiecany się upomnieć, bo może nie wam, ale mnie i królowi będzie, ów bardzo przydatny. Bo jeszcze o uprzejmościach swoich zapomni. Teraz po nocy? Mamy łazić do namiotu, wielkiego mistrza, po jakieś pergaminy, durne? A coś myślał sobie? Takie coś, nam może być, niedługo prędzej potrzebne niż myśli, sobie twój zakuty rycerski, niby łeb. Rycerzu, chyba błędny? Bo padnę zaraz, jaki rycerz z ciebie, zaśmiał się jeszcze nam w ślepia, ksiądz złośliwie. To niech ksiądz arcybiskup jako nawykły do wywoływania wojen, sam sobie lezie po nocy ciemnej. Jako rycerz pasowany, do wielkiego mistrza i o papier do przecierania sobie dupy, tyłka chciałem rzec, po nocach awantury robi owemu. Ale nigdzie, nie trza było leźć, ani się o coś upominać, bo komtur Szwelborn, zalazł do namiotu księży i w łapie rulon pergaminu miał. Wypisany był przez ichniego pisarza składnie, bo ten z drugim pijackim skrybą, w drodze z Raciąża wytrzeźwieć zdołał. Szwelborn glejt księdzu glejt podał z ukłonem, i z wielką pieczęcią woskową wielkiego mistrza. Że oto możemy my oba z kumotrem moim Malarczykiem, po całym państwie zakonnym się włóczyć, dla odwiedzenia szlachetnego komtura Heinricha Szwelborna, kiedy nam jeno ochota do tego najdzie. Za pozwoleństwem i wiedzą wielkiego mistrza Konrada von Jungingena. A że komtur Szwelborn nie pojmował po naszemu nic, rzekłem mściwie w ślepia księdzu Mikołajowi Kurowskiemu. Już rozpędu nabrałem ja, do pędzania po ichnim państwie durnym. Na co tamten, pokiwał owym glejtem, jako że miał go już w łapie swojej prędzej, niźli błyskawica do ziemi dotarła by, i powiada. Z uśmiechem szczerym na gębie w stronę Szwelborna, co tamten za wyraz niezwykłej sympatii księdza arcybiskupa do siebie i jako honor niezmierny, sobie poczytał. A i juści będzie jako gadasz, jeno w drugą stronę. To ja jemu na to. Wszystko mnie jedno na którą stronę, byle nie na północ, pojadę. Zaś zaraz po tym powlekł nas, Szwelborn do ogniska dalej, swoje niemieckie uprzejmości przy piwsku, raz ciemnym raz jasnym, na przemian prawić. A ksiądz Kurowski, nic więcej, jeno cap, jakom już powiadał, za ów glejt i do swojej sakwy, bez czytania nawet owego głęboko wsadził. I rzekł do księdza Trąby. Jako my już im ze ślepiów zaszli. No. A tamten, pyta zaraz. Co, no? Wasza miłość powiadasz? Ni co, przyda się na ciężkie czasy, nie pojmujesz to? Księże Mikołaju, nie święty? Przy ognisku siedzieli wspólnie i Krzyżacy wraz z naszym rycerstwem, a największą gromadę zgromadził wokół siebie Malarczyk, z uwagi na piękny szachowy strój, i komtur Szwelborn któremu gęba się nie zamykała, z pochwał głównie do Malarczyka, gdyż jako wyższego ode mnie o dwa łby, za przywódcę nade mną, owego posiadał. I z nim to, przepijał kubas piwska, jeden za drugim, choć zawsze się Malarczyk opowiadał, iż przecie nie pijący jest byle czego. A piwska najmniej w życiu. Widać jednak kompania Szwelbornowo Lichtensteinowsko Krzyżacka, smakowała owemu, lepiej jak zgniłe rajskie jabłka. Co je Ewa z Adamem, w sadzie bożym. Edenie biblijnym zeżarli, zaś do piekła, za to oboje poszli. To pamiętając powiadam owemu. Z twoją gębą będzie tak samo. Patrzaj lepiej gęby swojej, powiada mi kumoter krzyżacki, a widać że i chętny, był zaraz do obłóczyn w krzyżackie szmaty. Jeno mu brakło, przed nazwiskiem von, na nieszczęście dla niego samego. Po nie przespanej nocy, spali my do południa zaś, około pierwszej obudził nas hałas w obozie. Bo oto znowu zbuntował się, jako zwykle przeciw królowi, książę Witold. Zaś gadał tak ponoć, do króla jako nam przy obiedzie, później opowiadał Mikołaj Koza. Myśli sobie wasza królewska mość, że ja nie mam nic innego do roboty, jak po jakichś polowaniach, za zwierzyną po boru, się uganiać? Pokój my podpisali, jadę ja do się, wy zaś siedźcie sobie tu i do zimy nawet. Za jedno mi to. Mnie trza na, Smoleńsk powoli z wyprawą ruszać. A brat, mój królewski wojska mi da? Nie wiem, opatrzymy się, czas jeszcze, powiada Jagiełło. Jedź zaś, jako znowu ci śpieszno, bo i zamętu mi jakiego, tu jeszcze, po swojemu narobisz. To do ujrzenia się niebawem, szybko powiada książę Witold, swoich bojarów i rycerstwo pobrał, pojechał, jako zwykle z pośpiechem. Gdzie chciał, kiedy chciał, przez nikogo nie zatrzymywany. Wielkiemu mistrzowi jeszcze uszanowanie przed samym wyjazdem, złożył na pożegnanie, na wypadek gdyby znowu z Jagiełłą, mu nie po drodze poszło. W puszczy siedzieli my jeszcze dwa dni, z jednym polowaniem, na dziki. Jeno bez naszego, w nim udziału. Mam tu na myśli kumotra krzyżackiego Malarczyka, komtura Szwelborna i mnie samego, bo nam już ochota na dziki, przeszła za pierwszym razem. Ja zaś miałem w pancerzu na plecach wgniecenie, od racic dzikich że mnie zaś aż, prawie w dupę uwierało. Zaś rozjechali się my, z wielkim mistrzem, którego Powała z Taczewa z jedną chorągwią, odprowadził do granicy, państwa zakonnego, do zamku w grodzie ich Golubia Dobrzynia, na ziemi dobrzyńskiej, o którą to częściej awantury były, niźli o inne nasze ziemie od Konrada Mazowieckiego wyłudzone. Już w samym Krakowie jak my siedzieli, książę Witold przysłał gońców z wieściami że oto z puszczy białowieskiej, do Wilna wpadł jak, po ogień wziął wojska i na Smoleńsk ruszył. Przypalił gród co nieco, i zdobył w dniu 27 czerwca. Zaś z całym księstwem smoleńskim do państwa Jagiełły przyłączył. Na co król, jak listy przeczytał, wziął się po łbie pogładził i powiedział jako i Kurowski do Trąby w boru, po złapaniu do sakwy glejtu mojego i Malarczyk, owego. No, może być, królestwo większe będzie. A już pod koniec czerwca, w środę dwudziestego piątego król sam, z radą królewską popędził aż do samego Kamieńca Podolskiego, gdzie to hospodar Mołdawski Aleksander o pseudonimie niby Dobry. Pierwszego sierpnia 1404 roku. Hołd lenny mu złożył, co Jagiełło lubił niezmiernie, jak się mu jakiś inny kmiotek koronowany kłaniał w pas, a jeszcze i o łaskę prosił. Jako powrócił z naszą bezradną radą królewską z Kamieńca, już po szóstym października przybył z kolei posłaniec z Italii, z wieściami że oto w dniu 1 października papież Bonifacy IX pożegnał się z tym światem i do drugiego poszedł, na wieczną służbę panu bogu naszemu wszechmogącemu. Tak zlazł nam zaś rok,1404 z łaski pańskiej.

Rok 1405

Wszedł zasie rok 1405,już nie taki wesoły jako poprzedni. Bo zaraz z początku roku, Ulryk von Osten na ziemie naszą w Wielkopolsce najechał, i wojna już powietrzu wisiała, choć dopiero co, my z wielkim mistrzem pokój, przecie podpisali w Raciążu. Król nasz rad nie rad, zebrał się do kupy i poszły ciężkie chorągwie wielkopolskie w bój, bo i innego wyjścia nie było. Zaś na te wieści do Malborka, poselstwo nasze polazło, wykłócać się z wielkim mistrzem Konradem, jako to ma być, z tym całym tam wasalem von Osten, em. Na co, wielki mistrz, ni z tego ni z owego, wytrzeźwiawszy z miłości do Jagiełły, powiada do Powały z Taczewa, bo jego to król tam posłał jako zwykle. Jako bardziej przytomnego na umyśle. Co myślicie sobie, znowu? Ulryk von Olsten poddanym zakonu jest, nie waszym wasalem. A co wyprawia on, na owym grodzie w Drezdenku? Jako wy tu, mi gębą powiadacie pośle, za naszą wiedzą i zgodą zakonu Najświętszej Marii Panny, się to wszystko odbywa. To na to, poselstwo nasze całkiem jak ogłupiałe stało przed mistrzem Konradem, i nie wiedziało co czynić i gadać na to. Nie wiadomo właściwie, jak im w takiej sytuacji wypadnie się zachować. Czy trzepnąć wielkiego mistrza zaraz pięścią, przez łeb na miejscu, w Malborskim gnieździe fałszu i zdrady? Czy znowu, wracać do Krakowa, z załamanymi łapami jako, zwykle bywało? Powała jako pan, raczej łagodnego usposobienia, jeno nie pojmujący, dlaczego Konrad von Jungingen z niego i króla wariata czyni. Stał nieco bezradnie, w końcu powiada. Przecie dopiero co, własną osobą wasza miłość, w imieniu zakonu waszego, pokój w Raciążu, z naszym królem podpisał. To jakoż mamy rozumieć, zarzewie nowego zatargu? Jaki z waszej przyczyny, już w nową wojnę się przeradza? Wojska nasze, pod Drezdenko król wysłał, dla przywrócenia ładu i porządku na naszych ziemiach w Wielkopolsce. A kto mu kazał? Ja? Powiada Konrad. Do Drezdenka, waszemu królowi nic, jako i do tego co wasal nasz, Ulryk von Olsten tam czyni. Na co, poselstwo całkiem ogłupiałe stanęło i zaprawdę nie wiedziało co, na to wszystko powiadać. Na co, Konrad na tronie się poprawił, za siwą brodę się złapał i pogładził, ją jak kozieł. Powiada zaś. Jako to, co wam gadam się nie podoba? Lubo nie pojmujecie o co mi idzie? Co nasz poddany czyni? Skargę piszcie, czy co tam chcecie sobie? Na co, poselstwo, króla pyta. Do kogo? Skargę pisać mamy? Do was, wielki mistrzu? Bo przecie nie pojmujemy już nic. Jako nie pojmujecie nic, to kogo król wasz, mi tu posyła? Wasza miłość kpi sobie z nas, czy jak to, mamy pojmować? Powiada całkiem bezradnie, na to co usłyszał Powała. Jako się wam nie widzi co powiadam, ani nie pojmujecie o co, mi idzie? Możecie sobie jechać z bogiem, i głowy mi po próżnicy nie zawracać. Posłuchania koniec. Żegnam wasze miłości, bo na zdrowiu bardzo słabuję. Powała skłonił się nisko, po czym odwrócił na pięcie, za nim reszta i pojechali do Krakowa z niczym, jako i się taki kawał drogi, do Malborka dwie niedziele wlekli. Jedynie co było w tym roku dla naszego królestwa korzystne to, że szlachta polska na ziemi dobrzyńskiej opodatkowała się sama, i to bez przymusu. Po dwanaście grosza, od jednego łanu, zboża na polach, co dało im sumę żądaną przez zakon i w Toruniu na zamku, wpłacili sumy zastawne i wykupili ziemię ową od Krzyżaków, na co ci traktat i kwit wydali. Zaś szlachta do Krakowa królowi go przywiozła. Na trochę to spokoju dało ludowi naszemu na ziemiach, najbliżej Golubia Dobrzynia i okolic Mazowsza jako tako.

Rok 1406

W roku 1406 Ulryk von Jungingen w imieniu swojego brata wielkiego mistrza, pojechał na wielki zjazd do Kowna. Gdzie skargę zakonu wniósł na Jagiełłę, o to że ten o gród w Drezdenku się ma jak o swój własny. Na co, książę Witold, jako że w tym roku, przyszło mu do łba, że za swoim kuzynem się bardziej ujmuje, niźli za zakonem. Powiada do Ulryka. Wielki komturze, jeśli pod mój osąd w tej sprawie? Się zdajecie. To powiadam wam, że król polski Władysław Jagiełło w tym sporze racje, niejakie ma. Bo jego ziemie to są. Jako tak gadacie, wielki książę, nie ma mnie tu co siedzieć, powiadam w imieniu brata swojego, że wyrok twój mamy, w dupie. A jeszcze powiadam, po jednej kądzieli wy obaj ze swoim kuzynem dzikusem jesteście, i żądam od was oddania nam grodu Santoka. Miarkujcie się Ulryku, co do mnie tu, jako wielkiego księcia Litewskiego powiadacie. Bo? Bo co? We wieży mnie, jak my was w Malborku obsadzicie? Na to, Ulryk wrzasnął, drzwiami trzasnął i pojechał do brata swojego kaszlącego Konrada, na niewyobrażalne wprost, chamstwo kniazia Witolda i króla Jagiełły się poskarżyć. We wrześniu, wieści z grodu Wrocławia na Śląsku przyszły, że oto lud prosty, biedota, i całe mieszczaństwo, bunt wszczęło i do ratusza podpalenia się zabrało. Jeno jako dostali mocniej po łbie, spokój zaraz nastąpił. Zaś 30 listopada konklawe papieskie na miejsce zmarłego papieża nowego obrało, przyjął zaś ów, imię Grzegorza XII. Na początku grudnia, siedziałem u siebie w chałupie zaś pisarczyk, owa moja z Maryśką i Anielką córką naszą, na targ w starym rynku, polazły z przekupami już o zakupach na święta prawić, i o innych niewieścich sprawach, plotki roznosić jak zarazę, po grodzie. Kiedym tak siedział sobie przy kominie, z pół garncówką w łapie, z Janotą co na nas wymóc chciał zaraz, ożenek z herbową Maryśką naszą, koniecznie na te święta bożego narodzenia i w tym jeszcze roku. Oraz Jakubkiem Kuną, spozierającym za nowym rozlaniem miodu, do jego pustego kubasa. Drzwi ze skrzypem, jak pod naporem krzyżackim ustąpiły, a do środka wpadły, wszystkie trzy jak orda tatarska do Krakowa w 1240 roku. Zaś zaraz z gębami czerwonymi z emocji, jaka im się w ślepiach dzikimi błyskami objawiła. Drą gęby jedna przez drugą, jak nieraz ksiądz Trąba do mnie. Ale się narobiło w grodzie, ale się narobiło! Co się narobiło? Pytamy wszyscy wystraszeni, jak by zaprawdę jaki napad niespodziewany, na gród nasz królewski nastał. Gołębie robią na dachy i łby krakowskie cały rok wkoło, i jakoś nikt z tego powodu gęb nie drze. Jako wy trzy sztuki, mi tu. Słuchajcie zaś pilnie, pisarczyk, owa siadła wygodnie na ławie, rozpierając się jak sam książę Witold, lubo Ulryk von Jungingen. Zaś popchnąwszy Jakubka tak, aż o mało co by ten na podłodze się nie rozłożył, jak placek drożdżowy na blasze. Jeno garniec swój zdołał wraz z dzbanem złapać, bo chciał przecie nalać sobie, jako na stole jeszcze stało. Popatrzał ja na niego i w duchu myślę sobie, szybki jest. Ku z ratowaniu napojów, szczególnie. To pisarczyk, owa wykorzystawszy zamęt, jaki powstał przez Jakubka powiada. Poszły my we trzy, na rynek, jako zwykle. Stoimy sobie, gadamy jako zawsze, z kumą Jagną od marchwi, pietruszki i buraków. Przecie wraz z kumoterską Wandą, co rzeźniczy kram ma, gadamy sobie. Wiecie która to? Jakom już wam prawiła. No i co? Zwykłe to, a nic w tym bardzo dziwnego nie znajdujemy. Normalna to przecie rzecz, plotki po rynku roznosicie, jak Krzyżaki po świecie, na króla naszego, powiadam owym. A kumotrowie zaraz, w śmiech poszli jak by, dla podkreślenia ze mną zgody, na wszelki wypadek, przyniesienia z loszku, jeszcze jednego gęsiora miodu. Na co jak owa, spojrzała na nich zimno jak wielki mistrz, na Powałę z Taczewa, i dalej powiada owa. Zawrzyj gębę jeden z drugim, wrzasnęła moja, bo to ważna bardzo rzecz jest. Na co, Maryśka z moją córą biegiem za nią powiada. A i juści, a i juści, bardzo ważne wieści to są. To zaś gadajcie, jeno po kolei, nie wszystkie naraz. No gadamy my z kumami, gadamy. Gadacie i gadacie, powiadam i co? To już nam dwa razy gadałaś, niewiasto. Jak papuga na dworze u wielkiego mistrza z ciepłych krajów skradziona. Powiadam mojej. Na co owa, jak do mnie zawrzaśnie, zawrzyj gębę jako niewiasta prawi. To, m się zamknął, aż myślałem że pod stół ze strachu wpadnę. A tu ci patrzymy, a straże grodowe do Sukiennic wlazły, gdzie kramy się mieszczą. I chwilę nic, się nie działo. No przecie, jako wleźli to i co miało się dziać? Przecie za jakimś złodziejaszkiem owi, poleźli. Powiadam mojej czerwonej na gębie, pisarczyk, owej i tamtym dwóm z jej eskorty. No i juści właśnie, na to, wszystkie gęby drą. Patrzymy i dalej gadamy z kumami, a po około pacierzu, kupca Andrzeja Wierzynka, straże w powrozach na łapach prowadzą i do lochu przy rynku, wedle naszego kościoła mariackiego. Zaś go, tam obsadzili i zawarli zaraz. A przecie to nasz rajca grodowy, nie byle jaki jest, powiada Maryśka. No toście się dobrze wywiedziały, powiadam owym. Maryśka, jakoś taka mądra wielce, idź jeno, do loszku i gęsior miodu jeszcze, do stoła donieś zaraz. Bo ten tu, Jakubek samotrzeć opróżnił. Dam ja ci gęsior miodu i owym darmozjadom twoim, to zaraz się za przykładem, kupca Wierzynka, w lochu grodowym o ciemnicy pobudzicie. Na to, zawrzasnęła jeszcze głośniej niźli w sprawie durnego Wierzynka pisarczyk, owa. A jam chciał się, znowu przepytać was, pani miłościwa? Powiada Janota. Czy mnie Maryśkę za żonę dacie? Poszli wy mnie w diabły z zalotami waszymi, pijaki grodowe. Tak, owa by miała z tobą Janota, jako i ja mam z kumotrem twoim. Nic z tego na razie nie będzie, poweźmij się do czego jakiegoś pożytecznego, to pomyślę może inaczej. Teraz idźcie, mnie z bogiem, bo mnie trza się oporządzić z targu. Zaś o świętach bożonarodzeniowych przemyśliwać. Z resztą, powiadam ci Janota. Maryśka, nie ku litewskim kniaziom, jeno tu z Polska za męża iść ma. Janota już obrazę chciał powziąć. Jeno moja niewiasta zorientowała się, iż za ostro z nim poszła, i może czasem, królowi jako Litwin na nią doniesie. A owa za obrazę na stos dla czarownic pójdzie. Przeto łagodniej za sprytem swoim zaraz owemu litewskim kałmukowi gada. Zresztą, przepytam się jej, sama. Maryśka chcesz ty? Za kniazia Janotę iść? Jako się on mnie tu podaje, od kilku roków. Że to kniaziem litewskim jest. Bo ja wiem? Może i chciała bym, ja? A może i nie? Sama nie wiem, czerwona jeszcze na gębie, od mrozu, powiada Maryśka. Źle mnie to tu? Janota słuchaj, nie pali się, przecie zaraz. Powiada szybko pisarczyk, owa. Do negocjacji na rynku przywykła. Przecie na Floriańskiej nasza chałupa stoi. Jako każdy kiep grodowy wie. To i pod opieką świętego Floriana ogień, miłosny niegroźny. Jako się zastanowi czego owa dziewka chce, dam ci znać. Lubo sam, po jej wielkich ślepiach, się rozeznasz. No ale? Powiada Janota. Ale to, ale tamto, powiada pisarczyk, owa, damy dziś pokój z zalotami bo czasu, na takie bzdurstwa nie mam. Przed świętami jeszcze czas, będzie się, rozpatrzeć w tym co i jak. To i nadzieja mnie powzięła, powiada Janota. Miarkuj się w miodzie, to i zaś przychylniej ku twoim jękom, się pochylę. Pewnikiem chciał by się ty, rozmnożyć? Kosztem dziewki koronnej, jako was na Litwie mało? Szczęście że tamta mężatka, patrząc na córkę naszą. Powiada moja, jak sędzia grodowy. Jeśli zaś o sąd grodowy szło, to zaraz jako powiadały, niewiasty nasze, prawdą się okazało. Wierzynka znanego kupca, wszem i wobec w grodzie jako i po świecie całym, straże w dniu 5 grudnia pod sąd powlekły, z takim zgromadzeniem ludu. Że i Marcinowa straż z Wawelu i zamku, musiała pędzić ku pomocy, strażom grodowym i z góry na dół zleźć. A po dwóch dniach rozprawy, sąd grodowy wyrok wydał za kradzież grosiwa, z kiesy grodu Krakowskiego, odjęcie łba toporem przez kata z grodu. I tak się też w dniu siódmego grudnia stało. Na tą ceremonię z rana na dziewiątą godzinę, cały Kraków przylazł, za wyjątkiem tylko króla i królowej Anny Cylejskiej, bo nie za bardzo ich interesowało, obcinanie łbów w przeciwieństwie do swoich poddanych. Zresztą królowa była już w stanie błogosławionym, i nie było trza na jakieś wstrząsy, ją ani przyszłego dziedzica, czy dziedziczkę korony, niepotrzebnie narażać. Jak dla mieszczaństwa i gawiedzi, którym była to rozrywka przednia, lepsza nawet od występu kuglarzy. Którzy równolegle z katem mieli tu występy, licząc na obfite datki, właśnie dziś się przywlekli na kilku wozach. Jakież było zdziwienie na gębach kuglarskich kiedy to, dopiero po dwóch godzinach od egzekucji Wierzynka, kilka gęb gamoni ciekawskich, stanęło dookoła ich wozów. Jeno z groszem było tak cienko że się zaraz zwijali, i w poszukiwaniu hojniejszego grodu gdzieś się, dalej za Wieliczkę powlekli. Jam nie był ciekaw zbytnio owego, jeno moje domowe niewiasty z córką moją, i Maryśką oraz synem moim, jako że na święta do Krakowa przyjechał. Zapragnęły uraczyć się widowiskiem to, m i polazł za nimi, miast na zamek ku kancelarii. Jeno to na nic się mnie zdało, bo jakom już się usadowił w ostatnim rzędzie u wylotu mojej ulicy, nic przez tłumy widać nie było. Na czarnym jak smoła z piekła ogierze, jak posłaniec śmierci przyleciał Janota. I Gada mnie, w biegu. Ja z listami do księcia Witolda, na Litwę muszę zaraz jechać. Na święta nie będę, w Krakowie. Zaś, o moich zrękowinach musimy na razie, zapomnieć bo wrócę zaś po nowym roku dopiero. No to i jedź z bogiem powiadam owemu. To ci rzekł ja przy okazji, niejako. Bo z czym innym ja, przyjechał do ciebie z polecenia księdza Mikołaja. Którego? Burego pierwszego. Powiada ów. Arcybiskupa Kurowskiego. Zaraz, masz na zamek do kancelarii się zgłosić. Nie oglądając się na nic. A jako nie przyleziesz zaraz? Rzekł mnie ksiądz Kurowski, że pod strażą cię, sam przywiedzie będzie chyba szybciej, powiadał mnie. Zaś bywajcie, w zdrowiu, a Maryśki czasem nie wydaj komu, bo się obwieszę, jak by co. Pomachał łapą i pojechał dalej, z jakimś oddziałkiem, co na niego od rynku czekał. Zaś nie czekając, na straże poleciał ja piechtą na zamek, bo mnie zmitrężyło by więcej konia siodłanie niźli, przedarcie się przez, tłumy rozbawione ścięciem, durnego łba Wierzynkowego. Po dwóch pacierzach, był ja w Kancelarii, gdzie siedział arcybiskup Kurowski z księdzem Trąbą i Marcinem naszym drugim pisarczykiem. Ten zaś zaraz, do mnie przyskoczył z jakimiś pergaminami, nie bacząc na powitania. Zagadał gniewnie, jak krzyżak jakiś dwa pergaminy mi, pod sam nos podsuwając. Gdzieś to był? W grodzie obaczyć, jak rajcy Wierzynkowi, łeb kat odjął. Bo, m ciekaw był, jako z moim łbem, zaś później będzie? Jak by co. Co to jest? A z czego mnie wiedzieć? Co ksiądz dobrodziej, w łapie dzierży? Nie strugaj wariata, ze mnie, powiada wściekły ksiądz jakom go nigdy takiego, nie widział z wyjątkiem tego, jak czasami z krzyżakami gadał. Glejt wielkiego mistrza, to jest ośle rybi. To ja mu na to. Widzę ja, że ksiądz dobrodziej nowe, zwierzę wymyślił. No i co? Że glejt wielkiego czy małego mistrza? Ja do mistrza cię poślę, jak rada grodu Wierzynka posłała, powiada zły, jak osa ksiądz. A za co, do pioruna jasnego? Pytam się owego, powoli zmieniając temperaturę krwi w żyłach na wrzątek w cebrze na ogniu stojącym. To patrzaj sobie, do środka pergaminu, kmiotku nieszlachetny. Zaś mnie pod nos, podsuwa ów glejt parchaty. No i co? Glejt jak glejt, z pieczęcią wielkiego mistrza, dla mnie i Malarczyka, nie dla księdza arcybiskupa przeznaczony. Podpisu na nim brak, ośle jeden i glejt nie ważny może być, jak by co. Nie widzą ślepia twoje kaprawe? To zaś nie trzeba było owego glejtu Szwelbornowi z łap wydzierać, jak łupu tatarom, i zaraz do swojej sakwy nie pchać, jak kota złowionego do worka, nie przeczytawszy go i obejrzawszy wprzódy. Zaraz widzę że to uzyskałem, przewagę w polu bitwy w oblężeniu, nad księdzem arcybiskupem Mikołajem, bo i ksiądz Trąba powiada za mną stojąc, jak mało kiedy murem. Prawda jest, przecie przy tym siedział ja sam, jako ksiądz arcybiskup zarżał jak kobyła z radości, i zawrzasnął zaraz po tym. No. Po czym Glejt do sakwy swojej wsadził, nie czytając go nawet. No to ja, cię przepraszam chyba, gada do mnie Kurowski. Mea kulpa, mea kulpa. Kulpa srulpa, końska pulpa, powiadam mu na to. Szkoda że ksiądz, targany uczuciami w niezmiernym miłosierdziu swoim, i łbie szalonym z nienawiści do zakonu krzyżackiego. Co księdzu arcybiskupowi, raczej nie przystoi. Nie nakazał mnie za jednym zamachem, wraz z owym Andrzejem Wierzynkiem, kupcem szacownym, na rynku o łeb skrócić. Miałby ksiądz glejt na pamiątkę, po wielkim mistrzu Konradzie, jako że widać że długo ów już nie pociągnie. Po jego pluciu i kaszlaniu mi prosto w gębę, jakom sakiewkę od niego za z, ratowanie komtura Szwelborna brał. A łeb mój jako trofeum wojenne by sobie ksiądz arcybiskup, w kurii biskupiej u powały ku ozdobie powiesił. Co by przecie interesantów natrętnych odstraszała. Mikołaj lubo Mirosław Kurowski, jak kto woli, przyjmując ostatnią linię obrony, jako że przecie w pierwej był rycerz pasowany, zaś dopiero jako ksiądz. Odpyskował mnie zaraz, jako to arcybiskup gnieźnieński, i najwyższy kapłan w koronie polskiej. Nie gadaj mnie tu co, arcybiskupowi przystoi, lubo nie przystoi boś to krzywdy nijakiej, nigdy z mojej gęby nie zaznał. A czy ja kiedyś powiadał coś takiego lubo inszego w tej sprawie? Kiedykolwiek? No, chyba nigdy? Jeno, kto cię tam wie? A no i juści. Powiadam księdzu tak. Jak Krzyżacy podrobili podpis, naszego księcia Konrada Mazowieckiego. Jak ten im ziemię chełmińską niby nadał i papieżowi przed ślepia podstawili. Klnąc się na relikwie świętego Liboriusza z Paderbornu że, to podpis i data, zgodna z chęcią księcia Konrada. Przecie to plotki, co je korona Polska przeciw zakonowi krzyżackiemu rozsiewała i rozsiewa, a podpis autentyczny pewnikiem był. A widział ksiądz? Jak książę Konrad Mazowiecki podpisywał dokument ów? Nie widział, ja bo i jak. Jak to prawie dwieście parę lat, temu było. No. Powiadam owemu. Podrobi ksiądz, podpis Konrada von Jungingena i już. Pieczęć się zgadza bo oryginalna, sam glejt takoż samo, bo go przecie Konrad napisać sam kazał. Ogłupiał ty, nigdy ja do szalbierstw, i krętactw krzyżackich, się nie posunę. Nikt księdza do czynienia grzechu nie namawia, powiadam. No to zaś, jak my z poselstwem do Malborka pojedziemy. Tfu. Chciałem rzec, jak ksiądz, z poselstwem do ichniego Marienburga pojedzie, trza nam ów glejt ze sobą wziąć i pod nos i ślepia Konradowi von Jungingenowi podsunąć. Gadając że swego podpisu nie złożył, bo spać zaraz polazł, przecie po dwunastej w nocy komtur Szwelborn go księdzu i nam przyniósł. A poselstwo kiedy znowu, do Malborka, iść ma? A bo ja tam wiem, kiedy? Powiada ksiądz Mikołaj jeden i drugi naraz. Jak by bliźniakami rodzonymi nie, tylko imiennikami byli. Jak się co, znowu wydarzy to pójdziemy. No i kłopot, ze łba księdzu spadnie, jako i mnie. Jak ksiądz arcybiskup, łasy taki, na autografy współczesnych mu kanalii krzyżackich. Dobra, niech ci jest, jako gadasz. Jeno jeszcze kłopot mały jest w tym wszystkim, powiadam księżom. Jaki znowu kłopot? Pytają znowu obaj, ciekawie gęby, znad pulpitów nad stawiając. Jako że Kurowski szermierką na słowa ze mną był osłabły i zasiadł, za powrotem na stołku. Ku nabrania siły do dalszego napadu. A taki oto, czy nasze poselstwo zdąży doleźć, nim ów Konrad von tfu Jungingen, ducha nie wyzionie. No właśnie, słabo już z nim w Raciążu było. Moje przewidywania miały się wkrótce spełnić prędzej niźli my we trzech myśleli. A ty nie ciesz się, żeś to nade mną wiktorię wielką, w polu wyniósł. Bo i nie wszystko to. Co na łeb twój winienem był wylać, powiada Kurowski już mniej wściekły a jak, by i zadowolony jakoś dziwnie nagle na gębie. No a co, jeszcze ksiądz inkwizytor, sobie wymyślił? Powiadam owemu złośliwie za świętego inkwizytora go biorąc. Ja? Nic. Tyś to tłumaczył list Konrada von Jungingena a właściwie owego, do komtura toruńskiego Friedricha von Vendena, jako król z owym gadał w Złotorii, przed podpisaniem pokoju w maju, w Raciążku? Ja, bo i co? A listy były poprzekręcane do naszego króla złośliwie? Jako zwykle? Ja? Co złośliwie? Jako we mnie cała dobroć z was, dwóch patronów moich duchowo, materialnych jest. Przecie, bo to na mnie z dostojności waszych przelazła. Tylko, was księży moich przełożonych w samej żółci i flegmie ostawiając. To poweźmij, pergamin i patrzaj sobie. Jak tu stoi, albo nie, przeczytam sam ci, co byś mi nie przekręcił, czego za swoim sposobem idąc, powiada ksiądz Kurowski. No? Słucham zaś, powiadam owemu. Ksiądz arcybiskup wziął, przed się pergamin tłumaczenia listu wielkiego mistrza, do komtura toruńskiego jako ten mu powiadał, co o naszym królu sądzi. Słuchaj zaś. On nie potrafi, Jagiełło niby, pojmujesz? Ani pisać, ani czytać i musi słuchać tego co się mu czyta, i dlatego ufa, że mu tak napisano, jak mu przeczytano. Pragnie nadal pozostać przyjacielem Zakonu. Jednak teraz mu się wydaje, że chętnie by się o tym chciało zapomnieć i aby nie doszło do żadnego incydentu pomiędzy jego państwem, a Zakonem naszym et, cetera, et cetera. No i co mnie tu ksiądz wkręca w tryby polityki kłamstwa zakonnego? Czy ja jestem skryba krzyżacki? Czy raczej królewski i dwóch księży Mikołajów jeszcze, na dodatek? No ale tak, tu stoi a tyś to przepisał, i po swojemu przetłumaczył z ichniego, na nasze. A król jak przeczytał to. To powiadał, co za głąb jakiś.

Król Władysław Jagiełło

Lata poprzedzające bezpośrednią wojnę, pomiędzy zakonem Najświętszej Marii Panny, krzyżakami zwanych wszędzie tam, gdzie zakon ten znany, był ze swej złej sławy. A naszym królem Polskim, Władysławem Jagiełłą i wielkim księciem Litewskim Witoldem wypełnione były, różnymi staraniami dyplomacji i poselstw, a szczególnie księdza Arcybiskupa Gnieźnieńskiego. Kanclerza tytularnego Koronnego, Mikołaja Kurowskiego. Oraz jego imiennika, i zastępcy swojego Podkanclerzego i notariusza Koronnego, księdza Mikołaja Trąby o to, aby pokój jako taki, z zakonem Najświętszej Marii Panny, zachować. I nie przyczyniać się do rozlewu krwi pomiędzy chrześcijany.

Rok 1407

Pod samą twierdzą, byliśmy już w dniu 25 marca 1407 roku. Trębacze nasi opowiedzieli się, trąbami że chcemy do wielkiego mistrza się dostać. Witają nas, ani nie za wylewnie, ani nie zbytnio wrogo, tak jak byś muchę na szybie u sąsiada w chałupie zobaczył. Jeśli ją by miał zimą, oczywiście. Szybę nie muchę, wiadomo, powiadam Malarczykowi. Na co tamten swoim zwyczajem powiada, no. Już go chciałem, przez łeb palnąć. Jeno że bramy, od zamku knechty zaczęli rozwierać. Z hurkotem i zgrzytem jak z piekła, zaraz później most zwodzony do poziomu zleciał. Otwierając nam drogę wprost do piekła, choć imieniem Marii Panny, twierdzy nazwanej. Wielki mistrz Konrad udzielił audiencji naszym posłom, na drugi dzień z rana ja, kośmy się doprowadzili po długiej drodze, do jako takiego ładu. Konrad von Jungingen za dobrze już nie wyglądał, słaby był i nie skory do żartów. Na listy króla o wydanie naszych statków i zwolnienie ich z nałożonego aresztu w Gdańsku. Wielki mistrz nie stawiał, wielkich sprzeciwów, jeno brat jego Ulryk, gębę cały czas darł, iż na statkach naszych Jagiełło, dla Żmudzi broń szmuglował. Zaś na glejt swój, jako mu Kurowski rzekł iż chcemy odwiedzić komtura Szwelborna na zamku w Tucholi. Powiada do Ulryka, podpisz mój bracie w imieniu moim, ów glejt dla zbawców naszego komtura Henryka, bo, m ja osłabły jakoś i siły nie mam, pióra do łapy wziąć. Po co im glejt, jakiś? Powiada Ulryk, po co im pchać się i uprzejmości Szwelbornowi czynić, on nie dla parady w zamku tamtejszym siedzi, jeno ku służbie bożej, i zakonowi naszemu. Podpisz powiadam, powtórzył Konrad. Dawajcie zaś, rzekł zimno i łapę po pergamin wyciągnął. Z ogniem na licach, wziął od księdza Kurowskiego glejt, i z łaską wielką, a pogardą niezmierzoną w ślepiach, podpisał. Zaś podał Kurowskiemu, przez jakiegoś knechta malborskiego. Dziękujemy waszej miłości, skłonili się my z Malarczykiem jak by nam, na owym glejcie zależało tak, jak królowi naszemu na naszych statkach za, aresztowanych. Na co, m sobie w duchu rzekł, wsadźcie sobie ów glejt, do wychodka co do Nogatu wystaje, a Gdaniskiem go zwiecie. Zaś zużyjcie go na zbożne cele, zgodne z przeznaczeniem owego papieru, miast liści kapusty jako że zimą braki, owej są znaczne. Albo w dupę sobie go wsadźcie i podpalcie, lepszy pożytek z niego będzie. Jeno ksiądz Kurowski złapał za pergamin, jak by na nim stało, iż zakon daruje nam, za powrotem do macierzy. Przemyślawszy swoje oszustwa i powziąwszy z tego powodu pokutę, całe pomorze które od Konrada Mazowieckiego wyłudził, wraz z zajętymi przez nich, Prusami, Litwą i Żmudzią naraz. A ze statkami naszymi jak, będzie wasza miłość, wielki mistrzu? Zapytał Powała z Taczewa, wraz z Kurowskim naraz i jednocześnie prawie. Dziś słabowity się czuję, jutro lubo pojutrze się tym zajmiemy, teraz gośćcie się i radujcie jako jesteście szlachetni panowie, między chrześcijany. Jakimi wszyscy jesteśmy. Skłonili się my i poszli do swoich komnat, co to je nam, wielki komtur do wypoczynku po podróży, wyznaczył. A nawet pies, z kulawą nogą do nas, nie zajrzał. Posiłki nawet nam w osobnej izbie, przez windę jakieś knechty podawali. Jak by my, już dla zakonników krzyżackich, wcale nie dla towarzystwa byli, jeno do popędzenia wściekłymi psami, lubo do potajemnego otwarcia zapadni w wychodku malborskim, jak by który musiał za potrzebą się tam udać. Dwa dni, siedziało poselstwo, nasze w zamku malborskim jak nietoperze na strychu. Czasem jakiś komtur wlazł, czy ksiądz kapelan zakonu. Na trzeci dzień z samego rana, ruch na zamku się zrobił jak by, Jagiełło za nami z wojskami w odsieczy przylazł pod mury. Jako kalendarz ręcznie malowany, co to na stole stał pokazywał iż dzień, nastał 30 marca. Ksiądz Kurowski, złapał jakiegoś knechta co, pędem leciał przez korytarz. Pyta się zaś owego. Co się dzieje? Wielki mistrz przytomność stracił wasza miłość, księże arcybiskupie. Może pójdziemy, do kaplicy, jako poselstwo króla polskiego? Pomodlimy się o zdrowie, dla wielkiego mistrza? Pytał ksiądz Kurowski, księdza kapelana, jako i ten przyszedł, nam tą nowinę złą samemu ogłosić. Proszę wasza miłość, poprowadzę, do kaplicy świętej Anny. Lubo do kaplicy świętej Katarzyny, albo do kościoła naszego, pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Gdzie bliżej, a zawadzać nie będziemy, powiada Kurowski. Mszę świętą, też bym chciał odprawić, jako ksiądz rzymskokatolicki. Wszędzie ołtarze są, i sprzęty do mszy świętej, nie ma żadnej przeszkody ku nabożeństwa odprawieniu, powiada ksiądz kapelan. Kaplica zamkowa, do dyspozycji waszej panie. Poszliśmy krużgankami, na parter gdzie kaplica zamkowa świętej Anny się mieściła. Wszyscy oczywiście, bo samemu siedzieć, nikt nie chciał pewnikiem z obawy, o wytrucie na osobności lubo innej jakiejś nieprzyjemności, jaka w samotności, mogła by kogo spotkać. Mszę ksiądz Kurowski sprawił, przy ministrantach z naszych rycerzy, zaś po godzinie, msza była odprawiona. Wziął się ów zaś, do modłów o zdrowie dla wielkiego mistrza, w litaniach do wszystkich świętych, co musieli my śpiewać, jak należy po łacinie. Jeno trudu, z litaniami o tyle nie ma, bo przecie. Na Suplicatio ad Deum oraz kilkukrotnym, Kyrie Eleison, Chryste Eleison następowało Invocatio sanctorum, dalej chorałem gregoriańskim śpiewaliśmy. Santa Maryja, ora pro nobis, Santa Dei Genetrix ora pro nobis. Sancte Marco ora pro nobis, sante Mateo ora pro nobis. Et cetera. Dziw wielki nastał nagle. Całe poselstwo nasze, na stojąco w kaplicy zamkowej, największego naszego wroga zakonu krzyżackiego, modliło się o zdrowie dla wielkiego mistrza Konrada. Krzyżacy jak posłyszeli słyszaną w całym zamku, litanię do wszystkich świętych śpiewaną przez nas. Porzucali swoje zajęcia i przyłączali się do wspólnego śpiewu, który odbijał się, po grubych murach echem i powracał z jeszcze większą siłą. Po kilku chwilach kaplica była pełna, i śpiewano wspólnie litanię. Połączyła nas ona jak by, za pomocą ducha świętego. Jakom stał za księdzem arcybiskupem Kurowskim w drugim rzędzie, z naszymi rycerzami, pomieszanymi pospołu z krzyżakami. Patrzę ja, a tym twardym chłopom jak dęby, łzy ciekną po gębach, jak grochy, a tu szło dalej i dalej. Sancte Jose, ora pro nobis Sancte Joane, ora pro nobis, sancte Antonio, ora pro nobis. Et cetera, et cetera. Po chwili nie wiem jak się to stało, dreszcz mnie przeszedł, i łzy mnie chciały popłynąć ze ślepiów, jak i innym śpiewającym litanie, tak naszym jako i krzyżakom. Nagle, w końcówce litanii do wszystkich świętych, złowrogo jakoś, zabił wielki dzwon kościoła klasztornego, po chwili drugi, i trzeci. Zaś biły długo, głośno i żałośnie. Oznajmiając śmierć i odejście wielkiego mistrza Konrada von Jungingena. Nie myśleli my w życiu, że na ostatnie chwile, naszego wroga, łzy nam polecą ze ślepiów. Była to jednak bardziej zasługa, litanii do wszystkich świętych niż żalu, za zdrowiem i żywotem doczesnym Konrada von Jungingena, wielkiego mistrza chyba. Zaraz po skończonym nabożeństwie, wszyscy razem wyszliśmy, na korytarz z krużgankami. Gdzie podszedł do nas, krzyżak a komtur elbląski Werner von Tatinger i powiada.

Śmierć Konrada von Jungingen w Malborku

Wielki mistrz ducha oddał, wasze miłości i bracia moi. Do krzyżaków, to rzekł z nami wychylających się z kaplicy, nie do nas czasem, aby nie myśleli my sobie że nas, zaraz po śmierci Konrada, za swoich braci zakonnicy powzięli. Poszliśmy zatem do swoich kwater, i czekaliśmy na dalsze wypadki, nie chcąc być natarczywymi, czy jakoś nie urazić naszych gospodarzy. Po wspólnie odśpiewanej litanii, stosunek krzyżaków jak by zmiękł, do naszych rycerzy i posłów, przeto i nam zmiękły jakoś serca zatwardziałe jedni na drugich od wieków. Zaproszono nas, w imieniu brata wielkiego mistrza Ulryka, na wspólne dalsze modlitwy, za duszę Konrada von Jungingena, już do ogromnego kościoła zamkowego, Najświętszej Marii Panny. Gdzie poszli my wszyscy, bo i nawet odmawiać, nie było godne rycerzowi jakim, niewątpliwie Konrad von Jungingen był. Zeszły te trzy dni, jak z bicza na wspólnych modlitwach. Odbył się pogrzeb wielkiego mistrza w sanktuarium mistrzów zakonu. Zanieśli trumnę Krzyżacy do kaplicy świętej Anny i tam pochowali na samym końcu uroczystości pogrzebowych. Po czym pojechali, my do Krakowa konno z obietnicą zakonu, że statki królowi Krzyżacy zwrócą. Bo ani jednego naszego nie mogli my najść, w porcie przy Nogacie. Po dwóch niedzielach podróży wylądowali my w Krakowie. W kancelarii naszej, ksiądz Kurowski zatrzasnął glejt wielkich mistrzów w swojej szafie. Zaś rzekł mi na ostatek, teraz ci powiem. No, glejt w szafie siedzi, a jak czas przylezie, przyda się mnie on, jako nic w życiu. Możesz do chałupy z Malarczykiem iść, i na parę dni od pisaniny odwyknąć. To i raczej po szkapy my, oba poszli względem stajni zamkowej, zaś po drodze na stary rynek. Malarczyk powiada mi z obawą w ślepiach tak. Powiedzcie mi kumotrze, po co ksiądz Kurowski taki naparty na ten glejt od wielkiego mistrza? Widzę że pięknie i w staropolskim języku do mnie, gadasz kumotrze mój i kmiot, czcze. Takoż samo ci za to odpowiem, dwornie i z obyciem na zamkach krzyżackich powziętym ostatnio. Po to, jełopie gminny, Kurowski za owym glejtem się ma, jak lis za tłustą kurą, bo na nas dwóch ten glejt szykuje. Jako coś czego jeszcze nie wiadomo, mi za bardzo. Ale glejty po to pisarczyki po różnych dworach piszą, abyś się mógł po wrogim państwie w miarę bezpiecznie poruszać. A jako on na nas dwóch, wypisany. Szykuj się do dalszej drogi, prędzej niźli się w chałupie pod piecem rozłożysz. I swój suszony chleb do gęby swojej włożysz, i pożerać go poczniesz ze smakiem. A tam, powiada Malarczyk. A tam? Sra, tam, tam, obaczysz ślepiami swoimi prędzej niźli, może jeszcze do chałup naszych na ulicę Floriańską, dojedziemy. Jako to, z góry przewidziawszy co, m owemu kmiotkowi uszlachconemu gadał, było prędzej jakom w ten ośli łeb powiadał. Jeno nie dziś zaraz. Ale jakoś my, się po paru dniach na zamek, do robót swoich zgłosili. Za trąbieniem i wezwaniem księży Trąby i arcybiskupa Kurowskiego, gdyż ten pierwszy przeważnie wsiadanego trąbić nakazywał. W zgodzie ze swoim sławnym, na całe królestwo nazwiskiem. Trąbił nam przeto od samych drzwi od kancelarii królewskiej, tak oto. Zaś tamten drugi, straszył zaraz nabyciem szkarłatnego płótna, u kupca Firleja. I łbów obcięciem na rynku lubo na dziedzińcu zamkowym, co by turbacji zbytnich nie było i mitręgi z czasem katowskim. Bierzcie się obaj, i z rodzinami pożegnajcie, bo na przeszpiegi i w odwiedziny do waszego komtura umiłowanego, Szwelborna pojedziecie. Jako was zapraszał ów kmiot niemiecki, to powiadam wam ośle łby, że u nas insza przecie kultura. Nie jako u panów z krzyżem, czarną farbą na plecach smarowanych. Jako ktoś w gościnę prosi jechać trza, a nie ociągać się z podróżą. Jeśli tak, powiadam księdzu, prosto w jego trąbę jeszcze głośno grającą. To ja służby swoje w kancelarii wymawiam, i do swojej szkółki parafialnej wracam zaraz. Na co ksiądz Kurowski jako że jeszcze, gęby nie rozwarł. Powiada ugodowo, jak święty inkwizytor do podejrzanego o zbrodnie przeciw wierze kościoła katolickiego. Nie tak bystro bratku, tatku, nikt cię z obowiązków twoich w kancelarii nie zwolni. Nawet i po śmierci twojej. Z resztą. Bo to i nie pora ku temu, ani wola nasza co by się ciebie pozbyć, ze stratą ku wesołości, jaką zapewniasz nam, na te trudne czasy. Bo roboty tu zawsze huk. A po drugie. Nie bój się ośle rybi, glejt mistrzowski w państwie krzyżackim święta rzecz. Przecie nikt ci, w tym oślim państwie krzyżackim łba zaraz nie urwie, bo glejt macie uczciwie od wielkiego mistrza zarobiony. To powiadam księdzu, jako za ostatnią deską ratunku, com ją w odmętach łba swojego naszedł. Za kuglarza się u waszej miłości nie oferowałem nigdy, jeno że to charakter mam wesoły, to i smutno w kancelarii nie jest. Wolej ja zarobię w Krakowie, przy parafii i pulpicie a z żakami swoimi nieco mniej. Niźli u krzyżaków po łbie tyle, że to i do końca żywota mi nastarczy, bo to i zaraz się ów żywot na pieńku krzyżackim zakończy. Co pewna, powiadam obu księżom odważnie. A i juści, może i tak być, ale raczej nie będzie. Jakoś to wymyślił sobie dla powstrzymania misji ważnej dla korony jako wam ją powierzam, powiada ksiądz Kurowski. Od razu może i nie odejmą wam łbów, bo komtur was spraszał a to święta rzecz. Zatrąbił ksiądz Trąba. Ale zaraz nieco później, jako przylezą do rozumu na co my się tam powlekli, więcej niż pewna powiadam, księżom obu. Zaś Kurowskiej godności arcybiskupiej, prosto w ślepia wielkie, jak otwarta beczka piwska. Oraz w same wąsy i na modę krzyżacką brodę czarną. Powiadam śmiało, bo przecie nie o byle jakie, turbacje tu szło. Ksiądz arcybiskup trzy roki ode mnie młodszy jest, jako sam mi kiedyś powiadał. A z traktatu jakom na arcybiskupa, księdzu nominacje pisał widać prawda z ową datą urodzenia jest, przecie. No i co że prawda? Kłamać nie w moim stylu, rzekł ksiądz. Ani w moim, chyba że naszego Malarczyka, obecnie niemowy. Niech się wasza miłość, przebiera zaraz w szmaty moje, ja zaś w księdza arcybiskupie szatki się przestroję i hajda, na krzyżaków traktem królewskim aż do Bydgoszczy. Zaś drogi i trakty krzyżackie nie mniej dobre tam są. Bo na każdym napotkanym zakręcie, oddział knechtów ku zapewnieniu bezpieczeństwa podróżnych stoi. Zaś podejrzanych typów, zaraz za chałaty bierze i pod sąd grodzki w danej komturii odstawia. Przecie widzę ja, że ksiądz bardzo mocno, w zakonie i krzyżactwie rozmiłowany jest. Ja zaś za rozdawaniem jałmużn i postów po królestwie Jagiełło, wym będę się kręcił. Zaś Malarczyk nawet gęby nie rozdziawiał, bo go ze strachu przed toporem krzyżackim, z kretesem zatkało. To powiadam do owego. Rozewrzyj gębę w końcu bo nas do piekła, za żywota doczesnego wysłać chcą, nasi księża nie dobrodzieje wraz z królem naszym, co pewna. Na co, z kolei ksiądz Kurowski powiada. Bowiem Trąba zatkała się ze zgrozy jaka na nią, spadła po oświadczeniu moim. Nic mnie twoje, gadki nie biorą za sumienie. Bo nam i królowi wieści trza, a jako komtur Szwelborn sprasza was dwóch jeno, i nawet glejt na wielkim mistrzu wymógł. To nic, nie dadzą ci twoje lamenty ani, płacze na moim ramieniu. Pojedziesz jeden z drugim jako koronie, wam się przysługi oddać bez żadnej łaski należy. No. Sro, ja mu na to. Nigdzie nie pojadę, ze swojej woli, powiadam mu znowu. Nie? Nie. To idziemy do króla, niech on z tobą i z tym drugim, niemową nagłym gada. Jako nie chcesz po dobroci. To pojedziecie z musu. Powiada ksiądz Trąba, glejtem w powietrzu wymachując, aż wichrem po kancelarii poszło. Po jakiej znowu dobroci? Powiadam na swoją obronę. Co mnie ksiądz, pod tortury lubo jakieś dobroci bierze? Mało król ma na łbie swoim, bardzo szlachetnym? By mu łeb suszyć moją marną personą? Jak nie chcesz jechać? Z rozkazu królewskiego pojedziesz, choć byś się do świętego Floriana modlił, w swojej piwnicy przed podróżą, na skoble trzy zawarty. Jak mnie ksiądz, nie dobrodziej, królem straszy? A pewno i świętą inkwizycją zaraz. Pojadę do tego śmierdzącego piwskiem Szwelborna, bo co mnie czynić przyjdzie? Nic. Na to, jak krzyżak ksiądz Kurowski powiada. No. Jeno niech ksiądz, z księdzem Trąbą, już za nas mszę żałobną odprawia, bo to ani za wczas, a w sam raz na to, akuratny czas. No. Na to księża oboje sapnęli. Na to wszystko, wlazł król nasz do środka nagle jako zwykle jak duch, i powiada. I jak tam z ową wyprawą? Ustalone co i jak? Ustalone wasza królewska mość. Choć to i bez oporów ze strony, naszego pisarczyka nie poszło. Zakomunikował królowi, jak żmija jadowita, ksiądz Trąba. Na co, Jagiełło podlazł bliżej ku mnie i kumotrowi Malarczykowi zaś, uprzejmie powiada. Jako się dobrze sprawicie, kiesy skąpił nie będę. Bo popamiętajcie sobie, od waszej, wyprawy los naszego królestwa wielce zależy. Pojmuję wasza królewska mość, powiadam owemu ugodowo, jednocześnie głęboki ukłon wraz z całą resztą gamoniów kancelaryjnych, królowi składając. Na wszelki wypadek, co by czasami nie posłyszeć, czegoś co by mnie zmrozić, mogło jak rybę do lodu wsadzoną. Jak jemu ksiądz Bodzanta, zaraz na początku panowania uczynił. Zaś nasz Malarczyk cały czas stał pod ścianą, biały jak bela płótna lnianego, z Wisły wyciągnięta po namoczeniu. Bo i spotniał na gębie ze strachu, komturem Szwelbornem przestraszony, jak by sam wielki mistrz do niego gadał, a nie nasi księża koronni i król nasz, czasami przyjaźnie do nas nastawiony. W pierwej jednak że jeszcze czasu nieco ku podróży było. Z wiedział się Janota, bo i z Litwy niedawno powrócił, o naszym do państwa zakonnego wyjeździe. Przeto zaraz przypędził jak by, przez stado wściekłych krzyżaków był goniony i zaraz gada mnie tak. Obiecałeś mnie że to Maryśkę za żonę mnie dacie. A teraz jedziesz z kumotrem Malarczykiem, w taką niebezpieczną wyprawę. A jak ci krzyżaki łeb urwą przy dupie samej? Maryśka mnie przepadnie, bo twoja ślubna żałością za twą durną gębą przepełniona. Gadać ze mną nawet nie będzie chciała. Przeto póki czas, jakoś mnie obiecał, idziemy do księdza którego, z waszej kancelarii, co by zapowiadanie przyjął i ślub nam dał zaraz. Co prawisz? Powiadam owemu, powyginało cię na tej Litwie twojej, z oskomy za niewiastą? Słowo szlacheckie mnie ty dał, że mnie Maryśka nie przepadnie. A jak ci łeb krzyżactwo urwie, mogę sobie powiesić na ścianie twoje verbum nobile. To chodź trutniu do księdza Trąby lepiej, bo ten bardziej pokojowo nastawiony, do Litwy. Zgodę ci dam. Jeno słuchaj ośle litewski. Powiadam ci tak. Ślub sobie weźmiecie. Jeno Maryśka u nas w chałupie się ostanie, aż się na niewiastę prawą wyrychtuje, bo przecie jej roków ledwie osiemnaście. A ty na zamku pomieszkasz to ci gorączki przejdą. Toś chyba zdurniał ty całkiem przecie, to źrzała dziewka jest. Powiada zaciekle Janota, za usilnym utrzymaniem gatunku Litewskiego mocno obstając. Nie chcesz to nie, innego drzewa ze zgniłymi gruszkami sobie szukaj. Ma być jako powiadam, jako nie to fora ze dwora. Zgoda, na to Janota powiada. Jeszcze do króla leź i o zgodę go pytaj, czy ci na ten ślub pozwolenie da. Jako że to maj akuratnie był, nie było mnie aż tak dziwne, że ten osioł litewski miauczał o śluby z dziewką szlachecką. Ksiądz Trąba zgodził, się na zapisanie terminu i ślub obiecał owemu z naszą Maryśką dać. Na dwudziestego siódmego maja, na com owemu rzekł. Nie ma ksiądz dobrodziej innego rozumniejszego terminu, bo to nie jest dobry czas. A po czemu zły? Dobry jako i insze dni, a przecie i sobota wtedy wypada. Dwudziestego siódmego maja, ja sam się porodził a znając żywot swój i dokonania na kancelarii, nie za bardzo widzę przychylność niebios do owego związku. Na co ksiądz Trąba powiada, do mnie i Janoty jednocześnie, trza mnie was wyprawiać do Szwelborna to i termin nie za głupi wcale, a ty z ową oblubienicą swoją, zaraz na nauki przedmałżeńskie do mnie przyleź, bo bez tego nic. Niech jest jako zapisałem sobie w moim kajecie, amen. Powiada. Machnąłem łapą na to wszystko i już chciałem do chałupy iść. Jeno przypomniało mi się, że przecie jeszcze nic nie wie o spisku, komtur tucholski czyli moja, żonka krzyżacka. Takoż powiadam owemu litewskiemu zalotnikowi, musisz leźć ze mną do chałupy przed wyjazdem moim i o rękę owej, Maryśki moją babę prosić. Ex oficjo, musimy to uczynić koniecznie jeśli pojmujesz gamoniu litewski o czym gadam ci, jako twój kumoter nieszczęsny, i pisarz koronny. To idziemy byle prędko. To mu na to ja. Prędko to możesz przenieść się na łono Abrahama biblijnego. A król, na śluby zgodę ci dał? Był ja u niego i na kolanach, już dawno uprosił jego majestat, zaś dał. Jak tak, to idziemy czy jedziemy za jedno mi, powiadam owemu. Jakoś my oba wleźli do chałupy mojej, wprzódy przemówiłem trzy razy Zdrowa, ś Maryjo Panno i sześć ojcze naszych. Powiadam do pisarczyk, owej. Jechać za niecałe trzy niedziele mi trza na ziemię Szwelborna z Malarczykiem Piotrem na przeszpiegi. A król, owemu trutniowi Janocie na ślub z naszą Maryśką zgodę dał. Zaś to w same moje nieszczęsne urodziny, ksiądz Trąba ślubu owym, dać obiecał. Jeno jako matka przybrana Maryśki zgodę, byś musiała niewiasto dać, bo inaczej nie uchodzi. A przywalił ci ktoś kiedy, przez łeb chochlą od garów? I temu drugiemu durniowi? Powiada pisarczyk, owa. Bez wiedzy mojej, śluby zamawiać? A po faktach prawić że to, owo albo tamto. Maryśka za niego iść chce, powiadam owej. Zaś Janota zaraz za mną gada, a i juści, juści miłościwa pani. Stojąc dla pewności za mną daleko z tyłu. Na co moja zawrzasnęła jak krokodyl afrykański. Maryśka!!! Nic cisza. Maryśka!!! Zadarła się pisarczyk, owa po raz drugi. Chodź mnie tu z góry, jeno migiem. Na co owa, przypędziła prędzej niźli okiem by kto mrugnął. Stanęła w drzwiach, i powiada co pani jejmość nakaże? Nic. Jeno ten Janota cały, chce cię za żonkę swoją brać. Jako gadał ci wcześniej sto razy. Przed wyjazdem pana naszego a opiekuna twojego, na ziemie zakonne. Zgodę na ślub dajesz? Daję, jako że nie? Jakom powiadała już parę razy, na to Maryśka. Idź mnie ty, oślico durna mruknęła pisarczyk, owa cichcem. Tamten grzyb litewski zaraz przypędził całować moją babę, po łapach, a Maryśkę w gębę chciał zaraz. Na com, mu rzekł, gdzie ze swoją mordą litewską, się przed ślubami pchasz? Jak krzyżak jaki? Nie tak szybko to będzie. Zaś cofnął się jak szkapa moja, za uzdę ściągnięta. Na zamek mają do księdza Trąby na nauki przedślubne zaraz iść. Jako ślub ma być przed wyjazdem moim. Powiadam Maryśce i żonie swojej. To niechaj lezą jako muszą, jeno za dwie godziny Janota. Maryśkę widzę całą w chałupie, powiada komtur tucholski do Janoty i Maryśki za razem. To Maryśka poleciała z Janotą na zamek, jak by ich biesi ponieśli. Zaś we dwie godziny za powrotem Maryśka, z moją córą Anielką w komorze przy kołowrotku siedziała i gwarzyły wesoło. A Janota w karczmie z Jakubkiem i ze mną przy piwsku. Co by ugadać się, co i jak bez jakiego zgrzytu, by nam poszło z owymi drugimi już w koronie zaślubinami, Polsko Litewskimi. Szybko jak wicher po tym wszystkim, szły dzień za dniem. Tak też uporali my się ze ślubami, po trupach na mnie wymożonych, weselisko wyprawili my, w naszych sukiennicach, jako na szlachtę przystało. Był nawet król nasz Jagiełło z królową Anną. Starał ja się usilnie tłok wykorzystawszy, w oczy mu nie włazić. Co by czasem nie chciał nam wyjazdu do komtura Szwelborna przyspieszyć. Ale jakoś od tego uszło. Był i ksiądz Kurowski z księdzem podkanclerzym Trąbą, młodą parę swoją obecnością także na weselu zaszczycili. Wytrąbiwszy z nami pół beczki miodu. Zaś po staremu do wszystkiego po weselisku przyszło, bo Maryśka, na Floriańskiej siedziała dalej. Zaś Janota na Wawelu po staremu nieco jęczał, że bez ślubnej na zamku musi siedzieć, jako mnich w celi zakonnej. Doczepił się mnie, jednego dnia, przy bramie zamku, gdzie nikogo nie było, jako już się my do wyjazdu szykowali z drużyną. Bom to akuratnie po szkapę swoją do stajni lazł. I gada tak. A jak wam krzyżaki, łby po obcinają przy dupie samej to co mnie czynić, przyjdzie? Zajazd na twoją chałupę mam za odbiciem mojej niewiasty poślubionej, w jasyr wziętej i nigdy nie skonsumowanej ze smakiem, uczynić? Czy jak? Aż do mojego powrotu, z tego durnego szpiegowskiego wypadu, trzymaj mordę swoją, z dala od mojej chałupy po nocy. Dla przykładu ci tu bajkę jedną opowiem, dlaczego ma być jako ci prawię, rycerzu błędny, i ciemnoto litewska. Była sobie jedna ty trutniu, cudna królewna. Jako że młódką na dwór jakiś tam przyszła, to tamten król zaraz chciał, po ślubie z młodziutką królową, pokładziny czynić. Zaś ksiądz jeden mądry wielce, owemu królowi przed nosem, drzwi do komory żoninej na klucz zawarł. Co mnie tu za bajki głupie gadasz? Bo jak owa jako anioł niebieski piękna i świątobliwa pani była, to i nie dziwota że do łoża król jakiś się jej pchał. Ale czy ja, to król jakowyś? Powiada Janota, jak i każdy Litwin uparty. Król nie nie król, jeden grzyb mi z wami, czekaj aż czas przyjdzie. Sama do ciebie Maryśka poleci jako tylko czas ku temu nalezie. Jest pewna rzecz przykra, w tej bajce i materii bardzo. Powiem ci w tajemnicy wielkiej, iż morał tu jest, jeden tylko. Wszyscy niemal na owym dworze królowi tamtemu za złe mieli, że piękną królową na drugi świat, niechcący w prawdzie niczego złego wyprawił, bo jak by się ze swymi żądzami, chucią i pokładzinami nie spieszył, żyła by do dziś w dobrym zdrowiu. Tu z naszą Maryśką, o to samo idzie. Możesz to powtórzyć jako gdzie i komu chcesz, choć łeb mi za to, by zleciał zaraz, bez krzyżackiej pomocy. Że takimi bajkami ci łeb litewski faszeruję. Bo oto bajka ta niebezpieczna jest bardzo. I tobie samemu za taką bajkę, królowi naszemu dla przykładu opowiedzianą. Łeb twój by zleciał jak gruszka dojrzała. Niż byś ową przypowieść jemu ukończył. Bo jako że wiosna jest, a okna otwarte, łeb by ci tak odjął szybko że przez nie, na dziedziniec aż by poleciał, jak kula armatnia. A ty sam ciemnoto litewska. Na wzór nietoperza z rozwartymi łapami byś leciał, na dziedziniec i hukiem byś się tam rozklapał. Pojmujesz to? Ty kukło litewska? Nie pojmuję nic, ale jak ci łeb krzyżaki urwą to i co? Powiada jak by zapomniał co ja mu, przed chwilą gadał. Co mam ja, czynić? Sro, powiadam owemu osłowi, do skrajnej rozpaczy przywiedziony. Czekaj naszego powrotu i myśli dobrej bywaj. I jeszcze ci rzeknę po starej znajomości Co, m o owej królowej ci powiadał, dla mojego i bezpieczeństwa własnego łba, w największej tajemnicy trzymaj. Albo zapomnij lepiej że takie bajki ci ja opowiadał. Bo nie dość, że ci Maryśka na wieki przepadnie, to i pod kata razem ze mną, za taką bajkę zaraz poleziesz. Teraz jako prawie mój krewny występujesz, na co mnie śmiech wprawdzie bierze, jeno pal cię diabli. Załazić do chałupy w dzień możesz, jeno natrętny za bardzo nie bądź, jak krzyżak jaki, bo baba moja czasem ostra, jak brzytew jest, jako sam wiesz. To ona i sama łeb ci może odjąć, bez pomocy króla czy kata grodowego. Na msze codziennie księdzu Trąbie dawaj, albo tamtemu drugiemu, co to bliżej furtki w niebie u Pana Boga stoi, bo jako ksiądz i przecie nasz arcybiskup. Lepsze ma w królestwie niebieskim chody, niźli zwykły ksiądz. Módl się dzień i noc za nami królewskimi szpiegami, jeśliś nie po cichu jeszcze w bałwany litewskie wiarę wyznajesz. I owe ci po starej wierze we łbie nie siedzą. Jak krzyżaki na Litwę powiadają że ochrzczeni wy, albo i nie. Teraz zaś swoje przyrzeczenie rycerskie mi złóż, że nic z gęby twojej, do uszu króla jakiegoś, z owej bajki nie dolezie, ani do nikogo innego. Pojmujesz trutniu litewski? No to i przysięgaj, jak ci łeb swój własny miły. Na mój już nie bacząc. Przysięgam na krzyż święty, co na mieczu swoim mam. Jeno na msze codziennie mam dawać? Ogłupiał całkiem ty, czy jak? Z torbami pójdę prędzej niż ty, z owej wyprawy wrócisz. O ile wrócisz w ogóle. Powiada osioł litewski. To dawaj co jedną niedzielę, lubo co dwie. Dobra niech jest, powiada. Czym zabezpieczył mnie na drogę, jako i powrót bardziej bezpieczny do Krakowa zapewnił. Zaś i dalszy pod rządami naszego króla, żywot mój nędzny. Ale pyta się mnie dalej nic nie pojmując. Nie wiem jeno, skąd ty takie jakieś głupie bajki znasz? Z życia swojego znam i kronik na różnych dworach pisanych. Trzymaj mordę w kuble, jak twój ogier czarny, co wodę z niego wciąga. To i nie rży za klaczą. Zresztą wszystko mnie za jedno. Jeśli krzyżaki króla, sami w ścięciu mi łba, nie wyręczą. Będzie dobrze. Powiadam mu, pewien że tajemnicy dotrzyma. Pojmujesz com cię nauczał? Nic a nic, powiada osioł litewski. Na co, m łapą machnął przecie, bo to kmiot jak i reszta Litwinów upartych. Drużynę naszą gotową do drogi wzięliśmy, po pożegnaniu się, z dziatwą swoją i niewiastami, które wyły z nagłej rozpaczy rozłąkowej, jak stado wściekłych wilków, na rozstajach. Przeto przychylniej zaraz popatrzeli my z Malarczykiem za służbą naszą i chętniej się do podróży zbierali. Zaś bez spisania nawet testamentu, pojechali my w dwanaście zbrojnych do portu przy Wiśle, gdzie na szkutę wleźli, wraz z całą drużyną chwacką naszego rycerstwa małopolskiego, pod komendą Zbyszka z Jasła. Wpierw Wisłą aż do Fordonu, przy ostatnim przed granicą grodzie Bydgoskim. Weszliśmy w przepastne bory komturii tucholskiej i państwa krzyżackiego. Zaś dalej jak się z żywotem uda nam wyjść z gościny u komtura Szwelborna, co nie każdemu w końcu dobrze, się udawało. Nie z innego powodu, jak tylko z jednego, iż na terenie komturii opodal Tucholi zamieszkiwał szpieg zakonu krzyżackiego, niejaki Tyczen Mawl we wsi Przyrowa. Zaś o jego wrogich działaniach wiedział, ksiądz arcybiskup Mikołaj Kurowski. Przeto nam o owym typie zaraz przed wyprawą, powiadał z przejęciem wielkim. Przeczytacie pewnikiem w dalszej części naszej kroniki, jakoż to Szpiedzy króla Jagiełły, na ziemiach zakonu Najświętszej Marii Panny, znacznych wiktorii dokonywali. Lubo im Krzyżacy za przyczyną owego Tyczena szpiega, łby pościnali? Tego na razie nie mógł przewidzieć nikt, za wyjątkiem samego świętego Krzysztofa patrona mojego i wszystkich podróżnych. Oraz wszystkich świętych pańskich, do których to klepał nasz Malarczyk wytrwale długą litanię, jedna za drugą. Jak i jeszcze bardziej gęby nie otwierając, do czasu aż mu szok ze łba, całkiem od strachu nie zlazł. Ale do tego jak i końca naszej szpiegowskiej wyprawy było, jeszcze bardzo daleko. Zaś tymczasem droga przed nami, wyboista i niezmiernie długa, się właśnie otwierała.

Zamek Krzyżacki w Gniewie

Szpiedzy Króla Jagiełły

Szpiedzy króla w drodze

Król Polski Władysław II Jagiełło, i były Kanclerz Koronny a obecnie tytularny i Arcybiskup Gnieźnieński ksiądz Mikołaj Kurowski, swoich zaufanych ludzi z dworu królewskiego w Krakowie wysłali właśnie. Na przeszpiegi na zakonną ziemie, w oryginalny glejt od Wielkiego Mistrza malborskiego Konrada von Jungingena, zaopatrzonych jeszcze przed tym konfliktem. Aby w miarę bezpiecznie mogli my wleźć na te polskie ziemie będące teraz pod władzą zakonu Krzyżackiego, Najświętszej Marii Panny. Szpiedzy musieli mieć pretekst, jakąś prawdą potwierdzony. A taki się znalazł na szczęście. Nie dla nas wprawdzie, jeno dla króla naszego. Bowiem podczas poselstwa, do króla polskiego przybył wpierw do Raciąża w maju,1402 roku, sam wielki mistrz Konrad von Jungingen. Król Jagiełło, wspaniałomyślnie zabrał poselstwo krzyżackie na polowanie, już po podpisaniu owego pokoju do puszczy białowieskiej. A tam, szarżujący z boru wściekle dzik, omal nie stratował na strzępy i nie zabił komtura tucholskiego Heinricha Szwelborna. Tego zaś uratowali od niechybnej i pewnej, śmierci artysta i malarz, nadworny niejaki pan Piotr i jam w osobie swojej własnej. Z własnej głupoty kronikarz przy królu. I wierszokleta w jednej osobie. Komtur tucholski Heinrich Szwelborn zaprzysiągł, nam obu artystom wielkim, swoją wdzięczność, niby aż do grobu. I ten właśnie pretekst wykorzystał nasz król. A bardziej, jako zaciekły wróg zakonu, arcybiskup Mikołaj Kurowski, z księdzem imiennikiem swoim Mikołajem Trąbą. Wysłali tam, tych dwóch swoich ludzi którzy szpiegami, nigdy nie będąc, do tej roli musieli teraz przywyknąć. Ów artysta i malarz nadworny króla. Kumoter Piotr zwany też na dworze króla czasami Aniołem. Ów jednakoż tego przezwiska, strasznie nie lubił kiedy do niego ktoś Aniele wołał. Mógł delikwent taki przez łeb, zarobić czym popadło. Płynęli Wisłą my ze dwie, niedziele od Krakowa gdzie król nam tą misje powierzył. Aż stanęliśmy na granicy za Bydgoszczą, na trakcie pomiędzy borami, gdzie jezioro duże stało. Za Koronowem, zjechali my ze wzgórza wysokiego prawie na zbity łeb i dalej traktem, przez jezioro owe, na drugą stronę granicy. Promem drewnianym z dwoma dziurami na dnie jego, z których woda sikała wysoko, bezpiecznie się my jakoś przeprawili. W drodze wodę wylewając z dna promu, bardziej niż ochoczo. Wraz z wozem swoim na którym siedzieli my w słomie, jeden czyli ja sam wesoło, bo z dzbanem miodu przy gębie. Drugi z miną ponurą, bardzo mocno i groźnie nastroszoną, czupryną czarną. Wyciągał ów co chwila ze sakwy przy pasie, suchy żytni chleb i pożerał go ze smakiem wielkim. Zagłębiliśmy się jako owi szpiedzy w przepastne Bory Tucholskie. Zaś pieczy nad nami miało dziesięciu rycerzy nie znanych, krzyżakom a przebranych za obwiesiów, spod ciemnej gwiazdy ale, i z chorągwiami dwoma z orłem białym, a w zbrojach rycerskich pod kapotami. Jechaliśmy z owym glejtem, wielkiego mistrza jako dobrzy niby, znajomi komtura tucholskiego. I niejako posłańcy króla Władysława, niemal jako posłowie gęby dumne mieli my, bo i jakoż to inaczej szlachcie by przystało? Wyjechaliśmy wolno z boru nieopodal innego, dużego jeziora. Których tu, co chwila napotkać mnóstwo, było można. Zaś na zakręcie przy trakcie, a obok jeziora pokazała się duża i okazała wieś. Na tablicy drewnianej stojącej przy trakcie napisane było koślawo gotykiem niemieckim, Byszław. Jako, m to odczytał, wprawnie z wprawą nabytą przez lata, nad księgami i pergaminami króla. Stała tam, okazała duża karczma w chacie, przy jeziorze. W chacie owej, z grubych bali, krytej słomianą strzechą. Będącą też i chałupą i karczmą zarazem. Z szyldem, na którym koślawymi literami było zapisane.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 83.53
drukowana A5
Kolorowa
za 129.89