E-book
19.11
drukowana A5
49.76
Kroniki Dwuświata

Bezpłatny fragment - Kroniki Dwuświata

Mrok we krwi


5
Objętość:
316 str.
ISBN:
978-83-8189-089-2
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 49.76

Lei Satanas makre des torri…

Pozwól Złemu kroczyć jego ścieżką…

(Słowa modlitwy darzańskich szamanów)

CZAS ROZŁAMU

Era Lwa, rok 397, ostatni

Padało wyjątkowo mocno. Przyczajony za grubym drzewem mężczyzna przetarł wilgotną, zimną twarz wierzchem dłoni. Był przemoknięty mimo peleryny z kapturem. Krople wody kapały mu z grubych, gęstych brwi i z czubka zniekształconego złamaniami nosa, łaskotały, spływając po lekko zarośniętej, poznaczonej bliznami brodzie.

„Mroczni nadali taką ulewę” — przeklął w duchu.

Las, przez który się do tej pory przemieszczał, dawał niestety niewielką osłonę przed szalejącą nawałnicą. Błyskawice przecinały nocne niebo raz za razem, sprawiając, że polana, na której skraj właśnie dotarł, rozświetlała się zaledwie na mgnienie oka i znów pogrążała w ciemności. Skupiony bandyta próbował ocenić sytuację wokół sporego, osłoniętego specjalnymi płótnami szałasu. Usiłował dojrzeć, ilu i jakich wędrowców skrywało się wewnątrz. Prowizoryczne schronienie wyglądało na typowe dla tych, którzy często podróżują po leśnych traktach. Przez targane wiatrem gałęzie dostrzegał w środku migotliwe światło małego ogniska i kilka niewyraźnych sylwetek. Co do jednego wątpliwości nie miał. To byli Darzanie.

Huk wyładowań momentami prawie zlewał się w jeden łoskot. Nie mogło być więc mowy o tym, by obecność intruza została odkryta na czas przez wartownika — jeśli w ogóle jakiś tu był. Podobne sytuacje zwykle oceniał jako sprzyjające. Ale dziś było inaczej. Jakoś dziwnie. Nie czuł dobrze mu znanych emocji zazwyczaj towarzyszących takim okazjom. Z reguły była to swoista mieszanina podekscytowania, rozpalonej wyobraźnią chciwości i chłodnego wyrachowania. Teraz doświadczał jedynie nieprzyjemnego niepokoju pełzającego mu z żołądka do gardła i z powrotem. Nie wiedział dlaczego, ale miał silne przeczucie, że dzieje się coś szczególnego, ważnego i obcego mu, coś, co budziło w nim niezrozumiały strach. Idiotyczne wrażenie znalezienia się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie mocno irytowało. Najbardziej zaskakujące jednak było to, że mimo wielu lat życia na marginesie społeczeństwa, podczas których wyrobił w sobie żelazny mechanizm samokontroli, teraz nic nie mógł na to poradzić. „Może to jednak nie jest dobry dzień na szybkie wzbogacenie się?” — w jego umyśle znowu pojawiła się męcząca wątpliwość.

Oblizał nerwowo mokre od deszczu wargi i zmusił się do rozsądnego myślenia.

„Na wielki łup nie mam co liczyć, to pewne, ale długi po ostatniej wizycie w melinie Karczocha trzeba szybko oddać” — rozważał. Zbyt dobrze znał tych, którym zalegał należne, i wiedział, że przeciąganie struny oznacza pewną śmierć i to zupełnie inną od tej, którą mógłby sobie wymarzyć.

„Na dodatek czasy mi sprzyjają, Wielki Król od miesięcy ugania się z całą armią za jakimiś tam durnymi najeźdźcami, więc miejscowy lord służący pod królewskimi sztandarami musiał zostawić zamek pod opieką synalka gołowąsa. Wojna to w ogóle korzystny czas dla takiego jak ja… rzemieślnika” — pomyślał, mimowolnie się uśmiechając.

— No, stary, kto nie ryzykuje, temu w pas się nie kłaniają — mruknął do siebie jak zawsze. Sprawdził jeszcze raz umocowanie noży rozmieszczonych tak, by były pod ręką niezależnie od sytuacji, i ruszył w stronę łatwej zdobyczy. Łatwej, bo w taką pogodę zaskoczenie było pewne, a pokonanie grupki bab i gamoni z podgórskich osad — oczywiste. Cóż mogłoby przeszkodzić w ograbieniu nieszkodliwych Darzan słynnemu Czernemu ze Stróbieży, jednemu z najgroźniejszych bandziorów w tej okolicy?


Grzmoty i ulewa bębniąca falami w materiałowe ściany szałasu zagłuszały krzyki rodzącej kobiety. Długie miesiące walczyła o utrzymanie się przy życiu, choć ból i cierpienie dawno już przeniosły ją w świat obłędu. Uczepiona jednej myśli, jednego pragnienia, brnęła przez męczarnie trawiące jej ciało i umysł. Za wszelką cenę starała się dotrwać do momentu rozwiązania i tylko to się liczyło.

— Tatko, czy ta pani… czy jak ona urodzi, to już będzie jej dobrze? — Jasnowłosa dziewczynka kurczowo trzymała się poły ojcowskiej kurtki, stojąc przytulona do jego boku.

— Nie wiem tego, moja ptaszyno. — Wysoki, szpakowaty Darzanin pogładził delikatnie małą po głowie i uśmiechnął się ciepło. Zazwyczaj wolał mówić prawdę, nawet jeśli była trudna, ale patrząc na smutek i współczucie malujące się na delikatnej twarzyczce córki, pomyślał, że powinien w jakiś sposób wlać otuchę w jej serce. — Ale za to wiem, że nasza Mge to najlepsza opiekunka rodzących, jaką znam, zatem bądźmy dobrej myśli.

„Właśnie, bądźmy” — złapał się sam na braku optymizmu. Może to jednak płód był przyczyną choroby, choćby pośrednio. Przecież znaki podczas rytuału oczyszczania i aura wokół obłąkanej nie wskazywały jednoznacznie, że to właśnie ta majacząca od tygodni kobieta jest naznaczona mrokiem, a nie akurat to, co miało wyjść z jej łona. Tego nie dałoby się wiarygodnie ocenić przed porodem. Na moment powróciło wspomnienie parzącej umysł mocy, której uderzenia doznał, gdy próbował z uzdrowicielką dotknąć ducha ciężarnej. „Gdyby tylko ta moc nie była nasączona aż tak odrażającą skazą” — westchnął w myślach. Na samo wspomnienie tamtej chwili przypływ optymizmu natychmiast wyparował.


Burza niespodziewanie przybrała na sile. Serce rodzącej uderzyło ostatni raz i zamarło. Gdy stara Darzanka zgodnie ze zwyczajem zaczęła nucić pieśń pożegnania, by wskazać uwolnionej duszy ścieżkę światła, potężny piorun trafił niedaleko leśnego schronienia. Wielki konar odłupany nagle od pobliskiego drzewa zmiażdżył skradającego się za nim człowieka.


Starszy mężczyzna przewodzący grupie wędrujących Darzan nagle zesztywniał z zaskoczenia. Całym sobą czuł teraz powstałe niespodziewanie wiry mocy kłębiące się w otoczeniu ich szałasu. Punktem centralnym kumulującej się niesamowitej ilości energii wydawało się potomstwo nieznajomej kobiety, troskliwie owijane w chusty. Podszedł bliżej posłania zmarłej i pochylił się, by zamknąć jej powieki. Zmarszczył brwi i przyjrzał się uważnie twarzy. Do tej pory widział w niej jedynie odstraszającą maskę szaleństwa, nienaturalnie pomarszczoną i wykrzywioną z obłąkanym spojrzeniem oczu stale będących w ruchu. Teraz wyglądała całkiem inaczej, zupełnie jak inna osoba. Rysy wygładziły się, zastygłe spojrzenie wypełniały spokój, ulga i… tak, musiał przyznać, że widział w nim głębokie szczęście. Coś w tym obliczu zaczęło wydawać się znajome, przywoływało wspomnienia, zapamiętane sytuacje. Powoli docierało do jego świadomości, że kojarzy je doskonale. Znał tę osobę, jej imię i historię.

— Na Najświętszy Ród i Błogosławioną Krew Ogromirów… — wyszeptał do siebie z nagle ściśniętym gardłem. Poczuł, jak cały jego świat tonie w narastającej rozpaczy i przerażeniu.

WYSPA ORIN

Era Miecza, rok 17

I. Test ostatecznego przejścia

Test ostatecznego przejścia nosił swoją nazwę nie bez powodu. Zadania przydzielane uczniom przez Najstarszego na zakończenie ich procesu nauki i dojrzewania do wyjątkowej roli w społeczności Darzan stawały się nie tylko egzaminem do zdania, ale też prawdziwie śmiertelnym wyzwaniem. Prawie z każdego naboru któryś uczeń kończył próbę uzyskania tytułu szamana śmiercią lub ciężkimi obrażeniami.

Dla Skry, siedemnastoletniej córki kowala i zielarki z klanu Quaistas, zaskakującą trudnością ostatniego z testów okazała się również sama bezczynność oczekiwania. Nie miała wprawdzie porywczej natury, choć z pewnością należała do osób energicznych, szybkich w działaniu i poświęcających się w pełni temu, do czego się brały, ale dziś był wyjątkowy dzień. Wykonanie wyznaczonego zadania otwierało przed nią całkiem nowe, upragnione życie. Życie, o którym marzyła właściwie od dawna, podobnie jak prawie wszystkie dzieciaki w wiosce, również te, które nie okazały się wystarczająco obdarzone. Odbycie siedmioletniej służby u Najstarszego, oprócz prawa do pełnienia funkcji oficjalnego Szarim i związanego z tym uznania w społeczności Darzan, dawało też szansę na wytęskniony powrót do rodziców, przyjaciół i normalności. Dla młodziutkich adeptów magii okres nauki u Najstarszego był zazwyczaj traumatycznym etapem życia, podczas którego dziecięce marzenia wypalały się w bólu, wyrzeczeniach, strachu i niewiarygodnym wysiłku.

Lata spędzane głównie pod ziemią, w systemie niezliczonych korytarzy i grot, na odciętej od kontynentu wyspie, jedynie w gronie kilkunastu uczniów i ich nauczycieli, odciskały niezatarte piętno. Był to czas całkowicie poświęcany niezwykle intensywnym ćwiczeniom umysłu i ciała, w trakcie których kandydaci, często jeszcze dzieci, przekuwani byli w ponad wiek dorosłych i odpowiedzialnych qi-szamanów — szamanów nowicjuszy. Nie było tu miejsca ani na zabawę, ani na jakąkolwiek słabość. Żaden z mentorów, czy tym bardziej mądrych, nie tolerował nie tylko wybryków i nieposłuszeństwa, ale także zbyt słabej woli, niedostatecznej determinacji i niewystarczającego poświęcenia. Morderczy reżim nauki na wyspie Orin dla niektórych obdarzonych okazywał się zbyt trudny. Odsyłani do rodzinnych wiosek, najczęściej stawali się pohańbionymi wyrzutkami, tak zwanymi kage, winnymi w oczach własnej społeczności zmarnowanej szansy dla całego klanu i zaprzepaszczenia wielkiego daru od losu. O takich mówiono: „lepiej urodzić się nieobdarzonym, niż wrócić z Orin wyrzuconym”.

Dzisiejszy dzień otwierał przed dziewczyną długo wyczekiwaną okazję, by nie wrócić już do Najstarszego jako uczeń. Dlatego Skra szczególnie dziś chciałaby po prostu działać, a nie siedzieć całymi godzinami w przygotowanej przez siebie kryjówce w głównych konarach dużego, rozłożystego drzewa akabrowego. Jednak wyczekiwanie w całkowitym bezruchu było niestety jedynym jej znanym sposobem na wypełnienie pierwszej części swojego przejścia. Upolowanie górskiego lotarda, zwanego też panterakiem królewskim, graniczyło z cudem i nawet wykorzystanie połączonych umiejętności łowcy, maga i wojownika nie dawało realnych szans na unieszkodliwienie kota. Jedynie dodanie do tych wszystkich zdobytych ciężkim treningiem i nauką zdolności własnej intuicji i pomysłowości mogło przynieść sukces.

Typowy panterak, jeden z najgroźniejszych przedstawicieli rodziny kotowatych, był właściwie pozbawiony słabych punktów. Prawie osiemdziesiąt kilogramów mięśni dających siłę, zwinność i szybkość, doskonały słuch, węch i wzrok czyniły z niego prawdziwego króla wyspy, a z pewnością jej górzystych terenów. Drapieżnik, potrafiący wspinać się na drzewa, jednym susem przeskoczyć szeroki strumień lub bez problemu go przepłynąć czy przejść po wąziutkim ustępie skalnym, nie miał wielu godnych przeciwników.

Jednak górski lotard, rzadki podgatunek występujący wyłącznie na Orin, miał jeszcze jedną wyjątkową cechę: był całkowicie odporny na magię. Dla ludzi z kontynentu nie grałoby to wprawdzie żadnej roli, bo magia od początku panowania rodu Ogromirów była całkowicie zakazana i blokowana, ale dla Skry, darzańskiej kandydatki na szamankę, miało to niebagatelne znaczenie. Dla niej kolosalna była różnica między dziecinnie prostym zaklęciem obezwładniającym, które załatwiłoby zwykłego panteraka bez większego problemu, a zmierzeniem się z dziką furią najgroźniejszego zwierzęcia wyłącznie przy pomocy swoich marnych metra siedemdziesięciu pięciu wzrostu i żałosnych sześćdziesięciu kilku kilogramów wagi. Mimo lat doprowadzania swojego ciała do niespotykanej dla zwykłych ludzi kondycji w fizycznym starciu nie miała żadnych szans. Mogła jednak wykonać zadanie, wykorzystując informacje zdobyte podczas tysięcy godzin ślęczenia nad zwojami i starymi księgami. Bezcenne okazywały się też dziesiątki wieczorów przegadanych z Eliasem, jednym z mądrych przekazujących uczniom zdobytą przez jej lud starożytną wiedzę.

Kolejny raz wykonała rutynowe ćwiczenia oddechowe, rozluźniając zesztywniałe i obolałe już ciało. Jej plan był właściwie bardzo prosty. Może dlatego, że proste rozwiązania zawsze kojarzyły się jej z czymś bezpiecznym i skutecznym. A może dlatego, że w tym przypadku nic innego nie przychodziło jej do głowy. Tak czy inaczej, dzięki sporemu zorientowaniu w temacie zwyczajów panteraków dość szybko odnalazła odwiedzane przez nie miejsce wodopoju, dostatecznie dogodne, by z bezpiecznej odległości kilkudziesięciu kroków móc trafić strzałką kurrari. Prostej budowy rurka miotała małe nasączone trucizną pociski wystarczająco celnie i mocno, jeśli miało się lata treningu za sobą. Ponieważ za zadanie miała tylko zdobyć odpowiednią ilość będącego źródłem magicznej odporności futra, nie planowała zwierzęcia zabić, lecz jedynie uśpić. Było jej żal tych wspaniałych istot, podobnie jak wszystkich innych, a na samą myśl o uśmiercaniu jakiegokolwiek stworzenia robiło jej się strasznie źle i smutno. Niestety, walka stanowiła jedną z czterech głównych umiejętności, które w niej rozwijano i których społeczeństwo Darzan oczekiwało od swoich Szarim. Byli oni zarówno przewodnikami, reprezentantami, lekarzami, jak i obrońcami całego ludu, dlatego ich życiem w naturalny sposób musiało kierować pełne poświęcenie się służbie. Ogromne uznanie i przywileje rodzące równie ogromną odpowiedzialność i wyrzeczenia.

Gorący, słoneczny dzień z jednej strony był jej sprzymierzeńcem, ale z drugiej zamieniał czas oczekiwania w prawdziwy koszmar. Polując na lotarda, musiała oszukać nie tylko jego wzrok i słuch, ale również węch. Cierpiała więc długie godziny zarówno za sprawą tkwienia w całkowitym bezruchu w niewygodnej pozycji, jak i z powodu okropnego swędzenia. Źródłem udręki był lepki, mocno aromatyczny sok uzyskiwany z krzewów zapachowca pokrywający od rana całe jej ciało. Słynącą z intensywnego zapachu substancję dokładnie wsmarowała w dosłownie każdy fragment skóry, poza tym wypiła sporą ilość soku w ramach przygotowania do zadania. Generalnie woń była miła, ale taka jej koncentracja powodowała zawroty głowy i mdłości.

Kot pojawił się na ścieżce zupełnie niespodziewanie. Przeszedł kilka kroków w stronę strumienia i stanął. Skra widziała tylko, jak osobnik lekko porusza uszami, sprawdzając, czy w otaczającej go gamie dźwięków nie ma czegoś niepokojącego. Z pewnością badał też okolicę, wchłaniając wszystkie zapachy, ale z tej odległości nie mogła dojrzeć drgających nozdrzy. Czas płynął, a lotard wciąż tkwił w miejscu, rozglądając się leniwie, zupełnie jakby analizował coś istotnego.

„Gdybym miała twoje możliwości, byłabym znacznie pewniejsza siebie” — pomyślała. Dziewczyna pozazdrościła drapieżnikowi. Musiała przyznać rację Eliasowi, który kiedyś powiedział, że słuchać o tym mitycznym stworzeniu to jedno, a móc zobaczyć je na własne oczy to drugie. Kiedy w końcu zwierzę nieśpiesznie ruszyło dalej, nie mogła oderwać wzroku, zafascynowana gracją ruchu i potęgą mięśni czającą się pod połyskliwym granatowoczarnym futrem.

Miała to zrobić jedynie w ostateczności, ale nie wytrzymała i rozgryzła trzymaną w ustach kulkę. Gorzki, charakterystyczny smak narkotyku rozlał się po gardle.

„To tak na wszelki wypadek” — starała się usprawiedliwić strach, który nagle rozpanoszył się w jej umyśle. Przywołała mentalne afirmacje i skoncentrowała się na swoim planie.

Lotard dotarł spokojnie do brzegu. Przez chwilę jeszcze lustrował ścieżkę za sobą, jakby na kogoś czekając, a potem zaczął gasić pragnienie.

Pod wpływem wyostrzającej zmysły substancji Skra widziała go teraz znacznie wyraźniej. Słyszała nawet cichy plusk wody zagarnianej językiem przez zwierzę, współgrający z głuchymi uderzeniami jej własnego serca i szumem krwi. Powoli, płynnie wydobyła z małej kieszeni strzałkę z niebieskim piórkiem i umieściła ją w niewygodnie długiej rurce. Oparła ją odległym końcem na jednej z gałęzi, tak jak to wcześniej ćwiczyła. Dystans na precyzyjny strzał nie był zbyt duży, ale dziewczyna wiedziała, że musi trafić w bardzo konkretne miejsce i to za pierwszym razem. Wyuczona koncentracja sprawiła, że wszystko dookoła znikło. Dla umysłu zostały tylko cel i ciało mające wykonać dobrze wytrenowany ruch.

Nabrała powietrze do płuc, odczekała długi moment, a potem mocno, ale zarazem delikatnie dmuchnęła w wąski otwór. Rozległ się lekki furkot. Drapieżnik fuknął zaskoczony i dziwnie podskoczył na czterech łapach.

Dalej wypadki potoczyły się już błyskawicznie. Lotard warczał i prychał, próbując nerwowo sięgnąć niebieskiego obiektu wbitego tuż przy kręgosłupie za karkiem. Strzałka znajdowała się poza zasięgiem jego pyska, a on był z tego powodu coraz bardziej wściekły. Już po kilku chwilach zaczął się chwiać, jego ruchy zrobiły się ociężałe.

„No, zaśnij, kotku, zaśnij sobie” — gdyby mogła, zanuciłaby mu kołysankę. Patrzyła na szybkie skutki działania przygotowanej przez siebie mikstury, a w jej sercu rodziła się już nadzieja na powodzenie planu bez komplikacji. Prosto, szybko, bezproblemowo. Gdy bestia w końcu upadła, było jasne, że środek usypiający okazał się wystarczająco skuteczny. Dziewczyna z westchnieniem przymknęła oczy, czując efekty nagromadzonej adrenaliny.

„Niepotrzebnie użyłam narkotyku” — zdążyła pomyśleć, gdy usłyszała charakterystyczne warknięcie. Spojrzała natychmiast w kierunku lotarda, ale ten wciąż leżał przy strumieniu bez ruchu. Do jej uszu dobiegło kolejne warczenie przeradzające się w ryk. Tym razem wiedziała, że trzeba spojrzeć w zupełnie inną stronę. W tym samym miejscu, w którym na ścieżce pojawił się pierwszy kot, stał teraz drugi. Był większy, o futrze bardziej przesyconym granatem. Odruchowo przełknęła ślinę w ogarniającym ją przerażeniu. Samiec patrzył prosto na nią. Obnażone kły i napięte mięśnie kazały jej zadziałać automatycznie.

Zręcznie sięgnęła do kieszonki, z której wystawało czarne piórko. Odchyliła się, by móc manewrować rurką. Kątem oka dostrzegła, że drapieżnik jest już w połowie drogi do niej. Widziała rozmazane susy, którymi pędziła w jej kierunku nieunikniona śmierć. Wycelowała instynktownie, jednocześnie szarpiąc ciałem w tył, za gruby konar, by oddzielić się od napastnika czymkolwiek. Nie wiedziała, czy trafiła, nie było czasu na nic więcej niż wyciągnięcie noża darzańskiego łowcy. I wtedy zobaczyła kota na przeciwległej gałęzi. Zaatakował łapą, ale odruchowo zablokowała ją uzbrojoną ręką. Uderzenie wytrąciło jej nóż, a chwilę później poczuła kolejny, prawie równoległy cios zadany z drugiej strony w bark. Trafienie było tak silne, że zmiotło ją z drzewa. Spadając, zawadziła jeszcze o jeden z niższych konarów i łupnęła o ziemię. Ostatnim zapamiętanym wrażeniem był przeszywający ból.


Powracająca świadomość zarejestrowała uczucie wilgotnego i łaskoczącego dotyku na twarzy. Skra otworzyła oczy i wtedy coś rudego i futerkowego czmychnęło jej z głowy. Czyżby to był łasuch? Pierwsze myśli skłoniły ją do ruchu i wtedy nagle bark przypomniał jej, dlaczego leży na ziemi pod akabrowcem. Fala potwornego bólu sprawiła, że aż zrobiło jej się słabo. Wytrenowany umysł włączył jednak szybko tryb wojownika. Poczuła przypływ siły i spokoju, a palące doznanie lekko się wycofało. Na tyle, że mogła szybko ustalić swoje położenie.

„No tak, wciąż żyję, a więc samiec lotarda musiał zostać trafiony”. Rozejrzała się, delikatnie unosząc na łokciu i zaciskając zęby. Faktycznie, ciało samca leżało tuż przy samicy, na szczęście wciąż jeszcze uśpionej.

„Na Jasność, zabiłam jej partnera!” Skra poczuła się nad wyraz podle, wyobraziwszy sobie rozpacz zwierzęcia, gdy się obudzi. „Biedny kot, widocznie źle zinterpretował sytuację”. Za sprawą długich lat treningu głos rozsądku, brzmiący zupełnie niechcący jak głos Rejwana, rygorystycznego mentora walki, podsunął jej myśli, że zwierzęta, nawet mityczne, prawdopodobnie nie interpretują tego typu sytuacji, tylko działają instynktownie, i że jeśli ona nie pozwoli swojemu instynktowi natychmiast wziąć się w garść i skupić na zabezpieczeniu rany, wykonaniu zadania i zniknięciu z tego miejsca, w którym niebawem może spotkać drugiego przebudzonego i równie groźnego osobnika, sama może mieć kłopot z przetrwaniem. Jej autoironicznie zaprogramowany umysł wygenerował jeszcze komentarz, że w takiej sytuacji nie będzie miała wystarczająco czasu na dogłębne odżałowanie swojego czynu i rozważenie pełni jego podłości.

Dźwignęła się powoli, etapami: najpierw na kolana, przerwa, potem na nogi, przerwa i opanowanie zawrotu głowy, rzut oka na leżące niedaleko zwierzęta, wejście w stan qi, uruchomienie procesu magicznie wzmocnionego leczenia obrażeń i przyśpieszonej regeneracji. Po chwili ruszyła ostrożnie w stronę ciał. Teraz była już skupiona wyłącznie na wykonaniu do końca zadania i na zapewnieniu sobie bezpieczeństwa. Reszta refleksji i odczuć musiała poczekać.


Dopiero wieczorem przy ognisku, siedząc nad resztkami symbolicznej kolacji, pozwoliła sobie na przemyślenia i analizę.

„Wygląda na to, że ten łasuch, liżąc mnie po twarzy, uratował mi życie” — przypomniała sobie, że gdy odchodziła, samica lotarda zaczynała się już powoli wybudzać. Gdyby nie on, mogłaby już nie mieć okazji odzyskać przytomności. Swoją drogą w ogóle miała wyjątkowe szczęście, upadając rozoranym ciałem akurat w leżące pod drzewem liście. Przylgnęły do ciała szczelnie niczym opatrunek, spowolniły wykrwawianie się i dały organizmowi szanse na zasklepienie ran. Na samo wspomnienie widoku głębokich rozcięć, które z wielkim trudem oczyszczała nad strumieniem i zabezpieczała specjalnie nasączonym leczniczym opatrunkiem, aż się skrzywiła.

„No to piękne plecy już miałam” — skonstatowała ze smutkiem. „Ale za to blizny dodają szamanowi prestiżu” — próbowała się pocieszyć.

Przeniosła się myślami do czasów sprzed naboru. Kiedyś taką sytuację uznałaby za tragedię. Była ładną dziewczyną, o nietypowej dla Darzan urodzie, zwracała na siebie uwagę wszystkich w wiosce. Wyższa niż rówieśniczki, o smuklejszych kształtach, lekko pociągłej twarzy, gęstych, długich włosach koloru dojrzałego zboża i błękitnych oczach. Często słyszała: „jaka śliczna dziewczynka” albo „to szczęście dla rodziców, będzie z niej kiedyś atrakcyjna partia”. Miała przywileje nawet u chłopców, szczególnie tych parę lat starszych. Nieraz siadały z Nimą, najbliższą przyjaciółką, nad strumieniem i bawiły się w ocenianie poszczególnych młodych mężczyzn, śmiejąc się z ich wad i niby na poważnie naśladując zasłyszane rozmowy dorosłych kobiet, doceniając ich męskie walory. Wtedy w jej oczach prawie zawsze najlepiej wypadał Danil. Kilka lat starszy, wysoki, szczupły, ale mocno umięśniony, zawsze wygrywał pływackie zawody. No i te oczy koloru wody ze strumienia, którymi lustrował Skrę tak, że miała mrówki na skórze… Nima mówiła, że nie pasują do siebie, bo są jak dzień i noc. On o ciemnej karnacji, ona o jasnej skórze, nawet w lato opalającej się na jasny brąz, on spokojny i poważny nad wiek, a ona stale rozbawiona, pełna energii.

Złapała się na odczuciu, że te wszystkie migawki wspomnień z dzieciństwa wydają się jej strasznie odległe, zupełnie jakby od naboru minęło dwadzieścia, a nie siedem lat. Ile to razy w trakcie pobytu na wyspie zastanawiała się, co uległo zmianie w wiosce. Czy jej ojciec nadal ma problemy z Ryworem, czy młodszy brat Teo wydoroślał już trochę i przestał być utrapieniem dla matki, czy Nima ma chłopaka? Wraz z kolejnymi latami mozolnego zagłębiania się w arkana magii i zwiększania odpowiedzialności, wpajanej boleśnie przez mentorów, stare beztroskie życie stawało się jednak bardziej odległe i obce.

„No, ale taka jest kolej rzeczy, jeśli jest się jedną z obdarzonych” — zacytowała w myślach swoich nauczycieli.

Zgodnie z darzańskim prawem obdarzone mocą dziecko zabierano na wyspę Orin na naukę do Najstarszego i — jeśli ją ukończyło i przeszło test — kraina Sid zyskiwała kolejnego Szarim. Jedyną jego misją było służyć interesowi plemienia Darzan i stać się powiernikiem ich heroicznego dziedzictwa zawartego w Wielkiej Przysiędze, złożonej pierwszemu królowi kontynentu. Posiadanie dobrze wyszkolonego szamana dla każdej wioski stanowiło źródło prestiżu i możliwości. Szamani byli dumą całego plemienia, esencją jego istoty. Oni jedyni mogli używać magii, to od nich zależało praktycznie wszystko, mimo że osadami w klanie na co dzień zarządzali wiodący.

Uśmiechnęła się mimowolnie, przypomniawszy sobie miny wszystkich, kiedy to właśnie ona jako jedyna w wiosce od wielu lat przeszła próbę mocy. Zawsze marzyła o magii, od malucha przyglądała się każdemu szamanowi, który akurat przebywał w okolicy. Nawet w zabawach udawała, że jest Szarim.

„A teraz dziecięce marzenia mają szansę stać się moją przyszłością” — jej myśli wróciły do kolejnego zadania, ostatniego, które dzieliło ją od możliwości wejścia do Sali Objawień. Czy to będzie faktycznie ten upragniony kres jej pobytu na wyspie, czy raczej dołączy do nieszczęśników, którzy na swoją okazję muszą zaczekać kolejny rok?

II. Księżycowy mech

Droga do Czeluści Bez Dna nie była trudna, jeśli się ją znało z opisów i rycin oraz miało solidnie przemyślany plan. Dzień marszu, trochę pływania, trochę wspinaczki i stawało się nad krawędzią rozległej skalnej szczeliny. Prawdziwym wyzwaniem miało być dla Skry dopiero zejście w dół tak głęboko, aż dotrze do miejsca pokrytego księżycowym mchem. Tego nie dało się już zaplanować, bo słyszała, że żaden z nielicznych śmiałków, którzy się tam zapuścili i wrócili na powierzchnię, nie był w stanie później przekazać nic poza nierealnymi opowieściami, stanowiącymi najprawdopodobniej efekt halucynacji.

Dziewczyna siedziała tuż nad rozpadliną, zapatrzona w mroczną nawet za dnia przepaść.

„Jesteś ostatnią przeszkodą dzielącą mnie od powrotu na kontynent. Pozwolisz mi zabrać garść twojego skarbu? Jak można zapewnić sobie twoją przychylność? Czy to w ogóle możliwe?” — w myślach rozmawiała z kimś lub czymś, co kryło w sobie istotę tego niebezpiecznego miejsca.

Elias często powtarzał, że Czeluść Bez Dna przenika prastara magia zrodzona przez samą naturę Orin. O tego rodzaju magii Skra wiedziała bardzo niewiele, bo nawet sam Najstarszy, gdy poruszało się ten temat, stawał się dziwnie małomówny i najczęściej zbywał rozmówcę ogólnikami lub wręcz milczeniem. A przecież osobiście wybrał dla niej ten właśnie rodzaj testu. Odruchowo przesunęła uwierający ją w żebra flakonik ze świeżo przygotowaną miksturą kociej zwinności, który miała przekazać Najstarszemu jako dowód pokonania lotarda. W jej umyśle nagle rozjarzyło się skojarzenie: „Prastara magia wyspy Orin!”.

Wyciągnęła szklane naczynie i przyjrzała się mu w zamyśleniu. Czy to możliwe, żeby naturalna odporność lotarda na magię mogła jej zapewnić bezpieczeństwo tam, na dole? „No cóż, nie dowiem się, jeśli nie spróbuję. Właściwie to chyba niczym nie ryzykuję” — stwierdziła, chociaż doskonale wiedziała, że niektóre eliksiry mają nieciekawe skutki uboczne.

Upiła spory łyk. Smak był wyjątkowo obrzydliwy, nawet jak na magiczną substancję. Z początku nic się nie działo, ale po dłuższej chwili zaczęła mrużyć powieki, coraz bardziej oślepiana słonecznym światłem. Wkrótce nawet całkowite zamknięcie oczu przestało przynosić ulgę. Z zaciśniętymi powiekami panicznie próbowała odtworzyć niedawno mijaną okolicę i przypomnieć sobie, czy nie było tam jakiegoś zacienionego miejsca, ale w pamięci odszukała jedynie obrazy płaskich, pokrytych gdzieniegdzie mchem skał. Ból stawał się nie do zniesienia, przenikał z oczodołów w głąb mózgu. Jedynym ratunkiem wydawało się jej teraz natychmiastowe zanurkowanie w skalnej rozpadlinie. Z trudem panując nad falami wlewającego się do głowy cierpienia, zaczęła po omacku schodzić do czeluści. „Spadnę, nic nie widząc”. Bezsensowność własnych myśli uruchomiła wytrenowane odruchy. „Skup się wyłącznie na tym, co musisz zrobić” — wściekły syk udzielającego reprymendy mentora tropienia wybrzmiał echem w jej umyśle. „Im więcej zmysłów skupisz na wykonywanej czynności, tym mniej ich zostanie na odczuwanie tego, czego odczuwać nie chcesz”.

Po kilkunastu metrach odkryła dwie rzeczy — obie ważne w jej sytuacji. Po pierwsze z każdym metrem ból oczu się zmniejszał, a po drugie wymacywała punkty oparcia i uchwytu zadziwiająco sprawnie. Górska wspinaczka była wprawdzie chlebem powszednim wszystkich uczniów, ale Skra nigdy nie czuła takiej lekkości poruszania się po, jak by nie było, całkiem pionowej ścianie. „Więc tak właśnie wygląda efekt kociej zwinności” — uświadomiła sobie z ulgą.

Schodziła dalej jeszcze przez paręnaście uderzeń serca, aż ból w oczodołach całkowicie minął. Zatrzymała się i powoli otworzyła oczy. Czekała, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności, ale nic się nie zmieniało. Z otoczenia nie wyłaniały się żadne kontury, kształty, cienie. „Na Jasność, oślepłam!” Wisząc na jednej ręce, drugą gorączkowo poszperała w kieszonkach stroju łowcy i wyjęła małą broszę używaną podczas nocnych polowań. Przedmiot emanował zielonkawym światłem, które nie było widoczne z większej odległości, więc nie zdradzało pozycji polującego, ale wystarczało, by móc rozpoznawać najbliższe obiekty. Odetchnęła z ulgą, dostrzegłszy popękany fragment skały, do której przywarła. „Mała, zacznij wreszcie myśleć” — skarciła się, wkurzona na swój brak opanowania. „Jak zachowałby się teraz prawdziwy Szarim?”

Zaczęła analizować sytuację według wyuczonego schematu. Jeśli mikstura działa podobnie do innych jej znanych, powinna wspomagać ją co najmniej parę godzin. To znacznie ułatwi odnalezienie mchu. Nie wiadomo wprawdzie nic o jego położeniu poza tym, że jest tu, w rozpadlinie, ale znała przecież wskazówki. Najbezpieczniej będzie zatem schodzić zakosami, co jakiś czas oglądając przeciwległą ścianę, na wypadek gdyby mech rósł tylko w jednym miejscu.

Spojrzała na drugą stronę szczeliny. Przeciwległa skała nie była daleko. Ponieważ słabe światło broszy ledwo tam docierało, wzmocniła nieznacznie siłę świecenia. Pozostało cierpliwe przeczesywanie otoczenia i schodzenie coraz niżej. Znów musiała ujarzmić wrodzony brak cierpliwości, ale po latach uczenia się technik medytacyjnych przynajmniej robiła to automatycznie. Czas mijał, a kolejne metry skał stawały się bardziej porowate i zwietrzałe.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 49.76