E-book
9.56
drukowana A5
49.76
Kroniki Dwuświata

Bezpłatny fragment - Kroniki Dwuświata

Mrok we krwi


5
Objętość:
316 str.
ISBN:
978-83-8189-089-2
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 49.76

Lei Satanas makre des torri…

Pozwól Złemu kroczyć jego ścieżką…

(Słowa modlitwy darzańskich szamanów)

CZAS ROZŁAMU

Era Lwa, rok 397, ostatni

Padało wyjątkowo mocno. Przyczajony za grubym drzewem mężczyzna przetarł wilgotną, zimną twarz wierzchem dłoni. Był przemoknięty mimo peleryny z kapturem. Krople wody kapały mu z grubych, gęstych brwi i z czubka zniekształconego złamaniami nosa, łaskotały, spływając po lekko zarośniętej, poznaczonej bliznami brodzie.

„Mroczni nadali taką ulewę” — przeklął w duchu.

Las, przez który się do tej pory przemieszczał, dawał niestety niewielką osłonę przed szalejącą nawałnicą. Błyskawice przecinały nocne niebo raz za razem, sprawiając, że polana, na której skraj właśnie dotarł, rozświetlała się zaledwie na mgnienie oka i znów pogrążała w ciemności. Skupiony bandyta próbował ocenić sytuację wokół sporego, osłoniętego specjalnymi płótnami szałasu. Usiłował dojrzeć, ilu i jakich wędrowców skrywało się wewnątrz. Prowizoryczne schronienie wyglądało na typowe dla tych, którzy często podróżują po leśnych traktach. Przez targane wiatrem gałęzie dostrzegał w środku migotliwe światło małego ogniska i kilka niewyraźnych sylwetek. Co do jednego wątpliwości nie miał. To byli Darzanie.

Huk wyładowań momentami prawie zlewał się w jeden łoskot. Nie mogło być więc mowy o tym, by obecność intruza została odkryta na czas przez wartownika — jeśli w ogóle jakiś tu był. Podobne sytuacje zwykle oceniał jako sprzyjające. Ale dziś było inaczej. Jakoś dziwnie. Nie czuł dobrze mu znanych emocji zazwyczaj towarzyszących takim okazjom. Z reguły była to swoista mieszanina podekscytowania, rozpalonej wyobraźnią chciwości i chłodnego wyrachowania. Teraz doświadczał jedynie nieprzyjemnego niepokoju pełzającego mu z żołądka do gardła i z powrotem. Nie wiedział dlaczego, ale miał silne przeczucie, że dzieje się coś szczególnego, ważnego i obcego mu, coś, co budziło w nim niezrozumiały strach. Idiotyczne wrażenie znalezienia się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie mocno irytowało. Najbardziej zaskakujące jednak było to, że mimo wielu lat życia na marginesie społeczeństwa, podczas których wyrobił w sobie żelazny mechanizm samokontroli, teraz nic nie mógł na to poradzić. „Może to jednak nie jest dobry dzień na szybkie wzbogacenie się?” — w jego umyśle znowu pojawiła się męcząca wątpliwość.

Oblizał nerwowo mokre od deszczu wargi i zmusił się do rozsądnego myślenia.

„Na wielki łup nie mam co liczyć, to pewne, ale długi po ostatniej wizycie w melinie Karczocha trzeba szybko oddać” — rozważał. Zbyt dobrze znał tych, którym zalegał należne, i wiedział, że przeciąganie struny oznacza pewną śmierć i to zupełnie inną od tej, którą mógłby sobie wymarzyć.

„Na dodatek czasy mi sprzyjają, Wielki Król od miesięcy ugania się z całą armią za jakimiś tam durnymi najeźdźcami, więc miejscowy lord służący pod królewskimi sztandarami musiał zostawić zamek pod opieką synalka gołowąsa. Wojna to w ogóle korzystny czas dla takiego jak ja… rzemieślnika” — pomyślał, mimowolnie się uśmiechając.

— No, stary, kto nie ryzykuje, temu w pas się nie kłaniają — mruknął do siebie jak zawsze. Sprawdził jeszcze raz umocowanie noży rozmieszczonych tak, by były pod ręką niezależnie od sytuacji, i ruszył w stronę łatwej zdobyczy. Łatwej, bo w taką pogodę zaskoczenie było pewne, a pokonanie grupki bab i gamoni z podgórskich osad — oczywiste. Cóż mogłoby przeszkodzić w ograbieniu nieszkodliwych Darzan słynnemu Czernemu ze Stróbieży, jednemu z najgroźniejszych bandziorów w tej okolicy?


Grzmoty i ulewa bębniąca falami w materiałowe ściany szałasu zagłuszały krzyki rodzącej kobiety. Długie miesiące walczyła o utrzymanie się przy życiu, choć ból i cierpienie dawno już przeniosły ją w świat obłędu. Uczepiona jednej myśli, jednego pragnienia, brnęła przez męczarnie trawiące jej ciało i umysł. Za wszelką cenę starała się dotrwać do momentu rozwiązania i tylko to się liczyło.

— Tatko, czy ta pani… czy jak ona urodzi, to już będzie jej dobrze? — Jasnowłosa dziewczynka kurczowo trzymała się poły ojcowskiej kurtki, stojąc przytulona do jego boku.

— Nie wiem tego, moja ptaszyno. — Wysoki, szpakowaty Darzanin pogładził delikatnie małą po głowie i uśmiechnął się ciepło. Zazwyczaj wolał mówić prawdę, nawet jeśli była trudna, ale patrząc na smutek i współczucie malujące się na delikatnej twarzyczce córki, pomyślał, że powinien w jakiś sposób wlać otuchę w jej serce. — Ale za to wiem, że nasza Mge to najlepsza opiekunka rodzących, jaką znam, zatem bądźmy dobrej myśli.

„Właśnie, bądźmy” — złapał się sam na braku optymizmu. Może to jednak płód był przyczyną choroby, choćby pośrednio. Przecież znaki podczas rytuału oczyszczania i aura wokół obłąkanej nie wskazywały jednoznacznie, że to właśnie ta majacząca od tygodni kobieta jest naznaczona mrokiem, a nie akurat to, co miało wyjść z jej łona. Tego nie dałoby się wiarygodnie ocenić przed porodem. Na moment powróciło wspomnienie parzącej umysł mocy, której uderzenia doznał, gdy próbował z uzdrowicielką dotknąć ducha ciężarnej. „Gdyby tylko ta moc nie była nasączona aż tak odrażającą skazą” — westchnął w myślach. Na samo wspomnienie tamtej chwili przypływ optymizmu natychmiast wyparował.


Burza niespodziewanie przybrała na sile. Serce rodzącej uderzyło ostatni raz i zamarło. Gdy stara Darzanka zgodnie ze zwyczajem zaczęła nucić pieśń pożegnania, by wskazać uwolnionej duszy ścieżkę światła, potężny piorun trafił niedaleko leśnego schronienia. Wielki konar odłupany nagle od pobliskiego drzewa zmiażdżył skradającego się za nim człowieka.


Starszy mężczyzna przewodzący grupie wędrujących Darzan nagle zesztywniał z zaskoczenia. Całym sobą czuł teraz powstałe niespodziewanie wiry mocy kłębiące się w otoczeniu ich szałasu. Punktem centralnym kumulującej się niesamowitej ilości energii wydawało się potomstwo nieznajomej kobiety, troskliwie owijane w chusty. Podszedł bliżej posłania zmarłej i pochylił się, by zamknąć jej powieki. Zmarszczył brwi i przyjrzał się uważnie twarzy. Do tej pory widział w niej jedynie odstraszającą maskę szaleństwa, nienaturalnie pomarszczoną i wykrzywioną z obłąkanym spojrzeniem oczu stale będących w ruchu. Teraz wyglądała całkiem inaczej, zupełnie jak inna osoba. Rysy wygładziły się, zastygłe spojrzenie wypełniały spokój, ulga i… tak, musiał przyznać, że widział w nim głębokie szczęście. Coś w tym obliczu zaczęło wydawać się znajome, przywoływało wspomnienia, zapamiętane sytuacje. Powoli docierało do jego świadomości, że kojarzy je doskonale. Znał tę osobę, jej imię i historię.

— Na Najświętszy Ród i Błogosławioną Krew Ogromirów… — wyszeptał do siebie z nagle ściśniętym gardłem. Poczuł, jak cały jego świat tonie w narastającej rozpaczy i przerażeniu.

WYSPA ORIN

Era Miecza, rok 17

I. Test ostatecznego przejścia

Test ostatecznego przejścia nosił swoją nazwę nie bez powodu. Zadania przydzielane uczniom przez Najstarszego na zakończenie ich procesu nauki i dojrzewania do wyjątkowej roli w społeczności Darzan stawały się nie tylko egzaminem do zdania, ale też prawdziwie śmiertelnym wyzwaniem. Prawie z każdego naboru któryś uczeń kończył próbę uzyskania tytułu szamana śmiercią lub ciężkimi obrażeniami.

Dla Skry, siedemnastoletniej córki kowala i zielarki z klanu Quaistas, zaskakującą trudnością ostatniego z testów okazała się również sama bezczynność oczekiwania. Nie miała wprawdzie porywczej natury, choć z pewnością należała do osób energicznych, szybkich w działaniu i poświęcających się w pełni temu, do czego się brały, ale dziś był wyjątkowy dzień. Wykonanie wyznaczonego zadania otwierało przed nią całkiem nowe, upragnione życie. Życie, o którym marzyła właściwie od dawna, podobnie jak prawie wszystkie dzieciaki w wiosce, również te, które nie okazały się wystarczająco obdarzone. Odbycie siedmioletniej służby u Najstarszego, oprócz prawa do pełnienia funkcji oficjalnego Szarim i związanego z tym uznania w społeczności Darzan, dawało też szansę na wytęskniony powrót do rodziców, przyjaciół i normalności. Dla młodziutkich adeptów magii okres nauki u Najstarszego był zazwyczaj traumatycznym etapem życia, podczas którego dziecięce marzenia wypalały się w bólu, wyrzeczeniach, strachu i niewiarygodnym wysiłku.

Lata spędzane głównie pod ziemią, w systemie niezliczonych korytarzy i grot, na odciętej od kontynentu wyspie, jedynie w gronie kilkunastu uczniów i ich nauczycieli, odciskały niezatarte piętno. Był to czas całkowicie poświęcany niezwykle intensywnym ćwiczeniom umysłu i ciała, w trakcie których kandydaci, często jeszcze dzieci, przekuwani byli w ponad wiek dorosłych i odpowiedzialnych qi-szamanów — szamanów nowicjuszy. Nie było tu miejsca ani na zabawę, ani na jakąkolwiek słabość. Żaden z mentorów, czy tym bardziej mądrych, nie tolerował nie tylko wybryków i nieposłuszeństwa, ale także zbyt słabej woli, niedostatecznej determinacji i niewystarczającego poświęcenia. Morderczy reżim nauki na wyspie Orin dla niektórych obdarzonych okazywał się zbyt trudny. Odsyłani do rodzinnych wiosek, najczęściej stawali się pohańbionymi wyrzutkami, tak zwanymi kage, winnymi w oczach własnej społeczności zmarnowanej szansy dla całego klanu i zaprzepaszczenia wielkiego daru od losu. O takich mówiono: „lepiej urodzić się nieobdarzonym, niż wrócić z Orin wyrzuconym”.

Dzisiejszy dzień otwierał przed dziewczyną długo wyczekiwaną okazję, by nie wrócić już do Najstarszego jako uczeń. Dlatego Skra szczególnie dziś chciałaby po prostu działać, a nie siedzieć całymi godzinami w przygotowanej przez siebie kryjówce w głównych konarach dużego, rozłożystego drzewa akabrowego. Jednak wyczekiwanie w całkowitym bezruchu było niestety jedynym jej znanym sposobem na wypełnienie pierwszej części swojego przejścia. Upolowanie górskiego lotarda, zwanego też panterakiem królewskim, graniczyło z cudem i nawet wykorzystanie połączonych umiejętności łowcy, maga i wojownika nie dawało realnych szans na unieszkodliwienie kota. Jedynie dodanie do tych wszystkich zdobytych ciężkim treningiem i nauką zdolności własnej intuicji i pomysłowości mogło przynieść sukces.

Typowy panterak, jeden z najgroźniejszych przedstawicieli rodziny kotowatych, był właściwie pozbawiony słabych punktów. Prawie osiemdziesiąt kilogramów mięśni dających siłę, zwinność i szybkość, doskonały słuch, węch i wzrok czyniły z niego prawdziwego króla wyspy, a z pewnością jej górzystych terenów. Drapieżnik, potrafiący wspinać się na drzewa, jednym susem przeskoczyć szeroki strumień lub bez problemu go przepłynąć czy przejść po wąziutkim ustępie skalnym, nie miał wielu godnych przeciwników.

Jednak górski lotard, rzadki podgatunek występujący wyłącznie na Orin, miał jeszcze jedną wyjątkową cechę: był całkowicie odporny na magię. Dla ludzi z kontynentu nie grałoby to wprawdzie żadnej roli, bo magia od początku panowania rodu Ogromirów była całkowicie zakazana i blokowana, ale dla Skry, darzańskiej kandydatki na szamankę, miało to niebagatelne znaczenie. Dla niej kolosalna była różnica między dziecinnie prostym zaklęciem obezwładniającym, które załatwiłoby zwykłego panteraka bez większego problemu, a zmierzeniem się z dziką furią najgroźniejszego zwierzęcia wyłącznie przy pomocy swoich marnych metra siedemdziesięciu pięciu wzrostu i żałosnych sześćdziesięciu kilku kilogramów wagi. Mimo lat doprowadzania swojego ciała do niespotykanej dla zwykłych ludzi kondycji w fizycznym starciu nie miała żadnych szans. Mogła jednak wykonać zadanie, wykorzystując informacje zdobyte podczas tysięcy godzin ślęczenia nad zwojami i starymi księgami. Bezcenne okazywały się też dziesiątki wieczorów przegadanych z Eliasem, jednym z mądrych przekazujących uczniom zdobytą przez jej lud starożytną wiedzę.

Kolejny raz wykonała rutynowe ćwiczenia oddechowe, rozluźniając zesztywniałe i obolałe już ciało. Jej plan był właściwie bardzo prosty. Może dlatego, że proste rozwiązania zawsze kojarzyły się jej z czymś bezpiecznym i skutecznym. A może dlatego, że w tym przypadku nic innego nie przychodziło jej do głowy. Tak czy inaczej, dzięki sporemu zorientowaniu w temacie zwyczajów panteraków dość szybko odnalazła odwiedzane przez nie miejsce wodopoju, dostatecznie dogodne, by z bezpiecznej odległości kilkudziesięciu kroków móc trafić strzałką kurrari. Prostej budowy rurka miotała małe nasączone trucizną pociski wystarczająco celnie i mocno, jeśli miało się lata treningu za sobą. Ponieważ za zadanie miała tylko zdobyć odpowiednią ilość będącego źródłem magicznej odporności futra, nie planowała zwierzęcia zabić, lecz jedynie uśpić. Było jej żal tych wspaniałych istot, podobnie jak wszystkich innych, a na samą myśl o uśmiercaniu jakiegokolwiek stworzenia robiło jej się strasznie źle i smutno. Niestety, walka stanowiła jedną z czterech głównych umiejętności, które w niej rozwijano i których społeczeństwo Darzan oczekiwało od swoich Szarim. Byli oni zarówno przewodnikami, reprezentantami, lekarzami, jak i obrońcami całego ludu, dlatego ich życiem w naturalny sposób musiało kierować pełne poświęcenie się służbie. Ogromne uznanie i przywileje rodzące równie ogromną odpowiedzialność i wyrzeczenia.

Gorący, słoneczny dzień z jednej strony był jej sprzymierzeńcem, ale z drugiej zamieniał czas oczekiwania w prawdziwy koszmar. Polując na lotarda, musiała oszukać nie tylko jego wzrok i słuch, ale również węch. Cierpiała więc długie godziny zarówno za sprawą tkwienia w całkowitym bezruchu w niewygodnej pozycji, jak i z powodu okropnego swędzenia. Źródłem udręki był lepki, mocno aromatyczny sok uzyskiwany z krzewów zapachowca pokrywający od rana całe jej ciało. Słynącą z intensywnego zapachu substancję dokładnie wsmarowała w dosłownie każdy fragment skóry, poza tym wypiła sporą ilość soku w ramach przygotowania do zadania. Generalnie woń była miła, ale taka jej koncentracja powodowała zawroty głowy i mdłości.

Kot pojawił się na ścieżce zupełnie niespodziewanie. Przeszedł kilka kroków w stronę strumienia i stanął. Skra widziała tylko, jak osobnik lekko porusza uszami, sprawdzając, czy w otaczającej go gamie dźwięków nie ma czegoś niepokojącego. Z pewnością badał też okolicę, wchłaniając wszystkie zapachy, ale z tej odległości nie mogła dojrzeć drgających nozdrzy. Czas płynął, a lotard wciąż tkwił w miejscu, rozglądając się leniwie, zupełnie jakby analizował coś istotnego.

„Gdybym miała twoje możliwości, byłabym znacznie pewniejsza siebie” — pomyślała. Dziewczyna pozazdrościła drapieżnikowi. Musiała przyznać rację Eliasowi, który kiedyś powiedział, że słuchać o tym mitycznym stworzeniu to jedno, a móc zobaczyć je na własne oczy to drugie. Kiedy w końcu zwierzę nieśpiesznie ruszyło dalej, nie mogła oderwać wzroku, zafascynowana gracją ruchu i potęgą mięśni czającą się pod połyskliwym granatowoczarnym futrem.

Miała to zrobić jedynie w ostateczności, ale nie wytrzymała i rozgryzła trzymaną w ustach kulkę. Gorzki, charakterystyczny smak narkotyku rozlał się po gardle.

„To tak na wszelki wypadek” — starała się usprawiedliwić strach, który nagle rozpanoszył się w jej umyśle. Przywołała mentalne afirmacje i skoncentrowała się na swoim planie.

Lotard dotarł spokojnie do brzegu. Przez chwilę jeszcze lustrował ścieżkę za sobą, jakby na kogoś czekając, a potem zaczął gasić pragnienie.

Pod wpływem wyostrzającej zmysły substancji Skra widziała go teraz znacznie wyraźniej. Słyszała nawet cichy plusk wody zagarnianej językiem przez zwierzę, współgrający z głuchymi uderzeniami jej własnego serca i szumem krwi. Powoli, płynnie wydobyła z małej kieszeni strzałkę z niebieskim piórkiem i umieściła ją w niewygodnie długiej rurce. Oparła ją odległym końcem na jednej z gałęzi, tak jak to wcześniej ćwiczyła. Dystans na precyzyjny strzał nie był zbyt duży, ale dziewczyna wiedziała, że musi trafić w bardzo konkretne miejsce i to za pierwszym razem. Wyuczona koncentracja sprawiła, że wszystko dookoła znikło. Dla umysłu zostały tylko cel i ciało mające wykonać dobrze wytrenowany ruch.

Nabrała powietrze do płuc, odczekała długi moment, a potem mocno, ale zarazem delikatnie dmuchnęła w wąski otwór. Rozległ się lekki furkot. Drapieżnik fuknął zaskoczony i dziwnie podskoczył na czterech łapach.

Dalej wypadki potoczyły się już błyskawicznie. Lotard warczał i prychał, próbując nerwowo sięgnąć niebieskiego obiektu wbitego tuż przy kręgosłupie za karkiem. Strzałka znajdowała się poza zasięgiem jego pyska, a on był z tego powodu coraz bardziej wściekły. Już po kilku chwilach zaczął się chwiać, jego ruchy zrobiły się ociężałe.

„No, zaśnij, kotku, zaśnij sobie” — gdyby mogła, zanuciłaby mu kołysankę. Patrzyła na szybkie skutki działania przygotowanej przez siebie mikstury, a w jej sercu rodziła się już nadzieja na powodzenie planu bez komplikacji. Prosto, szybko, bezproblemowo. Gdy bestia w końcu upadła, było jasne, że środek usypiający okazał się wystarczająco skuteczny. Dziewczyna z westchnieniem przymknęła oczy, czując efekty nagromadzonej adrenaliny.

„Niepotrzebnie użyłam narkotyku” — zdążyła pomyśleć, gdy usłyszała charakterystyczne warknięcie. Spojrzała natychmiast w kierunku lotarda, ale ten wciąż leżał przy strumieniu bez ruchu. Do jej uszu dobiegło kolejne warczenie przeradzające się w ryk. Tym razem wiedziała, że trzeba spojrzeć w zupełnie inną stronę. W tym samym miejscu, w którym na ścieżce pojawił się pierwszy kot, stał teraz drugi. Był większy, o futrze bardziej przesyconym granatem. Odruchowo przełknęła ślinę w ogarniającym ją przerażeniu. Samiec patrzył prosto na nią. Obnażone kły i napięte mięśnie kazały jej zadziałać automatycznie.

Zręcznie sięgnęła do kieszonki, z której wystawało czarne piórko. Odchyliła się, by móc manewrować rurką. Kątem oka dostrzegła, że drapieżnik jest już w połowie drogi do niej. Widziała rozmazane susy, którymi pędziła w jej kierunku nieunikniona śmierć. Wycelowała instynktownie, jednocześnie szarpiąc ciałem w tył, za gruby konar, by oddzielić się od napastnika czymkolwiek. Nie wiedziała, czy trafiła, nie było czasu na nic więcej niż wyciągnięcie noża darzańskiego łowcy. I wtedy zobaczyła kota na przeciwległej gałęzi. Zaatakował łapą, ale odruchowo zablokowała ją uzbrojoną ręką. Uderzenie wytrąciło jej nóż, a chwilę później poczuła kolejny, prawie równoległy cios zadany z drugiej strony w bark. Trafienie było tak silne, że zmiotło ją z drzewa. Spadając, zawadziła jeszcze o jeden z niższych konarów i łupnęła o ziemię. Ostatnim zapamiętanym wrażeniem był przeszywający ból.


Powracająca świadomość zarejestrowała uczucie wilgotnego i łaskoczącego dotyku na twarzy. Skra otworzyła oczy i wtedy coś rudego i futerkowego czmychnęło jej z głowy. Czyżby to był łasuch? Pierwsze myśli skłoniły ją do ruchu i wtedy nagle bark przypomniał jej, dlaczego leży na ziemi pod akabrowcem. Fala potwornego bólu sprawiła, że aż zrobiło jej się słabo. Wytrenowany umysł włączył jednak szybko tryb wojownika. Poczuła przypływ siły i spokoju, a palące doznanie lekko się wycofało. Na tyle, że mogła szybko ustalić swoje położenie.

„No tak, wciąż żyję, a więc samiec lotarda musiał zostać trafiony”. Rozejrzała się, delikatnie unosząc na łokciu i zaciskając zęby. Faktycznie, ciało samca leżało tuż przy samicy, na szczęście wciąż jeszcze uśpionej.

„Na Jasność, zabiłam jej partnera!” Skra poczuła się nad wyraz podle, wyobraziwszy sobie rozpacz zwierzęcia, gdy się obudzi. „Biedny kot, widocznie źle zinterpretował sytuację”. Za sprawą długich lat treningu głos rozsądku, brzmiący zupełnie niechcący jak głos Rejwana, rygorystycznego mentora walki, podsunął jej myśli, że zwierzęta, nawet mityczne, prawdopodobnie nie interpretują tego typu sytuacji, tylko działają instynktownie, i że jeśli ona nie pozwoli swojemu instynktowi natychmiast wziąć się w garść i skupić na zabezpieczeniu rany, wykonaniu zadania i zniknięciu z tego miejsca, w którym niebawem może spotkać drugiego przebudzonego i równie groźnego osobnika, sama może mieć kłopot z przetrwaniem. Jej autoironicznie zaprogramowany umysł wygenerował jeszcze komentarz, że w takiej sytuacji nie będzie miała wystarczająco czasu na dogłębne odżałowanie swojego czynu i rozważenie pełni jego podłości.

Dźwignęła się powoli, etapami: najpierw na kolana, przerwa, potem na nogi, przerwa i opanowanie zawrotu głowy, rzut oka na leżące niedaleko zwierzęta, wejście w stan qi, uruchomienie procesu magicznie wzmocnionego leczenia obrażeń i przyśpieszonej regeneracji. Po chwili ruszyła ostrożnie w stronę ciał. Teraz była już skupiona wyłącznie na wykonaniu do końca zadania i na zapewnieniu sobie bezpieczeństwa. Reszta refleksji i odczuć musiała poczekać.


Dopiero wieczorem przy ognisku, siedząc nad resztkami symbolicznej kolacji, pozwoliła sobie na przemyślenia i analizę.

„Wygląda na to, że ten łasuch, liżąc mnie po twarzy, uratował mi życie” — przypomniała sobie, że gdy odchodziła, samica lotarda zaczynała się już powoli wybudzać. Gdyby nie on, mogłaby już nie mieć okazji odzyskać przytomności. Swoją drogą w ogóle miała wyjątkowe szczęście, upadając rozoranym ciałem akurat w leżące pod drzewem liście. Przylgnęły do ciała szczelnie niczym opatrunek, spowolniły wykrwawianie się i dały organizmowi szanse na zasklepienie ran. Na samo wspomnienie widoku głębokich rozcięć, które z wielkim trudem oczyszczała nad strumieniem i zabezpieczała specjalnie nasączonym leczniczym opatrunkiem, aż się skrzywiła.

„No to piękne plecy już miałam” — skonstatowała ze smutkiem. „Ale za to blizny dodają szamanowi prestiżu” — próbowała się pocieszyć.

Przeniosła się myślami do czasów sprzed naboru. Kiedyś taką sytuację uznałaby za tragedię. Była ładną dziewczyną, o nietypowej dla Darzan urodzie, zwracała na siebie uwagę wszystkich w wiosce. Wyższa niż rówieśniczki, o smuklejszych kształtach, lekko pociągłej twarzy, gęstych, długich włosach koloru dojrzałego zboża i błękitnych oczach. Często słyszała: „jaka śliczna dziewczynka” albo „to szczęście dla rodziców, będzie z niej kiedyś atrakcyjna partia”. Miała przywileje nawet u chłopców, szczególnie tych parę lat starszych. Nieraz siadały z Nimą, najbliższą przyjaciółką, nad strumieniem i bawiły się w ocenianie poszczególnych młodych mężczyzn, śmiejąc się z ich wad i niby na poważnie naśladując zasłyszane rozmowy dorosłych kobiet, doceniając ich męskie walory. Wtedy w jej oczach prawie zawsze najlepiej wypadał Danil. Kilka lat starszy, wysoki, szczupły, ale mocno umięśniony, zawsze wygrywał pływackie zawody. No i te oczy koloru wody ze strumienia, którymi lustrował Skrę tak, że miała mrówki na skórze… Nima mówiła, że nie pasują do siebie, bo są jak dzień i noc. On o ciemnej karnacji, ona o jasnej skórze, nawet w lato opalającej się na jasny brąz, on spokojny i poważny nad wiek, a ona stale rozbawiona, pełna energii.

Złapała się na odczuciu, że te wszystkie migawki wspomnień z dzieciństwa wydają się jej strasznie odległe, zupełnie jakby od naboru minęło dwadzieścia, a nie siedem lat. Ile to razy w trakcie pobytu na wyspie zastanawiała się, co uległo zmianie w wiosce. Czy jej ojciec nadal ma problemy z Ryworem, czy młodszy brat Teo wydoroślał już trochę i przestał być utrapieniem dla matki, czy Nima ma chłopaka? Wraz z kolejnymi latami mozolnego zagłębiania się w arkana magii i zwiększania odpowiedzialności, wpajanej boleśnie przez mentorów, stare beztroskie życie stawało się jednak bardziej odległe i obce.

„No, ale taka jest kolej rzeczy, jeśli jest się jedną z obdarzonych” — zacytowała w myślach swoich nauczycieli.

Zgodnie z darzańskim prawem obdarzone mocą dziecko zabierano na wyspę Orin na naukę do Najstarszego i — jeśli ją ukończyło i przeszło test — kraina Sid zyskiwała kolejnego Szarim. Jedyną jego misją było służyć interesowi plemienia Darzan i stać się powiernikiem ich heroicznego dziedzictwa zawartego w Wielkiej Przysiędze, złożonej pierwszemu królowi kontynentu. Posiadanie dobrze wyszkolonego szamana dla każdej wioski stanowiło źródło prestiżu i możliwości. Szamani byli dumą całego plemienia, esencją jego istoty. Oni jedyni mogli używać magii, to od nich zależało praktycznie wszystko, mimo że osadami w klanie na co dzień zarządzali wiodący.

Uśmiechnęła się mimowolnie, przypomniawszy sobie miny wszystkich, kiedy to właśnie ona jako jedyna w wiosce od wielu lat przeszła próbę mocy. Zawsze marzyła o magii, od malucha przyglądała się każdemu szamanowi, który akurat przebywał w okolicy. Nawet w zabawach udawała, że jest Szarim.

„A teraz dziecięce marzenia mają szansę stać się moją przyszłością” — jej myśli wróciły do kolejnego zadania, ostatniego, które dzieliło ją od możliwości wejścia do Sali Objawień. Czy to będzie faktycznie ten upragniony kres jej pobytu na wyspie, czy raczej dołączy do nieszczęśników, którzy na swoją okazję muszą zaczekać kolejny rok?

II. Księżycowy mech

Droga do Czeluści Bez Dna nie była trudna, jeśli się ją znało z opisów i rycin oraz miało solidnie przemyślany plan. Dzień marszu, trochę pływania, trochę wspinaczki i stawało się nad krawędzią rozległej skalnej szczeliny. Prawdziwym wyzwaniem miało być dla Skry dopiero zejście w dół tak głęboko, aż dotrze do miejsca pokrytego księżycowym mchem. Tego nie dało się już zaplanować, bo słyszała, że żaden z nielicznych śmiałków, którzy się tam zapuścili i wrócili na powierzchnię, nie był w stanie później przekazać nic poza nierealnymi opowieściami, stanowiącymi najprawdopodobniej efekt halucynacji.

Dziewczyna siedziała tuż nad rozpadliną, zapatrzona w mroczną nawet za dnia przepaść.

„Jesteś ostatnią przeszkodą dzielącą mnie od powrotu na kontynent. Pozwolisz mi zabrać garść twojego skarbu? Jak można zapewnić sobie twoją przychylność? Czy to w ogóle możliwe?” — w myślach rozmawiała z kimś lub czymś, co kryło w sobie istotę tego niebezpiecznego miejsca.

Elias często powtarzał, że Czeluść Bez Dna przenika prastara magia zrodzona przez samą naturę Orin. O tego rodzaju magii Skra wiedziała bardzo niewiele, bo nawet sam Najstarszy, gdy poruszało się ten temat, stawał się dziwnie małomówny i najczęściej zbywał rozmówcę ogólnikami lub wręcz milczeniem. A przecież osobiście wybrał dla niej ten właśnie rodzaj testu. Odruchowo przesunęła uwierający ją w żebra flakonik ze świeżo przygotowaną miksturą kociej zwinności, który miała przekazać Najstarszemu jako dowód pokonania lotarda. W jej umyśle nagle rozjarzyło się skojarzenie: „Prastara magia wyspy Orin!”.

Wyciągnęła szklane naczynie i przyjrzała się mu w zamyśleniu. Czy to możliwe, żeby naturalna odporność lotarda na magię mogła jej zapewnić bezpieczeństwo tam, na dole? „No cóż, nie dowiem się, jeśli nie spróbuję. Właściwie to chyba niczym nie ryzykuję” — stwierdziła, chociaż doskonale wiedziała, że niektóre eliksiry mają nieciekawe skutki uboczne.

Upiła spory łyk. Smak był wyjątkowo obrzydliwy, nawet jak na magiczną substancję. Z początku nic się nie działo, ale po dłuższej chwili zaczęła mrużyć powieki, coraz bardziej oślepiana słonecznym światłem. Wkrótce nawet całkowite zamknięcie oczu przestało przynosić ulgę. Z zaciśniętymi powiekami panicznie próbowała odtworzyć niedawno mijaną okolicę i przypomnieć sobie, czy nie było tam jakiegoś zacienionego miejsca, ale w pamięci odszukała jedynie obrazy płaskich, pokrytych gdzieniegdzie mchem skał. Ból stawał się nie do zniesienia, przenikał z oczodołów w głąb mózgu. Jedynym ratunkiem wydawało się jej teraz natychmiastowe zanurkowanie w skalnej rozpadlinie. Z trudem panując nad falami wlewającego się do głowy cierpienia, zaczęła po omacku schodzić do czeluści. „Spadnę, nic nie widząc”. Bezsensowność własnych myśli uruchomiła wytrenowane odruchy. „Skup się wyłącznie na tym, co musisz zrobić” — wściekły syk udzielającego reprymendy mentora tropienia wybrzmiał echem w jej umyśle. „Im więcej zmysłów skupisz na wykonywanej czynności, tym mniej ich zostanie na odczuwanie tego, czego odczuwać nie chcesz”.

Po kilkunastu metrach odkryła dwie rzeczy — obie ważne w jej sytuacji. Po pierwsze z każdym metrem ból oczu się zmniejszał, a po drugie wymacywała punkty oparcia i uchwytu zadziwiająco sprawnie. Górska wspinaczka była wprawdzie chlebem powszednim wszystkich uczniów, ale Skra nigdy nie czuła takiej lekkości poruszania się po, jak by nie było, całkiem pionowej ścianie. „Więc tak właśnie wygląda efekt kociej zwinności” — uświadomiła sobie z ulgą.

Schodziła dalej jeszcze przez paręnaście uderzeń serca, aż ból w oczodołach całkowicie minął. Zatrzymała się i powoli otworzyła oczy. Czekała, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności, ale nic się nie zmieniało. Z otoczenia nie wyłaniały się żadne kontury, kształty, cienie. „Na Jasność, oślepłam!” Wisząc na jednej ręce, drugą gorączkowo poszperała w kieszonkach stroju łowcy i wyjęła małą broszę używaną podczas nocnych polowań. Przedmiot emanował zielonkawym światłem, które nie było widoczne z większej odległości, więc nie zdradzało pozycji polującego, ale wystarczało, by móc rozpoznawać najbliższe obiekty. Odetchnęła z ulgą, dostrzegłszy popękany fragment skały, do której przywarła. „Mała, zacznij wreszcie myśleć” — skarciła się, wkurzona na swój brak opanowania. „Jak zachowałby się teraz prawdziwy Szarim?”

Zaczęła analizować sytuację według wyuczonego schematu. Jeśli mikstura działa podobnie do innych jej znanych, powinna wspomagać ją co najmniej parę godzin. To znacznie ułatwi odnalezienie mchu. Nie wiadomo wprawdzie nic o jego położeniu poza tym, że jest tu, w rozpadlinie, ale znała przecież wskazówki. Najbezpieczniej będzie zatem schodzić zakosami, co jakiś czas oglądając przeciwległą ścianę, na wypadek gdyby mech rósł tylko w jednym miejscu.

Spojrzała na drugą stronę szczeliny. Przeciwległa skała nie była daleko. Ponieważ słabe światło broszy ledwo tam docierało, wzmocniła nieznacznie siłę świecenia. Pozostało cierpliwe przeczesywanie otoczenia i schodzenie coraz niżej. Znów musiała ujarzmić wrodzony brak cierpliwości, ale po latach uczenia się technik medytacyjnych przynajmniej robiła to automatycznie. Czas mijał, a kolejne metry skał stawały się bardziej porowate i zwietrzałe.

Po godzinie metodycznie wykonywanej sekwencji czynności stopa dziewczyny trafiła na większy występ skalny, który okazał się rozległą półką, miejscami łączącą niczym most obie strony szczeliny. Ostrożnie kucnęła przy samym skraju, wsłuchując się w ciszę. Nagle poczuła lekki, lodowaty podmuch i zaraz potem usłyszała czyjś szept. Mięśnie instynktownie napięły się, gotowe do działania niczym naciągnięte ramiona katapulty. Wytężyła wzrok, lustrując otoczenie. Jej spojrzenie wyłowiło nieregularny otwór na przeciwległej ścianie, coś na kształt sporej niszy lub wejścia do groty bądź bocznego tunelu. Wystarczyło przejść na drugą stronę rozpadliny i trochę się wspiąć. Kolejny powiew był mocniejszy i bardziej przenikliwy, a szept stał się znacznie wyraźniejszy. Odruchowo przykucnęła jeszcze niżej, usiłując wsłuchać się w głos. Teraz słyszała już wiele szeptów, tak jakby jakieś istoty właśnie się wokół niej gromadziły. Rosnący poziom adrenaliny domagał się działania, jej natura krzyczała o ruch, jedynie siedmioletni trening utrzymywał ją w miejscu wciąż skupioną, zastygłą. Skoncentrowana maksymalnie na odgłosach, starała się zlokalizować pozycje nadciągających przeciwników. Jej umysł odruchowo projektował kolejne wersje uników i uderzeń, ale nasilające się dźwięki były zbyt liczne i zbyt różne. Zmarszczyła brwi, bo uświadomiła sobie, że część z nich zupełnie nie pasuje do tego miejsca. Skrzypienie drewna, płacz dziecka, odległe wycie wilka, rozpaczliwy, przytłumiony krzyk kobiety…

Nagle z ciemności kilkanaście metrów przed nią wyłoniła się rosła postać. Gdy zmaterializowała się całkowicie, Skra dostrzegła nieznany jej rodzaj stwora. Był ewidentnie humanoidem, z twarzy przypominającym nawet człowieka. Grubo ponad dwa metry wzrostu, potężne bary, ramiona i kark, a także solidny rynsztunek bojowy budziły respekt. Dziewczyna poczuła gulę w gardle. Nie miała odpowiedniego uzbrojenia, atak bestii będzie dla niej prawdziwą próbą przetrwania. Gdy przeciwnik ryknął i dziko zaszarżował, wyczuła cień nadziei. „Marzeniem wyszkolonego wojownika jest wróg zbyt pewny swego. Zaskocz go od razu w pierwszym zwarciu i nie daj mu już z niego wyjść” — dobrze znane rady rozbrzmiały tak wyraźnie, jakby mentor Rejwan stał tuż obok i przyglądał się spokojnie całemu zajściu.

Ogromny topór uderzył w skałę dokładnie tam, gdzie jeszcze przed chwilą stała Skra. Ale dziewczyna już znalazła się za plecami atakującego i mocno cięła podwójnym uderzeniem noża po ścięgnach i jeszcze raz ukośnie w nieosłoniętą wewnętrzną część uda. Zwiększona działaniem mikstury szybkość, z jaką wykonała wszystko, a potem odskoczyła i przyjęła ponownie pozycję gotowości, aż ją samą zafascynowała. Jednak to, co stało się później, zbiło ją totalnie z tropu. Stwór, który nie miał prawa wykonać już żadnego kroku, wywijał dalej orężem, rycząc przy tym straszliwie, aż w końcu znów zaszarżował w ataku na… przeciwległą ścianę. I zniknął w niej, jakby była z mgły.

Skra wytrzeszczyła oczy zdezorientowana, ale po chwili musiała raptownie uskoczyć przed… nadjeżdżającym konno kolejnym wojownikiem! Teraz wokół niej roiło się już od walczących postaci. Huk uderzeń, wrzaski trafionych oraz wszechobecny odór krwi i wnętrzności wręcz zalewały jej zmysły. W pełni opancerzeni ludzie, stwory podobne do tego pierwszego, jakieś inne istoty o paskudnym wyglądzie i jeszcze paskudniejszym uzbrojeniu, a także barczyste karły z labrysami — wszystko to teraz otaczało ją w całkiem nierealistycznym chaosie… prawdziwej bitwy? Uświadomiła sobie, że znajduje się w centrum walki, ale nikt nie zwraca na nią uwagi. Przetarła oczy, jednak obraz nie zniknął, tylko zastąpił go nowy.

Tym razem była świadkiem straszliwej rzezi. Wkoło płonęły chałupy, a mieszkańcy osady cierpieli wyrzynani i gwałceni przez bestialskich żołdaków w srebrnych maskach grozy. Wypełniające przestrzeń przerażenie, potworny ból i gwałtowna nienawiść wręcz rozdzierały jej jaźń. Zdała sobie sprawę, że to muszą być iluzje, ale nie mogła uwierzyć, by ktokolwiek umiał stworzyć je aż tak realistycznie. Wizje były coraz bardziej makabryczne i uderzały coraz gwałtowniejszymi falami emocji. Jej umysł i ciało za każdym razem odbierały intensywnie wszystko to, co musiałyby naprawdę przeżywać istoty uczestniczące w obrazach. Natłok odczuć stawał się prawdziwą torturą, od której Skra nie potrafiła się odciąć. Instynkt kazał jej biec gdziekolwiek, byle daleko od tego miejsca, ale to resztka przytomności umysłu podpowiedziała kierunek. Cała jej świadomość skupiła się teraz na jednym zapamiętanym widoku: majaczącym w mroku otworze w skalnej ścianie.

Biegła zaledwie parę chwil, a gdy tylko wczołgała się do tunelu, wszystko ucichło. Podpełzła jeszcze kawałek i gwałtownie zwymiotowała. Każdy fragment jej organizmu wydawał się trząść i boleć. Potrzebowała dłuższej chwili na dojście do siebie na tyle, żeby móc rozejrzeć się i ocenić miejsce.

W głębi tunelu dostrzegła lekko falującą srebrzystą poświatę, podobną do tej, która tworzy się czasem w bezchmurną noc przy pełni. Ruszyła czujnie w jej kierunku. Gdy przeszła kilkadziesiąt kroków, ujrzała cel swojej misji. Boczne ściany skalnego korytarza całe pokryte były legendarnym księżycowym mchem! Stała urzeczona widokiem mieniącej się przepięknie rośliny. Impulsywnie przejechała dłonią po jej powierzchni i wtedy poczuła się nagle bardzo spokojnie i dobrze, zupełnie jak człowiek w letnie, słoneczne popołudnie siedzący przed domem na ławeczce i patrzący na leniwie płynące po niebie chmurki. Ogarnęło ją przemożne pragnienie, by usiąść pod ścianą, wtulić się w ten żywy dywan i pozwolić sobie na długi, beztroski odpoczynek. Wszystkie sprawy i zmartwienia zeszły na dalszy plan. Szła powoli, pieszcząc dłonią miłą w dotyku powierzchnię, coraz bardziej pochłonięta błogością nastroju i sielanką tego miejsca. I wtedy kątem oka dojrzała nieco dalej pod ścianami znajomo wyglądające kształty. Skupiwszy wzrok, zrozumiała, że to ludzkie szkielety w różnych pozach przylgnięte do pulsującej srebrem wyściółki. „Szczęśliwcy” — pomyślała, czując zazdrość, że oni już tak długo upajają się tym wspaniałym miejscem, a ona dopiero do niego dotarła. Usiadła i sama zagłębiła się w miękkość, przepełniona rozkoszą podobną do tej, którą odczuwa znużone dniem małe dziecko kładące się w pachnącą czystością pościel w ukochanym łóżeczku, bezpieczne, kochane, szczęśliwe…


Z wszechobecnej mlecznej mgły w ciszy wynurzyła się jasna postać otoczona błękitną poświatą. Wysoka, przepiękna kobieta z rozpuszczonymi jasnymi włosami zbliżała się powolnym, lekkim krokiem. Długa, prosta suknia rzucała przy każdym ruchu delikatne świetlne refleksy. Szeroka twarz o klasycznej urodzie, pełne usta i duże ciemne oczy nadawały jej wygląd prawdziwej bogini. Biły od niej jednocześnie siła i majestat, ale też bezmiar kojącego spokoju. Podeszła do Skry, przyglądając się jej wciąż przenikliwie.

— Kim jesteś, pani? — wyszeptała dziewczyna, bo zdawało się jej, że mówienie pełnym głosem jest nie na miejscu.

Kobieta milczała dłuższą chwilę, jakby nie usłyszała pytania lub nie miała zamiaru odpowiadać. W końcu na jej twarzy zagościł lekki uśmiech.

— Witaj, dziecko światła. — Wykonała nieznaczny ruch ręką mający być chyba formą powitania. — Istoty podobne tobie nadawały mi przez wieki różne imiona, ale najbardziej przypadło mi do gustu określenie Wszechmatka. Jeśli chcesz, możesz się zatem tak do mnie zwracać.

— Czy to twoje miejsce, Wszechmatko? — Skra chciała rozmawiać. O czymkolwiek, byleby przekonać się, że tym razem obraz nie jest iluzją.

Rozmówczyni przysiadła obok, podpierając się ręką w swobodnej pozie, zupełnie takiej, w jakiej dwie kobiety usadawiają się podczas pogawędek w ogrodzie. Zapachniało kwitnącą łąką. Skra się zdziwiła.

— Jesteś teraz w miejscu, gdzie twoja natura przenika się z moją. To szczególne miejsce, dla mnie zresztą też, chociaż o każdym innym mogę powiedzieć, że jest tak samo moje jak to. Ale właśnie tu możliwe było wyczucie znajomych drgań, które cię tworzą. Przyszłam sprawdzić ich… spójność ze mną i faktycznie to się potwierdza.

— Co chcesz w związku z tym zrobić? — Skra czujnie obserwowała wyraz twarzy kobiety, nie mając pewności, czy może pozwolić sobie na tak swobodny dialog.

— Istnieję od zawsze, a moja istota przenika wszystko. Nie widzę powodu, bym miała cokolwiek z tym robić. Pytanie brzmi raczej: co TY chcesz z tym zrobić?

— Eee, ale… ja nie bardzo cię rozumiem. — Postanowiła mówić jak najbardziej wprost, zdawała sobie bowiem sprawę, że ma do czynienia z kimś, kto prawdopodobnie postrzega świat zupełnie inaczej.

Kobieta milczała dłuższą chwilę, patrząc głęboko w oczy Skry.

— Spróbuję dać ci pewne zrozumienie, choć przyznaję, że rozmawianie z ludźmi, nawet naznaczonymi światłem, nigdy nie wychodziło mi najlepiej. — Zamyśliła się, dziecięcym gestem nawijając kosmyk włosów na palec. — Wśród przedstawicieli twojego gatunku trafiają się tacy, którzy zostają dotknięci miłością Tych-Którzy-Są. Jest to niezwykle rzadkie, ale jeśli już się zdarzy, wtedy to szczególne… — Zamyśliła się. — …uwrażliwienie przechodzi z pokolenia na pokolenie aż do wygaśnięcia linii danego rodu. Sprawia ono, że drgania, z których stworzone są wszystkie istoty ożywione, stają się u takiej osoby w pełni harmonijne z… hmm, w pewnym sensie ze mną. To odziedziczone przez ciebie naznaczenie powoduje, że… to tak, jakbyś była częścią mnie, moim fragmentem. Rozumiesz? — Jej lekko zmarszczone brwi sugerowały, że nie jest w pełni zadowolona ze swojego tłumaczenia.

— Szczerze mówiąc, Wszechmatko, to zupełnie nie. Wybacz mi, że nie jestem wystarczająco godnym słuchaczem, ale nic mi nie wiadomo ani o Tych-Którzy-Są, ani o drganiach, z których się mam składać. Poza tym musisz się chyba mylić, bo nie czuję się niczym szczególnie naznaczona, a moi rodzice to bardzo prości i zwykli ludzie i…

— Jesteś przede wszystkim bardzo młoda — przerwała jej — nawet jak na czas wyznaczany twojemu gatunkowi. Żeby wyczuć to, o czym mówię, musisz się bardzo wnikliwie wsłuchiwać w samą siebie, a to wymaga i umiejętności, i praktyki. — Bogini się podniosła. — Ale ta wiedza wcześniej czy później do ciebie dotrze, szczególnie że masz bardzo mądrego nauczyciela. — Uśmiech kobiety sugerował, że zna sytuację dziewczyny. Ale jak to możliwe? Czyżby obserwowała Najstarszego?

— Wybacz, że zapytam, ale czy masz na myśli kogoś konkretnego? — Skra była teraz równie zaintrygowana i zaskoczona, co przerażona.

— Drogie dziecko światła. — Jej uśmiech się pogłębił. — Ja wszystko wiem. Albo inaczej: mam dostęp do wszelkiej wiedzy, bo jestem strażniczką wszystkiego, co tworzy… świat, w którym żyjesz. — Zobaczywszy zagubienie na twarzy młodej Darzanki, bogini westchnęła. — Szkoda naszej rozmowy, to dla ciebie jeszcze nie czas na zrozumienie. — Machnęła zrezygnowana ręką, ale zaraz potem przybrała wyraz, jakby właśnie wpadła na dobry pomysł. — Jeśli chcesz, możemy jednak spróbować podejrzeć, do czego Twórcy cię przeznaczyli. — Uśmiechnęła się jak dziewczynka, która namawia drugą na wspólną psotę. — Chciałabyś wiedzieć więcej o tym, co cię czeka?

Skra przełknęła nerwowo ślinę. Pomyślała, że to z jednej strony retoryczne pytanie, bo któż nie połakomiłby się na taką okazję, ale z drugiej… czy to dobrze znać to, co nie jest naturalnym do poznania?

— A jeśli zechcę, co będę musiała zrobić?

— Zasadniczo nic, bo tylko ja mogę uzyskać dla ciebie te informacje. Przyznam, że sama jestem po prostu ciekawa, a obecność w tym osobliwym miejscu daje nam właśnie taką możliwość.

Dziewczyna kiwnęła niepewnie głową na znak gotowości. Kobieta wstała i dotknęła wskazującymi palcami obu skroni Skry, przymykając oczy. Odczucie przypominało spadanie w przepaść. W umyśle rozbłyskiwały szybko następujące po sobie obrazy i emocje. Pojawiały się i znikały w takim tempie, że nie dało się ich nie tylko zapamiętać, ale też w większości nawet dostatecznie rozpoznać, by zrozumieć, co dokładnie przedstawiają. Tak, jakby ktoś błyskawicznie obejrzał wszystkie czekające dziewczynę chwile. Jedyne, co umysł Skry zdołał odnotować wystarczająco trwale i wyraźnie, by mogła sobie to uświadomić, to niezwykłość spojrzenia jakiegoś młodego wojownika, jego silne emocje i własną nadspodziewanie intymną reakcję na jego bliskość. Obraz był intensywniejszy niż pozostałe, a ujrzane niesamowite, złotawe oczy z wąskimi pionowymi źrenicami niepokojąco fascynowały.

W pewnym momencie bogini gwałtownie oderwała palce i przycisnęła dłonie do sukni, zupełnie jakby się oparzyła. Na jej twarzy malowały się zdumienie i przerażenie.

— Dlaczego wy, istoty ze mnie, zawsze musicie tak gwałtownie transformować?! — Wyraz niesmaku i oburzenia na jej obliczu szybko przeszedł w głęboką troskę. Pogłaskała dziewczynę po głowie z zaskakującą jak na swój majestat czułością.

— Widziałam… zdaje mi się, że widziałam mężczyznę. — Skra niepewnie nazwała wrażenie, które jako jedyne pozostało w jej pamięci. — Smukły chłopak o nieludzkich oczach. Jego spojrzenie… czułam… — Odruchowo objęła się ramionami. — …straszny ból, rozpacz, strach, wszystko wkoło niego pogrążone było w takim okropnym cierpieniu… Czy to właśnie mnie czeka?

— Nadejdzie chwila, gdy odkryjesz, jak niezwykle jest dla ciebie ważny, ale on… przykro mi. — Kobieta przytuliła ją niespodziewanie w ludzkim geście współczucia. — Nie powinnam tego robić. To prawdopodobnie zmieni bieg wydarzeń, ale chcę ci coś ofiarować. To taki swoisty dar ode mnie. Staniesz się jeszcze bardziej spójna ze mną. Przejdziesz przez wyznaczony ci czas stabilniej. W ten sposób dotrzesz do swojego przeznaczenia mniej podatna na gwałtowność zdarzeń, które cię czekają po drodze.

Skra poczuła miliony drobnych igiełek, które przerodziły się w falę wszechogarniającego ciepła. Nie wiedziała, czy dziękować, a nawet czy w ogóle powinna coś mówić. Cudownie kojąca bliskość Wszechmatki nie była jednak w stanie stłumić niepokoju pozostałego po mentalnej podróży we własną przyszłość.

— A teraz już idź. Ci, którzy na ciebie liczą, martwią się twoją długą nieobecnością. — Kobieta lekko popchnęła zdezorientowaną Skrę w stronę błękitnej szczeliny, która niespodziewanie pojawiła się obok. — I zabierz ze sobą trochę więcej mojego mchu, może ci się jeszcze przydać. — Wymowne mrugnięcie bogini świadczyło o tym, że ma pełną świadomość, po co przyszła młoda szamanka.

Dziewczyna, wciąż nie wiedząc do końca, jak powinna się zachować, dygnęła jedynie, skłaniając głowę, i zanurzyła się w pulsującej poświacie. Po chwili znów znalazła się w podziemnym tunelu, koło skrzącego się srebrzyście mchu i szkieletów. Wprawdzie miała teraz mocno poplątane myśli, ale nie przeszkodziło jej to w uświadomieniu sobie, jaki los czekałby ją, gdyby nie łaskawość kobiety. Gdy tylko zniknął magicznie wiążący błogostan, nauczony dyscypliny umysł natychmiast wrócił do konkretów i celów. Głębsze zastanawianie się nad tym, czego właśnie doświadczyła, Skra odłożyła na później.

Podczas powrotu na powierzchnię nie atakowały jej wprawdzie już żadne iluzje, ale za to doskonale mogła odczuć różnicę we wspinaczce bez wspomagania eliksirem. To był koszmarnie wyczerpujący wysiłek, więc gdy ujrzała nad głową rozgwieżdżone niebo, odetchnęła pełną piersią. Dopiero teraz dotarło do niej, że właśnie wykonała zadanie. Nic już nie stanie jej na drodze, by zostać Szarim! Emocje wyrwane z długotrwałej koncentracji przyniosły gwałtowny przypływ łez. Łez szczęścia i niesamowitej ulgi. Stan, który niejednokrotnie próbowała sobie wyobrażać przez te siedem pustelniczych lat kieratu. Jest wolna! Wolna! Wolna!

Pozwoliła sobie na dłuższy czas rozkoszowania się nowymi uczuciami. Teraz nie musi się już śpieszyć — może spokojnie wędrować do Najstarszego z prawem wejścia do Sali Objawień, by ostatecznie dokonał się wybór koloru jej szat maga.

Coś kazało jej krzyknąć z radości na cały głos, aż echo potoczyło się po pobliskich zboczach.

Gdy chciała ruszać, z mroku nagle wyłonił się kształt. W mgnieniu oka przyjęła pozycję bojową z nożem łowcy w dłoni ukrytej za plecami.

— Spokojnie, dziewczyno. To ja, Tulan. — Znajomy, stonowany głos pozwolił jej się rozluźnić. Ale dlaczego mentor tropienia był tutaj?

— Wydawało mi się, że reguły ostatecznego przejścia kategorycznie zabraniają komukolwiek uczestniczyć w zadaniu kandydata.

— I od wieków ich przestrzegamy. — Szczupły, szpakowaty szaman postąpił kilka kroków i zaczął się jej bacznie przypatrywać. W jego postawie wyczuła skrywane napięcie i niepewność. — Ale jak wiesz, gdy minie tydzień ponad wyznaczony na zadanie czas, rozpoczynamy poszukiwania kandydata.

— Minęło przecież zaledwie pięć dni od chwili, gdy wyruszyłam z groty.

— Na Orin nie mamy problemów z mierzeniem upływu czasu. — Wzrok Tulana utkwił na mocno wypchanym zawiniątku przeznaczonym na zdobycz w zadaniu. — A gwoli ścisłości: dni minęło piętnaście, gdy widzieliśmy cię ostatni raz.

— Ale to niemożliwe… — W jej pamięci pojawiły się słowa wypowiedziane przez Wszechmatkę na koniec spotkania. Czyżby to wszystko wydarzyło się naprawdę? Ale jeśli nawet, to przecież jej rozmowa z tajemniczą boginią trwała ledwie chwilę…

— Czy udało ci się wykonać zadanie do końca?

Wzmożona czujność tropiciela, którą aż za dobrze nauczyła się przez te wszystkie lata rozpoznawać, udzielała się Skrze coraz mocniej. Gotowa do ewentualnej szybkiej reakcji, powoli odwinęła materiał, wyjęła spory fragment mchu i pokazała go na wyciągniętej dłoni. Srebrzysta poświata stanowiła fascynujący widok. Tulan odetchnął głęboko z ulgą, po czym uśmiechnął się lekko.

— Gratuluję. Przyznam szczerze, że choć bardzo cię polubiłem, nie stawiałem na twój sukces. Nie w tym zadaniu. A będąc jeszcze szczerszym: dziś po zachodzie księżyca planowałem wracać. Niejeden nie wyszedł już z czeluści.

— Dzięki za tak ogromną szczerość… — Dziewczyna schowała mech. — …jakże charakterystyczną dla całego uroczego Orin.

Tulan stanowił wyjątek wśród mentorów. Jego życzliwa i nad wyraz spokojna natura czyniła ich relacje bardzo przyjacielskimi. Przynajmniej jak na ogólne zwyczaje panujące na wyspie i stosunki między mentorami i uczniami.

Łowca znów lekko się uśmiechnął. Wyjął z podręcznej sakwy kawałek ciemnego chleba, korzeń dojrzalca, którym wzmacnia się osłabionych lub chorych, i podał to wszystko wraz z bukłakiem Skrze.

— Myślę, że jeszcze nie raz docenisz tę szczerość i zatęsknisz za nią. — Przypatrywał się, jak świeżo upieczona szamanka usiłuje zachować nonszalancję w jedzeniu, mimo że jej żołądek z całą mocą potwierdzał wersję ponadtygodniowego postu na dnie rozpadliny. — Zjedz spokojnie. Wiadomość o tobie dotarła właśnie do Najstarszego. — Tulan rozsiadł się w charakterystyczny dla siebie sposób ze skrzyżowanymi nogami. — Mam cię odprowadzić bezpośrednio do Sali Objawień.

— Ale skąd ta nadopiekuńczość? Jestem już duża. A poza tym dlaczego niby mamy zmieniać ustalony porządek rytuału? — Zachowanie tropiciela zaczynało ją niepokoić.

Tulan wzruszył ramionami z obojętną miną.

— To polecenie Najstarszego, ja je tylko wykonuję. Ale nie traktowałbym na twoim miejscu mojej obecności w drodze powrotnej jako jakiegokolwiek nietypowego przywileju.

— Jasne, na Orin istnieją tylko dyscyplina i jej kontrola. — Powoli docierała do niej radość, że wkrótce będzie mogła to tylko wspominać jak zły sen.

Kończyła posiłek w milczeniu. Ciepła, bezchmurna noc sprawiała, że umysł naturalnie się wyciszał. O ile o wielu zajęciach i prowadzących je mentorach wolałaby prędko zapomnieć, o tyle specyficzna atmosfera tego miejsca, pełna miłych zapachów i kojących zmysły dźwięków, była akurat czymś, co chciałaby utrwalić w pamięci na zawsze. Jako zaprzysiężona Szarim najprawdopodobniej nigdy już nie ujrzy wyspy.

— Tulan… — Zastanawiała się przez chwilę, na ile otwarcie może z mentorem rozmawiać o tym, co ją spotkało na dole. — Powiedz: ilu kandydatów dostało za zadanie przyniesienie mchu i wykonało je przede mną?

Noc wprawdzie była jasna, ale nie na tyle, by móc dokładnie ocenić wyraz twarzy tropiciela. Jego przedłużające się milczenie sugerowało jednak, że temat nie jest łatwy.

— Z tego, co wiem, zadania tego podjęło się tylko kilka osób, ale… — Mężczyzna zapatrzył się na wzgórza. — …z tego miejsca wrócili tylko Najstarszy i Rejwan. Straciliśmy tam paru dobrych, doświadczonych Szarim.

— Czyli chcesz przez to powiedzieć, że wszyscy pozostali kandydaci zginęli podczas takiej misji? — Skra poczuła suchość w ustach.

Tulan spojrzał jej w oczy z nietypową dla niego zadumą.

— To nie jest miejsce, do którego posyłano kiedykolwiek kandydatów.

— Nie rozumiem. Zatem… — Myśli, które pojawiły się w głowie dziewczyny, były trudne do zaakceptowania.

— Nikt nie rozumie niektórych motywów Najstarszego. Ale to dzięki niemu nasze plemię ma swoją historię. Posłał ciebie i właśnie ty wykonałaś to zadanie. Można by rzec: znów miał rację. Albo po prostu wie coś, czego nie wiesz ty. Ani ja.

Mentor wstał i położył rękę na jej ramieniu.

— Ruszajmy. Możemy pogadać po drodze, a i tak pewne sprawy powinnaś omówić wyłącznie z nim. Moim zadaniem było nauczyć cię sztuki tropienia jako podstawowej umiejętności łowcy. Oglądając dowody tego, czego dokonałaś przy wodopoju, uznaję swoje zadanie za dobrze wykonane. Sprawy magii zrodzonej przez samą naturę to nie moja działka.

III. Rytuał inicjacji Szarim

Sala Objawień była tak naprawdę przestronną grotą o regularnym, owalnym kształcie, z wysokim sklepieniem, z którego zawsze kapała woda, gromadząca się pośrodku pomieszczenia w formie symbolicznego jeziorka. Unikalną cechą tego miejsca była specyficzna akustyka. Monotonia plusku szybko przynosiła rozluźnienie. Idealne warunki do medytacji.

Skra otworzyła niewielką metalową szkatułkę przekazaną jej przez Tulana tuż przed wejściem. Patrzyła w zamyśleniu na cztery kolorowe drewniane kulki leżące na aksamitnej wyściółce. Intensywnie szkarłatna była od Rejwana, wielkiego obrońcy krainy Sid, w pewnych sytuacjach gwałtownego człowieka i nieprzejednanego wojownika. Magia tego koloru wiązała się z agresją, siłą, wpływem i niezłomną determinacją. Nie sądziła, by właśnie to był jej rodzaj magii, ale żaden kandydat nie mógł być pewien wyniku w Sali Objawień.

Ciemnozieloną włożył tu Wilko, główny łowczy ludu, zawsze będący autorytetem dla Tulana. Gdyby wybrał ją ten rodzaj magii, oznaczałoby to bliskość z naturą i umiejętność czerpania z jej źródeł. Dotknęła kulki, myśląc sobie, że odpowiadałby jej ten wybór.

Błękitna oznaczała silne związki z magią życia, ciałem i umysłem i to również mogłoby być jej bliskie. Ten kolor niechybnie pochodził od Frakira, mistrza uzdrowiciela, ale też mentora telepatii.

Jednak to ostatnia najbardziej odpowiadała profesji, którą Skra chciała zadeklarować Najstarszemu. Wściekły fiolet uznawany był za symbol magii jako takiej, reprezentował powiązanie z istotą magicznej mocy i zaklęciami utrwalonymi. Od dawna marzyła o samodzielnym tworzeniu zaklęć, a nawet własnych struktur magii. Wprawdzie dotychczas był to wyłączny przywilej Najstarszego, ale też nie istniał żaden zakaz uniemożliwiający przynajmniej próby podjęcia tej dyscypliny.

Rozebrała się do naga i zanurzyła powoli w sadzawce aż po pępek. Z rosnącym podekscytowaniem rozrzuciła wszystkie kulki wokół siebie i przymknęła oczy. Zgodnie z rytuałem Sali Objawień w zależności od tego, który rodzaj magicznej esencji zawartej w kulkach będzie najbliższy naturze i przeznaczeniu szamana, ten kolor przybierze woda. Każdy kandydat przynosił przed oblicze Najstarszego symboliczną karafkę zabarwionej wody, deklarując profesję, w której chciałby dalej się rozwijać i służyć ludowi.

Myśli dziewczyny przeskakiwały pomiędzy skojarzeniami czterech kolorów. Z jednej strony wiedziała, że woda zabarwia się prawie natychmiast, więc mogła już otworzyć oczy, by sprawdzić wybór, ale z drugiej blokował ją jakiś wewnętrzny lęk. „Czego ja się właściwie boję? Przecież wiem, że zaakceptuję każdy z rodzajów magii” — próbowała racjonalizować sprawę, ale wciąż nie otwierała oczu. „W najgorszym przypadku grozi mi magia walki, ale to przecież nie tragedia, a poza tym może wówczas mogłabym wybrać dyscyplinę obrony, pomagając innym unikać obrażeń”. W końcu dopuściła do świadomości myśl, która mogła stanowić źródło niepokoju. „Jest przecież jeszcze jedna możliwość. Czarny kolor to ten, który oznaczałby dla mnie… no właśnie, co by oznaczał?” Przypomniała sobie wszystko to, co usłyszała od swoich mentorów. Magia ciemności wybierała Darzan niezwykle rzadko, ale gdy tak się stawało, lud nie odrzucał również takiego daru. Obecnie wśród Darzan pełnił służbę tylko jeden mag czerni. Szaman Bragon odpowiadał za kultywowanie i zgłębianie czarnej magii pod osobistym nadzorem Najstarszego, by plemię nie było odcięte od tego rodzaju mocy, chociaż żaden z szamanów bez ciemnych szat nie miał prawa samodzielnie jej używać. „No cóż, musiałabym pewnie zostać takim samym samotnikiem jak Bragon”. Poczuła się nieswojo na myśl o życiu, w którym szacunek do szat szamańskich nie przeszkadzałby Darzanom milknąć w jej obecności i starać się uprzejmie, jednak jednoznacznie unikać jakichkolwiek kontaktów z nią.

Przełknęła ślinę. Otworzyła oczy z nadzieją na niezobaczenie mętnej czerni. Umysł potrzebował chwili, żeby zaakceptować szokujący fakt — zawartość sadzawki pozostawała krystalicznie przezroczysta. Zamrugała. „O co chodzi, na Jasność?!” W bezradnym odruchu zamieszała rękami wodę wokół siebie, ale ta wciąż pozostawała całkowicie bez koloru. Czuła rosnący strach i suchość w gardle. Wyłowiła dryfujące przy powierzchni kulki i przyjrzała się im wnikliwie. Każda miała na sobie delikatne wzory, swego rodzaju podpis poszczególnych mentorów, a więc nie mogło być mowy o pomyłce. Gorączkowo szukała interpretacji tej sytuacji, ale nic rozsądnego nie przychodziło jej do głowy. Próba w Sali Objawień od wieków dawała odpowiedź każdemu z kandydatów i nigdy nie słyszano o żadnym wyjątku. Skra miała świadomość, że jej czas w tym miejscu powoli się kończył i z tym czy innym kolorem wody musi wreszcie udać się na audiencję do Najstarszego. „Czy to możliwe, by mimo zaliczenia próby wszystkie rodzaje magii mnie odrzuciły? Czyżbym była z jakichś względów niegodna magii?” — coraz trwożniejsze myśli ściskały jej żołądek. Ale przecież nigdy tak się nie zdarzyło — kandydaci zawsze opuszczali to miejsce z jakimś kolorem. Nie miała pojęcia, co może dla niej oznaczać ten wynik, ale wiedziała, że nie może wiecznie tkwić w sadzawce.

Zesztywniałym ruchem podniosła karafkę i z nadzieją, że woda nabierze jakiegoś koloru, napełniła naczynie do połowy. Patrząc zrozpaczona na niezmienną przezroczystość cieczy, ubrała się. Gdy kładła dłoń na drzwiach do pomieszczeń Najstarszego, zdała sobie sprawę, że jej policzki są mokre od łez. A liczyła, że rozstała się z nimi na zawsze siedem lat temu…


Komnata Zaprzysiężeń, w której Najstarszy przyjmował kandydatów, nie była szczególnym miejscem. Mocno rozczarowywała jak na doniosłość chwili. Doniosłość przynajmniej dla samych młodych szamanów, dla których ten moment miał stanowić jeden z najważniejszych w życiu. Było to po prostu jedno z pomieszczeń Najstarszego, regularny, duży pokój, pośrodku którego stał spory okrągły stół bez nakrycia, z błyszczącym dębowym blatem. Jak widać, surowość wieloletniej nauki na wyspie Orin miała swoje odzwierciedlenie w równie surowym charakterze mało uroczystej ceremonii nowicjatu. Drzwi przeciwległe do tych, w których pojawiła się Skra, ozdabiał niepokojący ornament w formie srebrnych węży wijących się pośród runicznych znaków charakterystycznych dla starodawnej magii kontynentu, wyplenionej już na samym początku panowania rodu Ogromirów. To właśnie tędy wychodzili ci, którzy zostawali zaprzysiężeni. Na ścianach po obu stronach widniały ogromne malowidła przedstawiające mityczne sceny bitewne Wielkich Królów Rodu Krwi, ożywające w lekko migotliwym blasku kilkunastu świec. W powietrzu unosił się silny zapach kadzidła.

Spojrzenie Skry od razu wyłowiło ostrzegawczy sygnał — pod bocznymi ścianami, na wysokich krzesłach z rzeźbionymi oparciami, siedzieli mentorzy. Czterej właściciele drewnianych kulek, z których żadna niestety nie wskazała preferencji magicznej energii dziewczyny. Zwalisty Rejwan w szkarłatnej, obszernej bluzie, i tak opinającej się na jego potężnej piersi, z narzuconym czarnym kaftanem, miał skupiony wyraz twarzy. Lekko ściągnięte ku sobie gęste brwi ocieniały ostre spojrzenie. Chyba pierwszy raz nie widziała u niego żadnej broni. Obok siedział Frakir, wysoki i zasuszony, cały spowity błękitną szatą na modłę medyków. W jego obliczu nie odnalazła zwyczajowej łagodności, a jedynie zagadkowy dystans. Spojrzała w stronę szczupłego, żylastego Wilka, który jak zawsze w przedziwny sposób przywoływał skojarzenie z drapieżnym zwierzęciem pod ludzką postacią. Obok, najbardziej rozluźniony, siedział Tedor, mistrz magii — na współpracę z nim wcześniej najbardziej liczyła.

Biorąc pod uwagę zwyczaje rytuału ceremonii, nie powinno ich tu być. „A więc już wiedzieli” — pomyślała z rosnącą rezygnacją. A może wręcz spodziewali się jej fiaska? Przypomniała sobie szczere słowa Tulana przy Czeluści. Wzięła głęboki oddech. Może i nie została wybrana przez któryś z kolorów magii, ale w duszy w pełni czuła się prawdziwym Szarim z powołania i dlatego postanowiła zachować się tak, jak powinna — do końca z godnością. Ruszyła ku stołowi, za którym stał Najstarszy. Nie patrząc na niego, sztywno położyła na blacie zawiniątko z lśniącym mchem, a obok postawiła flakonik z miksturą kociej zwinności. Wygłosiła rytualną formułkę przygaszonym tonem, zastanawiając się nad jej sensem w odniesieniu do jej przypadku:

— Mistrzu mistrzów, oto owoce mojej nauki i pracy mentorów. Zadanie wyznaczone mi w teście ostatecznego przejścia wypełniłam całkiem samodzielnie, nie dopuszczając niczyjej pomocy, w oznaczonym terminie i zgodnie z pouczeniem. Przyjmij je jako mój dar dla krainy Sid, którym chciałabym otworzyć swoją drogę dozgonnej służby.

Zmusiła się, by spojrzeć na Najstarszego. Najwyższy rangą Szarim z pozoru mógłby uchodzić za rówieśnika niektórych mądrych. Człowiek średniej budowy ciała, o energicznych ruchach, szpakowatych włosach i siwiejącej brodzie wyglądał bardziej na kupca czy medyka niż odwiecznego przywódcę tajemniczego plemienia ze wzgórz. Jedynie w ciemnych oczach czaiła się otchłań czasu tworzącego pełną wyrzeczeń historię Darzan. Dziś Skra widziała w jego obliczu zachęcający spokój i wręcz przyjazność.

Najstarszy skłonił lekko głowę.

— A zatem czy jesteś gotowa złożyć przysięgę wobec światła, rodu i naszej krainy?

Przełknęła z wysiłkiem, wiedząc, że zbliża się moment, który będzie wracał w nocnych koszmarach.

— Tak, mistrzu mistrzów, świadomą wolą, czystym umysłem i radosnym sercem.

— Okaż zatem wybór, jaki przynosisz z Sali Objawień, byśmy poznali ścieżki twojej magii.

Mała karafka mieściła się prawie cała w dłoni, a Skra trzymała naczynie tak, że nie sposób było dostrzec zawartości. Teraz nie było już po co zwlekać. Postawiła szkło na blacie, czując palący wstyd. Z lewej strony usłyszała nagłe szuranie krzesła i dźwięk gwałtownego nabrania haustu powietrza, a z prawej — ciche westchnienie i ledwie słyszalny szept. Szybko otaksowała twarze mentorów. Takich min u nich jeszcze nie widziała. Rejwan wyglądał, jakby połknął żabę, zesztywniały Wilko wgapiał się w karafkę zahipnotyzowanym wzrokiem, jedynie Tedor zachował względny spokój, przygryzając nerwowo wargę. „Czyżby jednak nie wiedzieli?” — minimalna ulga zatrzepotała w jej umyśle. Popatrzyła na Najstarszego, zaciskając z napięcia pięści. Mistrz spokojnym gestem zachęcił ją do… kontynuacji ceremonii? Na jego ustach — i przysięgłaby, że także w oczach — błąkał się uśmieszek.

— Oto… magia… — Musiała przełknąć ślinę. — Oto magia, która dokonała wyboru mojej ścieżki — dokończyła formułkę. Serce waliło jej jak szalone, gdy obserwowała reakcję Najstarszego, ale ten niczym więcej nie zdradził, że widzi jakąkolwiek wyjątkowość sytuacji.

— Odpowiedz zatem przede mną. — Skierował ku dziewczynie otwarte dłonie, co zgodnie z rytuałem miało symbolizować włączanie jej energii do wspólnoty magii wszystkich Szarim. — Czy przysięgasz wierność Jasności, Rodowi Krwi pobłogosławionemu przez bogów przedwiecznych i krainie Sid?

— Przysięgam. — Jej myśli krążyły wokół budzącej się nadziei, której rozsądek wciąż nie chciał zaakceptować.

— Czy uznajesz zwierzchnictwo kręgu i decyzje zgromadzenia jako przejaw naszego przeznaczenia?

— Uznaję.

— Czy przyrzekasz wierność Wielkiej Przysiędze złożonej przez naszych przodków królom Rodu Krwi, nakładającej na Darzan obowiązek podtrzymania blokady magii, zakazu jej używania poza krainą Sid oraz usuwania wszelkich niepożądanych jej przejawów na całym kontynencie?

— Przyrzekam.

— A zatem kraina zyskała nowego strażnika, przewodnika i powiernika. — Najstarszy wydobył z szat niewielką bursztynową szkatułkę, obszedł stół i położył ją przed Skrą. — Bądź wierna słowom dnia dzisiejszego, Szarim, do ostatecznego swojego tchnienia życia, a także później.

Drżącymi dłońmi podniosła wieczko, wiedząc, że to, co otrzymuje od Najstarszego, jest jednoznaczne z jej zaprzysiężeniem. Wyjęła charakterystycznie złożony szeroki pas zwany elite, złożyła go na pół wzdłuż delikatnego szwu biegnącego przez całą długość i przewiązała się nim podwójnie, tak aby kieszonki wszyte w wybranych jego odcinkach pozostały ukryte przed wzrokiem. Ten symbol godności wykonany ze specjalnej niezniszczalnej tkaniny był stałym wyróżnikiem stroju Szarim. Szamani wkładali długie, luźne szaty podobne do tych noszonych przez królewskich kapłanów, tyle że bez kaptura, jedynie na oficjalne wydarzenia, takie jak zgromadzenia, śluby czy pogrzeby. Na co dzień wybierali najczęściej strój odpowiadający ich profesji i zadaniom. Jedynie pas elite jako znak rozpoznawczy musiał być noszony zawsze.

Skra ostrożnie wyjęła ze szkatułki jeszcze jeden przedmiot, zwany przez Darzan ke — prostokątną klamrę nieco mniejszą niż wnętrze jej dłoni. Lekko zakrzywiona powierzchnia metalu podzielona była po przekątnej płytkim wgłębieniem wyznaczającym dwa trójkątne pola — górne, wychodzące z lewego rogu, zawierające oznakowania zadeklarowanej dyscypliny, oraz dolne, pokazujące innym rangę Szarim. Przyjrzała się swojej ke. Pole profesji nie było puste, choć zwyczajowo umieszczano oznaczenia dopiero po zatwierdzeniu zadeklarowanej przez qi-szamana dyscypliny. W środku widniał okrągły czarny kamień połyskujący szkliście, identyczny z materiałem pokrywającym całą klamrę Najstarszego. Dolna część, zgodnie z regułami, miała pomarańczową barwę identyfikującą nowicjat qi-szamana. Zasadniczo szata szamana ograniczała się do elite spiętego ke.

Zapinając specjalnie zaprojektowane zatrzaski klamry, dziewczyna poczuła w oczach wilgoć. Zamrugała, by pozbyć się efektów wzruszenia.

— Wiedziałeś od początku? — Rejwan wycelował oskarżycielsko palec w stronę Najstarszego. — Czy właśnie dlatego nas tutaj wezwałeś?

Najstarszy uniósł dłoń gestem powstrzymującym dalsze słowa.

— Co wiedziałem, to wiedziałem, ale możecie być pewni, że brak koloru w karafce Skry stanowi dla mnie takie samo zaskoczenie jak dla was. I nie, nie z tego powodu was wezwałem. Mamy do poruszenia znacznie poważniejsze kwestie, ale skoro już jesteśmy w takim gronie, to zapraszam wszystkich na filiżankę herbaty, przy której omówimy potencjalne konsekwencje tej niecodzienności. — Uśmiech na jego twarzy zdradzał odrobinę złośliwości.

IV. Legenda Wieży Dwóch Światów

Siedząc przy jednym stole, już jako qi-szamanka, z największymi autorytetami plemienia Darzan, Skra czuła się niezręcznie i dziwnie, ale Najstarszy wskazał jej miejsce obok siebie. Prywatny pokój Najstarszego był znacznie przytulniejszym miejscem. Dziewczyna znała to pomieszczenie, kilka razy miała już okazję w nim przebywać. Finezyjne meble z polerowanego starodębu, podłoga z wąskich, ciemnych deszczułek ułożonych w ciasną jodełkę i szklane, matowe kasetony na suficie jarzące się delikatnym światłem o kolorze i natężeniu zależnym od nastroju maga tworzyły niepowtarzalny klimat. No i ten zapach świeżo zaparzonej herbaty, dziś w wersji z miętą i hibiskusem. Z drugiej strony taki intymno-herbaciany charakter jakoś nie pasował Skrze do ważkości tematów i dostojnego grona, ale cóż, na tyle znała już upodobania mistrza, by wiedzieć, że nie należy zwracać uwagi na jego nieco ekscentryczny sposób bycia.

Zastanawiała się nad całą sytuacją. Miała mętlik w głowie. Jak to się stało, że Najstarszy zaprzysiągł ją bez określonego rodzaju magii i że na jej ceremonii obecnych było czterech głównych Szarim? W dodatku zabrakło tej części, podczas której kandydaci otrzymywali nowe imię i deklarowali przynależność względem magicznej dyscypliny. Zupełnie też nie mogła zrozumieć, co robi czarny kamień na jej ke. Wszystko jednak schodziło na dalszy plan w obliczu dwóch przepełniających ją uczuć — ogromnej ulgi i szczęścia. Stało się. Spełniła marzenie swojego siedemnastoletniego życia — została Szarim!

Zapewne każdy z obecnych, nie mówiąc już o samej Skrze, niecierpliwie snuł domysły, ale dopóki rozmowy nie zaczął Najstarszy, wszyscy w ciszy rozkoszowali się herbatą, kruchymi ciasteczkami i spadziowym miodem.

— Zanim poruszymy tematy, dla których was zebrałem, chciałbym, żebyśmy zamknęli kwestię naszej świeżo upieczonej szamanki. Odkąd istnieje rytuał zaprzysiężenia, nie zdarzyło się, by magia źródła nie określiła charakteru obdarzonego mocą. Czy mógłbym każdego z was prosić o osobistą opinię, co o tym zdecydowało?

Mężczyźni nie kwapili się do wyrażania zdania, oglądali się jeden na drugiego, aż w końcu Rejwan chrząknął, prostując się w zbyt wąskim dla siebie oparciu.

— Po prawdzie nie przychodzi mi do głowy nic rozsądnego poza pomysłem zgoła niedorzecznym, a jednak… — Pokiwał głową, jakby nie mógł się z czymś pogodzić. — …stając w obliczu faktu, któremu zaprzeczyć się nie da, może… może jakimś wytłumaczeniem mogłoby być, że ta dziewczyna ma na tyle wielką moc wewnętrzną, że żadna z naszych esencji nie mogła się z nią scalić. — Rozłożył dłonie w geście rozterki.

Najstarszy przeniósł spojrzenie na pozostałych, ale Wilko i Frakir wzruszyli tylko ramionami, dając do zrozumienia, że nie mają żadnej sensownej hipotezy. Jedynie twarz Tedora stężała w zamyśleniu. Pochylił się do przodu, splatając dłonie.

— W istocie to mogłoby być przyczyną, ale podobnie jak Rejwan, mam poważne wątpliwości, czy tak wielka moc, nawet gdyby istniała u tak młodej osoby, umknęłaby naszemu rozpoznaniu w czasie tych siedmiu lat. Niewątpliwie, co zresztą kiedyś nam osobiście zasugerowałeś, Skra jest niezwykle uzdolnioną szamanką i jej moc robi wrażenie, ale… — Pokręcił głową. — Przychodzi mi natomiast do głowy inne wytłumaczenie i choć wydaje się równie mało prawdopodobne, to jednak nie niemożliwe, przynajmniej teoretycznie. — Tedor przeciągnął dłonią po krótkiej brodzie i cicho odchrząknął. — Biorąc pod uwagę założenia działania naszych esencji w Sali Objawień, mają one wskazać ten rodzaj energii qi, który w kandydacie jest po prostu silniejszy… w pewnym sensie którego rodzaju magii jego umysł produkuje choćby odrobinę więcej. Ale przecież czysto hipotetycznie albo przynajmniej w chwili testu mogłoby być ich wszystkich dokładnie tyle samo. — Spojrzał na pozostałych, unosząc brwi.

— A o ile więcej wystarczyłoby, by uaktywnił się kolor? — Frakir mocno zainteresował się koncepcją.

— O cokolwiek. — Mistrz magii przesunął bezwiednie dłonią po blacie stołu, jakby chciał zetrzeć niewidzialny kurz. — Zasadniczo nawet o jedno modulo.

— Ale szansa, że tak by się zdarzyło, jest praktycznie żadna. — Frakir odchylił się w krześle, zagryzając wargi. — No chyba że nie jest to przypadkowość. Że z jakiegoś konkretnego powodu esencje, których układ przecież nie jest nawet stały w czasie, akurat układałyby się w czystej równowadze.

— W teorii o magii taki stan nazywamy pełną spójnością z ea, czyli samą esencją świata, ale jest to pojęcie czysto teoretyczne, wykorzystywane jako swego rodzaju stała w obliczeniach i rozważaniach modelowych.

Zapadła cisza. Skra zerknęła dyskretnie na Najstarszego. Sprawiał wrażenie mocno zamyślonego. W końcu odwzajemnił jej spojrzenie. W jego oczach widziała przez ułamek sekundy coś na kształt przebłysku zrozumienia i… podziwu?

— Przychylam się do tego, na razie jedynie, założenia. — Najstarszy również pochylił się nad stołem. — Tedorze, cieszę się, że mamy w naszym gronie tak potężny umysł teoretyczny.

Mistrz magii skinął lekko głową w podziękowaniu za słowa uznania.

— To oczywiście nasza robocza interpretacja, którą będziemy jeszcze rozważać, ale na dziś musi nam wystarczyć do podejmowania decyzji. Przechodząc do pozostałych spraw: mam dla was kilka informacji.

Najwyższy Szarim wstał i zaczął przechadzać się w tę i z powrotem obok stołu, z rękami założonymi za plecami. „No i tyle całej ceremonii, na którą się czeka siedem bolesnych lat” — refleksja, która przeszła Skrze przez głowę, nie miała w sobie żadnej goryczy. Radość i ulga z faktu zaprzysiężenia chwilowo wypierały jakiekolwiek inne odczucia.

— Za tydzień mamy, jak wiecie, zgromadzenie. — Zatrzymał się i omiótł spojrzeniem siedzących. — Tym razem wezmę w nim udział.

Mentorzy poruszyli się zaskoczeni. Najstarszy niezwykle rzadko uczestniczył w zgromadzeniach, na których z reguły dyskutowano — i czasem decydowano — o sprawach bieżących plemienia, o nowych działaniach lub zaniechaniu starych, o większych sporach i konfliktach między klanami, a czasem także o problemach bardziej lokalnych, ale o ogólnym charakterze. Zwyczajowo prezentowani też byli nowo zaprzysiężeni qi-szamani. Mistrz lekceważąco podchodził do zgromadzeń. Miał w nich decydujący głos, ale często oceniał je jako „mielenie ozorami o niskim znaczeniu decyzyjnym”. Szarim byli do tego przyzwyczajeni, gdy więc Najstarszy pojawiał się osobiście, chociażby na wybranej części spotkania, zawsze wywoływał zaskoczenie, poruszenie i kuluarowe spekulacje.

— Ale na razie chciałbym, żebyście zatrzymali te informacje w waszym gronie.

Spojrzeli po sobie jeszcze bardziej zdumieni.

— A co takiego mamy w rozkładzie, żeby to aż tak przykuwało twoją uwagę, mistrzu? — Rejwan jak zawsze, zgodnie ze swoją porywczą naturą, nie czekał z domysłami.

Najstarszy uśmiechnął się tajemniczo.

— Między innymi chodzi o postulaty Karana, którego frakcja zdobywa coraz większe poparcie.

Rejwan machnął nonszalancko ręką.

— Mistrzu, dobrze wiesz, że niezależnie, jak skutecznie ten chłoptaś będzie podżegał przeciw Wielkiej Przysiędze, nic mu to nie da. Jesteśmy jej wierni od prawie czterystu lat. — Wojownik założył potężne ramiona na piersi, wzgardliwie wysuwając dolną wargę.

— Nie o to chodzi, mój przyjacielu. — Mistrz znowu zaczął chodzić po pokoju. — Chcę wykorzystać zapał Frakcji Białych do ustalenia szczegółów pewnych zdarzeń z przeszłości. — Stanął i zamyślił się nad czymś. — A poza tym myślę, że mocno nie doceniasz tego „chłoptasia”. Pamiętaj, że nie jesteśmy monarchią, tylko strukturą klanową. Ale jest też inna sprawa. Sprawa, którą wniesie na obrady czuwający.

Tym razem nawet Skra poruszyła się zaniepokojona.

— Mamy doniesienie o kolejnym tąpnięciu mocy na północnym wschodzie kontynentu. — Matowy ton głosu Najstarszego dobitnie świadczył o powadze zdarzenia.

— Jak duże? — zapytał Tedor prawie szeptem.

Mistrz popatrzył w zatroskane oblicze mentora magii.

— Niestety duże, bardzo duże.

— Na Jasność, to już trzecie tylko w tym cyklu. — Rejwan uderzył pięścią w dłoń, a na jego czole pojawiły się głębokie bruzdy zafrasowania.

— Musimy więc podjąć radykalne działania — mruknął do tej pory milczący Wilko.

— Tak. I dlatego będę potrzebował waszej pomocy podczas zgromadzenia. Również twojej, szamanko.

Skra o mały włos rozdziawiła usta ze zdziwienia. Powstrzymała się w ostatniej chwili.

Najstarszy podszedł do stołu, oparł dłonie o brzeg i dłuższą chwilę przyglądał się uważnie każdemu ze zgromadzonych. W powietrzu dało się wyczuć rosnące napięcie.

— Przyjaciele — zaczął tonem bardziej niż dotąd oficjalnym — obawiam się, że możemy stanąć w obliczu poważnego zagrożenia. Obawiam się też, że będzie to czas radykalnych decyzji. — Zwrócił się bezpośrednio do Skry: — Nie pytałem dotąd o twoje deklaracje dyscypliny. — Lekko westchnął. — I nie zapytam. Dołączysz do szamanów Orin. Jak już zauważyłaś, będziesz nosić białą szatę. Twoje imię, pod którym pozna cię świat, to… Winea.

Równie dobrze ktoś mógłby ją teraz zdzielić pałką w głowę. Ona szamanką Orin!? A więc resztę życia spędzi na tym przeklętym odludziu? I właściwie z czym związana jest biel szaty? Nigdy nie widziała takiego koloru elite. Będzie jak odszczepieniec, nawet tu. Dramatyczne myśli szalały w jej umyśle niczym gromy, niszcząc fundamenty jej dziecięcych marzeń. Wiedziała, że decyzje mistrza nie podlegają negocjacjom, mimo to nie potrafiła się powstrzymać przed jęknięciem:

— Ale ja nie mam doświadczenia, by uczyć kandydatów…

Najstarszy powstrzymał ją gestem dłoni.

— Nie takie będzie twoje zadanie. Od szkolenia adeptów mam mentorów, mądrych i wiedzących. Ty, Wineo, zostaniesz moim osobistym uczniem.

Nie miała pojęcia, co to tak naprawdę dla niej znaczy, w odróżnieniu od otaczających ją mentorów, którzy aż poruszyli się na swoich krzesłach. Potoczyła wzrokiem po ich twarzach, chcąc wyczytać z nich swój wyrok, zgodnie z którym miałaby zaakceptować przyszłość ograniczoną do tego skrawka świata. Wszyscy bez wyjątku wydawali się na równi osłupiali i poruszeni. Jedyną emocją, która mogła coś podpowiedzieć, był cień respektu i jakby zazdrości w twarzy Tedora.

— Wineo, przyjdź dziś wieczorem, po kolacji, do komnaty obok Sali Wiedzy. Omówimy twoje zadania. A teraz zostaw nas samych, proszę. Oczywiście nie muszę ci chyba mówić, jak ważne jest, aby wszystko to, czego byłaś świadkiem, nie wyszło poza nasze grono? — Najstarszy miał tendencję do ucinania ewentualnych dyskusji samym tonem wypowiedzi.

Wciąż zszokowana i zdezorientowana rozwojem wypadków, dziewczyna ukłoniła się sztywno zgromadzonym.

Gdy tylko wyszła bocznymi drzwiami, wiodącymi do pomieszczeń zajmowanych przez kandydatów, Frakir stwierdził stanowczo:

— Mistrzu, to imię… wybacz mi mój osobisty osąd twojej decyzji, ale to nie jest dobry wybór. Szarim zaczną szemrać, to pewne jak los mekona w potrzasku. Imiona pradawnych członków królewskiego Rodu Krwi nie powinny być ponownie używane. Nawet jeśli są to imiona z dalekiej przeszłości, część Szarim je rozpozna.

— A dodatkowo wyniesienie jej do pozycji twojego osobistego ucznia, gdy jest jeszcze siedemnastoletnią, zieloną jak szczypiorek qi-szamanką… — Rejwan pokręcił głową z dezaprobatą. — Relacje pośród szamanów ma z góry ustawione i nie zazdroszczę jej. Mimo całego zaszczytu, jakim jest zostanie twoim uczniem, rzecz jasna — dorzucił szybko.

— Cóż, jestem świadom tego, co ją czeka, ale uwierzcie mi, mam bardzo ważkie powody podjąć dokładnie takie decyzje. — Najstarszy przysiadł na krześle z lekką rezygnacją. — A co do imienia: ważniejsze jest dla mnie, na ile ono oddaje osobowość.

„I przeznaczenie” — dodał w myślach.

— Ale to też mi przypomina, że kolejną sprawą, dla której was tu wezwałem, jest właśnie Winea i rola, którą dla niej określiłem. — Powiódł skupionym wzrokiem po zebranych. — Ta szamanka będzie bardzo potrzebowała waszego wsparcia, przede wszystkim tego niewidocznego. — Dostrzegłszy pytające spojrzenia, kontynuował: — Potraktujcie to też jako moją prywatną prośbę. Osobiście przedstawię Wineę na zgromadzeniu jako nową qi-szamankę, ale też mojego ucznia. Oficjalnie będzie działać nad ulepszeniem spraw ustroju naszego społeczeństwa, prowadząc prace badawcze i historyczne. To da jej dostęp do sfer polityki, zbiorów wiedzy, ale też możliwość zadawania dowolnych pytań bez zbędnych podejrzeń, a nawet poruszania się po całym kontynencie. Chcę, o czym wiecie wyłącznie wy i parę wtajemniczonych osób, by zbadała naturę jednego z miejsc na północnym wschodzie.

— Czy to ma jakiś związek z tym ostatnim tąpnięciem? — spytał Tedor, upijając łyk chłodnej już herbaty.

— Możliwe. Ale wolałbym, żeby nie miało.

— Powiesz nam, o jakie miejsce chodzi, mistrzu? — Rejwan starał się mówić spokojnym tonem, ale widać było, że aż pali się do udziału w działaniach konspiracyjnych.

Najstarszy odchylił się na oparciu i przez chwilę obracał w dłoniach spodek razem z filiżanką. Zbierał myśli.

— Co wiecie o Wieży Dwóch Światów zwanej też Przejściem Królów lub Lustrzaną Komnatą?

Z oczywistych względów pierwszy odezwał się Tedor:

— To tylko legenda. Jedyne znane mi zapiski mówiące o tym mitycznym miejscu sugerują, że jest to swego rodzaju metateleporter dwukierunkowy, łączący Stary Kontynent Amadal z innym miejscem.

Najstarszy pokiwał głową potwierdzająco.

— Coś więcej? — Zachęcał wzrokiem pozostałych.

Tedor zmarszczył czoło, próbując odszukać w pamięci dodatkowe informacje.

— W jednej z pieśni mistycznych jest wzmianka o Przejściu Królów. To oczywiście poetycki tekst, ale wyraźnie z niego wynika, że skorzystać z tego teleportera może albo ktoś o niebywałej mocy, albo członek Rodu Krwi. Wieża miała być jednym z pobłogosławionych darów przekazanych ludziom przez bogów w czasach błogosławieństwa Ogromirów. Tak zwanym ósmym Wielkim Artefaktem. — Wzruszył ramionami.

— Czyżbyś, mistrzu, znalazł jakieś materiały potwierdzające istnienie tego miejsca? — Frakir żywo zainteresował się tematem, podobnie jak Tedor traktując odkrywanie źródeł i istoty magii jako swoją życiową pasję. Szczególnie jeśli w grę wchodziły telepatia i teleportacja, związane ściśle z właściwościami umysłu. — Czy Winea ma właśnie odnaleźć te materiały?

Najstarszy uśmiechnął się wymownie.

— Nie, nie chodzi o materiały o Wieży Dwóch Światów. — Odczekał chwilę, trzymając zebranych w napięciu. — Chodzi o samą Wieżę.

Zszokowani szamani z niedowierzaniem spoglądali to po sobie, to na Najstarszego.

— Chcesz nam powiedzieć, że odkryłeś Przejście Królów?! — Rejwan aż wstał z miejsca.

— Ale to by znaczyło, o ile dobrze zrozumiałem Tedora, że tym drugim miejscem, z którym miałby być połączony Stary Kontynent, jest… nasz. — Wilko myślał na głos. — A to z kolei otwiera nam… na Jasność… — Zamilkł, nie chcąc już dalej wymawiać swoich wniosków na głos.

— Czy zdajesz sobie sprawę, mistrzu, z konsekwencji takiego odkrycia? — Tedor wyglądał na wstrząśniętego. — Dlaczego posyłasz do sprawdzenia twoich przypuszczeń akurat Wineę, a nie na przykład nas czy innych doświadczonych szamanów? Przecież to wyprawa poza Sid, jej pierwsza, notabene.

— Spokojnie, spokojnie. — Najstarszy próbował gestem ostudzić coraz gorętsze emocje mężczyzn. — Zdaję sobie sprawę ze wszystkiego, co teraz przychodzi wam do głów. Opanujcie się. — Sam też wstał i znowu zaczął spacerować po pomieszczeniu. — Winea ma nie tylko odnaleźć Wieżę, ale też odkryć jej naturę. — Podszedł do jednego z regałów z mnóstwem zamykanych wnęk i wyjął wąską tubę używaną do przechowywania manuskryptów. — Tu macie swoje instrukcje oraz szkice map tamtych terenów. Winea potrzebuje najlepszego łowcy.

Wilko dał znak dłonią, że rozumie.

— A także wiernego sit, który będzie gotów oddać w jej obronie życie.

Rejwan potarł brodę, najwyraźniej wybierając w myślach wśród swoich ludzi odpowiedniego kandydata. Profesja osobistego ochroniarza nie była zbyt popularna wśród Szarim, a w randze sit, czyli zaprzysiężonego powiernika życia, miał jedynie trzech wojowników, łącznie spełniających kilka kryteriów sprawności i uzdolnień na poziomie mistrza: walka nożem, walka wręcz, szermierka wieloma rodzajami broni oraz zastawianie i rozbrajanie pułapek.

Gdy mentorzy pochylali się nad rozwiniętymi kartkami, Najstarszy kontynuował:

— Wszystko to muszą być też najbardziej zaufani ludzie, którym nic nie wymsknie się o naszych wciąż domysłach i planach. Zdajecie sobie chyba sprawę, co by się stało, gdyby te informacje dotarły teraz i w takiej formie do Szarim czy nawet kręgu.

— Kiedy Winea ma ruszyć? — Rejwan podniósł wzrok znad papieru.

— Po zgromadzeniu, bez zbędnej zwłoki.

— Nie odpowiedziałeś nam, mistrzu, dlaczego wysyłasz na tę misję akurat ją — przypomniał Frakir.

— Ach, cóż. Hipoteza o idealnej równowadze wszystkich esencji w umyśle Winei zwyciężyła. — Uśmiechnął się tajemniczo. — Zapewne tego nie wyczuliście, ale w trakcie testu ostatecznego przejścia w aurze Skry dokonała się subtelna, acz kluczowa zmiana. Ona jest inaczej… ukształtowana, niż była, gdy wychodziła stąd jako kandydat. Jej… jak to nazwałeś, Tedorze, spójność z ea?

Szaman potwierdził lekkim kiwnięciem głowy.

— No właśnie, więc jej spójność z magią natury jest teraz nie tylko pełna, ale też stabilna.

Tedor uniósł pytająco brwi.

— A nawet biorąc pod uwagę wyjątkowość tej cechy, jak to wpływa na wyznaczenie jej do tego zadania?

Najstarszy znowu przybrał lekko złośliwy uśmieszek.

— Ty mi to powiedz. Masz niecały tydzień, by przygotować Wineę do wykorzystania tej właśnie cechy w celu zdobycia informacji o Wieży.

Tedor aż prychnął, ale Najstarszy jak zwykle samym tonem wypowiedzi zamknął spotkanie.

— Wszystkie wasze bieżące obowiązki schodzą chwilowo na dalszy plan. Ta misja ma dla nas pierwszorzędne znaczenie.

Kiedy zbierali się do wyjścia, Najstarszy pomyślał gorzko: „Gdybyście wiedzieli, ile sam ryzykuję, wyznaczając ją do tego zadania…”.

V. Sala Wiedzy

Nie miała ochoty na spotykanie teraz kogokolwiek. A szczególnie Eliota. Nie żeby go nie lubiła, wręcz przeciwnie — darzyła go największą sympatią ze wszystkich kandydatów przebywających obecnie na wyspie Orin. Właściwie byli nawet przyjaciółmi, jednak chwilowo desperacko potrzebowała spokoju, aby przemyśleć sobie wszystko. A poza tym musiała się spakować. Nawet jeśli miałaby nadal przebywać na Orin, nie mogła już pozostawać w obszarze pomieszczeń kandydatów. Niestety, nie da się niepostrzeżenie dotrzeć do swojego pokoju, jeśli ktoś po prostu czeka pod twoimi drzwiami.

— Ho, ho, ho, widzę, że jakiś kandydat przebrał się za szamana. — Smukły młodzieniec z ciemną czupryną gwizdnął przeciągle. — I to, proszę, proszę, za… — Na widok podchodzącej dziewczyny Eliot rozdziawił usta. Wytrzeszczał oczy, patrząc to na jej twarz, to na pas.

— No cóż, nie myślałam, że mój niefart może mieć też pozytywne skutki. — Winea stanęła dwa kroki przed drzwiami i przyjęła swobodną pozę z założonymi na piersiach rękami, opierając się ramieniem o ścianę. — Ale okazuje się, że biały kolor elite niesamowicie oddziałuje na męczące przytyki nieopierzonych nowicjuszy. — Uśmiechnęła się lekko drwiąco. — Dałabym głowę, że blokuje im niektóre istotne zdolności myślowe i… jakoś tak dziwnie powoduje idiotyczny grymas na twarzy. — Sparodiowała minę chłopaka.

Eliot sapnął i zgrzytnął zębami, już szykując się do jakiejś kąśliwej riposty, ale ostatecznie uśmiechnął się i odpuścił. Przyjął za to lustrzaną pozycję naprzeciw Winei, próbując z kolei zmałpować typowo dziewczęcy sposób ułożenia sylwetki z lekko wypchniętym biodrem. Odwzajemniła uśmiech.

— Oj, Eliot, Eliot, nigdy nie dajesz za wygraną, co? — westchnęła zrezygnowana. — Wybacz, ale dzisiaj wyjątkowo nie mam nastroju na przekomarzania.

— A to nie dziś jakby jest ten dzień, na który czeka się siedem lat? Hmm, jakby ceremonia zaprzysiężenia czy jakoś tak? — Udawał, że próbuje sobie coś przypomnieć, po czym nagle spoważniał. — A po drugie nie „Eliot”, tylko „szamanie Kalen”, proszę.

— Też ładnie. — Dziewczyna spróbowała go wyminąć, pokazując, że to naprawdę nie jest dobry moment na zawracanie jej głowy.

— Hej, no daj spokój. — Zatrzymał ją, chwytając za ramię. — Przyszedłem ci tylko pogratulować — dodał z chytrym uśmieszkiem. — A wiesz, tylko dwie osoby postawiły na to, że dasz radę za pierwszym razem. Zgadnij, kto za chwilę stanie się szczęśliwym posiadaczem aż dwóch dodatkowych nowiutkich księżyców.

— Postawiłeś na mnie TYLKO dwa księżyce!? — Winea poczuła się dotknięta do żywego, chociaż akurat nie wysokością zakładu, tylko faktem, że większość obstawiała jej porażkę. Nagły impuls, który normalnie by zignorowała, zlał się ze wszystkimi emocjami kotłującymi się w niej już od dłuższego czasu, dotąd bez możliwości rozładowania. — O wy zgniłe śledzie! — wybuchnęła nieadekwatnie gwałtownie do sytuacji. — Idź i powiedz tej całej zgrai, że mają ci dopłacić trzykrotność, bo nie dość, że wykonałam zadanie, którego nawet nie ośmielono się dać innym kandydatom, to jeszcze zostałam szamanką Orin, z białym elite, którego nikt nigdy nie zakładał, a na ostatek mistrz mianował mnie swoim uczniem!

— Swoim uczniem? — Kalen znowu wybałuszył na nią oczy. — Ale przecież już nie jesteś uczniem, przecież zostałaś zaprzy…

— O S O B I S T Y M uczniem Najstarszego. — Winea zaakcentowała pierwsze słowo.

— Ale właściwie… co to znaczy? — Kalen drapał się po głowie i marszczył zabawnie brwi.

— A choćby to, że teraz jestem cholernie ważnym Szarim — kontynuowała, dając upust nagromadzonej frustracji. — Żałuj, że nie widziałeś min Rejwana i Tedora, gdy się dowiedzieli… — Dalsza wypowiedź utknęła jej w gardle. „Niech Mrok pożre moją głupotę i zbyt długi jęzor!” — nagła myśl chlasnęła jej świadomość parzącym biczem. „Szlag, szlag, szlag, ten pleciuga na pewno rozpowie wszystkim”.

— Kiedy by mieli się dowiedzieć? Przecież dopiero co wyszłaś z pomieszczeń Najstarszego. — Chłopak mierzył ją wzrokiem z rosnącym zaciekawieniem.

— Uch… — Winea wiedziała, że nie będzie teraz łatwo wykręcić się byle czym. Przed kim jak przed kim, ale na pewno nie przed Kalenem. — Słuchaj, mam za sobą naprawdę paskudne dni, bolesne spotkania z wkurzonymi lotardami i szokujące decyzje niektórych ludzi, które właśnie wywracają moje życie do góry nogami. Byłabym ci dozgonnie wdzięczna, gdybyś dał mi chociaż dojść do siebie.

Chłopak przygryzł wargę i kiwnął głową ze zrozumieniem.

— Zdradź przynajmniej, jaki rodzaj magii oznacza ten biały elite.

— A myślisz, że mam o tym jakiekolwiek pojęcie? — Wzruszyła ramionami. — Ale i tak nie mogłabym ci nic powiedzieć, bo Najstarszy nakazał zachować bezwzględne milczenie. Jak go znam, kazałby mnie obedrzeć ze skóry, gdybym coś pisnęła. Nawet sam fakt, że ci to teraz mówię, jest niebezpiecznym naciąganiem struny.

— Znaczy się duża sprawa. — Kalen mlasnął i się zamyślił. — A może chcesz, żebym przyłożył ucho tu i tam? No wiesz…

Energicznie zaprzeczyła.

— No to spotkamy się już po drugiej stronie — zakończył, patrząc na nią w ten swój charakterystyczny sposób, sprawiający, że zaczynała się zastanawiać, czy ich relacja to aby tylko przyjaźń.

— Tak, do zobaczenia po drugiej stronie — odrzekła równie ciepło utartym powiedzeniem kandydatów uzyskujących tytuł qi-szamana i otworzyła drzwi do swojej izby.

Gdy została sama, odetchnęła głęboko, próbując pozbierać w jakikolwiek porządek myśli i emocje.

Spojrzała na świetlik pokazujący na ścianie porę dnia. Niewielka plamka jasnego światła słonecznego, które szeregiem wąskich kanałów przewierconych przez skałę docierało do wyżłobionej sekwencji kresek, wskazywała dwie miary czasu do kolacji. Rozejrzała się. Skromny wystrój, niewielki stół z krzesłem, kilka wnęk na ubrania, proste drewniane łóżko, specjalny stelaż do ćwiczeń, mały stojak na broń. Poczuła delikatne ukłucie żalu. Rozstawała się z czymś, co tworzyło swego rodzaju dom przez prawie połowę jej życia, jakkolwiek pustelniczo by on wyglądał. Pomyślała, że „pakowanie się” to w tym przypadku zbyt wyniosłe pojęcie. Całość jej dobytku zmieści się w jednym niedużym worku podróżnym, a wrzucenie wszystkiego zajmie dosłownie chwilę. Teraz, gdy była już poza rygorem rytmu dnia wypełniającym szczelnie życie każdego z kandydatów, musiała zastanowić się sama, jak wykorzystać te ponad dwie godziny pozostałe do spotkania z Najstarszym. Jako qi-szamanka nie musiała też uczestniczyć w kolacji, z czego postanowiła skwapliwie skorzystać. „Zdaje się, że czeka mnie jeszcze tyle ochów i achów na widok koloru moich szat, że przesunięcie tego o jeden dzień bardzo mi się przyda”. Skrzywiła się na samo wyobrażenie tych setek spotkań z innymi Szarim, a być może nawet ze zwykłymi Darzanami, którzy będą wlepiać oczy w jej pas i robić durne miny. Przyszło jej na myśl, że chyba najrozsądniej będzie wstępnie zorientować się co do swojej nowej roli. Blefowała w rozmowie z Kalenem — tak naprawdę nie miała bladego pojęcia, co oznacza bycie uczniem Najstarszego.

Spakowała się szybko i ruszyła do Sali Wiedzy, w której zgromadzono wszelkie księgi, mapy i zwoje, a także specjalne podręczniki dla kandydatów. Usiadła przy jednym ze stolików, czekając, aż podejdzie do niej Keor — wiedzący opiekujący się zbiorami, bez którego zgody nie wolno było niczego przeglądać. Nawet Najstarszy, gdy potrzebował jakiegoś egzemplarza, zawsze prosił Keora o konkretny tytuł lub propozycję pozycji mogącej zawierać interesujące informacje. Lubiła specyficzną woń tego miejsca, której nie mogła porównać z żadną inną. Czasem nawet, gdy nikt nie widział, wąchała pergamin i skórzane okładki ksiąg. Jak na podziemne pomieszczenie Sala Wiedzy była bardzo jasno oświetlona ciepłym blaskiem sufitowych kasetonów, podobnych jak w pomieszczeniach Najstarszego, tyle że jaśniejszych.

Łysy szaman zjawił się po chwili. Spojrzał pytająco na dziewczynę, marszcząc brwi na widok pasa i klamry.

— Czego potrzebujesz, Szarim? — spytał rutynowo, chociaż jego oczy nie odklejały się od elite Winei.

— Witaj, wiedz… Witaj, Keorze — poprawiła się. — Czy mógłbyś, proszę, podpowiedzieć mi, gdzie znalazłabym jakieś informacje o… — Zastanowiła się przez chwilę, jak to określić. — …byciu uczniem Najstarszego?

Wiedzący otworzył szerzej oczy, po czym znów skupił wzrok, tym razem na ke Winei. Jego poorana zmarszczkami twarz wyrażała szybkie kojarzenie faktów, a następnie pogłębiające się zdumienie. Milczał pogrążony w zamyśleniu.

— Przyniosę ci zaraz jedną czy dwie pozycje.

Podreptał między wysokie regały ciągnące się szeregiem w dodatkowych korytarzach przyległych do sali. Gdy wrócił, niósł aż trzy różnej wielkości księgi, a pod pachą — tubę na manuskrypty.

— Pomyślałem sobie… Szarim…

Uświadomiła sobie, że wiedzący nie używa jej nowego imienia, bo się nim nie przedstawiła, a zgodnie ze zwyczajem, zobaczywszy nowicjat, nie chce jej urazić, posługując się starym. Przeklęła się w duchu za swój brak taktu.

— …że może cię zainteresować też nieco informacji o regułach sprawowania władzy w Sid.

„O sprawowaniu władzy w Sid? A do czego mi ta wiedza?” Zupełnie nie potrafiła sobie wyobrazić jakiegokolwiek sensownego kontekstu. Wzruszyła ramionami.

— Keorze… Wybacz, nie przedstawiłam ci mojego imienia. — Poczuła skrępowanie, bo przecież znała go bardzo dobrze i nawet lubiła mimo jego chłodnego dystansu. — Otrzymałam na ceremonii imię Winea.

Stary szaman po raz trzeci okazał zadziwienie. Tym razem oczy niemal wychodziły mu z orbit — otwierał je bardziej i bardziej, trawiąc to, co usłyszał. Przez chwilę wydawało się nawet, że otworzy też usta, co byłoby pewnie miną stulecia w jego przypadku.

— Keorze… Czy powinnam wiedzieć coś na temat mojego imienia Szarim? — Zaczynała się niepokoić, że istnieje jeszcze jeden powód stania się największym dziwadłem w plemieniu.

— Eee… Wineo. — Starzec pocierał dziwnie nerwowo swoją łysinę. — Twoje imię… hmmm… Może usiądźmy.

Opadł na jedno z krzeseł. Badawczo jej się przyglądał.

— Nie rozumiem niektórych decyzji mistrza — zaczął, jakby mówił sam do siebie. — Nie nadaje się nikomu imienia, które nosił już ktoś pobłogosławiony. — Zobaczywszy brak zrozumienia i niepokój u Winei, odchrząknął, wyraźnie szykując się do dłuższej opowieści. — To imię jednej z królowych Rodu Krwi. To oczywiście zamierzchła przeszłość, jeszcze gdy ród panował wyłącznie na Amadal, czyli Starym Kontynencie. Winea jest dość… hmmm… tragiczną postacią w historii dynastii. Edward Szarowłosy miał trzech synów. Jak wiesz, pierwszeństwo przejścia próby uświęcenia na tronie mocy i odziedziczenia władzy miał najstarszy, ale, jak to często w dziejach bywa, pozostali pretendenci mieli własne ambicje i nie czekali biernie na rozwój wydarzeń. Po śmierci Edwarda Dargbor, najmłodszy z synów, sprowokował pojedynek starszych braci na tyle skutecznie, że obaj jego konkurenci zmarli z powodu odniesionych ran. Istnieje nawet domniemanie, że osobiście pomógł im w przejściu do chwały Jasności. Jak się później okazało, od jakiegoś czasu pozostawał pod wpływem jednego z bóstw mroku i gdy jako jedyny królewski potomek zasiadł na tronie mocy, ten mistyczny artefakt zamiast uświęcić, prawie spalił go żywcem. Prawdopodobnie to samo bóstwo, które skaziło błogosławioną krew, ocaliło go, pomagając przetrwać straszliwe oparzenia, chociaż świadkowie, którzy mieli później okazję ujrzeć Dargbora, mówili, że jego ciało pozostało strawione i nigdy się nie zagoiło.

— A jak pojawiła się w tym Winea, skoro nie było żadnego następcy Krwi? — rzuciła pytanie, wykorzystując pauzę Keora.

— Ano, właśnie. Na Starym Kontynencie, jak zresztą powinnaś wiedzieć z moich nauk, przerwanie ciągłości panowania Rodu Krwi oznaczałoby wojny i chaos. Zbyt wiele innych ras ma w naturze krwawą ekspansję. Ponieważ starsi bracia zginęli bezpotomnie, najbliższe otoczenie króla podjęło szeroko zakrojone poszukiwania domniemanej córki Dargbora z nieślubnego łoża, bazując jedynie na zasłyszanej pogłosce o jej istnieniu. Wszystkie dziewczynki, na które padło podejrzenie, że mogą być potomstwem królewicza, poddawano próbie uświęcenia.

— Ale przecież… na Jasność, wszystkie te nieprawdziwe musiały podobnie spłonąć! — Winea była przerażona. Starzec pokiwał tylko smętnie głową.

— Owszem. Nazwano nawet ten akt rozpaczliwego okrucieństwa próbą siedmiorga. W końcu, po wielu miesiącach inwigilacji i sprawdzania różnych tropów, daleko na północy, na bagnach, odnaleziono jeszcze jedną kilkunastoletnią kandydatkę. Mimo oporów jej i jej matki zabrano dziewczynkę do stolicy. Tron uświęcił ją, obdarzając mocą Rodu Krwi, ale tu kończą się dobre informacje.

— Tak jakby śmierć królewskich synów, obłęd jedynego następcy, spalenie siedmiorga niewinnych dzieci i odebranie matce niczego nieświadomej córki były dobrymi informacjami. — Winea westchnęła, czując już nadchodzące kłopoty związane z jej imieniem.

Keor milczał, dobierając w myślach słowa.

— Skoro tak to widzisz, pominę zatem komentarz o reakcji arystokracji i samego ludu na wieść o tym, że ich władcą ma zostać nastoletnia dziewczynka, dziki, niewykształcony bękart człowieka skażonego mrokiem, a także mieszaniec półkrwi.

Teraz z kolei szamanka wytrzeszczyła oczy.

— Mieszaniec? A z kim była zmie… znaczy spokrewniona? — Czuła suchość w gardle.

— Hmm, nie wiem, czy forma „z kim” jest tu odpowiednia. — Starzec oparł się o stolik, ściszając nieco głos. — W jej żyłach płynęła krew Arrakinów, choć ponoć wygląd jej matki wskazywał, że ona sama też była mieszańcem.

— Na tronie Rodu Krwi zasiadała kiedyś pół-Arrakinka?! — Winea nie mogła uwierzyć własnym uszom.

Szaman wzruszył tylko ramionami.

— W ramach twojej edukacji historycznej nie było miejsca na takie szczegóły. Tak czy inaczej, najgorsze było co innego. — Nieznacznie poprawił się na krześle. — Jej ojciec, który wówczas przyjął już pod wpływem mroku imię Semael, na wieść o tym, że na tronie zasiadła jego córka, wpadł w straszliwy gniew. Wykorzystując czarną magię, podjął próbę zgładzenia wtedy już Winei, ale, jak można przeczytać w kronikach, ostatecznie nie był w stanie zabić własnego dziecka. Nigdy nie dowiemy się, czy chodziło o to, że nie mógł się na to zdobyć, czy po prostu uświęcona młoda królowa posiadała już moc zdolną oprzeć się jego magii. W każdym razie rzucił na nią przewrotnie okrutną klątwę. Każdy mężczyzna, którego dopuści do swego łoża, miał zginąć w przeraźliwych męczarniach.

— Jak on wymyślił coś tak… — Szamanka szukała odpowiedniego słowa, ale nie znalazła niczego satysfakcjonującego. — No i jak udało mu się osadzić takie zaklęcie w czasie w otoczeniu kogoś pobłogosławionego?

Keor wzruszył ramionami.

— Nie sposób dziś ustalić, na ile to faktycznie była prawdziwa klątwa, a na ile tylko złowróżbna obietnica, jednak rezultat był zgodny z zamiarami Semaela: wszyscy kochankowie jego córki bardzo szybko ginęli w budzących grozę okolicznościach.

— Uch. — Winea czuła, jak robi jej się gorąco. — Czy ta wiedza jest znana innym Szarim? — zapytała, ale nie liczyła zbytnio na zaprzeczenie.

— No cóż. — Wiedzący popatrzył na nią ze współczuciem. — Obawiam się, że niektórzy starsi dość dobrze znają historię Amadal, przynajmniej na poziomie podstawowych faktów. Mogą też znać romantyczny wątek losów królowej. — Ujrzawszy pytające spojrzenie dziewczyny, niepewnie kontynuował: — W jej otoczeniu pojawił się mężczyzna, który okazał się wielką miłością monarchini, zresztą odwzajemnioną. Trestin, dowódca stołecznego garnizonu w Oroburku, bo o nim tu mowa, przez wiele lat był nieskonsumowanym kochankiem, ale gdy królowa dobiegała wieku, w którym kończył się jej czas możliwości pozostawienia potomka, postanowił położyć na szali swoje życie i sprawił, że stała się brzemienną. Ktoś zamurował go w bloku zaprawy używanej do wzmacniania zewnętrznych fragmentów fortyfikacji w taki sposób, że musiał jeszcze długo żyć, bo cała powierzchnia muru pokryta była licznymi śladami krwi. Po narodzinach dziecka, kolejnego dziedzica Rodu Krwi, Winea rozkazała postawić przy jednej z baszt Oroburka makabryczny pomnik. Sylwetka Trestina została wyrzeźbiona z tego samego bloku, w którym został uwięziony, i to tak, by zachować jak najwięcej krwawych nacieków.

Zesztywniała szamanka przełknęła głośno ślinę wpatrzona tępo w blat stolika. Keor chrząknął tylko, wymownie poklepał przyniesione księgi, ostrożnie wstał i oddalił się, by dziewczyna mogła w spokoju przetrawić usłyszaną historię.

„Dlaczego Najstarszy wybrał dla mnie takie imię?” — żaden sensowny powód nie przychodził jej do głowy. „Biorąc pod uwagę kolor szat i to feralne imię, może i lepiej, że moja przyszłość będzie związana z Orin. Mniej kontaktów z ludźmi, mniej trudnych sytuacji” — próbowała oswoić się z gorzkimi myślami.

W końcu wyuczona samokontrola skierowała jej uwagę na księgi. „Negatywne emocje biorą się z negatywnych myśli, a myśli można zmienić na inne, wystarczą decyzja i chwila koncentracji na czymś innym, co jest dla ciebie istotne” — cytaty z wpajanych latami nauk pojawiały się w jej umyśle automatycznie. Otworzyła grube tomisko w mocno wysłużonej skórzanej oprawie — Dzieje władzy plemion darzańskich. Chwilkę zajęło jej znalezienie ustępów odnoszących się do terminu „uczeń najwyższego mistrza”. Nie napisano na ten temat wiele, ale przekaz był dość jednoznaczny: pozycję ucznia Najstarszego przewidziano i zasadniczo zarezerwowano dla… jego potencjalnego następcy!

„Na Jasność i

Światło! Czyżby mistrz planował…? Ale to bez sensu. Jestem zwykłą córką…” Nagle przypomniała sobie słowa Wszechmatki. Powoli zaczynało docierać do niej znaczenie sygnałów, które dotąd wprawdzie ją dziwiły, ale którymi nie zaprzątała sobie głowy. Zaproszenie na jej ceremonię czterech głównych mentorów, włączenie jej do grona szamanów Orin, uznanie i może nawet nutka zazdrości w oczach Tedora, dobór ksiąg przez Keora… Zagryzła wargi strapiona, próbując to sobie jakoś ułożyć. Z zamyślenia wyrwał ją gong oznaczający porę kolacji. Westchnęła i wysłała ostrożną myśl wiedzącemu. Zjawił się wkrótce.

— Keorze… — zaczęła ostrożnie. — Trochę jestem dziś skołowana i… dużo tych informacji w przyniesionych przez ciebie pozycjach. Czy możesz mi zapamiętać tytuły, bym mogła jeszcze później to postudiować?

— Oczywiście. — Wiedzący delikatnie skłonił głowę. — Idź na kolację, a po niej znów się spotkamy. — Dostrzegłszy jej zaskoczenie, dokończył szybko: — Mistrz powiedział, że macie obok spotkanie i że mam do was dołączyć.

Winea skrzywiła się kwaśno.

— Nie jestem dziś głodna. — Pozwoliła sobie na małe kłamstwo. — Usiądę tam od razu i zaczekam.

— Aha.

Keor rozejrzał się zupełnie tak, jakby przed chwilą coś przerwał i teraz chciał do tego wrócić.

— Mam jeszcze jedno pytanie — podjęła Winea nieśmiało, nie wiedząc, czy temat, który planowała poruszyć, nie należy czasem do tabu w gronie Szarim. — Czy możesz mi wyjawić… jak stary jest nasz mistrz? Czy wolno mi to wiedzieć? — Spojrzała uważnie w oczy szamana.

— Hmmm. — Wiedzący potarł dłonią brodę. — Nie jest to tajna wiedza, chociaż też nie jest powszechnie dostępna. Ale tobie mogę ją przekazać. — Odwzajemnił spojrzenie. — Nikt nie zna jego dokładnego wieku, ale jedno jest pewne: kiedy przypłynął tu z wyprawą nadziei, był jeszcze młodzieńcem.

Winea otworzyła oczy ze zdumienia.

— Mistrz przypłynął tu z flotyllą osadniczą Grywora Wysokiego?! Ale to by znaczyło, że ma co najmniej czterysta lat! — Położyła z wrażenia dłoń na czole. — I że był świadkiem składania Wielkiej Przysięgi przez pierwszych Darzan!

— Nie tylko byłem świadkiem.

Oboje drgnęli na dźwięk słów Najstarszego, który niespodziewanie pojawił się tuż obok. Na jego twarzy błąkał się tajemniczy uśmieszek.

— Byłem również jej sygnatariuszem.

Bawiła go konsternacja młodej qi-szamanki.

— No dobrze, skoro już jesteśmy w tym gronie, załatwmy szybko najpilniejsze sprawy. — Skinął dłonią na drzwi pomieszczenia przylegającego do Sali Wiedzy.

Gdy usiedli przy stoliku połączonym z jednym z regałów, przeszedł od razu do sedna.

— Keorze, chciałbym, abyś w ramach swych obowiązków znalazł możliwie dużo czasu, by przekazać Winei informacje o Starym Kontynencie. Mam tu na myśli wszelką wiedzę, która pozwoli jej zrozumieć, jak funkcjonowało królestwo w dawnych czasach, przed ostatecznym rozłamem.

Wiedzący potarł łysinę.

— Bez mała czwarta część naszych zbiorów dotyczy tego typu informacji. Myślę, że zapoznanie się z generaliami może dokonać się do przyszłej wiosny, a potem…

— Mam tu bardziej na myśli niecały tydzień, przyjacielu. — Mistrz zabębnił palcami po blacie. — Dwa tuziny ostatnich dynastii, ich koligacje, ich losy w dużym skrócie, mapy kontynentu z zaznaczonymi wpływami i ich zmianami na przestrzeni ostatniego wieku przed rozłamem, specyfika wszystkich głównych ras, najważniejsze wydarzenia, nazwiska, nazwy miast i istotnych miejsc. Polityka na tyle, na ile da się to uogólnić. No i struktura magii, ale to pewnie oczywiste.

Winei wydało się, że widzi w mistrzu brzemię tych setek lat.

— Uch. — Wiedzący kiwał głową i kręcił się nerwowo na krześle. — To raczej Sala Wiedzy będzie nieczynna przez tydzień.

— Zamieść na drzwiach informację, że robisz porządki pod inspekcję kręgu.

Keor skrzywił się na żart Najstarszego, ale potwierdził skinieniem głowy.

— Postaram się wyselekcjonować odpowiednie fragmenty i dopowiadać resztę. Dużo jednak zależy od samej Winei.

— O jej motywację się nie martw, będzie z pewnością bardzo wysoka. — Najstarszy nawet nie spojrzał w jej stronę, wstając od stolika. — Będziesz też objęty klauzulą milczenia w tej sprawie. Plotki na temat naszego nowego Szarim mają już obecnie na czym się skupić i niech tak pozostanie.

Zerknął na swojego ucznia, po czym dał znak Keorowi, że to wszystko. Łysy szaman skłonił się lekko Winei i wyszedł. Dziewczyna zdążyła jeszcze uchwycić czające się w jego oczach współczucie.

VI. Pierwsza misja

Gdy tylko zostali sami, arcymistrz westchnął ciężko i opadł na krzesło. Milczeli przez dłuższą chwilę, aż Najstarszy niespodziewanie przymknął oczy. Winea poczuła wokół gwałtowny skok natężenia magii. Odruchowo skupiła się na identyfikacji rodzaju zaklęcia. To była bariera dźwięku, ale nie taka, jaką wytwarzała wielokrotnie na ćwiczeniach. Ta musiała być potężna, bo dziewczyna czuła się wręcz otoczona zewsząd drganiami. Musiała przełknąć ślinę z powodu powstałego ciśnienia, by odetkać uszy. Doskonale wiedziała, jak dużej koncentracji i mocy wymaga takie działanie. Przyjrzała się swojemu mistrzowi. Rozluźnił się, odchrząknął i jak gdyby nigdy nic wstał i zaczął po swojemu chodzić tam i z powrotem z założonymi na plecach rękami. Wiedziała oczywiście, że jest najpotężniejszym z żyjących magów, ale gdyby ktoś chciał na niej zrobić wrażenie, to właśnie takim pokazem udałoby mu się to z całą pewnością.

— Wineo — przemówił w końcu — jesteś szczególną osobą. I szczególnym Szarim. — Rzucił na nią przelotne spojrzenie. — I dlatego przewidziałem dla ciebie wyjątkową rolę i wyjątkowe zadania. Ale zanim przedstawię ci wszystko, powiedz mi jedno.

Stanął i skupił na niej wnikliwe spojrzenie.

— Spotkałaś ją tam? W Czeluści Bez Dna?

Od razu zorientowała się, o kogo mu chodzi. „A więc wiedział. Ale skąd?” Zrelacjonowała w skrócie przebieg drugiej części swojego testu przejścia, pomijając jedynie próbę zajrzenia w swoją przyszłość. Najstarszy słuchał w skupieniu, nie zadając żadnych pytań. Gdy skończyła, znów zaczął chodzić w zamyśleniu.

— Mistrzu… — Nie wiedziała, na ile ich obecna relacja upoważnia ją do stawiania pytań, których wcześniej by nie zadała. — …kim jest ta cała Wszechmatka?

— Raczej „czym”. — Starzec odpowiadał spokojnym głosem, trochę jakby mówił sam do siebie. — To swoisty byt obdarzony inteligencją, ale myślący i odczuwający zupełnie inaczej niż my. — Uśmiechnął się w sposób świadczący o tym, że właśnie coś sobie uświadomił. — Ale jak na byt czysto duchowy zachowuje się niczym zwykła kobieta. Nie sądzisz? — Spojrzał na Wineę z nieznaczną ironią w oczach.

„Hmmm, właściwie to zachowywała się zupełnie jak człowiek” — pomyślała. Nie miała wprawdzie porównania z kobietami o tak władczej osobowości, jednak wspominała to zdarzenie jak spotkanie z kimś fizycznym, a nie eterycznym.

— Co myślisz o tym wszystkim, czego doświadczyłaś w ostatnich dniach? — Najstarszy zmienił temat.

— Eee… — Potarła dłonią czoło, próbując sklecić jakąś rozsądną odpowiedź. — Właściwie to mam w głowie jeden wielki mętlik i usilnie próbuję to sobie jakoś uporządkować. No i oswoić się z… z tym, co mnie czeka. — Spojrzała na Najstarszego, sondując jego intencje. — Szczerze mówiąc, jeszcze tydzień temu po prostu wyobrażałam sobie swoje życie jako Szarim z plemienia Quaistas. I tyle. Zwykły los Szarim pośród swoich, może jako uzdrowicielka lub łowca. Myślałam też, by… zajmować się trochę strukturą magii. — Przyznawszy się do profesji, którą chciała zadeklarować na ceremonii, poczuła rumieniec na twarzy.

— Przykro mi, że musiałem zniweczyć twoje plany. — Mistrz położył jej delikatnie dłoń na ramieniu w wyrazie współczucia.

Nie myślała, że podobny gest jest w ogóle możliwy u tego człowieka. Najstarszy może i nie był agresywny czy nieżyczliwy, ale z drugiej strony szalenie serdeczny też nie. Postrzegała go raczej, podobnie jak większość, jako mistycznego przywódcę — stanowczego, niezłomnego, nietolerującego podważania jego decyzji. No i bardzo wymagającego nauczyciela.

— Nie jest moim celem cię straszyć. — Kontynuował to swoje chodzenie od ściany do ściany. — Bynajmniej. Ale twoje przeznaczenie, przynajmniej na tyle, na ile ja jestem w stanie to ocenić i wręcz sprowokować, jest zgoła inne niż zwykłe życie Szarim. Musisz zacząć przyzwyczajać się do wielu… trudnych sytuacji i… — Spojrzał na nią z podobnym wyrazem jak Keor. — …jeszcze trudniejszych wyrzeczeń.

— Wyrzeczenia są chlebem powszednim obdarzonych. — Zaryzykowała wejście mu w słowo, ale on od razu energicznie zaprzeczył.

— Nie, nie takich wyrzeczeń. — Zatrzymał się i spojrzał jej głęboko w oczy. — Wineo, najprawdopodobniej całe twoje życie będzie jednym wielkim wyrzeczeniem i ogromną odpowiedzialnością. A przynajmniej powinnaś być na to przygotowana.

Poczuła się nieswojo pod wypływem tonu i siły wypowiedzi.

— Ale na zrozumienie przyjdzie jeszcze czas — westchnął, a dziewczyna przypomniała sobie podobne słowa Wszechmatki. — Na razie skupmy się na twoich najbliższych zadaniach. Zacznę od Zgromadzenia Starszych, które nas czeka już za siedem dni. Samo zgromadzenie, jak to zgromadzenie, będzie niechybnie nudne. — Najstarszy aż się skrzywił. — Ale chcę, by dla ciebie był to czas wytężonej obserwacji i analizy. Dużo ważniejsze od zorientowania się w samym protokole i zasadach tych rytualnych spotkań jest dla mnie, abyś zobaczyła na nim prawdziwych ludzi. — Zatrzymał się i zapatrzył w jakiś odległy punkt. — Chcę, mój uczniu, byś NAPRAWDĘ zobaczyła tam ludzi wraz z ich emocjami, osobowościami, ukrytymi marzeniami, pragnieniami i lękami. — Spojrzał w jej kierunku, unosząc brwi. — Rozumiesz, co mam na myśli?

Winea skinęła głową, choć miała wątpliwości, czy rzeczywiście rozumie polecenie.

— Szczególną uwagę zwróć na Karana. — Podjął swój monotonny chód. — To bardzo inteligentny człowiek. Może niebawem mieć spory wpływ na nasze losy. Już dziś zasiada w kręgu mimo młodego wieku. Z roku na rok zyskuje kolejnych zwolenników i poparcie, chociaż jego postulaty trącą buntem przeciw temu, co jest fundamentem naszej kilkusetletniej egzystencji.

— Ale… — Ostrożnie dobierała słowa. — Czy nie jest tak, mistrzu, że on nie ma żadnych szans na uchylenie Wielkiej Przysięgi? Przecież dopóki choćby ty sam stoisz na jej straży, jest to zgoła utopijna idea.

Najstarszy uśmiechnął się dziwnie. Popatrzył na dziewczynę przeciągle i podniósł wskazujący palec.

— I tak, i nie. Nie możesz zapominać o kilku sprawach. Po pierwsze nie jesteśmy monarchią i wiele decyzji zapada głosem większości, a po drugie żyć wiecznie nie będę.

Aż drgnęła w środku na te słowa, uświadomiwszy sobie kontekst informacji, które przeczytała w Sali Wiedzy. „Czy on przygotowuje mnie już na swojego następcę?” Jej umysł natychmiast odrzucił tę myśl jako całkowicie niedorzeczną.

— Ale nie kwestie formalne są tu najistotniejsze. — Podszedł do niej, przewiercając ją wzrokiem. — Spróbuj odkryć motywy Karana. On nie robi tego ani dla władzy, ani dla poklasku. Wiesz, dlaczego jego argumenty są groźne? — Zawiesił głos, po czym dodał cicho, ale emocjonalnie: — Bo ma wielkie marzenia. A nie jest mądre ignorowanie ludzi, którzy mają w sobie tyle mocy, by je spełnić za wszelką cenę.

Winea milczała, zaskoczona z powodu niespodziewanej ekscytacji swojego mistrza sprawą, wydawałoby się, drugorzędną. Najstarszy przez chwilę obserwował twarz dziewczyny, po czym usiadł po drugiej stronie stołu.

— Poznawanie motywów ludzi, którzy cię otaczają, jest ważniejsze niż wszystko inne, czego się tu nauczyłaś — stwierdził tonem, którym zwykle zamykał sprawy. — Czy wiesz, dlaczego Keor ma wpoić ci wiedzę o Starym Kontynencie? — Przeskoczył swobodnie do kolejnego tematu.

Winea skoncentrowała myśli. Jej umysł, przyzwyczajany latami przez mentorów do działania w trybie „pytanie–szybka analiza informacji–odpowiedź”, błyskawicznie wysupłał najbardziej prawdopodobną możliwość.

— Do odnalezienia doskonalszych mechanizmów władania społecznością Sid, które można by zaszczepić z doświadczeń w historii Rodu Krwi? — wyrecytowała jednym tchem odruchowo jak odpytywany kandydat.

— Dobrze. — Najstarszy uśmiechnął się z satysfakcją właściciela wyszkolonego psa, który właśnie bezbłędnie wykonał komendę swego pana. — Dokładnie tak wszyscy mają myśleć. Prawdziwy powód jest zgoła inny. — Splótł dłonie oparte na blacie i postukał kciukiem o kciuk. — Misja, którą ci powierzam, jest niezmiernie ważna, niezmiernie niebezpieczna i niezmiernie nieprzewidywalna. — Wstał, podszedł do regału i wyjął z niego tubę wykonaną z ciemnobrunatnej, specjalnie utwardzanej skóry.

Winea widywała już tego typu futerały i nasłuchała się o nich. Wiedziała, że ich przeznaczeniem jest bezpieczne przechowywanie cennych przedmiotów podczas dłuższych wypraw. Serce zabiło jej żywiej na samą myśl o tym, co to może oznaczać. „Podróż! I to daleka!”

— Tak, to będzie żmudna wyprawa. — Najstarszy podał etui, trafnie odgadując jej myśli. W tym też był (niestety) mistrzem.

Pozwolił qi-szamance wyjąć ze środka ciasno ściśnięty, złożony arkusz koźlęcej skóry i rozprostować go na stole. To była mapa. Są jednak mapy i Mapy. Gruby, odpowiednio wyprawiony i zabezpieczony niezwykle rzadkimi żywicami materiał, wielokolorowe, precyzyjnie kreślone linie, mnóstwo nazw i zapisków w co najmniej trzech językach, przepięknie wyrysowane symbole i malutkie obrazokształty — arcydzieło kartografii! Winea patrzyła zauroczona. „To jest warte stukrotność całego mojego majątku” — oceniła, czując, jak pocą się jej dłonie. Słyszała kiedyś o takich mapach od Tulana, który twierdził, że są praktycznie niezniszczalne — odporne na wodę, zanieczyszczenia, a nawet na rozdarcia i czasowo na ogień. Powoli docierało do niej, że to faktycznie nie będzie zwykła wyprawa.

Z coraz większą suchością w ustach przyglądała się poszczególnym oznaczeniom. Zasadniczo była to mapa obu kontynentów osadzonych po dwóch stronach karty, z prawej Starego — starożytnej krainy Amadal, z której historycznie wywodził się Ród Krwi — a z lewej Nowego, zasiedlonego parę wieków temu. Złapała się na tym, że prawa część mapy jest dla niej tylko hipotetycznym zbiorem miejsc, a lewa wywołuje mnóstwo obrazów i skojarzeń, mimo że w całym swoim dotychczasowym życiu nie była nigdzie poza terytorium wyznaczonym do życia Darzanom.

— Zaraz po zgromadzeniu wyruszysz do tego miejsca. — Najstarszy stuknął lekko palcem w małą kropeczkę gdzieś na północnym wschodzie Nowego Kontynentu.

Wykonała w myślach pobieżne obliczenia, analizując topografię w linii prostej. „Jakieś dziewięć–dziesięć dni forsownego marszu”. Czuła podekscytowanie.

— Wśród niewielkich zalesionych wzgórz — kontynuował — znajduje się budowla przypominająca nieco wieżę wartowni, a właściwie jej ruiny. Jedna z jej wewnętrznych ścian wyraźnie emanuje magią natury, podobną do tej, która pulsuje w księżycowym mchu. Dysponujesz specyficznym rodzajem energii, więc nie powinnaś mieć kłopotów, by uruchomić tkwiący w niej mechanizm otwierający zejście do podziemi. Schody są bardzo niebezpieczne…

— Pułapki? Magia? — Gorączkowe pytania wyrwały się wręcz same. Wyobraźnia dziewczyny rozkręciła się na dobre, napędzana obietnicą niezwykłej przygody.

Najstarszy popatrzył na Wineę chłodno.

— Nie. Stopnie są po prostu stare i popękane, a że jest ich sporo, ewentualny upadek może skończyć się czymś groźniejszym niż tylko wybite zęby. — W jego głosie pobrzmiewała lekka irytacja, podobna do tej, gdy starsze osoby mają dość nadmiernego rozbrykania dzieci.

Zarumieniła się ze wstydu. „Jesteś Szarim, a nie wioskowym dzieciakiem!” — skarciła się.

— Na dole znajdziesz wykutą w kamieniu specyficzną rzeźbę. Przedstawia dwie pochylające się ku sobie istoty światła, aldenów wspartych na ogromnych mieczach.

Najstarszy zawahał się. Winea zamarła przerażona, że może zmienił zdanie i zrezygnuje z powierzania jej misji.

— Co mam zrobić, mistrzu? — Ze wszystkich sił starała się, by jej głos brzmiał spokojnie, pewnie i rzeczowo.

— Hmmm… — Potarł nieświadomym gestem okolice mostka. — To portal. A dokładnie dwukierunkowy metateleporter. — Odczekał, aż znaczenie tego stwierdzenia w pełni dotrze do Winei. — Twoim zadaniem jest go użyć. — Odchylił się na wysokie oparcie.

— Eeee… Ale masz na myśli, mistrzu… — Odnosiła wrażenie, że jej mózg zazgrzytał, zacinając się. — Że mam się t e l e p o r t o w a ć?

— Przecież uprzedzałem cię, że to niecodzienne zadanie. — Ton Najstarszego zdradzał zniecierpliwienie. Z jego mimiki odczytała kąśliwą reprymendę, typową dla mentorów Orin: „A do czego miałabyś go użyć, niemądry dzieciaku? Do usmażenia jajecznicy?”.

„Niecodzienne zadanie?!” — pomyślała ze zgrozą, uświadomiwszy sobie przepaść w postrzeganiu tych samych spraw przez nią i mistrza.

— Zanim zalejesz mnie potokiem, skądinąd słusznych, pytań, zarysuję ci sytuację. — Przysunął do siebie mapę. — Ta rzeźba to Mitrys zwany też Przejściem Królów. Ten zaginiony, mityczny portal łączący oba kontynenty miał być powierzony Rodowi Krwi jako tak zwany Ósmy Wielki Artefakt. Jednak bratobójcza waśń, której dopuścili się potomkowie Ogromira jako pierwsi w historii spadkobiercy Błogosławieństwa, tak bardzo rozgniewała bogów światła, że zdecydowali, by pozostał nigdy nieodnaleziony.

— Zatem mam zdobyć jak największą wiedzę o Starym Kontynencie, bo mam się na niego przenieść? — Winea ostrożnie składała w logiczną całość elementy zadania, które wydawało się jej niedorzecznością. — Ale czy to w ogóle możliwe, żebym się teleportowała? Czy ja dam radę? Przecież to… to wydaje się całkiem nieprawdopodobne.

— Nie wiemy, czy uda ci się uruchomić teleporter, to prawda. — Starzec mówił spokojnie, nie odrywając nawet wzroku od mapy.

— A co jest moim zadaniem po… ewentualnym przeniesieniu się do Amadal? — zapytała delikatnie, mając nadzieję, że nie będzie to coś w stylu „odnaleźć i zabić króla” albo „pokonać czarnego smoka i przynieść tu jego skórę”. Jakoś nie widziała się w roli kolejnej legendarnej postaci, której heroiczne dokonania zostaną uwiecznione pośmiertnie na kartach kronik.

— Jak wiesz, nie mamy żadnego kontaktu z kolebką naszej cywilizacji od paruset lat, od kiedy wyprawa kolonizacyjna Grywora Wysokiego przybiła do brzegów tego lądu. Nie wiemy, co tam się dzieje. I nikt też do tej pory nie czynił starań, by się czegokolwiek dowiedzieć, bo niby jak. — Najstarszy westchnął i podniósł wzrok. Miał zagadkowe spojrzenie. Winea mogłaby przysiąc, że widzi w jego oczach ocean tęsknoty, żalu i nostalgii.

„On przecież jako jedyny pamięta jeszcze tamten świat” — doznała olśnienia.

— To misja zwiadowcza — mówił powoli. — Przeteleportujesz się, o ile ci się oczywiście uda, i spróbujesz zdobyć informacje o ogólnej sytuacji politycznej, głównych wydarzeniach z ostatnich wieków i obecnych nastrojach społecznych poszczególnych ras. Byłoby znakomicie, gdybyś dowiedziała się też jak najwięcej o obecnie panującym monarsze i jego ambicjach, ale jeśliby to wymagało zbytniej inwigilacji osobistej, nie czyń tego.

Winea skinęła głową, coraz więcej rozumiejąc. Magia natury, jej spójność z nią, specyficzne wyzwanie w trakcie testu przejścia — wszystko to prowadziło do jednego wniosku: Najstarszy czekał na okazję, by wykorzystać wiedzę o istnieniu Mitrys i nawiązać kontakt ze światem utraconym całkowicie przed wiekami w efekcie ostatecznego rozłamu.

„Ale jeśli na ten obraz nałożymy obecną sytuację na Nowym Kontynencie: utratę ciągłości Rodu Krwi, pogłębiający się chaos wojny domowej, zyskujące posłuch postulaty Karana i jego Frakcji Białych, to…” — nasuwające się Winei potencjalne implikacje sukcesu tej misji mogły całkowicie wywrócić dotychczasowy porządek.

— Tak, to jest zadanie, którego rezultat może dać nam, Darzanom, ogromne możliwości. — Czytał w niej niepokojąco łatwo, jak w otwartej księdze. Mogłaby równie dobrze odsłonić przed nim telepatycznie umysł, a efekt pewnie byłby ten sam. — Będą towarzyszyć ci dwaj specjalnie wybrani Szarim. Powierzam im twoje bezpieczeństwo w drodze do Wieży Dwóch Światów i z powrotem.

Winea zmarszczyła brwi. Przecież nie potrzebowała pomocy w podróżowaniu.

— Mistrzu, ale…

Uniósł dłoń, powstrzymując jej wypowiedź. Jego spojrzenie wyraźnie mówiło: „bez dyskusji”.

— Musisz zrozumieć, że nie jesteś i nie będziesz zwykłym Szarim, a w twoim życiu nie ma miejsca na osobiste plany i widzimisię. Każdy szaman składa swój los w bezwarunkowej służbie plemieniu zgodnie z naszym prawem. Ty możesz poświęcić swoją przyszłość zgodnie ze swoim sumieniem. Im szybciej to zrozumiesz i zaakceptujesz, tym lepiej. Ochrona twojej osoby staje się od teraz dla krainy Sid kwestią racji stanu, a nie tylko mojej zapobiegliwości. Cokolwiek mogę zrobić w tej sprawie, zrobię, bądź tego pewna. Na Amadal, o ile uda się przejście, i tak będziesz skazana wyłącznie na własne siły, więc weź to sobie do serca i przygotuj się jak najlepiej.

Wstał energicznie od stołu i odwrócił się do niej plecami.

— Nikt z nas nie wie, co cię tam czeka. — Przyciszony głos skrywał nutkę troski i obawy.

Winea się zamyśliła. Jej marzenia o własnym elite zawsze nieodłącznie wiązały się z akceptacją doniosłej roli Szarim i pełnego poświęcenia interesom plemienia. Bezkompromisowa służba krainie Sid wydawała się wręcz nadawać sens jej życiu. Wychowała się w społeczności, w której oddanie się sprawom swojego ludu stanowiło jedną z najważniejszych wartości i powód do dumy, a śmierć w obronie pobratymców była najwyższym zaszczytem i honorem. Jednak informacja, że będzie musiała działać z jakimiś ochroniarzami, mocno kłóciła się z poczuciem wolności i niezależności.

— Jest jeszcze jedna sprawa… — Najstarszy z głębokim westchnieniem usiadł niechętnie z powrotem przy stole. Na jego twarzy dało się zauważyć wewnętrzną rozterkę i emocje, których Winea nigdy wcześniej u niego nie widziała. — Nadszedł czas, bym powiedział ci coś, co do tej pory było tajemnicą, a co dotyczy cię osobiście.

Skrępowanie najwyższego Szarim wydawało się wręcz kuriozalne. Wyglądał, jakby szukał najlepszych słów i ich nie znajdował. Winea przyglądała mu się z rosnącym niepokojem i zażenowaniem. Zdawało się, że nagle przybyło mu lat. Zniknął mistrz, mentor i ten, któremu winna była bezwzględne posłuszeństwo. Przed nią siedział teraz zwykły zatroskany starzec, który nie wie, jak przekazać niewygodną wiadomość.

— Opowiem ci… pewną historię — zaczął nietypowym dla niego, miękkim tonem. — Pewnego dnia jeden z naszych tropicieli podczas rutynowego rozpoznania na terenie południowej strefy przygranicznej natknął się na ciała pomordowanych Darzan. Byli to członkowie jednej z wypraw dage torri, które, jak wiesz, są podstawą naszych kontaktów handlowych z kontynentem. Dwa miesiące wcześniej wyruszyli, by odwiedzić Lwieszno i leżące dalej wybrane południowe porty. Czternaście osób, w tym sześć kobiet, prowadzonych przez dwóch doświadczonych Szarim. Wszyscy zostali bestialsko zarżnięci. Z relacji tropiciela wynikało jednoznacznie, że grupa została zaatakowana w drodze powrotnej przez co najmniej kilku zawodowych zabójców. Nic nie zniknęło, cały dobytek pozostał nietknięty. Ponieważ napaść miała miejsce ledwie parę godzin przed jego przybyciem, łowca sprawdził skrupulatnie, czy duch któregoś z wędrujących nie jest jeszcze choć trochę związany z ciałem. Wprawdzie wszyscy przeszli już do Krainy Światła, ale w trakcie oględzin pod zwłokami jednej z Darzanek, w jej poncho, znalazł niemowlę. Było nieprzytomne, prawdopodobnie przyduszone upadającym ciałem. Ów Szarim popędził wprost do najbliższej wioski tuż przy granicy, w której mógł zastać uzdrowiciela. Noworodka udało się odratować, a ponieważ z pewnością nie było to dziecko żadnego z członków wyprawy, a nikt nie przeżył, zdecydowano się je adoptować i wychować w naszej społeczności.

Zawiesił głos. Przetarł dłonią czoło. Winea wiedziała, że to nie koniec opowieści, nie odzywała się więc również. Zachodziła w głowę, dlaczego mistrz jej to opowiada.

— To było siedemnaście lat temu. Siedemnaście lat, jedenaście miesięcy, dwa tygodnie i trzy dni. — W końcu podniósł wzrok i spojrzał na nią. W jego oczach ujrzała niepokojąco głęboki smutek. — To była dziewczynka, a jej przybranymi rodzicami zostali Tobór i Korzenna z plemienia Quaistas, wtedy jeszcze bezdzietni. Wybacz mi, że dowiadujesz się o tym dopiero teraz, ale postanowiłem nie mówić ci prawdy, dopóki nie zostaniesz Szarim.

Winea patrzyła na Najstarszego, szukając jakichkolwiek znaków, że to próba, jakiś test odporności, a może nawet żart. Ale nic na to nie wskazywało. Siedział spięty, z zaciśniętymi w wąską kreskę ustami.

— Nie, nie, nie. — Wstała i gwałtownie się cofnęła. — To nie może być prawda. Gdyby moi rodzice nie byli moimi, wiedziałabym, wyczułabym. Z pewnością tak by było…

Rozpaczliwie szukała luki w przedstawionej historii. Jej pamięć intensywnie wyświetlała obrazy z dzieciństwa. Zawsze czuła się kochana i szczęśliwa, nawet w trudnych chwilach mogła liczyć na rodziców, również na Tea. Czy Teo wiedział? Nie wyobrażała sobie, by mogła to wszystko przekreślić, uznać za mistyfikację. Tam był jej dom, jej miejsce. Instynktownie objęła się ramionami, jakby chciała obronić swoją jaźń przed niewidzialnym zagrożeniem.

— Naprawdę mi przykro, Wineo. — Głos mistrza brzmiał niezwykle szczerze. — Wiem, że to dla ciebie cios, ale taka jest prawda, a jako szaman musisz ją znać.

— Czy wiemy cokolwiek o tym, kto mógłby być moimi prawdziwymi rodzicami? — odezwała się po dłuższej chwili. Mówiła matowym, obcym dla siebie głosem, wciąż wewnętrznie odpychając usłyszane informacje. Jej świadomość zupełnie nie przyjmowała i nie akceptowała wiadomości.

Najstarszy zaprzeczył.

— Same domysły i przypuszczenia. — Stwierdził, że lepiej będzie mówić, niż milczeć, więc dodał: — Możesz tego nie wiedzieć, ale w takich okolicznościach trzeba przeprowadzić szczegółowe śledztwo i sporządzić pisemną relację. Sprawę mordu badała specjalnie powołana grupa szamanów, ciała i przedmioty sprowadzono i zbadano magicznie. Udało się ustalić, że napastnicy mieli kontakt z mrokiem. Działali szybko i zdecydowanie. Prawdopodobnie ich celem było coś, po co przyszli i co zabrali ze sobą. Nie przybyli też ze strony Lwieszna, nie śledzili zatem karawany. Musieli w jakiś inny sposób namierzyć naszych ludzi, bo nie było w tym zdarzeniu żadnych oznak przypadkowości.

— Zabójcy naznaczeni mrokiem? — Winea zmarszczyła brwi. — Ale na kontynencie nie ma magii, a już szczególnie czarnej.

— Tak, ale pamiętaj, że dokładnie siedemnaście lat temu straciliśmy króla Reingarda i jak wiesz, stało się to właśnie z powodu mrocznego maga. Bardzo możliwe, że zabójcy mieli z nim kontakt. Kto wie, może nawet sam ich wysłał.

— Szkoda, że wyparował w magicznym wybuchu. Miałabym do niego parę pytań.

Rosła w niej rozpacz. Jakby prawda znalazła jakąś szczelinę w jej odporności i przesączała się do myśli. Szkolony latami umysł odruchowo neutralizował zbyt trudną do przyjęcia emocję, zamieniając ją na o wiele łatwiejszą w odczuwaniu wściekłość.

— Obawiam się, że żadne z nas nie miałoby szans z nim dyskutować. Nie zapominaj, że był na tyle potężny, by pokonać błogosławionego. Oparł się potędze miecza prawdy, choć wydaje się to całkowicie nieprawdopodobne.

Dla Winei w jej obecnym stanie nie miało to znaczenia. Gdyby mroczny był w tym pomieszczeniu, wypaliłaby w nim całą jego pieprzoną ciemność i wycisnęła każdy strzęp informacji z najciemniejszych zakamarków jego pamięci.

Najstarszy przyglądał się jej chwilę w milczeniu, po czym wydobył spod szaty niewielkie pudełeczko obite błękitnym suknem i położył na stole, w zasięgu ręki Winei.

— To jedyna rzecz, którą znaleziono wtedy przy tobie. Sprawdziliśmy. To coś bezsprzecznie należało do ciebie i zostało ci przekazane przez kogoś spokrewnionego, być może twoją matkę.

Dziewczyna, wyciągając drżącą rękę po podarunek, nieświadomie przysiadła przy stole. Serce biło jej w piersi tak, jakby chciało wyskoczyć. Delikatnie podniosła wieczko.

W środku, na wyściółce, leżał dziwny przedmiot zawieszony na błyszczącym łańcuszku. Wyjęła go i obejrzała z bliska. Misternie wykonany żeton wyglądał tak, jakby ktoś przełamał go na pół. Potwierdzała to powierzchnia jednej z krawędzi. Trudno powiedzieć, z czego zrobiono medalion, ale jego wygląd i twardość sugerowały jakiś rodzaj lekkiego metalu. Powstrzymała się przed przeczytaniem teraz drobniutkich symboli wyrytych po obu jego stronach. Będzie miała na to całe życie. Pomyślała, by wypytać Najstarszego o wszystko, o medalion, jej pochodzenie, ale to był tylko przebłysk natychmiast zduszony wewnętrzną potrzebą zostania samą. Starzec odczytał jej rozterki jak zwykle bezbłędnie. Chrząknął cicho i wstał.

— To wszystko na dziś. — Zabrał z powrotem błękitne puzderko. — Spróbuj się trochę przespać, bo zaczyna się dla ciebie trudny czas i dobrze, żebyś była w jak najlepszej formie.

Unikał jej wzroku. Wyraźnie wyczuwała jego silne pragnienie zakończenia już tej rozmowy. Zawiesiła medalion na szyi z przesadną dbałością i schowała pod bluzą.

— Niech noc otuli twoje sny, mistrzu. — Skinęła głową, żegnając się zwyczajowym wieczornym pozdrowieniem, charakterystycznym dla ludzi będących w bliskich relacjach.

— I twoje, mój uczniu. — Przez chwilę patrzył jeszcze na drzwi, za którymi zniknęła Winea. — I twoje…


Czuła się jak wyrwany z korzeniami krzew, jak rozbitek, którego morze wyrzuciło na całkiem nieznany ląd. To, że nie będzie wiodła zwykłego życia Szarim, dołączywszy do wąskiego, zaufanego grona szamanów Orin, to, że jej wyprawy nie będą zwykłym patrolowaniem przygranicza czy wyprawami handlowymi na kontynent, tylko zadaniami typu teleportacja do Amadal, to, że będzie wytykana palcami jako jedyna nosząca białe szaty, to, że wielu będzie krzywić się na sam dźwięk jej nowego imienia — to wszystko było tylko zwykłą zmianą, życiowym kolorytem. Mieściło się w stwierdzeniu, że ludzki los układa się czasem inaczej, niż planujemy.

Ale nie to, że kobieta, którą dotychczas uznawała za matkę, najważniejszą osobę we wszechświecie, kogoś, do kogo czuła bezwarunkową miłość i zaufanie, okazuje się kimś innym. Nie to, że całe dzieciństwo było podszyte fundamentalnym kłamstwem, iluzją szczęśliwej rodziny. Nie to, że miejsce w jej podświadomości będące do tej pory azylem, domem, w który wrosła, okazuje się tylko chałupą, w której mieszkała przez dziesięć lat… Jakże często podczas tych trudnych siedmiu lat tęskniła i marzyła o powrocie właśnie do tego miejsca. Do domu, do rodziny, do znajomych, do znanych z dzieciństwa miejsc, które kochała. Teraz czar prysł. Czuła się oszukana i zawiedziona. Ograbiona z czegoś najcenniejszego.

Godzinami włóczyła się bez celu rzadko uczęszczanymi korytarzami, snując gorzkie myśli. Przygasające oświetlenie sugerowało późną porę. Zmęczenie ostatnich dni dawało się coraz bardziej we znaki, wiedziała jednak, że jeśli się położy, i tak nie zaśnie.

Zdała sobie sprawę, że jedynym ratunkiem jest całkowite skupienie się na misji, którą ma do wykonania. Na rozpacz przyjdzie jeszcze czas. Ruszyła w kierunku Sali Wiedzy, zastanawiając się, co powiedzieć Keorowi, by się na nią nie wkurzył za wyrwanie go z łóżka w środku nocy.

KRÓLEWSKIE ZLECENIE

I. Ukryte Miasto

Noran nie cierpiał roboty za dnia. Mimo późnopopołudniowej pory jesienne słońce wciąż intensywnie oświetlało wąskie uliczki zachodniej dzielnicy Lwieszna. Każdy rozsądny ciemny nóż, jak nazywano płatnych zabójców zrzeszonych w Gildii, pozostawałby niezauważony i starałby się po prostu wtopić w spory ruch, by stać się okruchem zwykłego życia mieszkańców stolicy kontynentu. Na ocienionych drzewami skwerach spacerowałby z rozpogodzonym obliczem jak gdyby nigdy nic, na placach targowych przemieszczałby się między straganami, z zaciekawieniem oglądając produkty, po uliczkach maszerowałby jak człowiek zdążający do domu.

Każdy poza nim. On musiał pocić się w zakurzonej siermiędze podróżnej z głębokim kapturem, bo tylko taki strój zapewniał równocześnie trzy rzeczy: pozwalał schować specyficzny ekwipunek egzekutora wyroków Ukrytego Miasta, minimalizował ryzyko niepotrzebnych zaczepek oraz dawał możliwość zasłonięcia twarzy bez wzbudzania podejrzeń. To otulanie oblicza kapturem stało się wręcz jego drugą naturą, od kiedy jako siedmiolatek został uratowany przed śmiercią i przygarnięty przez Gildię. Odruchowo ukrywał swój demoniczny wygląd, który dla prawie wszystkich był jednoznacznym dowodem skażenia mrokiem i przez to automatycznie wyrzucał go na margines społeczeństwa. Złote oczy z pionowymi źrenicami, ostre kły, specyficzne linie bruzd i zgrubień groźnie znaczących czoło wystarczały, by czuć się pewniej jedynie w nocy lub w ścisłym gronie tak zwanych przyjaciół Bo. Należeli do niego kamraci wyłącznie z najbliższego otoczenia niekwestionowanego władcy całej południowej części kryminalnych struktur Lwieszna, obiegowo określanych Ukrytym Miastem. Chociaż nawet w tym towarzystwie starych wyjadaczy i zawodowców, których nazwiska powszechnie budziły szacunek i strach, nie wszyscy potrafili ukryć negatywne reakcje na widok rysów Norana.

Sam Bo, zasadniczy, ale też nieobliczalny przywódca południowego kartelu, traktował swojego — jak wielu go oceniało — pupilka całkowicie naturalnie. Wieki Bo był prawdziwą legendą Ukrytego Miasta, nikt nie kwestionował jego decyzji. Ale obcowanie z tym człowiekiem zawsze wiązało się z nieuchwytnym napięciem. Nigdy nie można było mieć pewności, co oznaczają w danym momencie jego przyjazny uśmiech, ciche zamyślenie czy gwałtowna wściekłość. Mimo statusu odmieńca nawet wśród szpiegów, awanturników, złodziei i morderców Noran traktował nielegalny półświatek jak dom, a Gildię Zabójców jako swego rodzaju azyl. Nie miał innych korzeni.

Kupiony jako niemowlę przez zdziwaczałego, na wpół szalonego alchemika, wzrastał bardziej jako przedmiot jego eksperymentów i niewolnik niż dziecko. Zamknięty i strzeżony, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, przeżył dzieciństwo ograniczone do prostego systemu kar i nagród. Jedyną atrakcją tamtego czasu była możliwość obcowania z egzotycznymi roślinami i substancjami z nich produkowanymi, zadziwiającą oranżerią niezwykłych stworzeń, a także tajemnicami sporego zbioru ksiąg i manuskryptów, których czytania nauczył się niezwykle szybko. Z początku przyciągały go ryciny i symbole, potem zainteresowały pojedyncze słowa. Księgi były główną przygodą w jego malutkim świecie. Fascynacja nimi stanowiła przeciwwagę dla ciągłego zagrożenia, bólu i głodu. Oglądał, a później czytał wszystko, do czego zdobył dostęp. Niektóre pozycje kartkował tak często, że znał je praktycznie na pamięć. Podglądanie i podsłuchiwanie tłumaczeń oraz stale gadającego do siebie starego alchemika dawało mu szansę poznania treści nawet pisanych w obcych, starożytnych językach. Te rzadkie przypadki były najcenniejsze, bo fragmenty dotyczące magii zawsze rozbudzały jego dziecięcą wyobraźnię.

Kobiecy krzyk bólu wyrwał Norana z zamyślenia. Wyczulone zmysły rozpoznały odgłosy szamotaniny oraz nutkę charakterystycznych perfum. Znał ten zapach z odwiedzin w rejonie enklawy Białych Sióstr — dystryktu cieszącego się sławą najlepiej chronionego w całym mieście, a kojarzonego prawdopodobnie na całym kontynencie. Siostrzyczki, jak żartobliwie mówiono o solidarnej społeczności kobiet lekkich obyczajów kierowanych przez Białą Różę, mogły na swoim terytorium liczyć na swoisty immunitet praktycznie we wszystkich kręgach społecznych. W powietrzu odmieniec wyczuł również coś, co stanowiło dla niego istotne zagrożenie — delikatną woń ludzkiej krwi.

Przeszedł szybkim krokiem chwilowo opustoszałą uliczką do następnej bramy i stanął tak, by móc bezpiecznie zerknąć w głąb ślepego zaułka po przeciwnej stronie. Trzej mężczyźni wykazywali wyraźne oznaki wrogości wobec wysokiej młodej kobiety z białą różyczką wpiętą w gęste ciemnobrązowe włosy.

„Nie mogła mieć większego pecha” — pomyślał. W strefie niczyjej, gdzie ścierały się wpływy karteli Bo i Czerwonego Psa, nikt nie mógł czuć się bezpieczny. W tym miejscu niestety dotyczyło to również siostrzyczek. Dodatkowo ci trzej to czerwone pięści, frontowi ludzie Psa, a po nich można było spodziewać się najgorszego.

Powinien teraz skupić się na wykonaniu zadania, które dostał od Bo. Powinien trzymać się Kodeksu Ciemnych Noży, wtłaczanego mu latami przez Leśniada, nieformalnego mentora, któremu zawdzięczał swoją obecną pozycję w Gildii. Powinien dostosować się do traktatów zawartych między Bo i Czerwonym Psem. Szczególnie on powinien. Ale jak widać, w niektórych sytuacjach miał problem z tym „powinien”, nawet gdy wiedział, że przyjdzie mu za to słono zapłacić.

Ruszył prosto w stronę mającego się właśnie wydarzyć incydentu, jak pewnie nazwano by później gwałt, pobicie, a może nawet zakatowanie na śmierć prostytutki przez kamratów.

— Co, do cholerrrr… — Tyle zdążył powiedzieć zwalisty osiłek, odwracając się do nadchodzącego pozornie zdrożonego, zakapturzonego wędrowca.

Wprawny ruch ręką i nadlatujący kawałek stali utkwił w krtani zaskoczonego właściciela czerwonych tatuaży na dłoniach, zmieniając dalszą część jego wypowiedzi w zduszony charkot. Pozostali dwaj błyskawicznie zorientowali się w sytuacji. W końcu ich też wychowywała ulica. Wyższy od pozostałych wyciągnął prosty miecz i od razu ciął ukośnie będącego już w zasięgu zabójcę. Noran wygiął się gwałtownie w sposób, który raczej nie był możliwy dla zwykłego śmiertelnika — wyglądało to tak, jakby jednocześnie lekko zgiął kolana, a tułów skręcił mocno wokół swej osi i zaskakująco silnie odchylił w tył. Ostrze prześlizgnęło się po powierzchni klatki piersiowej i brzucha. Nie napotkawszy punktu oporu, pomknęło w dół, pociągając za sobą nieprzygotowanego na to uderzającego. Krótka, wąska klinga sztyletu uzyskała w ten sposób bardzo łatwy dostęp do nieosłoniętego karku.

W żargonie Ciemnych Noży nazywano to czystą śmiercią — najcenniejsza metoda zabijania, skutkująca natychmiastowym zgonem, bez zagrożenia, że ofiara zaalarmuje kogokolwiek. Dla Norana o tyle istotna, że minimalizująca krwawienie.

Niesygnalizowany atak ostatniego z napastników nastąpił, jeszcze zanim upadające ciało poprzednika łupnęło na ubitą ziemię zaułka. Dobrze wyszkoleni uliczni siepacze Czerwonego Psa często odznaczali się też umiejętnościami fechtunku, a także czymś, czego nie dało się nauczyć, z czym trzeba było się urodzić. Krępy, zimnooki brunet najwyraźniej to właśnie miał. Sprytny cios wykorzystujący unikalny moment musiał dosięgnąć każdego. Cechujący się niesamowitą szybkością i zręcznością zabójca zdołał jednak szarpnięciem tułowia przyjąć pchnięcie pod pachę, czując, jak krawędź metalu płytko rozcina jednocześnie skórę boku i wewnętrznej strony ramienia. W tym momencie wcześniej „jedynie” nieodpowiedzialna, karygodna i głupio impulsywna decyzja stała się już śmiertelnym zagrożeniem dla wielu. W zakamarkach umysłu odmieńca obudziły się znany mu nieskończony głód i niepohamowana żądza mordu. Otwierała się brama dla mroku. Wewnętrzne alarmy instynktu pogarszały dodatkowo sprawę, produkując ogromne ilości adrenaliny. Uzdolniony przeciwnik w jednej chwili przestał stanowić główny problem — wystarczyły trzy uderzenia serca, by zaskoczony patrzył szeroko otwartymi oczami na miecz głęboko wbity w swoją pierś. Pobudzone zmysły Norana zaatakowała jeszcze intensywniejsza woń krwi. Wyraźnie poczuł zaczynającą się przemianę — stale przyczajone zagrożenie, które go przerażało i fascynowało jednocześnie.

— To ty…! Bękarci demon… — Kobieta, oniemiała do tej pory z powodu błyskawicznych zdarzeń, wpatrywała się z przerażeniem i rosnącą odrazą w przypadkowo odsłonięte oblicze swojego wybawcy. — Jestem przeklęta! — jęknęła rozpaczliwie i wystrzeliła z zaułka, pędząc na oślep.

— Nie ma za co — mruknął zabójca, naciągając ponownie obszerny kaptur. Wiedział, że ma niewiele czasu, by zatamować mrok rozpędzający się w umyśle.

Krótki bieg do najbliższej uchylonej bramy po przeciwnej stronie, kilka susów przez podwórze, wysoki mur, drugie podwórze, tym razem ze strzelistymi drzewami, i był już na dachu wysokiej jak na standardy Lwieszna kamienicy. Musiał natychmiast stawić opór mrocznym emocjom coraz bardziej odbierającym mu kontrolę. Drżącymi dłońmi wysupłał z kieszonki skrawek miękkiej, aromatycznej substancji i włożył nerwowo pod język. Przymknął oczy, pogłębiając oddech. Raz… dwa… trzy… Zapadał się w podświadomość. Na jej dnie spotkał to, czego ciągle obawiał się od wielu lat, co było jego ukrytym przekleństwem. Czarny wir drapieżnej wściekłości, szaleńczego okrucieństwa i bezdusznej otchłani. Był większy niż poprzednio i bardziej hipnotyczny. Z każdym przypadkiem opanowanie go stanowiło trudniejsze wyzwanie.

Gdy po wewnętrznej walce o pozostanie sobą ponownie otworzył z wysiłkiem oczy, słońce chyliło się już ku zachodowi. Potwornie wyczerpany ruszył chwiejnym krokiem, starając się nie zsunąć z dwustronnie spadzistego dachu. Musiał przecież za dnia zrealizować zadanie, które Bo powierzył mu do wykonania.

Dotarcie do rezydencji Syriusza, zadziwiająco dobrze prosperującego kupca, z którym Bo miał niedokończone interesy, nie zabrało wiele czasu. Troszkę dłużej zajęło wślizgnięcie się do jego gabinetu, by zaskoczyć handlarza i wywrzeć na nim jednoznaczne wrażenie: „Tak, możemy wejść do twojego pilnie strzeżonego domu, do twojego pokoju. Tak, możemy to zrobić z łatwością nawet w biały dzień”. W pomieszczeniu intensywnie pachniało atramentem.

— Nie rób tego. — Noran wypowiedział lodowate ostrzeżenie, dostrzegłszy u zdumionego Syriusza odruch sięgnięcia do alarmu pod blatem biurka, przy którym starszy, łysawy mężczyzna przeglądał sterty dokumentów i wyliczeń. — Pomyśl, ile będziesz musiał zapłacić za pozyskanie nowych ochroniarzy w miejsce tych, których zabiję. To w kontekście poświęcenia mi chwilki na przekazanie informacji od Bo zupełnie ci się nie kalkuluje.

Leniwym ruchem zmęczonego posłańca zsunął z głowy kaptur, pozwalając długim jasnym włosom, tak nietypowym dla południowców, opaść na ramiona. Podał zwinięty pergamin z pieczęcią Gildii stężałemu w sekundzie rozmówcy. Mimo że Syriusz był jednym z tych mieszkańców Lwieszna obytych w kontaktach z najróżniejszymi osobistościami Ukrytego Miasta, jego twarda dłoń sięgnęła po wiadomość dopiero po dłuższej chwili. Na dnie jego spojrzenia kotłowały się sprzeczne pragnienia.

— Przekaż Bo, że dobrze pamiętam o jego sprawie i jak tylko będę mógł ją finalnie zrealizować, sam chętnie pofatyguję się do niego z rozliczeniem. — Mężczyzna silił się na rzeczowy i spokojny głos. Unikał kontaktu wzrokowego. — Przekaż mu też, że tak wielce cenię sobie interesy z nim, że nie są one żadną miarą zagrożone i że… — Zawahał się. — …nie ma konieczności wysyłania do mnie najcenniejszych… ludzi.

Ostatnie słowo wypowiedział o ton ciszej i niezwykle ostrożnie. Noran uśmiechnął się z przekąsem, odsłaniając kły.


W drodze powrotnej młody zabójca rozmyślał nad jakąś strategią obrony przed nieuchronnymi konsekwencjami. Wyjście na jaw jego nielegalnej interwencji było tylko kwestią czasu. Bo z pewnością się wścieknie, a rzetelne wykonanie zadania nic tutaj nie zmieni. Gildia była na tyle silna, na ile jej członkowie przestrzegali reguł Ukrytego Miasta. A on właśnie złamał ze trzy naraz.

W gospodzie „Rozkosz przełyku” śmierdziało przypalonym tłuszczem i potem tych, którzy siedzieli w przestronnej izbie już tak długo, że wydawali się częścią jej wyposażenia. Był późny wieczór, a właściciel wyraźnie oszczędzał na świecach, pozwalając gościom cieszyć się urokami półmroku. Gwar rozmów co i raz przerywały podniesione głosy kłótni lub gromki rechot. Noran zdążył jedynie zamówić dzban gorzkawej arraki, usiąść ciężko i wlać w wysuszone ulicznym kurzem gardło kilka łapczywych łyków, gdy do lokalu wszedł krępy mężczyzna. Kwadratowo ciosana twarz, króciutko przycięte czarne włosy, zimne jak stal spojrzenie i żylaste, szerokie przedramiona jednoznacznie ostrzegały. Przybysz rozejrzał się i zauważywszy Norana, od razu podszedł i spoczął naprzeciwko. Zabójca spiął się wewnętrznie, zdawszy sobie sprawę, że wizyta w tym miejscu przybocznego Bo może oznaczać tylko jedno: zwierzchnik wzywa go do siebie.

— Cześć, Hen. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że relacja z mojej roboty jest aż tak pilna, że nie może poczekać do rana? — odezwał się Noran cicho i na tyle spokojnie, na ile potrafił.

Hen wzruszył ramionami i sięgnął po dzban kompana.

— Szef chce cię widzieć teraz, ale odniosłem wrażenie, że bardziej go interesuje dzisiejsze niecodzienne zdarzenie z twoim udziałem niż zadanie. — Wychylił spory łyk i się skrzywił.

— A mogę chociaż dokończyć MOJĄ arraki? — Noran niemal ze złością wyszarpnął mężczyźnie naczynie i przysunął do siebie.

— Możesz, możesz. — Ciemnooki szef ochrony wykonał dłonią uspokajający gest.

— Mówisz, jakbyś dawał skazańcowi zgodę na ostatnie życzenie.

Zabójca wziął znowu parę pazernych łyków.

— A co mam ci powiedzieć? — Hen skrzywił się kwaśno. — Znasz mnie i wiesz, że jestem ci życzliwy, ale nie cierpię ściemniać. Dupa ci się pali i tyle. To, że ci współczuję głupoty, nie zmieni faktów.

— W tym cholernym mieście plotki rozchodzą się szybciej niż pożar w suszarni — sarknął i pomyślał: „Jak to możliwe, że Bo już wie? Przecież to było ledwie parę godzin temu, nie było świadków… nie, niemożliwe, by ta siostrzyczka… to bez sensu”.

— Bo się wścieka. — Hen wymownie podniósł jedną ze swoich grubych brwi. W Gildii panowało przekonanie, że gniew przywódcy ma trzy poziomy: najniższy, gdy szef się wściekał, wyższy, gdy był milczący, i najwyższy, gdy po winnego nikt już nie przychodził. Ta ostatnia sytuacja zwiastowała nieuchronny wyrok.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 49.76