E-book
31.5
drukowana A5
66.22
Kroniki Czarownic — Rytuał Walkirii

Bezpłatny fragment - Kroniki Czarownic — Rytuał Walkirii


Objętość:
328 str.
ISBN:
978-83-8467-194-8
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 66.22

Fragment Kodeksu Triady Czarownic.

My, które niegdyś chodziłyśmy po ziemi Doliny i strzegłyśmy jej światła — Selena, Ariana i Walkiria, Córki Światła i Cienia — spisujemy ten Kodeks, by pamięć o nas nie zginęła, a moc naszych artefaktów nie popadła w zapomnienie.

Z miecza powstała Moc,

by bronić świat przed mrokiem.

Z Księgi wypłynęła Wiedza,

by światło nigdy nie zgasło.

Z Kotła narodziło się Życie,

by to co umiera, mogło powrócić.

Lecz gdy Cień pożre nasze serca, a zdrada zrodzi zło silniejsze niż śmierć — wówczas artefakty zostaną rozdzielone, a pamięć o Triadzie zniknie w odmętach czasu.

Tylko Trzy Córki Trzech odnajdą na nowo Ścieżkę. One wypowiedzą słowa, które przywrócą pamięć i zjednoczą los. One dopełnią Rytuału Odrodzenia a Miecz, Księga i Kocioł znów przemówią jednym głosem. Niechaj więc szukają — lecz nie oczami, a sercem. Bo tylko czyste serce odnajdzie drogę do Triady, a tylko Jedność Trzech otworzy Bramę Zapomnianej Potęgi.

Jako rzecze Kodeks, niech tak się stanie!


Trzeci tom dedykuję sobie —

za to, że miałem odwagę spojrzeć w Lustro Seleny, wypowiedziałem Zaklęcie Ariany i uwierzyłem,

że Rytuał Walkirii skrywa moc spełnionych marzeń.

Dedykację tę kieruję także do Was,

Czytelników, bo bez Was magia tej opowieści nie

rozświetliłaby świata.

Niech Kroniki Czarownic będą świadectwem,

że nawet w ciszy, samotności i zwątpieniu

można odnaleźć własną moc.

1. Zapach Magii

Sierp Księżyca lśnił jasno na niebie. Ostatnio często spoglądałam w nocne niebo razem z Artemisem. Mój kot i ja wciąż uczyliśmy się poznawać łączącą nas więź. Jednak najczęściej patrzyliśmy w gwiazdy w milczeniu.

To wydawała się być długa zima, mimo że mrozy i śniegi odpuściły już w styczniu.

W głębi serca czułam, że ten czas tak mi się dłużył, bo nie było przy mnie Wiktora.

Artur i Damian wrócili z Irlandii do Doliny Jezior razem z Marlinem. Ich trening tam przyniósł podobno niespodziewane rezultaty. Jednak mnie zastanawiało to, dlaczego Wiktor nie wrócił do domu razem z nimi.

Marlin cierpliwie wyjaśnił mi, że z Wiktorem skontaktowała się ambasada, ponieważ jego rodzice przed swoją śmiercią pozostawili tam coś tylko dla niego.

— Wiktor miał stawić się w siedzibie ambasady sam, ponieważ jego rodzice pozostawili jasne wytyczne: Rzeczy mają trafić tylko i wyłącznie do rąk Wiktora — rzekł Marlin, próbując mi nakreślić całą sytuację — Chłopak był zdziwiony, jednak w Irlandii wydarzyło się coś co… — elf zawiesił głos — Sądzę, że Wiktor sam ci to wyjaśni. W każdym razie, był przekonany że to co czeka na niego w ambasadzie ma niesamowicie ważne znaczenie dla niego. I dla całej Doliny.

Razem z Amelią i Wiolettą zastanawiałyśmy się co takiego pozostawili po sobie rodzice Wiktora i dlaczego to wszystko działo się właśnie teraz. A najbardziej zastanawiające było to, że dziadek Wiktora, hrabia Olaf Ludomirski o niczym nie miał pojęcia…

Po zdjęciu przez nas Zaklęcia Ariany w miasteczku i całej Dolinie wiele się zmieniło. Istoty magiczne i ludzie żyli obok siebie zupełnie jakby taka wspólnota istniała tu od zawsze. Miło było spotkać w miasteczku Wandę, która na co dzień mieszkała w Leśnej Osadzie. Amanda i Letycja znalazły nawet pracę w Dębowie w starym sklepie z antykami i bibliotece. Wszystko układało się naprawdę dobrze, jednak wiedziałyśmy, że gdzieś tam, w górach Bruxoru, Kendra być może szykuje się do kolejnego ataku.

Selena, Ariana i Walkiria postawiły przed nami ważne zadanie. Największe z nich spadło na Wiolettę. Wciąż gryzła się sama ze sobą, próbując odnaleźć choćby cień śladu po trzecim artefakcie. Amelia przewertowała wszystkie księgi jakie znalazła w Korzeniu a ja szukałam w miejskiej bibliotece w dziale z historią i legendami. Jednak nasze starania nie przyniosły żadnego skutku. Nie było nic co mogłoby nas naprowadzić na drogę do Artefaktu Walkirii.

— Wygląda na to, że muszę zrobić to o czym mówiła Walkiria — jęknęła zrezygnowana Wioletta — Muszę się otworzyć, poszukać jej w snach i wizjach…

— Pamiętaj, że jesteśmy z tobą — odezwała się Amelia znad moździerza — Gdybyś tylko czegoś potrzebowała, daj znać.

— Właściwie jest coś co mogłybyście dla mnie zrobić — Wioletta uśmiechnęła się przebiegle.

— Mów! — poprosiłam.

— Ten wasz eliksir… Wywar Widzenia! Może dzięki niemu mogłabym wejść głębiej…

— Głębiej? Zamierzasz wprowadzić się w trans? Duchowa Wędrówka? — zdziwiła się Amelia — Czytałam o tym. To bardzo niebezpieczne! Możesz nigdy nie wrócić!

— Hej! Nie aż tak — uspokoiła ją Wioletta — Chcę tylko pobudzić moje wewnętrzne oko by zobaczyło, to co ukryte.

— Uff — westchnęła Amelia — W takim razie możemy przygotować z Sarą, dla ciebie cały zapas Wywaru Widzenia.

— Jasne! — zgodziłam się z uśmiechem.


— Czy pamiętasz jeszcze jak wyglądało nasze życie przed przeprowadzką do Doliny Jezior? — zapytała mama znad kubka z kawą.

Zastanowiłam się przez chwilę. Tamten czas, czas sprzed przeprowadzki tutaj, czas przed otrzymaniem medalionu od babci i poznaniu Wioletty i Amelii, był jakby przeszłym życiem. Życiem, które teraz nic dla mnie nie znaczyło. Wydawało się puste i niewiele z niego pamiętam.

— Jak przez mgłę… — odparłam po chwili.

— A pamiętasz jak bardzo nie chciałaś tu przyjeżdżać? — drążyła dalej mama.

— Pamiętam — burknęłam. Artemis otarł się o mnie i cicho zamruczał.

Rzeczywiście tak było. Tak bardzo nie chciałam zamieszkać w miejscu gdzie wychował się mój tata. Do miejsca gdzie jest pochowany. Bałam się, że zbyt wiele rzeczy w Dolinie będzie mi o nim boleśnie przypominać.

Jednak medalion po Selenie i przyjaźń z Amelią i Wiolettą zmieniły wszystko. Dolina Jezior jest mi przeznaczona. Mi oraz Amelii i Wioletcie. Teraz to wiem na pewno. Razem musimy stać się Triadą, by móc ją chronić.

Powrót do normalności nie był łatwy, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach. Więc w szkole czułam się troszeczkę oderwana od rzeczywistości. Zadziwiające jednak było to, że na lekcjach z chemii radziłam sobie nawet lepiej od Amelii. Do tej pory to ona otrzymywała najwyższe oceny praktycznie z każdego przedmiotu. Wiedziałam, że to mój „gen alchemika”, jak nazwała to Wioletta, miał z tym wiele wspólnego.


Gdy w końcu w szkole pojawił się Wiktor, i podszedł do mojego stolika na stołówce, wydawał się taki poważny i zarazem smutny. Jego twarz rozjaśnił na chwilę uśmiech, gdy rzuciłam mu się w ramiona.

— Gdzie Amelia i Wioletta? — zapytał siadając naprzeciwko mnie.

— Amelia jest jeszcze na zajęciach. Ja mam okienko. A Wioletta… chyba zerwała się z lekcji razem z Damianem.

— Może my też się… urwiemy? — zaproponował nagle — Mam ci sporo do opowiedzenia. I już nie mogę się doczekać, żeby ci to powiedzieć. Wiesz na pewno dlaczego mój pobyt w Irlandii trochę się przedłużył.

— Tak — odparłam, zaciekawiona — Marlin coś wspominał. Twoi rodzice zostawili ci tam coś w depozycie…

Wiktor rozejrzał się po stołówce i wyciągnął z torby na ramieniu wielką papierową kopertę. Widać było, że była już otwierana wielokrotnie przez niego.

— Może jednak faktycznie nie tutaj… — mruknęłam, gdy do stolika obok usiadła jakaś dziewczyna.

— U mnie czy u ciebie? — zapytał tylko.

— Najlepiej będzie w Korzeniu. Za pół godziny? — zaproponowałam.

— Oczywiście! — powiedział, wstając od stolika — Do zobaczenia.

Gdy dotarłam do Leśnej Osady Wiktor już czekał przy strumieniu, wypływającym spod powierzchni Korzenia. Miał ze sobą tę wielką papierową kopertę.

— O, jesteś już — ucieszył się.

— Tak — odparłam z uśmiechem — Zatrzymała mnie na chwilę babcia.

— Rozumiem. To może wejdziemy do środka? — spytał, wskazując na Korzeń — Już nie mogę się doczekać aż wszystko ci opowiem.

— Ja też — dodałam.

Wewnątrz Korzenia było cicho a ciepłe światło świec i blask kryształów sprawiały, że przedmioty na naszych stanowiskach lśniły tajemniczym blaskiem. Szklane retorty i fiolki odbijały refleksy świateł, w kryształowej kuli Wioletty wirowała nieprzenikniona mgła, a zioła przy stoliku Amelii wydzielały kojącą woń.

Usiedliśmy z Wiktorem w centrum, przy okrągłym stole, naprzeciwko Lustra Seleny. Wiktor delikatnie otworzył przyniesioną kopertę i wyjął z niej kilka pozornie zwykłych przedmiotów: srebrny kieszonkowy zegarek, otwierany medalion na łańcuszku, cienkim jak pajęczyna i oprawiony w czerwoną skórę notes.

— W Irlandii było… niesamowicie — zaczął — Treningi z Marlinem polegały przede wszystkim na medytacji. Odwiedziliśmy kilka „Miejsc Mocy”, jak nazwał je Marlin. Lecz gdy trafiliśmy na pole kurhanów… — Wiktor zawiesił głos i spojrzał pusto w przestrzeń.

— Co się stało? — zmartwiłam się.

— Widziałem ich Saro — wyszeptał — Moich rodziców.

— Jak to? — zdziwiłam się.

— Podczas sesji medytacji wśród tych kurhanów… Przyszli do mnie. Rozmawiali ze mną. To było… niesamowite!

— Zapewne — mruknęłam — Mówiłam ci, że ta podróż będzie niesamowita. Wiedziałam, że ich tam odnajdziesz!

— Mówiłaś… To było takie piękne ale zarazem bolesne, wiesz?

— Wiem, Wiktor. Jednak jestem pewna, że gdybyś nie był gotów, na pewno by do ciebie nie przyszli.

— Powiedzieli to samo — uśmiechnął się — Mówię o tym spotkaniu tylko tobie.

— Nikomu nie powiem — zapewniłam go.

— Oni wiedzieli o wszystkim co dzieje się teraz w Dolinie… O tobie, Amelii i Wioletcie. O mnie, o nas… Czy to nie dziwne?

— Absolutnie nie — odrzekłam z przekonaniem — Wiesz, niektórzy, mimo, że opuszczają nasz świat, nie zawsze odchodzą na zawsze… Zostają przy nas. Czuwają nad nami. Myślę, że z twoimi rodzicami było podobnie.

— Ale dlaczego dopiero teraz? — spytał, ze łzami w oczach.

Zastanowiłam się przez chwilę. Odpowiedź była prosta, jednak chciałam żeby Wiktor chłonął tę chwilę. Delikatnie ujęłam jego dłoń i spojrzałam mu w oczy.

— To proste. Nie byłeś gotowy. Treningi z Marlinem, podróż do miejsca gdzie zginęli twoi rodzice, medytacje. To wszystko małymi krokami prowadziło cię do tego spotkania. Nie za wcześnie, nie za późno. To zdarzyło się w tym momencie, w którym miało się wydarzyć.

— Co ja bym bez ciebie zrobił? — powiedział, ocierając łzy z twarzy.

Zapadła trochę krępująca cisza, spojrzałam na przyniesione przez Wiktora przedmioty. Widział swoich rodziców… Przyszli do niego żeby go wesprzeć, nie by wzbudzić w nim smutek. To pewne. Wrócił odmieniony, tak jak przewidywałam.

— Saro, czy wszystko w porządku? — zapytał Wiktor, widząc moje zamyślone spojrzenie.

— Nie… tylko po prostu pomyślałam o twoich rodzicach… Przyszli do ciebie.

— Ty pewnie spotykasz duchy na każdym kroku? Tak jak spotkanie z Seleną, Arianą i Walkirią.

Zasępiłam się troszeczkę, przypominając sobie rozmowę z całkiem innym duchem… Duchem, którego sama wezwałam.

— Otóż nie — odparłam spokojnie — Spotkanie z Triadą to zupełnie co innego. Ale jest coś, czym chciałabym się z tobą podzielić. Chcę tylko żebyś zrozumiał różnicę.

— Saro, przerażasz mnie mówiąc w ten sposób… — Wiktor wyglądał na zmartwionego.

Westchnęłam i usiadłam przy stole. Nabrałam głośno powietrza i spojrzałam Wiktorowi w oczy.

— W zeszłym roku, tuż przed Balem Zimowym zrobiłam coś, czego nie powinnam była robić nigdy. Przywołałam ducha swojego taty…

— Co takiego?! — Wiktor był w szoku — Ale jak?

— Proszę daj mi skończyć — poprosiłam — Wmawiałam sobie, że robię to po to, by uzyskać wskazówki związane z trzecim artefaktem. Prawda jest taka, że zrobiłam to z egoistycznego poczucia tęsknoty… Widziałam go, rozmawiałam z nim i to ukoiło moje serce. Jednak wiem że zrobiłam coś złego. Nie wolno przyzywać tych którzy już nie należą do naszego świata…

Wiktor uśmiechnął się smutno i delikatnie pogłaskał mnie po dłoni.

— Wcale nie uważam, że zrobiłaś coś złego. Wręcz przeciwnie. Zrobiłaś to co podpowiadało ci serce. Zawsze tak robisz. Działasz z sercem, które jest pełne pasji i odwagi. Dlatego jesteś dla mnie taka niezwykła. I wiesz co, nie sądzę żeby ktokolwiek miał tyle odwagi, jaką ty miałaś, wykonując ten rytuał. Nie żałuj tego Saro.

— Amelia nie mogła mi tego wybaczyć…

— To trochę zrozumiałe w jej sytuacji… A co na to Wioletta?

— Stanęła po mojej stronie. Nigdy nie widziałam jej tak wściekłej. Tym bardziej na Amelię.

— Dziękuję, że się tym ze mną podzieliłaś — szepnął Wiktor.

— Dziękuję, że mnie zrozumiałeś. Jednak teraz mam nadzieję, że dostrzegłeś różnicę między pojawieniem się twoich rodziców a przywołaniem przeze mnie ojca.

Wiktor usiadł i delikatnie wziął do ręki otwierany medalion. Ciche kliknięcie oznajmiło jego otwarcie. Podał mi go na otwartej dłoni. Przyjrzałam mu się i zobaczyłam w środku malutkie zdjęcie przedstawiające wysokiego mężczyznę i kobietę o długich falowanych włosach. Między nimi stał mały chłopiec, na oko dziesięcioletni.

— To moi rodzice i ja — oznajmił to, czego się domyślałam — Rozumiem różnicę Saro. Oni do mnie przyszli bo ich potrzebowałem. Ty przywołałaś swojego tatę z tęsknoty… Przywołałaś go mimo, że nie należy już do tego świata. To prawda, nie powinnaś tego robić. I mam nadzieję, że nie powtórzysz tego nigdy. Mimo to chcę ci powiedzieć że wcale nie uważam, że powinnaś się czuć winna z tego powodu… to takie ludzkie: Tęsknota za kimś kogo się bardzo kochało. Taki ból nie znika z dnia na dzień.

Podniosłam wzrok. Wiktor patrzył na mnie z taką czułością, że cały mój żal wyparował.

— A teraz zostawmy przeszłość i spójrzmy na to co tu mamy — zawołał, wskazując na trzy pamiątki po rodzicach. Ominął zegarek i wskazał stanowczo na czerwony notes — Myślę, że to cię zainteresuje.

Wzięłam notes do ręki i otworzyłam go. Przekartkowałam go kilkakrotnie, zanim oznajmiłam zdziwiona :

— Jest pusty!

— No właśnie. Nie przypomina ci to czegoś?

— Dziennik Seleny! Myślisz, że…?

— Spróbuj!

Pobiegłam do mojego stanowiska alchemicznego i spomiędzy zwitków pergaminu i stosu fiolek wygrzebałam moje Athame. Siadając z powrotem do stołu szybko nakłułam opuszek palca. Kropla mojej krwi rozlała się na jednej z pożółkłych stron notesu, który wchłonął ją jak gąbka. Czułam jak serce podchodzi mi do gardła z przejęcia. Po chwili na stronicy pojawiło się jedno krótkie słowo: „Nie”.

Wiktor spojrzał na mnie zdziwiony a ja spróbowałam jeszcze raz lecz otrzymałam kolejną odmowę, a notes zafalował kartkami i sam się zamknął.

— No cóż… — mruknęłam rozczarowana.

— Dziwne. Ale proszę, zachowaj go — poprosił Wiktor — U ciebie będzie bezpieczny. A być może z czasem znajdziesz inny sposób żeby go odczytać.

Schowałam czerwony notes do torby, którą miałam na ramieniu. Zawsze miałam ją przy sobie, a nosiłam w niej Kronikę Seleny, książkę mojego ojca i kilka fiolek z eliksirami bojowymi, na wszelki wypadek.

— A to? — spytałam, wskazując na kieszonkowy zegarek.

— To tylko zegarek, który należał do mojego taty a wcześniej do dziadka Olafa i tak dalej… — Wiktor otworzył wieczko zegarka, a ja patrzyłam jak zaczarowana.

— Zwykły zegarek, tak?! — prychnęłam.

— No raczej tak… ja sam niestety nie potrafię go ani ustawić ani nakręcić by chodził…

— Wiktor, ten zegarek odmierza czas za pomocą faz księżyca! Spójrz, on nawet nie ma wskazówek tylko hologramową tarczę.

W tym momencie z Sali Rytualnej Korzenia dobiegło dziwne charczenie. Zerwaliśmy się ze stołków równocześnie i powoli ruszyliśmy w tamtym kierunku. W centrum komnaty w kręgu kryształów siedziała Wioletta. Jej oczy były zamknięte a w dłoniach trzymała kwarcowy kryształ, który pulsował światłem. Pod ścianą, naprzeciw niej z rozłożonymi nogami na wpół leżał Damian. To on wydawał z siebie te dziwne charczące dźwięki.

— Czy on… chrapie? — zdziwił się Wiktor.

— Widocznie medytacja z Wiolettą bardzo go zmęczyła — zachichotałam.

Cała ta scena rozładowała trochę napięcie a ja zapomniałam o poczuciu winy, po opowiedzeniu Wiktorowi o przywołaniu ducha mojego taty.

Wróciliśmy z Wiktorem do głównej sali Korzenia. Zebrałam swoje rzeczy do torby i upchnęłam w niej jeszcze tajemniczą czerwoną kronikę, athame odłożyłam na swoje stanowisko. Wiktor założył medalik swojej matki na szyję a ten piękny hologramowy zegarek wsunął do kieszeni.

— Teraz będę je miał zawsze przy sobie — szepnął, przyciągając mnie do siebie i całując tak namiętnie, że aż poczułam gorąco w całym ciele.


Wchodząc do domu zauważyłam w przedsionku stertę butów na podłodze i mnóstwo ubrań na wieszaku. Salon był pełen ludzi. Przy wielkim stole siedziała babcia, Wanda a przy kominku stała mama. Na sofie, z kubkami parującej kawy jak trzy kolorowe ptaki, siedziały siostry Sokołowskie. Ciotki Simona, Klara i Agata patrzyły na mnie jakby zobaczyły istotę z innej planety.

— Witaj kochanie! — zawołała mama z uśmiechem — Niespodzianka!

— I to jaka! — uśmiechnęłam się szeroko.

Uścisnęłam mamę i przywitałam się z ciotkami. Miałam wrażenie, że dotykają mnie bardzo delikatnie, jakby bały się, że mnie uszkodzą lub czymś się ode mnie zarażą. Postanowiłam nie zwracać na to uwagi. Usiadłam przy stole, a na moich kolanach natychmiast rozłożył się Artemis.

— Twoje ciotki są trochę zdezorientowane — zamruczał w mojej głowie — Czują, że coś się zmieniło, jednak ich ciasne umysły nie są w stanie tego ogarnąć.

— To dlatego zachowują się tak dziwnie w stosunku do mnie? — zapytałam kota.

— Nie przejmuj się, przejdzie im… z czasem — zachichotał.

Wanda uśmiechnęła się do mnie promiennie z drugiego końca stołu, widok Homera, jej kruka, który siedziała na jej ramieniu na pewno wprawiał ciotki w osłupienie.

— Zajechałam do szkoły żeby zrobić ci niespodziankę, ale już cię tam nie było — odezwała się spod okna mama.

— Wyszłam dziś wcześniej — mruknęłam.

Ciotka Simona cicho chrząknęła i spojrzała na mnie z wyrzutem.

— Tak po prostu? Wyszłaś wcześniej? Kto ci dał pozwolenie?

— Simono! — syknęła zdenerwowana mama.

— Lidio, przyznaj, że nie panujesz nad własną córką! I tym wszystkim co się tutaj dzieje! Przecież to jakiś obłęd!

Ciotki Klara i Agata siedziały cicho. Zupełnie jak nie one. Ciotka Simona zawsze lubiła się wtrącać w nie swoje sprawy, to fakt, ale tą wypowiedzią dopiekła mi do żywego.

— Tylko spokojnie… — poprosił mnie Artemis.

— Jestem spokojna — odpowiedziałam mu w myślach.

— Przecież niedługo czeka cię egzamin dojrzałości i zakończenie szkoły — ciągnęła swój wywód ciotka — jak możesz tak po prostu wychodzić ze szkoły kiedy tylko ci się podoba?!

— Dosyć tego! — zawołała mama — Simono, albo zamilkniesz albo…

— Albo co? — najeżyła się Simona — Albo twoja córka rzuci na mnie urok?!

— Albo opuścisz ten pałac i więcej tu nie wrócisz — odezwała się babcia, wstając od stołu.

— Ja…

— Nie masz własnych dzieci, a próbujesz uczuć mnie jak mam wychowywać własną córkę?! — mama była wściekła. Wanda spuściła wzrok a ciotki Agata i Klara ukradkiem wyślizgnęły się z salonu.

Zapadła krępująca cisza. Ciotka Simona siedziała z obrażoną miną, ale milczała.

— Po obiedzie odwiozę was z powrotem do miasta. To był błąd, że was tu zabrałam — głos mamy był ostry i zimny.

— Nie — szepnęła ciotka Simona — Proszę, pozwól nam zostać — po jej policzkach popłynęły łzy — Nie wiem co we mnie wstąpiło…

— Zauważyłam — mruknęła mama — Zawsze byłaś despotyczna, jednak dziś przeszłaś samą siebie.

Ciotka już więcej się nie odezwała. Cisza napierała na uszy tak bardzo, że gdy usłyszałam głos Artemisa, poprzez naszą więź, aż podskoczyłam.

— Twoja ciotka dojdzie do siebie.

— Taak… Tylko czy był to skutek działanie magii w Dolinie czy ona naprawdę tak uważa?

— Skutki zdjęcia Zaklęcia Ariany mogą być inne u każdego śmiertelnika. Gdy to nastąpiło, twoje ciotki były daleko stąd. Teraz wróciły. A magia w Dolinie staje się coraz silniejsza. Może to mieć wpływ na ich zachowanie.

Popatrzyłam na ciotkę. Była wyraźnie skruszona i unikała mojego spojrzenia. Jeżeli magia tak silnie na nie działa, to obawiałam się, że prędzej postradają zmysły niż zrozumieją to co się tutaj dzieje.


Gdy po scenie z ciotką Simoną zamknęłam się razem z Artemisem w moim pokoju nadal nie mogłam uwierzyć, że to się stało naprawdę. Nie wiedząc co mam ze sobą zrobić, sięgnęłam do swojej torby i wyjęłam z niej czerwoną księgę, którą zostawił mi Wiktor.

— Hmmm — Artemis obwąchał przedmiot i parsknął — Ewidentnie emanuje magią… lecz jakąś inną.

— Czujesz zapach magii? — zdziwiłam się.

— Tak — odparł kot — Ty pachniesz dla mnie jak las i ogień. Trochę jak żywica i mokry dym. Duszący ale zarazem ciepły.

— Niesamowite! A do czego porównałbyś zapach tej kroniki?

— Coś… starego, pachnącego wilgocią. To pozostawia metaliczny posmak na języku… a zarazem kwiatową nutę, mam wrażenie, że gdzieś już czułem ten aromat…

Opowiedziałam Artemisowi o tym skąd mam ten przedmiot. To, że Kronika nie pozwalała mi się odczytać wcale go nie zdziwiło.

— Wyjaśnię ci to w ten sposób: To — trącił nosem czerwony notes — pachnie zupełnie jak nie ty. Nie należy do ciebie.

— Więc co mam z tym zrobić?

— Na razie byłbym ostrożny. Ukryj to i nie pokazuj nikomu. Tak będzie najrozsądniej. Przynajmniej przez jakiś czas.

— A Amelia i Wioletta? Może one mogłyby pomóc?

Artemis okrążył Kronikę kilkakrotnie, obwąchując ją jeszcze.

— Amelia ma przed sobą inne zadanie. Księga Ariany wciąż ma puste strony… A Wioletta stoi przed jeszcze trudniejszym wyzwaniem.

— No tak — mruknęłam — Trzeci Artefakt i zero wskazówek…

— Otóż to. Nie zajmujmy ich głów kolejnymi problemami.

Idąc za radą Artemisa ukryłam tajemniczą Kronikę w mojej torbie między Kroniką Seleny, a książką mojego taty. Uznałam, że przy mnie będzie bezpieczna. Gdy to robiłam do mojego pokoju wślizgnęła się mama. Wciąż była roztrzęsiona po kłótni z siostrą. Usiadła na brzegu łóżka i zaczęła machinalnie głaskać Artemisa.

— Przepraszam cię skarbie, nie powinnam była pozwalać im tu ze mną przyjeżdżać…

Domyśliłam się, że ma na myśli swoje siostry. Usiadłam obok i chwyciłam ją za rękę. Spojrzała na mnie z miną zbitego psa.

— To nie jej wina. Ciotka Simona może się tak zachowywać przez magię uwolnioną w Dolinie…

— Nie usprawiedliwiaj jej kochanie. To co powiedziała było okropne. Jakoś Klara i Agata nie odezwały się ani słowem.

— No właśnie! Nie dziwi cię to, że te dwie, zazwyczaj rozgadane i zwariowane ciotki, były tak cicho?

Mama spojrzała na mnie. Milczała dosyć długo. Ciszę przerwał Artemis, wskakując jej na kolana.

— Magia Doliny… — szepnęła mama, patrząc kotu w oczy — Jesteś pewna, że to było to?

— Artemis twierdzi, że to mogą być skutki oddziaływania magii. Ciotek nie było tu w momencie zdjęcia Zaklęcia Ariany. Teraz pojawiły się tu, gdy magia staje się coraz silniejsza. To zupełnie jakby nagle znalazły się w oku cyklonu… Nie wiem jak ci to wyjaśnić, ale nie oceniaj ich zbyt surowo. Przez jakiś czas mogą nie być sobą…

— Saro — odezwał się cicho kocur w mojej głowie — Myślę, że mogłabyś temu zaradzić.

— Ja? — byłam zdziwiona jego słowami. Mama przyglądała się nam w napięciu, jakby była świadoma naszej wymiany zdań.

— Twój Wywar Spokoju mógłby im trochę ulżyć — zauważył kot — Kilka kropel zaledwie, wystarczyłoby żeby złagodzić skutki odczuwania przez nie magii tak silnie.

Kiwnęłam głową i sięgnęłam do swojej torby. Buteleczki zadzwoniły, gdy próbowałam odszukać tę właściwą. Była na samym dnie. Wcisnęłam mamie w dłoń małą pękatą fiolkę z błękitnym płynem, z wirującymi drobinkami srebra.

— Kilka kropli do herbaty powinno załatwić sprawę. Dla ciotek — dodałam — To Wywar Spokoju.

Mama zacisnęła dłoń na buteleczce i uśmiechnęła się blado. Artemis zamiauczał i zaczął ocierać się o mamę, zupełnie jakby chciał ją zapewnić, że wszystko będzie dobrze.

— Dziękuję kochanie. Moja mała czarownico… — ulga na twarzy mamy była jak jasne światło dnia — Zrobię tak jak każesz. Kilka kropli…

— To im tylko pomoże. Będą spokojniejsze i łatwiej będzie im to wszystko zrozumieć — zapewniłam.

— Aż sama nabrałam ochoty na herbatę. Pójdę teraz do moich sióstr — uśmiechnęła się tajemniczo — zaproponuję wspólną herbatę i rozmowę.

— To świetny pomysł — zawołałam — Ja zajmę się nauką, bo przede mną przecież egzamin dojrzałości!

Mama i ja zaśmiałyśmy się tak głośno, że Artemis czmychnął pod komodę.

Nazajutrz wszystko się zmieniło. Gdy zobaczyłam ciotki przy śniadaniu, były uśmiechnięte. Co prawda ciotka Simona na początek uściskała mnie z całych sił i szepnęła :

— Przepraszam. Teraz już wszystko rozumiem, nasza mała czarownico…

Wzdrygnęłam się, jednak uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Tym bardziej po tym jak zauważyłam, że ciotki Agata i Klara ukradkiem karmią Artemisa pod stołem, cicho zastanawiając się czy nie jest aby księciem zaklętym w kota.

2. Smocza Przestroga

Smocza Baszta tętniła życiem. O ile życiem można nazwać latające wszędzie nekromantyczne smoki i ożywione za pomocą czarnej magii skamieliny innych stworów, przetrzymywanych w laboratoriach i podziemiach tego miejsca.

Kendra przechadzała się po głównej sali, gładząc swoimi smukłymi palcami krawędzie Czarnego Sagana. Jej wzrok błądził wysoko, szukając kontaktu z Darkenem. Smok spał w jednym z legowisk, wydrążonych w ścianach baszty, wysoko pod samym sklepieniem.

Od czasu jego głośnego sprzeciwu wobec praktyk Cyntii, bestia unikała kontaktu. Kendrę trochę to denerwowało, ponieważ będzie potrzebowała jego pomocy przy zemście na młodej potomkini Seleny. Jednak nie zamierzała o tę pomoc prosić. Postanowiła cierpliwie czekać, a w tym czasie zajęła się zgłębianiem księgozbiorów o czarnych praktykach. Czarny Sagan był teraz narzędziem jej pracy. Za pomocą swojej mocy zmieniła jego strukturę i przystosowała go do służenia tylko jej. Naczynie było oporne. Zupełnie jakby miało własną wolę. Jednak wiedźmie udało się ją złamać. Teraz dzięki Czarnemu Saganowi i jej magii lodu mogła utworzyć portal do Doliny Jezior. Jej portal nie był tak trwały jak Lustro Seleny. Lustro stworzone z tafli lodu topniało po kilku godzinach. Niestety nie było szans na trwalszy efekt. Na razie musiało jej to wystarczyć, zanim smok odzyska swój rozum i przyjdzie prosić ją o wybaczenie.


Tymczasem Darken w ciszy obserwował jak Cyntia szkoli swoje małe bestie, tak aby były jej posłuszne w każdej sytuacji. Z niemałym lękiem przyglądał się jak Kendra przywołuje w saganie obraz młodej rudowłosej czarownicy i klnie pod nosem.

Rzucała groźby i przysięgała zemstę. Smok znał Kendrę od wieków, jednak niepokoiło go jej pragnienie zemsty na ludzkim pisklęciu. Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna jest potomkinią Seleny i tak jak ona stanęła Kendrze na drodze do potęgi. Coś jednak nie pozwalało mu przestać myśleć o tym, jak jego pani zmieniła się po rytuale w Czarnym Saganie… Tak. Zawsze była okrutna i nie zważała na nic gdy mogła się zemścić, lub zrobić komuś krzywdę, by zdobyć jego magię… Teraz jednak obrała sobie za cel tylko jedną ofiarę. Tę, która ośmieliła się stawić jej czoła i zwyciężyła ją. Gdyby nie rytuał i smocza krew, Kendry mogłoby już nie być wśród żywych.

Już raz Kendra była w takim stanie. Po walce z Seleną Potężną. Był to spektakularny pojedynek i równie widowiskowa porażka jego pani. Cudem udało jej się ujść z życiem i zachować medalion. Jednak popadła w paranoję i tak silną żądzę zemsty, że dopuściła się wielu mordów na czarownicach i czarodziejach, tylko po to by odebrać im ich moc i zamknąć ją w swoim medalionie. Jej szał był porównywalny do tego w którym była w tej chwili.

Darken wiedział, że Kendra będzie chciała go wykorzystać żeby osiągnąć to, czego teraz pragnęła. Zadawał sobie jednak pytanie: Czy musi się na to godzić? Uśmiercenie jednej z młodych czarownic było ostatnią rzeczą w jakiej chciałby uczestniczyć…

Smok cicho westchnął i wysunął paszczę z legowiska. Wzywało go czyste niebo i ciepły wiatr Bruxoru, zupełnie jakby świat wiedział jak bardzo smok tęskni za wolnością. Bestia wsparła się na przednich łapach i rozpostarła skrzydła. Już widział błękit nieba, już czuł pęd powietrza pod skrzydłami, gdy moc Kendry ściągnęła go na dół i przygwoździła do kamiennej posadzki Smoczej Baszty.

— Wybierasz się gdzieś? — padło cyniczne pytanie — Wzywałam cię do siebie już wcześniej. Nie odpowiedziałeś…

— Wybacz Kendro, spałem…

— Pani… Nie Kendro. Masz zwracać się do mnie z szacunkiem!

Smok podźwignął się z trudem. Jego ciało było napięte niczym struna, jednak wypiął dumnie pokrytą łuskami pierś i spojrzał z góry na swoją „panią”. Jego żółte ślepia błądziły po jej wpół smoczej twarzy. Przez jeden krótki moment wydawało mu się iż dostrzegł cień strachu w jej ludzkim oku. Ta chwila jednak minęła bardzo szybko a wiedźma zadarła podbródek i zapytała lodowatym tonem :

— Zrozumiałeś?!

— Tak, pani — syknął Darken — Wybacz, muszę rozprostować skrzydła…

— Zejdź mi z oczu kreaturo! — warknęła — Ale pamiętaj na przyszłość: Zawsze masz przybywać kiedy cię wzywam!

— Tak jest — warknął smok przez zęby — Pani… — dodał, rozpościerając skrzydła.


Lecąc wzdłuż łańcucha gór, Darken wciąż słyszał w głowie szyderczy ton Kendry gdy nazwała go „kreaturą”. W momencie gdy zamknął swój umysł na czynniki zewnętrzne i skupił się na locie, dostrzegał więcej szczegółów w jakże surowym górskim krajobrazie. Złożył skrzydła i zniżył swój lot, manewrując między czarnymi skałami. Nie do wiary, że dawniej żyły tu smoki a teraz nie ma tu żadnego z nich. Zataczając kręgi w powietrzu wysoko ponad szczytami Smoczego Ogona, jego czuły wzrok przykuło coś, znajdującego się za łańcuchem gór. Obrał kierunek i poszybował na sam skraj kontynentu, gdzie ziemia była czarna i sypka niczym popiół wulkaniczny.

Gdy smok wylądował, wzbijając obłoki kurzu i pyłu, jego serce zadrżało ze smutku. Kiedy opadł ostatni pyłek, Darken stał pośrodku ogromnego cmentarzyska. Otaczały go smocze szczątki, kości, które próchniały na rozgrzanej, czarnej ziemi. Wiatr szarpał resztki błoniastych skrzydeł. Olbrzymie szkielety potężnych smoków, które w przeszłości władały niebem Bruxoru… Darken pochylił swój łeb, oddając hołd swoim przodkom. W tym momencie poczuł się bardzo samotny, wiedział, że tę tęsknotę będzie czuł do końca swoich dni.

Ucieszył się jednak zdając sobie sprawę, że Kendra nie wie o tym miejscu. Niekromantka Cyntia na pewno na jej rozkaz sprofanowała by to miejsce, chcąc „ożywić” szczątki na tym zapomnianym cmentarzysku.


Szybując nad surowym krajobrazem Pustkowia Bruxoru Darken dostrzegł małą błękitną plamkę na żółtym, naszpikowanym wapiennymi skałami, martwym piachu. Zniżył lot i wyostrzył swój smoczy wzrok. Nad kwiecistą mogiłą stała kobieta w zwiewnej niebieskiej, jak niebo sukni.

Gdy Darken wylądował na Pustkowiu, Kera nawet nie drgnęła. Odwróciła się jednak bardzo powoli, różdżka w jej dłoni lśniła srebrnym blaskiem, jak bardzo ostry sztylet.

— Mistrzyni Zamku Czarownic — wycharczał smok.

— Czego chcesz smoku? — spytała spokojnie Kera. Gorący wiatr Pustkowia delikatnie poruszył jej kreacją — I dlaczego słyszę cię w mojej głowie?

— Przyszedłem tu z własnej woli. A moją wolą jest to, abyś mnie usłyszała i wysłuchała — parsknął Darken nerwowo.

Kera zaśmiała się głośno i przyglądała się bestii, zupełnie jakby mogła prześwietlić ją wzrokiem.

— Z własnej woli? — zdziwiła się czarownica — I twoja pani pozwala ci mieć własną wolę?

Smok parsknął, a z jego nozdrzy uniosły się strużki dymu. Kilkakrotnie przestąpił z łapy na łapę, krusząc pazurami suchy, żółty piach Pustkowia.

— Mam dla ciebie ostrzeżenie — warknął w końcu.

— Ostrzeżenie?! — prychnęła Mistrzyni.

— Twoja matka wpada w obłęd…

— Nie nazywaj jej moją matką! — wykrzyknęła Kera, a z jej różdżki posypały się srebrne iskry — Urodziła mnie i porzuciła jako niemowlę, to wszystko co uczyniła. Nie ma prawa nazywać się moją matką!

— Dobrze więc… Kendra popadła w obłęd.

— Zawsze był obłąkana. Nie mówisz mi nic nowego.

— Masz rację — przyznał smok — Jednak tym razem jest inaczej. Jej obsesja jest niezdrowa. Obrała sobie za cel młodą rudowłosą czarownicę, która jest pod twoją opieką od początku.

— Sara — odparła krótko Kera.

— Tak. Potomkini Seleny jest jej celem.

— Od samego początku chciała je zgładzić. Znowu nie mówisz mi niczego czego nie wiem. Sam zapewne zdajesz sobie sprawę że wciąż pałała żądzą zemsty na całych rodach Seleny, Ariany i Walkirii.

— Pamiętam tamten czas. Jednak teraz…

— Więc nie rozumiem — przerwała smokowi Kera — co ciebie w tym dziwi. Jesteś przy niej od lat!

— Nie ufasz mi — warknął smok. To nie było pytanie.

— Jak mam zaufać bestii która niszczy, pali i zabija na zlecenie wiedźmy?!

Darken nie odpowiedział. Wyprostował się i już miał odlecieć, jednak coś nie pozwoliło mu odpuścić. Spojrzał z góry na czarownicę w błękicie. Tak niepodobną do swojej matki…

— Po pojedynku z … Sarą, Kendra ledwo przeżyła — odezwał się w końcu smok. Kera już otwierała usta żeby wejść mu w słowo. On na to nie pozwolił i kontynuował swoją wypowiedź — Dzięki mojej pomocy wróciła do zdrowia. Od tamtej pory szaleje i przysięga zemstę na młodej czarownicy o płomiennych włosach. Nie możesz do tego dopuścić jako ich opiekunka i nauczycielka!

— Czy ja dobrze rozumiem? Stajesz po przeciwnej stronie barykady bo…? Bo twoja pani zamierza zemścić się na Sarze?!

— Nie staję po żadnej ze stron — ryknął smok.

— Jednak zdradzasz mi jej plany pomimo tego, że jesteś jej Towarzyszem. Zdradzasz waszą Więź… Zdradzasz swoją panią!

— Kendra nigdy nie była moją panią. Ja nie byłem i nie będę jej Towarzyszem. Nie łączyła nas Więź. Byłem jej dłużnikiem, a łączyła nas spłata tego długu. Dług został spłacony gdy użyczyłem jej swojej krwi by mogła uleczyć swe rany, po tym jak pokonała ją Sara!

— Dług Krwi?! — Kera była w szoku. Wpatrywała się w smocze oczy, próbując dostrzec w nich to, czy mówi prawdę.

— Tak. Wykarmiła mnie swoją krwią, gdy byłem pisklęciem. Bez magii Bruxoru mógłbym nie przeżyć w świecie śmiertelników. Ocaliła mnie. Byłem jej winny życie. Nie musiałem się zgadzać na wszystko to, czego się dopuściła. Jednak musiałem być jej posłuszny.

Kera wciąż milczała. Szok nie znikała z jej twarzy a kolejne słowa smoka wprawiały ją w jeszcze większe zdumienie.

— Sara i jej towarzyszki to jeszcze pisklęta… dzieci. Ona chce je zabić — kontynuował Darken — A już na pewno śmierć czeka Sarę. Reszta pogrąży się w chaosie i nigdy nie staną się…

— Triadą — dokończyła Kera — Skąd o tym wiesz?

— Wiem o wielu rzeczach — przyznała spokojnie smok — Posiadam pamięć wszystkich smoków Bruxoru, a musisz pamiętać, że jestem ostatnim z nich…

— Czy ona zdaje sobie sprawę z wiedzy jaką posiadasz? Czy wie o Triadzie?

— Kendra nie ma pojęcia o wielu rzeczach. Nie zdaje sobie sprawy kim naprawdę są dziewczęta z Doliny Jezior. Dla niej liczy się wyłącznie potęga. I zemsta.

Kera spojrzała smutnym wzrokiem na kwiecistą mogiłę swojej siostry Ksandry.

— Wiesz co może cię spotkać, jeśli ona dowie się, że ze mną rozmawiałeś? Ona –-Kera wskazała na grób — była jej córką, którą traktowała jako narzędzie zemsty. Gdy Ksandra odwróciła się od niej poniosła największą karę.

— Czy ty mnie żałujesz? — zdziwił się smok.

— Jesteś, jak powiedziałeś, ostatnim smokiem Bruxoru. Zasługujesz na wolność nie na śmierć. Przyjmę twoją przestrogę i będę miała oko na dziewczęta. Ale ty również musisz mi coś obiecać.

— Czego ode mnie oczekujesz Mistrzyni Zamku Czarownic? — chciał wiedzieć Darken.

— Odejdź od niej. Uciekaj jak najdalej. Spłaciłeś swój dług. Bądź wolny!

Smok zmrużył żółte ślepia, a jego źrenice zamieniły się w pionowe szparki.

— Jeszcze nie teraz — odparł spokojnie — Gdy nadejdzie czas, będę wolny. Jednak czuję iż moja rola jeszcze nie dobiegła końca.

— Zrobiłeś i tak więcej niż możesz przypuszczać!

— Zaufałaś mi raz. Zaufaj kolejny. To jeszcze nie czas. Bym mógł być wolny. Triada musi się odrodzić. Dopilnuj tego, by tak mogło się stać. Chroń je póki same nie będą w stanie zniszczyć medalionu twojej… medalionu Kendry.

— Obiecuję! — zawołała Kera ze łzami w oczach.

Darken po raz kolejny wypuścił dum ze swoich nozdrzy, rozpostarł skrzydła i odleciał w kierunku łańcucha górskiego zwanego Smoczym Ogonem.

Kera jeszcze przez długi czas stała nad mogiłą swojej siostry Ksandry, zanim jej przyjaciółki, Elia i Patra nie zjawiły się szybując na grzbietach olbrzymich sów. Dołączyły do niej bez słowa, również wpatrując się smutnym wzrokiem w kwiecistą małą mogiłę pośrodku Pustkowia.

— Jest coś, co chciała byś nam powiedzieć — przerwała ciszę Elia. To nie było pytanie. Wpatrywała się w Wielką Mistrzynię, jakby czuła jej emocje.

Patra spoglądała to na jedną to na drugą przyjaciółkę, by po chwili zwrócić uwagę na ślady smoczych łap, pozostawione na piasku.

— Co tu się wydarzyło? — chciała wiedzieć Patra — Czy on chciał cię skrzywdzić?

— Nie! — zaprzeczyła stanowczo Kera, patrząc na zatroskane przyjaciółki — Wręcz przeciwnie. Przybył tu żeby mnie… nas ostrzec — Mistrzyni ze szczegółami zdała Elii i Patrze relację ze spotkania z Darkenem. Patra była oburzona, za to na Elii nie zrobiło to większego wrażenia.

— Studiowałam kiedyś wiedzę o smokach… — zamyśliła się — Czytałam nawet ich Kodeks…

— Przecież to smok Kendry! — sprzeciwiła się Patra.

— Smoki nie kłamią… — Elia wciąż mówiła bardziej do siebie.

Kera gestem ręki uciszyła zdenerwowaną Patrę i czekała na to co powie dalej Elia. Być może jej wiedza na temat smoków pomogłaby zrozumieć zachowanie Darkena.

— Jeżeli Darken niczego przed tobą nie ukrył, bo mógł tak zrobić, to… — Elia zawiesiła głos.

— No powiedz to wreszcie! — zniecierpliwiła się Patra.

Elia spojrzała w zamyśleniu w dal, gdzie rozciągał się Smoczy Ogon. Odwróciła się do przyjaciółek i powiedziała poważnym głosem:

— Dług Krwi to starożytny smoczy rytuał. Jeżeli on spłacił ten dług, to czyni go ostatnim wolnym smokiem Bruxoru. Powinnyśmy…

— Zaufać mu? — chciała wiedzieć Kera.

— Potraktować jego ostrzeżenie bardzo poważnie — sprostowała Elia.

— I przekonać do tego Sarę, Amelię i Wiolettę — mruknęła Patra — A to nie będzie łatwe, po tym jak smok je zaatakował i zniszczył Korzeń.

— Wracajmy do Bubonen, tam coś wymyślimy — zawyrokowała Wielka Mistrzyni.

— Tak — zgodziła się Elia — A ja poszukam jeszcze informacji o Długu Krwi w Smoczym Kodeksie.

Kera przywołała Azu swojego samca płomykówki, na którym tu przybyła. Ten zaś natychmiast przybrał postać olbrzymiej sowy a Elia i Patra dosiadły swoich olbrzymich strzyg. Gdy opuszczały Pustkowie, wiatr właśnie zacierał smocze ślady na żółtym piachu. Zupełnie jakby chciał zachować w tajemnicy to, co się tu wydarzyło.

3. Rozłam

W Korzeniu wrzało po słowach Kery. Ona, Elia i Patra przybyły z Bruxoru z niespodziewanymi wieściami.

— Wiesz co ten smok zrobił?! — wykrzyknęła Wioletta — Spalił Korzeń, zniszczył Lustro Seleny! I to wszystko na rozkaz Kendry…

— Skąd możemy mieć pewność, że jego słowa nie są jej kolejną zagrywką? — chciała wiedzieć Amelia.

— Dokładnie — wtrąciłam się — Być może ona rozkazała mu zasiać zamęt między nami. Być może jego ostrzeżenie miało zasiać między nami strach i niepewność?

Kera milczała. Zdenerwowana Elia przechadzała się wokoło stołu, a Patra skubała rąbek swojej szaty. Wiedziałam, że ufały Kerze bezgranicznie, jednak teraz widziałam, że same nie są do końca przekonane co do słów Mistrzyni.

— Wcale nie próbuję was przekonać do tego, że Darken jest po naszej stronie… Sama w to nie wierzę — odezwała się po chwili Kera, wstając od stołu — Jednak jego słowa przeraziły mnie — mówiąc to, spojrzała na mnie — Według smoka, Kendra obrała sobie ciebie za główny cel, Saro.

— Wcale się nie dziwię! — Wioletta wybuchła nerwowym śmiechem — Po tym, jak Sara praktyczne spaliła ją żywcem na Pustkowiach Bruxoru…

— Otóż to — wtrąciła się Mistrzyni — Nie musimy wcale traktować przestrogi Darkena poważnie. Chcę tylko prosić abyście były ostrożne. On…

— Tobie jest jego żal — stwierdziła Amelia.

— Posłuchaj mnie uważnie — zdenerwowała się Kera — Opowiedziałam wam słowo w słowo, co przekazał mi smok. Nie ukryłam niczego. Dług Krwi jest kluczem do zrozumienia tego postępowania.

Spojrzałyśmy na przechadzającą się po Korzeniu Elię. Stała wyprostowana i spięta, lecz gdy przemówiła jej głos był silny i pewny.

— Studiowałam dawno temu Smoczą Antologię. Smoki nie są… Może tak: Smoki nie postrzegają świata tak samo jak my. Dla nich nie ma podziału na dobro i zło. Jest w nich siła, pasja, ogień i pragnienie wolności. Jednak mimo tego, że to dzikie i brutalne stworzenia, mają swój własny kodeks. Są bardzo honorowe, przestrzegają zasad. Ich prawa zostały spisane ogniem i krwią, w czasach zanim narodziła się magia.

— Okej… — mruknęła Wioletta, przeciągając sylaby.

Nie zważając na nasze naburmuszone miny, Elia usiadła naprzeciw nas i kontynuowała swoją wypowiedź.

— Jeżeli Darken mówi o Długu Krwi, nie może kłamać. Poza tym smoki nie kłamią, taka jest ich natura i odwieczne prawo.

— Ale… — chciała się wtrącić Amelia.

— Nie ma żadnego „ale”, Amelio — uciszyła ją spokojnie Patra — Wysłuchaj Elii.

— To prawda, że mogą naginać prawdę i ukrywać niektóre fakty… Jednak jeśli chodzi o ich prawa, to nie mogą mówić nieprawdy.

— Czyli jedno wiemy na pewno — odezwałam się, kiedy Elia skończyła — Darken nie jest towarzyszem Kendry… Jest, to znaczy był jej…

— Dłużnikiem — zakończyła za mnie Kera — Tak. Opowiadałam wam kiedyś, że Kendra karmiła go swoją krwią, czym uratowała mu życie. Smok twierdzi, że po tym jakże spektakularnym pojedynku na Pustkowiach, tylko jego krew mogła ocalić moją pokonaną matkę.

— A co za tym idzie Dług Krwi został spłacony — dodała Elia.

Każda z nas siedziała cicho. Ja miałam przed oczami widok jaki zastałyśmy po powrocie z Krypty Dusz. Ogień zniszczenie. Płonący kikut w miejscu gdzie stał Korzeń i szczątki rozbitego Lustra Seleny… Tego wszystkiego dokonał smok, który teraz tłumaczy swoje postępowanie Długiem Krwi i Smoczym Kodeksem. Nie wiedziałam czy potrafię mu uwierzyć, jednak postanowiłam potraktować jego ostrzeżenie przed Kendrą poważnie. Poprzez połączenie umysłowe podzieliłam się tą myślą z Amelią i Wiolettą. Żadna z nich nie odpowiedziała mi od razu. Czułam ich niepewność i całkowity brak zaufania do Darkena. Wyczuwałam także ich strach o moje bezpieczeństwo.

— Dobrze, niech będzie — odezwała się w końcu Amelia — Potraktujemy to ostrzeżenie poważnie.

— Dla dobra Sary — dodała Wioletta — Będziemy jej strzec.

— I żeby było jasne — powiedziałam, wstając — Nie ufamy temu smokowi. Dla nas jest niszczycielską siłą, która w rękach Kendry może być śmiertelną bronią.

— Tym bardziej, że posiada wiedzę o Triadzie — zamyśliła się Amelia.

— To zdziwiło mnie wtedy najbardziej — przyznała Kera — Do czasu aż Elia wyjaśniła mi na czym polega jego pamięć…

— Darken posiada pamięć wszystkich smoków — słowa Elii wprawiły nas w zdziwienie i wywołały zaciekawienie.

— Co to oznacza? — chciała wiedzieć Amelia.

— To coś w rodzaju mentalnej więzi… Trudno to wyjaśnić — Elia była niepewna — Ten smok jest ostatnim ze swojego gatunku. Mimo, że jest stosunkowo młody, jak na smoka, to jego wiedza sięga dalej i głębiej niż możemy sobie wyobrazić. Jak już mówiłam, smoki istniały zanim jeszcze magia trafiła do ludzkich rąk. On może dzięki tej umiejętności pamiętać pierwsze obrzędy i zaklęcia. Pierwszy rzucony czar i najstarsze rytuały.

— Co jeśli przekazał wszystko Kendrze? — wystraszyła się Wioletta — Dzięki takiej wiedzy mogłaby…

— Właśnie! Gdyby Darken zdradził jej choćby cząstkę wiedzy jaką posiada, Kendra byłaby niepokonana! — zawołała Elia — Tymczasem ona wciąż goni za zemstą, za potęgą.

— Nie rozumiem — mruknęłam.

— Saro, gdyby Darken podzielił się z Kendrą wiedzą swoich przodków, nie polegała by tak bardzo na swoim medalionie. Bez niego była bezsilna. Pamiętasz?

Zastanowiłam się. Wszystko pasowało. Smok mógł wiedzieć wiele. Mógł zdawać sobie sprawę z istnienia Triady. Mógł wiedzieć o wiele więcej niż my same wiemy. Jednak nic nie wskazywało na to, że tą wiedzą podzielił się z kimkolwiek. Wykluczając Kerę, której o tym wspomniał, ostrzegając ją na Pustkowiach.

— Od nadmiaru informacji zaczęła boleć mnie głowa — jęknęła Wioletta — Możemy już zakończyć to posiedzenie? Ustaliłyśmy jedno: Bezpieczeństwo Sary jest priorytetem. Koniec. Kropka.

Spojrzałam na Amelię. Siedziała cicho, zamyślona a jej wzrok błądził po mojej twarzy.

— Tak — odezwała się w końcu — Smokiem zajmiemy się później. Teraz musimy zadbać o bezpieczeństwo Sary.

— Potrafię o siebie zadbać — burknęłam zawstydzona.

— Wiemy o tym — prychnęła Wioletta, z uśmiechem — Za kilka dni Egzaminy Dojrzałości w szkole.

— Nawet mi nie przypominaj — westchnęłam.

— Poza tym, jeżeli coś ci się stanie, to nie będzie żadnej Triady… — szepnęła Amelia — A to może być ważniejsze nawet od egzaminów…

— Nie wierzę, że usłyszałam to z twoich ust! — zawołała Wioletta — Co może być ważniejszego od nauki?!

Wszystkie zachichotałyśmy, patrząc na zarumienioną Amelię. Od dawna była przygotowana do najważniejszego egzaminu, a nas wciąż gnała do nauki.


— Dobra, powtórzmy jeszcze sobie materiał z chemii — zaproponowała Amelia, przerzucając stertę swoich notatek.

— Nie no, mam dość! — jęknęła Wioletta, czochrając swoją grzywkę — Możemy zrobić małą przerwę?

— Wioletta ma rację — odezwałam się znad podręcznika do chemii — Należy nam się odpoczynek. Głowa mi paruje…

— Nie! — zawyrokowała Amelia — Do egzaminów zostało zaledwie kilka dni…

— Do tego czasu nasze mózgi zamienią się w papkę! Amelio, proszę! — Wioletta przyjęła ode mnie szklankę wody, jakby to był najpiękniejszy dar na świecie.

Uczyłyśmy się na zmianę, raz u Wioletty w domu, czasem w pałacu Niedźwiedzkich. Dziś spędzałyśmy popołudnie w moim pokoju. Podczas gdy my próbowałyśmy wbić do naszych głów choć odrobinę wiedzy, nasze koty spały wygodnie na moim łóżku. Odkąd Amelia wzięła mnie i Wiolettę w obroty, zmuszając nas do wspólnej nauki, żałowałam, że nie jestem kotem.

Poczułam dziwne ukłucie w umyśle i kątem oka zauważyłam jak Amelia i Wioletta przyglądają mi się z troską na twarzach.

— Hej! Widzę co robicie — burknęłam, stając z nimi twarzą w twarz. Koty czmychnęły pod łóżko — Natychmiast przestańcie!

— Ale co? — Wioletta udawała niewiniątko.

— Patrzycie na mnie jakbym była chodzącą bombą i obawiacie się końca odliczania — prychnęłam.

— Przesadzasz — uspokajała mnie Amelia — My po prostu…

— Się martwicie. Widzę! — warknęłam — Doceniam to, naprawdę!

— No… a nie wyglądasz — żachnęła się Wioletta.

— Bo zachowujecie się jakby Kendra miała za chwilę wskoczyć przez okno, a ja miała bym wyparować w powietrzu jak mój nieudany eliksir na rozdwojone końcówki włosów!

— Po prostu nie mogę przestać myśleć o tym co mówiła Kera… Sama obiecałaś, że będziemy ostrożne — powiedziała Amelia spokojnie i cicho.

— Tak — wtrąciła się Wioletta — Przyrzekłyśmy cię strzec! A ty powiedziałaś, że zamierzasz potraktować ostrzeżenie Darkena poważnie.

— Uczymy się na zmianę u każdej z nas po kolei, lub w Korzeniu. Nie spuszczacie mnie z oka choćby na moment. Z wyjątkiem nocy… och dzięki Bogu żadna z was nie wpadła na pomysł ze wspólnym nocowaniem — rzuciłam, przewracając oczami — Jestem przerażona, to fakt. Jednak zaczynam myśleć, że popadamy w jakąś chorą paranoję. I to wszystkie naraz.

— Powinnaś powiedzieć Wiktorowi — zasmuciła się Amelia.

— Wiem — westchnęłam, siadając na łóżku.

— Ma prawo wiedzieć — wtrąciła Wioletta.

— Wiem! — warknęłam, zła na samą siebie — Powinnam to zrobić od razu. Tylko, że tyle się działo po jego powrocie z Irlandii, że nie chciałam…

— … go martwić? — wtrąciła Wioletta, z przekąsem — Wyobraź sobie jak będzie zmartwiony gdy dowie się od kogoś innego…

— Od kogoś innego? — zdziwiłam się — Wy chyba nie zamierzacie…?

— My, nie. Jednak pamiętaj, że może dowiedzieć się od Kery, Taurena czy choćby Marlina — mruknęła Amelia, w zamyśleniu — Kera powie na pewno Taurenowi o spotkaniu z Darkenem a on nadzoruje treningi chłopaków u Marlina…

Zamyśliłam się. Dziewczyny miały rację. Chociaż ten cały łańcuszek przekazywania wiadomości mógł wydawać się zawiły, to jednak było to możliwe.


*********************


Gdy odprowadzałam dziewczyny do bramy, zauważyłyśmy snop dymu, unoszący się nad ogrodem.

— Co jest? — zdziwiła się Wioletta, patrząc na mnie i Amelię.

— Może to sprawdzimy? — zaproponowała Amelia, ruszając w stronę ogrodu.

Skinęłam tylko głową i ruszyłyśmy do bramki, prowadzącej na podwórko.

Przed pałacowym tarasem, na zawsze pięknym trawniku, otoczonym tujami, płonęło wielkie ognisko. Stały przy nim ciotki Agata i Klara, trzymając się za ręce, wyśpiewywały słowa:

— Ogień płonie, zienia drży pod stopami. Woda płynie, Powietrze wiruje nad nami!

Patrzyłam na to wszystko, będąc w niemałym szoku. Co tu się wyprawia?! Rozejrzałam się i zauważyłam siedzącą na tarasie ciotkę Simonę. Patrzyła w przestrzeń pustym wzrokiem, trzymając w dłoni kieliszek czerwonego wina. Była nadzwyczaj spokojna. Wręcz nieobecna.

— Zwariowały! Twoje ciotki zwariowały! — skwitowała to wszystko Wioletta. Jej oczy stawały się coraz większe a usta miała otwarte ze zdziwienia.

Amelia zachichotała. Ja też z trudem zdusiłam wybuch śmiechu. Wioletta popatrzyła jeszcze raz na scenę przy ognisku i parsknęła tak donośnym śmiechem, że spłoszyła ptaki ukryte wśród krzewów.

— Hej, ale tak poważnie, to coś tu nie gra… — mruknęła Amelia.

— Uwierz mi było gorzej — mruknęłam — Zaaplikowałam im trochę Wywaru Spokoju, bo były nie do zniesienia.

— Coś wspominałaś o tej awanturze między twoją mamą a ciotką Simoną — przypomniała sobie Wioletta — To chyba ta, która teraz ciągnie wino prosto z butelki?

Zerknęłam w tamtym kierunku. Amelia znowu dostała ataku śmiechu, widząc jak ciotka Simona trzyma nad otwartymi ustami pustą już butelkę po winie.

— Do ostatniej kropli — mruknęłam, zniesmaczona.

— Być może twój Wywar Spokoju był za mocny — zauważyła Amelia.

— Mama miała im go podać w herbacie. Zaznaczyłam, że kilka kropli wystarczy…

— Sądząc po załączonym obrazku, twoja mama przegięła z dawką — Wioletta prawie pokładała się ze śmiechu.

W tym momencie na tarasie pojawiła się właśnie mama. Jej twarz była purpurowa ze złości. Widząc ciotkę Simonę, patrzącą ze smutkiem na pustą butelkę, ręce opadły jej bezradnie. Zauważyła mnie, Amelię i Wiolettę i natychmiast do nas podbiegła.

— Zwariowały! — mama powtórzyła nieświadomie słowa Wioletty — Nie ma rady, zabieram je stąd!

— Wygląda na to, że magia Doliny mocno na nie wpływa — wtrąciła się Amelia.

— Tak… a ja już zużyłam cały twój wywar, Saro…

— Co?! — zawołałam — Miałaś dodawać kilka kropel do herbaty…

— Oj… Wiedziałam, że coś pomieszałam — mruknęła mama — No cóż…

Wioletta zaśmiała się tak głośno, słysząc tłumaczenie mojej mamy, że, aż zrobiło mi się głupio, chociaż uśmiech cisnął mi się na twarz.

— Najlepiej będzie jak je stąd wywiozę… I tak muszę pilnie wracać do pracy. Przepraszam kochanie, ale nie będzie mnie przy tobie podczas egzaminów… — zwróciła się do mnie mama, z przepraszającą miną.

— To nic, mamo. Poradzę sobie — zapewniłam ją — A poza tym, chyba będzie najlepiej dla ciotek gdy wrócą do domu.

— Gdybym tylko uważnie cię słuchała…

— To teraz nie ma znaczenia — Wioletta odezwała się, już z poważną miną — Wszystko powinno wrócić do normy gdy Wywar Spokoju Sary przestanie działać.

— Tak, ale lepiej będzie jak wrócą do miasta — dodała Amelia.

Mama skinęła głową i wróciła na taras. Stałyśmy jeszcze przez chwilę, przyglądając się próbom mojej mamy, zaciągnięcia ciotek do domu.

— Nie musisz nas odprowadzać odezwała się Amelia — Lepiej pomóż swojej mamie — jej spojrzenie było pełne troski.

— Wygląda na to, że magia nieźle je pokręciła — szepnęła Wioletta — Widzimy się jutro.

Dziewczyny pożegnały się ze mną, a ja ruszyłam pomóc mamie zrobić porządek z ciotkami. Gdy ona zabrała je do domu ja ugasiłam ognisko, uspokajając płomienie dzięki kontroli nad żywiołem ognia.

Do wieczora ciotki były już spakowane i siedziały grzecznie w aucie mamy. Ja i babcia pożegnałyśmy się z mamą i pomachałyśmy jej, gdy już odjeżdżała. Było mi trochę przykro, że nie mogła przy mnie być, gdy będę pisać egzamin końcowy szkoły. W końcu nie codziennie wchodzi się w dorosłość. Wiedziałam jednak, że poradzę sobie z tym lepiej, wiedząc, że jest bezpieczna z dala od Doliny Jezior i Kendry. Poza tym ciotki musiały wrócić do zdrowia po takiej dawce magii skumulowanej z Wywarem Spokoju.


****************************


— Dlaczego nie powiedziałaś mi od razu?! — zawołał rozzłoszczony Wiktor, rozrzucając notatki na swoim biurku.

Czułam, że ta rozmowa będzie tak wyglądać. Spotkałam się z nim pod pretekstem wspólnej nauki do egzaminów. Między powtarzaniem materiałów z najistotniejszych przedmiotów poruszyłam delikatnie temat spotkania Kery z Darkenem.

— No cóż… zapomniałam? — skłamałam.

— Zapomniałaś?! Daj spokój! Znam cię nie od dziś… — Wiktor zawiesił głos — Saro, to… trudne. Jesteś na celowniku Kendry. Dziewczęta nie odchodzą od ciebie na metr… Powinienem był się domyślić, że coś się święci… Tylko, że byłem trochę jakby gdzie indziej.

— Wiem, Wiktorze. Dlatego też tak długo zwlekałam z powiedzeniem ci o tej sytuacji… Chciałam żebyś wszystko sobie poukładał po tym co wydarzyło się w Irlandii.

— Czyli nie zapomniałaś? Nie mówiłaś mi o tym celowo… Wcale się nie zmieniłaś! Wciąż myślisz, że zbawisz cały świat w pojedynkę i ochronisz wszystkich sama!

— To nie tak! — zawołałam trochę zła na jego reakcję — Nie powinieneś mnie oceniać w ten sposób! To niesprawiedliwe!

— A ukrywanie właśnie przede mną, że grozi ci śmiertelne niebezpieczeństwo, to już jest sprawiedliwe? Gdyby coś ci się stało… Jestem tu po to żeby zdjąć z twoich barków choć odrobinę tego całego ciężaru. Tylko musisz mi na to pozwolić! — jego głos był pełen żalu, jednak jego słowa bardzo bolały.

— Wiem, że czujesz się zdradzony i pominięty. Jednak ja nie chcę popadać w jakąś… paranoję. Dziewczyny wariują, pilnując mnie nawet w szkolnej toalecie! Chcę…

— Uważasz, że moja troska o ciebie to paranoja?!

— Tego nie powiedziałam! — krzyknęłam trochę urażona.

Wiktor już otwierał usta, żeby mi odpowiedzieć, gdy do drzwi jego pokoju ktoś głośno zapukał. Po chwili w drzwiach stanął ktoś z zamkowej służby.

— Paniczu, Hrabia pragnie cię widzieć natychmiast w sali Założycielskiej — odezwał się mężczyzna — Panienkę również — dodał poi chwili, skłaniając się nieznacznie.

Spojrzałam zdziwiona na Wiktora. Wciąż był na mnie zły, wzruszył tylko ramionami i wyszedł z pokoju. W progu spojrzał jeszcze na mnie ze zbolałą miną, dając mi znak głową bym poszła za nim.

Ruszyliśmy korytarzami zamku. Próbowałam zagadać mojego (chyba jeszcze) chłopaka o cokolwiek, ale zbywał moje pytania.

— No dobra, ale o co chodzi z tą Salą Założycielską? — drążyłam.

— Zobaczysz — mruknął tylko — Już niedaleko. Sam zastanawiam się o co chodzi…

Zrezygnowałam z dalszych pytań i po prostu szłam w ciszy za Wiktorem. Zastanawiałam się o co w tym wszystkim chodzi.

Gdy znaleźliśmy się na szerokim korytarzu, którego ściany zdobiły gobeliny, Wiktor poprowadził nas do pięknie rzeźbionych, dwuskrzydłowych drzwi na jego końcu. Otworzył drzwi i weszliśmy do wysoko sklepionej komnaty, która rozpływała się w kolorowym świetle, wpadającym tu przez witrażowe okna. Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do takiej jasności, zauważyłam Amelię i Wiolettę stojące razem. Były zdezorientowane, lecz gdy tylko mnie zobaczyły nasze umysły natychmiast się połączyły i wyczułam również ich złość. Po drugiej stronie komnaty, przy oknach stali Artur i Damian. Byli poważni i nie patrzyli w moją stronę. Wiktor od razu podszedł do chłopców. Ja stanęłam pomiędzy moimi przyjaciółkami, by w końcu spojrzeć na długi dębowy stół, przy którym siedziały nasze babcie i hrabia Olaf Ludomirski. Drzwi do sali zatrzasnęły się z hukiem.

— O co chodzi? — spytałam poprzez naszą mentalną więź.

— Nie mam pojęcia! Jestem tu pierwszy raz — usłyszałam w głowie głos zdenerwowanej Wioletty.

— Nie podoba mi się to — Amelia była spokojna ale i niepewna — I do tego nasze babcie…

— No dobrze moi drodzy — odezwał się hrabia, zza stołu — zapewne zastanawiacie się co tu robimy. Za chwilę wszystko stanie się jasne.

Próbowałam ściągnąć na siebie spojrzenie babci, ta jednak wciąż wpatrywała się w hrabiego. Jej wzrok mówił wszystko. Cokolwiek miało się tu wydarzyć, ona była temu przeciwna. Z podobną niechęcią na hrabiego patrzyły babcie Amelii i Wioletty. Coś tu ewidentnie nie grało…

— A więc — kontynuował dziadek Wiktora — W związku z narastający zagrożeniem ze strony Kendry, postanowiliśmy… — Babcia chrząknęła bardzo głośno a wiej ślad poszły Adela i Weronika — No cóż, ja postanowiłem zebrać tu was wszystkich by omówić środki bezpieczeństwa, które powinniśmy przedsięwziąć, żeby jak najlepiej chronić Dolinę Jezior.

Zapadła cisza, w której chłopcy patrzyli zdziwieni po sobie. Nawet Wiktor wydawał się być zaskoczony słowami swojego dziadka. Już miał się odezwać gdy zrobiła to Wioletta:

— A jak pan myśli, co my do tej pory robimy?! — jej głos drżał z wściekłości.

— Nie wiem co robicie, ponieważ nie mam o tym zielonego pojęcia — odrzekł oschle hrabia, patrząc na nas z góry — Ale żądam by to się zmieniło!

Tym razem to we mnie wezbrała złość. A ogień, który tlił się we mnie po kłótni z Wiktorem palił mnie już w gardło. Zanim jednak zdążyłam się odezwać, zrobiła to Amelia. Jej głos był spokojny, za to oczy mogły ciskać pioruny.

— Otóż to, panie hrabio. Nie ma pan zielonego pojęcia! Walczymy z czymś, czego pan nigdy nie widział na oczy.

Hrabia stanął jak wryty, słysząc te słowa. Zerwał się z miejsca i rozejrzał zszokowany, szukając wsparcia w reszcie zgromadzenia. Nikt nie ośmielił się odezwać. Więc zrobiłam to ja, dając upust mojej złości.

— Z całym szacunkiem, ale czy kiedykolwiek stanął pan do walki… choćby ze smokiem, który pali i niszczy wszystko co pan kocha? A może przyszło panu stanąć oko w oko z wiedźmą, która obsesyjnie chce unicestwić pański ród od pokoleń?!

Kątem oka widziałam jak Wiktor i chłopcy nabierają głęboko powietrza, widząc roztańczone płomienie na moich dłoniach. Patrzyli to na hrabiego to na mnie spod oka z rękami założonymi na piersiach. Dało mi to jakąś chorą satysfakcję i pozwoliłam by płonęły dalej. Hrabia był w niemałym szoku.

— D-dlatego żądam byście informowały mnie i radę, o wszystkich waszych poczynaniach! — jąkał się hrabia Olaf — Was też to dotyczy! — zwrócił się do Wiktora, Damiana i Artura, których oczy pokrył cień gniewu.

— Mnie w to nie mieszaj — odezwała się moja babcia.

— Mnie również. Moja wnuczka wie co robi — rzekła z dumą hrabina Adela von-Rozen — Niedźwiedzka.

— Ja umywam ręce! — zachichotała babcia Wioletty, puszczając nam oko.

— Mamy prawo ingerować w to co się dzieje! — nie poddawał się hrabia.

Uniosłam wysoko ręce, ukazując czerwone języki ognia. Płonęły coraz wyżej i wyżej a ja uśmiechałam się cynicznie.

— Widzi pan to, panie hrabio? To jest magia. Ten ogień płonie we mnie, gotów spalić wszystko co stanie mi na drodze. Chce pan ingerować w sprawy magii? — spytałam cynicznie.

— Waszym zadaniem jest chronienie pamięci po Założycielach! I niech tak zostanie! — zawołała Amelia. Dopiero teraz zauważyłam, że trzyma w dłoni różdżkę, z której sypały się złote iskry.

Hrabia wyglądał na przerażonego ale i mocno obrażonego.

— Zajmijcie się tym co do was należy! — zawołała Wioletta, a jej ciało zaczęło się unosić kilkanaście centymetrów nad kamienną posadzką komnaty — To naszym przeznaczeniem jest chronić Dolinę Jezior i niech tak zostanie.

Widząc mieszankę strachu i podziwu na twarzach zebranych, odczuwałam lekką satysfakcję. Ja, Amelia i Wioletta dałyśmy mały popis magii, by podkreślić nasz sprzeciw.

— Nie! — zawołał rozzłoszczony hrabia — Ja chcę…

— Dziadku! Natychmiast przestań! — na twarzy Wiktora malowała się wściekłość — One wiedzą co robić! Nie przeszkadzaj im w tym! — krzyknął zaciskając dłonie w pięści. Artur i Damian wykonali podobny gest.

Hrabia tylko spojrzał z góry na swojego wnuka, a ten natychmiast zamilkł.

— Dosyć Olafie! — odezwała się babcia Sylvia, uderzając otwartą dłonią w stół — Mamy wspierać dziewczęta w ich drodze. Nie ingerować.

— Czyż nie mało już przeszły? Spytała hrabiego babcia Amelii — Spójrz tylko na nie! To nie są już małe dziewczynki, które trzeba prowadzić za rękę!

— Ani tym bardziej je kontrolować! — dodała Weronika, babcia Wioletty.

Ależ byłam wściekła na dziadka Wiktora. Amelia i Wioletta także nie odpuszczały. Natomiast hrabia w ogóle nie zwrócił uwagi na słowa swojego wnuka, czy naszych babć. Stał uparcie za wielkim stołem i wpatrywał się we mnie ze złością. Amelia i Wioletta wysłały mi krótki mentalny sygnał. Skoro magia i słowa naszych babć na niego nie działały, postanowiłyśmy same pokazać mu kim jesteśmy.

Powoli podeszłam do stołu. Hrabia cofnął się o krok. Za mną kroczyły Amelia i Wioletta. Wszystkie jak na komendę złapałyśmy w dłonie swoje medaliony.

— To nasze dziedzictwo — szepnęłam do hrabiego — To nasze zadanie. Nie potrzebujemy ingerencji z zewnątrz.

— Wiemy jak Dolina Siedmiu Jezior jest panu droga — odezwała się spokojnie już Wioletta — Niech pan nam zaufa.

— My także kochamy to miejsce. To nasz dom — Amelia schowała różdżkę — Proszę nam pozwolić je chronić.

— Wiemy już jak pokonać Kendrę. Znamy sposób na to by odebrać jej moc, i zakończyć tą wielowiekową walkę… — powiedziałam już spokojnie.

— Przed nami jednak jeszcze wiele do odkrycia. Ta droga nie jest łatwa — wspomogła mnie Amelia.

— Nie wszystko jest jeszcze dla nas jasne — Wioletta mówiąc to myślała o trzecim artefakcie, czułam to — Pomoc? Owszem, przyda się. Jednak proszę pamiętać, że robimy to wszystko po to żeby was chronić. Nie narażać na niebezpieczeństwo…

Hrabia usiadł zrezygnowany ale spokojny. Babcie wyglądały na dumne. Płomienie na moich dłoniach zniknęły a Wioletta wylądowała lekko na ziemi. Czułam lekkie ukłucie żalu, że Wiktor więcej się nie odezwał. Spojrzałam na niego lecz zobaczyłam tylko jego zaciętą twarz i ponury wzrok wędrujący od twarzy jego dziadka do mojej. Jego dłonie wciąż były zaciśnięte. Artur i Damian podeszli do Amelii i Wioletty. Przez chwilę też liczyłam na taki gest ze strony mojego chłopaka. Jednak chyba nie zamierzał okazać mi wsparcia. Miał prawo się na mnie gniewać, wiedziałam to. Moje słowa w jego pokoju na pewno go zraniły. Lecz nie spodziewałam się, że tak bardzo się ode mnie odsunie. To nie było w jego stylu.

Spojrzałam na niego jeszcze raz smutnym wzrokiem i otarłam łzę, która bezwolnie popłynęła po moim policzku. Widząc to Wiktor tylko spuścił wzrok.

— Dobrze więc, niech tak będzie… — odezwał się bardzo cicho hrabia Olaf — Nie powinienem był… Kochacie Dolinę tak samo jak ja. Walczycie o nią całym sercem. Ja, stary głupiec zapomniałem jak wiele musiałyście poświęcić w chwili gdy przyjęłyście swoje dziedzictwo.

Nasze babcie spojrzały na swojego przyjaciela z bólem w oczach i dodały mu otuchy uśmiechem.

— Stary dobry Olaf — zaśmiała się pani Weronika — Serce ogromne i pełne miłości…

— Za to umysł zbyt zamknięty — skwitowała hrabina Adela.

— Koniec posiedzenia! — zawyrokowała babcia Sylvia — Dziewczęta zmykajcie do swoich spraw.

Nic więcej nie mówiąc, wszystkie trzy odwróciłyśmy się na pięcie i opuściłyśmy Salę Założycielską. Nikt nie odważył się ruszyć za nami. W głębi czekałam aż Wiktor za mną zawoła, bym wróciła lub przybiegnie za mną. Nic takiego się nie stało. Nawet Artur i Damian pozostali na swoich miejscach. Drzwi do sali zatrzasnęły się za nami. A ja, Amelia i Wioletta opuściłyśmy Zamek Loklyr, wiedząc, że wygrałyśmy tą próbę sił. Ja jednak wciąż nie mogłam pozbyć się tego dziwnego bólu w piersi, gdy przypominałam sobie urażonego Wiktora.


***********************************


— Możemy porozmawiać? — zapytała babcia, wchodząc po cichu do mojego pokoju.

— Jasne! — odparłam, zamykając Wielką Księgę Ziół

Babcia zamknęła drzwi i przysiadła na brzegu mojego łóżka, gdzie leżał brzuchem do góry Artemis. Babcia delikatnie po miziała go po pękatym brzuszku i spojrzała na mnie z iskrą w oku.

— Byłaś dziś niesamowita! Wszystkie byłyście…

— Właśnie! — zawołałam, zrywając się trochę zbyt szybko z krzesła — Możesz mi wyjaśnić o co w tym wszystkim chodziło?

Babcia spuściła wzrok a Artemis czmychnął na balkon. Zapadła krótka, choć kłopotliwa cisza. Zastanawiałam się czy w ogóle uzyskam odpowiedź.

— Stary, poczciwy Olaf… — westchnęła babcia — Tak bardzo obawia się o bezpieczeństwo Doliny, że ubzdurał sobie iż stworzy straż i stanie na jej czele.

Prychnęłam, wciąż jeszcze rozzłoszczona na dziadka Wiktora. I zawiedziona zachowaniem tego drugiego.

— Przecież to niedorzeczne! Jak on to sobie wyobrażał?!

— To samo powiedziałyśmy mu z Adelą i Weroniką! — wytłumaczyła babcia — Pragnął aby magiczne rasy, żyjące w lesie i ludzie z miasteczka obstawili wszystkie drogi wiodące do Dębowa i patrolowały całą Dolinę Jezior, na wypadek jakiegokolwiek ataku z zewnątrz…

— To nie ma najmniejszego sensu, ponieważ nikt z nich nie byłby w stanie stanąć Kendrze na drodze, gdyby tylko zechciała się tu pojawić! Takie „obstawianie” Doliny naraziło by ich tylko na niebezpieczeństwo…

Babcia chwyciła mnie mocno za dłoń, a ja spojrzałam w jej spokojne oczy.

— Ja to wiem, kochanie. Adela i Weronika także to wiedzą — jej pełen miłości głos ukoił moje nerwy — Dobrze zrobiłyście dając dziś Olafowi pokaz swojej siły. Nikt z zewnątrz nie powinien ingerować w sprawy magii. Zwłaszcza gdy ona dopiero rozkwita. Jestem z ciebie bardzo dumna. Doskonale o tym wiesz. To co dziś się wydarzyło, tylko umocniło mnie w przekonaniu jak wielka jest wasza moc. Wiem, że to dla ciebie bardzo trudny czas… Tym bardziej, że ty, Amelia i Wioletta jesteście jeszcze tak młode. Pozwól sobie na ten moment spokoju. Nawet zwątpienia. To co teraz czujesz jest jak rozłam. Wiem, też to czułam, uwierz mi. To nie wstyd bać się tego co niesie los… — Głos babci stał się głęboki i smutny -Jednak mogę powiedzieć czego jestem absolutnie pewna: Selena nie mogłaby sobie wymarzyć lepszej potomkini!

— Och, babciu! — zawołałam a łzy same popłynęły z moich oczu.

Babcia zamknęła mnie w uścisku a ja wciąż płakałam. Nie mogłam przestać.

— Nie płacz kochanie. Jestem pewna, że ze wszystkim sobie poradzicie… — pocieszała mnie babcia.

Łzy wciąż płynęły po moich policzkach, a ja nie mogłam wydusić słowa. Tak bardzo chciałam wyrzucić z siebie wszystko, ten cały gniew i ból. To poczucie bezradności, które mnie paraliżowało.

— No już dobrze — szepnęła babcia, gładząc moje włosy — Wypłacz się.

— Wiktor… — zdołałam tylko wydukać.

— Czy on cię skrzywdził?

— Tak… nie. Pokłóciliśmy się.

— I to aż tak boli kochanie? — zdziwiła się babcia Sylvia — Zobaczysz wszystko się ułoży…

— To nie tak. Myślałam, że pomimo wcześniejszej kłótni to w Sali Założycielskiej stanie po mojej stronie. Myliłam się. Nawet przez chwilę nie okazał mi wsparcia — jęknęłam szczerze zawiedziona.

Babcia cicho zamruczała pod nosem. Odsunęła mnie od siebie na długość ramienia i otarła łzy z mojej twarzy.

— Olaf jest dla Wiktora całym światem — odezwała się babcia po chwili — Chłopak widzi w nim nie tylko dziadka. Hrabia Ludomirski praktycznie go wychował, po tym jak stracił oboje rodziców.

— Ale… — chciałam wtrącić, lecz babcia uciszyła mnie gestem dłoni.

— Wiktor ma do niego wielki szacunek. To zrozumiałe, że nie potrafi sprzeciwić się dziadkowi otwarcie. Jestem jednak pewna, że prędzej czy później pójdzie po rozum do głowy — zapewniła mnie babcia z uśmiechem — A ty nie powinnaś się tak tym przejmować. Wiktor to dobry chłopak o dobrym sercu… Szkoda, że nie poznałaś dziadka Wilczewskiego.

— A jaki on ma z tym związek? — spytałam, zdziwiona.

— Pragnę ci przypomnieć, że ja też jestem dziedziczką Seleny… Także nosiłam jej medalion, tuż przed tobą.

Zaskoczyła mnie tą nagłą zmianą tematu, jednak ból w mojej klatce piersiowej trochę zelżał a płacz i szczera rozmowa z babcią oczyściły moją głowę.

— Babciu?!

— Och, razem z Adelą i Weroniką nieźle się bawiłyśmy, dokuczając chłopcom za pomocą magii… zwłaszcza tym chłopcom, którzy szczególnie nam się podobali — na twarzy babci zagościł nostalgiczny półuśmiech.

Rozchmurzyłam się całkowicie, czekając z wytęsknieniem na dalszą część opowieści babci.

— Twój dziadek bardzo pragnął odkryć moją tajemnicę. Nie władałam tak wielką mocą jak ty, ale i tak ciężko było utrzymać to wszystko w sekrecie. Gdy dziadek odkrył w końcu sedno tego sekretu, było już dla niego za późno. Był we mnie szaleńczo zakochany! — babcia Sylvia patrzyła mi prosto w oczy, opowiadając to wszystko, mnie przypomniało się jak bardzo Wiktor w przeszłości wciąż drążył temat Założycielek.

— I co się stało dalej? — byłam bardzo ciekawa.

— To co potrafiłam wyczyniać za pomocą magii, sprawiło, że pokochał mnie jeszcze bardziej — kontynuowała babcia -Od tamtej pory, gdy wyznałam mu wszystko o swoim dziedzictwie, nigdy się ode mnie nie odwrócił — babcia po raz kolejny uśmiechnęła się do swoich wspomnień — Zmarł niestety krótko po twoich narodzinach, lecz wiedział jakie będzie twoje przeznaczenie. Gdy tylko uświadomił sobie, że będzie miał wnuczkę, a ja dziedziczkę medalionu, nie posiadał się ze szczęścia.

— Musiał być wspaniałym człowiekiem. Pamiętam go tylko z opowiadań taty…

— Wiesz co by dzisiaj tobie powiedział? Zapewne to samo co ja, tylko barwniej ubrał by to w słowa. Ale uwierz mi: Wiktor zrozumie. W końcu. Chłopcy nie są tak bardzo skomplikowani… jak nam, dziewczynom się wydaje.

— Dziękuję babciu — odezwałam się wciąż jeszcze zapłakanym głosem — Dziadek Leon był bardzo mądry…

— Bo miał równie mądrą żonę — babcia puściła do mnie oko, wstając z łózka i głaszcząc mnie po głowie.

Gdy po cichu wyszła z pokoju, ja położyłam się na łóżku. Po chwili dołączył do mnie Artemis, mrucząc :

— Ja nie umiałbym cię tak szybko pocieszyć jak zrobiła to Sylvia.


***************


— Jak tam nastawienie? — zaszczebiotała Amelia, rozpakowując kanapkę — Już jutro egzamin!

— Rzygam! — wycedziła Wioletta przez zaciśnięte zęby.

— Co? — Amelia chyba tego nie dosłyszała, grzebiąc w swoim pudełku śniadaniowym.

— Mówię, że nie mogę się doczekać — burknęła Wioletta, przewracając oczami.

Parsknęłam śmiechem. Przy sąsiednim stoliku stołówki Wiktor poruszył się niespokojnie. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały. Ból w jego oczach i mina smutnego psa już nie działały na mnie tak jak wcześniej. Tylko małe ukłucie w okolicach serca przypominało mi jak bardzo chciałabym się do niego przytulić. Mimo, że od naszej kłótni i sceny w Sali Założycielskiej zamku Loklyr nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, to cały czas starał się trzymać blisko mnie. Wiedziałam, że upewniał się, że nic mi nie grozi.

Odwróciłam się do dziewczyn i wróciłam do naszej rozmowy o egzaminie. Amelia jadła spokojnie, a Wioletta tylko skubała palcami swoją kanapkę. Ja natomiast pomimo uczucia głodu, czułam, że nie będę w stanie nic przełknąć. Egzamin nie stresował mnie aż tak bardzo. Czułam się przygotowana, jednak ciężko było mi myśleć o tak przyziemnych sprawach, podczas gdy stało przed nami tyle zadań. Dodatkowo świadomość, że Kendra poluje właśnie na mnie było na pierwszym miejscu listy moich magicznych problemów. Wiedziałam, że Amelia i Wioletta czują podobnie. Od incydentu z Hrabią Ludomirskim starałyśmy się być przez cały czas w kontakcie, poprzez naszą mentalną więź.


*****************


Pośrodku leśnej polany wyrosła lodowa rzeźba, przypominająca szklaną bramę. Przez jej portal przeszły dwie kobiety. Kendra ubrana w czarny skórzany kostium, nabity ćwiekami na ramionach. Jej złoty medalion lśnił na piersi, w świetle przebijającego się przez konary drzew słońca. Cyntia, w długiej wypłowiałej szacie, rozglądała się uważnie spod grzywy zielonych włosów. Wokół niej krążyło stado nekromantycznych smoków. Blade i oślizgłe stworzenia skrzeczały i charczały, wymachując błoniastymi skrzydłami. Wiedźmy zdawały się na coś czekać. Po kilku minutach, w kuli ognia na polanie pojawił się wielki czarny smok. Spojrzał z obrzydzeniem na krążące w powietrzu smoko — podobne stworzenia, wypuszczając z nozdrzy obłoki dymu.

— Po co te sceny?! — warknęła na niego Kendra — Robisz się arogancki, smoku!

— Znasz moje zdanie na temat tych stworzeń — odpowiedział spokojnie smok.

— Tak, tak! — fuknęła niecierpliwie wiedźma — Na szczęście dla mnie, twoje zdanie nie ma już najmniejszego znaczenia!

Darken wyprostował się, cały spięty i spoglądał z góry na swoją panią. Jego oczy zwęziły się ze strachu, ponieważ wyczuł w jej umyśle coś strasznego.

— Dziś odwiedzamy Dolinę Jezior bym mogła zemścić się na potomkini Seleny… A zemsta ta będzie okrutna!

— Zapewne tak będzie… — mruknął smok.

— A przy okazji, wyjaśnię jeszcze jedną kwestię… — przerwała mu Kendra.

Cyntia zachichotała, rozbawiona. Wywerny zawirowały wokół jej sylwetki. Przysiadły u jej stóp, zupełnie jakby przeczuwały, co za chwilę się wydarzy.

— Zaiste, moja zemsta byłaby straszna i okrutna, gdybyś ich przed nią nie ostrzegał! — zawołała Kendra, wyciągając różdżkę. Czarny klejnot na jej końcu zalśnił lodowym blaskiem.

— Pani?! — Darken stanął na tylnych łapach, rozpościerając błoniaste skrzydła.

— Łudziłeś się, że nie dowiem się o twojej zdradzie?! Otóż te małe stworzenia, którymi tak gardzisz — wiedźma wskazała gestem na nekromantyczne smoki, zebrane wokół Cyntii — doniosły mi o twoim czarownym spotkaniu z moją córką!

Smok po raz kolejny wypuścił małe strużki dymu z nozdrzy, a jego oczy nie przejawiały już strachu. Patrzył z dumą i wyniosłością na tę, która kiedyś był jego panią.

— Nie muszę już być ci posłuszny! — warknął, rozwierając paszczę, w której buzował ogień.

— Bo nie jesteś mi już potrzebny! — różdżka Kendry ze świstem wystrzeliła lodowym promieniem.

Nim smok zdążył zareagować, jego pierś w okolicy serca, ugodził lodowy pocisk. Biała strzała z każdą sekundą wbijała się głębiej między czarne łuski, zbliżając się do smoczego serca. Darken padł na ziemię z głuchym łoskotem, jego skrzydła owinęły się wokół czarnego cielska, tworząc błoniasty kokon.

— Nie pokonasz ich! — wyszeptał tylko.

— Ty już tego nie zobaczysz — wycedziła wiedźma, przez zaciśnięte zęby.

Wywerny Cyntii zerwały się w powietrze a obie czarownice opuściły polanę, nie oglądając się na konające z zimna stworzenie.

Darken żył, lecz zimno lodowej strzały coraz bardziej mroziło jego serce.


— Powiem wam, że ten egzamin wcale nie był taki trudny — powiedziała z uśmiechem Wioletta, gdy opuściłyśmy salę egzaminacyjną.

— No widzisz? A tak się stresowałaś! — odparła wesoło Amelia, szczypiąc Wiolettę w ramię.

— Wcale nie! — fuknęła Wioletta, rozmasowując bolące miejsce.

Uśmiechnęłam się do dziewczyn. Sama byłam przekonana, że egzamin poszedł mi nawet lepiej niż nieźle i już miałam się tym z nimi podzielić, gdy ktoś potrącił mnie, przechodząc obok korytarzem. Był to Wiktor.

— Saro, najmocniej cię przepraszam! — zawołał, przestraszony — Czy nic ci nie jest?

Amelia i Wioletta przewróciły oczami. Poprawiłam torbę na ramieniu i wygładziłam nieistniejącą zmarszczkę na mojej koszuli, zanim odparłam:

— Dziękuję, wszystko w porządku. Nic mi nie jest.

— Zrobiło się dziwnie chłodno… — zadrwiła Wioletta.

— Przepraszam cię! Wybacz! — zawołał chłopak, oddalając się korytarzem.

— Nie mam pewności za co cię przepraszał — mruknęła Amelia — Ale chyba nie za to przypadkowe potrącenie…

Wzruszyłam ramionami. Poszłam za radą babci, jaką dała mi kilka dni temu, nie zamierzałam teraz przejmować się Wiktorem. Chociaż przyznaję, że poczułam iskierkę radości na jego widok.

— Jeśli chciałby mnie przeprosić za to co zaszło w Sali Założycielskiej i przedtem, to powinien się bardziej postarać… Lub chociaż porozmawiać ze mną normalnie.

— Nie poznaję cię! — zawołała Wioletta — Jesteś taka zimna…

— A ogień wciąż we mnie buzuje! — odgryzłam się jej.

— Dobrze, dobrze! Tylko bez pożarów! — zaśmiała się Amelia — Ale Sara ma rację: Wiktor mógłby być bardziej kreatywny. Nie mamy po piętnaście lat!

— Ogarnie się — zapewniła Wioletta — Tylko nie wiem jak się podniesie po tym lodowatym traktowaniu…

— Daj spokój! — powiedziałam przez zaciśnięte zęby — Chodźmy lepiej na lody! Musimy jakoś uczcić to, że egzaminy mamy z głowy!

— O tak! Lody! — zgodziła się z entuzjazmem Wioletta — Tym bardziej, że jesteśmy pewne, że zaliczyłyśmy!

Gdy już przekroczyłyśmy próg szkoły wiedziałyśmy, że nie pójdziemy na lody.

W Dębowie panował totalny chaos. Ludzie biegali po ulicy głównej, uciekając i osłaniając głowy rękami przed fruwającymi wszędzie potworami. Były blade i oślizgłe. Przypominały smoki, ale byłam pewna, że nimi nie były. Miały bielmo na ślepiach a ich ciał nie chroniły łuski. Gołym okiem można było dostrzec ich czarne wnętrzności, prześwitujące przez błoniastą skórę.

— Co to jest?! — wrzasnęła Amelia, widząc piekło, które rozpętało się na brukowanej uliczce.

— To… To nie jest żywe! — wykrzyknęła z obrzydzeniem Wioletta — Czujecie to?

Przyjrzałam się tym stworzeniom jeszcze raz. Tym razem pod innym kątem. I zauważyłam to co poczuła Wioletta. Te stwory nie miały aury życiowej, za to otaczała je dziwna czarna wstęga mgły, której szlak prowadził na zewnątrz miasteczka.

— Ktoś nimi steruje z zewnątrz — moje myśli na głos wypowiedziała Amelia.

— Skryjcie się niewinni! — z drzwi biblioteki wybiegły Amanda i Letycja. Ta pierwsza mierzyła ze świetlistego łuku do chmary rozwścieczonych potworów. Gdy pierwsza z jej strzał przebiła jednego z nich, eksplodował w powietrzu, rozbryzgując się kleistą plazmą na ścianie nad naszymi głowami.

— Dziewczęta, biegnijcie do Korzenia! — zawołała do nas Letycja, dobywając swojej różdżki — One przyleciały z tamtej strony! My ochronimy mieszkańców.

Skinęłyśmy tylko głowami i biegiem ruszyłyśmy w dół miasteczka, osłaniając się własnymi torbami. Rozglądałam się szukając wzrokiem Wiktora, mając nadzieję, że jest bezpieczny. Co kilka sekund w powietrzu słyszałam świsty strzał Amandy i grzmoty zaklęć Letycji. Amelia zawyła z bólu, gdy jeden z gadów rozrył szponami jej plecy. Wioletta rzuciła się jej na pomoc, odtrącając potwora za pomocą żywiołu powietrza. Amanda Wycelowała i sekundę później po kreaturze została kleista plama.

— Biegiem! — rozkazała nam Amanda.

Biegłyśmy ile sił w nogach i powietrza w płucach. Kiedy dotarłyśmy na polanę przed wejściem do lasu, stanęłyśmy jak wryte. Na zboczu polany rozgrywała się już zażarta bitwa pomiędzy Leśnym Ludem, któremu przewodził Afun, a zielonowłosą Cyntią i jej armią potworów. Wszystkie czarne wstęgi okalające te stworzenia niczym dym, prowadziły właśnie do jej dłoni, którymi poruszała tak jakby sterowała marionetkami w groteskowym teatrze.

— Jesteście! — przywitał nas Afun. Miał podrapaną twarz i ramiona.

Nie pytałyśmy co się stało. Od razu każda z nas rzuciła się w wir walki. Z lasu wybiegł Marlin a za nim Wiktor, Artur i Damian, każdy ze swoim kosturem w dłoniach. Wiktor spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach, wiedziałam jednak, że nie obawia się bitwy. Jego wzrok powędrował dalej a ja podążyłam za jego spojrzeniem. A jakże! Stała tam, obok Cyntii. Jej czarny kostium naznaczony srebrnymi ćwiekami rzucał rozedrgane światło na falujące trawy. Kendra. Otworzyłam usta ze zdumienia, widząc jej twarz, której połowa była pokryta smoczymi łuskami. Odrzuciła swoje czarne włosy i spojrzała mi prosto w oczy, a ja poczułam dziwny ucisk, zauważając to czerwone ślepię. Uniosła twarz do słońca, zupełnie jakby chciała pochwalić się swoim nowym wyglądem.

— Widać, smocza krew działa cuda — burknęła Wioletta, trafiając zaklęciem w jedną z wywern — Po twoim Grzmocie w Słoiku nie ma śladu — trafiona przez nią kolejna kreatura wybuchła w powietrzu jak fontanna zielonej plazmy.

— To był Piorun w Butelce — poprawiła ją Amelia, ciskając błyskawicą w nadlatującą bestię — A właśnie, gdzie jest Darken?

Jeden z potworów podleciał tak blisko mnie, że prawie wplątał mi się we włosy. Zanim rzuciłam jakiekolwiek zaklęcie, usłyszałam łoskot i skrzek. To Wiktor potraktował ją swoim kosturem. Damian pozbył się jej całkowicie, wbijając w jej brzuch swój kostur, na którym zalśniły czerwone runy.

— Chronić kapłankę! — zawołał tubalnie Afun, widząc całe zajście.

— Dzięki — mruknęłam tylko w stronę Wiktora. Było mi wstyd, że dałam się tak zaskoczyć.

Chłopcy wybiegli przed nas, wymachując swoim orężem. Wywern wcale nie ubywało, wręcz przeciwnie, z każdej strony nadlatywały ich dziesiątki. Kendra nie włączyła się do walki. Wciąż stała na małym wzgórku i obserwowała z satysfakcją przebieg bitwy. Postanowiłam nie zawracać sobie nią głowy i wyczarowałam pierścień ognia, który zmiótł w powietrzu pokaźne stado skrzeczących smoków. Widząc jak jej marionetki wyparowują w powietrzu, Cyntia zawyła z wściekłości. Jej zielone włosy uniosły się delikatnie, gdy rzucała zaklęcie. Wywerny zapiszczały na dźwięk głosu swojej pani i zaatakowały ze zdwojoną mocą, tworząc zbitą chmarę. Wyglądało to jak jedna wielka plątanina odnóży i skrzydeł.

Elfy napięły swoje łuki i czekały na komendę Afuna. Faun z uwagą wpatrywał się w zagrożenie nad naszymi głowami. Amelia i Wioletta znalazły się po moich bokach z różdżkami płonącymi od zaklęć. Czułyśmy, że za chwilę nastąpi uderzenie. Szum skrzydeł rozwścieczonych stworów narastał, bucząc coraz głośniej. Wiktor coś krzyczał do Damiana, wymachując kosturem. Nie usłyszałam jego słów poprzez zgiełk.

Nagle ciemna plątanina pikując opadła na nas. Afun machnął swoją potężną dłonią i grad elfich strzał przerzedził trochę stado żywych smoczych trupów. Damian wymachiwał swoim kosturem, odbijając stworzenia jak piłki bejsbolowe.

— Nieźle stary! — zawołał do niego uradowany bitwą Wiktor, próbując naśladować przyjaciela.

Wioletta zamachnęła się różdżką niczym lassem a promień z niej wystrzelony ciął jak bicz.

— A macie! — jej głos był pełen obrzydzenia.

Amelia ciskała bryłami ziemi i głazami wysoko w powietrze. Przygniecione przez te pociski wywerny zmieniały się w kleiste kałuże zielonej mazi.

Moje zaklęcia również precyzyjnie trafiały w cel. A rzucona przeze mnie fiolka z moim ulubionym Piorunem w Butelce rozdarła niebo błyskawicą. Jednak to nie był koniec, ponieważ reszta stworzeń spadła na nas niczym grad. Ich ostre szponu rozerwały moje ubranie i głęboko raniły. Rozległy się krzyki bólu i przerażenia. Dotknęłam krwawiącej rany, sycząc z bólu. Rozejrzałam się trochę zdezorientowana. Wszyscy albo leżeli na trawie polany albo dotykali swoich ran, z których sączyła się krew.

— Mam przy sobie maść na rany — zauważyła Amelia, grzebiąc w swojej torbie i ruszając na pomoc rannym. Wioletta torowała jej drogę, przeganiając niedobitki marionetek Cyntii.

Kendra zniknęła z pola widzenia. Poszukałam zatem wzrokiem jej popleczniczki. Cyntia już nie kierowała swoimi smokami. Leżała na ziemi, przygwożdżona przez Wandę. Nie walczyły na różdżki tylko na pięści. Wanda raz za razem okładała Cyntię gdzie popadnie, a jej różowe jak guma balonowa włosy unosiły się naładowane elektrycznością.

— Wszystko ok? — uniosłam wzrok i zobaczyłam nad sobą Wiktora. Miał rozbity łuk brwiowy a z kącika jego ust kapała krew, tworząc czerwony zaciek na brodzie.

Zanim zdążyłam mu odpowiedzieć w jego pierś trafił zielony promień zaklęcia, który odrzucił go kilkanaście metrów ode mnie. Upadł i leżał nieruchomo, jego kostur wbił się w ziemię, niebezpiecznie blisko głowy.

— Nie! — szepnęłam, przerażona — Tylko nie to…

Zerwałam się na nogi pomimo bólu, trzymając się za wciąż krwawiące ramię. Zaczęłam iść w stronę nieruchomego ciała, gdy na drodze stanęła mi Kendra.

— Dlaczego wy wszystkie jesteście do siebie takie podobne? — zapytała uszczypliwie.

— Z drogi! — warknęłam, wściekła i przerażona. Nie zważałam na jej szyderczy śmiech.

— Takie słabe… Selena była taka sama! Jakie to zabawne, że uczucia przesłaniają wam świat…

Spojrzałam na nią spod oka. Wyglądała strasznie ale i pięknie. Smocze łuski pokrywające część jej twarzy migotały jak fioletowe klejnoty. Z chęcią zerwałabym z jej szyi złoty medalion z literą „K” i starła z jej twarzy ten ironiczny uśmiech. Zrobiłam kilka kolejnych kroków w stronę Wiktora. Poruszył się i jęknął z bólu… Ulżyło mi. Żył!

— A ty dokąd? Jeszcze z tobą nie skończyłam!

— Zejdź. Mi. Z. Drogi! — wycedziłam przez zaciśnięte zęby.

Trzask! Jej różdżka zawirowała w jej smukłej dłoni a ja upadłam na kolana, rażona jej zaklęciem.

— I tak powinnaś pozostać — Kendra była wściekła — Na kolanach i u moich stóp! Spójrz tylko co ze mną zrobiłaś! — jej czerwone smocze oko zwęziło się a ludzkie prawie wyszło na wierzch. Żyła na jej szyi zapulsowała, gdy uniosła różdżkę po raz kolejny.

Tym razem odbiłam jej zaklęcie, które zrobiło wielką dziurę w ziemi i wstałam z kolan. Stałam chwiejnie na szeroko rozstawionych nogach.

— Sama się o to prosiłaś — zadrwiłam z niej — Nie trzeba było wchodzić mi w drogę tam, na Pustkowiach Bruxoru…

— Ty mała, nędzna…

Nie słuchałam jej. Wiktor znowu zawył z bólu, próbując podźwignąć się na nogi. Chciałam jak najszybciej znaleźć się przy nim. W tej chwili cała złość, jaką na niego czułam wyparowała. Nic nie miało znaczenia, oprócz tego by był bezpieczny. Żywy…

Znów zostałam powalona na ziemię, trafiona trzonem różdżki w kark. Kendra złapała mnie za włosy i odciągnęła moją głowę do tyłu. Wymierzyła mi siarczysty policzek. Odruchowo przywołałam ogień i płonącą dłonią uwolniłam się z jej uścisku.

— Ścierwo! — Kendra odskoczyła a na jej dłoni wykwitły czerwone bąble — Chcesz mnie spalić mała wiedźmo?! Już ja ci pokażę jak to się robi! Sama podpalałam stos, na którym spłonęła twoja ukochana Selena!

Wiedźma odwróciła się ode mnie plecami i ruszyła w stronę Wiktora, który właśnie stanął na nogi. Chwyciła go za ubranie na piersi i dźgnęła go swoją różdżką w szyję. Chłopak z trudem łapał powietrze.

— Tego właśnie chcesz? — spytała mnie — Chcesz żeby on zapłacił za to co mi zrobiłaś?! — ćwieki na jej kostiumie spowił szron — Jesteś gotowa go poświęcić?

— Nie! — wrzasnęłam — Zostaw go!

Kendra uśmiechnęła się triumfalnie. Odepchnęła Wiktora, niczym szmacianą lalkę i wycelowała w niego różdżką. Rzuciłam się biegiem by go ocalić.

— Saro… — wycharczał, gdy zasłoniłam go własnym ciałem, rozkładając ramiona — Uciekaj… Ona…

— Tak myślałam! — zachichotała szaleńczo Kendra.

Wszystko ucichło. Nawet wiatr stanął w miejscu. A potem jej krzyk rozdarł tę ciszę :

— Odrywam twą duszę od ciała! By w samotności w Zaświatach się błąkała!

Nogi wrosły mi w ziemię, a po ciele przeszedł ziny prąd. Widziałam czarny promień zaklęcia, mknący w moją stronę, jak na zwolnionym filmie. Skrzyżowałam ramiona i poczułam uderzenie. Potem była już tylko ciemność, która mnie pochłonęła.

4. Rozmowy przy Ogniu

Cisza. Huk. Krzyk i znowu cisza. Powietrze wokół Amelii zadrżało a ona poczuła ogromny ból i pustkę w sercu. Coś w niej pękło, gdy nie odnalazła obecności Sary w swoim umyśle.

— Nieeeee!

Kendra zniknęła. Cyntia również zbiegła w stronę lasu, przepędzona przez Wandę. Za wiedźmą pofrunęło kilka wywern, które ocalały w bitwie. Przybyłe na polanę Amanda i Letycja nie zdołały już ich pochwycić.

Amelia zostawiła rannego Marlina, nad którym się pochylała, smarując jego rany maścią z wrotyczu, Sylfionu i łoju. W powietrzu wciąż unosił się jej silny aromat, pomieszany z zapachem krwi, potu i smrodem pozostałości po nekromantycznych stworzeniach. Dziewczyna wytarła dłonie o spodnie i odszukała wzrokiem Wiolettę.

Ta klęczała, trzymając się mocno za głowę i kołysząc się w tył i w przód. Obok niej, również na kolanach, Wiktor wył z rozpaczy, z martwą Sarą w ramionach.

— Nie, nie, nie… — szeptała do siebie Amelia, biegnąc w stronę przyjaciół — Tylko nie ona! — jej głos osłabł i po chwili osunęła się bez zmysłów na ziemię.

— Zemdlała — oznajmił Artur, przyklękając na jedno kolano obok swojej dziewczyny. Jego błękitne oczy patrzyły na nieruchome ciało rudowłosej Sary. Jej złoty medalion drgał słabym blaskiem a obrączka na jej palcu migotała zielonym światłem.

Wioletta poruszyła się niespokojnie, gdy Damian delikatnie położył rękę na jej drżącym ramieniu.

Cisza była wręcz namacalna. W kręgu wokół Wiktora zebrali się wszyscy uczestnicy bitwy. Amanda i Letycja tuliły się do siebie, patrząc z niedowierzaniem na Sarę leżącą bez zmysłów. Wanda cicho załkała, zakrywając usta dłońmi. Wioletta opuściła ręce wzdłuż ciała, a łzy nie przestawały jej płynąć z jej rozmazanych od tuszu oczu. Po chwili przez tłum zebranych przetoczył się zduszony pomruk, gdy do kręgu wkroczył duży bury kot.

— Miauuuuuu! — jego głos przypominał płacz, który zbudził nieprzytomną Amelię.

— Artemis! — szepnęła Amelia, ocierając twarz. Wciąż nie wierzyła w to co widzi… Kendra zabiła Sarę!

Artemis wpatrywał się w swoją Sarę, spoczywającą w ramionach Wiktora tak intensywnie, jakby chciał samym spojrzeniem przywrócić jej życie.

— Śmierć jeszcze po nią nie sięgnęła! — Amelia i Wioletta poderwały głowy, słysząc słowa Afuna.

Faun przyklęknął obok Wiktora i pogłaskał kota po głowie. Przyłożył dłoń do poranionej twarzy Sary i zamknął oczy. Wymruczał cicho dwa albo trzy słowa i otwierając oczy, zwrócił się do Artemisa :

— Wiesz co trzeba będzie robić, przyjacielu.

Kot cicho zamruczał i zrobił kilka kółek między nogami fauna.

— Zabierzmy ją do Korzenia — rzekł Afun, wstając — Trzeba opatrzyć jej rany — wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem — Pozwól chłopcze, że ja to zrobię.

Afun przejął delikatnie od Wiktora ciało Sary w swoje wielkie ramiona, unosząc ją jak najdelikatniejszy kwiat. Artemis wskoczył na pierś Sary i zwinął się w kłębek. Już więcej się nie poruszył.

— Artemis! — próbował go skarcić Wiktor.

— Zostaw. Kot wie co robi — mruknął Afun — To jej Towarzysz i teraz wyruszył w tą podróż z nią… By ją odnaleźć.

— Afunie, jesteś pewien że ona… — odezwała się cicho Wioletta, delikatnie ujmując dłoń Sary.

Z drugiej strony Amelia lekko przygładziła kosmyk włosów nieruchomej przyjaciółki, niesionej przez przywódcę Leśnego Ludu.

— Wszystko wyjaśnię w Korzeniu! — przerwał Afun, bo już dało się słyszeć z tłumu pojedyncze głosy — Wando, sprowadź proszę Sylvię Wilczewską.

Wanda otarła łzy z policzków i skinęła głową. Po chwili już biegła w stronę miasteczka. A dziwny pochód ruszył przez polanę w stronę lasu.


**********************


Gdy wkroczyli do Korzenia czekały tam na nich Kera, Elia i Patra. Po wyrazach ich twarzy było widać, że są świadome tragedii, jaka miała miejsce. Nikt z przybyłych się nie odezwał. Amelia razem z Wiolettą uniosły swoje różdżki, ich umysły połączyły się i wypowiedziały życzenie — nie zaklęcie. A wtedy w jednej ze ścian Korzenia, plecionej z masy pnączy i korzeni, utworzyła się głęboka nisza. Podobna do łoża lub szerokiej półki, nad która zamigotały ogniki lewitujących świec. Amelia przysiadła po turecku przy niszy, w której Afun złożył ciało Sary. Zaczęła delikatnie smarować rany na jej twarzy swoją uzdrawiającą maścią z Sylfionu i wrotyczu. Wszyscy wiedzieli, że wrotycz jest toksyczną rośliną, jednak w połączeniu z magicznym Sylfionem, tworzył niezwykłą maść uzdrawiającą. Wioletta z czułością wygładzała zmarszczki na ubraniu Sary. Wyglądała tak pięknie, gdy dziś rano przystępowała do egzaminu. W tej czarnej spódniczce i białej koszuli… A teraz wszystko było poszarpane przez szpony wywern, a jej krew przesiąkła przez ubranie. Do dziewcząt dołączyła Kasjopeja cicho nucąc :

— Tam, gdzie wiatr szepcze pośród starych drzew,

A rzeki niosą pamięć dawnych dni,

Śpimy ukryci w snach wieczności,

Czekając, aż znów rozbłyśnie świt.

Z krwi ziemi, z łez gwiazd,

Zrodziliśmy pieśń, co niesie nadzieję.

Tam, gdzie jedno serce bije wśród ciemności,

Tam zawsze odrodzi się światło.

Nie płaczcie nad czasem utraconym,

Bo każde ziarenko bólu rodzi nowy świat.

W waszych dłoniach spoczywa pamięć naszych serc,

W waszych krokach tętni wieczność.

W tych słowach Księżycowa Wróżka uniosła głowę ku sklepieniu Korzenia, a jej skrzydła ważki rozpostarły się, rzucając tęczowy cień na ściany siedziby czarownic, jakby chciały prosić świat o światło nadziei.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 66.22