E-book
4.73
drukowana A5
31.55
Kronika umierania. Zamarzanie

Bezpłatny fragment - Kronika umierania. Zamarzanie


Objętość:
144 str.
ISBN:
978-83-8440-827-8
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 31.55

Pamięci Gertrudy Kołakowskiej


Książkę dedykuję mamie.

Rozdział 1. Zamarzanie

O marne po ziemi wędrowanie pośród wielu trudów, porzucam cię.

Las

— Nie idź — powiedział, widząc, jak się ubiera — jest piętnaście stopni mrozu, zapada zmierzch, będzie bardzo zimno.

— Muszę — odparła zniecierpliwiona. — Spacer po obiedzie dobrze mi zrobi. Zobacz — uśmiechnęła się — pierwszy raz wkładam te wysokie buty. Sprawdzę je na śniegu.

— Mogłabyś się zdrzemnąć — zauważył. — W taki mróz nawet ja nie idę na narty, zresztą poszedłem wcześniej.

— Muszę dbać o linię. Przejdę tylko do lasu i wrócę. Nie mog- łam pójść z tobą. Bolą mnie ręce po wczorajszej jeździe na nartach.

— Włóż moją czapkę — poprosił, podając jej również rękawiczki i szal.

Wyż arktyczny znad Syberii miał się cofnąć przed dwoma dniami. Tak się jednak nie stało i dla okolicy Rabki prognozowano trzynaście stopni mrozu. Dochodziła szesnasta trzydzieści.

Zapadał przejmująco zimny wieczór.

Skoro nalega, niech idzie, pomyślał. To tylko pół kilometra do lasu i z powrotem, więc możliwe, że z powodu mrozu wróci wcześniej.

Spojrzała na niego, a po chwili usłyszał jej szybkie kroki na schodach.

Tamtej zimy zamarzło w Polsce siedemdziesiąt osób, mniej niż jedna na dzień. Prawdopodobieństwo, że ona będzie pierwszą, wynosiło jeden do siedemdziesięciu milionów. Nie wziął tylko pod uwagę, że przeznaczenie rządzi się swoimi prawami i nie kieruje się rozkładem statystycznym, a tragicznego zdarzenia nie sposób wykluczyć spośród tych możliwych do zaistnienia.

Podszedł do okna. Przez jakiś czas stała pod bramką, patrząc przed siebie. Wydało mu się dziwnie za długo. Spojrzała w lewo i w prawo, w stronę lasu, i jeszcze w okno, gdzie go chyba zauważyła. Wtedy ruszyła na północ w wybranym kierunku.

Po pięciu minutach podszedł do okna. Czuł pewność, że ją zobaczy, jednak pola były puste, bez czarnego punktu jej sylwetki. Za późno spojrzałem, a ona zdążyła już przejść — pomyślał zaniepokojony i pełen obaw.

Jak co dzień wieczorem oglądał telewizję i tak upłynęła godzina. Przeziębienie wciąż nie ustępowało, sięgnął więc po kolejną tabletkę. Uspokoił się, myśląc, że być może poszła dalej, niż miała zamiar, i za chwilę wróci. Zrobił się senny, ale wciąż nasłuchiwał kroków. Było jednak cicho i zasnął.

Kiedy obudził się nagle, spojrzał na zegar. Dochodziła dwudziesta pierwsza, już dawno powinna wrócić. Dopiero teraz zobaczył jej komórkę zostawioną z ładowarką. Jak mogła zapomnieć…? Nigdy bez niej nie wychodziła… Wziął ze sobą też swój telefon, ubrał się w pośpiechu i zbiegł po schodach. Na termometrze były dwadzieścia trzy stopnie mrozu. Zobaczył cienką warstwę puszystego śniegu. Skierował się w stronę lasu, oświetlając komórką świeży ślad opon samochodu. Śnieg stawał się coraz bardziej gęsty. Zamieć zasypywała go od stóp do głowy, a wiatr wzmagał odczucie mrozu.

Piotr zaczynał trząść się z zimna…

Szukał Gerdy w różnych kierunkach i zastanawiał się, czy nie wsiadła do samochodu. Minęły dwie godziny i nie znalazł żadnego znaku jej obecności. Pomyślał, że pojechała do przyjaciół lub rodziny. Zadzwonił znajomy i kiedy usłyszał, co się stało, mocno się zdziwił, że Gerda nie wróciła na noc. Piotr tłumaczył sobie, że nie po raz pierwszy tak postąpiła, chociaż nie pomyślał, że wtedy była inna pora roku.

Od Gertrudy dzieliło go niecałe półtora kilometra w kierunku zachodnim. Nie wiedział, że kobieta zaczyna uciekać światu…

Szła przed siebie, aż w końcu zaczęła błądzić w ciemnościach nieznanego jej wcześniej lasu, zwanego przez miejscowych „sulowską drapą”. Poszła za daleko, w złym kierunku i nie była ciepło ubrana. Dziwna wydawała się ta jej nieostrożność. Piotr również sobie nie mógł wybaczyć braku rozwagi w ocenie pogody. Zawsze tak bardzo bała się zimna i była wrażliwa na niskie temperatury. Pamięta jak dziś czasy w Krakowie, dni pełne radości i uśmiechu oraz ich wspólne wyjście zimą do biblioteki. Po przejściu kilometra, drętwiejąc z chłodu, z trudem wróciła do domu i długo się rozgrzewała, aby dojść do siebie. Zapomniał o tym tego zimowego popołudnia, które miało się okazać ich ostatnim wspólnie spędzonym.

W tym obcym, chociaż nieodległym lesie zimno i dreszcze objęły jej kończyny i ciało. Zobaczyła zapalone światła w pobliskich domach i była pewna, że bezpiecznie dojdzie do głównej drogi lub zawróci. Zbity i ciężki śnieg na polach sięgał zbyt wysoko, aby mogła przejść dalej. Na swoje nieszczęście wróciła na zasypaną drogę, aby dojść do lasu. Nie wiedziała, że w poprzednim tygodniu właściciel pola woził ciągnikiem wyrąbane drzewo i rozjechał nawierzchnię w różnych kierunkach.

Z trudem doszła do plątaniny rozjazdów i wybrała złą ścieżkę, na końcu której czekała ją śmierć. Wtedy, po raz pierwszy, poczuła niepokój…

Padał śnieg niesiony przez lodowaty i porywisty wiatr. Czuła się zdezorientowana z powodu spadającej widoczności. Szła w stronę świateł coraz bliższych zabudowań. Wiatr się wzmagał. Była przerażona, ale miała nadzieję, że dojdzie do domów, do ludzi. Pomyślała, że to najwyżej kilkaset metrów. Wyziębiona przez mroźny wiatr czuła narastający ból sztywniejących kończyn i mięśni całego ciała. Zmęczenie było dotkliwe i nie mogła odzyskać utraconego ciepła. Zbliżała się do granicy światów. Skrajnie wyczerpana usiadła na śniegu, opierając się o drzewo. Organizm coraz bardziej nie domagał. Bezlitosny wiatr, wszechobecny śnieg, jego płatki i tnący mróz, z którymi nie sposób negocjować, trafiały na jej twarz. Poczuła zamarzające łzy na policzkach. Miała nadzieję, że obudzi ją Piotr.

— Przecież musi mnie znaleźć, przecież mnie znajdą, jeśli nie on, to na pewno policja, ratownicy bądź ktokolwiek z ludzi, może zaszczeka pies Franek — szeptała do siebie, a odpowiadały jej gwizd wiatru i szelest gałęzi.

Obudziło ją bolesne zimno. Była cała zdrętwiała i nie mog- ła się ruszyć. Czuła wszechogarniający ból i sztywność mięśni. Wstała z trudnością. Chociaż oddech stawał się coraz płytszy, krzyknęła: „ratunku”. Głos rozniósł się dookoła echem. Nie zastanawiając się, wybrała drogę na skraj lasu w kierunku pól. Z wysiłkiem stawiała kolejne kroki, uważając, aby nie upaść. Straciła rachubę czasu. Jak dobrze byłoby się nie obudzić, zostać na zawsze pomiędzy drzewami, nie czuć bólu, mrozu, przerażenia, opuszczenia i trwogi przed niewiadomą, pomyślała. Jej umysł pracował na zwolnionych obrotach. Paradoksalnie ze spadkiem temperatury ciała powoli ustępowały dreszcze.

Zbliżała się na spotkanie z nieuniknionym przeznaczeniem i nie wiedziała, że za chwilę los wyciągnie ostatniego, straconego asa w grze, której stawką było jej ziemskie życie. Od tutejszych mieszkańców dzieliło ją dosłownie pół kilometra…

Z wielkim trudem pokonywała drogę. Wyszła z lasu, ponownie krzyknęła „ratunku” i upadła twarzą na śnieg. Nie umiała zgiąć ręki, ale co gorsze, sztywniejące nogi nie dawały rady utrzymać jej ciężaru ciała. Traciła kontakt z rzeczywistością. W jej odczuciu świat stawał się dziwnym i nierealnym koszmarem. Sparaliżował ją strach, że to już koniec. Ustępowały powoli dreszcze i bolesna sztywność karku.

Mróz nieodwracalnie uszkadza nerwy w kończynach.

Straciła napięcie mięśni ciała i nie czuła już żadnej siły. W nagłym, przeraźliwie bolesnym krzyku nie mogła rozpoznać człowieka ani zwierzęcia. Cała była jednym wielkim bólem. Wewnętrzne ciepło stało się płonącym ogniskiem. Fala uderzeniowa rozpaliła jej ciało. Odrzuciła w śnieg rękawiczki, ale dłonie nadal miała rozgrzane. Chwiejąc się, przeszła na wschód około trzydziestu metrów wzdłuż linii drzew. Zatrzymała się i zrzuciła kolorową czapkę, po czym upadła, ponownie twarzą do śniegu. Leżała nieruchomo, ale czuła, że musi odpocząć. Usłyszała szepty i nie umiała ich rozpoznać. Nie wiedząc jakim cudem, podniosła głowę, ale nie zobaczyła nikogo. Wokół panowała ciemność, wiatr i śnieg. Powoli odwróciła się na plecy i ostatnie zdziwienie ustąpiło miejsca obojętności, kiedy spojrzała na znane jej gwiazdo- zbiory, w tym Plejady na południowo-zachodnim niebie.

Usłyszała głośny ryk rogacza i po chwili rozpoznała szelest na śniegu. Przez moment odzyskała nadzieję, że ktoś się zbliżał, że może ją znaleźli… — ale były to tylko jej ostatnie stracone złudzenia. Jakby orbitale atomowe nakładały się na siebie w nieokreślonej dali gwizd lokomotywy, warkot silnika samochodu i szczekanie psów. Wiatr ucichł, z wolna przestał padać śnieg. Podniosła się na łokcie, oparła na kolanach, aby powoli wstać. Chciała dojść do pobliskiego domu, w którym zapaliło się światło. Krzyczała z całej, jakby nie swojej siły, wzywając pomocy, pewna, że ktoś ją usłyszy. Zatrzymała się, zdjęła kurtkę i sweter, po czym rzuciła je na śnieg i przeszła jeszcze czterdzieści metrów. Czuła gęstniejącą w żyłach krew i nieodwołalnie traciła świadomość.

Oddaliła się od życia w stronę, gdzie oczekiwała nadziei na ratunek.

Ostatni krok

Po raz ostatni wstała, nogi się pod nią ugięły, ale wiedziała, że nie może się zatrzymać. Walczyła z własną niemocą o każdy krok i w ten sposób przeszła ponad sto metrów. Brakowało jej zaledwie pół kilometra do oświetlonych domów, które miała przed sobą w ciemności mroźnej nocy.

Tymczasem coś dziwnego działo się w powietrzu. Księżyc przedarł się przez chmury i oświetlił nieznaną jej postać. Był to szkielet kobiety w czarnym, rozsuniętym kapturze, obleczony skórą w kolorze zbutwiałej zieleni z połyskującą czaszką i wiszącymi pozostałościami piersi. Błyszczące ostrze kosy na ramieniu i zawieszone w powietrzu nad śniegiem stopy wskazywały na jej nieludzkość.

— Stój — usłyszała odbity własny głos. — Zatrzymaj się.

— Nie mogę — odpowiedziała cicho, zdziwiona szeptem kobiety. — Muszę dojść do domów, do ludzi, do światła.

— Już doszłaś do końca. Dalej nie pójdziesz.

— Muszę. — Zadrżała i upadła na kolana, podpierając się dłońmi.

— Widzisz, doszłaś. Koniec drogi.

— Jesteś więc śmiercią? — zapytała Gertruda. — Czy sądzisz, że czekasz na mnie? Nic z tego. Odpocznę i pójdę dalej.

— Powiedziałam, że koniec — odrzekła. — Czekam tu na ciebie, minęło prawie pół wieku, czas i miejsce się zgadzają.

— To ktoś ci je podaje? — Gerda próbowała się zaśmiać.

— Nie, ja decyduję — powiedziała i dodała: — Ale zabieram wszystkich.

— Mówisz zagadkami.

— Ja rozwiązuję zagadki — odparła szyderczo.

— Kto ci właściwie dał do ręki ostrą broń? Bóg czy wszechświat?

— Tajemnica rzemiosła — zaśmiała się, ostrząc kosę. — Niedługo sama się dowiesz. Nie jest ci już zimno?

— Nie — odrzekła Gerda. — Jakoś dziwnie się czuję. Ciepło mi coraz bardziej, i to sztywnienie palców… Ściągnę tylko sweter.

— Tytoń — powiedziała śmierć oparta o kosę. — Czuję go od ciebie. Piotr prosił cię, miałaś zjeść obiad, a ty co, pół talerza zupy… Dobrze, widzę mocno zwężone żyły. Już nie wstaniesz na nogi…

— Wstanę, tylko odpocznę chwilę — wyszeptała Gerda, obracając się na bok. — Ty mi drogi nie blokuj. Jestem silna, młoda i sprawna.

— Wszystko się skończyło — przerwała zjawa. — Niedługo sarny przyjdą cię pożegnać.

— Muszę wstać i wrócić do ludzi, przyjdź do mnie za pół wieku.

— Nie ja wyznaczam czas. — Dźwięczny, niski głos śmierci wybrzmiał nagle smutkiem. — Wypełniły się twoje dni. Spieszę się dalej. Zostawiam cię.

— Jesteś też na innych światach? — Gerda chciała się zaśmiać, ale serce zaczęło jej bić w obcym, zwolnionym rytmie. — Upał tu pod lasem, mimo iż dookoła śnieg. Szkoda, że nie ma tu moich koni, Kuby i Mizi, mogłabym ich dosiąść i odjechać.

— Nigdzie nie pojedziesz. Biały koń to zabierze cię na drugą stronę w symbolice śmierci islamu. A ty? Przecież inną masz wpisaną, nie będzie to Charon w łodzi na Styksie. Nie martw się. Pożegna cię stado saren. Niech to będzie symbolika tylko dla ciebie. Ja pozostanę szkieletem w kobiecej białej szacie z nieodłączną kosą, jakby nie dało się inaczej personifikować entropii. Proszę, nie bój się… — Naprawdę?

— Przekonasz się, że cierpienia i łez już nie będzie.

Po tych słowach śmierć rozpłynęła się w gęstniejącym od mrozu powietrzu.

Pytającym wzrokiem objęła dookolny horyzont i bezgłośnie wyszeptała: „Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie”. Z pewnością Piotr zdziwiłby się, słysząc słowa Immanuela Kanta, ale o tym miała nigdy się nie dowiedzieć. Położyła się na rozgrzanych plecach, zgięła nogi w kolanach, ściągnęła bluzkę. Niczym nieskrępowana, wniebogłosy wołała o pomoc. Wstrząsający do bólu głos z odległości kilometra usłyszał pies Franek. Dobiegł do bramy, zaczął ją szarpać łapą, ale zamknięcie nie zwalniało i nikt nie wyszedł mu otworzyć. W głosie swojej pani usłyszał wyraźnie rejestry i tony nie z tego świata i nie mogło być inaczej, skoro do tej pory nigdy nie pomylił dźwięków.

Krzyczała do utraty siły i tchu, aż zerwane struny głosowe wydały charczenie przechodzące z pianą krwi w cichnące rzężenie.

Dochodziła północ. Na niebie gwiazdy świeciły coraz jaśniej.

Wyrok

W odległym o sześćset metrów domu młoda kobieta zaświeciła w łazience światło. Napuściła wody do wanny i brała kąpiel. Nie zważając na silny mróz, otworzyła okno, aby nie oddychać parą. Usłyszała z oddali wołanie o ratunek. Był to pełen przerażenia krzyk kobiety. Dobiegał z odległych pól pod lasem, nie potrafiła go jednak dokładnie zlokalizować. Wołanie o pomoc się powtórzyło i ucichło równie nagle, jak się pojawiło. Nie była tego pewna, ale zdawało się jej, że usłyszała też inne odgłosy.

Po zakończeniu kąpieli podeszła do okna. Ponownie usłyszała ten sam rozdzierający krzyk: „Ratunku”. Teraz mogła dokładnie zlokalizować miejsce, skąd dobiegał. Zamknęła okno. Podzieliła się z domownikami tym, co usłyszała, i naradzali się, czy powiadomić sąsiadów. Wojskowy pułkownik z wielkim psem z pewnością by zareagował — wiedzieli, że w domu ma gości na przyjęciu i na pewno nie śpi. Wystarczyłby jeden telefon i sam pies znalazłby leżącą w śniegu. Telefonu jednak nikt nie wykonał. Stracony as w rękawie losu oznaczał dla zaginionej kilkadziesiąt lat możliwego życia.

Była dwudziesta druga trzydzieści. Minęła szósta godzina jej walki o życie. Nikt z domowników nie wybrał trzech cyfr: jeden, jeden, dwa. Z końcem wieczoru zgodnie uznano, że niepokojące wołanie o ratunek mógł wywołać duch niedawno zmarłej w rodzinie. W ten sposób, jakby zaocznie, odbył się sąd nad walczącą rozpaczliwie o życie zaginioną. Nie po raz pierwszy w taki sposób i nie ostatni z milionów wyrok został właśnie wydany.

Trudno było wskazać tamtego wieczoru osobę winną nieudzielenia pomocy. Zbyt trudne okazało się wyjście ze strefy własnego komfortu i podjęcie odpowiedzialności za życie możliwe do uratowania To była jedna z tych sytuacji, o których noblistka, Wisława Szymborska, pisała w wierszu Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Głos ducha w miejsce wołania o pomoc miał uśpić sumienia domowników, spośród których nikt nie wyszedł przed szereg.

Czy da się obronić obojętność na los człowieka? Czy jeden z cytatów nowej psychologii rozwoju osobistego: „Jak ktoś chce, to znajdzie sposób, jak nie chce, znajdzie powód”, stanowi wystar- czające usprawiedliwienie? Niepodejmowanie ryzyka bycia świadkiem jest głęboko wpisane w podświadomość człowieka.

Traumatyczne doświadczenia poprzednich pokoleń nauczyły nas nie widzieć zdarzeń, których nie chcemy być świadkami. Ten adaptacyjny mechanizm obrony sprzyja postawie obojętności wobec losu i życia drugiego człowieka. Nawet telefon może nie być anonimowy i wiązać się z ryzykiem składania zeznań, wrogością i zemstą otoczenia.

Na szczęście kolejne pokolenia stają się coraz bardziej świadome obowiązku niesienia pomocy w sytuacji zagrożenia życia. Zmieniły się czasy i obyczaje. W przeszłość odchodzą błędy wynikające z wierzeń religijnych utrzymujących archaiczne formy myślenia magicznego sugerujące istnienie wymyślonych istot nadprzyrodzonych w rodzaju duchów. Wydaje się śmieszne i absurdalne, aby w dwudziestym pierwszym wieku mogła zginąć tragiczną śmiercią osoba tylko dlatego, że jej wołanie o pomoc zostało odczytane jako głos nie z tego świata. Niestety tamtego wieczoru stało się to prawdą, w cieple ogniska domowego przy dwudziestu trzech stopniach mrozu z zamiecią śnieżną na polu. Jak ginęli, tak ginąć będą dalej ci, do których nie wyciągnie się pomocnej ręki, których wołanie o pomoc odbije się i zniknie w egoistycznych sumieniach i umysłach.

Czy nie trzeba zapytać, jakie to siły fatalne pozwoliły tym domownikom na imaginację, że oto na śniegu pod lasem zamarza duch niedawno zmarłej w rodzinie? Co za hipokryzja rozumu — z prośbą o ratunek krzyczy istota bezcielesna, której śmierć nie mogła dotyczyć. Zaginiona, która nie wierzyła w duchy, straciła jedyne i prawdziwe życie, pośrednio za ich właśnie przyczyną. W domu zgaszono światła i położono się do łóżek pod ciepłe, wełniane kołdry.

Ślad Przechodzącego

Na śniegu pod lasem temperatura przy gruncie wynosiła minus trzydzieści stopni. Rozpoczęła się ostatnia odsłona przegranej walki o życie. Ciało przeczuwało grozę nadchodzącej śmierci.

Umysł co prawda zafałszował odczucie wyziębienia, jednak mróz we wnętrzu ciała przechodził w palący żar.

Kobieta uklękła na kolana, podparła się czołem i rękami o zamarzniętą ziemię. Szukała w niej schronienia, aby ukryć się w śniegu. Był to bezradny wyraz utraty człowieczeństwa, jakby przez przynależność do świata zwierząt miała większe szanse na uratowanie ciała.

— Czy nasze cierpienie jest pozbawione sensu? Dlaczego moje kości obleczone są ciałem i dlaczego je czuję, skoro ono przecież chyba nie istnieje, skoro nie ma sensu, a wola człowieka dorównuje woli Boga? Tylko my przeceniamy życie i wydaje się nam, że cierpimy. Mówisz o iluzji życia z odwrotnej perspektywy, ale dopóki jestem uwięziona w ciele, widzę je z mojej śmiertelnej perspektywy — padły jej ostatnie niewypowiedziane słowa.

— A ty nie potrzebujesz relacji z Bogiem w życiu, tu i teraz? — mógł ją zapytać, kiedy leżała w śniegu, a on jej nie odnalazł.

— Dlaczego pytasz? Co mi teraz da Bóg? O jaką relację z Bogiem pytasz? Uczuciową? Levinas ją wykluczył. Mogę czuć się dobrze, robiąc wszystko poza religią i wiarą.

— Rozumiem. Chyba. Bóg nie jest ci potrzebny.

— Na to wychodzi. Zresztą jaki Bóg? Czyj Bóg? Który z jego modeli? Nie potrzebuję religii i wiary w nadprzyrodzone byty. Zresztą, nasunęła mi się taka myśl, pisał o tym Levinas, czy nie jest tak, że nieobecny Bóg przekazał Torę, zostawiając osypujący się ślad na pustyni…? Zwróć uwagę: ślad nie świadczy o obecności Przechodzącego; a może Bóg, o którego pytasz, jest ostatnim Bogiem bogów, jak miał odwagę powiedzieć Heidegger?

— Tak, jest to możliwe. Tylko co jest przyczyną, a co skutkiem? Czyli, nie wierzysz w Boga, nie potrzebujesz religii, jest ci tak dobrze i wygodnie, więc nie chcesz nic zmieniać?

— Widzisz, ja tak sobie myślę, że niczego nie łączę z Bogiem, zresztą Bóg nie ma tu nic do rzeczy: staram się pracować, wychowywać dzieci, pomagać. Nie ma mniejszego i większego dobra. Każde dobro jest wielkie. Czy chcesz powiedzieć, że Bóg dał niektórym więcej czasu na życie?

— Jak to jest: czy my przeżywamy życie, czy życie przeży- wa nas?

Sarny

Ciało nie mogło już nigdzie uciec przed zewnętrznym wrogiem, a był nim teraz cały świat. Nie chciała już uciec do zmarzniętej ziemi, gdzie jeszcze przed chwilą pokrywa śniegu mogła jej dać zwierzęce poczucie bezpieczeństwa lisiej jamy, groty człowieka jaskiniowego. Opuszczała własne ciało, będąc poza lub ponad nim. Ogarniało ją coraz większe ciepło, chociaż sine i zakrwawione palce wykrzywione były od zimna. Wyczerpana obróciła się na plecy, aby zobaczyć coraz wyższe płomienie ognia na widnokręgu.

Świat stawał się odrealniony. Światła z odległych domów łączyły się z rozbłyskiem gwiazd. Coś głośno zagwizdało: usłyszała ryk jeleni i trzask pękającego lodu. Widmowe postacie pochylały się nad nią. Rozpoznała rodziców i córki. Wszyscy się serdecznie uśmiechali i wyciągali do niej ręce w geście serdeczności, życzliwości i bliskości. Kreacje świata pełnego dziwów i zjaw były jeszcze jedną sztuczką gasnącego umysłu, aby odsunąć potworność cierpienia, opuszczenia i trwogi. Umysł i ciało straciły ze sobą łączność. Gęsta krew z trudem krążyła zgodnie z rytmem zwalniającego serca. Granica cierpienia przesunęła się w otchłań nicości, chociaż jeszcze uderzała bezwiednie nogami

o śnieg, a w rozłożonych na boki dłoniach ostatkiem sił zaciskała jakby wielościenne bryły śniegu. Oddech spowalniał z każdym wydechem skroplonego powietrza z jej popękanych i zakrwawionych ust. Umierała pół kilometra od ludzi, a jakby na odległej planecie spoza naszej galaktyki. Różowa piana na ustach była ostatnim faktem poprzedzającym śmiertelną śpiączkę na wieki wieków. Straciła przytomność, świadomość zgasła jak świeca na wietrze. Skończyło się jej cierpienie, minęły ból i przerażenie.

Rozpoczynała wiekuisty sen w osobistej nicości. Po kilku godzinach niebo na wschodzie zaczynało różowieć. Wstawał kolejny mroźny brzask. Małe stado saren wyszło z zagajnika. Rosły kozioł prowadził je w poszukiwaniu jedzenia, o które było bardzo trudno. Jego uwagę zwrócił ciemny kształt na śniegu. Sarny podeszły, wrogi wczoraj dla nich zapach człowieka ustąpił. Wokół panowała cisza. Kozioł podszedł do leżącej, niedawno głoś- nej postaci i dotknął chrapami jej lodowato zimnego policzka. Podniósł łeb i donośnie zaryczał. Odpowiedziało mu zwielokrotnione w oddali echo pobliskich lasów. Sarny ruszyły w kierunku rzeki. Ostatni dotyk żywej istoty, godzinę przed ustaniem rytmu jej serca, zanim zastygło na zawsze, nie był dotykiem człowieka. Pożegnały ją zwierzęta, które tak kochała za życia, którymi się opiekowała i które ratowała jak pewnego lisa. Nad martwą kobietą wstawał pierwszy dzień jej wieczności. Nikt nie mógł spłoszyć z twarzy spokoju i śladu dziecięcego uśmiechu zatrzymanego w ostatnim ułamku danego jej czasu.

W pobliskich domach wszyscy spali nakryci ciepłymi kołdrami, a ona leżała do połowy rozebrana, z podciągniętą bluzką, nagimi plecami i odsłoniętym brzuchem. Śnieg z wolna tajał, tworząc pod umęczonym, zastygłym ciałem rodzaj lodowej formy.

Rozdział 2.
Odnalezienie ciała

Dziedzicówka

W niedzielę rano minęły dwie doby od jej zaginięcia. Na komisariacie policji w Rabce nie przestawały dzwonić telefony, równocześnie przesłuchiwano świadków. Zebrano ekipę poszukiwawczą złożoną z policjantów, ratowników medycznych i górskich z Nowego Targu, Zakopanego i okolic. Do dyspozycji pozostawiono straż pożarną, auta osobowe i terenowe oraz niezastąpione w warunkach górskich skutery. Na parkingu przed kościołem wydano ostatnie polecenia i kawalkada pojazdów skierowała się w stronę wsi. W południe służby ratunkowe dojechały do przysiółka i podzielono między sobą patrole na dookolnych polach.

W tym samym czasie, ku zdziwieniu mamy, policjanci po cywilu przeszukali cały dom: szuflady, kredensy, szafy. Sprawdzili i zabrali telefony, zabezpieczyli dane z dysku na laptopie.

W stronę lasu na północy dziesiątki ludzi przemierzało ośnieżone pola. Nikt z jadących, również ci na skuterach, nie zauważył, że przecięli biegnący na zachód szlak wyznaczony przez ślady jej drobnych stóp.

On pojechał w samochodzie terenowym i wiele razy wychodził na pola, kurczowo trzymając przed sobą jej portret i pokazując go mieszkańcom wsi. Czekając na wiadomość, czuł się zawieszony w czasie, jednocześnie jakby poza sobą i światem — nikt nie widział, nikt nie słyszał nic istotnego w sprawie.

Po kilku godzinach kierowca odebrał telefon, przekazując, że jedna z kobiet przed kościołem twierdzi, jak przekazała służbom, że w piątek w nocy ktoś na starym dworku słyszał wołanie o pomoc dochodzące od strony lasu. Czy to los, który się odezwał i potrząsał pudełkiem Schrödingera?

Otrzymana wiadomość wniosła iskrę nadziei na przekór racjom rozumu. Podjęto decyzję o zawróceniu. Terenowe samochody i skutery przeorały pola. Zginęły odbite w śniegu ślady butów, ostatnie artefakty jej obecności.

Wskoczył do auta i pospiesznie odjechał w stronę otynkowanego drewnianego dworu pod przedostatni dom. Przez kilka minut pudełko losu Schrödingera miało pozostać zamknięte. Podszedł do policjantów rozmawiających z młodą kobietą.

— Skąd dobiegał krzyk? Czy pani jeszcze coś słyszała? Proszę dokładnie wskazać miejsce…

— Tam, na polu po lewej, wielokrotne wołanie: „Ratunku”.

Słyszałam też głosy innych, inne głosy — krzyczała kobieta.

Na skuterze podjechał sąsiad wracający od strony lasu.

— Tam na polu coś wystaje ze śniegu, wszyscy tam poszli — powiedział.

Zobaczył, jak policjanci z kolejną grupą ludzi przeszli przez śnieżne pola w kierunku wzgórza pod lasem. Zadzwonił telefon. Sąsiad na skuterze już tam dojechał. Narastało w nim dziwne zawieszenie psychiczne, wewnętrzna groza ściskała serce, a oddech stał się ciężki jak waga tragedii, z którą przyszło mu się zmierzyć. Niby nic nie zostało powiedziane, a wszystko wiedział. W co jeszcze chciał uwierzyć, skoro zbliżało się ostatnie określenie faktu:

— PIOTREK, ZNALEŹLIŚMY JĄ…

Lód

Nastąpiła chwila ciszy, celowo przedłużanej, aby nie usłyszeć odpowiedzi, którą jego ciało i umysł znały dużo wcześniej. Przez moment Gerda stała się żywa i martwa jednocześnie, jak kot

w pudełku Schrödingera. Jeśli ten paradoks byłby prawdą… — po myślał — wtedy nadzieja umarłaby jako ostatnia. Gonitwa myśli poprzedziła najgorszą wiadomość, jaką usłyszał w życiu, i odtąd nic już nie było takie, jak do chwili, kiedy rozległy się słowa: NIE ŻYJE. Został ogołocony i wszystko się zmieniło. Ludzie dostają takie odpowiedzi, słyszał i czytał o wielu, które nie dotyczyły go osobiście. Musiał zmierzyć się z prawdą, której nie chciał przyjąć.

— Czy ona żyje? — Cóż za pytanie i dlaczego je zadał?

— Nie żyje.

Poczuł bolesne ukłucie serca. Zachwiał się, jakby miał dostać zawału, a przerażająca groza zawładnęła nim bez reszty.

Szedł przez ośnieżone pola w kierunku grupy ludzi stojących pod lasem i pochylonych dookoła czegoś wystającego ponad wszechobecną biel. Nie mógł tu nie przyjść, chociaż czuł się coraz słabszy, z trudem oddychał i musiał przystawać, opierając się dłonią o nasyp drogi. Niewiele widział przez oczy pełne łez, ale jej rozebrane do połowy ciało, leżące pośrodku kręgu wydeptanego w śniegu, wskazywało na gwałt i morderstwo. Zastanowiło go, czy pozbawionymi czucia dłońmi mogła zaciągnąć do góry bluzkę i podkoszulkę, odsłaniając brzuch i plecy na całej wysokości. Wstrząśnięty widokiem ciała, wcale niepozbawionego ziemskich niedoskonałości, zastygł razem z nim w spustoszonej rzeczywistości bólu niczym linoskoczek zawieszony pomiędzy krzyczącą rozpaczą a chłodną analizą. Chociaż nie była to pierwsza śmierć, jaką widział z bliska, nie mógł w pełni uznać jej naoczności. Wyglądała jak zdjęta z krzyża, przygwożdżona przez ostrze mrozu i wtopiona pomiędzy lód i śnieg, umęczona i zastygła w nicości.

Czy naprawdę nigdzie jej nie ma?

Wyrokiem jakiego sądu jej ziemskie mieszkanie stało się bryłą lodu?

Świat stał się podobny izraelskim wzgórzom Golan, urzekająco piękny, ale pozbawiony życiodajnej roślinności, przez co Piotr poczuł się tak bardzo samotny. Policjant narzucił na jej twarz szal, który porzuciła kilkadziesiąt metrów wcześniej. Odwrócona termoregulacja sprawiła, że przenikający do wnętrza kości mróz stał się dla niej żarem trzaskających płomieni nad całopalną ofiarą złożoną z jej życia na ołtarzu losu. Przeżywał kolejne stadia jej hipotermii, wiedząc, że unieruchomiona przez zesztywniałe mięśnie niewielkie miała szanse, aby się podnieść i walczyć o swoje życie. Bolały go jej odmrożone dłonie i drętwiejące kończyny. Kiedy pogorszył się jej stan świadomości i poczuła osłabienie, paradoksalnie ustały dreszcze. Skurcze mięśni, sztywność karku towarzyszyły bolesnemu odczuciu zimna. W takim stanie nie mogła już sobie pomóc. Straciła poczucie czasu i zainteresowanie własnym losem. Dezorientacja ustąpiła miejsca zobojętnieniu i apatii. Finalnie temperatura ciała spadła poniżej dwudziestu pięciu stopni. Pojawiły się krwawe wymioty, po których, wyziębiona niczym doskonały kryształ, zapadła w wiekuisty sen. Słyszała dźwięki pośród ciszy, widziała obrazy pośród monochromatycznego krajobrazu zimowego, a wrażenia te były zupełnie nieoczekiwane.

Sala Trzech Tronów 1

Nie mogła widzieć postaci Odwiecznego siedzącego na złotym tronie. On sam jej nie widział, podobnie jak Jego Syn i Jego Matka. Co więcej, Syn Boga osobiście pokonał śmierć i siedział teraz zamyślony na złotym tronie w magicznej nadprzyrodzoności.

— Już nic nie czuje — zwrócił się ze smutkiem w głosie do Matki.

— Szkoda kolejnego życia — odparła.

— Chociaż Wszechmocny nie może ingerować w dzieje świata, to przecież Jahwe wysłał anioła, aby ostrzec Józefa, mojego ziemskiego ojca. Mógłby i teraz zrobić wyjątek i wysłać Gabrie la — zauważył siedzący w świetlistej koronie, jakby z wyrzutem w głosie.

— Wiesz, że świat ma pozostać za horyzontem — tłumaczyła siedząca na trzecim złotym tronie. — Ona już przeszła, jej świadomość zgasła i będzie czekać miriady miriad, aż On postanowi, czy powinni powstać z prochu.

Ziemia spustoszona

Przyszedł prokurator z technikiem. Policjant odsłonił jej twarz, zdejmując szal, a technik układał linijkę w kilku miejscach. Dla porównania odległości wykonał wiele zdjęć.

— Proszę się odsunąć — powiedział policjant. — Proszę stąd odejść i opuścić to miejsce. Osobom postronnym nie wolno przebywać w pobliżu przy dalszych czynnościach — powtórzył.

Później dopiero zrozumiał, dlaczego powinni posłuchać tego polecenia, które zignorowali, pozostając z bagażem widoku martwego ciała w czasie fotografowania i wstępnych oględzin. Bliscy nie powinni doświadczyć tego widoku, pomyślał. Był przerażony, gdy wyjmowali ją z lodowej formy. Wyrwali głowę z niecki, szarpiąc na siłę jej włosy mocno przymarznięte do lodu. Niezmiennie bolało go jej martwe ciało, pomimo spłycenia odczuwania czegokolwiek. Leżała jak zdjęta z krzyża, gdyż tak było naprawdę. Ecce homo — oto człowiek — zdążył pomyśleć, zanim doświadczył osobliwej utraty realności, stojąc obok siebie i nie będąc w sobie samym.

Podniesiono jej całkowicie sztywne, jak z blachy, ciało, opierając jego ciężar na wyciągniętej, zamarzniętej ręce, podobnie jak uczyniono z Jezusem na krzyżu w scenie z Pasji Gibsona. Ukazały się jej nagie, sinoczerwone plecy. Technicy obejrzeli, wykonali zdjęcia i położyli ją z powrotem. Był to przerażający, surrealistyczny spektakl nieodwracalnego spustoszenia życia, odrealniony koszmar śmiertelnej sztuki, do której umysł i ciało zostały przymuszone. Prokurator, technik, policjanci, okoliczni mieszkańcy i postronni świadkowie sprawdzali ślady w kierunku lasu. Został sam na około dziesięć minut i mógł ją osobiście pożegnać. Uklęknął, pochylając się nad wyraźnie uśmiechniętą do niego twarzą. Ten sam uśmiech widział setki razy w ciągu wielu lat, kiedy serdecznie wyciągała do niego dłonie gestem kapłana w czasie misterium przebóstwienia materii. Pomyślał, że naprawdę pokonała śmierć, ale tak stać się nie mogło i po chwili spazm płaczu zablokował mu szczękę i nie mógł już wydobyć głosu. Pozostał z bezsilnym szeptem, z czułością wypowiadanych słów, kiedy wygładzał jej ciepłe z przodu, kruczoczarne włosy o rozwichrzonych kosmykach, odbijające się od bieli śniegu.

— Może ci zimno, Gertrudo, może ci zimno? — szeptał, gdy zapinał jej bluzkę pod szyją, jakby chcąc się nią troskliwie opiekować.

Leżała teraz przed nim jako bryła lodu, odrealniona jak nigdy dotąd. Objął spojrzeniem jej włosy. Kiedy stopnieje śnieg, zostaną wdeptane w ziemię i jak co roku przyjdzie „najokrutniejszy miesiąc kwiecień”, jak pisał T.S. Eliot w poetyckim poemacie Ziemia jałowa, wówczas zbocze będzie ukwiecone kobiercem krokusów o fioletowej barwie szat liturgicznych Środy Popielcowej.

— Czy rzeczywiście nie ma żadnej nadziei, by powróciła, czy tylko ja nie mam nadziei na jej powrót? — zapytał ponownie słowami Eliota, tym razem ze Środy Popielcowej.

Cóż, „zapytywanie jest pobożnością myślenia” — jak stwier dził Heidegger. Darzył niemieckiego filozofa wielkim szacunkiem i często zdarzało mu się myśleć poetyckimi frazami przeniesionymi z enigmatycznych tekstów wyrażających zatroskanie o prawdę bycia. Świat, z którego bezpowrotnie odeszło jego największe szczęście i największa namiętność, wydał mu się nie do udźwignięcia, a bezradność i osamotnienie miały w sobie coś z klęski Atlasa, na którego barkach spoczywał świat starożytnych Greków. Zwątpił, czy bez niej odnajdzie się teraz w obcym dla niego odtąd świecie. To ona łączyła go ze światem i nadal nie potrafił dać sobie odpowiedzi: — Dokąd odeszła? Czy w wieczną Nicość, czy może w inny modus niewyobrażalnego istnienia? Nie wierzył, że powróci, gdziekolwiek jest, aby mogła na nowo narodzić się dla świata. W bezgranicznej rozpaczy nie pomyślał, że rodząc się do życia, z martwych powstajemy. Zapamiętał słowa rumuńskiego myśliciela Ciorana, że śmierć nie jest jednak tak całkiem bezużyteczna i pozwala wrócić do miejsca, z którego przemocą, bez naszej wiedzy i zgody zostaliśmy wyrwani i wrzuceni w środek wszechświata, w środek istnienia.

Nie znajdując pocieszenia w metafizycznych spekulacjach, patrzył z bliska w jej półotwarte oczy, skierowane wprost w ostro świecące wówczas słońce. Było to spojrzenie poprzez świat i poza jego granice, w tajemniczą dal, aż do granic jej skończonego bytu. Zobaczył w tych oczach ostatni zatrzymany ślad przerażenia, grozy i zdziwienia: że to już, że to tak? Iskierka dziecięcego uśmiechu rozbłysła na chwilę, kiedy mięśnie twarzy rozluźniły się i nadały spojrzeniu naturalny wygląd. W lodowatej niecce wytopionej ostatnim ciepłem jej ciała zobaczył zimne, częściowo wyrwane włosy. W powietrzu unosiła się ledwo dostrzegalna para. W słońcu robiło się coraz cieplej…

Nosze

Zobaczył grupę ludzi stojących pod lasem. Byli wśród nich policjanci, prokurator, technik i pobliscy mieszkańcy, a po drugiej stronie dwie osoby niosące nosze. Za chwilę na zawsze mieli odebrać mu ciało, które zostało dla niego wszystkim na ziemi. Po raz ostatni dotknął ją dłońmi, poprawił bluzę pod szyją, jakby zapinał ją przed chłodem świata. Umysł wymazał wiele zbyt traumatycznych chwil i nie pamiętał później, w jaki sposób ją podnosili, czy wyłamali jej rozłożone ręce, czy tylko przemocą wygięli, aby włożyć ciało do niebieskiego worka na zwłoki.

Chwycił z kolegą nosze za uchwyty i przez śnieg przeszli w stronę domów. Wydawała się niesamowicie ciężka, chociaż ważyła zaledwie pięćdziesiąt kilogramów. Bardzo bolały go ręce. Oprzytomniał po przejściu dwustu metrów, kiedy przystanęli, aby odpocząć. Kolega — jak powiedział później — również nie pamiętał, kiedy podnoszono ciało. Donieśli je do stojącego auta. Poczuł ból za mostkiem, kiedy wkładali nosze do bagażnika. Przez rozpięty, niebieski worek zobaczył jej twarz i nic więcej nie mógł uczynić dla pozostałej we śnie na zawsze i na wieki wieków. Kiedy z trzaskiem zamykano drzwi, stał jak martwy pień drzewa przywrócony do rzeczywistości przez ból fizyczny. Do lodówki w prosektorium zawieźli całkowicie zamarznięte zwłoki.

Dwa dni po odnalezieniu jej ciała jego mama odebrała telefon.

— Szkoda Piotrusia — powiedziała jej znajoma pracująca w miejscowym ośrodku zdrowia.

— Dlaczego szkoda? — zapytała zdziwiona mama.

— Bo siedzi — usłyszała odpowiedź dzwoniącej.

— Owszem, siedzi przy piecu, bo jest mu zimno. — Matka dalej nie wiedziała, co dokładnie miała na myśli znajoma.

— To nie jest w więzieniu? Mówili, że go zamknęli na dwadzieścia pięć lat lub dostał dożywocie.

Ta krótka rozmowa uświadomiła mu, jak ludzie, tutaj akurat na wsi, błyskawicznie określają winę i dokonują samosądów na podstawie zupełnie niejasnych i nieprawdziwych okoliczności. Widziano policję w domu i jego samego na komisariacie w Rabce podczas przesłuchania, co wystarczyło, aby się rozeszły wieścią gminną nikczemne insynuacje i plotki. Oczywiście liczył się z postawieniem zarzutów nieudzielenia pomocy, za co groziłoby mu do trzech lat więzienia. Ten wątek śledztwa na szczęście dotyczył innych osób, spośród których nikt i tak nie został oskarżony. Nie znaleziono również żadnej poszlaki, która wskazywałaby na nieumyślne spowodowanie śmierci zagrożone pozbawieniem wolności do lat siedmiu. Przerażające było to, jak łatwo mógłby zostać oskarżony o śmiertelne pobicie lub obrażenia, gdyby w czasie autopsji ślady na to wskazujące odnaleziono na jej ciele. Ośnieżone drzewa i dotykające ją pyskiem sarny — milczący świadkowie ostatnich godzin jej życia i umierania — nie oddałyby świadectwa prawdzie tych chwil, kiedy leżała na wpół rozebrana niczym ofiara gwałtu i morderstwa. On sam przecież o tym pomyślał w pierwszej minucie. Niewielu słyszało o zrzucaniu z siebie ubrania przez ofiary mrozu, ale i to nie zdarza się tak często, jak na filmach, dlatego przypisanie mu sprawstwa jej śmierci byłoby po prostu adekwatne do okoliczności znalezienia zwłok.

W nadchodzących później dniach miał okazję poznać mechanizmy rodzenia się fałszywych oskarżeń, plotek, pomówień, hejtu i ostracyzmu wobec swojej osoby. Pozbawione podstaw przekazy zmieniane są ze względu na osobiste korzyści i oczekiwania odbiorców. Mógł się o tym przekonać na drugi dzień, kiedy przeczesywał okolicę z nadzieją na jej odnalezienie. Usłyszał od sąsiada, że Gerda z pewnością jest u mężczyzny, z którym ma romans, ale od niego wróci. Zdumiały go te przewrotne słowa, tym bardziej, że Gerda nie mogła znać wskazanego człowieka, który miał rodzinę i dzieci.

Osobiste doświadczenia kazały mu być krytycznym i nieufnym wobec każdego, bez wyjątku, przekazu osób drugich, w których zachowane prawa psychologii rozkładają prawdę na czynniki pierwsze, a tylko niepodzielna prawda jest godna uwagi. Po tragicznej śmierci Gerdy myśl ta stała się kompasem jego życia.

Kapok

Miesiąc wcześniej w Rabce kupił jej nowy kapok. Z uśmiechem rzuciła mu się w ramiona, całując go na oczach ludzi radosna jak dziecko. Jak zawsze tak bardzo cieszyła z każdego najdrobniejszego zakupu, szczerze więc i spontanicznie powiedziała:

— Nie mogę doczekać się wiosny, kiedy zaświeci słońce i ruszą wezbrane rzeki, a my odbijamy ponton od brzegu. Naszymi towarzyszami będą niebezpieczeństwo i adrenalina. Porwą nas prąd, wiatr i wolność.

Tęskniła, wtedy na przednówku, do nowych krajobrazów nad brzegiem Dunajca i innych rzek, jezior, wiosek, miast, zamków, skalnych i kamiennych progów.

I przyszła upragniona wiosna,

I wody na rzekach ruszyły,

Tylko jej już nie było,

I czasu kwant, na ziemi tu,

Już dla niej nie upłynie…

Marcin Bukowski

Rozdział 3.
Poszukiwanie śladów

Na drugi dzień po odnalezieniu ciała ruszył w stronę lasu, aby szukać jej śladów. Słońce, z każdym dniem świeciło coraz wyżej i zdążyło już roztopić wierzchnią warstwę śniegu, jednak ślady po jej wyjściu wciąż pozostały zakryte.

Przez kilka dni dokładnie przeszukiwał pola i lasy, chcąc odkryć tajemnicę utraty orientacji w pięknym, zimowym i najbardziej okrutnym krajobrazie. Następnego dnia po zaginięciu, kiedy ona leżała już zamarznięta w słońcu, on w pobliżu przejeżdżał na nartach. Inni również rozjeżdżali drogę na skuterach, nawet przechodzili obok jej ciała, również psy nie wyczuły żadnego zapachu.

Nie mógł do końca wykluczyć, że na drugi dzień mogło jeszcze w jej ciele tlić się życie, chociaż bał się o tym pomyśleć. Znał okoliczności śmierci niektórych alpinistów i wiedział, że jest możliwe, aby w wysokogórskich warunkach, po całej nocy zahibernowania, z licznymi odmrożeniami, człowiek wstał i dotarł żywy do obozu. Temat ten został przedstawiony w filmie Everest. Beck Weathers, amerykański lekarz, podczas wyprawy himalaistycznej obudził się z poważnymi odmrożeniami na twarzy, dosłownie ze skorupą lodu wokół oczu. Pierwszą jego myślą było, aby nie pozostać na szlaku jako martwa figura. Coraz bardziej drętwiał, i z trudem mógł skoncentrować się na walce z bezlitosnym, białym przeciwnikiem. Całkowicie wyczerpany wrócił do obozu, gdzie się okazało, że nos i dłonie są bezpowrotnie stracone. Tylko jeden z jego towarzyszy, podobnie jak Gerda, czuł gorąco i zdejmując ubrania, spadł w przepaść, podczas gdy inni zamarzli na szlaku.

Zwątpienie

— Wtedy odczułeś nieobecność Boga? — zapytał Robert.

— Nie sądzę — odparł. — Odczułem raczej przeraźliwą samotność człowieka umierającego w opuszczeniu. W ogóle nie myślę o Bogu, wtedy przecież musiałbym, jak choćby ludzie w obozach, utracić wiarę w Niego, z tą jednak różnicą, że ci, o których mówię, mieli ją wcześniej. To odmienny rodzaj śmierci — dodał smutnym głosem. — Zawiniony przez innych, przez zaniedbanie, ludzką obojętność i nieudzielenie pomocy. Nikt jednak nie wie, jak zareaguje w tak niespodziewanej sytuacji. Chcesz szukać winy u innych, sądzisz, że to oni zawinili, a ty nie? To ty szukaj winy u siebie, bo to ty pozwoliłeś jej umrzeć. Tak to działa — odrzekł zmęczonym głosem. — Człowiek do stresu, traumy i cierpienia musi dodać swoje poczucie winy. „Twarz drugiego człowieka przemawia do nas «nie zabijaj»” — mówił Levinas, wzywając nas do odpowiedzialności za życie bliźniego. Najłatwiej jest szukać winy u innych, kiedy dotyka nas śmierć bliskich. Poczucie winy może też być zbyt wielkie i ktoś sobie z nim nie poradzi. Człowiek na stadionie Hillsborough powiesił się, kiedy jego kolega, któremu sprzedał bilet, zginął stratowany. Inny przykład… Czy właściciel linii lotniczych po śmierci pasażerów może udźwignąć ciężar spoczywającej na nim, niepisanej odpowiedzialności za katastrofę?

— Jak to ktoś kiedyś powiedział — wtrącił Robert w zamyśleniu — nie zastanawia mnie, gdzie był wtedy Bóg, ale gdzie był człowiek?

— Mówisz o obozach? — zapytał zdziwiony.

— Tak. Wierzący odpowie, że Bóg był wtedy z nimi w komorach gazowych. Był także tam, obok niej, kiedy zamarzała. Z nimi, czy z nią, oznacza inny jak zwykły, przestrzenny rodzaj obecności — powiedział Robert.

— Czy sama tylko obecność Boga usprawiedliwia to, że dopuścił do tego? — wtrąciła Iwona ze smutkiem w głosie. — To musi mieć większy sens. Jeśli ktoś bez powodu zadaje ból mojemu małemu dziecku, a ja tam tylko jestem i nie interweniuję, to moja obecność nie ma sensu. Co innego, gdy jestem z kilkumiesięcznym dzieckiem u lekarza. Ono nie rozumie, odczuwa tylko ból, a rodzice są z nim, rozumieją je i kochają. Jeśli Auschwitz ma sens tylko dlatego, że Bóg tam był i inne znaczenie nie istnieje, to znaczy, że jest pozbawiony sensu.

— Jaki miałby cel w byciu z nimi — zapytał — skoro nie można było im pomóc? W takim razie Bóg ma udział w doświadczeniu cierpienia człowieka. Wspólnie z ofiarami był niemym świadkiem w krematoriach Auschwitz, został umęczony, zagazowany i pozostaje niezniszczalny w wieczności. Bóg na równi z człowiekiem widzi, słyszy, czuje i odbiera dotyk, co w przypadku zamarzania zdaje się być sadyzmem w czystej postaci.

— Gdyby Bóg interweniował, aby wyrazić kategoryczne ograniczenie działającej złej woli — wtrąciła Iwona, marszcząc czoło — życie byłoby teatrem jednego reżysera, a jest przecież wielu wolnych reżyserów, krwawych również. Sądzę, że Bóg reaguje na każde zło, ale nie na każde w sposób przez nas oczekiwany. Chrześcijański Bóg nie jest zewnętrzny wobec cierpienia człowieka, nie jest też obserwatorem z możliwością ingerencji. Bóg, po prostu, dopuszcza w pełni własną negację człowieka, tym samym samobójstwo, fizyczne lub duchowe, daje człowiekowi coś więcej niż wolność. Istotą samozniszczenia człowieka jest ab- solutne zaprzeczenie wolności.

— Usprawiedliwić zło to nie to samo, co pozwolić na cierpienie dzieci w komorach Birkenau oraz Gertrudy, tam pod lasem — zauważył smutno, wskazując na okno. — Nie wiem, czy dla chrześcijan istnieje usprawiedliwienie cierpienia. Co do zła, wiem na pewno, że nie istnieje na nie zgoda — dodał.

— Cierpienie zostało przyjęte przez Zbawcę, zło, nie wydaje mi się — tłumaczyła Iwona. — Usprawiedliwić można tylko osoby, a nie poszczególne akty w oderwaniu od sprawcy.

— Cierpieć bez sensu to cierpieć podwójnie — powiedział Piotr. — Ona tak musiała cierpieć, ale na różne sposoby dotyczy to miliardów. Jest tragedią, jeśli wiem, że moje cierpienie nie ma sensu.

Odezwał się milczący Marcin:

— Kiedy człowiek sam się skazuje na cierpienie, to dopiero jest bezsens, nawet podwójny. Nazwałbym to narcyzmem odwróconym. Trudno mi uwierzyć, że własne poczucie wartości może wynikać z cierpiętnictwa. Czym innym jest cierpienie w kategorii społecznej, które nawet po latach zachowuje sens.

Baśń krajów północy

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 31.55