E-book
31.5
drukowana A5
60.06
drukowana A5
Kolorowa
92.48
Kronika Starego Dębu

Bezpłatny fragment - Kronika Starego Dębu

Legenda narodzin Lechii


Objętość:
353 str.
ISBN:
978-83-8467-936-4
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 60.06
drukowana A5
Kolorowa
za 92.48

Prolog

Witajcie moi mili,

jestem Starym Dębem, pamiętającym czasy o których ludzie dawno już zapomnieli. Wyrosłem przed wiekami, kiedy to nad Lechią pieczę mieli bogowie. Często kapryśni, zaborczy ale i dobrzy, miłujący swoje dzieła. Chcę zabrać was do świata tajemnic oraz magii, gdzie dobro i zło, chaos i harmonia walczyły o dominację nad wszechświatem. Pragnę pokazać to co przed wami zakryła przeszłość ta bardzo odległa. Odsłonić prawdę o was samych.

Przedstawiona tu opowieść nie jest zwykłym zbiorem legend. To pieśń pradawnych korzeni najdzielniejszego ze słowiańskich rodów — Lechian, wpisanych w tą ziemię. Opowieść, którą szepczą liście, gdy wiatr niesie wspomnienia dawnych dni. Jako Stary Dąb stałem się świadkiem i kustoszem tych historii, zaklętych w każdym sęku i pęknięciu mojego pnia. Cienie dawnych bogów często przemykają po mojej korze, zostawiając tajemnicze znaki, które tylko nieliczni potrafią odczytać. Słuchając pieśni wiatru, poznawałem losy rodzącego się świata, a każda burza oraz każdy blask księżyca niósł echo pradawnych wydarzeń. To opowieść o początku wszystkiego — o tym, jak światło i ciemność tańczyły ze sobą, tworząc pierwsze prawa oraz pierwsze marzenia. O tym że chaos z nicością zostały ujarzmione, kontrolowane przez nadprzyrodzone siły.

Chcę was zabrać do mojego świata, ukrytego w pamięci moich konar. Bywały długie wieczory, gdy cisza lasu spowijała mnie niczym mgła, a jedynie echo dawnych imion unosiło się wśród gałęzi. Zdarzało się wtedy, że światło księżyca grało ze mną w cienie, ukazując obrazy sprzed narodzin słońca i gwiazd. Przez stulecia słuchałem opowieści przekazywanych przez szum strumieni oraz trzepot skrzydeł ptaków, przez mrówki przemykające pod moją korą i wilki wyjące do gwiazd. Każda z tych istot niosła fragment pradawnej prawdy — o narodzinach świata, o pierwszych runach wyżłobionych w ziemi, o pieśniach, które budziły bogów ze snu. W tych pradawnych czasach każde drgnienie ziemi, każdy powiew wiatru był znakiem, przesłaniem z innego wymiaru. Czułem pulsowanie mocy, która z czasem zmieniła się w pierwsze słowo, pierwszy dźwięk i pierwszy oddech. Słyszałem płacz Mokoszy, gdy ziemię zalał jad Czarnoboga — niewiele wtedy istnień przetrwało. Byłem świadkiem Wielkiego Buntu Bogów. Zaznałem bólu od ostrza Peruna i widziałem zaślubiny Welesa z Babą Jagą. Na własne oczy widziałem, jak ginęły całe pokolenia, o których pamięć przetrwała jedynie w szeleszczeniu liści. Każda opowieść, którą usłyszałem, splata się z inną, niczym korzenie pod ziemią, tworząc sieć łączącą ludzi, zwierzęta i duchy dawno zapomnianych bogów. Czasem, gdy rosa wędrowała po moich liściach, czułem, jak pradawna wiedza przenika do żył świata, niosąc ze sobą zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo dawnych czasów.

Tak, moi drodzy, niechaj wasze uszy będą otwarte na szepty pradawnych korzeni, bo las nigdy nie zapomina, a każde echo niesie mądrość dawnych dziejów. To właśnie tu, gdzie niegdyś bogowie tańczyli wśród cieni, a gwiazdy lśniły niczym iskry uwięzione w pajęczej nici, narodziły się najważniejsze pytania i odpowiedzi, które po dziś dzień rozbrzmiewają w sercu puszczy. Was, ludzi współczesnych, zapraszam do wsłuchania się w te echa oraz poszukiwania odpowiedzi na pytania, które dręczyły nawet bogów: skąd się wzięliśmy, dokąd zmierzamy, i czemu w każdej z naszych dusz tli się pierwotna iskra magii? Usiądźcie wygodnie w cieniu moich gałęzi. Otwórzcie serca na pradawny szept puszczy, a opowieść poprowadzi was do samego początku, gdzie w mrokach nicości rodzili się bogowie, a wraz z nimi świat, jaki znacie.

Narodziny wszechrzeczy

Ciemność, nicość, chaos i pramorze — to było na początku, przed bogami. Cisza spowijała bezkres, a fale wieczności toczyły się bez ładu oraz celu. Z głębin wschodu, gdzie nie było ani dnia, ani nocy, wyłonił się biały, olbrzymi orzeł. Jego pióra jaśniały jak zorza, a każdy ruch skrzydeł rozdzierał ciemność, oczyszczając przestrzeń z nieładu. Był to Rod, Wszechojciec wszystkiego, strażnik kosmicznego porządku. Wzniósł się wysoko i zatoczył krąg nad bezmiarem mroku. Z trzepotu jego skrzydeł powstało praniebo — ogromne, lecz jeszcze puste oraz mroczne. Rod obniżył swój lot, spojrzał w dół. W wodach pramorza ujrzał swoje odbicie, lecz nie było ono świetliste jak on sam. Mroczna toń zabulgotała. Z pomiędzy fal wynurzył się olbrzymi czarny wąż, wijący się i syczący, o oczach czerwonych jak rozżarzone węgle.

— Kim jesteś, ty który z głębin powstajesz? — zapytał Rod, krążąc nad wodami. — Nigdy przedtem nie widziałem innej istoty prócz siebie.

Wąż uniósł głowę i rozpostarł się na falach, wijąc ciało niczym burzowa chmura.

— Jam Nyja. — rzekł. — Zrodzony z twojego odbicia i kipiących odmętów chaosu. Tyś światłem, jam jestem cieniem. Tyś początkiem, ja końcem. Bez ciebie nie byłoby mnie, beze mnie nie miałbyś kształtu.

Rod zniżył lot, badając spojrzeniem brata z mroku.

— Jeśli jesteś moim odbiciem, czy jesteśmy sobie równi? Czy jesteś przyjacielem, czy też wrogiem?

Nyja zaśmiał się sykliwie, a fale kipiały wokół jego łusek.

— Bracie, nie ma przyjaźni ani wrogości, gdy jest tylko dwoje. Jestem tobą i nie-tobą. Ty patrzysz w górę, ja w dół. Ty wzlatujesz, ja pełznę. A jednak jedno bez drugiego istnieć nie może.

— Masz rację. Choć ja nie mam początku, ty zaś go masz w odbiciu moim.

Rod zawisł w powietrzu, zatrzepotał skrzydłami, a nagle jęk wydarł mu się z gardzieli. Zgiął się w locie, jakby trawił go nagły ogień.

— Cóż ci jest? — zasyczał Czarnobóg.

— Bracie… — jęknął — Odczuwam straszny ból w trzewiach. — rzekł Rod, trzepocząc ciężko skrzydłami. — Czy ja umieram?

Nyja uniósł głowę i rozpostarł się na falach, wijąc ciało niczym burzowa chmura.

— Widzę twój ból. — syknął. — Twoje wnętrze płonie światłem, które pragnie się wydostać.

Wszechbóg zatoczył koło nad pramorzem, niespokojny, miotany cierpieniem.

— Ale czym ono jest? — zawołał. — Czuję ciężar, czuję żar, a jednak nie znam słów, by to nazwać.

Nyja zaśmiał się sykliwie, a fale kipiały wokół jego łusek.

— To wypchnij to z siebie, a zobaczymy czym jest.

Rod zawisł w locie, rozpościerając skrzydła szeroko.

— Tylko gdzie to mam uczynić? — zaczął się zastanawiać. — Tu na górze jest puste tylko.

Żmij zakręcił się w wodach, a jego syczący głos rozciął pustkę.

— Oddaj to wodom. Ja je przyjmę, otulę i ukryję. W głębinie nic nie zginie.

Rod spojrzał na brata nieufnie, oczy jego błyszczały światłem.

— A jeśli zatopisz je w mroku? Jeśli zgaśnie, nim cokolwiek się narodzi?

Czarny wąż uniósł się nad fale, a jad spływał z jego zębów jak krople gwiezdnego pyłu.

— Bez ciemności twoje światło nie ma kształtu. Potrzebuje mojego łona, tak jak ja potrzebuję twojej jasności. Oddaj to co cię bracie niszczy w pramorzu a zobaczymy czym to jest.

Rod zawisł nad otchłanią, skrzydła drżały mu z bólu. Krzyk wydarł się z jego gardzieli, potężniejszy niż wszystkie dotychczasowe. Zadrżała pustka, fale pramorza wzburzyły się aż po krańce ciemności, a wtedy z jego wnętrza wyłonił się świetlisty zalążek. Wszechojciec wygiął ciało, a w spazmie rodzenia zniósł złote jajo, jak ptak znosi swe znoski. Złote jajo błyszczało w mroku niczym słońce w miniaturze. Rod zatrzepotał skrzydłami i pozwolił, by znosek opadł w dół. Toczyło się w przestrzeni powoli, aż wpadło w fale pramorza. Wody uniosły nie pozwalając mu zatonąć. Zawisło pomiędzy powierzchnią a dnem, drżąc, jakby nie mogło się zdecydować, czy należy do światła, czy do ciemności. Krzyk Wszechojca nie gasł, odbijał się echem w pustce, aż z jego dźwięku narodziło się nowe życie. Na grzbiecie białej kobyły Doli przybyli pierwsi bogowie. Jej grzywa sypała krople rosy, a stukot kopyt rozbrzmiewał po falach niczym pieśń nowego początku. Na jej grzbiecie siedział Świętowit, pełen potęgi i blasku, a obok niego Rodzanice: Zorza, Lela i Dzidzileya. Rod spojrzał na nowe bóstwa. Jego serce zapłonęło uczuciem jakiego wcześniej nie czuł. Serce biło mu jak oszalałe. Blask rozświetlił całą pierś aż wystrzelił czerwony błysk w przestworza. Tak narodziła się Kupała, piękna, ponętna i tajemnicza. Gdy Nyja ją ujrzał zapałał pożądaniem. Przybrał postać przystojnego wojownika w czarnej zbroi. Zdradzały go tylko oczy. Bogini odrzuciła jego zaloty. Rozwścieczony Czarnobóg użył siły aby zmusić Kupałę żeby mu uległa. Z opresji uratował córkę sam Rod. Przybrał postać monarchy o czterech twarzach. Z pióra które mu wypadło uczynił oręż i uderzył na przeciwnika. Czarna klinga uderzyła w białe ostrze. Powstała iskra z której zrodził się Swaróg, kolejny syn Roda a z huku wyłonił się Weles. Boska rodzina zaczęła się powiększać. Ostatecznie Nyja został zmuszony do ucieczki. Aby wyładować swój gniew owinął się wokół Kosmicznego Jaja próbując je zmiażdżyć. Złoty znosek pękł, a siła pęknięcia była tak mocna że zmusiła Czarnoboga do odstąpienia od zniszczenia. Górna część skorupy jaja wypłynęła na powierzchnię pramorza. Dolna pokrywa opadła na dno. Wnętrze jaja tworzył eteryczny pęcherz wewnątrz którego znajdował się kawałek skalistej ziemi otoczonej wodą. Bogowie zastanawiali się nad tym co mają z tym wszystkim zrobić. Usiedli na górnej skorupie i zaczęli się naradzać. Nad Rodem myśli jego kłębiły się niczym chmury burzowe. Z tych myśli zrodził się Radogost. Nowy bóg od razu wiedział co uczynić. Podsunął bogom pomysł wzniesienia pierwszego grodu. Swaróg z części skorupy stworzył złote domy dla całej rodziny. Nyja obserwował wszystko a zazdrość w nim rosła. Kiedy Wyraj był gotowy zaczęto zastanawiać się nad tym co zrobić z zawartością jaja. Weles stwierdził że on tam zamieszka. Rod nie miał nic przeciwko, jednak Nyja zbuntował się. Bóg magii i pan mroku stanęli naprzeciw siebie. Walka nie miała końca. Rod zdecydował że żadne z bóstw nie otrzyma ziemi w posiadanie. Bogowie nie chcieli się z tym pogodzić. Skierowali swą moc przeciwko Jawi chcąc ją zniszczyć. Wszechbóg uderzył błyskawicą ochronną. Trzy moce zderzyły się i eksplodowały nad Jawią. Gdy mgła eteryczna opadła oczom bóstw ukazał się Trzybóg. Rod wysłał syna do Jawi by tam był strażnikiem krainy do póki nie zapadnie decyzja o jej dalszych losach. Obrażona Weles sprzymierzywszy się z Czarnobogiem, za pomocą magii stworzył w dolnej skorupie własny gród. Tak powstała Nawia, którą otoczył zwojami Nyja. Przyszły pan zaświatów zatęsknił za ojcem, uznając swój błąd przeprosił Praojca, który dążył go zaufaniem. Czarnobóg idąc za przykładem bratanka także postanowił zawrzeć braterski sojusz z Rodem. Rzekł do Wszechboga:

— Długo będziemy się mierzyć wzrokiem? — spytał wąż, a jego głos szumiał jak fale. — Jesteśmy braćmi i powinniśmy tworzyć wszystko razem. Zawrzyjmy sojusz braterski. — zaproponował.

— Tylko braterstwo krewi daje nam trwały sojusz. — odparł Rod spokojnie. — Krew ma pamięć, krew nie kłamie.

— Dobrze więc, bracie. Zwiążmy się krwią. — Nyja przybrał postać wojownika, wyprostował się i wysunął rękę

Wtedy Swaróg, stojący nieopodal, podał im ostrze wykute z orlego pióra. Rod nakłuł palec, a zaraz za nim uczynił to Nyja. Dwie krople — jasna i ciemna — spadły razem w fale.

Pramorze zadrżało. Woda zaszumiała i zapieniła się, a w pianie, niczym odbicie światła w ciemnym lustrze, ukazały się dwie boginie. Wyszły z głębin równocześnie, jakby jedna była cieniem drugiej. Rod uniósł głowę, a w oczach miał zachwyt i niepokój.

— Bliźniaczki… — szepnął do siebie.

— Jedna z twojej jasności, druga z mojej ciemności. A jednak obie nasze. — skomentował pan mroku.

Dziewczyny stanęły obok siebie, trzymając się za dłonie. Pierwsza miała w spojrzeniu świeżość i ciepło, druga — chłód i milczenie.

Mroczny bóg wrócił do swej toni. Był nieco zmieszany tym co się stało. Postanowił że będzie obserwował bieg wydarzeń.

Pierwszy bunt

Życie w Wyraju było monotonne. Rod w postaci orła nieustannie patrolował przestworza wszechświat. Czarnobóg wyczekiwał okazji aby objawić swą moc. Świętowit ćwiczył się w pojedynkowaniu z Radogostem. Weles cwałował po falach prawody na ulubienicy Roda, klaczy Doli goniąc za blaskiem ojca. Swaróg pracował w swej pracowni tworząc dla bogiń ozdoby, które zachwycały pięknem. Zdarzyło się że bóg-kowal stworzył piękny naszyjnik, który spodobał się Żywie i Marzannie. Swaróg podniósł z kowadła naszyjnik, a blask zalał całą kuźnię. Żywie pierwsza wyciągnęła rękę.

— Jest mój! — zawołała radośnie. — Daj mi go, bracie!

Marzanna zasłoniła ozdobę dłonią.

— Nie, mój. Piękniej wygląda na mnie.

— Kłamiesz! — krzyknęła Żywie. — Ja go pierwsza zobaczyłam!

— Ale ja go pierwsza dotknęłam! — odparła Marzanna i szarpnęła naszyjnik do siebie.

— Oddaj! — Żywie pchnęła siostrę.

— Sama oddaj! — Marzanna zamachnęła się i spoliczkowała bliźniaczkę.

Żywie zapłakała, wybiegła z kuźni, a łzy kapały na ziemię. Tam, gdzie spadły, w jednej chwili wyrastała trawa, zieleń, młode pędy drzew.

Rod zniżył lot i osiadł w samym środku Wyraju. Skrzydła drżały, pierś unosiła się ciężko, a z dzióba wyrwał się głuchy jęk. Bogowie stali w milczeniu, nie wiedząc, co się dzieje.

— Ojcze, coś ci jest? — odezwała się Kupała niepewnie. — Dlaczego tak ciężko oddychasz? Można ci jakoś pomóc?

Rod zatrząsł się cały, a jego głos rozbrzmiał nisko:

— Nie wiem, dziecko. Czuję, jakby we mnie coś znowu narastało i domagało się wyjścia.

I wtedy ziemia pod nim zadrżała. Na złotej powierzchni Wyraju pojawiło się jajo — jasne i lśniące, jak kropla rosy w świetle ojcowskiego blasku. Bogowie cofnęli się w oszołomieniu. Po chwili obok niego pojawiło się drugie — cięższe, o barwie ciemnego bursztynu — a potem trzecie, mniejsze, mieniące się wszystkimi barwami.

— Skąd to? — spytała Żywie szeptem, nie dowierzając oczom. — Co to?

— Ze mnie. — odparł Rod, rozpościerając skrzydła. — Ale co w nich jest, sam nie wiem.

Pierwsze jajo pękło. Wyleciały z niego ptaki i owady — skrzydlate istoty, które natychmiast wypełniły Wyraj melodią oraz życiem. Jedne szybowały wysoko, inne krążyły nad głowami, jeszcze inne przysiadały na ramionach bogów. Śmiech i brzęczenie uniosły się po raz pierwszy w przestrzeni.

— Słuchajcie! — zawołała Kupała, klaszcząc w dłonie. — To jak pieśń, której jeszcze nikt nie znał!

Drugi znosek rozpadło się ciężko, a ziemia jęknęła pod jego trzaskiem. Wyskoczyły z niego zwierzęta lądowe: jelenie i wilki, konie i dziki, istoty wielkie i małe, silne i szybkie. Ich tupot dudnił, a ryk i rżenie rozległy się w Wyraju, niosąc echo nowej mocy.

— Patrzcie na nie. — rzekł Świętowit. — Same w sobie są wojownikami.

Trzecie jajo rozchyliło się najciszej. Wyszły z niego istoty drobne i jasne — bóstewka, duchy mniejsze, które natychmiast rozbiegły się po Wyraju. Jedne wskoczyły do źdźbeł trawy, inne zatańczyły na gałęziach drzew, jeszcze inne przysiadły na kowadle Swaroga, chichocząc.

Bogowie patrzyli w osłupieniu. Nigdy jeszcze nie widzieli tylu form, tylu barw i dźwięków.

— Ojcze… — wyszeptała Żywie, a jej oczy lśniły. — To wszystko żyje. — wyszeptała.

Rod spojrzał na nią poważnie.

— Tak, żyje i ty będziesz czuwała nad ich życiem.

Nyja patrzył na to wszystko z ukrycia, a jego serce pęczniało zazdrością. Postanowił wykorzystać dzieło Wszechboga przeciwko niemu. Nie wiedział jeszcze jak to osiągnąć. W jego głowie zakiełkowała intryga. Nyja wyszedł z cienia, a jego głos był miękki jak ciemna woda, w której tonie słońce.

— Spójrzcie na siebie. — rzucił słowa powoli, z drwiną. — Zrodziliście się z tej samej krwi co oni, a co wam dano? Czy kazano wam tworzyć, decydować, władać? Nie. Macie podawać im narzędzia, pilnować ich ognia, nosić ich światło, by świeciło tam, gdzie oni zdecydują.

Bóstewka spojrzały po sobie niepewnie. Nigdy dotąd nie myślały o tym w ten sposób.

— Rod nazywa was swoimi dziećmi, — ciągnął Nyja — ale dziećmi, które nigdy nie dorosną. Macie być wiecznie mali, wiecznie pod czyimś rozkazem. A wy przecież możecie być więksi. Możecie rządzić, możecie decydować, możecie mieć własny głos.

— Ale… — odezwała się mamuna nieśmiało. — On nas powołał, byśmy byli potrzebni.

— Potrzebni? — Nyja parsknął. — Owszem, wy jesteście im potrzebni tylko po to, by czuli się ważni. Czy to jest wasze przeznaczenie? Wieczne posługiwanie?

Milczenie zapadło ciężkie. Śmiech bóstewek ucichł, twarze pociemniały. Niektóre ścisnęły pięści, inne zaczęły szeptać między sobą. Nyja nachylił się niżej.

— Wiem, co wam ofiarować. Wolność. Nie będziecie już służyć nikomu. Sami staniecie się panami. Wystarczy, że pójdziecie za mną. Sam jestem ich niewolnikiem. Mój brat, wielki Rod, tworzy wszystko ale nie czyni tego w zgodzie ze mną. Pomija moje pomysły. Nie uwzględnia mnie w swoich planach. To samo będzie z wami. — szczuł podstępnie naiwne istoty, po czym zniknął w odmętach pramorza.

Bóstewka zebrały się pod cieniem kuźni Swaroga, gdzie żar metalu jeszcze tlił się w ciszy. W powietrzu unosił się szept — cichy, lecz nieuchwytny. Nyja nie był widoczny, a jednak jego obecność wciskała się w ich uszy niczym dym, który nie daje odetchnąć:

— «Patrzcie na siebie… — głos płynął powoli, a gdy ucichł, nie zniknął. Został w ich głowach, jakby ktoś nalał ciemnej wody do uszu. — Kto was widzi, gdy wielcy kroczą? Kto wam dziękuje, gdy nosicie ich ciężary?» — Bóstewka drgnęły. Próbowały myśleć po swojemu, lecz echo wracało — «Dzieci bez głosu, ręce bez woli, służki bez imienia.» — I już nie wiedziały, co jest ich własną myślą, a co podszeptem.

Pierwsze odezwały się Mamuny, głosy ich były ostre jak trzcinowe liście.

— To prawda. — syknęła jedna, o oczach zimnych jak torfowisko. — Nigdy nie decydujemy. Zawsze tylko wykonujemy.

— Kłamiesz! — zawołała jej siostra. — Ojciec dał nam życie, a boginie opiekę. Nie jesteśmy niewolne, jesteśmy córkami Wyraju!

— Córkami, które nie mają głosu. — odbiła tamta. — Lepiej być dziką niż niewolną.

Rusałki zaszemrały jak woda pod lodem. Drzewoje i Kozytki milczały ciężko, ale Wije i Majki podchwyciły ton buntu.

— Śpiewamy, tańczymy. — westchnęła jedna Drzewoja. — Pieśni nasze rozbrzmiewają w całym Wyraju. To dar, nie jarzmo.

— Dar? — zakpiły Wije, a w ich głosie słychać było chlupot. — Nasze pieśni powinny mamić, zwodzić, prowadzić tam, gdzie my chcemy. Nie tam, gdzie każą bogowie.

I znów odezwał się głos Nyja w ich głowach:

— «Macie skrzydła, macie dłonie, macie głosy. A używacie ich tylko, by innym służyć. Czy to jest wasze przeznaczenie?» — Jeden z Bełtów zasnuł polanę mgłą, a jego śmiech brzmiał jak echo w obcej dolinie. Bobo zapiszczał, ukazując rząd ostrych zębów. Bagiennik prychnął bąblami śluzu, znacząc mokrymi plamami ziemię, jakby już brał ją w posiadanie. Kikimora zakręciła wrzeciono i syknęła:

— Ojciec, który każe służyć przy stole nie może być ojcem. Niech żywią się sami.

Drzewoja która siedziała na gałęzi sosny zapłakała:– Zdrada to zgnilizna! Ojciec nas słyszy. Jeśli odejdziemy, zdradzimy jego dar. Zginiemy.

Zrobił się szmer lecz echo słów Nyji brzmiało wciąż:

— «Wolność… wolność… wolność. Niech każdy zdecyduje. Kto woli wolność, niech stanie ze mną. Kto woli jarzmo, niech zostanie przy tronie mojego brata.» — Zapadła cisza. Liście na drzewach ani drgnęły a ptaki przestały śpiewać tylko pójdźki gdzieś w dali wieszczyły nieszczęście. Pierwsze wystąpiły Mamuny a potem część Wij i Majek. Za nimi do buntu dołączyły Biesy, Bełty, Kikimory, Bagienniki, Kocmeuchy, Dusiołki, Dydka i Bobo.

Nie było żadnego znaku, żadnego ostrzeżenia. Wrota Grodu drgnęły nagle, jakby uderzyła w nie burza, choć powietrze stało nieruchome. W mgnieniu oka nadciągnęła mgła — ciężka, gęsta, dusząca. Bełty oplątały nią ulice i place, tak że bóstwa wewnątrz zaczęły się gubić, nie poznając własnych ścieżek. Potem rozległ się ryk. Biesy runęły na bramy, ich rogi roztrzaskały złote zawiasy, a echo uderzenia przetoczyło się po całym Wyraju. Kikimory i Kocmeuchy wślizgnęły się do środka, plącząc nici i rozsypując gnój. Bagienniki oblały dziedziniec śluzem, który parował jadem. Mamuny zatańczyły nago na murach, śpiewając pieśń wolności, a ich siostry, które zostały przy Rodzie, z płaczem próbowały je powstrzymać. Rusałki biły się między sobą — jedne wabiły, inne odpychały. Wije ciągnęły młodsze bóstwa w odmęty, Drzewoje oplatały ich ramionami z liści, ratując z opresji. Światło Roda stłumiła na chwilę ciemność, gdy Wszechojciec zstąpił na dziedziniec w majestacie. Głos Nyji wciąż drżało w uszach wszystkich pomniejszych istot: «To nie wasze, to nasze… wolność… wolność…» Prawie nikt nie spodziewał się ataku. Bogowie zajmowali się swoimi sprawami, a bóstewka snuły się po dziedzińcach. Wtedy nagle nad Grodem zapadła mgła — ciężka, mętna, dusząca. Bełty plątały ścieżki, rozdzielając istoty od siebie. Biesy runęły na bramy, a ich rogi z trzaskiem wyważyły wrota. Do środka wślizgnęły się Kikimory, miotając wrzecionami tworzyły pułapki z nici, a z nimi szły Kocmeuchy, które roznosiły brud oraz plugastwo. Bagienniki chlustały śluzem, od którego złote podłogi matowiały i czerniały. Mamuny tańczyły nago hipnotyzując każdego kto na nie spojrzał. Rusałki biły się między sobą — jedne wabiły, inne broniły. Zdrada rozlała się po grodzie jak ogień po ściernisku. Wtedy to Nyja wkroczył w swej mrocznej postaci. Uniósł czarny miecz, którego ostrze pochłaniało światło, a wężowy ogon smagał ziemię. Tam, gdzie uderzył, złote domy bogów waliły się w gruzy — proste, słowiańskie chaty, w których mieszkali, rozsypywały się jak popiół. Kuźnia Swaroga i pracownia Rodzanic również padły, a ich blask zgasł w jednej chwili. Pośród ruin czekał już Rod. Siedział na białej klaczy, a jego oblicze było spokojne i stanowcze. Wiedział, że nie może wysłać dzieci do walki z wyrodnym bratem. Sam musiał stanąć naprzeciw Nyji.

— Nyjo! — zagrzmiał głosem, który rozległ się po całym Wyraju. — Bracie mój, czemu podniosłeś miecz na własny ród?

Czarnobóg nie odpowiedział. Smagnął ogonem raz jeszcze, burząc ostatnie domy, i ruszył naprzód z uniesioną klingą. Rod pochylił się w siodle. Jego biała klacz parsknęła, kopytami uderzając o ziemię. Wszechojciec uniósł ostrze przyjmując pozycję bojową i ruszył na wroga. Tak rozpoczął się pierwszy wielki pojedynek światła oraz mroku — brata z bratem, na oczach przerażonych bóstw i zbuntowanych demonów. Klingi zwarły się z hukiem. Blask i mrok uderzały o siebie jak fale — cięcie, riposta, skok, nawrotka. Rod trzymał rytm, Nyja wił się nisko, szukał szczeliny.

— Zawróć, póki możesz. — powiedział Rod, prowadząc konia półkrokiem.– Nie ma ratunku dla ciebie! — syknął Nyja i zszedł pod ostrze, tnąc z dołu.

Iskry rozpraszały się w proch ruin. W tym czasie bogowie i boginie, pod wodzą Świętowita, odpierali ataki buntowników na zgliszczach grodu. Walka trwała na dwóch frontach a o rozstrzygnięciu miało zadecydować zwycięstwo pierwotnych sił. Nyja markował pchnięcie w pierś Roda, ale w ostatniej chwili uskoczył w bok i doskoczył do klaczy. Czubkiem czarnej klingi wydłubał jej oko. Ddoola zarżała tak, jakby pękła struna świata. Z rany spłynęła przeźroczysta, świetlista krew rozlewając się po ziemi.

— Bestio! — huknął Rod i ściął z góry.

Czarnobóg odbił cios. Dodola zachwiała się lecz nie straciła równowagi. Nyja machnął orężem i zatopił ostrze w boku kobyły. Klacz runęła. Rod zeskoczył, by nie zostać przygnieciony przez konia. Zauważył że został zraniony w łydkę. Z rany wypłynęła świetlista krew, jasna jak rozbielona woda. Jednak nie był w stanie się skupić na własnych ranach. Umierała jego kochana klacz. Rod klęknął przy łbie Dodoli. Objął oburącz szyję klaczy.

— Dodolo… nie odchodź. — wyszeptał.

Łzy popłynęły mu po twarzach, spadły na pysk zwierzęcia i spłynęły na ziemię mieszając się ze świetlistą krwią. Ziemia Wyraju zadrżała. Najpierw pojawił się rozbłysk, potem kształt. Z mieszaniny łez i krwi wyłoniła się Dola z nicią drżącą między palcami. Tuż obok, w tafli rozlanej krwi Wszechojca zapłonęła smuga. Wysnuła się z niej Łada, jasna i spokojna, jak reguła kończąca spór. Dotknęła rany Roda. Rana na udzie przestała krwawić. Z odbicia pięknej bogini które pojawiło się w resztkach krwi Roda narodził się Łado-Jesz pogodny jak pierwszy toast w nowym domu. Ciało białej klaczy spoczęło bez ruchu. Z rany w boku wyrósł pęd — cienki, potem gruby, aż stał się pniem. Wzniósł się ku praniebu. Tak wyrósł Kosmiczny Dąb Życia, którego liście odtąd szeptać miały imiona wszystkich dusz a w złotych żołędziach ukryte były losy i życia bogów oraz bóstw. Nyja cofnął się o krok. Mrok wokół niego zafalował.

— To nie koniec, bracie. — powiedział i zniknął w czarnej tafli pramorza.– Wiem! — zagrzmiał Wszechojciec. — Nie jesteś moim bratem! Nigdy nim nie byłeś! Przeklinam cię, aż po wieczny kres.

Rod wstał, rozejrzał się wokół i dostrzegł ogrom zniszczenia. Rozkazał Żywi aby ocaliła sprzymierzeńców a Marzannie kazał dobić konających buntowników. Wówczas Wszechojciec uniósł dłoń i przemówił tak, że głos jego rozległ się aż po dno pramorza:

— Buntownicy, którzy sprzeniewierzyli się boskiemu ładowi, nie będą dłużej kalać Wyraju. Niech spadną w mrok Jawi i tam się tułają, w samotności i bez celu.

Woli boga bogów stało się zadość. Demony i zbuntowane bóstewka, które dotąd śmiały stawać przeciw Praojcu, zostały strącone do dolnego świata. Tam, w bezmiarze i ciszy, skryły wewnątrz jaskiń i w cieniu Żelaznego Grodu, nad którym czuwał Trzybóg wiodąc spokojne życie z dala od wyrajskich konfliktów.

Pierwsza swaćba

Rod siedział przy wejściu do kuźni Swaroga, która ostała się prawie bez szwanku. Bóg-kowal pracował nad złotą laską dla ojca. Wszechojciec kazał oprawić wyłupione oko klaczy i zamieścić je na szczycie kostura, który miał się stać berłem Wszechboga. To co powstało przerosło najśmielsze oczekiwania. Rod był bardzo zadowolony. Wziąwszy laskę w dłoń obszedł ruiny grodu i stanął pod Dębem Życia. Przyjrzał się mu. Dostrzegł tuż pod linią korony dziuplę. Przybrał postać orła i zajrzał do środka. Potrząsnął głową z aprobatą, po czym usiadł na ziemi przybierając postać człekokształtną. Przywołał bogów oraz wszystkie istoty ocalałe z wojny. Gdy zebrani umilkli, Wszechojciec przemówił:

— Pierwszy gród runął. — powiedział spokojnie. — Ale oto wyrósł Dąb. On stanie się sercem nowego domu.

Świętowit spojrzał na ojca, a potem na koronę kosmicznego drzewa, która dopiero zaczęła rozpościerać swe młode gałęzie nad ruinami grodu.

— Jeśli taka jest twoja wola, poprowadzę odbudowę. — rzekł bóg wojny.

Rod skinął głową.

— Budujcie. Wokół tego drzewa znajdziecie schronienie. A ja przygotuję sobie miejsce w jego wnętrzu.

Swaróg, stojący z boku, otarł ręce o fartuch.

— Kuźnia ocalała. Mam ogień i młot. Złoto z ruin wystarczy, by wznieść mury.

— A ja zajmę się Dworem Niebios. — dodał Radogost. — Niech będzie miejscem narad i uczt.

Wszechojciec stuknął berłem.

— Dobrze. Niech każdy uczyni to, co potrafi najlepiej. Razem zbudujecie coś, co przetrwa dłużej niż poprzedni gród. Wszyscy jak tu przybyliście jesteście równi i do was należy Wyraj.

Bogowie i istoty, które przetrwały wojnę, zaczęli znosić złoto, kryształy i szlachetne kamienie z ruin dawnego grodu. Swaróg rozniecił ogień w swojej kuźni i przez wiele dni młot uderzał w kowadło, a każda iskra zdawała się tworzyć nowy kształt świata. Najpierw powstały mury. Nie z surowego kamienia, lecz ze złota przeplatanego ametystami i kryształami, które świeciły własnym światłem. Ich blask odbijał się w oczach wszystkich, którzy stali na dziedzińcu. Potem wznieśli bramę. Radogost stwierdził, że wejście musi mówić, kto tu panuje. Swaróg przetopił żelazo i ukształtował je w ogromne skrzydła orła. Podwoje bramy stanęły otwarte ku wschodowi, a złote pióra lśniły tak, jakby każde z nich było osobnym promieniem Roda. Na samym środku grodu, na wprost Dębu Życia, powstał Dwór Niebios. Jego dwie wieże rosły wysoko, jak języki ognia, a pomiędzy nimi mieściła się wielka, owalna sala, gdzie bogowie mieli się zbierać na narady. Z czasem zaczęto mówić na tę budowlę Pałac Słońca, bo blask, który ją otaczał, przypominał promienie płynące ze źródła światłości. Po obu stronach izby narad zbudowano komnaty dla bogów i bogiń. Wzdłuż złotych murów wzniesiono domy i pracownie. Większość była zamknięta, czekając na tych, którzy dopiero mieli przyjść na świat. Niektóre jednak już żyły. Kuźnia Swaroga płonęła nieprzerwanie, rozrzucając iskry na dziedziniec. Radogost otworzył swoją halę, pełną stołów i darów gościnności. Kupała zdecydowała się zamieszkać obok Pałacu Słońca, gdyż chciała uniknąć wścibskich spojrzeń, gdy brała kąpiel w kroplach rosy. Natomiast Żywie i Marzanna zajęły komnaty naprzeciw siebie aby się kontrolować nawzajem. Dziedziniec, który otaczał pień Dębu, wyłożono kryształami błyszczącymi od wewnątrz, jakby uwięziły w sobie gwiezdny pył. Przy zachodnim murze powstały stajnie. Na razie były puste, lecz ich złote wrota czekały na rumaki. Tak narodził się nowy Gród Bogów. Jeszcze niepełny, z wieloma pustymi domami i salami, które dopiero czekały na przyszłych mieszkańców. W tym samym czasie, we wnętrzu Dębu Życia Rod przygotował miejsce, które miało być zwierciadłem wszechświata. Ściany wewnętrznej komnaty mieniły się jakby utkane z samej żywicy i światła, a każdy sęk i każda linia słojów układały się w runy, których nikt poza Wszechojcem nie potrafił odczytać.

Na środku stanął tron ze szczerego złota, gładki jak tafla jeziora, a jednocześnie żywy, bo zdawał się oddychać blaskiem Roda. Oparcie lśniło jak wschód, podłokietniki połyskiwały jak zachód, a całe siedzisko było jak słońce w południe. Tuż za tronem znajdowało się małe okno, wykute w samej tkance drzewa. Przez nie widać było wschodnią stronę grodu i bramę-orła. To okno przypominało oko czuwające, by żadne cienie nie zbliżyły się do Wyraju. Przed tronem wznosiła się misa z czystego kryształu. Jej brzegi błyszczały jak zorza, a wewnątrz płonął ogień mieniący się tysiącem barw. Raz był błękitny jak głębia morza, innym razem zielony jak młode liście, po chwili czerwony niczym krew lub złoty jak samo światło Roda. Nazywano go Tchnieniem Dusz. Każda iskra, która wystrzeliwała z płomienia, wznosiła się ku sklepieniu Świątyni, by wreszcie osiadać w koronie Dębu. Tam zamieniała się w krople rosy, która spadała później na dziedziniec i dawała życie ogrodom. Podłoga świątyni była gładka jak lustro, a jednak każdy krok brzmiał tam echem, jakby odpowiadał mu sam wszechświat. Ciszę przerywał tylko lekki szmer. To oddech drzewa przepływał przez komnatę, niosąc woń żywicy i wilgotnej ziemi. Tak wyglądała Świątynia Dusz — nie miejsce zwykłe, lecz przestrzeń, gdzie nawet bogowie mówili szeptem, a każdy ruch stawał się modlitwą. Nikt prócz Roda nie dostrzegł, że podczas wspólnej pracy nad odbudową Złotego Grodu, Świętowit i Łada zaczęli zbliżać się do siebie. Za każdym razem gdy byli blisko to coraz częściej spoglądali na siebie, a w ich gestach pojawiała się łagodność, której dotąd w Wyraju nie znano. Wszechojciec widział to wyraźnie, choć milczał. Wiedział, że w sercach dwojga młodych bogów rodzi się więź inna niż pokrewieństwo — siła, którą ludzie później nazwą miłością. Kiedy gród był gotów, bogowie zasiedli do pierwszej uczty. Radogost rozlał piwo do rogów. Kupała przyniosła kosze owoców i ziół, a Swaróg rozpalił ogień na środku dziedzińca, by płomienie rozświetlały wieczność Wyraju. Śpiewano, tańczono i wznoszono rogi ku Rodowi, dziękując za odbudowę. Świętowit siedział obok Łady. Kiedy podała mu róg pełen bursztynowego trunku, ich dłonie zetknęły się i żadne z nich nie cofnęło ręki. Spojrzeli na siebie — nie jak towarzysze pracy, lecz jak dwoje, którzy odkryli coś, co miało odmienić ich serca. Chwilę później wyszli razem na dziedziniec. Kryształy w posadzce połyskiwały jak gwiazdy, choć w Wyraju nie było nocy. Młody Dąb Życia rozpościerał liście nad ich głowami, a w ich drżeniu brzmiała melodia, której oboje słuchali w milczeniu. Łada zatrzymała się przy źródle, które wypłynęło z jej dłoni podczas budowy. Schyliła się, by zaczerpnąć wody, a gdy uniosła dłoń, krople lśniły na jej skórze jak drogocenne kamienie. Świętowit patrzył na nią długo.

— Ty sprawiasz, że nawet woda błyszczy jak złoto. — wyszeptał.

Łada spojrzała na niego, a w jej oczach odbijało się światło Roda.

— A ty… — zawahała się. — Przy tobie czuję się bezpieczna. — uśmiechnęła się kokieteryjnie.

— Ty działasz na mnie jak blask Roda na wszystko co żyje. Łagodzisz mój gniew a zarazem pobudzasz do działania… — spojrzał nieśmiało. — Czuję się przy tobie szczęśliwy. — dokończył myśl.

— Wiesz, twoje słowa sprawiają iż coś mnie łaskocze w sercu.

Ich spojrzenia spotkały się, a cisza, która zapadła, była bardziej wymowna niż wszystkie pieśni uczty. Świętowit uniósł dłoń i delikatnie odgarnął kosmyk włosów z twarzy bogini. Łada nie cofnęła się, a jej oddech stał się cichszy, jakby świat cały wstrzymał dech. W tej chwili młody Dąb zaszumiał liśćmi mocniej niż dotąd, a Rod w Świątyni Dusz uśmiechnął się. Wiedział, że właśnie zakwitła w Wyraju nowa moc — miłość, piękniejsza od złota i silniejsza od ognia. Zakochani wrócili do biesiadników. Pan wojny uderzył pięścią w stół. Gdy śmiechy i pieśni ucichły, wstał. Biesiadnicy nieco oszołomieni zwrócili wzrok na pierworodnego syna Wszechojca.

— Bracia i siostry! — zaczął, a głos miał pewny, choć w oczach krył się cień wzruszenia. — Dziś cieszymy się nowym grodem, Dzięki mojemu bratu, które stworzył palisadę i bramę możemy czuć się bezpieczni. Sława Swarogowi! — wzniósł toast. — Mimo to jest jeszcze jeden architekt który zbudował gród w moim sercu. — spojrzał na Ładę stojącą obok. — Od dnia, gdy razem zaczęliśmy budować na nowo nasz boski gród, wiedziałem, że nie chcę już iść dalej bez niej. Niech więc wszyscy tu obecni usłyszą: to moja siła i pragnę, by od tej chwili była moją małżonką. — ucałował dłonie bogini.

Łada zarumieniła się, lecz nie uciekła wzrokiem. Wyprostowała się i przemówiła:

— A ja… nie pragnę innej drogi niż ta, którą rozpoczęliśmy razem. Chcę towarzyszyć Świętowitowi w jego drodze ku przyszłości.

Na te słowa wybuchła wrzawa. Radogost uniósł róg i zakrzyknął:

— Sława! Sława! Sława!

Rod, patrząc w oko Doli nie krył zadowolenia. Wiedział, że właśnie rozpoczął się nowy rozdział boskich dziejów. Udał się do kuźni Swaroga. Powietrze drżało od żaru, młot śpiewał na kowadle, a iskry wirowały w powietrzu niczym roje świetlików.

— Witaj synu. — rzekł Wszechojciec. — Nadszedł czas, by Świętowit i Łada objęli władzę nad Wyrajem i podległymi światami. Sporządź dwie złote korony by stały się pieczęcią ich uczuć oraz władzy.

Swaróg odłożył młot, spojrzał na ojca:

— Rozumiem ojcze że rezygnujesz z panowania nad światami?

— To nie tak synu. — Rod pogładził się po brodzie. — Nyja rośnie w siłę a tym samym harmonia wszechświata jest zagrożona. Muszę skupić się na chronieniu tego co nienaruszalne.

— Rozumiem ojcze. — ucałował ojcowskie dłonie. — Zatem jak chcesz aby korony wyglądały?

Rod nakreślił w powietrzu kształt a Swaróg pochwycił go swymi zmysłami.

Potem sięgnął po rozgrzane złoto, które nagrzewało się w ogniu. Uderzał młotem powoli, z uwagą, a każdy dźwięk niósł się echem po kuźni. Kiedy poprawiał ostrze, którym chciał nadać kształt obręczom, przypadkiem ukłuł się w palec. Kropla krwi spadła prosto w żar. Płomień na moment przygasł, jakby zachłysnął się, a potem rozbłysnął z podwójną siłą.

Z języka ognia wyrwał się ptak. Skrzydła miał z żaru, pióra złote i czerwone, a oczy płonęły jak rozgrzane węgle. Wzbił się ku górze, zatoczył koło i usiadł na ramieniu Swaroga.

— Żarptak. — wyszeptał kowal do siebie.

Ptak pochylił się i dotknął językiem rany na jego dłoni. Skóra zasklepiła się natychmiast, nie zostawiając śladu. Swaróg spojrzał na niego, po czym wrócił do pracy. Ogień już nie syczał, lecz płonął równo. Kowal dobił młotem ostatnie uderzenia i z żaru wyniósł dwie korony. Były niezwykłe. Cztery stworzone z krzyży równoramiennych, z jakby grzebieniem na każdym ramieniu, natomiast piąta złota obręcz składała się ze splotów tworząc unikalny wzór. Żarptak zakrzyczał przenikliwie, a Swaróg uniósł korony ku górze, wiedząc, że dzieło zostało ukończone. Podał je Rarogowi by zaniósł Rodowi zamówione prezenty.

Nastał dzień swaćby Świętowita i Łady. Wszyscy bogowie i duchy Wyraju zgromadzili się przed Dębem Życia. Potężne konary drzewa wznosiły się ku górze, a złote żołędzie połyskiwały w świetle Roda niczym gwiazdy zaklęte w owocu.

Rod stanął pod pradrzewem i uniósł dłoń.

— Dziś jednoczą się dwie drogi, które odtąd będą jednym szlakiem. — rzekł. — Niechaj Wyraj będzie świadkiem tej jedności.

Jesza zbliżył się, trzymając nici utkane przez Rodzanice. Ostrożnie owinął je wokół splecionych dłoni Świętowita i Łady i rzekł:

— O Rodzie! — wzniósł ręce w kierunku Wszechboga. — Błogosław twoje dzieci aby dały początek nowemu życiu i wspólnej drodze ku przyszłości.

— Niech się stanie. — powiedział Rod. — Taka jest moja wola.

Jesza odwiązał nici od dłoni, zrobił supeł a potem włożył je do złotego żołędzia, który ukrył między innymi w koronie świętego dębu mówiąc doniośle:

— Tu spoczywa wasze przeznaczenie. — powiedział. — Będzie rosło wraz z tym drzewem.

Następnie podał młodym złoty róg napełniony wodą ze źródła bijącego u stóp Dębu. — Jak ta woda łączy życie i siłę tak niech was połączy wasze uczucie.

Świętowit upił łyk, po czym podał róg Ładzie. Ona również napiła się i zwróciła naczynie Jeszy. Ten uniósł je do góry, by wszyscy widzieli, że przymierze zostało przypieczętowane. Wtedy Świętowit spojrzał na Ładę i powiedział krótko, lecz donośnie:

— Idę z tobą.

Łada odpowiedziała cicho, ale pewnie:

— A ja z tobą.

Rod skinął głową, wziął od Swaroga złote korony i nakrył nimi ich głowy.

— Od tej chwili jesteście jednością. Tobie, Świętowicie, powierzam pełnię władzy nad Wyrajem. A tobie, Łado, powierzam opiekę nad zgodą i ładem.

W tej samej chwili Żarptak wzbił się wysoko nad zgromadzenie, rozłożył skrzydła i zakrzyczał donośnie. Złote żołędzie zadźwięczały obijając się o siebie, a echo ich brzmienia rozeszło się daleko poza mury grodu. Nie uszło to uwadze Nyji. Przybrał postać czarnego kruka i przesiadł na Kosmicznym Drzewie. Po uroczystym błogosławieństwie przed Dębem Życia wszyscy ruszyli do Dworu Niebios i na jego dziedziniec. W wielkiej sali ustawiono długie stoły wzdłuż ścian i pod krużgankami. Na nich pojawiły się bochny chleba, misy owoców, pieczone mięsiwa i dzbany pełne piwa, które pieniło się i lśniło bursztynowym blaskiem. Zabawa trwała w najlepsze. Stoły uginały się od jadła i dzbanów piwa, rusałki śpiewały, a klaskaniem dłoni nadawały rytm tańcom. Śmiech i gwar niosły się echem po całym grodzie. Nagle drzwi dworu otworzyły się z hukiem. Wszedł Nyja — blady, ponury, z oczami czarnymi jak głębokie wody. Kroki miał ciężkie, a w powietrzu zrobiło się chłodno, jakby z jego ramion sączył się cień.

— Ucztujecie! — powiedział głosem zimnym jak kamień. — A dlaczego ja nie zostałem zaproszony? Czy nowy pan Wyraju lęka się stanąć naprzeciw tego, który zna kres każdego życia?

W sali zapadła cisza. Kilku bogów poruszyło się niespokojnie. Weles mocniej wsparł się na swoim kosturze, gotów w każdej chwili wkroczyć. Radogost wstał od stołu, jakby chciał zająć miejsce między młodymi a intruzem. Świętowit poderwał się, gniew rozświetlił jego twarze. Dłoń położył na rękojeści miecza.

— Jeśli chcesz walki, znajdziesz ją tutaj i teraz. — rzekł donośnie.

Nyja uśmiechnął się szyderczo.

— Tak, unieś broń bratanku. Pokaż czy jesteś równy ojcu. — prowokował. — Będzie to początek twojego końca, o jakim marzę.

Świętowit już unosił broń, gdy Łada wstała i stanęła między nimi. Jej spojrzenie było ostre jak stal, a głos dźwięczny i pewny:

— Dosyć! To dzień życia i radości, a nie twój teatr, Nyjo. Wynoś się stąd!

Nyja syknął. Jeszcze przez chwilę mierzył wzrokiem Świętowita, lecz gniew Łady oraz obecność Roda, czuwającego z wnętrza pradębu, były silniejsze.

— Spotkamy się znowu. — wysyczał i odwrócił się gwałtownie. Wyszedł tak, jak przyszedł, a za nim cały mrok oraz chłód.

Jeszcze moment panowała cisza. Potem rusałki klasnęły rytm i zaintonowały nową pieśń. Radość rozgorzała na nowo. Do końca biesiady nikt i nic nie zdołało już zakłócić świętowania. Uczta trwała jeszcze długo. Bogowie pili, tańczyli i śpiewali, aż zmęczenie uciszyło gwar. Świętowit ujął dłoń Łady i razem opuścili dziedziniec. Przeszli przez krużganki Dworu Niebios, aż dotarli do komnat przygotowanych dla nich przez boginie.

Łada zatrzymała się na progu, spojrzała na męża z blaskiem miłości w oczach.

— Odtąd wszystko będziemy czynić razem. — powiedziała cicho.

Świętowit skinął głową i poprowadził ją do środka. Złote wrota komnaty zamknęły się za nimi, a w grodzie nastał spokój. Tak zakończył się dzień pierwszej swaćby i rozpoczął się nowy rozdział w dziejach Wyraju.

Prawo i życie

Po pewnym czasie Wyraj obiegła wieść, że Łada spodziewa się dziecka. Świętowita rozpierała duma, a wszystkie jego cztery twarze promieniały radością. Kiedy nadszedł dzień rozwiązania, w komnacie Dworu Niebios przy Ładzie czuwały Rodzanice. Świętowit przechadzał się przed wejściem, niespokojny jak nigdy dotąd. Wreszcie rozległ się płacz nowo narodzonego boga. Rodzanice podały niemowlę matce, a Łada przycisnęła je do piersi. Był to Perun. Wieść o jego narodzinach szybko rozeszła się po Wyraju. Bogowie i duchy zebrali się przed Dębem Życia, by oddać cześć pierworodnemu. Pierwszy wystąpił Swaróg, niosąc złotą sprzączkę.

— Niech ogień będzie twoją siłą, a żar twoją obroną. — rzekł i położył dar przy kolebce.

Radogost rozłożył ramiona i dodał:

— W moich progach zawsze znajdziesz dach i stół, bo każdy wojownik potrzebuje domu.

Nad niemowlęciem pochyliła się także Żywie, a jej głos brzmiał jak źródło:

— Niech życie w tobie płynie czysto i mocno. — ucałowała niemowlę w cztery czoła.

Marzanna spojrzała chłodnym wzrokiem i rzekła:

— Obyś zaznał ciszy i odpoczynku, by twój gniew nie pochłonął ciebie samego.

Jesza skropił usta dziecka wodą ze źródła, mówiąc:

— Niech pragnienie życia nigdy cię nie opuści”.

Następnie Kupała uniosła chłopca w ramionach i wyszeptała:

— Niech miłość i zgoda prowadzą twoje czyny, bo bez nich siła obraca się w nieszczęście.

Później podeszła Dodola z Rodzanicami. Każda z bogiń nakreśliła piętno na czołach bóstwa. Dodola skręciła nić życia i ukryła ją w złotym żołędziu, który zmieszał się z innymi pośród liści pradębu. Lela wieszczyła siłę, Zorza niezwykły powab a Dzidzileya odwagę. Na koniec Rod położył dłoń na czole wnuka i pobłogosławił go słowami:

— Niech imię twoje brzmi jak grom, a twoja moc niech będzie tarczą Wyraju.

Perun rósł jak ciasto chlebowe na zakwasie. Ojciec uczył go sztuki wojennej, ciesząc się z pojętnego syna. Na siódme urodziny przyszły pan piorunów otrzymał od dziadka obosieczny topór, który nazwał Peretukiem.

Najmłodszym z synów Świętowita i Łady był Prowe, najmilszy w oczach bogini pokoju. Młody bóg wykazywał się niezwykłą wnikliwością oraz wrażliwością na krzywdę. To on rozstrzygnął spór między Żywie a Marzanny o to która ma panować nad życiem i śmiercią. Ten fakt sprawił, iż Świętowit ustanowił syna strażnikiem prawa. Rod kazał wykuć Swarogowi miecz który miał moc sprawiedliwego kończenia wszelkich sporów. Prowe uchodził za poważnego i nieśmiałego boga. Mimo to budził zainteresowanie płci pięknej. Najbardziej zauroczona była Żywie. Jej serce biło szybciej gdy widziała lub słyszała boga prawa. Choć Prowe nie pokazywał tego publicznie, to pani życia również nie była mu obojętna. Zawsze niby przypadkiem ich drogi krzyżowały się. Pewnego dnia, w ogrodach Wyraju, Żywie śpiewała pieśń lekką jak oddech poranka. Jej głos unosił się ponad kwitnącymi łąkami, a strumienie zdawały się zwalniać swój bieg, by wsłuchać się w melodię. Przy jej boku pojawiła się Kupała, roześmiana i jasna jak rosą skąpane zioła.

— Pięknie śpiewasz, siostro. — rzekła, plotąc wianek z kwiatów, które nigdy nie więdły. — Ale w twoim głosie słychać coś więcej niż radość.

Żywie odwróciła wzrok, a na jej policzkach rozlał się rumieniec.

— Serce ma swoje pieśni. — odparła cicho.

Kupała uśmiechnęła się figlarnie.

— A czy pieśni te nie noszą przypadkiem imienia najmłodszego syna Świętowita?

Żywie milczała chwilę, lecz blask jej oczu zdradzał odpowiedź.

— Prowe… — wyszeptała w końcu, jakby sama bała się tego wyznania. — On jest jak cisza po burzy. Spokój, w którym moje życie znajduje równowagę.

Kupała podała jej wianek, a wokół rozbłysły świetliste motyle, zwiastuny miłości w Wyraju. — Jeśli nawet bogini życia wzdycha do strażnika prawa, to chyba znak, że los sam pragnie ich połączyć.

Żywie uśmiechnęła się przez łzy, a pieśń, którą ponownie zanuciła, brzmiała teraz jak modlitwa szeptana tylko dla jednego serca. Kiedy śmiech obu bogiń niósł się po ogrodach Wyraju, cień przemknął wśród rajskich traw. To był Nyja. Od dawna przyglądał się córkom Roda, lecz teraz pieśń Żywie uderzyła w niego mocniej niż ostrze Swaroga. Jej głos przenikał go jak światło, którego nienawidził, a zarazem pragnął.

— Któż to tak pięknie śpiewa, że nawet mrok chciałby zatańczyć? — odezwał się, wychodząc z cienia. Jego postać była smukła i wysoka, odziana w czarne szaty połyskujące niczym łuski żmija. Tylko oczy zdradzały jego prawdziwą naturę — czerwone, błyszczące jak rozżarzone węgle.

Żywie zamilkła, a serce zabiło jej mocniej. Kupała natychmiast spochmurniała.

— Nyjo… cóż cię sprowadza do naszych ogrodów? — spytała chłodno.

— Pieśń, która brzmi jak źródło życia — odparł miękko. — Nie mogłem oprzeć się, by nie przyjść.

Zbliżył się powoli, a jego uśmiech był miękki jak aksamit, choć w cieniu ust czaiła się drapieżność.

— Żywie, tyś piękniejsza niż sama zorza. Twe włosy błyszczą jak promień Roda, a usta są słodsze od miodu. Pozwól, że skradnę ci jeden pocałunek…

Bogini życia cofnęła się gwałtownie.

— Nie waż się! — zawołała. — Twe słowa są jak jad. Wiem, co skrywasz za tym uśmiechem.

Nyja uniósł brwi, udając urażonego.

— Czy odtrącasz brata światła? — rzekł cicho. — Odrzucasz tego, którego cień daje kształt twojemu blaskowi?

— Odrzucam twoje zakusy, Czarnobogu! — głos Żywie zadrżał, ale nie z lęku, lecz z gniewu. — Nie znajdziesz tu posłuchu ani w moim sercu, ani w moim śpiewie.

Kupała stanęła u jej boku.

— Odejdź, Nyjo. Nie zatrujesz naszych ogrodów swą trucizną.

W oczach Nyji pojawił się błysk furii, choć na ustach wciąż igrał ten sam uśmiech.

— Jeszcze przyjdzie dzień, kiedy będziesz błagać o moją łaskę, Żywie. A wtedy nie odwrócę twarzy.

Cień wokół niego zgęstniał, a powietrze przeszył chłód, który przygasł dopiero, gdy się zbliżył krok bliżej, nie odrywając spojrzenia od bogini życia. Żywie cofnęła się, lecz mrok wokół Nyji gęstniał jak ciemna mgła. Tam, gdzie stąpał, powietrze stawało się cięższe, a rośliny, dotąd kwitnące, więdły pod jego krokiem.

— Nie uciekaj, bogini życia. — syknął. — Twe pieśni rozpalają we mnie żar, którego nie mogę stłumić. Bądź moja, a podzielę się z tobą mocą, której nawet Rod nie ośmieli się dotknąć.

Żywie uniosła głowę dumnie, a w jej spojrzeniu błyszczał gniew.

— Nigdy! Tyś tylko mrokiem, który zrodził się z odbicia, nie masz w sobie nic własnego.

Nyja wyciągnął rękę, by schwytać jej ramię.

— Zmuszę cię, jeśli nie zechcesz dobrowolnie. Nikt nie oprze się mocy pana ciemności.

Żywie wyswobodziła się gwałtownie, a u jej stóp wyrastały młode pędy i kwiaty, jakby sama ziemia Wyraju broniła swej pani.

— Prędzej zwiędnie cały ogród bogów, niż moje serce zwróci się ku tobie! — zawołała, a jej głos rozbrzmiał jak dzwon.

Nyja roześmiał się szyderczo, a jego śmiech przypominał huk burzy zamkniętej w jaskini. — Sprzeciwiasz się mi, Żywie? Życie zawsze kończy się w moim uścisku. Każda pieśń milknie w ciemności.

Kupała stanęła przy siostrze.

— Dość! Nie będziesz kalał ogrodów Wyraju swoją grozą.

Nyja zmrużył oczy.

— Ty, córko swego ojca, nie stawaj mi na drodze. Jesteś tylko ulotnym westchnieniem, a ja jestem końcem wszystkiego.

Ale jego słowa nie poruszyły ani Żywie, ani Kupały. Ich twarze lśniły jasnością, która wciąż odpychała ciężar jego obecności.

Słowa Nyji rozlały się po ogrodach Wyraju jak gorzka trucizna. Kwiaty pochylały głowy, a ptaki milkły. Żywie i Kupała trwały razem, ale w oczach pierwszej błyszczał strach pomieszany z gniewem. Nagle rozległ się dźwięk twardych kroków, równy i pewny, jakby sam porządek kroczył przez ogrody. Z mglistej alejki wyszedł Prowe. Jego twarz była poważna, lecz w spojrzeniu tlił się ogień, którego nikt wcześniej nie widział. U pasa lśnił miecz, wykuty przez Swaroga — oręż, który miał moc kończenia sporów i przywracania ładu.

— Dosyć, Nyjo. — powiedział głosem spokojnym, ale stanowczym. — Twoje miejsce jest w otchłani, nie wśród boskich ogrodów.

Nyja odwrócił się, a na jego ustach zatańczył szyderczy uśmiech.

— A któż to przemawia do mnie takim tonem? Prowe, najmłodszy i najcichszy z synów Świętowita? Ty, który chowasz się w cieniu starszych braci?

— Nie chowam się. — odparł Prowe. — Strzegę prawa. A prawo mówi jasno: tu nie ma miejsca dla przemocy i gwałtu.

Żywie drgnęła, widząc go, a jej serce zabiło gwałtownie. W jego postawie nie było jednak wahania. Nyja zrobił krok naprzód, a jego smolista aura zetknęła się z jasnością, która otaczała Prowe.

— Prawo? — zaśmiał się szyderczo. — Prawo tworzą silni, a ja jestem silniejszy od ciebie.

— Siła bez sprawiedliwości jest tylko tyranią — odparł Prowe. — A na nią w Wyraju nie ma zgody.

Kupała szepnęła do Żywie:

— Spójrz, jak się nie cofa…

Nyja zwęził oczy i w jego dłoniach pojawił się ciemny miecz, wykuty z otchłani i żółci węża. — Jeśli chcesz stanąć na mojej drodze, Prowe, uczynimy to tak, jak czynią bogowie. W pojedynku.

Prowe skinął głową i położył dłoń na rękojeści miecza Swaroga. — Nie cofnę się, choćbyś miał zalać cały Wyraj swym mrokiem. Nyja stanął naprzeciw Prowe, a jego mroczna postać pulsowała niepokojącym blaskiem. Z dłoni wyłonił się miecz czarny jak smoła, którego ostrze połyskiwało niczym jad żmija. Prowe dobył oręża wykutego przez Swaroga. Klinga z orlego pióra zalśniła białym światłem, a jego blask rozdarł ciemność, którą niósł Czarnobóg.

— Jeszcze możesz odejść. — rzekł Prowe spokojnie. — Nie chcę rozlewu krwi.

Nyja roześmiał się szyderczo.

— Ty, który nazywasz się strażnikiem prawa, drżysz przede mną już teraz. Za chwilę twoje prawo stanie się prochem, a ja wezmę to, co zapragnę.

Nie czekając, uderzył. Mroczna klinga zderzyła się z mieczem Prowe, a iskry posypały się jak deszcz gwiazd, które jeszcze nie narodziły się na niebie. Huk rozszedł się daleko, aż korzenie Kosmicznego Dębu zadrżały w głębinach.

Prowe walczył z niezwykłą odwagą. Każdy jego cios był prosty, pewny, nieskażony gniewem. Bronił, nie atakował, jakby chciał nie tyle zniszczyć, co powstrzymać przeciwnika. Nyja jednak był jak burza — wściekły, bezlitosny, coraz bardziej natarczywy. Jego ciosy spadały jeden po drugim, a mrok wokół niego gęstniał, dławiąc powietrze.

Żywie wołała imię ukochanego, a Kupała próbowała przywołać go do odwrotu, lecz Prowe nie ustąpił ani na krok.

— Prawo nie cofnie się przed mrokiem! — zawołał, odpierając kolejne uderzenie.

Nyja wykrzywił usta w okrutnym grymasie. — A jednak prawo ma słabe ramiona. Spójrz, jak łatwo je złamać!

Z potężnym ciosem uderzył w bok Prowe. Młody bóg zachwiał się, a jego miecz wysunął się z dłoni. Nyja nie dał mu czasu, by się podnieść — zadał cios kolejny, aż Prowe upadł na kolana. Żywie krzyknęła rozpaczliwie, wyciągając ręce ku ukochanemu, lecz Kupała powstrzymała ją, wiedząc, że nie zdołają zatrzymać Czarnoboga.

Nyja stanął nad leżącym przeciwnikiem, a jego oczy płonęły triumfem.

— Tak kończy się twoje prawo, synu Świętowita! — rzekł, unosząc miecz. Nyja stał nad leżącym w trawie młodym bogiem, dysząc triumfem.

— Powiedziałem ci, że prawo jest słabe. — wysyczał. — I teraz pokażę, jak łatwo odebrać ci ostatnie światło.

Chwycił Prowe za włosy, uniósł jego głowę i bezlitośnie wbił palce w oczodoły. Krzyk rozdarł Wyraj, tak potężny, że w ogrodach zwiędły kwiaty, a ptaki spadły z powietrza. Nyja szarpnął, wyrwał oczy boga i uniósł je do góry, jak trofeum.

— Patrzcie, bogowie! — zagrzmiał. — Oto ślepota prawa!

Rzucił je na ziemię, gdzie zgasły niczym dwie iskry zdeptane w proch. Prowe osunął się bezwładnie, twarz zbroczona krwią, a Wyraj zadrżał, jakby sam nie mógł znieść takiej zniewagi. Nyja podniósł ciało młodego boga i z dzikim śmiechem cisnął je ku bezkresnej otchłani. Prowe spadał w dół przez eteryczne przestworza, aż uderzył w błonę otaczającą Jawię. Przezroczysta zasłona zadrżała się, rozchyliła i wpuściła go do środka.

Tak strażnik prawa znalazł się na ziemi śmiertelników — ślepy, samotny i wyrwany z blasku boskich ogrodów. Żywie padła na kolana, a jej ręce objęły pustkę, w której przed chwilą był Prowe. Z jej piersi wyrwał się krzyk tak przeszywający, że przeniknął przez wszystkie warstwy stworzenia. Ogrody Wyraju zatrzęsły się, kwiaty opuściły kielichy, a ptaki runęły w dół, jakby uderzone falą niewidzialnej mocy. Strumienie zamilkły, a młode bóstewka i duchy, które wyszły z jaj Roda, uciekły w popłochu, nie rozumiejąc, co się dzieje. Krzyk odbił się w pniu Kosmicznego Dębu, zadrżały jego konary i posypał się z nich złoty pył. Nawia zatrzęsła się w swych głębinach, a fale pramorza wezbrały niespokojnie, jakby sam chaos odpowiadał na ten ból. W kuźni Swaroga zgasł żar, a młot opadł ciężko, jakby ogień stracił wolę walki. Blask Wyraju przybladł, a bogowie spojrzeli po sobie w milczeniu, czując, że lament Żywie dotknął samych fundamentów świata. Kupała próbowała objąć siostrę, lecz jej moc była jak żywioł — odpychała, dławiła i przerażała. Była to pieśń bólu, której nie mogła zignorować żadna istota, czy to w Wyraju, w Jawii, czy w Nawii. Prowe leżał na nagiej ziemi Jawii, bezwładny, ze śladami krwi na twarzy. Oczy zostały mu brutalnie wydarte, lecz serce wciąż biło, jakby sam rytm prawa bronił go przed śmiercią. Banici, którzy tułali się po pustkowiach, natknęli się na niego. Otoczyli go w milczeniu, zdumieni jasnością, jaka biła z jego ciała.

— Kim on jest? — spytał jeden, cofając się ze strachem.

— Nie wygląda jak my. — rzekł drugi. — W nim płonie światło, którego nie znamy.

Żaden z nich nie rozpoznał przybysza, lecz wiedzieli, że nie jest zwykłym wygnańcem. Trwali tak, aż powietrze zatrzęsło się i pojawił się Trzybóg. Jego trzy oblicza patrzyły w trzy strony świata, a kroki rozbrzmiewały jak echo dróg, których banici nigdy nie zaznali.

— To Prowe. — rzekł głosem, który był jak trzy pieśni splecione w jedną. — Syn Świętowita, strażnik prawa. Nyja odebrał mu wzrok i cisnął do Jawi, lecz jego los nie został jeszcze przesądzony.

Banici padli na ziemię, przestraszeni zarówno obecnością Trzyboga, jak i słowami, które nadały imię temu, którego uważali za obcego.

— Podnieście go. — rozkazał Trzybóg. — Nie zostanie w tym świecie na wieki.

Unieśli ciało Prowe i złożyli na kamieniu, a kiedy Trzybóg dotknął jego piersi, młody bóg drgnął. Z jego ust wyrwał się szept, tak cichy, że tylko najbliżsi go dosłyszeli:

— Żywie…

Prowe leżał nieruchomo, a banici stali wokół, jakby bali się go dotknąć. Ich oczy świeciły niepewnością.

— Co z nim zrobimy? — mruknął jeden.

— Wygląda jak trup… tylko że świeci. — odpowiedział drugi i odsunął się o krok.

Wtedy Trzybóg podszedł bliżej. Nie potrzebował wielu słów — jego obecność wystarczyła, by wszyscy padli na kolana. Spojrzał na Prowe i westchnął:

— Tu nie jest jego miejsce.

Podniósł go bez wysiłku. Banici patrzyli, jak niesie młodego boga ku brzegom Jawi. Wody pramorza poruszyły się, ale gdy Trzybóg postawił stopę na falach, rozstąpiły się, tworząc ścieżkę pełną blasku.

— To nie do wiary. — wyszeptał jeden z banitów.

— A jednak dzieje się naprawdę. — odpowiedział inny.

Trzybóg przeszedł przez błonę Jawi i zaniósł Prowe z powrotem do Wyraju. Gdy pojawił się wśród bogów, w ogrodach zaległa cisza.

Żywie zerwała się z miejsca, a jej serce waliło jak młot.

— Prowe! — zawołała i pobiegła ku niemu.

Trzybóg położył go delikatnie na trawie.

— Żyje. — powiedział krótko. — Ale to nie koniec jego próby.

Żywie uklękła przy Prowe. Był blady, wyczerpany, a jego twarz okrywały krwawe ślady po utraconych oczach.

— Nyja nie odbierze mi ciebie. — wyszeptała. — Jeśli nie masz już oczu, dam ci inne.

Podniosła dłonie i zawołała zwierzęta, które były jej najbliższe. Z lasów Wyraju wybiegł jeleń o bystrym spojrzeniu, a z głębi gór wyszedł niedźwiedź o oczach ciemnych jak noc. Oba zwierzęta zbliżyły się bez lęku, jakby wiedziały, po co zostały przywołane.

Żywie uklękła nad ukochanym, wyjęła oko jelenia i oko niedźwiedzia, a potem delikatnie włożyła je w puste oczodoły Prowe. Z jej ust płynęła pieśń — cicha, ale silniejsza niż gniew Nyji. Prowe zasyczał z bólu, lecz po chwili jego powieki drgnęły. Otworzył oczy: jedno jasne, drugie ciemne, obydwa żywe i pełne nowej mocy. Spojrzał na nią, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.

— Widzę… Widzę ciebie, Żywie.

Łzy spłynęły po jej policzkach, ale tym razem były to łzy szczęścia.

Prowe siedział jeszcze słaby, wsparty na dłoniach, ale jego spojrzenie błądziło po ogrodach Wyraju jak u kogoś, kto widzi je po raz pierwszy. Raz patrzył jasnym okiem jelenia, raz ciemnym okiem niedźwiedzia — jakby uczył się na nowo odczytywać świat.

Żywie klęczała tuż przy nim, nie spuszczając z niego wzroku.

— Bałam się, że cię stracę — wyszeptała. — Kiedy Nyja cię strącił… moje serce umarło razem z tobą.

Prowe uniósł dłoń i dotknął jej policzka. — Byłem w ciemności, Żywie. Ale twój głos wciąż do mnie dochodził. Tylko on trzymał mnie przy życiu.

— Nie powinnam była dopuścić, żeby Nyja cię zranił — mówiła, a jej głos załamywał się.

— To nie ty byłaś winna — odparł spokojnie. — To on. I przysięgam, że choć odebrał mi oczy, nie odebrał mi ciebie.

Żywie roześmiała się przez łzy, a potem spuściła głowę. — Prowe… odkąd pamiętam, twoja obecność była dla mnie światłem. Ale nigdy nie miałam odwagi ci tego powiedzieć.

— A ja myślałem, że bogini życia nie zwróci uwagi na takiego jak ja — odparł z lekkim uśmiechem. — Cichego, zbyt poważnego, zawsze zapatrzonego w prawo i obowiązki.

— Właśnie dlatego — szepnęła. — Bo w tobie jest równowaga, której szukałam.

Ich spojrzenia spotkały się, a Prowe pochylił się i pocałował ją lekko, jakby bał się, że to sen.

— Kocham cię, Żywie — powiedział cicho, ale tak pewnie, jakby składał przysięgę.

— A ja ciebie, Prowe — odpowiedziała. — I już nikt nas nie rozdzieli.

Rod zebrał bogów w Wyraju i rzekł:

— Od dziś Jesza będzie naszym kapłanem. To on poprowadzi swaćby i zwiąże dłonie tych, którzy ślubują sobie miłość.

Jesza wyszedł naprzód z uśmiechem. W rękach miał wstęgę uplecioną ze światła. — Prowe, Żywie — chodźcie. — Jego głos był lekki, ale pewny. — Dajcie dłonie.

Oni spojrzeli na siebie i bez słowa splatali palce. Jesza owinął ich wstęgą i powiedział: — Od tej chwili nic was nie rozdzieli. Świadkiem jest Rod i wszyscy bogowie.

Prowe i Żywie pocałowali się, a w Wyraju rozległy się pieśni. Jedni śmiali się, inni płakali, ale wszyscy wiedzieli, że są świadkami czegoś, co odmieni bieg świata.

Niedługo potem narodziły się ich córki. Pierwsza była Mokosz, która od początku niosła w sobie siłę ziemi i płodność. Po niej przyszła na świat Dziewanna, szybka jak wiatr, związana z lasami i zwierzyną. Dzieci Prowe i Żywie stały się nową nadzieją bogów — znak, że z cierpienia i próby może narodzić się coś, co daje życie i porządek.

Godność ziemi

Pierworodna córka Żywie zachwycała urodą i mądrością. Sama Kupała była lekko zazdrosna o powodzenie siostrzenicy. Jednak Mokosz nie była zainteresowana żadnym z zalotników. Jej serce biło mocniej tylko przy jednym z bogów. Obawiała się jednak mu wyznać co czuje. Tajemnicę tą znała tylko jej siostra — Dziewanna. Boginie zawsze trzymały się razem, wpadając czasem na różne psotne pomysły. Bogowie pamiętali jak zakradły się do stajni Świętowita i splatały koniom ogony. Długo się Łada natrudziła żeby doprowadzić biedne zwierzęta do ładu. Figle bogiń nie były zbyt uporczywe więc uchodziło im wszystko płazem. Zresztą Mokosz była ulubienicą Roda, więc tym samym posiadała immunitet. Wszechbóg wieszczył bogini ziemi piękną przyszłość. Mimo że niczego jej nie brakowało, często wpadała w stany melancholii i apatii. Gorsze dni spędzała nad źródłem pośród lipowego gaju. Prowadziła wtedy długie rozmowy z Matką Pszczół. Kiedy Mokosz siadała przy źródle, łagodny szum wody koił jej myśli, a zapach kwitnących lip otulał niczym ciepły pled. Matka Pszczół, mądra oraz cierpliwa, opowiadała jej historie o tym jak każda trudność niesie ze sobą nowe możliwości. Mokosz powoli odzyskiwała spokój, a z każdym słowem i każdym bzyczeniem pszczół czuła, jak wraca do niej radość życia.

To był właśnie ten czas. Mokosz siedziała zapatrzona w krystaliczną taflę źródła a myślami była daleko gdzieś. Z tej melancholijnej ekstazy wyrwał ją delikatny dotyk Dziewanny.

— Znowu o nim myślisz? — zagadnęła.

— Nie… A tak… — zmieszała się bogini ziemi.

— Powiedz mu wreszcie co do niego czujesz. — ponaglała. — Innym potrafisz odmówić…

— Wiem… Tylko on cały czas w tej kuźni…

— Mam pomysł. — powiedziała z entuzjazmem Dziewanna. — Pójdziemy do kuźni i karzesz wykonać pas dla przyszłego twojego małżonka a potem podarujesz go mu na uczcie u Kupały.

— Boję się trochę. — wyszeptała zawstydzona.

— Nie masz czego się bać, siostro. — przytuliła Mokosz. — Będę z tobą. Damy radę. — pocieszała.

— No nie wiem… — zawiesiła głos. — A jak się ośmieszę?

— Zawsze możemy udawać że to psikus. — zaśmiała się bogini łowów.

— W sumie masz rację. — przyznała Mokosz, a jej policzki zaróżowiły się jak zorza o poranku.

Dziewanna klasnęła w dłonie z triumfalnym błyskiem w oczach.

— No widzisz! Nie ma co siedzieć i wzdychać do wody. — porwała siostrę za rękę. — Idziemy do kuźni! Zanim Swaróg zdąży coś znowu przepalić, wytłumaczysz mu, że potrzebujesz pasa dla przyszłego małżonka.

— Dla przyszłego małżonka… — powtórzyła Mokosz z lekkim przerażeniem. — On się domyśli!

— Niech się domyśli. — odparła Dziewanna z uśmiechem. — Bogowie też potrzebują trochę zabawy. Poza tym, jeśli odczyta twoje serce lepiej niż twoje słowa, tym lepiej o nim świadczy.

Ruszyły ścieżką prowadzącą przez gaj ku wyżynie, gdzie stała kuźnia. Z każdym krokiem powietrze gęstniało zapachem metalu, ognia i dymu. Z oddali słychać było równomierny rytm młota Swaroga — donośny, lecz spokojny, jak bicie serca świata.

— Słyszysz? — szepnęła Dziewanna. — Tak bije serce twojego wybranka.

— Przestań… — Mokosz pchnęła ją lekko łokciem, ale nie mogła ukryć uśmiechu oraz zawstydzenia.

Gdy dotarły na miejsce, kuźnia lśniła złotym światłem. Z każdej iskry rodził się cień, który tańczył po ścianach niczym duch ognia. Swaróg pochylony nad kowadłem wyglądał niczym część samego żywiołu — jego ciało promieniało ciepłem, a pot na czole iskrzył się jak drobinki złota.

Bogini dziewic odchrząknęła teatralnie, ale pani ziemi wbiła jej paznokcie w ramię.

— Cicho! — syknęła. — Jeszcze nas przegoni!

— Kto by przegonił boginie? — zaśmiała się Dziewanna półgłosem i weszła śmielej. — Kowalu! Przyniosłyśmy ci zadanie godne mistrza rzemiosła.

Swaróg uniósł głowę. Jego spojrzenie było spokojne, choć zmęczone. Zauważył Mokosz i na chwilę przestał oddychać — jakby cały ogień w kuźni zamarł z nim.

— Mokosz… — wymówił jej imię miękko, jakby to nie był dźwięk, lecz wspomnienie. — Cóż sprowadza panią ziemi do mojej kuźni?

— Przyszłyśmy… w sprawie pasa. — wyrzuciła z siebie Mokosz, patrząc w bok. — Dla przyszłego małżonka. — dodała flirciarsko.

— Więc ktoś zdobył twoje serce? — spytał, prostując się powoli. Dziewanna chrząknęła znacząco, ale Mokosz nie odpowiedziała. Swaróg wytarł ręce o fartuch, podszedł i uśmiechnął się lekko.

— Niech będzie więc pas. — rzekł. — Ale powiedz mi, pani ziemi, z czego ma być utkany? Z metalu, który się nie łamie, czy z ciepła, które nie gaśnie?

Mokosz uniosła wzrok. Ich oczy spotkały się po raz pierwszy naprawdę. W jej spojrzeniu odbił się blask płomienia, w jego — zieleń źródeł i traw. Przez krótką chwilę cisza między nimi była gęstsza niż dym w kuźni.

— Niech będzie z tego, co trwałe. — odpowiedziała cicho. — Ale i z tego, co potrafi ogrzać.

Swaróg skinął głową, a kącik jego ust drgnął uśmiechem.

— W takim razie użyję ognia i twojej spinki. — odrzekł poważnie. — Niech pas ten stanie się symbolem więzi, której nie złamie ani chłód, ani czas. — delikatnie wyjął ozdobę spośród włosów bogini.

Dziewanna przewróciła oczami, odwracając się dyskretnie.

— A mówiłaś, że się ośmieszysz. — szepnęła do siostry. — Tymczasem on już ci oddaje pół kuźni w posagu.

Mokosz uśmiechnęła się, lecz nie odpowiedziała. Patrzyła, jak Swaróg bierze żar z paleniska, jak jego dłonie poruszają się pewnie, a młot śpiewa rytm, którego echo rozchodzi się po całym Wyraju. Iskry padały na ziemię, a każda, która dotknęła stóp Mokosz, przemieniała się w drobne kwiaty o złotych płatkach.

— To dobry znak. — powiedziała wieczna dziewica, gdy wyszły z kuźni. — Kwiaty nie kłamią.

Mokosz milczała, wciąż czując w sobie ciepło tego spojrzenia i rytm młota, który brzmiał w jej sercu jak nowy puls świata.

Kuźnia została za nimi, a zapach żaru ustąpił miejsca miodowi i lipom. Dziewanna wciąż nie mogła oderwać wzroku od pasa, który błyszczał ciepłym, miękkim światłem.

— No powiedz sama, wygląda jak nowy wschód słońca. — zachwycała się. — Albo jak serce tuż po pierwszym uderzeniu. — mruknęła Mokosz, trochę zamyślona.

— Oho, zaczyna się. — Dziewanna trąciła ją łokciem.

— Jeszcze chwila i zaczniesz mówić wierszem.

Zanim blask dnia zbladł, gród już tętnił przygotowaniami do uczty Kupały. Wszędzie roznosiły się śmiechy rusałek, śpiewy wodnic, a pszczoły Mokosz uwijały się nad dzbanami z miodem. Na dziedzińcu Radogost ustawiał stoły tak długie, że aż zdawało się, iż ciągną się po horyzont.

W komnacie bogiń panował chaos.

— Dziewanno, pomóż mi z tą wstęgą, plącze się gorzej niż język Radogosta po trzecim rogu piwa! — zawołała Mokosz.

— Ty się ubieraj, ja już gotowa. — Dziewanna zawiązała opaskę na czole. — Ale ostrzegam, jeśli nie wręczysz mu dziś tego pasa, to ja to zrobię za ciebie i powiem, że to od ciebie.

— Nie waż się! — Mokosz odwróciła się gwałtownie. — Jeszcze pomyśli, że jestem… że…

— Że zakochana? — dokończyła z uśmiechem siostra.

— No przecież jesteś.

Wieczór nadszedł szybciej, niż się spodziewały. Nad grodem zapłonęły ognie, a wokół źródeł i strumieni zatańczyły rusałki. Kupała, jak zawsze najpiękniejsza, przywitała wszystkich śmiechem.

— Witajcie w święto radości! — zawołała. — Dziś nikt nie będzie siedział sam. Jeśli ktoś przyszedł bez serca — znajdzie je dziś w tańcu!

Wybuchły okrzyki, rozlały się dzbany z piwem i miodem. Zagrały fujarki, bębny, a sam Radogost przysiadł przy ogniu, śpiewając pieśń o tym, jak zgubił but w czasie zeszłorocznej Kupały.

Mokosz długo się wahała, stojąc z boku. Pas spoczywał w jej dłoniach, owinięty w płótno. — Idź już. — ponagliła ją Dziewanna. — Zanim się roztopi od twojego ściskania.

Swaróg siedział przy ogniu, w ciszy, z kielichem piwa w dłoni. Patrzył w płomienie tak, jak tylko on potrafił — jakby rozmawiał z nimi w myślach. Mokosz podeszła powoli.

— Kowalu. — odezwała się, głos miała lekko drżący. — Przyniosłam ci coś.

Swaróg spojrzał na nią, uniósł brwi, a potem odłożył kielich.

— Dar od bogini ziemi? To musi być coś, co ma wagę.

Mokosz rozwinęła płótno. W świetle ognia pas zajaśniał miodowym blaskiem.

— Sama nie wiem, czy to bardziej ziemia, czy ogień. — powiedziała cicho. — Ale wydaje mi się, że oboje mieliśmy w nim swój udział.

Swaróg wziął pas w dłonie. Przesunął palcem po złotych splotach.

— Miękki jak miedź po deszczu. — powiedział półgłosem. — I cieplejszy niż żar w kuźni. Spojrzał na nią, a jego uśmiech był szczery, nieśmiały, jakby pierwszy od dawna.

— Dziękuję, Mokosz. Wiele w tym darze… serca.

— Trochę. — przyznała, nie podnosząc wzroku.

Kupała, widząc ich z oddali, aż klasnęła w dłonie.

— A widzicie! Mówiłam, że tej nocy ktoś się zakocha! — zawołała, a wokół rozległ się śmiech i wiwaty.

Mokosz zarumieniła się po same uszy, a Swaróg tylko potrząsnął głową z rozbawieniem.

— Ona zawsze musi mieć ostatnie słowo — szepnął. — I zawsze je mówi za wszystkich — odparła Mokosz, uśmiechając się nieśmiało.

Potem usiedli obok siebie przy ogniu. Nie było już słów, tylko ciepło i śmiech wokół, zapach palonego ziela, pszczół i piwa. Gdy Kupała rozpoczęła taniec wokół płomienia, Mokosz spojrzała w niebo, gdzie iskry mieszały się z gwiazdami. W jej sercu kiełkowało coś spokojnego, pewnego — coś, co nie potrzebowało błysków ani boskich znaków.

Śmiechy, oklaski, wiwaty. Bogowie podnosili rogi i puchary.

Kiedy Kupała podeszła do sióstr, Dziewanna wyszeptała jej do ucha:

— Uczta bez miłości jest jak taniec bez muzyki. Moja siostra dziś potrzebuje odwagi.

Kupała spojrzała na Mokosz z uśmiechem, którego nie dało się odczytać.

— Odwagi, mówisz? Cóż… w moim rogu znajdzie się kropla dla każdego serca, które jeszcze nie rozkwitło. — zanurzyła palce w napoju i dotknęła nimi czoła Mokosz. Krople zabłysły jak gwiazdy i spłynęły po jej skroniach. — Poczuj, jak bije rytm świata. — wyszeptała Kupała. — Bo w tobie jest jego serce.

Dziewanna roześmiała się.

— No, teraz to już żadna moc cię nie powstrzyma, siostro!

Ale Mokosz nie odpowiedziała. Coś w niej drgnęło. Świat wokół jakby zwolnił, kolory stały się ostrzejsze, dźwięki głębsze. Czuła, że jej serce przyspiesza, a powietrze drży.

Swaróg, siedzący nieopodal, poczuł to samo. Na moment odłożył kielich, jakby przez ogień kuźni przeszło wspomnienie ziemskiego zapachu — lipy, zboża i rosy. Spojrzał na Mokosz i przez ułamek chwili nie widział bogini, lecz samą Ziemię, pulsującą życiem.

— Coś się dzieje — szepnął Perun, mrużąc oczy.

Świętowit skinął głową. — Czuć moc… niebezpieczną, lecz piękną.

Kupała stała pośrodku i nie wiedziała już, czy to jeszcze jej dar, czy już klątwa.

Róg miłości rozlał się wokół jak czar. Bogowie stali się jak pijani blaskiem — słowa mieszały się z westchnieniami, śmiech z podziwem. Mokosz, nieświadoma, co się dzieje, została wciągnięta w ten wir. Jej oczy błyszczały jak zorza, ruchy stały się lekkie, prawie taneczne. Z każdej iskry ognia, z każdego kroku wyrastała trawa i kwiaty.

Świętowit podszedł bliżej, uśmiechając się z zachwytem.

— Nikt nigdy nie widział ziemi tak pięknej.

Perun dodał:

— I nikt nie potrafiłby jej się oprzeć.

Nyja, z mroku, syknął:

— To nie piękno. To urok. A urokiem można zniewolić.

Weles spojrzał na niego z przekąsem.

— Ty zawsze widzisz cień tam, gdzie inni widzą światło.

— Bo wiem, że każde światło kiedyś zgaśnie. — odparł Nyja.

Śmiechy i szeptały się mieszały. Mokosz, pogrążona w transie, nie widziała już nikogo. Czuła tylko falę ciepła, która ją ogarniała. Kupała próbowała coś powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. Swaróg wstał powoli. W jego oczach płonął gniew.

— Coście uczynili? — spytał głosem, który przeszył biesiadę. Nikt nie odpowiedział.

Rod spojrzał na wszystkich z ciężkim smutkiem.

— Moc, która miała łączyć, stała się sidłem. Kupała upuściła róg, a z jego wnętrza wypłynął ostatni blask — ten, który miał błogosławić, a zamiast tego uczynił z Mokosz narzędzie szeptów i domysłów.

Nazajutrz cały Wyraj huczał od plotek.

— Mokosz tańczyła jak rusałka przed bogami!

— Mówią, że Kupała ją zaczarowała.

— A może to sama chciała, tylko udaje niewiniątko?

Słowa, jak ciernie, wbijały się w jej serce. Zniknęła z ogrodów, nie wychodziła z domu. Tylko pszczoły i ptaki przynosiły jej wieści o tym, jak śmieją się z niej ci, których uważała za braci. Swaróg milczał. Nie rozmawiał z nikim, nawet z własnym ogniem. Ale kiedy w kuźni znów chwycił za młot, dźwięk, jaki wydał, był inny — twardy, gniewny, jakby każde uderzenie w metal było ciosem wymierzonym w niesprawiedliwość.

— Ziemia płacze. — powiedział. — A gdy ziemia płacze, nawet ogień traci blask.

Żarptak uniósł skrzydła. — Co uczynisz, panie kuźni?

— To, co konieczne. — Swaróg spojrzał w stronę Dworu Niebios. — Bo jeśli nikt inny nie stanie w obronie czystości, zrobi to stal.

Niebo nad Wyrajem pociemniało, jakby sam Rod zasłonił słońce dłonią. Powietrze gęstniało od milczenia, a pośród ogrodów słychać było jedynie szelest liści Dębu Życia. Mokosz kroczyła samotnie, z włosami splątanymi, z oczu ciekły łzy cięższe niż rosa. Wszyscy odwracali wzrok, bo w jej spojrzeniu odbijał się wstyd bogów. Dotarła pod Świątynię Dusz, gdzie tron Roda lśnił bladym światłem. Bogini uklękła, nie patrząc w górę.

— Panie wszystkiego, co jest i będzie. — wyszeptała. — Zdeptano moją czystość, a z niej uczyniono igraszkę. Śmiali się z mojego imienia, z mojej natury, z daru, którym karmię światy. Nie szukam zemsty, lecz sprawiedliwości.

Rod nie odpowiadał od razu. Oczy miał jak dwa ognie zawieszone między współczuciem a gniewem.

— Widziałem to. — powiedział w końcu. — Moc Kupały została nadużyta, a jej czar rozlał się jak trucizna. Wina nie spoczywa na jednej dłoni, lecz na wszystkich, które piły z jej rogu.

Z cienia kuźni wyszedł Swaróg. Jego ciało parowało od żaru, młot w dłoni pulsował czerwonym blaskiem.

— To nie czar, Ojcze Niebios — powiedział niskim głosem. — To zdrada. I hańba. Bogowie, którzy mienią się strażnikami porządku, splamili Wyraj śmiechem nad cierpieniem niewinnej.

Rod spojrzał na niego uważnie.

— Cóż uczynisz, panie ognia?

— Wyzwę ich. Wszystkich pięciu. — głos Swaroga odbił się echem po całym Wyraju. — Świętowita, Peruna, Nyję, Welesa i Trzyboga. Niech staną przede mną i udowodnią, że są godni nazywać się bogami.

Niebo zadrżało. W dali rozległ się grzmot. Złote podwoje Dworu Niebios otwarły się z hukiem, a z nich wyszli wezwani. Świętowit — dumny, lecz z oczu bił wstyd. Perun — z toporem błyskającym od iskier. Weles — ponury, jakby z samego mroku wysnuty. Nyja — chłodny jak cień między gwiazdami. Trzybóg — milczący, ale w jego trzech obliczach drżał niepokój. Mokosz cofnęła się o krok, jej serce biło z lękiem. Kupała stała z boku, z rogiem przy piersi, płacząc cicho, jakby dopiero teraz pojęła, co uczyniła.

Świętowit przemówił pierwszy:

— Swarogu, nie bluźnij. Nikt z nas nie chciał zła. Moc Kupały zawładnęła każdym z nas.

— Moc nie zmienia serca! — odrzekł kowal. — Tylko je odsłania.

Perun wystąpił naprzód, z toporem w dłoni.

— Nie strasz nas swym młotem, bracie. To nie w kuźni rozstrzyga się sprawiedliwość.

— W kuźni rodzi się stal! — odparł Swaróg. — A dziś Wyraj potrzebuje właśnie stali.

Rod uniósł rękę, lecz bogowie już milczeli. Atmosfera zgęstniała, jakby sam czas zwolnił. Złote iskry spadały z nieba, ślizgając się po zbrojach i płaszczach.

Wtedy przemówił Trzybóg, jego trzy głosy zabrzmiały naraz — jednym tonem prawdy, gniewu i zwątpienia:

— Gdy brat wyzywa braci, świat chwieje się w korzeniach. Swarogu, twój ogień może spalić to, co jeszcze stoi.

— Lepiej spalić, niż gnić. — odrzekł kowal.

Nyja uśmiechnął się ironicznie.

— A więc oto mamy nowego mściciela. Niechaj ogień zapłonie, skoro żar już w tobie płonie.

Weles wycedził:

— Mrok też ma swoje prawo. A twoja duma, Swarogu, nie różni się od naszej winy.

Młot opadł z hukiem na ziemię.

— Milczcie! — grzmotnął Swaróg.

— Hańba nie zgaśnie słowem!

Lecz zanim ruszył, Rod wstał. Światło zalało plac. Dąb Życia zadrżał, a korona niebios rozświetliła się tysiącem iskier.

— Dość! — głos Wszechojca rozbrzmiał jak błyskawica. — Nie pozwolę, by Wyraj rozdarł się z powodu waszego wstydu! Każdy z was zawinił. Każdy z was zapomniał, czym jest boskość. — Rod zszedł z tronu. Jego krok był cichy, ale z każdym uderzeniem stopy drżała ziemia. — Swarogu, twój gniew jest czysty, lecz bez granic. Świętowicie, twoja pycha sprawiła, że przestałeś widzieć w drugich braci. Perunie, twoja siła zaślepiła rozsądek. Nyjo, twoja ciemność karmi się cudzym błędem. A ty, Welesie, milczałeś, gdy trzeba było mówić. Trzybógu, ty widziałeś, a mimo to nie powstrzymałeś losu.

Cisza zapadła ciężka i długa. Mokosz drżała. Rod spojrzał na pani ziemi. — Ty jedna nie zgrzeszyłaś. Lecz twój ból nie może być bezowocny.

Uniósł dłoń i wskazał ku przestrzeni Jawi, która od stworzenia toczyła swój cykl pod okiem bogów. — Niech Jawia zostanie ci powierzona. Nie jako kara, lecz jako wiano. Niech stanie się twoim domem, twoim dziełem i twoim imieniem. Niech w tobie rozkwita wszystko, co dobre, a pod twoim dotykiem odradza się to, co zniszczone.

Mokosz podniosła głowę, a jej oczy znów zabłysły, tym razem spokojem, nie wstydem. — Jeśli taka jest twoja wola, Wszechojcze, uczynię to. Jawia będzie żyć moim tchnieniem, ale i pamięcią o krzywdzie.

— Tak właśnie powstaje równowaga — rzekł Rod. — Z bólu — współczucie. Z hańby — odrodzenie.

Swaróg uklęknął u jej boku i położył młot u jej stóp.

— Będę strzegł jej granic. Niech żar mojej kuźni ogrzewa świat, który ci powierzono, i niech żaden cień nie tknie twojego imienia.

Rod głową skinął z aprobatą.

— Tak się stanie. A odtąd, gdy ludzie spojrzą w ziemię, będą widzieć ciebie, Mokosz. Nie w postaci, lecz w życiu, które z niej wyrasta.

Wieczna jasność zajaśniała znów pełnym blaskiem. Dąb Życia zaszumiał, jakby odetchnął z ulgą, a na jego liściach, przez chwilę, pojawiły się krople, które nie były rosą — były łzami bogini, co przebaczyła.

Mokosz, odziana w zielonozłotą szatę, stanęła pośród zgromadzonych bogów. Jej spojrzenie było chłodne jak źródło w półcieniu lipowego gaju.

— Welesie — rzekła spokojnie, a w jej głosie drżała moc — ty, który znasz prawa i zaklęcia, a jednym słowem potrafisz zgiąć cień, zstąpisz do pramorza i rozbudujesz Jawię. Nie czarami, nie mocą, lecz dłonią.

Bogowie zamarli. Nawet Radogost przestał nalewać piwo. Weles, zwykle nieco ironiczny, tym razem uniósł brew.

— Własnymi rękami, powiadasz? — spytał, udając, że nie dosłyszał. — Toż ja od stworzenia świata nie tknąłem niczego bez magii!

— Tkniesz teraz. — odparła Mokosz sucho. — Niech twoje dłonie poznają, co to trud. Niech ziemia, którą uformujesz, pamięta pot i znoje twojej pychy.

Z westchnieniem, które mogłoby poruszyć góry, Weles ruszył ku pramorzu. Po drodze mruczał coś o „niesprawiedliwości bogów” i „braku szacunku dla magii”, ale gdy dotarł na dno oceanu stworzenia, jego gniew ustąpił zadumie. Zanurzył dłonie w piachu, który błyszczał jak złoty pył.

— Hmm, mokro, ciężko i zimno. Idealne warunki do medytacji — mruknął z przekąsem.

Wziął garść piasku i ruszył ku Jawi.

Każde ziarnko, które zrzucał, stawało się doliną, wzgórzem, łąką, rzeką. Świat rósł, drżał i napełniał się dźwiękiem życia. Z głębin otchłani pramorza przyglądał mu się Nyja. Zazdrość paliła go jak smoła.

— Patrzcie, czarodziej-budowniczy! — prychnął, wyciągając łuk z ciemności. — Rzuca piasek jak dziecko, a jeszcze mu dziękują!

Wystrzelił pierwszą strzałę. Ta świsnęła obok ucha Welesa i trafiła w taflę wody, wywołując falę, która rozmyła część świeżo stworzonego lądu. Weles odskoczył, fuknął, po czym z drugą garścią piasku rzucił na oślep:

— A niech cię, Nyjo, z całym twoim mrokiem!

Strzały świstały, a piasek sypał się w każdą stronę. Tu pagórek, tam przepaść, dalej bagno, jeszcze dalej — góra jak z kaprysu. — No i proszę! — krzyknął Weles, przysiadając na skale. — Będzie urozmaicenie! Ludzie nie będą się nudzić, zanim umrą!

Z głębin rozległ się syk Nyji: — Chaotyczne jak ty, Welesie!

— A jednak trwa! — odkrzyknął bóg magii z tryumfem. — W przeciwieństwie do twoich planów na wieczność!

Mokosz obserwowała to z Wyraju, z lekkim uśmiechem na ustach. — Czasem z chaosu rodzi się piękno — szepnęła. — Byle tylko nie przegiąć z humorem.

I tak Jawię pokryły góry, doliny i rzeki, które do dziś noszą w sobie ślady śmiechu i gniewu bogów. A Weles, wróciwszy do Wyraju, otrzepał dłonie i rzekł do Mokoszy: — Następnym razem, pani ziemi, może każesz mi ulepić niebo?

Na co Mokosz odparła z chłodnym wdziękiem: — Jeśli znów zadrzesz z boginiami, to i niebo ci nie pomoże. Mokosz długo wahała się, czy zemsta przyniesie ukojenie, ale im więcej słów drwin i szeptów Kniazia bogów docierało do jej uszu, tym wyraźniej czuła, że to nie kara — to przywrócenie równowagi.

Wyraj nie znał dni ani nocy, lecz w gaju lipowym powietrze zgęstniało jak przed burzą, której nie ma w czasie. Pszczoły ucichły. Źródła milczały. Bogini ziemi ruszyła w stronę stajni Świętowita. Nie jak cień, lecz jak siła, której nic nie zatrzyma. Stajnie były dumą Kniazia — białe, wysokie, lśniące od jego własnej pychy. Rumaki, które w nich mieszkały, były równie dumne jak on: czyste, posłuszne jedynie jego głosowi, zawsze gotowe do bitew, procesji i pokazów potęgi. Mokosz zatrzymała się przed wrotami i dotknęła dłonią ziemi.

— Nie przeciw wam — szepnęła do koni. — Ale przez was.

Z jej palców popłynęła moc. Nie ognista, nie błyskotliwa — lecz głęboka, surowa, jak woda, która płynie pod skałami i zmienia je na zawsze. Urok wpełznął między rumaki jak gęsty dym. W jednej chwili ich oczy zaszły ciemnym blaskiem. Nozdrza drgnęły, jakby poczuły zapach wroga. Mięśnie pod ich skórą napięły się jak u dzikich bestii. A potem ogarnął je głód. Nie zwykły — gwałtowny, obcy, niszczący. Rumaki Świętowita stały się dzikie. Żarłoczne. Niespokojne. Agresywne, jakby wyjęte z mrocznych ostępów pramaterii. Nie minęła nawet chwila poza czasem, gdy wrota stajni zatrzęsły się. Świętowit przybył, jak co zawsze — pewny siebie, dumny, przekonany o pełnej kontroli nad wszystkim, co „jego”. Ale gdy tylko przekroczył próg, rumaki rzuciły się na niego. Najpierw jeden — z rykiem, jakiego nigdy przedtem nie wydał. Potem drugi. Potem cała reszta. Ich kopyta uderzały jak burze, których w Wyraju nie ma. Ich zęby lśniły nie jak końskie, lecz jak drapieżne. Świętowit nie zdążył nawet zawołać. Upadł pod naporem rozwierzganych bestii, które jeszcze chwilę temu były jego ozdobą i dumą.

Grzywy smagały go jak bicze. Zęby rozrywały jego płaszcz, skórę, dumę — wszystko naraz. Krew wsiąkała w ziemię, a rumaki, jakby poganiane niewidzialną siłą, nie zamierzały poprzestać. Bogowie, którzy usłyszeli chaos, zbiegli się w pośpiechu. Perun pierwszy zrozumiał, co się dzieje, i próbował odciągnąć konie — bezskutecznie. Weles wyciągnął zaklęcia, ale każde odbijało się od nich jak od skały. Nawet Trzybóg przez ułamek chwili zamilkł, patrząc na szaleństwo, które nie powinno mieć miejsca w świecie bez czasu. Dopiero gdy ziemia drgnęła — tylko raz, lecz donośnie — rumaki odskoczyły, dysząc ciężko, z pyskiem ociekającym pianą i krwią. Na ziemi leżał Świętowit. Zhańbiony. Pogryziony. Złamany nie przez wroga — lecz przez własną dumę.

Swaróg przyklęknął obok niego.

— Kto to uczynił? — syknął Perun, czerwony z wściekłości.

Odpowiedź nadeszła jak szum liści, jak drżenie ziemi, jak cień przesuwający się między światami.

— Urok, którego szukacie — rzekła Mokosz, stojąc naprzeciw nich — nie jest krzywdą. Jest odpowiedzią.

Wszyscy odwrócili się ku niej.

Bogini ziemi wyglądała jak sama prawda: surowa, nieugięta, nie do odparcia.

— Świętowit pierwszy rzucił we mnie upokorzeniem. — Jej głos brzmiał chłodno. — Więc niech pozna gorzki smak własnej pychy. Nie kazałam go zabić. Kazałam mu zrozumieć.

Rumaki, jakby słysząc jej słowa, cofnęły się i zgięły kolana — nie przed Kniaziem bogów, lecz przed nią. Świętowit uniósł głowę. W jego oczach nie było gniewu. Była tam tylko świadomość. Ciężka, jakby dopiero teraz zrozumiał, że w świecie bez dni i nocy są rzeczy, których nie powinno się lekceważyć. Zwłaszcza bogini ziemi.

Wieść o tym, co wydarzyło się w stajniach Świętowita, rozeszła się po Złotym Grodzie jak poruszenie w wodzie, które dotyka każde źródło jednocześnie. W grodzie nie istniał dzień ani noc, a jednak w powietrzu czuło się coś na kształt zmierzchu — jakby sama boska społeczność przygasała pod ciężarem wstydu.

Perun i Trzybóg, którzy widzieli chaos wywołany gniewem Mokoszy, nie mogli dłużej znosić milczenia sumienia. Ich domy stały niedaleko, pośród złotych wież i lśniących krużganków, ale droga, którą dziś musieli pokonać do siedziby bogini, ciążyła im bardziej niż tysiąc piorunów. Siedziba Mokoszy leżała na obrzeżach Złotego Grodu, w miejscu, gdzie złote światło przechodziło w zieleń lipowego gaju — jedynego kawałka natury dopuszczonego tak blisko serca boskiego miasta. To tam, w cieniu ogromnych lip i źródeł, bogini uwiła swój skromny, lecz potężny w domyśle dom. Perun i Trzybóg zatrzymali się przed wejściem. Złote kolumny, oplecione winoroślą, drżały lekko — nie od wiatru, którego w Wyraju nie było, lecz od obecności bogini ziemi. Perun wziął głęboki wdech. Trzybóg — każdy z jego trzech aspektów — już wiedział, że nie ma odwrotu. Zapukali. Drzwi uchyliły się bez dźwięku. Mokosz stała w progu, otoczona delikatnym świateł przepływających przez dom. Jej spojrzenie było chłodne, czyste, nieprzeniknione — jak woda, w której odbijają się błędy tych, którzy na nią patrzą.

— Czego pragniecie? — zapytała spokojnie.

Perun pochylił głowę. Nigdy wcześniej nie skłonił karku tak nisko w Złotym Grodzie.

— Przybyliśmy… prosić o przebaczenie — powiedział. — Za nasze milczenie. Za to, że staliśmy z boku, gdy drwiono z twojego imienia. Za to, że pozwoliliśmy, aby złośliwość zatruła Wyraj.

Trzybóg uklęknął na kamiennych płytach progu. Jego trzy oblicza mówiły kolejno:

— Widziałem niesprawiedliwość. — Zrozumiałem ją zbyt późno. — I nie zasługuję na twoją łaskę, lecz proszę o nią.

Mokosz patrzyła na nich długo. W ciszy Złotego Grodu każde jej milczenie miało wagę prawa.

— Powiedzcie — rzekła w końcu — czy przyszliście tu z lęku przed tym, co uczyniłam? — Czy z lęku przed tym, co jeszcze mogę uczynić?

Perun uniósł wzrok.

— Z lęku przed sobą samym — przyznał. — Bo zrozumiałem, jak małe było moje serce, gdy twoje krwawiło.

Trzybóg dodał:

— Bogowie są silni, ale siła nic nie znaczy, jeśli gnuśnieje w bezczynności.

Mokosz westchnęła. Delikatnie, lecz było w tym westchnieniu tyle ciężaru, że powietrze między kolumnami zadrżało.

— Nie jesteście moimi wrogami — powiedziała. — Ale pamiętajcie, że kto milczy przy krzywdzie, staje obok winnych. A ziemia… pamięta.

Podniosła dłoń i musnęła ramiona Trzyboga.

— Wstań. W twoich oczach widzę skruchę, a skrucha jest pierwszym ziarnem odkupienia.

Perun przyjął jej spojrzenie bez próby obrony.

— A ty — dodała Mokosz — pamiętaj, że burza może oczyszczać, ale też niszczyć. Twoja siła niech będzie tarczą, nie grzmotem bez celu.

Perun skinął głową.

— Przyjmuję to — odrzekł. — I modlę się, byś pozwoliła nam naprawić to, co zaniedbaliśmy.

Mokosz cofnęła się w głąb swej siedziby.

Światło źródeł rozjaśniło jej sylwetkę jak blask rodzącego się świata.

— Idźcie. Nie odrzucam was. Ale droga do pełnej równowagi dopiero się zaczyna.

Gdy odeszli przez krużganki Złotego Grodu, ich kroki były ciężkie — lecz pierwszy raz od dawna nie wypełniał ich wstyd, lecz świadomość.

A w gaju lipowym przy jej domu ziemia poruszyła się lekko — jakby przyjęła ich skruchę i pozwoliła, by zakiełkowała. Mokosz długo nosiła w sobie gniew wobec Czarnoboga, gniew cięższy niż skały Jaryły i zimniejszy niż oddech Nyji unoszący się nad pramorzem. To nie był gniew za pojedynczą drwinę ani za jedno przewinienie — Czarnobóg był tym, który od zawsze wbijał klin między światło a cień, tym, który karmił się szeptem, zamętem i słabością innych. Gdy obrócił jej cierpienie w zabawę, w sercu bogini ziemi pękło coś, czego nie dało się posklejać ziołami ani łzami źródeł. Wtedy obmyśliła plan, który nawet Weles nazwałby bezlitosnym. Pod osłoną Wyraju, gdzie nie było nocy ani dnia, tylko wieczne trwanie, zakradła się cicho do kuźni Swaroga. Ogień nie zapłonął ostrzegawczo — rozpoznał ją, kochał ją i szanował, więc pozwolił się minąć. Zabrała największe kowalskie szczypce, te którymi Swaróg formował gwiezdne żelaza, gdy rodził się porządek świata. Potem w Złotym Grodzie uwarzyła piwo tak gęste, że aż wabiło zapachem miodu, i wsypała w nie sproszkowany bieluń — roślinę silniejszą niż najostrzejszy amulet — oraz kozłek, który wiązał umysł niczym ciężki sen. Kiedy zaprosiła Czarnoboga, Nyja, władca mroku i chaosu, pojawił się z drwiącym uśmiechem, sądząc, że to kolejny pretekst, by zakpić z ziemi i życia. Nie spodziewał się, że tym razem to jego pochłonie otchłań. Pił łapczywie, jeden róg za drugim, aż jego oczy zaczęły błądzić, a ręce drżeć jak u pijanej zjawy. Mokosz patrzyła na niego chłodnym wzrokiem, w którym nie było wahania. Gdy padł na kamienne płyty sali, próbowała unieść szczypce i odebrać mu męskość, wierząc, że to jedyna kara, która ukaże chaos tak, jak chaos ukazał ją światu — ogołoconą, zranioną i upokorzoną. Już zacisnęła narzędzie, już cień jej dłoni padł na Nyję, gdy w progu pojawiła się Żywie. Matka spojrzała na córkę z bólem i przerażeniem, jakby to nie Mokosz była boginią życia, lecz odbiciem gniewu, który przekraczał wszelką miarę. Jednym gestem, jednym dotknięciem dłoni uspokoiła jej szalejące serce, jak deszcz uspokaja wypaloną ziemię. — To nie twoja droga, dziecko — powiedziała cicho, ale jej słowa niosły ciężar, który nawet Rod przyjąłby z powagą. — Zemsta, którą wymierzasz, nie może czynić cię podobną do tego, kogo karzesz. Mokosz opuściła szczypce, a metal uderzył o podłogę z dźwiękiem, który przeszył cały Złoty Gród. Nyja pozostał żywy, ale nie wolny. Na polecenie Roda, który przybył, czując wstrząsy moralnego rozdarcia córek Żywie, Czarnobóg został spętany łańcuchami ze stopu Swarogowej stali i ziemnych żył Mokoszy. Zabrano go na samo dno pramorza — tam, gdzie ciemność nie jest nocą, a woda nie jest wodą, tylko pierwotnym milczeniem świata. Przykuwały go kolejne okowy, aż ciało Nyji przykleiło się do głębin jak cień, który nie ma już gdzie uciec. I tam miał pozostać aż do Wiecznego Kresu, zawieszony między istnieniem a nieistnieniem, w miejscu, gdzie nawet chaos nie śmie krzyknąć. A Mokosz, choć ocaliła siebie przed ostatecznym okrucieństwem, nigdy nie zapomniała ciężaru szczypiec w dłoniach. I wiedziała, że są granice, których nawet ziemia — cierpliwa, łagodna i krucha w swojej wielkości — nie powinna przekraczać.

Mokosz długo nosiła w sobie niepokój, który nie był już gniewem ani wstydem, lecz czymś miękkim, ciepłym i nieubłaganie narastającym. Po wszystkim, co wydarzyło się w Złotym Grodzie, po upokorzeniu, po zemście, po ciężkich rozmowach i po wyjaśnieniu własnych granic, zrozumiała jedno: jej serce, choć potrafi być jak skażona burzą gleba, potrzebuje nie tylko równowagi, ale i ognia, który nie rani, lecz ogrzewa. A taki ogień znał tylko jeden bóg, Swaróg.

Od tamtej chwili kuźnia przyciągała ją jak miejsce, które pamięta korzenie świata. Ogień, który płonął tam bez czasu, był inny niż reszta Wyraju — miał w sobie ład, spokój i pewność. Taką pewność, której Mokosz zawsze szukała, choć nigdy by się do tego nie przyznała. Swaróg, pochylony nad młotem i kowadłem, nie był jedynie panem żaru. Był rzemieślnikiem istnienia. A ona, bogini ziemi, czuła, że to ogień i ziemia muszą połączyć się, by powstało coś trwalszego niż jakakolwiek przysięga.

Gdy weszła do jego kuźni, ogień uniósł się, jakby ją rozpoznał. Swaróg odwrócił się powoli. Był zmęczony po ostatnich wydarzeniach, ale w jego spojrzeniu było światło, które nie bladło.

— Pani ziemi. — powiedział cicho — Przyszłaś, choć myślałem, że po wszystkim odwrócisz się ode mnie.

— Od ciebie nie potrafię. — odparła Mokosz.

Zbliżyła się, a ziemia zadrżała lekko pod jej stopami, nie groźnie, lecz jakby z radości. Swaróg wyprostował się, patrząc na nią jak ktoś, kto domyślał się prawdy, ale nigdy nie miał odwagi jej wypowiedzieć.

— Chciałam ci coś powiedzieć. — zaczęła Mokosz, a jej głos, zazwyczaj pewny, teraz drżał lekko jak młoda gałązka. — Widziałeś mnie w słabości. Widziałeś mnie w gniewie. Widziałeś mnie, gdy niosłam w sobie ciężar, którego nie zniósłby żaden z bogów. A mimo to byłeś przy mnie. Nie oceniłeś mnie. Nie odsunąłeś. — Swaróg milczał, ale z jego piersi wydobyło się ciepło, które dosięgało jej jak dotyk bez ręki. — A ja… — kontynuowała Mokosz — jestem ziemią. Bez ognia nie rodzę. Bez ognia nie dojrzewam. Bez ognia nie istnieję naprawdę. Dlatego… — wzięła głęboki oddech. — Swarogu, kowalu boskich początków… czy uczynisz mnie swoją żoną?

Ogień w kuźni wystrzelił ku górze, jakby sam świat wziął nagły wdech. Swaróg, zamiast słów, podszedł do niej i uklęknął, kładąc rękę na jej dłoni.

— Mokoszo, — rzekł z czułością, której nie spodziewał się nawet on sam — jestem tylko ogniem. Ale jeśli w twoim sercu jest miejsce dla mnie, moje życie należy do ciebie.

Płomienie zatańczyły jak wicher w koronach drzew, a kuźnia rozświetliła się blaskiem, którego nikt w Wyraju dotąd nie widział.

Rod błogosławił ich związek samym spojrzeniem. Kiedy bogowie Złotego Grodu zgromadzili się przed Dębem Życia, Swaróg i Mokosz stanęli razem — on z młotem, ona ze źdźbłem lipowego listka w dłoni. Ogień i ziemia połączyły się w bezczasowej przysiędze, a świat, choć jeszcze niepełny, zadrżał jak rodzący się owoc.

Ich związek stał się fundamentem Jawi. I wtedy zaczęły rodzić się dzieci.

Najpierw przyszedł na świat Dadźbog, jasny i spokojny, noszący w dłoniach ciepło, które nigdy nie parzy. Potem zrodziły bliźniaczo do siebie podobni Swarożyc i Chors. Po narodzinach bóg ofiarnego ognia oraz strażnik blasku słońca rósł ciesząc rodzicieli, natomiast pan księżyca był blady i chudy. Wydawał słaby blask a jego stan niepokoił Mokosz. Swaróg postanowił rozgrzać iskrę życia w synu. Zawinął go w płótno i włożył do pieca kuźniczego. Bóstwu wróciły siły oraz blask. Wielka radość nastała w Krainie Bogów. W tej to radości począł się Jaryło, młody bóg wiosny, wyrósł z miłości Swaroga i Mokoszy, jak zieleń z popiołu — pełen radości i pragnienia odnowy. A na końcu narodził się Leszy — nieplanowany, nieokiełznany, dziecko dzikiej puszczy, które wzięło od ojca siłę, a od matki nieprzewidywalność życia. Każde z nich niosło w sobie prawdę o tym, że ziemia i ogień, choć tak różne, razem tworzą świat, który może trwać. Mokosz i Swaróg trwali razem w Złotym Grodzie — nie jako dwoje bogów, lecz jako para, która połączyła fundamenty świata i dała życie tym, którzy mieli strzec go po Wieczność.

Braterska rywalizacja

Siódmy „rok” w Wyraju nie był ani rokiem, ani chwilą, bo tam nie istniały dni ani noce — lecz bogowie, choć ponad czasem, mieli własny sposób odmierzania wzrastania swoich dzieci. Gdy Dadźbog osiągnął wiek, w którym jego światło zaczęło płonąć w nim mocniej niż dotąd, Swaróg postanowił uczcić ten moment darem, który nie miał sobie równych ani w niebiosach, ani w głębinach pramorza. Kuźnia bogów, choć nie znała płomieni zwykłych, tego dnia płonęła jakby sama gwiazda zstąpiła do jej wnętrza. Swaróg przywdział fartuch utkany ze skór pradawnych żmijów, a jego młot śpiewał tonem, który słyszeli wszyscy bogowie Złotego Grodu. Ten dźwięk nie był hałasem — był jak bicie serca świata. Mokosz stała w progu, obserwując męża z mieszaniną dumy i czułości. Ogień tańczył po jej skórze jak złote źdźbła, a źródła pod posadzką kuźni reagowały na każdy cios młota Swaroga falą delikatnego drżenia.

— Co wykłuwasz, mój ogniu? — zapytała cicho.

— Dar dla syna. — odparł, nie przerywając pracy. — Aby pamiętał, kim jest, i aby wiedział, jaką moc niesie jego światło.

Na kowadle leżała tarcza. Jeszcze bez blasku, jeszcze bez imienia — ale już w tej formie tętniła mocą. Swaróg nie formował jej z jednego metalu. W jednej dłoni trzymał srebro wyjęte z korony gwiezdnych rzek, w drugiej złoto wydarte z jądra pradawnego słońca. Każdy cios młota sprawiał, że metale splatały się i oddzielały zarazem, tworząc jedność z dwóch przeciwnych sił.

— Dla Dadźboga. — wyszeptał. — Aby umiał ogrzewać… i chłodzić. Aby wiedział, kiedy świat potrzebuje ciepła, a kiedy spokoju.

Ostatnie uderzenie młota rozeszło się po całym Wyraju falą światła, które zamigotało w każdym boskim domu. Gdy blask opadł, tarcza była gotowa. Swaróg odwrócił ją i ujrzał dwa światy uwięzione w jednym kręgu. Strona złota pulsowała ciepłem, jakby tętniło w niej żywe słońce. Kto patrzył na nią zbyt długo, czuł w piersi jasność, która mogła uleczyć nawet najstarsze blizny. Złota strona tarczy rozświetlała mrok do tego stopnia, że cień nie śmiał nawet podejść. Strona srebrna była jak spokojna pełnia wody — chłodna, wyciszająca, łagodna. Odbijała świat w sposób, który uspokajał serce i koił myśli. Jej blask nie parzył. Jej blask uspokajał.

— Oto tarcza dnia i nocy. — powiedział Swaróg. — Oto tarcza zmian, choć my jesteśmy ponad zmianami. Niosę mu ją jako znak, że świat, który mu kiedyś powierzymy, będzie potrzebował obu stron — jasnej i chłodnej.

Kiedy Dadźbog przyszedł do kuźni, jego włosy drżały jak iskry, a oczy miały głębię nowo rodzącego się światła.

— Ojcze… — zaczął, ale Swaróg przerwał mu podając tarczę z powagą, na jaką stać było tylko boga ognia.

— To twój los, synu. Twoje światło. Twoja droga.

Dadźbog chwycił tarczę i w tej samej chwili Wyraj zajaśniał tak, jakby ktoś rozchylił niebiańską zasłonę. Złota strona rozgrzała powietrze światłem pełnym życia, a srebrna uspokoiła je do stanu doskonałej równowagi. Mokosz położyła synowi dłoń na ramieniu.

— Pamiętaj, dziecko, że światło musi ogrzać, zanim będzie mogło świecić. A chłód musi ukoić, zanim stanie się cieniem. Tarcza, którą dał ci ojciec, jest darem dwóch żywiołów.

Dadźbog skinął głową z powagą, która zaskoczyła nawet Swaroga.

— Będę jej godny. — odparł.

A Złoty Gród jeszcze długo drżał od blasku, który wypełnił jego pałace, krużganki i ogrody. Bogowie wiedzieli, że oto rozpoczyna się kolejny etap losów młodego syna ognia i ziemi — i że tarcza, którą otrzymał, stanie się nie tylko jego bronią, ale i symbolem światła, które pewnego dnia poprowadzi ludzi przez mrok Jawi.

Dadźbog długo obracał w dłoniach dar Swaroga, nie do końca rozumiejąc, dlaczego otrzymał właśnie tarczę. Nie był przecież wojownikiem. Nie nosił w sobie gniewu Chorsa, żywiołowości Jaryły ani twardej energii Swarożyca. Jego światło było miękkie, rozlewne, łagodne — nie takie, którym rozcina się mrok mieczem. Częściej wpatrywał się w tarczę jak w zagadkę niż jak w broń. Złota strona ogrzewała jego dłonie, srebrna koiła jego myśli… lecz do czego miał jej użyć? Wtedy przyszedł Weles. Nikt nie wiedział, jak długo stał w cieniu kuźni. Jego oczy błyszczały mądrością i odrobiną niepokoju — jakby widział coś, czego inni nie chcieli dostrzec.

— Ta tarcza, — powiedział cicho — nie służy do wojny. Przynajmniej jeszcze nie. W twoich rękach, Dadźbogu, ma moc dawania życia.

Chłopiec uniósł głowę, zaskoczony.

— Życia?

Weles skinął głową.

— Ogień ojca i ziemia matki połączone w jednym kręgu… to nie narzędzie walki, lecz narodzin. Ale pamiętaj jedno: to, co stwarza, potrafi też budzić zazdrość. Twoi bracia, gdy nadejdzie czas, nie zniosą twojej mocy. Z tarczy powstanie nie tylko życie… ale i nienawiść.

Dadźbog pobladł. Jego jasne światło na chwilę przygasło.

— Dlaczego… dlaczego miałbym chcieć jej użyć? Skoro grozi mi rozłamem?

Weles uśmiechnął się smutno.

— Bo jesteś synem ognia i ziemi. W waszym rodzie ciekawość i twórczość płyną jak rzeki. Nie uciszysz ich. A to, co cię przeraża, jest dokładnie tym, co pcha cię do działania. I zniknął, jakby wtopił się w cień kuźni.

W tych dniach wszystko tętniło przygotowaniami do długo wyczekiwanych zaślubin bogini szczęścia i boga bogactw. Bogowie, zwykle rozproszeni w swoich obowiązkach, teraz jednoczyli się jak rzadko kiedy. Złoty Gród pulsował spokojem, którego nie zakłócała nawet jedna kropla niepokoju. W końcu zaślubiny Doli — bogini losu — z Dadźbogiem, który niósł w dłoniach światło i ciepło, były wydarzeniem, na które czekał cały Wyraj. Mokosz czuwała nad wszystkim jak matka, która oddaje światu owoc swojego życia. Tkała wstęgi z rosy i kwiatów, każdy ruch jej dłoni sprawiał, że w powietrzu pojawiały się delikatne smugi zielonego światła. Swaróg, dumny, choć nieco spięty, polerował tarczę syna własnoręcznie, jakby miała być nie tylko darem, ale i błogosławieństwem na nową drogę. Kupała dobierała barwy, zapachy i rytmy. Woda pod jej stopami skrzyła się jak lśniące szkło, tworząc lustra, w których odbijały się przyszłe losy młodej pary. Łada układała pieśni, które miały poprowadzić nowożeńców, a Radogost brzęczał pucharami, doprawiając napoje tak, by ich smak zapamiętano przez wieczność. Nawet Perun, który zwykle chodził nadęty jak burza bez pioruna, tym razem wyglądał na szczerze ucieszonego. Co chwilę zaglądał do Doli, sprawdzając, czy niczego jej nie brakuje. Jaryło tańczył jak słońce, które nie potrafi ustać w miejscu. Swarożyc palił zbyt dużo ognia — Swaróg musiał go uciszać — ale robił to tylko z ekscytacji. A Darzbog… on promieniał. Nie tak jak zwykle, ciepło i miękko. Tym razem jego światło było klarowne, radosne, prawie niedojrzałe jak młode źdźbło przebijające ziemię. Nie potrafił ustać w miejscu. Zaglądał do kuźni, do ogrodów Mokoszy, do pokoju Dodoli… wszędzie. Jakby w każdym zakątku chciał sprawdzić, czy świat na pewno jest gotów na ten moment.

Ceremonia zaślubin Doli i Dadźboga była wydarzeniem, na które czekał cały Wyraj. Złoty Gród pulsował podniosłą ciszą, jakby każdy kamień, każdy kwiat, a nawet struny światła pamiętały, że dzisiaj łączą się nie dwa serca, lecz dwa przeznaczenia. Na Świętym Dziedzińcu pod Dębem Życia zgromadzili się wszyscy bogowie. Jako pierwsza pojawiła się pani losu — nie w rosie, nie we mgle, ale otulona płaszczem utkanym ze srebrnych nitek losu. Każda nitka drgała lekko, jakby prowadziła ją niewidzialna dłoń Przeznaczenia. Włosy miała splecione w misterną koronę z cienkich, połyskujących włókien — tych, które strzegła od początku istnienia. Kiedy szła, ścieżka przed nią rozświetlała się subtelnymi liniami, cienkimi niczym pajęcze pasma — to były ślady jej mocy, zarysy przyszłych dróg, które jeszcze nikt nie odczytał. Dadźbog czekał już na środku. Jasność otulała jego ciało jak spokojny świt. W dłoniach trzymał swoją tarczę — złotą i srebrną. Blask złota odbijał się w jej nitkach, srebro wnikało w nie jak chłodne światło księżyca.

Kiedy stanęli naprzeciw siebie, powietrze między nimi zadrżało. Bogactwo i los. Ciepło i przeznaczenie. Dwie siły, które od zawsze wodziły świat ku ruchowi.

Wtedy przed Dębem Życia pojawił się Jesza-Łado — ten, który nadawał porządek, łączył, godził i błogosławił. Jego kroki brzmiały jak spokojny rytm serca.

— Dziś splatamy nie tylko miłość — rzekł donośnie — lecz dwie linie, które od początku były sobie pisane. Dadźbog niesie światło, które rodzi i ogrzewa. Dola niesie nić, która prowadzi i spaja. Odtąd to, co stworzy ich jedność, stanie się jednością, której nie rozerwie ani chaos, ani czas. Dadźbog uniósł tarczę. Bogini szczęścia dotknęła jej opuszkami palców — a jej dotyk pozostawił na srebrnej stronie misterną nić, która natychmiast wtopiła się w metal, czyniąc tarczę świadkiem ich przeznaczenia. Jesza-Łado połączył ich dłonie. Nitki, które opadały z sukni Doli, owinęły się wokół ich nadgarstków, tworząc naturalny, świetlisty węzeł małżeński.

— Odtąd los wasz jest wspólny, a światło jednego niech prowadzi drogę drugiego. — głosił Jesza-Łado. — Świat będzie wzrastał pod ich blaskiem i prowadzony ich nicią.

W tym momencie pszczoły Dadźboga wzbiły się w powietrze, rysując nad nimi złoty krąg. A nici przeznaczeń, unosząc się wokół Doli, zaczęły wirować, oplatając krąg i tworząc znak, którego wzór Dąb Życia zapamiętał w każdym swoim liściu.

Zaślubiny zostały przypieczętowane. Bogowie zaśpiewali jedną pieśń, choć nikt nie zarządził chóru — tak działała moc Łado. Uczta weselna była równie niezwykła, co ceremonia. Stoły uginały się od potraw, które Radogost doprawiał jak mistrz rytuałów, Kupała rozlała napoje jedności, a Łada czuwała nad tym, by wszystkie dźwięki tworzyły idealną harmonię. Pszczoły Dadźboga krążyły nad ucztującymi, niosąc delikatny miód, który dodawał wszystkim radości i jasności myśli. A nici Doli wisiały w powietrzu niczym niewidzialne dekoracje — łączyły kielichy, dłonie, spojrzenia, nadając każdemu gestowi sens i kierunek. Dadźbog i Dola siedzieli obok siebie, spleceni nie tylko uczuciem, ale i przeznaczeniem, które samo przyszło do nich jak dobry omen. Wyraj drżał w zachwycie, nieświadomy, że choć nici losu są piękne, to potrafią też boleśnie się napinać. Podczas uczty, gdy większość biesiadników zataczała się od miodu Radogosta i piwa tak mocnego, że mogłoby powalić żubra z Jawi, tylko dwóch młodych bogów siedziało trzeźwych jak ostrza noży, Swarożyc i Chors. W ich spojrzeniu było widać że coś knują. Dwaj bracia, których różniło wszystko prócz jednego: obaj mieli w sobie dumę, której nie potrafili ujarzmić. Siedzieli obok siebie przez całą ucztę, obserwując, jak Dadźbog lśni radością, jak Dola oplata go nićmi losu, jak wszyscy śmieją się i wzdychają nad „pięknem jedności małżeńskiej”. Z każdą chwilą twarz Swarożyca twardniała, a oblicze Chorsa stawała się coraz bledsze.

— Widzisz to? — syknął Swarożyc, nachylając się do brata.

— Widzę. — odparł Chors niemal bezdźwięcznie. — Blask, który nie zamyka oczu. Zbyt wielki jak na jednego boga.

Swarożyc zacisnął dłonie. Ogień zatańczył między palcami.

— Ojciec zrobił go najjaśniejszym. Matka dała mu moc tworzenia. Weles dorzucił jeszcze przepowiednię. A teraz… teraz jeszcze los oplótł go wstęgą. — szeptał zazdrosny pan ofiarnego ognia.

— Nie dziwię mu się. — dodał Chors chłodno. — Ja też bym nie odmówił Doli.

Swarożyc parsknął, ale w tym parsknięciu nie było śmiechu.

— Nie o to chodzi! Chodzi o tę tarczę.

Chors zmrużył oczy.

— Tak. Tarcza… Ona nie jest zwykłym darem. Czułem jej światło spod stołów, spod muzyki. Ona nie powinna należeć tylko do niego.

Swarożyc powoli wstał.

— Idziemy. — ponaglił brata.

Księżyc podniósł się bez wahania. Jego ruch był cichy jak cień. Nikt ich nie zauważył. Perun spał na plecach jak powalony dąb. Weles uśmiechał się do własnych myśli, choć był najtrzeźwiejszy wśród pijanych. Radogost głośno chrapał z głową na stole. Jesza-Łado rozmawiał z Mokoszą, nie odrywając wzroku od młodej pary. Dwaj bracia wymknęli się z dziedzińca, przeszli przez złote korytarze dworu, mijając kolumny, które drżały jeszcze od śpiewów. Komnata Dadźboga znajdowała się na uboczu — skromna, jasna, zdobiona symbolami światła i delikatnymi złotymi wstęgami, które Mokosz utkała dla syna. Drzwi otworzyły się same, jakby Chors rzucił na nie cień, a cień ustąpił. Tarcza leżała na łożu, pozostawiona tam, gdzie Dadźbog położył ją przed ceremonią. Złota strona lśniła ciepło, srebrna biła cichym blaskiem — jakby żyła własnym rytmem. Swarożyc wszedł pierwszy. Chors podążył za nim ostrożnie oraz pełen napięcia.

— Spójrz na nią. — wyszeptał świetlisty bóg. — Jedna tarcza, dwa żywioły a on ma władzę nad oboma.

— To niesprawiedliwe. — przytaknął władca nocy.

— Ktoś taki jak on nie powinien mieć przewagi nad braćmi. — syknął rozglądając się niepewnie.

Zbliżyli się. Swarożyc wyciągnął dłoń. Światło tarczy odbiło mu się na skórze, rozświetlając jego palce jak żar.

— Ciepło… ale nie parzy.

Chors dotknął srebrnej strony opuszkami palców.

— Chłód… ale nie mrozi. Idealna równowaga.

Oczy obydwu zabłysły tak samo. Po raz pierwszy w życiu byli zgodni — i to było najgroźniejsze.

Kniaź dnia odrzekł:

— Jeśli ją zabierzemy choć na chwilę, sprawdzimy jej moc. Zrozumiemy ją. A potem…

— Potem zadecydujemy, co dalej. — dokończył Chors. — Zanim przeznaczenie zrobi to za nas.

W komnacie zaległa gęsta cisza. Byli już o krok od tarczy. O jeden ruch dłoni od wywołania tragedii, którą Weles przepowiedział. Cień Chorsa wyciągnął się jak droga. Ogień Swarożyca błysnął jak iskra. A tarcza… zadrżała, jakby wyczuła nadchodzący rozłam. Zakryli tarczę grubym, ciemnym płótnem, zrobionym z tkaniny, która zwykle służyła do tłumienia zbyt mocnego blasku w komnatach jasnych bogów. Gdy materiał opadł na metal, światło zgasło, jakby ktoś zamknął dzień w dłoniach. Złoto przestało pulsować, srebro utonęło w ciszy. Swarożyc zacisnął palce na zawiniątku. Czuł żar, który wciąż drżał pod płótnem, choć starał się go ukryć. Chors szedł krok za nim, jego cień prowadził ich jak ścieżka — prosty, chłodny, niepokojąco pewny. Poza salą weselną panowała głęboka cisza. Korytarze Pałacu Słońca błyszczały resztkami świetlnego blasku po ceremonii, ale nikt tamtędy nie przechodził. Bogowie leżeli w stanie półsnu, pijani, szczęśliwi, nieświadomi nadchodzącej zdrady. Bracia szli szybko, bez słowa, z napięciem spowijającym ich ramiona jak szal.

— Pośpieszmy się. — mruknął blask słońca. — Zanim ktoś zauważy brak tarczy.

— Nikt nie zauważy. — odparł spokojnie Chors. — Jeszcze nie teraz. Jeszcze długo nie.

Dotarli do bocznej bramy, prowadzącej za Złoty Gród. Nie była strzeżona — nie w tę noc. Nie w czasie zaślubin. Wyraj oddychał spokojem, jakby wierzył, że nic złego nie może się wydarzyć w świętym czasie jedności. Brama otworzyła się bez dźwięku. Swarożyc i Chors wyszli poza granice Pałacu Słońca — miejsca, którego Dadźbog nigdy nie miał stracić, ale bracia już zaczęli odbierać mu to, co najcenniejsze.

Przed nimi rozciągała się ścieżka wiodąca w dół — w stronę przejścia między światami, gdzie Wyraj stykał się z Jawią. Tam, w głębokiej szczelinie między istnieniem bogów a światem, który dopiero miał dojrzeć, znajdowała się brama przejścia. Księżyc spojrzał na brata.

— Jesteś pewien?

— Jestem. Chcę poznać moc tej tarczy. Zrozumieć ją. A jeśli okaże się, że przewyższa nas wszystkich… wtedy zdecydujemy, komu naprawdę powinna służyć.

Chors skinął głową.

— W Jawi ukryjemy się najlepiej. Tam nikt nie będzie szukał boskiego światła.

Zeszli niżej, kierując się ku rozpadlinie, gdzie błyszczały wody wszechświata prowadzące do świata ludzi. Wyraj drżał za nimi, ale drżenie to było delikatne, niemal niezauważalne — jak tętno, które wkrótce miało gwałtownie przyspieszyć. Bo tej nocy dwaj bracia niosący tarczę, której nie wolno było dotykać, przekroczyli granicę świata. Schodzili w ciszy, gniewie oraz w zazdrości. Choć Swarożyc i Chors byli przekonani, że wymykają się niezauważeni, tak naprawdę każdy ich krok śledziły trzy pary oczu, których nie sposób było oszukać — nawet w Wyraju, gdzie czas nie płynął, ale prawda zawsze wypływała na wierzch. Pierwszy dostrzegł ich Czarnobóg. Ukryty w cieniach, które były jego naturalnym żywiołem, patrzył na nich z jadowitą satysfakcją. Jego smukła sylwetka stapiała się z mrokiem, a usta wygięły się w uśmiech, który nie wróżył nic dobrego.– «A więc zazdrość już kiełkuje…» — wyszeptał sam do siebie. — «Dobrze. Niech brat wystąpi przeciw bratu. Niech tarcza rozszarpie ich jedność. Ja tylko… otworzę drzwi.» — Czarnobóg nie musiał robić nic więcej. Wystarczyło, że patrzył. Drugi obserwował Rod, Wszechojciec, którego wzrok sięgał każdego zakątka wszystkich krain i każdej myśli, która chciała wykiełkować w umyśle bogów. Siedział na swoim tronie i choć nie ruszał się ani o włos, widział bezbłędnie dwie postacie pod mosiężnymi schodami prowadzącymi ku granicy Jawi. Rod nie gniewał się chociaż jego spojrzenie było ciężkie, to pełne zrozumienia, które boli bardziej niż kara.

— «Przestrzegałem was dzieci moje.» — wymruczał, jakby do siebie. — «A jednak przepowiednia Welesa już wypełnia się w ciszy.» — w jego oczach błysnęła smuga smutku. — «Jeśli teraz ich zatrzymam, stanę się tyranem. Jeśli pozwolę im iść, staną się narzędziami własnych błędów.» — wiedział, że musi obserwować, ale nie ingerować. Jeszcze nie nie był to właściwy moment na działanie. Trzeci obserwator był najmniej spodziewany, ale najczujniejszy. Był nim Raróg, szybki jak iskra, ostry jak trzask pękającego metalu. Wysłał go sam Swaróg, który pierwszy poczuł niepokojący zgrzyt w rytmie świata — ojcowski instynkt nigdy się nie myli. Raróg krążył wysoko nad nad wodami pramorza, niewidoczny dla braci, jego skrzydła były tylko błyskiem ognia rozmytym w powietrzu.

— Za daleko idziecie… oj za daleko. — syknął we własnym języku. Z jego spojrzenia nie biły ani gniewu, ani potępienia. Była to czysta czujność drapieżnika, który nie dopuści, by zagrożono równowadze.

Swarożyc i Chors szli w dół prowadzeni własnym zapałem i zazdrością, święcie przekonani, że są sprytni, niewidzialni, mądrzejsi niż cała reszta Wyraju. Kiedy Dadźbog wrócił do swojej komnaty, jeszcze z uśmiechem po weselnych życzeniach, poczuł, że coś jest nie tak. Nie musiał nawet patrzeć — pustka uderzyła go prosto w pierś, jakby brak tarczy wyrwał kawałek jego własnego światła. Podszedł do łoża szybko, a za nim Dola, Mokosz i Swaróg. W komnacie panował nienaturalny chłód. Łoże było rozgarnięte. Tarcza — zniknęła. Dadźbog nie krzyczał. Nie wpadł w szał. Zamarł jak słońce, które nagle przesłonił ktoś niepowołany. Nachylił się nad płótnem rzuconym na posłanie. Dotknął go opuszkami palców.

— To Swarożyc… — powiedział cicho. — I Chors. Czuję ich obydwu.

Dola uniosła nić przeznaczenia opuszkami palców. Drgnęła gwałtownie, prowadząc ją ku drzwiom.

— Zabrali ją razem. — potwierdziła. — Moc tarczy splątała ich ze sobą. Nie wiedzą jeszcze, że to nie dla nich została wykuta?

Mokosz pobladła.– Jak mogli… jak mogli mu to zrobić w noc zaślubin? — powiedziała bezradnie bogini ziemi.

Swaróg odwrócił głowę, by ukryć płomień gniewu. Żar zapłonął mu pod skórą, jakby całe ciało chciało przeobrazić się w młot.

— Ruszam po nią. Natychmiast.

— Nie! — przerwał Rod, który pojawił się w progu tak cicho, jakby jego obecność była naturalnym przedłużeniem powietrza. Dadźbog odwrócił się do Wszechojca z zaciśniętymi ustami.

— Dziadku, ojcze… oni zabrali moją moc. To nie jest zabawa. To zdrada. — pan słońca usiadł na łożu zakrywając twarz.

Rod spojrzał na niego. Nie z gniewem lecz z ciężarem, który mają tylko ci, którzy znają dalsze rozdziały losu.

— Dadźbogu, — zaczął. — tarcza była próbą dla ciebie. Tak samo jak dla twoich braci. To, co się stało, musiało się stać.

Dadźbog zacisnął pięści, aż wokół jego dłoni zapłonęły pyłki światła.

— A ja mam patrzeć, jak uciekają?!

— Nie. — Rod uniósł dłoń. — Masz ich dogonić.

Mokosz drgnęła. Swaróg poruszył się jak wulkan. Dola pochyliła głowę, czując drżenie nici.

— Tak? — Dadźbog spojrzał zaskoczony. — Sam?

— Nikt inny nie może tego zrobić. — odparł Rod spokojnie. — Ani Swaróg, bo świat spłonąłby od jego gniewu. Ani Mokosz, bo rozpadłaby się ziemia. Ani Dola, bo poruszyłaby same nici ładu. — Rod spojrzał prosto w oczy Dadźbogowi. — Ty jeden możesz zejść do Jawi bez niszczenia równowagi. Ty jeden możesz tam działać. Ty jeden masz tarczę w sercu.

Dadźbog nabrał powietrza, jakby chciał wypuścić z siebie cały ciężar świata.

— Więc mam ruszać?

— Tak. — potwierdziła Dola, unosząc drgającą nić. — I to szybko. Ich losy skręcają ostro. Nie wiem jeszcze w którą stronę. — patrzyła na nici.

Swaróg podszedł do syna i położył mu dłonie na ramionach. Jego ojcowski żar płonął jasnym blaskiem.

— Słuchaj uważnie. — głos miał twardy jak młot. — Tarcza nie jest po to, by ją posiadać. Jest po to, by ją zrozumieć. Nie biegnij za nią jak za zającem. Biegnij za tym, co w niej zostawiłeś. Za swoim światłem.

Dadźbog skinął głową.

— Odnajdę ją. — ucałował ręce rodziców. — I ich. — dodał.

— Wiem. — szepnęła Mokosz. — Bo jesteś naszym światłem.

Pszczoły, które przesiadywały na belkach komnaty, wzbiły się naraz i obleciały Dadźboga dookoła jak złoty pierścień błogosławieństwa. Dodola przecięła eter nicią, która ukazała kierunek.

— Popędzili ku przejściu do Jawi. Masz niewiele czasu. Uważaj na Czarnoboga. — ostrzegła męża.

Dadźbog zrobił krok ku drzwiom. Zatrzymał się. Spojrzał na nich wszystkich — rodziców, żonę, Wszechojca i bez wahania powiedział:

— Wracam z tarczą. I z braćmi. Albo wcale.

Po tych słowach ruszył, szybki jak błysk światła, a pszczoły poleciały za nim, niczym straż przyboczna. W Wyraju zapadła cisza. Atmosfera nie była już radosna, weselna. Cisza nadchodzącego starcia. Swarożyc i Chors zeszli głęboko w rozpadlinę prowadzącą do Jawi. Tam, gdzie świat bogów stykał się z surową materią ziemi, powietrze było inne — szorstkie, ciężkie, nieprzyjemne dla istot przywykłych do boskiej lekkości. Gdy tylko przekroczyli granicę, płótno na tarczy zadrżało, jakby metal pod spodem próbował wyrwać się na wolność. Chors zatrzymał się pierwszy.

— Odkryj ją. — powiedział chłodno.

— Musimy zobaczyć, jak działa poza Wyrajem.

— Odkryję, kiedy będę chciał. To ja ją niosłem. — Swarożyc warknął.

— Niosłeś ją, bo jesteś silniejszy fizycznie. — odparł Księżyc z ironią. — Ale nie mądrością.

Pan dnia zatrząsł się ze złości. W jego oczach zapłonęła ta sama iskra, którą Swaróg widział u siebie, gdy jako młody bóg pierwszy raz tracił panowanie nad ogniem. — Powiedz to jeszcze raz, cieniu!

— Ty jesteś cieniem. — odpowiedział Chors spokojnie. — Cieniem własnej zazdrości.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 60.06
drukowana A5
Kolorowa
za 92.48