Prolog
Zanim pojawiły się pierwsze królewskie korony, zanim kamienne grody wzniosły swoje wały ku niebu, zanim kronikarze zaczęli zapisywać dzieje ludzkich rodów — istniała pamięć przekazywana ustami starszych, pieśnią wieszczów i szeptem kapłanów. W czasach, gdy świat ludzi był jeszcze blisko świata bogów, gdy święte gaje były świątyniami, a rzeki i góry uważano za miejsca naznaczone boską obecnością, narodziła się Lechia — córka bogów i wybranka pradawnej kapłanki Roda-Światowida. Z jej narodzinami związana była obietnica: że nadejdzie czas, gdy rozproszone rody i plemiona odnajdą wspólną drogę, a ziemia między morzem a wielkimi rzekami stanie się domem jednego ludu. Lechia nie była jedynie imieniem kobiety ani nazwą krainy. Była symbolem więzi między niebem a ziemią, między dziedzictwem przodków a przyszłością ich potomków. Jej los został spleciony z losem Samona — wielkiego wodza, prawodawcy i ojca Słowian, którego imię przetrwało w najstarszych podaniach. Jako jedna z jego żon stała się matką przymierza, które miało połączyć rody żyjące między Bałtykiem, górami i wschodnimi rubieżami. Z tego przymierza wyrosło siedem wielkich plemion Lechii — siedem ludów, siedem tradycji i siedem straży powierzonych przez bogów.
Pierwsi byli Polanie, strażnicy żyznych pól i ogniska jedności. To oni mieli w przyszłości stać się sercem zjednoczonej ziemi lechickiej, a ich grody przechowywały pamięć o pierwszych władcach. Na południu żyli Wiślanie, potomkowie ludzi Wielkiej Rzeki, strzegący dawnych grodów, świętych wzgórz i tajemnic przekazywanych przez pokolenia. Ich ziemia była krainą mądrości, gdzie woda niosła wspomnienia dawnych czasów. Pośród bezkresnych puszcz i rozległych równin mieszkali Mazowszanie — lud lasów, łowców i wojowników. Ich zadaniem było strzec pierwotnej siły natury i miejsc, gdzie według podań przemawiały duchy przodków. Nad wielką wodą żyli Pomorzanie, dzieci morza i bursztynu. Znali szlaki prowadzące ku dalekim krainom, a ich łodzie przemierzały fale, niosąc sławę Lechii poza granice rodzinnej ziemi. U stóp świętej góry Ślęży trwali Ślężanie — strażnicy dawnych obrzędów i miejsc mocy. W ich pieśniach zachowały się opowieści o czasach, gdy kapłani stawali między światem ludzi a światem bogów. Na wschodnich krańcach Lechii czuwali Lędzianie, strażnicy granic i pierwszego światła wschodzącego nad ziemią przodków. Ich imię miało przetrwać w pamięci sąsiednich ludów jako określenie mieszkańców tej ziemi. A wśród jezior i mgieł krainy Gopła żyli Goplanie — lud związany z wodą, tajemnicą i dawnymi przepowiedniami. W ich opowieściach przechowały się legendy o pierwszych rodach, których losy miały na zawsze zmienić dzieje Lechii. Siedem plemion, siedem dróg, siedem darów otrzymanych od bogów. Każde inne, lecz połączone wspólnym pochodzeniem i wspólną pamięcią.
Ta księga jest zbiorem ich legend, klechd i podań — opowieści o bohaterach, kapłanach, wojownikach i tych, którzy żyli na granicy świata znanego i tajemniczego. Niech więc zostaną przywołane dawne imiona, niech przemówią miejsca, które pamiętają pierwsze kroki przodków, i niech zabrzmią pieśni tych, których głosy ucichły przed wiekami. Naród, który zachowuje swoje opowieści, zachowuje również swoją duszę. A pierwsza opowieść zaczyna się tam, gdzie zaczęła się Lechia.
Legenda początku Lechii
W czasach, gdy ludzie jeszcze częściej wsłuchiwali się w głos bogów niż w szczęk oręża, przy Świętym Gaju mieszkała Lechia — córka bogów i córka kapłanki Roda-Światowida. Nie posiadała własnego rodu, którym mogłaby władać, ani ziemi, którą mogłaby nazwać swoją. Jej dziedzictwem nie były pola, grody ani skarby, lecz tajemnica przekazana przez matkę — strażniczkę dawnych praw. Kapłanka od lat strzegła świętego miejsca, gdzie według podań bogowie przemawiali przez znaki natury. To tam Lechia nauczyła się rozumieć mowę gwiazd, szum drzew i szept przodków. Pewnej nocy, gdy księżyc stanął wysoko nad świętym gajem, wydarzył się znak niezwykły. Wszystkie ognie przy świętych ołtarzach zapłonęły jednocześnie, choć nikt ich nie rozpalał. Kapłanka Roda upadła na kolana i ujrzała wizję.
Zobaczyła daleką krainę nad wielką rzeką. Widziała ludzi rozproszonych między wieloma plemionami, widziała wojowników walczących nie o chwałę, lecz o przetrwanie. A pośród nich ujrzała człowieka, który miał zjednoczyć tych, których inni chcieli podzielić. Gdy wizja minęła, powiedziała do córki:
— Czas nadszedł. Musisz wyruszyć ku południu. Tam odnajdziesz męża wybranego przez los. Przekażesz mu słowa przepowiedni, bo jego czyny otworzą drogę dla przyszłych pokoleń.
Lechia zapytała:
— Jak rozpoznam tego, którego szukam?
Matka odpowiedziała:
— Poznasz go po tym, że nie będzie pragnął panować nad ludźmi, lecz ich jednoczyć.
Lechia opuściła więc dom z błogosławieństwem matki i starszyzny. Nie prowadziła jej armia ani orszak. Nie miała bogactw ani znaków królewskich. Szła sama, niosąc jedynie pamięć kapłanów i słowa przepowiedni. Przemierzała lasy, doliny i ziemie wielu ludów. Pytała o człowieka, który potrafił połączyć zwaśnione rody. A im dalej szła, tym częściej słyszała jedno imię: Samon.
Mówiono o nim, iż przybył z dalekich stron, lecz stał się przyjacielem Słowian. Że nie zdobywał ludzi strachem, ale zyskiwał ich zaufanie. W czasach niezgody potrafił stworzyć wspólnotę.
Kiedy Lechia przybyła do Panonii, ujrzała Samona pośród zgromadzonych plemion, które przedstawiały mu swoje najpiękniejsze córki. Junaczka nie przemówiła do niego jak poddana do władcy, lecz jak posłanka bogów do człowieka, którego czekało wielkie zadanie. Powiedziała:
— Samonie, przychodzę ze świętego gaju, gdzie przechowywane są najstarsze wspomnienia świata. Nie niosę ci złota ani wojska. Niosę słowa przepowiedni.
Samon odpowiedział:
— Powiedz więc, co zostało zapisane w znakach od bogów.
Lechia rzekła:
— Przyjdzie czas, gdy z wielu rodów powstanie jeden wielki lud. Jego początki nie będą w mieczu ani w bogactwie, lecz w pamięci przodków. Z twojego przymierza zrodzi się ten, który stanie się pierwszym korzeniem nowego rodu.
Samon zapytał:
— Kim będzie ten, który ma nadejść?
Lechia odpowiedziała:
— Będzie nosił imię pamiętane do kresu czasu. Nie będzie tylko synem człowieka. Będzie początkiem pamięci wielu pokoleń.
Od tego dnia Samon i Lechia szli wspólną drogą. Ojciec Słowian uczynił boginię jedną ze swych żon. On niósł doświadczenie wodza i jednoczyciela ludów. Ona niosła dziedzictwo Świętego Gaju i słowa przepowiedni. A kiedy narodził się ich syn, starsi powiedzieli:
— Oto narodził się pierwszy korzeń drzewa, którego gałęzie sięgną wielu krain. I nadano mu imię: Lech a przydomek Prarodny nadały mu jego dzieci. Nie miał być jedynie synem swoich rodziców. Miał być początkiem nowego rodu.
Księga Pierwsza — Polanie
Polanie — Strażnicy Złotych Pól
Kraina: Wielkopolska, okolice Gniezna i Poznania
Znak: Orzeł nad kłosem zboża
Żywioł: Ziemia
Polanie byli ludem rozległych równin, żyznych pól i świętych gajów rozciągających się w sercu Lechii. Ich ziemie obfitowały w zboże, lasy i rzeki, dzięki czemu należały do najbogatszych krain słowiańskiego świata. Wśród wszystkich plemion słynęli z pracowitości, wytrwałości oraz zdolności jednoczenia rodów pod wspólnym sztandarem. Według legendy, gdy Lechia powierzała swoim dzieciom straż nad poszczególnymi krainami, Polanie otrzymali najważniejsze zadanie — ochronę Świętej Ziemi Przodków. To właśnie tutaj miały spoczywać korzenie pierwszych rodów Lechitów oraz kamienie pamięci pozostawione przez dawnych bohaterów. Bogowie obdarzyli ich siłą Ziemi, dzięki której potrafili budować potężne grody i przetrwać najcięższe próby. Orzeł nad kłosem zboża był symbolem ich przeznaczenia. Orzeł oznaczał władzę, czujność i opiekę nad całym ludem, zaś kłos przypominał o dostatku oraz więzi z ziemią. Wierzono, że gdy biały orzeł krąży nad polami, bogowie błogosławią plonom i przyszłym władcom. Polanie budowali potężne warownie, które z czasem stały się sercem rodzącego się państwa. Ich książęta jednoczyli sąsiednie plemiona, a mędrcy przechowywali pamięć o dawnych prawach i obyczajach. Z ich rodu wywodziła się dynastia Piastów, której przeznaczeniem było zjednoczenie ziem lechickich pod jednym berłem.
Cechy plemienia:
• Wytrwałość i przywiązanie do ziemi
• Umiejętność jednoczenia rodów i plemion
• Potężne grody i silna organizacja
• Szacunek dla tradycji przodków
• Rozwinięte rolnictwo i gospodarność
Dar Żywiołu Ziemi: Polanie potrafili wyczuwać siłę ukrytą w ziemi, przewidywać urodzaj lub nieurodzaj oraz odnajdywać miejsca sprzyjające budowie grodów. W legendach mówiono, że sama ziemia przemawia do nich poprzez drżenie korzeni i szum dojrzewających zbóż.
Święte Zwierzę: Orzeł Biały — królewski strażnik niebios i symbol boskiego przeznaczenia. Według podań prowadził wybranych wodzów ku miejscom, gdzie miały powstać grody przyszłego królestwa.
Motto: „Z ziemi przodków wyrasta siła narodu.”
Pieśń o trzech braciach
W czasach, gdy pamięć starsza była od pisma, a dzieje rodów przekazywano przy świętych ogniach z ust ojców na usta synów, żył mąż wielkiego rodu zwany Samon. Miał on wiele żon i wiele potomstwa. Był Ojcem Rodu — tym, którego słowo kończyło spory, a wyrok przyjmowano z takim samym szacunkiem, jak prawa przodków. Pod jego opieką żyły setki ludzi. Wojownicy strzegli granic, myśliwi zapuszczali się w puszcze, bartnicy wybierali miód z leśnych barci, a kobiety uprawiały żyzne pola nad wielką rzeką. Każdego wieczoru dym z ognisk unosił się nad osadą, a śmiech dzieci mieszał się z pieśniami bajarzy.
Los sprawił, że w później starości, trzy najmłodsze żony Samona powiły mu synów. Pierwszy narodził siłę syn Lechii i zwał się Lech. Drugi był Czech z matki Morawi, która zmarła przy porodzie, a trzeci Rus, którego matką była Ładoga. Już od najmłodszych lat starszyzna mówiła, że każdy z nich ma wielką przyszłość.
Pewnego ranka trzej chłopcy wracali z puszczy. Każdy niósł coś innego. Lech miał na ramieniu worek pełen ziół. Czech ciągnął za poroże młodego jelenia. Rus przyniósł dziwny kamień pokryty błyszczącymi żyłkami. Przy studni czekał na nich ojciec. Spojrzał na synów i uśmiechnął się pod siwym wąsem.
— Cóż przynosicie swemu ojcu?
Lech położył worek na ziemi.
— Zielarka mówiła, że tej zimy wielu zachoruje. Zebrałem zioła, zanim zakwitły.
Ojciec skinął głową.
— Pomyślałeś o tych, którzy przyjdą po tobie.
Następnie zwrócił się do Czecha.
— A ty?
Czech rzucił jelenia u stóp ojca.
— Mięsa wystarczy dla całego domu.
— Sam go upolowałeś?
— Nie. Lech pomógł mi go osaczyć.
Ojciec spojrzał na najstarszego syna.
— To prawda?
Lech tylko skinął głową.
— Dlaczego więc pozwoliłeś bratu przypisać sobie całą zdobycz?
— Bo to on pierwszy dosięgnął jelenia.
Ojciec nic nie odpowiedział. Na końcu spojrzał na najmłodszego.
— Rusie, a cóż ty niesiesz?
Chłopiec wyciągnął kamień.
— Nie wiem.
Czech roześmiał się.
— Nawet nie wie, po co go zabrał!
Rus nie obraził się.
— Znalazłem go nad rzeką. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego kamienia. Nie wiem czemu służy i skąd pochodzi.
Ojciec wziął przedmiot w dłonie. Przez chwilę obracał go w palcach.
— Nie przyniesie nam pożywienia.
Rus spuścił głowę.
— Wiem.
— Ale dzięki takim ludziom świat staje się większy.
Chłopiec spojrzał na ojca zdziwiony.
— Naprawdę?
— Tak. Bo ten, kto zastanawia się, odkrywa więcej niż ten, kto zna wszystkie odpowiedzi.
Wieczorem, gdy ucichły prace, ojciec usiadł przy ognisku wraz z najstarszym żercą. Trzej bracia siedzieli nieopodal.
Kapłan długo im się przyglądał. W końcu odezwał się cicho.
— Widzisz w nich to samo co ja?
Ojciec nie odpowiedział od razu.
— Powiedz pierwszy. — zachęcił kapłana.
Starzec wskazał Lecha.
— Ten będzie słuchał ludzi.
Potem spojrzał na Czecha.
— Ten będzie ich prowadził.
Na końcu zatrzymał wzrok na Rusie.
— A ten nigdy nie pozostanie długo w jednym miejscu.
Czech uśmiechnął się szeroko.
— Skąd możesz to wiedzieć, starcze?
Żerca odwzajemnił uśmiech.
— Bo od początku wieczerzy patrzysz na włócznie wojowników.
Rus zaśmiał się.
— A ja?
— Ty od godziny patrzysz tam, gdzie kończy się droga.
Lech zapytał spokojnie:
— A ja? Na co patrzyłem?
Żerca spojrzał w płomienie.
— Na ludzi.
Zapadła cisza.
Ojciec położył dłoń na ramieniu najstarszego syna.
— Pamiętaj, Lechu.
— O czym, ojcze?
— Wojownik zdobywa ziemię.
— Wiem.
— Wędrowiec odnajduje drogę.
Rus skinął głową.
— A ten, kto ma przewodzić rodowi…
Lech podniósł wzrok.
— ...musi najpierw nauczyć się słuchać.
Ojciec uśmiechnął się.
— Dobrze mnie zrozumiałeś.
Minęły lata. Chłopcy stali się młodzieńcami. Lech wyrósł na wysokiego i silnego mężczyznę. Rzadko podnosił głos, lecz gdy przemawiał, nawet najstarsi wojownicy milkli. Czech był najszybszy we władaniu włócznią. Na igrzyskach nikt nie potrafił pokonać go w zapasach ani w biegu. Rus znał wszystkie rzeki, brody i leśne ścieżki w okolicy. Często znikał na wiele dni, by powrócić z opowieściami o dalekich wzgórzach i nieznanych plemionach.
Pewnego letniego dnia bracia wspięli się na wysokie wzgórze. Przed nimi rozciągał się świat. Na południu błękitniały góry. Na północy ciągnęły się bezkresne puszcze. Na wschodzie połyskiwały wielkie rzeki.
Rus odezwał się pierwszy.
— Myślicie, że tam mieszkają ludzie?
— Na pewno — odparł Czech.
— A jeśli są silniejsi od nas?
Czech uśmiechnął się.
— To będziemy musieli stać się jeszcze silniejsi.
Lech długo patrzył przed siebie.
— Nie o to należy pytać.
Obaj spojrzeli na starszego brata.
— Więc o co?
Lech odpowiedział cicho:
— Czy kiedyś i my będziemy musieli opuścić tę ziemię?
Bracia zamilkli. Żaden z nich nie znał odpowiedzi.
Tymczasem u podnóża wzgórza stał ich ojciec. Patrzył na synów długo i w milczeniu. Obok niego zatrzymał się siwowłosy kącisz.
— Dorastają.
Samon westchnął ciężko.
— Wiem.
— A zatem zbliża się dzień, którego obaj od dawna się obawiamy.
Ojciec nie odpowiedział. Patrzył tylko na trzech synów stojących razem na wzgórzu. W głębi serca wiedział już, że wkrótce nadejdzie czas wielkiej wędrówki, która na zawsze odmieni los rodu. Pamiętnego dnia Samon zwołał wielki wiec. Przybyli wszyscy starsi, wojownicy i gospodarze. Sprawa była ważna. Ojciec Rodu postarzał się i był coraz słabszy, częściej siedział przy ogniu, a jego włosy stały się białe jak zimowy śnieg.
Najstarszy żerca przemówił:
— Nadszedł czas, aby lud wiedział, kto po tobie poprowadzi ród.
Wszyscy spojrzeli na Lecha. Lecz zanim ktokolwiek wypowiedział jego imię, odezwał się Rus.
— Dlaczego wszyscy już wiedzą?
Zapadła cisza. Samon spojrzał na najmłodszego syna.
— Co masz na myśli, Rusie?
Rus wystąpił przed krąg.
— Wszyscy patrzą na Lecha, bo urodził się pierwszy.
Lech milczał.
— Lecz czy pierwszeństwo narodzin daje człowiekowi mądrość?
Nikt nie odpowiedział.
Rus mówił dalej.
— Czy ziemia wybiera wodza według wieku? Czy rzeka płynie dlatego, że pierwsza kropla była najstarsza?
Czech zmarszczył brwi.
— Bracie, waż słowa.
Rus spojrzał na niego.
— Czy mówię nieprawdę?
— Mówisz ostro.
— Bo prawda rzadko jest łagodna.
Najstarszy z wojowników podniósł głos.
— Lech nie otrzymał tego prawa tylko przez narodziny!
Rus spojrzał na niego.
— A przez co?
— Przez czyny.
— Jakie czyny?
— Przez lata służył rodowi.
Rus odpowiedział:
— Ja także.
— Ty?
— Czy nie ja odkrywałem nowe drogi? Czy nie ja znałem rzeki i ziemie, których nie znaliście?
Czech zrobił krok naprzód.
— Nikt nie odbiera ci zasług.
— A jednak wszyscy chcą, abym stał za bratem.
Lech pierwszy raz przemówił.
— Rusie.
Młodszy brat spojrzał na niego.
— Czego chcesz?
— Chcę, aby mój lud widział we mnie kogoś więcej niż młodszego syna.
Lech odpowiedział spokojnie:
— A ja chcę, abyś nie musiał walczyć o miejsce, które już masz w naszym rodzie.
Rus pokręcił głową.
— Ty tego nie rozumiesz.
— Więc wyjaśnij.
Rus spojrzał na wszystkich.
— Ty jesteś korzeniem.
Wskazał na Czecha.
— On jest siłą.
Potem wskazał siebie.
— A ja jestem drogą.
— I co z tego wynika? — zapytał Lech.
Rus odpowiedział:
— Że nie urodziłem się po to, aby całe życie stać w cieniu drzewa.
Słowa te wywołały poruszenie. Jedni przyznawali Rusowi rację. Inni szeptali, że zapomniał o prawach przodków. Ojciec Rodu długo milczał. W końcu podniósł rękę. Wszyscy ucichli.
— Rusie.
— Słucham, ojcze.
— Powiedz mi jedną rzecz.
— Jaką?
— Czy pragniesz dobra rodu?
Rus zawahał się.
— Tak.
— Czy chcesz podnieść rękę przeciw braciom?
Rus spojrzał na Lecha i Czecha. Po chwili odpowiedział:
— Nie.
— Czy więc chcesz, aby twoje pragnienie stało się przyczyną rozłamu?
Rus spuścił wzrok. Po raz pierwszy zabrakło mu odpowiedzi.
Samon wstał. Mimo wieku nadal budził podziw i szacunek. Jego głos był spokojny, ale wszyscy wiedzieli, że właśnie zapadnie wyrok.
— Trzej synowie. — podszedł do starego dębu stojącego przy świętym kręgu. — Ten dąb wyrósł z jednego nasienia. — dotknął pnia. — Lecz jego gałęzie sięgają różnych stron świata. — spojrzał na synów. — Czy mam odciąć jedną gałąź, aby druga rosła prosto? — nikt się nie odezwał. — Nie. — kontynuował — Czy mam zmusić wszystkie gałęzie, aby rosły w jednym kierunku?
— Nie — odpowiedzieli starsi.
Wódz Pannończyków skinął głową.
— Zatem taki będzie mój wyrok. — zwrócił się do synów. — Nie rozdzielicie się. Nie odejdziecie w gniewie. Nie będzie między wami wojny. Wyruszycie razem. Zabierzecie ze sobą swoich ludzi. Poszukacie ziemi, którą przeznaczył wam los. A gdy nadejdzie czas, drogi same pokażą wam wasze przeznaczenie.
Rus pochylił głowę.
— Czy to kara, ojcze?
Starzec spojrzał na niego.
— Nie.
— Więc co?
— Próba.
— Dla kogo?
— Dla was wszystkich. — spojrzał na Lecha. — Czy potrafisz prowadzić lud bez pychy? — popatrzył na Czecha. — Czy potrafisz być silny bez gniewu? — zerknął na Rusa. — Czy potrafisz szukać własnej drogi, nie niszcząc drogi braci?
Trzej bracia milczeli. Lecz każdy zrozumiał, że od tego dnia ich los został związany z wielką wędrówką. Tak zapadł wyrok wiecu. Nie miecz miał rozdzielić braci. Nie gniew czy zdrada. Lecz sama droga, która miała pokazać każdemu z nich miejsce przeznaczone przez los.
Minęło wiele dni od chwili, gdy Samon ogłosił swój wyrok. W osadzie trwały przygotowania. Kowale naprawiali wozy.
Kobiety suszyły zapasy zboża i ziół. Wojownicy wybierali najlepsze konie i ostrzyli broń. Nikt nie wiedział, co znajdzie się za granicą znanych ziem.
W noc przed odejściem Ojciec Rodu wezwał trzech synów do świętego kręgu.
Nie było tam całego ludu. Tylko oni, najstarszy żerca i ogień, który od pokoleń płonął przy rodzie. Samon długo patrzył na płomienie. W końcu przemówił:
— Jutro opuścicie ziemię, na której spoczywają kości naszych ojców.
Lech skłonił głowę.
— Będzie nam jej brakować.
— Każdemu człowiekowi brakuje miejsca, w którym pierwszy raz ujrzał światło.
Czech ścisnął dłoń.
— Lecz jeśli droga wymaga próby, przejdziemy ją.
Rus patrzył w ciemność poza kręgiem ognia. Ojciec zauważył to.
— A ty, Rusie?
— Ja już widzę to, czego jeszcze nie ma.
Starzec westchnął.
— I właśnie dlatego musisz pamiętać o tym, co było.
Następnie podał pierwszy dar. Był to niewielki znak wycięty z najstarszego dębu w Świętym Gaju. Położył go w dłoniach Lecha.
— To Znak Pamięci.
Lech spojrzał na niego uważnie.
— Czego ma strzec?
— Tego, czego nie można zobaczyć oczami.
— Czego?
— Imion przodków. Przysiąg. Praw, które istniały, zanim człowiek wypowiedział pierwsze słowo.
Lech przycisnął znak do piersi.
— Nie pozwolę, aby zostały zapomniane.
Potem ojciec zwrócił się do Czecha. Przyniesiono włócznię wykutą przez najlepszych kowali Pannonii.
— To Włócznia Strażnika.
Czech chwycił ją mocno.
— Czy mam nią zdobywać ziemie?
Ojciec spojrzał surowo.
— Nie.
— Więc po co ją otrzymuję?
— Abyś pamiętał, że siła bez prawa jest tylko przemocą.
Czech pochylił głowę.
— Będę jej godny.
Na końcu ojciec podszedł do Rusa. Wziął drewniany kostur podróżny z rak żercy.
Nie był zdobiony złotem ani srebrem. Był prosty.
— To Kostur Drogi. — Rus uśmiechnął się lekko. — Wiedziałeś, że właśnie taki dar powinienem otrzymać.
— Wiedziałem.
— Czy gniewasz się na mnie, ojcze?
Samon spojrzał mu w oczy.
— Za to, że pragniesz własnej drogi?
Pokręcił głową.
— Nie.
— Za to, że chciałem więcej?
— Nie.
— Więc za co?
Ojciec odpowiedział:
— Za to, że czasem zapominasz, iż droga samotnego człowieka może stać się zgubą dla całego rodu.
Rus milczał. Po chwili przyjął kostur.
— Zapamiętam.
Nadszedł dzień odejścia. O świcie cały lud zebrał się przy świętym miejscu przodków. Młodzieńcy dotykali ziemi dłońmi. Kobiety żegnały drzewa, pod którymi bawiły się jako dzieci. Wojownicy stali w milczeniu. Nikt nie śpiewał. Nikt nie cieszył się z drogi. Bo nawet największa nadzieja nie odbiera bólu pożegnania.
Jedna z kobieta najstarszego rodu podeszła do Lecha.
— Dokąd poprowadzisz nas, synu?
Lech odpowiedział:
— Tam, gdzie znajdziemy ziemię godną naszych dzieci.
— A jeśli jej nie znajdziesz?
Lech spojrzał na ludzi stojących za nim.
— Wtedy będę szukał dalej.
Czech stanął obok niego.
— A jeśli przyjdzie walczyć? — pytała kobieta
— Wtedy będę walczył — odpowiedział.
Rus dodał:
— A jeśli trzeba będzie iść jeszcze dalej?
Lech spojrzał na niego.
— Wtedy pójdziemy.
Po raz pierwszy od wielu dni trzej bracia stali ramię w ramię. Przed odejściem Ojciec Rodu uklęknął przy ziemi. Położył na niej dłoń.
— Niech matka ziemia prowadzi was do celu, który wam bogowie wyznaczyli. Pamiętajcie o nas, o tych drzewach i wodach. — potem zwrócił się do synów. — Ruszajcie.
Wielka wędrówka się rozpoczęła. Szli przez wiele dni. Przez puszcze, których końca nie było widać. Przez rzeki szerokie jak jeziora. Przez krainy, gdzie nigdy wcześniej nie stanęła stopa ich rodu. Nie każdy dzień był zwycięstwem.
Były noce głodu. Były burze, które łamały wozy. Byli ludzie, którzy tracili nadzieję. Pewnego wieczoru, gdy ulewa zniszczyła część zapasów, wojownicy przyszli do braci.
— Jak długo jeszcze mamy iść?
Czech odpowiedział:
— Dopóki nie znajdziemy miejsca, które będziemy mogli nazwać swoim.
Rus dodał:
— A może takie miejsce istnieje daleko stąd.
Jeden z wojowników spojrzał na niego gniewnie.
— Zawsze patrzysz dalej niż inni.
Rus odpowiedział:
— Bo ktoś musi patrzeć tam, gdzie jeszcze nie doszliśmy.
Lech przerwał spór.
— Dość. — spojrzał na obu braci. — Każdy z was mówi prawdę. Czech patrzy na to, co trzeba obronić. Rus na to, co trzeba odkryć. A ja muszę pamiętać o tych, którzy idą za nami.
Po wielu księżycach dotarli do miejsca, którego nikt wcześniej nie znał. Przed nimi stał wielki kamień. Od niego odchodziły trzy drogi. Jedna prowadziła ku wysokim górom. Druga ku wielkim rzekom i bezkresnym równinom. Trzecia ku spokojnym ziemiom pełnym lasów i pól. Lud zatrzymał się. Wszyscy wiedzieli że właśnie nadszedł czas rozstania.
Czech pierwszy spojrzał na góry.
— Tam jest moja droga.
Rus patrzył na wschód.
— Tam woła mnie świat.
Lech długo milczał.
W końcu spojrzał na trzecią drogę.
— A tam może być nasz dom.
Wieczorem rozpalono ostatni wspólny ogień. Trzej bracia siedzieli przy nim po raz ostatni jako jeden lud.
Czech powiedział:
— Myślałem kiedyś, że moje zwycięstwo będzie wtedy, gdy pokonam wszystkich.
Lech spojrzał na niego.
— A teraz?
— Teraz wiem, że największym zwycięstwem jest nie pokonać brata.
Rus milczał długo. W końcu powiedział:
— Byłem przekonany, że muszę znaleźć własne miejsce, aby udowodnić swoją wartość.
— A dziś? — zapytał Lech.
Rus spojrzał w ogień.
— Teraz wiem, że własna droga nie oznacza zapomnienia o początku.
O świcie nadszedł czas rozejścia się ku przeznaczeniu.
Czech objął Lecha.
— Bracie.
— Tak?
— Jeśli kiedyś nasze ludy się spotkają… Niech pamiętają o naszym braterstwie.
Rus położył dłoń na ramieniu obu braci.
— Niech nigdy nie powiedzą, że byliśmy sobie obcy.
Lech odpowiedział:
— Bo nie byliśmy. — objął braci. — Byliśmy jednym drzewem. Tylko los dał nam trzy gałęzie.
Czech ruszył pierwszy. Rus odszedł chwilę później. Lech został jeszcze przez chwilę i patrzył, jak sylwetki jego braci znikają w dali. Potem odwrócił się do swojego ludu. Wziął w dłoń Znak Pamięci.
I poprowadził ich dalej. Ku ziemi, która miała stać się ojczyzną Lecha oraz jego potomstwa. Minęło wiele księżyców od dnia, gdy trzy drogi rozdzieliły losy trzech braci. Lech prowadził swój lud przez ziemie, których nie znały jeszcze pieśni żadnych bajarzy.
Nie szukał ziemi najbogatszej. Nie szukał miejsca, gdzie łatwo byłoby zwyciężyć.
Szukał miejsca, gdzie jego lud mógłby żyć spokojnie. Każdego ranka wychodził pierwszy. Każdego wieczoru wracał ostatni. Pytał starszych, czy nikt nie został w drodze. Pytał wojowników, czy konie są gotowe. Pytał matek, czy dzieci mają schronienie. Pewnego dnia jeden z młodych wojów zapytał:
— Lechu, dlaczego tak bardzo troszczysz się o tych, którzy nie mogą walczyć?
Lech spojrzał na niego.
— Bo wojownik, który chroni tylko wojowników, nie jest wodzem.
— Kim więc jest prawdziwy wódz?
Lech odpowiedział:
— Tym, który niesie ciężar wszystkich.
Droga nie była łatwa. Pewnej zimy śniegi przykryły ścieżki. Zapasy zaczęły się kończyć. Ludzie zaczęli szeptać, że może trzeba zawrócić. Wtedy rada wodzów przyszła do Lecha.
— Wielu traci nadzieję.
Lech zapytał:
— A wy ją straciliście?
Odparł najodważniejszy przywódca drużyny.
— Nie.
— Więc dlaczego pytacie mnie o innych?
Wojownik uśmiechnął się smutno.
— Bo czasem nawet najmądrzejszy człowiek potrzebuje usłyszeć, że idzie właściwą drogą.
Lech spojrzał ku północy.
— Nie wiem, czy droga jest właściwa.
— A jednak idziesz?
— Tak.
— Dlaczego?
Lech odpowiedział:
— Bo jeśli zatrzymamy się ze strachu, nigdy nie znajdziemy naszego domu.
Po wielu miesiącach wędrówki lud Lecha dotarł do krainy, gdzie ziemia była żyzna, lasy pełne zwierzyny, a wody spokojne.
Nie było tam wielkich gór czy bezkresnych pustyń. Była za to ziemia, która dawała człowiekowi wszystko, czego potrzebował. Pewnego poranka zwiadowcy przybiegli do obozu.
— Wodzu! To chyba kres naszej wędrówki.
— Dlaczego?
— Przed nami wielkie jezioro.
— Jak wielkie?
— Tak wielkie, że nie widzimy drugiego brzegu.
Lech wyruszył z nimi. Gdy ujrzał wodę, długo milczał. Na środku jeziora znajdowała się wyspa, a obok kolejna, mniejsza. Otoczone wodą, spokojne i bezpieczne. Kapłanka i wieszczka, która towarzyszyła ojcu Lachów rzekła:
— Miejsce takie nie zdarza się często.
Lech zapytał:
— Co widzisz?
Kapłanka odpowiedziała:
— Miejsce, gdzie człowiek może wznieść dom.
Lech patrzył na wyspę.
— Niech więc powstanie tam nasza siedziba.
I tak lud Lecha osiadł przy wodach jeziora. Wzniesiono na wielkiej wyspie gród, a na mniejszej wyrocznię i dom kapłanki. Pewnego dnia, gdy Lech wraz z wojownikami objeżdżał nowe ziemie, dotarł do osady położonej niedaleko jeziora. Mieszkał tam ród ludzi spokojnych i pracowitych. Ich przywódca miał córkę imieniem Leda. Nie była kobietą, która szukała sławy. Nie nosiła ozdób po to, aby inni ją podziwiali.
Znano ją z mądrości i odwagi. Tego dnia, gdy Lech przybył do osady, ujrzał ją przy studni. Pomagała starszej kobiecie nieść wodę. Lech zatrzymał konia. Zachwycił się jej urodą. Opowieści o niej były bardziej niż prawdziwe. Zapytał:
— Czy córka wodza zawsze wykonuje pracę służebnych?
Leda spojrzała na niego spokojnie.
— Czy wódz, który nie potrafi służyć swoim ludziom, zasługuje na ich posłuszeństwo?
Lech uśmiechnął się.
— Mądre słowa.
— A ty kim jesteś, że pytasz?
— Człowiekiem, który szuka ukojenia dla swego serca.
Leda spojrzała na niego uważniej.
— A znalazłeś?
Lech spojrzał w stronę jeziora.
— Jeszcze nie wiem.
— Więc nadal szukasz?
— Tak.
— W takim razie nie szukaj tylko ukojenia.
Lech zdziwił się.
— Czego jeszcze?
Leda odpowiedziała:
— Serce potrzebuje nie tylko ukojenia czy rozkoszy. Potrzebują innego seca, które stanie się ich domem.
Od tego dnia Lech często odwiedzał ród Ledy. Rozmawiali o ziemi, ludziach i przyszłości. Lech podziwiał jej rozwagę.
Leda zaś widziała w nim nie tylko wojownika i wodza, lecz człowieka, który niósł odpowiedzialność za tysiące istnień. Po pewnym czasie ojciec Lechitów powiedział do niej:
— Wiele dróg przeszedłem. Wiele ziem widziałem. Lecz dopiero tutaj przy tobie poczułem, że mam to czego szukałem.
Leda odpowiedziała:
— Bo czasem człowiek nie znajduje ziemi. Czasem ziemia znajduje jego, gdyż to moc serca i bogów wiąże losy rodów.
Z czasem lud Lecha i Ledy połączyły się.
Zaczęto budować nowe osady wokół jeziora. Wznoszono kuźnie i warsztaty rzemieślnicze. Obsiewano pola. Tworzyła się nowa społeczność silna i zwarta.
Pewnego dnia żerczyni powiedziała:
— Ten lud nie jest już tylko wędrowcami.
Lech zapytał:
— Kim więc jesteśmy?
Kapłanka spojrzała na rozległe pola.
— Jesteśmy tymi, którzy związali swoje życie z tą ziemią. Tymi, którzy strzegą pól. Tymi, którzy czerpią siłę z pracy własnych rąk. I dlatego odtąd nazywać nas będą Polanami.
Lech powtórzył to słowo.
— Polanie. Brzmi jak obietnica.
Wieczorem przy wielkim ogniu Lech wspominał swoich braci. Leda usiadła obok niego.
— Myślisz o nich?
— Każdego dnia.
— Żałujesz, że poszli innymi drogami?
Lech spojrzał na płomienie.
— Nie, bo drzewo nie przestaje być jednym drzewem tylko dlatego, że jego gałęzie rosną w różne strony.
Leda położyła dłoń na jego ręce a on ucałował ją w czoło. Wiele tygodni później doszło do swaćby Lech i Ledy. Podczas uczty, ojciec Lachów ogłosił, że jezioro otaczające gród zwać się ma Lednicą a gród Ostrowem. Wtedy cały lud po raz pierwszy nazwał tę ziemię swoją ojczyzną. Tak zakończyła się wielka wędrówka Lecha.
Pieśń o narodzinach plemion Lechii
Na długo przed tym, zanim kamienne świątynie wzniosły się nad ziemiami północy, zanim kronikarze zapisali pierwsze imiona książąt, między błękitnymi jeziorami, szerokimi rzekami i nieprzebytymi puszczami rozciągała się kraina zwana Lechią. Nie miała jeszcze jednego władcy nad wszystkimi ludami ani murów z kamienia. Jej granic strzegły lasy, mokradła i rzeki, a największym bogactwem były żyzna ziemia, wolni ludzie i pamięć przodków. W samym sercu tej krainy, pośród wód wielkiego jeziora, wznosił się gród Lecha Prarodnego i jego małżonki Ledy. Dębowe wały otaczały domostwa, spichlerze i warsztaty rzemieślników. W dzień słychać było stukot kowalskich młotów, śmiech dzieci i nawoływania rybaków wracających z połowu, nocą zaś strażnicy obchodzili wały z płonącymi łuczywami, wypatrując niebezpieczeństwa. Nieopodal grodu leżała niewielka wyspa porośnięta pradawnymi dębami. Mówiono, że rosły tam od początku świata, a ich korzenie pamiętały pierwsze świty i pierwsze burze. Pośrodku wyspy stał najstarszy z nich. Tak potężny, że czterech rosłych wojowników nie zdołałoby objąć jego pnia. Nazywano go Drzewem Roda. Tam znajdował się święty gaj poświęcony Rodowi-Światowidowi — Stwórcy Nieba i Ziemi, Ojcu czasu, losu i wszelkiego istnienia. Nie przedstawiano go początkowo w ludzkiej postaci, gdyż kapłani mawiali:
— Jak zamknąć w drewnie Tego, który stworzył drzewa? Jak wyrzeźbić Tego, który ukształtował człowieka?
Dlatego największą świętością był sam dąb. Każdego roku, gdy nadchodziły Szczodre Gody, cały gród przeprawiał się łodziami na wyspę. Najpierw szli kapłani odziani w białe lniane szaty przepasane czerwonymi pasami. Za nimi podążali kniaź i starsi rodów. Potem wojownicy. Na końcu kobiety, dzieci i rzemieślnicy. Nikt nie niósł broni obnażonej. Przed Drzewem Roda wszelki gniew musiał zamilknąć. Tak to czczono boga nad bogami i ojca nad ojcami.
Tego roku zima ustąpiła wcześniej niż zwykle. Lód pękł z donośnym hukiem, a żurawie powróciły znad dalekich krain.
Kapłan Miłomir spojrzał ku niebu.
— Jare Gody przyjdą wcześniej. — rzekł cicho.
— To dobry znak? — zapytała Leda.
Starzec długo milczał.
— Dobre znaki często poprzedzają wielkie próby.
Wieść o jego słowach szybko rozeszła się po grodzie. Jedni widzieli w nich zapowiedź urodzaju. Inni szeptali o nadchodzącej wojnie. Lech nie powiedział nic. Patrzył jedynie na swoje siedmioro dzieci. Najstarszy syn ostrzył włócznię. Drugi budował nową łódź. Trzeci wrócił z polowania z jeleniem na ramionach. Najmłodszy uczył się od kowali. Córki przędły len i śpiewały pieśni tak stare, że tylko kapłani znali ich początek. Lech wiedział jednak to, czego nie wiedział nikt. Jego dzieci dorosły. A dorosłe drzewo nie zatrzymuje swoich gałęzi przy pniu.
Kilka dni później rozesłano posłańców. Róg z tura zabrzmiał nad jeziorami. Na jego głos przybywali wodzowie okolicznych rodów. Jedni przypłynęli dłubankami. Inni przyjechali konno. Jeszcze inni przyszli pieszo przez puszcze. Wieczorem przy świętym dębie zapłonęło wielkie ognisko.
Lech powstał.
— Sława Rodowi. Witajcie na wiecu.
— Sława bogom. Witaj, Lechu! — odpowiedzieli zgodnym głosem.
Najstarszy ze starszyzny, Siemowit z rodu myśliwych, odezwał się pierwszy.
— Dawno nie zwoływałeś wiecu, kniaziu.
— Bo dawno nie było sprawy większej od tej.
Na polanie zapadła cisza. Słychać było jedynie trzask drewna i szum liści.
Lech podniósł dębową laskę.
— Powiedzcie… co daje siłę ludowi?
— Miecze! — zawołał wojownik.
— Grody! — odparł inny.
— Konie! — zawołał ktoś.
— Żelazo! — rzekł stary kowal.
— Liczni synowie! — wykrzyknęła kobieta.
Lech pokręcił głową.
— Wszystko to można utracić. — popatrzył na Święty Dąb. — Ziemię można spalić. Gród można zdobyć i niszczyć. Miecz można złamać. Lecz jest coś, czego nie odbierze żaden wróg.
— Co takiego? — zapytała Leda.
Lech spojrzał na zgromadzonych.
— Jedność. — położył dłoń na chropowatej korze. — Tak jak korzenie karmią wszystkie konary, tak wspólna pamięć karmi wszystkie rody.
Starszyzna przytaknęła. Jedynie wojownik Bożygniew zmarszczył brwi.
— Łatwo mówić o jedności, gdy wszyscy siedzą przy jednym ogniu. A co będzie, gdy zabraknie ziemi? Gdy nasze dzieci zaczną spierać się o lasy, rzeki i pola?
Kniaź długo patrzył w płomienie. Wreszcie odpowiedział spokojnie:
— Wtedy nie będą już tylko moimi dziećmi. Staną się ojcami nowych ludów.
Po polanie przebiegł szmer.
— Chcesz kniaziu rozdzielić własny ród? — zapytał ktoś z niedowierzaniem.
— Nie rozdzielić. — włożył do ognia kij. — Rozszerzyć. — wyjął żyjący się patyk i uniósł. — Tak jak z jednego żaru można rozpalić wiele ognisk, nie gasząc pierwszego.
Kilka tygodni później rozpoczęły się przygotowania do wielkiego święta Stada — czasu, gdy wszystkie rody spotykały się na wspólnej uczcie, zawodach i naradach. Kobiety piekły chleby z nowej mąki. Bartnicy otwierali beczki pachnącego miodu. Kowale ostrzyli miecze i włócznie na pokazy sprawności. Młodzieńcy ścigali się konno. Dzieci plotły wieńce z dębowych liści. Kapłani rozpalili ogień, który miał płonąć przez siedem dni i siedem nocy. Nadszedł poranek Stada. Kącisz uniósł ręce ku koronie świętego dębu i przemówił:
— Rodzie-Światowidzie, Ojcze wszelkiego istnienia, spraw, aby pamięć była silniejsza od pychy, zgoda mocniejsza od gniewu, a mądrość prowadziła tych, którzy obejmą władzę po swoich ojcach.
Wiatr poruszył gałęziami. Nad polaną przeleciał biały orzeł. Wszyscy zamilkli.
Tylko Bożygniew stojąc obok kapłanki wyszeptał:
— Nigdy nie widziałem go tak nisko… to jakoś znak albo cud.
Żercztni uśmiechnął się.
— Nie każdy znak oznacza cud. Ale każdy może przypominać człowiekowi, kim powinien być.
Lech patrzył za oddalającym się ptakiem.
Nie wiedział jeszcze, że właśnie rozpoczął się ostatni rok, w którym jego wszystkie dzieci mieszkają pod jednym dachem. A przyszłe pokolenia miały zapamiętać, że wielkość Lechii nie narodziła się z podboju, lecz z odwagi, przysięgi i zgody ludzi, którzy potrafili pozostać jedną rodziną, choć los poprowadził ich w siedem różnych stron. Lecz zanim to nastało przyszedł czas radości. Lato nadeszło w całej swej chwale. Słońce królowało nad Lechią, a łany zbóż falowały niczym złote morze. W puszczach dojrzewały poziomki, na mokradłach kwitły kaczeńce, a rybacy wracali z jezior z łodziami pełnymi sumów i szczupaków. Lecz wszyscy czekali na jedną noc. Na Noc Kupały. Była to najkrótsza noc roku — czas ognia i wody, miłości, odwagi oraz nadziei. Wierzono, że tej jednej nocy granica między światem ludzi a tajemnicami losu staje się cieńsza niż pajęcza nić. Na Ostrowie oraz podgrodziu od świtu trwały przygotowania. Dziewczęta plotły wianki z dębowych liści, macierzanki, rumianku i bławatków. Młodzieńcy znosili drewno na ogromne ogniska. Starcy oczyszczali święty gaj, a kapłani przygotowywali ofiarne palenisko pod potężnym dębem Roda-Światowida pośród kamiennego kręgu. Wieczorem Lech Prarodny stanął przed swoim ludem i przemówił:
— Niech tej nocy nie będzie między nami gniewu. Niech zwaśnieni podadzą sobie dłonie. Niech każdy pamięta, że jesteśmy jednym rodem.
Ludzie odpowiedzieli donośnym okrzykiem.
— Jednym rodem!
Zapłonęły ogniska. Młodzi przeskakiwali przez płomienie, wierząc, że ogień wypala lęk, a pozostawia odwagę. Dziewczęta puszczały wianki na jezioro. — Jedne płynęły daleko. Inne zatrzymywały się przy brzegu. Jeszcze inne stykały się ze sobą, wywołując śmiech i żarty panien na brzegu. Gdy księżyc wspiął się wysoko nad lasami, kapłan podszedł do Lecha.
— To już czas.
Prarodny skinął głową.
— Czy ona już przybyła?
— Czeka.
Na skraju świętego gaju, gdzie rosły stare drzewa, siedziała samotna kobieta. Jej włosy były bielsze od porannej mgły. Oczy miała jasne jak tafla jeziora. Nazywano ją Miłowidą. Nie była kapłanką. Nie należała do żadnego rodu.
Mówiono, że urodziła się podczas burzy, a pierwszym dźwiękiem, jaki usłyszała, był grzmot Peruna. Jeszcze inni twierdzili, że przez siedem dni błąkała się jako dziecko po puszczy i odnalazł ją sam Leszy. Ona nigdy nie potwierdzała żadnej z tych opowieści. Do dziś nikt nie wie skąd była. Widziała jednak więcej niż inni.
Lech podszedł do niej.
— Witaj, Miłowido.
— Witaj, Lechu… Synu Samona, ojcze wielu ludów.
— Wezwałaś mnie i mojej dzieci.
— Nie.
Staruszka uśmiechnęła się tajemniczo.
— To Rod wezwał was.
Na polanie zapadła cisza. Kapłani zgasili wszystkie pochodnie. Pozostał jedynie blask księżyca oraz płomień pod świętym dębem. Miłowida uniosła ręce.
— Rodzie-Światowidzie… Ojcze początku i końca… Jeśli taka jest Twoja wola, pozwól ujrzeć nić przeznaczenia.
Wiatr ucichł. Nawet liście przestały szeleścić. Wieszczka otworzyła oczy.
— Niech podejdzie najstarszy syn.
Polan uklęknął. Miłowida położyła dłoń na jego czole. Po chwili przemówiła głosem, który zdawał się należeć do kogoś znacznie starszego od niej.
— Widzę pola bez końca… Widzę tysiące dymów unoszących się nad chatami… Widzę gród większy od wszystkich grodów… Ty pozostaniesz przy korzeniu.
Twoje plemię stanie się sercem Lechii. Lecz pamiętaj… Największym wrogiem serca jest pycha.
Polan skłonił głowę, po czym ucałował dłonie starej kobiety.
Przed wieszczkę wystąpił drugi syn.
— Widzę wielką rzekę… Widzę grody odbijające się w wodzie… Widzę ludzi, którzy przyjdą z południa. Jedni przyniosą handel. Inni miecze. Ty Wisławie nauczysz swój lud rozpoznawać jednych od drugich.
Młodzieniec postąpił podobnie jak jego brat.
Trzeci syn Lecha uklęknął przed widzącą.
Miłowida westchnęła.
— Widzę nieprzebyte puszcze… Wilki… Tury… I ludzi, którzy zapomnieli, że las jest domem, a nie zdobyczą. Ty zostaniesz strażnikiem borów. Dopóki będą stały drzewa, będzie żyło twoje plemię, Borowicie.
Chłopak podziękował i oddał hołd wieszczce.
Czwarty syn spojrzał odważnie w oczy starej kobiety, która rzekła:
— Widzę morze. Burze. Dalekie okręty.
Bursztyn jaśniejący niczym zastygłe promienie słońca. Morzywoju twój lud będzie znał świat dalej niż inni. Ale pamiętaj… Kto zbyt długo patrzy ku obcym krainom, może zapomnieć drogę do własnego domu.
Najstarsza córka uklękła spokojnie. Miłowida uśmiechnęła się.
— Widzę świętą górę. Widzę płomień, który nigdy nie gaśnie. Ty Raduniu pojednasz skłócone rody. Tam, gdzie inni zobaczą spór, ty odnajdziesz zgodę.
Druga córka usłyszała słowa:
— Widzę wschodnie drogi. Widzę jeźdźców. Kupców. Posłów. I wojowników.
Twoi potomkowie będą pierwszą tarczą Lechii. Nie dlatego, że kochają wojnę. Lecz dlatego, że kochają pokój. Takie jest twoje przeznaczenie Lędo.
Najmłodsza córka Lecha podeszła jako ostatnia. Wieszczka zamilkła. Bardzo długo miała zamknięte oczy. Tak długo, że kapłani zaczęli szeptać między sobą.
Nagle Miłowida otworzyła szeroko oczy.
— Jeziora… Mgły… Pieśni… Widzę dzieci słuchające dawnych opowieści. Jeśli kiedyś Lechici zapomną własne dzieje…
Twój ród będzie ich strażnikiem, potężna Mietlano.
Wszyscy odetchnęli z ulgą. Lecz Miłowida nie opuściła rąk. Jej twarz pobladła.
— To jeszcze nie koniec…
Lech zrobił krok naprzód.
— Co widzisz?
— Ogień… Bardzo wiele ognia… Siedem ognisk płonie osobno. Potem gasną.
Na końcu pozostaje tylko jedno. Jedno tak wielkie, że jego blask odbija się w tysiącach tarcz.
Lech zmarszczył brwi.
— Czy to znak zwycięstwa?
Wieszczka odpowiedziała cicho:
— Zwycięstwo i próba mają to samo oblicze. — dodała. -Jeżeli siedem gałęzi zapomni o swoim korzeniu… Drzewo uschnie. Jeżeli jednak pozostaną jedną rodziną… Żaden wróg nie złamie Lechii.
Na polanie zapanowała cisza.
W tej samej chwili z ciemności dali dobiegł przeciągły wilczy skowyt. Nad koroną świętego dębu przeleciał biały orzeł i usiadł na najwyższej gałęzi.
Kapłan wyszeptał:
— Zapamiętajcie tę noc. Nie dlatego, że usłyszeliście przyszłość. Lecz dlatego, że od tej chwili każdy z was będzie ją współtworzył własnymi czynami.
Lech objął wzrokiem swoje dzieci. Nie widział już chłopców i dziewcząt. Widział przyszłych założycieli wielkich plemion.
Księżyc, pełny i jasny, zawisł nad świętym dębem niczym milczący świadek przepowiedni, której znaczenie miały zrozumieć dopiero przyszłe pokolenia.
Mijały lata. Siedmioro dzieci Lecha Prarodnego rozeszło się po rozległych ziemiach między górami, puszczami, rzekami i morzem. Tam, gdzie niegdyś rozbrzmiewały jedynie odgłosy dzikiej przyrody, wyrosły nowe grody, osady i święte miejsca. Każdy ród pielęgnował własne zwyczaje, pieśni i opowieści, lecz wszystkie rozpoczynały się od tych samych słów:
— Jesteśmy dziećmi Lecha Prarodnego, ojca Lechii, naszej matki i karmicielki.
Polanie strzegli żyznych pól i wielkiego grodu przodków. Wiślanie czuwali nad szeroką rzeką i szlakami kupieckimi. Mazowszanie bronili bezkresnych puszcz.
Pomorzanie wypływali na morze, niosąc bursztyn ku odległym krainom. Ślężanie strzegli świętej góry i dawnych przysiąg.
Lędzianie czuwali nad wschodnimi drogami. Goplanie przechowywali pamięć o początkach i dawne pieśni przodków. Choć dzieliły ich wielkie odległości, każdej wiosny posłańcy wyruszali do grodu Lecha. Wieźli dary: worki zboża, bursztyn, miód, skóry, sól, ryby i miecze wykute przez najlepszych kowali. Lecz największym darem nie były bogactwa. Była nim obecność. Raz do roku wszystkie plemiona spotykały się przy świętym gaju Roda-Światowida. Tam gasły dawne spory, odnawiano przysięgi i wspominano tych, którzy odeszli do krainy przodków. Starcy opowiadali dzieciom historię pierwszego wiecu, pierwszego ognia i pierwszego słowa wypowiedzianego przez Lecha pod świętym dębem.
Pewnego roku Lech Prarodny, już bardzo sędziwy, poprosił, aby zaprowadzono go do Drzewa Roda. Oparł dłoń o chropowatą korę. Milczał długo. Wreszcie przemówił:
— Spójrzcie na ten dąb. — wszyscy unieśli głowy ku potężnym konarom. — Czy któraś gałąź żyje tylko dla siebie?
— Nie! — odpowiedzieli zgodnie.
— Czy korzenie pytają, który konar jest ważniejszy?
— Nie.
Lech uśmiechnął się.
— Tak samo jest z narodem. Każdy ród jest inną gałęzią. Jedni mieszkają nad morzem, inni nad rzekami, jeszcze inni pośród puszcz i gór. Lecz wszystkie gałęzie czerpią życie z jednego korzenia. Gdy zaczynają walczyć między sobą, słabnie całe drzewo. Gdy wspierają się nawzajem, staje się ono silniejsze od największej burzy.
Młody wojownik zapytał:
— Ojcze Lechu… a co jest tym korzeniem?
Starzec spojrzał na wszystkich zebranych.
— Pamięć i więzy krwi. — wziął sztylet i naciął palec a krew popłynęła po korze drzewa. — Nie pamięć dawnych waśni. Nie pamięć krzywd. — kontynuował. — Lecz pamięć tego, kim jesteśmy. Pamięć przodków, którzy uczyli nas pracować uczciwie, dotrzymywać przysięgi, szanować starszych, bronić słabszych i kochać ziemię, która nas wykarmiła. — Lech nabrał głęboko powietrza. — Ziemia nie należy do człowieka. To człowiek należy do swojej ziemi. Otrzymuje ją od przodków tylko po to, aby przekazać ją dzieciom bogatszą, bezpieczniejszą i piękniejszą.
Zapadła cisza. Słychać było jedynie wiatr poruszający liśćmi świętego dębu.
Wtedy Lech uniósł dębowy kostur kniazia i rzekł:
— Przysięgnijcie na Roda!
Siedmiu wodzów wysunęło miecze. Nie unieśli ich przeciw sobie. Skierowali ostrza ku ziemi.
— Przysięgamy!
— Że nie podniesiemy ręki na braci bez sprawiedliwej przyczyny.
— Przysięgamy!
— Że będziemy strzec ziemi ojców.
— Przysięgamy!
— Że żadne plemię nie pozostanie samo w godzinie próby.
— Przysięgamy!
Lech zamknął oczy. Na jego twarzy pojawił się spokojny uśmiech.
— Teraz wiem, że moje dzieło nie umrze.
Tej samej chwili wiatr poruszył koroną świętego dębu, jakby sam Rod potwierdził słowa przysięgi. Nad jeziorem zatoczył krąg biały orzeł. Niektórzy dostrzegli w tym jedynie pięknego ptaka.
Inni zobaczyli znak nadziei. A najstarsi powiedzieli:
— Nie znaki czynią naród wielkim. Naród staje się wielki wtedy, gdy jego synowie i córki pozostają wierni temu, co święte.
Minęły pokolenia. Zmieniały się grody.
Zmieniały się obyczaje. Zmieniały się języki, którymi przemawiali potomkowie dawnych rodów. Lecz ilekroć nad Lechią zbierały się ciemne chmury, wracano pamięcią do słów Lecha Prarodnego.
Powtarzano je przy ogniskach, w domach, na wiecach i podczas wychowywania dzieci:
„Naród jest jak drzewo. Korzenie to pamięć przodków. Pień to jedność. Gałęzie to ludzie. Liście oraz żołędzie to kolejne pokolenia. Gdy uschną korzenie, uschnie całe drzewo. Lecz gdy korzenie pozostaną żywe, żadna burza nie zdoła go złamać.”
I dlatego potomkowie siedmiu plemion przekazywali sobie z pokolenia na pokolenie najważniejsze dziedzictwo nie w złocie ani w mieczach, lecz w pamięci i krwi, odpowiedzialności oraz miłości do ojczystej ziemi. Bo siła Lechii nigdy nie rodziła się z pychy ani z podboju. Rodziła się z jedności, wierności danemu słowu, szacunku dla przodków, z przekonania, że przyszłość każdego narodu zaczyna się od ludzi, którzy potrafią powiedzieć:
„Jesteśmy różnymi gałęziami jednego drzewa.”
Pieśń o Gnieźnie
Przeminęło wiele lat od czasu, gdy Lech Prarodny zjednoczył siedem plemion Lechii, a jego najstarszy syn Polan umocnił władzę nad ludem Polan. Obaj spoczęli już w kurhanach swoich przodków na Ostrowie Lednickim, gdzie każdego roku podczas Dziadów żercy i lud składali im dary oraz wspominali ich czyny. Ostrów Lednicki pozostawał najświętszym miejscem Polan. Tu znajdowały się kurhany dawnych książąt, święty gaj Roda-Światowida i wiekowe dęby pamiętające pierwsze wiece Lecha Prarodnego. Jednak z każdym rokiem lud Polan stawał się liczniejszy. Na wyspie brakowało miejsca na nowe domy, warsztaty i spichlerze. Coraz więcej rodzin budowało swoje osady na stałym lądzie, a książęca drużyna nie mieściła się już wewnątrz dawnych wałów. Władzę sprawował wówczas Lech, syn Polana.
Był wnukiem Lecha Prarodnego i od dzieciństwa wychowywano go w przekonaniu, że największym obowiązkiem władcy nie jest zdobywanie nowych ziem, lecz troska o tych, którzy już na nich żyją. Pewnego wieczoru stanął na drewnianym pomoście Ostrowa Lednickiego. Długo patrzył na brzegi jeziora. Obok niego stanął najwyższy żerca Polan, Wojsław.
— Od wielu dni nosisz ciężar w sercu, książę.
Lech skinął głową.
— Gród mojego dziada był wielki. Gród mojego ojca był silny. Lecz dla naszych dzieci okaże się zbyt mały.
Wojsław spojrzał na wyspę.
— Myślisz o nowym grodzie?
— Myślę o przyszłości Polan. Jeżeli pozostaniemy tutaj, sami ograniczymy własny rozwój. Jeżeli odejdziemy zbyt daleko, zapomnimy o miejscu, z którego wyrośliśmy. Musimy znaleźć drogę pośrodku.
Kilka dni później Lech zwołał wiec wszystkich rodów Polan. Na placu zgromadzili się starsi, wojowie, cieśle, kowale, bartnicy, rybacy i gospodarze.
Lech przemówił:
— Trzeba nam nowego grodu. Ostrów Lednicki pozostanie grodem naszych przodków. Tutaj spoczywają Lech Prarodny i Polan. Tego miejsca nigdy nie opuści pamięć naszego ludu. Ale nasze dzieci potrzebują przestrzeni do życia. Dlatego chcę wznieść nowy gród.
Na wiecu rozległy się różne głosy. Jedni popierali księcia. Inni obawiali się opuszczenia dawnej siedziby. Najstarszy cieśla Żelisław powiedział:
— Nowy gród powinien być blisko Ostrowa, tak, abyśmy zawsze mogli wracać do miejsca naszych ojców.
Wojsław przytaknął:
— Nie szukajmy dalekich krain. Szukajmy miejsca, które wskaże nam sama ziemia.
Wiec zgodził się.
Nazajutrz o świcie Lech przeprawił się przez jezioro. Towarzyszyli mu Wojsław, wojewoda Siemirad oraz kilku zwiadowców. Nie jechali daleko. Od godzin oglądali okoliczne wzgórza i doliny, rozważając, gdzie najlepiej będzie wznieść nową stolicę Polan. Po kilku godzinach dotarli na wysokie wzgórze.
Rozciągał się z niego widok na okoliczne pola, jeziora i drogi prowadzące ku wszystkim osadom Polan. Lech zatrzymał konia. Zsiadł, dotknął ziemi a następnie rzekł:
— To miejsce ma dobrą straż nad całą okolicą. — Wojsław skinął głową. — A ziemia jest żyzna.
Nagle nad ich głowami rozległ się donośny krzyk. Wysoko nad wzgórzem szybował wielki biały orzeł. Ptak zatoczył krąg. Potem drugi. I trzeci. W końcu opadł na najwyższy dąb. Między jego konarami znajdowało się ogromne gniazdo. W tej samej chwili zachodzące słońce rozświetliło niebo czerwonym blaskiem. Białe pióra orła zalśniły niczym srebro. Ptak wzbił się w górę. Wyglądał na czerwonym tle jak boży posłaniec. Nikt nie wypowiedział ani słowa. Lech podszedł do starego dębu. Położył dłoń na jego pniu.
— Ptak Roda wybrał za nas i przypomniał że każde pokolenie potrzebuje własnego gniazda. — spojrzał ku Ostrowowi Lednickiemu, którego zarys widniał w oddali. — Stąd nie utracimy więzi z grodem naszych przodków. A zarazem damy naszym dzieciom miejsce do wzrastania.
Wojsław dodał:
— To wzgórze czekało na Polan.
Po powrocie zwołano drugi wiec. Lech opowiedział o wzgórzu i orlim gnieździe.
Starszyzna długo obradowała. Wreszcie wszyscy zgodzili się jednomyślnie. Na wiosnę rozpoczęła się budowa. Dzień po dniu rosły wały, bramy i drewniane domy.
Kowale wykuwali zawiasy i okucia. Cieśle wznosili wieże. Gospodarze zakładali pierwsze zagrody. Kobiety sadziły lipy i dęby przy nowych drogach. Kiedy ukończono główną bramę, Lech stanął na wale. Przed nim zgromadził się cały lud Polan.
— Jak nazwiemy ten gród? — zapytał.
Zapadła cisza. Wojsław wskazał dłonią na dąb wróżebny, który jako jedyny ostał się na wzgórzu a następnie przemówił:
— Niech nosi imię gniazda orła, który wskazał nam to miejsce. Niech będzie zwał się Gnieznem, nowym gniazdem Polan.
Lud odpowiedział jednym głosem:
— Gniezno! Gniezno! Gniezno!
Najwyższy żerca uniósł dębową laskę.
— Tak jak Lech Prarodny dał początek naszemu rodowi, tak ty dałeś Polanom nowe gniazdo. Od tej chwili będziesz nosił przydomek Gnieznowic.
Tłum powtórzył:
— Lech Gnieznowic! Lech Gnieznowic!
A biały orzeł wzbił się ponad nowy gród i zatoczył szeroki krąg nad wałami, jakby przyjmował Gniezno pod swoją opiekę.
Od tej chwili Ostrów Lednicki pozostał świętym grodem przodków, a Gniezno rozpoczęło dzieje jako nowa stolica Polan — zrodzona nie z wojny, lecz z mądrości, jedności i troski o przyszłe pokolenia. Minęło siedem lat od dnia, gdy Lech Gnieznowic ukończył budowę Gniezna. Nowy gród tętnił życiem. Na targ przybywali kupcy z odległych osad Polan, kowale wykuwali miecze i lemiesze, a z wieży strażniczej można było dostrzec dymy unoszące się nad Ostrowem Lednickim. Mieszkali tam starcy, którzy nie chcieli przynieść się do Gniezna, oraz kapłani, służący w świątyni Roda, oraz strzegąc kurhanów. Każdej wiosny i każdej jesieni mieszkańcy Gniezna przeprawiali się przez jezioro, aby podczas Dziadów złożyć dary na kurhanach Lecha Prarodnego i Polana.
Pewnego letniego poranka strażnik z zachodniej wieży zadął w róg. Jego głos niósł się daleko ponad polami. Lech Gnieznowic natychmiast wyszedł na wały.
— Co się stało?
— Książę… od północy nadciągają obcy.
Na horyzoncie pojawili się jeźdźcy w rogatych hełmach. Kupcy opowiadali o wojownikach z dalekiej północy, którzy napadali na nadmorskie osady. Teraz dotarli również na ziemie Polan. Lech zwołał drużynę.
— Ilu ich jest?
— Więcej, niż zdołaliśmy policzyć.
Książę zamyślił się. Po chwili spojrzał na wojewodę Siemirada.
— To Wikingowie? — zapytał niepewnie.
— Na to wychodzi. Spełniły się dawne wieszczby.
Na sali zapadła cisza. Wszyscy wiedzieli, że dawny gród nie posiada już licznej załogi. Lech podjął decyzję bez wahania:
— Nie pozwolimy zginąć ludziom. Nie będą atakować pustych wałów. Wyślijcie wozy. Niech wszyscy mieszkańcy wyspy natychmiast przybędą do Gniezna.
— A święty gaj?
— Gaju nie można zabrać. Drzewa nie są wartością dla tych najeźdźców. Ale można ocalić tych, którzy będą o nim pamiętać.
Do zmroku przewieziono resztę mieszkańców Ostrowa. Żercy wynieśli święte przedmioty oraz ogień płonący nieprzerwanie od pokoleń. Jako ostatni odchodzili strażnicy, uprzednio niszcząc pomosty. Lech stał na wzgórzu Gniezna i patrzył przez jezioro. Wtedy pierwsze płomienie objęły drewniane zabudowania starego grodu. Wikingowie atakowali, lecz nie wiedzieli że nikogo już tam nie ma. Ich zwiadowcy nie zdążyli o tym donieść, ponieważ zostali zabici. Ogień szybko wspinał się po ścianach chat. Noc rozjaśniła się czerwonym blaskiem. Milczał cały lud Polan. Niektórzy płakali. Inni zaciskali pięści.
Lech powiedział tylko jedno zdanie:
— Płonie drewno. Nie płonie nasza pamięć. Weźmiemy ich z zaskoczenia.
Wojowie kniazia ruszyli do boju. Walka trwała w blasku ognia aż do rana. O świcie resztka pokonanych Wikingów uciekła z pola bitwy. Nie zatrzymali się. Nie zdobyli skarbów ani niewolników. Pozostawili po sobie jedynie zwęglone wały i domostwa dawnego grodu. Kilka dni później Lech przeprawił się na wyspę. Towarzyszyli mu żercy oraz starszyzna. Długo chodzili po pogorzelisku. Wreszcie Wojsław zatrzymał się przy spalonym pomoście prowadzącym do świętego gaju. Ku jego i zdumieniu pozostałych potężne dęby ocalały.
Lech ukląkł a po chwili rzekł:
— To miejsce nie chce już być twierdzą.
Chce pozostać miejscem pamięci.
Żerca dopowiedział:
— Tak jak kurhany naszych przodków.
Lech wstał.
— Nie odbudujemy tutaj grodu. Niech Gniezno pozostanie stolicą Polan. Ostrów Lednicki stanie się odtąd najświętszym miejscem naszego ludu. Tutaj będą odbywać się wiece. Tutaj będziemy wspominać przodków. Tu też będą przybywać wszystkie rody Polan, aby oddawać cześć bogom. Jeszcze tego samego roku rozpoczęto budowę wielkiej świątyni Roda-Światowida. Stanęła na miejscu dawnego książęcego dworu. Jej cztery bramy zwrócono ku czterem stronom świata. Odbudowano pomost na wyspę ze świętym gajem, gdzie ciągle rósł święty dąb Roda-Światowida, którego nie odważył się tknąć żaden cieśla. Co roku podczas święta Stada mieszkańcy wszystkich osad Polan przybywali na Ostrów Lednicki. Najpierw odwiedzali kurhany Lecha Prarodnego i Polana. Potem składali przysięgę jedności. Na końcu udawali się do świętego gaju, prosząc bogów mądrość dla książąt, odwagę dla wojowników i zgodę dla całego ludu. Lech Gnieznowic często powtarzał swojemu synowi Wizymirowi:
— Pamiętaj. Stolicę można przenieść. Wały można odbudować. Ale naród, który utraci pamięć o swoich początkach, sam skazuje się na zagładę. Dlatego Gniezno będzie sercem Polan. A Ostrów Lednicki pozostanie ich sumieniem.
Pieśń o Wizymirze, wybrańcu Świętowita
Minęło wiele pokoleń od dnia, gdy Lech Prarodny poprowadził swój lud ku ziemiom wielkich pól i założył gród na Ostrowie Lednickim. Jego potomkowie rozrośli się w liczne rody, a z małej osady wyrósł gród, którego sława docierała od gór aż po słone wody północnego morza.
Wśród potomków Lecha narodził się chłopiec, któremu nadano imię Wizymir.
Był praprawnukiem Lecha Prarodnego. Już jako dziecko różnił się od swoich rówieśników. Gdy inni ścigali się z włóczniami po błoniach, on godzinami wsłuchiwał się w opowieści starych bajarzy. Znał dzieje Lecha, pamiętał imiona dawnych wodzów i potrafił wskazać każdy kurhan, pod którym spoczywali bohaterowie jego rodu.
Ojciec często powtarzał mu:
— Wojownik bez pamięci jest jak dąb bez korzeni.
A matka dodawała:
— Lecz samą pamięcią nie obronisz swego ludu.
Wizymir uczył się więc wszystkiego. Władał mieczem. Rzucał włócznią. Jeździł konno. Pływał po wodach Lednicy. Poznawał prawa rodów i zwyczaje przodków. Lecz najbardziej lubił wspinać się na drewniane wały grodu i patrzeć ku północy. Tam, gdzie niebo stykało się z ziemią. Tam, skąd przybywali kupcy. I tam, skąd czasem nadciągało nieszczęście.
Pewnego letniego dnia do Gniezna przybył posłaniec z Pomorza. Koń ledwie utrzymywał się na nogach. Sam jeździec był ranny. Resztkami sił rzekł:
— Kniaziu… morze płonie…
Zapadła cisza.
Najstarszy z Rady rodów zapytał:
— Kto napadł nasze ziemie?
— Ludzie z północy…
— Danowie?
— Tak…
— Ilu ich było?
— Tylu, że morza nie było widać spod ich łodzi.
Na placu rozległy się gniewne głosy.
— Spalili trzy osady! — kontynuował ranny wojownik. — Zabrali bydło! Uprowadzili kobiety i dzieci!
Jeden z wojowników uderzył pięścią w tarczę.
— Ruszajmy natychmiast!
Lecz najstarszy z Rady uniósł rękę.
— Nie. — wszyscy spojrzeli na niego. — Gniew jest złym doradcą.
Wizymir nie odrywał wzroku od rannego posłańca. Podszedł do niego.
— Powiedz mi… — ujął go za rękę.
— Słucham…
— Czy walczyli do końca?
Mężczyzna spuścił głowę.
— Walczyli.
— A jednak przegrali?
— Było nas zbyt mało.
Wizymir zacisnął pięści. Po raz pierwszy poczuł, że sama odwaga nie zawsze wystarcza. Przez kolejne miesiące wieści stawały się coraz gorsze. Płonęły kolejne osady. Kupcy bali się wypływać na morze. Rybacy wracali z pustymi sieciami. Na wybrzeżach budowano strażnice. Każdego dnia przybywali nowi uciekinierzy. Wieczorami w grodzie gasły śmiechy dzieci. Coraz częściej słychać było płacz wdów.
Pewnej nocy Wizymir wyszedł samotnie nad jezioro. Usiadł na kamieniu. Długo patrzył w spokojną taflę wody. Usłyszał kroki. To był stary bajarz Dobroch.
— Nie śpisz kniaziu?
— Nie mogę.
Starzec usiadł obok.
— Myślisz o wojnie?
— Myślę o ludziach.
Dobroch spojrzał na młodzieńca.
— Czym różni się dobry wojownik od wielkiego wodza?
Wizymir odpowiedział bez wahania:
— Wojownik zwycięża.
— A wódz?
— Sprawia, że jego lud może żyć.
Starzec skinął głową.
— Dojrzałeś szybciej, niż przypuszczałem.
Po chwili wyjął spod płaszcza niewielki drewniany znak przedstawiający cztery twarze zwrócone ku czterem stronom świata.
— Wiesz, co to jest?
— Znak Świętowita.
— Tak.
— Dlaczego mi go pokazujesz?
Dobroch westchnął.
— Bo miecz potrafi wygrać bitwę. Ale tylko mądrość potrafi wygrać wojnę. Przed tobą próba, którą musisz przejść, aby być ojcem tego plemienia.
Kilka dni później Wizymir stanął przed starszyzną.
— Proszę o zgodę na wyprawę.
Jeden z wojowników uśmiechnął się.
— Chcesz walczyć z Danami?
— Nie.
W sali zaległa cisza.
— Więc dokąd zamierzasz płynąć?
— Na Rugię.
— Do świątyni Świętowita?
— Tak.
Najstarszy z rodu zmarszczył brwi.
— Chcesz prosić bogów o zwycięstwo?
Wizymir pokręcił głową.
— Nie.
— Więc o co?
Młody książę spojrzał wszystkim w oczy.
— Chcę wiedzieć, czy wojna, którą zamierzamy wygrać, będzie wojną sprawiedliwą. Bo jeśli poprowadzę Lechitów do walki, nie chcę przelewać krwi dla własnej chwały. Chcę walczyć tylko wtedy, gdy nie będzie już innej drogi.
Najstarsi spojrzeli po sobie. Jeden z nich powiedział cicho:
— Lech Prarodny byłby z ciebie dumny.
Nazajutrz o świcie niewielka łódź odbiła od brzegu Ostrowa Lednickiego. Na jej dziobie stał Wizymir. Wiatr niósł ją ku Odrze a potem ku Rugii, do wielkiej świątyni Świętowita. Nie wiedział jeszcze, że ta pielgrzymka odmieni nie tylko jego życie, lecz także los całej Lechii.
Przez siedem dni i siedem nocy łódź Wizymira pruła bałtyckie fale. Raz morze było łaskawe niczym matka kołysząca dziecko, innym razem rzucało niewielką łodzią, jakby chciało zawrócić śmiałków z obranej drogi. Ósmego dnia z porannej mgły wyłoniły się wysokie, kredowe klify Rugii. Na ich szczycie wznosił się potężny gród otoczony wałami. A ponad nim górowała świątynia Świętowita. Jej pokryty tarczami dach lśnił w promieniach słońca, a biały sztandar z czteroramiennym znakiem powiewał nad całym wybrzeżem.
Wizymir ukląkł w łodzi.
— Jeśli moja sprawa jest sprawiedliwa, pozwól mi ją poznać, władco bogów.
Kapłani przyjęli go w milczeniu. Najstarszy z nich był siwy jak zimowy popiół. Spoglądał długo na młodzieńca.
— Wiem, kim jesteś. — rzekł.
— Nie przedstawiałem się.
— Nie musiałeś. — kapłan wskazał znak Lecha wyryty na jego zapince. — Krew dawnych królów przemawia głośniej niż słowa.
Zaprowadził kniazia do wnętrza świątyni.
Tam stał ogromny posąg Świętowita. Cztery oblicza patrzyły na cztery strony świata. W jednej dłoni dzierżył róg a w drugiej olbrzymi miecz. Przed posągiem płonął wieczny ogień.
Kącisz przemówił.
— Powiedz, czego szukasz.
— Nie zwycięstwa.
— Bogactwa?
— Nie.
— Sławy?
— Nie.
Kapłan spojrzał uważnie.
— Więc czego?
Wizymir ukląkł.
— Chcę wiedzieć, czy wojna przeciw Danom będzie wojną sprawiedliwą. Czy mam prawo prowadzić ludzi na śmierć.
Czy nie kieruje mną pycha.
Kapłan długo milczał. Po chwili odparł:
— O taką odpowiedź może prosić tylko człowiek, który nie pragnie wojny.
Następnej nocy Wizymir pozostał sam w świątyni. Płomienie nagle zgasły. Zapadła ciemność. Po chwili rozbłysło światło jaśniejsze od dnia. Posąg ożył. Cztery oblicza spojrzały na młodego Lechitę.
Rozległ się głos potężny niczym grzmot nad Bałtykiem.
— Wizymirze…
— Jestem, Panie Wyraju.
— Powiedz, czym jest wojna.
Młodzieniec odpowiedział:
— Klęską ludzi.
— A kiedy staje się koniecznością?
— Gdy wyczerpano wszystkie drogi pokoju.
Świętowit zapytał ponownie:
— A czym jest zwycięstwo?
— Powrotem ludzi do ich domów.
Zapadła cisza. Potem bóg przemówił:
— Dobrze odpowiedziałeś. Usłysz więc moje słowa. Na północy wyrasta pycha.
Król Syward wierzy, że morze należy do niego, co wzbudziło gniew Bałta, mego brata. Nie walczy, aby bronić swego ludu. Walczy, aby zniewalać inne ludy.
Jeżeli pozostawisz to bez odpowiedzi, ogień wojnie zapłonie także nad Polanami. Nie ty wybierasz tę wojnę. To ona przyszła do ciebie. Idź więc. Broń Lechii. Nie dla chwały. Nie dla łupów. Lecz dla wolności. Weź miecz który ci daję, abyś zjednoczył wojów i zwyciężył.
Blask zgasł. U stóp posągu leżał miecz.
Jego głownia błyszczała srebrzystym światłem. Na jelcu wyryto cztery zwrócone ku sobie oblicza. Wizymir bał się dotknąć broni. Zrobił to żerca który czuwał w sanktuarium. Podniósł broń i rzekł:
— To Miecz Strażnika Wyraju. Nie uczyni cię niezwyciężonym. Ale będzie przypominał każdemu, kto go uniesie, że miecz służy sprawiedliwości.
Wizymir przyjął go oburącz.
— Przysięgam. Nigdy nie dobędę go dla własnej pychy.
Po powrocie do Gniezna, zwołano wielki wiec wszystkich rodów na Ostrowie Lednickim. Przybyli książęta Pomorzan, Wolinian, Wiślan, Mazowszan i wielu innych lechickich plemion. Na środku zgromadzenia stanął Wizymir. Podniósł miecz i przemówił z mocą:
— Nie przywożę wam wezwania do podboju. Przywożę ostrzeżenie. Jeśli dziś każdy będzie bronił tylko własnego grodu… Jutro nie będzie miał czego bronić.
Wśród wojowników zapadła cisza. Jeden z pomorskich wodzów wystąpił naprzód i zapytał:
— Ilu ludzi potrzebujesz?
— Wszystkich, którzy kochają wolność bardziej niż własny strach.
Wódz uklęknął.
— Pomorze pójdzie z tobą.
Za nim klękali kolejni.
— Wolinianie też.
— Mazowszanie również.
— Wiślanie cię wesprą.
Jeszcze tego samego dnia rozpoczęto największe przygotowania wojenne, jakie pamiętali bajarze.
Przez wiele miesięcy lasy rozbrzmiewały uderzeniami toporów. Ścinano potężne drzewa. Kowale dzień i noc wykuwali kotwice, groty włóczni i miecze. Smołowano kadłuby. Tkaczki szyły żagle.
Młodzi wojowie uczyli się walczyć na pokładach. Starsi żeglarze poznawali morskie prądy. Mówiono, że Gdynia, która była niewolą rybacką osadą, jeszcze nigdy nie widziała tylu lechickich okrętów. Gdy nadszedł dzień wyprawy, całe wybrzeże pokryło się lasem masztów. Po kilku dniach żeglugi zwiadowcy dostrzegli flotę Danów, płynącą kolejny raz na podbój plemion Lechii. Na jej czele płynął okręt króla Sywarda. Jego dziób zdobiła rzeźba smoka. Wokół płynęły dziesiątki wojennych łodzi. Syward zaśmiał się na widok Lechitów i zawołał butnie:
— Czy to oni chcą rzucić mi wyzwanie?
Jeden z jarli odpowiedział:
— Wyglądają na zbyt odważnych, by być rozsądnymi.
Król uniósł topór.
— Więc nauczymy ich pokory!
Wizymir stanął na dziobie swojego okrętu. Spojrzał na wojowników. Przemówił pewnie jak na kniazia przystało:
— Dzisiaj nie walczycie o złoto. Nie walczycie o sławę. Będziecie walczyć i ginąć za przyszłość naszych plemion. Pamiętajcie o tym.
W odpowiedzi setki tarcz uderzyły jednocześnie o burty. Grzmot poniósł się po morzu. Obie floty ruszyły ku sobie. Fale rozstąpiły się pod dziobami. Pierwsze okręty zderzyły się z hukiem. W powietrzu świszczały oszczepy. Strzały przesłoniły niebo. Na zabordowanych pokładach rozgorzała walka. Miecz Wizymira błyszczał niczym promień słońca. Lecz nawet wtedy pamiętał słowa Świętowita: „Nie szukał śmierci. Szukał końca wojny.” Ale los bitwy miał się rozstrzygnąć dopiero wtedy, gdy naprzeciw siebie staną dwaj królowie.
Tak rozpoczęła się największa morska bitwa, jaką pamiętały pieśni Lechitów.
Morze huczało od uderzeń taranów, trzasku pękających burt i okrzyków wojowników. Lechici i Dańczycy walczyli zaciekle. Fale mieszały się z krwią poległych, a dym płonących okrętów przesłaniał słońce. Pośrodku bitwy unosił się największy okręt króla Sywarda. Naprzeciw niego sunął okręt Wizymira.
Obaj wodzowie dostrzegli się niemal jednocześnie.
— To on! — zawołał Syward. — Niech stanie przede mną! Niech zobaczy, kto jest panem Bałtyku!
Wizymir odparł spokojnie:
— Morze ma tylko jednego pana. Morze pamięta tylko tych, którzy potrafią je szanować.
Dańskie okręty otoczyły lechicką jednostkę. Grad strzał spadł na pokład.
Jeden z wojowników krzyknął:
— Panie! Jest ich zbyt wielu!
Wizymir podniósł miecz Świętowita.
— Nie liczcie okrętów! Liczcie na swoje serca!
Lechici zderzyli burty z duńskimi łodziami po raz kolejny. Rozpoczęła się walka wręcz. Tarczami spychano przeciwników do morza. Topory roztrzaskiwały burty.
Włócznie i strzały świstały nad głowami.
Syward przeskoczył na pokład Wizymira.
Był potężnym mężem. Wyższym od większości wojowników. Na jego ramionach spoczywała kolczuga z żelaznych pierścieni.
— Więc to ty jesteś potomkiem Lecha! — powiedział butnie.
— A ty królem, który zapomniał o dawnym przymierzu. — odparł kniaź Polan.
Syward zaśmiał się.
— Przymierza nie wygrywają bitew!
Rzucił się do ataku. Miecze uderzyły o siebie z hukiem. Syward walczył siłą.
Wizymir rozwagą. Dańczyk nacierał raz za razem. Lechita ustępował tylko o krok.
Nagle Syward zamachnął się oburącz. Wizymir uskoczył. Ostrze przeciwnika utkwiło w maszcie. To wystarczyło. Miecz Świętowita przeciął powietrze. Nie odebrał Sywardowi życia lecz go dotkliwie ranił. Dański król upadł na kolana. Na pokładzie zapadła cisza.
Wszyscy czekali. Syward spojrzał z nienawiścią i wysyczał:
— Zabij mnie.
Wizymir opuścił miecz.
— Nie. — odparł wódz Lechitów z wyrażają satysfakcją
— Dlaczego?
— Bo nie po twoją śmierć przypłynąłem.
Przypłynąłem po pokój. Poza tym zabije cię miecz twojej hańby.
Syward długo patrzył na zwycięzcę. Po chwili zdjął z szyi złoty naszyjnik królewski i położył go u jego stóp.
— Dzisiaj bogowie wybrali silniejszego.
Wieść o zwycięstwie rozeszła się szybciej niż morski wiatr. Dańskie załogi złożyły broń. Jedne po drugich poddawały się lechickiej flocie. Wizymir nie pozwolił rabować bezbronnych i dobijać pokonanych. Puścił Danów z ich wodzem wodnych. Następnie lechicka flota obrała kurs ku Rugii. Tam, gdzie od pokoleń znajdowała się święta ziemia Świętowita, duńscy wojownicy okupowali podgrodzia.
Walka z wrogiem trwała trzy dni, aż ostatni duński wojownik padł od strzały wypuszczonej ze świętego grodu. Czwartego dnia otwarto bramy. Wizymir wszedł do świątyni Świętowita. Położył miecz przed posągiem.
— Panie Wyraju. — ukląkł.- Wracam nie jako zdobywca. Lecz jako strażnik tego, co było święte dla naszych ojców.
Kapłani upadli na twarz. Najstarszy z nich powiedział:
— Świątynia znowu należy do tych, którzy strzegą jej z honorem.
Na tym jednak wyprawa się nie zakończyła. Lechicka flota popłynęła dalej. Zdobyto Fionię. Potem kolejne wyspy rozsiane po Bałtyku. Nie wszędzie dochodziło do walk. Wieść o klęsce Sywarda sprawiała, że wiele grodów otwierało bramy bez przelewu krwi. W końcu do obozu Wizymira przybyło poselstwo Danii. Na jego czele szedł sam Syward. Nie miał już na głowie korony. Zatrzymał się przed lechickim wodzem.
Uklęknął i powiedział:
— Przybywam jako ten, który uznał twoją wyższość. Proszę o pokój między naszymi ludami.
Wizymir podniósł go z kolan.
— Król nie powinien klęczeć przed królem. Jeśli pokój ma być trwały, muszą stać naprzeciw siebie jak równi sobie.
Syward skinął głową.
Od tego dnia Dania zobowiązała się nie napadać na lechickie wybrzeża i złożyła Wizymirowi hołd zgodnie z dawnym obyczajem. Gdy flota wróciła do Gdyni, całe wybrzeże wypełniły tysiące ludzi. Rozbrzmiewały radośnie rogi. Bębny niosły się po lasach. Na Ostrowie Lednickim rozpalono wielki święty ogień. Przybyły rody z całej Lechii. Wieczorem Wizymir stanął przed zgromadzonym ludem. W jednej dłoni trzymał Miecz Strażnika Wyraju. Drugą ze złotym rogiem uniósł ku niebu.
— To zwycięstwo nie należy do jednego człowieka. — rzekł. — Nie należy nawet do jednego plemienia. Należy do całej Lechii. Bo tylko zjednoczeni mogliśmy obronić naszą wolność.
Przez dziewięć dni trwało święto. Składano dziękczynne ofiary. Śpiewano pieśni o bohaterach. Urządzano zapasy, wyścigi konne i zawody łuczników.
Bardowie po raz pierwszy zaśpiewali nową pieśń: «Nie ten jest wielki, kto zdobywa morza, lecz ten, kto sprawia, że jego lud nie boi się już fal.»
Od tej pory Wizymira nazywano Kniaziem Morza, a jego wyprawę wspominano jako czas, gdy Lechici zjednoczyli się przeciw wspólnemu zagrożeniu. I długo jeszcze, gdy nad Bałtykiem rozlegał się śpiew mew, starcy opowiadali wnukom, że wolność plemion nie została wyproszona. Została obroniona odwagą, jednością i mądrością tych, którzy pamiętali, iż nawet największe zwycięstwo jest warte tylko tyle, ile pokoju potrafi po sobie pozostawić.
Pieśń o Lestku spryciarzu i wiernym Gieczu
Po śmierci Siemowita władzę nad Polanami objął jego syn Lestek. Od najmłodszych lat wyróżniał się rozwagą i spokojem. Nie należał do ludzi, którzy najpierw sięgają po miecz, a dopiero później zadają pytania. Powtarzał często, że wojownik zwycięża siłą ramienia, lecz władca zwycięża mądrością. U jego boku od dzieciństwa dorastał chłopiec imieniem Giecz, syn wojewody Dobrogosta. Przyszli na świat tej samej wiosny i niemal od pierwszych dni wychowywali się razem. Gdy uczyli się chodzić, razem przewracali się na leśnych ścieżkach. Gdy uczyli się strzelać z łuku, żaden nie cieszył się z własnego trafienia, jeśli drugi chybił celu.
Starsi mawiali z uśmiechem:
— Dwóch chłopców, jedno serce.
Podczas postrzyżyn, gdy obaj ukończyli siedem zim, ostrzyżono im włosy według dawnego zwyczaju Polan, a żerca pobłogosławił ich drogę ku męskości. Następnie otrzymali pierwsze włócznie oraz drewniane tarcze.
— Od dziś jesteście odpowiedzialni nie tylko za siebie. — powiedział stary żerca. — Mężczyzną staje się ten, kto umie chronić drugiego.
Lestek spojrzał na Giecza, położył mu dłoń na ramieniu i rzekł:
— W takim razie zawsze będę cię chronił.
Giecz uśmiechnął, odwzajemniając gest odparł:
— A ja ciebie.
Od tamtej chwili ćwiczyli razem każdego dnia. Ścigali się konno po leśnych duktach, przeprawiali przez jeziora na wydrążonych łodziach, polowali na jelenie i dziki, a zimą tropili wilki po świeżym śniegu. Lestek był szybszy z włócznią. Giecz celniej strzelał z łuku. Młody kniaź lepiej dowodził ludźmi. Syn wojewody dostrzegał to, czego inni nie zauważali.
Pewnego dnia wracali z polowania. Na rozwidleniu dróg młody książę chciał skrócić drogę przez podmokłą dolinę.
Giecz zatrzymał konia.
— Nie jedźmy tam.
— Dlaczego?
— Posłuchaj.
Zapadła cisza. Po chwili Lestek usłyszał cichy szmer wody.
— Bagno…?
— Tak. Z wierzchu wygląda jak twarda ziemia. Kto zaufa tylko oczom, utonie.
Lestek skinął głową.
— Zawsze widzisz o krok dalej ode mnie.
— Nie dalej. Po prostu patrzę dłużej.
Od tego dnia Lestek coraz częściej pytał przyjaciela o radę, zanim podjął decyzję.
Nigdy nie uważał tego za oznakę słabości. Mówił:
— Głupi władca otacza się ludźmi, którzy zawsze się z nim zgadzają. Mądry słucha tych, którzy odważą się powiedzieć prawdę.
Lata mijały. Nadeszła Noc Kupały. Nad brzegiem jeziora zapłonęły wielkie ogniska. Dziewczęta plotły wianki z kwiatów, chłopcy skakali przez płomienie, śpiewano pieśni, grano na rogach, gęślach i bębnach. Gdy księżyc stanął wysoko nad wodą, żerca wezwał młodych wojowników.
— Dziś nie będziecie składać przysięgi mieczowi. Dziś złożycie przysięgę własnemu słowu i ciałom. Zgodnie z prawem Siema i Rgieła, gdy wasze ciała się złączą a krew zmiesza staniecie się jednością, tak długo jak bogi zechcą.
Lestek i Giecz wystąpili przed wszystkich. Przed nimi płonęło ognisko, a za ich plecami spokojnie falowało jezioro. Żerca podał im jeden róg miodu. Obaj napili się z niego patrząc sobie w oczy. Następnie obaj zrzucili odzież i stanęli na wprost siebie. Lestek przemówił pierwszy:
— Gieczu, synu Dobrogosta. Przysięgam wobec Roda-Światowida i bogów, wobec duchów naszych przodków i wobec całego ludu Polan, że nigdy cię nie zdradzę. Twoja chwała będzie moją chwałą, twoja krzywda moją krzywdą, a twoje życie będę cenił jak własne.
Giecz odpowiedział bez chwili wahania.
— Lestku, synu Siemowita. Przysięgam, że dopóki oddycham, żaden wróg nie dosięgnie cię, jeśli ja będę mógł stanąć między nim a tobą. Gdy przyjdzie godzina próby, wybiorę śmierć, zamiast zdrady. Moje życie należy do ciebie kniaziu.
Żerca uniósł dłonie ze srebrnym ostrzem ku niebu.
— Niech ogień będzie świadkiem waszej odwagi. Niech woda będzie świadkiem waszej czystości. Niech ziemia będzie świadkiem waszej wierności. Niech wiatr poniesie waszą przysięgę aż do przyszłych pokoleń.
Lestek wyciągnął przedramię. Giecz uczynił to samo. Kapłan naciął ich dłonie. Krew pociekła po nadgarstkach młodzieńców. Ich dłonie splotły się mocnym uściskiem. Wokół zapanowała cisza. Kącisz podszedł do obu i nakreślił ostrzem na ich piersiach symbol Roda.
Po chwili najstarszy z wojowników powiedział cicho:
— Takiej przysięgi nie słyszałem od czasów naszych ojców.
Stara zielarka dodała:
— Są przyjaźnie rodzące się z przypadku. Są też takie, które bogowie wpisują w los człowieka.
Lestek oraz Giecz odeszli w gąszcz aby dokończyć inicjację i znaleźć kwiat paproci. Tej nocy mieszkańcy Polan długo rozmawiali o dwóch młodzieńcach. Jedni mówili, że są jak dwaj bracia. Inni twierdzili, że łączy ich więź silniejsza od pokrewieństwa.
Stara świątynna wieszczka stwierdziła:
— Wierność między nimi jest tak głęboka, jak miłość wiernych małżonków. Nie opiera się na namiętności, lecz na zaufaniu, oddaniu i gotowości oddania życia za drugiego.
Od tej chwili cała ziemia Polan wiedziała, że obok swojego księcia ma jeszcze jednego niezwykłego człowieka — wojownika, którego największą siłą nie był miecz, lecz mądrość, wierność i serce niezłomne wobec przyjaciela.
Minęło dobrych kilka lat od Nocy Kupały, podczas której Lestek i Giecz złożyli sobie przysięgę przyjaźni. Mówiono, że od tamtej książę i wódz jego drużyny rozumieją się bez słów, a jeden potrafi dokończyć myśl drugiego. Cieszono się każdego dnia tym co dawali bogowie. Późniejsi bajarze powiadali, iż za panowania Lestka, Polanie żyli w pokoju. Wiosną obchodzili Jare Gody, prosząc Jaryłę o urodzajne pola. Latem świętowali Noc Kupały nad jeziorami. Jesienią dziękowali za plony podczas Dożynek, a zimą, przy Szczodrych Godach, wspominali przodków i opowiadali dzieciom o Lechu Prarodnym.
Pokój jednak rzadko trwa wiecznie. Pewnego dnia do Gniezna przybył zwiadowca. Koń pod nim ledwie stał na nogach.
— Książę! — zawołał, padając na kolana. — Od południa nadciąga wielka jazda konna. Palą osady i zabierają bydło. Mówią językiem, którego nie znamy.
W sali wiecowej zapadła cisza. Lestek spojrzał na Giecza.
— Co o tym sądzisz? — zapytał.
Giecz rozłożył na stole skórzaną mapę ziem Polan.
— Jeśli są tak liczni, jak mówi zwiadowca, otwarta bitwa byłaby błędem.
Kilku wojowników oburzyło się.
— Polanin nie ucieka przed wrogiem! — krzykną ktoś z zebranych.
Giecz odpowiedział spokojnie:
— Polanin nie ucieka. Polanin zwycięża. A to nie zawsze oznacza walkę tam, gdzie chce przeciwnik.
Lestek uśmiechnął się.
— Dlatego właśnie jesteś moim wodzem.
Jeszcze tego samego dnia zwołano wielki wiec wojenny. Przybyli naczelnicy wszystkich rodów Polan. Na środku kręgu płonęło ognisko.
Lestek przemówił:
— Wiemy, że nieprzyjaciel ma liczniejszą konnicę i niezawodną taktykę. — podrapał się po nosie. — To Madziarowie. — uderzył pieśnią w stół. — Nie odbierzemy im przewagi na otwartym polu. Musimy sprawić, aby ich przewaga stała się słabością.
Starszy wojownik zapytał:
— Jak?
Giecz podszedł do mapy.
— Niech spojrzą. — wskazał długą dolinę przecinaną strumieniem i otoczoną podmokłymi łąkami. — Tutaj konie ugrzęzną. — przesunął dłoń. — Tutaj nie będą mogli rozwinąć szyku. — wskazał inne miejsce. — A tu przestaną być groźni. — spojrzał na Lestka jakby oczekiwał aprobaty. — Sam to kreśliłem. — dodał.
— Ale jak ich tam sprowadzimy? — zapytał jeden z wojów.
Kniaź odparł:
— Pozwolimy im uwierzyć, że wygrywają.
Nazajutrz niewielki oddział Polan ruszył naprzeciw najeźdźcom. Dowodził nim Giecz. Bitwa trwała krótko. Na umówiony znak Polanie rozpoczęli odwrót. Madziarowie wybuchnęli śmiechem, myśląc iż armia Polan jest niewielką drużyną tchórzliwych wojowników.
— Uciekają! — krzyknął jeden z widzów madziarskich
— Gonić ich! — wydał rozkaz inny.
Nie wiedzieli, że właśnie tego chciał Lestek. Przez cały dzień pogoń prowadziła ich coraz głębiej między lasy i mokradła. Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, konie pierwszych jeźdźców zapadły się w grząskiej ziemi.
Dowódcy najeźdźców próbowali zawrócić. Było już za późno. Z wielu stron zabrzmiały rogi Polan. Las ożył.
Z ukrycia wyszły drużyny wojowników.
Posypały się strzały. Potem włócznie.
Na końcu do walki ruszyli tarczownicy.
Madziarzy walczyli zaciekle, lecz nie mogli wykorzystać swojej największej siły.
Ich konie ślizgały się i grzęzły w błocie.
Polanie znali każdy skrawek swojej ziemi.
Bitwa trwała aż do zmroku. Kiedy ucichł szczęk oręża, dowódca najeźdźców wydał rozkaz odwrotu. Ci, którzy ocaleli, opuścili ziemię Polan i już nigdy nie odważyli się wrócić. Po zwycięstwie lud zgromadził się na wielkiej uczcie. Na stołach pojawił się miód, pieczone mięso i świeże chleby. Wojowie śpiewali pieśni o odwadze. Lecz Lestek nie pozwolił, aby cała chwała przypadła jemu. Powstał i uniósł róg. Przemówił donośnie:
— Dzisiaj wielu powie, że zwyciężył spryt Lestka. — popatrzył na zebranych. — To nieprawda. Spryt rodzi się tam, gdzie mądry człowiek nie boi się słuchać mądrzejszych od siebie. — spojrzał na Giecza i położył na jego ramieniu dłoń. — To on pierwszy dostrzegł miejsce naszej przewagi. To on poprowadził wojowników tak, by wróg sam wszedł w przygotowaną dla siebie pułapkę. Jeżeli więc chcecie wznieść okrzyk zwycięstwa, wznieście go dla wszystkich Polan. Bo tylko lud zjednoczony potrafi pokonać silniejszego od siebie.
Na placu rozległ się potężny głos:
— Sława Polanom!
— Sława Lestkowi!
— Sława Gieczowi!
Lestek podszedł do przyjaciela.
— Pamiętasz naszą przysięgę?
Giecz uśmiechnął się.
— Pamiętam każde słowo.
— Dzisiaj po raz kolejny przekonałem się, że bogactwem władcy nie jest złoto ani liczba wojowników.
— A czym jest? — zapytał Giecz.
Lestek położył mu dłoń na ramieniu.
— Przyjacielem, któremu można powierzyć własne życie.
Minęło wiele lat od dnia pokonania Madziarów, lecz przyjaźń między kniaziem a wojownikom trwała dalej. Całkowicie poświęcili się umacnianiu potęgi Polan. Jednak jak to w życiu bywa każda wielka przyjaźń musi zostać poddana próbie. Pewnej jesieni od północy nadciągnęły obce plemiona. Ich wojownicy pustoszyli wsie, podpalali zagrody i porywali mieszkańców. Starszyzna zebrała się na wiecu i długo naradzała się, jak ocalić kraj.
Wówczas Giecz przemówił:
— Nie zwycięży ten, kto pierwszy uderzy mieczem, lecz ten, kto zachowa jedność serca. Rozdzieleni zginiemy, zjednoczeni przetrwamy.
Lestek spojrzał na przyjaciela i bez wahania odparł:
— Jeśli przyjdzie oddać życie za lud i za ciebie, uczynię to bez lęku.
Obaj ruszyli na czele kniaziowskiej drużyny. Giecz prowadził ich przez gęste puszcze i bagna, których nie znali najeźdźcy. Lestek z odwagą stawał do walki tam, gdzie niebezpieczeństwo było największe. Jeden zwyciężał mądrością, drugi męstwem. Bitwa trwała od świtu aż do zachodu słońca. Gdy wydawało się, że wszystko jest stracone, Giecz dostrzegł wysokie wzgórze, z którego można było dać znak ukrytym wojom. Posłał tam Lestka. Ten, mimo gradu strzał, wspiął się na szczyt i wzniosłym rogiem zawołał wszystkich obrońców swego plemienia.
Na dźwięk rogu wojowie wyszli z ukrycia niczym burza. Nieprzyjaciel, zaskoczony i otoczony, rzucił się do ucieczki. Tego dnia niezależność Polan została ocalona, lecz Giecz został śmiertelnie raniony. Zrozpaczony Lestek wziął martwe ciało przyjaciela i przyniósł je do Gniezna, gdzie zostało złożone w kurhanie zgodnie ze zwyczajem. Kniaź chcąc upamiętnić wielkiego wojownika a także przyjaciela, nadał jego imię grodowi z którego wódz jego drużyny pochodził. Kilka tygodni później Lestek zmarł na nieznaną chorobę, nie zostawiając po sobie dziedzica. Władzę przejął jego siostrzeniec Leszek Popielid dając początek nowej dynastii. Z czasem imiona Lestka i Giecza stały się symbolem przyjaźni, odwagi i mądrości. A ich przymierze było przekazywane z pokolenia na pokolenie jako wzór dla przyszłych książąt Lechii, którzy mieli pamiętać, że prawdziwa siła narodu rodzi się z jedności.
Pieśń o mądrym i odważnym wojewodzie Łekni
Dawno temu, gdy puszcze Lechii były gęste niczym zielone morze, a nad jeziorami unosiły się poranne mgły, żył młody wojewoda imieniem Łeknia. Nie pochodził z możnego rodu ani nie chlubił się bogactwem. Sławę zdobył własnym sercem, mądrością i odwagą. Już jako chłopiec wyróżniał się spośród rówieśników. Chętniej słuchał rad siwowłosych starców niż pustych przechwałek młodych wojów. Uczył się sztuki walki, tropienia zwierząt, władania włócznią i mieczem, lecz równie pilnie poznawał prawa przodków, obyczaje plemienia i mowę lasów, rzek oraz wiatru.
Kiedy dorósł, wódz plemienia powierzył mu godność wojewody. Nie dlatego, że był najsilniejszy, lecz dlatego, że potrafił rozstrzygać spory bez gniewu, bronić słabych bez pychy i przewodzić wojom bez okrucieństwa. Mieszkańcy grodów i osad mówili:
— Gdzie idzie Łeknia, tam strach ustępuje nadziei.
Każdego ranka objeżdżał ziemie wodza. Odwiedzał chaty ubogich, wysłuchiwał próśb wdów, pomagał sierotom i czuwał nad bezpieczeństwem kupców przemierzających leśne trakty. Gdy ktoś cierpiał krzywdę, Łeknia stawał w jego obronie, nie pytając o nagrodę. Pewnego razu do grodu przybyli najstarsi żercy i mędrcy Lechii. Rozpalili święty ogień, wrzucili do niego gałęzie dębu i jałowca, po czym długo wpatrywali się w unoszący się ku niebu dym. Wreszcie najstarszy z nich przemówił donośnym głosem:
— Słuchajcie wszyscy! — starzec wskazał na młodego wojewodę. — Widzę przed sobą człowieka, którego imię przetrwa wieki. Pokona istoty, których boją się nawet najdzielniejsi wojowie. Uwolni niewinnych, zwycięży podstęp mocą rozumu, a jego czyny staną się pieśniami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie.
Na te słowa zebrani zamilkli. Jedni patrzyli z podziwem, inni z niedowierzaniem. Sam Łeknia spuścił wzrok i odrzekł pokornie:
— Nie pragnę sławy. Jeśli bogowie przeznaczyli mi wielkie czyny, niech będą one dla dobra mojego ludu.
Starzec uśmiechnął się i położył dłoń na jego ramieniu.
— Właśnie dlatego zostałeś wybrany. Największym bohaterem nie jest ten, kto szuka chwały, lecz ten, kto pragnie służyć innym.
Od tej chwili wieść o przepowiedni rozeszła się po całej Lechii.
Nie minęło wiele czasu od dnia, gdy starcy przepowiedzieli Łekni wielkie przeznaczenie, a nad ziemie Lechii spadło nowe nieszczęście. Na zachód od osady rozciągał się gęsty bór, tak ciemny, że nawet w południe panował w nim półmrok. Ludzie nazywali go Czarnym Borem. Nikt nie odważał się zapuszczać między jego stare drzewa po zachodzie słońca. Mówiono bowiem, że zamieszkała tam Strzyga — istota przeklęta, mająca twarz kobiety, lecz oczy jarzące się czerwonym ogniem, długie szpony niczym wilcze pazury i skrzydła czarne jak bezksiężycowa noc. Każdej nocy opuszczała swą kryjówkę. Porywała samotnych wędrowców, napadała na pasterzy, a tam, gdzie przelatywała, pojawiała się tajemnicza zaraza. Chorowali ludzie i zwierzęta, pustoszały zagrody, a całe osady pogrążały się w rozpaczy. Przerażeni mieszkańcy przyszli do wodza i błagali o ratunek.
— Poślij wojów! — wołali. — Jeśli Strzyga nie zginie, opustoszeją wszystkie nasze ziemie.
Wódz spojrzał na Łeknię.
— Czy podejmiesz się tego zadania?
Młody wojownik skłonił głowę i odpowiedział:
— Nie zwycięża ten, kto walczy mieczem, lecz ten, kto pozna słabość przeciwnika.
Zamiast prowadzić drużynę do bezmyślnego szturmu, Łeknia przez trzy dni badał Czarny Bór. Rozmawiał z bartnikami, myśliwymi i zielarkami. Wreszcie pewna sędziwa niewiasta wyjawiła mu dawną tajemnicę:
— Strzyga boi się pierwszych promieni wschodzącego słońca. Gdy zastanie ją świt z dala od kryjówki, utraci swą moc.
Łeknia ułożył plan. Gdy zapadła noc, wszedł samotnie do boru. Rozpalił niewielkie ognisko, wiedząc, że jego blask zwabi potwora. Nagle rozległ się przeraźliwy krzyk. Z mroku spadła Strzyga. Jej skrzydła wznieciły gwałtowny wiatr, a szpony rozorały pień starego dębu. Łeknia nie uderzył od razu. Cofając się krok po kroku, zwabiał potwora coraz dalej od jego legowiska. Strzyga, rozwścieczona, ścigała go przez całą noc, przekonana, że wojewoda wkrótce opadnie z sił. Lecz właśnie o to chodziło. Gdy na wschodzie niebo zaczęło jaśnieć, Łeknia wybiegł na rozległą polanę. Strzyga rzuciła się za nim, lecz wtedy zza lasu wyłoniły się pierwsze promienie słońca. Potwór zawył z bólu. Jego skrzydła skurczyły się, szpony osłabły, a czerwone oczy utraciły swój blask.
— Oto kres twojego przekleństwa! — zawołał Łeknia.
Jednym pewnym ciosem włóczni przebił serce przeklętej istoty. Ziemia zadrżała, a ciało potwora rozsypało się w popiół, który wiatr uniósł wysoko ponad korony drzew. Tego samego dnia zaraza zaczęła ustępować. Chorzy odzyskiwali siły, zwierzęta wracały na pastwiska, a mieszkańcy po raz pierwszy od wielu lat odważyli się wejść do Czarnego Boru bez lęku. Władca wyprawił wielką ucztę na cześć zwycięskiego wojewody, lecz Łeknia nie przypisywał sobie chwały.
— Miecz zwycięża tylko wtedy, gdy prowadzi go mądrość — powiedział skromnie. — A człowiek, który zapomina o rozwadze, łatwo staje się ofiarą własnej odwagi.
Od tej chwili sława Łekni rozniosła się daleko poza granice jego ziem.
Niedługo po zwycięstwie nad Strzygą na ziemię Lechitów spadło kolejne nieszczęście. Pośród lasów leżał głęboki staw, którego wody były tak ciemne, że nawet w pogodny dzień odbijały niebo niczym czarne zwierciadło. Ludzie omijali to miejsce z daleka, gdyż od pokoleń wierzono, że w jego głębinach mieszka Topielec — złośliwy demon wód, pan wirów i zdradliwych toni.
Pewnego letniego poranka córka wodza wraz ze swymi towarzyszkami udała się nad staw, by nazbierać kwiatów i ziół na zbliżające się święto plonów. Gdy schyliła się nad wodą, nagle tafla wody zafalowała, choć nie było wiatru. Z głębin wynurzyły się sine dłonie, które pochwyciły dziewczynę i w jednej chwili porwały ją pod wodę. Rozległ się krzyk i tylko zapaska córki wodza pozostała na wodzie. Wieść o porwaniu szybko dotarła do grodu. Kniaź pogrążył się w rozpaczy, a najdzielniejsi wojowie bali się zbliżyć do przeklętego stawu. Jedynie Łeknia wystąpił przed wodza. Złożył przysięgę:
— Nie spocznę, dopóki twoja córka nie wróci do domu — powiedział.
Stary żerca wręczył mu gałązkę świętej olchy mówiąc:
— Wody uznają tylko odważnych i ludzi o czystym sercu. Niech to będzie twoją ochroną.
O świcie Łeknia stanął nad brzegiem stawu. Wypowiedział modlitwę przodków i bez wahania zanurzył się w zimnych wodach. Im głębiej schodził, tym bardziej światło znikało. Wkrótce ujrzał kamienne komnaty porośnięte zielonymi wodorostami. W samym środku podwodnego dworu siedział Topielec — istota o bladej twarzy, włosach splątanych jak rzeczne sitowie i oczach błyszczących zimnym, zielonym światłem. Obok niego, zaklęta niewidzialną mocą, trwała córka wodza.
— Jeszcze jeden śmiertelnik zapragnął zginąć w moim królestwie. — zaśmiał się Topielec głosem przypominającym bulgot wezbranej rzeki.
Łeknia nie odpowiedział. Wiedział, że demon żywi się strachem i gniewem. Topielec wzburzył wody. Powstały wiry, które mogły zmiażdżyć człowieka o skały. Łeknia uchylał się przed ich siłą i stopniowo zbliżał do przeciwnika. Gdy demon rzucił się na niego z trójzębem utworzonym z kości wielkiego suma, wojewoda wykorzystał jego impet. Chwycił drzewc broni, obrócił je i przykuł potwora ostrzem do dna. Topielec nie zdołał się uwolnić. W tej samej chwili Łeknia zerwał z szyi demona bursztynowy amulet, w którym ukryta była jego moc. Kamień pękł z donośnym hukiem, a podwodne komnaty zaczęły się rozpadać. Topielec wydał ostatni rozpaczliwy krzyk i rozpłynął się w mętnej wodzie niczym cień o świcie. Młodzieniec pochwycił córkę wodza za rękę i poprowadził ją ku powierzchni. Gdy wynurzyli się z jeziora, pierwsze promienie porannego słońca rozświetliły spokojną taflę wody, która odtąd już nigdy nie porwała żadnego człowieka. Na brzegu czekał cały lud. Wódz ze łzami radości objął swoją córkę, po czym uścisnął Łeknię.
— Dziś ocaliłeś nie tylko moje dziecko, ale i moje serce.
Dziewczyna spojrzała na wojewodę z wdzięcznością, której nie potrafiły wyrazić słowa. Od tego dnia często rozmawiali podczas uczt, wspólnych wypraw i świąt. Z czasem między nimi narodziło się szczere uczucie, oparte na wzajemnym szacunku, zaufaniu i podziwie. Ludzie mówili, że sam los połączył ich w chwili, gdy Łeknia wyprowadził córkę wodza z mrocznych głębin jeziora.
Ledwie ustały pieśni sławiące ocalenie córki wodza, gdy z południowych krańców krainy Polan zaczęły napływać przerażające wieści. Nad lasami i wzgórzami widywano ogromnego smoka, którego łuski lśniły niczym rozżarzone żelazo. Gdziekolwiek się pojawiał, pozostawiał po sobie spalone chaty, zniszczone pola i wymordowane stada bydła. Nawet najdzielniejsi wojowie uciekali na sam dźwięk jego ryku. Kniaź obawiając się o bezpieczeństwo swojego ludu, zwołał wiec wszystkich możnych i starszyzny.
— Wielu próbowało zgładzić tę bestię — powiedział z ciężkim sercem. — Żaden nie powrócił. Kto odważy się stanąć przeciw smokowi?
Wtedy wystąpił Łeknia.
— Czasem większą moc ma rozum niż oręż. Trzeba by było sposobem poczwarę zgadzać.
— Podejmiesz się tego, wojewodo? — zapytał władca.
— Jak bogi pomogą. — odparł. — Uwolnienie nasz lud od bestii.
Nie zamierzał walczyć z potworem w otwartym polu. Przez wiele dni badał ślady smoka, poznawał jego zwyczaje i miejsca, do których przylatywał. W końcu odkrył, że bestia zawsze podąża najkrótszą drogą do swojej zdobyczy i nigdy nie zawraca z raz obranego lotu. Polecił więc mieszkańcom wykopać na skraju puszczy, że jej dna nie było widać z powierzchni. Wykopano ją szeroką niczym dwa dwory wodza, a ściany umocniono twardą gliną. Obok przygotowano potężne dębowe bale oraz głazy przywiezione z odległych wzgórz. Kiedy wszystko było gotowe, Łeknia samotnie wyruszył na spotkanie ze smokiem. Stanął na wysokim pagórku skale i zadął w róg tak donośnie, że echo poniosło się po całej puszczy. Rozwścieczony smok poderwał się z legowiska. Z rykiem, od którego zatrzęsła się ziemia, runął ku śmiałkowi. Łeknia nie czekał na atak. Gdy bestia była już blisko, ruszył do ucieczki dokładnie wyznaczoną drogą. Smok pędził za nim, ziejąc ogniem i krusząc drzewa potężnym ogonem. W ostatniej chwili wojewoda przeskoczył nad zamaskowaną gałęziami jamą. Rozpędzony smok nie zdołał się zatrzymać. Z hukiem runął w przepaść, a ziemia zadrżała od uderzenia jego olbrzymiego ciała. Na umówiony znak z pobliskiego lasu wybiegli wojowie. W jednej chwili zepchnęli do jamy ciężkie dębowe bale, a zaraz potem ogromne głazy. Smok ryczał i próbował wydostać się na powierzchnię, lecz każdy jego wysiłek tylko głębiej osuwał go w grząskie dno. Wreszcie wejście do jamy zostało całkowicie zasypane ziemią. Jeszcze przez trzy dni spod ziemi słychać było głuche pomruki. Potem zapadła cisza. Łeknia nie pozwolił nikomu odkopywać miejsca uwięzienia.
— Smok jest częścią tego świata — powiedział. — Nie każdą potęgę trzeba zniszczyć. Czasem wystarczy odebrać jej możliwość czynienia zła.
Na pamiątkę zwycięstwa usypano nad jamą wysoki kurhan i posadzono na nim dwanaście dębów. Starcy opowiadali później dzieciom, że gdy ziemia czasem cicho zadrży, jest to jedynie uwięziony smok, który na próżno usiłuje odzyskać wolność. Wieść o niezwykłym czynie Łekni rozniosła się po wszystkich ziemiach Lechii. Ludzie podziwiali nie tylko jego odwagę, lecz przede wszystkim mądrość, dzięki której pokonał potwora bez przelewu niepotrzebnej krwi. Po uwięzieniu smoka na ziemiach Lechii zapanował upragniony spokój. Ludzie odbudowywali spalone zagrody, dzieci znów bawiły się na podgrodziu, a kupcy bez obaw przemierzali leśne trakty. Wydawało się, że złe moce opuściły te strony. Lecz pewnej jesiennej nocy na podgrodziu pojawił się bies — demon chytry i złośliwy, który nie pragnął ludzkiej krwi, lecz ludzkiej niezgody. Nie miał jednej postaci. Raz ukazywał się jako zgarbiony starzec, innym razem jako czarny pies o płonących oczach albo kruk siedzący na dachu chaty. Szeptał ludziom do uszu kłamstwa, wzniecał podejrzenia między braćmi, poróżniał małżonków i przyjaciół. Sąsiedzi, którzy od lat żyli w zgodzie, nagle chwytali za kije i topory z powodu błahych sporów.
Kniaź zmartwił się bardziej niż wtedy, gdy smok pustoszył osady.
— Z wrogiem z ciała można walczyć włócznią. — powiedział. — Lecz jak pokonać tego, który zatruwa ludzkie serca?
Łeknia odparł spokojnie:
— Bies żyje dzięki ludzkiej głupocie. Trzeba odebrać mu to, czym się karmi.
Następnego wieczoru wojewoda usiadł samotnie na wielkim głazie stojącym pośrodku podgrodzia i czekał. O północy powiał zimny wiatr. Z mroku wyłonił się bies, uśmiechając się szyderczo.
— Czyżby sławny Łeknia postanowił walczyć ze mną? Jakąż to masz broń, jaki skutecznych oręż? — zadrwił.
— Nie z każdym przeciwnikiem walczy się orężem. — odpowiedział wojewoda. — Słyszałem, że chlubisz się swoim rozumem.
Bies wyprostował się dumnie.
— Jestem najmądrzejszy spośród duchów tej ziemi.
— Skoro tak, rozwiąż trzy zagadki. Jeśli odpowiesz na wszystkie, odejdę i zostawię ci podgrodzie. Jeśli choć raz się pomylisz, nigdy więcej tu nie wrócisz.
Demon roześmiał się.
— Zgoda.
Łeknia zapytał:
— Co rośnie, gdy się tym dzielisz, a ginie, gdy je zatrzymasz tylko dla siebie?
Bies długo milczał.
— Drzewa. — odparł po namyśle.
— To zgoda między ludźmi — odrzekł wojewoda.
Po chwili zadał drugą zagadkę:
— Co jest lżejsze od pióra, a potrafi przygnieść człowieka bardziej niż głaz?
Bies marszczył czoło, ale nie poddawał się. Po zastanowieniu się, rzekł:
— Grom.
— Nie, to wyrzuty sumienia.
Na koniec Łeknia spojrzał demonowi prosto w oczy.
— Powiedz mi jeszcze: kto naprawdę zwycięża — ten, kto potrafi przestraszyć ludzi, czy ten, kto sprawia, że przestają się bać?
Bies milczał bardzo długo. Po raz pierwszy na jego twarzy pojawiła się niepewność:
— Ten kto potrafi przestraszyć. — odrzekł.
Łeknia odpowiedział:
— Zwycięża ten, kto daje innym odwagę i jedność. Dlatego nigdy nie będziesz panował nad tym ludem.
Słowa wojewody zabrzmiały niczym uderzenie gromu. W tej samej chwili mieszkańcy, którzy ukrywali się w chatach, wyszli na podgrodzie. Zobaczyli, że demon nie jest niezwyciężony. Stanęli obok Łekni ramię w ramię. Bies zrozumiał, że utracił swoją przewagę, bo tam, gdzie ludzie trwali w zgodzie, jego szepty stawały się bezsilne. Wydał przeraźliwy krzyk, przemienił się w kłębowisko czarnego dymu i uleciał ku bagnom, przysięgając, że nigdy więcej nie postawi stopy na ziemiach strzeżonych przez mądrego wojewodę. Czasem wystarczy mądrość, prawda i zgoda, aby nawet najchytrzejszy demon musiał ustąpić. Jakiś czas później do uszu wojewody zaczęły docierać niepokojące informacje od rolników. Lato tego roku było niezwykle gorące. Słońce paliło pola Lechii od świtu aż do zmierzchu, a złote łany zbóż uginały się pod ciężarem dojrzałych kłosów. Nadszedł czas żniw — najważniejszych dni dla całego ludu, od których zależało przetrwanie nadchodzącej zimy. Lecz wraz z wielkim upałem powrócił dawny lęk. Każdego dnia, gdy słońce stawało najwyżej na niebie, nad polami pojawiała się Południca. Miała postać wysokiej kobiety odzianej w długą, białą szatę falującą niczym rozgrzane powietrze. Jej włosy przypominały wysuszone źdźbła zboża, a oczy błyszczały jak rozpalone węgle. W dłoni trzymała duży sierp o ostrzu jaśniejszym od srebra. Kto spotkał ją samotnie w samo południe, ginął od jednego ciosu lub padał martwy ze strachu. Żniwiarze porzucali więc pola, a kłosy osypywały się na ziemię, zanim zdołano je zebrać. Lud ponownie zwrócił się do Łekni.
— Jeśli nie pokonasz Południcy, — mówili. — to głód zajrzy do każdej chaty.
Wojewoda przez kilka dni doglądał prac na polach. Sam wiązał snopy, rozmawiał z rolnikami i czuwał nad nimi od świtu. Wiedział jednak, że demonica ukaże się dopiero wtedy, gdy słońce stanie w zenicie nad ziemią. Wreszcie nadszedł ten dzień. Powietrze zastygło. Ptaki umilkły, a nawet wiatr przestał poruszać kłosami. Nagle pośród łanów zafalowała biała postać. Południca wysunęła się spomiędzy zbóż cicho niczym cień.
— Odejdź, junaku! — syknęła. — To moje pola i moja pora.
Łeknia stanął naprzeciw niej z mieczem w dłoni.
— Pola należą do tych, którzy je zasiali i zebrali własnym trudem. Nie pozwolę ci więcej przelewać niewinnej krwi.
Południca zaśmiała się szyderczo i zamachnęła srebrnym sierpem. Cios przeciął powietrze z taką siłą, że kilka rzędów dojrzałego zboża padło na ziemię. Łeknia odskoczył, po czym odpowiedział uderzeniem miecza. Rozpoczął się pojedynek, jakiego nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy Lechii. Między złotymi łanami błyskała stal, a rozpalone powietrze drżało od siły kolejnych ciosów. Południca była szybka niczym letni wicher, lecz Łeknia zachował spokój. Czekał na jedną chwilę, gdy demonica odsłoni się choćby na mgnienie oka. I taka chwila nadeszła.
Południca uniosła wysoko sierp, chcąc zadać decydujący cios. Wtedy wojewoda zrobił krok naprzód i z całej siły zamachnął się mieczem. Ostrze przecięło powietrze z donośnym świstem. Jednym potężnym ciosem odciął Południcy głowę. Jej ciało rozsypało się w wir złocistego pyłu, który uniósł się nad polami i zniknął w blasku słońca. W tej samej chwili powiał chłodny wiatr, a żniwiarze ujrzeli, że ciężar strachu opuścił ich serca. Od tej pory nikt już nie bał się pracować w południowym skwarze. Żniwa przebiegały spokojnie, spichlerze wypełniły się ziarnem, a lud dziękował Łekni za ocalenie plonów i życia wielu ludzi. Starcy mawiali później, że tam, gdzie upadła Południca, każdego lata dojrzewało najpiękniejsze zboże w całej krainie, jakby sama ziemia pamiętała dzień, w którym odwaga zwyciężyła śmierć. Gdy minęły żniwa, mieszkańcy Lechii cieszyli się obfitymi plonami. Wkrótce jednak radość ustąpiła miejsca niepokojowi. W zagrodach zaczęły chorować krowy, konie i owce. Mleko kwaśniało jeszcze przed świtem, cielęta słabły bez przyczyny, a bydło padało jedno po drugim. Ludzie szeptali, że za tym nieszczęściem stoi stara Jaga, mieszkająca w najgłębszych ostępach puszczy. Nocami wymykała się ze swej chaty, rzucała uroki na stada i odbierała gospodarzom dostatek. Im większe było ich nieszczęście, tym silniejsza stawała się jej czarodziejska moc. Do Łekni przybyli zrozpaczeni gospodarze.
— Wojewodo zaradź. — prosili. — Bez zdrowego bydła nie przeżyjemy zimy. Pomóż nam, tak jak pomogłeś wszystkim przed nami.
Łeknia wysłuchał ich uważnie i odpowiedział:
— Nie każdą Jagę da się od tak pokonać. Najpierw trzeba odnaleźć źródło jej mocy.
Ruszył na nową przygodę mając wiarę i talizman Welesa w zanadrzu. Przez kilka dni wędrował po puszczy, tropiąc ślady Jagi. Rozmawiał z myśliwymi, bartnikami i zielarkami, aż w końcu stary borowy dziad wskazał mu drogę w zamian za chleb i ser. Gdy się posilił rzekł:
— Chatę znajdziesz tam, gdzie trzy stare sosny splatają korony nad bagnem. Lecz pamiętaj, wojewodo — moc Jagi nie tkwi w niej samej, lecz w skarbach, których strzeże bardziej niż własnego życia.
Następnej nocy Łeknia odnalazł chatę stojącą na skraju mokradeł. Z komina unosił się zielonkawy dym, a wokół krążyły czarne kruki. Wojewoda nie wtargnął do środka. Czekał cierpliwie, aż Jaga opuści chatę, by szkodzić kolejnym zagrodom. Gdy zniknęła między drzewami, Łeknia po cichu wszedł do środka. W chacie panował półmrok. Na belkach wisiały wysuszone zioła, a na półkach stały gliniane naczynia pełne tajemniczych proszków. W samym środku izby znajdowała się stara dębowa skrzynia okutą żelazem. Była zaklęta. Nie posiadała zamka ani kłódki. Junak chwilę pomyślał a potem wyjął talizmanem i położył go na skrzyni. Wezwał pomocy samego Welesa. Zaklęcie zostało zdjęte.
Po otwarciu kufra wojewoda ujrzał przedmiot, od którego biła niezwykła moc: serce z czarnego bursztynu. <<Starzec miał rację — to w nich ukryta była siła Jagi.>> — pomyślał wojewoda.
Łeknia zabrał magiczny przedmiot i wyniósł go z chaty. Nad pobliskim strumieniem rozbił czarny bursztyn o wielki głaz. W tej samej chwili nad puszczą rozległ się przeraźliwy krzyk.
Jaga wróciła do chaty i zrozumiała, że utraciła wszystko, co dawało jej moc. Jej włosy posiwiały, plecy zgięły się jeszcze bardziej, a oczy utraciły złowrogi blask.
Wybiegła przed chatę i ujrzała Łeknię.
— Oddaj mój skarb! — krzyczała. — Bez niego jestem niczym!
Wojewoda spojrzał na nią spokojnie.
— Ten, kto buduje swoją siłę na cudzym nieszczęściu, wcześniej czy później zostaje jej pozbawiony.
Jaga zawyła z gniewu, lecz nie potrafiła już rzucić ani jednego uroku. Odwróciła się i uciekła w mroczne knieje tak daleko, że nigdy więcej nie widziano jej na ziemiach Lechitów. Już następnego dnia bydło zaczęło odzyskiwać siły. Krowy znów dawały mleko, konie nabierały wigoru, a owce wróciły na pastwiska. Gospodarze dziękowali Łekni, wiedząc, że ocalił nie tylko ich stada, lecz także dostatek całego ludu. Wieść o kolejnym czynie wojewody dotarła nawet do duchów i bóstewek.
Po odejściu Jagi na ziemiach Lechii na nowo zapanował pokój. Mimo to od czasu do czasu zdarzały się rzeczy dziwne. Wędrowcy błądzili na leśnych ścieżkach, choć znali je od dzieciństwa. Zboża na niektórych polach niespodziewanie kładły się pokotem, a pasterze opowiadali, że nocami słyszą cichy płacz dobiegający z puszczy. Łeknia postanowił odkryć przyczynę tych tajemnic. Przez wiele dni przemierzał lasy i pola, aż pewnego wieczoru ujrzał nad leśnym źródłem niezwykłą postać. Była to Boginka — piękna niczym wiosenny świt. Jej długie włosy spływały aż do ziemi, a w nich lśniły liście leszczyny i kwiaty paproci. W oczach miała jednak głęboki smutek.
— Dlaczego płaczesz? — zapytał Łeknia.
Boginka westchnęła.
— Od wieków tęsknię za Zwodnikiem Polnym, opiekunem łąk i zbóż. Dawniej razem czuwaliśmy nad lasami i polami, lecz dawna klątwa rozdzieliła nasze drogi. Ja nie mogę opuścić puszczy, a on nie może wejść między drzewa. Spotkanie oznaczałoby dla nas zagładę.
Następnego dnia wojewoda odnalazł Zwodnika Polnego. Siedział samotnie pośród falujących łanów żyta. Był wysoki i smukły, z wieńcem splecionym z kłosów na głowie. Gdy mówił, zboże poruszało się wokół niego jak na wietrze.
— Każdej nocy patrzę ku skrajowi lasu — wyznał. — Wiem, że Boginka jest blisko, lecz nie mogę do niej podejść.
Łeknia długo rozmyślał nad ich losem. Odnalazł najstarszego żercę, który pamiętał opowieści swoich przodków.
Starzec powiedział:
— Klątwa nie zniknie dzięki sile ani czarom. Pęknie dopiero wtedy, gdy las i pole połączą się przy przemocy rąk człowieka, który nie szuka własnej korzyści.
Nazajutrz Łeknia zebrał mieszkańców pobliskich wiosek. Na granicy puszczy i pól wspólnie zasadzili młode dęby, lipy i leszczyny. Pomiędzy nimi pozostawili szeroką łąkę pełną kwiatów, przez którą poprowadzili czysty strumień. Tak powstało miejsce, gdzie las łagodnie przechodził w pola, nie odbierając im światła ani przestrzeni. Gdy zachodziło słońce, Boginka wyszła z cienia drzew, a Zwodnik Polny zbliżył się od strony złotych łanów. Oboje zatrzymali się na skraju nowo utworzonej polany. Nagle ziemia zadrżała lekko, a nad łąką rozbłysło złociste światło. Dawna klątwa pękła niczym cienki lód pod pierwszymi promieniami wiosennego słońca. Boginka i Zwodnik mogli wreszcie ująć się za ręce.
Las zaszumiał radośnie, zboża zakołysały się spokojnie, a nad kwitnącą łąką wzbiły się setki ptaków. Od tej chwili duchy lasów i pól przestały płatać ludziom figle. Boginka strzegła puszcz przed pożarami i burzami, a Zwodnik czuwał nad dojrzewaniem zbóż i obfitymi plonami. Gdy nadchodziła susza, sprowadzali rosę, a gdy wichry zagrażały łanom, osłaniali je swoją niewidzialną opieką. Ludzie mówili potem, że największym zwycięstwem Łekni nie było pokonanie Strzygi, Topielca ani smoka, lecz przywrócenie zgody tam, gdzie od wieków panował smutek i rozłąka.
Minęło wiele księżyców od dnia, gdy Boginka i Zwodnik Polny odzyskali utraconą jedność. Na ziemiach Lechii zapanował pokój, jakiego nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy. Lasy obfitowały w zwierzynę, jeziora w ryby, a pola wydawały plony tak obfite, że spichlerze nie mieściły ogromu ziarna.
Wódz zwołał wielki wiec wszystkich rodów. Przybyli wojowie, starcy, żercy, rzemieślnicy i gospodarze ze wszystkich okolicznych osad. Zebrali się na wysokim wzgórzu, z którego rozciągał się widok na puszcze, jeziora i żyzne pola — miejscu, gdzie Łeknia wielokrotnie gromadził swoich ludzi przed wyprawami przeciw siłom ciemności. Gdy wszyscy zasiedli w kręgu, kniaź powstał i przemówił:
— Lechia zawdzięcza wojewodzie Łekni więcej, niż zdołają opowiedzieć pieśni. Pokonał Strzygę, uwolnił moją córkę z niewoli Topielca, uwięził smoka, przechytrzył biesa, zgładził Południcę, odebrał Jadze jej zgubną moc oraz przywrócił zgodę między duchami lasów, pól i ludzi. Dzięki niemu nasze dzieci dorastają bez lęku, a ziemia rodzi w dostatku.
Wtedy najstarszy z żerców uniósł dębową laskę ku niebu i rzekł:
— Czyny takiego człowieka nie mogą zostać zapomniane. Niech na tym wzgórzu powstanie gród, który przez długie wieki będzie świadczył o jego mądrości i odwadze.
Lud odpowiedział jednym potężnym okrzykiem zgody:
— Sława Łekni!
Nazajutrz rozpoczęto budowę. Ścinano potężne dęby, ciosano bale i wznoszono wysokie wały ziemne. Powstała mocna palisada, szeroka brama i wieże strażnicze, z których można było dostrzec każdego zbliżającego się wędrowca. W samym środku stanął dwór wodza, świątynia przodków oraz domostwa dla mieszkańców.
Kiedy gród był gotowy, wódz uroczyście ogłosił:
— Niech odtąd nosi imię Łeknia, aby przyszłe pokolenia pamiętały człowieka, który bardziej ufał mądrości niż sile i który nigdy nie odmówił pomocy potrzebującym.
Rozległy się dźwięki rogów, bębnów i gęśli. Wojowie unieśli włócznie ku niebu, a lud długo wykrzykiwał imię swojego bohatera. Następnie władca poprowadził przed zgromadzonych swoją córkę — tę samą, którą przed laty Łeknia ocalił z mrocznych głębin jeziora. Była odziana w białą szatę haftowaną czerwonymi nićmi i wieniec z polnych kwiatów. Ujął jej dłoń i złożył ją w dłoni wojewody, po czym rzekł:
— W dniu, gdy ocaliłeś jej życie, zyskałeś mój szacunek. Dziś oddaję ci największy skarb mojego domu. Razem zbudujcie ród równie silny sercem, jak silna jest ta ziemia.
Łeknia spojrzał na córkę wodza, a ona odpowiedziała mu uśmiechem, który pamiętał jeszcze z dnia ich spotkania po zwycięstwie nad Topielcem. Przy świętym ogniu złożyli przysięgę wzajemnej wierności. Rada Rodów oraz kapłani ich związek, wojowie wznieśli okrzyk na ich cześć, a lud rozpoczął ucztę trwającą przez siedem dni i siedem nocy. Śpiewano pieśni o wszystkich czynach Łekni, tańczono wokół ognisk i dziękowano bogom za czas pokoju. Tak kończy się Legenda o mądrym i odważnym wojewodzie Łekni, którego czyny przeszły do wieczystej pamięci Lechitów, a którego imię na zawsze pozostało zapisane w nazwie grodu — Łeknia.
Pieśń o Piaście Kołodzieju
Minęło wiele pokoleń od czasów Lecha Prarodnego, ojca lechickich plemion. Jego potomkowie rozprzestrzenili się po rozległych ziemiach między Wartą, Notecią i wielkimi jeziorami, budując nowe grody oraz strzegąc dawnych obyczajów. Wśród nich największą potęgą stali się Goplanie, których władca sprawował pieczę także nad ziemiami Polan. Był nim Popiel Chościsko, syn Leszka III. Kniaź mądry, roztropny i doświadczony. Dbał o pomyślność swojego ludu, często zasięgał rady starszyzny i żerców, a sąsiednie plemiona darzyły go szacunkiem. Choć posiadał bogactwo i władzę, w jego sercu brakowało jednego — prawdziwej miłości.
W tym samym czasie, niedaleko Gniezna, żyła młoda dziewczyna imieniem Sława. Była córką możnego rodu wywodzącego się z linii od Lecha Prarodnego, choć jej przodkinią była jedna z nałożnic ojca Lachów. Starsi Rodów mawiali, że odziedziczyła po przodkach nie tylko niezwykłą urodę, lecz także mądrość, dobroć i łagodne serce. Znała zioła, pomagała ubogim oraz z jednakową życzliwością odnosiła się do możnych oraz prostych ludzi. Gdy Popiel Chościsko ujrzał ją po raz pierwszy podczas święta plonów, od razu dostrzegł w niej kobietę inną niż wszystkie. Nie zachwyciła go jedynie jej uroda, lecz spokój, z jakim rozmawiała ze starcami i troska, jaką otaczała dzieci oraz ubogich. Od tamtej chwili zaczął szukać sposobności, by ją spotykać, mimo iż był po słowie z córką kniazia Pomorzan. Nie przeszkadzało mu to w spotkaniach z piękną Sławą. Ich rozmowy trwały godzinami. Spacerowali brzegami jezior, słuchali szumu starych dębów i dzielili się marzeniami o przyszłości. Popiel nie mówił do niej jak władca do poddanej, lecz jak mężczyzna zakochany w kobiecie.
— Gdy jestem przy tobie, — wyznał pewnego dnia. — zapominam o ciężarze władzy.
Sława uśmiechnęła się łagodnie.
— A ja widzę w tobie nie kniazia, lecz człowieka o dobrym sercu.
Ich uczucie stawało się coraz silniejsze, lecz ojciec Sławy stanowczo sprzeciwiał się temu związkowi.
— Nie wydam córki za człowieka, którego życie należy bardziej do ludu niż do własnej rodziny. — mówił. — Dla niej wybrałem już innego męża — wojownika z możnego rodu Polan.
Dlatego zakochani spotykali się potajemnie pod starym dębem rosnącym nad brzegiem jeziora. Według dawnych wierzeń pamiętał on jeszcze czasy pierwszych Lechitów i był świadkiem wielu przysiąg składanych bogom.
Nadeszła Noc Kupały. Na wzgórzach rozpalono wielkie ogniska. Dziewczęta puszczały na wodę wianki splecione z polnych kwiatów, młodzieńcy przeskakiwali przez płomienie, a żercy składali ofiary, prosząc o urodzaj, zdrowie i szczęście dla całego ludu. Korzystając z zamieszania, Popiel i Sława wymknęli się z tłumu. Spotkali się pod swoim dębem. Tam, trzymając się za ręce, złożyli uroczystą przysięgę.
— Przysięgam ci miłość aż do kresu mojego życia. — powiedział Popiel Chościsko.
— A ja przysięgam, że moje serce już na zawsze pozostanie przy tobie. — odpowiedziała Sława.
Tej nocy ich miłość została przypieczętowana i Sława poczęła dziecko. Kiedy po kilku tygodniach jej ojciec odkrył, że córka nosi pod sercem potomka Popiela, wpadł w wielki gniew.
— Złamałaś moje słowo! — zawołał. — Nie pozwolę, aby hańba spadła na nasz ród!
Nie chciał słuchać próśb córki ani wyjaśnień. Obawiał się skandalu i walk między możnymi rodami, gdyż kniaź miał już żonę i była ona w ciąży.
Jeszcze przed narodzinami dziecka wydał Sławę za starego, uczciwego kołodzieja Piastowica, człowieka znanego w całej okolicy z wyrobu najmocniejszych kół do wozów. Choć był już w podeszłym wieku, słynął z dobroci, uczciwości i wielkiego serca. Gdy dowiedział się o losie młodej kobiety, powiedział tylko:
— Dziecko nie odpowiada za decyzje dorosłych. Jeśli bogowie prowadzą je pod mój dach, wychowam je jak własnego syna.
Sława zamieszkała w jego skromnej chacie przy Ostrowie Lednickim.
Niebawem nadszedł dzień narodzin.
Gdy dziecko przyszło na świat pośród drewnianych kół i narzędzi kołodziejskiego warsztatu, nad chatą pojawił się potężny biały orzeł. Trzykrotnie okrążył dach, po czym usiadł na starym dębie i wydał donośny okrzyk, który poniósł się daleko nad wodami Lednicy. Żercy uznali to za znak przychylności bogów.
— Ten chłopiec został przeznaczony do wielkich rzeczy. — powiedział najstarszy z nich.
Piastowic wziął noworodka na ręce.
— Skoro urodził się pośród kół mojego warsztatu, niech nosi imię Piast.
W tych samych dniach w książęcym dworze urodził się również syn prawowitej małżonki Popiela Chościska. Otrzymał po ojcu imię Popiel.
Piast dorastał w skromnej chacie Piastowica, gdzie od świtu do zmierzchu rozbrzmiewał stuk młotów i zapach świeżo ciosanego drewna mieszał się z wonią żywicy. Warsztat starego kołodzieja był znany w całej ziemi Polan. Powiadano, że koła wykonane jego ręką wytrzymają najdalszą drogę i największy ciężar. Od najmłodszych lat chłopiec pomagał przy pracy. Najpierw zbierał drewniane kliny i narzędzia, później uczył się dobierać odpowiednie drewno, suszyć je i wyginać obręcze nad ogniem. Kołodziej nie uczył go jedynie rzemiosła.
— Zapamiętaj, synu. — mawiał. — Koło jest mocne tylko wtedy, gdy każda jego szprycha zajmuje swoje miejsce. Tak samo jest z ludźmi. Gdy każdy uczciwie wykonuje swoją powinność, cała wspólnota pozostaje silna.
Piast słuchał tych słów z uwagą i zachowywał je głęboko w sercu. Sława patrzyła na dorastającego syna z cichą dumą. Choć nigdy nie wyjawiła mu tajemnicy jego narodzin, często dostrzegała w jego spojrzeniu rysy Popiela Chościska. Modliła się jedynie, aby chłopiec odziedziczył po ojcu mądrość, a nie ciężar książęcego losu.
Mijały lata. Piast wyrósł na silnego i pracowitego młodzieńca. Nigdy nie przechodził obojętnie obok cudzej biedy. Gdy sąsiadowi złamała się oś wozu podczas żniw, naprawił ją bez zapłaty. Kiedy wdowie zabrakło drewna na zimę, przez kilka dni rąbał dla niej polana. Pomagał także starcom, którzy nie mieli już sił obrabiać swoich pól.
Ludzie coraz częściej mówili:
— Ten chłopak ma serce większe niż niejeden możny.
Pewnego dnia dwóch gospodarzy pokłóciło się o przebieg granicy między polami. Spór był tak zażarty, że omal nie doszło do rozlewu krwi. Piast długo oglądał stare dęby, kamienie graniczne i wysłuchał obu stron.
Potem powiedział spokojnie:
— Ziemia nie należy do człowieka. To człowiek tylko przez chwilę może uprawiać ziemię swoich przodków. Nie pozwólcie, aby gniew odebrał wam to, czego nie odbierze nawet śmierć — dobre imię.
Zaproponował sprawiedliwy podział, z którym zgodzili się obaj gospodarze. Wieść o jego mądrości szybko rozeszła się po okolicy. Sam Piastowic coraz częściej spoglądał na wychowanka z zadumą.
— Nie wiem, synu, jaki los przygotowali ci bogowie, — mówił. — ale wiem jedno: dziecko, które potrafi godzić ludzi, warte jest więcej niż wojownik umiejący ich poróżnić.
Nadeszła siódma wiosna, a wraz z nią dzień postrzyżyn Piasta. Był to jeden z najważniejszych obrzędów w życiu młodzieńca. Oznaczał pożegnanie dzieciństwa i wejście w świat dorosłych.
Piastowic, choć ubogi, postanowił przygotować uroczystość godną swojego syna. Upieczono chleb z najlepszego ziarna, uwędzono mięso, ustawiono na stole sery, miód i dzbany z piwem. Sąsiedzi przynieśli to, czym mogli się podzielić, wiedząc, że w domu kołodzieja zawsze spotykali się z życzliwością. Przed chatą rozpalono wielkie ognisko. Starcy opowiadali dawne dzieje Lecha Prarodnego, wojowie wspominali wielkie bitwy, a dzieci z zachwytem słuchały ich opowieści. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, drogą prowadzącą do chaty szło dwóch nieznanych wędrowców. Obaj mieli długie siwe brody, płaszcze okryte kurzem dalekich dróg i laski pokryte tajemniczymi znakami. Ich twarze były spokojne, lecz spojrzenia przenikliwe.
Stanęli przed progiem.
— Sława bogom! — powiedział starszy z nich. — Czy znajdzie się miejsce dla dwóch strudzonych wędrowców?
Piastowic skłonił się nisko.
— Sława! Goście w dom, bogi w dom. — wskazał miejsce przy stole. — W mojej chacie nie ma złota ani bogactw, lecz jest miejsce przy ogniu i trochę strawy dla każdego gościa.
Wędrowcy dołączyli do biesiadników. Po zakończeniu posiłku poprosili, aby przyprowadzono chłopca. Starszy wyjął z pasa niewielki nóż o rękojeści z jeleniego rogu i zgodnie z dawnym zwyczajem obciął Piastowi pukiel włosów. Drugi położył dłonie na jego głowie. W tym samym czasie podeszła Sława do męża i poinformowała, iż zapasy się kończą więc trzeba gościom podziękować. Przybysze spojrzeli na Piastowica, który posmutniał, gdyż nie dobrze wypraszać gości przed północą. W tej samej chwili wydarzyło się coś niezwykłego. Choć gości stale jedli oraz pili, to misy z jadłem nie opróżniały się, a dzbany z miodem pozostawały pełne. Każdy jadł do syta, a jedzenia wciąż nie ubywało. Ludzie patrzyli na siebie z niedowierzaniem.
— To znak bogów! — szepnęła Sława.
Wtedy starszy z wieszczy przemówił donośnym głosem:
— Nie patrzcie na ubóstwo tej chaty. Wielkość nie rodzi się z bogactwa, lecz z cnoty.
Drugi uniósł laskę ku niebu.
— Zapamiętajcie ten dzień. Oto chłopiec, którego imię przetrwa długie wieki. Z jego krwi wyjdzie ród wielkich książąt. Jego potomkowie zjednoczą ziemie Lechitów, wzniosą potężne grody i rozsławią swoje państwo daleko poza granicami tej krainy.
Po tych słowach obaj wędrowcy pobłogosławili Piasta i towarzyszyli mu do późnego wieczoru. Nikt nie widział, kiedy i gdzie odeszli. Było to niecodzienne zdarzenie, budzące różne domysły. Jedni twierdzili, że byli pradawnymi wieszczami. Inni wierzyli, iż sami bogowie przybrali ludzką postać, aby ogłosić światu narodziny przyszłej dynastii. Od tego dnia imię Piasta było znane w całej ziemi Polan. Coraz więcej ludzi przybywało do chaty kołodzieja, aby ujrzeć młodzieńca, o którym mówiono, że został wybrany przez samych bogów.
Lata mijały, a chłopiec wychowany w chacie kołodzieja wyrósł na mężczyznę silnego ciałem i szlachetnego duchem. Piast odziedziczył po Piastowicu pracowitość i pokorę, po swojej matce Sławie łagodność serca, a po nieznanym mu ojcu wrodzoną godność, która sprawiała, że ludzie słuchali go z uwagą.
Nie nosił książęcych szat ani złotych ozdób. Chodził ubrany jak inni mieszkańcy Polan, sam pracował w warsztacie i nie wstydził się żadnego zajęcia. Gdziekolwiek jednak się pojawiał, potrafił zażegnać spory, pojednać zwaśnione rody i zachęcić ludzi do wspólnego działania. Gdy dwaj możni pokłócili się o prawo do lasu, Piast zaproponował, aby puszcza służyła obu rodom i była użytkowana według dawnych zwyczajów przodków. Gdy dwa grody niemal sięgnęły po broń z powodu sporu o przeprawę przez rzekę, przekonał starszyznę do zawarcia zgody i wspólnej budowy mostu.
Z czasem zaczęto mówić:
— Kto szuka sprawiedliwości, niech idzie do Piasta.
Wieść o jego mądrości dotarła również do grodu Popiela Chościska. Stary kniaź pamiętał Sławę i nigdy nie zapomniał miłości, którą przed laty utracił. Kiedy usłyszał o młodym kołodzieju, którego wszyscy wychwalali za roztropność i szlachetność, zapragnął go zobaczyć.
Wezwał więc Piasta na swój dwór.
Młodzieniec przybył bez lęku. Skłonił się władcy z należnym szacunkiem, lecz nie uniżył się przed nim. Popiel Chościsko długo patrzył na jego twarz. W rysach młodzieńca dostrzegł własną młodość.
Po naradzie odprawił wszystkich i pozostawił w komnacie jedynie Piasta, Sławę oraz Piastowic. Wówczas Sława, ze łzami w oczach, wyznała tajemnicę, którą przez lata nosiła w sercu.
— Synu, — powiedziała drżącym głosem. — Piastowic jest twoim ojcem z miłości i wychowania, lecz nie z krwi. Twoim rodzonym ojcem jest kniaź. — wskazała ma Popiela.
Piast oniemiał. Spojrzał na starego kołodzieja. Piastowic uśmiechnął się spokojnie.
— Nie ten jest ojcem, kto daje życie, lecz także ten, kto uczy żyć. Zawsze będę cię uważał za swojego syna. — położył rękę na ramieniu Piasta.
Młodzieniec uklęknął przed nim i ucałował jego dłonie.
— Ojcze, wszystko, czym jestem, zawdzięczam tobie. — powiedział.
Chościsko podszedł do Piasta i objął go.
— Nie mogłem być przy tobie, gdy dorastałeś. Nie mogę cofnąć minionych lat. Mogę jednak naprawić to, co jeszcze pozostaje w mojej mocy.
Następnego dnia zwołał wiec możnych Goplan i Polan. W obecności starszyzny oznajmił:
— Oto mój pierworodny syn, zrodzony ze Sławy Polańskiej. Choć wychował się w domu kołodzieja, bogowie obdarzyli go sercem godnym władcy. Nie dano mi było być mężem Sławy ani ojcem Piasta według prawa. Pragnę jednak uznać iż ten to jest moim synem, choć nie dziedzicem. — westchnął i opadł na tron.
Wieść rozeszła się po całej okolicy. Jedni byli zaskoczeni, inni przyjęli ją z radością, pamiętając proroctwo dwóch wieszczy.
Chościsko wiedział jednak, że sama prawda o pochodzeniu nie wystarczy. Wiedział, iż syn z nieprawego łoża budził lęk w jego małżonce, która była mściwą kobietą. Postanowił uczynić Piasta swoim posłem w celu odnowienia sojuszy z plemionami. Wręczył mu srebrną pieczęć ze znakiem władcy oraz pierścień z orlim wizerunkiem.
— Od dziś jesteś moim legatem. Udaj się do wszystkich plemion Lechii. Odnów dawne sojusze, wysłuchaj starszyzny i przypomnij naszym braciom, że jesteśmy jednym ludem wywodzącym się od Lecha Prarodnego.
Piast przyjął pieczęć i pierścień z pokorą.
— Nie zawiodę ani ciebie, kniaziu, ani ludzi, którzy pokładają we mnie nadzieję.
Jeszcze przed świtem opuścił gród. Towarzyszyło mu kilku wojów. Przed nimi rozciągała się długa droga prowadząca przez ziemie Goplan, Polan, Mazowszan, Pomorzan, Ślężan, Wiślan, Lędzian i wielu innych plemion lechickich. Tak rozpoczęła się wielka wyprawa Piasta — nie jako zdobywcy, lecz wysłannika pokoju i jedności. To właśnie podczas tej podróży miał zdobyć zaufanie całej Lechii i przygotować grunt pod przyszłe zjednoczenie wszystkich lechickich plemion pod jednym berłem. Kiedy powrócił do domu, czekała go walka o zjednoczenie Polan, po tym jak Popiel Młodszy podporządkował sobie braterskie plemiona, stając się tyranem jakiego Lechia nie znała.
Księga druga — Goplanie
Goplanie — Dziedzice Jeziornej Krainy
Kraina: Kujawy, okolice jeziora Gopło
Znak: Biały koń nad wodą
Żywioł: Mgła i jeziora
Goplanie byli ludem związanym z wodą, mgłą i tajemnicami ukrytymi pośród jezior Kujaw. Ich ziemie otaczały rozległe wody Gopła, które według dawnych podań stanowiło serce ich krainy oraz zwierciadło odbijające wolę bogów. Tam, gdzie inni widzieli jedynie jeziora i mokradła, Goplanie dostrzegali świętą przestrzeń pełną duchów, znaków i pradawnej mądrości. W legendach Lechii uchodzili za strażników wodnych tajemnic oraz opiekunów przejść pomiędzy światem ludzi a krainą duchów. Mówiono, że mgły unoszące się nad Gopłem nie były zwyczajnym zjawiskiem, lecz zasłoną skrywającą wiedzę dostępną jedynie kapłanom i wybrańcom bogów. Z Goplanami wiązano także opowieści o Popielu, Mysiej Wieży i wydarzeniach poprzedzających narodziny polskiej państwowości. Według podań ich kapłani odczytywali wolę bogów z fal jeziora, a wodzowie zasięgali rad podczas obrzędów odbywanych na świętych wyspach. Ich osady budowano nad brzegami wód, a łodzie były równie ważne jak konie czy broń. Goplanie słynęli z umiejętności żeglugi po jeziorach i znajomości wodnych szlaków, które pozwalały im szybko przemieszczać się między grodami. W czasie wojny jeziora stawały się ich sprzymierzeńcem, chroniąc osady i utrudniając dostęp nieprzyjaciołom.
Cechy plemienia:
• Silna więź z wodą i jej duchami
• Znajomość jeziornych szlaków i żeglugi
• Mądrość kapłanów oraz wróżbiarstwo
• Cierpliwość i rozwaga w działaniu
• Ochrona świętych wysp i miejsc kultu
Dar Żywiołu Mgły i Jezior: Goplanie mieli zdolność odczytywania znaków ukrytych na powierzchni wody i we mgle. Wierzono, że potrafili przewidywać nadchodzące wydarzenia, odnajdywać drogę nawet podczas najgęstszej mgły oraz dostrzegać to, co pozostawało niewidoczne dla innych ludzi.
Święte Zwierzę: Biały Koń — święty posłaniec jeziornych duchów i symbol czystości, wolności oraz królewskiej godności. Według legend pojawiał się nad brzegami Gopła w chwilach przełomowych dla losów plemienia, prowadząc wybranych ku przeznaczeniu.
Motto: „Woda pamięta przeszłość, a mgła odsłania przyszłość.”
Pieśń o Goplanie Pani Wielkiego Jeziora
Na długo przed narodzinami wielkich grodów, zanim nad brzegami jezior rozbrzmiały imiona książąt i kniaziów, pośród rozległych puszcz istniało ogromne jezioro. Jego wody były tak głębokie, że starcy mawiali, iż sięgają samego świata dusz, a w bezwietrzne noce odbijają nie tylko gwiazdy, lecz także twarze duchów. Wokół jeziora żyły rozproszone rody rybaków, myśliwych, bartników i pasterzy. Każdy ród miał własnego starszego, własne obyczaje i święte miejsca, lecz wszystkich łączył szacunek do tajemniczych wód. Wierzyli bowiem, że jezioro ma swoją opiekunkę — piękną boginkę, której nie wolno było obrazić ani okłamać. Nazywano ją Goplaną. Nikt nie wiedział, kiedy pojawiła się po raz pierwszy. Jedni utrzymywali, że narodziła się z porannej mgły unoszącej się nad wodą. Inni opowiadali, iż stworzył ją sam Weles, aby strzegła jezior, ryb i wszelkiego życia ukrytego pod taflą. Kapłani zaś mówili tylko tyle, że dopóki Goplana czuwa nad wodami, dopóty jezioro będzie karmiło ludzi i chroniło ich przed głodem. Nie ukazywała się wszystkim. Jedynie ludzie o czystym sercu mogli dostrzec jej sylwetkę pośród trzcin. Miała włosy jaśniejące jak promienie słońca odbite w wodzie, oczy błękitne niczym letnie niebo i suknię utkane z mgły. Tam, gdzie stawała, rozkwitały lilie wodne, a łabędzie milkły, jakby oddawały jej należny hołd. Każdej wiosny mieszkańcy okolicznych osad przynosili nad jezioro dary: świeży miód, pierwsze wędzone ryby, pachnące zioła i wianki splecione z polnych kwiatów. Nie czynili tego ze strachu, lecz z wdzięczności.
Pewnego lata nad puszczą rozpętała się burza, jakiej nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy. Niebo zasnuły ciężkie chmury, wiatr łamał sosny, a fale z rykiem rozbijały się o brzegi. Łodzie miotane wichrem walczyły o powrót na ląd. W jednej z nich płynął młody wojownik. Był synem rybaka i od dzieciństwa znał siłę jeziora. Gdy usłyszał rozpaczliwe wołanie kobiety, ujrzał dziecko porwane przez wzburzone fale. Nie czekał ani chwili.
Zrzucił płaszcz, oddał miecz towarzyszowi i skoczył do ciemnej wody.
Fale raz po raz przykrywały go całkowicie, lecz nie ustępował. Dopłynął do dziecka, objął je ramieniem i z ogromnym wysiłkiem wrócił na brzeg.
Matka padła przed nim na kolana.
— Ocaliłeś moje jedyne dziecko. Niech bogowie wynagrodzą ci ten czyn.
Młodzieniec tylko pokręcił głową.
— Każdy człowiek powinien uczynić to samo.
Nie wiedział, że każde jego słowo słyszy ktoś jeszcze. Pośród wysokich trzcin stała Goplana. Od niepamiętnych czasów obserwowała ludzi. Widziała wojny, chciwość i zdrady. Nigdy jednak nie spotkała człowieka, który bez chwili wahania naraziłby własne życie dla całkiem obcej osoby. Po raz pierwszy serce strażniczki jeziora zadrżało.
— Kim jesteś, śmiertelniku? — wyszeptała jakby sama do siebie.
Wiatr porwał jej słowa, a fale poniosły je ku środkowi jeziora. Bogini jeszcze nie wiedziała, że tego dnia rozpoczęło się wydarzenie, które odmieni los jeziora i na zawsze zapisze jej imię w pamięci przyszłych pokoleń. Od dnia wielkiej burzy Goplana nie zaznała spokoju.
Każdego ranka wynurzała się spomiędzy trzcin i spoglądała ku brzegowi, gdzie pośród wysokich dębów mieszkał młody wojownik. Widziała, jak pomagał starym rybakom wyciągać łodzie na ląd, jak opatrywał rannych myśliwych i dzielił się zdobyczą z wdowami oraz sierotami. Nigdy nie brał więcej, niż potrzebował. Nigdy nie odmawiał pomocy.
— To nie jest zwykły człowiek. — mówiła do łabędzi. — W jego sercu nie ma pychy.
Pewnej nocy, gdy księżyc zawisł wysoko nad wodą, Goplana odważyła się wyjść na brzeg. Młody wojownik siedział samotnie przy ognisku. Ostrzył włócznię, wsłuchując się w śpiew nocnych stworzeń. Nagle poczuł delikatny zapach kwiatów wodnych. Podniósł wzrok. Przed nim stała niezwykła niewiasta. Jej długie, jasne włosy opadały aż do pasa, a suknia mieniła się niczym poranna mgła skąpana w blasku księżyca. Wojownik odruchowo sięgnął po włócznię.
— Nie lękaj się. — odezwała się łagodnym głosem. — Nie przyszłam cię skrzywdzić.
— Kim jesteś? — zapytał ostrożnie.
— Tą, którą twoi przodkowie nazywają Goplaną Strażniczką Jeziora. Podoba mi się to imię.
Mężczyzna zamarł.
— Goplana…? — zdziwił się nie na żarty.
Boginka uśmiechnęła się.
— Znasz moje imię.
— Każde dziecko słyszy o tobie od najmłodszych lat. Mówiono mi jednak, że nikt nie może cię ujrzeć.
— Widzą mnie tylko ci, których serce nie zna zdrady. — rzekła.
Przez długą chwilę milczeli. Wreszcie wojownik odezwał się cicho:
— Dlaczego przyszłaś właśnie do mnie?
— Bo pierwszy raz od wielu wieków ujrzałam człowieka, który oddałby własne życie za drugiego.
Młodzieniec spuścił wzrok.
— Uczyniłem jedynie to, co nakazywało mi serce.
Od tamtej nocy spotykali się często. Rozmawiali o świecie ludzi i świecie bogów. Wojownik opowiadał o trudach codziennego życia, o polowaniach, rybołówstwie i surowych zimach. Goplana mówiła o tajemnicach jeziora, o podwodnych ogrodach pełnych cudownych kwiatów, o wielkich rybach starszych od najstarszych dębów i o duchach źródeł, które śpiewały tylko podczas przesilenia letniego. Z każdym spotkaniem ich serca stawały się sobie coraz bliższe. Pewnej nocy Goplana wyznała prawdę:
— Bogowie zabronili nam kochać śmiertelników. Lecz moje sece nie potrafi o tobie zapoznać.
Wojownik spojrzał jej w oczy.
— Moje serce należy do ciebie od pierwszego naszego spotkania.
— Luby mój. — westchnęła.
— Bogini moja, zostanę z tobą, nawet jeśli bogowie nas przeklną.
Ujął jej dłoń. Była chłodna jak źródlana woda, lecz po chwili ogrzała się od jego dotyku. Goplana zamknęła oczy. Po raz pierwszy od chwili, gdy bogowie powierzyli jej opiekę nad jeziorem, poczuła się szczęśliwa. Ciepło ust młodzieńca rozpaliło jej wargi słodyczą pocałunku. To była niezapomniana noc dla obojga. Nie wiedzieli jednak, że nie są sami. Wysoko nad nomi siedziały dwa kruki, posłańcy Peruna. Ich bystre oczy śledziły każde spotkanie zakochanych.
— Boginka złamała odwieczne prawo — zakrakał pierwszy.
— Trzeba zawiadomić pana piorunów — odpowiedział drugi.
Rozpostarły skrzydła i zniknęły w mroku.
Następnego dnia nad świętym dębem, pod którym bogowie zbierali się na narady, zgromadziły się ciężkie, czarne chmury. Perun wysłuchał posłańców, a jego oblicza pociemniały niczym niebo przed burzą.
— Czy to prawda? — zapytał Welesa głosem, od którego zatrzęsły się niebiosa.
— Tak. Goplana pokochała śmiertelnika.
Perun zacisnął dłoń na swoim toporze.
— Zapomniała, że bogowie i ludzie należą do dwóch różnych światów. — ryczał gniewnie.
W oddali rozległ się pierwszy grzmot. Nad spokojnym jeziorem pojawił się błysk, choć niebo było jeszcze bezchmurne. Goplana spojrzała ku górze i zadrżała.
— Oni już wiedzą…
Wojownik objął ją ramieniem.
— Cokolwiek się wydarzy, nie opuszczę cię.
Boginka milczała. Po raz pierwszy poczuła strach większy niż głębiny jeziora. Jednak zakochanego serca nikt i nic nie zdoła przerazić. Minęło wiele księżyców od chwili, gdy Goplana po raz pierwszy przemówiła do młodego wojownika. Ich miłość dojrzewała w tajemnicy. Spotykali się o świcie wśród pachnących trzcin, o zmierzchu na piaszczystych brzegach i podczas bezgwiezdnych nocy, kiedy jezioro spowijała srebrzysta mgła. Każde kolejne spotkanie sprawiało jednak, że Goplana coraz mocniej odczuwała ciężar odwiecznego prawa. Mimo to nie poddała się lękowi. Dzięki Welesowi poznała sposób jak ominąć prawo bogów, gdyż oni sami je łamali dla miłości. Sam Perun często to robił.
Nadszedł wreszcie dzień Jarych Godów, kiedy moc bóstw rośnie na krótką chwilę.
Goplana poprosiła ukochanego, aby po zachodzie słońca przyszedł nad cichą zatokę ukrytą za ścianą trzcin. Gdy przybył, ujrzał jezioro spokojne jak nigdy dotąd. Księżyc zawisł wysoko nad wodą, a jego blask był tak jasny, że wydawało się, iż całe jezioro zamieniło się w srebro.
— Dlaczego mnie tu sprowadziłaś? — zapytał.
Goplana ujęła jego dłonie.
— Ponieważ tej nocy mogę uczynić tylko jedno z dwóch. Albo odejść od ciebie na zawsze… albo związać nasze losy aż po kres świata.
— Dla mnie wybór jest prosty.
— Dla mnie już nie.
Po policzku boginki spłynęła pierwsza łza. Dotknęła tafli jeziora. W tej samej chwili woda zafalowała, choć nie poruszył jej żaden wiatr. Z głębin zaczęły wynurzać się duchy jeziora i inne ostoty. Otoczyły zakochanych milczącym kręgiem. Nad wodą zatańczyły tysiące świetlików, a białe łabędzie rozłożyły skrzydła, jakby tworzyły żywy ołtarz.
Goplana położyła prawą dłoń na swojej piersi.
— Serce jest siedzibą duszy. Dopóki bije w swoim właścicielu, jego los należy tylko do niego. — pojrzała ukochanemu w oczy. — Jeśli wymienimy serca, już nigdy nie będziemy mogli żyć osobno. To jedyny sposób, który tobie pozwoli żyć w wodzie i pośród ludzi.
Młodzieniec nie zawahał się ani chwili.
— Jeżeli taka jest cena naszej miłości… oddaję ci wszystko. — odparł wojownik.
Goplana wyciągnęła dłonie ku niebu.
Blask księżyca spłynął na jezioro niczym srebrna rzeka. Światło otoczyło zakochanych. Powoli z piersi Goplany uniosło się świetliste serce, bijące łagodnym błękitnym blaskiem. W tej samej chwili z piersi młodzieńca wzniosło się serce ludzkie — czerwone, gorące i pełne życia. Oba serca zawisły między nimi. Przez krótką chwilę świat zamilkł.
Nawet fale przestały uderzać o brzeg.
Serca zamieniły się miejscami. Gdy światło zgasło, wojownik usłyszał śpiew ryb, szepty trzcin i głosy źródeł płynących głęboko pod ziemią. Goplana zaś po raz pierwszy poczuła bicie ludzkiego serca. Doznała radości, nadziei, ale także lęk przed utratą tego, którego kochała. Wtedy księżyc rozbłysnął jeszcze jaśniej. Jego blask oderwał się od tafli jeziora i zaczął wirować nad głowami zakochanych.
Świetliste smugi splatały się ze sobą, aż przybrały kształt korony. Nie była wykuta przez żadnego kowala. Nie powstała ze złota ani srebra. Utworzona została z czystego blasku księżyca, rosy i światła gwiazd. Goplana zdjęła ją z powietrza i z drżeniem dłoni włożyła na głowę ukochanego.
— Od tej chwili jesteś Kniaziem Wód tego jeziora i moim lubym. Sam Chors, siostry Gwiazdy, Zorza i to jezioro uznały cię za równego sobie, bo uczyniłeś serce swoje sercem moim.
W tej samej chwili daleko ponad chmurami rozległ się głuchy grzmot.
Perun widział wszystko. I po raz pierwszy od stworzenia świata zrozumiał, że boginka oddała śmiertelnikowi nie tylko swoją miłość. Oddała mu własne, nieśmiertelne serce. Gniew boga piorunów był tak wielki, że niebo pociemniało, choć księżyc wciąż świecił pełnym blaskiem, lecz Gwiazdy zniknęły.
Nie trzeba było długo czekać.
Ostatecznie niebo zasnuły ciężkie, granatowe chmury. Wiatr, który dotąd niósł zapach tataraku i kwiatów wodnych, ucichł. Ptaki przestały śpiewać, a zwierzęta ukryły się w gęstwinach.
Nawet jezioro, zwykle pełne życia, zastygło w bezruchu, a bóstewka czekały z przerażaniem na to co nastąpi.
— Perun nadchodzi. — wyszeptała Goplana.
Młody Kniaź Wód ujął jej dłonie.
— Nie oddam cię bez walki.
— Z bogami nie walczy się mieczem.
— To czym?
Boginka spojrzała na niego z czułością.
— Nie wiem.
Niebo przeciął pierwszy błysk. Na przeciwległym brzegu jeziora uderzył piorun. Stary jesion rozpadł się z hukiem na dwie części. Potem rozległ się głos, który zdawał się dochodzić z całego nieba naraz.
— Goplano! — fale zadrżały. — Złamałaś odwieczne prawo. Oddałaś śmiertelnikowi serce boginki i uczyniłaś go równym istotom nieśmiertelnym.
Goplana wyszła na otwartą wodę.
— Nie uczyniłam go bogiem. Uczyniłam go godnym strażnikiem tego jeziora.
— Nie do ciebie należała ta decyzja!
Nad taflą zgromadziły się czarne chmury.
— Jeżeli trzeba ponieść karę, ukarz mnie. Pamiętaj, że ty również łamiesz prawo ustanowione przez Roda!
Przez chwilę panowała cisza. Nawet kamienie wstrzymały oddech.
Potem Perun przemówił raz jeszcze.
— Bogowie nie karzą jedynie winnych. Karzą także tych, którzy stają się przyczyną złamania boskiego porządku.
Goplana zrozumiała. Spojrzała na ukochanego.
— Uciekaj… — wyszeptała.
— Nie. — odrzekł stanowczo.
— Proszę…
— Przysięgałem, że cię nie opuszczę.
Wtedy niebo rozdarł oślepiający błysk.
Piorun spadł prosto na Kniazia Wód.
Świat zatonął w białym świetle. Gdy huk ucichł, młodzieniec nadal stał. Korona z księżycowego blasku lśniła nad jego czołem. Serce Goplany chroniło go przed ogniem pioruna. Perun wydawał się zaskoczony. Po raz pierwszy jego wyrok okazał się nieskuteczny.
— Tak daleko sięga moc waszej przysięgi…
Rozgniewany bóg uniósł Peretłuk po raz drugi. Tym razem nie uderzył w ciało młodzieńca. Wymierzył w koronę.
Rozbłysła światłem jaśniejszym od księżyca. Spadła na taflę jeziora a po chwili opadła dno. W tej samej chwili serce Goplany, bijące w piersi młodzieńca, wróciło do swojej pani.
A ludzkie serce powróciło do jego piersi.
Stało się to, co musiało się stać.
Młodzieniec zachwiał się. Upadł na kolana. Goplana przyklękła przy nim i objęła jego twarz.
— Wybacz mi…
Na ustach Kniazia pojawił się łagodny uśmiech.
— Nie płacz… — dotknął jej twarzy. — Żyłem dłużej, niż pozwalał los. Kochałem bardziej, niż odważył się jakikolwiek człowiek. To wystarczy.
Zamknął oczy. Jego dłoń powoli osunęła się do wody. Goplana wydała z siebie krzyk tak przejmujący, że rozległ się echem po całej puszczy. Jej łzy spadały do jeziora jedna po drugiej. Tam, gdzie dotknęły tafli, rozkwitały białe lilie wodne. Perun patrzył jeszcze przez chwilę. Potem jego gniew ustąpił.
— Miłości nie zdołałem pokonać. Mogłem jedynie rozdzielić tych, których połączyła. Niech pamięć o nich trwa tak długo, jak istnieć będą te wody.
Burza ucichła. Chmury rozstąpiły się. Wszystko ustało. Tylko rozpacz bogini jeziora trwała. Przez trzy dni i trzy noce Goplana nie opuszczała ciała ukochanego. Siedziała na brzegu Wielkiego Jeziora, tuląc jego głowę do piersi. Nie jadła, nie piła i nie wypowiedziała ani jednego słowa. Wiatr ustał, fale ucichły, a ptaki przestały śpiewać, jakby cała przyroda pogrążyła się w żałobie razem z nią. Duchy wód otoczyły swoją panią milczącym kręgiem.
Jedna po drugiej gasły świetliste rusałki źródeł, a łabędzie odpłynęły ku najdalszym trzcinowiskom. Trzeciej nocy Goplana podniosła wzrok ku niebu.
— O bogowie! — zawołała głosem pełnym żalu.- Odebraliście mi tego, którego kochałam bardziej niż własną nieśmiertelność. Nie proszę już o litość. Proszę jedynie, aby pamięć o nim nigdy nie zginęła.
Położyła dłoń na piersi ukochanego. W miejscu, gdzie spoczywało jego serce, zajaśniał ostatni promień księżycowego blasku. Z głębin wynurzyła się Korona Kniazia Jeziora. Lśniła piękniej niż kiedykolwiek, lecz nie należała już do świata ludzi. Goplana resztką swej mocy uniosła ją wysoko.
— Nie będzie nosił jej człowiek chciwy ani okrutny. Nie sięgnie po nią ten, kto pragnie jedynie panować. Korona wybierze tylko tego, który przedłoży dobro swojego ludu ponad własną chwałę.
Wypowiedziawszy te słowa, ucałowała koronę i zanurzyła ją w najgłębszej toni jeziora. Wody zamknęły się nad nią bez jednego plusku. Wtedy boginka wyciągnęła dłonie nad taflą.
— Niech pamiętają mnie wszyscy, którzy przyjdą tu! — jej głos poniósł się nad wodą niczym pieśń. — Przyjdzie dzień, gdy spośród ludzi narodzi się władca czystego serca. Nie będzie szukał korony dla własnej pychy, lecz dla dobra swojego ludu. Jemu otworzą się głębiny, a Korona Kniazia Jeziora sama spocznie na jego skroniach. Od tej chwili stanie się prawowitym opiekunem tych ziem i jeziora. Lecz biada temu, kto z chciwością lub podstępem zechce wydrzeć ją z głębin. Wody staną się jego grobem, a moje imię będzie ostatnim, jakie usłyszy.
Ledwie przebrzmiały ostatnie słowa przepowiedni, ciało Goplany zaczęło jaśnieć coraz silniejszym światłem. Jej stopy rozpłynęły się w wodzie. Potem dłonie. Następnie włosy, które zmieniły się w srebrzystą mgłę unoszącą się nad jeziorem. Nie umarła. Stała się duchem Wielkiego Jeziora. Od tej pory w bezksiężycowe noce rybacy opowiadali, że pośród trzcin widać postać jasnowłosej niewiasty. Nigdy nie krzywdziła ludzi uczciwych. Przeciwnie — wyprowadzała zagubionych z mgły, ostrzegała przed burzą i prowadziła łodzie do bezpiecznego brzegu. Lecz wobec ludzi chciwych i niegodziwych była nieubłagana. Temu, kto zabijał więcej ryb, niż potrzebował, plątała sieci w gęste zarośla. Temu, kto chciał zagarnąć cudzą własność, wzburzała wodę i odbierała drogę powrotną. Temu zaś, kto odważył się szukać Korony Kniazia Wód z pychy lub żądzy władzy, ukazywała się pośród mgły z oczami pełnymi smutku. Chwilę później jezioro otwierało swoje głębiny, a śmiałek przepadał bez śladu. Z biegiem lat ludzie zaczęli nazywać Wielkie Jezioro Gopłem, aby na zawsze zachować pamięć o jego strażniczce. A gdy po wielu pokoleniach wyłoniło się plemię mieszkające nad jego brzegami, nazwano je Goplanami — ludem Goplany, wierząc, że dopóki jej duch czuwa nad wodami, dopóty korona będzie oczekiwała na prawowitego kniazia. I tak narodziła się legenda o Goplanie — Strażniczce Jeziora, której miłość okazała się silniejsza od śmierci, a przysięga trwalsza od czasu.
Pieśń o Poznaniu
Były to czasy, gdy puszcze porastały większą część Lechii, a człowiek częściej słyszał śpiew wilków niż dźwięk kowalskiego młota. Rzeki same wyznaczały drogi, a gwiazdy były jedynymi przewodnikami wędrowców. Nad światem ludzi czuwali bogowie zasiadający w Wyraju pod panowaniem Świętowita, lecz nad losem wszystkiego czuwał Rod-Światowid — Stwórca, który utkał bieg czasu i wyznaczył ścieżki zarówno bogom, jak i ludziom. Mówiono, że każdy człowiek rodzi się z własnym losem, lecz tylko nieliczni potrafią go odnaleźć. Ci, którzy zbaczali z drogi, ginęli w bezkresnych borach lub przepadając w mokradłach, stawali się jedynie wspomnieniem przekazywanym przez bajarzy.
W owych czasach po ziemiach Lechii wędrowali trzej bracia — Lech, Czech i Rus. Choć różnili się usposobieniem, byli nierozłączni. Lech był najstarszy. Odważny i roztropny, najpierw myślał o innych, dopiero potem o sobie. Czech słynął z rozwagi i cierpliwości. Potrafił rozstrzygać spory tak, że nawet zwaśnieni odchodzili pogodzeni. Rus zaś miał serce otwarte dla każdego potrzebującego i od dzieciństwa wierzył, że największą siłą człowieka jest dotrzymane słowo. Przemierzali razem puszcze, góry i doliny, poznając ziemie oraz ludzi zamieszkujących odległe osady. Gdziekolwiek przybywali, witano ich z szacunkiem, ponieważ nigdy nie odmawiali pomocy, a ich czyny szybko stawały się przedmiotem opowieści.
Bogowie z uwagą przyglądali się trzem braciom. Niektórzy twierdzili, że z czasem każdy z nich stanie się ojcem wielkiego ludu. Inni powątpiewali, czy więź braterska przetrwa próbę losu.
Wreszcie Rod-Światowid przemówił do zgromadzonych bogów:
— Nie pozna się wartości braterskiej miłości w czasie pokoju. Poznaje się ją dopiero wtedy, gdy drogi się rozchodzą.
Bogowie skłonili głowy a potem wydali wyroki aby poddać synów Samona próbie.
Był pogodny poranek, gdy Lech, Czech i Rus wkroczyli do najgęstszej puszczy, jaką kiedykolwiek widzieli. Rosły w niej dęby tak stare, że ich konary splatały się wysoko nad ziemią, zasłaniając słońce. Powietrze pachniało żywicą, paprociami i wilgotnym mchem, a ciszę przerywało jedynie stukanie dzięciołów i odległe pohukiwanie puszczyka.
— Nigdy nie widziałem tak wielkiego boru. — powiedział Rus, rozglądając się z zachwytem.
— Każda puszcza ma swój koniec. — odparł Lech. — Trzeba tylko odnaleźć właściwą drogę.
Czech uklęknął przy śladach pozostawionych na miękkiej ziemi.
— Tędy niedawno przechodziły jelenie. Skoro znalazły drogę do wodopoju, i my znajdziemy wyjście. Bracia ruszyli przed siebie. Nie wiedzieli jednak, że z wysokości obserwował ich Strzybóg. Na rozkaz Roda uniósł dłonie, a pomiędzy drzewami zaczął wirować wiatr. Najpierw delikatny. Potem coraz silniejszy. Wkrótce nad puszczę napłynęła gęsta mgła. Drzewa zniknęły z oczu. Głosy braci stawały się coraz cichsze.
— Lechu! — zawołał Czech.
— Jestem tutaj! — odpowiedział głos, lecz zabrzmiał jakby z bardzo daleka.
Rus podążył w jego stronę lecz jego koń zatrzymał. Dostrzegł przeszkodą w postaci drzewa. Po kilku chwilach mgła rozdzieliła braci całkowicie. Każdy z nich znalazł się samotnie pośród nieznanej puszczy. Nad koronami drzew rozległ się cichy głos Roda-Światowida, którego ludzie nie mogli usłyszeć:<< Niech każdy z nich odnajdzie drogę nie dzięki sile ramion, lecz dzięki sile własnego serca.>>
Mgła nie ustępowała. Każdy z braci szedł własną ścieżką, przekonany, że pozostali są gdzieś niedaleko. Wołali się nawzajem od świtu do zmierzchu, lecz zamiast odpowiedzi słyszeli jedynie szum drzew i świst wiatru.
Lech od wielu godzin przedzierał się przez gęsty las. Wtem usłyszał wołanie o pomoc. Na skraju bagna stał chłopiec. Jedną nogą zapadł się w grząski muł, a każdy ruch wciągał go coraz głębiej.
— Ratuj mnie! — zawołał rozpaczliwie.
Lech rozejrzał się. Nie było nikogo. Zdjął pas, przywiązał go do młodej brzozy i ostrożnie wszedł na podmokły grunt.
— Nie ruszaj się! Chwyć mocno!
Chłopiec złapał pas obiema rękami. Lech z całych sił pociągnął. Błoto nie chciało go puścić. Jeszcze raz szarpnął i jeszcze. Aż w reszcie chłopiec wydostał się na twardy grunt.
— Dziękuję ci.
W tej samej chwili postać dziecka rozpłynęła się niczym poranna mgła. Lech zrozumiał, że nie był to zwykły człowiek lecz prawdopodobnie Leszy.
Tymczasem Czech dotarł do niewielkiej polany. Pośrodku siedział siwy starzec.
Obok niego leżał pusty worek i złamany kostur.
— Wędrowcze. — odezwał się starzec. — Od kilku dni nie jadłem. Czy podzielisz się ze mną tym, co niesiesz w sakwie?
Czech wyjął ostatni bochenek chleba, kawałek sera i bukłak z wodą. Położył wszystko przed starcem.
— Weź. Mnie wystarczy to, co znajdę w lesie.
Starzec spojrzał na niego uważnie.
— A jeśli sam będziesz głodny?
Czech uśmiechnął się.
— Głód minie. Wyrzuty sumienia pozostają na całe życie.
W tej samej chwili starzec wyprostował się. Jego ubogie szaty zamieniły się w jasny płaszcz.
— Jestem Radogost. Mądrym ojcem będziesz.
Powiedziawszy to, zniknął równie nagle, jak się pojawił.
Rus tułał się najdłużej. Gdy zapadł zmrok, ujrzał pomiędzy drzewami złoty blask. Na kamiennym głazie spoczywała szkatuła pełna bursztynów, srebra i złota.
Obok niej stał dostojny mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu.
— Weź ten skarb. — powiedział. — Będzie twój. Założysz potężny gród i podporządkujesz sobie wszystkie okoliczne ludy.
Rus spojrzał na bogactwa. Potem zapytał:
— A moi bracia?
— Zapomnij o nich. Liczy się twoje szczęście. Oni niech sobie idą. Ważne że ty będziesz z nich największy.
Pokusa była wielka lecz Rus zamknął wieko szkatuły i rzekł:
— Nie chcę bogactwa, jeśli miałbym zdobyć je, porzucając tych, z którymi dzieliłem życie.
Nieznajomy uśmiechnął się. Podszedł do Rusa, położył na jego ramieniu dłoń a następnie powiedział:
— Wielu ludzi wybrałoby inaczej.
— Ja nie jestem jak wielu ludźmi. — odparł z przekonaniem oraz butą.
Postać rozpłynęła się w ciemności. Był to Weles, który chciał poznać siłę braterskiej wierności. Gdy wszystkie trzy próby dobiegły końca, Rod spojrzał na bogów zgromadzonych w Wyraju. Po chwili rzekł:
— Każdy z nich okazał inną cnotę: Lech — odwagę, Czech — gościnność, Rus — wierność.
Świętowit podniósł włócznię.
— Niech więc zakończy się ich rozłąka.
Na znak króla bogów Strzybóg wzruszył wiatr. Mgła zaczęła się rozwiewać. Promienie słońca po raz pierwszy od wielu dni przebiły się przez korony drzew.
Trzy ścieżki, dotąd biegnące osobno, powoli zaczęły prowadzić ku jednej wielkiej polanie. Tam pod rozłożystym dębem czekały na nich wozy, drużyny i ludzie, którzy towarzyszyli im od początku wyprawy. Jako pierwszy na polanę wyszedł Lech. Rozejrzał się uważnie i westchnął:
— Oby bogowie pozwolili mi jeszcze ujrzeć moich braci.
W tej samej chwili z przeciwnej strony lasu wyłonił się Czech. Przez krótką chwilę obaj stali nieruchomo, jakby nie dowierzali własnym oczom.
— Lechu! -zawołał ojciec Morawian.
— Czechu! — odparł Prarodny.
Pobiegli ku sobie i uścisnęli się jak bracia, którzy powrócili z dalekiej wojny. Nagle zza drzew dobiegł trzeci głos.
— Czy dla mnie także znajdzie się miejsce w tym uścisku?
Obaj odwrócili się jednocześnie. Na skraju polany stał Rus. Zmęczony, ubrudzony błotem, lecz z uśmiechem, który mówił więcej niż tysiąc słów.
Po chwili wszyscy trzej objęli się, śmiejąc się i dziękując bogom za szczęśliwe spotkanie. Lech spojrzał ku niebu.
— Rodzie i wszyscy bogowie Wyraju! Dziękujemy wam za to, że mimo prób pozwoliliście nam odnaleźć siebie na nowo.
Bracia uklękli i ucałowali ziemię.
— To miejsce pozostanie dla nas święte. — powiedział z przekonaniem Czech.
Rus zaś dopowiedział:
— Niech każdy, kto tu przybędzie, pamięta, że największą siłą nie jest miecz, lecz brat.
Towarzysze trzech braci, którzy również odnaleźli drogę na polanę, zaczęli znosić kamienie i przynieśli gruby pień drzewa z którego wyciosali wysoki słup. Ustawili nieopodal dębu.
Na jego szczycie wyryli cztery oblicza Roda, zwrócone ku czterem stronom świata, a poniżej z jednej strony wizerunek Świętowita, z drugiej Welesa, z trzeciej Leszego, a z czwartej Radogosta.
Kapłan, który wędrował wraz z braćmi, rozpalił święty ogień. W ciszy złożono bogom dary: chleb, miód, mleko i pierwsze owoce lasu. Gdy płomienie wzniosły się ku niebu, ponad koronami drzew przeleciał jastrząb. Wszyscy uznali to za pomyślny znak.
Lech uniósł róg z miodem.
— Niech bogowie mają w opiece wszystkich. Sława bogom!
— Sława! — odpowiedzieli zgodnym głosem wszyscy.
Potem Prarodny zwrócił się do braci:
— Nasze drogi znów muszą się rozejść. Każdego z nas prowadzi inny los, lecz od dziś żadna odległość nie rozdzieli naszych serc.
Czech uścisnął dłoń Lecha:
— Gdziekolwiek powstanie mój lud, zawsze będzie pamiętał o naszych wspólnych korzeniach.
Rus położył dłonie na ramionach braci.
— Jeśli kiedyś nadejdzie czas próby, potomkowie nasi powinni pamiętać, że kiedyś byliśmy jedną rodziną.
Nazajutrz o świcie Lech, Czech i Rus wraz z większością swoich towarzyszy ruszyli każdy w wyznaczoną sobie stronę.
Nie wszyscy jednak odeszli. Kilka rodzin, rzemieślnicy, rybacy, myśliwi i kapłan postanowili pozostać na polanie.
— Skoro właśnie tutaj bogowie pozwolili naszym wodzom odnaleźć się pośród bezkresnej puszczy, — powiedział żerca. — to tutaj wznieśmy gród, aby pamięć o tym wydarzeniu trwała po wszystkie pokolenia.
Wspólnymi siłami wykarczowali część lasu, usypali wał ziemny i wznieśli pierwsze drewniane domostwa. Nową osadę nazwali Poznaniem, gdyż właśnie w tym miejscu bracia ponownie się poznali i rozpoznali po rozłące. Z biegiem lat osada rosła, otoczono ją mocniejszymi wałami, a kupcy i podróżni coraz chętniej zatrzymywali się w jej gościnnych progach.
Tak, według dawnej lechickiej legendy, narodził się Poznań — gród zgody, braterstwa i pamięci o trzech braciach, których bogowie rozdzielili tylko po to, aby mogli odnaleźć się na nowo.
Pieśń o Pannie na Białym Koniu
Minęło wiele lat od dnia, w którym Goplana, Strażniczka Jeziora, pożegnała swego ukochanego Kniazia Wód i pogrążona w rozpaczy zanurzyła jego księżycową koronę w najgłębszej toni Gopła. Od tej chwili jezioro skrywało największą tajemnicę Lechii. Ludzie wierzyli, że w bezwietrzne noce, gdy księżyc odbijał się w nieruchomej tafli wody, pośród srebrzystych mgieł ukazywała się postać jasnowłosej niewiasty. Nie mówiła ani słowa. Powoli sunęła nad wodą, jakby sama była utkanym z księżycowego światła wspomnieniem. Starzy rybacy zdejmowali wtedy czapki i milkli. Młodzi odkładali wiosła. Kapłani mówili, że jest to duch Goplany, która do dziś czuwa nad jeziorem, pilnując Korony Kniazia Wód oraz pamięci o swojej wielkiej miłości.
Nie wszyscy jednak okazywali należny szacunek. Wieść o ukrytej koronie rozeszła się daleko poza brzegi Gopła.
Przybywali wojownicy spragnieni sławy, możni pragnący jeszcze większej władzy, chciwi kupcy marzący o bogactwach i awanturnicy wierzący, że wystarczy odwaga, by zdobyć dar bogów. Jedni nurkowali w głębinach. Inni zarzucali sieci z żelaznych łańcuchów. Jeszcze inni składali ofiary Nyji, licząc, że bóg chaosu wskaże im drogę do skarbu. Lecz jezioro nie dało się nabrać na żadne sztuczki. Jednych pochłaniały wiry. Innym gęsta mgła odbierała drogę powrotną. Zdarzało się, że łodzie wracały puste, choć wypłynęły pełne ludzi. A przecież mędrcy przestrzegali powtarzali słowa przepowiedni: <<Korony Kniazia Wód nie można zdobyć. Można jedynie zostać przez nią wybranym.>>
Lata mijały. Nikt z ludzi nie przeczuwał jednak, że los wybrał już swojego bohatera. Nie był nim możny. Nie był wojownikiem. Nie pochodził z wielkiego rodu. Był skromnym młodzieńcem, który od dnia swoich narodzin związany był z wodami Gopła bardziej niż ktokolwiek inny.
Był początek lata, gdy Lech Prarodny postanowił ponownie objechać ziemie Polan, aby przekonać się, czy jego lud żyje w dostatku i pokoju. Nie zwykł zamykać się w swoim grodzie. Uważał, że dobry władca powinien znać swoich poddanych, ich troski i radości. Towarzyszyli mu wojowie oraz jego jedyna córka — Mielana. Wieść niosła, że była równie piękna, jak odważna. Od dzieciństwa lepiej czuła się w siodle niż w komnatach, a ojciec, zamiast gasić w niej ten zapał, uczył ją sztuki jazdy konnej, tropienia zwierzyny i władania oszczepem.
— Pamiętaj! — mawiał Lech. — Odwaga bez rozwagi prowadzi do zguby, lecz rozwaga bez odwagi nie prowadzi donikąd.
Mielana uśmiechała się tylko i odpowiadała:
— Wiem, ojcze. Dlatego zabieram ze sobą jedno i drugie.
Jej ulubionym wierzchowcem był ogier o śnieżnobiałej grzywie i oczach błyszczących niczym poranna rosa. Zwierzę było szybkie, wierne i posłuszne wyłącznie swojej pani. Gdy orszak zbliżył się do rozległych brzegów Gopła, Mielana jak zwykle wysunęła się przed wszystkich.
— Księżniczko! — zawołał jeden z wojów. — Nie oddalaj się tak daleko!
— Nie lękajcie się! — odkrzyknęła z uśmiechem. — Mój koń zna drogę lepiej niż niejeden przewodnik.
Lech spojrzał za córką i pokręcił głową.
— Coraz bardziej przypomina swoją matkę. Jej również nie sposób było narzucić woli.
Dowódca drużyny uśmiechnął się łagodnie i rzekł:
— Może właśnie dlatego bogowie darzą ją swoją opieką.
Tymczasem Mielana jechała wąską ścieżką biegnącą wśród wysokich trzcin. Jezioro lśniło w promieniach słońca, a delikatny wiatr poruszał wodą tak lekko, że wyglądała niczym utkany ze szkła kobierzec. Nagle z gęstwiny z potężnym łopotem skrzydeł wzbiło się całe stado dzikich kaczek. Biały ogier zarżał przeraźliwie. Stanął dęba.
— Spokojnie! Spokojnie! — zawołała Mielana, mocno chwytając wodze.
Było już jednak za późno. Spłoszony koń rzucił się do gwałtownego galopu. Pędził wzdłuż brzegu jeziora, unosząc tumany kurzu.
— Zatrzymaj się! — krzyknęli wojowie.
Kilku natychmiast ruszyło w pościg.
Biały ogier był jednak szybszy od wszystkich. Mielana próbowała go opanować.
— Dobrze już… mój wierny… spokojnie…
Lecz zwierzę ogarnęła panika. Przed nimi wyrósł wysoki, urwisty brzeg. Wojowie zamarli.
— Nie! — krzyknęła dziewczyna.
Ogier nie zatrzymał się. Jednym potężnym skokiem odbił się od krawędzi i runął w głębokie wody Gopła. Rozległ się głośny plusk. Koń i jeźdźczyni zniknęli pod taflą jeziora.
— Mielana! — krzyknął Lech, dobiegając do brzegu.
Bezradnie patrzył na kręgi rozchodzące się po wodzie. Żaden z wojów nie odważył się skoczyć w ciemną toń. Przez krótką chwilę wydawało się, że jezioro pochłonęło księżniczkę na zawsze.
W tym samym czasie, niedaleko od miejsca wypadku, młody rybak zarzucał sieć. Nazywał się Gopliwój. Takie imię otrzymał dlatego, że przyszedł na świat podczas połowu ryb, w łodzi kołyszącej się na falach Gopła. Starcy mawiali, że jezioro przyjęło go za swoje dziecko jeszcze przed jego pierwszym oddechem. Usłyszawszy rozpaczliwe wołania, odwrócił głowę. Nie pytał, co się stało. Nie zastanawiał się, kim jest tonąca. Zrzucił płaszcz, chwycił linę przywiązaną do łodzi i bez chwili wahania skoczył w ciemne wody jeziora. Znał Gopło lepiej niż ktokolwiek inny. Wiedział, gdzie pod wodą kryją się zdradliwe wiry i gdzie znajdują się podwodne źródła. Zwinny niczym wydra, przecinał wodę pewnymi ruchami. Po chwili dostrzegł Mielanę. Jej biały koń zdołał wypłynąć na powierzchnię i odpłynął ku brzegowi, lecz księżniczka zaplątała się w wodorosty. Rybak wydobył nóż. Jednym cięciem przeciął splątane łodygi trzymające nogę księżniczki w uwięzi.
Objął Mielanę i skierował się ku światłu przebijającemu przez taflę jeziora. Po chwili oboje wynurzyli się na powierzchnię. Wojowie natychmiast podpłynęli łodzią i pomogli wyciągnąć księżniczkę na pokład. Lech uklęknął przy córce. Po kilku chwilach Mielana otworzyła oczy.
— Ojcze…
Ojciec Lachów odetchnął z ulgą.
— Bogowie byli dziś dla mnie łaskawi.
Podszedł do Gopliwoja.
— Ocaliłeś największy skarb mojego życia. Nigdy nie zapomnę tego, co uczyniłeś.
Młody rybak skłonił głowę.
— Uczyniłem tylko to, co powinien uczynić każdy człowiek.
Nie szukał pochwał. Odwrócił się i podszedł do swojej łodzi.
— Sieci zostały w wodzie. — powiedział z uśmiechem. — Ryby same się nie złowią.
Kilku wojów roześmiało się cicho.
— Doprawdy niezwykły człowiek — szepnął wódz.
Gopliwój chwycił mokrą linę i zaczął wyciągać sieć. Była cięższa niż zwykle.
Znacznie cięższa.
— Chyba trafił ci się cały ławicowy połów! — zawołał jeden z wojów widząc zmagania chłopaka.
Młodzieniec ciągnął z całych sił. Powoli z głębin wynurzyła się sieć pełna srebrzystych ryb. Lśniły w słońcu niczym tysiące małych zwierciadeł. Nagle pomiędzy nimi zabłysło coś jeszcze. Nie była to rybia łuska. Była to świetlista obręcz, jakby utkana z księżycowego blasku. Nie miała drogich kamieni. A jednak promieniała światłem, którego nie potrafił stworzyć żaden człowiek. Stary rybak zbliżył się i zamarł.
— To… — próbował coś powiedzieć.
Lech uczynił kilka kroków naprzód. Jego twarz pobladła.
— Korona Kniazia Wód… — szepnął. — Legendy mówiły prawdę.
Na brzegu zapadła głęboka cisza. W tej samej chwili tafla jeziora poruszyła się bez najmniejszego podmuchu wiatru.
Ze srebrzystej mgły wyłoniła się postać młodej kobiety o długich jasnych włosach. Jej szata zdawała się być utkana z wody i księżycowego światła. Nie szła. Sunęła nad powierzchnią jeziora. Była to Goplana, a raczej jej duch. Wielka Strażniczka Jeziora. Nie wypowiedziała ani jednego słowa. Patrzyła tylko na Gopliwoja. Na jej twarzy nie było gniewu. Ani smutku. Jedynie spokojne oczekiwanie.
Lech pierwszy przerwał milczenie.
— Chłopcze! Załóż koronę! To twoje przeznaczenie!
— Załóż ją! — zawołali wojowie. — To dar bogów! To znak przeznaczenia!
Gopliwój spojrzał na świetlistą obręcz spoczywającą w jego dłoniach. Po chwili powoli pokręcił głową.
— Korony nie wkłada się dla własnej chwały. — rzekł i odłożył na pień przy jeziorze. Spojrzał na Goplanę, dodając — Jeśli bogowie uznają mnie za godnego, sami wskażą właściwy czas.
Ledwie przebrzmiały jego słowa, korona rozbłysła światłem jaśniejszym od słońca. Blask odbił się w wodach całego jeziora. Goplana po raz pierwszy od wielu pokoleń uśmiechnęła się. Powoli podpłynęła do brzegu. Stanęła przed młodym rybakiem. Delikatnie ujęła koronę z pnia. Przez chwilę trzymała ją nad jego głową, jakby wsłuchiwała się w wolę bogów. Następnie własnymi rękami nałożyła świetlistą obręcz na jego skronie. Wokół zapanowała cisza. Nawet fale przestały uderzać o brzeg. Goplana spojrzała na zgromadzonych i po raz pierwszy od dnia śmierci swojego ukochanego przemówiła a jej głos był czysty jak źródlana woda i dźwięczny niczym pieśń łabędzi.
— To mój wybraniec. Pan mojego ludu.
W tej samej chwili nad Gopłem rozbłysło światło Chorsa, choć słońce wciąż stało wysoko na niebie. Korona zalśniła srebrnym blaskiem, a spokojne fale jeziora skłoniły się przed nowym Kniaziem Wód. Goplana spojrzała jeszcze raz na Gopliwoja. W jej oczach nie było już bólu. Była tylko nadzieja. Po chwili jej postać rozpłynęła się w srebrzystej mgle i powoli zniknęła w wodach Gopła. Na brzegu Gopła przez długą chwilę panowała cisza. Nikt nie odważył się wypowiedzieć ani słowa. Wszyscy byli świadkami cudu.
Lech Prarodny powoli podszedł do Gopliwoja. Uważnie spojrzał na świetlistą koronę spoczywającą na jego skroniach, po czym uniósł prawą dłoń na znak pokoju.
— Wola bogów jest święta. — powiedział donośnym głosem. — Nie mnie ją podważać.- zwrócił się do zgromadzonych wojów i rybaków. — Oto bogowie sami wskazali człowieka, który ma strzec tych ziem i tych wód. Od tej chwili uznaję Gopliwoja za kniazia rodów mieszkających nad Gopłem i równego sobie. — ujął młodzieńca za rękę, wzniosł ją ku niebu i zawołał: — Niech Rod błogosławi temu wyborowi! Niech Świętowit obdarzy nowego kniazia mądrością, Perun odwagą, Prowe sprawiedliwością, a Goplana niech czuwa nad jego ludem po wszystkie czasy!
Zgromadzeni odpowiedzieli jednym głosem:
— Niech tak się stanie! Sława bogom! Sława Goplanie! Sława! Słowa! Sława!
Lech spojrzał następnie na swoją córkę.
Mielana nie spuszczała wzroku z młodego rybaka, który przed chwilą ocalił jej życie, a teraz z woli bogów został wybrany na władcę. Na jej twarzy malował się spokój. Prarodny uśmiechnął się a następnie powiedział:
— Gopliwoju, dwukrotnie udowodniłeś, że jesteś człowiekiem wielkiego serca. Najpierw, gdy bez wahania ocaliłeś moją córkę, a potem, gdy nie ośmieliłeś się samowolnie sięgnąć po koronę.
Gopliwój skłonił głowę.
— Każdy człowiek powinien czynić to, co nakazuje mu sumienie. — rzekł, nie wierząc jeszcze w to co się stało.
— Właśnie dlatego bogowie cię wybrali. — odrzekł Lech. — Jeśli taka będzie również wola mojej córki, pozwalam wam połączyć swoje losy podczas świętej swaćby. Niech od tego dnia nasze rody będą sobie braćmi i sprzymierzeńcami. Taka jest też moja wola, na Roda.
Mielana spojrzała na ojca. Zrozumiała swoją rolę, i choć nie była przekonana to podeszła do Gopliwoja a następnie jak przystało na córkę kniazia powiedziała:
— Gdy tonęłam w głębinach Gopła, oddałeś dla mnie własne bezpieczeństwo. Teraz oddaję ci swoje zaufanie i swoje serce.
Gopliwój ujął jej dłoń.
— A ja przysięgam strzec ciebie i naszego ludu tak wiernie, jak Goplana strzegła tego jeziora.
Lech uniósł dłonie ku niebu i zawołał:
— Bogowie połączyli dziś nie tylko dwoje ludzi, lecz także dwa ludy.
Od tego dnia rody zamieszkujące brzegi Gopła zaczęły gromadzić się wokół nowego kniazia. Do rybaków dołączali myśliwi oraz bartnicy, rolnicy i rzemieślnicy. Wspólnie wznosili nowe osady, umacniali grody i bronili jeziora przed nieprzyjaciółmi. Tak zjednoczyło się plemię Goplan, które obrało Gopliwoja za swojego pierwszego kniazia. Na pamiątkę cudownego ocalenia Mielany oraz dnia, w którym bogowie objawili swoją wolę, znakiem plemienia stał się biały koń biegnący po tafli jeziora.
Od tej pory, ilekroć nad Gopłem rozciągały się srebrzyste mgły, rybacy i żeglarze przysięgali, że widzieli białego konia pędzącego po spokojnej tafli jeziora. Na jego grzbiecie siedziała Goplana — Strażniczka Jeziora. Nie była już pogrążoną w smutku boginką.
Czuwała nad Gopłem i nad swoim ludem.
A gdy zbliżało się niebezpieczeństwo, biały koń przyspieszał swój bieg, a jego kopyta nie wzburzały wody. Wtedy wszyscy wiedzieli, że Goplana przypomina o swojej wiecznej opiece nad Goplanami oraz nad Koroną Kniazia Wód, która odtąd spoczywała na skroniach władcy wybranego przez bogów. Tak narodziła się legenda o Pannie na Białym Koniu — opowieść o odwadze, pokorze i przeznaczeniu, dzięki którym nad wodami Gopła powstało dumne plemię Goplan.
Pieśń o Kruszwicy
Minęło wiele pokoleń od dnia, w którym Goplana wynurzyła się z wód Gopła i wskazała Gopliwoja jako pierwszego kniazia ludu jezior. Czasy wielkich cudów ustąpiły miejsca codziennemu trudowi, lecz pamięć o Strażniczce Jeziora i Koronie Kniazia Wód trwała w pieśniach bajarzy oraz opowieściach snutych przy wieczornych ogniskach. Nad brzegami Gopła powstawały nowe osady. Rybacy wypływali o świcie na połów, rolnicy uprawiali żyzne ziemie, bartnicy zaglądali do leśnych barci, a rzemieślnicy wyrabiali narzędzia, z których słynęły okolice jeziora. Każdego roku przybywało także kupców z odległych krain. Jedni wieźli bursztyn znad morskich wybrzeży. Inni przyprowadzali konie z dalekich równin.
Jeszcze inni przywozili tkaniny, pachnidła, futra i różne drogocenne wyroby. Najcenniejszym ze wszystkich towarów pozostawała jednak sól. Nazywano ją białym bursztynem. Bez niej nie można było przechować mięsa ani ryb przez długie miesiące. Dzięki temu ludzie mogli przetrwać zimę, a kupcy przemierzali setki mil, aby zdobyć choćby kilka worków cennego minerału. Przez ziemie Goplan prowadził wielki Szlak Bursztynowy, co dawało duże możliwości.
Na jego drogach mieszały się języki wielu ludów, skrzypiały wozy obładowane towarami, a w gospodach zawierano przyjaźnie, sojusze i umowy handlowe.
Bogowie patrzyli z zadowoleniem na rozwój krainy. Prowe czuwał, aby prawo było jednakowe dla wszystkich. Radogost przypominał o gościnności i uczciwości.
Mokosz każdego roku błogosławiła polom, aby rodziły obfite plony. Lecz wraz z bogactwem do ludzkich serc coraz łatwiej zakradały się pycha i chciwość. A tam, gdzie człowiek zaczyna kochać złoto bardziej niż bliźniego, to Nyja i Licho odnajdują drogę do jego duszy. I właśnie w tych czasach pojawił się kupiec, którego imię dziś zaginęło, bo lud zapamiętał nie jego, lecz przestrogę płynącą z jego losu. Był człowiekiem niezwykle przedsiębiorczym oraz odważnym. Potrafił dostrzec zysk tam, gdzie inni widzieli jedynie ciężką pracę.
Z czasem uwierzył jednak, że bogactwo może zastąpić honor, a złoto jest więcej warte niż ludzkie życie.
Kupiec szybko zrozumiał, że kto panuje nad handlem solą, ten posiada ogromny wpływ na życie ludzi. Z każdym rokiem sprowadzał jej coraz więcej. Zawierał nowe umowy. Budował kolejne magazyny. Aż w końcu niemal cały handel solą nad Gopłem znalazł się w jego rękach. Widząc rosnące bogactwo, postanowił wznieść budowlę, jakiej nikt wcześniej nie oglądał. Na wysokim brzegu jeziora wybrał rozległy teren. Tam cieśle przez wiele miesięcy obrabiali potężne dębowe bale. Powstał ogromny spichlerz, zdolny pomieścić setki jak nie tysiące worków soli. Kupiec nie poprzestał jednak na tym. Rozkazał usypać wysoki wał ziemny. Przed nim wykopano szeroką fosę. Na narożach stanęły drewniane wieże strażnicze, z których strażnicy mogli dostrzec każdego kto zbliżał się do skarbca kupca.
Ciężką bramę okuto żelazem, a wokół warowni ustawiono mocną palisadę. Gdy budowa dobiegła końca, przybyli kupcy zatrzymywali wozy i z podziwem oglądali niezwykłą budowlę.
— To jeszcze spichlerz czy już gród? — pytali jedni drugich.
— Twierdza Soli. — odpowiedział pewnego dnia stary przewoźnik i nazwa ta szybko rozeszła się po całej okolicy.
Kupiec z dumą spoglądał na swoje dzieło. Każdego ranka wspinał się na wieżę i patrzył na jezioro, łodzie rybaków oraz karawany zmierzające ku jego bramie. Z czasem zaczął wierzyć, że wszystko, co osiągnął, zawdzięcza wyłącznie sobie. Coraz rzadziej dziękował bogom za pomyślne wyprawy.
Coraz rzadziej wspominał ludzi, którzy pomagali mu budować jego dostatek. W jego sercu zakiełkowała pycha. A gdy po kilku latach słabsze zbiory sprawiły, że sól stała się jeszcze cenniejsza, kupiec po raz pierwszy świadomie podniósł jej cenę.
— Ludzie i tak przyjdą. — powiedział do swoich sług. — Bez soli nie zdołają przetrwać zimy.
Słudzy spojrzeli po sobie z niepokojem, lecz nie odważyli się zaprotestować. Tego wieczoru nad Gopłem zgromadziły się ciężkie chmury. Nie przyniosły jednak deszczu. Bogowie milczeli. Jakby czekali, czy człowiek sam zawróci z drogi, którą właśnie obrał. Niedługo potem nad ziemiami Goplan nastał jeszcze ciężki rok. Wiosenne deszcze nie przyszły na czas. Słońce wypaliło młode zboża, a pola pokryły się spękaną ziemią. W lasach było mniej zwierzyny niż zwykle, a rybacy wracali z coraz skromniejszym połowem. Ludzie z niepokojem spoglądali ku nadchodzącej przyszłości.
Wiedzieli, że bez soli nie zdołają zakonserwować mięsa ani ryb. To, co udało się zdobyć latem, mogło zepsuć się jeszcze przed pierwszym śniegiem. Dlatego dzień po dniu pod bramę Twierdzy Soli przybywali mieszkańcy okolicznych osad. Jedni przynosili zboże.
Inni skóry. Jeszcze inni miód lub własnoręcznie wykonane narzędzia. Kupiec jednak z każdym tygodniem podnosił cenę.
— Jeśli sól stała się aż tak potrzebna, to musi być więcej warta. — powtarzał swoim strażnikom. — Kto nie potrafi zapłacić, niech odejdzie.
Coraz częściej ludzie odchodzili ze spuszczonymi głowami. Pewnego chłodnego poranka przed bramą stanęła ubogo ubrana staruszka. Podtrzymywała się prostym drewnianym kijem, a na plecach niosła niewielki kosz z kilkoma bochenkami chleba i pękiem ziół. Strażnicy spojrzeli na nią z politowaniem.
— Po co przyszłaś, matko?
— Potrzebuję garści soli. — odpowiedziała cicho. — W mojej osadzie dzieci głodują. Chcę ocalić żywność, którą jeszcze zdołaliśmy zdobyć.
Strażnicy zaprowadzili ją przed kupca.
Staruszka skłoniła głowę i rzekła:
— Panie, nie mam srebra ani bursztynu. Weź ten chleb i zioła. Daj mi choć tyle soli, ile zmieści się w moich dłoniach.
Kupiec spojrzał na jej skromne dary i roześmiał się.
— Za tyle nie kupisz nawet garści piasku, a cóż dopiero soli.
— Nie proszę dla siebie. — odparła spokojnie. — Proszę dla tych, którzy sami przyjść już nie mogą.
Kupiec odwrócił się plecami i powiedział:
— Odejdź. W moim spichlerzu nie ma miejsca na litość. Kto nie potrafi zapłacić, nie otrzyma nic.
Staruszka westchnęła:
— Dobrze więc. Niech twoje serce zostanie osądzone przez tych, którzy widzą więcej niż ludzkie oczy.
Powoli odwróciła się i odeszła. Nikt nie zauważył, że gdy przekroczyła bramę warowni, jej pochylona sylwetka wyprostowała się, stare odzienie rozjaśniało, a wyschnięta laska zazieleniła się niczym młode drzewo. Nie była zwykłą kobietą. Była Mokoszą — opiekunką ziemi, urodzaju i uzdrowienia.
Jeszcze tego samego wieczoru stanęła w Wyraju przed tronem boga bogów, Rodem. Zgromadzili się również Świętowit, Perun, Strzybóg oraz inni bogowie. Mokosz opowiedziała o ludzkiej chciwości. O dzieciach skazanych na głód. O człowieku, który z daru ziemi uczynił narzędzie ucisku. Rod długo milczał. Wreszcie podniósł dłoń i rzekł:
— Sól jest darem bogów, nie własnością pychy. Kto wykorzystuje nieszczęście ludu dla własnego zysku, ten występuje przeciw sprawiedliwości.
Świętowit skinął głową na znak zgody.
— Wyrok jest słuszny.
Perun mocniej zacisnął dłoń na toporze.
— Jeśli pozwolisz, to wykonam wyrok na tym śmiertelniku.
Strzybóg rozpostarł ramiona.
— Moje wichry poniosą sprawiedliwość nad brzegi Gopła.
Mokosz spojrzała jeszcze raz ku ziemi ludzi.
— Niech zginie pycha, lecz niech ocaleją niewinni.
Bóg bogów powstał ze swojego miejsca.
Jego głos zabrzmiał niczym uderzenie kamiennego dzwonu.
— Tak postanawiam: o świcie sprawiedliwość zstąpi na Twierdzę Soli. Wyroki nasze muszą być zgodne z prawem które ustanowiliśmy na początku czasów. Prowe, Perunie, Strzybogu i Mokoszo wykonajcie mijają wolę.
Nazajutrz o świcie nad Gopłem zapanowała niezwykła cisza. Ptaki umilkły. Ryby skryły się w głębinach.
Nawet trzciny przestały kołysać się na wietrze. Najstarsi rybacy spojrzeli ku niebu i z niepokojem pokiwali głowami.
— Takiej ciszy nie pamiętamy. — mówili. — Bogowie przygotowują wielki znak.
Na dalekim horyzoncie pojawiła się ciemna chmura. Rosła z każdą chwilą, aż przesłoniła całe niebo. Nagle ziemię przeszył pierwszy grzmot. Nie był podobny do żadnego, jaki słyszeli ludzie.
Brzmiał tak, jakby sam Perun uderzył swoim toporem w sklepienie świata.
W tej samej chwili zerwał się wiatr.
Strzybóg wypuścił z dłoni wichry tak potężne, że drzewa uginały się do ziemi.
Nad Twierdzą Soli powstała ogromna trąba powietrzna. Wirowała z przeraźliwym hukiem. Zrywała dachy spichlerzy. Łamała wieże strażnicze niczym suche gałęzie. Rozrzucała worki z solą po całym dziedzińcu. Kupiec wybiegł przed swój dom i zaczął krzyczeć:
— Zamknąć bramy! Ratować sól! Ratować mój majątek!
Lecz nikt nie był już w stanie zapanować nad żywiołem. Wtedy z nieba spadł ulewny deszcz. Nie były to zwykłe krople.
Lały się z taką siłą, jakby sama Perperuna otworzyła wszystkie niebiańskie źródła. Biała sól zaczęła topnieć. Worki pękały. Po dziedzińcu płynęły słone strumienie. To, co kupiec gromadził przez całe życie, rozpływało się na jego oczach.
— Nie! To moje! To wszystko moje! — krzyczał z rozpaczą w głosie.
W tej samej chwili niebo rozdarła błyskawica. Perun wymierzył sprawiedliwość. Piorun uderzył prosto w kupca. Światło było tak oślepiające, że strażnicy i służba musieli zasłonić oczy.
Gdy błysk zgasł, nieuczciwy kupiec nie żył. Ziemia zadrżała. Pękła dokładnie w miejscu, gdzie padł. Rozwarła się na krótką chwilę i pochłonęła jego doczesne szczątki. Po czym zamknęła się ponownie, jakby człowiek ten nigdy nie chodził po świecie. Ludzie zamilkli.
Każdy zrozumiał, że bogowie wydali swój wyrok. Gdy burza ucichła, od strony jeziora nadciągnął kniaź Goplan wraz ze swoją drużyną. Przez długi czas oglądał zniszczoną warownię. Nie kazał jednak jej burzyć.
— Pycha jednego człowieka przeminęła. — powiedział. — Lecz dzieło ludzkich rąk może jeszcze służyć dobremu celowi.
Polecił otworzyć warownię. Pozostałą sól rozdano mieszkańcom okolicznych osad, aby nikt nie zaznał głodu podczas nadchodzącej zimy. Następnie kniaź zwrócił się do starszyzny rodów:
— Od dziś miejsce to nie będzie należało do jednego człowieka. Będzie należało do całego ludu Goplan.
Na miejscu dawnej Twierdzy Soli rozpoczęto wielką przebudowę. Wzmocniono wały. Poszerzono fosę.
Wzniesiono nowe bramy, dom kniazia, pracownie rzemieślników i targowisko.
Powstała świątynia, w której oddawano cześć Prowe za sprawiedliwe prawa. Przy bramie grodu ustawiono także kamienny słup z wyrytym znakiem Prowe, aby każdy kupiec pamiętał, że handel bez uczciwości prowadzi do zguby. Nowy gród nazwano Kruszwica od kruszcu soli, która tu była. Od tej pory stała się stolicą Goplan oraz strażnikiem handlu na Szlaku Bursztynowym. A gdy nad Gopłem pojawiała się burza i błyskawice rozświetlały niebo nad Kruszwicą, starzy ludzie szeptali do swoich wnuków:
— Pamiętajcie… bogowie długo są cierpliwi, lecz gdy człowiek uczyni chciwość swoim panem, sprawiedliwość zawsze odnajdzie drogę do jego serca.
Pieśń o Lichu i Kaliszu
Na południowych rubieżach Lechii, tam gdzie przez wieki krzyżowały się kupieckie drogi Szlaku Bursztynowego, stał stary gród Kalisz. Od świtu do zmierzchu rozbrzmiewał stukot kół wozów, nawoływania kupców i śmiech dzieci bawiących się na targowisku. Do miasta przybywali ludzie z odległych krain, niosąc bursztyn, sól, futra, miód, żelazo oraz ozdoby.
Kalisz był bogaty. Lecz bogactwo zawsze przyciągało nie tylko ludzi. Najstarsi bajarze mówili, że raz na kilka lat, gdy jesienne mgły spowijały gród, po ulicach przechadzała się stara, jednooka kobieta. Pojawiała się tam, gdzie ludzie zapominali o braterstwie oraz o tym iż bogactwo pochodzi od bogów. Szeptała do uszu chciwych kupców. Podsycała zazdrość między braćmi. Budziła lęk w sercach dzieci. A nocami zsyłała sny tak straszne, że nawet najdzielniejsi wojowie budzili się z krzykiem. Była to Licho. Nie potrzebowała miecza ani ognia. Jej orężem był strach. Mówiono, że nie można jej pokonać siłą. Im bardziej człowiek z nią walczył, tym większą władzę zyskiwała nad jego sercem.
Kapłani wiedzieli jednak o dawnej przepowiedni przekazywanej od pokoleń.
Głosiła ona, że nadejdzie dzień, gdy narodzi się dziecko na granicy dnia i nocy. Jeśli zachowa czyste serce i nie ulegnie ani pysze, ani nienawiści, będzie mogło stanąć przed Lichem bez lęku.
A wtedy moc bogini osłabnie. Przez długie lata nikt nie wierzył, że przepowiednia kiedykolwiek się spełni.
Lecz pewnego jesiennego wieczoru, dokładnie w chwili, gdy ostatni promień słońca gasł za horyzontem, a pierwsza gwiazda rozbłysła na niebie, w Kaliszu przyszedł na świat chłopiec. Najstarsza kapłanka spojrzała na niebo i wyszeptała:
— Granica dnia i nocy… Bogowie dali znak.
Chłopcu nadano imię Mirosław, co znaczyło „ten, który niesie sławę pokojowi”. Urodził się dokładnie w chwili, gdy dzień ustępował miejsca nocy. Ostatni promień słońca zgasł nad murami Kalisza w tej samej chwili, gdy na niebie zabłysła pierwsza gwiazda. Niemowlę zostało oddane kapłankom Dzidziley, zgodnie z przepowiednią. Najstarsza kapłanka świątyni długo patrzyła na niemowlę.
— Takie dzieci rodzą się raz na wiele pokoleń. — powiedziała cicho. — Ich serca widzą więcej niż oczy.
Chłopiec od najmłodszych lat różnił się od swoich rówieśników. Nigdy nie wyśmiewał słabszych. Nigdy nie odwracał wzroku od cierpiących. Gdy znajdował ranne zwierzę, opatrywał je.
Kiedy widział głodnego, dzielił się własnym posiłkiem. Największą radość sprawiało mu jednak słuchanie starych bajarzy i nauka świętych pieśni ku czci bogów. Jeden z jego opiekunów, kapłan bogini Żywie, często mu powtarzał:
— Człowiek może pokonać każdego wroga mieczem, lecz tylko czyste serce zwycięży lęk.
Mirosław zapamiętał te słowa i starał się żyć boskim prawem.
Lata mijały. Chłopiec wyrósł na wysokiego i spokojnego młodzieńca. Choć potrafił władać włócznią, znacznie częściej wybierał laskę pielgrzyma niż broń wojownika. Pewnej zimy Licho znów nawiedziło Kalisz. Najpierw pojawiły się koszmary. Ludzie budzili się z krzykiem. Kupcy zaczęli oskarżać się wzajemnie o kradzieże. Sąsiedzi przestawali sobie ufać. Matki bały się wypuszczać dzieci z domów. Na targowisku coraz częściej dochodziło do kłótni. Wystarczało jedno nieostrożne słowo, by wybuchła bójka.
— To wróciło Licho… — szeptali mieszkańcy.
Nawet wojowie bali się zapadającego zmroku. Tylko Mirosław pozostawał spokojny. Każdego wieczoru odwiedzał domy ludzi, modlił się z nimi, pocieszał dzieci i przypominał, że lęk rośnie wtedy, gdy człowiek karmi go własnym sercem.
Pewnej nocy przyśniła mu się stara kapłanka, która przed laty przepowiedziała jego narodziny. Powiedziała tylko jedno zdanie:
— Nie szukaj Licha… spraw, aby to ono odnalazło ciebie.
Młody kapłan obudził się przed świtem.
Zrozumiał, że nadszedł czas spełnienia przepowiedni. Nie wiedział jeszcze, że następnej nocy stanie twarzą w twarz z boginią lęku, od której od pokoleń drżał cały Kalisz. Następnego wieczoru Mirosław opuścił świątynię, nie zabierając ani miecza, ani włóczni. Miał przy sobie jedynie dębową laskę kapłańską, gałązkę jałowca oraz niewielką lampę z płomieniem zapalonym od świętego ognia. Najstarszy kapłan zatrzymał go u bramy.
— Dokąd idziesz, synu? — zapytał z niepokojem.
— Tam, gdzie od pokoleń nikt nie odważył się pójść. — odrzekł z pokorą oraz odwagą.
— A jeśli Licho odbierze ci rozum?
Mirosław uśmiechnął się spokojnie.
— Nie można odebrać tego, co spoczywa w rękach bogów. — uśmiechnął się.
Kapłan pobłogosławił go znakiem Roda.
— Niech Prowe prowadzi cię ku prawdzie, a Żywie zachowa twoje serce od rozpaczy. — dodał na koniec.
Młody kapłan udał się poza wały Kalisza, na wzgórze, gdzie według starych podań Licho najczęściej ukazywało się ludziom.
Noc była cicha. Mgła unosiła się nad ziemią. Nagle płomień lampy zadrżał. Z mgły wyłoniła się wysoka postać starej kobiety. Jej plecy były zgarbione. Siwe włosy opadały aż do ziemi. Miała tylko jedno oko pośrodku czoła.
— A więc przyszedłeś… — odezwała się ochrypłym głosem.
— Przyszedłem. — odparł.
— Nie boisz się mnie? — okrążyła chłopaka.
— Boję się tylko utraty dobra we własnym sercu.
Licho roześmiało się. Śmiech zabrzmiał jak skrzypienie starych drzew podczas wichury.
— Wszyscy tak mówią. — uśmiechnęła się złowieszczo a jej oko zaczęło opalizować. — Potem uciekają.
Wyciągnęło rękę. W jednej chwili przed Mirosławem pojawiły się obrazy. Zobaczył płonący Kalisz. Martwych przyjaciół. Płaczące dzieci. Własnych rodziców wołających go z zaświatów o pomoc. Lecz to nie zrobiło na nim wrażenia. Potem ujrzał siebie jako potężnego kapłana, przed którym klękają tłumy. Na jego głowie lśniła złota korona.
— Wystarczy jedno słowo. — wyszeptała bogoni. — Oddaj mi swoje serce, a dam ci władzę większą niż mają kniaziowie.
Mirosław zamknął oczy. Po chwili odpowiedział spokojnie:
— Serce, które można sprzedać za władzę, nigdy nie było czyste.
Wszystkie obrazy zniknęły. Licho cofnęło się o krok. Po raz pierwszy od wielu pokoleń ktoś nie uległ ani lękowi, ani pokusie. Jednookie oko bogini rozbłysło gniewem.
— Nie pokonasz mnie! — zasyczała. — Jestem boginią!
— Nie przyszedłem cię pokonać. — odparł Mirosław. — Przyszedłem zakończyć twoje panowanie nad tym grodem.
W tej chwili nad wzgórzem rozbłysła pierwsza zorza. Granica między nocą a dniem powróciła — dokładnie taka sama, w jakiej przed laty narodził się młody kapłan. Licho zrozumiała, że przepowiednia zaczyna się wypełniać.
Zawyła z gniewu i rzuciła się do ucieczki.
Nie biegła jak człowiek. Sunęła nad ziemią niczym gęsta mgła. Mirosław ruszył za nim. Przez lasy oraz mokradła.
Przez doliny i pagórki. Gdzie tylko przebiegało Licho, tam gasły ogniska, usychały kwiaty, a ludzi ogarniał niewytłumaczalny lęk. Pościg trwał cały dzień i całą noc. Młody kapłan nie ustawał. Prowadziła go troska o ludzi.
Nad ranem Licho dotarła na samotne wzgórze pośród lasów. Zatrzymała się.
Po raz pierwszy wyglądała na zmęczoną.
W tej chwili Mirosław usłyszał głos, który nie należał do żadnego człowieka. Był to głos Welesa, pana magii, przysięgi i Nawi.
— Nie próbuj zniszczyć Licha. — przemówił pan zaświatów w sercu młodzieńca. — Lęk jest częścią świata. Można go jedynie zamknąć tam, gdzie nie będzie szkodził ludziom.
Mirosław ukląkł. Podniósł z ziemi pierwszy głaz. Potem drugi i trzeci. Przez cały dzień oraz całą noc układał wokół wzgórza wielki kamienny krąg. Gdy położył ostatni głaz, wyrył na nim święte znaki Welesa oraz Prowego. Kamienie rozbłysły bladym światłem.
Licho ocknęło sie a nastepnie rzuciło się ku granicy kręgu, lecz niewidzialna moc odrzuciła je z powrotem. Bogini krzyknęła z gniewem:
— Nie zatrzymasz mnie na zawsze!