E-book
15.75
drukowana A5
39.84
Królestwo Niebieskie

Bezpłatny fragment - Królestwo Niebieskie


Objętość:
80 str.
ISBN:
978-83-8455-156-1
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 39.84

Rozdział 1

Omega

— Nigdy się nie spytałem. — Jezus spojrzał na brata rycerza, który zaprowadził go do Wielkiego Mistrza. — Jak masz na imię?

Rycerz zawahał się.

— Jacques panie… jestem Oksytańczykiem. — powiedział. — Dzisiaj to Francja.

— Rozumiem. — odpowiedział Jezus. — Muszę zebrać tych, którzy jeszcze są mi wierni jako żołnierze.

— Tu jest problem panie. — Oksytańczyk rozłożył mapę. — Według naszych informacji poza nami istnieją tylko cztery Zakony zachowujące pełną niezależność, My — Joannici, Krzyżacy, Lazaryci i Bożogrobowcy.

— Tylko cztery. — zasmucił się Chrystus.

Odwrócił się na pięcie.

— Nie chciałem mieć niewolników. — stwierdził. — Tylko przyjaciół.

— Czujesz to? — spytała Marzanna Welesa.

— Coś się zmienia. — powiedział po chwili. — On jest na Ziemi. — dodał.

— Jako kto? — spytała jego siostra.

— Jako król.

— Wiesz Jacques, mówiłem co prawda o celibacie… ale nie mówiłem, że to ma być przymus.

— Jeśli o to chodzi… Ojciec Święty nie wie, jak zareagować.

— Na co?

Zawahał się.

— Krążą słuchy, że masz potomków panie.

Jezus zatrzymał się w pół kroku.

Przez chwilę patrzył na Jacques’a tak spokojnie, że rycerzowi zrobiło się jeszcze bardziej nieswojo.

— Watykan zawsze bardziej bał się krwi niż grzechu. — powiedział w końcu.

— Bracia mówią, że jeśli to prawda… zmienia to wszystko.

— Jak myślisz? — spytał Chrystus.

Jacques spuścił wzrok.

— Jeśli istnieje twoja linia krwi, panie… wtedy nie tylko tron Jerozolimy, ale i tron Piotrowy może zostać zakwestionowany. Nie przez herezję, ale przez dziedziczenie.

Jezus uśmiechnął się gorzko.

— Zabawne. Przez tyle wieków głosili moje słowo, a najbardziej przeraża ich możliwość, że byłem naprawdę człowiekiem.

— Miałeś żonę? — spytał rycerz ciszej.

Chrystus długo milczał.

Za oknem maltańskie słońce odbijało się od kamienia.

— Kochałem. — odpowiedział w końcu. — A miłość zawsze zostawia po sobie ślad.

Jacques zadrżał.

— Więc to prawda.

— Prawda jest bardziej skomplikowana niż legendy i prostsza niż teologia. — odparł Jezus. — Ale tak… są tacy, którzy noszą moją krew.

Rycerz przeżegnał się odruchowo.

— Boże…

Chrystus spojrzał na niego z cieniem dawnego uśmiechu.

— Właśnie z nim rozmawiasz, Jacques.

— Cały Zakon ma tyle pytań, ale ja zapytam tylko o jedno.

— Pytaj więc. — Chrystus podszedł do okna pałacu.

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale jakim cudem Jesteś tylko jednym z Trójcy?

Chrystus po raz pierwszy zdjął koronę cierniową i spojrzał na niego poważnie.

— Niektórych rzeczy nie powinieneś wiedzieć, nie ze względu na to, że jesteś człowiekiem a ja Bogiem.

Zamilkł na chwilę i dodał.

— Ale dlatego, że nawet aniołowie nie wypowiadają tych pytań głośno. — dokończył spokojnie.

Jacques zamilkł.

Jezus obracał koronę cierniową w dłoniach, jakby ważył nie ciernie, lecz całe stulecia.

— Ojciec, Syn i Duch nie są trzema tronami. — powiedział cicho. — Ludzie zbyt często wyobrażają sobie niebo jak dwór królewski. To błąd.

— Więc czym jesteście?

Chrystus spojrzał na niego.

— Tym samym ogniem widzianym z trzech stron.

Rycerz zmarszczył brwi.

— To nadal brzmi jak zagadka.

— Bo nią jest. — odparł Jezus. — Ojciec jest wolą. Duch jest tchnieniem. Ja jestem słowem, które tę wolę uczyniło ciałem. Nie trzema bogami. Jednym istnieniem.

— A jednak modliłeś się do Ojca.

— Tak. Bo kiedy przyjąłem ciało, przyjąłem też granice człowieka. Głód. Ból. Strach. Samotność. Nawet ciszę Boga.

Jacques przełknął ślinę.

— Czyli naprawdę cierpiałeś.

Chrystus założył koronę z powrotem na głowę.

— Naprawdę. I właśnie dlatego sądzę ludzi łagodniej niż większość świętych chciałaby przyznać.

Zapadła cisza.

— A gdybym powiedział ci więcej — dodał po chwili — nie stałbyś się mądrzejszy. Tylko mniej spokojny.

Jacques skinął głową.

— Rozumiem, panie.

— Nie. — Jezus uśmiechnął się smutno. — I całe szczęście.

Zakonnik spojrzał na niego.

— Co w takim razie mamy uczynić?

Jezus spojrzał na urzędowy dokument.

— Zakony rozproszone po świecie nie stanowią realnej siły. — stwierdził. — Musisz ich zjednać.

— Ja? Jezu ja jestem tylko pomniejszym rycerzem bratem, nikt mnie nie wysłucha.

— Miej wiarę Jacques. — powiedział król żydowski.

— Posłuchają tylko ciebie panie… lub twojej krwi.

Jezus zamilkł.

Palcami powoli przesunął po pergaminie, jakby nie czytał słów, lecz ważył ich konsekwencje.

— Moja krew… — powtórzył cicho.

Jacques nie odważył się podnieść wzroku.

— Jeśli wieści są prawdziwe, panie… jeśli naprawdę istnieją twoi potomkowie… wtedy nie potrzebujesz tylko rycerzy. Potrzebujesz dziedziców. Symbolu. Czegoś, czego nie da się podważyć przez politykę.

Chrystus odwrócił się do okna.

Na dziedzińcu Maltańczycy ćwiczyli jak przed dawną wojną.

Stal uderzała o stal.

Rytmicznie.

Jak modlitwa.

— Przez dwa tysiące lat ludzie zabijali się w imię mojego krzyża. — powiedział w końcu. — A teraz chcesz, by zabijali się o moje nazwisko.

— Nie chcę tego, panie. — odparł Jacques. — Ale świat już taki jest. Tron bez dziedzica zawsze rodzi wojnę.

Jezus zamknął oczy.

Widział Golgotę.

Widział pusty grób.

Widział koronę cierniową i koronę królewską.

Obie ważyły tyle samo.

— A jeśli ich odnajdę… — powiedział cicho — nie zrobię z nich świętych relikwii. Nie będą moją własnością.

— Oczywiście.

— Będą mieli wybór. Tego odmówiono zbyt wielu ludziom w moim imieniu.

Jacques po raz pierwszy spojrzał mu prosto w twarz.

— Więc zaczniemy od nich?

Nie.

Jezus wziął koronę cierniową i założył ją z powrotem na głowę.

— Najpierw odnajdziemy tych, którzy jeszcze pamiętają, czym jest przysięga.

Spojrzał na mapę.

Malta.

Akwizgran.

Jerozolima.

Wiedeń.

Kraków.

Cztery zakony.

Jedno królestwo.

— A potem — powiedział spokojnie — odnajdziemy moją rodzinę.

— Jak odnajdziemy te Zakony?

— Przecież wiesz. — powiedział Jezus.

— Wanda. — Mira zawołała siostrzenicę. — Trochę dziwne mieć siostrzenicę w tym samym wieku. — dodał.

— Wiesz Mira, wszystko już świat widział.

Tamta nie odpowiedziała.

Wpatrywała się w stary egzemplarz książki matki.

— ,,Irina Wołkowa: Nowy Związek i jego ustrój”. — przeczytała tytuł.

— No tak zapomniałem, twoja matka jest minister spraw wewnętrznych.

— A twoja jest jej córką. — zaśmiała się Mira. — Ironia losu co?

— Zastanawiam się jak to jest, my po tym wszystkim… po wojnach bogów, zakonach, mitach nadal funkcjonujemy jak zwykli ludzie.

Mira uśmiechnęła się nerwowo.

— No cóż… wielu bogów żyło jak ludzie, więc to nic nowego.

— Tyle tylko że nie jesteśmy boginiami.

Mira spojrzała na nią.

— Ja jestem upiorem, ty reinkarnacją polskiej księżniczki nie… to nie jest nic dziwnego.

— Nie drocz się. — ostrzegła dziewczyna.

— Dobra spokojnie Laszko.

Wanda przewróciła oczami, ale na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

— Nienawidzę, kiedy tak do mnie mówisz.

— Bo wtedy brzmisz jak ktoś ważny? — Mira usiadła naprzeciw niej. — A jesteś.

Dziewczyna zamknęła książkę i przesunęła dłonią po okładce, jakby chciała wyczuć obecność matki w samym papierze.

— Czasem mam wrażenie, że wszyscy wokół wiedzą kim są, tylko ja nie.

Mama jest kim jest.

Babcia jest Rosją.

Ty jesteś… tobą.

A ja?

Mira spojrzała na nią poważniej niż zwykle.

— Ty jesteś Wandą. I to już wystarczy, żeby połowa Europy miała problem.

— Bardzo śmieszne.

— Mówię serio.

Nosisz imię, którego historia nie potrafi zapomnieć.

W tym świecie imiona mają znaczenie. Zwłaszcza stare.

Wanda oparła głowę na dłoni.

— Czyli jestem skazana na jakąś wielką symboliczną katastrofę?

— Prawdopodobnie. — Mira wzruszyła ramionami. — W naszej rodzinie to prawie tradycja.

Obie zaśmiały się krótko.

Po chwili jednak śmiech ucichł.

Wanda spojrzała przez okno.

— Nie czujesz tego?

Mira zesztywniała.

Poczuła.

Jakby coś bardzo starego poruszyło się na świecie.

Jakby ktoś otworzył drzwi, które od dawna powinny pozostać zamknięte.

— Czuję. — powiedziała cicho.

— Ją?

— Nie.

— To kogo?

Mira spojrzała w stronę zachodu.

— Króla.

Rozdział 2

Ciało i krew

W ONZ wrzało.

— To naruszenie prawa międzynarodowego! — grzmiał przedstawiciel Amerykański.

— Co mamy zrobić? — spytał wysłannik Watykanu. — Najwyraźniej Bóg tak chciał.

— Jeśli mogę wejść proszę księdza w słowo. — zaczął przedstawiciel Rosji. — Nie wiemy, czy to faktycznie jest Jezus. Załóżmy jednak, że to prawda… czy w takim razie powinniśmy spodziewać się likwidacji papiestwa?

Sala zamilkła.

Nawet tłumacze w kabinach przez moment nie wiedzieli, czy powinni przekładać to pytanie, czy udawać, że go nie usłyszeli.

Wysłannik Watykanu powoli poprawił okulary.

— To nie jest kwestia polityczna, tylko teologiczna.

— Ameryka uważa inaczej. — odparł ambasador USA chłodno. — Jeśli człowiek koronowany w Jerozolimie ogłasza się Królem Izraela i Synem Bożym, przestaje to być wyłącznie problem Kościoła.

— Przestaje? — rosyjski delegat uśmiechnął się blado. — Panie ambasadorze, jeśli to naprawdę On, to nigdy nie był to wyłącznie problem Kościoła.

Przedstawiciel Izraela milczał najdłużej.

W końcu wstał.

— Mój rząd nie uznaje żadnej nadprzyrodzonej legitymizacji władzy.

Ale tłumy już uznały.

A tłumów nie da się ekskomunikować ani zbombardować.

Wysłannik Watykanu zacisnął dłonie.

— Kościół nie działa na zasadzie sukcesji krwi. Tron Piotrowy nie jest monarchią dynastyczną.

— Zabawne. — Rosjanin oparł się wygodniej. — A jednak od dwóch tysięcy lat cała Europa mordowała się właśnie o to, kto ma prawo mówić w imieniu Boga.

— To bluźnierstwo.

— To historia.

W tym momencie drzwi sali otworzyły się gwałtownie.

Sekretarz wbiegł zdyszany.

— Panie i panowie…

Zawahał się.

— Właśnie potwierdzono, że Zakon Maltański oficjalnie uznał koronację w Jerozolimie.

Zapadła cisza cięższa niż wszystkie wcześniejsze słowa.

Przedstawiciel Watykanu pobladł.

Rosjanin zamknął oczy.

— No i mamy problem większy niż rezolucje. — powiedział cicho.

— Bo jeśli rycerze uznali króla… — dodał ambasador Izraela

— to wojna właśnie przestała być metaforą.

Do sali wkroczył przedstawiciel Królestwa Jerozolimskiego.

— Powiem krótko, pan mój i większości tu zgromadzonych nie chce rozlewu krwi. — rzekł.

— Czego chce w takim razie? — spytał sekretarz.

— Uznania, zarówno przez Watykan, jak i przez społeczność światową.

— Czy dobrze rozumiem? — roześmiał się Izraelczyk. — Bóg najpierw odbiera państwo a potem żąda legitymacji poprzez uznanie jego czynu?

Wysłannik Jerozolimy spojrzał na niego spokojnie.

— Nie.

Król nie prosi o pozwolenie na istnienie.

Król daje wam możliwość, byście nie musieli wybierać między buntem a lojalnością.

Izraelczyk uderzył dłonią w stół.

— To jest nasze państwo!

— A wcześniej czyje było? — spytał Rosjanin chłodno. — Rzymian? Brytyjczyków? Osmanów? Krzyżowców? Historia Ziemi Świętej nie zna pustych tronów.

— Przestańcie mówić o państwach jak o relikwiach! — warknął Amerykanin. — Mówimy o stabilności nuklearnego regionu, nie o średniowiecznej legendzie.

— Przeciwnie. — odpowiedział wysłannik Jerozolimy. — Mówimy właśnie o legendzie. Problem polega na tym, że legenda weszła do sali i zażądała miejsca przy stole.

Wysłannik Watykanu milczał najdłużej.

— Watykan nie może uznać koronacji bez rozeznania. Kościół nie działa pod presją tłumu ani miecza.

— Przez dwa tysiące lat działał pod presją obu. — odparł Rosjanin sucho.

— Przestańcie! — sekretarz generalny uderzył młotkiem. — ONZ nie jest soborem powszechnym.

— Niestety. — mruknął ktoś z tyłu sali.

Wysłannik Jerozolimy rozwinął pergamin opatrzony pieczęcią.

— W takim razie przekażę tylko słowa mojego pana.

Sala znów ucichła.

„Nie przyszedłem odebrać wam świata.

Przyszedłem przypomnieć, do kogo zawsze należał.”

Nawet Amerykanin nie znalazł natychmiast odpowiedzi.

Po chwili Izraelczyk zapytał cicho:

— A jeśli odmówimy?

Posłaniec spojrzał mu prosto w oczy.

— Wtedy mój Król zrobi to, co robił zawsze.

— Zbawi nas? — zakpił przedstawiciel USA.

— Nie. — odparł spokojnie. — Osądzi.

— Słyszałeś Kaziu? — spytała Nadieżda patrząc na nagranie. — Jezus chce uznania.

Przebywali w Tyraspolu stolicy Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej, państwa istniejącego od 1990 roku a mimo to nieuznawanego.

— Słyszałem. — odpowiedział.

Nadal lizał rany po cięciu zadanym kosą.

Żona spojrzała mimowolnie na flagę.

— Moja ojczyzna. — powiedziała na głos.

Nagle kolana się pod nią ugięły.

— Co jest? — spytał Kazimierz.

— Kolejna wizja. — odparła.

Świat zniknął.

Nie było już pokoju, ścian ani starej flagi wiszącej nad biurkiem.

Był tylko ogień.

Jerozolima płonęła.

Nie tak jak w wiadomościach.

Nie jak podczas wojny.

To był ogień rytualny.

Stary.

Biblijny.

Na wzgórzu stała Trzecia Świątynia.

Nowa i jednocześnie starsza niż pamięć.

Przed jej bramą stali ludzie w zbrojach bez herbów państw.

Tylko krzyże.

Gwiazdy.

Półksiężyce.

Symbole starsze od granic.

A pośród nich — On.

Korona cierniowa.

Szkarłatny płaszcz.

Twarz zmęczona bardziej niż dwa tysiące lat temu.

Jezus nie patrzył na świątynię.

Patrzył w niebo.

I był… zły.

Nadieżda poczuła strach.

Nie przed Bogiem łagodnym.

Nie przed Zbawicielem.

Przed Królem, który wrócił po swoje.

Usłyszała głos, ale nie wiedziała, czy należał do niego, czy do samego świata.

„Krew otwiera bramy.

Ciało daje tron.

A ci, którzy zapomnieli przysięgi, zostaną osądzeni pierwsi.”

Zobaczyła jeszcze jedną rzecz.

Dziecko.

Stało samotnie pośród ruin.

Czarne oczy.

Spokojne.

Izbor.

I obok niego Chors.

Dwóch synów końca.

A nad nimi cień czegoś większego niż apokalipsa.

Nie jeździec.

Nie anioł.

Nie bóg.

Coś starszego.

Coś, co nawet Jezus chciał zatrzymać.

Wizja urwała się gwałtownie.

Nadieżda upadła na podłogę, łapiąc powietrze.

Kazimierz już był przy niej.

— Co widziałaś?

Spojrzała na niego z przerażeniem, jakiego dawno u niej nie widział.

— To nie będzie wojna o Jerozolimę. — wyszeptała.

— To o co?

Zacisnęła palce na jego dłoni.

— O to, kto będzie miał prawo przeżyć koniec świata.

Śmierć spojrzała jeszcze raz na zdjęcie.

Aleksiej i ona, kiedy była człowiekiem.

— Nic z tego nie pamiętam. — powiedziała do męża.

— Wymazał ci pamięć? — spytał.

— Tylko poprzednią tożsamość. — wyjaśniła.

— Czyli permanentny stan amnezji?

— Tylko częściowej. — na jej twarzy pojawił się morderczy uśmiech.

— Pamiętam ból. — powiedziała cicho. — Pamiętam śmierć. Pamiętam, jak przestałam być człowiekiem.

Aleksiej podszedł bliżej.

— A mnie?

Spojrzała na niego długo.

Zbyt długo.

Jak ktoś, kto patrzy na własne odbicie i nie jest pewien, czy naprawdę je zna.

— Pamiętam, że byłeś ważny. — odpowiedziała w końcu. — Że kiedy twoje serce przestawało bić szybciej, coś we mnie się buntowało. Że twoje imię boli bardziej niż większość wspomnień.

— To wystarczy. — powiedział, choć oboje wiedzieli, że kłamał.

Nie odpowiedziała.

Przesunęła palcami po fotografii.

Młoda Irina uśmiechała się tam inaczej.

Lżej.

Jak ktoś, kto jeszcze wierzył, że życie może być zwyczajne.

— Nienawidzę jej. — powiedziała nagle.

— Kogo?

— Tej wersji mnie.

Była słaba.

Bała się świata.

Bała się siebie.

Chciała umrzeć.

— A ja ją kochałem. — odparł spokojnie Aleksiej.

Śmierć uniosła wzrok.

— I właśnie dlatego jesteś głupcem.

— Możliwe. Ale wiernym głupcem.

Przez chwilę wyglądała, jakby miała go uderzyć.

Albo pocałować.

Sama chyba nie wiedziała.

Zamiast tego odłożyła zdjęcie.

— Jehowa mówi, że sentyment jest chorobą.

— A ja mówię, że tylko dzięki niemu nie stajesz się potworem.

Uśmiechnęła się chłodno.

— Za późno. Potworem już jestem.

Aleksiej pokręcił głową.

— Nie. Potwór nie trzyma starych zdjęć w szufladzie.

— Iriny już nie ma. — powiedziała Śmierć.

— Bzdura. Pamiętasz co mówiłem?

Popatrzył na nią.

Płaszcz ustąpił miejsca czarnemu mundurowi z czerwonymi wzorami.

— Przywrócenie do poprzedniej postaci to nie wszystko. — rzekła gorzko odchylając głowę do tyłu. — Wygląd jej nie przywróci.

— A duszy też nie? — spytał cicho.

Śmierć zamknęła oczy.

Przez moment wyglądała nie jak Jeździec Apokalipsy, ale jak ktoś śmiertelnie zmęczony.

— Dusza… — powtórzyła. — To zabawne słowo. Ludzie mówią o niej tak lekko, jakby była czymś, co można zgubić w kieszeni i potem odnaleźć pod łóżkiem.

Aleksiej nie odrywał od niej wzroku.

— A ty?

— Ja wiem, jak brzmi, kiedy pęka.

Zapadła cisza.

Za oknem noc była nienaturalnie spokojna.

— Kiedy umarłam, coś się skończyło. — mówiła dalej. — Nie tylko życie. Granica. Irina została po tamtej stronie, a ja… ja jestem tym, co wróciło.

— Wróciłaś do mnie.

— Nie. — przerwała ostro. — Przyszłam, bo nie potrafię cię całkiem wymazać. To różnica.

Uśmiechnął się smutno.

— Dla mnie niewielka.

— Dla mnie ogromna.

Podeszła do lustra.

Dotknęła palcami własnego odbicia.

— Czasem patrzę i widzę ją.

Dziewczynę, która chciała normalnego życia.

Która kłóciła się z matką.

Która śmiała się z głupich żartów.

Która kochała ciebie.

Odwróciła się powoli.

— A potem mrugnę… i zostaje tylko Śmierć.

Aleksiej podszedł bliżej.

— Więc będę czekał na każde takie mrugnięcie.

Zaśmiała się krótko, gorzko.

— Ty naprawdę jesteś nieuleczalny.

— Tak. Na ciebie.

Pierwszy raz od dawna nie odpowiedziała lodem.

Tylko patrzyła.

Jakby przez chwilę sama chciała uwierzyć, że Irina naprawdę jeszcze gdzieś tam jest.

— Czasami chciałabym pamiętać. — rzekła. — Pamiętać twoje dzieci, ciebie, jej przyjaciół… ale jedyne dziecko, jakie pamiętam to Chors.

— Dlaczego?

— Urodziłam go już po przemianie, Aleksieju. Urodziłam nasze dziecko.

— Czyli jednak mnie pamiętasz.

Śmierć odwróciła wzrok.

— To nie takie proste.

— Dla mnie jest. — powiedział spokojnie. — Jeśli pamiętasz ból porodu, jeśli pamiętasz jak trzymałaś go pierwszy raz… to pamiętasz też mnie. Nie da się oddzielić jednego od drugiego.

Zacisnęła palce na krawędzi stołu.

— Pamiętam strach.

Że go stracę.

Że będzie taki jak oni.

Albo gorszy.

Pamiętam, jak był mały i patrzył na mnie tak, jakby cały świat kończył się na moich ramionach.

Jej głos zadrżał.

— I pamiętam ciebie stojącego obok.

Milczącego, przerażonego bardziej niż ja, choć próbowałeś udawać bohatera.

Aleksiej parsknął cicho.

— Bo byłem przerażony.

Nasz syn urodził się jak omen końca świata, a ty wyglądałaś, jakbyś miała mnie zabić za każde źle postawione słowo.

— Kusiło mnie. — przyznała z cieniem dawnego uśmiechu.

Zapadła cisza.

— Nie pamiętam Iriny w całości. — powiedziała ciszej. — Ale pamiętam, że przy tobie nigdy nie musiałam udawać kogoś innego. Nawet kiedy stałam się tym… czym jestem teraz.

— To wystarczy, żeby zacząć od nowa.

— Nie. — pokręciła głową. — To wystarczy, żeby bolało bardziej.

Podszedł i delikatnie ujął jej dłoń.

— Więc niech boli.

Ból też jest pamięcią.

Spojrzała na ich splecione palce.

— Przez ciebie naprawdę zaczynam nienawidzić własnej filozofii.

— A ja przez ciebie nauczyłem się kochać nawet koniec świata.

— Nie uczłowieczaj mnie! — syknęła. — Ja cię uczyniłam bogiem, człowiek tego nie potrafi!

— Pamiętam doskonale, jak mnie prosiłaś bym został.

— Pamiętam, ale wtedy odmówiłeś. — odparła.

— Pamiętam też, że pragnęłaś mojej czułości i obecności by nie zapomnieć. — uśmiechnął się bezczelnie.

Kosa zatrzymała się centymetr przed gardłem.

— To była mrzonka!

— A jednak ją pamiętasz. — powiedział spokojnie, nawet nie drgnąwszy.

Ostrze drżało.

Nie z siły.

Z wahania.

Śmierć patrzyła na niego tak, jakby naprawdę rozważała, czy zakończyć tę rozmowę jednym ruchem nadgarstka.

— Prosiłam cię wtedy, bo byłam słaba.

— Nie.

Bo byłaś szczera.

— To jeszcze gorsze. — wycedziła.

Aleksiej zrobił krok bliżej, ignorując zimno kosy przy gardle.

— Chciałaś, żebym został, bo bałaś się, że znikniesz.

Że pewnego dnia obudzisz się i nie będziesz już pamiętać własnego imienia.

Że zostanie tylko funkcja, rola, tytuł… a nie ty.

Milczała.

— I wiesz co? Miałaś rację.

To się stało.

Jej palce zacisnęły się mocniej.

— Więc nie udawaj, że to była mrzonka.

To był krzyk o ratunek.

— Nie potrzebuję ratunku.

— Każdy potrzebuje. Nawet Śmierć.

Przez chwilę była tylko cisza.

W końcu opuściła kosę.

— Nienawidzę cię. — powiedziała zmęczonym głosem.

— Wiem.

— Za to, że pamiętasz mnie lepiej niż ja sama.

— To nie nienawiść.

— Skąd ta pewność?

Bo gdybyś naprawdę mnie nienawidziła…

już bym nie żył.

Spojrzała na niego długo.

Bardzo długo.

A potem, pierwszy raz od dawna, nie jak Jeździec, nie jak bogini, nie jak uosobienie końca—

jak kobieta, która była po prostu zmęczona—

oparła czoło o jego ramię.

— Tylko na chwilę. — szepnęła.

Aleksiej objął ją ostrożnie, jak coś kruchego i niebezpiecznego jednocześnie.

— Na tyle chwil, ile zechcesz.

Trwali tak przez chwilę.

Odepchnęła go.

— Nie. — rzekła ze smutkiem. — Nie powinnam.

— Czemu?

— Nie mogę mieć już powiązań z wami, ojciec zabrania.

— Złamaliśmy już niejedną zasadę.

— Za każde złamanie zasad cierpię katusze.

Aleksiej patrzył na nią długo, jakby próbował znaleźć w jej twarzy odpowiedź, której sama nie chciała wypowiedzieć.

— I mimo to przyszłaś.

Śmierć odwróciła wzrok.

— Bo jestem słaba.

— Nie. Bo nadal walczysz.

Zaśmiała się gorzko.

— Walczę?

Z kim?

Z Bogiem?

Z własną naturą?

Z przeznaczeniem?

Spojrzała na swoje dłonie, jakby były obce.

— Kiedy próbuję się sprzeciwić, czuję to natychmiast.

Ból.

Jakby ktoś rozrywał mnie od środka.

Jakby przypominał mi, do kogo należę.

— Nie należysz do niego.

— Powiedział to człowiek, którego mogę zabić jednym ruchem ręki.

— A mimo to tego nie robisz.

Zamilkła.

To była najgorsza prawda.

Nie robiła tego.

Nie potrafiła.

— To nie zmienia faktu, że jestem jego Jeźdźcem.

Jego córką.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 39.84