Rozdział 1. Człowiek przy oknie
Miran najbardziej lubił tę porę dnia, kiedy mury Velarii przestawały być szare. Zachodzące słońce przesuwało się po wieżach i dachach, aż kamień nabierał koloru miodu. Z okna swojej izby widział fragment rynku, bramę prowadzącą ku południowemu traktowi i ludzi, którzy zawsze dokądś się spieszyli.
Sam nie mógł po prostu wstać i pójść za nimi.
Mózgowe porażenie dziecięce sprawiało, że jego ciało nie wykonywało wszystkich poleceń tak, jak chciał. Poruszał się na wózku skonstruowanym przez miejscowych rzemieślników, a w wielu codziennych czynnościach potrzebował pomocy. Jego mowa również nie zawsze była łatwa do zrozumienia. Ludzie, którzy znali go dobrze, potrafili wychwycić większość słów. Dla pozostałych miał tablicę znaków i liter.
Najbardziej denerwowało go jednak nie to, że potrzebował pomocy.
Denerwowało go, kiedy ktoś uznawał, że skoro jego ciało działa inaczej, to jego myśli również muszą być słabsze.
Tego wieczoru Taren przyniósł mu starą mapę.
Zanim zapukał, Miran zdążył jeszcze zobaczyć, jak na rynku dwóch tragarzy pomaga kupcowi podnieść wóz z pękniętym kołem. Jeden człowiek podawał klin, drugi trzymał dyszel, trzeci krzyczał, że wszyscy robią to źle. Miran uśmiechnął się pod nosem. Velaria lubiła opowiadać o samodzielności, a jednak każdego dnia działała tylko dlatego, że ludzie nieustannie robili coś dla siebie nawzajem.
— Znowu kupiłeś coś, co powinno już dawno rozsypać się w pył? — zapytał Miran.
Taren uśmiechnął się.
— Tym razem pył był gratis.
Rozłożył pergamin na stole. Mapa przedstawiała Avelor sprzed kilkuset lat. Miran znał dziesiątki podobnych dokumentów, lecz ten różnił się jednym szczegółem.
Na jego obrzeżach widniało siedem niewielkich znaków.
Miran patrzył na nie długo.
— To nie są oznaczenia królestw — powiedział w końcu.
— Skąd wiesz?
Miran przesunął wzrokiem od jednego symbolu do następnego.
— Bo królestw nigdy nie zaznaczano poza granicami mapy.
Za oknem zabrzmiał dzwon.
Raz.
Drugi.
A potem trzeci, choć trzeci dźwięk nie należał do żadnej znanej Miranowi godziny.
Taren spojrzał w stronę rynku.
— Co to było?
Miran nadal patrzył na siedem znaków.
— Obawiam się, że właśnie zaczęła się odpowiedź.
Rozdział 2. Trzeci dzwon
Na rynku Velarii ludzie zatrzymywali się i spoglądali ku Wieży Strażniczej. Trzeci dzwon oznaczał zagrożenie na trakcie. Nie rozbrzmiewał od dwudziestu siedmiu lat.
Liora pojawiła się w domu Mirana jeszcze przed zapadnięciem ciemności. Miała na sobie skórzaną kurtę podróżną, a przy pasie krótki miecz. Nie wyglądała jak ktoś, kto przyszedł złożyć towarzyską wizytę.
— Zamknięto północną bramę — powiedziała. — Strażnicy znaleźli pusty wóz kupiecki. Konie wróciły same.
Taren uniósł brwi.
— Rozbójnicy?
— Gdyby to byli rozbójnicy, zabraliby towary.
Miran wskazał mapę.
— Gdzie znaleziono wóz?
Liora pochyliła się nad pergaminem. Miran poprosił ją, by przesunęła świecę bliżej. Następnie wskazał pierwszy z siedmiu symboli.
— Niedaleko Kamiennego Lasu — odpowiedziała.
Taren przestał się uśmiechać.
Znak znajdował się dokładnie tam.
Liora zapytała Tarena:
— Co on o tym myśli?
Miran od razu spojrzał na nią znacząco.
Liora skrzywiła się.
— Dobrze. Głupio powiedziałam. Miran, co ty o tym myślisz?
— Myślę, że mapa jest starsza niż Przymierze Światła. I że ktoś bardzo chciał, żeby te znaki przestały być rozumiane.
Przez chwilę w izbie słychać było tylko trzask drewna w palenisku.
Miran nie wiedział jeszcze, czym były symbole. Wiedział natomiast coś znacznie bardziej niepokojącego: pierwszy z nich leżał dokładnie przy miejscu, gdzie zniknęli ludzie.
Na zewnątrz strażnicy zapalali pochodnie.
A gdzieś daleko na północy, poza murami miasta, coś odpowiedziało dzwonowi głębokim dźwiękiem przypominającym pękający kamień.
Rozdział 3. Mapa bez autora
Następnego ranka Miran zażądał, by zanieść mapę do Archiwum Koronnego. Droga przez miasto zajęła im więcej czasu niż powinna. Schody przy głównym wejściu do archiwum były wysokie i pozbawione podjazdu, więc Taren i Liora musieli skorzystać z bocznej bramy przeznaczonej dla dostaw.
— Królestwo potrafi wznieść wieżę na dwieście stóp, ale kilka równych desek przekracza możliwości cywilizacji — mruknął Miran.
Liora parsknęła śmiechem.
W archiwum przyjął ich Erian, młody uczony w granatowej szacie. Gdy zobaczył Mirana, przez moment zawahał się, a potem zwrócił się do Liory:
— Czy on może…
— Może — przerwał Miran.
Erian poczerwieniał.
— Przepraszam.
— Dobry początek.
Mapa natychmiast zainteresowała uczonego. Nie miała podpisu autora ani pieczęci królewskiego skryby. Pergamin był jednak autentyczny i, według Eriana, mógł pochodzić sprzed około pięciuset lat.
Miran wskazał siedem symboli.
Erian przyniósł księgę dotyczącą pierwszych lat Przymierza Światła. W jednej z ilustracji znajdował się niemal identyczny znak, ale opisano go jako dekorację.
— Dekoracje nie pojawiają się siedem razy w dokładnie określonych miejscach — powiedział Miran.
Pracowali kilka godzin. W końcu Erian odnalazł zdanie zapisane na marginesie uszkodzonego kronikarskiego tomu:
„Gdy siedem zamknięć pozostaje całych, cień nie ma drzwi”.
Nikt się nie odezwał.
Erian przeczytał zdanie ponownie.
— Zamknięcia — powiedział.
Miran spojrzał na mapę.
— Pieczęcie.
I wtedy pierwszy symbol na pergaminie pociemniał.
Rozdział 4. Pierwsza pieczęć
Zmiana była niewielka, ale widzieli ją wszyscy. Złoty znak na mapie stał się czarny, jakby pergamin przypalono od środka.
Erian cofnął rękę.
— To niemożliwe.
— Świetnie — odparł Miran. — Zawsze chciałem rozpocząć dzień od czegoś niemożliwego.
Do archiwum wkroczyli królewscy strażnicy. Wieści z północy były gorsze: odnaleziono opuszczoną osadę. Domy stały nienaruszone, jedzenie pozostało na stołach, lecz mieszkańców nie było.
Rada miasta zebrała się jeszcze tego samego dnia. Miran nalegał, by uczestniczyć w spotkaniu. Jeden z urzędników próbował tłumaczyć, że sala obrad znajduje się na piętrze.
— W takim razie macie dwa problemy — odpowiedział Miran. — Zaginionych ludzi i salę, do której część obywateli nie może wejść.
Posiedzenie przeniesiono do biblioteki na parterze.
Miran przedstawił mapę i fragment kroniki. Część radnych słuchała, część patrzyła sceptycznie. Dowódca straży, Ser Kaldor, uznał teorię o pieczęciach za legendę.
Wtedy do sali wbiegł posłaniec.
Przy Kamiennym Lesie ziemia rozstąpiła się na długości kilkudziesięciu kroków. Z pęknięcia wydobywało się zimne, niebieskawe światło.
Miran spojrzał na Kaldora.
— Nadal dekoracja?
Dowódca nie odpowiedział.
Rada zdecydowała wysłać wyprawę zwiadowczą.
Miran zgłosił się pierwszy.
Rozdział 5. Prawo do ryzyka
Pomysł, żeby Miran wyruszył z ekspedycją, wywołał większą awanturę niż wiadomość o pęknięciu ziemi.
— Trakt jest niebezpieczny — powiedział Kaldor.
— Dla wszystkich — odpowiedział Miran.
— Potrzebujesz pomocy nawet przy podstawowych czynnościach.
— Tak. I?
Dowódca zawahał się.
Miran nie udawał, że wyprawa będzie łatwa. Potrzebował pomocy przy zmianie pozycji, jedzeniu, części czynności higienicznych i pokonywaniu przeszkód. Wózek nie przejedzie przez każde błoto ani kamienisty stok. To były fakty.
Ale faktem było również to, że nikt w Velarii nie znał mapy tak dobrze jak on.
Liora poparła jego udział, pod jednym warunkiem.
— Nie będziesz decydował za mnie, kiedy mam odpocząć, spać albo ryzykować życie.
Miran chciał natychmiast odpowiedzieć, lecz powstrzymał się.
— Uczciwie.
Taren również dołączył do wyprawy jako konstruktor. Erian uparł się, że jedzie jako kronikarz i znawca dawnych języków.
Wieczorem rozpoczęli przygotowania. Taren wzmocnił koła wózka i przygotował zestaw prostych części zamiennych. Nie próbował tworzyć cudownej maszyny. Wiedział, że prawdziwa droga zawsze znajdzie sposób, by zepsuć najlepszy wynalazek.
Miran patrzył na mapę.
Sześć symboli nadal świeciło złotem.
Pierwszy był czarny.
— Jeśli to naprawdę pieczęcie — powiedział Erian — ktoś je niszczy.
Miran pokręcił głową.
— Gorsze pytanie brzmi: po co?
Rozdział 6. Poza murami
Wyruszyli o świcie. Po raz pierwszy od wielu miesięcy Miran znalazł się tak daleko od Velarii.
Pierwsze mile były łatwe. Trakt był szeroki i twardy, a jesienne powietrze pachniało mokrą ziemią. Dopiero za ostatnimi gospodarstwami zaczęły się koleiny.
Wózek zatrzymał się w błocie.
Taren zaklął.
— A mówiłem, że większe koła.
— Mówiłeś również, że ten model jest niemal niezniszczalny — przypomniała Liora.
— „Niemal” jest najważniejszym słowem w całym zdaniu.
Pokonanie krótkiego odcinka wymagało współpracy całej grupy. Miran czuł frustrację. Nie dlatego, że potrzebował pomocy, ale dlatego, że każda przeszkoda zabierała czas.
Po południu spotkali uchodźców z północy. Starszy mężczyzna opowiedział o dziwnym świetle widzianym nocą między drzewami.
— A potem przestały śpiewać ptaki — powiedział.
Miran zapytał o zaginioną osadę.
Mężczyzna pobladł.
— Nie idźcie tam.
— Dlaczego?
— Bo znaleźliśmy ślady prowadzące do środka wsi.
— I?
— Żadnych prowadzących na zewnątrz.
Tej nocy drużyna rozbiła obóz przy starym kamiennym moście. Miran długo nie spał.
W ciemności usłyszał cichy szept.
Nie dochodził od żadnego człowieka.
Dochodził z mapy.
Rozdział 7. Głos pergaminu
Miran obudził Eriana. Uczony początkowo sądził, że szept jest szelestem liści, ale kiedy rozłożyli mapę, usłyszał go również.
Słowa były niezrozumiałe.
Erian zapisał kilka powtarzających się dźwięków. Jeden przypominał archaiczne słowo oznaczające „bramę”.
O świcie mapa znów wyglądała zwyczajnie.
Drużyna ruszyła dalej. W południe dotarli do miejsca, gdzie trakt rozdzielał się na dwie drogi. Główna prowadziła przez stromy kamienny wąwóz. Druga była dłuższa, ale łagodniejsza.
Liora wybrała drugą.
Miran zaprotestował.
— Stracimy pół dnia.
— W wąwozie nie mamy miejsca na manewr. Jeśli koło pęknie, utkwimy.
— Możemy spróbować.
— Możemy. Ale nie musimy podejmować każdego ryzyka tylko dlatego, że chcesz udowodnić, że dasz radę.
Słowa zabolały Mirana bardziej, niż chciał przyznać.
Przez kilka minut jechali w ciszy.
W końcu powiedział:
— Masz rację.
Liora spojrzała na niego zaskoczona.
— Powtórz. Erian powinien zapisać datę.
Miran się roześmiał.
Wieczorem dotarli do wzgórza, z którego zobaczyli Kamienny Las.
Nad drzewami wisiała nieruchoma, błękitna łuna.
Rozdział 8. Osada bez ludzi
Pierwsze domy wyglądały normalnie. Drzwi jednego pozostawiono otwarte. Na stole stały drewniane miski, a w wygaszonym palenisku leżał garnek.
Nie było ludzi.
Liora kazała wszystkim trzymać się blisko siebie.
Miran obserwował szczegóły. Przy jednym domu zauważył przewrócone krzesło. Dalej leżała dziecięca zabawka. Nie było jednak śladów walki.
Erian znalazł na ścianie znak przypominający jeden z symboli mapy.
Pod nim ktoś napisał:
„Otworzyliśmy to, czego nie wolno było otwierać”.
Ślady stóp prowadziły z kilku domów w stronę lasu.
Żadne nie wracały.
Drużyna zatrzymała się przed granicą drzew. Kamienny Las otrzymał nazwę od szarych pni, twardych jak skała. Według legend rosły tu jeszcze przed powstaniem pierwszych miast.
Taren dotknął jednego z drzew.
— Ciepłe.
Miran poczuł niepokój.
Mapa znajdująca się w torbie Eriana zaczęła drżeć.
W głębi lasu rozległ się pojedynczy krzyk.
Liora wyciągnęła miecz.
A potem między drzewami pojawiła się mała postać.
Była to dziewczynka.
Szła powoli w ich stronę.
— Nie pozwólcie mu znaleźć drugiej — powiedziała.
Rozdział 9. Dziewczynka z lasu
Dziewczynka miała na imię Nessa. Była wyczerpana, ale nie ranna. Liora podała jej wodę i okryła płaszczem.
Nessa opowiedziała, że kilka dni wcześniej mieszkańcy znaleźli pod lasem kamienne drzwi. Jeden z miejscowych otworzył je, sądząc, że prowadzą do starego grobowca.
Za drzwiami znajdowała się okrągła komnata.
Pośrodku stał kamień pokryty złotymi znakami.
— Kto go zniszczył? — zapytał Miran.
Nessa pokręciła głową.
— Sam pękł.
Potem mieszkańcy zaczęli słyszeć głosy. W nocy wychodzili z domów i szli do lasu. Nessa ukryła się w piwnicy.
— Co mówiły głosy?
Dziewczynka spojrzała na Mirana.
— Że po drugiej stronie nie będzie bólu. Ani strachu. Ani samotności.
Miran poczuł chłód.
Obietnica brzmiała łagodnie. Właśnie dlatego była przerażająca.
Erian rozłożył mapę.
Pierwsza pieczęć pozostawała czarna.
Nessa wskazała drugi złoty symbol.
— Widziałam taki znak.
— Gdzie?
— Na naszyjniku człowieka, który przyszedł do wsi dzień przed otwarciem drzwi.
Liora pochyliła się.
— Jak wyglądał?
— Miał białe włosy. I powiedział, że nazywa się Vaelor.
Erian zbladł.
— To niemożliwe.
Miran spojrzał na niego.
— Zaczynam nie lubić tego słowa.
Rozdział 10. Imię sprzed czterystu lat
Erian znał imię Vaelora z kronik.
Vaelor Arven był jednym z siedmiu strażników, którzy według legendy stworzyli Przymierze Światła. Problem polegał na tym, że zmarł ponad czterysta lat wcześniej.
— Może ktoś używa jego imienia — powiedziała Liora.
— Albo kroniki kłamią — odpowiedział Miran.
Weszli do Kamiennego Lasu. Taren i Liora pomagali w prowadzeniu wózka między korzeniami. Droga była wyczerpująca, lecz po godzinie znaleźli kamienne drzwi.
Za nimi znajdowała się komnata opisana przez Nessę.
Pośrodku leżały fragmenty rozbitego kamienia. Miran poprosił, by przysunąć go bliżej.
Na jednym kawałku znajdował się napis.
Erian odczytał go powoli:
„Pierwsza pieczęć nie więzi Cienia. Więzi drogę do niego”.
To zmieniało wszystko.
Pieczęcie nie były zamkami na potworze. Były punktami utrzymującymi zamknięte przejście pomiędzy dwoma światami.
Miran zauważył jeszcze coś: na podłodze znajdował się świeży ślad buta.
Nie należał do żadnego mieszkańca osady.
Prowadził do tylnej ściany komnaty.
Taren nacisnął ukryty kamień.
Ściana odsunęła się.
Za nią znajdował się tunel.
A na jego końcu migotało złote światło.
Rozdział 11. Pod ziemią
Tunel był zbyt wąski, by wygodnie przejechać wózkiem. Taren zmierzył przejście i przez kilka minut milczał.
— Da się — powiedział w końcu. — Ale musimy zdjąć boczne osłony.
Miran nie cierpiał takich chwil. Każda zmiana ustawienia wózka oznaczała dodatkowy wysiłek i ryzyko niewygodnej pozycji. Mimo to zgodził się.
Liora nie pozwoliła, by pośpiech wygrał z bezpieczeństwem. Zatrzymywali się kilka razy, poprawiając pozycję Mirana.
Tunel prowadził głęboko pod las. Na ścianach znajdowały się obrazy przedstawiające siedem postaci stojących wokół czarnego kręgu.
Erian odczytywał fragmenty inskrypcji.
Siedmiu strażników nie pokonało Cienia.
Oni zawarli z nim układ.
— Jakiego rodzaju? — zapytała Liora.
— Brakuje części tekstu.
Na końcu korytarza znaleźli złotą lampę, która paliła się bez oleju. Obok leżał fragment pergaminu.
Miran kazał Erianowi przeczytać go na głos.
„Gdy ludzie zapragną świata bez cierpienia za wszelką cenę, Cień otrzyma zaproszenie”.
Miran długo milczał.
— Czyli nie chodzi o potwora, który chce wejść do naszego świata.
— A o co? — zapytał Taren.
— O coś, co czeka, aż sami otworzymy drzwi.
Rozdział 12. Powrót
Wrócili do osady z Nessą i dowodami odnalezionymi pod lasem. Nie mogli jednak odnaleźć zaginionych mieszkańców.
Nessa szła blisko Liory i prawie się nie odzywała. Kiedy ktoś pytał ją o rodzinę, zaciskała usta tak mocno, jakby każde słowo mogło wypuścić z niej coś, czego nie zdoła już zatrzymać. Miran nie naciskał. Wiedział, że pytania mogą być potrzebne dla śledztwa, ale człowiek nie staje się dowodem tylko dlatego, że przeżył coś strasznego.
Najtrudniejsza była świadomość, że być może nadal żyli.
Miran chciał zostać i szukać.
Liora odmówiła.
— Mamy żywą dziewczynkę, dokumenty i informacje o kolejnej pieczęci. Jeśli zostaniemy bez zapasów, sami będziemy potrzebować ratunku.
Miran poczuł złość.
— Tam są ludzie.
— Wiem.
— Więc ich zostawiamy?
Liora spojrzała mu prosto w oczy.
— Wracamy po pomoc. To nie jest to samo.
Miran odwrócił wzrok. Dopiero później zrozumiał, że jego determinacja zaczynała zamieniać się w przekonanie, iż wszyscy powinni podporządkować się jego decyzji.
Wieczorem przeprosił Liorę.
— Nie za to, że chciałeś pomóc — odpowiedziała. — Za to, że próbowałeś zdecydować za nas.
Ta różnica została z Miranem.
W drodze powrotnej mapa ponownie zaszeptała.
Tym razem Erian rozpoznał słowa.
„Druga brama czeka”.
I drugi symbol zaczął pulsować światłem.
Rozdział 13. Rada nie wierzy
W Velarii przyjęto ich jak ludzi wracających z opowieści, której nikt nie chciał uznać za prawdziwą.
Nessie zapewniono bezpieczny pokój w domu należącym do rodziny jednego z archiwistów. Liora dopilnowała, by rada nie urządziła z jej zeznań widowiska. Dziewczyna zgodziła się odpowiadać na pytania, ale tylko w obecności osoby, której ufała. Dla Mirana był to drobny szczegół organizacyjny. Dla Nessy — różnica między pomocą a kolejnym odebraniem kontroli nad własnym życiem.
Kaldor wysłuchał raportu. Rada obejrzała fragmenty pieczęci i pergamin. Mimo to część urzędników twierdziła, że zagrożenie dotyczy wyłącznie północy.
— Cień nie respektuje granic administracyjnych — powiedział Miran.
Jeden z radnych westchnął.
— Nie wiemy nawet, czy ten cały Cień istnieje.
Erian położył na stole złotą lampę.
Płomień zapalił się sam.
Dyskusja ucichła.
Rada zgodziła się wysłać oddział do opuszczonej osady, ale odmówiła finansowania wyprawy do drugiej pieczęci.
Miran był wściekły.
Taren jednak zauważył coś ważniejszego. Na mapie pojawiła się cienka linia łącząca pierwszy i drugi symbol.
— Tego wcześniej nie było.
Erian przyniósł współczesną mapę.
Druga pieczęć znajdowała się na zachodzie, w Górach Szeptu, na terenie królestwa Ordanu.
Do Ordan prowadziła długa droga.
Miran spojrzał na przyjaciół.
— Nie mamy pieniędzy, zgody rady ani eskorty.
Liora wzruszyła ramionami.
— Czyli mamy mniej rzeczy do pakowania.
Rozdział 14. Cena pomocy
Przygotowania do dalszej podróży ujawniły problem, o którym kroniki milczały: wielkie wyprawy kosztują.
Nessa nie pojechała z nimi. Sama o tym zdecydowała. Chciała zostać w Velarii, poczekać na wieści o mieszkańcach swojej osady i nauczyć się czytać znaki z map, które tak długo były dla niej tylko ozdobą na ścianach. Miran obiecał, że jeśli odkryją cokolwiek o zaginionych, wiadomość wróci do niej pierwsza.
Taren potrzebował części do wózka. Liora zapasów. Erian pergaminów, atramentu i ksiąg. Miran musiał zaplanować nie tylko drogę, ale również codzienną pomoc.
Nie chciał traktować jej jak czegoś, co po prostu mu się należy.
Usiedli więc wspólnie i ustalili obowiązki.
Liora pomagała przy części czynności, ale nie miała być dostępna bez przerwy. Taren odpowiadał za sprzęt i przejazd przez trudny teren. Erian miał nauczyć się korzystania z tablicy komunikacyjnej Mirana, żeby nie wszystko spadało na jedną osobę.
— A ty? — zapytała Liora.
Miran uniósł brwi.
— Ja ratuję świat.
— Doskonale. W takim razie możesz również pilnować zapasów i planować trasę.
Miran uśmiechnął się.
— Tyrania.
— Organizacja.
To była drobna rozmowa, ale ważna. Miran potrzebował pomocy. Jednocześnie osoby pomagające mu nie przestawały być ludźmi z własnymi potrzebami.
Wieczorem znaleźli rozwiązanie finansowe. Kupcy z północy, przerażeni zniknięciami na traktach, zgodzili się wesprzeć wyprawę.
Nazajutrz mieli ruszyć do Ordanu.
Tej samej nocy ktoś włamał się do archiwum i ukradł fragment rozbitej pieczęci.
Rozdział 15. Złodziej
Strażnicy znaleźli otwarte okno, przeciętą kratę i ślady błota. Zniknął tylko jeden przedmiot: fragment pierwszej pieczęci.
— Czyli ktoś wie, co znaleźliśmy — powiedział Erian.
Kaldor tym razem nie próbował bagatelizować sprawy.
Miran zapytał, kto wiedział o miejscu przechowywania fragmentu.
Lista była krótka: członkowie rady, kilku strażników, archiwiści i ich czworo.
— Mamy zdrajcę — stwierdziła Liora.
— Albo kogoś, kto potrafi zdobywać informacje — odpowiedział Miran.
Przy oknie odnaleziono mały kawałek białej tkaniny. Nessa przypomniała sobie, że Vaelor nosił biały płaszcz.
Kaldor zaproponował zatrzymanie wyprawy.
Miran odmówił.
— Jeśli złodziej chce, żebyśmy zostali, najlepszym sposobem pomocy mu byłoby posłuchać.
Przed wyjazdem Kaldor wręczył Liorze królewski dokument pozwalający przekraczać posterunki graniczne.
— Oficjalnie nie reprezentujecie korony — powiedział.
— A nieoficjalnie? — zapytał Taren.
— Nie dajcie zniszczyć świata.
— To wyjątkowo nieprecyzyjne polecenie.
Po południu opuścili Velarię.
Na murze nad zachodnią bramą stała postać w białym płaszczu.
Kiedy Miran spojrzał ponownie, nikogo tam nie było.
Rozdział 16. Droga do Ordanu
Podróż na zachód była spokojniejsza, niż oczekiwali, co samo w sobie budziło podejrzenia Liory.
Miran natomiast odkrył, że wielka przygoda składa się głównie z rzeczy bardzo mało legendarnych: zimnych poranków, bolących pleców, błota, szukania odpowiedniego miejsca na nocleg i sprawdzania, czy wózek wytrzyma następny odcinek.
W gospodzie przy granicy pojawił się kolejny problem. Pokoje znajdowały się na piętrze.
Właściciel zaproponował, żeby Miran spał w stajni, gdzie „będzie łatwiej”.
Liora zrobiła minę sugerującą, że za chwilę użyje miecza w celach pedagogicznych.
Miran jednak odpowiedział spokojnie:
— Stajnia jest odpowiednim miejscem dla konia. Ja zapłacę za pokój, jeśli znajdziemy rozwiązanie.
Ostatecznie gospodarz udostępnił im dużą izbę na parterze.
Erian później przyznał, że jeszcze kilka tygodni wcześniej nawet nie zauważyłby problemu.
— Większość ludzi nie zauważa schodów, dopóki nie przestają być tylko schodami — powiedział Miran.
Nocą obudził ich huk.
Drugi symbol na mapie pociemniał w połowie.
Pieczęć jeszcze istniała.
Ale ktoś właśnie zaczął ją niszczyć.
Rozdział 17. Wyścig
Nie czekali na świt.
Góry Szeptu znajdowały się dwa dni drogi dalej, ale mapa pokazała nową linię prowadzącą do niewielkiej przełęczy.
Taren obliczył, że mogą skrócić drogę o pół dnia. Trasa była jednak trudniejsza.
Tym razem decyzję podjęli wspólnie.
Miran zgodził się na przełęcz, pod warunkiem częstszych postojów. Liora zaakceptowała ryzyko. Taren sprawdził koła i uprzęże.
Przez cały dzień wspinali się coraz wyżej. Niektóre fragmenty wymagały improwizacji. W jednym miejscu Taren zbudował z desek prostą rampę nad skalnym uskokiem.
Nie było w tym magii.
Była wiedza, cierpliwość i sporo przekleństw.
Wieczorem dotarli do opuszczonej strażnicy.
Na ścianie znaleźli znak drugiej pieczęci.
Pod nim ktoś wyrył świeże słowa:
„Za późno, Miranie”.
Wszyscy zamarli.
— On zna twoje imię — powiedział Erian.
Miran poczuł, że po raz pierwszy ta historia przestała dotyczyć wyłącznie starożytnych legend.
Ktoś ich obserwował.
I wiedział dokładnie, kto prowadzi wyprawę.
Rozdział 18. Góry Szeptu
Nazwa gór nie była poetycką przesadą.
Wiatr przechodzący przez skalne szczeliny tworzył dźwięki przypominające ludzkie głosy. Im wyżej się wspinali, tym wyraźniejsze stawały się szepty.
Miran usłyszał własne imię.
Potem słowa:
„Mógłbyś chodzić”.
Zatrzymał się.
Głos obiecywał mu ciało posłuszne każdej myśli. Żadnej pomocy. Żadnych barier. Żadnego czekania.
Przez krótką chwilę wizja była kusząca.
Potem Miran przypomniał sobie słowa Nessy.
Cień nie atakował tym, czego człowiek się bał.
Atakował tym, czego najbardziej pragnął.
— Nie słuchajcie głosów! — ostrzegł.
Liora słyszała obietnicę powrotu osoby, którą kiedyś straciła. Erian słyszał obietnicę poznania wszystkich tajemnic świata. Taren nie powiedział, co usłyszał.
Dotarli do skalnej bramy.
Druga pieczęć znajdowała się za nią.
Była popękana, lecz nadal świeciła.
Przed kamieniem stał człowiek w białym płaszczu.
— Witaj, Miranie — powiedział.
Jego włosy były białe.
— Czekałem na ciebie.
Rozdział 19. Vaelor
Mężczyzna wyglądał na około pięćdziesiąt lat, nie czterysta.
Erian wyszeptał jego imię.
Vaelor uśmiechnął się.
— Kronikarze zawsze przesadzają ze śmiercią.
Liora stanęła między nim a Miranem.
Vaelor nie sięgnął po broń. Twierdził, że nie jest ich wrogiem.
— Pieczęcie nie chronią was przed Cieniem — powiedział. — Chronią was przed wyborem.
Miran zapytał, dlaczego pierwsza została zniszczona.
— Bo Avelor cierpi. Wojny, choroby, samotność, głód. Cień oferuje świat bez tego wszystkiego.
— Za jaką cenę?
Vaelor milczał.
To wystarczyło.
Miran spojrzał na drugą pieczęć. Pęknięcie rosło.
Vaelor powiedział:
— Ty powinieneś rozumieć najlepiej. Ile razy chciałeś obudzić się w ciele, które robi dokładnie to, czego chcesz?
Miran poczuł gniew.
— Nie wykorzystuj mojego życia jako argumentu.
— Mogę cię uwolnić.
— Od czego? Od bycia sobą?
Vaelor po raz pierwszy stracił spokojny wyraz twarzy.
Pieczęć zatrzęsła się.
Miran krzyknął do Tarena:
— Kamień po lewej! Podtrzymuje pęknięcie!
Taren rzucił się w stronę mechanizmu.
Vaelor uniósł rękę.
Góra odpowiedziała hukiem.
Rozdział 20. Druga pieczęć
Skały zaczęły spadać z sufitu.
Liora osłoniła Mirana, a Erian pomógł Tarenowi dotrzeć do kamiennego mechanizmu. Vaelor stał nieruchomo pośród pyłu.
— Nie możecie zatrzymać wszystkich siedmiu — powiedział.
Taren przesunął dźwignię.
Złote światło wybuchło z pieczęci.
Pęknięcia przestały rosnąć.
Vaelor cofnął się.
Przez moment jego twarz zmieniła się. Miran zobaczył nie człowieka, lecz coś starego i zmęczonego.
Nie był to jednak obraz potwora. Przez krótką chwilę Miran zobaczył na jego twarzy strach — czysty, ludzki i niemal dziecięcy. Zaraz potem Vaelor odzyskał spokój. Ten jeden moment wystarczył, by Miran zaczął podejrzewać, że ich przeciwnik nie stoi po stronie Cienia tak pewnie, jak chce, by wszyscy wierzyli.
Potem postać zniknęła.
Nie uciekła.
Po prostu rozpłynęła się w cieniu.
Druga pieczęć ocalała, ale była uszkodzona.
Erian odnalazł na jej podstawie inskrypcję:
„Siedmiu zamknęło drogę. Jeden pozostał po drugiej stronie”.
Miran spojrzał na miejsce, gdzie stał Vaelor.
— On nie przeżył czterystu lat.
— Więc czym jest? — zapytała Liora.
— Jeszcze nie wiem.
Mapa rozwinęła się sama.
Pierwszy znak był czarny. Drugi świecił słabiej niż wcześniej.
Pozostałych pięć rozbłysło jednocześnie.
A potem na pergaminie pojawiło się zdanie:
„Trzecia pieczęć zostanie otwarta przez króla”.
Nikt się nie odezwał.
Jeżeli mapa mówiła prawdę, następne zagrożenie nie czekało w zapomnianym lesie ani w górskiej ruinie.
Czekało na królewskim dworze.
Miran spojrzał na swoich towarzyszy.
— Wygląda na to, że teraz musimy uratować świat przed królem.
Taren westchnął.
— Wiedziałem, że las był zbyt prosty.
Daleko pod Górami Szeptu coś uderzyło w niewidzialne drzwi.
Raz.
Potem drugi.
A pięć złotych pieczęci zadrżało.
CZĘŚĆ II
Droga bez schodów nie istnieje
Rozdział 21. Król, który nie powinien wiedzieć
Wiadomość zapisana na mapie nie pozostawiała wiele miejsca na wygodne interpretacje: „Trzecia pieczęć zostanie otwarta przez króla”.
Problem polegał na tym, że Avelor miał więcej niż jednego króla.
Miran patrzył na pięć złotych symboli i próbował odnaleźć wzór. Trzecia pieczęć leżała na południowym zachodzie, na ziemiach Ardelu. Królestwem rządził Oren IV, człowiek znany z zamiłowania do astronomii, starych ksiąg i bardzo drogich uczt.
— Czyli jedziemy ostrzec króla, że może zniszczyć świat — powiedział Taren. — To powinno pójść świetnie.
Erian nie podzielał jego humoru. Według kronik w podziemiach pałacu Ardelu znajdowało się jedno z najstarszych sanktuariów Aveloru.
Liora spojrzała na Mirana.
— Jeśli Vaelor wie, dokąd jedziemy, będzie przed nami.
— Prawdopodobnie już jest.
Droga do stolicy Ardelu miała zająć sześć dni. Miran zarządził odpoczynek przed dalszą podróżą. Po wydarzeniach w górach wszyscy byli wyczerpani.
Tym razem nie próbował udawać, że można jechać bez końca.
Wieczorem Erian znalazł coś jeszcze.
Na odwrocie mapy pojawił się delikatny napis.
Nie był tam wcześniej.
„Król otworzy drzwi, wierząc, że je zamyka”.
Miran przeczytał zdanie kilka razy.
— Vaelor nie musi przekonać króla do zdrady — powiedział.
— Wystarczy, że go oszuka — odpowiedziała Liora.
Wtedy zrozumieli, że nie jadą powstrzymać złego władcy.
Jadą uratować człowieka przed decyzją, której skutków nie rozumie.
Rozdział 22. Miasto tysiąca mostów
Stolica Ardelu nosiła nazwę Selvar. Zbudowano ją nad szeroką rzeką, która rozdzielała się na dziesiątki kanałów. Kamienne mosty łączyły dzielnice niczym nici ogromnej sieci.
Miran zachwycił się miastem przez pierwsze dziesięć minut.
Potem zobaczył schody.
Były wszędzie.
Mosty miały wysokie stopnie, wejścia do gospód prowadziły przez podwyższenia, a nawet plac targowy przecinały kamienne tarasy.
— Architekt tego miasta musiał prowadzić osobistą wojnę z kołami — stwierdził.
Taren roześmiał się, ale szybko okazało się, że sytuacja naprawdę jest trudna. Musieli szukać dłuższych tras i bocznych przejazdów.
Przy jednym z mostów młody strażnik zwrócił się do Liory:
— Dokąd go prowadzicie?
Miran odpowiedział sam.
— Do pałacu.
Strażnik spojrzał na niego zaskoczony.
— Ty mówisz?
Miran uniósł brew.
— Czasami nawet całymi zdaniami.
Liora odwróciła głowę, żeby ukryć uśmiech.
Do pałacu dotarli przed zachodem słońca. Królewski sekretarz przeczytał dokument Kaldora i oznajmił, że audiencja może odbyć się za trzy tygodnie.
Miran położył mapę na stole.
Trzeci symbol pulsował.
— Proszę powiedzieć królowi, że za trzy tygodnie może już nie mieć królestwa.
Sekretarz przestał się uśmiechać.
Rozdział 23. Audiencja
Król Oren IV przyjął ich jeszcze tego samego wieczoru.
Sala audiencyjna była ogromna, lecz Miran zauważył przede wszystkim wejście bez schodów. Po doświadczeniach z Selvar uznał to niemal za cud większy niż złota mapa.
Oren był starszy, niż przedstawiały go monety. Miał siwe włosy i zmęczone oczy.
Miran opowiedział o pierwszej pieczęci, Vaelorze i wydarzeniach w Górach Szeptu. Erian przedstawił kroniki.
Król nie wyśmiał ich.
To było pierwsze zaskoczenie.
Drugie przyszło chwilę później.
— Wiem o pieczęci — powiedział Oren.
Liora natychmiast położyła dłoń na rękojeści miecza.
Król wyjaśnił, że od pokoleń jego rodzina strzegła komnaty pod pałacem. Trzy dni wcześniej pieczęć zaczęła pękać.
— Przybył uczony — powiedział Oren. — Twierdził, że potrafi ją naprawić.
Miran już znał odpowiedź.
— Białe włosy?
Król pobladł.
— Tak.
Vaelor przekonał go, że do naprawienia pieczęci potrzebny jest rytuał odprawiany podczas najbliższej pełni.
Pełnia miała nastąpić następnej nocy.
Miran spojrzał na mapę.
— Wasza Wysokość, on nie nauczył pana, jak ją naprawić.
Król zacisnął dłonie na poręczach tronu.
— Więc czego mnie nauczył?
— Jak ją otworzyć.
Rozdział 24. Pod pałacem
Wejście do sanktuarium znajdowało się za królewską biblioteką. Dalej prowadziły wąskie korytarze i strome schody.
Oren spojrzał na Mirana z zakłopotaniem.
— Nie pomyślano o takim dostępie.
— Zauważyłem.