Dla mojej przyjaciółki Natalii Kijewskiej.
Bo od ponad dwudziestu lat „leczysz” mnie swoją empatią. Dziękuję, że mogę być Twoim jeżem.
ROZDZIAŁ I
Klątwa
Theo
„Każda opowieść jest raną w trakcie powstawania.” — Angela Carter.
McKenzie Bridge, Oregon. 2000 r.
Nasz dom był tak głęboko w lesie, że nawet ptaki musiały się dwa razy zastanowić, zanim tu przyleciały. Mama mówiła, że to dobrze, bo wtedy było spokojniej.
Dla mnie ten dom był całym światem. Znałem każdy jego kąt: schodek, który zawsze skrzypiał tak, że nie dało się przejść cicho; szczeliny w podłodze, w które spadały mi kulki i guziki; sęk w stole, którego dotykałem palcami, kiedy się nudziłem. To wszystko było znajome jak moje własne ręce.
Nie mieliśmy sąsiadów. Nie chodziliśmy do szkoły. Mama powtarzała, że szkoła jest tutaj — w lesie i w domu. Uczyła nas czytać i pisać, ale też pokazywała tropy zwierząt i mówiła, które rośliny leczą, a które mogą zabić. Śmiała się przy tym, że jak pomylimy się przy grzybach, tata będzie musiał biegać z wiadrem. Ja śmiałem się razem z nią, ale czułem, że to śmiech trochę na niby, bo wcale nie chciałem, żeby tata musiał biegać.
Jane zawsze była w tym lepsza. W grzybach, w tropach, we wspinaniu się na drzewa. Starsza tylko o piętnaście minut, ale lubiła mi o tym przypominać. Uśmiechała się wtedy tym swoim półuśmiechem, w którym było i trochę kpiny, i trochę dumy. Ja nic nie mówiłem, bo i tak wiedziałem, że znowu ma rację.
Tego dnia zniknęła zaraz po obiedzie. Po prostu wstała od stołu i wyszła, jakby to było najzwyklejsze na świecie. Mama spojrzała w jej stronę i rzuciła przez ramię:
— Las ją zawołał. Ale wróci. Jak zawsze.
Las ją wołał częściej niż mnie. Jane wchodziła tam jak do siebie: znała każdy pień, każdy kamień. Umiała wdrapać się na gałąź tak wysoko, że ja od samego patrzenia czułem, jak kręci mi się w głowie. Nigdy nie rozumiałem, skąd brała ten spokój. Ja bałem się, że spadnę, że się zgubię, że coś pójdzie nie tak. Więc zostawałem w domu.
Tego popołudnia siedziałem sam przy kominku. Nogi schowane pod kocem, łyżeczka stukająca o pustą miseczkę. Tata krzątał się w kuchni, nucił pod nosem tę swoją dziwną melodię, której nigdy nie znałem, ale słyszałem ją zawsze wtedy, kiedy był spokojny. To był dobry znak.
Mama siedziała przy oknie z kubkiem w dłoni. Patrzyła w las tak, jakby widziała w nim coś, czego ja nie potrafiłem dostrzec. Czasem miałem wrażenie, że wie o tym lesie więcej niż książki, które czytaliśmy. Jej twarz była poważna, ale nie smutna. Raczej… czujna. Jakby czekała.
Tego wieczoru wszystko było inne. Ogień w kominku trzaskał ciszej niż zwykle, jakby sam bał się hałasować. Powietrze w pokoju było cięższe, a ja czułem to w brzuchu — takie napięcie, którego nie umiałem nazwać. Niepokój? Może.
I wtedy drzwi się otworzyły.
Jane wróciła. Stała w progu, z włosami potarganymi tak, jakby gonił ją wiatr.
— Już jestem — rzuciła półgłosem. — Ktoś musiał sprawdzić, czy las jeszcze stoi.
Za uchem miała małą zieloną gałązkę — wyglądała, jakby las zaznaczył sobie, że jest jego.
Bez słowa wsunęła się pod koc obok mnie i szturchnęła mnie łokciem.
— Masz pół lasu na głowie — mruknąłem. — Zaraz coś z tego wyrośnie.
— Lepsze to niż siedzieć cały dzień i stukać łyżeczką o miskę — odbiła natychmiast. — Ty byś się zgubił trzy kroki od domu.
— Nieprawda. — Skrzywiłem się, ale wiedziałem, że ma rację. — Po prostu… nie muszę się włóczyć jak sójka.
Jane szturchnęła mnie mocno łokciem.
— Gdyby nie ja, to już dawno połamałbyś nogi na pierwszym korzeniu. Jesteś fajtłapa, Theo.
Chciałem odpowiedzieć, ale mama odezwała się spod okna, nawet nie odrywając wzroku od lasu:
— Fajtłapa czy nie, przynajmniej nie przynosi całej ściółki do domu.
Jane przewróciła oczami, a ja aż parsknąłem śmiechem.
— Widzisz? — szepnąłem z satysfakcją. — Nawet mama to mówi.
— To tylko dlatego, że cię lubi. — Jane zacisnęła usta, ale w jej oczach tańczyło rozbawienie.
Czasem myślałem, że Jane miała łatwiej. Że las ją lubił tak samo, jak ona lubiła las. Kroki stawiała pewnie, jakby wiedziała, gdzie ziemia się nie zapadnie, a ja zawsze musiałem patrzeć pod nogi dwa razy. W jej ustach byłem „fajtłapą”, ale w mojej głowie to oznaczało po prostu ostrożność.
Lubiłem ostrożność. Była jak ciepły koc — chroniła przed tym, co mogło nagle wyskoczyć z ciemności. Jane tego nie potrzebowała. Ona zawsze szła przodem, a ja zostawałem krok z tyłu i patrzyłem, jak radzi sobie sama.
Może dlatego zawsze chciałem zapamiętywać każdy szczegół w domu: sęki w stole, rysy na framudze, zapach dymu w kominku. To były rzeczy, które się nie zmieniały, kiedy świat na zewnątrz robił się za duży.
I chociaż wiedziałem, że się przekomarza, jej słowa zostawały ze mną na dłużej, niż powinny. Bo czasem sam się zastanawiałem, czy nie mam w sobie tego, o co mnie oskarżała: że bez niej rzeczywiście bym się zgubił.
Tata usiadł w swoim fotelu. Ten fotel zawsze skrzypiał, ale dziś skrzypnął tak głośno, że aż spojrzałem na Jane, czy też to usłyszała. Ona tylko wzruszyła ramionami, ale widziałem, że też się wyprostowała. Tata zwykle zapadał się w ten fotel, półleżał albo od razu sięgał po książkę, a teraz siedział prosto. Ręce oparł na podłokietnikach, jakby to nie był fotel do odpoczynku, tylko jakieś krzesło w sądzie.
Mama siedziała przy oknie, ale odwróciła się do niego. I powiedziała spokojnie, ale tak, że aż ciarki przeszły mi po plecach:
— To dobry dzień, żeby im opowiedzieć tę historię.
Nie powiedziała „bajkę”. Ani „opowieść”. Powiedziała historię. To brzmiało inaczej. Tak, jakby ta historia nie należała do nas, ale i tak była o nas.
Tata patrzył na nas dłużej niż zwykle. Czasem patrzył tak, kiedy chciał sprawdzić, czy naprawdę słuchamy, a nie tylko udajemy. Ale tym razem było inaczej. W jego oczach było coś ciepłego, jak zawsze, ale też ciężkiego. Takiego, co przygniatało mnie do miejsca.
— Chcecie posłuchać? — zapytał cicho.
Jane od razu skinęła głową. Zawsze była pierwsza. Zwinęła nogi pod siebie i patrzyła prosto na niego. Ja też skinąłem głową, ale wolniej. Mama wstała i usiadła bliżej, na brzegu krzesła. Nigdy tego nie robiła. Zawsze była gdzieś z boku, słuchała i poprawiała tatę, jak mówił coś za długo. Teraz nie poprawiała. Uśmiechnęła się, ale nie tak jak zwykle. To nie był uśmiech od żartu. To był uśmiech, który znaczył coś, czego jeszcze nie rozumiałem.
Kominek trzaskał, ale ciszej niż zazwyczaj — jakby ogień też słuchał. Zapach dymu był mocny, wgryzał się w ubrania, ale ja prawie go nie czułem. Czułem tylko, że coś się dzieje. Że to nie jest zwykły wieczór.
Tata nie zaczął od razu. Milczał chwilę i to milczenie też coś znaczyło. Każde jego słowo, gdy już mówił, brzmiało jak krok na deskach, które dobrze znaliśmy — taki ciężki, pewny krok, który sprawia, że dom cały słucha.
Siedziałem obok Jane, czułem, że jej łokieć styka się z moim, a mama była tuż za nami. Niby zwykły wieczór. Ale ja wiedziałem, że to nie będzie bajka. Że tata zaraz powie coś, czego się nie zapomina.
Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że ta historia zmieni wszystko. Ale pamiętam dokładnie ten moment: zapach ognia, skrzypienie fotela i to, jak tata patrzył na mnie, zanim powiedział pierwsze słowa:
— Dawno temu, daleko stąd, w sercu bagien Luizjany, była dolina, w której wydarzyła się ta historia. W miasteczku Arkadia.
Słowo „Arkadia” zabrzmiało w mojej głowie jak zaklęcie. Nie znałem takiego miejsca. Brzmiało jak coś z książki, którą tata mógłby trzymać na najwyższej półce. Od razu zobaczyłem w wyobraźni pola, łąki i drzewa tak wielkie, że trzeba by kilku ludzi, żeby je objąć. Wyobraziłem sobie ptaki jak z atlasu Jane, kolorowe jak jej kredki, i domy o dziwnych kształtach, w których mieszkali ludzie, jakich nie spotyka się nigdzie indziej.
Ale ton taty nie był bajkowy. Był ciepły, znajomy — taki jak wtedy, gdy czytał nam na dobranoc. A jednak brzmiało w nim coś nowego. Jakby każde słowo było kamieniem, który trzeba ostrożnie położyć na miejscu, bo inaczej wszystko się rozsypie.
— Arkadia była piękna — powiedział, a jego głos zwolnił. — To miejsce, gdzie las był tak zielony, że zdawało się, jakby nigdy nie widział jesieni. Bagna pachniały świeżością, a każdy, kto mieszkał tam od pokoleń, wiedział, jak opiekować się tą ziemią.
Zamknąłem oczy, żeby to lepiej zobaczyć. Drzewa musiały być ogromne, ich konary tak splątane, że nie dało się zobaczyć nieba. Liście połyskiwały kroplami wody, a słońce odbijało się w nich jak w lustrze. W mojej głowie Arkadia była pełna ruchu: ptaki trzepoczące skrzydłami wysoko w koronach, ryby pluskające w wodzie i jakieś nieznane stworzenia chowające się w gęstych zaroślach. Wyobraziłem sobie też bagna — parujące, gęste, trochę straszne, ale jednocześnie piękne, jakby woda oddychała razem z ziemią.
Jane podciągnęła kolana pod brodę i ścisnęła koc tak, jak robiła to tylko wtedy, kiedy coś naprawdę ją wciągało. Jej oczy błyszczały, jakby chciała połykać każde słowo. Mama natomiast nie patrzyła na tatę, tylko w ogień. Ale w jej spojrzeniu było coś więcej — coś, co sprawiało, że wyglądała, jakby już znała tę opowieść. Jakby nie była dla niej nowością, tylko powrotem.
— Tam mieszkała rodzina Chevalierów — ciągnął tata. — Ludzie, którzy byli z Arkadią połączeni od zawsze. Ich serca biły razem z lasem i bagnami. Wiedzieli, kiedy sadzić, kiedy czekać, kiedy las potrzebuje ciszy, a kiedy tańca.
Patrzyłem na tatę, ale w głowie widziałem tych ludzi. Wyobraziłem sobie kobietę w długiej sukni, kroczącą boso po błocie, i mężczyznę, który kładzie dłoń na pniu drzewa i rozumie je tak, jak my rozumiemy siebie nawzajem. Czułem, że Jane widziała ich podobnie — po jej minie znałem, kiedy coś układała w swojej głowie w obrazy.
Tata zrobił pauzę, a wtedy ogień w kominku strzelił i rozsypał iskry.
— Ludzie mówili o nich „Wiedźmy” — dodał ciszej. — Dlatego, że bali się ich wiedzy. Bali się tego, czego nie rozumieli. Chevalierowie potrafili słuchać tej ziemi — i odpowiadać na jej potrzeby.
To słowo, „wiedźmy”, utkwiło mi w głowie. Nie brzmiało jak w bajkach, gdzie czarownice mają garby i nosy jak haki. Tu brzmiało poważnie. Jak coś, co istnieje naprawdę.
I może dlatego nie czułem się przy nim obco.
Wiedziałem, że tata nie mówi tylko o tamtych ludziach z Arkadii. Mówił też o nas, choć nigdy tego nie nazywał. Czasem, gdy kładł dłoń na moim ramieniu, napięcie w środku puszczało, jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju. Albo kiedy Jane w złości trzaskała drzwiami, a powietrze wokół drgało, jakby też chciało się zdenerwować razem z nią.
Mama nie robiła takich rzeczy. U niej to było inne. Nieraz łapałem ją na tym spojrzeniu, które mówiło: „widzę więcej niż wy”. A jednak to tata potrafił sprawić, że las cichł, gdy mówił, albo że ogień w kominku trzaskał mocniej, kiedy tylko podniósł głos.
Nie rozumiałem tego do końca, ale wiedziałem, że to mieszkało też w nas. W Jane i we mnie.
Czułem, że to nie jest bajka. To było coś, co naprawdę się wydarzyło.
Jane spojrzała na mnie kątem oka. Jej brew uniosła się lekko, jakby chciała powiedzieć: uważaj, to teraz będzie ważne.
— Przez długie lata Arkadia była spokojna… dopóki nie przyszli obcy — mówił dalej tata. — Było ich dwóch. Vittorio Moretti i Charles Beaumont.
Nazwiska zabrzmiały jak coś obcego, ciężkiego, jak kamienie wrzucone do wody. Wtuliłem się mocniej w koc. Jane przygryzła dolną wargę, udając odwagę, ale widziałem, że też wstrzymała oddech.
— Vittorio Moretti — powtórzył tata powoli, z westchnieniem, jakby znał to imię zbyt dobrze. — Przybył z Taverno, małego miasteczka w Toskanii. Vittorio był elegancki: zawsze w butach, które błyszczały jak lustra, w rękawiczkach, które nigdy się nie brudziły. Ale jego serce nie biło dla ziemi… tylko dla władzy.
Tata spojrzał w płomienie. Przez sekundę wyglądało to tak, jakby w ogniu zobaczył jego twarz. Ja też próbowałem — w językach ognia zobaczyłem postać w ciemnym płaszczu, stojącą wyprostowaną, z uśmiechem, który nie sięgał oczu.
— Moretti był obrzydliwie bogaty — dodał tata, głos mu stwardniał. — Wszystko miało dla niego cenę: ziemia, sztuka… nawet ludzie. A kiedy usłyszał o Arkadii — zielonej, pełnej ukrytych bogactw — postanowił, że musi ją mieć.
— Najpierw „pożyczał” ją od Chevalierów, jak sam to nazywał. Podpisywał umowy, udawał współpracę, mówił o wspólnych korzyściach. Przez chwilę wszyscy chcieli wierzyć, że to tylko biznes.
— Ale krok po kroku brał pod opiekę ich pola, ich domy, ich ziemię.
— A potem… zanim ktokolwiek zdążył to zrozumieć, na cudzej ziemi postawił własną rezydencję większą niż cały ich ród. Rozrósł się tam jak pasożyt, który najpierw prosi, a potem pożera gospodarza.
Miałem wrażenie, że mama drgnęła w fotelu.
— A ten drugi? — rzuciła Jane, nie wytrzymując.
Tata skinął głową, jakby spodziewał się pytania.
— Charles Beaumont. — Brzmiało to inaczej. Jak gorzki smak na języku. — On pochodził stamtąd. Był miejscowym. I właśnie dlatego to była najbardziej gorzka zdrada. Beaumont znał każdy zakręt bagien, każdy stary dąb. Ale nigdy tej ziemi nie kochał.
Głos taty stał się cichszy, prawie jak szept:
— Był synem plantatora. Dorastał w wielkim domu nad bagnami, otoczony służbą. Uczył się tylko jednego: jak patrzeć na ziemię jak na rzecz do wykorzystania.
Poczułem chłód, choć ogień grzał coraz mocniej. Patrzeć na ziemię jak na rzecz — to brzmiało tak, jakby ktoś chciał wydrzeć kawałek lasu i zamknąć go w skrzynce.
Tata przerwał, a w ciszy słychać było tylko trzask polana. Patrzył na nas długo. Może dlatego wiedziałem, że ta opowieść nie była tylko bajką.
— Beaumont widział w Arkadii tylko zysk — powiedział cicho. — Nie rozumiał tej ziemi. Nie rozumiał, że niektóre miejsca nie chcą należeć do nikogo.
Jane przytuliła kolana do piersi. Ja patrzyłem na tatę i czułem, że mówi to tak, jakby sam znał ich obu. Jakby pamiętał tamte zdrady.
— Przyjechali razem — dodał po chwili. — Dwaj obcy. Jeden z Taverno, drugi z serca Luizjany. Obaj równie zimni. Przynieśli ze sobą obietnice, uśmiechy, prezenty. Ale w sercach mieli tylko chciwość.
Widziałem ich oczami dziecka: jednego błyszczącego jak lustro, pachnącego złotem i winem; drugiego z szerokim kapeluszem, butami w błocie, ale w oczach pustka. I nagle Arkadia przestała być miejscem z bajki. Stała się miejscem, do którego ktoś się wdarł.
Jane ścisnęła moje ramię tak mocno, że aż poczułem jej paznokcie przez rękaw. Jej nogi lekko się trzęsły, choć próbowała udawać, że siedzi nieruchomo. Udawała odważną, ale ja czułem dokładnie to samo: że ta historia wcale nie jest tylko opowieścią przy kominku.
— Najstarsza z rodu… Alessyia Chevalier — ciągnął tata. W jego głosie pojawiła się powaga, której nie słyszałem nigdy wcześniej. — Miała oczy ciemne jak noc na bagnach i ręce, które znały każdą roślinę, każdy korzeń, każdą truciznę i każde lekarstwo. Ludzie mówili, że w jej dotyku była moc: potrafiła karmić albo niszczyć cały las. Wszystko zależało od jej intencji.
Imię Alessyia uderzyło we mnie jak coś wielkiego, większego niż samo słowo. Nigdy go nie słyszałem, a jednak od razu chciałem wiedzieć więcej. Czułem, że to imię niesie ze sobą historię, którą będę pamiętał zawsze.
Mama lekko odwróciła głowę od ognia. Jej twarz pozostała spokojna, ale zauważyłem, jak ścisnęła kubek mocniej, aż białe kostki palców odcinały się od ciemnej gliny. Nie odezwała się ani słowem, lecz jakby samo imię Allesyi sprawiło, że w pokoju zrobiło się jeszcze ciszej.
Tata mówił dalej:
— Moretti i Beaumont przyszli do Chevalierów z obietnicami. „Podzielimy się zyskami. Zmodernizujemy ziemię. Zainteresujemy świat”. Wszystko brzmiało pięknie. Alessyia podpisała ich umowę. Sama przyznała później, że zrobiła to nie z ufności… ale z nadziei, że być może uda się ocalić Arkadię.
Jane prychnęła półgłosem, jakby chciała powiedzieć: naiwna. Ale nie odezwała się ani słowem.
— A potem… — tata zawiesił głos na tyle długo, że płomień w kominku zatrzeszczał głośniej, jakby wypełniał przerwę. — Potem przyszła noc. A kiedy wstał ranek, Arkadia nie należała już do Chevalierów. Vittorio Moretti i Charles Beaumont oszukali ich. Zmienili zapisy, podmienili dokumenty… i w świetle dnia cała ziemia, każdy dom, każde drzewo, należały już tylko do nich.
Poczułem lodowaty ciężar w żołądku. To nie było jak bajka, w której ktoś zabiera komuś miecz albo koronę. To było tak, jakby ktoś przyszedł do naszego domu, wyjął klucz z zamka i powiedział: to już nie jest twoje.
Tata zamilkł. Spojrzałem na Jane — jej usta były zaciśnięte, oczy szerokie, ani razu nie mrugnęła. Wiedzieliśmy oboje, choć jeszcze nie umieliśmy tego nazwać, że to nie była zwykła kradzież ziemi. To było coś gorszego.
— Allesyia była zrozpaczona — podjął tata ciszej. — Wyobraźcie sobie wodę w jeziorze, która nagle zaczyna się burzyć, jakby pod spodem coś umierało. Tak właśnie czuła się ona. Jakby cała Arkadia gasła w jej sercu.
Jane wtuliła się mocniej w koc, tak że przykryła nim nawet brodę. Ja siedziałem nieruchomo, zahipnotyzowany. Słowa taty były jak sieć, w którą wplątywały się wszystkie moje myśli.
— Chevalierowie stracili wszystko: ziemię, domy, przyszłość. Zostali wypędzeni jak intruzi z miejsca, które było ich od pokoleń. — Jego głos brzmiał ciężko, jakby sam nosił to wspomnienie w sobie.
Wtedy zrozumiałem jedno: to nie była tylko bajka. To była rana, która nigdy się nie zagoiła.
— Wtedy Alessyia Chevalier — mówił dalej tata — poszła do miejsca, którego bali się wszyscy. Do Groty Cienia.
Poczułem, jak mama przesunęła się głębiej w kąt pokoju. Jej twarz była spokojna, ale oczy błyszczały dziwnie — jakby ta historia była dla niej bardziej osobista, niż kiedykolwiek mogliśmy przypuszczać.
— Nie szła tam po ratunek — dodał tata ciszej. — Szła tam z nienawiścią. To nie była tylko rozpacz, ale gniew, który chciał znaleźć ujście.
Ogień w kominku strzelił, jakby potwierdzając jego słowa. Mama przesunęła się głębiej w cień. Jej twarz pozostała nieruchoma, ale w oczach błyszczało coś, co wyglądało na znajome.
— Allesyia dotknęła dłonią najstarszego kamienia, stanęła w kręgu i wypowiedziała słowa, których nikt już nigdy nie zapomniał.
Głos taty zmienił się — cichszy, ale brzmiący jak echo tamtej nocy:
— „Niech pierworodny syn Moretti płaci za grzechy swego ojca aż do końca świata. Niech jego ciało stanie się nieśmiertelne, a serce — puste. Niech stanie się bestią, która pożre cały swój ród.”
— „A co do Beaumontów… niech całe pokolenia będą skazane na życie rozdarte między naturą a rozumem, bez spokoju, bez pełnej wolności, bez miejsca, które mogliby nazwać domem.”
Zadrżałem, gdy to usłyszałem. Brzmiało to jak coś prawdziwego. Jak coś, co mogło stać tuż obok nas, gdy tata mówił. Kiedy wypowiadał te słowa, miałem wrażenie, że to nie on je powtarza. Jakby nie były opowieścią sprzed setek lat, ale zaklęciem, które właśnie teraz unosi się w powietrzu i szuka, kogo dosięgnąć.
Jane nie wytrzymała ciszy.
— Dlaczego… są dwie różne wersje? — zapytała. — Dlaczego nie takie same?
Tata spojrzał na nią uważnie. Potem odchylił się lekko w fotelu i odpowiedział wolno, żebyśmy nadążyli:
— Bo Moretti był tym, który to wszystko zaplanował. To on oszukał, to on wciągnął Beaumonta w zdradę. To przez niego Chevalierowie stracili swój dom, swoje dziedzictwo. Dlatego Alessyia chciała, by jego własny syn… jego pierworodny… zapłacił najcięższą cenę. Żeby nigdy nie mógł od tego uciec.
Zrobił krótką przerwę, a jego głos był teraz jak ostrze:
— A Beaumont? On nie planował. On tylko poszedł za Morettim. Bezmyślnie. Jak dzikie zwierzę, które rzuca się na mięso, bo czuje zapach krwi. On wybrał drogę chciwości, ale nie rozumiał, dokąd ona prowadzi. Dlatego jego kara była inna: rozdarte życie, rozdarte serce. Nigdy spokojne, nigdy pełne.
Spojrzałem na mamę — siedziała nieruchomo, ale jej ramiona napięły się, jakby każde słowo o „dzikim zwierzęciu” dotykało jej samej.
Tata spojrzał na nas długo, aż w końcu dodał:
— Klątwa, którą Alessyia rzuciła w Grocie Cienia, była dokładna. I nie była sprawiedliwa w naszym rozumieniu. Była okrutna. Ale właśnie dlatego trwa do dziś.
Tata patrzył w ogień tak, jakby widział w nim nie tylko płomienie, ale coś, co paliło się od wieków. Jego głos, kiedy znowu się odezwał, brzmiał ciężej niż zwykle, jakby każde słowo ważyło więcej, niż mógł udźwignąć:
— To nie koniec. Pierworodny syn Vittoria stał się bestią, stworzoną do jednego: by zniszczyć swój własny ród od środka. Nie z wyboru… tylko dlatego, że tak została zapisana klątwa.
Czułem, jak koc nagle zrobił się za cienki. Dreszcze przeszły mi po kręgosłupie, jakby te słowa naprawdę coś otworzyły.
Jane pochyliła się lekko w moją stronę, szept ledwo oderwał się od jej ust:
— Bestia…
Tata skinął głową, jakby potwierdzał coś, co było oczywiste i nieodwołalne.
Cisza na moment zgęstniała. I wtedy głos mamy przeciął ją nagle — miękki, ale zadziorny, jak zawsze u niej:
— Ludzie w Arkadii do dziś opowiadają legendy o mężczyźnie z bursztynowymi oczami, który przychodzi po swoje.
Jej słowa zawisły w powietrzu. Ogień trzaskał, ale przez chwilę brzmiało to tak, jakby sam dom nasłuchiwał.
Spojrzenie taty zatrzymało się na mnie i Jane. Poczułem, jakby patrzył przez nas — w głąb, tam, gdzie siedziało coś, czego jeszcze nie rozumiałem.
— Beaumontowie… ich klątwa była inna. Mniej widoczna. Ale może gorsza — mówił dalej. — Od tej nocy nosili w sobie rozdwojenie. Jedna część chciała być wolna, dzika, posłuszna instynktowi. Druga — rozumna, spokojna, pragnąca domu i rodziny. Ale nigdy już nie mogli być w pełni jednym ani drugim. Byli jak dwa światy, które nigdy nie chciały się ze sobą pogodzić.
Tata westchnął ciężko, jakby sam czuł w płucach ten rozdźwięk:
— Nigdy nie mogli być naprawdę u siebie. Bo ich własne serca były… rozdarte.
I wtedy Jane uniosła głowę. Jej oczy lśniły odbiciem ognia, a głos zabrzmiał ostrzej, niż się spodziewałem:
— Czy to dlatego się ukrywamy? — zapytała. — Przed tą klątwą?
Powietrze jakby zatrzymało się w miejscu. Tata spuścił wzrok, nie od razu odpowiadając. Milczał tak długo, że aż poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła.
W końcu odezwał się powoli, ostrożnie, jakby każde słowo musiało zostać zważone przed wypowiedzeniem:
— Czasem… stare historie wcale się nie kończą. One tylko czekają. I dlatego musimy wiedzieć, skąd pochodzimy… zanim ktoś inny nam o tym przypomni.
Cisza, która nadeszła potem, była zupełnie inna. Cięższa. Jakby to nie był już wieczór w naszym domu, ale próg do czegoś większego.
Jane patrzyła na tatę bez mrugnięcia. Ja patrzyłem na mamę, która ani razu nie spuściła wzroku. I wtedy — choć miałem tylko dziesięć lat — wiedziałem już jedno: ta historia nie była tylko legendą. Była naszą historią.
— ––
Taverno, Włochy, 2018 r.
Nie było w niej Nory.
Nie w tej chwili.
Była czystą furią — nagą, dziką, pozbawioną myśli i rozumu. Klątwa w swojej najbardziej bezlitosnej postaci.
Znałem tę dziewczynę całe życie. Znałem jej marszczenie brwi, kiedy coś ją drażniło, jej śmiech w nieodpowiednich momentach, jej ironię, kiedy chciała mnie sprowokować. Znałem to wszystko.
Widziałem jej ciało, jej twarz… ale Nora była gdzieś indziej.
Ściana pękła pod jej ciosem jak kartka papieru. Huk rozniósł się po całym pokoju, a odłamki drewna posypały się w moją stronę jak ostre pociski. Nawet nie drgnęła, gdy przeleciały obok jej twarzy. Była skupiona na jednym: na niszczeniu. Wyglądała, jakby została stworzona do rozrywania rzeczywistości na strzępy.
Była jak błyskawica. Jej ciało poruszało się szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. Ściana rozpadła się jak papier, a ja wiedziałem, że jeśli uderzy we mnie — zostanie po mnie tylko kurz.
Lana rzuciła się na nią od tyłu. Chciała ją zaskoczyć, odciągnąć ją ode mnie. Nora szarpnęła się jednym ruchem i cisnęła nią w bok. Lana przeleciała przez pół pokoju i uderzyła w mur z głuchym trzaskiem. Każdy inny miałby połamane żebra, płuca przebite kością. Ale Lana już podnosiła się z podłogi, z krwią na ustach i tym samym zimnym spojrzeniem.
— Uciekaj, durniu! — wrzasnęła.
Nie mogłem. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Stałem, jakby coś przykłuło mnie do miejsca. Czułem, że sam staję się częścią tej klątwy, zakuty w paraliż.
I wtedy Nora się poruszyła.
Nie widziałem biegu. Nie słyszałem kroków. Po prostu nagle była tuż przede mną. Tak blisko, że jej oddech palił moją twarz.
Jej oczy… kurwa, jej oczy.
Znałem je na pamięć, ale teraz świeciły jasnym bursztynem.
Jej dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Z taką siłą, że poczułem, jak coś w środku chrupie. Krótkie, ostre pęknięcie — kość. Ból wystrzelił jak ogień, przetoczył się przez moje ciało, aż zrobiło mi się ciemno przed oczami. Usta same otworzyły się do krzyku, ale go połknąłem. Bałem się, że jeśli krzyknę, to ją podsycę. Że każdy dźwięk, każdy ruch sprawi, że wgryzie się we mnie głębiej.
Czułem, jak jej palce druzgoczą moje ramię, jakbym był tylko skorupą, którą można roztrzaskać. Jej twarz była tak blisko, że widziałem, jak drży jej szczęka, jak zęby szczerzą się w grymasie.
Widok, który miałem przed sobą… to było jak z historii ojca. Bestia. Ale w środku wciąż była ona. Właśnie dlatego nie mogłem oddychać. Nie wiedziałem, czy zamierza mnie zabić. Ale wiedziałem, że mogła. I że nic jej nie powstrzyma.
Ale miałem szczęście.
Za jej plecami pojawiła się prawdziwa bestia.
Lucien.
Jego ręce objęły ją brutalnie, tak jak człowiek chwyta coś, co musi złamać, albo inaczej sam zginie. Unieruchomił każdy mięsień, zanim zdążyła się odwrócić. Nora zawyła. Dźwięk rozdarł powietrze, rozszarpał je jak ostrze. To brzmiało jak coś, czego nie powinno wydawać ludzkie ciało.
W tej samej sekundzie, w której jego ramiona zacisnęły się na niej, poczułem coś, co rozdarło mnie od środka: ulgę i pogardę naraz. Ulgę, że to nie moje kości pękną za chwilę. Że ktoś silniejszy odebrał mi z gardła tę śmierć. I pogardę, że musiał to być on. Człowiek, któremu nie ufałem, którego obecność od zawsze była dla mnie zagrożeniem. A teraz ratował mi życie.
Paznokcie przecięły powietrze, rozdarły jego skórę, krew spłynęła po jego ramieniu. Ale Lucien nie drgnął. Ścisnął mocniej, podnosząc ją nad ziemię jak wściekłe dziecko, które trzeba wyrwać ze świata. Jej ciało rzucało się w jego uścisku jak piorun uwięziony w dłoniach. Widziałem, jak cała furia wali w niego, jakby próbowała rozedrzeć jego ciało i cały świat na kawałki.
— Lana. Szuflada. Strzykawka.
Głos Luciena był twardy jak stal. Lana, dysząc, sięgnęła po strzykawkę i rzuciła ją w jego stronę. Złapał ją w locie.
Nora szarpała się jeszcze przez sekundę. Jej krzyk był tak głośny, że miałem wrażenie, że pękną mi bębenki. Potem igła wbiła się w jej udo.
Patrzyłem, jak ciecz wstrzyknięta do jej żył rozchodzi się jak wyrok. Najpierw warkot — gardło rozdarte między warczeniem a wrzaskiem. Potem spazm całego ciała, jakby coś w niej walczyło do ostatniej sekundy o prawo istnienia. Szarpnięcie. Jeszcze jedno.
To wyglądało nie jak ratunek. Wyglądało jak egzekucja. Każdy ruch jej ciała gasł powoli, jak ogień duszony mokrym kocem. Z każdą sekundą stawała się cięższa, bardziej bezwładna.
Czułem ulgę — że to koniec, że nie zmiażdży mnie jeszcze raz, że przetrwam tę noc. Ale równocześnie obrzydzenie ścisnęło mnie w gardle. Bo nikt nie powinien patrzeć, jak bliska mu osoba wiotczeje w cudzych rękach tak, jakby właśnie złamano jej kręgosłup.
Ostatni wrzask wyrwał się z niej nagle, przeciągły, nieludzki, rozdzierający. Urwał się jak przerwana struna. Cisza po nim była gorsza niż sam krzyk.
Jej ciało zwiotczało. Ramiona opadły. Głowa zwisła bezwładnie.
Lucien trzymał ją jeszcze chwilę, jakby sprawdzał, czy naprawdę ustała. Potem położył ją ostrożnie na łóżku. Ułożył ją powoli. Jakby odkładał ciężar, a nie człowieka.
Powietrze wyrwało mi się z piersi krótkim, zduszonym jękiem. Nie wytrzymałem już dłużej. Nogi ugięły się pode mną i osunąłem się na kolana.
Zaciskałem zęby, ale to nic nie dawało. Ból pulsował, rósł, aż robiło mi się ciemno przed oczami. Czułem, że zaraz zwymiotuję od samego ciężaru tego bólu, od świadomości, że to ona mi to zrobiła.
Cisza była absolutna. Lepka i dławiąca. Jakby powietrze w pokoju stało się ciężarem, który przygniatał klatkę piersiową.
W tej ciszy Lana w końcu odezwała się, spluwając krew:
— Niech żyje pierdolona, rodzinna atmosfera.
ROZDZIAŁ II
Pasy
Nora
„Nie wszystko, z czym się mierzymy, można zmienić, ale nic nie da się zmienić, dopóki się z tym nie zmierzymy.” — James Baldwin.
Nie wiedziałam, kiedy zaczęłam odzyskiwać przytomność — ani gdzie jestem, ani nawet czy naprawdę się obudziłam. To nie było zwykłe wyjście ze snu. To było jak powolne przesączanie się świadomości przez gęstą, duszną mgłę, która przyklejała się do skóry.
Najpierw poczułam ciężar. Coś przygniatało mnie całkowicie, jakby moje ciało należało do kogoś innego. Chciałam drgnąć — tylko drgnąć — i wtedy dotarło do mnie: nie mogę się ruszyć.
Oddech natychmiast przyspieszył. Szybki, płytki. Mój organizm wiedział pierwszy, że coś jest nie tak, zanim jeszcze mózg zebrał fakty. Ale ciało reagowało inaczej niż dawniej. Pod skórą pulsowało coś obcego. Energia, napięcie, które rwało mięśnie jak drut kolczasty. Czułam, że każdy nerw domaga się ruchu, ciosu, eksplozji. Jakby we mnie siedziało coś, co tylko czeka, by mnie rozerwać od środka.
Otworzyłam oczy. Światło bolało jak cięcie nożem. Rozmazane kształty zaczęły się wyostrzać za szybko. Sufit. Gładki, jednolity. Nie rozpoznawałam tego miejsca. Każda linia była zbyt wyraźna, każdy detal zbyt ostry. Zmysły pracowały na obrotach, których nie znałam. Świat był za głośny i za jasny, choć panowała cisza i półmrok.
Spróbowałam poruszyć ręką. Nic.
Pasy.
Szerokie, ciemne, oplatające nadgarstki, uda, kostki i klatkę piersiową. Nie za ciasne, nie za luźne. Precyzyjne. Skrojone pode mnie. Wystarczające, żeby przypomnieć mi, że nie mam już żadnej kontroli.
„Co tu się dzieje…?”
Cisza. Nie szpitalna. Nie domowa. To była cisza pełna obecności. Byłam pewna, że ktoś tu jest.
Próbowałam zebrać wspomnienia. Obrazy wracały jak błyski ostrza.
Krzyk.
Theo.
Ściana.
Brightmore.
Cass. Charlie.
Nie żyją. Rachel… Rachel ich zabiła. I mnie też próbowała.
I ten ostatni obraz: człowiek z bursztynowymi oczami. Twarz obca i nieobca zarazem. Stał nade mną, gdy świat kończył się krwią i wrzaskiem. Widziałam, jak wszyscy padają. Jak giną. Jak on zostaje. A potem — nic.
Teraz byłam tutaj. W pasach. Oddychałam tak szybko, że płuca paliły, jakby brakowało powietrza.
„Gdzie… gdzie ja jestem?! Co tu się odpierdala?! Dlaczego?!”
Próbowałam krzyknąć, ale głos ugrzązł mi w gardle. Gardło było suche, spierzchnięte, a wydobył się z niego tylko chrapliwy dźwięk.
Ciało spięło się jeszcze mocniej. Mięśnie nóg były dziwnie napięte. Gotowe. Jakby tylko czekały, aż pasy się poluzują. Jakby moja własna krew szykowała się do wybuchu.
Szarpnęłam się raz jeszcze, desperacko. Nic. Ale w środku czułam tę falę — tę potrzebę, żeby coś rozpierdolić, rozerwać, połamać, byle poczuć, że wciąż mogę decydować.
Spojrzałam w bok — ściana była gładka, czysta, jednolita. Brak okna. Albo po prostu go nie widziałam.
Czułam smak metalu w ustach, jakbym przez sen gryzła krew. Język drżał, gardło piekło, każdy oddech przypominał szarpnięcie nożem. Słyszałam własny puls w uszach, głośny jak bęben. A pod spodem coś jeszcze — kropla? stuk? Albo może to tylko echo w mojej głowie.
Najgorsze było to, że pasy nie pojawiły się same. Ktoś musiał mnie tu zaciągnąć, unieruchomić, zapiąć sprzączki jedna po drugiej. Ktoś musiał patrzeć, jak leżę nieprzytomna. Jak zabawka. Jak ciało.
Ta myśl doprowadziła mnie do szału. Zaczęłam szarpać się wbrew rozsądkowi, aż pasek na piersi wbił mi się w skórę. Czułam, że jeśli tego nie rozerwę, to rozerwę sama siebie.
I wtedy poczułam to wyraźniej — nie tylko obecność.
Ktoś był tutaj. Stał tu od początku.
Kobieta.
Szczupła sylwetka, ciemne włosy spięte tak nisko, jakby nawet to miało być kontrolą. Sukienka idealna, aż groteskowa. Wyglądała jak manekin z wystawy. Ani drgnienia, żadnej reakcji, tylko ten nieludzki spokój. Patrzyła na mnie jak na coś, co trzeba odczekać, nie jak na człowieka.
Jej spojrzenie na pasach przeciągnęło się za długo, jakby chciała dać mi do zrozumienia, że to one są tutaj ważniejsze ode mnie. A potem ten uśmiech. Ledwo zauważalny, ale czułam go jak ostrze przy gardle.
— Witaj w świecie żywych — rzuciła przeciągle, jakby każde słowo było stratą jej cennego czasu. — Chociaż… w twoim przypadku to brzmi jak nadużycie.
Nie tylko ton, ale i ruch dłoni zdradzał pogardę: poprawiła mankiet z miną znudzonej księżnej. Jakby naprawdę wolała zmywać kieliszki po przyjęciu niż stać przy moim łóżku.
Poczułam, jak gniew miesza się z paniką. Chciałam zadać tysiąc pytań naraz, ale wyplułam tylko jedno, brzmiące obco, jakby należało do kogoś innego:
— Kim jesteś?! — wyplułam z siebie, zachrypnięta, wściekła. Głos obcy, nie mój.
Kobieta ruszyła w moją stronę. Każdy krok był miękki, niemal bezgłośny, ale pełen pewności siebie. Jak ktoś, kto wie, że nic jej tu nie grozi. Jak ktoś, kto ma władzę nawet nad moim oddechem. Zatrzymała się przy łóżku i dopiero wtedy zobaczyłam jej oczy.
Bursztynowe. Ostre. Nieludzkie.
Wbiłam w nie spojrzenie i nie zdążyłam ugryźć się w język.
— Co jest nie tak z twoimi oczami?!
Szarpnęłam się w pasach, jak idiotka, choć wiedziałam, że to nic nie da. Metal zapiszczał ostrzegawczo, ciało rwało się do walki, do ciosu. Mięśnie wrzały. Jakby pod skórą siedziało coś, co domaga się krwi, byle czyjej.
Jej uśmiech drgnął. Pół centymetra, ale wystarczyło.
— Zabawne, że pytasz. Za chwilę zauważysz, że mamy… ten sam przywilej.
Odwróciła się teatralnie, nonszalancka do przesady. Jakby chciała mi udowodnić, że nawet jej plecy są dla mnie za wysokim zaszczytem. Grzebała w szufladzie, ignorując mnie z premedytacją.
Cisza dudniła w uszach bardziej niż mój własny oddech. Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż poczułam ból w szczęce.
I nagle znowu była przy mnie. Jak duch. Miała lusterko w dłoni, podsunęła je brutalnie blisko.
I wtedy je zobaczyłam.
Moje oczy.
Nie były moje.
Bursztyn. Obce, błyszczące. Jak oczy drapieżnika, który właśnie połknął człowieka, którym byłam.
Jej oczy.
Jego oczy.
Teraz odbijały się w mojej własnej twarzy.
Krzyk wyrwał się ze mnie natychmiast. Wrzeszczałam, szarpałam się w pasach, aż metal jęczał jakby miał pęknąć.
— Nie! — darłam się. — Nie, nie, NIE!
Patrzyła. Chłodna, rozbawiona, jakby obserwowała małpkę w klatce. Przekrzywiła lekko głowę, jakby oceniała, czy warto bić brawo. Dopiero gdy dźwięk w moim gardle zmienił się w chrapliwy kaszel, odstawiła lusterko.
— Spokojnie — jej ton był miękki jak jedwab, ale niosło się w nim coś jadowitego. — Widziałam gorsze przypadki. Głównie w workach na zwłoki.
I z tym jednym zdaniem zostawiła mnie na granicy szału. Lusterko odstawiła z przesadną dokładnością, jakby miała czas i ochotę celebrować każdy milimetr tej sceny.
— Kim ty, kurwa, jesteś?! — wyrzuciłam z siebie. To nie był już strach. To był gniew, ostry i duszący, jakby samo ciało zmuszało mnie do ataku, choć mogłam tylko szarpać się w pasach.
Kobieta przechyliła głowę. Uśmiech pojawił się na jej twarzy tak lekko, jakby ktoś pociągnął niewidzialną nitkę. To był ten uśmiech — zimny, pusty, zwiastujący wbicie noża, nie wiadomo czy w ciało, czy w psychikę.
— Nazywam się Lana Ashford — powiedziała po chwili. Jej ton był suchy, beznamiętny, przeciągnięty, jakby to przedstawienie było poniżej jej godności. — Ale to ci absolutnie nic nie powie.
Patrzyła za długo. Sekundę, dwie za dużo. Jak ktoś, kto nie musi się spieszyć, bo już wygrał.
— Gdzie… gdzie ja jestem? — głos mi zadrżał, a sama nienawidziłam tego drżenia.
Lana wzruszyła ramionami, powoli, z wyreżyserowaną obojętnością.
— W miejscu, gdzie twoje ostatnie… wyczyny… nie robią na nikim wrażenia.
Ani jeden mięsień na jej twarzy nie zadrżał.
Szarpnęłam się w pasach tak mocno, że metal zapiszczał, jakby ostrzegał, że za chwilę pęknie.
— Dlaczego jestem przypięta?! Co… co tu się stało?!
Lana uniosła dłonie w teatralnym geście rezygnacji.
— Żebyś nie rozniosła kolejnego pokoju. Ani kolejnej osoby.
Słowa wyrzuciła z wyuczoną obojętnością, ale w kąciku jej ust drgnęła pogarda.
Serce waliło mi jak młot. Czułam, jak pod skórą coś się szarpie, coś obce, co nie znało granic. Miałam ochotę rozerwać nie tylko pasy, ale i ją, tę cholerną kobietę, jej wyprostowaną sylwetkę, jej nienaruszoną elegancję.
Obrazy nagle wdarły się pod powieki, nieproszone i okrutne.
Głos.
Przerażony.
Nie mój.
Theo.
„Nora… przestań…”
Nie pamiętałam szczegółów. Wszystko było rwane, zamazane, jak film urwany i złożony na chybił trafił. Ale jeden kadr był wyraźny: Theo, blady, zgięty w pół, oczy rozszerzone ze strachu, ręka przytrzymująca ramię.
Moja ręka.
To moja ręka go chwyciła. Z siłą, której nie miałam prawa mieć.
A potem ten dźwięk. Suchy trzask. Dźwięk łamanego stawu, którego nie da się wymazać.
Serce waliło tak, że czułam każdy uderzający impuls w skroniach.
„Theo…”
— Theo… — wyszeptałam, desperacko łapiąc oddech. — Gdzie on jest?!
Lana skrzyżowała ramiona, spojrzała na mnie tak chłodno, jakby mówiła o pogodzie.
— Żyje. — Słowo wyrzuciła krótko, beznamiętnie, jakby spełniała przykry obowiązek. — Reszta mnie kompletnie nie interesuje.
Coś pękło mi w gardle. Łzy napłynęły nagle, gorące i wściekłe.
— Co ja mu zrobiłam…? — jęknęłam, głos mi się załamał.
— Powiedzmy, że jego ramię jest w lepszym stanie niż moje nerwy — rzuciła sucho.
To wystarczyło, by zimny pot oblał mi kark.
Lana przechyliła głowę, cmoknęła z dezaprobatą, jakby moja rozpacz była zwykłym hałasem w tle.
— Odpocznij — powiedziała odruchowo, jakby słowo wymknęło się jej, zanim zdążyła je ocenzurować.
Po sekundzie jej twarz znów była z kamienia.
— Spróbuj być grzeczna. To ułatwi nam wszystkim życie.
Wyszła. Jej sylwetka zniknęła za drzwiami, a mnie została tylko cisza.
Cisza i moje własne myśli.
Bursztynowe oczy.
Ta kobieta.
Pasy.
Theo.
I jeszcze jedno wspomnienie, najbardziej bolesne.
Jego spojrzenie.
Czysty strach. Czysta rozpacz. Jakby patrzył na obcą osobę. Jakby w tamtej chwili naprawdę mnie nie było.
Zacisnęłam powieki, próbując to odepchnąć, ale obrazy wracały jak fala.
Theo.
Moja ręka.
Trzask.
Zostałam sama.
Z obrazem Theo, którego ramię złamałam własną siłą.
Drzwi zatrzasnęły się cicho, ale to nie zabiło jej obecności. Czułam ją nadal — jak truciznę w powietrzu, jak odcisk paznokcia wbity w skórę. Każdy nerw rwał się do ataku, jakby moje ciało nie należało już do mnie. Chciałam wrzeszczeć, gryźć, rozerwać pasy zębami. To nie byłam ja. A jednak to ja szarpałam się jak wściekłe zwierzę.
Najgorsze było to, że wiedziałam, jak ona na mnie patrzyła: jak na problem, jak na robaka przyszpilonego do kartki. A najbardziej bolało, że miała rację. Nie byłam ofiarą. Nie byłam osobą. Byłam zagrożeniem. Dla Theo. Dla siebie.
Dla wszystkich.
— ––
Nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Może to nie ja podjęłam decyzję. Może ciało wyłączyło mnie wbrew mojej woli, kiedy krzyk się wypalił, kiedy furia, która rozsadzała mnie od środka, wreszcie nie miała już siły. Ostatnie, co pamiętam, to cisza. A potem — ciemność.
Teraz coś się zmieniło. Świadomość wracała powoli, niepewnie, jak rozlana w żyłach trucizna, która nagle zamienia się w ciepło. Oddychałam. Byłam. I nie byłam sama.
Zanim otworzyłam oczy, usłyszałam dźwięk, który znałam tak dobrze, że aż zatrząsnęło mi się serce: westchnięcie. Krótkie, zmęczone, pełne napięcia.
Theo.
Zamarłam, jakby to słowo mogło mnie sparaliżować. A jednocześnie serce przyspieszyło, boleśnie, tak jakby właśnie ono chciało krzyczeć, że on żyje.
— Nora… — jego głos. Zachrypnięty, zmęczony, ale znajomy.
Otworzyłam oczy i obróciłam głowę. Był tu. Naprawdę tu. Siedział przy łóżku, pochylony, z ręką opartą o kolano. Jego twarz była zmęczona, cienie pod oczami tak głębokie, że wyglądały jak siniaki. Ale to była jego twarz. Theo.
Ulga przyszła jak fala, brutalna i nagła, tak silna, że aż mnie zabolała. Chciałam krzyczeć z radości, że żyje, ale natychmiast ta fala zmieniła się w coś gorzkiego. Bo zobaczyłam, co próbowałam odepchnąć od siebie. Jego ramię. Unieruchomione. W gipsie.
I pamięć wróciła. Jak uderzenie.
To ja mu to zrobiłam.
Czułam, jak w gardle narasta ból. Oczy zaszły łzami tak szybko, że nawet nie próbowałam ich powstrzymać. Spływały same, gorące, wściekłe, wstydliwe.
— Theo… — wyszeptałam, a głos mi się załamał. — Ja… przepraszam… twoja ręka… to ja… ja cię…
Nie mogłam mówić dalej.
Theo od razu się pochylił. Nie było w nim zawahania. Nie było ani odrobiny pretensji. Jego spojrzenie złagodniało. Było w nim zmęczenie, było współczucie, ale przede wszystkim — czułość, której nie spodziewałam się dostać.
— Hej… — powiedział cicho. — Spójrz na mnie.
Posłuchałam. Bo to był on. A w jego oczach nie było gniewu. Nie było wyrzutu. Było tylko to, że wciąż mnie widzi.
I wtedy zrobił coś, co wbiło mi nóż jeszcze głębiej. Zdrową ręką — tą jedyną, która mu została — sięgnął i ujął moją dłoń. Tę samą, którą złamałam mu kość. Zrobił to powoli, delikatnie, jakby bał się, że odsunę się ze strachu. A ja drżałam. Moje palce drżały. Nie wiem, czy to on, czy ja, czy oboje.
— To nie twoja wina — wyszeptał. Jego głos był miękki, bliski, bezwarunkowy. — Nora… to nigdy nie była twoja wina.
Zacisnęłam powieki. Łzy spływały bez opamiętania, aż paliły mnie policzki.
— Przepraszam… — wyrwało mi się, raz jeszcze. — Tak bardzo przepraszam…
Theo uniósł moją dłoń i przycisnął do ust. To był gest tak prosty, że aż bolał. Intymny i znajomy. A jednak dla mnie był nie do uniesienia. Bo czułam w nim wszystko to, czego nie zasługiwałam dostać: wybaczenie.
I właśnie dlatego łamało mnie jeszcze bardziej.
— Theo… — szepnęłam, głos mi drżał. — Gdzie… gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce?
Jego spojrzenie spotkało się z moim i od razu poczułam, jak uderza we mnie fala emocji, których nie potrafiłam rozłożyć na części: zmęczenie, ból, troska, coś jeszcze — coś, co znałam, a jednak w tej chwili wydawało się obce.
Theo pochylił się bliżej, ostrożny, jakby każdy ruch mógł mnie przestraszyć jeszcze bardziej. Uważał, żeby nie potrącić bandażu. W jego głosie słyszałam ostrożność i ciężar, którego nie znałam.
— Jesteśmy w podziemiach zamku Luciena — odpowiedział cicho. — To miejsce, w którym jesteś bezpieczna.
„Bezpieczna”. Słowo zadźwięczało jak kpina. Zamek. Lucien. Dwa słowa, które powinny wywołać tysiąc pytań. Ale nie wywołały. Byłam zbyt przytłoczona, żeby sięgać dalej niż kilka sekund do przodu.
To, co się liczyło, to fakt, że Theo był tu. Że siedział obok, że mówił do mnie. Że nie zostawił mnie samej.
— Co… co się ze mną stało, Theo? — głos mi drżał, rwał się, jakby miał się rozpaść na kawałki.
Zamilkł. Długo. Patrzył na mnie tak, jakby szukał w mojej twarzy miejsca, w które można wbić prawdę, żeby bolało najmniej. Nie znalazł.
Słowa uderzały we mnie jedno po drugim.
— Rachel złapała cię w pułapkę. Zmusiła twoje geny, żeby się otworzyły. — Theo przełknął ślinę, a jego głos stwardniał. — Chciała cię zabić — ale żeby to zrobić, musiała zmusić cię do pełnej przemiany. W innym przypadku wracałabyś za każdym razem.
Oddychałam szybko, nie słysząc już własnego oddechu, tylko echo jego słów.
— Lucien powstrzymał ją w ostatniej chwili, ale proces już się rozpoczął. Tego nie dało się zatrzymać.
Zacisnęłam powieki, czując, jak łzy palą mnie pod skórą.
— Czy ja… umarłam, Theo? — wyszeptałam, jakby to pytanie było obce, zadane przez kogoś innego.
Jego twarz stężała, głos przycichł.
— Tak. Umarłaś. Ale wróciłaś. Inna.
— Inna…? — powtórzyłam, prawie nie czując własnych ust.
— Nieśmiertelna. — Szept Theo był ciężki jak kamień. — Gen, który w tobie spał, został obudzony. Twoje ciało nie podlega już tym samym prawom. Oddychasz, czujesz, bije ci serce… ale nie tak jak wcześniej.
Serce ścisnęło mi się w piersi. Nie życie. Coś innego.
Łzy spływały, paliły policzki.
Theo nachylił się bliżej, aż mogłam poczuć jego oddech na swojej skórze.
— Obudziłaś się inna. — Jego głos był cichy, niemal szeptany, jakby sam bał się własnych słów. — Ale to, że twoje ciało się zmieniło… nie zabrało tego, kim jesteś. — Zawahał się na moment, jakby szukał właściwego słowa. — Ty nie zniknęłaś, Nora. Wszystko, co sprawia, że jesteś tobą… nadal tu jest. Twoje spojrzenie. Twój głos, kiedy się złościsz. To, jak się uśmiechasz, zanim w ogóle zdążysz o tym pomyśleć.
Zacisnął lekko palce na mojej dłoni, tak ostrożnie, jakby dotykał szkła.
— Nadal jesteś Norą. I nic, co ci zrobili, tego nie zmieni.
Spojrzałam. Jego twarz była zmęczona, ale spojrzenie miał jasne, ciepłe. Nie było w nim gniewu. Nie było wyrzutu. Była tylko akceptacja, której nie potrafiłam unieść.
Ale ja nie mogłam tego pojąć. To słowo nie pasowało do mnie. „Nieśmiertelna” — było za wielkie, zbyt absurdalne.
Ale prawdziwe.
I w tej ciszy, ciężkiej jakby ktoś przykrył nas betonową płytą, gdzieś pod powierzchnią wszystkiego pojawiło się pytanie. Nie mogłam go dłużej trzymać, wyszarpnęło mi się samo, urwane, drżące:
— Rachel powiedziała mi… że jestem… że jestem wiedźmą. Że jestem taka jak oni?
Słowo „oni” ugrzęzło mi w gardle. Jak obelga. Jak coś, czego nie chciałam włożyć w siebie, a musiałam.
Theo tylko odetchnął głęboko. Tak głęboko, że aż zobaczyłam, jak jego ramiona drgnęły od napięcia. Jego spojrzenie zmiękło, ale to nie była ulga. To był ten rodzaj miękkości, który rodzi się, kiedy ktoś niesie ciężar i wreszcie musi go odłożyć na stół.
— To nie jest coś, czego powinnaś się bać, Nora — powiedział cicho, a jego dłoń mocniej zacisnęła się na mojej. — Nauczę cię wszystkiego, co powinnaś wiedzieć. Nauczę cię to kontrolować.
Powinno mnie to uspokoić. Ale nie uspokoiło. Niż z tego nie rozumiałam. Każde jego słowo wchodziło we mnie jak gwóźdź.
— Nie rozumiem… — wyszeptałam, kręcąc głową tak mocno, jakby mogło to strząsnąć całą prawdę. — Theo… skąd ty w ogóle wiesz o takich rzeczach?
Theo przełknął ślinę. Tak wyraźnie, że niemal usłyszałam ten dźwięk. Jego głos na moment zadrżał, ale brzmiał prawdziwie, boleśnie prawdziwie:
— Bo… ja jestem taki jak ty, Nora. Po części.
Zapadła krótka cisza, w której patrzyłam na niego, a on spuszczał wzrok jak ktoś, kto w końcu rozdziera zasłonę, której latami nie chciał ruszać.
— Wychowałem się w rodzinie, która miała… umiejętności. — Zawahał się, jakby to słowo było za słabe na to, co chciał powiedzieć. — Od pokoleń. Mój ojciec… — głos mu się załamał, ułamek sekundy, ale wystarczył — mój ojciec nauczył mnie i Jane wszystkiego, co dzisiaj potrafimy.
Uniósł wzrok i spojrzał mi prosto w oczy. Tym razem się nie cofnął.
— A ja… chcę nauczyć ciebie.
Milczałam. Czułam, że jeśli się odezwę, złamię coś, czego już się nie da skleić. Mój wzrok skupił się na jego dłoniach — jednej w gipsie, drugiej nerwowo zaciśniętej, jakby sam musiał się powstrzymywać, żeby nie wybuchnąć. Palce drżały. Może od bólu. Może od ciężaru słów, które właśnie wypowiedział.
Powoli uniosłam głowę. Gardło miałam zaciśnięte tak mocno, że każde słowo brzmiało jak wyrwane.
I wtedy wyrwało mi się pytanie, które od kilku minut gryzło mnie od środka i nie dawało spokoju:
— Więc… ty od początku… od początku byłeś taki jak ja?
Theo wciągnął powietrze powoli, tak jakby chciał coś w sobie przytrzymać, ale nie miał już siły. Jego spojrzenie było czułe, ale zmęczone. Tak zmęczone, że nagle zobaczyłam w nim te wszystkie lata, które musiał udawać.
— Tak, Nora — powiedział cicho, bez jednego zawahania. — Od samego początku wiedziałem o tobie. Wiedziałem, że jesteś inna. Chroniłem cię… jak tylko mogłem.
Słuchałam z szeroko otwartymi oczami, a każde jego słowo wbijało się we mnie jak sztylet. Rozsadzało wszystko, co do tej pory uważałam za pewne. Wszystkie obrazy z przeszłości nagle pękały — cicho, ale boleśnie, jak szkło rozchodzące się w drobne kawałki.
— Ale… skąd? — wyrzuciłam z siebie, głos mi drżał. — Skąd wiedziałeś o mnie?
Theo zawahał się. Westchnął ciężko, a jego ramiona opadły tak, jakby dopiero teraz pozwolił sobie zdjąć ciężar, który nosił. Opuścił wzrok, nie od razu mogąc na mnie spojrzeć.
— Moja obecność w Brightmore… — zaczął powoli, niemal szeptem — nie była przypadkowa…
Zamarłam.
— Zostałem tam wysłany. — Każde słowo wypowiadał ostrożnie, jakby nie chciał, żebym je połknęła za szybko. — Przez niego.
Theo przełknął ślinę i mówił dalej, a jego głos stał się bardziej szorstki, jakby sam miał problem unieść tę prawdę:
— Dostałem zadanie: trzymać się blisko ciebie. Chronić cię, kiedy pojawi się niebezpieczeństwo. Reagować, zanim ktoś inny zrobi to pierwszy. To była moja rola.
Milczałam, czując, jak serce bije mi w skroniach. Nie wiedziałam, czy mam krzyczeć, czy płakać. Wszystko, co dotąd między nami było proste i oczywiste, nagle zmieniło się w coś obcego.
— Rola…? — powtórzyłam, a moje własne słowa brzmiały gorzko.
Theo w końcu podniósł wzrok. Jego oczy były tak pełne bólu, że nie musiał już nic dodawać.
— Więc to było twoje zadanie, Theo? — mój głos był cichy, ale każdy wyraz cięty jak ostrze. — Przez dziesięć pierdolonych lat… byłam twoim zadaniem?
Theo drgnął, jakby to pytanie uderzyło go fizycznie. Gwałtownie zaprzeczył, nachylił się, jego twarz pełna desperacji, oczy rozszerzone, dłonie nerwowo zaciśnięte na kolanach.
— Tak, ukrywałem prawdę. — Theo mówił niskim, zdławionym głosem, patrząc prosto w jej oczy. — Ale nigdy nie traktowałem cię jak zadania. Nigdy. Byłaś wszystkim, co miałem.
Słowa Theo krążyły w mojej głowie jak echo, uderzały o wszystkie wspomnienia, które o nim miałam: śmiechy, spojrzenia, sekrety dzielone w nocnym świetle. A teraz każde pękało. Bliskość, którą znaliśmy, nagle wyglądała jak starannie wyreżyserowana iluzja.
Mój głos już nie drżał. Był chłodny, niemal spokojny.
— Ale zrobiłeś to, Theo. — wyszeptałam. — Wiedziałeś. Wiedziałeś od samego początku…
Theo zamarł. Oczy zaszły mu wilgocią, jakby każde słowo wbijało się w niego.
Przez moment patrzyłam w sufit, próbując złapać oddech. Cisza między nami gęstniała, aż dławiła. Wiedziałam, że on już rozumie. Że to, co zaraz powiem, zmiażdży go bardziej niż pasy krępujące moje ciało.
— Cass nie żyje… bo Rachel pomyliła ofiarę. — każde moje słowo ciążyło jak wyrok.
Zesztywniał, a krew odpłynęła mu z twarzy tak nagle, że wyglądał jak cień samego siebie.
— Mój tata nie żyje… bo pozwoliłeś, żeby weszli do naszego domu.
Nie musiałam podnosić głosu. Te zdania i tak rozdarły przestrzeń między nami.
Theo zamknął oczy, jakby chciał schować się przed tym, co usłyszał. Oddech mu przyspieszył, ramiona drżały. Łzy napłynęły do jego oczu i zaczęły spływać, ale nie padło ani jedno słowo sprzeciwu.
— A ty wiedziałeś… — moje słowa przecięły przestrzeń między nami. — Wiedziałeś i nie powiedziałeś ani słowa.
Zacisnął powieki, całe jego ciało drżało, jakby nagle nie mógł udźwignąć własnego istnienia.
— Nora… — wyszeptał łamiącym się głosem. — Gdybym mógł cokolwiek zmienić… zrobiłbym to. Proszę… błagam cię… wybacz mi…
Ale ja już nie słuchałam. Nie mogłam.
— Wynoś się… — syknęłam.
Theo spojrzał na mnie, oczy miał pełne rozpaczy, jakby próbował nadrobić całą prawdę jednym spojrzeniem. Łzy stały mu w oczach, ciężkie, zawstydzone.
— Nora, błagam… Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Nigdy… — jego głos się załamał, dłonie ściskały się w bezradnym uścisku.
Ale ja czułam już tylko furię. Najpierw w ramionach, potem w oczach, wreszcie w gardle.
— Wynoś się! — wrzasnęłam, aż echo odbiło się od ścian.
Theo cofnął się odruchowo, jakby naprawdę został uderzony.
— Wynoś się! Wynoś się! WYNOŚ SIĘ! — krzyczałam coraz głośniej, całym ciałem szarpiąc się w pasach, jak wściekłe zwierzę w klatce.
I wtedy w drzwiach stanęła ona. Królowa lodu. Nieruchoma, zimna, wzrok miała jak nóż wbity w gardło.
Nie powiedziała ani słowa. Nie musiała. Jej spojrzenie przeszyło Theo na wskroś.
Zrozumiał natychmiast.
Wstał gwałtownie, a jego oddech był urywany, jakby serce próbowało nadrobić wszystko, czego nie zdążył mi wyznać. Jeszcze przez sekundę patrzył na mnie rozpaczliwie, szukając w mojej twarzy choćby cienia dawnej bliskości.
Nie znalazł.
Odwrócił się powoli i wyszedł.
Zostałam sama. Z ciałem, które trzęsło się od furii. Z pasami, które wbijały się w moją skórę. Z prawdą, która okazała się cięższa niż wszystko inne razem.
I z pustką, której nie dało się już cofnąć.
To był mój Theo. Ten, który był obok, odkąd skończyłam osiem lat. Ufałam mu bardziej niż komukolwiek innemu. Bezgranicznie. A teraz każde jego słowo było jak cios. Oszukał mnie. On — jedyny, który mi został. I nagle nie było już nikogo. Ani jego, ani taty, ani Cass. Mój świat wyparował w jednej chwili. Została tylko betonowa cisza. Nie mogłam już zaufać nikomu. Zostałam całkiem sama.
— ––
Nie wiedziałam, ile czasu minęło od chwili, gdy Theo wyszedł. Sala była znów cicha, duszna, przesycona zapachem metalu i dziwnego środka, którym pachniały pasy. Cisza nie była jednak pusta — czułam, że coś się w niej gromadzi.
A potem… poczułam to.
Obecność.
Podniosłam głowę i wtedy go zobaczyłam.
Mężczyzna.
Nie słyszałam kroków. Nie słyszałam otwieranych drzwi. Nie było żadnego ostrzeżenia. Po prostu stał. Oparty o framugę, jakby był tam od zawsze, a ja dopiero teraz miałam świadomość, że patrzy.
Był wysoki. Silny w sposób, który nie potrzebował udowadniania. Dobrze skrojona koszula, rękawy podwinięte niedbale, ale każdy detal w nim wyglądał tak, jakby został wcześniej zaplanowany — od gestu po spojrzenie.
Patrzył na mnie cicho, pewnie, jak ktoś, kto nie musi nic mówić, żeby mieć władzę. Jak ktoś, kto analizuje, ale nie musi się z tym spieszyć, bo i tak zna odpowiedź. To uczucie było duszące. Jakby widział więcej, niż chciałam pokazać.
— Witaj, Nora — odezwał się w końcu.
Głos miał niski, spokojny. Nie było w nim ani dystansu, ani chłodu, ani ciekawości. Tak po prostu — jakby mówił do kogoś, kogo zna od dawna.
Zamarłam. Otworzyłam usta, ale nic nie wyszło. Nie wiedziałam nawet, co powinnam powiedzieć. Kim jesteś? Czego chcesz? Jak długo tu stoisz? Ale on nie czekał na pytania.
— Nazywam się Lucien Moretti. — Jego ton był tak wyważony, jakby recytował własne imię setki razy i za każdym razem sprawdzał, czy wybrzmiewa tak samo. — Możesz mówić po prostu Lucien.
Patrzył na mnie z tym swoim nienaruszonym spokojem, aż miałam ochotę wrzeszczeć, byle coś w nim pękło.
I wtedy zobaczyłam jego oczy.
Bursztynowe. Obce, nieludzkie. Patrzył nimi tak, jakby zaglądał pod skórę, do miejsc, do których nikt nie miał prawa wchodzić.
Moje ciało zareagowało szybciej niż ja — spięłam mięśnie, pasy zatrzeszczały. On ani drgnął. Jakby to było dokładnie to, czego się spodziewał.
— Domyślam się, że nie są wygodne — powiedział. W jego głosie była lekka nuta ironii, która sprawiła, że słowo „niewygodne” zabrzmiało odrobinę jak kpina. — Dlatego mam dla ciebie propozycję.
Było w tym coś nienaturalnego — nie sam ruch, ale to, jak niewiele w nim było wysiłku. Jakby przesuwał się przez przestrzeń, która już do niego należała.
— Rozepnę cię… ale pod warunkiem, że nie zamienisz tej sali w ruinę. — Uśmiechnął się lekko. — Masz już jedną na sumieniu. Nie potrzebujemy drugiej.
Słowa zawisły między nami. Nie musiał pytać, czy się zgadzam. Wiedział. Wiedział, że się zgodzę, bo nie miałam wyboru.
Skinęłam głową.
Nachylił się powoli i rozpiął pierwszy pas na moim nadgarstku. Ruch jego dłoni był spokojny, pewny, precyzyjny. Jakby robił to setki razy wcześniej. Wyprostował się, poprawił mankiet koszuli, a potem spojrzał mi w oczy raz jeszcze.
— A przy okazji… — dodał z lekkim uniesieniem brwi, jakby bawiło go, że zapomniał o oczywistości. — Witaj w moim zamku.
Rozpiął kolejne sprzączki, jedna po drugiej. Skórzane pasy odskakiwały z cichym trzaskiem, jakby same czuły respekt przed nim.
Kiedy skończył, odsunął się krok, zostawiając mi przestrzeń.
— Usiądź wygodnie — powiedział, jakby wydawał polecenie, nie propozycję. — Powinnaś się napić.
Zanim zdążyłam pomyśleć, wykonałam ruch, który samą mnie zaskoczył. Podniosłam się gwałtownie, tak szybko, że pasy spadły jak porzucona skóra. Usiadłam, a świat natychmiast zakołysał się pode mną. Ciemność zamajaczyła przed oczami, krew pulsowała w skroniach.
Lucien uśmiechnął się lekko. To nie był uśmiech pocieszający. To był uśmiech człowieka, który widzi twoją słabość i traktuje ją jak fakt, a nie problem.
Wyciągnął rękę do stolika obok fotela. Karafka. Dwie szklanki. Ruchy miał spokojne, niemal rytualne. Nalał wodę bez pośpiechu, jakby to, co się właśnie działo, nie było niczym niezwykłym.
Dźwięk nalewanej wody odbijał się w ciszy jak echo, a ja nie mogłam oderwać od niego wzroku.
— Masz teraz dużo pytań, Nora — odezwał się z lekkim uśmiechem, gdy wzięłam pierwszy łyk. — Ale ja nie jestem fanem chaotycznych rozmów.
Jego głos brzmiał niemal swobodnie.
— Dlatego proponuję układ. — Przysiadł w fotelu naprzeciwko mnie. Nonszalancko, jakby nie miał żadnego interesu, żeby się napinać. A jednak nie spuścił ze mnie wzroku ani na ułamek sekundy. — Odpowiem na siedem twoich pytań. Tylko siedem. Reszta przyjdzie z czasem.
Zamrugałam i od razu wypaliłam:
— Siedem? Czemu akurat siedem?! — wypaliłam natychmiast, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Lucien westchnął… cicho, ale tak, że brzmiało to bardziej jak wyrafinowana kpina niż faktyczna irytacja.
— Nora… — powiedział z tym swoim subtelnym uśmiechem, który bardziej wbijał we mnie szpilkę, niż cokolwiek wyjaśniał. — To twoje pytanie numer jeden? Naprawdę chcesz wydać cały majątek na drobne i resztę zgubić po drodze?
— Nie. To było pytanie techniczne. Nie liczy się.
Lucien uniósł brew. Na sekundę w jego spojrzeniu pojawił się cień rozbawienia.
— W porządku. Niech będzie. — Nachylił się lekko, jakby przyznawał jej drobny kredyt, którego i tak nigdy nie spłaci. — Zostańmy przy siedmiu.
Wzięłam głębszy oddech. Musiałam wybrać. Musiałam gdzieś zacząć.
— Dobrze. Gdzie… dokładnie jesteśmy?
Lucien uśmiechnął się lekko — ten jego uśmiech: subtelny, niemal przyjacielski, ale gdzieś pod skórą czułam, że to tylko zasłona.
— W moim zamku — odpowiedział spokojnie. — W Taverno. W Toskanii.
Nie odezwałam się. Bo co mogłam powiedzieć? Jedno słowo wystarczyło, żeby uświadomić mi prawdę: byłam na innym kontynencie. Oderwana od wszystkiego, co znałam.
Lucien przechylił lekko głowę.
— Toskania. — Lucien uśmiechnął się lekko, jakby wymieniał nazwę marki wina. — Region we Włoszech. Europa. Ludzie płacą fortunę, żeby tu spędzić dwa tygodnie i zrobić zdjęcie cyprysowi. Ty masz to w gratisie.
Nie wiedziałam, czy tłumaczy mi geografię, czy zwyczajnie bawi go przeciąganie odpowiedzi. Podniosłam wzrok, irytacja zadrżała w moim głosie szybciej, niż zdołałam to zatrzymać.
— Doceniam wykład, ale wiem, gdzie leży Toskania. Nie potrzebuję korepetycji.
Lucien się nie zirytował.
Szkoda.
Uśmiechnął się — powoli, prawie uprzejmie, ale w jego spojrzeniu było coś, co sprawiło, że ten uśmiech bardziej przypominał prowokację niż gest sympatii.
— Oczywiście — odpowiedział miękko. — Ale lubię precyzję, Nora. To… ułatwia rozmowę.
Oparł łokieć na poręczy i przesunął palcem po krawędzi szkła z wodą, jakby miał czas i cierpliwość, żeby celebrować każdą sekundę tej wymiany.
— Taverno… jest niewielkie — dodał. — Malownicze, urocze… i doskonale odizolowane od tego, czego nie potrzebujemy.
Jego sposób mówienia był osobliwy: spokojny, rzeczowy, a jednak każdy akcent brzmiał jak krok w dobrze wyćwiczonym tańcu. Czułam, że kontroluje tempo tej rozmowy równie dokładnie, jak wcześniej kontrolował pasy na moim ciele.
Wzięłam ostrożny łyk wody. Dłoń drżała mi minimalnie, choć bardzo starałam się to ukryć.
Lucien wychwycił to natychmiast — kątem oka widziałam jego spojrzenie, krótkie, szybkie… i nie skomentował tego ani słowem.
Po prostu poczekał, aż skończę.
A potem — bezbłędnie, bez pośpiechu — skinął głową.
— Jedno pytanie za nami. — Jego głos zabrzmiał miękko, niemal uprzejmie, choć wiedziałam, że to tylko warstwa wierzchnia. Pod spodem kryła się stal.
Zamilkłam. Czułam, jak bardzo ta gra nie była grą równych szans.
Zostało sześć.
— Moje oczy. — Słowa wyszły ze mnie wolniej, niż chciałam. — Są takie jak twoje… i jak u Królowej Lodu. — Patrzyłam na niego uważnie. — Co to dla mnie oznacza? Czy jestem teraz taka jak wy?
Lucien uniósł brew, jakby naprawdę go to rozbawiło. Pochylił się nieznacznie, ale wciąż siedział swobodnie, z tą swoją nonszalancją, której nie dało się podrobić.
— I tak… i nie — powiedział spokojnie, wyraźnie akcentując każde słowo. — Twoje oczy wyglądają jak moje, Nora. Ale nie jesteś taka jak ja.
Zawiesił głos, celowo, jakby zostawiał przestrzeń na to, żebym poczuła ciężar tej różnicy.
— Kiedy budzi się w tobie gen… twoje ciało zaczyna działać inaczej. — Uniósł dłoń i wskazał na mnie żartobliwie, nawiązując do mojego wcześniejszego manewru. — Szybkość.
Oparł się wygodniej. Tu zrobił krótką pauzę, a jego spojrzenie zawisło na mnie z czymś, co brzmiało bardziej jak obietnica niż ostrzeżenie.
— Siła. Masz pojęcie, Nora, co potrafi zrobić siła nieśmiertelnego? — Uniósł lekko brew. — Widzisz drzwi? Dla nas nie istnieją. Widzisz ścianę? To tylko opóźnienie, nie przeszkoda.
Odwróciłam wzrok. Theo. Ta myśl uderzyła we mnie jak kamień i musiałam ją odepchnąć, bo inaczej bym się rozpadła.
— Twoje rany będą goić się w ciągu kilku sekund. — Zrobił krótką pauzę, przechylając lekko głowę. — Ale o tym już wiesz.
Zatrzymał spojrzenie na mojej twarzy. Nie spuszczał wzroku, jakby czekał, aż to zdanie naprawdę we mnie wejdzie.
— Nie umrzesz. — Teraz jego głos stwardniał, choć wciąż mówił spokojnie. — Nie naprawdę. Nigdy.
Nigdy — to słowo nie brzmiało jak obietnica, tylko jak wyrok. Nie wieczna młodość, nie cud. Wyrok samotności, z której nie ma ucieczki.
Poczułam, jak coś we mnie kurczy się i odsuwa od samej siebie — jakby ta, którą byłam, właśnie została pogrzebana, a ja musiałam patrzeć na jej grób, oddychając dalej.
— Dlaczego właściwie mi pomagasz? — wyrzuciłam nagle, zanim zdążyłam to przemyśleć. Pytanie samo wyszło z gardła.
Uniósł brew, a potem oparł się wygodniej w fotelu, jakby pytanie było przewidziane w jego scenariuszu. Jego uśmiech był tak lekki, że aż niebezpieczny.
— W naszym świecie obowiązuje prawo, którego musimy przestrzegać wszyscy. — Zawiesił wzrok na mnie na sekundę dłużej. — Trzy linie genetyczne: Nieśmiertelni, Wiedźmy, Dzicy. Każda rozwija się osobno. Każda pilnuje własnej czystości. Kto łączy w sobie więcej niż jedną… zostaje usunięty. Bez wyjątków.
— Dzicy? — powtórzyłam, jakby samo brzmienie tego słowa miało mi coś wyjaśnić. — Co to znaczy?
Lucien przechylił lekko głowę, a w jego spojrzeniu pojawił się błysk, który równie dobrze mógł być rozbawieniem, co ironią.
— Linia pochodząca od rodziny Beaumont z Luizjany. — W jego głosie wyczułam cień kpiny, jakby mówił o czymś, co ledwie zasługiwało na poważne omówienie. — Noszą w sobie instynkt, którego nie da się zdusić. Żyją gwałtownie, kierując się prymitywnym popędem. Prowadzą dość… koczowniczy styl życia.
Zadrżałam. To brzmiało jak opowieść o kimś zupełnie obcym, a jednocześnie wypowiedziane w taki sposób, jakby dotyczyło czegoś znacznie bliższego, niż chciałam uwierzyć.
— A ja… — kontynuował wcześniejszą odpowiedź — delikatnie mówiąc, nie jestem fanem sabatu Chevalier. Ani ich metod. Nie przepadam za tym, gdy ktoś uważa, że ma prawo decydować o cudzym istnieniu. — Zawiesił na chwilę głos.
W jednej chwili poczułam, że on nie opowiada o jakiejś legendzie czy dalekiej rzeczywistości — on mówi o świecie, który istnieje naprawdę. Świecie, o którym nie miałam pojęcia jeszcze kilka dni temu. Świecie, w którym najwyraźniej nie musiałam nic zrobić, żeby zostać skazana na śmierć. Wystarczyło oddychać.
— Dlatego czasem zdarza mi się przygarnąć kogoś, kto nie pasuje do żadnej szuflady. — Uśmiechnął się półgębkiem. — To dziwna pasja, wiem. Ale lepsza niż kolekcjonowanie znaczków.
Przypomniałam sobie słowa Theo. To, że działał na jego zlecenie. Że wszystko, co wydawało mi się nasze, od początku miało w tle kogoś innego.
— To dlatego kazałeś obserwować mnie Theo? — wyrzuciłam gniewnie. — Dlatego kazałeś mu mnie okłamywać? Milczeć?
Lucien powoli odstawił kieliszek na stolik. Przez moment milczał, a cisza była gęsta jak dym. Gdy wreszcie się odezwał, ton miał spokojny, prawie miękki, ale w tej miękkości było coś, co jeszcze bardziej mnie drażniło.
— Nie kazałem mu cię okłamywać. — Zawiesił wzrok na mnie, nie odrywając go ani na sekundę. — Kazałem mu cię chronić. A to nie zawsze wygląda tak, jak byś chciała.
Oparł się wygodniej, jakby moje oskarżenie nie wytrąciło go z równowagi nawet na moment.
— Wiedziałem, że prędzej czy później przyjdą po ciebie. — Nachylił się lekko do przodu. — Z powodu tego, kim jesteś. I z powodu tego, co w sobie łączysz.
Oparł łokieć o podłokietnik i złożył palce w piramidkę, jakby ta rozmowa była dla niego grą w szachy, w której każdy ruch planował z wyprzedzeniem.
— Prawdopodobnie jesteś jedyną osobą na świecie, która nosi w sobie aż trzy linie. — Jego głos nie zadrżał ani na moment. — A ja bym wiedział, gdyby było inaczej.
— Co?! — słowo wyrwało mi się szybciej, niż zdążyłam je zatrzymać.
Nie zdążyłam jeszcze oswoić faktu, że nigdy nie umrę. Jeszcze nie poukładałam w głowie słów Theo o tym, że jestem wiedźmą. A teraz nagle — kolejne piętno. Dzika. Cokolwiek to miało znaczyć. Każde nowe zdanie zmieniało mnie w coś obcego, coraz bardziej oddalając od dziewczyny, którą byłam jeszcze kilka dni temu.
Lucien nie zareagował na mój wybuch.
— Twoja matka była wiedźmą. Twój biologiczny ojciec — pochodził z linii dzikich. — Uniósł lekko brwi, jakby to była rzecz równie prosta, co nazwisko z metryki.
Odetchnął spokojnie, a ja wpatrywałam się w niego jak w kogoś, kto właśnie przewraca mój świat do góry nogami i jeszcze ma w tym perwersyjną precyzję.
— A ty… urodziłaś się martwa. — Jego ton nie zdradzał żadnych emocji, jakby mówił o czymś, co widział już setki razy. — To powinien być koniec twojej historii. Ale nie był. — Zrobił krótką pauzę, a bursztynowe oczy błysnęły w półmroku. — Niecałe dziesięć minut później przywróciłaś się do życia.
Te słowa wbiły się we mnie jak gwóźdź. Urodziłaś się martwa. On mówił to tak spokojnie, jakby opowiadał o pogodzie, a ja nagle zobaczyłam siebie — niemowlę, które nigdy nie miało otworzyć oczu. A jednak siedziałam tu, oddychałam…
— Rozumiesz więc, dlaczego ta informacja nie może wyjść poza tę salę. — Pochylił się lekko, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku. — Poza Theo, nie wie o tym nikt. — Zawiesił głos, a w jego kąciku ust pojawił się cień ironii. — I poza Królową Lodu oczywiście.
Zamilkłam na dłuższą chwilę, wpatrując się w Luciena. Czułam, jak w gardle zaczyna rosnąć mi coś ciężkiego, nierozpoznawalnego, ale duszącego.
— Moja mama… ona zginęła, kiedy byłam niemowlęciem — zaczęłam, a mój głos zabrzmiał słabiej, niż chciałam. — A tata… tata nie był… dziki…
To słowo zawisło w powietrzu, dziwne, obce. Nie pasowało do niego. Nie pasowało do mnie. A jednak teraz cały świat układał się wokół tego absurdu.
Lucien nie odpowiedział od razu. Patrzył na mnie tym swoim spojrzeniem: chłodnym, pewnym, jakby znał każdą moją myśl sekundę przed tym, nim ją wypowiedziałam.
— To nie byli twoi biologiczni rodzice, Nora — powiedział w końcu spokojnie.
Cisza wypełniła mi uszy jak woda. Siedziałam nieruchomo, a wewnątrz mnie wszystko zaczęło wrzeszczeć. To zdanie nie pasowało do mojego życia. Nie pasowało do wspomnień, do domu, do zdjęć na półkach. Nie pasowało do mnie.
— To… to nie jest prawda — wychrypiałam, ale mój głos brzmiał pusto. Nie był to protest. Bardziej szept kogoś, kto jeszcze trzyma się krawędzi, ale wie, że i tak zaraz spadnie.
Nachylił się lekko w moją stronę.
— Twoja matka zmarła przy porodzie — kontynuował tym samym głosem, jakby opowiadał suchy fakt.
Obrazy zaczęły mi migotać przed oczami. Zdjęcie na półce w salonie — mama w jasnych, rozczochranych włosach. Z Owenem na rękach. Bratem, którego nigdy nie poznałam. Obok tej fotografii zawsze stała mała świeczka i czasami tata ją zapalał, siadał obok i milczał.
Ale zaraz przytłoczyło mnie inne wspomnienie. Żywe. Ciepłe. Nasze.
Warsztat. Zapach smaru i metalu. Ja, może ośmioletnia, bawiąca się śrubokrętem, on pochylony nad ramą roweru.
— Tata, a to? — wskazałam na część, której nie znałam.
Spojrzał na mnie z tym swoim uśmiechem, potarł brodę i odpowiedział:
— To? To przekładnia serca. Dzięki niej wszystko działa tak, jak powinno.
Zaśmiał się z własnego żartu, przyciągnął mnie do siebie, zmierzwił włosy.
— Ty jesteś moją najważniejszą przekładnią. Pamiętaj to.
To było prawdziwe. To byłam ja. A Lucien odebrał mi to jednym zdaniem.
Patrzyłam w jego bursztynowe oczy i czułam, że to nie była manipulacja. Nie tym razem. On podawał mi prawdę tak, jak podaje się nóż do ręki — prosto, bez zbędnych słów, wiedząc, że wbije się we mnie sam.
— To niemożliwe… — wyszeptałam, ale brzmiało to bardziej jak modlitwa niż sprzeciw.
Lucien nie drgnął.
— Charlie cię kochał, Nora. — W jego głosie nie było ciepła, tylko pewność. — Kochał cię bardziej, niż mógłby to zrobić biologiczny ojciec. Ale on nim nie był.
Słowa uderzyły jak cios. Poczułam, że gardło zaciska mi się do granic, a powieki pieką, jakby ciało wreszcie odmówiło posłuszeństwa rozumowi. Powieki zapiekły, a potem wszystko puściło naraz. Łzy napłynęły gwałtownie, gorące, wściekłe, niechciane.
Nie mogłam ich zatrzymać, choć nienawidziłam tego momentu — nienawidziłam, że on patrzy.
Lucien westchnął cicho, prawie niezauważalnie. Sięgnął dłonią do kieszeni spodni i wyjął białą chusteczkę, starannie złożoną, z haftowanym monogramem „L.M.” w rogu. Podał mi ją bez słowa, z tym swoim absolutnym spokojem, jakby wręczał dokument, nie ulgę.
Przez chwilę patrzyłam na nią jak idiotka. Na tę chusteczkę, nie na niego. Na kawałek materiału, który wyglądał na czystszy i droższy niż połowa mojej szafy. Ale ręka sama sięgnęła. Wzięłam.
Przyłożyłam do oczu. Oddychałam nierówno, pociągałam nosem, byłam żałosna, a on siedział naprzeciwko, czekając. Nienawidziłam płakać przy kimkolwiek.
A tutaj… coś w sposobie, w jaki czekał — nie oceniając, nie uciekając spojrzeniem — sprawiło, że wszystko puściło. I właśnie to było najbardziej przerażające.
On czekał. Cierpliwie. Bez jednego zbędnego słowa.
— Czekaj… — odezwałam się w końcu, głos zadrżał, ale podtrzymałam spojrzenie Luciena. — Skąd ty możesz to wszystko wiedzieć? O moich biologicznych rodzicach? O moim… pochodzeniu?
Lucien nie odpowiedział od razu. Patrzył na mnie z tą swoją dziwną cierpliwością, jak ktoś, kto ma pełną przewagę i doskonale zdaje sobie z niej sprawę.
— Bo byłem przy twoich narodzinach, Nora — powiedział w końcu.
Zamarłam. Dosłownie. Byłam gotowa na wiele odpowiedzi, ale nie na tę.
— Byłeś przy moich narodzinach? — prychnęłam. — Z jakiej okazji?
— Z takiej, która zdecydowała, czy w ogóle będziesz żyła — uniósł brew. — Nie wszyscy w tym świecie mają taki luksus.
Cisza zgęstniała. Słyszałam tylko własny oddech i dudniące w skroniach serce.
Mówił dalej spokojnie, jakby każde słowo ważył, a mimo to wypowiadał je z zupełną pewnością:
— To ja oddałem cię w ręce Charliego. — Jego wzrok nie drgnął. — Żebyś była bezpieczna. Tam nikt nie miał prawa cię szukać.
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się żaden dźwięk. Jakby język odmówił mi posłuszeństwa. Oceniałam go długo, próbując połączyć fakty. Wyglądał raczej jak ktoś, kto mógłby wpaść do Brightmore na piwo z Theo, niż jak świadek moich narodzin.
Lucien uśmiechnął się wtedy po raz pierwszy w sposób, który mnie zaskoczył. Prawie żartobliwie. Jakby moja konsternacja naprawdę go bawiła.
— Widzę twoje wątpliwości — rzucił lekko. — Więc odpowiem zanim zdążysz zapytać. Jestem starszy, niż wyglądam. Dużo starszy.
Odchylił się na krześle i znowu poprawił mankiet koszuli. Ten nonszalancki gest był tak irytujący, że miałam ochotę czymś w niego rzucić.
Nie zdążyłam zadać pytania — sam wyrzucił odpowiedź:
— Urodziłem się w 1805 roku.
Przełknęłam ślinę.
— Mam dwieście trzynaście lat. — Nachylił się lekko, a jego uśmiech był prawie uprzejmy. — Innymi słowy, Nora… miałem czas, żeby nauczyć się cierpliwości.
Słowa spadły ciężko, a ja poczułam, jak powietrze ucieka mi z płuc. Zakrztusiłam się własnym oddechem, a w mojej głowie liczby zaczęły składać się w absurdalny obraz.
Dwieście trzynaście lat.
Siedział przede mną ktoś, kto wyglądał najwyżej na trzydziestolatka… a był starszy niż wszystkie książki w bibliotece Brightmore razem wzięte. Starszy niż historia, której mnie uczono.
Patrzył na mnie spokojnie, a kącik jego ust uniósł się lekko. Ten uśmiech był jak pieczęć — chłodny, pewny siebie, z cieniem ironii. Jakby cała moja reakcja była czymś, co przewidział od początku.
Wstał powoli, bez pośpiechu, jakby nawet ten drobny gest miał dla niego znaczenie.
— Dość pytań na dzisiaj — powiedział spokojnie, patrząc na mnie z góry. — Wszystko przyjdzie w swoim czasie.
Odwrócił się w stronę drzwi, ale zanim ruszył, dodał jeszcze, z tą samą lodowatą precyzją, za którą kryła się nienachalna uprzejmość:
— Niedługo przeniesiemy cię na górę. To nie potrwa długo. Ale najpierw spróbuj zaprzyjaźnić się z tym, co właśnie w tobie zamieszkało. Jak będziesz czegokolwiek potrzebować — poinformuj o tym Lanę.
— Lanę? — prychnęłam. — Tą wiecznie znudzoną kukłę, która patrzy na mnie jak na brud na podeszwie?
Lucien parsknął krótkim śmiechem, pierwszy raz naprawdę rozluźniony.
— Zaskakująco trafny opis… — Kącik jego ust uniósł się lekko. — Powiedz jej to wprost, zobaczymy, jak zareaguje. Ma fatalny zwyczaj udowadniać, że nie mylisz się w ocenach.
— Nie mam najmniejszej ochoty z nią rozmawiać.
— Tym lepiej. — Wzruszył ramionami, jakby właśnie podsumował temat. — Ona też nie ma.
Patrzyłam na niego, nie wiedząc, co bardziej mnie przytłacza: jego absolutny spokój czy świadomość, że cały ten świat, w który właśnie się wpakowałam, jest jeszcze bardziej popierdolony niż myślałam.
Wtedy — dokładnie w momencie, gdy otwierał drzwi — zatrzymał się jeszcze na ułamek sekundy, spojrzał przez ramię i z tym swoim ironicznym półuśmiechem, prawie jakby się bawił tą sytuacją, powiedział:
— Siedem… to moja ulubiona liczba.
Puścił mi oko i zniknął za drzwiami.
Drzwi zamknęły się cicho, a ja zostałam sama w tej ciszy, która nagle brzmiała głośniej niż wszystkie jego odpowiedzi.
ROZDZIAŁ III
Świeca
Theo
„Największą potęgą jest panować nad sobą” — Seneka.
To miejsce pachniało dokładnie tak samo jak wtedy, gdy ostatni raz zamknąłem za sobą drzwi: wilgotnym kamieniem, olejkami do drewna i czymś nieuchwytnym — zapachem dawnej potęgi, która nie musiała krzyczeć, żeby wszyscy ją słyszeli.
Zamek Luciena miał w sobie tę chorą cechę: nie starzał się. Ja mogłem wyjechać, zmienić się, zapomnieć o szczegółach. On nie zapominał. Czekał — cierpliwy jak trucizna w organizmie.
Przez dziesięć lat próbowałem w głowie zetrzeć obraz tych korytarzy. Bezskutecznie. Teraz znów były przede mną — dokładnie takie same. Te sufity, które udawały, że to architektura, a w rzeczywistości były narzędziem zastraszania. Te korytarze z białego marmuru, odbijające każdy krok, jakby każdy, kto tu chodzi, był własnym echem. Te wąskie okna, zaprojektowane tak, by nigdy nie wpuścić za dużo światła.
Wszystko mówiło to samo: jesteś mniejszy, niż myślisz. Architekt, który to kiedyś projektował, musiał mieć obsesję na punkcie tego, żeby każdy człowiek czuł się tu mniejszy. I udało mu się. Nawet po latach.
To nie był dom. To nie było nawet muzeum. To był teatr. A każdy detal przypominał mi, że scenariusz należy do Luciena.
Nie pamiętałem, żeby ten zamek kiedykolwiek pachniał czymś tak zwyczajnym jak chleb. Żeby kiedykolwiek słychać tu było coś tak prostego jak śmiech.
Tu śmiech zawsze miał w sobie coś z kpiny.
I właśnie dlatego Federica była wyjątkiem.
Zobaczyłem ją, gdy skręcałem w boczny korytarz prowadzący do galerii. Stała przy drzwiach jak zawsze. Niby niepozorna — fartuch, kok, kilka nowych siwych kosmyków — ale i tak nie dało się jej pomylić z nikim. Miała w sobie coś, czego nie mieli ani strażnicy, ani reszta służby: tę cholerną zdolność do mówienia prawdy prosto w oczy.
— Signor Theo — powiedziała od razu. Głos miękki, ale była w nim ta znajoma nuta zaczepki. — Wrócił pan wcale nie starszy, tylko bardziej… — zmrużyła oczy. — …zamyślony, capisci?
Uśmiechnąłem się lekko. To było silniejsze ode mnie.
— Zamyślony to chyba mój naturalny stan.
Federica skrzywiła się teatralnie, jakby właśnie usłyszała najgorszą wymówkę świata.
— Naturalny czy nie, nie karmią was w tej Ameryce. — Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu. — Schudł pan, Theo. Zawsze byłeś magro, ale teraz… jeszcze bardziej.
— Naturalna konsekwencja życia w Ameryce — mruknąłem. — Tam uczą, że kawa może być posiłkiem.
— Caffè to nie posiłek! — prychnęła, jakby naprawdę ją to oburzyło. — Tam u was pewnie nikt nie gotuje. Sama chemia. A pan… — zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów — sempre magro. Jak makaron bez sosu.
Nie umiałem się powstrzymać, uśmiechnąłem się lekko. Tylko Federica potrafiła w tym miejscu mówić tak, jakby cała ta marmurowa powaga Luciena nie istniała.
— Niewiele się tu zmieniło — rzuciłem półgłosem.
Federica uniosła brew, a w kąciku jej ust pojawił się lekki uśmiech.
— Eh, vero. Signor Luciano dalej chodzi po tym zamku jak duch. — Zrobiła krótką pauzę i dodała ciszej, z nutą ciepła, której nie rozumiałem: — Ale jak duch, który pilnuje, żeby to wszystko resta in piedi.
Zmarszczyłem brwi. Nigdy nie rozumiałem tej jej miękkości, gdy o nim mówiła.
— A Signora Lana? Quella donna… — machnęła ręką z przesadną rezygnacją. — Zawsze taka sama. Zimna jak marmur, wiecznie znudzona. Dio mio, jakby życie było dla niej jedną wielką obrazą. — Spojrzała na mnie kątem oka. — Nie rozumiem, jak człowiek może być tak piękny i tak kompletnie bezużyteczny.
Prawie się roześmiałem, bo Federica nigdy nie filtrowała przy mnie tego, co wychodziło jej z ust. U niej brzmiało to jak żart, ale w mojej głowie zabrzmiało jak definicja. Dokładna. Prosta. Trafiająca w sedno. To było właśnie coś, co opisywało Lanę. Federica zawsze rozbrajała ten zamek prostotą — i w tym miejscu to prawie heroiczne. Jakby była jedynym żywym człowiekiem w tej marmurowej dekoracji.
Federica przyjrzała mi się uważniej. Zawsze widziała więcej, niż ktokolwiek zakładał. Ale potrafiła też milczeć, kiedy trzeba było. Może dlatego utrzymała się w tym zamku tak długo.
— Dieci anni… dziesięć lat — dodała po chwili ciszej. — I znów pan tu jest.
Uśmiechnęła się lekko, ale w jej spojrzeniu było coś ostrego, coś, co zawsze wyczuwałem przy niej: nie dawała się zwieść żadnym maskom.
— Ale jedno wiem. — Skinęła głową. — Jeśli wrócił pan tutaj… po dieci anni… to znaczy, że ta historia jeszcze się nie skończyła. Sempre così.
Nie zapytała o szczegóły. Jakby wiedziała, że każdy szczegół jest trucizną, której teraz i tak by nie uniosła.
Skinąłem jej lekko głową.
Federica zawsze wiedziała, kiedy nie pytać dalej. Wiedziała, że w tym zamku pytania to waluta, którą płaci się za drogo.
Przesunąłem dłonią po balustradzie galerii. Drewno tak samo gładkie jak dekadę temu. Pamiętałem to aż za dobrze — wtedy miałem siedemnaście lat, a każdy dzień tutaj był kursem przyspieszonym z życia w klatce. Jeden rok wystarczył, żeby zapamiętać ten świat do końca życia.
To tu nauczyłem się, że Lucien nie potrzebuje krzyku, żeby wygrać. Że jego ludzie stoją nieruchomo, ale każdy z nich ma w oczach tę samą pustą pewność, której nikt normalny nie wytrzymuje. Oni nie byli żołnierzami. Oni byli manifestem.
Przez dziesięć lat wracałem do tych obrazów tylko w snach. Nigdy nie były to dobre sny.
I teraz znów tu byłem.
Nie miałem złudzeń. Zamek mnie pamiętał.
Z wzajemnością.
Ruszyłem do bocznego skrzydła, w stronę zejścia do podziemi.
Tam, gdzie wszyscy inni mieli zakaz wstępu.
Te korytarze znałem dobrze — za czasów, gdy mieszkałem tu jako osiemnastolatek, prowadziły do miejsc, które nazywano „zamkniętymi”. Oficjalnie były przeznaczone wyłącznie dla strażników. W praktyce… nikt z nich tam nie schodził. Bo tam, pod warstwą marmuru i pozornej elegancji, zamek pokazywał swoją prawdziwą twarz.
Przy zejściu stał strażnik. Szerokie ramiona, kamienna twarz, bursztynowy herb Moretti na piersi. Nie odezwał się ani słowem, tylko patrzył, jak zbliżam się do drzwi. Czułem na sobie jego bursztynowe spojrzenie — chłodne, oceniające, beznamiętne. Tak patrzy ktoś, kto nie pyta o powody. Tylko rozpoznaje, kto ma prawo, a kto nie.
Skinąłem głową. On odpowiedział tym samym gestem: krótko i precyzyjnie.
Nie potrzebowaliśmy słów.
Dopiero wtedy sięgnął do zaryglowanych drzwiczek. Ciężki mechanizm zaskrzypiał, jakby wciąż bronił dostępu, mimo że zamek pozwalał przejść. Zasuwa odsunęła się powoli, a cisza wąskiego korytarza wypełniła się ostrym zgrzytem metalu.
Ten dźwięk zawsze budził we mnie ten sam odruch: niepokój. Bo otwarcie tych drzwi nie przypominało wejścia do kolejnego pokoju. Bardziej do klatki, w której zamek zamykał swoje sekrety.
Tam, gdzie nikt poza mną i Laną nie miał autoryzowanego dostępu.
Tam, gdzie teraz była Nora.
— ––
Powietrze zmieniło się od razu. Chłodniejsze, cięższe, niosło zapach wilgoci i metalu. Schodziłem nie tylko w dół zamku, ale w dół własnych wspomnień. Każdy krok brzmiał jak przypomnienie, że to miejsce zostało zbudowane nie do życia, tylko do trzymania ludzi w ryzach. Zamek nie był twierdzą. Był narzędziem. Każdy kamień miał w sobie ciężar posłuszeństwa.
To miejsce zostało stworzone do tego, by tłumić: chaos, emocje, prawdę. Wszystko.
Tu nikt nie krzyczał — to miejsce dławiło głos, zanim w ogóle wydostał się z gardła. Tu nie było światła, bo światło mogło za dużo odsłonić. Nawet oddech wydawał się grubszy, cięższy, jakby ktoś trzymał go w dłoniach.
I właśnie tutaj Nora spędzała całe dni. Całe noce.
Myśl o tym ścisnęła mnie mocniej, niż chciałem. Widziałem ją w wyobraźni: zamkniętą w kamiennej klatce, otoczoną ciszą, której nikt normalny nie znosi długo. Lucien wiedział, co robi. Cisza była równie skutecznym narzędziem jak łańcuch.
Wiedziałem, że codziennie schodziła tu Lana. Codziennie Lucien kazał im „trenować”. Codziennie oczekiwali od niej… kontroli.
Słowo „kontrola” miało tu inny smak niż w Brightmore. Tam oznaczało oddech i równowagę. Tutaj — posłuszeństwo. Gaszenie ognia, zanim zdąży się rozpalić.
Mijałem właśnie salę, w której wcześniej trenowały. Nad wejściem wisiał stary, wyblakły napis: „DISCIPLINA EST LIBERTAS” — Dyscyplina jest wolnością.
Zatrzymałem się na moment. Znałem te litery aż za dobrze. Ile razy sam na nie patrzyłem, mając osiemnaście lat? Ile razy wierzyłem, że może naprawdę oznaczają, że jeśli będę bardziej posłuszny, to wszystko się jakoś ułoży?
Kłamstwo. Pusty slogan. Wolność była tu tylko dla jednego człowieka. Dla reszty zostawała dyscyplina. Lucien musiał się uśmiechać za każdym razem, gdy na to patrzył — wiedząc, że nikt inny nie ma prawa rozumieć tego inaczej niż on.
Schody kończyły się przy ciężkich drzwiach. Zatrzymałem się. Odetchnąłem głęboko. Dziwne, jak w takich chwilach człowiek wraca do dawnych odruchów — wciągnąłem powietrze, jakby miało być w nim coś, co da mi siłę. Ale było tam tylko kamień, metal i chłód.
Pokój Nory w podziemiach zamku był tak surowy, jak jego przeznaczenie: kamienne ściany bez zdobień, grube belki stropowe nad głową, ciężkie zasuwy w drzwiach i łóżko przykryte prostym, ciemnym pledem. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś zadał sobie trud, by usunąć z tego miejsca jakikolwiek ślad ciepła. Było czysto i praktycznie, ale zimno — nie w sensie temperatury, tylko atmosfery. Jakby sam projekt miał odmawiać poczucia domowości.
Patrząc na ten pokój, czułem coś, co trudno było nazwać: mieszaninę winy i gniewu. Wiedziałem jedno — to miejsce nigdy nie miało być dla niej pokojem. Miało być klatką.
Nora siedziała na łóżku prosta jak struna, z rękami splecionymi na kolanach. Była sfrustrowana — było to widać gołym okiem. Nie patrzyła ani na mnie, ani na świece, które zacząłem rozkładać w ciszy. Wzrok miała wbity w podłogę.
Zawsze potrafiłem czytać jej ciało. Widziałem, kiedy coś udawała, a kiedy walczyła sama ze sobą. To była dziewczyna, która siedziała jak więzień uczący się oddychać w rytmie, którego nienawidzi.
Obok drzwi stała Lana. Ramiona skrzyżowane na piersi, sylwetka jak figura z marmuru. Cień i chłód w jednym. Nie musiała mówić niczego, żeby sprawić, że Nora czuła się jeszcze bardziej uwięziona. Sama jej obecność była prowokacją.
Czułem ciężar tej sytuacji. Nie chodziło tylko o trening. Nora była tu, fizycznie obecna, ale dystans, który wytworzyła, był jak mury tego zamku. Nie było między nami żadnego ciepła. Żadnego śladu tej bliskości, którą dzieliliśmy przez lata.
Westchnąłem cicho.
Na środku pokoju stał stolik, na którym starannie rozłożyłem dwadzieścia świec. Ustawiłem je w półokręgu: uważnie, precyzyjnie.
— Dzisiaj zaczynamy prawdziwe ćwiczenie — powiedziałem. — Masz zapalić tylko tę świecę, którą trzymam. Nie inne.
Nora zmarszczyła brwi.
— Serio? — spytała. — To jest ta cała „kontrola”, której wszyscy się tu domagają?
Przytaknąłem.
— Dokładnie tak. Tu nie chodzi o zapalenie świecy. Chodzi o dokładność.
Milczała chwilę. Wzięła głęboki oddech. Ramiona miała spięte, ręce splecione zbyt mocno, jakby bała się, że same zdradzą jej napięcie.
— Dobrze — powiedziała krótko. — Zaczynajmy.
Przy pierwszej próbie nic się nie wydarzyło. Uniosła dłoń, jakby miała w palcach strzałę, którą zaraz wypuści. Nic. Ani jeden płomyk. Spalała się od środka tą swoją niecierpliwością.
Nie skomentowałem. Nie chciałem jej denerwować bardziej, niż robiła to sama moja obecność.
Przy drugim podejściu jej ręka drgnęła — i nagle wszystkie świece eksplodowały ogniem naraz. Płomień wdarł się we wszystkie knotki, jakby chciała podpalić cały pokój, żeby tylko coś się stało.
Zareagowała instynktownie: jednym ostrym ruchem zgasiła wszystko, jakby chciała uciszyć nie tylko światło, ale i samą siebie. Nawet świecę, którą trzymałem w dłoni, zgasiła tak, jakby była kolejnym wrogiem.
Lana uniosła brew w cieniu.
Nora nie szukała mojego spojrzenia. Nie pytała, nie chciała słuchać żadnych podpowiedzi.
Chciała wygrać sama.
A jednocześnie każdy skurcz jej ramion, każde zaciśnięcie palców mówiło: „boję się, że znowu zawiodę”.
Za trzecim razem nie wydarzyło się kompletnie nic. Tylko pustka. Jakby wszystkie jej emocje ugrzęzły w gardle i nie znalazły drogi na zewnątrz. Widziałem, jak się trzęsie, choć udawała, że to tylko zimno w kamieniach.
— Spokojnie, Nora, skoncentruj się — odezwałem się miękko.
— Nie musisz mi mówić, co mam robić — mruknęła poirytowana.
Zabolał mnie jej ton. Bardziej, niż powinien.
Za czwartym razem tylko skrajne świece złapały ogień. Nora westchnęła z wściekłością.
— Świetnie — warknęła przez zaciśnięte zęby. — Doskonale mi idzie.