E-book
13.65
drukowana A5
89.71
drukowana A5
Kolorowa
140.05
Król Myśli

Bezpłatny fragment - Król Myśli

Tom I


5
Objętość:
782 str.
ISBN:
978-83-953444-1-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 89.71
drukowana A5
Kolorowa
za 140.05

Rozdział 1


Wapienne ściany jaskini, pokryte ziarnistymi półprzezroczystymi naciekami z aragonitu, tworzyły unikatową strukturę draperii naciekowej. Z jej stropu zwisały liczne monumentalne sople stalaktytów. Niektóre sięgały dolnej powierzchni skalnej warstwy. Z dna jaskini wyrastały potężne filary stalagmitów sięgające stropu, zawieszonego na wysokości trzech dużych dębów. Na dnie pieczary rozciągała się ogromnych rozmiarów misa martwicowa wypełniona wodą, podzielona na mniejsze części groblami. Na ściankach grobli wyraźnie widoczne były koncentryczne, kaskadowe kręgi, świadczące o zmianie poziomu wody w czasie tysięcy lat istnienia jaskini.

Wewnątrz panował chłód, wilgoć i półmrok, rozjaśniany migotliwym światłem licznych pochodni przyniesionych przez tłum. Pod najwyższym stalagmitem, na wapiennej półce górującej nad całością, zebrała się grupa kilkunastu osób, którym przewodził kapłan ubrany w dość osobliwy strój. Wokół nich rozmieszczono kandelabry z płonącymi świecami. Światło świec, zanim rozproszyło się w ciemnościach jaskini, wyraźnie oświetlało miejsce pod wielkim stalagmitem. Pozostali zgromadzeni, których liczbę określić można na kilka tysięcy, zajmowali przeróżne miejsca, które do stania się nadawały. Jedni na groblach, inni na brzegach misy, jeszcze inni tłoczyli się w przejściu. Panowała cisza, zakłócana jedynie dźwiękami spadających ze stropu do podziemnego jeziora kropel wody. Słychać też było szum niewidocznego strumienia.

Stojący na podwyższeniu ubrani byli w długie białe szaty, na które nałożono malachitowe ornaty, ozdobione złotymi nićmi, mieniącymi się w blasku świec. Na wszystkich ornatach błyszczały przyszyte czerwone spinelowe kamienie, tworzące okręgi. Kamienie oszlifowano kaboszonowym szlifem co powodowało, że na każdym z nich widoczna była wąska smuga świetlna, przypominająca źrenicę kociego oka. Postaci te stały w kręgu, otaczając kamienny ołtarz z wapienia. Obok ołtarza, w obrębie kręgu, stał ubrany na czarno mężczyzna. Jego tunika uszyta z czarnych kocich futer nie była niczym ozdobiona. Na głowie miał nakrycie w kształcie wydłużonego cylindra, zwieńczonego płasko przymocowanym okrągłym daszkiem, z którego zwisały długie, czarne, skórzane frędzle, sięgające do ramion mężczyzny. Frędzle otaczały cylinder i głowę mężczyzny z boków i z tyłu. Twarz jego, nie wiedzieć dlaczego, była schowana pod maską ze skóry czarno ubarwionej salamandry jaskiniowej — gada występującego bardzo rzadko na terenie Plenhedryki.

Mężczyzna w czerni uklęknął i wzniósł ręce w kierunku okazałego stalagmitu.

BUM! BUM! BUM! — zadudnił potężny bęben.

Ludzie, którzy go otaczali, na dźwięk bębna padli na twarz. Krąg błagalny przez nich utworzony był rytuałem powtarzanym przez tysiące lat przez potomków Rodu Spinelu. Rodu wyklętego przez stwórcę Planety i skazanego na zamieszkiwanie Plenhedryki — kamienistego i górzystego kontynentu, ubogiego w roślinność i pożywienie. Plenhedryka bogata była natomiast w sól, której nie było na pozostałych kontynentach. Dzięki wydobyciu soli Plenhedrykanie prowadzili handel z innymi ludami, zamieszkującymi pozostałe kontynenty. Cenną sól wymieniali między innymi na żywność, drewno, złoto i rudę żelaza, potrzebną do wyrobu narzędzi wydobywczych, takich jak młoty, kilofy i łopaty oraz broni.

Ród Spinelu był ludem górniczym, drążącym w głębinach ziemi głębokie kopalnie soli. Ludzie ci większość swojego życia spędzali pod ziemią, ciężko pracując i żyjąc nienawiścią do pozostałego świata. Swój los górników — nędzarzy zawdzięczali postępkowi przodka, który w wizji zawierzył swoje życie Greaghallowi, zbuntowanemu bogowi, chcącemu obalić istniejący we Wszechświecie ład. Greaghall był bogiem stwórcą wyższego rzędu, jednak z uwagi na swoje cechy, w społeczności boskiej nie zyskał uznania. Przeciwnie traktowany był przez bogów stwórców jako wyrzutek, szkodnik i zaprzaniec.

Greaghall był od milionów lat napełniony nienawiścią, pychą i rządzą władzy. Zazdrościł innym bogom ich dzieł, sam jednak nie potrafił niczego stworzyć. Dawniej żył w alternatywnym wymiarze, poza przestrzenią światła roztaczanego przez innych bogów, w tym bogów — stwórców. Z rzadka pojawiał się w ich świecie i to jedynie przy okazji doniosłych wydarzeń, jakimi były Wiece Bogów. Jako bóg wyższego rzędu Greaghall miał prawo w nich uczestniczyć. Niczego jednak nie wnosił ze swojej strony. Odkąd został uznany za istotę szkodliwą i niepożądaną w gronie bogów, poprzysiągł zemstę i rozpoczął przygotowania do wojny. Wojny, która według jego planów miała doprowadzić do przejęcia władzy nad wszystkimi wszechświatami. Pierwszym celem Greaghalla stała się Planeta Zaziantego, najpiękniejsza i najdoskonalsza wśród dzieł bogów stwórców. Działania Greaghalla już na samym początku napotkały na przeszkodę, z którą nie mógł sobie poradzić. Namówił co prawda Grreda Spinela oraz jego żonę Asę do oddawania mu czci, zakończyło się to jednak dla niego kompletną porażką. Grred Spinel i jego żona Asa byli bowiem jednymi z pierwszych ludzi, stworzonymi przez Zaziantego na Planecie. Od nich miał się wywodzić, zgodnie z zamierzeniem boga stwórcy, ród ludzi szczęśliwych. Szczęśliwych prawem i lojalnością ludzi żyjących w dostatku. Zazianty, widząc co zrobił Greaghall, bardzo się rozgniewał, a będąc bogiem potężnym, dysponującym ogromną mocą nałożył na Greaghalla, ku uciesze pozostałych bogów pęta, które zniweczyły plany zaprzańca i ograniczyły jego egzystencję do małego skrawka świata alternatywnego, w którym Greaghall już wcześniej przebywał, izolując się od innych bogów. Po buncie Grreda Spinela Zazianty, jak twierdzą najstarsze pisma, wyklął wszystkich jego potomków i osadził ich wbrew swoim wcześniejszym planom na Plenhedryce, z dala od innych ludów, po czym podobno przestał się interesować swoim dziełem stwórczym i zniknął. Prawda jest jednak nieco inna niż podają pisma.

Niemal całkowicie pozbawiony mocy Greaghall uwięziony przez Zaziantego aby uwolnić się z boskich pęt, potrzebował mocy pochodzącej od boga, który go zniewolił. Każda inna moc, której duch próbował użyć i wszystkie jego wysiłki nie przynosiły choćby najmniejszego rezultatu. Dopiero po wielu próbach, kosztem ogromnego wysiłku udało mu się nawiązać nikły kontakt ze światem materialnym. Trudno w tym przypadku mówić o sukcesie. Greaghall bowiem na razie musiał zadowolić się możliwością kontaktu z kapłanami i to tylko wtedy, gdy znajdowali się oni w pobliżu stalagmitu, który go symbolizował. Był zmuszony posługiwać się kapłanami i zdany na ich łaskę. Ci wywęszywszy swoją przewagę zarówno nad ludem, jak i nad bogiem, przekazywali poddanym nie tylko boskie, ale też swoje polecenia. Greaghall widząc, co wyczyniają kapłani wył ze złości, co powodowało, że stalagmit wydawał z siebie dźwięki podobne do mowy ludzkiej. Lud odczytywał to słusznie za potwierdzenie istnienia boga. Kapłani dzięki temu zdobyli dużą władzę, sięgającą nawet królewskiego dworu, od dłuższego czasu nieprzychylnego kultowi Greaghalla i kapłanom.

Omamiony lud, nieświadomy ograniczeń boga, żył nieustanną nadzieją na poprawę swojego bytu. Plenhedrykanie wierzyli, że ich bóg da się w końcu przebłagać i litując się nad nimi, odmieni ich marny los. Nie podejrzewali nawet, że służą bogowi, który wykorzystuje ich jedynie do spełnienia swoich marzeń o potędze. Przez tysiące lat potomkowie rodu Spinelu wznosili modły i składali Greaghallowi ofiary ze zwierząt i ludzi. Ofiary na nic się nie zdawały.

Wszystko miało się zmienić dziś za sprawą kolejnej, tym razem wyjątkowo cennej ofiary, pochodzącej z Rodu Szmaragdu — młodej dziewicy, księżniczki południowego królestwa Diamlandii, porwanej ze statku przywożącego rudę żelaza. Dziewczyny, która na wyprawę do Plenhedryki wybrała się z czystej ciekawości i nudy, chcąc uatrakcyjnić sobie monotonne życie w zamku swego ojca.

BUM! BUM! BUM!

Wniesiono ją skrępowaną, zakneblowaną i przywiązaną do drewnianego pala. Była naga, jej szczupłe ciało nie zdradzało żadnych oznak przemocy. Jedyne rany, jakie miała na sobie były jej dziełem. Chcąc bowiem uwolnić się z węzłów konopnego sznura, którym była skrępowana, pokaleczyła sobie o niego skórę na nadgarstkach i łydkach. W jej dużych oczach widać było strach. Spoglądała wokół, patrząc przez łzy i z przerażeniem na twarze swych oprawców. Była w beznadziejnym położeniu. Uczepiona swego młodego, pełnego werwy i marzeń życia, rozglądała się za kimkolwiek, kto mógłby wybawić ją z opresji i uwolnić od niechybnej śmierci. Zdawała sobie sprawę z tego, że tylko cud może ją ocalić. Widziała na własne oczy, że nikt z załogi statku nie przeżył. Wszystkich wymordowano we śnie, wcześniej upijając ich sowicie winem. Wiedziała, co chcą z nią zrobić, nie wierzyła jednak, że w tak bezsensowny sposób straci swoje życie. Miała ochotę podjąć walkę, ale nie znajdowała sposobu. Nie wiedziała, że dysponuje mocą, która była zdolna uwolnić ją z opresji. Nikt wcześniej jej o tym nie powiedział, bo i też nikt o tym nie wiedział. Pozostała jej tylko nadzieja, że to co się dzieje wokół niej to tylko koszmarny sen, który nie chce się skończyć. Dziewczynę położono na stole ofiarnym wraz z palem, do którego była przywiązana. Z chwilą, kiedy ofiara znalazła się na ołtarzu, w jaskini rozległy się głośne wiwaty. Wszyscy zaczęli skandować imię Greaghalla.

Mężczyzna w czerni i jego akolici, tworzący krąg błagalny wstali i podeszli do ołtarza, otaczając go ze wszystkich stron. Dziewczyna nie wiedząc do końca, co wokół niej się dzieje, leżała spokojnie, zmęczona krępującą pozycją. Jej młode, pełne życiowej energii serce biło szaleńczo, a myślami zawładnęły natarczywe lęki. Oddech miała szybki i krótki. Pod ołtarz przyniesiono duży dzban wina, które miało rozrzedzić jej krew. Każda kropla Krwi Szmaragdu była bezcenna. Miała bowiem, jak podawały stare księgi, zamkniętą w sobie boską moc stwórcy. Greaghall czekał na tę okazję tysiące lat. Potrzebował tej ofiary. Pęta nałożone przez Zaziantego były tak potężne, że zniwelowały moc uwięzionego boga, uniemożliwiając mu sprawne przemieszczanie się między alternatywnym wymiarem, a światem rzeczywistym. Jego obecność na Planecie była właściwie umowna. Cóż to za bóg zamknięty w stalagmicie? Greaghall zdawał sobie z tego sprawę, a ponieważ był bogiem, z czasem poradził sobie z umysłami sprzeniewierzonych kapłanów i czekając cierpliwie doczekał się dnia, w którym z ochotą wykonali jego rozkazy. Nie miał pojęcia, że nie była to tylko jego zasługa.

Zniewolony bóg wiedział, że krew Szmaragdu mogła zdjąć z niego ograniczenia Zaziantego. Jednak jego władza nie sięgała poza obręb Plenhedryki. Nie mógł więc zdobyć tej krwi. Nie mogli mu jej dostarczyć także Plenhedrykanie, którzy nie posiadali statków. Tym samym nie mogli dopłynąć do Diamlandii, jednego z pozostałych kontynentów Planety, na którym zamieszkiwali między innymi ludzie z Rodu Szmaragdu.

O podróży księżniczki z południowego królestwa Diamlandii Plenhedrykanie nic nie wiedzieli. Wiedział natomiast kapłan Retrats, wysłany na Plenhedrykę przez ludzi z Diamlandii, którzy widzieli swój interes w uwolnieniu Greaghalla. Sprawa wyszła na jaw dopiero po przybyciu statku z rudą żelaza. Marynarze, nie znając zagrożenia, przedstawili księżniczkę w porcie. Kiedy Plenhedrykanie dowiedzieli się jaki skarb mają na swojej ziemi, wymordowali załogę statku, a księżniczkę porwali dostarczając ją kapłanom Greaghalla.

BUM! BUM! BUM!

Czarny kapłan podszedł do dziewczyny. Szybkim, wprawnym ruchem wyjął jej knebel z ust. W tym momencie ciszę panującą w jaskini zakłócił kobiecy, świdrujący uszy przeraźliwy pisk. Żałosny skowyt odbijany od ścian pieczary, wracał odbitym echem, potęgując hałas trudny do wytrzymania. Na skutek wibrujących fal dźwiękowych z sufitu i ścian wzniósł się w powietrze wapienny pył, który po chwili zaczął drażnić nozdrza zebranych. Co ciekawe, z potężnego boskiego stalagmitu oderwało się kilka skalnych odłamków, które z hukiem spadły na wydeptaną posadzkę. Kapłan widząc to, zrozumiał niebezpieczeństwo i spróbował ponownie umieścić knebel w ustach księżniczki. Na jego nieszczęście środkowy palec dostał się przypadkiem pomiędzy jej szczęki. Nawet nie zdążył zareagować. Zęby księżniczki uchwyciły ten palec i z nadspodziewanie dużą siłą, zmiażdżyły mu kość paliczka środkowego. Krew trysnęła na jej twarz i zanim oszołomiony kapłan cofnął rękę, zabarwiła jej usta, policzki i nos. Dziewczyna wypluła z obrzydzeniem nasączony krwią kapłana knebel, po czym ponownie rozwrzeszczała się na całe gardło. Ludzie poczuli strach, niektórym pękły bębenki w uszach. Kiedy czarny kapłan spojrzał na stalagmit wydawało mu się, że potężny monument drży w posadach. Nie czekając ani chwili rzucił na dziewczynę silne zaklęcie. Poskutkowało, nastąpiła cisza. Z obgryzionego palca sączyła się krew. Mężczyzna wprawiony w magii, poradził sobie z tym w kilka chwil. Zdumiony spojrzał na stalagmit symbolizujący Greaghalla, z którego to właśnie ukruszyło się kolejnych kilka małych odłamków. Nigdy wcześniej, mimo iż w jaskini często odbywały się nabożeństwa, wspierane głośnym śpiewem i bębnami nie wydarzyło się tu nic podobnego. Kapłan widząc to, jeszcze bardziej uwierzył w moc krwi Szmaragdu, płynącą w żyłach księżniczki. Nie chcąc ani kropli tej krwi uronić, rzucił kolejny czar na księżniczkę, pozbawiając ją przytomności. Nic już nie mogło jej uratować.

BUM! BUM! BUM!

— Przynieście wino! — zakomenderował. Akolici natychmiast wykonali jego polecenie.

— Wlać w nią wino! — rozkazał. Tak też się stało, dziewczynie usunięto knebel z ust, zatkano nos i wlano cały dzban wina w gardło. Wino rozrzedziło jej krew.

BUM! BUM! BUM!

Pal, do którego przywiązana była księżniczka, zdjęto z ołtarza i postawiono pod stalagmitem Greaghalla. Nogi dziewczyny skierowane były ku górze, jej prawie martwe ciało zwisało bezwładnie głową w dół. Serce w jej piersi biło mocno i szybko. Osoby stojące na groblach uniosły pochodnie, by lepiej widzieć to, co się działo. Jaskinię wypełniało coraz więcej światła. Panowała grobowa cisza, zagłuszana jedynie szumem strumienia i odgłosami spadających kropel wody. Pal z dziewczyną za pomocą wcześniej przygotowanych sznurów, wciągnięto na sam szczyt stalagmitu tuż pod sufit jaskini. Czarny kapłan zdjął swoje nakrycie z głowy, po czym zaczął powoli wspinać się do góry.

BUM! BUM! BUM!

Kiedy był w połowie drogi, księżniczka zawieszona na dużej wysokości głową w dół, przełamując czary kapłana swą wrodzoną mocą otworzyła oczy, a kiedy to zrobiła jaskinię ponownie wypełnił przerażający krzyk. Tym razem w głosie księżniczki słychać było zwyczajny ludzki strach i ludzką rozpacz, wołanie o pomoc, wołanie o litość. Żaden nawet najmniejszy kamyczek nie oderwał się teraz ze stalagmitu. Kapłan wspinał się powoli coraz wyżej i wyżej, sprawnie wynajdując w wapieniu zagłębienia i szczeliny, których mógł się uchwycić i o które mógł oprzeć swoje stopy. Dzięki światłu z pochodni dobrze je widział, co pomagało mu w niebezpiecznej wspinaczce. Z obgryzionego palca czasami sączyła się krew, która gdzieniegdzie wsiąkała w wapień. Kiedy dotarł na szczyt, dziewczęcy krzyk zamienił się w płacz. Nie było powodu by zwlekać. Spojrzał jej w oczy i poderżnął jej gardło ostrym nożem, przecinając obie tętnice szyjne. Z jej przerażonych oczu wypływały ostatnie łzy. Serce z młodzieńczą werwą pompowało krew, która wypływała z przeciętych tętnic, lejąc się słabnącym strumieniem na stalagmit. Wraz z nią wypływało młode życie. Krew Szmaragdu spływała po stalagmicie Greaghalla. Wniknęła weń całkowicie, zanim spłynęła na dół. Od momentu, w którym pierwsza kropla książęcej krwi opuściła jej ciało, tłum ludzi na czele z kapłanami zaczął znowu skandować imię Greaghalla.

Czarny kapłan zszedł na dół i ponownie sformował krąg błagalny. Jak się okazało tym razem nie na próżno. Potężny stalagmit po chwili rozbłysnął czerwonym światłem. Tłum na ten widok zaczął wiwatować i wznosić radosne okrzyki. Rytmiczne uderzenia w bęben spotęgowały się jeszcze bardziej.

— Wolność! — to słowo padało najczęściej z ust wiwatującego tłumu.

— Wolność! Wolność! Wolność!

— Niech żyje Greaghall, nasz pan!

Nigdy dotąd Greaghall nie objawił się tak spektakularnie swoim wyznawcom. Wcześniejsze pomruki i hałasy nie mogły w żaden sposób równać się z tym, czego świadkami byli dziś zgromadzeni Plenhedrykanie. Tym razem moc Greaghalla została uwolniona i objawiona.

Tłum szalał, wszyscy krzyczeli, klaskali, skakali, z radości padali sobie w ramiona. Zapanowała ogólna euforia. Wiwatom nie byłoby końca, gdyby nie czarny kapłan, który gestem dłoni uciszył całe zgromadzenie i nakazał opuścić ciało dziewczyny na dół.

— Zabierzcie te zwłoki, nie są już do niczego potrzebne — rozkazał. Akolici natychmiast opuścili ciało księżniczki na dół i wrzucili je do jeziora. Nagi trup młodej kobiety unosił się na powierzchni wody. Nikt nie zwracał na to uwagi.

Czerwone światło wypływające ze stalagmitu wypełniało całą jaskinię. Potężny filar mienił się czerwoną barwą, tworząc dynamiczną świetlną iluminację o zmieniającym się natężeniu i odcieniu czerwieni.

BUM! BUM! BUM!

Zgromadzeni ludzie podziwiali z radością, to widowisko przyglądając się monumentowi, który na ich oczach świecąc się nadal na czerwono, przybrał postać Greaghalla, znaną z wielu wapiennych rzeźb, stojących w setkach miejsc Plenhedryki. Rzeźb ustawionych wbrew woli królów, które nieustannie niszczone przez żołnierzy, powstawały na nowo, wznoszone przez lud.

Tłum opanowała euforia, zaczęto ponownie głośno skandować imię Greaghalla. Nieśmiało też z końca sali padło kilka razy słowo Spinel, które tłum podchwycił i skandował zamiennie z imieniem swojego boga. Tym razem czarny kapłan nie był w stanie uciszyć wiwatujących ludzi.

Greaghall przez jakiś czas napawał się wiwatami na swoją cześć. Stał nieruchomo, sięgając głową sufitu jaskini. Ku zdziwieniu tłumu kolos nagle zaczął się pochylać. Zniżał się powoli, wyciągając swą otwartą dłoń w stronę czarnego kapłana. Kiedy olbrzym przykucnął ludzie zauważyli, że twarz Greaghalla uśmiecha się do nich, a zmaterializowany bóg spogląda w ich kierunku wzrokiem dumnym i szczęśliwym. Takiego właśnie boga chcieli mieć od dawna! Boga, który daje szczęście, który troszczy się o swoich wyznawców. Boga obecnego wśród nich, który wyciąga do nich swoje ręce, który otacza ich opieką. Nikt ze zgromadzonych nie miał w tej chwili wątpliwości, że Greaghall jest właśnie takim bogiem — mocnym i dobrym, któremu warto służyć. Olbrzym położył swoją otwartą dłoń na ziemi obok czarnego kapłana.

— Chodź do mnie mój ulubiony sługo — rzekł zachęcająco, wskazując wzrokiem kapłana i namawiając go gestami do wejścia na swoją dłoń. Kapłan zdjął swoją czarną maskę, pod którą skrywała się dumna, uśmiechnięta, acz zalana łzami szczęścia twarz człowieka w średnim wieku.

— Boże mój! — odezwał się zdławionym głosem. — Panie mój, nie wiem czym sobie zasłużyłem na takie wyróżnienie? — odparł jąkając się i krztusząc. Jego nogi ze szczęścia i strachu uginały się i drżały jak galareta. Kapłan mimo to stał twardo na ziemi, mając w głowie obraz wspaniałej przyszłości swojej i wszystkich ludzi. Cieszył się z tego, że jego misja zakończyła się tak wspaniałym sukcesem.

— Wejdź na moją dłoń sługo mój najmilszy, już dziś dostaniesz swoją nagrodę za wszystko co dla mnie uczyniłeś — rzekł zachęcająco Greaghall ciepłym głosem, uśmiechając się przyjaźnie.

Ten nie czekając na dalsze zachęty wspiął się po skórze olbrzyma i wszedł na jego dłoń. Palce dłoni Greaghalla zaczęły się powoli zamykać nad nim, delikatnie go chwytając tak, aby nie stała mu się krzywda. Po chwili olbrzymia dłoń powędrowała ku górze i w taki oto sposób na oczach tysięcy ludzi kapłan znalazł się twarzą w twarz ze swoim bogiem.

— Jak masz na imię mój sługo? — zapytał Greaghall.

— Nazywam się Retrats, pochodzę z Rodu Spinelu — odpowiedział mu kapłan.

— Kłamiesz!

Kapłan wpadł nagle w panikę. Greaghall uśmiechnął się i szybkim ruchem odgryzł mu głowę, po czym wypluł ją jak pestkę od wiśni. Głowa kapłana spadła w tłum, wywołując krzyk przerażenia. Z pozbawionego głowy tułowia tryskała rytmicznie krew. Greaghall odrzucił zwłoki kapłana, które wpadły do jeziora obok zwłok księżniczki. Twarz boga nadal uśmiechnięta spoglądała na tysiące przerażonych oczu. W jaskini zaczął coraz głośniej rozbrzmiewać ryk przerażenia, którego echo odbijało się od ścian potęgując grozę.


Rozdział 2


Grendule to pomocnicy bogów, stworzenia duchowe żyjące w kosmicznej przestrzeni. Były stwarzane przez wszystkich bogów stwórców jako istoty, które wykonywały różnorakie prace, zarówno w świecie duchowym, jak i materialnym. Można o nich powiedzieć, że były narzędziami bogów. Po zakończonym procesie stwarzania światów, grendule przestały być przydatne stwórcom. Większość bogów zwolniło je ze służby i dało wolną rękę. Dzięki temu uzyskały one niezależność. Stały się jednak nikomu niepotrzebne, co smuciło te aktywne stworzenia. Grendule były stworzone do pracy, taka była ich natura i powołanie. Nie mając od dawna zajęcia zbierały się w grupy i wędrowały między światami, zwiedzając je i podziwiając. Czasami zatrudniane były przez stwórców do wykonania jakiejś dorywczej misji. Z reguły jednak nie miały nic do roboty. Z natury były nieśmiertelne, ale podlegały śmierci, szczególnie kiedy przybierały materialne ciała. Planeta Zaziantego była najdoskonalszym dziełem boga stwórcy we wszystkich niezliczonych wszechświatach. Mnogość form życia, zmieniające się pory roku, nieustanny obieg wody i powietrza, oceany pełne ryb, krabów, mięczaków, ukwiałów, koralowców i stworów morskich, a także kontynenty, na których rozwijało się życie i jego inteligentna forma, jaką byli ludzie, wszystko to sprawiało, że grendule chętnie tu zaglądały. Wielu z nich obserwowało losy Planety Zaziantego od samego początku. Były to te, które brały udział przy jej stwarzaniu, jak również inne, których sława Planety zachęciła do odbycia długiej kosmicznej podróży w celu zwiedzenia najdoskonalszego dzieła boskiego. Po uwolnieniu grendule prowadziły życie według swojego pomysłu. Niektóre z nich wiązały się z planetami, przybierając formy różnych stworzeń, dobrych duszków, psotników, chochlików, potworów, rusałek, wróżek itp. W większości wszechświatów mimo iż przebywały na planetach nie miały zobowiązań wobec swoich stwórców. Grendule Zaziantego, które pozostały na Planecie, stanowiły całkowicie odrębną społeczność duchową. Zwano je andałami. Miały one zadania, zlecone przez stwórcę. Nie wszystkie andały wywiązały się z tych zadań. Wśród grenduli, w tym wśród andałów trafiali się osobnicy empatyczni jak i tacy, którzy empatii byli pozbawieni. Ci drudzy co jakiś czas toczyli ze sobą wojny w sferze duchowej, z których to wojen nic nie wynikało. Żyły we wszystkich wszechświatach. Często zgodnie ze swoją naturą gromadziły się w mniejsze lub większe skupiska. Były też takie, które żyły w odosobnieniu. Jedno ze skupisk grenduli krążące obok Planety Zaziantego, spotkał Greaghall nad Plenhedryką. Grendule widząc boga w pierwszej chwili bardzo się ucieszyły myśląc, że to Zazianty powrócił. Szybko jednak zorientowały się z kim mają do czynienia.

— To Greaghall — powiedziały jednocześnie, jak to miały w zwyczaju będąc w grupie.

— Jak on się wydostał na wolność? — dziwiły się.

— Mam dla was robotę — zagadnął zachęcającym tonem.

— Chętnie przyjmiemy każdą robotę, bo nam się nudzi, ale nie od ciebie.

— A to niby dlaczego?

— Zostałyśmy stworzone do stwarzania, a ty nie potrafisz stwarzać.

— Kto powiedział, że nie potrafię?

— Wszyscy to wiedzą od dawna.

— Wszyscy, to znaczy kto?

— Wszyscy bogowie stwórcy, inni bogowie i wszystkie grendule.

— A gdybym wam udowodnił, że to nieprawda?

— Nie udowodnisz tego. Nie ma już nawet najmniejszej cząsteczki, która by nie została użyta przez bogów stwórców, z której mógłbyś coś stworzyć. Wszystko zostało zużyte, wtedy kiedy był czas stwarzania.

— Nie mogę więc udowodnić, że potrafię stwarzać, a wy nie możecie udowodnić, że nie potrafię! — obruszył się.

— Nie musimy udowadniać, wiemy to. Udowodniłeś to już dawno temu.

— Zostawmy tę czczą gadaninę o stwarzaniu. Nieważne czy potrafię, czy nie potrafię stwarzać ważne, że mam dla was zajęcie.

— I co z tego? Inni bogowie też czasami nas zatrudniają do jakiejś pracy.

— Czasami… No właśnie, czasami! Ja mam dla was stałe zajęcie!

— Ciekawe jakie?

— Dowiecie się, kiedy do mnie przystąpicie.

— Mamy zostać twoimi sługami?

— Nie inaczej. Właśnie to wam proponuję, a co za tym idzie to ciekawe zajęcie na pozostałą resztę czasu.

— Całą?

— Całą.

— A co ponadto?

Greaghall zastanowił się. Wiedział czego brakuje grendulom, w końcu był bogiem. Nie wiedział tylko, czy one to dostrzegają i czy dadzą się skusić na jego ofertę.

— Imiona — zasugerował z przekonaniem w głosie.

— Imiona, a po co nam one?

— Bogowie mają imiona. Ja mam na imię Greaghall. Każde stworzenie ma swoje imię. Każda gwiazda, każda galaktyka, mają swoją nazwę, swoje imię. Każdy człowiek ma swoje imię. Nawet psy, koty, konie i inne zwierzęta mają imiona. Wy, jako jedyne istoty we wszystkich wszechświatach nie macie imion. Jesteście grendulami, stworzeniami bez imion. Przez to nic nie znaczycie, bo nikt was nie rozróżnia. Nawet jeśli któryś z was zrobi coś dobrego, za co mógłby być wychwalany, to i tak wszyscy mówią, że zrobił to jakiś grendul. Ja wam dam imiona, dzięki którym będzie was można odróżnić i nagrodzić.

— Albo ukarać — odpowiedziały chórem, przekornie.

— Jeśli jest za co, to trzeba karać. Tak się przyjęło.

— Tak, jak Zazianty ukarał ciebie? Ha, ha.

Greaghall nie miał argumentów, którymi mógłby podważyć ten zarzut. Wyczuł obserwując, że imiona dla grenduli są atrakcyjne. Przez miliardy lat żyły bez imion, przyzwyczaiły się do tego. Niemniej jego propozycja z pozoru nic nie znacząca, zaciekawiła je. Potrzebowały tylko czasu, aby korzyść z posiadania imion dotarła do ich umysłów i stała się ich celem. Póki co udawały, że propozycja ich nie interesuje. Greaghall wiedział, że to się wkrótce odmieni. Nieoczekiwanie zbliżył się do nich pewien grendul samotnik, który nie uczestniczył w dyskusji lecz przysłuchiwał się jej z boku.

— Greaghallu — odezwał się niespodziewanie. — Grendule żyjące w grupach takich jak ta, rzeczywiście mogą nie dostrzegać potrzeby posiadania imion. Natomiast my, samotnicy inaczej na to patrzymy.

— W końcu odezwał się ktoś rozsądny — odpowiedział uradowany Greaghall.

— Nie to jest dla mnie najważniejsze.

— Co w takim razie?

— Powiedz mi szczerze, czy przyłączając się do ciebie i wykonując twoje zlecenia będzie można umrzeć?

Greaghall nauczony tym, że grendule myślą inaczej niż pozostałe stworzenia, miał zamiar powiedzieć prawdę. Obawiał się jednak, że duchy po jego odpowiedzi znikną sprzed jego oczu.

— Wy jesteście nieśmiertelne. Nie ma takiej możliwości, aby któryś z was stracił życie.

— To lipa.

Samotny grendul nie wdając się w dalszą dyskusję, odleciał i Greaghall nigdy więcej już go nie zobaczył. Pozostałe grendule poszły jego śladem.

Osamotniony bóg krążył nad Plenhedryką, przyglądając się jej uważnie. Miał świadomość tego, że zasiał ziarno. Czekał więc cierpliwie na plon. Nie ujawniając się, przyglądał się z uwagą temu, co robią ludzie. Na północy kontynentu młody król jechał wraz ze swoją świtą, wyraźnie poganiając konie w stronę Spinlibru. Greaghall spojrzał mu w oczy i przestraszył się tego, co w nich dostrzegł. Patrząc w oczy króla Plenhedryki miał wrażenie, że patrzy w oczy Zaziantego.

— To nie może być prawdą! — zaprzeczył swojemu odkryciu. Coś tajemnego było w tym człowieku. Greaghall to widział i zdawał sobie sprawę z tego, że ten śmiertelnik w koronie może pokrzyżować mu plany. Po minie młodego człowieka widać było, że był wściekły. Najwyraźniej wieść o wydarzeniach w jaskini musiała już do niego dotrzeć. Bóg nie miał ochoty dłużej patrzeć na podróż króla. Kusiło go coś zupełnie innego, coś co było mu do tej pory zakazane. Zdecydował się natychmiast polecieć i zobaczyć wszystko, co przez prawie dziesięć tysięcy lat było dla niego niedostępne. Miał zamiar obejrzeć Planetę, która już wkrótce należeć będzie do niego.

— Jak będę miał na imię? — rozległ się nagle niespodziewany głos.

— Co? Kto? — Greaghall wyrwany z zadumy, potrzebował chwili, aby zrozumieć co się dzieje. Rozejrzał się dookoła, nikogo nie zauważył.

— Jak mi dasz na imię, mój boże?

— Najpierw się pokaż.

— Tu jestem. Nad tobą.

— Aha — Greaghall uśmiechnął się i spojrzał w górę. — Spryciarz z ciebie.

— Nie chcę mieć na imię Spryciarz.

— Tak tylko powiedziałem. Nie miałem zamiaru cię tak nazywać.

— To jak mnie nazwiesz?

— Dostaniesz takie imię, na jakie sobie zasłużysz.

— O ile wiem, nie było mowy o zasługach, tylko o tym, że każdy dostanie imię.

— Skąd to wiesz? Byłeś w tej gromadzie grenduli, z którą rozmawiałem?

— Nie byłem.

— To skąd wiesz?

— Grendule rozpowiadają o spotkaniu z tobą. Wytworzyła się wśród nas dyskusja. Niektóre z nas chciałyby mieć imiona.

— Dam je wam, jeśli się do mnie przyłączycie.

— To daj mnie, a przyprowadzę tu pozostałe.

— Ilu was jest?

— Około setki.

— To niewielu.

— Zwerbujemy więcej, ale najpierw nadaj imiona nam.

— Rozumiem, że tobie pierwszemu?

— Oczywiście, po to tu przybyłem, aby sprawdzić, czy mówisz prawdę. Jeśli nie kłamiesz, przyprowadzimy tysiące, a nawet setki tysięcy grenduli z innych wszechświatów.

Greaghalla wypełniła duma, kiedy pomyślał o tym, że będzie wymyślał setki tysięcy różnych imion. Myśl ta spodobała mu się. To zadanie w sam raz dla boga, który niczego nie stworzył. — Stworzę imiona dla grenduli — ucieszył się — to będzie pierwsza rzecz jaką stworzę i niepotrzebna mi do tego żadna cząsteczka stwórcza! — Uśmiechnął się i poczuł euforię. Był tak zadowolony z siebie, że z ochotą przystąpił do stwarzania imion.

— Nie kłamię, Visionie.

— Visionie?

— Tak masz na imię. Właśnie ci je nadałem.

— Dziękuję boże. Vision… Podoba mi się. Vision! Zaraz przyprowadzę pozostałych.

— Spiesz się.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 89.71
drukowana A5
Kolorowa
za 140.05