E-book
10.24
drukowana A5
29.28
Krąg śmierci

Bezpłatny fragment - Krąg śmierci


Objętość:
144 str.
ISBN:
978-83-8104-050-1
E-book
za 10.24
drukowana A5
za 29.28

Prolog

Irak 04.08.2011r. Okolice Faludży

Drobny piasek wciskał się wszędzie, zgrzytał nawet między zębami. Żadne tchnienie wiatru nie zakłócało piekielnego żaru lejącego się z nieba. Powietrze drgało wzdłuż piaszczystej drogi, wokół panował bezruch. Zwierzęta ukryły się, chcąc przeczekać najgorszą porę. Gdzieś w oddali rozległ się cichy warkot dieslowskiego silnika. Klekoczący dźwięk powoli narastał. Buczenie maszyny nabierało mocy. Spośród tumanów piachu wyłonił się stara, rosyjska ciężarówka marki G.A.Z. Ciężko kolebała się na boki, a silnik na wysokich obrotach wskazywał na spory ładunek, ukryty pod starą plandeką. Sto metrów za ciężarówką jechał odrapany Land Rover. G.A.Z zawył, gdy jego kierowca przyspieszył, chcąc przekroczyć niewielkie wzniesienie. Przy prawym, przednim kole zabłysł niewielki płomień wybuchu. Huk odpalanej miny na moment zagłuszył jęki katowanego silnika. Ciężarówka z urwanym kołem skręciła gwałtownie w prawo, zjeżdżając ze szlaku. Prawa część zardzewiałej maski wbiła się wraz z kanciastym błotnikiem w niewielką wydmę łagodnie wznoszącą się z boku drogi. Land Rover zahamował. Trzasnęły drzwi i na drodze pojawiło się kilku mężczyzn, odzianych w szarawary. W ich dłoniach zabłysła broń. Sprawnie otoczyli uszkodzoną ciężarówkę z obu stron, zwracając uwagę, by nie nadepnąć na kolejną minę. Parę minut uważnie lustrowali okolicę, po czym jeden z białych, odziany niczym Beduin, wstał i machnął ręka w stronę Land Rovera. Z terenowego auta wysiadł szczupły mężczyzna w eleganckim garniturze. Ponura twarz nie zdradzała żadnych emocji. Razem z ubranym jak Beduin najemnikiem obeszli ciężarówkę, z której właśnie wysiadł kierowca. Trzymał się za złamany nos, a kapiąca z niego krew zaplamiła brudną koszulę. Mężczyzna w garniturze zaklął pod nosem.

— Cholerne Arabusy — warknął wpatrując się w osmoloną maskę ciężarówki. Jego towarzysz rozdziawił usta w uśmiechu, ukazując zęby, znaczone plamami po kawie i papierosach. Parsknął łamanym angielskim.

— Przynajmniej Rozen dostał po nosie.

Mężczyzna w garniturze dopiero po chwili kiwnął głową i spoglądając na kierowcę niesprawnie usiłującego zatamować krwotok mruknął złośliwie.

— To jest zawsze dobry znak…

W tym samym momencie rozległ się huk strzału. Kierowca ze zdumieniem opuścił zakrwawione ręce, widząc jak głowa mężczyzny w garniturze okrywa się krwią z otworu pośrodku czoła. Nim towarzysz zabitego zdołał cokolwiek zrobić, drugi strzał trafił go w oko. Kierowca nie czekając na trzeci strzał, rzucił się na ziemię. Za ciężarówką rozległa się seria z pistoletu maszynowego. Zapomniał o bólu przeszywającym złamany nos, starając się odczołgać byle dalej od dwóch leżących ciał. Kątem oka dostrzegł kierowcę Land Rovera przeładowującego w biegu trzymany w rękach AKM. Piasek sypnął się spod ciężkich butów, gdy biegnący gwałtownie wyhamował przy skrzyni ciężarówki. Ukląkł i zaczął szukać celu, przyciskając kolbę karabinu do ramienia. Kierowca przesunął wzrok na niewielką, stromą wydmę znajdującą się może trzydzieści metrów od drogi. Wydała mu się idealnym schronieniem, nie mając złudzeń co do szans obrony odkrytego miejsca.

— Co z Jacobem? — krzyknął jeden ze schowanych za ciężarówką ochroniarzy.

— Nie żyje — odwrzasnął krwawiący kierowca — dostał prosto w głowę… — zamilkł, jego wzrok zarejestrował ruch na szczycie wydmy. Niewielki piaskowy kształt uniósł się nieco w górę. Spomiędzy kamieni wieńczących pagórek wysunęła się lufa pomalowana w jasnożółte barwy. Prawą ręką usiłował chwycić pistolet, tkwiący w kaburze przy biodrze, ale zabrakło mu czasu. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszał kierowca, była krótka seria. Zaskoczony nią, strzelec z kałasznikowem, tkwiący wciąż przy wraku ciężarówki, odwrócił się gwałtownie. Dostrzegł skuloną sylwetkę, przemykającą chyłkiem wzdłuż wydmy. Kolejne pociski wyrzeźbiły w piersi strzelca krwawy ślad, rzucając go na pordzewiałe blachy błotnika. Zza ciężarówki dobiegły kolejne dwa strzały i zapadła cisza. Skulona postać, okryta siatką maskującą podeszła bliżej, nie spuszczając leżących z oka. Trzymaną w rękach broń okrywał pokrowiec z postrzępionymi frędzlami w kolorze otaczającej to miejsce pustyni. Przystanął przy zabitym mężczyźnie w garniturze. Wtedy, zza ciężarówki wyłoniły się jeszcze trzy, podobnie odziane postaci. Stanęli dookoła ciała.

— Myślę, że powoli możemy myśleć o emeryturze — odezwał się zabójca kierowcy, przewieszając trzymanego w ręku G-36 przez ramię. W ogorzałej twarzy jasno odcinały się szarozielone oczy, beznamiętnie spoglądające na zabitego. Jeden z jego towarzyszy ukląkł przy ciele i wprawnie przeszukał je. Odnalazłszy skórzany, wyszywany złotem portfel, wstał i otworzył go.

— M i s t e r J a c o b B r o w n — przeliterował powoli zamaskowany żołnierz, trzymając w dłoni wyciągnięte z portfela, angielskie prawo jazdy. Rozejrzał się po swoich towarzyszach i dodał triumfującym głosem.

— Panowie, dziś każdy z nas zasłużył na porządną whisky….

Lokal pękał w szwach. Wszędzie roiło się od żołnierzy koalicji, gwar rozmów mieszał wszystkie języki europejskie. Obsługa niewielkiej restauracji zdążyła się już przyzwyczaić do tej wieży Babel, reagując na swoisty język gestów i swego rodzaju international-lingua, który wytworzył się w tym specyficznym miejscu. Przy jednym ze stolików siedziała czwórka mężczyzn, na oko po trzydziestce. Wszyscy krótko ścięci, mocno opaleni i całkowicie spokojni. Tylko jeden z nich, barczysty blondyn gestykulował. Opowiadał coś głośno, budząc salwy śmiechu swych towarzyszy. Gdy chudy jak patyk kelner przywiózł na niewielkim wózku zamówiony posiłek, zapadła cisza. Obecni przy stoliku rzucili się na jedzenie, które w każdej przeciętnej restauracji europejskiej zostałoby zwrócone kucharzowi, najprawdopodobniej bezpośrednio na twarz. Tu, zwłaszcza po dwóch tygodniach żelaznych racji żywnościowych, przyniesione dania wydawały się szczytem kulinarnej finezji. Przez dłuższą chwilę przy stoliku panowała cisza, przerywana jedynie stukaniem sztućców o poszczerbione brzegi talerzy. Nasyciwszy głód, jeden z siedzących przy stole, brunet o szarozielonych oczach zagadnął w stronę siedzącego naprzeciw blondyna.

— Przemyśl to jeszcze Artur. Teraz dopadliśmy Jacoba. Ale to nie ostatni handlarz, za którego jest nagroda. Idzie nam świetnie, kasa na koncie. Czego chcieć więcej? — brunet zapytał retorycznie i spojrzał na pozostałych dwóch mężczyzn, szukając w nich poparcia — Tworzymy zgrany zespół…

— Nie każdy zbiera kasę po to, żeby ją wydać na dziwki. — Blondyn pokręcił przecząco głową, kończąc przypaloną pieczeń.

Jeden z milczących dotąd mężczyzn, słysząc soczyste stwierdzenie Artura zachichotał, klepiąc bruneta po szerokim ramieniu.

— O nie, Peter czasami wydaje pieniądze na samochody, ale zasadniczo to kobiety są jego zgubą — zgodnie pokiwali głowami rechocząc, a brunet wzruszył ramionami i mruknął niczym nie zrażony.

— A co jeszcze potrzeba do szczęścia panowie idealni? — wskazał dłonią na blondyna. — On jeden się ożenił, więc u kogo kobieta dybie na zgubę? No chyba nie na mnie… — Peter toczył, tym razem ustną, batalię. Z góry skazany na przegraną, ale ten żołnierz nie zwykł się poddawać. Artur — najlepszy snajper w całym zespole zaciągnął się na dwuletni kontrakt do największej prywatnej armii świata dla pieniędzy, dla rodziny żyjącej w dalekiej Polsce. Pozostała trójka tworząca zespół żyła z dnia na dzień. Chociaż żaden z nich nie przyznałby tego głośno, zazdrościli smukłemu blondynowi przepięknej żony, dwóch córeczek i niewielkiego domu na dalekich przedmieściach Zielonej Góry. On miał do czego wracać. Nic dziwnego, że nie zamierzał przedłużać kontraktu. Nagroda wyznaczona przez Departament Stanu USA i pieniądze za dwuletni kontrakt to było znacznie więcej niż Polak spodziewał się zarobić na tym wyjeździe….

Tego samego dnia, cała trójka w podłych humorach żegnała kolegę, wsiadającego na pokład potężnego C-17 Globemaster, startującego do lotu międzykontynentalnego. Artur pomachał do kolegów i usiadł na jednym z niewielu rozkładanych foteli, zbudowanych z niewielkiej ramy i brezentu. Wnętrze potężnego samolotu było surowe. W niczym nie przypominało rejsowych samolotów cywilnych linii lotniczych. Pomiędzy potężnymi wręgami widniały sterty skrzyń, starannie przymocowanych do podłogi pasami bezpieczeństwa. Po chwili do Polaka dołączyło jeszcze czterech żołnierzy w mundurach US Army, którzy po krótkim przywitaniu zajęli pozostałe trzy wolne miejsca.

— Uwaga pasażerowie, zapiąć pasy — z głośnika nad wejściem do kabiny pilotów rozległ się głos kapitana.

— Za chwilę startujemy! — niemal jednocześnie z głosem dowódcy, łagodne ciche buczenie silników giganta zaczęło się zamieniać w ryk, gdy piloci dodawali mocy. Samolot ruszył z miejsca. Przyspieszając na pasie startowym, wznosił za sobą tumany pustynnego pyłu. Pilot wiedział, że ma na pokładzie pasażerów, ale chyba nie zwracał na ten fakt zbytniej uwagi. Artur zapamiętał ten lot na długo. Krzyż i mięśnie odczuwały każdą turbulencję i zmianę wysokości lotu. Wyglądało na to, że dla załogi nie ma żadnej różnicy między żołnierzami, a workami kartofli. Mimo zmęczenia najemnik nie mógł zasnąć. Myśl o celu podróży owładnęła nim całkowicie. Jak dawno nie widział tych słodkich twarzy. Oparł się o wąską, niewygodną ramę i zamknął oczy. W myślach przewijał mu się obraz wiotkiej, niespełna trzydziestoletniej kobiety. Jego Marty, którą ostatni raz widział miesiąc temu na niewielkim ekranie komputera. Zatrzymujący się co chwilę obraz i rwący się dźwięk, musiały wystarczyć przez długie dwadzieścia pięć miesięcy. W wyobraźni przesuwał dłonie po delikatnej skórze policzków, spoglądał wprost w duże, błękitne oczy… Nagle poczuł kolejny wstrząs, tym razem mocniejszy. To pilot bezceremonialnie posadził dużą maszynę na betonowym pasie. Mimo wszystko miał szczęście. Zamiast wielokrotnych przesiadek, trafił na jeden z transportów NATO wprost do celu swojej podróży. „Eric musiał potrząsnąć kimś naprawdę wysoko” z uznaniem pomyślał Artur o swym przełożonym w Blackwater, otwierając oczy. Jak inaczej można było wyjaśnić fakt, że prywatna osoba jaką oficjalnie był, mogła skorzystać z lotu samolotem HAW do Wrocławia. Czuł drżenie ogromnego kadłuba, gdy samolot toczył się coraz wolniej, wyprost na stanowisko postojowe. Żołnierze siedzący naprzeciwko Artura, prowadzący cichą rozmowę niemal cały czas, teraz zamilkli. C-17 znieruchomiał, a silniki zawyły ostatni raz i ucichły. Trzasnęły odpinane pasy bezpieczeństwa. Artur, choć serce rozsadzało mu szczęście, wstał i przeciągnął się ociężale. Mruknął coś do swych towarzyszy podróży i ruszył w stronę tylnej rampy, otwierającej się z jękiem hydraulicznych siłowników. Zza szarej, szerokiego pomostu, znaczonego stalowymi wzmocnieniami wytrzymującymi ciężar czołgu, wyłoniła się polska noc. Do wnętrza samolotu przesyconego smrodem lotniczego paliwa, smarów i metalu wtargnął zapach świeżo skoszonej trawy. Artur wciągnął głęboko w płuca swojskie powietrze, jakże inne od suchej pustyni. Zarzucił na ramię worek marynarski i po wojskowemu pomaszerował w stronę szerokiego wyjścia.

— Go, go, go men. — szturchnięcie jednego z pilotów, który pojawił się nie wiadomo skąd i jego zachrypnięty głos, popędził Artura. Pozostali członkowie załogi pracowali już we wnętrzu, ściągając taśmy zabezpieczające z ładunków.

— Ok. — Polak pokiwał głową ze zrozumieniem i szybkim krokiem opuścił samolot. Owiał go chłód nocy. Niecałe pięćset metrów dzieliło go od jasno oświetlonego terminalu. Gdzieś zza niego dobiegał odgłos silników samochodowych, nocnego szumu miasta. Czekał cierpliwie na konwój wojskowych ciężarówek, który wkrótce pojawił się na płycie lotniska. Dwie godziny później opuścił wreszcie wrocławskie lotnisko, oficjalnie jako eskorta ładunku. Usłużny kierowca zlitował się nad najemnikiem i wypuścił go na najbliższym rondzie. Wreszcie był wolny…. Wojskowy Star z rykiem silnika odjechał, pozostawiając siwą chmurę dieslowskich spalin. Postąpił kilka kroków naprzód i odetchnął świeżym, nocnym powietrzem. Nieważne, że miasto widniało gdzieś daleko na horyzoncie, że stał przy szerokiej drodze, tak naprawdę pośrodku niczego. Liczyło się tylko to, że wrócił. Zarzucił sobie na plecy worek i zaczął iść spokojnym krokiem. Co rusz, z wyciem silnika przemykały samochody, a ich kierowcy najprawdopodobniej upatrzyli sobie dwupasmową drogę do prób szybkości swych wehikułów. Niektórych zgoła muzealnych. Gdzieś z tyłu zabrzmiał wysoki dźwięk ścigacza i tuż przy wysokim krawężniku przemknęła sportowa honda, mknąca grubo ponad dwieście kilometrów na godzinę. „Za daleko dla drogówki…” — ledwie zdążył tak pomyśleć, gdy przed nim rozległ się pisk opon, gwałtownie zwalniającego samochodu. Czerwone światła stopu zabłysły intensywnie, wręcz oślepiająco. Nieco dalej widniała policyjna latarka. „Wywołałem wilka z lasu” — pomyślał z przekąsem. Przeszedł obok radiowozu, nie zwracając uwagi drogówki ani pechowego kierowcy, jednym uchem łapiąc ironiczny ton policjanta, indagującego zestresowanego kierowcę.

— Wie pan… — głos zatrzymanego drżał, był nienaturalnie wysoki — nie wiedziałem… ta szybkość… naprawdę nigdy bym nie przypuszczał… — nie mając obmyślonego planu, drogowy pirat z przypadku plątał się w zeznaniach.

— Panie kierowco — silny głos funkcjonariusza przerwał nieporadne tłumaczenia kierowcy — przekroczył pan prędkość o trzydzieści pięć kilometrów w terenie zabudowanym. Będzie czterysta złoty i sześć punktów… — Kierowca aż sapnął usłyszawszy wyrok, ale dalszego ciągu zabawnego dialogu Artur już nie usłyszał. Poczuł chłód i zaczęły nim wstrząsać dreszcze. Nagła zmiana klimatu robiła swoje. Dojrzawszy w oddali świecący napis „Taxi”, wysunął prawą dłoń z uniesionym kciukiem i dopiero po chwili przypomniał sobie, że jest w Polsce, więc pomachał dłonią. Biały mercedes z żółtym pasem i napisem „Radio Taxi AEM” zatrzymał się tuż przy najemniku. Okno uchyliło się i mający już dobrze pod pięćdziesiątkę, otyły, zarośnięty taksówkarz uważnie zlustrował Artura.

— Gdzie sobie pan życzy? — głos kierowcy brzmiał jakby właśnie wychylił kilka głębszych. Zagadnięty pochylił się nad oknem i cichym głosem rzucił.

— Dworzec PKP. Uprzedzam, że mam tylko trochę dolarów:

— Ma dolary, zapłaci w dolarach — zarechotał grubas wskazując na miejsce. Artur szybko wrzucił worek na tylne siedzenie i usiadł obok kierowcy. To był najwyższy czas, gdyż drogówka już zwróciła uwagę na stojące auto. Najemnik z ulgą rozsiadł się na wygodnym fotelu. Mercedes błyskawicznie nabrał prędkości, choć w środku słychać było jedynie cichy pomruk silnika. Włączone radio cicho serwowało jakąś spokojną muzykę.

— Z daleka pan wraca? — zapytał taksówkarz, zerkając ciekawie na opaloną twarz pasażera. — Urlop co?

Artur uśmiechnął się pod nosem, co nie uszło uwadze jego rozmówcy i zaprzeczył.

— O nie. — Przemknęli na pomarańczowym świetle przez skrzyżowanie, ale taksówkarz nawet nie zdjął nogi z pedału gazu. Artur spojrzał przez okno na przemykające domki przedmieść Wrocławia. — Wakacje właśnie się zaczynają…

Taryfiarz zarechotał swym chropowatym, przepitym głosem. Minęli autobus wyjeżdżający z zatoczki.

— Pan nawet nie żartuje, gdzie w pipidówie na wczasy. Opalenizny pan nie złapiesz, a zapłacisz tyle, co w Egipcie. Taa, piramidy, to jest urlop… — w głosie kierowcy zabrzmiała tęsknota.

Najemnik na samą myśl o palącym słońcu, twardym piasku i Beduinach, skrzywił się, kręcąc przecząco głową.

— Niech mi pan wierzy, potrafią się przejeść… — W głosie Artura dało się słyszeć nutę melancholii. Wjeżdżali już pod sam dworzec. Pasażer ze zdumieniem skonstatował, że otacza go metalowe ogrodzenie, ponad którym wystają maszyny budowlane i kilka kontenerów mieszkalnych.

— Hmm — zerknął na taksówkarza, który zatrzymał auto, po czym wymownie spojrzał na taksometr — czy stąd odchodzą pociągi? — Taryfiarz przez moment nie odpowiedział na pytanie, spoglądając na swego rozmówcę, jakby nie zrozumiał słów. Dopiero po chwili odpowiedział.

— A niby skąd miałyby odchodzić? — zapytał zdziwiony taryfiarz. Artur wskazał na ogrodzenie i ciągnął dalej.

— Wydaje się być w remoncie…

Kierowca kiwnął głową, słysząc niedowierzanie pasażera i wyjaśnił.

— Panie, to nie było pana trochę we Wrocławiu. Robią remont na Euro, ale nie bój pan nic. — Wskazał włochatą, tłustą dłonią na róg, zza którego wyłoniła się grupka, targająca jakieś walizy. — Tam jest ten, no, awaryjny peron. — Najemnik nie pytając o nic więcej, wręczył mu sto dolarów i dźwignął swój worek z tylnego siedzenia.

— Panie, najlepszego na wczasach. — To był złoty kurs dla tego taksówkarza w tym miesiącu, jeśli nie w roku. Artur pomachał ręką do odjeżdżającej taksówki. Ta włączyła się bezceremonialnie do ruchu, omal nie zderzając się z czerwonym fiatem, nadjeżdżającym ze znaczną prędkością. Najemnik ruszył w stronę przejścia, słuchając klaksonu, którym kierowca chciał chyba zniszczyć bębenki wrednego taksówkarza. Skręcił za róg. Nie zatrzymał się nawet na moment, chociaż w przejściu zalegał mrok. Kierował się wprost ku nieregularnej ciemnej plamie, znaczącej przejście pod peronami. Śmiało szedł naprzód. Gdzieś przed idącym zapłonął na moment ogień i pojawił się czerwony punkt żaru papierosowego. Oczy Artura, przyzwyczajone do mroku, wyłuskały trzy postaci. Stały przy samym wejściu, tuż obok zdezelowanej ławki. Był już bardzo blisko, gdy w ciemności rozległo się zapytanie, wypowiedziane zaczepnym, ochrypłym głosem.

— Koleżko, masz fajki? — Najemnik westchnął i nie zwracając uwagi szedł dalej, mając nadzieję, że pytają kogoś innego. Niestety, musieli dostrzec, że idzie sam. Jeden z cieni przesunął się w bok, stając na drodze piechura. Artur zwolnił, ale nie zatrzymał się, chcąc przejść obok.

— „Ryży” się pytał o szluga, nie? — Tym razem z ciemności dobiegała już czysta agresja. Artur przelotnie pomyślał powątpiewająco o inteligencji co poniektórych nocnych marków. Nie wyartykułował jednak głośno swych wątpliwości. Zamiast tego odpowiedział grzecznie, spokojnym i opanowanym głosem.

— Skoro nie odpowiedziałem, to nie mam, czyż nie? — Ściana mięśni, wyższa od niego o głowę, zablokowała mu całkowicie przejście, zmuszając do zatrzymania.

— Mamy tu mądralę — warknął olbrzym do swych kamratów i wyciągnął przed siebie dwie dłonie, potężne jak bochny chleba. Oparł je na ramionach Artura władczym gestem. Najemnik natychmiast upuścił worek, co cała trójka pochopnie uznała za objaw strachu.

— Wpierdol nauczy cię nie pyskować… — agresor nie zdołał dokończyć zdania. Artur gwałtownym ruchem strącił z siebie obie dłonie przeciwnika. Chwyciwszy jedną z nich, obrócił się wokół własnej osi i wykorzystując ciężar napastnika, przerzucił go nad sobą. Zdumiony dresiarz gruchnął boleśnie o stare płyty chodnika. Dwaj pozostali stali jak wryci, nie wierząc w to, co właśnie zobaczyli. Najemnik zaś nie miał zamiaru czekać, aż się ockną. Postąpił dwa kroki naprzód i choć mężczyzna z papierosem, widząc ruch, cofnął się, to przed precyzyjnie wycelowaną nogą nie miał szans uchronić się. Wojskowy but o grubej podeszwie zgniótł papierosa, wciskając żar w usta palacza. Trafiony przewrócił się. Gulgocząc coś, szukał paluchami w rozbitych ustach niedopałka. Ostatniego opuściła odwaga. Uniósł w górę dłonie w obronnym geście, wołając.

— My tylko chcieliśmy fajkę….

Wydawało się, że to koniec starcia. Od momentu rozpoczęcia walki nie minęło nawet trzydzieści sekund. Z chodnika zaczął zbierać się największy z napastników.

— Kurwa, zapłacisz mi za to, chuju — klął nie przebierając w słowach. — Nie wiesz z kim zadarłeś skurwysynu… — Dalszą część barwnej wypowiedzi przerwał błyskawiczny cios, którego złorzeczący, ogolony na łyso mężczyzna nie miał szans uniknąć. Najemnik złożył się w pół i obracając się, uderzył bandytę w twarz krawędzią stopy. W tym momencie trzasnęła kość nosa trafionego. Ten z jękiem zwinął się na chodniku, zasłaniając ręką krwawiącą twarz. Artur ustawił się przodem do dwóch pozostałych. Nie przypominał już spokojnego przechodnia. Jego postawa, absolutny spokój jaki zachowywał i błyskawiczna reakcja nie wróżyły nic dobrego dla miejskich rzezimieszków. W takiej sytuacji, gdy najsilniejszy z nich został wyeliminowany, a wszystko wskazywało na to, że mimo przewagi liczebnej nie mają zbyt dużych szans, mogli podjąć tylko jedną decyzję. W tej samej chwili, omal nie zderzając się ze sobą, rzucili się do ucieczki. Kompan pozostał za nimi, leżąc, krwawiąc i mrucząc coś pod nosem. Artur przez chwilę spoglądał za uciekającymi, po czym jak gdyby nigdy nic podszedł do swojego bagażu. Zarzucił go na ramię i ruszył w stronę wejścia. Zatrzymał się koło zakrwawionego mężczyzny i spojrzawszy w dół, mruknął.

— Szczęściarzu, weź się do jakiejś normalnej roboty. Kupowanie fajek w sklepie nie jest tak bolesne, jak zdobywanie ich na dworcu PKP. — Nie doczekawszy się odpowiedzi, zanurzył się w mroku przejścia. Gdzieś nad nim zadudnił przejeżdżający pociąg podmiejski. Zgrzytliwy pisk hamulców zagłuszył odpowiedź pobitego osiłka.

Rozdział I

Artur otworzył oczy. Przez długą chwilę, w ciszy wpatrywał się w sufit. Długie drewniane belki stropowe ciągnęły się przez całą sypialnię. Nigdy nie zwracał na nie specjalnej uwagi, teraz nie mógł się napatrzeć. Ciemna bejca uwydatniała wydłużone słoje, tworzące niepowtarzalne wzory na powierzchni każdej z belek. Poczuł smukłą dłoń, wsuwającą się na jego umięśniony bark. Obszerna kołdra zaszeleściła i wyłoniła się spod niej głowa Marty w krótkich blond włosach. Fryzura, do której nie mógł się przyzwyczaić. Ale jej wzrok, wpatrujący się w niego z miłością, wynagradzał wszystkie te zmiany w wyglądzie. Zaokrąglenia, które pojawiły się tu i ówdzie, jedynie dodawały jej kobiecości.

— O czym myśli mój miś? — odezwała się cicho, niewinnym tonem. Spojrzał prosto w te oczy, za którymi tęsknił tam, na pustyni. Jego szeroka dłoń przesunęła się po głowie żony.

— O Tobie skarbie. O tym domu. Brakowało mi was, tam… — Głos Artura emanował ciepłem. Położyła mu na ustach starannie wypielęgnowany palec.

— Już jesteś. Cały i zdrowy. — Zsunęła jego dłoń z głowy i patrząc na niego, pocałowała jej wnętrze.

— Każdego dnia umierałam ze strachu. Że odezwie się telefon. Że przyjdzie list. A teraz wróciłeś. — Poczuł gorąco bijące od jej ciała, gdy przylgnęła doń całą sobą. Smukłymi palcami musnęła odkryty, szeroki tors męża. Pchnięta nagłym impulsem, usiadła na nim, odrzucając kołdrę. Poczuła jego dłonie przesuwające się wzdłuż jasnych ud żony. Pożądliwie spojrzał na odkryte, dorodne piersi. Za nimi też tęsknił… Bardzo….. Elektryzującą atmosferę przerwał naraz radosny okrzyk. Jeden, drugi. Trzasnęły drzwi. Marta wykazała się doskonałym refleksem, nurkując pod kołdrę zanim obie córki wpadły do sypialni. Roześmiane buźki pojawiły się w otwartych drzwiach. Artur rozchylił ramiona w zapraszającym geście. Jego twarz rozpromieniła się na widok córek. Nie mógł się nadziwić zmianom, jakie w ciągu dwóch lat zaszły w dziewczynkach. Niby dostawał zdjęcia, niby rozmawiali za pośrednictwem komputera. Na żywo jednak, wciąż musiał się przyzwyczajać, że Ina z pulchnej siedmiolatki zaczęła się przeobrażać w smukłą uczennicę szkoły podstawowej, a Hania nie stawiała nieśmiałych kroków, lecz biegała niczym sprinter. Obie wskoczyły na szerokie małżeńskie łoże. Artur przyzwyczajony do żelaznej dyscypliny, tym razem zapomniał o czasie. Rodzina usiadła do śniadania niemal w samo południe, wciąż nie mogąc się nacieszyć obecnością tego jednego, jedynego człowieka, który był dla nich całym światem.

Wnętrze karczmy wypełniał gwar rozmów oraz papierosowy dym. Powietrze przesycone było zapachem pieczonego mięsa. Ściany bez tynku, z odkrytymi cegłami i ciężkie drewniane meble tworzyły specyficzny klimat tego miejsca. Stojący za masywnym barem, wysoki mężczyzna, przypominał średniowiecznego karczmarza. Odziany w hajdawery, trzymał w dłoniach dwa drewniane kufle. W rozradowanej twarzy ciężko było rozpoznać najemnika, który pół roku temu wylądował na lotnisku we Wrocławiu. Będąc jeszcze w szkole średniej chciał prowadzić karczmę. Taką, gdzie na rożnie piecze się świniak, a piwo podają w drewnianych, średniowiecznych kuflach. Ogarnął wzrokiem ciemne pomieszczenie i sześć stołów. Jakież miał szczęście, że udało mu się wydębić ten lokal od miasta. Jak to dobrze, że spotkał w ratuszu znajomego ze średniej szkoły. Na całe szczęście Michał pamiętał kolegę ze szkolnych czasów i poparł pismo swoim słowem. I tak w ciągu niespełna czterech miesięcy zrealizowało się jego marzenie. Z czułością spojrzał na żonę, rozmawiającą z kucharką na zapleczu. Omawiały coś głośno, ale w gwarze panującym na sali nie mógł nic usłyszeć. Mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by jeździć po świecie i zwiedzać, albo leżeć plackiem przed telewizorem. Nie pasowało to jednak ani do niego, ani do niej. Artur zawsze lubił pracować, czuć się potrzebny. A dzięki karczmie pomagał też kilku osobom z okolicy, wybranym spośród znajomych Marty. Nie zależało mu specjalnie na zysku, to i załoga nieźle zarabiała. Widział jak dwie młode kelnerki, odziane w stroje z epoki śmigają między dębowymi stołami. Uwijały się jak w ukropie, a zapatrzony w nie właściciel karczmy dopiero po chwili zwrócił uwagę na człowieka stojącego przy barze, usiłującego przekrzyczeć gwar.

— Organizujecie tu wesela? — niski, pękaty mężczyzna, przedwcześnie wyłysiały, próbował nadać swemu głosowi poważny ton. Artur w odpowiedzi pokiwał głową wskazując na drewniane, okute drzwi wiodące na zaplecze. Szturchnął dłonią swego pomocnika, wysokiego i szczupłego bruneta, konwersującego w najlepsze z jakąś kuso odzianą blondynką. Mimo mocnego makijażu, widać było wyraźnie, że ma najwyżej osiemnaście lat.

Czując lekkie uderzenie, odwrócił się, marszcząc brwi. Widząc, że zaczepia go szef, odruchowo się wyprostował.

— Idę na zaplecze Adaś, miej oko na wszystko –Artur uśmiechnął się i pogroził palcem — i uważaj z tymi dziewuszkami. Zwłaszcza na ich wiek. — Pomocnik rozdziawił usta w szerokim uśmiechu i oblizał się, mrugając porozumiewawczo okiem. Były najemnik pokręcił głową z rezygnacją i wskazał klientowi drzwi. Weszli za nie i od razu hałas zmniejszył się co najmniej o połowę. Marta, widząc wchodzącego męża, posłała mu buziaka i wróciła do rozmowy z kucharką. Nieco zagubiony klient usiadł na podsuniętym krześle, zdumiony rozglądając się wokół. Właściciel nie żałował pieniędzy, sprzęt w kuchni był najnowszej technologii. Zaplecze było przeciwieństwem sali restauracyjnej. Wszędzie błyszczały metalowe powierzchnie, załoga odziana niczym laboranci pracowała zwinnie i szybko. W każdym ich ruchu widać było profesjonalizm i autentyczne zaangażowanie, niezależne od tego, że w kuchni właśnie pojawił się szef. Artur spokojnie czekał, aż klient obejrzy sobie zaplecze. Wiedział, że ono zadziała na ich korzyść.

— Ładną macie tu kuchnię — głos klienta wyrażał zachwyt. Nic dziwnego. Sam dobierał sprzęt, a meble z kolei Marta. Z czułością popatrzył na nią, jak kołysząc biodrami przechodzi do reszty obsługi wraz z szefową kuchni. Widział, jak ukradkiem zerka, upewniając się, że patrzy. Oparła się o długi stół, na którym dwóch kuchcików zawzięcie coś kroiło i niby przypadkiem podciągnęła spódnicę powyżej kolan. Niemal do połowy kształtnego uda. Artur nie mógł się oprzeć, by nie spojrzeć na nie. Nagle pomyślał z niepokojem, że chłopcy przy stole mogą poobcinać sobie palce. Na całe szczęście żona zasłoniła nogę i z niewinnym uśmieszkiem odwróciła się do szefowej kuchni. Właściciel wreszcie mógł się skupić na kliencie.

— Zatem jakie to będzie wesele? — energia w głosie Artura nie pozostawiała złudzeń, że da z siebie wszystko przy organizacji imprezy. Klient napuszył się z dumy. Wyglądało na to, że wyrzuci z siebie zamówienie na batalion wojska. Skończyło się na sześćdziesięciu osobach i cateringu serwowanym przez karczmę. Zamówienie było pilne, bo do soboty, na którą klient zarezerwował lokal pozostały trzy dni. Arturowi przypomniały się gorące dni w Iraku, gdy z dnia na dzień przygotowywali działania bojowe. Adrenalina była podobna, ale już nie musiał do nikogo strzelać. Niecałą godzinę trwało ustalanie warunków. Klient mimo niepozornego wyglądu był twardym negocjatorem, ale doceniał to, co zobaczył. Jeszcze tego samego dnia Artur, z pokaźną zaliczką w kieszeni biegał po centrum Zielonej Góry, szukając zamówionego alkoholu. Skończyło się na szybkiej jeździe do Wrocławia. To mu się właśnie podobało. Coś, nad czym trzeba było pomyśleć, rozwiązać, zorganizować…

Błękitny, gotycki napis „Karczma u Marty” rozjaśniał parking pokryty świeżym brukiem. Dziś był zapełniony po brzegi. Na głównym miejscu stała biała, długa limuzyna, którą przyjechali państwo młodzi. Wśród samochodów stało kilku gości weselnych, rozmawiających ze sobą zawzięcie. Artur, odziany w swe hajdawery stał oparty przy wejściu, z dumą spoglądając na pełną salę. Pod samym barem grała orkiestra przebrana w średniowieczne stroje, a przy mikrofonie całkiem udanie śpiewała przysadzista brunetka dobiegająca czterdziestki. Pary wirowały w tańcu, a wśród nich para młodych. Artur sceptycznie zlustrował pannę młodą. Mimo młodego wieku nie wytrzymywała porównania z Martą, która też się gdzieś tu kręciła, podobnie jak Ina i Hania, szalejące w kuchni pomiędzy obsługą. Ukradkiem zerknął na szczupłą sylwetkę żony dyrygującej kelnerkami. Na sobotnią okazję, odstawiła się naprawdę wystrzałowo. „Mała czarna” przylegała do boskich kształtów blondynki niczym druga skóra. Kończąca się w połowie alabastrowych ud, sprawiała, że każdy z mężczyzn obecnych na weselu z pewnością ją zauważył. Artur z rozbawieniem zauważył, że wzbudza znacznie większą sensację swym wyglądem, niż panna młoda i jej druhny. Choć młodsze i z silnym makijażem, nie miały tej klasy i gracji, z jaką poruszała się Marta.

— Moi państwo — z mikrofonu dobiegł głos wodzireja. Wysoki, chudy jak tyka szatyn doskonale zabawiał publiczność. Artur już w tej chwili był przekonany, że zatrudnienie go będzie doskonałym pomysłem. Wszedł do środka i założywszy ręce na brzuchu, słuchał dalej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.24
drukowana A5
za 29.28