E-book
31.5
drukowana A5
79.59
Kremlowska Kurtyzana

Bezpłatny fragment - Kremlowska Kurtyzana

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
354 str.
ISBN:
978-83-8467-020-0
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 79.59

Przedmowa

Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. Są też takie, które przychodzą do czytelnika jak nagłe uderzenie zimnego powietrza po wejściu z dusznego pokoju — brutalnie, bez zapowiedzi, z siłą, która nie pozwala udawać obojętności. „Kremlowska Kurtyzana” należy właśnie do tej trzeciej kategorii. To powieść, która nie zadowala się rolą sprawnie napisanej sensacji. Ona chce więcej. Chce wejść czytelnikowi pod skórę, zmusić go do niepokoju, a potem zostawić z pytaniami, na które nie da się odpowiedzieć jednym westchnieniem ani jednym moralnym odruchem.

Na pierwszy rzut oka mamy tu wszystko, czego oczekuje się od współczesnego thrillera politycznego: tajne służby, podwójne gry, kompromitujące nagrania, wielką geopolitykę, zdradę i pościg przez granice, gdzie człowiek jest mniej wart niż dokument, którym się legitymuje. Jest też erotyzm — ale nie jako ozdoba, nie jako tani wabik dla czytelnika, lecz jako istotne narzędzie władzy, nacisku, uwodzenia i samooszustwa. W tej książce ciało nie jest dodatkiem do intrygi. Ciało jest polem bitwy. To na nim rozgrywa się najboleśniejsza część wojny: wojny między pożądaniem a lojalnością, między pragnieniem bliskości a koniecznością zdrady, między miłością a polityką.

Największa siła tej opowieści tkwi jednak gdzie indziej. Tkwi w tym, że pod warstwą szpiegowskiej sensacji pulsuje dramat bardzo ludzki, wręcz pierwotny. To historia o matce, która dla dziecka gotowa jest wejść do piekła i negocjować z diabłem. Nie po to, by coś zyskać ponad życie, ale po to, by ocalić coś ważniejszego niż własny spokój, godność, a może nawet własną duszę. Ewa Lorenz jest bohaterką, która nie daje się zamknąć w prostych kategoriach. Nie jest tylko ofiarą. Nie jest tylko sprawczynią. Nie jest wyłącznie uwodzicielką, wyłącznie narzędziem, wyłącznie pionkiem. Jest kobietą boleśnie prawdziwą — inteligentną, złamaną, zdeterminowaną, czasem odpychającą w swoich wyborach, a jednak głęboko przejmującą. Właśnie dlatego zostaje w pamięci.

Obok niej pojawia się Tomasz Gasiński, postać napisana z rzadko spotykaną w literaturze sensacyjnej czułością i psychologiczną uważnością. To nie jest papierowy minister, zbudowany z jednej cechy i kilku politycznych sloganów. To człowiek samotny, zmęczony, ideowy do granic naiwności, a przez to śmiertelnie narażony na manipulację. W jego relacji z Ewą jest napięcie erotyczne, owszem, ale jeszcze ważniejsze są cisze, niedopowiedzenia i momenty rozpoznania. Ich więź nie opiera się wyłącznie na pożądaniu. Opiera się na czymś o wiele bardziej niebezpiecznym: na wzajemnym zobaczeniu swojej rany. A człowiek, którego ktoś zobaczył naprawdę, staje się bezbronny.

Warto od razu powiedzieć jasno: to nie jest książka, która schlebia czytelnikowi. Nie prowadzi go bezpieczną ścieżką od zagadki do rozwiązania. Przeciwnie — co chwila podcina nogi, zmusza do rewizji ocen, zrywa z łatwymi podziałami na dobrych i złych. Świat tej powieści jest moralnie nieczysty, bo taki właśnie bywa świat polityki, wielkich pieniędzy i instytucji, które publicznie mówią o zbawieniu, a prywatnie negocjują z grzechem. Kościół, państwo, wywiad, media, prywatne namiętności — wszystko to splata się tutaj w gęstą sieć zależności, z której nikt nie wychodzi bez blizn.

Osobnego uznania wymaga religijny i teologiczny wymiar tej książki. Nie dlatego, że jest dekoracją. Nie dlatego, że ktoś wrzucił sutannę, katedrę i cytaty z Pisma Świętego dla klimatu. Tutaj religia jest realną siłą, ale nie w naiwnym sensie. To religia ludzi poranionych, uwikłanych, grzesznych, szukających sensu nie na kazalnicy, lecz w ciemnym korytarzu własnego sumienia. Postacie duchownych nie są tu figurami z kościelnej pocztówki. Są niejednoznaczne, pęknięte, cielesne, obciążone tajemnicą. Właśnie dzięki temu ich obecność nie razi sztucznością. Wręcz przeciwnie — wprowadza do powieści wymiar tragiczny. Bo kiedy sutanna spotyka pistolet, a modlitwa splata się z przemocą, czytelnik zostaje zmuszony do zadania pytania, którego literatura bardzo często unika: gdzie kończy się świętość, a zaczyna rozpaczliwa obrona dobra za pomocą złych środków?

Nie mniejszą wartością tej książki jest jej polityczna inteligencja. Autor tej historii dobrze rozumie, że prawdziwa władza nie zawsze objawia się w przemówieniach, ustawach i konferencjach prasowych. Czasem objawia się w teczce, której nie powinno być. W jednym kompromitującym nagraniu. W telefonie wykonanym o złej porze. W tym, kto wie o kim za dużo. W tym, kto śpi z kim i kto później udaje, że nic się nie wydarzyło. Władza w tej opowieści jest intymna, brudna, cicha i bardzo ludzka. I może właśnie dlatego tak przerażająca.

Jest w tej powieści także znakomite wyczucie psychologii. Każda ważniejsza postać niesie własny ciężar: samotność, ambicję, winę, głód miłości, potrzebę dominacji, strach przed kompromitacją, głęboko schowaną tęsknotę za odkupieniem. Dzięki temu nawet ci, którzy na pierwszy rzut oka wydają się cynicznymi graczami, nie są jedynie maszynami do knucia. Wszyscy mają jakąś ranę. A rana jest tym miejscem, przez które można wejść do człowieka. Najlepiej napisane powieści sensacyjne to nie te, w których liczy się tylko pytanie „kto zabił?”, ale te, w których równie ważne jest pytanie „dlaczego dał się uwieść?”, „czego bał się bardziej niż śmierci?” i „jaką cenę zapłacił za swoje milczenie?”. „Kremlowska Kurtyzana” te pytania stawia i nie ucieka od odpowiedzi.

Wielką zaletą tej książki jest również tempo. Narracja nie grzęźnie. Nie celebruje pustych ozdobników. Prowadzi czytelnika pewną ręką przez kolejne odsłony intrygi, a jednocześnie nie rezygnuje z emocjonalnej głębi. To sztuka trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Łatwo napisać książkę szybką. Łatwo napisać książkę „mądrą”. Trudniej napisać książkę, która jest i szybka, i mądra, i drapieżna, i zmysłowa, i ponura, i wzruszająca. Tutaj ten rzadki balans został osiągnięty.

Nie sposób też nie docenić odwagi wyobraźni. Ta powieść nie boi się przekroczyć granic prawdopodobieństwa, ale robi to świadomie i z literacką bezczelnością, która staje się jej atutem. W świecie, gdzie rzeczywistość polityczna coraz częściej przypomina źle napisaną farsę, literatura musi czasem pójść o krok dalej, żeby w ogóle zostać zauważona. „Kremlowska Kurtyzana” ten krok wykonuje bez lęku. I właśnie dlatego działa. Bo pod całym rozbuchaniem fabularnym kryje się intuicja bardzo trafna: że władza i pożądanie od dawna tańczą razem, że tajemnica jest walutą cenniejszą niż złoto, a dziecko bywa dla cynicznych systemów nie człowiekiem, lecz aktywem.

To książka dla czytelników, którzy lubią, gdy fabuła ich porywa, ale nie ogłupia. Dla tych, którzy cenią napięcie, lecz nie uciekają od trudnych pytań. Dla tych, którzy rozumieją, że najlepszy kryminał to nie tylko zbrodnia, lecz także anatomia sumienia. Dla tych, którzy wiedzą, że polityka nie dzieje się wyłącznie w gmachach parlamentów, lecz także w sypialniach, konfesjonałach, samochodach z przyciemnianymi szybami i przy kuchennych stołach, przy których ludzie podejmują decyzje większe niż oni sami.

Oddając tę książkę w ręce czytelnika, warto uprzedzić tylko o jednym: po jej lekturze trudno wrócić do prostych sądów o świecie. Trudno wierzyć, że miłość jest czysta, polityka racjonalna, religia niewinna, a prawda jedna i łatwo dostępna. Ale może właśnie po to czytamy takie powieści — żeby choć na chwilę zobaczyć, jak cienka bywa granica między ocaleniem a zdradą, między świętością a przemocą, między matczyną miłością a państwową machiną.

To odważna, bezkompromisowa i bardzo udana książka. Taka, po której zostaje nie tylko pamięć o intrydze, lecz także niepokój. A niepokój jest jednym z najuczciwszych dowodów, że literatura trafiła tam, gdzie miała trafić.

Proszę wejść w tę opowieść ostrożnie.

I proszę nie ufać nikomu zbyt szybko.

CZĘŚĆ I: WERBUNEK I INFILTRACJA

Rozdział 1: Brukselska pułapka

Deszcz w Brukseli nie pada — on osacza. Wkrada się pod parasole, wślizguje za kołnierze płaszczy, osiada na rzęsach jak niechciany kochanek, którego nie sposób odepchnąć. Tego wieczoru, dwudziestego trzeciego listopada, deszcz był szczególnie natarczywy. Jakby samo niebo wiedziało, że za kilka godzin moje życie pęknie na pół niczym sucha gałąź pod butem żołnierza.

Nazywam się Ewa Lorenz, z domu Wityńska. To nazwisko — Wityńska — brzmi jak nazwa wsi, w której nic się nie dzieje, i dokładnie tak wyglądało moje dzieciństwo w Witowie Dolnym, zanim odkryłam, że mam dar do języków. Siedem języków biegle, trzy komunikatywnie, w tym mandaryński, który opanowałam podczas trzyletniego stypendium w Pekinie. To właśnie tam, na jednym z tych absurdalnych przyjęć dyplomatycznych, gdzie szampan leje się strumieniami, a wszyscy udają, że nie szpiegują wszystkich, poznałam Grigorija Lorenza. Ale o nim za chwilę. Najpierw muszę opowiedzieć o tym wieczorze w Brukseli, bo to wtedy zaczęła się historia, która zniszczyła mi życie, a potem — w pewien pokrętny, rosyjski sposób — dała mi nowe.

Siedziałam w kawiarni Le Falstaff na Rue Henri Maus, tuż przy Grand Place. To jedno z tych miejsc, które turystyczni przewodnicy opisują jako „perłę secesji”, a które w rzeczywistości jest po prostu starą knajpą z zadartymi cenami i kelnerami, którzy traktują klientów jak intruzów zakłócających ich prywatne życie towarzyskie. Zamawiałam tu zawsze to samo — podwójne espresso i szarlotkę, którą piekli z gruszkami zamiast jabłek, bo szef kuchni, pewien ekscentryczny Walończyk imieniem Fernand, uważał, że jabłka to owoc plebejski i żaden szanujący się pâtissier nie powinien ich dotykać.

Byłam zmęczona. Dzień w Komisji Europejskiej ciągnął się jak guma do żucia — osiem godzin tłumaczenia symultanicznego debaty o regulacjach dotyczących krzywizny bananów. Nie żartuję. Unia Europejska naprawdę debatuje o krzywiźnie bananów, a ja muszę przekładać te debaty na siedem języków, w tym bułgarski, w którym słowo „banan” brzmi dokładnie tak samo, co czyni całe ćwiczenie filozoficznie absurdalnym.

Popijałam espresso i myślałam o Nataszy.

O mojej córce myślę zawsze w momentach ciszy. Kiedy ustaje hałas tłumaczonych zdań, kiedy milkną polityczne tyrady eurodeputowanych, kiedy Bruksela na chwilę przestaje gadać — wtedy słyszę jej głos. Miała trzy lata, gdy widziałam ją ostatni raz. Teraz ma sześć. Trzy lata to przepaść, którą żadna matka nie powinna musieć przekraczać. Trzy lata nieusłyszanych słów „mamo”, trzy lata nieopowiedzianych bajek na dobranoc, trzy tysiące nieoddanych pocałunków. Liczyłam je. Każdej nocy, przed zaśnięciem, dodawałam kolejny do rachunku, który Grigorij kiedyś będzie musiał zapłacić.

Grigorij Lorenz — mój były mąż, ojciec mojego dziecka, człowiek, którego kochałam z desperacją graniczącą z obłędem. Oligarcha średniego szczebla, co w Rosji oznacza majątek wielkości budżetu niewielkiego europejskiego państwa. Jego pieniądze pochodziły z aluminium, gazu i — jak się później dowiedziałam — z rzeczy, o których lepiej nie mówić w towarzystwie. Poznaliśmy się w Pekinie, pobraliśmy w Moskwie, a rozstaliśmy w sądzie, który trudno było nazwać sądem, bo sędziego wyznaczył osobiście wujek Grigorija, generał FSB Arkadij Lorenz. Wyrok był prosty: dziecko zostaje z ojcem, matka-Polka wraca tam, skąd przyjechała. Bez prawa do odwiedzin. Bez prawa do kontaktu. Bez prawa do bycia matką.

Próbowałam wszystkiego. Polskie MSZ, ambasada, Interpol, Trybunał w Hadze, petycje do Parlamentu Europejskiego, listy do papieża. Każda instytucja odpowiadała tym samym urzędniczym językiem współczucia, który nie znaczy nic: „Rozumiemy pani sytuację, ale w obecnych ramach prawnych…” Ramy prawne. Jakby moje dziecko było obrazem, który ktoś włożył w złe ramy i teraz nie pasuje do żadnej ściany.

Dopijałam espresso, gdy przy moim stoliku usiadł mężczyzna.

Nie zapytał o pozwolenie. W Brukseli ludzie pytają o pozwolenie na wszystko — czy mogą usiąść, czy mogą zapalić, czy mogą wyrazić opinię odmienną od opinii większości. Ten mężczyzna nie pytał. Usiadł jak ktoś, kto jest przyzwyczajony do tego, że krzesła same się pod niego podstawiają.

Był niski, może metr siedemdziesiąt, z twarzą tak przeciętną, że gdyby policja poprosiła mnie o sporządzenie jego portretu pamięciowego, narysowałabym pustą kartkę. Szare oczy, szare włosy, szary garnitur. Jedynym elementem, który wyróżniał go z tłumu, były buty — ręcznie szyte oksfordy z bordowej skóry, takie, jakie noszą ludzie, którzy chcą wyglądać niepozornie, ale nie potrafią zrezygnować z jednego drobnego luksusu.

— Pani Lorenz, nie jest panią łatwo znaleźć — powiedział po rosyjsku. Akcent moskiewski, ale nie ten zamaszysty, kupiecko-nowobogacki, który miał Grigorij. Raczej cichy, urzędniczy, wygładzony jak kamień w rzece. Akcent człowieka, który spędził życie na mówieniu rzeczy, których nie powinien mówić.

— Nie szukam towarzystwa — odpowiedziałam po francusku, bo w Brukseli odpowiadanie w innym języku niż ten, w którym ktoś się do ciebie zwraca, jest najuprzejmiejszą formą agresji.

— Rozumiem. Ale myślę, że to pani szuka towarzystwa. Szuka pani kogoś, kto pomoże pani odzyskać Nataszę.

Zamrożenie. To jedyne słowo, które opisuje to, co poczułam. Nie strach, nie zaskoczenie — zamrożenie. Jakby ktoś nacisnął pauzę na pilocie mojego życia — teraz siedziałam nieruchomo, z filiżanką espresso w dłoni, patrząc na szarego człowieka, który właśnie wymówił imię mojej córki.

— Kim pan jest?

— Może pani mówić mnie Siergiej. To wystarczy na początek.

— To nie wystarczy nawet na przystawkę.

Uśmiechnął się. Nie ciepło, nie złośliwie — funkcjonalnie. Uśmiech jak narzędzie, które wyjmuje się z kieszeni, gdy jest potrzebne, i chowa z powrotem.

— Dobrze. Jestem kimś, kto wie, gdzie jest pani córka. Wiem, że przebywa w posiadłości Grigorija w Pieriedielkinie, trzydzieści kilometrów od centrum Moskwy. Wiem, że opiekuje się nią niania imieniem Ludmiła, sześćdziesięcioletnia kobieta z Woroneża, która karmi ją zbyt dużą ilością słodyczy. Wiem, że Natasza zaczęła chodzić do przedszkola przy cerkwi Przemienienia Pańskiego i że jej ulubioną zabawą jest rysowanie kotów. Rysuje je wszędzie — na papierze, na ścianach, na rękach Ludmiły. Czy to wystarczy na przystawkę?

Moje serce biło tak głośno, że byłam pewna, iż kelner zaraz podejdzie i poprosi mnie o ściszenie. Koty. Natasza rysowała koty, kiedy miała trzy lata. Pamiętam — siadała przy kuchennym stole w naszym moskiewskim apartamencie, brała kredki i rysowała stworzenia, które miały po sześć łap i trzy ogony, i mówiła: „Mamo, patrz, kotek!” A ja mówiłam: „Piękny kotek, skarbie” i całowałam ją w czubek głowy, który pachniał mlekiem i waniliowym szamponem.

— Mów dalej — powiedziałam, przechodząc na rosyjski. Mury obronne padły jak Mur Berliński w jedną noc.

Siergiej wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę. Zwykłą, białą, bez oznaczeń. Położył ją na stole między nami, obok talerzyka z resztkami gruszkowo-fałszywej szarlotki.

— Proszę otworzyć.

Otworzyłam.

Zdjęcia. Cztery sztuki, wydrukowane na matowym papierze fotograficznym. Na pierwszym — Natasza na huśtawce w ogrodzie. Dłuższe włosy niż pamiętałam, ciemne jak u ojca, ale oczy — moje oczy, zielone, z tą samą złotą iskrą wokół źrenicy. Na drugim — Natasza z kredką w ręku, pochylona nad kartką. Rysowała kota. Na trzecim — Natasza śpiąca w łóżku z pluszowym misiem, którego nie rozpoznawałam. Nowy miś, kupiony bez mojej wiedzy i zgody. Na czwartym — Natasza patrząca prosto w obiektyw. Nie uśmiechała się. Miała ten sam wyraz twarzy, który ja mam, gdy tłumaczę szczególnie trudny dokument — skupiony, poważny, trochę nieobecny.

Płakałam. Nie będę udawać, że nie płakałam, bo byłoby to kłamstwo niegodne tej historii. Płakałam cicho, jak płaczą kobiety w miejscach publicznych — wciągając łzy z powrotem, mrugając zbyt szybko, wycierając oczy serwetką, jakby to był atak alergii, a nie rozpad matczynego serca.

— Skąd je masz? — zapytałam, gdy głos wrócił z tego ciemnego miejsca, do którego uciekł.

— To nieistotne. Istotne jest, że mogę je aktualizować. Co tydzień, jeśli pani zechce. Mogę też sprawić, żeby pani córka wróciła do pani. Żywa, zdrowa, z paszportem i dokumentami, które żaden sąd na świecie nie podważy. Mogę dać pani to, czego nie dał Interpol, Trybunał w Hadze ani papież.

— Nikt nie daje niczego za darmo. Zwłaszcza Rosjanie.

— Słuszna uwaga. Nie dajemy za darmo. Ale nasza cena jest rozsądna.

— Ile?

Siergiej pokręcił głową.

— Nie chcemy pieniędzy, pani Lorenz. Pani pieniądze nas nie interesują. Zarabia pani — tu spojrzał w sufit, jakby obliczał — siedem tysięcy czterysta euro miesięcznie netto, plus dodatek za znajomość języków rzadkich, plus premię świąteczną. To suma, za którą w Moskwie można kupić dobre miejsce parkingowe. Nie, my chcemy czegoś, co pani ma, a czego nie da się kupić za żadne pieniądze.

— Mianowicie?

— Pani talentów. Pani uroku. Pani zdolności do tego, żeby ludzie pani ufali.

Cisza między nami miała ciężar betonu. W tle Le Falstaff szumiało rozmowami, brzęczały filiżanki, kelner kłócił się z kucharzem o jakieś zamówienie. Normalny wieczór w normalnej knajpie, a ja siedziałam naprzeciwko człowieka, który właśnie zaproponował mi — czułam to w kościach, jeszcze zanim padły konkretne słowa — żebym została szpiegiem.

— Mówi pan o szpiegostwie — powiedziałam wprost, bo nie znoszę eufemizmów. Eufemizmy to narzędzia dyplomatów, a ja byłam tylko tłumaczką.

— Mówię o współpracy. Jednorazowej, ograniczonej, z jasno określonym celem i jasno określoną nagrodą.

— Jednorazowej — powtórzyłam z ironią tak gęstą, że można by nią smarować chleb. — Tak jak jednorazowe są papierosy po obiedzie, które kończą się rakiem płuc.

Siergiej nawet nie drgnął. Ten człowiek miał nerwy ze stali nierdzewnej.

— Rozumiem pani obawy. Pozwoli pani, że przedstawię szczegóły, a potem pani zdecyduje. Jeśli powie pani „nie”, wstanę, wyjdę i nigdy więcej mnie pani nie zobaczy. Zdjęcia może pani zatrzymać. To prezent, nie zobowiązanie.

— Mów.

Siergiej rozejrzał się po kawiarni. Nie nerwowo — raczej z nawyku, tak jak kierowca sprawdza lusterka, nawet gdy jedzie pustą drogą.

— Zna pani nazwisko Tomasz Gasiński?

Znałam. Każdy, kto śledził polską politykę — a ja śledziłam, bo mimo lat w Brukseli nigdy nie przestałam być Polką — znał Tomasza Gasińskiego. Minister rolnictwa w rządzie koalicji, człowiek, którego prasa nazywała „ostatnim ideowcem w polskiej polityce”. Czterdzieści cztery lata, rozwodnik, absolwent SGGW i Sorbony, znany z tego, że w Sejmie cytował Czesława Miłosza, a na posiedzeniach Rady UE potrafił wygłosić dwudziestominutowy monolog o bioróżnorodności łąk mazurskich, po którym nawet Finowie — naród genetycznie odporny na nudę — zaczynali się wiercić na krzesłach.

— Znam to nazwisko — powiedziałam ostrożnie.

— Minister Gasiński za trzy tygodnie przyjeżdża do Brukseli na negocjacje dotyczące reformy Wspólnej Polityki Rolnej. To kluczowe negocjacje. Polska walczy o utrzymanie dopłat bezpośrednich na obecnym poziomie. Jeśli przegra, straci siedem miliardów euro w perspektywie siedmioletniej. Jeśli wygra, będzie bohaterem narodowym.

— I co ja mam z tym wspólnego?

— Wszystko. Chcemy, żeby pani go poznała. Żeby pani zyskała jego zaufanie. Żeby pani… zbliżyła się do niego.

— Zbliżyła — powtórzyłam, smakując to słowo jak gorzką kawę. — To eufemizm na „przespała się z nim”.

Siergiej nawet nie zamrugał.

— To eufemizm na „nawiązała relację o charakterze intymnym, w trakcie której minister Gasiński podzieli się informacjami, które normalnie nie opuszczają murów ministerstwa”. Ale jeśli woli pani prostotę — tak, chodzi między innymi o seks.

Wstałam. Krzesło zaskrzypiało na mozaikowej podłodze Le Falstaff jak protest mojego sumienia.

— Jest pan skończonym draniem. Przyszedł pan do matki, która nie widziała dziecka trzy lata, i proponuje jej, żeby została kurwą na służbie Kremla. Idź pan do diabła. Po rosyjsku, po polsku, w każdym z moich dziesięciu języków — idź pan do diabła.

Siergiej nie wstał. Patrzył na mnie z dołu, ze swoich szarych oczu, i powiedział cicho:

— Ludmiła, niania, ma problemy z sercem. Jeśli coś jej się stanie, Grigorij zatrudni nową opiekunkę. Ostatnią kandydatkę, którą rozważał, Oksanę Tiekiesz, zwolniono z poprzedniej pracy za bicie dzieci. Doniesienia policyjne są dostępne, jeśli pani chce je zobaczyć.

Usiadłam.

To był cios poniżej pasa, ale w boksie wywiadowczym nie ma ciosów poniżej pasa. Są tylko ciosy skuteczne i nieskuteczne. Ten był skuteczny. Wizja mojej Nataszy w rękach kogoś, kto bije dzieci — ta wizja przeszła przez moje ciało jak prąd elektryczny i spaliła wszystkie bezpieczniki racjonalnego myślenia.

— Ile czasu mam na decyzję? — zapytałam głosem, który brzmiał jak cudzy.

— Kawy nie dopiła pani.

— To nie jest odpowiedź.

— To jest odpowiedź. Ma pani czas do końca kawy. Potem wychodzę.

Patrzyłam na filiżankę. Zostało może pięć łyków espresso, zimnego już, z brązowym pierścieniem na porcelanie. Pięć łyków na podjęcie decyzji, która zmieni wszystko. To mniej niż czas, w którym zmieniam bieg podczas tłumaczenia symultanicznego z węgierskiego na estoński, a jednocześnie więcej niż cała wieczność.

— Opowiedz mi o operacji — powiedziałam. — Całość. Bez eufemizmów.

Siergiej skinął głową. Przez ułamek sekundy — tak krótki, że mogłam go sobie wyobrazić — dostrzegłam w jego oczach coś na kształt szacunku.

— Operacja nosi kryptonim „Złote Ziarno”. Nazwa nie jest przypadkowa — dotyczy sektora rolnego, a konkretnie polskiej pozycji negocjacyjnej w sprawie reformy WPR. Minister Gasiński posiada informacje, które mogą być niezwykle wartościowe dla pewnych interesów handlowych, nazwijmy je — wschodnioeuropejskich.

— Rosyjskich.

— Wschodnioeuropejskich — powtórzył Siergiej z naciskiem. — Nie interesuje nas polityka, pani Lorenz. Interesują nas kontrakty zbożowe, kwoty eksportowe i lista krajów, które Polska zamierza wspierać w staraniach o nowe umowy handlowe. To informacja czysto ekonomiczna.

— I dlatego potrzebujecie szpiega, a nie analityka rynkowego.

— Potrzebujemy kogoś, kto potrafi rozmawiać z ministrem na poziomie, na którym mówi się prawdę. A ludzie mówią prawdę w dwóch sytuacjach: gdy są pijani i gdy leżą w łóżku z kimś, komu ufają. Pierwsza sytuacja jest nieprzewidywalna. Druga — kontrolowalna.

Kontrolowalna. To słowo uderzyło mnie jak policzek. Kontrolowalna oznaczało, że moje ciało miało być narzędziem — nie inaczej niż mikrofon kierunkowy czy kamera szpiegowska. Miałam być sprzętem operacyjnym z piersiami i umiejętnością prowadzenia inteligentnej konwersacji.

— A jeśli się nie uda? Jeśli minister mnie nie polubi? Jeśli okaże się gejem, osobą aseksualną albo po prostu wiernym mężem… byłym mężem i ma kogoś na boku?

— Gasiński jest samotny. Od rozwodu trzy lata temu nie był widziany z żadną kobietą. Nasz profil psychologiczny wskazuje na głęboki głód bliskości, maskowany pracowitością i cytatami z poetów. To idealny cel dla kogoś o pani atrybutach.

— Moich atrybutach — powtórzyłam z goryczą.

— Jest pani inteligentna, atrakcyjna, mówi pani po polsku jak rodowita Polka — bo nią pani jest — i ma pani naturalną zdolność do budowania zaufania. W branży tłumaczy symultanicznych te cechy są pożądane. W naszej branży są bezcenne.

Kolejna rzecz, która mną wstrząsnęła — on wiedział o mojej pracy więcej niż mój przełożony. Wiedział o dodatkach, o premiach, prawdopodobnie wiedział też, że co czwartek chodzę na jogę do studia na Rue de la Loi i że w soboty kupuję kwiaty na targu na Place du Jeu de Balle. Obserwowali mnie. Nie wiadomo jak długo, ale na pewno wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jestem samotna, zdesperowana i podatna na manipulację.

A ja, mimo tej świadomości, mimo lat doświadczenia w rozpoznawaniu kłamstw — bo tłumacz symultaniczny to w gruncie rzeczy żywy wykrywacz fałszu, człowiek, który słyszy nie tylko słowa, ale i to, co między nimi — mimo tego wszystkiego siedziałam i słuchałam. Bo Natasza rysowała koty.

— Co dokładnie miałabym zrobić? Krok po kroku.

Siergiej pochylił się do przodu. Zapachniał wodą kolońską — czymś dyskretnym, prawdopodobnie Acqua di Parma, tą wersją, którą noszą ludzie, którzy chcą pachnieć drogo, ale nie chcą, żeby ktokolwiek to zauważył.

— Krok pierwszy: wraca pani do Polski. Mamy dla pani stanowisko tłumacza przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych, dział współpracy europejskiej. Kontrakty już przygotowane, referencje nieskazitelne. Zamieszka pani w Warszawie, na Powiślu — mieszkanie jest gotowe.

— Już macie dla mnie mieszkanie?

— Mamy dla pani życie, pani Lorenz. Gotowe, odprasowane i powieszone w szafie. Wystarczy je włożyć.

Dreszcz przeszedł mi po plecach. To zdanie — „mamy dla pani życie” — było najbardziej przerażającą rzeczą, jaką usłyszałam od czasu, gdy rosyjski sędzia odczytał wyrok pozbawiający mnie Nataszy.

— Krok drugi — kontynuował Siergiej — zbliża się pani do ministra Gasińskiego. Naturalnie, bez pośpiechu. Będą okazje — konferencje, spotkania robocze, kolacje dyplomatyczne. Pani jest piękną, inteligentną Polką, która właśnie wróciła z Brukseli. To wystarczający pretekst do rozmowy.

— Krok trzeci?

— Krok trzeci jest pani prywatną sprawą. Nie będziemy pani instruować, jak uwodzić mężczyznę. Uznajemy, że pani kompetencje w tej dziedzinie nie wymagają szkolenia.

— Schlebiasz mi.

— Stwierdzam fakt. Grigorij Lorenz nie ożenił się z panią dla pieniędzy.

To była prawda, choć bolesna jak zastrzyk bez znieczulenia. Grigorij zakochał się we mnie w Pekinie — zakochał się gwałtownie, obsesyjnie, po rosyjsku. Przez pierwszy rok naszego małżeństwa byłam najszczęśliwszą kobietą w Moskwie. Przez drugi rok byłam najsamotniejszą. Przez trzeci — najsłabszą. Grigorij kochał tak, jak oddychał — intensywnie, ale nieświadomie. Kiedy przestał, nawet tego nie zauważył.

— Krok czwarty — powiedział Siergiej, a jego głos stwardniał jak cement, który zaczyna wiązać — to nagranie. Potrzebujemy materiału kompromitującego. Nie seksualnego — tego mamy w archiwach więcej, niż ktokolwiek mógłby obejrzeć w ciągu życia. Potrzebujemy nagrania, na którym minister Gasiński wypowiada się o strategii negocjacyjnej Polski. Konkretnie: o limitach cenowych, poniżej których Polska nie zejdzie w negocjacjach o dopłaty.

— Chcecie, żebym nagrała ministra podczas seksu, gdy mówi o cenach zboża?

— Przed seksem, po seksie albo zamiast seksu. Pora jest drugorzędna. Treść — pierwszorzędna.

Zaśmiałam się. Nie z wesołości — z absurdu. Cała ta sytuacja miała w sobie coś z czarnej komedii, z tych filmów, które ogląda się o trzeciej w nocy i o których rano nie pamięta się nic oprócz uczucia dziwności.

— A potem?

— Potem, w ciągu czterdziestu ośmiu godzin od dostarczenia nagrania, pani córka opuści Rosję. Trasa przerzutu jest zaplanowana — Moskwa, Mińsk, Wilno, Warszawa. Na granicy litewsko-polskiej będzie na panią czekać samochód z dzieckiem, dokumentami i nowym aktem urodzenia.

— Nowym aktem urodzenia?

— Natasza Lorenz stanie się Nataszą Wityńską. Oficjalnie — dziecko polskiej obywatelki, urodzone w Polsce, bez śladu rosyjskiego ojca w dokumentach. Grigorij nawet nie będzie wiedział, gdzie zniknęła, dopóki nie będzie za późno.

Piękne. Chirurgicznie piękne. Jak operacja na otwartym sercu wykonana przez chirurga, który jest jednocześnie rzeźbiarzem — precyzja, elegancja, całkowite lekceważenie faktu, że pacjent może umrzeć na stole.

— A jeśli Grigorij mnie znajdzie?

— Nie znajdzie. Gwarantujemy.

— Gwarancje rosyjskiego wywiadu — powiedziałam — są warte mniej więcej tyle, co rosyjskie obietnice o nienaruszalności granic Ukrainy.

Pierwszy raz zobaczyłam w oczach Siergieja coś, co mogło być emocją. Błysk irytacji, szybko stłumiony.

— Mamy interes, pani Lorenz. Oboje mamy interes. Pani chce dziecko, my chcemy nagranie. To prosta transakcja. Moralność niech pani zostawi filozofom — oni i tak nie mają dzieci w Pieriedielkinie.

Cios poniżej pasa numer dwa. Znowu celny. Ten człowiek wiedział, gdzie naciskać, jak masażysta, który znajduje bolesny punkt i nie odpuszcza, dopóki mięsień nie puści.

Patrzyłam na zdjęcia leżące na stole. Natasza na huśtawce. Natasza z kredką. Natasza śpiąca. Natasza patrząca w obiektyw, poważna jak mała dorosła kobieta w ciele sześciolatki.

Jest taka historia, którą opowiadał mi mój dziadek — ten sam, który nadał mi nazwisko Wityńska, bo nasza wieś leżała pod gardłem Tatr, jak mówił, tam, gdzie góry zaczynają ciężko oddychać. Dziadek opowiadał o wilczycy, która wpadła w sidła zastawione przez myśliwych. Wilczyca miała w norze młode, czekające na pokarm. Mogła zostać w sieciach i umrzeć — wtedy młode też by umarły. Albo mogła odgryźć sobie łapę i wrócić do nich kulawa, ale żywa. Wilczyca odgryzła sobie łapę. Dziadek kończył tę historię zdaniem, które pamiętam do dziś: „Matka zawsze znajdzie drogę do dziecka, nawet jeśli ta droga prowadzi przez własne ciało.”

Nie wiedziałam wtedy, jak prorocze będą te słowa.

— Mam warunki — powiedziałam.

Siergiej uniósł brwi. Najwyraźniej nie spodziewał się, że będę negocjować. Ludzie w desperacji rzadko negocjują — biorą, co dają, i są wdzięczni. Ale ja byłam tłumaczką. Cały mój zawód polegał na negocjowaniu znaczeń między językami, między kulturami, między prawdą a tym, co ludzie chcą usłyszeć.

— Słucham.

— Po pierwsze: chcę dowód, że Natasza jest bezpieczna. Nie zdjęcia sprzed tygodnia — chcę wideo z dzisiejszą datą i hasłem, które podam. Hasło: „Kotek ma sześć łap”. Jeśli Natasza powie to na nagraniu, uwierzę, że macie do niej dostęp.

Siergiej kiwnął głową.

— Wykonalne. Co jeszcze?

— Po drugie: Grigorij nie może wiedzieć. Nigdy. Jeśli dowie się, że współpracuję z waszą służbą, zniknie z dzieckiem na końcu świata, a ja nigdy go nie znajdę. Znam go — on jest paranoikiem. Ma domy w dwunastu krajach.

— Grigorij Lorenz nie jest naszym celem. Jest… kontekstem.

— Po trzecie — i to jest warunek absolutny, nienegocjowalny — po zakończeniu operacji zrywacie ze mną wszelki kontakt. Żadnych kolejnych przysług, żadnych „jeszcze jedną sprawę”, żadnego powrotu. Dostarczam nagranie, odbieram córkę, znikam.

Siergiej milczał przez chwilę. Za oknem Le Falstaff Bruksela tonęła w deszczu, światła samochodów rozmazywały się na mokrym asfalcie jak farby na palecie impresjonisty. Ktoś za barem włączył Edith Piaf — Non, je ne regrette rien. Nie żałuję niczego. Jakie to było ironiczne, że ta piosenka grała w momencie, gdy ja właśnie miałam podjąć decyzję, której będę żałować do końca życia. Albo nie. To zależy od tego, jak ta historia się skończy, a ja jeszcze tego nie wiedziałam.

— Zgoda na wszystkie trzy warunki — powiedział Siergiej. — Ale mam jeden dodatkowy element, o którym pani musi wiedzieć.

— Jaki?

— Nagranie musi zawierać nie tylko informacje o strategii negocjacyjnej. Musi zawierać wypowiedzi, które… dyskredytują ministra osobiście. Opinie, które — gdyby wyciekły — zniszczyłyby jego karierę polityczną.

— Chcecie kompromat.

— Chcemy polisę ubezpieczeniową. Nagranie samo w sobie jest narzędziem jednorazowym. Kompromat jest narzędziem wiecznym.

Zamknęłam oczy. W ciemności za powiekami widziałam twarz mojej córki — tę poważną, skupioną twarz z czwartego zdjęcia. I widziałam twarz mężczyzny, którego jeszcze nie znałam — Tomasza Gasińskiego, ministra, który cytował Miłosza i walczył o bioróżnorodność łąk mazurskich. Miałam zniszczyć tego człowieka, żeby odzyskać swoje dziecko.

Wilczyca odgryzła sobie łapę.

— Zgoda — powiedziałam.

Siergiej wstał. Pierwszy raz od początku rozmowy wyprostował się, i zobaczyłam, że jest jeszcze niższy, niż myślałam. Ludzie są zawsze mniejsi, kiedy wstają — bo siedząc, mają rozmiar swoich słów, a stojąc — tylko rozmiar swoich ciał.

— Wideo z Nataszą dostanie pani za czterdzieści osiem godzin. Na tę skrzynkę.

Położył na stole wizytówkę. Białą, bez nazwiska, z samym adresem e-mail: zloteziarno@protonmail.com.

— Dokumenty dotyczące pani nowego stanowiska w Warszawie przyjdą pocztą dyplomatyczną w przyszłym tygodniu. Proszę złożyć wypowiedzenie w Komisji Europejskiej w ciągu dziesięciu dni. Powód — sprawy rodzinne. Nikt nie będzie pytał.

— A jeśli ktoś zapyta?

— To pani jest tłumaczką. Wymyśli pani odpowiedź w siedmiu językach.

Odwrócił się i ruszył do wyjścia. Jego bordowe oksfordy stukały na mozaikowej podłodze jak metronom odmierzający czas, który mi pozostał. Przy drzwiach zatrzymał się i odwrócił.

— Pani Lorenz, jeszcze jedno. Proszę nie robić tego, co robi większość ludzi po takiej rozmowie — nie szukać nas, nie próbować ustalić, kim jestem, nie dzwonić do przyjaciół z pytaniem, co robić. To nie jest sytuacja, w której pomaga rozmowa. To jest sytuacja, w której pomaga decyzja. A pani już ją podjęła.

Wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem, które brzmiało jak odgłos zamykanej klatki. Albo otwieranej — zależy, z której strony się patrzy.

Zostałam sama ze zdjęciami córki, zimnym espresso i piosenką Edith Piaf, która właśnie przeszła w refrenie do słów, które znam na pamięć: Non, rien de rien, non, je ne regrette rien. Nie, nic a nic, nie, nie żałuję niczego.

Wzięłam filiżankę i dopiłam espresso jednym łykiem. Było gorzkie i zimne, jak każda decyzja podejmowana z desperacji.

Potem schowałam zdjęcia do torebki, zostawiłam na stoliku dwadzieścia euro — za dużo, ale kelnerzy w Le Falstaff zasługiwali na napiwek za to, że przez ostatnią godzinę ani razu nie podeszli zapytać, czy wszystko w porządku — i wyszłam w brukselski deszcz.

Deszcz przyjął mnie bez pretensji, bez warunków, bez operacyjnych kryptonimów. Po prostu padał. I ja po prostu szłam — jeszcze Ewą Lorenz, tłumaczką z Brukseli, ale już trochę kimś innym. Kimś, kto za kilka tygodni wróci do Polski, pozna ministra Gasińskiego i zacznie grę, której reguł do końca nie zna.

Nie wiedziałam jeszcze, że się w nim zakocham.

Nie wiedziałam, że zginie arcybiskup.

Nie wiedziałam, że ksiądz, który będzie badał tę śmierć, jest byłym komandosem GROM i kochankiem polityka z Konfederacji.

I nie wiedziałam — Boże, jak bardzo nie wiedziałam — że dziecko, które jadę odzyskać, nie jest moim dzieckiem.

Ale tego wieczoru, na mokrych brukach Rue Henri Maus, wiedziałam jedno: matka zawsze znajdzie drogę do dziecka. Nawet, jeśli ta droga prowadzi przez kremlowską sypialnię.

Nawet, jeśli ta droga prowadzi przez jej własne ciało.


Następnego dnia złożyłam wypowiedzenie w Komisji Europejskiej. Podałam powód: sprawy rodzinne. Nikt nie zapytał.

Rozdział 2: Cel na widelcu

Istnieje takie rosyjskie powiedzenie, które Grigorij powtarzał przy każdej kolacji, gdy był już wystarczająco pijany, żeby mówić prawdę, ale jeszcze nie na tyle, żeby zacząć tłuc porcelanę: „Żeby zjeść człowieka, najpierw musisz poznać jego smak.” Grigorij przypisywał ten aforyzm Berii, szefowi stalinowskiego NKWD, choć podejrzewam, że sam go wymyślił po trzeciej butelce Château Margaux, bo Grigorij miał talent do przypisywania własnych myśli ludziom straszniejszym od siebie, żeby nadać im odpowiednią wagę.

Teraz, siedząc w konspiracyjnym mieszkaniu na przedmieściach Brukseli — bo okazało się, że Siergiej kłamał, mówiąc, że od razu pojadę do Warszawy; najpierw miałam przejść „przygotowanie”, jak to eufemistycznie nazwał — teraz rozumiałam to powiedzenie lepiej niż kiedykolwiek. Miałam docelowo zjeść Tomasza Gasińskiego. I właśnie poznawałam jego smak.

Mieszkanie znajdowało się w Uccle, dzielnicy, którą brukselscy snobi nazywają „zieloną wyspą spokoju”, a która w rzeczywistości jest sennym przedmieściem, gdzie emeryci wyprowadzają psy i nic się nie dzieje od tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku, kiedy to alianci wyzwolili ją z rąk Niemców, na co mieszkańcy zareagowali z entuzjazmem tak umiarkowanym, że aż wzruszającym. Idealne miejsce na kryjówkę. Nikt tu nikogo nie obserwuje, bo nie ma czego obserwować.

Mieszkanie było dwupokojowe, umeblowane w stylu, który można by nazwać „biurokratycznym minimalizmem” — białe ściany, szare meble ala IKEA, zasłony w kolorze kurzu. Na stole w salonie leżała teczka. Gruba, szarobrązowa, z napisem wydrukowanym czcionką Times New Roman, rozmiar czterdzieści osiem: GASIŃSKI, Tomasz Henryk. Pod spodem, mniejszymi literami: OPERACJA ZŁOTE ZIARNO — MATERIAŁY PRZYGOTOWAWCZE. ŚCIŚLE TAJNE.

Siergiej stał przy oknie i palił papierosa, co w Belgii było nielegalne w zamkniętych pomieszczeniach od dwa tysiące siódmego roku, ale Siergiej miał w sobie tę szczególną rosyjską cechę traktowania lokalnego prawa jak sugestii, a nie nakazu.

— Ma pani trzy dni na opanowanie materiału — powiedział, wydmuchując dym w stronę firanki. — Potem przyjadą ludzie, którzy zajmą się resztą.

— Jacy ludzie?

— Specjaliści.

— Od czego?

Siergiej zgasił papierosa w doniczce z plastikowym fikusem.

— Od wszystkiego, czego pani potrzebuje, żeby minister Gasiński jadł pani z ręki.

Zostawił mnie samą z teczką i plastikowym fikusem. Zamek w drzwiach kliknął dwukrotnie — zamknięty z zewnątrz. Byłam więźniarką, choć w więzieniu z bieżącą wodą, Wi-Fi i lodówką wypchaną belgijskimi serami. Pomyślałam, że tak właśnie wygląda nowoczesna niewola — nie łańcuchy i lochy, ale zamknięte drzwi i darmowe Wi-Fi, którego hasło brzmiało, ironicznie, „freedom2024”.

Otworzyłam teczkę.


Tomasz Henryk Gasiński, urodzony czternastego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku w Zamościu, mieście, które UNESCO wpisało na listę światowego dziedzictwa, co mieszkańców Zamościa napełnia dumą, ale nie zmienia faktu, że co trzeci absolwent tamtejszego liceum wyjeżdża do Warszawy, Krakowa albo Londynu i nigdy nie wraca. Gasiński był jednym z tych, którzy wyjechali, ale wrócili — co w Polsce jest albo oznaką patriotyzmu, albo braku wyobraźni, a w jego przypadku podejrzewam, że jednego i drugiego.

Zdjęcie w teczce pokazywało mężczyznę o twarzy, którą najłatwiej opisać przez zaprzeczenia: nie był przystojny, ale nie był brzydki. Nie był gruby, ale nie był szczupły. Nie wyglądał na polityka, ale nie wyglądał też na nikogo innego. Miał twarz człowieka, którego mijasz w sklepie i nie zapamiętujesz, dopóki ktoś nie powie ci, że jest ministrem. Ciemne włosy, zaczynające siwieć na skroniach — ten rodzaj siwizny, który w mężczyznach po czterdziestce wygląda dystyngowanie, a u kobiet po czterdziestce sprawia wrażenie „zaniedbania”, bo świat jest niesprawiedliwy i nikt z tym nic nie robi. Oczy brązowe, głęboko osadzone, z cieniami pod spodem, które mogły być oznaką bezsenności albo nadmiaru pracy, albo jednego i drugiego. Nos lekko krzywy, jakby kiedyś złamany — sprawdziłam w dalszej części teczki i faktycznie, złamał go w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku, grając w piłkę nożną w drużynie akademickiej SGGW. Usta wąskie, zaciśnięte, usta człowieka, który więcej myśli niż mówi, co w polskiej polityce jest anomalią statystyczną.

Czytałam dalej. Teczka liczyła sto czterdzieści siedem stron, a jej autorzy — kimkolwiek byli — odwalili robotę godną doktoratu z zakresu inwigilacji. Wiedziałam już nie tylko, co Gasiński je na śniadanie (owsianka z bananem, bez cukru, bo unika cukru od dwa tysiące dziewiętnastego roku, kiedy endokrynolog powiedział mu, że ma prediabetię), ale też jakie książki czyta przed snem (głównie literaturę faktu — Hanny Krall, Ryszarda Kapuścińskiego, ostatnio Swietłanę Aleksijewicz, co jest ironiczne, biorąc pod uwagę, kto mi teraz płaci), jaką muzykę słucha w samochodzie (jazz, głównie Miles Davis i Tomasz Stańko, co mówi więcej o jego osobowości niż jakikolwiek test psychologiczny), i jakim szamponem myje włosy (Head & Shoulders, wersja mentolowa; to akurat świadczy, że nawet minister rolnictwa wielkiego europejskiego kraju może używać szamponu z Biedronki i nie czuć z tego powodu wstydu).

Ale nie te informacje mnie zatrzymały. Zatrzymała mnie sekcja oznaczona nagłówkiem: PROFIL PSYCHOLOGICZNY — RELACJE INTERPERSONALNE.

Gasiński ożenił się w dwa tysiące dziesiątym roku z Katarzyną Gadomską, prawniczką z Warszawy, specjalizującą się w prawie unijnym. Rozwiedli się w dwa tysiące dwudziestym pierwszym, po jedenastu latach małżeństwa. Bez dzieci — nie z wyboru, lecz z biologii. Trzy próby in vitro, wszystkie nieudane. Teczka zawierała kopię wyników badań medycznych, co oznaczało, że ktoś włamał się do kartoteki lekarskiej ministra albo przekupił jego lekarza, i jedno i drugie było nielegalne, a mnie nie obchodziło, bo czytałam dalej z żarłocznością, która mnie sama przerażała.

Po rozwodzie Gasiński zamknął się w pracy jak mnich w celi. Szesnaście godzin dziennie w ministerstwie, weekendy spędzone na lekturze raportów o plonach i nawożeniu gleb. Jedynym jego życiem towarzyskim były kolacje z wiceministrami, podczas których — jak donosił informator oznaczony kryptonimem „Pszeniczny” — Gasiński wypijał dokładnie dwa kieliszki wina, nigdy więcej, i około dwudziestej drugiej przepraszał towarzystwo, mówiąc, że musi wcześnie wstać. Pszeniczny dodawał w swoim raporcie uwagę, która utkwiła mi w pamięci: „Cel sprawia wrażenie człowieka, który nie tyle żyje, co czeka. Na co czeka — nie wiadomo.”

Człowiek, który czeka. Rozumiałam tę frazę lepiej, niż bym chciała. Sama czekałam — na telefon z ambasady, na wyrok sądu, na cud. Czekanie jest najcichszą formą rozpaczy, bo nie krzyczy, nie tłucze talerzy, nie robi scen — po prostu siedzi w kącie i gnije.

Zamknęłam teczkę. Było wpół do drugiej w nocy, a ja nie przeczytałam nawet połowy. Ale wiedziałam już wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, dlaczego Rosjanie wybrali mnie. Gasiński nie potrzebował kochanki — potrzebował człowieka. Kogoś, kto nie jest politykiem, urzędnikiem ani dziennikarzem. Kogoś, kto potrafi słuchać bez agendy, rozmawiać bez celu, być blisko bez powodu. A ja, tłumaczka z Brukseli, kobieta, która straciła dziecko i wie, czym jest samotność — ja byłam idealną odpowiedzią na pytanie, którego on jeszcze nie zadał.


Następnego dnia czytałam dalej. Sekcja NAWYKI I PREFERENCJE była tak szczegółowa, że czułam się jak weterynarz studiujący anatomię rzadkiego gatunku. Gasiński lubił spacerować po Łazienkach w niedzielne poranki, zawsze tą samą trasą — od Pałacu na Wodzie do Starej Pomarańczarni i z powrotem. Kupował kawę w małej palarni na Mokotowskiej, gdzie barista znał go po imieniu i zawsze przygotowywał flat white z mlekiem owsianym, bo Gasiński był nietolerancyjny na laktozę. Ta informacja, zanotowana z chirurgiczną precyzją przez agenta Pszenicznego, sprawiła, że parsknęłam śmiechem — pierwszy raz od tygodnia. Wyobraziłam sobie rosyjskiego szpiega siedzącego w kawiarni na Mokotowskiej, udającego hipstera, z laptopem, notującego z kamienną twarzą: „Cel zamówił flat white, mleko owsiane, bez cukru, temperatura siedemdziesiąt stopni.”

Ale nie wszystko w teczce było komiczne.

Sekcja PODATNOŚCI — bo tak to nazwali, jakby Gasiński był budynkiem, w którym szuka się pęknięć — zawierała analizę, która ścisnęła mnie za gardło. Autorzy profilu zidentyfikowali trzy główne punkty, w których minister był „operacyjnie wrażliwy”. Pierwszy: samotność. Gasiński nie miał bliskich przyjaciół — miał współpracowników, podwładnych, kolegów partyjnych, ale nikogo, komu mógłby powiedzieć, że jest nieszczęśliwy. Drugi: poczucie winy. Rozwód z Katarzyną zostawił w nim rany, których nie próbował leczyć. Agent Pszeniczny raportował, że Gasiński regularnie przelewał na konto byłej żony kwoty znacznie przekraczające zasądzone alimenty — nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że czuł się winny, choć rozwód był jej inicjatywą. Trzeci punkt podatności nosił kryptonim, który sprawił, że przez chwilę nie mogłam oddychać: GŁÓD MACIERZYŃSKI. Autorzy profilu ustalili, że Gasiński tęsknił za dzieckiem, którego nigdy nie miał, z intensywnością graniczącą z obsesją. Na jego biurku w ministerstwie stało zdjęcie siostrzeńca — trzyletni chłopiec imieniem Jacuś — a w szufladzie biurka leżała książeczka zdrowia z wynikami badań płodności, jakby nosił ją ze sobą jak talizman, jak dowód porażki, z którego nie potrafi zrezygnować.

Mężczyzna, który desperacko chce być ojcem. Kobieta, która desperacko chce odzyskać dziecko. Rosjanie nie łączyli nas przypadkowo — konstruowali bombę emocjonalną o podwójnym zapaleniu.

I wtedy, czytając te słowa w świetle biurkowej lampki w konspiracyjnym mieszkaniu w Uccle, poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Poczułam współczucie. Nie dla siebie — do własnego współczucia zdążyłam przywyknąć jak do chronicznego bólu pleców, który jest zawsze, ale po jakimś czasie przestajesz go zauważać. Poczułam współczucie dla Tomasza Gasińskiego, człowieka, którego miałam zniszczyć. On nie zasługiwał na to, co mu szykowano. Nikt nie zasługuje na to, żeby ktoś wchodził w jego życie z kłamstwem na ustach i kamerą w torebce.

Ale Natasza rysowała koty. I to wystarczało, żeby każde współczucie zepchnąć na drugie miejsce za instynktem matki, który jest silniejszy od moralności, silniejszy od prawa, silniejszy od wszystkiego, co wymyśliła cywilizacja, żeby trzymać nas w ryzach.


Trzeciego dnia przyjechali specjaliści.

Było ich dwoje. Kobieta i mężczyzna, oboje w wieku trudnym do określenia — gdzieś między trzydziestką a pięćdziesiątką, z twarzami tak niezapamiętywalnymi, że podejrzewałam, iż jest to efekt celowego treningu albo drobnych operacji plastycznych. Kobieta przedstawiła się jako Irina, mężczyzna jako Paweł. Żadnych nazwisk, żadnych kryptonimów, żadnych wizytówek.

Irina była wysoka, szczupła, z włosami ściągniętymi w kok tak ciasny, że wyglądał jak element architektoniczny. Ubierała się w czerń — czarny golf, czarne spodnie, czarne buty na płaskim obcasie — i miała w sobie energię sprężyny ściśniętej do granic wytrzymałości. Gdy weszła do mieszkania, pierwszą rzeczą, którą zrobiła, było wyłączenie telewizora, który zostawiłam włączony na kanale BBC jako towarzystwo.

— Telewizja to trucizna — powiedziała po rosyjsku z akcentem, który nie był moskiewski ani petersburski, lecz gdzieś z połowy drogi, jakby celowo wymazała z głosu wszelkie regionalne ślady. — Tępi zmysły, spowalnia refleks, zabija intuicję. Od dzisiaj żadnej telewizji, żadnych mediów społecznościowych, żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, który nie jest zatwierdzony przez nas.

— A jeśli się nie zgodzę?

Irina spojrzała na mnie tak, jak chirurg patrzy na pacjenta, który pyta, czy operacja jest konieczna, leżąc już na stole operacyjnym.

— Zgodzi się pani. Bo pani córka rysuje koty.

Znali to zdanie. Najwyraźniej było w mojej teczce — w teczce, którą ktoś prowadził na mnie, tak jak ja prowadziłam teczkę na Gasińskiego. Poczułam mdłości. Byłam obserwowana, profilowana, analizowana — moje słabości skatalogowane z taką samą precyzją jak nietolerancja laktozy polskiego ministra.

Paweł był przeciwieństwem Iriny. Niski, krępy, z twarzą buldoga — szeroką, pomarszczoną, o ciężkiej szczęce i oczach tak jasnych, że wyglądały jak dwa kawałki lodu osadzone w glinianej masce. Mówił mało, ale gdy mówił, każde słowo miało ciężar konkretu. To on zajmował się sprawami technicznymi.

Pierwszego dnia szkolenia Paweł rozłożył na stole zawartość czarnej walizki. Wyglądało to, jak prezentacja handlowca sprzętu elektronicznego na targach w Shenzhen: miniaturowe kamery wielkości guzika, mikrofony pojemnościowe ukryte w biżuterii, nadajniki GPS do wszywania w podszewki płaszczy, oprogramowanie szpiegowskie na telefon, które pozwalało przechwytywać rozmowy, wiadomości, a nawet aktywować kamerę zdalnie, bez wiedzy właściciela urządzenia.

— To pani zestaw operacyjny — powiedział Paweł, wskazując na rozłożone przedmioty z dumą rzemieślnika prezentującego swoje dzieła. — Kamera w broszce — pięć godzin nagrywania w jakości HD, aktywacja głosowa. Mikrofon w kolczykach — zasięg dwanaście metrów, filtracja szumów tła. Nadajnik w klamrze paska — transmisja GPS co trzydzieści sekund, żywotność baterii siedemdziesiąt dwie godziny. Oprogramowanie na telefon — instalacja zajmuje cztery sekundy, zero śladów w systemie.

— Czuję się jak James Bond, tyle, że zamiast Astona Martina mam plastikowego fikusa.

Paweł nie zareagował na żart. Podejrzewam, że w jego profilu psychologicznym rubryka „poczucie humoru” była wypełniona jednym słowem: „brak”.

Przez następne dwie godziny uczył mnie obsługi sprzętu. Jak aktywować kamerę w broszce jednym dotknięciem — lewy dolny róg, przytrzymać dwie sekundy, dioda mrugnięcie trzykrotnie na zielono oznacza nagrywanie. Jak sprawdzić, czy mikrofon w kolczykach działa — lekki szum w prawym uchu, niesłyszalny dla otoczenia. Jak zainstalować oprogramowanie na cudzym telefonie — wystarczy fizyczny dostęp na cztery sekundy, aplikacja instaluje się automatycznie, kopiuje się pod ikonę kalkulatora i jest niewidoczna w menedżerze zadań.

— Cztery sekundy — powtórzyłam sceptycznie. — A jeśli ktoś nie zostawia telefonu na cztery sekundy?

— Ludzie zostawiają telefon, gdy idą do toalety, gdy biorą prysznic, gdy idą po kawę do kuchni. Pani zadaniem jest stworzyć moment. Nie czekać na niego — stworzyć.

— Rozumiem.

— Nie — powiedział Paweł z chłodem chirurga, który wie, że pacjent kłamie, mówiąc, że nie pił alkoholu przed operacją. — Nie rozumie pani. Zrozumie pani, gdy to zrobi. Teoria jest martwa. Praktyka żyje.


Irina zajmowała się innym aspektem mojego szkolenia. Gdy Paweł skończył lekcję techniki, Irina zaczynała lekcję, którą nazywała „psychologią bliskości”, a którą ja, w duchu, nazywałam „kursem kurtyzany”.

— Uwodzenie to nie seks — powiedziała pierwszego wieczoru, siedząc naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, na którym stała butelka gruzińskiego wina, nietknięta. — Seks to narzędzie. Uwodzenie to architektura. Buduje pani most między sobą a drugą osobą — cegła po cegle, dzień po dniu. Najpierw fundamenty: zaufanie. Potem filary: intymność emocjonalna. Potem przęsło: intymność fizyczna. Większość kobiet zaczyna od przęsła i dziwi się, że most się wali. Pani zacznie od fundamentów.

— Brzmi jak podręcznik inżynierii lądowej.

— Brzmi jak podręcznik ludzkiej natury. Mężczyźni — zwłaszcza samotni, inteligentni, emocjonalnie zahamowani mężczyźni, tacy jak pani cel — nie otwierają się na seks. Otwierają się na zrozumienie. Na poczucie, że ktoś ich widzi. Nie ich stanowisko, nie ich garnitur, nie ich tekę ministerialną — ich. Tę kruchą, przestraszoną istotę, która siedzi w środku i boi się, że nikt jej nie znajdzie.

Patrzyłam na Irinę i zastanawiałam się, ile razy sama robiła to, czego mnie uczyła. Ile mostów zbudowała. Ile mężczyzn przeszło po nich, nie wiedząc, że pod spodem czeka przepaść.

— Gasiński czyta Miłosza — kontynuowała Irina, otwierając notes z ręcznymi zapiskami. — „Który skrzywdziłeś człowieka prostego, śmiechem nad krzywdą jego wybuchając…” Zna pani ten wiersz?

— Każdy Polak zna ten wiersz.

— Właśnie. Ale nie każdy Polak go naprawdę rozumie. Gasiński rozumie. To jest klucz do niego — poczucie sprawiedliwości, które graniczy z mesjanizmem. On wierzy, że polityka może być moralna. To jest jednocześnie jego największa siła i największa słabość. Siła, bo daje mu autentyczność, której brakuje innym politykom. Słabość, bo sprawia, że ufa ludziom, którzy wydają mu się równie ideowi jak on.

— Chcesz, żebym udawała idealistkę?

— Chcę, żeby pani nią była. Nie udawała — była. Przynajmniej w jego obecności, przynajmniej przez czas trwania operacji. Ludzie wyczuwają fałsz jak psy wyczuwają strach. Pani musi wejść w rolę tak głęboko, żeby zapomnieć, że to rola.

— A jeśli zapomnę, że to rola, i zapomnę wrócić?

Irina uśmiechnęła się. To był pierwszy uśmiech, jaki u niej widziałam, i był piękny w sposób, który mnie przeraził — piękny jak ostrze noża odbijające światło.

— Nie zapomni pani. Bo pani córka rysuje koty.

Znowu to zdanie. Mantra, zaklęcie, łańcuch. Za każdym razem, gdy czułam wątpliwość, za każdym razem, gdy sumienie podnosiło głowę jak pies budzący się z drzemki, ktoś mówił: „Pani córka rysuje koty.” I sumienie kładło się z powrotem.


Drugiego dnia szkolenia Irina przeszła do praktyki.

— Proszę mnie uwieść — powiedziała, siadając na kanapie w salonie i zakładając nogę na nogę.

— Słucham?

— Proszę mnie uwieść. Jestem Tomaszem Gasińskim. Spotykamy się na przyjęciu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Pani jest nową tłumaczką, ja jestem ministrem rolnictwa. Proszę zacząć.

Stałam pośrodku pokoju, czując się jak aktorka na przesłuchaniu do roli, o którą nigdy się nie ubiegała. Irina patrzyła na mnie z kanapą z wyrazem twarzy, który był jednocześnie zachęcający i bezlitosny.

— Dzień dobry, panie ministrze — zaczęłam, podchodząc z wyciągniętą ręką.

— Stop — przerwała Irina natychmiast. — Dzień dobry, panie ministrze. Gorzej być nie mogło. Jesteś na przyjęciu, nie na przesłuchaniu sejmowej komisji. On jest człowiekiem, nie stanowiskiem. „Panie ministrze” to bariera, to dystans, to sygnał: jestem niżej, pan jest wyżej. A pani chce być na równi. Na równi albo wyżej — nigdy niżej.

— To co mam powiedzieć?

— Nic. Na początku nic. Stań obok niego przy stole z przekąskami. Weź kieliszek wina. Nie patrz na niego. Patrz na obraz na ścianie albo na żyrandol. Bądź zajęta sobą. On musi cię zauważyć pierwszy. Mężczyźni jak Gasiński — introwertyczni, samotni, z głodem bliskości — oni nie podchodzą do kobiet, które na nich patrzą. Podchodzą do kobiet, które ich ignorują. Bo ignorancja jest zagadką, a Gasiński kocha zagadki. Czyta kryminały Chandlera w oryginale.

Zaczęłyśmy od nowa. Stałam przy wyimaginowanym stole z przekąskami, z wyimaginowanym kieliszkiem wina, patrząc na wyimaginowany obraz. Irina siedziała na kanapie i obserwowała.

— Ramiona — powiedziała. — Opuść ramiona. Masz je przy uszach jak żołnierz na apelu. Rozluźnij kark. Oddychaj przeponą. Uśmiechnij się, ale nie do nikogo — do siebie. Jakbyś właśnie przypomniała sobie coś zabawnego.

Spróbowałam. Pomyślałam o Nataszy rysującej koty z sześcioma łapami i uśmiechnęłam się.

— Tak. Dokładnie tak. Ten uśmiech. On jest prawdziwy i dlatego działa. Fałszywy uśmiech aktywuje tylko mięśnie wokół ust — jarzmowy większy. Prawdziwy uśmiech aktywuje mięśnie wokół oczu — okrężny oka. Ludzie nie wiedzą tego świadomie, ale podświadomie odróżniają jedno od drugiego w ułamku sekundy. Gasiński, jako człowiek intuicyjny, odróżni to jeszcze szybciej.

Byłam pod wrażeniem. Irina znała psychologię mimiki na poziomie, który sugerował lata studiów albo lata praktyki — albo, co bardziej prawdopodobne, jedno i drugie. Przypomniała mi się anegdota, którą czytałam kiedyś w książce o sowieckich metodach wywiadu: w latach sześćdziesiątych KGB prowadził szkołę w Mińsku, w której przyszli agenci spędzali sześć miesięcy wyłącznie na nauce kontroli wyrazu twarzy. Ćwiczyli przed lustrem po osiem godzin dziennie, aż ich twarze stały się instrumentami tak precyzyjnymi jak skrzypce Stradivariusa — zdolnymi wygrać każdą melodię emocji na zamówienie.

— Teraz kontakt wzrokowy — kontynuowała Irina. — On stoi obok ciebie. Zerka na ciebie, bo jesteś atrakcyjną kobietą, a on jest hetero. Nie odwracaj się od razu. Poczekaj trzy sekundy. Trzy sekundy to wieczność w języku ciała — to czas, w którym on zaczyna się zastanawiać, czy go zauważyłaś, i ta niepewność jest haczykiem. Potem odwróć się. Nie cała — tylko głowa, lekko, jakby coś cię zaciekawiło na peryferiach. Nawiąż kontakt wzrokowy na dokładnie dwie sekundy. Nie dłużej, bo to agresja. Nie krócej, bo to obojętność. Dwie sekundy i lekki uśmiech. Potem znowu odwróć wzrok.

— To brzmi jak choreografia baletu.

— Bo to jest choreografia. Uwodzenie to taniec, w którym prowadzi ten, kto udaje, że jest prowadzony.

Ćwiczyłyśmy kontakt wzrokowy przez godzinę. Godzinę, podczas której Irina siedziała na kanapie, a ja stałam przy wyimaginowanym stole, odwracając głowę o precyzyjnie odmierzane kąty i utrzymując spojrzenie przez precyzyjnie odmierzane sekundy. To było wyczerpujące w sposób, jakiego się nie spodziewałam — nie fizycznie, lecz psychicznie. Każdy ruch musiał wyglądać na naturalny, co paradoksalnie wymagało absolutnej sztuczności. Spontaniczność na zamówienie. Autentyczność wyreżyserowana co do milisekundy.

— Dobrze — powiedziała Irina po godzinie, i to jedno słowo było jak order nadany przez generała. — Teraz rozmowa. On podchodzi. Mówi coś — prawdopodobnie banalnego, bo mężczyźni na przyjęciach mówią banały jak kapłani modlitwy, z nawyku i bez przekonania. Pani odpowiada. Ale nie banalnie. Gasiński nie jest banalnym człowiekiem i nie polubi banalnej kobiety. Odpowiedz czymś, co go zaskoczy. Czymś, co pokaże, że myślisz inaczej niż wszyscy na tym przyjęciu.

— Na przykład?

— Na przykład on mówi: „Piękne przyjęcie, prawda?” A pani odpowiada… — Irina zawahała się, co widziałam u niej pierwszy raz — ...pani odpowiada: „Piękne, jeśli lubisz patrzeć, jak ludzie jedzą kanapki i udają, że się lubią.” Zdanie cyniczne, ale zabawne. Podwójna warstwa — na powierzchni żart, pod spodem obserwacja. Gasiński to kupi, bo sam tak myśli, tylko nie ma odwagi powiedzieć.

— Skąd wiesz, że tak myśli?

— Bo Pszeniczny raportował, że Gasiński po każdym oficjalnym przyjęciu mówi do swojego kierowcy: „Janusz, zabij mnie, jeśli jeszcze raz będę musiał jeść te tartinki.”

Zaśmiałam się. Szczerze, od brzucha, pierwszy raz od przyjazdu do tego mieszkania. Gasiński mówił do swojego kierowcy „zabij mnie”. To było takie ludzkie, takie zwyczajne, takie nieministerskie. I w tym momencie, śmiejąc się w konspiracyjnym mieszkaniu w Uccle, poczułam coś niebezpiecznego. Poczułam, że ten człowiek mógłby mi się spodobać. Nie jako cel operacyjny, nie jako „podatność do eksploatacji” — jako człowiek.

Irina musiała to zobaczyć, bo powiedziała ostro:

— Nie.

— Nie co?

— Nie to, co pani właśnie pomyślała. Nie wolno pani go polubić naprawdę. Polubić operacyjnie — tak. Polubić prywatnie — nie. To jest granica, której pani nie przekroczy. Jeśli ją pani przekroczy, zginie pani. Albo zginie on. Albo oboje.

— Mówisz z doświadczenia?

Irina nie odpowiedziała. Wstała, nalała sobie wody z kranu — nie wina, nigdy wina, zauważyłam — i stanęła przy oknie, patrząc na nudną ulicę w Uccle, gdzie emeryt wyprowadzał psa rasy, której nie potrafiłam zidentyfikować.

— Trzeciego dnia zajmiemy się technikami konwersacyjnymi — powiedziała, nie odwracając się od okna. — Aktywne słuchanie, odzwierciedlanie, kontrolowane odsłanianie. Nauczę panią, jak sprawić, żeby mężczyzna mówił pani rzeczy, których nikomu nie powiedział, i był przekonany, że to był jego pomysł.

— Kontrolowane odsłanianie?

— Dzielenie się własnymi tajemnicami — prawdziwymi lub fałszywymi — w zamian za jego tajemnice. Ludzie oddają sekrety jak prezenty: jeśli dostają jeden, czują się zobowiązani dać coś w zamian. To zasada wzajemności Cialdiniego, tyle że zamiast czekoladek wymieniacie się słabościami.

— A jakie moje słabości mam mu pokazać?

Irina odwróciła się od okna. W jej oczach było coś, co mogło być współczuciem, ale równie dobrze mogło być wyrachowaniem tak doskonałym, że naśladowało współczucie jak falsyfikat naśladuje obraz mistrza.

— Prawdziwe. Pokaże mu pani, że straciła pani dziecko. Nie powie pani dlaczego, nie powie pani jak — pokaże pani ból. Ból jest najskuteczniejszą walutą w handlu intymnością. A pani ból jest prawdziwy, co czyni go bezcennym.

Cisza. Za oknem emeryt pochylił się, żeby podnieść odchody psa, i przez chwilę wyglądał jak penitent klęczący przed ołtarzem codzienności.

— Wykorzystujecie moje dziecko dwukrotnie — powiedziałam cicho. — Raz jako haczyk na mnie. Drugi raz jako haczyk na niego.

Irina nie zaprzeczyła.

— Tak działa wywiad, pani Lorenz. Znajdujemy prawdziwe emocje i podłączamy je do fałszywych celów. To nie jest cynizm — to jest inżynieria.


Trzeciego dnia, ostatniego przed moim wyjazdem do Warszawy, Paweł przeprowadził „test operacyjny”. Dał mi cztery sekundy z jego telefonem — dokładnie cztery, odmierzane stoperem — i kazał zainstalować oprogramowanie szpiegowskie. Za pierwszym razem trwało to jedenaście sekund. Za drugim — osiem. Za piątym — pięć. Za dziesiątym — trzy i pół. Paweł kiwnął głową z aprobatą tak oszczędną, że wyglądała jak dezaprobata.

— Wystarczy — powiedział. — Na Gasińskiego wystarczy trzy i pół. On zostawia telefon na biurku, gdy idzie na spotkania. Pani będzie miała okazję.

Wieczorem, gdy Paweł i Irina wyszli, a ja zostałam sama z plastikowym fikusem, butelką gruzińskiego wina i teczką, której sto czterdzieści siedem stron znałam już niemal na pamięć — wieczorem usiadłam na podłodze w łazience i płakałam.

Płakałam nie z żalu i nie ze strachu. Płakałam z wściekłości. Na Siergieja, który kupił moje macierzyństwo za kopertę ze zdjęciami. Na Irinę, która uczyła mnie, jak kłamać całym ciałem. Na Pawła, który dał mi narzędzia do zniszczenia człowieka i nazwał to „zestawem operacyjnym”. Na Grigorija, który zabrał mi dziecko i zmusił mnie do wyboru między moralnością a miłością matki. Na siebie samą, bo wiedziałam — wiedziałam z pewnością, która bolała jak oparzenie — że zrobię to wszystko. Każdą podłość, każde kłamstwo, każdą zdradę. Zrobię to, bo Natasza rysuje koty.

A potem wytarłam twarz, otworzyłam wino i wypiłam dwa kieliszki. Dokładnie dwa — nie więcej, nie mniej. Jak Gasiński.

Następnego ranka zadzwonił Siergiej.

— Samolot do Warszawy o czternastej trzydzieści. Lot z Zaventem, Bruksela Airlines, miejsce dwanaście C. Na Okęciu odbierze panią kierowca z tabliczką „Biuro Tłumaczeń Lingua”. Mieszkanie na Powiślu jest gotowe, klucze u portiera. W poniedziałek zaczyna pani pracę w MSZ. Gasiński przyjeżdża do Warszawy z Brukseli za dziesięć dni.

— Dziesięć dni.

— Dziesięć dni to wieczność i mgnienie oka jednocześnie. Niech pani je dobrze wykorzysta.

Rozłączył się. Bez pożegnania, bez „powodzenia”, bez żadnego ludzkiego odruchu. Bo Siergiej nie był ludzki. Był funkcją. Narzędziem w kształcie człowieka.

Spakowałam walizkę — tę samą, z którą przyjechałam do Brukseli pięć lat temu, zniszczoną Samsonite w kolorze burgundu, z urwanym kółkiem i naklejką z lotniska w Pekinie, której nigdy nie zdrapałam, bo przypominała mi czasy, gdy byłam jeszcze Ewą Wityńską, dziewczyną z Witowa Dolnego, która miała dar do języków i żadnego pojęcia, jak bardzo ten dar ją kiedyś będzie kosztować.

Na dnie walizki, pod ubraniami i zestawem operacyjnym Pawła, położyłam cztery zdjęcia Nataszy. Huśtawka, kredka, miś, spojrzenie. Moja córka w czterech odsłonach, jak cztery karty w grze, w której stawka jest wyższa niż cokolwiek, co kiedykolwiek postawiłam.

Zamknęłam walizkę i wyszłam z mieszkania w Uccle. Na ulicy padał deszcz — nie brukselski, osaczający, lecz lekki, nieśmiały, jakby niebo nie było pewne, czy chce płakać. Wsiadłam do taksówki i powiedziałam:

— Zaventem, proszę.

Kierowca, starszy Flamand z wąsami jak z obrazu van Dycka, kiwnął głową i włączył radio. Leciała jakaś flamandzka piosenka, której nie znałam, choć flamandzki jest jednym z moich dziesięciu języków. Nie słuchałam. Myślałam o Gasińskim. O jego oczach z cieniami. O jego nosie, złamanym podczas meczu piłki nożnej dwadzieścia sześć lat temu. O flat white z mlekiem owsianym. O książeczce zdrowia z wynikami badań płodności, leżącej w szufladzie ministerialnego biurka jak list miłosny do dziecka, które nigdy się nie urodziło.

Za dziesięć dni miałam go poznać. Za dziesięć dni miałam zacząć budować most — cegła po cegle, kłamstwo po kłamstwie. I przejść po nim, prowadząc za rękę człowieka, który nie wie, że pod spodem czeka przepaść.

Taksówka wjechała na autostradę w kierunku lotniska. Bruksela znikała za szybą jak sen, z którego się budzisz i nie pamiętasz, czy był dobry, czy zły. Pamiętasz tylko uczucie — niepokój, który zostaje w ciele jak zapach dymu we włosach.

Patrzyłam na deszcz i myślałam jedno zdanie, w kółko, jak mantrę, jak modlitwę, jak przekleństwo: Natasza rysuje koty. Natasza rysuje koty. Natasza rysuje koty.

A ja lecę do Warszawy, żeby zniszczyć dobrego człowieka.


Na lotnisku Zaventem kupiłam tomik Miłosza. „Który skrzywdziłeś” — otworzyłam na tej stronie i czytałam, stojąc w kolejce do bramki, dopóki stewardessa nie poprosiła mnie o boarding pass. Schowałam książkę do torebki, obok broszki z kamerą.

Rozdział 3: Pierwsze starcie

Są takie chwile w życiu, które dzielą czas na „przed” i „po”, jak nóż tnący bochenek chleba — jedno cięcie i masz dwie części, które już nigdy do siebie nie pasują. Dla większości ludzi taką chwilą jest narodzenie dziecka, śmierć bliskiej osoby albo wypadek samochodowy. Dla mnie taką chwilą był wieczór, podczas którego oblałam polskiego ministra rolnictwa merlotem rocznik dwa tysiące dziewiętnasty — rocznik, który znawcy opisują jako „owocowy z nutą skóry i ziemi”, choć po tym wieczorze jedyną nutą, jaką pamiętam, jest zapach wina na białej koszuli Tomasza Gasińskiego i dźwięk jego głosu, gdy powiedział coś, czego żaden minister na świecie nie powinien mówić do kobiety, która właśnie zrujnowała mu garnitur.

Ale zacznijmy od początku. A właściwie od garderoby, bo każda operacja wywiadowcza zaczyna się od pytania, co na siebie włożyć.

Stałam przed lustrem w mieszkaniu na Powiślu — tym samym, które Siergiej opisał jako „gotowe i odprasowane” — i przeglądałam zawartość szafy, która nie była moją szafą. Ubrania dobrano za mnie, co odkryłam pierwszego dnia po przyjeździe do Warszawy. Rozmiar idealny, styl idealny, kolory idealne — ktoś, kto znał moje ciało lepiej niż ja sama, wybrał garderobę, która miała mnie uczynić jednocześnie elegancką i przystępną, seksowną i poważną, zauważalną i nienachalną. Kwadratatura koła, ale w formie szafy z ubraniami.

Na wieczór wybrałam granatową sukienkę. Nie czarną, bo czarna na raucie ministerialnym to uniform — każda kobieta w czarnej sukience wygląda jak wariant tego samego modelu, tylko z różnymi głowami. Granatowa wyróżniała się subtelnie, jak ciche zdanie wypowiedziane w pokoju pełnym krzyku. Długość do kolan, dekolt łódka — ten rodzaj dekoltu, który zakrywa wszystko i jednocześnie sugeruje, że pod spodem jest coś wartego odkrycia. Irina mówiła mi w Uccle, że mężczyźni jak Gasiński nie reagują na odsłonięte ciała — reagują na obietnicę. Na to, czego nie widać, ale co można sobie wyobrazić.

Włożyłam kolczyki z mikrofonem. Broszka z kamerą wydała mi się zbyt ryzykowna na pierwsze spotkanie — jeśli ktoś zapyta, skąd mam tak nietypową biżuterię, mogłabym się zaplątać w kłamstwo. Kolczyki były bezpieczniejsze, zwykłe srebrne krople, jakie nosi połowa kobiet w Warszawie. Mikrofon aktywowałam jednym dotknięciem prawego ucha — gest, który wyglądał jak poprawianie włosów, a który włączał nagrywanie w jakości wystarczającej do odróżnienia szeptu od oddechu z odległości ośmiu metrów.

Buty. Tu miałam dylemat. Irina powiedziała: szpilki, bo dodają wzrostu i pewności siebie. Paweł powiedział: płaskie, bo na szpilkach trudniej uciekać, gdyby coś poszło nie tak. Wybrałam kompromis — obcas pięć centymetrów, czółenka w kolorze nude, wystarczająco eleganckie na raut i wystarczająco stabilne na ewentualną ucieczkę. Choć ucieczkę z ministerialnego przyjęcia trudno sobie wyobrazić — jedynym zagrożeniem na takich imprezach jest zazwyczaj nadmiar tartinek i niedobór interesujących rozmówców.

Perfumy. Irina zostawiła mi flakon Chanel Chance Eau Tendre — zapach, który opisała jako „ciepły, ale nie duszny, intymny, ale nie agresywny”. Powiedziała też, że mężczyźni nie pamiętają twarzy kobiet, ale pamiętają zapachy, bo węch jest jedynym zmysłem, który omija korę mózgową i trafia prosto do ciała migdałowatego, czyli tej części mózgu, która odpowiada za emocje i wspomnienia. Nauka w służbie uwodzenia. Ewolucja w służbie Kremla.

Psiknęłam dwa razy — na nadgarstki i za uszy. Spojrzałam w lustro. Patrzyła na mnie kobieta, której nie do końca rozpoznawałam. Wyglądała jak ja, ale lepsza. Wersja mnie zaprojektowana przez kogoś, kto wiedział, jak powinnam wyglądać, żeby zniszczyć życie obcemu mężczyźnie. Pomyślałam o Nataszy i ten myśl zadziałał jak wyłącznik sumienia. Klik. Ciemność. Możemy jechać.


Raut z okazji podpisania polsko-hiszpańskiej umowy o współpracy w sektorze rolno-spożywczym odbywał się na trzecim piętrze gmachu Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi przy ulicy Wspólnej. Budynek sam w sobie jest architektonicznym świadectwem epoki, w której Polska próbowała udawać, że socrealizm może być elegancki — kolumny, marmury, sztukaterie, ale wszystko jakby o pół tonu za głośne, jak garnitur, który jest o rozmiar za duży i próbuje to ukryć nadmiarem guzików.

Sala recepcyjna na trzecim piętrze była już pełna, gdy weszłam. Na oko sto pięćdziesiąt osób — dyplomaci, urzędnicy ministerialni, dziennikarze z akredytacjami, lobbyści z uśmiechami tak szerokimi, że wyglądali jak rekiny w garniturach od Hugo Bossa. Kelnerzy w białych rękawiczkach krążyli z tacami, na których stały kieliszki z winem — białym i czerwonym — oraz kanapki, których Gasiński nie cierpiał, choć o tym wiedzieli tylko jego kierowca Janusz i agent Pszeniczny.

Moje zaproszenie było autentyczne — jako tłumaczka MSZ przypisana do współpracy z resortem rolnictwa miałam uzasadniony powód, żeby tu być. Nikt nie spojrzał na mnie podejrzliwie, gdy podawałam zaproszenie ochronie. Nikt nie pytał, dlaczego nowa tłumaczka, która pracuje w ministerstwie dopiero osiem dni, przychodzi na raut. W Warszawie ministerialnej każdy chce być wszędzie, bo nieobecność na przyjęciu jest politycznie bardziej niebezpieczna niż obecność w niewłaściwym łóżku.

Wzięłam kieliszek białego wina — Albariño, hiszpańskie, w hołdzie podpisanej umowie — i stanęłam przy oknie, dokładnie tak, jak uczyła mnie Irina. Nie szukać celu wzrokiem. Nie krążyć po sali. Nie podchodzić do grup. Stać. Być. Emanować spokojem osoby, która nie potrzebuje towarzystwa, ale jest otwarta na nie, gdyby odpowiednie towarzystwo samo się pojawiło.

Piłam wino i obserwowałam salę kątem oka, jak drapieżnik obserwuje wodopój. Gasiński jeszcze nie dotarł. Wiedziałam to, bo Siergiej przysłał mi SMS-a dwadzieścia minut wcześniej — jedyne słowo: „Jedzie.” Siergiej miał kogoś w otoczeniu ministra, kogoś, kto informował o jego ruchach w czasie rzeczywistym. Agent Pszeniczny? Kierowca Janusz? Sekretarka? Nie wiedziałam i nie chciałam wiedzieć, bo im więcej wiesz w tej grze, tym więcej możesz zdradzić, gdy gra się odwróci przeciwko tobie.

Minęło dwadzieścia minut. Wypiłam pół kieliszka Albariño i wysłuchałam fragmentu rozmowy dwóch attaché handlowych — polskiego i hiszpańskiego — którzy kłócili się o to, czy chorizo może być produkowane poza Półwyspem Iberyjskim. Polak twierdził, że polska kiełbasa jest lepsza od chorizo. Hiszpan twierdził, że porównywanie kiełbasy do chorizo to jak porównywanie roweru do Ferrari. Myślałam, że zaraz dojdzie do incydentu dyplomatycznego na tle wędliniarskim, gdy drzwi sali otworzyły się szerzej niż dotąd i wszedł Tomasz Gasiński.

Zdjęcia w teczce nie oddawały rzeczywistości. To pierwsza rzecz, jaką pomyślałam, i ta myśl mnie zaskoczyła, bo nie spodziewałam się, że będę myślała o atrakcyjności w kontekście wyglądu mężczyzny, którego miałam zniszczyć. Na zdjęciach Gasiński wyglądał przeciętnie — szaro, ministerialnie, jak funkcja w garniturze. Na żywo był inny. Nie przystojny — to złe słowo. Raczej obecny. Miał w sobie coś, co przyciągało wzrok nie dlatego, że był najwyższym albo najlepiej ubranym mężczyzną w sali, ale dlatego, że wyglądał, jakby był jedynym w tej sali, który naprawdę tu jest. Wszyscy inni byli na przyjęciu — on był w pokoju. Różnica subtelna, ale fundamentalna.

Granatowy garnitur, nie czarny — zauważyłam z dreszczem, że ubieraliśmy się w ten sam kolor, jakby ktoś skoordynował naszą garderobę. Biała koszula, rozpięty górny guzik, brak krawata. W polskiej polityce brak krawata na oficjalnym raucie to albo manifestacja nonkonformizmu, albo zwykłe zapomnienie, i patrząc na Gasińskiego, nie byłam pewna, co z tych dwóch. Włosy ciemne, trochę za długie jak na ministra, z tą siwizną na skroniach, o której czytałam w teczce. Oczy brązowe, głębokie, z cieniami pod spodem — cienie, które na zdjęciach wyglądały na zmęczenie, a na żywo wyglądały na coś więcej. Na coś, co Irina nazwała „głodem bliskości”, a co ja — stojąc przy oknie z kieliszkiem Albariño — rozpoznałam jako coś, co sama nosiłam w sobie od trzech lat.

Samotność. Tę samą, gęstą, cichą samotność, która nie krzyczy, ale siedzi w kącie i gnije.

Gasiński wszedł w tłum jak kamień wrzucony do wody — fale rozmów na chwilę się rozstąpiły, ludzie odwrócili się, skinęli głowami, niektórzy podeszli z wyciągniętymi rękami. On ściskał dłonie, uśmiechał się — tym funkcjonalnym, publicznym uśmiechem, który polityk zakłada jak krawat, kiedy musi, i zdejmuje w samochodzie z ulgą. Rozmawiał z ambasadorem Hiszpanii, potem z wiceministrem, potem z jakąś dziennikarką z TVN24, która próbowała wciągnąć go w rozmowę o cenach masła, bo ceny masła w Polsce są tematem, który potrafi zdominować debatę publiczną z intensywnością normalnie zarezerwowaną dla wojen i katastrof naturalnych.

Patrzyłam na niego, nie patrząc na niego. Irina nauczyła mnie tego triku — obserwuj peryferyjnie, centrum wzroku skieruj na coś innego, neutralnego. Patrzyłam na obraz na ścianie, pejzaż mazurski w ciężkiej złoconej ramie, który przedstawiał łąkę o zachodzie słońca w kolorystyce tak agresywnie zielonej, że wyglądała jak reklama nawozu. A kątem oka śledziłam Gasińskiego, który krążył po sali z kieliszkiem czerwonego wina — merlot, zauważyłam, ten sam, który za chwilę miał wylądować na jego koszuli.

Plan był prosty. Absurdalnie prosty. Tak prosty, że gdy Irina mi go przedstawiła w Uccle, zaśmiałam się i powiedziałam: „To jest z komedii romantycznej, nie z operacji wywiadowczej.” A Irina odpowiedziała: „Najlepsze operacje wywiadowcze wyglądają jak komedie romantyczne. Dlatego nikt ich nie podejrzewa.”

Miałam go oblać winem.

Nie przypadkowo — celowo, ale tak, żeby wyglądało na przypadek. Klasyczny manewr kontaktowy, znany w żargonie wywiadu jako „mokry start”. Polega na stworzeniu sytuacji, w której dwie osoby muszą wejść w fizyczną interakcję — przeprosiny, pomoc, wspólne wycieranie plamy. Fizyczny kontakt przełamuje barierę szybciej niż jakakolwiek rozmowa, bo dotyk aktywuje oksytocynę, hormon wiązania społecznego, który nie odróżnia prawdziwej bliskości od wyreżyserowanej.

Czekałam na odpowiedni moment. Gasiński krążył po sali, zatrzymując się przy kolejnych grupach, i powoli zbliżał się do mojego okna. Nie do mnie — do okna. Szedł w moim kierunku, bo przy oknie stał stół z przekąskami, a on — mimo, że nienawidził tartinek — najwyraźniej był głodny, bo nie jadł obiadu, co wiedziałam od Siergieja, który wiedział od Pszenicznego, który wiedział od kogoś, kto widział pusty lunch box w ministerialnej lodówce.

Odstawiłam kieliszek Albariño na parapet. Wzięłam z tacy przechodzącego kelnera kieliszek czerwonego — merlot, ciężki, ciemnorubinowy, zdolny zostawić plamę na białej koszuli na wieki wieków, amen.

Gasiński był trzy metry ode mnie. Dwa. Półtora.

Odwróciłam się.

Zderzenie było precyzyjne jak operacja chirurgiczna, a wyglądało jak katastrofa naturalna. Moje prawe ramię uderzyło w jego lewy łokieć — delikatnie, ale wystarczająco, żeby zachwiać równowagą kieliszka, który trzymałam tak, by przechylił się w jego stronę, a nie w moją. Wino wylało się w jednej chwili — ciemnoczerwona fala na śnieżnobiałej koszuli, idealny kontrast, jak krew na śniegu w filmie Tarantino.

— O Boże! — krzyknęłam, i ten krzyk był jednocześnie wykalkulowany i autentyczny, bo nawet jeśli wiedziałam, że to zrobię, sam widok rozlanego wina na żywym człowieku wywołał we mnie odruch paniki, który trudno sfałszować.

Gasiński zatrzymał się. Spojrzał w dół, na swoją koszulę, potem na mnie, potem znowu na koszulę. Na jego twarzy pojawiła się sekwencja wyrazów, którą zapamiętałam jak klatkę po klatce: zaskoczenie, irytacja, rezygnacja i wreszcie — coś, czego się nie spodziewałam — rozbawienie. Kąciki jego ust drgnęły, jakby walczył z uśmiechem i przegrywał.

— Przepraszam, przepraszam, strasznie przepraszam — mówiłam, chwytając serwetkę ze stołu i przykładając ją do plamy na jego piersi. I w tym momencie poczułam to. Jego ciepło przez mokry materiał koszuli. Twardość klatki piersiowej pod moimi palcami. Zapach — nie wody kolońskiej, lecz skóry, ciepłej, żywej skóry, zmieszanej z winem, które właśnie wsiąkało w tkaninę.

Dotyk. Ten cholerny dotyk. Irina miała rację — dotyk przełamuje barierę szybciej niż jakakolwiek rozmowa. Ale nie uprzedziła mnie, że przełamie też moją.

— Nic się nie stało — powiedział Gasiński, i jego głos był dokładnie taki, jak wyobrażałam sobie po przeczytaniu stu czterdziestu siedmiu stron teczki. Niski, spokojny, z lekką chrypką, jakby mówił za mało i jego struny głosowe rdzewiały z braku użycia. Głos człowieka, który przyzwyczaił się do tego, że świat go zawodzi, i nie ma już o to pretensji.

— Stało się, i to bardzo — odpowiedziałam, wciąż pocierając plamę serwetką, co było bezcelowe, bo merlot na białym to jak atrament na papierze — nie da się go cofnąć, można go tylko rozmazać. — Pańska koszula… to jest… to jest katastrofa.

— Katastrofa to trzęsienie ziemi albo powódź. To jest plama. Z plamami sobie radzę.

Cofnęłam rękę. Zdałam sobie sprawę, że przez ostatnie piętnaście sekund dotykałam klatki piersiowej polskiego ministra rolnictwa w sali pełnej ludzi, w tym co najmniej trzech fotoreporterów, i że jeśli ktoś zrobił zdjęcie, jutrzejsze nagłówki będą brzmiały: „Nieznana kobieta obmacuje ministra Gasińskiego na raucie — skandal w resorcie rolnictwa.”

— Przepraszam — powiedziałam po raz kolejny, cofając się o krok.

— Proszę przestać przepraszać. Polacy przepraszają za wszystko — za deszcz, za korek na moście Poniatowskiego, za to, że Wisła jest brudna. Jakbyśmy byli osobiście odpowiedzialni za każdą niedoskonałość wszechświata.

Uśmiechnęłam się. Nie uśmiechem Iriny — wykalkulowanym, odmierzonym na sekundy. Prawdziwym uśmiechem, bo to, co powiedział, było zabawne. I mądre. I nie było ministerskie. I dokładnie takie, jak opisywał go Pszeniczny w swoich raportach.

— Mówi pan jak filozof, nie jak minister.

— A pani mówi z akcentem, którego nie potrafię umiejscowić. Polka, ale nie do końca. Jakby polski był pani pierwszym językiem, ale nie jedynym domem.

Zamrożenie. To samo uczucie, co wtedy w Le Falstaff, gdy Siergiej wymówił imię Nataszy. Gasiński — w dwóch zdaniach, w trzydzieści sekund od oblania go winem — trafił w coś, czego żaden profil psychologiczny nie przewidział. Widział mnie. Nie moją sukienkę, nie mój uśmiech, nie moją inscenizację — mnie. Tę kobietę, która jest Polką, ale żyła w Moskwie, Pekinie i Brukseli, i która nie ma już jednego domu, bo dom to dziecko, a dziecko jest w Pieriedielkinie.

— Ewa — powiedziałam, wyciągając rękę. — Ewa Lorenz. Tłumaczka, MSZ, dział współpracy europejskiej. I osobista nemezis pańskiej garderoby.

Uścisnął moją dłoń. Jego ręka była ciepła, sucha, z lekkim odciskiem na palcu wskazującym — odcisk od długopisu. Człowiek, który wciąż pisał ręcznie w epoce cyfrowej. Ten detal poruszył mnie bardziej, niż powinien.

— Tomasz Gasiński. Minister rolnictwa i rozwoju wsi. I ofiara pani wina.

— Technicznie to było pańskie wino. Pański resort, pański raut, pański merlot.

— Technicznie to jest hiszpański merlot, bo raut jest polsko-hiszpański. Więc winę ponosi Hiszpania.

— Czy minister rolnictwa właśnie zrobił żart słowny o winie i winie?

— Minister rolnictwa desperacko próbuje zamaskować fakt, że ma mokrą koszulę i nie wie, gdzie jest najbliższa pralnia.

Rozmowa płynęła. Nie tak, jak planowała Irina — nie w wyreżyserowanych sekwencjach kontaktu wzrokowego i kontrolowanego odsłaniania. Płynęła jak rzeka, która sama znajduje koryto, omijając kamienie i korzenie, nie pytając o pozwolenie, nie sprawdzając mapy. Gasiński mówił, a ja słuchałam, i ta wymiana była tak naturalna, tak pozbawiona wysiłku, że przez chwilę zapomniałam, po co tu jestem.

Ale tylko przez chwilę. Mikrofon w kolczykach nagrywał każde słowo.

— Pani jest nowa w MSZ? — zapytał, popijając resztkę wina z kieliszka, którego jakoś nie wypuścił z ręki podczas naszej kolizji.

— Od dwóch tygodni. Wcześniej Bruksela, Komisja Europejska, tłumaczenia symultaniczne.

— Bruksela — powtórzył z miną, w której mieszała się nostalgia i niechęć. — Znam Brukselę. Za dużo tam spotkań i za mało decyzji. Siedemdziesiąt procent czasu spędza się na uzgadnianiu agendy spotkania, które ma uzgodnić agendę następnego spotkania.

— Dokładnie tak. Tłumaczyłam kiedyś debatę o krzywiźnie bananów. Cztery godziny. Na siedem języków.

— Bananów?

— Bananów. Unia ma regulacje dotyczące minimalnego promienia krzywizny banana dopuszczonego do sprzedaży na rynku europejskim. Rozporządzenie numer tysiąc dwieście dwadzieścia jeden z dwa tysiące jedenastego roku, jeśli dobrze pamiętam.

Gasiński zaśmiał się. Prawdziwie — nie tym funkcjonalnym uśmiechem polityka, ale śmiechem, który zaczyna się w brzuchu i wychodzi z ust zanim rozum zdąży go zatrzymać. Głowa odchylona do tyłu, oczy zmrużone, zmarszczki wokół nich jak promienie słoneczne. Ten śmiech zmienił jego twarz z ministerialnej w ludzką, i w tej jednej sekundzie zobaczyłam mężczyznę, którego Pszeniczny nie opisał w swoich raportach, bo raport nie potrafi opisać sposobu, w jaki ktoś się śmieje.

— Krzywizna bananów — powtórzył, wciąż się śmiejąc. — I dlatego pani uciekła z Brukseli?

— Między innymi. Chciałam wrócić do domu. Chciałam mówić po polsku do kogoś innego niż sprzedawczyni w sklepie z polskimi produktami na Rue Belliard, która sprzedaje pierogi z mięsem i tęsknotę za ojczyzną w zestawie.

— Polskie jedzenie to ostatnia linia obrony emigranta.

— Zgadza się. Można stracić język, przyjaciół, poczucie humoru, ale kiedy traci się smak bigosu, traci się duszę.

Gasiński patrzył na mnie z wyrazem twarzy, który nie pasował do reszty wieczoru. Wokół nas szumiał raut — kieliszki brzęczały, ludzie rozmawiali, attaché handlowy wciąż kłócił się z Hiszpanem o chorizo — ale Gasiński patrzył na mnie tak, jakby w sali nie było nikogo innego. Nie natarczywie, nie nachalnie — raczej z ciekawością, z takim skupieniem, z jakim czytał pewnie swoje raporty o bioróżnorodności łąk mazurskich. Jakbym była tekstem, który próbuje rozszyfrować.

— Pani jest ciekawą osobą, pani Ewo.

— Bo oblałam pana winem?

— Bo nie próbuje pani mi zaimponować. Każda osoba na tym przyjęciu — i tu gestem ogarnął całą salę — chce ode mnie czegoś. Dotacji, poparcia, cytatu do artykułu, selfie do Instagrama. Pani chce tylko wyprać mi koszulę.

Gdyby wiedział. Gdyby wiedział, czego naprawdę chcę, ten uśmiech zniknąłby z jego twarzy jak słońce za chmurą, szybko i brutalnie. Ale nie wiedział, i w tej niewiedzy — w tej pięknej, niebezpiecznej niewiedzy — był bezbronny jak dziecko. Jak Natasza, która rysuje koty i nie wie, że jest pionkiem w grze, której reguł nikt nie wyjaśnił nawet jej matce.

— Proszę mi pozwolić przynajmniej zapłacić za pralnię — powiedziałam, wracając do roli, która zaczęła się wymykać spod kontroli.

— Pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Że przy okazji napijemy się kawy. Nie tu, nie na raucie, nie z tartinkami. W normalnym miejscu, gdzie ludzie mówią normalne rzeczy i nie próbują się nawzajem lobbować.

Propozycja spotkania. Trzeci dzień operacji — Irina zakładała, że na to potrzebuję minimum dwóch tygodni. A Gasiński sam zaproponował, w dwadzieścia minut od pierwszego kontaktu. Albo byłam lepsza, niż myślałam, albo on był bardziej samotny, niż przewidywał profil psychologiczny.

Albo jedno i drugie.

— Z przyjemnością — odpowiedziałam, i to nie było kłamstwo. W tym momencie, stojąc naprzeciwko mężczyzny z plamą od wina na koszuli i śmiechem w oczach, naprawdę chciałam napić się z nim kawy. Chciałam tego Ewa, nie agentka. Ewa Wityńska z Witowa Dolnego, która przed laty miała dar do języków i żadnego pojęcia o rosyjskim wywiadzie. Ta Ewa, ta prawdziwa, ta schowana pod warstwami szkolenia Iriny i sprzętu Pawła — ta Ewa powiedziała „z przyjemnością” i miała to na myśli.

A potem ta Ewa schowała się z powrotem, bo w prawym uchu usłyszała lekki szum mikrofonu, który nagrywał każde słowo.

— Zna pani palarnię na Mokotowskiej? — zapytał Gasiński. — Robią tam flat white, który jest lepszy niż cokolwiek w Brukseli.

Wiedziałam. Wiedziałam o tej palarni, o flat white z mlekiem owsianym, o bariście, który zna go po imieniu. Wiedziałam, że chodzi tam w soboty, że zamawia przy stoliku pod oknem, że czyta przy kawie gazety, które wciąż kupuje w papierowej formie, bo „ekran nie pachnie drukarską farbą”. Wiedziałam to wszystko, ale musiałam udawać, że nie wiem.

— Nie znam, ale chętnie poznam — powiedziałam, i to zdanie — „chętnie poznam” — było kłamstwem tak doskonałym, że sama mu uwierzyłam.

— Sobota? Dziesiąta rano?

— Dziesiąta rano.

Gasiński uśmiechnął się. Nie funkcjonalnie, nie ministerialnie — po prostu się uśmiechnął, jak człowiek, któremu właśnie przydarzyło się coś dobrego i który nie do końca w to wierzy.

— Proszę nie przynosić wina — dodał.

— Nie obiecuję.

Zaśmiał się znowu. I ja się zaśmiałam. I przez chwilę — krótką, ulotną, niebezpieczną chwilę — byliśmy dwojgiem ludzi, którzy się śmieją, i nic więcej. Nie agentką i celem. Nie kremlowską kurtyzaną i polskim ministrem. Dwojgiem ludzi.

W tle, przy stole z przekąskami, attaché handlowy chwycił Hiszpana za ramię i krzyczał: „Kiełbasa lisiecka ma trzysta lat tradycji! Trzysta lat! A chorizo to przyprawiona mielonka dla turystów!” Kilku dziennikarzy zaczęło notować, wyczuwając materiał na poranny program śniadaniowy. Kelner z tacą tartinek cofnął się dyskretnie w kierunku kuchni, jakby wiedział, że zaraz poleci porcelana.

Gasiński spojrzał na scenę i z powrotem na mnie.

— Widzi pani? — powiedział cicho. — Dlatego wolę kawę.


Wyszłam z rautu o dwudziestej drugiej. Gasiński został — obowiązki ministerskie, uściski dłoni, rozmowy z ambasadorem, cały ten rytuał, którego nienawidził, ale z którego nie mógł się wymknąć, bo polityka to sztuka bycia tam, gdzie trzeba, nawet gdy chciałoby się być gdzie indziej.

Na ulicy padał deszcz. Warszawski, nie brukselski — ostrzejszy, bardziej zdecydowany, jakby miał plan i harmonogram. Nie wzięłam parasola. Stałam pod markizą ministerstwa i czekałam na taksówkę, a deszcz bębnił o płótno jak palce niecierpliwego człowieka na biurku.

Telefon zawibrował. Wiadomość od Siergieja, z numeru, który wyświetlał się jako „Usługi Sprzątające BrightClean” — podejrzewam, że ktoś w rosyjskim wywiadzie miał poczucie humoru, bo usługi sprzątające to dokładnie to, czym się zajmowaliśmy, tyle że sprzątaliśmy ludzkie sekrety, nie kurz.

Wiadomość brzmiała: „Raport.”

Napisałam: „Kontakt nawiązany. Spotkanie w sobotę.”

Odpowiedź przyszła po trzech sekundach: „Szybciej niż zakładano. Dobrze.”

„Dobrze.” Jedno słowo. Sześć liter. Ocena mojego wieczoru — wieczoru, podczas którego oblałam winem dobrego człowieka, dotknęłam jego piersi przez mokrą koszulę, poczułam jego ciepło, usłyszałam jego śmiech i zgodziłam się na kawę, wiedząc, że każda kawa, każda rozmowa, każdy uśmiech jest cegiełką w moście, który ma go doprowadzić nad przepaść. „Dobrze.” Jakbym zdała test z matematyki, a nie przekroczyła granicę, zza której nie ma powrotu.

Wsiadłam do taksówki. Kierowca zapytał dokąd, powiedziałam Powiśle, on kiwnął głową i włączył radio. Leciał Stańko — „Wisła” z albumu „September Night”, trąbka tak melancholijna, że bolała dusza. Gasiński słuchał Stańki w samochodzie. Wiedziałam to z teczki. A teraz słuchałam go ja, jadąc przez nocną Warszawę, i ta muzyka — ta sama muzyka, którą on słuchał — łączyła nas jak niewidzialny most, o którym żadne z nas nie wiedziało.

W mieszkaniu na Powiślu zdjęłam kolczyki z mikrofonem, odłożyłam na komodę, rozebrałam się i stanęłam pod prysznicem. Gorąca woda spływała po skórze, zmywając perfumy, make-up, rolę. Pod prysznicem byłam znowu Ewą Wityńską, nagą i bezbronną, i jedynym dźwiękiem był szum wody i moje własne myśli, które nie dawały mi spokoju.

Myślałam o jego oczach. O tym, jak patrzył na mnie, jakbym była jedyną osobą w pokoju. O jego śmiechu — tym prawdziwym, z brzucha, który zmienił jego twarz z ministerialnej w ludzką. O odcisku od długopisu na palcu wskazującym. O krzywiźnie bananów i płynności, z jaką podchwycił mój żart, i o tym, jak powiedział: „Pani jest ciekawą osobą, pani Ewo”, nie „jest pani piękna” ani „jest pani inteligentna”, lecz „ciekawą” — słowo, które jest komplementem i zaproszeniem jednocześnie, bo ciekawość wymaga eksploracji, a eksploracja wymaga czasu, a czas wymaga kolejnych spotkań.

Myślałam o tym, jak poczułam jego ciepło przez mokrą koszulę.

I myślałam o Nataszy. O kotach z sześcioma łapami. O niani Ludmile, która karmi ją zbyt dużą ilością słodyczy. O plastikowym misiu, którego nie rozpoznałam na zdjęciu. O tym, że za każdym razem, gdy moje myśli dryfowały w stronę Gasińskiego — w stronę jego oczu, jego głosu, jego ciepła — Natasza chwytała mnie za rękę i ciągnęła z powrotem na właściwą stronę granicy, która oddziela misję od uczucia.

Wyszłam spod prysznica, wytarłam się ręcznikiem i usiadłam na łóżku. Na nocnym stoliku leżały cztery zdjęcia — huśtawka, kredka, miś, spojrzenie. Wzięłam to czwarte, na którym Natasza patrzy prosto w obiektyw, poważna jak mała dorosła kobieta, i powiedziałam do niego szeptem:

— Mama idzie, skarbie. Mama idzie.

A potem zgasiłam światło i leżałam w ciemności, słuchając deszczu za oknem i myśląc o sobocie. O kawie na Mokotowskiej. O flat white z mlekiem owsianym. O mężczyźnie, którego miałam zniszczyć, a który patrzył na mnie tak, jakbym mogła go uratować.

Jest takie powiedzenie — nie rosyjskie, nie polskie, moje własne, wymyślone tej nocy, w ciemnym mieszkaniu na Powiślu, z deszczem za oknem i zdjęciem córki w dłoni: „Najniebezpieczniejsza broń to taka, która zaczyna współczuć celowi.”

Byłam tą bronią. I właśnie zaczęłam współczuć.


W sobotę rano wstałam o siódmej, wzięłam prysznic, wypiłam kawę — rozpuszczalną, bo palarnia na Mokotowskiej była dopiero o dziesiątej — i przez dwadzieścia minut stałam przed szafą, zastanawiając się, co włożyć na randkę, która nie była randką, z mężczyzną, który nie był moim mężczyzną, na spotkanie, które miało zmienić jego życie na gorsze, a moje — jeszcze nie wiedziałam.

Wybrałam jeansy i kaszmirowy sweter. Kolor: biały. Biały jak koszula, którą mu zrujnowałam. Pomyślałam, że to będzie zabawne. I że to będzie okrutne. I że jedno nie wyklucza drugiego.

Rozdział 4: Sypialniana dyplomacja

Pierwszy raz kochałam się z Tomaszem Gasińskim dwudziestego ósmego dnia operacji. Pamiętam datę, bo tego ranka dostałam od Siergieja nowe wideo z Nataszą. Trzydzieści dwie sekundy. Moja córka siedzi przy stole i rysuje kota. Ma na sobie czerwoną sukienkę, której nie znam. Nowe buty, których nie kupowałam. Włosy dłuższe niż miesiąc temu. Na końcu nagrania podnosi głowę, patrzy w kamerę i mówi: „Mamo, kotek ma sześć łap.” Nasze hasło. Dowód życia.

Obejrzałam to wideo siedem razy. Potem wzięłam prysznic, umalowałam się i pojechałam do mieszkania Tomasza na Saskiej Kępie, żeby dokonać zdrady. Jego. Siebie. Wszystkiego.

Ale zacznijmy od kawy na Mokotowskiej. Bo to tam się zaczęło. Nie w sypialni — w kawiarni.


Pięć kaw. Tyle wypiliśmy, zanim dotknął mojej ręki. Pięć sobót z rzędu. Pięć flat white z mlekiem owsianym dla niego, pięć podwójnych espresso dla mnie. Barista — młody chłopak z brodą biblijnego proroka i tatuażem ziarna kawy na przedramieniu — zaczął nas traktować jak stałą parę. Witał nas uśmiechem porozumienia. Rezerwował stolik pod oknem. Nawet nie pytał o zamówienie.

Pierwsza kawa była nerwowa. Gasiński przyszedł w dżinsach i swetrze, bez ochrony, bo w sobotę minister rolnictwa nie ma ochrony. „Nikt nie chce zabić ministra rolnictwa” — powiedział. — „Nie jestem wystarczająco ważny ani wystarczająco kontrowersyjny. Gdybym był ministrem obrony, miałbym trzech goryli. A tak mam Janusza, który czeka w samochodzie i czyta Przegląd Sportowy.”

Rozmawialiśmy o niczym. O pogodzie, o Brukseli, o krzywiźnie bananów. Gasiński śmiał się z moich opowieści o pracy w Komisji Europejskiej — o eurodeputowanym z Malty, który zasnął podczas głosowania i przypadkowo poparł rezolucję, przeciwko której przyjechał głosować, o fińskiej delegatce, która przywiozła na oficjalny obiad własne jedzenie w tupewarze, bo nie ufała belgijskiej kuchni. Ja śmiałam się z jego opowieści o polskiej polityce — o wiceministrze, który na konferencji prasowej pomylił zwykły burak z burakiemm cukrowym i wywołał panikę na giełdzie towarowej, o sejmowej debacie, podczas której poseł z Podlasia zacytował Pismo Święte jako argument za podwyżką cen mleka.

Rozmawialiśmy jak ludzie, którzy się poznają. Normalnie. Zwyczajnie. Bez agendy. Z wyjątkiem tego, że ja miałam agendę. Miałam ją w kolczykach, które nagrywały każde słowo. Miałam ją w torebce, gdzie leżał telefon z aplikacją od Pawła. Miałam ją w głowie, gdzie instrukcje Iriny pracowały jak algorytm: słuchaj, odzwierciedlaj, odsłaniaj kontrolowanie, buduj zaufanie cegiełka po cegiełce.

Druga kawa była cieplejsza. Gasiński zaczął mówić o sobie. Nieśmiało, jak ktoś, kto dawno tego nie robił i zapomniał, jak to się robi. Opowiedział o Zamościu. O ojcu, który był nauczycielem historii i umarł na zawał w dwa tysiące szesnastym roku. O matce, która wciąż mieszka w rodzinnym domu i hoduje róże. O siostrze Agnieszce i jej synu Jacusiu, trzyletnim terroryście, który demoluje mieszkanie z systematycznością, jaka robiłaby wrażenie na jednostce GROM.

— Jacuś jest moim ulubionym człowiekiem na świecie — powiedział cicho. W jego oczach pojawiło się coś, co rozpoznałam natychmiast. Ból ojcostwa, które nigdy nie nastąpiło. Trzecia podatność z profilu psychologicznego: GŁÓD MACIERZYŃSKI. Tylko, że na żywo to nie była „podatność”. To było cierpienie.

Trzecia kawa. Kontrolowane odsłanianie. Moja kolej.

— Mam córkę — powiedziałam.

Nie planowałam tego powiedzieć tak wcześnie. Irina zalecała czwarte albo piąte spotkanie. Ale zdanie samo wyszło z moich ust, jak ptak z otwartej klatki. Gasiński odstawił filiżankę.

— Masz córkę?

— Nataszę. Ma sześć lat. Mieszka z ojcem. Nie widziałam jej od trzech lat.

Cisza. Długa, gęsta. Gasiński patrzył na mnie. Nie pytał dlaczego. Nie pytał jak. Patrzył. I w jego oczach zobaczyłam coś, czego nie przewidziała żadna teczka, żaden profil, żaden agent Pszeniczny. Zobaczyłam rozpoznanie. Jeden samotny człowiek rozpoznał drugiego samotnego człowieka. Jak dwa statki na otwartym morzu, które migają do siebie światłami w ciemności.

— Przepraszam — powiedział. Jedno słowo. Ale powiedział je tak, jakby naprawdę przepraszał. Za cały świat, który pozwala na to, żeby matka nie widziała dziecka trzy lata.

— Sam mi powiedziałeś, żebym przestała przepraszać. Teraz ja ci to mówię.

Uśmiechnął się. Smutno. I ten smutny uśmiech był jak klucz wsunięty w zamek, który otwiera drzwi, za którymi czeka coś, na co nie jesteś gotowy. Żadne z nas nie było gotowe.

Czwarta kawa. Od pewnego czasu mówiliśmy już sobie „ty”. Nie umówiliśmy się na to. Przeskok nastąpił naturalnie, w połowie zdania, jakby język sam zdecydował, że „pan” i „pani” to barykada, która nie ma sensu między ludźmi, którzy dzielą się bólem.

Piąta kawa. Dotknął mojej ręki.

Sięgałam po cukiernicę. Jego dłoń nakryła moją. Lekko. Ciepło. Trwało to trzy sekundy. Może cztery. Cofnął rękę. Ja cofnęłam swoją. I oboje udawaliśmy, że to się nie stało. Ale oboje wiedzieliśmy, że granica została przekroczona. Nie ta operacyjna — ta ludzka.

Tego wieczoru Siergiej zadzwonił.

— Tempo jest zbyt wolne. Potrzebujemy postępu.

— Postęp wymaga czasu.

— Czas jest luksusem, którego nie mamy. Okno operacyjne zamyka się za trzy tygodnie. Negocjacje WPR zaczynają się w styczniu. Potrzebujemy nagrania przed styczniem.

— Nie mogę go zmusić.

— Nikt nie mówi o zmuszaniu. Mówię o przyspieszeniu. Pani wie, co robić.

Wiedziałam. Piekło polega na tym, że wiedziałam.


Szósta kawa nie została wypita w kawiarni. Zaprosiłam Tomasza do mojego mieszkania na Powiślu. Pretekst: obiad. Prawda: eskalacja.

Gotowałam bigos. Nie dlatego, że umiem gotować bigos — umiem, ale nie o to chodziło. Chodziło o zapach. Bigos to zapach polskiego domu. Zapach bezpieczeństwa. Zapach „tu jesteś na swoim miejscu”. Irina mówiła, że zmysły są furtkami do zaufania. Wzrok — pierwszy. Słuch — drugi. Dotyk — trzeci. Węch — czwarty. Smak — piąty. Każdy zmysł to kolejna warstwa intymności. Kawa na Mokotowskiej otworzyła wzrok i słuch. Dotyk ręki — trzecią warstwę. Teraz czas na węch i smak.

Tomasz przyszedł o osiemnastej. Butelka Rioja w jednej ręce. Bukiet kwiatów w drugiej. Frezje. Nie róże — frezje. Kto kupuje frezje? Ludzie, którzy wiedzą, że róże to klisza, a frezje to wyznanie. Ludzie, którzy myślą, zanim kupują kwiaty. Ludzie, których trzeba naprawdę uważać, żeby nie pokochać.

— Ładne mieszkanie — powiedział, rozglądając się po salonie, który nie był moim salonem, tylko dekoracją wyreżyserowaną przez rosyjski wywiad, ale wyglądał na moje — książki na półkach dobrane tak, żeby odzwierciedlały moje prawdziwe zainteresowania. Tomik Miłosza na stoliku. Zdjęcia z Brukseli na ścianie. Dywan, na którym leżały poduszki w kolorach, które naprawdę lubię. Profesjonaliści. Siergiej i jego ludzie byli cholernie dobrymi profesjonalistami.

Jedliśmy bigos. Piliśmy Rioję. Rozmawialiśmy. Ale inaczej niż w kawiarni. W kawiarni jest barista, są inni ludzie, jest hałas, jest dystans. W mieszkaniu — nic. Tylko dwoje ludzi, butelka wina i bigos, którego zapach wypełniał każdy kąt jak ciepła woda napełniająca wannę.

— Dlaczego polityka? — zapytałam, opierając brodę na dłoni. Siedziałam na podłodze, na tych poduszkach, które ktoś wybrał za mnie. Tomasz siedział na kanapie. Między nami stał niski stolik z resztkami bigosu i drugą butelką wina, tą moją, kupioną w Żabce na rogu, bo agentka wywiadu też robi zakupy w Żabce.

— Nie wybieram polityki. Polityka wybrała mnie. Jak grypa.

— Grypa mija.

— Polityka też. Ale zostawia powikłania.

— Jakie?

Tomasz milczał przez chwilę. Pił wino. Patrzył w okno, za którym Warszawa migotała światłami jak rozrzucone diamenty na czarnym aksamicie. To porównanie przyszło mi do głowy tamtej nocy i zostało, bo czasem banalne porównania są najbardziej trafne.

— Samotność — powiedział w końcu. — Polityka daje ci tysiąc znajomych i zero przyjaciół. Masz ludzi wokół siebie szesnaście godzin na dobę. Doradców, sekretarki, dziennikarzy, petentów. Wszyscy czegoś chcą. Nikt nic nie daje. Idziesz do domu i jest cisza. Taka cisza, która nie jest spokojem. Jest pustką.

Znałam tę ciszę. Mieszkałam w niej od trzech lat.

— Ja znam tę ciszę — powiedziałam. I to nie było kontrolowane odsłanianie. To nie była technika Iriny. To byłam ja. Ewa. Prawdziwa.

Tomasz odstawił kieliszek. Wstał z kanapy. Obszedł stolik. Usiadł obok mnie. Blisko. Tak blisko, że czułam ciepło jego ramienia. Zapach Rioji z jego oddechu. Szampon — ten cholerny Head & Shoulders, mentolowy, z Biedronki, który na nim pachniał jak perfumy za tysiąc euro, bo to nie szampon nadaje zapach, tylko skóra pod nim.

— Ewo.

— Tak?

— Mogę cię pocałować?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 79.59