E-book
28.35
drukowana A5
59.96
Kreatorzy zmiany

Bezpłatny fragment - Kreatorzy zmiany

Budowanie społecznej synergii dla nowej jakości życia


Objętość:
184 str.
ISBN:
978-83-8440-046-3
E-book
za 28.35
drukowana A5
za 59.96

Książka chroniona prawami autorskimi i prawami własności intelektualnej.


Stwierdzenia zawarte w tym przewodniku reprezentują profesjonalne opinie autorki, która poświęciła tej pracy ponad 50 lat swojego życia. Książka jest zapisem wieloletnich badań naukowych i praktycznych autorki, bazując na psychosyntezie. Miały one na celu zrozumienie funkcjonowania własnego organizmu oraz innych, w tym wielu swoich klientów przez lata, aby wykorzystać informacje do celów edukacyjnych dla tworzenia „modelu edukacji dla przyszłości”, aby po pierwsze nie szkodzić”.

Kreatorki zmiany

Kilka słów celem wstępu

Książka powstała na bazie doświadczeń zarówno osobistych jak i zawodowych (w tym pracy z kobietami), jak również obserwowaniu zmiany w otaczającej rzeczywistości i świecie.

Nie sposób zaprzeczyć, że żyjemy w Nowej Erze, która jest czasem zmiany, artykułowaną od dawna potrzebą przemian i ich koniecznością w wielu sferach życia i to zarówno indywidualnego, jak i społecznego. Ona już się zresztą dzieje i jest coraz bardziej obserwowalna.

Książka pokazuje przestrzeń tworzenia oraz kierunek, prowadzący systematycznie do cywilizacyjnych przemian (których jesteśmy świadkami), tworzenia nowego społeczeństwa i świata.

Niniejsza publikacja składa się z 3 części:

— Kreatorki zmiany

— Kreatorzy zmiany

— Kreowanie zmiany w świecie.

Część pierwsza — jest formą przesłania do współczesnych kobiet, których budzący się potencjał jest coraz bardziej widoczny na zewnątrz (i dostrzegany przez nie same, szczególnie młode pokolenie) i potrzebuje nadania mu kierunku, obudzenia wewnętrznej motywacji. Do tego potrzebne są Mentorki, starsze doświadczeniem i młode duchem, które same przeszły tę drogę, rozumiejąc sens zmian w szerszym kontekście, nie tylko osobistym, ale społecznym, w kierunku kreowania równowagi — społecznej harmonii.

Część druga — ukazuje pewne humanistyczne i etyczne aspekty życia, dotyczące każdego, ujawniające społeczne trendy, czy systemy wymagające zmiany, artykułując te potrzeby w szerszej skali (także globalnej).

W części trzeciej — zawarte zostały tworzone od lat inicjatywy i to zarówno w Polsce, jak i na świecie, pokazując podwaliny i kierunek cywilizacyjnych zmian. Jest to zaledwie wycinek, kropla w oceanie tychże inicjatyw. Stanowią one jednak przyczynek do refleksji, gdzie jesteśmy teraz — jako jednostki i inspiracje do dokonania stosownego wyboru: kreowania pozytywnej przyszłości świata lub jego zagłady.

Abyśmy wykorzystali tę szansę, która jest nam dana właśnie teraz.

Autorka

Wprowadzenie o lustrze

To, czym się dzielę, zarówno w moich książkach, artykułach, warsztatach, indywidualnych konsultacjach już od 30 lat jest moim życiowym doświadczeniem, moimi „odrobionymi lekcjami” w „szkole życia”. Już dosyć dawno temu zrozumiałam, że życie jest jak chodzenie do szkoły i uczenie się lekcji. Im są one trudniejsze, tym większy z nich sens, jak również moc z nich czerpana. Dlatego lustro od lat mi „pasowało” do określenia tego, co widzą w nas ludzie lub co ja mogę zobaczyć, gdy dokładnie zacznę się przyglądać sobie, także im, w ich „lustrach”: rodzinie, dzieciach, partnerach. Zwierciadło odbija prawdę o mnie — jaka jestem naprawdę.

Kilkanaście lat temu w „Poradach małej Ewuni dużej Ewie” zapisałam jej radę. Pracując z mą małą dziewczynką, odblokowując swe traumy, zapytałam jej kiedyś, co chce zobaczyć w lustrze. A ona mi odpowiedziała: (tu zacytuję jedną z jej licznych porad):

Ona: Oglądam się w lustrze dnia.

Ja: Po co?

O.: Aby zobaczyć, kto ja jestem.

J.: A Ty siebie nie widzisz?

O.: Widzą mnie inni i oceniają, a ja siebie nie widzę.

J.: Co widzisz w lustrze?

O.: Jaka naprawdę jestem.

J.: A jaka jesteś naprawdę?

O.: Odbita od lustra.

J.:???

O.: Przeglądam się w innych. Oni mnie widzą, oceniają, krytykują.

Ale lustro pokazuje mnie odbitą. Odbity obraz mnie w lustrze.

J.: I co to znaczy?

O.: Jak się przeglądam w wodzie — widzę siebie, tak jak w lustrze.

J.: Ale co/kogo widzisz?

O.: Głębię.

J.:???

O.: Aby zobaczyć głębię, trzeba zobaczyć od siebie do lustra,

a potem do siebie z powrotem. Głębia daje wglądanie — patrzenie do środka — jak właśnie do lustra.

J.: Jeszcze czegoś nie rozumiem. Jak widzisz ten środek?

O.: Jak wglądnę w lustro, to znajdę siebie w środku. I wtedy widzę

wgląd w siebie.

P.: Czy nie można tego zrobić bez lustra?

O.: Bez lustra jest trudniej. Nikt nie rozumie, że można wglądnąć

i znaleźć siebie.

To lustro nam to może pokazać, że jesteśmy. Daje nam na nas widok — właśnie wgląd.

Ja: Dziękuję Ci bardzo Ewuniu. Nigdy bym nie wpadła na pomysł,

aby pokazać ludziom lustro i aby uświadomić im, że mogą w

nie wglądnąć, aby się zobaczyć w głębi.


Ta książeczka z poradami powstała już dobre 25 lat temu, wraz z innymi „poradnikami edukacji siebie”, aby pokazać — poprzez proste ćwiczenia psychosyntezy (wszystkie wypraktykowałam na sobie, wiele sama stworzyłam i tworzę w trakcie konsultacji, gdy czuję intuicyjnie, co jest potrzebne na daną chwilę), szczególnie kobietom, jak zrozumieć siebie lepiej, a przede wszystkim zmieniać siebie, przyjęte zasady i przekonania, pasujące różnym środowiskom czy indywidualnym jednostkom, aby podporządkowywać sobie innych.

Od najmłodszego wieku byłam niezależna, czułam w sobie wolność, potrzebę wychodzenia poza schematy, bariery, chęć wzlatywania. Dlatego kiedyś książka „Kto mi dał skrzydła” Janiny Porazińskiej — była właśnie tym: ja chcę mieć skrzydła i wzlatać, chcę żyć tak, jak chcę, robić to, co mi w duszy gra, być sobą w każdym kawałeczku, każdej komórce siebie. Życie pokazało mi w pewnym momencie tenże obraz komórkowy, gdy odkryłam, że muszę zrozumieć, dlaczego choruję od dzieciństwa, co jest powodem, że nieustannie czegoś się we mnie szuka na wierzchu — w objawie”. Tymczasem ja wewnętrznie czułam, że jest gdzie indziej, „pod spodem”. Stąd powstała moja pasja badacza — odkrywcy, wychodząc od samej siebie.

Ale zanim do tego doszło, dane mi było przeżyć wyjątkowo trudne dzieciństwo, które przynosiło mi dzień za dniem stres, który w zasadzie miał swoje początki w 2 roku życia i trwał przez kolejne 10 lat. Gdy po latach, oprócz setek lekarstw, „łykałam” całymi garściami książki, zrozumiałam, że jest coś więcej, nawet niż nauka, a szczególnie medycyna i me wnikliwe poszukiwania, jak i leczenie „bez efektu”. To Życie i jego lekcje pokazało mi co działa, a co jest tylko iluzją, teorią, w którą mam uwierzyć.

Mówi się, że ‘wiara czyni cuda”, ale nie tego rodzaju wiara — w iluzje. Tylko bowiem prawda ostoi się wszelkiej krytyce, a szczególnie „moja prawda”, gdy ją odkopywałam dzień po dniu, aby ją „wyjąć” na wierzch i zacząć nią żyć i wyzdrowieć.

Ale zanim wyzdrowiałam — zostałam pokonana przez kolejne „wyroki” — diagnozy, jak i objawy, które skumulowane w sytuacji dramatycznej, gdy wszystko zaczęło się walić w mym życiu — i to powaliło mnie na łopatki. Nie miałam wyjścia — musiałam wziąć sprawy w swoje ręce i pełną odpowiedzialność nie tylko za skutki, ale za ich odkodowanie.

Dziś po wielu, wielu latach mogę powiedzieć: dziękuję życiu i jego lekcjom, a szczególnie tym najtrudniejszym. Dzięki nim zrozumiałam, o czym ono jest, jak żyć z nim w przyjaźni, a nawet w miłości, kochać życie, żyć pełnią życia. Dziś także mogę powiedzieć, że dziękuję mym wszystkim relacjom — także tym najbardziej trudnym — z rodzicami, przyjaciółmi, znajomymi, partnerskimi. Dopiero teraz wiem jaki miały one sens. To jest „O sensie życia” — to tytuł jednej z mych książek, to jest o miłości, gdyż „Miłość wiele ma imion” — a to kolejna ma publikacja.

Ale przede wszystkim spełniłam się jako badaczka i poszukiwaczka i nadal to robię, idąc dalej, rozumiejąc więcej. Z tego też powodu zostawiłam progi mej uczelni, me wieloletnie badania, bo to było za mało. Już wiedziałam ponad 30 lat temu, gdy wróciłam z kontraktu medycznego w Libii, że wyrosłam ze schematów, że nie mieszczę się w ramach, w których miałam funkcjonować ponownie. Ja potrzebuję latać, tworzyć i …. dopiero wtedy zaczęły się ukazywać moje książki i liczne artykuły, niektóre bardziej poważne o przyczynach chorób z autoimmunoagresji i ich odkodowaniu, czy o kwantowym podejściu do rozwoju człowieka i jego reperkusjach dla medycyny i edukacji.

To wszystko znalazłam, szukając mojej recepty na zdrowie. Odkryłam ją ukrytą głęboko na poziomie subkomórkowym — w informacji, którą nosimy, a która jest kluczem do wszystkiego co dzieje się w nas; w naszych programach, traumach, emocjonalnej energii zatrzymanej w ciele, jako depozyty na przyszłe choroby i jakość życia.

Stale tworzę: każdego dnia, pokazuję nowy obraz siebie, także innym, jakimi mogliby być. Ja już nią jestem, ale idę dalej, stając się coraz bardziej „nowa”, gotowa do zmiany. Ja piszę z siebie to, co płynie ze mnie, tak, jak chce się wyrazić. Nie jestem do wklejenia w niczyje ramki — jestem Kreatorką zmiany, wychodząc od siebie i przechodząc wszelkie granice, które spotykam po drodze. Pokazuję drogę jak to robić tym, które (lub którzy) wybierają się w tę podróż, ale mają mało odwagi czy ekwipunku, aby zacząć, a szczególnie drogę do siebie, ponieważ tam są wszystkie bezcenne odpowiedzi i moce wewnętrzne.

Kocham robić to czym się zajmuję: pisać, uczyć w małych grupach, gdy jest „dostęp” do każdego. Kocham dzielić się z tymi, którzy widzą taką potrzebę i chcą się tego uczyć. Kiedyś, dawno temu, gdy stworzyłam Stowarzyszenie „Edukacja dla Przyszłości” — wydawało mi się, że moje programy są dla wszystkich (bo tak jest istotnie, bo to naprawdę społeczna edukacja — dla przyszłości, aby potem nie trzeba było terapii), stąd chciałam ich tym uszczęśliwić, a chcieli tylko nieliczni. Teraz robię swoje, idę dalej, latam coraz wyżej i pozwalam na dokonywanie wyborów kto czego chce. Ja wybrałam „nową siebie” i taką chcę się stawać każdego dnia.

Co znaczy być kreatorką zmiany?

Kreatorka zmiany to taka osoba, która sama z siebie chce się zmieniać, a nie wymaga tego od innych i całego świata.


Jakie masz prawo, czy masz takie prawo, aby wymuszać na innych zmianę? Kto ci je dał? Czy sama sobie je przyznałaś, nie pytając drugiej strony, czy ona tego chce? Przykładem może być osoba, która cała spocona wsiada do autobusu i otwiera natychmiast okno — nie pytając nikogo, czy tego sobie życzy. A czy ty chcesz zmienić się równocześnie, gdy on czy ona będzie się zmieniać?


Warto spojrzeć na to z własnej perspektywy. Co powoduje w tobie nakaz, przymus, konieczność zrobienia czegoś, czego nie chcesz, a ktoś cię do tego przymusza? Czyż nie odpór, odrzucenie? Dlaczego więc wymagasz tego od innych, gdy oni tego nie chcą? Możesz tylko prosić ich czy chcieliby coś zmienić w swym sposobie widzenia czegoś, czy ubierania się lub zachowania, wyrażania, tłumacząc swój punkt widzenia, absolutnie bez gwarancji, czy ich przekonasz. A czy sama jesteś przekonana, czy przekonałaś siebie, czy może masz co do tego sama wątpliwości, co chcesz w kimś zmienić? A może to on pokazuje ci coś o tobie, czego nie akceptujesz w sobie, a tym samym w innych?


Przede wszystkim zaś możesz pokazywać własnym przykładem — co to daje tobie, co w tobie zmieniło, jak żyjesz z tym sama — z własną zmianą. Czy jesteś szczęśliwa, spełniona, radosna, dzieląc się tym, co sama zyskałaś dzięki zmianie? Czy zmuszasz kogoś, aby się zmienił, bo wtedy ty się spełnisz — przez niego? A nie sama przez siebie, dzięki sobie? To nie jest do dyskusji — to jest DO ZROBIENIA TEGO w swoim życiu i pokazania sobie, a potem innym siebie — JAK TO DZIAŁA?


Czy wiesz, że nakazując coś komuś (dziecku, a przede wszystkim dorosłemu) wkraczasz w jego terytorium — jego osobistą, intymną przestrzeń, naruszając ją? Jakie masz do tego prawo? Rodzicielstwa, partnerstwa? — dla jego dobra? A czy wiesz jakie jest JEGO dobro? Skąd to wiesz, gdy on ci tego nie powiedział?


Rodzicielstwo — to prawo urodzenia, które nie daje prawa do zmiany natury dziecka. Możesz tylko wspierać to, co „wyłania się” z niego, tak jak z nasienia, bo ono ma swój program do wzrostu i zrealizowania siebie (o tym piszę zarówno w „Świadomym rodzicielstwie”, jak i w „Wychowaniu dziecka”). Możesz je tylko wspomagać w rozwoju kochającym zrozumieniem jego natury i procesów dziejących się w jego życiu. Już słyszę, jak protestujesz, nie wchodząc w to głębiej. Już słucham, jak pytasz: a jak dziecko urodzi się z wadą? Nie odpowiem na wszystkie twoje pytania, musisz sobie sama na nie odpowiedzieć. Opowiem natomiast przykłady, stąd będzie ci łatwiej to sobie uświadomić.


Wiele lat temu miałam na warsztatach panią, która nie słyszała na jedno ucho. Nie mówiła o tym przez jakiś czas. Były to cykliczne warsztaty, więc przyjeżdżała co miesiąc na dwa dni, w trakcie których robiłyśmy wiele ćwiczeń w grupie, medytacji czy wizualizacji, a przede wszystkim zadawania pytań (które bardzo lubię zadawać także sobie).


Któregoś dnia ta pani przyjechała bardzo podekscytowana, opowiadając z entuzjazmem wydarzenia miesiąca. Otóż miała ona niesprawne dziecko (wtedy już 12-letnie) i zgodnie z jednym z ćwiczeń prowadziła z nim dialog wewnętrzny, aby dowiedzieć się dokładniej czego chce. Z tej dłuższej rozmowy dowiedziała się, że chciałby być jaki jest — być takim dzieckiem, a nie kimś innym i on nie rozumie, dlaczego ona na siłę chce go zmieniać. Właśnie któregoś dnia jak zwykle zadźwigała go do wanny, zostawiając go w łazience, robiąc w międzyczasie co innego w drugim pomieszczeniu. Trwało to dłuższą chwilę, gdy zamyślona, zapomniała o nim. Jakież było jej zaskoczenie, gdy usłyszała za sobą hałas i zobaczyła dziecko w drzwiach. To było w rzeczywistości, nie w wizualizacji! Odtąd pozwoliła mu być tym, kim jest. Produktem ubocznym tych zajęć, a przede wszystkim jej zrozumienia było to, że zaczęła słyszeć. A może przez lata nie chciała czegoś usłyszeć — a teraz usłyszała?


A oto kolejne przykłady:


Miałam kiedyś na pojedynczych warsztatach panią psycholog terapii zajęciowej. Wracałyśmy po nich razem przez znaczną część drogi. Powiedziała mi, jak ważne były dla niej te zajęcia, ponieważ upewniła się w tym, co w niej tkwiło głęboko — że rodzice dzieci, którymi się zajmuje, wymuszają na nich (i nie tylko), aby one były inne. I miała poczucie, że ta „pomoc” idzie w złym kierunku, prowadząc do uzależnienia od innych, także od opieki państwa. To był jej komentarz, osoby wykonującej ten zawód. To ONA widziała potrzebę zmiany! Ja byłam tylko DROGOWSKAZEM, dając jej narzędzia do tego, aby ZOBACZYŁA!


Także wiele lat temu, gdy często prowadziłam grupowe zajęcia, jedna z mych absolwentek rocznego kursu, napisała w swej pracy po tym roku (będąc nauczycielką), że gdyby każda osoba chciała zmienić TYLKO JEDNĄ rzecz w swych postawach, postrzeganiu innych — to jak inaczej wyglądałby świat: zamiast oceniać innych, widząc w nich to czy owo — zajęła się sobą i swoim postrzeganiem siebie, chociażby DLACZEGO TO ROBI, że ocenia innych? Jej „wewnętrzny krytyk” całe swe bezcenne moce, które wykorzystuje dla innych, mógłby przecież wtedy przekazać sobie, dla swego wzrostu, tego, co jest w niej (całej osobie) głębiej, jaka jest jej potrzeba, aby ja wyrazić? A może jest to społeczna potrzeba „naprawy” świata, regeneracji zdrowia (bo to wszystko jest o zdrowiu w pełnym tego słowa znaczeniu). Jak inny byłby świat, gdyby wznieść swą świadomość do tego tylko poziomu: co ON (ta część siebie) chce wyrazić sobą, poprzez całą ciebie?


To wszystko jest o SYNTEZIE SIEBIE, własnej integracji, o wzrastaniu, uczeniu się z siebie, ze swych doświadczeń. Także o psychosyntezie wieku — jak w słojach drzewa (można to w nim zobaczyć) i tworzeniu mocnego pnia swej tożsamości, tego KIM JESTEM I DOKĄD ZMIERZAM?


Czy wiesz naprawdę Kim jesteś i dokąd zmierzasz?

Czy jesteś i chcesz być Kreatorką zmiany, tej najmniejszej, aby zmieniać świat na lepsze — startując od siebie?


Życie pokazuje nam kolejne lekcje do przerobienia, jedna za drugą i to coraz trudniejsze, gdy ich nie przerabiamy. Można tego nie akceptować. Ja jestem od pokazywania drogi. To wybór każdego. Ponieważ ŻYCIE ma głęboki sens, służący dobru wszystkich i wszystkiego. Możemy się z tym zgadzać, albo nie — ONO i tak będzie istniało, nawet, gdy nas już nie będzie, chyba, że zniszczymy je zanim… A przede wszystkim niszcząc siebie, relacje międzyludzkie, deprecjonując ich wkład w życie. To jest indywidualny, moralny wybór, powiedzenia TAK sobie i ŻYCIU. Gorzej, że cena niewłaściwego wyboru (NIE, nie chcę żadnej zmiany) jest globalna. Zmiany i tak się dzieją i to w większej, bo w planetarnej skali, czy tego chcemy czy nie, czy to ignorujemy i deprecjonujemy. Kwestią jest tylko nasze dostosowywanie do nich.

Jaki jest twój wybór na dzisiaj? Jutro może już nie być wyboru. Może nie być jutra! Tylko dziś możesz to zrobić!!! To jest powiedzenie TAK już dzisiaj!

Znowu o lustrze

W tym rozdziale nieco refleksji nad własnym zwierciadłem (czyli lustrem) i jego głębią. Będzie to odpowiedź dla jednej z mych respondentek — co daje spoglądanie w nie? — w sensie metaforycznym, a nie tylko potocznie rozumianym, jako rzucanie okiem na swój zewnętrzny wizerunek.

Warto więc poddać refleksji tę oto kolejną „PORADĘ MAŁEJ EWUNI DUŻEJ EWIE”


Ewa stoi przed lustrem i przeciera je ścierką. (lat 12)


Ja: Co robisz Ewuniu?

Ona: Czyszczę lustro.

Ja: Z jakiego powodu?

Ona: Ponieważ nie mogę czegoś zobaczyć.

Ja: A co chciałabyś widzieć?

Ona: Coś do głębi, aż do samego końca.

Ja: Czy ma to jakiś sens — patrzenie w lustro i oglądanie czegoś do końca? Czy to się odbija w lustrze i lepiej w nim widać niż normalnie oczami?

Ona: Oczami to co innego. Nie widać niczego odbitego, tylko wszystko na wprost. W lustrze mogę zobaczyć odbite ode mnie i uwidocznione przez lustro.

Ja: Teoretycznie masz rację. Przypominam sobie już jedną poradę, gdy miał być widok od lustra do ciebie i od ciebie do lustra, więc mogę to zrozumieć. Ale to dotyczyło osoby przeglądającej się w lustrze, natomiast teraz tak naprawdę nie wiem, co ma się odbijać.

Ona: Każde odbicie daje wzmocnienie, mocniejsze wrażenie. Gdy czegoś nie widać wprost, to odbicie wzmocni widok, aż coś zobaczę.

Ja: Mówisz zagadkami, stale nie wiem, co chcesz zobaczyć, jeśli tego nie widzisz.

Ona: Ale czuję. Czucia nie widać, a ja chcę je zobaczyć, stąd spoglądam w głąb lustra, aby się odbiło i wróciło. Takie wzmocnienie da ci oddźwięk, a potem obraz tego, właśnie w lustrze.

Ja: Nie bardzo jeszcze rozumiem. Czy to dotyczy ciebie, czy czegoś, jakiejś rzeczy, przedmiotu, osoby?

Ona: To dotyczy rzeczy, przedmiotu, ale też i kogoś/czegoś (zachowania), co powoduje we mnie oddźwięk — czucie. Ale stale nie wiem, co to. Stąd chcę to zobaczyć w lustrze — do głębi odbite.

Ja: Bardzo to skomplikowane, jak na moje dzisiejsze myślenie. Czy nie możesz powiedzieć jaśniej, o co chodzi?

Ona: Otóż chodzi o to, że bardzo bym chciała rozumieć to, co we mnie się dzieje. Dlatego szukam jakiejś możliwości, aby to pogłębić. Wymyśliłam właśnie, że może mi pomoże lustro. Stąd zaczęłam je przecierać, bo wciąż wydawało mi się, że nie jest zbyt czyste.

Ja: I teraz już coś wiesz, coś ci się wyjaśniło?

Ona: Tak, teraz jak ci tłumaczę, to mnie się także rozjaśnia. Otóż każda osoba usiłuje coś osiągnąć poprzez oglądanie czegoś, gdy reaguje druga osoba.

Ja: Znowu mówisz mętnie. Coraz bardziej gmatwasz.

Ona: Ciągle czegoś jeszcze nie rozumiem, nie mogę się przebić do głębi. Dlatego próbuję i próbuję, aż się wreszcie uda.

Ja: No i co?

Ona: Daj mi pomyśleć. Niektórzy zamyślają się czasami, tak jakby wpadali na chwilę do środka siebie. Inni wolą coś widzieć na zewnątrz. Ale przecież, jeśli coś się dzieje we mnie w środku, nie mogę szukać gdzieś „po ludziach” — muszę to znaleźć u siebie — „co i kto we mnie co porusza i dlaczego”. Dlatego wymyśliłam lustro, aby przytrzymało uwagę na sobie i poprzez spoglądanie w nie, pomogło wzmocnić wewnętrzne patrzenie w siebie. Wtedy wreszcie zrozumiem co to jest, co we mnie ma oddźwięk.

Ja: Myślę, że jest to już dla mnie teraz lepiej zrozumiałe, że chcesz bardziej zrozumieć siebie. Ja chciałabym bardziej zrozumieć innych, ich motywy postępowania, a często brak spójności między tym, co mówią, a tym, co robią. I to mnie też dotyka i powoduje we mnie oddźwięk, a gdy się temu przyglądam, po pewnym czasie — współczucie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego oni są niespójni? Czy im się coś nie odbiło — gdyż nie odbijają się ich słowa w czynach? Czy możesz mi to wytłumaczyć?

Ona: To bardzo proste. Oni po prostu sami nie patrzą w swoje lustra. Dlatego odbijają słowa od siebie do innych, niech tamci zobaczą w swoich lustrach. Dla nich to nie jest problem. Nie zastanawiają się nad zrozumieniem czegokolwiek. Dlatego ich słowa są niespójne z czynami — gdyż nie mają odbicia w sobie.


Właśnie ta niespójność wewnętrzna tworzy dysharmonię, a to objawia się wieloma konsekwencjami w życiu.


Zaproszę teraz do wyobrażenia sobie (na prostym przykładzie), co może znaczyć nierównowaga w organizmie?

— gdy odżywiamy się nieprawidłowo;

— gdy pijemy nieustannie napoje, które mają w swoim składzie substancje pobudzające czy toksyczne;

— nadmiernie forsujemy organizm jakimś fizycznym wysiłkiem, do którego organizm nie jest przyzwyczajony.


To tylko trzy z tysięcy przykładów, jak zachowania wbrew równowadze organizmu powodują konkretne skutki, chociażby tylko niestrawność lub otyłość, albo efekt reakcji zwrotnej w postaci braku energii, niechęci, bezsilność i potrzeby zażywania czegoś, aby być wciąż pobudzonym, lub wreszcie wywoływanie bólu w ciele — w trzecim przykładzie.

A co powoduje niespójność słów, myśli i czynów? Warto to zgłębić samej, zastanawiając się „jak to ze mną?” lub obserwując otoczenie i tego przykłady. To tak jak obiecywać i nie dotrzymywać. To tak jak ubrać się w coś, co zupełnie nie pasuje do całości osoby — co czyni dysonans, który aż z niej „krzyczy”, a ona absolutnie nie jest tego świadoma, że to nie w jej stylu i że jej zewnętrzny wizerunek jest niespójny z jej wnętrzem.


Czy ktokolwiek, kiedykolwiek nas tego uczył — bycia w harmonii wewnętrznej i zewnętrznej?


Wielokrotnie, pisząc blogi i wpisy na inne strony, mam okazję wchodzić w relacje z moimi respondentkami. Odpowiadając jednej z nich, mającej uwagi do sposobu mojego pisania, a szczególnie wypowiedzi zawartych w wierszach — zaproponuję ćwiczenie, które pozwoli nie tylko jej przećwiczyć słowa w nim zawarte — na sobie, czytając go głośno, lub jeszcze lepiej — wypowiadając słowa tego wiersza do osoby, która jest dla niej ważna. Warto to zrobić — aby przeżyć dogłębnie, co znaczą słowa w nas, obserwując reakcje w ciele. Jest to część psychoenergetyki słowa, którą się zajmuję i tego konsekwencji w nas i dla innych ( i to pozytywnych i negatywnych).


Poniżej jeden z wierszy z mego tomiku: LIRYKI NA NOWO. Wiersz nosi tytuł: Czy mówiłam ci dziś kochanie


Czy mówiłam Ci dziś Kochanie,

Że Cię uwielbiam

Za każdą chwilę z Tobą

Za rozkosz czerpaną z cudu istnienia

Ciebie przy mnie, ze mną

Niezależnie gdzie jesteś.


Czy mówiłam Ci dziś Kochanie,

Że pamiętam

Twoją piękną sylwetkę na tle krajobrazu,

Czy po prostu w kuchni, a także

Wszędzie, gdziekolwiek jesteśmy razem,

Twoje emanujące ciepło

Gdy pozdrawiasz mnie z daleka,

A potem witasz czule i z oddaniem.


Czy mówiłam Ci Kochanie,

Że pamiętam

Emanującą z Ciebie energię

Gdy idziesz obok mnie,

a ja chciałabym tulić się do Ciebie bez końca

Każdy Twój gest, którym zwracasz się do mnie

Każde Twe słowo

Które tyle ma znaczenia dla mnie.


Czy mówiłam Ci dziś Kochanie,

Że pamiętam Twe czułe dłonie,

Których ciepło

Przenika mnie do głębi,

Twe uściski, pocałunki, bliskość

Ciebie przy mnie,

Nastrój który wytwarzasz

Ogień, który rozpalasz i sam płoniesz

Który porywa mnie do Ciebie

I Ciebie do mnie w miłosnym tańcu.


Czy mówiłam Ci dziś Kochanie,

Że Cię uwielbiam

I jak wiele znaczy dla mnie

Twoja obecność i Twój uśmiech

To, jak dobierasz słowa

Aby wyrazić to, co czujesz

I chcesz to wyrażać do mnie,

Wyzwalając we mnie

Płomienie miłości do Ciebie

Za to, co wyrażasz i jaki jesteś.


Czy mówiłam Ci dziś Kochanie,

Że Cię uwielbiam

Za to, że zaistniałeś w moim życiu,

Za to, co dajesz

I za to Kim jesteś dla mnie —

Wciąż odkrywanym

Nieocenionym Darem Nieba.


Czy mówiłam Ci dziś Kochanie,

Że każda chwila z Tobą

Lub tylko świadomość Twego istnienia

Wzbogaca i rozpromienia

Każdy mój dzień i noc

Radosnym blaskiem

Nadając głęboki sens memu życiu.


Można na końcu dodać swoje własne treści, dopasowane do sytuacji w życiu, okoliczności, miejsca, jakości kontaktu. Warto to przeżyć — NA SOBIE — aby zrozumieć innych, także siebie! — a może przede wszystkim? — jak się czuję, gdy…? Co się we mnie dzieje?… co czuję z czyjegoś powodu?


Ciało jest cudownym „komunikatorem” tego wszystkiego, co się w nim dzieje. Ono nigdy nie kłamie. To my możemy to robić, zaprzeczając mu, działając wbrew niemu, także je oszukując „namiastkami” tego, czego naprawdę potrzebuje, bylejakością jego traktowania. Ale ono zawsze będzie pamiętać. Każda jego komórka ma utworzony wewnętrzny zapis kolejnego doświadczenia. Nawet jak konkretna sytuacja przeminęła. Ono wie — ma w swej pamięci „bank informacji”, depozyty, konkretny incydent i konkretną energię zainicjowanych wtedy emocji; także zdeponowanych trucizn.


Co to ma do KREATOREK ZMIANY? Bardzo wiele, a może wszystko. To jest o ZMIANIE. Ponieważ działanie wbrew naturze — żywemu organizmowi jest zadawanym mu „gwałtem”, naruszaniem jego harmonii, a szczególnie ignorancją, nie znając go, nie słuchając, żyjąc zaś w dysharmonii, niespójności. Organizm sobie potrafi pomóc — do czasu, wyrównując (oglądane w badaniach) parametry biochemiczne (np. analiza krwi). Ma duże zasoby, bo przecież może przemieszczać składniki z innych organów i przestrzeni ciała.


Podam tu prosty przykład — idziemy do lekarza, bo nas coś boli, on daje skierowanie na badania, które są w „normie”, a ból nadal istnieje. Doszukujemy się różnych przyczyn lub po prostu bierzemy lek przeciwbólowy („chowając” objaw do środka), a tenże przewlekły ból jest pierwszym sygnałem nierównowagi. Może trwać latami, może skończyć się szybko, szczególnie dla nas, gdy coś zakryjemy tabletką…


Ale to już temat na kolejną opowieść. Piszę o tym zresztą wiele w książce „Choroby ze stresu”. I tam także podaję konkretne przykłady, jak sobie pomagać, aby „czytać ciało”.

Co daje świadoma zmiana?

Patrząc z perspektywy ostatnich 30 lat, gdy zetknęłam się z psychosyntezą, zaczęłam widzieć i rozumieć bardziej siebie: co robię, jak reaguję i myślę i dlaczego tak to robię. Zrozumiałam, że wzorce, którymi się posługujemy są wyjątkowo wąskie.


Dzieciństwo i szkoła przygotowuje nas do otwarcia drzwi na świat i od jego obrazu zależy jak szeroko otworzymy je sobie, także na innych ludzi. A może je zamkniemy lub zaraz gdy ich poznamy, od razu ich odrzucimy i zatrzaśniemy im je przed nosem. Tak naprawdę to zatrzaskujemy sobie te drzwi, nie obserwując, nie ucząc się, nie doceniając tego, co przynoszą nam inni ludzie — jaki inny kawałek poznania, poszerzenia zredukowanego świata, przekazany przez najbliższe nam otoczenie.


Gdy coś jest nam nieznane lub zostało przez nasze środowisko odrzucone lub wręcz wyśmiane, tym trudniej się z tym nam oswoić. Czasem odzywa się to w nas echem, bo coś nam przypomina, z czymś nas konfrontuje. Możemy to odrzucić, schować „pod dywan”, ale to i tak powróci, bo jak pisałam wcześniej — życie to szkoła, w której mamy nauczyć się lekcji. Gdy ta osoba czy sytuacja powróci ponownie i „stawimy” temu czoła, zauważymy, że to NASZ problem, a nie tej osoby i to MY mamy zrozumieć, skąd pochodzi. Inwektywy w przeciwnym kierunku nic tu nie pomogą, bo to „nasza reakcja” i na niej mamy się skupić.


Moje najtrudniejsze doświadczenia i to bywało, że z najbliższymi, pokazały mi mój sposób „kanałowego” myślenia i reagowania, który miał swe głębokie korzenie w dzieciństwie. Każda moja emocjonalna reakcja wywoływała zwykle we mnie długotrwałe przeżywanie, powracanie do czegoś, nurzanie się w bólu bez możliwości wyjścia — pokazywała „moje braki”. Tego rodzaju zachowania wynikają z poczucia niskiej wartości, ugruntowanym w dzieciństwie, gdy otoczenie przekazywało nam komunikaty naszej nieadekwatności. One potem ujawniają się jako nieustanne deprecjonowanie siebie (nie umiem, nie potrafię, nie dam sobie rady, już taka jestem), lub wprost przeciwnie, jako „wytykanie innym” ich braków — aby poczuć się samemu lepiej, podbudować swoją wartość — kosztem innych.


Od wielu lat, będąc członkinią International Council for Self-Esteem, mam świadomość, jak wiele jest do zrobienia w edukacji w tej kwestii. Sama się tego musiałam uczyć przez lata.


Tymczasem w rzeczywistości nasza wartość winna budować się na swojej mocy, poczuciu sensu z samego istnienia, z własnej autentyczności, tego jaka jestem. Ona nie wynika z żadnych porównań, że jestem lepsza, ładniejsza, mądrzejsza, jedynie z mej unikalności, autentyczności, tego, że nie ma drugiej takiej samej osoby / kobiety jak ja. Dlatego nie mam potrzeby nikogo kopiować, ani się do nikogo upodabniać, być jak…, a raczej polega na „zagłębianiu się w sobie” i odkopywaniu krok po kroku tego, co jest „pod spodem”, co „zakopano” przez wychowanie i edukację, czyli mą autentyczność, to KIM JESTEM NAPRAWDĘ.


Patrząc z perspektywy lat i mego ukształtowania do odbioru świata, a może raczej „ociosania” — jaką mam być, jakiej oczekuje ode mnie otoczenie i ludzie, na czyj wzór i podobieństwo mam wyglądać, co i jak wyrażać i jak mam myśleć i czuć, (bo wymagają tego ode mnie inni) — teraz widzę i czuję, jak zubożony był świat, w którym żyłam, który mi usiłowano wtłoczyć i który miałam widzieć cudzymi oczami. A ja mam przecież swoje oczy, a ponadto świat jest okrągły — dookoła mnie i nie ma przypisanych na stałe cech przez innych ludzi. To ja mogę tworzyć świat, kreować go takim, jaki chcę, wzbogacać go, przeżywać, doznawać w całym swym bogactwie barw i odcieni.


Gdy odrzuciłam zakazy i nakazy widzenia otoczenia przez innych, jego fragmentaryczności, zobaczyłam piękny, bogaty, różnorodny, kolorowy, bajeczny świat i ludzi. Tak — właśnie ludzi, którzy wyrażają go na swój unikalny sposób. I zaczęłam „się zmieniać”, poszerzać swoją percepcję, aby móc widzieć i czuć coraz więcej i więcej. To samo pokazuję innym, mym uczennicom, studentom — właśnie to bogactwo przeżywania, także każdej chwili, włącznie z najbardziej intymnymi, bo to otwiera przede mną moje bogactwo, ze wszystkimi jego barwami i odcieniami przeżywania.


Gdy stawiam sobie pytanie: Czy żałuję podjętych takich, a nie innych decyzji?, które postawiły mnie przed nieznaną, czasem samotną drogą, bywało, że początkiem nowej, nieznanej ścieżki, mogę odpowiedzieć słowami piosenki Edith Piaff — „Nie, nie żałuję niczego”, a wprost przeciwnie — jestem wdzięczna mym lekcjom, mym najbardziej bolesnym relacjom z ludźmi, mym reakcjom emocjonalnym i chorobom, które pozwoliły mi zrozumieć i dogłębnie doświadczyć i odkodować to co wadliwe.


Mogę także zauważyć, że jest lepsza, ciekawsza, (a szczególnie dla mnie — naukowca), niesamowita droga, którą mogę odkrywać krok po kroku i opisywać — jako badaczka wewnętrznego świata i autorka w pełnym tego słowa znaczeniu.


Ta fascynująca „droga do siebie” — do mej duchowej natury, pokazała mi inny, cudowny, wielobarwny i magiczny świat, tym bardziej, że mogłam go odkrywać sama, a przede wszystkim doświadczać. Pokazał mi on całe nieprzebrane bogactwo, którego dotychczas nie znałam, bo żadna edukacja ani wychowanie mi go nie odkryło, a wręcz zabraniało i „zamknęło mi do niego drzwi”. Dzięki temu, czując wdzięczność, ja te drzwi znalazłam i otworzyłam dla siebie, a teraz otwieram, ucząc swych następców tego bogactwa, pokazując im cudowny świat bez leków, dopalaczy, przyspieszaczy, istniejący w każdym, czekający tylko na otwarcie (od tysięcy lat) do niego drzwi. Dzięki swym bolesnym lekcjom i nieobecności odpowiedniego kształcenia na przestrzeni całej edukacji, mogłam zrozumieć i uzupełnić to wszystko, czego mi zabrakło w uczeniu siebie wewnętrznej harmonii, zrównoważonego rozwoju, zdrowia, pokoju, wychodząc tym samym do harmonii w rodzinie i świecie, tworząc „model edukacji dla przyszłości”, rozpoczynającej się od zbudowania siebie.


Dawno temu Marek Aureliusz powiedział: „człowiek musi być wsparty na łukach i filarach, inaczej ta konstrukcja rozsypie się w gruzy”, a Henry Van Dyke: „pozwólmy śpiewać wszystkim ptakom. Lasy byłyby bardzo ciche, gdyby śpiewały nich tylko te ptaki, które śpiewają najpiękniej”. Zacznijmy śpiewać swą pieśń — pieśń swojej duszy, swego sensu i przeznaczenia.


Ale najpierw pozwólmy sobie ją odnaleźć, „zakopaną w sobie”. To właśnie jest prawdziwe znaczenie łacińskiego słowa „educare” — wydobycie na wierzch co ukryte w środku. I to jest sens właściwie sprawowanej edukacji, która wspiera każde dziecko w jego ujawnianiu talentów i darów dla świata. A reszta znajdzie się sama, jak mówiła „Alicja w krainie czarów”, a właściwie znajdziemy sami, czego nam potrzeba do najpiękniejszego zaśpiewania swej pieśni duszy, tego KIM JESTEM NAPRAWDĘ.


Wiele lat temu na przystanku przy hotelu Bristol ktoś napisał: „mam duszę”. Zawsze, gdy stamtąd jechałam, zastanawiałam się nad odkryciem tej osoby, tego, że odnalazł wreszcie dwie rozdzielone dotąd przez naukę i edukację nierozerwalne części siebie, stanowiące jedność. Ale czy taki istnieje ich porządek? Czy jajko jest pierwsze niż kura? Czy ten piszący ma duszę, czy dusza ma ciało (jego ciało). Warto poddać to refleksji, bo doświadczenie pokazuje inaczej, jaki jest porządek rzeczy. Wróćmy więc do początku.


Zakończę ten rozdział cytatem, autora „Małe jest piękne” E.F. Schumachera: „Jeśli potrzebujemy stale więcej edukacji, aby nas ochronić, powinna to być edukacja innego rodzaju: edukacja, która prowadzi nas w głąb istoty rzeczy.”

Trudne wybory — czy zostać sobą?

W poprzednim rozdziale pisałam o „pieśni duszy”, swej autentyczności, o sobie JAKA JESTEM NAPRAWDĘ?


Gdy już to wiem, najczęściej rozumiem jeszcze więcej, że otoczenie wcale nie chce, aby ktoś był sobą, a raczej wymaga, aby był taki jakie ono chce, abyśmy były lub nie akceptuje, odrzuca. A szkoda, bo właśnie przez to stawia pod przysłowiową ścianą taką osobę, każe jej dokonywać wyboru: albo jesteś ze mną, lub nie, a wtedy już cię tu nie ma.


Gdy zatracamy siebie, zapieramy się siebie, bo inni tego od nas wymagają, mamy właściwie dwa wybory: albo iść za „stadnym myśleniem” — i dostosowywać się nieustannie do innych, wyrażać co oni myślą i czują. Muszę wtedy dopasowywać się w każdej sytuacji, właściwie zapominając swoją prawdę, to kim jestem i co czuję i myślę. Nagrodą jest „poklask”, „sztuczne przyjaźnie” — oparte na nim. Niemniej jest to jednak nieustanne balansowanie na linie oraz świadomość, że jak tylko troszeczkę się wychylę — zostanie mi przyklejona etykietka „odmieńca” i będę zagrożona wykluczeniem. Dlatego muszę być taka jacy są inni, tak i ja — bez różnicy.


Drugi wybór jest POSTAWIENIEM NA SIEBIE, na swoją prawdę, na to co i jak myślę i wyrażam, kim jestem jako unikalna istota, niepowtarzalna w żadnych kopiach.

To trudny wybór, bo stawia taką osobę w opozycji do „stadnego myślenia”, czyniąc ją „inną” niż tłum (a tym samym prawdziwą!). Ta decyzja (a nie ucieczka od siebie i strach przed wykluczeniem) pokazuje wybór: „ja albo oni”. Gdy będę „JA” — oni odejdą, a nawet wcześniej wyśmieją lub wyszydzą. Taka bowiem jest reakcja tłumu. Gdy będą „ONI” — zatracę się ja, moja unikalność, oryginalność w stadnych reakcjach.


To trudny wybór, wymagający wielkiej odwagi osobistej, wiary w siebie i to lub Tego co większe ode mnie. To wybór dotyczący sensu mego istnienia, mej oryginalności, tego, co niosę w sobie i wyrażania tego do świata. Jest on szczególnie trudny w sytuacjach konfrontacji z innymi, oceniającymi moją inność. Reakcją stadną jest zawsze odrzucenie, bez żadnej dyskusji, jedynie słuszną. Pod spodem kryje się też indywidualny lęk, aby się nie wychylać, bo również ta osoba zostanie odrzucona, a więc zmuszona jest trzymać się stada.


Dla osoby, która WYBRAŁA SIEBIE, jest to trudny okres. Ona musi wytrwać w swej odmienności, przyswoić sobie własną moc i ogarnąć tę większą, poza nią, dostępną jej z wymiaru duchowego. Wtedy gdy wytrwa, STAJE SIĘ SWOJĄ MOCĄ i zawsze będzie szła swoją drogą, wyrażając siebie, swą unikalną oryginalność. Gdy przetrwa w swej decyzji i samotnej wydawałoby się drodze — zacznie systematycznie dostrzegać i przyciągać (jak magnes) podobnych sobie. Dopiero z nimi może budować „prawdziwe związki”, oparte na głębokiej przyjaźni, miłości, rzeczywistej więzi.


W literaturze anglojęzycznej nazywa się to „soul mate”. Tutaj nigdy nie ma odrzucenia, a wprost przeciwnie — docenianie za swój unikalny wkład, za oryginalność myślenia i czucia, za wrażliwość, która pozwala dostrzegać bogactwo w innych, całe ich piękno i różnorodność istnienia. Wtedy dopiero jest „w domu” — w prawdziwym domu duchowo podobnych sobie, otoczona przyjaźnią i miłością innych i sama emanująca nią do nich i świata. W tym świecie nie ma też uzależnień, żadnych „guru”, bo każdy zna swoją drogę i nie musi przyjmować żadnego innego przewodnictwa. Jest sam dla siebie autorytetem, opartym o swe wewnętrzne moce i zaufanie / wiarę w wyższą moc odnajdywaną i nieustannie regenerowaną w sobie.


„NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ” (W. Churchill), zawsze walcz o siebie, a to pozwoli uratować twoją unikalność, przynosząc w darze do świata twe dary, które będą przyjęte z wdzięcznością przez tych, którzy ich potrzebują, są ich „głodni”, w zamian ofiarowując swe specyficzne talenty, realizując uniwersalne prawo dawania i otrzymywania, tworząc tym równowagę w sobie i świecie.

To wybór każdego — być sobą lub tłumem. Każdy ma prawo wyboru „zostania sobą” — nawet, gdy inni tego nie chcą zaakceptować.

Obyśmy nigdy nie stracili tej odwagi i nie zatracili siebie w oczekiwaniach innych. Zostawiam każdemu ten wybór. Nagroda jest tego warta, bo bezcenna — BYCIE SOBĄ, a NIE PROGRAMEM INNYCH.

Nowa jakość

Gdy jesteśmy świadome etapów rozwoju, potrafimy odróżniać niewłaściwe wybory i zachowania, które prowadzą na przysłowiowe manowce, wnosząc bezsens do życia, pustkę.


Gdy zaczynamy żyć świadomie, rozumiejąc, że każda życiowa sytuacja czy relacja, a także czytana książka, blog, uczestnictwo w warsztacie czy konferencji — czegoś nas uczą, zaczynamy zadawać proste pytania: co to mi przynosi? Czego się z tego uczę? Zaczynamy wprowadzać SENS do naszego życia i nie tracić bezcennego czasu na nieproduktywne działania czy kręcenie się w kółko.


A wtedy wkracza do naszego życia NOWA JAKOŚĆ — ZROZUMIENIE i zaczynamy KORZYSTAĆ z informacji czy mądrości, które przynoszą nam inni, to, czego mamy się nauczyć w życiu. To są LEKCJE ŻYCIA, o których już pisałam kilkakrotnie.


Przez wiele miesięcy w roku nie mamy zwykle czasu na refleksję. Bywa jednak, że ostatnie miesiące roku — listopad i grudzień — to zwykle okres refleksji i podsumowań, jaki był mijający rok, co przyniósł. Gdy zaczynamy to dostrzegać, zauważamy, że każdy rok jest inny i rozpoczynamy żyć bardziej świadomie, aby realizować to co chcemy i jak chcemy żyć SWOIM ŻYCIEM.


Na stronie internetowej ZDROWIE REGENERACJA istnieje możliwość otrzymania w każdym miesiącu nowego numeru Newslettera, który ma tytuł NOWE NARODZENIE. Gdy chcę żyć po nowemu, z nową jakością, widzieć więcej i czuć więcej, jak i osiągać więcej — można tam znaleźć wiele bezcennych informacji i pytań dla siebie: jak żyć lepiej i mądrzej? Jak znajdować sens w każdym wydarzeniu?


Numer listopadowy jest zwykle poświęcony refleksji, pozbieraniu wszystkiego razem. Numer grudniowy przynosi w każdym roku ANKIETĘ do podsumowania roku, aby dostrzec, co tak naprawdę dzieje się w naszym życiu, dokąd ono nas prowadzi. Dzięki tym refleksjom na koniec roku, możemy zaplanować ŚWIADOMIE NOWY ROK — co ma się wydarzyć, co ma przynieść, jaki ma być. To tak jak pokazanie wszechświatowi — tak, podjęłam decyzję, tego chcę, tak chcę żyć, to osiągnąć! Pod koniec kolejnego roku łatwiej jest zauważyć jak wiele się z tego sprawdziło, gdy żyjemy świadomie, Z CELEM.


Robię to już od wielu lat i zawsze otrzymuję wiele gorących podziękowań za wgląd, jaki przyniosło to podsumowanie.


Poddawaj refleksji swoje życie. A to zacznie wprowadzać nową jakość, prowadzącą do TWEGO NOWEGO NARODZENIA i KREOWANIA ZMIANY.

Zakończenie i nowy początek

Ostatnie dwa miesiące roku, a szczególnie tzw. Andrzejki uświadamiają, że mimo, iż każdego dnia nie przypisujemy uwagi do codziennych zdarzeń, które prowadzą nas do tego, czego chcemy najbardziej, to zabawa andrzejkowa i oczekiwanie, co się ukaże w andrzejkowej wróżbie, przywołują głęboko ukryte pragnienia i potrzeby, które domagają się zaspokojenia.


A przecież można żyć świadomie każdego dnia, czerpać z niego radość, planować go, także stwarzać okoliczności, aby marzenia zaczęły się spełniać. Bez naszego w tym wkładu i pozytywnych wibracji, żaden „królewicz czy królewna z bajki” nie zjawi się w naszym życiu, a nawet jeśli, to może przynieść on cechy i zachowania niekoniecznie przez nas pożądane. Natomiast dokładne określenie tego, czego chcę, pozwoli na zaistnienie obrazu mego marzenia w rzeczywistości.


Kiedyś poszukiwałam nowego mieszkania, gdyż obecne było dla mnie niefunkcjonalne. Zupełnie nie wiedziałam, czego chcę: jak ma wyglądać. Oczekiwałam, że po prostu spadnie z nieba i będzie tym, czego pragnę. Trwało to dwa lata, gdy krok po kroku uświadamiałam sobie swoje potrzeby. Najczęściej było to zrozumienie, czego tak naprawdę nie chcę — poprzez ogląd dziesiątek mieszkań. W niektórych nawet się już widziałam, że być może to będzie właśnie to, bo czymś mnie kusiły — co okazywało się tylko atrapą dla mego „głodu” zmiany na nowe.


Jedna z takich sytuacji rozegrała się w ostatniej omalże chwili przed podpisaniem umowy, gdy weszłam głębiej w to, czy naprawdę jest to mieszkanie moich marzeń. I wtedy wpadłam na pomysł zapytania mieszkanki tego rejonu, gdzie znajdowało się mieszkanie — co jest jej największym problemem zamieszkiwania w tej okolicy. I właśnie to uratowało mnie przed podjęciem niewłaściwej decyzji.


Pani niosła zakupy wśród bloków i istotnie okazało się, że była tamtejszą mieszkanką, stąd ją zatrzymałam, wyjaśniając tego powody. Z jej opowiadania wynikało wyraźnie, że „nie wszystko złoto, co się świeci” i że pięknie odmalowane bloki na różne kolory, podobnie jak mieszkania po remoncie i bez mebli — gotowe do zamieszkania — to nie tylko to, bo ważne jest to, co pod spodem. Pani powiedziała, że nowe elewacje kryją stare, zmurszałe 20-letnie (dopiero!) instalacje, a wewnątrz nich kryją się „moje ulubione insekty” — prusaki. Powiedziała, że mieszka co prawda w sąsiednim bloku — bliźniaczym, ale nie różni się on niczym od tego, przed którym właśnie stałyśmy i który miał zrealizować moje marzenia.


Minęło jeszcze trochę czasu, gdy wyraźnie określiłam i spisałam czego naprawdę chcę — (dotąd przechowuję te notatki jako ewenement z datą ich napisania, znając termin mego późniejszego zamieszkania gdzie indziej). Omalże w ostatniej chwili, gdy moje poprzednie mieszkanie było już sprzedane i miałam dokonać ostatecznego wyboru — przyszła zupełnie nowa propozycja z najśmielej oczekiwanymi atrybutami i bez żadnej wnoszonej przeszłości (nowe!), w pięknym otoczeniu, jakie trudno wymarzyć, wśród natury, bez zgiełku i smogu, a tak naprawdę w mieście, choć bez niego.


Tak to określenie naszych potrzeb buduje i przyciąga zmianę i to najbardziej pożądaną, dając jeszcze więcej niż oczekiwałyśmy.

Życie z sensem i celem

Jakiś czas temu uczestniczyłam w rozmowie, która pokazała mi „kanałowy” sposób myślenia osoby, brak wizji tego, co robi, po co i dokąd ma ją prowadzić. Ta osoba oczekiwała przede wszystkim na pomysły od innych, których i tak nie realizowała, bo jej nie pasowały. To zupełnie jak zabawy małego chłopca, który zupełnie nie myśli co chce zbudować, a potem to zwyczajnie niszczy.


Gdy budujemy cokolwiek bez wizji jakie to ma być i po co, to szkoda zabierać się za cokolwiek. Wiele razy zapytywałam ludzi — co robią, co chcą osiągnąć? Jak to chcą zrobić? Przez lata nie udawało im się niczego osiągnąć. Było to wiecznie w sferze pragnień. A więc, gdy pytałam, bo mnie prosili o poradę — jeszcze jakoś szło, gdy mieli opowiedzieć co to jest i jak mają to zrobić — było im coraz trudniej. Myśleli pewnie, że to spada z księżyca, samo się dzieje, a tu trzeba włożyć coś z siebie, aby coś wyjąć.


Dawno temu Cz. Niemen śpiewał piosenkę „Dziwny jest ten świat”. Oj naprawdę jest dziwny, gdy ludzie oczekują od innych tego, co sami chcieliby osiągnąć lub posiadać!


Mała Ewunia dużej Ewie w jednej z porad opowiadała, że buduje WIEŻĘ DO GÓRY. Byłam zdziwiona tym, gdyż nie przypuszczałam, że może być inaczej, przecież nie może być do dołu. Oto co ona mi opowiedziała:


Ewunia śpiewa: Na zielonej łące karminowe kwiaty.

La, la, la, la, la, la, la

Ja: Co tak śpiewasz Ewuniu?

Ona: Chce mi się śpiewać.

Ja: Dlaczego jest ci tak wesoło?

Ona: Udało mi się coś zrobić.

Ja: Co ci się udało?

Ona: Poukładać klocki

Ja: Dlatego się cieszysz? Co ci się udało poukładać?

Ona: Wieżę do góry.

Ja: Czy może być wieża na dół?

Ona: Może być wieża i wieża do góry.

Ja: Czymś się różnią?

Ona: Wieża — to taka zwyczajna wieża, która kończy się, kiedy już wygląda jak wieża.

Wieża do góry — to rozbudowana wieża, aż do samego szczytu — gdy można jeszcze na nią coś nałożyć, a potem jeszcze zakończyć ją szpicem.

Ja: Po co ci była wieża do góry?

Ona: WIEŻA DO GÓRY robi porządek z klocków, układając je do góry.

Wieżę do góry buduje się z klocków według specjalnego porządku, pytając się klocków, który klocek teraz ułożyć. Wieża do góry jest dokładnie przemyślaną wieżą, aby pokazywała kierunek — do góry.

Ja: Po co ci taka przemyślana wieża do góry? Czy nie wystarczy zbudować wieży i nie przemyśliwać tyle?

Ona: Gdy się myśli przy budowaniu — ONO MA ZNACZENIE.

Gdy jest bezmyślne, jest to tylko zajęcie rąk, a wieża niczego nie znaczy.

Właśnie WIEŻA DO GÓRY — znaczy, że była przemyślana, aby prowadziła do góry — i to jest jej znaczenie: nadanie kierunku: do góry.


Ja, przemyśliwując wszystko, co się obecnie dzieje: Tak sobie myślę, czy to co opowiedziałaś mi teraz, ma jakieś znaczenie dla mnie — w tej sytuacji, jaką mam teraz?

Ona: Gdy przemyśliwasz każdy klocek, który układasz, on układa się w odpowiednim miejscu i czasie.

Gdy układasz bez myślenia– bierzesz klocki byle jak. One nie nabierają znaczenia dla całości. Tylko przemyślane układanie ma sens i zbuduje taką wieżę, jaka jest właściwa.

Ja: Zaraz, zaraz, co to znaczy? Czy jak ja przemyślę wieżę i pojedyncze klocki i ktoś przemyśli też wieżę i pojedyncze klocki, to wieża do góry będzie taka sama?

Ona: Jeśli budujesz z kimś wieżę, to przemyśliwa każdy swój klocek, a potem ty przemyśliwasz, jaki klocek pasuje do tego klocka, który położyła druga osoba.

Gdy układasz swoją wieżę do góry, dopasowujesz bardzo dokładnie klocki. Możesz nawet przerwać, gdy nie wiesz, jaki ułożyć, poczekać, aż przyjdzie ci myśl, jak to zrobić. Dopasowujesz i sama wiesz, że wszystko, co robisz, ma sens (jest przemyślane po kolei). Wtedy daje ci to radość z każdego dołożonego klocka, właściwie położonego.

Inna wieża — zwykła — jest tylko ułożeniem klocków, aby przypominała wieżę. Jest podobieństwem wieży. Nie jest nią.

Wieża prawdziwa — właśnie do góry — jest wieżą przemyślaną, z połączenia odpowiednich klocków.

Ja: Dziękuję Ci. Znaczy to, że wszystko, co mam — klocki do zbudowania czegoś, muszą być właściwie połączone. NIE WYSTARCZY ICH PO PROSTU POUKŁADAĆ KOŁO SIEBIE.

Ona: Właśnie tak. I dlatego daje to radość i szczęście.

Ja: Bardzo ci dziękuję. Jesteś naprawdę genialna.


Tak, właśnie, gdy cokolwiek planujemy, a szczególnie, gdy robimy to z drugą osobą (np. gdy jesteśmy z nią w związku), nie wystarczy po prostu żyć z dnia na dzień, bez myślenia –co „wkłada się” w każdy dzień, bo z tego nic dobrego nie wynika w czasie — po prostu ta pseudo-budowla rozsypie się niebawem w gruzy, bo nikt o nią nie dbał, aby miała konkretny kierunek — dokąd ma prowadzić. Gdy obydwie strony podążają w tym samym kierunku — dopiero wtedy jest sens tego, co robią i to daje szczęście i radość.


Warto to przemyśleć: co robię i po co?

Każdy ma wybór

Każdy rok zamyka pewne drzwi, kończy jakiś okres w życiu, podsumowuje czas, który przeminął. Ma on swe znaczenie, gdy mu je nadamy, zrozumiemy drogę jaką przeszliśmy od jego początku aż do końca, co się w nim wydarzyło, co przyniósł, czego dokonaliśmy, lub co się nie spełniło. Może też być początkiem na dłuższą skalę lub zakończeniem czegoś, co się przeżyło lub do czego nie przywiązywaliśmy uwagi, co po prostu się zadziało jakby samoczynnie — a co być może mogłoby mieć znaczenie, gdybyśmy mu poświecili więcej czasu czy uwagi.


Gdy żyjemy bardziej świadomie, wchodzimy w każde wydarzenie pełniej, żyjemy w nim i nim, uczestniczymy całą sobą. To pozwala też na pełniejsze zaangażowanie w życie, rozumienie sensu i kierowanie tym, co chcemy, aby się w nim działo. To my jesteśmy głównymi aktorkami na naszej scenie i jednocześnie reżyserkami naszych przedstawień.


Wiele razy pracuję z różnymi osobami na warsztatach lub indywidualnie i okazuje się, że nie zdają sobie z tego sprawy, uważają, że tak ma być, że życie samo się dzieje. Gdy wchodzimy głębiej w „teatr wewnętrzny” i w to, co się tam wydarza, okazuje się, że to rodzice ciągle rządzą tą sztuką, choć oni dawno już są dorośli i mają swe własne rodziny, ale stale „dyrektywy” pochodzą z ich rodzinnych domów. Kto więc tu rządzi? Kto kieruje ICH przedstawieniem, ich sztuką? Gdzie jest reżyser ich przedstawienia? Czy odgrywają cudzą sztukę, żyjąc własnym życiem?


Tak więc brak zrozumienia tej fundamentalnej zasady „kierowania własnym życiem”, tworzy „ofiary losu”, które są jak korki na oceanie miotane wichrem, nie mające na nic wpływu, poddające się okolicznościom. Wzięcie w swoje ręce odpowiedzialności za kierunek swego życia, zmienia zupełnie priorytety. To ja wiem, czego chcę, dokąd zmierzam i co chcę w nim osiągnąć. To nie przypadek mną kieruje, to ja rządzę każdą okolicznością, dokonując wyborów swego postępowania w każdej z nich, lub nie robiąc nic, pozwalając innym, aby rządzili na mej scenie.


Czas, kiedy żyjemy jest nieustannym okresem kończenia czegoś starego i początkiem nowego. Wymaga on świadomych wyborów — czego chcę i jak chcę, aby wyglądało moje życie. Co wybieram? Dokąd zmierzam? Z kim wyruszam? Czy jak ten samotny biały żagiel, czy może z kimś wspólnie, bo razem możemy coś dobrego stworzyć. Człowiek nie jest wyspą na oceanie, tylko istotą stadną z natury.


Co wybieram? Jak pragnę żyć w każdym roku? Teraz, dzisiaj mam wybór.

Kreowanie zmiany w zdrowiu

Patrząc z perspektywy czasu, jak i obecnej sytuacji i kondycji służby zdrowia, nasuwa się zasadniczy wniosek: jeśli nie weźmiemy na siebie odpowiedzialności za zdrowie, nikt za nas tego nie zrobi — i to już dzisiaj. Obserwuję młodych około 30-tki, którzy już potrzebują leczenia i to bywa, że natychmiast, a okazuje się, że system jest niewydolny. Do lekarza podstawowej opieki mogą — owszem dostać się w ciągu kilku dni, ale to nie rozwiązuje zupełnie sprawy, bo zrobienie badań bywa, że trwa do kilku miesięcy (specjalistyczne), a czekanie w kolejce do specjalisty — to następne pół roku. Jeśli problem zdrowotny wymaga rehabilitacji — to najbliższy termin jest za 4 miesiące.


Nie zdajemy sobie sprawy, że na zdrowie mamy wpływ w większości sami. To nasz styl życia (brak ruchu), nawyki myślowe, emocjonalne, także żywieniowe i niewłaściwa dieta — to konsekwencje, które nie dają na siebie długo czekać — wystarczy 5—10 lat i wszystko mamy „jak w banku”.


Organizm człowieka nie da się oszukać. On owszem ma mechanizmy autoregulacyjne, ale ich wydolność, przy nasilających się niewłaściwych nawykach — wywołuje zmiany adaptacyjne, a te wpływają na cały organizm. Widzimy przecież na ulicach już małe dzieci otyłe, a przy nich podobnie wyglądających rodziców lub przynajmniej jednego z nich. To ewidentny przykład „kalki” — odbicia tego, co nieprawidłowe w rodzinie — już w dziecku. To nie genetyka, to najpierw nawyk, a on odbija się już w najbliższej rodzinie, a potem w genach — to my sami je wytwarzamy i to jak widać — bardzo szybko i powielamy na następne pokolenia.


Ale tego rodzaju genetykę możemy zmienić i to na przestrzeni jednego życia — odkodować „wadliwy program” — także pokoleniowy. I to we wszystkich swych nieprawidłowych wzorcach, zarówno myślenia, reagowania (emocji), jak i przede wszystkim nieświadomych zachowań, czyniąc je świadomymi wyborami. Jest wiele do zrobienia w tej sferze. A przede wszystkim konieczność wzięcia już od zaraz odpowiedzialności za swe zdrowie — i zdrowe życie.


A zdrowie — to temat „rzeka”, rozumiany przez większość osób jako badania i wizyty u lekarza. A to jedynie ułamek tego wyjątkowo ważnego tematu dla każdego. Niektórzy mówią — byłam na badaniach i wszystko jest w porządku. A tymczasem mają wypryski na skórze lub wypadają im nadmiernie włosy lub czują tu i ówdzie skurcz mięśni lub bóle różnego rodzaju bez zupełnego powiązania z czymkolwiek.


Organizm, jak napisałam wcześniej, ma swe mechanizmy autoregulacyjne i wysyła na obwód (do krwi) to, co potrzebne jest do równowagi. Dlatego wydaje się, gdy badania są w tzw. normie, że wszystko jest w porządku. A on tymczasem — tak jak w banku — przerzucił wartości z konta na konto. Rachunek się zgadza, ale tam, gdzie potrzeba i powinno być — brakuje. I tak się dzieje z kośćmi czy zębami — ubywa (robią się dziury), np. w zębach, czy następuje zrzeszotnienie kości. Wszystko przecież w podstawowych badaniach jest w porządku. Nikt jednak nie spojrzał głębiej.


Nie znaczy to wcale, że mamy nieustannie się badać. To znaczy natomiast, że mamy świadomie żyć i zwracać uwagę przede wszystkim na stan emocjonalny. Chociażby stres powoduje przemieszczanie się lub utratę niektórych pierwiastków z organizmu. Mamy również odżywiać się zdrowo, uzupełniając to, czego brakuje, co tracimy w różnych życiowych sytuacjach jak i sezonowych zmianach. Jest niezbędnym obserwowanie naszych rytmów i ich regulowanie. Niezmiernie istotnym jest ruch, który pozwala na oczyszczanie ciała ze zbędnych balastów i trucizn. Również warto zwrócić uwagę na spożywanie odpowiedniej diety i płynów, aby nie było za późno, bo jak napisałam — konsekwencje złych nawyków nie dają na siebie długo czekać.


A więc warto już od dziś wziąć odpowiedzialność za zdrowie w swoje ręce. Dbać o nie codziennie, bo organizm to nie maszyna, którą można eksploatować nieustannie i bez żadnych konsekwencji. Ciało to żywy instrument, który reaguje natychmiast na wszystko, czym je żywimy, jak myślimy i reagujemy. Ono daje reakcję zwrotną, a to daje konsekwencje zdrowotne. Zewnętrzne działania, wizyty u lekarza, badania — to półśrodki, dla uspokojenia logicznego umysłu — ale nie głębi serca. Lekarz w przeważającej większości przypadków bez aparatury nie stwierdzi co mi jest, bo tylko ja mogę wiedzieć co to jest, skąd powstało i co powoduje. Lekarz obserwuje objaw i kieruje leczenie do niego. A pod nim kryje się przecież przyczyna, czasem wiele przyczyn. Tylko ja — każda z nas może je odwołać — gdy nie jest jeszcze za późno. Zawsze jest czas, aby zacząć, nawet, gdy wydaje się, że nie ma już nadziei. Nadzieja umiera ostatnia.

Zasiewanie pozytywnej zmiany

Na początku tego rozdziału chciałam podziękować moim Czytelniczkom i Czytelnikom za miłe słowa doceniania tego, o czym piszę.

Tutaj chciałam skupić się na docenianiu, akceptacji — jak jest to ważne dla każdego, od dzieciństwa, także przez całe życie.

Dzieciństwo jest okresem, gdy dziecko kształtuje obraz siebie i świata. Gdy dostaje pozytywne komunikaty o sobie — jego obraz staje się pełen akceptacji, radosny. Gdy jego zachowania lub często osoba jest krytykowana — taki obraz siebie i świata wyniesie z domu. Ten krytyczny obraz przeniesie potem na innych, widząc w nich zło, szczególnie, aby „polepszyć” obraz siebie, spaczony w domu czy szkole, obwiniając świat i ludzi o to, co nie pasuje do tego, czym chciałby być, a kim jest — zgodnie z otrzymanymi komunikatami. Gdy obraz siebie i świata wyniesiony z dzieciństwa jest przyjazny, taka osoba szuka w ludziach dobra, wierzy w nich, stara się znaleźć pozytywne strony życia i ludzi.

Bywa, że ten wczesny okres, mimo nie zawsze adekwatnych wzorców, przynosi konfrontację z jakimś pozytywnym obrazem, autorytetem, kimś, kto staje się bohaterem, pokazując cechę lub przesłanie, które „zasiane zostało na życie”. Ten obraz zawsze będzie wracał, przynosił przypomnienie czegoś, co zapadło głęboko w duszy, wywołując rezonans, który domaga się wyrazu, odwzorcowania. Bywa, że są to żywi ludzie — modele, lub bohaterowie książek, niemniej są to autentyczne osoby lub cechy, które pokazały coś, co do nas „woła” ze środka. To wołanie będzie nas „wzywało” przez lata, może być czasem zapomniane, zagubione w codzienności, niemniej ono żyje swoim życiem wewnątrz nas i przypomina o sobie w różnych życiowych sytuacjach.. Zwykle jest to coś, co w nas schowane, a jednocześnie coś, co wiąże się z jakimś aspektem z jednej strony indywidualnym, a z drugiej społecznym, coś, co chciałoby się odwzorcować w swój indywidualny sposób, pokazać coś innym — poprzez siebie. Może to być potrzeba głoszenia czegoś (jak Nelson Mandela), pisania, troski o innych (jak Matka Teresa), leczenia (jak A. Schweitzer) czy wreszcie uczenia innych (M. Montessori). Gdy się to wydobywa z siebie — staje się to pasją, potrzebą stałego zgłębiania, otwierania i dzielenia się tym z innymi. Może też to być jakiś artystyczny talent — rysowanie, grafika, malarstwo, rzeźba.

Jakiś czas temu rozmawiałam przez telefon z Panem Kazimierzem Wiśniakiem, znanym scenarzystą, grafikiem, współtwórcą Teatru Lalek w Karpaczu, także wielu scenografii do sztuk teatralnych w różnych miastach w Polsce i poza granicami, autorem rysunków do wielu książek dla dzieci (w tym moich bajek) oraz autorem książki autobiograficznej, wydanej na swe 80-te urodziny „Życie ze sztuką splecione”. Nie dość, że życie Jego było dedykowane ludziom, wnoszeniem piękna do ludzkich serc — to jeszcze, do tej pory społecznie wydaje on lokalną gazetkę w Lanckoronie, koło Krakowa. Rozchodzi się ona jak przysłowiowe „chrupiące bułeczki”, dając ludziom przez lata coś, co ich przyciąga, fascynuje, uczy, wreszcie „mówi do nich” i „mówi o nich”. Kilka dni wcześniej przed naszą rozmową, obejrzałam także film na You Tube z promocji książki, która odbyła się w słynnej „Piwnicy Pod Baranami”. Stamtąd dowiedziałam się, że mieszkańcy Lanckorony obdarzyli Pana Kazimierza tytułem „Anioła Lanckorony” za to, co wnosi przez lata do ich duszy i serca. Gdy rozmawiałam z Panem Kazimierzem, czuł się z tego dumny i zaszczycony choć jest człowiekiem wyjątkowo skromnym, uważając, że dedykował tym ludziom ponad 30 lat „kawał dobrej roboty”, że Jego zauroczenie tym miejscem, które zaowocowało zamieszkaniem tam przez lata, zaprocentowało wkładem w życie wspólnoty, która to docenia, cieszy się, korzysta, czerpie z tego wiele dla siebie, ale także dzieli się i obdarza zaufaniem i wdzięcznością.

To bardzo ważne dla każdego — służenie innym swoją pracą, talentami, darami ducha. Nie do przecenienia jest dla każdego, także takiej osoby — rezonans, oddźwięk od innych, nawet, gdy on jest niewielki. Daje to motywację do dalszego działania, ponieważ warto to robić, nawet, gdy jest to tylko jedna osoba, a co dopiero cała społeczność!

Pamiętam z mych warsztatów, które prowadziłam przez kilka lat w ramach Stowarzyszenia „Edukacja dla Przyszłości”, gdy przychodziły do mnie nauczycielki i dziękowały, (bywało zażenowane, czasem robiły to na osobności), za to, co zobaczyły, zrozumiały, co pomogło im spojrzeć na siebie czy otoczenie inaczej. Byłam szczęśliwa, że „uratowałam” nie tylko wiele dzieci, w których zobaczą takie same istoty ludzkie jak one w „szkole życia”, które dopiero w nie wchodzą i potrzebują właściwego przewodnictwa i troski.

Obyśmy nie zapomnieli, że docenianie innych i troska o nich, także służenie im, jest naszą osobistą potrzebą — czucia się potrzebnym, a to daje zadowolenie i radość z dobrze spełnianego życia.

Z tych też powodów warto wyrażać wdzięczność i dzielić się nią z innymi, bo ona pomnaża się i rozprzestrzenia, dając coraz więcej dobra wokół, zasiewając je, aby wzrastało. A to zaspokaja także nasze wewnętrzne potrzeby — bycia potrzebnym, docenianym, co wzbudza kolejne motywacje do robienia tego dalej dla innych, nawet, gdy wiek (jak w przytoczonym przykładzie), mówi, że warto już byłoby odpocząć i zacząć żyć tylko dla siebie.

Kreatorzy zmiany

Wprowadzenie

Istnieje obecnie wielkie wyzwanie naszych czasów dla tworzenia nowej kultury, która jest zrównoważona, oparta na pokoju, zdrowiu i dobrobycie wszystkich. Tworzy się ogólnoświatowy ruch, który z jednej strony woła nas, a z drugiej potrzebuje. Jest to WEZWANIE DLA KREATORÓW ZMIANY dla tworzenia ewolucyjnego, świadomego społeczeństwa. Właśnie z tego powodu wystosowałam Apel w 2012 roku, który zawarłam w trzech odcinkach.


Jeśli czujesz z wewnątrz ciebie, że twoja historia, twoje życiowe doświadczenie jest wartościowe i wnosi coś wyjątkowo specjalnego dla innych — jesteś w domu!


Jeśli jesteś przyciągany do tej idei (zmiany), jest to właściwe miejsce, aby się spełnić, być widzianym, ważnym i stworzyć dary dla świata /innych.


Jakie są twoje dary dla tego ruchu?

Wezwanie dla kreatorów nowej rzeczywistości — część 1

Budowanie nowego społeczeństwa


Wezwanie dla KREATORÓW ZMIANY zostało ogłoszone na przestrzeni 2012 roku na YouTube. Jest to zaproszenie skierowane do wszystkich tych, którzy mają pomysł na lepszą przyszłość w różnych dziedzinach i mają już pewne doświadczenie, że to działa na sobie i dla innych. Te dziedziny to 12 przestrzeni społecznego życia (zwanych kołem współtworzenia), które wymagają szerszego spojrzenia i nowych sposobów wyrażania. Jego centrum stanowi główna idea (wartość osobista, jakość lub jakości życia jako całości). Zrozumienie życia jako całości i jego wspieranie, pozwoli na stworzenie nowych systemów, w odróżnieniu od panujących obecnie, które nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań i chylą się ku upadkowi. Są to:

— Zdrowie

— Edukacja

— Nauka

— Środowisko

— Relacje

— Duchowość

— Sztuka

— Sądownictwo (sprawiedliwość)

— Ekonomia

— Infrastruktura

— Media

— Zarządzanie


TERAZ jest czas, aby to zacząć robić, przygotować grunt pod nowe, które ma zaistnieć. To jest społeczny, globalny ruch INNOWATORÓW, społeczników, pionierów, mających wizję i poszukujących środków wyrazu, aby to zrobić WSPÓLNIE.


Mój Apel jest ZAPROSZENIEM — dla tych, którzy czują wewnętrzne wołanie, oraz chcą być w awangardzie, tworzących zręby NOWEGO SPOŁECZEŃSTWA i NOWEJ KULTURY, zaczynając od lokalnego poziomu, swego miejsca życia. W 3 odcinkach zaproszenia, przechodząc od ogółu do szczegółu wyjaśniam okoliczności kryzysu i jego znaczenie dla tworzenia nowej kultury/cywilizacji. społeczeństwa oraz możliwości i sposoby wyjścia z niego, poprzez budowanie zrębów nowych struktur. Każdy z kolejnych rozdziałów wyjaśnia zarówno etapy, możliwości, jak i konkretne szczegółowe rozwiązania istniejące bądź na świecie lub także w Polsce.


Jeśli czujesz się powołany — przystąp do grupy kreatorów zmiany, dla zorganizowania komitetu organizacyjnego. Do tego kręgu potrzeba minimum 12 osób (dla 12 dziedzin).

Jeśli chcesz być dostrzeżony i masz coś ważnego, unikalnego dla innych — każda zgłoszona inicjatywa będzie brana pod uwagę. Staniesz się WSPÓŁKREATOREM ZMIANY. Gdy przegapisz tę okazję — stracisz tę unikalną możliwość, aby znaleźć się w AWANGARDZIE PIONIERÓW LUDZI NOWEJ ERY.

Wezwanie dla kreatorów zmiany — cz. 2

W tym odcinku kieruję wezwanie dla kreatorów zmiany, dla tworzenia nowego porządku, gdzie każdy znajdzie swe unikalne miejsce we wszystkich przestrzeniach społecznego życia: ekonomii, polityki, środowiska, edukacji, zdrowia, sztuki itd., wymienionych wyżej.


Albert Einstein powiedział kiedyś, że nie możemy rozwiązać problemów wychodząc z tego samego poziomu na którym powstały (dotyczy to myślenia, działania, odczuwania). Dlatego ludzie mają zbudować nową rzeczywistość, mają mieć wyższą świadomość budowania połączeń z innymi, łączności, współtworzenia z nimi.

Ta wyższa świadomość ma swe pochodzenie w głębi siebie. Trzeba ją wydobyć. Nie wystarczy powiedzieć sobie czy innym — ja jestem TYM, bo wymaga to pracy nad sobą, swej wyższej świadomości, osiągnięcia takiego poziomu, który „wyraża się na zewnątrz”. Tym samym wymaga to przejścia od ego do istoty siebie, a tam zamieszkuje głęboka potrzeba budowania wspólnoty, a więc powrotu do „korzeni”.


Barbara Marx-Hubbard — zwana „matką świadomej ewolucji” lub „głosem ewolucji świadomości naszych czasów”, uważa, że ogłoszony przez Majów koniec świata na 21 grudnia 2012 roku jest początkiem narodzenia nowej rzeczywistości. Z tego też powodu zaprosiła pionierów do tworzenia lokalnych obchodów w swych miastach, regionach i włączenia się w globalny Dzień narodzin. Zasadniczym elementem zwrotnym tworzenia nowej karty historii jest oparcie jej na swej własnej historii, włączonej w całą historię ewolucji, nazwaną przez nią Nasz a Historią (OUR STORY — film na DVD).

Uwłaszczenie jej, bycie unikalną, ważną częścią tej historii uwiarygodnia nas, a jednocześnie tworzy podwaliny pod łączenie, współtworzenie, odnalezienie swego znaczącego miejsca w historii ewolucji w skali globalnej. Barbara Marx-Hubbard zaprasza do podarowania swego daru — swych umiejętności, talentów dla zmiany: to give your gift to the shift (Shift Movement)


Podstawowe pytania, na które winniśmy znaleźć w sobie odpowiedź jest: „co możemy zrobić, aby przekroczyć lukę (cross the gap) od teraz — kryzysu, upadku systemów — do tamtąd — do podniesienia się i budowania współtworzącego społeczeństwa. W jaki sposób możemy wesprzeć i budować w szerokiej przestrzeni możliwości, włączając nasze dary — opierając przyszłość na etycznych fundamentach?


Każdy z nas może podarować swe dary poprzez podjęcie wspólnych działań, odpowiadając na te wyjątkowo znaczące pytania, stając się KREATOREM ZMIANY. Naszym wspólnym celem jest tworzenie nieustannie wzrastającej społeczności, mającej w sobie ugruntowaną świadomą ewolucję w nas i społeczeństwie i stając się ewolucyjnym LIDEREM w globalnym i lokalnym ruchu. Potrzeba nas wielu, bo sytuacja tego wymaga. Jest to unikalna okazja do BYCIA, stawania się liderem dla przyszłości.


Zapraszam wszystkich zainteresowanych do tworzenia lokalnego koła społeczeństwa nowej ludzkości, liderów Świadomej Ewolucji.

Wezwanie dla kreatorów zmiany — cz. 3

Nawiązując do dwóch poprzednich odcinków i wystosowanego ZAPROSZENIA, chciałabym przywołać wizję. Thomasa Jeffersona, b. prezydenta St. Zjednoczonych z połowy XIX wieku. „Każdy człowiek zasługuje na zaistnienie — bycie widocznym, dla wyrażenia tego, KIM JEST i co ma do zaoferowania światu”.


Każdy więc ma prawo do wyrażania swej twórczości dla dobra innych i w każdym jest ona zawarta. Obecnie jest czas i miejsce, aby to zrobić i zaistnieć — nie tylko w lokalnej społeczności, ale być widocznym dla świata. To stwarzają media, nastawione na promowanie talentów, także działań dla świata w skali globalnej.


Na to pozwala także globalny społeczny ruch, pozwalający wydobyć z ludzi, co w nich bezcenne, a przede wszystkim to, co działa i może wspomagać innych. To pozwoli na łączenie inicjatyw, tworzenie z nich większych systemów w różnych przestrzeniach życia.

Nowoczesna nauka potwierdziła, jak język komunikacji międzyludzkiej jest w stanie działać jak wirus (Viral Communications), wywołując w innych rezonans na głębokich poziomach siebie, powodując zmiany aż do poziomu DNA. To właśnie wyobraźnia i słowa pozwalają docierać do wnętrza siebie, uwalniać to, co tworzy się w nas, stwarzając wewnętrzną, a wreszcie zewnętrzną rzeczywistość — czyli własne zaistnienie.


Obecnie jesteśmy konfrontowani z kryzysami na różnych poziomach społecznego życia. W wielu ludziach budzi to strach, złość, a nawet agresję, skierowaną często do zupełnie nieznanych sobie osób, w różnych kierunkach. Musimy zrozumieć, że każdy kryzys i to zarówno w skali globu, jak i w indywidualnej osobie jest naturalnym sygnałem do zmiany — do transformacji. Jest to zew natury, która domaga się nowego wzorca — właśnie ZMIANY.


Jak mówi Barbara Marx-Hubbard, problemy są ewolucyjnie sterowane, co oznacza potrzebę refleksji, czyli oglądu i stworzenia nowej formy, bardziej właściwego środka wyrazu dla danej sytuacji i zdarzenia. Dlatego powstaje kryzys i towarzyszące mu negatywne emocje. Warto więc spojrzeć szerzej i dostrzec tych, którzy niezależnie od globalnych kryzysów, zaczęli tworzyć NOWE ROZWIĄZANIA, wychodząc naprzeciw wewnętrznemu wołaniu, znajdując własne środki wyrazu, krocząc unikalną, często samotną drogą. Oni wiedzą z wewnątrz siebie, że to jest coś, co woła ich od środka, każe wyrażać swą prawdę, talent, coś co pokazuje pewne uniwersalne wartości innym, takie jak: dobro, piękno, sprawiedliwość, prawdę, miłość, wzrastanie i wiele innych, wszystkich tych idei ważnych dla indywidualnego człowieka, społeczeństwa, a także dla świata, pokazania własnych środków wyrazu. Warto więc, aby te osoby i inicjatywy ujrzały światło dzienne, stały się dostępne opinii publicznej, wnosząc do niej swój unikalny, często nieznany zupełnie innym aspekt życia.


Zaistnienie wymaga przestrzeni i środków, a więc mediów dla ich wyrażenia. Wymaga stąd stworzenia pewnej struktury, w której ma coś zaistnieć. Dlatego w pierwszym odcinku przywołałam schemat „koła współtworzenia” (Wheel of co-creation, Barbary Marx-Hubbard), jako pewnego wzorca, gdzie dana osoba czy inicjatywa ma zaistnieć. Koło ma 12 sektorów, czyli pól dla zamieszczenia swej inicjatywy. Jest przestrzenią, gdzie każdy może znaleźć swe unikalne miejsce.


Z buntu, kryzysu, tego, co nie działa — powstaje zawsze nowe. Tak działa natura. Jest kwestią naszej indywidualnej decyzji i powiedzenia TAK, chcę tu być — i wyboru naszego zaistnienia w większym systemie — BYCIA CZĘŚCIĄ ZMIANY.

Koniec roku — czy koniec świata?

Pod koniec 2012 roku media informowały co kilka dni o końcu świata. Niektórzy politycy mimochodem i w żartach lub kpinach, przy okazji innych wydarzeń wymieniali także ten temat. Widać było wyraźnie co tkwiło w umysłach ludzkich, skoro przywoływano tego rodzaju zjawisko. Niemniej pokazuje to wyraźnie problem, który towarzyszy opinii publicznej na przestrzeni kolejnych lat.


Niezależnie od wiary lub niewiary w cokolwiek związanego z przewidywanym czy wręcz opisywanym zjawiskiem (nawet w pogodzie), jesteśmy konfrontowani, czy chcemy czy nie, zarówno z takimi kataklizmami jak Katrina czy Sonia czy wcześniej tsunami oraz rzadziej opisywanymi lub przeoczonymi powodziami w różnych częściach globu, którym nie sposób zaprzeczyć. Podobnym konkretem są zmiany klimatyczne, które wymagają od wszystkich rządów państw dostosowania się do ogłoszonych dyrektyw Unii Europejskiej, obejmujących wszystkie kraje, bo inaczej prędzej czy później czeka wszystkich totalna zagłada. Na tym poziomie widać wyraźnie zrozumienie, że nie ma czegoś co jest oddzielne, niezależne i każdy wpływa na każdego.


Niedawno naukowcy wykazali, a media opisały podwyższanie się stanu oceanów, nawet do 60 cm w miarę krótkim czasie, co może spowodować zniknięcie depresji i zalanie wielu krajów i miast, z Nowym Jorkiem włącznie.


To są fakty, które wymagają konkretnych działań i decyzji. Możemy je nazwać końcem świata lub jakkolwiek inaczej. Możemy dowolnie ustalać konkretną datę lub wiele przybliżonych (jak w naukowych prognozach). Niektóre kraje to wiedzą i ich rządy od dawna dostosowywały różne rozwiązania, jak np. Szwajcaria, która wybudowała podziemne miasta (o tym pisała prasa). Niemniej to, czego nie wiemy, a co odbywa się codziennie — to zmiany w polu elektromagnetycznym Ziemi, które mają wpływ na wszystkie gatunki żyjące w przyrodzie, co wymusza dostosowywanie lub ich wyginięcie. O tym pisze biologia czy ekologia, ale kto by wiązał wszystkie fakty w jedną całość?


Te i inne jeszcze zjawiska, zostały spowodowane działalnością człowieka, który zadufany w sobie, uważał, że może zmienić biegi rzek, powycinać lasy bez zastępowania ich innymi, że może podbić wreszcie kosmos i podporządkować wszystko sobie — nie przewidując swym ograniczonym umysłem tego konsekwencji, a teraz odbiera tego skutki. Ale Ziemia/Planety są osobnymi organizmami, rządzącymi się własnymi prawami natury, które człowiek pogwałcił i one odpowiadają (zgodnie ze zjawiskiem feedback) kosmicznymi zmianami.


I to się dzieje obecnie, choć pozornie nie wiązane z niczym innym, a nawet ignorowane. Jesteśmy jednak z tym konfrontowani na co dzień, w postaci pojawiających się nowych chorób cywilizacyjnych (chociażby alergie czy nowotwory), niespotykanych dotąd objawów, z którymi medycyna ma trudności z leczeniem, a człowiek „likwiduje doraźnie tabletkami na wszystkie bóle”. Pojawia się wreszcie coraz bardziej nagminnie nadmierna agresywność w kontaktach międzyludzkich. To są także konkretne objawy zmiany naszych pól elektromagnetycznych. Do czego one prowadzą? Do czego prowadzi nierównowaga wewnętrzna?


Łatwo sobie to wyobrazić — na własnym przykładzie: ile czasu mogę stać na jednej nodze, mając dwie? Nietrudno zgadnąć — to tylko chwila. A więc chwila może zmienić wszystko, i albo my, naszym umysłem doprowadzimy do równowagi, albo umysł spowoduje zmianę, także w wielkiej, globalnej skali, bez naszego wpływu, Wielki Umysł, za Teillardem de Chardin czy D. Bohmem — Implicate Order, czy jakkolwiek nazywają Najwyższą Moc różne systemy religijne, bez wyróżniania jakiejkolwiek.


Czy chcę mieć wpływ na moją zmianę? Czy jestem jak korek na oceanie, targany falami i wiatrem?

Jesteśmy stale konfrontacji ze zmianami, czy tego chcemy czy nie, czy wyśmiewamy czy nie. ONE i tak są, odbywają się. Od naszej wewnętrznej, etycznej postawy zależy nasz wewnętrzny stan, podejście do tego — także przeżycie w skali perspektywicznej (kolejnych pokoleń, NASZYCH dzieci i wnuków), bo to jest jak w banku — co włożysz, to wyjmiesz, a to może procentować. To kwestia wyboru, niezależnie czy się zgadzam czy nie z końcem świata czy innym, jakimkolwiek końcem. Pewne zjawiska doszły do zenitu — na skalę globu — one się dzieją. Co o tym myśli przeciętny Kowalski — czytaj na różnych forach, także moje wypowiedzi [3]


Każdy ma wybór. Możesz nie wybierać. Zrobią to inni, także same planety. Gdzie chcesz być? Czy chcesz żyć? To kwestia twego wyboru i stosownych działań.

Choroby genetycznie uwarunkowane. Przyczyny, konsekwencje i uzdrowienie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 28.35
drukowana A5
za 59.96