Dedykuje tę książkę mojej rodzinie Joannie, Monice, Dawidowi oraz Franciszkowi, którzy bezpośrednio i pośrednio przyczynili się do jej powstania...Dziękuję za piekło…
Autor
Janusz Kostuch
Rozdział 1: Jeźdźcy z niebieską siekierą
Obiad był już na stole. Kotlety z cukinii kipiały tak aromatycznym zapachem, że aż nie mogłem się doczekać pierwszego kęsa. Dostałem ją dzień wcześniej od Wieśka, kolegi z dzieciństwa. Po wielu latach nasze drogi, które rozeszły się zaraz po ukończeniu podstawówki, ponownie się zeszły i na nowo zaczęliśmy się widywać.
Zapach potrawy unosił się w powietrzu, wypełniając całą kuchnię. Smażąc ostatnie cztery sztuki na patelni, odruchowo wyjrzałem przez okno w stronę bramy — tak, jak miałem to w zwyczaju robić każdego dnia. Brama była oddalona od domu o niecałe pięćdziesiąt metrów.
Nagle ogarnęło mnie zdziwienie. Zobaczyłem policyjny samochód parkujący naprzeciwko wjazdu. Dwóch funkcjonariuszy po cywilnemu rozchyliło skrzydła bramy i pewnym krokiem weszło na posesję. W pierwszym odruchu spanikowałem. Szybko udałem się na piętro, a zaledwie chwilę później do drzwi rozległo się głośne pukanie.
— Halo! Halo! Jest tam ktoś? — zapytał ponuro ciężki, męski głos. Po chwili uderzenia w drewno powtórzyły się, tym razem znacznie głośniej.
— Panie Janku, jest pan tam? Proszę otworzyć drzwi! — usłyszałem stanowcze wezwanie.
Nie odzywałem się. W sumie nie miałem takiego obowiązku. Zszedłem cicho na dół i zza ściany obserwowałem podwórko przez duże, trój skrzydłowe okno balkonowe. Jeden z policjantów, wyraźnie wściekły, że nikt mu nie otwiera, zaczął wkładać rękę przez uchylone okno, próbując je sforsować od zewnątrz. Na szczęście mu się nie udało. Po chwili do cywilów dołączyło kolejnych dwóch mundurowych. Zaczęli krążyć wokół domu, gorączkowo szukając innego wejścia do środka.
— On tam musi być… — powiedział jeden z nich. — Widzisz? Obiad stoi na stole. Patrz, patrz, tam jest!
Głosy za oknem narastały, wypełnione coraz większym napięciem.
— Zaraz go dorwiemy, tego skurwysyna — rzucił głośno mały, łysy, tępy typ. Wyglądał, jakby rodzice mocno skrzywdzili go wzrostem, bo swoją posturą przypominał krasnoluda.
Stałem nieruchomo w cieniu, pilnując, aby mnie nie dostrzegli. Po dziesięciu minutach tej swoistej okupacji podwórka w końcu odpuścili. Zniknęli, a wokół nastała głęboka cisza. Podszedłem bliżej szyby i rozejrzałem się uważnie. Nigdzie ich nie było. Brama, o dziwo, została zamknięta.
Pojechali, pomyślałem z ulgą, siadając do wystygniętego już posiłku. Kotlety nie smakowały już tak dobrze jak tuż po zdjęciu z patelni, ale i tak zjadłem je ze smakiem. Nie przypuszczałem wtedy, że będzie to ostatni dobry obiad, jaki przyjdzie mi zjeść przez bardzo długi czas.
Minęło może piętnaście minut. W międzyczasie odłożyłem pusty talerz do zlewu i zacząłem parzyć sobie kawę. Odwracając się mimowolnie w stronę okna, zamarłem. Zobaczyłem, że idą znowu. Tym razem kroczyli gęsiego, niczym czterej Jeźdźcy Apokalipsy. Słońce wisiało nisko, tuż nad Krzyżem Milenijnym na szczycie góry, który widziałem idealnie na wprost okna. Ostre światło biło mi prosto w twarz, przez co nie potrafiłem dostrzec rysów ich twarzy — widziałem jedynie czarne, nadciągające sylwetki i cienie.
Wszystko stało się jasne, gdy z jednego z samochodów zaparkowanych na wjeździe wysiadła moja była żona. Poczułem lekkie zaskoczenie, gdy zauważyłem, że tym razem ekipa była wyposażona w niebieską siekierę. Niósł ją jeden z mundurowych. Doskonale pamiętam to lśniące ostrze wystające spod plastikowej, niebieskiej osłony. Wyglądali, jakby szli kogoś co najmniej ukatrupić. Zbliżali się powoli, ostrożnie, jakby spodziewali się, że zaraz ktoś zacznie do nich strzelać. Niestety — a może stety — ich obawy były wybitnie przesadzone.
Zaszedłem do przedpokoju, zasunąłem ciemną, ciężką, brązową zasłonę, przez którą nic nie mogło przeniknąć, i sam otworzyłem drzwi. Nie mogłem pozwolić na to, aby po raz kolejny wyważono mi zapięcia. Tak jak tamtym razem, gdy w kuchni na belce stropowej wisiała już przygotowana szubienica — mój ostateczny plan na rozliczenie się z życiem, które stało się tak nieznośnie beznadziejne.
Pamiętam tamten moment, jakby to było wczoraj. Kiedyś uczyłem się wiązać ten specyficzny węzeł szubieniczny, który zaciska się samoczynnie pod wpływem ciężaru. Nie miałem więc najmniejszego problemu, by powołać go do życia namacalnie, a nie tylko w wyobraźni. Wszedłem na krzesło i przewiązałem sznur przez belkę kilkukrotnie, upewniając się, że nie ma prawa się zerwać. Krzesło zostawiłem tuż pod pętlą, jakbym za chwilę miał na nie wrócić. Potem usiadłem na skórzanej sofie, zrobiłem zdjęcie i wrzuciłem je na Facebooka z podpisem, że to „nowe wyposażenie wnętrza”. To był impuls, klasyczny krzyk o ratunek. W głębi duszy wcale nie chciałem umierać, ale ten potworny głos, który od kilku lat zamieszkiwał moją głowę, nie dawał za wygraną. Nieustannie szeptał, że tak będzie lepiej dla wszystkich.
Wtem rozległ się dzwonek i gwałtowne pukanie do drzwi.
— Janek! Gdzie jesteś?! — zawołał ktoś zza drzwi.
Wszystko znowu zaczęło się zapętlać. Wiedziałem, czyj to głos — to był sąsiad. Nie otworzyłem mu. Dobijał się jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu odpuścił i odjechał. Ja natomiast uciekłem na górę, do mojego ostatniego pokoju nad warsztatem. To pomieszczenie najlepiej tłumiło wszelkie dźwięki z zewnątrz. Zamknąłem drzwi i w końcu zapanowała upragniona cisza.
Próbowałem zagłuszyć ten głos w głowie, ale on wciąż ciągnął mnie w dół, ku nicości. Usiadłem na krawędzi łóżka, chwyciłem głowę w obie dłonie i zacząłem ściskać ją z całych sił, jakbym chciał zmiażdżyć rodzące się w niej myśli. Świat się zatrzymał, a ja zastygłem w bezruchu.
Z letargu wyrwał mnie dopiero potężny, hukający dźwięk. Ktoś uderzał w drzwi z potworną siłą, raz za razem. Do moich uszu dobiegły podniesione, spanikowane głosy.
— Biegnij na górę! Tu go nie ma! Skurwysyn się powiesił chyba!
W końcu drzwi do mojego pokoju ustąpiły z trzaskiem. W progu stanęli strażacy — jeden wysunął się na przód, drugi czekał tuż za nim, a reszta obstawiała schody.
— Zostawcie mnie… — wykrztusiłem słabo. — Zostawcie!
Nie zamierzali jednak słuchać. Chwilę później na górę weszli ratownicy medyczni. Stanowczym gestem wyprosili strażaków i zamknęli drzwi od środka. Błyskawicznie zorientowali się, w czym tkwi problem. Niedoszły samobójca żył, ale chwilę wcześniej przeszedł silną zapaść i stracił przytomność, przez co zupełnie nie ogarniał sytuacji, w której się znalazł. Depresja to choroba tak samo śmiertelna jak rak czy zawał, a ratownicy doskonale wiedzieli, że w takim stanie nie mogą zostawić mnie samego.
Ludzkie oczy potrafią zdradzić więcej, niż nam się wydaje. W moich nie było już nic oprócz lodu i ciemności — przypominały śmiertelny oddech burzy u szczytu Mount Everestu, gdzie wszystko, co żywe, w jedną sekundę zamienia się w lodową skałę.
— Zabieramy go — skwitowali krótko między sobą. Jeden z nich podszedł bliżej i spojrzał na mnie ze współczuciem.
— Musimy niestety pana zabrać do szpitala.
— Ja nie potrzebuję pomocy — odparłem bezwiednie. — Tu się nic nie dzieje.
— Nie możemy pana tak po prostu zostawić — powtórzył ratownik. — Zgadza się pan?
Nie odpowiedziałem nic. Nagle w klatce piersiowej poczułem potworne, ostre kłucie. Serce zaczęło wariować. Osunąłem się bezwładnie na bok, wciąż siedząc na łóżku. Przycisnąłem dłoń do piersi, próbując własnym ciężarem zmusić serce do uspokojenia, ale ono zupełnie odmówiło posłuszeństwa.
— Bierzemy go, natychmiast! — krzyknął ratownik.
Podnieśli mnie pod pachy. Na szczęście nogi jeszcze mnie niosły, więc byłem w stanie iść z nimi o własnych siłach, półprzytomnym truchtem. Schodziliśmy po schodach powoli, jakby prowadzili ciężko rannego na polu bitwy.
Gdy wyprowadzili mnie z domu, wokół zapadał już gęsty zmrok. Koguty wozów strażackich rozświetlały całą okolicę jaskrawym, niebieskim światłem. Ta pulsująca, neonowa poświata wyglądała przerażająco. Tym razem jednak ten osobliwy orszak nie odprowadzał potępionej duszy do piekła ani do nieba. Tym razem wola życia wygrała z głosem z nicości. Być może sam Bóg przepędził czarne odmęty, które krążyły nad tym domem, dając mi jeszcze jedną, ostatnią szansę.
Mijając podwórko, rozejrzałem się dookoła. Moja była żona wraz z córką siedziały bezpiecznie w samochodzie — nowej Toyocie CR-V, kupionej za ciężko zarobione pieniądze męża, które tak sprytnie udało im się przejąć. Co kryło się wtedy we wnętrzu tego auta? Tego nie wiem. Czy była to ulga, że jednak przeżyłem, czy może potworny żal, że nie zdążyłem umrzeć? Ich uśmiechy widzę przed oczami do dziś.
Droga do karetki miała zaledwie kilkadziesiąt metrów, ale podłączony pod sygnały świetlne pojazd wydawał się odległy o całą wieczność. Odwróciłem głowę po raz ostatni, by spojrzeć żonie głęboko w oczy. Były lodowate. Pamiętam je do teraz — bez życia, bez jakichkolwiek ludzkich uczuć. Były po prostu czystą nicością, z której tryskała niespotykana nienawiść. Przypominały wulkan, którego samo spojrzenie obraca całe otoczenie w popiół.
W końcu znaleźliśmy się w środku. Położono mnie na noszach i natychmiast zaczęto podłączać elektrody do mojej klatki piersiowej. Na palcu wylądował pulsoksymetr, a monitor medyczny ożył, wyświetlając uderzenia mojego serca. Jedno piknięcie goniło drugie, jakby w mojej piersi ścierały się dwa potężne, walczące ze sobą żywioły. Ratownicy włączyli syreny i zaczęli powoli wycofywać potężne auto na jednokierunkową drogę — bo tylko taka prowadziła z mojej posesji. Musieli jechać naokoło i tak też zrobili.
Ruszyliśmy z kopyta prosto na oddział psychiatryczny w Nowym Targu. Słynne czwarte piętro, przeznaczone dla wszelkiej maści uzależnionych i skrajnych przypadków. Na miejscu od samego progu potraktowano mnie jak przestępcę. Nie jak ofiarę ciężkiej depresji, nie jak śmiertelnie chorego człowieka, lecz jak bezwzględnego bandytę, który dopuścił się potwornego wykroczenia na samym sobie, próbując odebrać sobie życie. Logika urzędników szpitalnych była absolutnie absurdalna — odczułem to boleśnie, gdy w dokumentach i rubrykach zaczęto wpisywać suche skutki mojego stanu, zupełnie ignorując ich głębokie przyczyny.
Wtedy dotarło do mnie, że to miejsce — choć poniekąd mi znane — to najgorsze piekło, w jakim mogłem się znaleźć. Tam nie leczy się ludzi. Tam jedynie podtrzymuje się ich biologiczną egzystencję, mając za nic to, co przyniesie jutro. To taki oddział wegetatywno-bezskuteczny, stworzony po to, by sztucznie przedłużać ludzką mękę.
Nie przyjmując ani jednej tabletki, wypisałem się stamtąd na własne żądanie już następnego dnia. Wyszedłem przez te ciężkie drzwi, nie czując się ani trochę lepiej. Byłem bogatszy jedynie o nowe, traumatyczne doświadczenie, wiedzę o ciężkiej pracy ratowników i o wieczny obraz lodowatego, pełnego nienawiści spojrzenia własnej żony. Nie chciałem tego widzieć, ale może to dobrze, że to zobaczyłem. Dzięki temu mogę dziś spojrzeć na swoje życie z zupełnie innej perspektywy. I jeśli tylko uda mi się znowu nie wpaść w szpony depresji w ciągu najbliższych kilku dni, to będzie to moja największa, osobista wygrana.
Rozdział 2: Pułapka na Supermana
Wyszedłem na zewnątrz, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi. Spojrzałem na dwóch mundurowych, w tym w szczególności na jednego z nich — tego z siekierą w dłoniach. W świetle popołudniowego słońca wyglądał niezwykle komicznie.
— Dokąd ta procesja zmierza? — zapytałem dość głośno, mierząc wzrokiem czteroosobową delegację. Zapadła chwila ciężkiej ciszy.
— Pan Janek? — padło w końcu pytanie.
— Tak — odpowiedziałem, potwierdzając swoją tożsamość. — O co chodzi?
— Jest pan zatrzymany pod zarzutem podpalenia garażu — oznajmił ten grubszy, po cywilnemu, którego zdążyłem już kojarzyć z widzenia.
— Ale z jakiej okazji?! — oburzyłem się. — Ja niczego nie zrobiłem!
— Proszę się odwrócić! — padł szorstki, groźny głos policjanta.
Kątem oka dostrzegłem moją byłą żonę. Zbliżała się do nas z wściekłością malującą się na twarzy, niczym rozpędzony autobus mknący po jakiejś autostradzie w samym piekle.
Obróciłem się posłusznie, pozwalając, by z tyłu zapięto mi kajdanki. W tym czasie przeszliśmy na drogę wjazdową. Żona podeszła bliżej, wskazując na mnie palcem niczym z naładowanej broni, której spust zaraz miał zostać naciśnięty.
— Chciałeś mnie zabić! Spalić! — wrzasnęła.
Pomyślałem tylko: Co ona pierdoli? Przecież końcem czerwca wyprowadziła się na stałe do swojego nowego partnera — księdza rodem z jakiegoś burzowego nieba, który mieszkał gdzieś za Wadowicami. W moim domu nikogo oprócz mnie nie było.
— Znowu kłamstwa w żywe oczy, bo ty tylko nimi żyjesz! — rzuciłem w jej stronę. — Nie pierdol głupot, wariatko. Już całkiem oszalałaś z tej chęci zemsty.
Kobieta nie słuchała. Ruszyła prosto w stronę tylnych garaży w asyście dwóch psów po cywilnemu — jednego przy kości, zwalistego prosiaka zwanego przeze mnie Antosem, oraz drugiego, małego i łysego, którego, jak już wspominałem, los niezwykle pokrzywdził mizernym wzrostem. Mały karzeł zacięcie gonił jak opętany wokół domu, z kolei gruby pan Antos, nadęty niczym wieprzek na ruszcie, wkroczył pewnym krokiem do blaszanego garażu.
Ja w tym czasie stałem z dwójką mundurowych, czekając na rozwój wydarzeń. Nie mogłem się powstrzymać i rzuciłem do pilnującego mnie policjanta:
— Ale pan komicznie wygląda z tą siekierą…
Zaśmiali się pod nosem, choć usilnie próbowali zachować powagę. Ostre słońce odbijało się od metalowego ostrza, boleśnie oślepiając mnie w oczy.
— Jest! Jest! — z wnętrza posesji dobiegł nagle piskliwy krzyk żony. — Tutaj jest rower!
Nadęty Antos wytaszczył mój rower z garażu, prowadząc go dumnie w naszym kierunku. Gdy podszedł bliżej, nie wytrzymałem:
— Co wy chcecie od mojego roweru?
— Ukradł pan ten rower — oznajmił bez mrugnięcia okiem cywil.
— Pan jest śmieszny — odpowiedziałem z politowaniem. — Sam sobie ukradłem własny rower? To brzmi po prostu niedorzecznie.
— Żona twierdzi, że to rower wnuka, a pan go bezprawnie przywłaszczył — skwitował policjant.
— Nikomu nic nie ukradłem! To jest mój osobisty rower.
— Dał go pan wnukowi, tak twierdzi żona.
— Żona niech w końcu przestanie kłamać! — podniosłem głos. — To mój rower i zawsze tutaj stał.
— Zabieramy go — uciął krótko funkcjonariusz.
W międzyczasie żona podeszła do dwóch dużych okien opartych o ścianę domu.
— I co, okna też ukradłem? — zawołałem za nią. — Mało ci jeszcze?!
Nie odpowiedziała ani słowem. Do akcji wkroczył łysy krasnolud w cywilu.
— Robimy przeszukanie — rzucił agresywnie.
— Jak to? — zdziwiłem się. — A nakaz? Gdzie macie nakaz?
— Nie potrzebujemy nakazu. Wchodzimy na legitymację — odparł hardo karzeł.
— Nie zgadzam się! — zaoponowałem stanowczo.
Na te słowa wkurwiony Antos bezceremonialnie włożył mi rękę do kieszeni spodenek i z impetem wyszarpnął klucze od domu. Ponieważ w drzwiach wejściowych od zewnętrznej strony nie było klamki, nie mieli możliwości wejść inaczej. Przekręcili zamek i cała wataha weszła do środka.
— Czego wy w ogóle szukacie? — pytałem, idąc za nimi.
— Dowodów — rzucił krótko Antos, podczas gdy łysy karzeł poleciał po schodach na górę niczym wściekły pies. Przysiągłbym, że z emocji toczył pianę z pyska i głośno charczał.
Reszta tego kundlizmu rozglądała się chaotycznie po salonie, na szczęście niczego nie dotykając. Patrzyłem na nich z głębokim politowaniem.
— Ktoś was ordynarnie pomówił i wypadałoby to najpierw rzetelnie sprawdzić — powiedziałem głośno. — Zachowujecie się, jakbyście byli co najmniej na koksie.
Chociaż wcale bym się nie zdziwił, gdyby byli, bo ich zachowanie wykraczało poza jakiekolwiek standardy normalności. Po chwili karzeł zbiegł z piętra, a Antos wyparował z łazienki. Obaj wyszli z pustymi rękami — bez żadnych fantów, dowodów czy jakichkolwiek obciążających znalezisk. Nie komentowałem tego. Gdy zaczęli zbierać się do wyjścia, zapytałem spokojnie:
— Czy mogę chociaż pójść się ubrać i założyć jakieś buty?
— Nie! — fuknął karzeł, wciąż tocząc niewidzialną pianę. — Nie! — powtórzył wściekłym, nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Zostałem więc tak, jak stałem: w domowych klapkach i letnich spodenkach z napisem raiseBrennen. To był prezent od syna. Zaledwie cztery tygodnie wcześniej byliśmy w nich wspólnie na zlocie samochodowym pod Berlinem. Przez pół roku żyłem tą chwilą i cieszyłem się, że syn w końcu kupił mi bilet na tę imprezę. Oczywiście za moje własne pieniądze, ma się rozumieć, bo on wiecznie groszem nie śmierdział — ale w tamtym momencie liczył się dla mnie sam gest. Po drodze kupiłem mu kolejny stary samochód, chyba już dwudziesty do kolekcji: pięknego, pomarańczowego Nissana 350Z. Tuż przed końcem lipca, zaraz po skończonych naprawach blacharskich w Polsce, osobiście przyprowadziłem mu to auto do Königsmoos w Bawarii. Jakiż byłem wtedy szczęśliwy, że pierwszy raz w życiu pojadę z własnym synem na zlot japońskich samochodów.
Wiosną syn obchodził trzydzieste urodziny i zaprosił mnie do siebie. Od kiedy trwa mój głęboki konflikt z żoną, niezwykle rzadko miewam momenty prawdziwego szczęścia. Jej nienawiść oraz chora pazerność potrafią przysłonić każdy zdrowy rozsądek. Wiedziałem jednak, że jej na tych urodzinach nie będzie, więc mogłem przyjechać bez obaw. I przyjechałem.
Przed domem, zgodnie z niemiecką tradycją, stała wielka tablica powitalna ze zdjęciami solenizanta z różnych okresów życia. Było ich tam mnóstwo. Po przywitaniu się z synem i wręczeniu prezentu, podszedłem bliżej i zacząłem lustrować te fotografie. Przejrzałem chyba ze sto ujęć. Nie znalazłem ani jednego wspólnego zdjęcia ze mną. Ani jednego zdjęcia ojca z synem. To było bolesne. Zrozumiałe na swój sposób, biorąc pod uwagę sytuację rodzinną, ale potwornie dziwne. Uznałem jednak, że to jego święto i nie będę psuł atmosfery.
Po zachwytach nad pomarańczowym Nissanem weszliśmy na górę. Syn wynajmował wielkie mieszkanie za ogromne pieniądze, ale zupełnie się tym nie przejmował — w końcu żył po niemiecku. Od pierwszego do pierwszego nie musiał niczego oszczędzać, bo doskonale wiedział, że jak tylko pojawi się jakikolwiek problem, to tata natychmiast przyleci i uratuje mu tyłek. Od czego w końcu ma się ojca? Tata zawsze pomoże. Taki życiowy Superman.
Tyle że ja z Supermanem nie miałem nic wspólnego. Nie posiadałem żadnych nadprzyrodzonych mocy, moja krew nie była błękitna, lecz ciemnoczerwona, a dłonie miałem tylko dwie — choć wymagano ode mnie, bym miał ich co najmniej cztery. Tak byłem przez nich postrzegany: tata zawsze ma, tata zawsze da. „Idź do taty, on jest głupi i naiwny, to sypnie groszem”. Tak mówiła o mnie żona. Słyszały to też dzieci.
Mówiła tak nawet wtedy, gdy nasze drugie dziecko — córka, prawdziwe oczko w głowie tatusia — uległa potężnemu wypadkowi samochodowemu. Jechała wtedy do Monachium, gdzie mieszkała. Tuż przed hotelem uderzyła w samobójcę, a dokładniej w dwa inne samochody, pędząc ponad sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Gdyby nie moje wymarzone Audi A6, które jej wtedy pożyczyłem, ten wypadek skończyłby się tragedią.
Będąc już wtedy w ostrym konflikcie z żoną, nie mogłem tego auta zatrzymać dla siebie. Samochód był zarejestrowany na nią, a jej pazerność przekraczała ludzkie pojęcie. Nie chodziło o to, że nie miała czym jeździć — zawsze dbałem, by miała dobry transport. Zabrała mi to Audi z czystej, niepohamowanej złośliwości, żebym został bez środka lokomocji. I to była pierwsza, samodzielna trasa naszej córki tym autem. Wypadek idealnie wpisał się w stare przysłowie, że na cudzej krzywdzie daleko się nie zajedzie. Jak widać, ludowe mądrości mają w sobie potężną, mistyczną siłę.
To był cud, że uszły z życiem — ona i jej koleżanka. Gdyby nie masywna konstrukcja Audi, przywieźlibyśmy córkę w foliowym worku. Pamiętam, że płakałem bez przerwy przez bity tydzień, zanim w ogóle pozwolono mi ją zobaczyć w szpitalu. A potem płakaliśmy już oboje, trzymając się za ręce. Wtedy też usłyszałem od niej słowa, których chyba nigdy wcześniej nie wypowiedziała z taką mocą: „Tato, tak bardzo cię kocham”. To było tak szczere i głębokie, że łzy same cisnęły mi się do oczu.
A matka? Matka nawet do niej nie przyjechała. Wolała w tym czasie zajmować się w Polsce jej dzieckiem, które de facto własnej córce odebrała i przywłaszczyła sobie niczym nową parę butów. Powtarzała jej tylko przez telefon: „Idź do taty, on ci da kasę”. I tata dawał. Podnosiłem córkę z kolan, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Gdy wróciła ze szpitala do swojego mieszkania, okazała się, że facet, z którym żyła, bezczelnie się wyprowadził. Zabrał ze sobą wszystkie rzeczy, meble, a nawet łóżko. Dziewczyna spała na gołej ziemi.
Gdy się o tym dowiedziałem, od razu tam pojechałem. Wszystko kupiłem od nowa, popłaciłem jej zaległe rachunki i oddałem swój kolejny samochód, powtarzając, że ma przecież całe życie przed sobą. Miała dopiero dwadzieścia kilka lat. Nigdy nie kalkulowałem, czy mi się to opłaca, czy nie. To nie miało żadnego znaczenia. Moje dziecko musiało znowu zacząć żyć, wsiąść za kółko i iść do przodu, jakby ten koszmar nigdy się nie wydarzył. Ponownie pomogłem jej uwierzyć w świat.
Jej matka nie pojawiła się tam ani razu. Ani wtedy, ani teraz nie potrafię myśleć o niej jak o kobiecie, która ma matczyne serce. Zachowywała się jak zimny, pozbawiony empatii potwór.
Rodzice powinni być z dziećmi na dobre i na złe. Nawet gdy sami drą koty i tkwią w małżeńskim piekle, nie mają prawa przerzucać swoich frustracji na dzieci ani manipulować nimi dla własnych, brudnych korzyści. Niestety, w mojej rodzinie stało się dokładnie tak. Gdy córka dzięki mnie stanęła na nogi, a ja w końcu postanowiłem zakręcić kurek z pieniędzmi, ojciec przestał być potrzebny. Wtedy wbito mi nóż w plecy po raz pierwszy. I jak miało się niebawem okazać — nie po raz ostatni.
Rozdział 3: Cena milczenia na fotografii
Poszedłem na górę, do mieszkania syna. Wszystko to nie robiło już na mnie większego wrażenia. Może jedynie towarzystwo, w jakim się obracał, budziło we mnie pewne zastrzeżenia, ale pomyślałem: Co mi tam, w końcu to jego urodziny. Usiadłem w salonie, by w spokoju pomyśleć, podczas gdy oni wszyscy krzątali się w kuchni. Jakoś nigdy nie lubiłem mówić po niemiecku, a tym bardziej myśleć w tym języku, więc było mi nawet na rękę, że siedzę sam, z boku. Kolegów synowi nigdy nie wybierałem — to był jego świat i jego codzienne życie.
Po chwili syn przyniósł mi heinekena i bez słowa wrócił do gości w kuchni. Zostałem sam z zimnym piwem w dłoni. Zacząłem ponownie analizować i rozpamiętywać tę nieszczęsną tablicę. Wciąż tliła się we mnie naiwna nadzieja, że wśród tych kilkudziesięciu zdjęć gdzieś tam jednak błyskiem mignie twarz ojca. Przecież to niemożliwe, żeby mnie tu zupełnie nie było, przynajmniej tak myślałem. A jednak.
Po co Ci ojciec, który nigdy Cię nie uderzył? Po co Ci ktoś, kto się nie znęcał, nie pił, nie krzyczał i nie siedział w więzieniu? No, po co Ci taki zwyczajny tata, na którego mogłeś liczyć za każdym razem, gdy strach zajrzał Ci głęboko w oczy? Stałem się dla nich przezroczysty. Zupełnie jakby mnie nigdy nie było.
Siedząc tak w salonie, miałem ogromną ochotę natychmiast wstać, spakować się i stamtąd wyjść. Nie mogłem mu jednak tego zrobić — w końcu to były jego trzydzieste urodziny. Trzydzieści lat, tak samo jak pięćdziesiąt, kończy się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek podświadomie nie spodziewa się już po tym dniu żadnych fajerwerków.
Na moment spróbowałem odgonić te czarne myśli. Syn zawołał mnie do kuchni na tort. Odpalono świeczki, z których zgaszeniem miał mały problem, ale ostatecznie dał radę. To były typowe polsko-niemieckie urodziny, z dużym naciskiem na te niemieckie. Po tylu latach spędzonych na emigracji ci młodzi ludzie mentalnie stali się już stuprocentowymi Niemcami.
Impreza trwała jeszcze przez jakiś czas. Gdy goście w końcu zaczęli się rozchodzić do swoich domów, zawołałem syna i jego partnerkę do salonu.
— Usiądźcie, proszę — powiedziałem spokojnie.
Spisali się posłusznie, a ja kontynuowałem:
— Wiem, że marzycie o własnym domu. Ten, który wybraliście i mi pokazywaliście, jest całkiem fajny. Naprawdę mi się podoba, ma ogromny potencjał.
Słuchali mnie w ciszy, choć syn miał już w czubie i ledwo trzymał pion. Dla mnie nie miało to jednak w tamtej chwili znaczenia — to był jego dzień. Sięgnąłem do plecaka, z którym przyszedłem, wyciągnąłem z niego zamykany, plastikowy pojemnik i położyłem go na stole. Patrzyli na mnie z wyraźnym zaciekawieniem.
— Wiesz, że zawsze mogłeś na mnie liczyć. Teraz też możesz — powiedziałem, patrząc synowi prosto w oczy.
— No wiem… — wybełkotał krótko.
— Tutaj jest trzydzieści pięć tysięcy euro. To dla was na start, żebyście mieli na wkład własny i bez problemu dostali ten kredyt na dom.
Przed otwarciem pudełka mój wzrok raz jeszcze powędrował w stronę fotografii, na których tak ewidentnie mnie brakowało, choć całym sercem pragnąłem tam być. Otworzyłem wieczko i wyciągnąłem gotówkę. Nie pamiętam, aby z ust mojego syna padło choćby proste „Dziękuję”. Może i coś powiedział, ale był już na tyle pijany, że całą sytuację uratowała jego partnerka. To ona sprawnym ruchem zgarnęła pieniądze ze stołu i schowała je bezpiecznie. Posiedziałem z nimi jeszcze chwilę, sącząc drinka, po czym udałem się na spoczynek do pokoju, który na co dzień służył za domowe biuro.
Nazajutrz nikt z nas nie poruszał tematu pieniędzy. Zjedliśmy w milczeniu śniadanie, a potem, zaopatrzony w spakowany kawałek urodzinowego tortu, ruszyłem w drogę powrotną do Monachium, gdzie wówczas mieszkałem i pracowałem.
Wracając, próbowałem wmawiać sobie, że spełniłem swój ojcowski obowiązek. Dla mnie ten gest był czymś na kształt zdobycia Giewontu — jednej z największych i najważniejszych gór w moich rodzinnych stronach. Oddanie wszystkich swoich ostatnich, ciężko zarobionych oszczędności nigdy nie jest łatwą decyzją. Człowiek musi wtedy wznieść się ponad własne ego, ponad strach o jutro. Może dla kogoś innego te trzydzieści pięć tysięcy euro to nie był majątek, ale ja oddałem wszystko, co miałem. Nie potrafiłem być samolubem, choć wielu na moim miejscu schowałoby te pieniądze głęboko do kieszeni.
Uważam, że za swoje dzieci jesteśmy odpowiedzialni przez całe nasze życie. To my, rodzice, sprowadziliśmy je na ten świat — one same nie miały przecież wyboru, czy chcą się na nim pojawić, czy nie. Może i jestem w tym swoim myśleniu staroświecki, zacofany albo po prostu potwornie naiwny, ale tak już mam i nie zamierzam tego zmieniać.
Może ten syndrom wynika z faktu, że mój własny życiowy bagaż jest już tak nieznośnie ciężki? A może z tego, że sam zostałem bez ojca, mając zaledwie dziesięć lat, i nigdy nie miałem w nikim oparcia, gdy w oczy zaglądało mi widmo absolutnej bezsilności? Właśnie ten surowy, ciężki los ulepił mnie takiego, jakim jestem dzisiaj. I w gruncie rzeczy jestem z tego dumny. Jestem dumny, że pomimo tego wszystkiego, co mnie spotkało, nie potrafię być świnią. Nie potrafię być bezwzględny dla najbliższych. Zawsze byłem po prostu sobą i nikim innym.
Po tamtym weekendzie wróciłem do Monachium i rzuciłem się w szaleńczy wir pracy. Moje konto opustoszało, oszczędności stopniały do zera, ale pocieszałem się myślą, że stało się to w szczytnym celu. Przynajmniej tak to wtedy wyglądało z mojej perspektywy.
Dopiero po czasie, gdy opadły emocje, a ja ponownie odwiedziłem syna w jego mieszkaniu, mój wzrok znowu instynktownie powędrował w stronę tablicy ze zdjęciami. Przez cały ten czas łudziłem się, że może po tamtym wieczorze coś zrozumiał, że może dołożył chociaż jedną wspólną fotografię z ojcem, który oddał mu wszystko. Moje poszukiwania były jednak próżne.
Wtedy dotarło do mnie z pełną, brutalną mocą, jak niewiele dla niego znaczę. Na tamtej tablicy wisiały zdjęcia ludzi, którzy w całym jego życiu nie kiwnęli dla niego nawet palcem, a jednak znaczyli dla niego więcej niż rodzony ojciec. Nie mi to jednak oceniać — na pewno nie teraz.
Kiedy jednak powiedziało się w życiu „A”, trzeba mieć w sobie odwagę, by powiedzieć również „B”. Szczególnie jeśli dla swoich dzieci pragnie się być kimś znacznie więcej, niż tylko bankomatem z napisem „Rodzic”.
Rozdział 4: System zagłady
01.09.2025
Kajdanki zaciskały się na moich nadgarstkach tak mocno, że już po krótkiej chwili ręce zaczęły mi nieprzyjemnie drętwieć. Policyjna Kia wcale nie jest tak wygodna, na jaką wygląda z zewnątrz. Po przejechaniu około sześciu kilometrów podjechaliśmy pod komisariat w Rabce-Zdroju. Tym samym sensacyjne pojmanie groźnego przestępcy dobiegło końca.
Wyprowadzono mnie z samochodu i skierowano do piwnicznej, dolnej części budynku. Tutaj akurat nie miałem jeszcze nieprzyjemności bywać. Od samego progu rozpoczęły się procedury zmierzające tylko do jednego — do załatwienia mi długiego pobytu w więzieniu. Można to było wyczuć w powietrzu od pierwszej sekundy.
— Imię i nazwisko — rzucił beznamiętnie jeden z mundurowych.
Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. W międzyczasie kazano mi opróżnić kieszenie letnich spodenek. Na stół powędrował telefon, portfel oraz klucze od domu. Wszystko to, ułożone w równym rządku, czekało na oficjalną konfiskatę, co zresztą stało się faktem chwilę później.
— Imię ojca? Imię matki?
Odpowiadałem mechanicznie. Kolejne pytania sypały się z ich ust niczym seria z ciężkiego karabinu maszynowego. Ja jednak nie zamierzałem odpowiadać im ogniem — nie miałem absolutnie nic do ukrycia.
Wtedy do pomieszczenia wpadł łysy karzeł, przypominający krasnoluda na sterydach. Był wyraźnie wzburzony. Stanął nade mną, zmierzył mnie wściekłym, wykrzywionym spojrzeniem i warknął:
— Proszę podać kod do telefonu!
Odwzajemniłem to groźne spojrzenie, nie dając się zastraszyć.
— Nie dostanie pan żadnego kodu — odpowiedziałem twardo.
— To pójdziesz siedzieć! — rzucił, przysuwając się bliżej.
Ciśnienie wyraźnie mu skoczyło, a na jego łysej pale zaczęła pulsować nabrzmiała żyła.
— Telefon to prywatna rzecz każdego człowieka — poinformowałem go spokojnie. — A pan, jak ma potrzebę czegoś szukać, to może sobie pogrzebać we własnych spodniach.
To stwierdzenie doszczętnie zagotowało karzełka. Sądziłem, że eksploduje z wściekłości. Trzasnął drzwiami, wybiegł z pokoju i już więcej się nie pojawił. Przesłuchanie toczyło się dalej swoim rytmem — a raczej standardowe, proceduralne rejestrowanie podejrzanego w państwowym systemie zagłady.
— Niczego nie zrobiłem — powtórzyłem po raz kolejny.
— To będzie ustalone później — odpowiedział jeden z funkcjonariuszy. — A teraz zostanie pan przewieziony do aresztu w Nowym Targu. U nas w Rabce nie ma już cel. Kiedyś były, ale zlikwidowali.
— Ale jak to? Macie chociaż jakieś twarde dowody? — zapytałem, nie dowierzając.
— Nie potrzebujemy dowodów — odpowiedział cicho, mamrocząc niemal miłym, kulturalnym głosem. — Żona wskazała pana palcem jako sprawcę i na tym etapie to nam w zupełności wystarczy.
Gdy na chwilę zostaliśmy w pokoju sami, drugi policjant westchnął ciężko i dodał ciszej:
— Wie pan, ja osobiście nic do pana nie mam, ale to jest nasza praca.
Spojrzałem przez okno wychodzące na parking. Moja była żona właśnie opuszczała budynek komendy. Na jej twarzy malowało się wyraźne zadowolenie — w końcu, po tylu próbach, dopięła swego. Teraz wszystko będzie należało do niej. W zasadzie to już należało, kością w gardle była jej jeszcze moja służebność osobista i prawo do mieszkania w domu, który podarowałem jej przecież parę lat temu. Teraz, za sprawą tego zatrzymania, na pewno mi tę służebność odbiorą, zgodnie z polskim prawem, które z prawdziwą sprawiedliwością nie ma dziś nic wspólnego.
Zatknęła dłonie i zacierała ręce, podchodząc do swojej Toyoty, kupionej oczywiście za moje ciężko zarobione pieniądze, bo ona sama nigdy w życiu nie przepracowała ani jednego dnia. Ale kogo w sądzie obchodzi legalność posiadania majątku, skoro człowiek, który ten majątek wypracował, właśnie trafia pod klucz i przestaje wchodzić w drogę?
Przez dłuższą chwilę nie odpalała silnika. Siedziała w samochodzie i gapiła się w okna komendy. Nie wiem, na co czekała. Może chciała się upewnić, czy na pewno nie wyjdę za próg o własnych siłach? I upewniła się. Do mnie również z pełną mocą dotarło, że z tej matni tak szybko mnie nie wypuszczą.
— Proszę wstać, panie zatrzymany — przerwał moją rezygnację policjant. — Wychodzimy.
W międzyczasie do pokoju wmaszerował pan Antos — jedna z tych tłustych świń, które w tej oborze zwanej komisariatem, pod patronatem lokalnych układów, posłusznie odbębniają swój codzienny kierat.
— To jak to w końcu jest z tym rowerem? — zapytał z drwiącym uśmiechem. — Ukradł pan ten rower własnemu wnukowi czy nie?
Popatrzyłem na niego z głębokim politowaniem.
— Czy pan w ogóle słyszy, co pan mówi? — rzuciłem mu prosto w ten parszywy i świński ryj, ociekający satysfakcją, jakby jego świński radar właśnie wywęszył jedynego trufla w całej okolicy. — Przecież to jest jakiś totalny absurd. Rower był mój i od zawsze należał do mnie. Wnukowi kupiłem w życiu kilka innych rowerów, w tym nawet jeden drogi motocrossowy, więc nie mam najmniejszej potrzeby, by kraść swoją własną rzecz.
Świniak wyraźnie nie na taką odpowiedź liczył. Na jego pysku zagościł krzywy, niezadowolony grymas.
— No to się pan doigrał — skwitował jadowicie, po czym rzucił przede mną jakiś dokument. — Proszę o podpis, o tutaj — wskazał swoim grubym niczym serdelka paluchem.
— Niczego nie podpiszę — odparłem krótko. — Pod żadnymi oszczerczymi zarzutami nie złożę swojego podpisu.
— Dobrze, nie musi pan podpisywać. I tak bez pana podpisu jedzie pan do celi — rzucił z nieskrywaną satysfakcją i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Pozostali policjanci popatrzyli po sobie z zakłopotaniem. W końcu jeden z nich odezwał się nieco ciszej:
— Skoro się pan nie przyznaje, to w sumie nic panu nie grozi. Zobaczy pan.
— Dziękuję za te słowa — odparłem, spuszczając głowę.
W oczach poczułem piekące, bezsilne łzy. Moja wcześniejsza chęć stawiania oporu i dumna postawa nagle wyparowały. Przez cały ten czas po cichu liczyłem na to, że żona wykaże chociaż cień ludzkiego odruchu, resztki litości. To były jednak skrajnie naiwne złudzenia. Jej bezwzględność w dążeniu do zemsty była jak czysty, niszczycielski ogień, z którego nie da się wyjść bez głębokich poparzeń. Trwa to już prawie trzeci rok, a ona zamiast odpuścić, tylko bardziej się rozpędza — niesiona nienawiścią, podszeptami osób trzecich i chorobą psychiczną, na którą leczy się od wielu lat. Tego akurat byłem absolutnie pewien.
W dodatku jej adwokat — człowiek, który niegdyś cieszył się naszym wspólnym, pełnym zaufaniem — okazał się zwykłym, pozbawionym jakiejkolwiek etyki zawodowej sprzedawczykiem. Mało tego, jest on w tych rejonach ustawiony od dawien dawna. Chodzi bezpiecznymi, utartymi szlakami, które przed laty przetarł mu jego własny ojciec, stary komunistyczny aparatczyk. Cały tutejszy sąd pod Nowym Targiem jest przesiąknięty tą jedną, wpływową rodziną rodem z piekła.
Zapewne w wielu innych polskich miastach wygląda to identycznie — intratne etaty są z góry obsadzone przez rodzinne klany, powiązania i bezwzględnych manipulatorów. Ten sam adwokat sam mi kiedyś w przypływie szczerości powiedział, że prawdziwy wyrok ustala się przy dobrej kawie w gabinecie, a nie na sali sądowej przed ławą oskarżonych. I dokładnie tak to się teraz odbędzie. Byłem tego pewien na sto procent.
Rozdział 5: Galeria potępionych
01.09.2025
Wyprowadzili mnie w końcu z komendy w Rabce-Zdroju, potocznie nazywanej przez lokalnych „zezownią”, z racji tego, że pracujący tam ludzie sprawiają wrażenie, jakby trafili do policji z jakiegoś programu typu Usterka, a petent od razu czuje się tam winny samego faktu, że żyje. Zanim wrzucili mnie na pakę, jeden z nich skrupulatnie sprawdził, czy kajdanki są mocno zaciśnięte. Zrobił to na tyle bezwzględnie, że poczułem ostry ból w nadgarstkach, gdy metal zaczął boleśnie wbijać się w kości moich dłoni.
Ruszyliśmy tą samą Kią — prawdziwym królem motoryzacyjnych paści, jakie poruszają się po naszych drogach. Kierowca obrał kurs na Nowy Targ, jadąc skrótem przez Rdzawkę. Przez dłuższą chwilę milczałem, gapiąc się na uciekający za szybą krajobraz, ale w końcu postanowiłem podjąć z nimi konwersację. Towarzyszyło mi dwóch mundurowych: jeden od niebieskiej siekiery, drugi od zatrzaskiwania kajdanek. Zapytałem ich, czysto pro forma, dokąd właściwie zmierzamy, choć podświadomie znałem już odpowiedź.
— Najpierw jedziemy do szpitala na badania — burknął kierowca.
— Aha — mruknąłem pod nosem.
Zastanawiałem się, po jakiego grzyba ciągną mnie do szpitala. Może na jakiś darmowy pokaz dla znudzonych pacjentów, którzy wiecznie koczują w kolejkach na odległe terminy? W Polsce przecież prędzej doczekasz się lotu w kosmos niż wizyty u lekarza specjalisty.
Nagle mundurowy siedzący obok mnie spojrzał w moją stronę z zaciekawieniem i zapytał:
— Ty kiedyś mieszkałeś na Bani w Rabce?
— Tak — odpowiedziałem bez namysłu. — Zresztą moja żona wciąż ma tam swój rodzinny dom.
— To co się właściwie stało, że pan wylądował w takich tarapatach? — dopytywał kierowca, zerkając na mnie we wstecznym lusterku.
— Widzi pan… — westchnąłem ciężko. — Tak się właśnie kończy, kiedy zapiszesz żonie wszystko, co masz. Dopóki miałem majątek, byłem potrzebny. Gdy dostała to, o co jej od początku chodziło, stałem się zbędnym balastem. Teraz mści się bezustannie za przegrany proces rozwodowy. Mało jej, że przywłaszczyła sobie potężny majątek, w tym kilka domów i oszczędności, które gromadziłem na stare lata. W swojej niepohamowanej pazerności żądała w sądzie jeszcze alimentów na siebie. Po tysiąc pięćset złotych miesięcznie.
— I co, dostała? — rzucił ten z boku.
— W sądzie płakała, że jest strasznie biedna i nie ma za co żyć. A rzeczywistość jest taka, że co miesiąc przytula potężne pieniądze: osiemset plus na wnuka, alimenty, do tego jeszcze tak zwane „babciowe”. Z tego samego robi się ładnych parę tysięcy. Mało tego, w domu, który wyremontowałem za własne, ciężko zarobione pieniądze, wydzieliłem trzy samodzielne mieszkania. Ona je teraz wynajmuje i zgarnia z tego jakieś pięć tysięcy czystego zysku co miesiąc. Taka z niej „biedna” kobieta, której ciągle mało — skwitowałem z goryczą.
— Ale pazerna suka — stwierdził bez ogródek jeden z mundurowych.
— No, nieźle się pan dał wykręcić… — dodał drugi. — Ale zaraz, to nie mieliście rozdzielności majątkowej?
— Na całe szczęście mieliśmy. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych podpisaliśmy intercyzę, ale wtedy nie mieliśmy dosłownie nic. Wszystko wypracowałem później.
— No to i tak się pan wpierdolił w straszną biedę — podsumował policjant siedzący obok.
— Dzisiaj mamy takie durne prawo, że kobiety mogą zrobić z facetem dosłownie wszystko i nic im za to nie grozi — rzucił kierowca, gdy właśnie mijaliśmy Klikuszową.
Mknęliśmy starą drogą. Kątem oka zdążyłem jeszcze dostrzec potężny, nowo wybudowany wiadukt i nitkę autostrady ciągnącą się dumnie nad całą miejscowością.
— Mam kolegę — zacząłem opowiadać mundurowym. — Facet był cztery dni po ciężkiej operacji głowy, wycinali mu glejaka. Ledwo wyszedł ze szpitala, a żona pobiegła na komendę i zgłosiła, że mąż ją bije, nęka i gwałci. Coś jej się nagle poprzestawiało w głowie i po trzydziestu latach małżeństwa przypomniała sobie, że on się nad nią rzekomo znęca. Policja bez mrugnięcia okiem wydała mu natychmiastowy zakaz zbliżania się do własnego mieszkania. Facet z dziurą w głowie został na bruku.
— Naprawdę? Cztery dni po operacji? — dopytywał jeden z funkcjonariuszy, kręcąc z niedowierzania głową.
— Dokładnie tak. Cztery dni po wyjściu ze szpitala.
— Ja pierdolę… Dokąd to prawo w ogóle zmierza?
— Dokąd? Donikąd. Kobiety wykorzystują te przepisy, ile wlezie. Manipulują wszystkimi dookoła, grają ofiary, a system im w tym ślepo pomaga. Nikt z tym nic nie robi — rzuciłem, gdy auto zaczęło zwalniać.
Właśnie dojeżdżaliśmy do nowotarskiego szpitala. Policjanci objechali budynek dookoła i zaparkowali z tyłu, tuż przy jakimś bocznym, gospodarczym wejściu — zupełnie tak, jakby chcieli ukryć przed światem fakt, że prowadzą skazańca. Chwilę później wprowadzono mnie jednak przez główny, publiczny hol. Szpital pękał w szwach, wszędzie tłoczyli się ludzie. Prowadzili mnie w tych żelaznych bransoletach przez sam środek tłumu, wystawiając na pokaz niczym najgorszego potwora, jakiego ta małopolska ziemia ostatnio wydała.
Gapili się na mnie z nieskrywanym obrzydzeniem. Słyszałem te ich ciche, pełne jadu szepty za moimi plecami. Dla nich byłem kolejnym bezwzględnym bandytą. Pewnie myśleli, że zabiłem żonę, nawiązując do głośnej tragedii, która niedawno wstrząsnęła Małopolską. Tam również wszystkie państwowe służby zawiodły na całej linii, nie potrafiąc uchronić rodziny przed najgorszym. Mężczyzna, doprowadzony do absolutnej ostateczności przez podły los i własnych najbliższych, wybrał wtedy najbardziej drastyczne, krwawe rozwiązanie — odebrał życie żonie, a potem sam popełnił samobójstwo. Ta potworna zbrodnia zaszokowała opinię publiczną, ale w tym całym medialnym cyrku nikt nie zauważył, że tym ludziom trzeba było pomóc znacznie wcześniej, zamiast bezczynnie czekać na katastrofę, której nie da się już cofnąć.
Gdy staliśmy pod drzwiami gabinetu lekarskiego, przed oczami stanął mi kolejny krwawy dramat z naszych rejonów — tym razem z pobliskiej Limanowej. Tam z kolei ojciec, dojrzały mężczyzna, chwycił za broń i bezlitośnie zastrzelił własną córkę, zięcia, a teściową ciężko ranił. Przez bity tydzień całe Podhale żyło tą sprawą, a policja i wojsko bezskutecznie przeczesywały lasy w poszukiwaniu uciekiniera. W sprawę wmieszał się nawet ten komiczny celebryta, detektyw Rutkowski, z którego bzdurnych akcji śmiała się potem połowa kraju. Z samej tragedii nikomu do śmiechu jednak nie było. Oficjalna wersja policji głosiła, że uciekinier ostatecznie sam strzelił sobie w łeb, popełniając samobójstwo. Ja jednak w te bajki nie wierzę — uciszyli go po cichu, żeby zatuszować własną nieudolność.
A jakie było tło tamtego dramatu? Klasyczne. Przepisał ukochanej córce cały dom, a gdy ta dostała majątek, postanowiła się starego ojca pozbyć z posesji. Kiedy ten nieszczęśnik dorwał w końcu akta sprawy i przeczytał na czarno-białym papierze oszczercze zeznania własnego dziecka przeciwko niemu, wpadł w furię. A człowiek w stanie czystej furii staje się maszyną nie do zatrzymania. Sam wymierzył sprawiedliwość, według własnego, bolesnego kodeksu. On już wtedy wiedział, że w ziemskich sądach sprawiedliwości nie uświadczy, a na uczciwy proces szkoda w ogóle liczyć. Wiedział, że dopiero Sąd Ostateczny rozliczy go z tych czynów bez żadnej apelacji.
— Proszę wejść — zimny głos lekarza brutalnie wyrwał mnie z tych rozważań.
Weszliśmy we trzech do sterylnego gabinetu. Po rutynowym spisaniu moich danych personalnych lekarz rzucił od niechcenia pytanie, czy mam jakieś dolegliwości zdrowotne. Zacząłem wymieniać, co mi dolega, ale po jego pustym wzroku od razu poznałem, że ma to głęboko gdzieś. Moje zdrowie nie interesowało go ani trochę. Mechanicznie wypełnił gotowy blankiet, podbijając pieczątkę o „braku przeciwwskazań do osadzenia w areszcie”, po czym kazał nam opuścić pomieszczenie.
Całe to lekarskie badanie trwało może pięć minut. Chwilę później znowu zostaliśmy rzuceni na pożarcie gapiom na korytarzu, którzy zyskali kolejny świeży temat do plotek. Afiszowanie się z zakutym zatrzymanym w miejscach publicznych stało się ostatnio wśród policji bardzo modne. Niejednokrotnie widać ich na stacjach benzynowych typu Orlen, gdzie bez żenady obżerają się hot dogami, podczas gdy prowadzony przez nich człowiek stoi za ich plecami w kajdankach, wystawiony na widok publiczny i ludzkie potępienie.
Wyszliśmy ze szpitala prosto do rozgrzanej Kii i ruszyliśmy w kierunku komendy powiatowej w Nowym Targu. Budynek policji znajdował się rzut kamieniem od szpitala. Po niespełna dziesięciu minutach drogi dotarliśmy na miejsce.
To było jedno z najbardziej ponurych i złowrogich miejsc, jakie można sobie wyobrazić. Zlokalizowane w pięknym punkcie miasta, tuż nad malowniczym nabrzeżem rzeki Dunajec.
Rozdział 6: Betonowy Giewont
Komenda Powiatowa Policji w Nowym Targu to potężny, czarny budynek. Nie ma w nim nic przyjemnego dla oka — budzi wręcz odrazę. Tylne wejście, jak to w takich miejscach, zaprojektowano tak, aby nikt niepowołany niczego nie widział, a gdy raz przekroczysz jego próg, wiesz już, że nie masz najmniejszych szans na ucieczkę.
— Po schodach do góry, proszę iść — rzucił jeden z mundurowych.
Poszedłem posłusznie, zgodnie z wytycznymi.
— Tu proszę siadać — wskazał pokój o powierzchni zaledwie czterech metrów kwadratowych.
W środku znajdowały się dwa taborety i stolik. Były one przykręcone do podłogi potężnymi śrubami, chyba dziesiątkami lub nawet większymi, jakby policja regularnie gościła tu ludzi o jakichś nadprzyrodzonych mocach. Siedziałem w tej klaustrofobicznej poczekalni, bezradnie czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Po dziesięciu minutach do pomieszczenia wszedł oddziałowy. Przedstawił się, lecz nie podał mi ręki — zresztą i tak nie miałem jak odwzajemnić tego gestu, bo moje dłonie wciąż były spięte z tyłu stalowymi bransoletami. Natychmiast polecił eskortującym mnie policjantom, aby zdjęli mi kajdanki, co jeden z nich bezzwłocznie uczynił.
— Jak się pan nazywa? — zapytał oddziałowy.
W tym momencie zauważyłem, że traktowanie zatrzymanego jak człowieka jest dla niego priorytetem, co — nie ukrywam — bardzo mnie zaskoczyło. Podałem swoje dane personalne, a on skrupulatnie zapisał je w protokole.
— Posiada pan jakieś rzeczy osobiste? — skierował wzrok na moich konwojentów.
— Tak, ten pan ma przy sobie depozyt. Odebrano mu go na posterunku w Rabce-Zdroju. Portfel i klucze, a telefonu komórkowego brak — zameldował mundurowy.
Policjant położył na stole worek foliowy z fantami. Oddziałowy zaczął powoli wyciągać z mojego portfela dokumenty, karty i gotówkę. Pozostali funkcjonariusze patrzyli na blat jak urzeczeni. Nic dziwnego — na stole w jednym momencie wylądowała równowartość połowy ich miesięcznej wypłaty. Było tam trochę złotówek, ale większość stanowiły banknoty w euro. Stojący z tyłu drugi oddziałowy nagle wypalił ni z gruszki, ni z pietruszki, wyraźnie ukłuty zazdrością i nagłym bólem dupy:
— Ooo, biznesmen nam się trafił! — skwitował złośliwie widok pieniędzy.
Oddziałowy siedzący naprzeciwko mnie uniósł głowę, zmierzył go lodowatym wzrokiem i uciął krótko:
— Nie prosiłem cię o komentarz.
Tamten natychmiast się zamknął i odszedł w głąb korytarza. Klucznik wziął do rąk dokumenty z rabczańskiej komendy, przejrzał je uważnie, po czym spojrzał na mnie z powagą.
— Podpalenie garażu?
— Tak — odpowiedziałem. — I to nawet nie garażu, tylko zwykłego blaszaka.
— No tak, obiektu wolnostojącego — skorygował, czytając akta.
— Niczego nie podpaliłem — zacząłem tłumaczyć. — Była żona po prostu wskazała na mnie palcem, mówiąc, że to mogłem być ja. I to im wystarczyło.
— Jesteście po rozwodzie? — zapytał oddziałowy.
— Tak.
— Z pana winy?
— Nie, rozwód przeszedł bez orzekania o winie — wyjaśniłem.
— A więc o co właściwie między wami chodzi? — zapytał autentycznie zdziwiony. — Przecież normalni ludzie nie mszczą się na sobie podpaleniami, skoro rozwiedli się bez winy.
— Porozmawiamy o tym później. Jak będzie ku temu okazja, to panu wszystko opowiem — odparłem.
Mężczyzna popatrzył mi głęboko w oczy, jakby chciał wyczytać z nich całą prawdę o tamtej nocy. Ja nie uciekałem wzrokiem. Ta chwila zawieszenia trwała dłuższą chwilę. Żaden z nas nie mrugnął. Chyba podświadomie chciał sprawdzić, czy ma do czynienia z kłamcą, czy z ofiarą. A przynajmniej tak to z mojej perspektywy wyglądało.
— To my już możemy iść? — przerwał ciszę jeden z rabczańskich mundurowych.
— Tak, panowie. Tylko proszę mi tutaj podpisać odbiór zatrzymanego — odpowiedział oddziałowy.
Policjant złożył podpis, po czym odwrócił się w moją stronę i szepnął cicho:
— Powodzenia, panie Janku.
Odprowadziłem go wzrokiem. Pomyślałem sobie wtedy, że na tym podłym świecie żyją jeszcze poczciwi, ludzcy policjanci. Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, oddziałowy zwrócił się do mnie:
— Proszę się rozebrać. Muszę dokonać oględzin ciała pod kątem tatuaży, blizn, ewentualnych obrażeń lub widocznych chorób.
— Dobrze — odparłem. Wstałem i zacząłem powoli ściągać podkoszulek, letnie spodenki, skarpetki i klapki. To było wszystko, co miałem na sobie, gdy wyprowadzili mnie z własnego domu jak dzikie zwierzę. Zatrzymałem się w samych slipach, patrząc na strażnika.
— Czy to też muszę zdjąć?
— Nie, tego nie trzeba — odparł z lekkim zażenowaniem w głosie. — Proszę się ubrać.
Gdy naciągnąłem rzeczy z powrotem, usiadłem na swoim miejscu. Oddziałowy pisał i pisał. Ta wszechobecna, policyjna papirerologia aż raziła w oczy, kojarząc się z jaskrawym blaskiem lampy przesłuchań ze starych filmów.
— Kogo poinformować o zatrzymaniu? — zapytał, nie odrywając wzroku od dokumentów.
Podałem mu numer telefonu do syna, który rabczańska policja miała już wpisany w systemie.
— Tak, ten numer już tu widnieje — potwierdził oddziałowy. — Czy dzwoniono już na niego?
— Tak, chyba dwukrotnie, ale syn nie odebrał telefonu.
— Dobrze. Ja spróbuję się z nim skontaktować jeszcze raz, nieco później — obiecał.
— Dziękuję bardzo — odparłem z autentyczną wdzięcznością.
— A teraz proszę za mną — zakomenderował, po czym wstaliśmy równocześnie. — Idziemy najpierw do magazynu. Muszę dać panu jakieś porządne ubranie, bo w celi jest strasznie zimno.
Udaliśmy się do pomieszczenia zastawionego regałami, na których leżały posegregowane koce i worki z depozytami innych zatrzymanych.
— Jaki ma pan rozmiar?
— XL — odpowiedziałem.
— Dobrze, te będą idealne. Letnie spodenki niech pan zostawi w depozycie, a na dół założy porządny dres.
— A nie znikną mi? — zapytałem z nagłym lękiem w głosie. — To pamiątka od syna ze zlotu w Berlinie.
— Nie znikną, spokojnie — zapewnił mnie ciepłym głosem.
— Dobrze, trzymam pana za słowo — odpowiedziałem, próbując wymusić na swojej twarzy blady uśmiech.
— A teraz już naprawdę proszę za mną.
Ruszyliśmy prosto do bloku cel. Wyposażony w dwa grube koce wszedłem do środka ponurego pomieszczenia. Chwilę później ciężkie, stalowe drzwi zatrzasnęły się za moimi plecami z głuchym, metalicznym łomotem, który na moment przyspieszył akcję mojego serca.
Rozejrzałem się po wnętrzu. Tuż przy suficie znajdowało się małe, wąskie okienko z mleczną, matową szybą. W celi stały dwa łóżka — a raczej surowe, drewniane skrzynie, przypominające swoim kształtem trumny. W kącie znajdował się stolik i dwa taborety, rzecz jasna solidnie przytwierdzone śrubami do betonu. W przeciwległym rogu pod sufitem błyszczało oko kamery, monitorującej każdy mój ruch przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Położyłem się na łóżku po prawej stronie od drzwi i naciągnąłem oba koce na głowę, izolując się od tego koszmaru. W tym samym momencie do oczu napłynęły mi palące łzy. I wcale nie płakałem nad tym, gdzie się znalazłem. Nie przerażała mnie cela ani sam fakt aresztowania. Płakałem nad tym, że moja własna żona z tak potwornie zimną krwią skazała mnie na ten los. Zrobiła ze mnie podpalacza blaszanego garażu, zupełnie wymazując z pamięci fakt, że to ja go osobiście tam stawiałem, ja za wszystko płaciłem i ja na to ciężko pracowałem. Jak można tak oczywiste fakty ot tak wyrzucić z głowy? Cóż, podświadomie wiedziałem, że tak jest po prostu najwygodniej. Wtedy nie trzeba się z nikim dzielić, nie trzeba niczego oddawać. A nuż ten człowiek za chwilę nie wytrzyma i umrze w celi? Wtedy problem sam się rozwiąże.
Chora pazerność i ślepa żądza zemsty potrafią doszczętnie odebrać człowiekowi zdrowy rozsądek. Przecież nikt z nas niczego do grobu ze sobą nie zabierze. Nasze najlepsze lata i tak są już dawno za nami. Teraz pozostaje tylko czekanie na nieuchronne choroby i dramatyczna walka o ten krótki czas, jaki jeszcze człowiekowi w życiu pozostał. Z tymi myślami ostatecznie zasnąłem.
Mijały kolejne, denne godziny. Czas w areszcie staje się największym wrogiem człowieka — potrafi dłużyć się niemiłosiernie, a osadzony, pozbawiony zegarka, nie ma pojęcia, czy za oknem wstaje już świt, czy wciąż trwa noc. Drzwi celi otwierały się rzadko, tylko po to, by strażnik z kolejnej zmiany mógł rzucić okiem, czy aresztowany w ogóle jeszcze żyje. Choć prawdę mówiąc, było im to absolutnie obojętne.
Pierwszy dzień był prawdziwym koszmarem. Praktycznie cały przespałem, uciekając od rzeczywistości. Drzwi do mojej celi otworzyły się tylko raz, kiedy strażnik postawił na przykręconym do podłogi stoliku styropianowy pojemnik z jakimś jedzeniem. Nawet do niego nie wstałem. Nie miałem w sobie ani grama siły, by cokolwiek przełknąć czy choćby napić się wody.
W nocy do mojej celi dokwaterowano drugiego więźnia. Od pierwszej sekundy zorientowałem się, że to zaawansowany alkoholik. Do wnętrza wdarł się potworny, nieznośny fetor, jakby ten człowiek gnił już od środka od nadmiaru wódki. Przez całą noc łaził nerwowo wzdłuż drzwi, mamrocząc coś pod nosem i na zmianę modląc się o jednego papierosa lub choćby łyk alkoholu, o którym marzył niczym o wodzie święconej. Nie odwróciłem się w jego stronę ani razu. Nie chciałem mieć tego upodlającego widoku pod powiekami.
Zabrali go wczesnym porankiem. Zanim jednak opuścił celę, zdążył podejść do mojego łóżka i zapytać zachrypniętym głosem:
— Ej, jak masz na imię?
Odwróciłem się powoli i rzuciłem w jego stronę z kamienną twarzą po niemiecku, żeby raz na zawsze uciąć jakąkolwiek dyskusję:
— Ich muss mit dir nicht reden.
Z pewnością nie zrozumiał ani jednego słowa, ale nie o to chodziło. Chciałem, żeby wziął mnie za obcokrajowca i dał mi święty spokój. Strategia podziałała błyskawicznie. Nie odezwał się już ani słowem, a chwilę później klawisz wyprowadził go na zewnątrz. Alkoholików z korytarza nie trzyma się tu długo. Znowu zostałem sam.
W ciągu dnia nastąpiła zmiana wartowników. Wyczułem to natychmiast po głośnym tąpnięciu w korytarzu. Gdy drzwi mojej celi z hukiem otworzyły się na oścież, nowy oddziałowy zapytał mnie z potwornym, wręcz chamskim lekceważeniem w głosie:
— No i co? Chcesz żreć czy nie?
Nie odezwałem się ani słowem. Drzwi zatrzasnęły się z głośnym impetem, a ja po prostu poszedłem dalej spać. Czekałem z utęsknieniem na wieczór, licząc, że na nocną zmianę wróci ten ludzki strażnik, który przyjmował mnie pierwszego dnia. I na szczęście tak się stało.
W końcu musiałem przełamać dumę i poprosić o wyjście do toalety. Mijała już siedemdziesiąta druga godzina od mojego zatrzymania. Pęcherz dosłownie mi pękał. Choć przez te trzy dni panicznie starałem się nic nie pić, organizm i tak zrobił swoje, a ból w podbrzuszu stał się już nie do zniesienia. Strażnik bez problemu wypuścił mnie do łazienki, a gdy wróciłem, podszedł pod celę, by zwyczajnie, po ludzku się przywitać.
— Napije się pan gorącej herbaty? — zapytał wyjątkowo ciepłym, pełnym empatii głosem.
— Tak, bardzo chętnie — odpowiedziałem, choć od tych stresów miałem już niemal fizyczny wodowstręt.
Gdy przyniósł mi herbatę w małym, plastikowym kubku, sam jej zapach przełamał moją barierę i zmusił mnie do zrobienia kilku dużych łyków. Smakowała wybornie — choć w tych okolicznościach słowo „wybornie” może brzmieć nieco przesadnie. Była gdzieś godzina dwudziesta druga, gdy oddziałowy podszedł do krat po raz kolejny, pytając, czy czegoś mi nie brakuje. Podziękowałem za herbatę i zapewniłem, że wszystko jest w porządku. Wtedy strażnik oparł się o futrynę i zapytał cicho:
— To jak to właściwie z panem było, panie Janku?
— A wie pan… — zacząłem cicho. — Żona zabrała mi absolutnie wszystko, co w życiu wypracowałem. Tak mi się te rodzinne sprawy poukładały, że większość majątku musiała mieć zapisany na siebie. A gdy tylko nadarzyła się okazja i nasz związek zaczął się sypać, wzięła wszystko bez cienia skrupułów.
— Rozumiem pana — pokiwał ze smutkiem głową. — Sam niedawno przechodziłem przez to samo, gdy odchodziłem od swojej. Też zostawiłem jej wszystko, co mieliśmy.
— A duży mieliście ten majątek wspólny? — zapytałem z ciekawości.
— Skądże. Nie mieliśmy za wiele, tylko jedno skromne mieszkanie — odpowiedział oddziałowy.
— No widzi pan. U mnie w grę wchodziło ponad pięć milionów złotych. W tym cztery duże domy, ponad dziesięć działek budowlanych w świetnych punktach, wartościowe antyki i spore oszczędności w gotówce.
— I wszystko panu zabrała?! — strażnik aż drgnął z niedowierzania, będąc w głębokim szoku.
— Wszystko — powtórzyłem z kamienną twarzą. — I nie zamierza oddać ani złotówki. Mało tego, na sprawie rozwodowej bezczelnie żądała od sądu kolejnych tysiąca pięciuset złotych miesięcznie alimentów na własne utrzymanie.
— Czego jeszcze chciała?! — dopytywał oszołomiony. — Alimentów na siebie?
— Dokładnie tak. Na siebie.
— A na dzieci? — przerwał mi strażnik.
— Nie, dzieci mamy już dorosłe. Chciała tych pieniędzy wyłącznie dla siebie, na swoje zachcianki.
— Jakim trzeba być potwornie pazernym człowiekiem, żeby zabrać tyle milionów i wciąż żądać więcej? — zawiesił głos strażnik, kręcąc z obrzydzeniem głową.
Popatrzyłem na niego, a w moich oczach znowu zaszkliły się łzy.
— Sam do dzisiaj nie wiem, z jakim potworem pod jednym dachem żyłem przez te wszystkie lata — odpowiedziałem smutno.
— Szczerze panu współczuję — powiedział cicho oddziałowy, kładąc rękę na kratach. — Nigdy w życiu nie chciałbym mieć takiej kobiety u swojego boku. Ale głowa do góry, panie Janku. Dla pana to słońce jeszcze kiedyś zaświeci, zobaczy pan.
Przekręcił klucz, zamykając masywne drzwi celi z drugiej strony. Ten metaliczny, ostry dźwięk rygla zaczął mnie wtedy naprawdę przerażać. Wbijał się w mój umysł niczym odgłos ostatniego, bezwładnego lotu ku ziemi — kiedy nagłą ciszę przeszywa potworny krzyk pasażerów, a grunt pod nogami bezpowrotnie traci swoją realność.
Rozdział 7: Kamienna kromka
Trzeci dzień w celi na dołku w Nowym Targu mijał nieznośnie wolno. Miałem wrażenie, jakby czas cofał się w miejscu, choć przecież racjonalnie wiedziałem, że nieubłaganie prze naprzód.
W nocy dokwaterowali mi kolejnego więźnia. Przez sen słyszałem tylko fragmenty jego ostrej dyskusji ze strażnikiem.
— Nie chcę siedzieć w jednej celi z jakimiś żulami! — rzucał podenerwowany.
— Daj już spokój — odpowiedział mu zmęczony głos oddziałowego. — Nie mam innych wolnych miejsc. A to nie jest żaden żul, tylko spokojny, kulturalny człowiek.
Miał oczywiście na myśli mnie. Nowy lokator nie drążył tematu — od razu rzucił się na wolną pryczę i niemal natychmiast zasnął.
Rano wstałem, zerkając na stojącą na stole, wciąż nienaruszoną butelkę wody. Spojrzałem na nieznajomego.
— Cześć — powiedziałem spokojnie. — Jak chcesz, możemy rozmawiać, jak nie, to nie. Ale kultura wymaga, żeby się przynajmniej przedstawić. Jestem Janek.
Mężczyzna podniósł się z łóżka.
— Artur — odpowiedział.
Podszedł do stolika, nalał sobie wody, a przy okazji zastukał głośno w grube, stalowe drzwi. To był umowny sygnał dla strażnika. Gdy oddziałowy zaraz się zjawił, Artur poprosił go o możliwość zapalenia papierosa. Klucznik okazał się w porządku — po chwili przyniósł mu papierosa z jego własnych rzeczy osobistych zabezpieczonych w magazynie.
Niedługo potem otworzyło się okienko i podano nam poranny posiłek. Artur natychmiast zasiadł do stołu i zaczął pochłaniać jedzenie z taką drapieżnością, jakby nie miał nic w ustach od co najmniej trzech dni. A przecież to ja byłem tym, który od siedemdziesięciu dwóch godzin nie przełknął ani jednego kęsa.
— Jak chcesz, możesz zjeść również moją porcję — odezwałem się, patrząc na jego apetyt.
— Naprawdę? Mogę? — zapytał Artur, potężnie zaskoczony.
Gdy skinąłem głową, zaczął wciągać mój obiad z prędkością światła. Po chwili obrócił się jeszcze raz, jakby chciał się upewnić, czy na pewno nie zmieniłem zdania.
— Jedz spokojnie, ja i tak nie dam rady nic przełknąć — powtórzyłem.
Siedzieliśmy tak przez jakiś czas, rozmawiając o tym, dlaczego właściwie tu trafiliśmy. To były dwie zupełnie odmienne historie, dwa różne światy, które poza tą betonową celą nie miały ze sobą absolutnie nic wspólnego.
Nagle zamek w drzwiach szczęknął i stanął w nich ten przyjazny oddziałowy. Spojrzał na mnie z lekkim zakłopotaniem.
— Panie Janku, dzwoniłem pod ten numer do syna, który mi pan podał. Niestety, nikt nie odbiera.
— Ale jest w ogóle sygnał? — zapytałem z nadzieją w głosie.
— Tak, sygnał jest normalnie — potwierdził. — Zna pan może jakieś inne numery?
— Nie znam… — opuściłem bezradnie głowę. — Nie pamiętam, niestety. Wszystkie kontakty miałem zapisane w telefonie, a ten zabrali mi na posterunku w Rabce-Zdroju.
— No tak, u mnie w papierach i depozycie tego aparatu nie ma — westchnął oddziałowy. — Gdyby był, pozwoliłbym panu odpisać numery.
Po tych słowach zamknął drzwi celi.
Środa powoli dobiegała końca. Sądząc po zmroku, który gęstniał w małym okienku z mleczną szybą, mogła być mniej więcej godzina dwudziesta. Na zmianę znowu wszedł ten kulturalny strażnik. Podszedł pod celę i zapytał, czy wszystko u nas w porządku i czy napijemy się ciepłej herbaty. Gdy potwierdziłem, po paru minutach wrócił z dwoma parującymi kubkami.
— Jutro rano przewożą pana do prokuratora, panie Janku — rzucił cicho.
— Ach tak…? — poczułem nagły skurcz w żołądku. — A o której godzinie to będzie?
— Myślę, że transport zorganizują około dziesiątej — odpowiedział, po czym przyjrzał mi się uważniej. — Chce się pan umyć przed wyjazdem?
— A jest w ogóle taka możliwość? — zapytałem, wyraźnie już czując własny zapach po trzech dniach w tych samych rzeczach i ciągłym, stresowym poceniu się.
— Jasne. Przygotuję panu ciepłą wodę, tylko muszę najpierw włączyć bojler — powiedział tym swoim ludzkim, przyjaznym głosem. — Bądź pan gotowy za jakieś dziesięć minut.
I słowa dotrzymał. Po dziesięciu minutach zamek szczęknął ponownie.
— Zapraszam pod prysznic. Tu ma pan szampon i czysty ręcznik.
Wyszedłem za nim na korytarz. Łazienka znajdowała się tuż obok mojej celi. Stanąłem pod strumieniem gorącej wody i stałem tam chyba najdłużej w swoim życiu. Mydliłem się bez końca, jakbym desperacko próbował zmyć z siebie cały ten brud, cały ten potworny osad kłamstw, którymi oblepiła mnie była żona. A mimo to wciąż czułem na ciele te jej toksyczne spojrzenia niczym wgryzione głęboko pod skórę kleszcze, spod których nieustannie sączyła się krew. Kiedy zakręciłem wodę i wytarłem się ręcznikiem, poczułem, jakby spadł ze mnie niewyobrażalny, fizyczny ciężar.
Ubrałem się w czysty dres z magazynu, skorzystałem z toalety i wróciłem do celi. Trzecia doba o jednym jedynym kubku herbaty dobiegała końca. Wślizgnąłem się prosto pod szorstki koc. Trząsłem się z zimna, podczas gdy za oknem powoli cichły nocne odgłosy przejeżdżających Nowym Targiem samochodów. Mój współlokator zaczął po chwili niemiłosiernie chrapać. Naciągnąłem koc głęboko na głowę, żeby odciąć się od tego dźwięku, zamknąłem oczy i spróbowałem uciec stąd pamięcią.
Przeniosłem się myślami na zlot samochodowy sprzed paru tygodni. To właśnie tam wszystko zaczęło się sypać na dobre. Tamten wyjazd zakończył się ostrą sprzeczką z moim synem. Następnego dnia rano zachowywał się tak, jakby mnie w ogóle nie znał. Patrzył na mnie tym swoim zimnym, wściekłym wzrokiem — spojrzeniem własnej matki. Zupełnie tak, jakbym wyrządził mu jakąś niewybaczalną krzywdę. Wręcz jakbym nie był jego ojcem, człowiekiem, na którego przez bite trzydzieści lat swojego życia mógł liczyć w każdej sekundzie i na którym nigdy, przenigdy się nie zawiódł.
Dzieci były i wciąż są dla mnie najważniejsze na świecie. Byłem gotów oddać za nie własne życie bez mrugnięcia okiem. Ale tamtej nocy, leżąc pod więziennym kocem, zyskałem bolesną pewność, że w drugą stronę to tak nie działa. Niestety wręcz przeciwnie.
Prawie w ogóle nie zmrużyłem oka. Zimny pot oblewał nie tylko moje zmarznięte ciało — ten sam pot zalewał mój umysł, bezlitośnie ściskając gardło. Pod szczelnie zaciągniętym kocem zaczynało brakować mi tlenu. Tak bardzo chciałem obudzić się w jakiejś innej, lepszej rzeczywistości. Cofnąć czas chociaż o tydzień. Albo do tamtego dnia, gdy po czterech tygodniach durnego czekania na to, że syn w końcu do mnie zadzwoni, zrozumiałem, że telefon nie zadzwoni już nigdy.
Próżne, naiwne czekanie starego ojca. Z reguły na tym świecie bywa tak, że skoro wszystko zostało już z człowieka wyciągnięte i przepisane, to nie ma po co się oglądać za siebie. Nowa rzeczywistość szybko przykryje stare błędy kolejnymi. A póki co, skoro tata nie puka do drzwi, to poudawajmy wszyscy, że chłop po prostu nie żyje. Tak jest wygodniej, wtedy problem sam się rozwiąże. I rozwiązał się wprost idealnie. Teraz mogą o mnie swobodnie i bez wyrzutów sumienia zapomnieć.
„Sam tak chciałeś” — dokładnie te słowa, które usłyszałem niedawno z ust własnego syna, paliły mnie żywym ogniem. Gdy pytałem go z rozpaczą w głosie, dlaczego oni wszyscy tak bardzo chcą zamknąć starego tatę w więzieniu, rzucił mi prosto w twarz: „Przecież sam tego chciałeś”.
Ta bezduszna odpowiedź do teraz odbijała się w mojej głowie niczym ciężka kula bilardowa na naszym stole. Stół stał w pokoju herbacianym w domu, w którym tak rzadko bywaliśmy w Polsce. Graliśmy na nim nie raz i nie dwa, kiedy zjeżdżaliśmy się z zagranicy przy okazji świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Wtedy, kiedy jeszcze byliśmy rodziną i potrafiliśmy wspólnie zasiąść do wigilijnego stołu.
Przez całe swoje życie miałem jedno wielkie marzenie — chciałem mieć w domu własny stół bilardowy. Gdzieś po drodze los w końcu się do mnie uśmiechnął i dał mi to, czego nigdy wcześniej nie miałem. Dał mi gigantyczny komfort. Komfort polegający na tym, że nie musiałem się już panicznie bać, czy jutro wystarczy mi pieniędzy na chleb. Mogliśmy budzić się syci. A ja doskonale pamiętałem czasy swojej młodości, kiedy wielokrotnie przymierałem głodem, nie mając prawie nic do jedzenia. Kromkę suchego chleba kroiło się wtedy na mikroskopijne kawałeczki — tylko po to, żeby było ich jak najwięcej na talerzu. Człowiek oszukiwał wtedy własny wzrok i żołądek, mając złudne wrażenie, że zjadł większy, syty posiłek.
Z kolei teraz, na stare lata, przyszło mi wracać dokładnie do tego samego punktu. Czas w jakiś przedziwny, okrutny sposób zatoczył pełne koło. Pewnie znowu będę musiał dzielić suchą kromkę chleba na części, a mój dom będzie miał sufit wyłącznie pod gołym niebem. Bezdomność i ulica staną się moim przeznaczeniem. Człowiek, który staje się bezużyteczny i ogołocony z grosza, w opinii mojej byłej żony nie ma już najmniejszego prawa do egzystencji. Kobieta, z którą przeżyłem dwadzieścia siedem lat, wydała na mnie wyrok. Dla mnie to nie były lata stracone, choć doskonale wiem, że żadnej ze stron nie było w tym małżeństwie łatwo. Ale jak ona może teraz twierdzić, że to ja jestem wszystkiemu winien? Winny tego, że dzieciom nigdy nie brakowało chleba? Tego, że są wykształcone i dają sobie w życiu radę? Przecież w każdej trudnej chwili byłem przy nich i wciąż jestem, pomimo całego tego piekła.
W końcu, gdzieś nad ranem, złożył mnie ciężki, niespokojny sen. Chyba już powoli świtało, a może to jaskrawe światło tylko mi się śniło. Przez sen usłyszałem głuchy trzask otwieranego wziernika w drzwiach — tego małego punktu obserwacyjnego, przez który strażnicy kontrolują każdy ruch osadzonego. Chwilę później w celi z bolesnym błyskiem zapaliło się górne światło. Nastał nowy dzień. Tak bardzo nie chciałem się znowu budzić, ale biologia i fizjologia nie znają litości.
Zwlekłem się ostatecznie z tego szorstkiego, brązowego materaca rzuconego na trumno-podobną skrzynię i podszedłem zastukać do drzwi. Po chwili z korytarza dobiegł mnie wyraźnie zirytowany, podniesiony głos kogoś, kto stał na straży:
— Czego?! Poczekać tam!
— Dobrze — odparłem cicho.
Usiadłem posłusznie na swojej trumno-pryczy, cierpliwie czekając, aż oddziałowy raczy otworzyć celę. Gdy w końcu przekręcił klucz i otworzył drzwi na oścież, nie raczył odpowiedzieć nawet zdawkowym „Dzień dobry”. To był ten nowy strażnik — wyraźnie nadęty, bezczelny burak. Pozwolił mi wyjść do toalety, a gdy wracałem na miejsce, zapytałem go spokojnie, która jest godzina.
— Dochodzi dziewiąta — warknął niechętnie.
Tego ranka nie było mowy o ciepłej herbacie czy choćby jednym ludzkim słowie. Gdy strażnik stanął w progu i rzucił tym swoim standardowym, chamskim tonem, pytając, czy będę „żarł”, czy nie, w końcu nie wytrzymałem. Spojrzałem mu prosto w oczy.
— Żrą tylko świnie — odpowiedziałem lodowatym, spokojnym głosem. — A ja, jak pan widzi, raczej świni nie przypominam.
Moja riposta doszczętnie wściekła złośliwca. Bez słowa, z pełną premedytacją zabrał styropianowy pojemnik ze stołu, nie zostawiając mi w celi absolutnie nic, po czym zatrzasnął drzwi z głuchym impetem.
Usiadłem na pryczy, tępo wpatrując się w szare, obskurne ściany. Cała ich powierzchnia była usiana wydrapanymi czymś ostrym napisami i znakami — niemymi świadectwami ludzkich dramatów i historii tych, którzy trafili tu przede mną. Prawdziwa galeria myśli mądrych, ale niestety dopiero po szkodzie. Czas rozciągał się i dłużył w nieskończoność. Aż w końcu na korytarzu rozległy się ciężkie kroki. Wybiła godzina dziesiąta.
Rozdział 8: Teatr wzajemnej adoracji
Punktualnie o godzinie dziesiątej rano przyjechały po mnie rabczańskie ogry. Zebrani z posterunku, który przypominał mi raczej schronisko dla bezdusznych i ślepych na ludzką krzywdę stworzeń, mieli przetransportować mnie prosto do prokuratury. Tym razem w roli mojego „anioła stróża” wystąpił dobrze mi znany i wybitnie nielubiany aspirant Antos, a towarzyszył mu młodszy stażem pomocnik. Ten drugi był akurat poczciwym chłopakiem. Doskonale pamiętałem, jak podczas wcześniejszej interwencji bezprawnie władował mi się do mieszkania, ale później potrafił odkupić tamte winy, pokazując prawdziwą, ludzką twarz. To zresztą dzięki jego dzisiejszemu, pełnemu szacunku podejściu, moje skute stalą dłonie zasilą bolesną prawdą okładkę tej powieści.
Cały powód mojego zatrzymania i brutalnego aresztowania był wręcz niedorzeczny. Ktoś napisał na ścianie domu mojej byłej żony sprejem kilka słów. Dla rabczańskiej policji stało się to idealnym pretekstem, by urządzić pokazówkę i doprowadzić mnie na przesłuchanie siłą. Zupełnie tak, jakby w dzisiejszych czasach nie istniały telefony, jakby nie można było po prostu zadzwonić i wezwać obywatela na komendę. Nie, oni musieli zastosować środki przymusu. I tak oto, po raz pierwszy w życiu, na moje ręce spadły ciężkie, zimne kajdany. Ja — ojciec, mąż i dziadek — zostałem zakuty w żelazo tylko dlatego, że odważyłem się upomnieć o ochłap z własnego, budowanego latami majątku. Ślepa nienawiść i ludzka pazerność uderzyły we mnie z taką siłą, że aż poszło mi w pięty.
— Proszę wyjść z celi, policjanci już na pana czekają — zakomenderował oddziałowy.
Wyszedłem na korytarz i zostałem wprowadzony do pokoju przesłuchań, gdzie rabczańscy konwojenci zdążyli już się rozgościć.
— Dzień dobry — rzucił krótko Antos.
— Dzień dobry — odpowiedziałem, po czym dodałem z lekką, wyczuwalną ironią: — Miło znów panów widzieć.
Byli jednak zbyt ograniczeni, by wychwycić tę aluzję.
— Chyba to będzie dla mnie dobry dzień — dopowiedziałem pod nosem.
— Oj, chyba nie będzie taki dobry — odwarknął złośliwie Antos.
Po tej wymianie zdań uznałem, że dalsze dyskusje z tym człowiekiem nie mają najmniejszego sensu. Odpuściłem. Moje dłonie przez ostatnie godziny zdążyły nieco odpocząć, ale gdy tylko stalowe bransolety zatrzasnęły się na moich nadgarstkach, metal znów zaczął samoistnie spijać ze mnie resztki sił. Ruszyliśmy z komendy prosto w kierunku prokuratury.
Siedziba mieściła się przy ulicy Sądowej 7, na samym wylocie z Nowego Targu, w stronę Czarnego Dunajca. Droga upływała nam na rwanej rozmowie. W pewnym momencie jedna rzecz dosłownie rozszarpała mi serce. Uświadomiłem sobie, z jak potwornym i ograniczonym burakiem mam do czynienia. Ręce mi bezwładnie opadły.
— A pamięta pan, jak ostatnim razem próbowano mnie skazać za tamte napisy sprejem na murze? — zapytałem, chcąc go nieco sprowokować i wyciągnąć z niego, co naprawdę myśli.
— Tak, pamiętam — odpowiedział nadęty jak paw Antos.
— Normalnie żaden sąd by mnie za coś takiego nie skazał — kontynuowałem prowokację. — Ale moja własna córka poszła wtedy na policję i dobrowolnie zeznawała jako świadek przeciwko własnemu ojcu. O taką bzdurę, o trzy nic nieznaczące wyrazy na ścianie.
— A dlaczego miała to ukrywać? — wypalił bezczelnie Antos.
Zaniemówiłem. Przez dłuższą chwilę w samochodzie panowała głucha cisza. Dopiero po jakimś czasie zdołałem wykrztusić z siebie słowo.
— Pan tak poważnie mówi? Córka przeciwko ojcu? O takie głupoty? — spojrzałem na niego w lusterku. — Nie życzę panu tego, panie Antos. Ale oby pan dożył momentu, kiedy pańskie własne dzieci wystąpią przeciwko panu na drodze sądowej. Wtedy pan zrozumie.
Mój cios był celny. Antosowi odebrało mowę. Zalał się purpurą i był tak wściekły, że odniosłem wrażenie, jakby za moment miała pójść mu para z uszu. W tym momencie do rozmowy włączył się jego młodszy kolega z patrolu.
— Dobrze pan Janek mówi — odezwał się niespodziewanie, łamiąc policyjną solidarność. — To jest najgorsze, co może spotkać człowieka w życiu.
Wykorzystując moment, w którym nadęty aspirant gapił się w przednią szybę, młodszy policjant po kryjomu, mocno ścisnął mnie za dłoń w geście pełnego wsparcia. Zrobił to tak umiejętnie, by tamten burak niczego nie zauważył. Do samego końca podróży jechaliśmy już w grobowej ciszy. To właśnie wtedy ostatecznie zrozumiałem, że moralne zrycie tych ludzi przekracza wszelkie dopuszczalne normy. A już na pewno dotyczyło to pana Antosa.
Gdy dotarliśmy na miejsce, wprowadzono mnie na drugie piętro gmachu prokuratury. Stanęliśmy bezpośrednio pod gabinetem prokuratora o nazwisku Ścieka — choć ja w tamtej chwili nie miałem jeszcze pojęcia, jak ta łysa, systemowa kanalia się nazywa. Czekaliśmy na korytarzu. Pozwolono mi łaskawie usiąść na krześle. Po kilku minutach drzwi się otworzyły i wyszedł z nich chudy, wysoki, mocno łysiejący mężczyzna. Bez żadnego wstępu podszedł do Antosa i zaczął go przy mnie ostro opieprzać.
— Dlaczego przyjechaliście dopiero teraz?! Gdzie wyście byli do tej pory?! Przecież doskonale wiecie, że nie wolno w ten sposób przeciągać procedury zatrzymania!
Gdy prokurator skończył wyżywać się na policjancie, obrócił swój wzrok na mnie. Spojrzał lodowato. — Panie Janku, ile pan ma właściwie lat? — zapytał.
— Pięćdziesiąt — odpowiedziałem prosto.
— I na stare lata zachciało się panu iść do więzienia? — rzucił z wyższością w głosie.
— Ja nie chcę… — poczułem, jak łamie mi się głos. — Ja nie chcę nigdzie iść, do żadnego więzienia.
— Tym razem się pan doigrał. Pójdzie pan siedzieć za stalking — oznajmił z pełnym przekonaniem ten wielki pan i władca ludzkiego losu.
Nie odpowiedziałem na tę zaczepkę ani słowem. Ściemka odwrócił się na pięcie i wrócił do swojego gabinetu. Czekaliśmy dalej. W końcu z głębi pomieszczenia dobiegł donośny głos:
— Proszę wejść!
Wszedłem do środka, a tuż za mną wsunął się Antos. Rozpoczęło się oficjalne przesłuchanie.
— Tak jak wspominałem, oskarżam pana o stalking — zaczął prokurator, wertując papiery. — Nęka pan swoją byłą żonę.
— Ale czym ja ją niby nękam? — zapytałem, czując rosnący absurd tej sytuacji.
— Jak to czym?! — Ściemka uniósł wzrok, patrząc na mnie jak na idiotę. — Książką, którą udostępnia pan w internecie! Publikuje pan swoją powieść, komentuje pan tam różne rzeczy, a pod wpisami udzielają się inni ludzie. Te komentarze bezpośrednio uderzają w pana byłą żonę.
— Słucham?! — aż podniosłem się na krześle. — Przecież w tej książce nie użyłem ani jednego prawdziwego nazwiska, ani nawet imienia! Jedyne prawdziwe imię, jakie tam pada, to imię mojego wnuka. I to tylko w kontekście literackiej fikcji, w scenie, gdzie znajduje mnie martwego, bo tak właśnie kończy się ta opowieść!
— Mimo to przedstawia pan ją w skrajnie złym świetle — uciął krótko prokurator. — Zresztą, na pana liście są też inne, znacznie poważniejsze zarzuty. Ukradł pan rower własnemu wnukowi, który wcześniej sam mu pan podarował.
— To jest jakaś piramidalna bzdura! — wykrzyknąłem, tracąc cierpliwość. — Ten rower od początku do końca był moją własnością, a nie wnuka! Mało tego, wnukowi kupiłem w prezencie zupełnie inne, nowe rowery, a nie ten konkretny!
— Mnie to zupełnie nie interesuje, co pan mu tam kupował — Ścieka machnął lekceważąco ręką. — Pana była żona twierdzi inaczej. Ponadto muszę spytać. Czy spalił pan ten garaż?
— To jest kolejny absurd! — odpowiedziałem hardo. — Ja niczego nie zrobiłem. To są zwykłe, ordynarne pomówienia. Moja była żona robi to od dłuższego czasu. Systematycznie i z pełną premedytacją mnie pomawia.
— A dlaczego właściwie jesteście w tak głębokim konflikcie? — zapytał, opierając dłonie na biurku.
— Bo pan mnie nie zna, panie prokuratorze, żeby mnie oceniać. I nie zna pan naszej sytuacji — mówiłem, a głos zaczął mi drżeć z emocji. — Ta kobieta zabrała mi absolutnie wszystko. Cały mój życiowy majątek, oszczędności, dom… I to nie jeden dom.
— Jakie domy? — w oczach Ścieki po raz pierwszy błysnęło autentyczne zainteresowanie.
— Mieliśmy cztery duże domy, które wciąż stoją. Do tego kilkanaście działek budowlanych w doskonałych lokalizacjach i potężne oszczędności w gotówce — kontynuowałem, wyrzucając z siebie ten żal.
— A żona? Pracowała kiedyś zawodowo? — dociekał prokurator.
— Nie, nigdy w życiu nie przepracowała ani jednego dnia — skwitowałem. — Tylko ja ciężko pracowałem na to wszystko.
W gabinecie zapadła głęboka, ciężka cisza. Prokurator Ścieka przyglądał mi się przez dłuższą chwilę. Po chwili pokręcił głową z dziwnym, cynicznym uśmiechem.
— No, to dał się pan potężnie oszukać… Ale teraz sprawy zaszły za daleko. Tak wygląda prawo i ja nie mam już na to żadnego wpływu.
— Rozumiem… — odpowiedziałem jednym, pełnym goryczy słowem.
— Muszę pana oficjalnie oskarżyć i wnioskować do sądu o zastosowanie aresztu tymczasowego na okres trzech miesięcy — oznajmił chłodno.
Spojrzałem mu prosto w jego bezduszne oczy. Łzy zaczęły mi samoczynnie spływać po policzkach. — A może pan okaże chociaż odrobinę litości…? — wykrztusiłem z rozpaczą.
— Nie ma takiej opcji — odpowiedział bezlitośnie, po czym podsunął mi pod nos gruby plik kartek. Był to ordynarny stek bzdur i oszczerstw, sklejony przez niego naprędce, jakby na kolanie.
— Podpisze to pan czy nie?
— Ja żadnych kłamstw i pomówień na swój temat podpisywał nie będę! — odpowiedziałem twardo. — Mogę podpisać wyłącznie to, co sam przed chwilą zeznałem do protokołu.
Moja odmowa wyraźnie go rozwścieczyła. Widziałem, jak momentalnie się zagotował.
— Proszę natychmiast zabrać oskarżonego! — rzucił ostro w stronę Antosa.
Aspirant przez cały czas trwania przesłuchania siedział naprzeciwko mnie, lustrując mnie swoim wstrętnym, pełnym satysfakcji wzrokiem. Przy okazji oblizywał nerwowo gęstą, białą pianę, która z obrzydzenia aż mną wstrząsnęła, sącząc się w kącikach jego ust. Co za potworny, odpychający typ.
— Proszę wyprowadzić oskarżonego i czekać na korytarzu! — powtórzył Ścieka.
Wyszliśmy z gabinetu. Po dziesięciu minutach oczekiwania podszedł do nas urzędnik sądowy, informując krótko, że rozprawa została wyznaczona na jutro, punktualnie na godzinę dwunastą.
Opuściliśmy gmach prokuratury i zapakowaliśmy się z powrotem do policyjnego wozu. Ruszyliśmy w drogę powrotną do aresztu — do tego ponurego, czarnego budynku, który swoją bezduszną bryłą straszył cały Nowy Targ. Przez całą drogę nie odezwałem się już ani jednym słowem. Płakałem bez końca, rzewnymi, palącymi łzami bezsilności. Siedzący obok mnie młodszy policjant, widząc mój stan, nachylił się i zaczął mnie cicho pocieszać.
— Niech się pan nie martwi, panie Janku… Przecież oni tak naprawdę nie mają na pana żadnych twardych dowodów. Wszystko jest grubymi nićmi szyte. Zobaczy pan, przemęczy się pan te trzy miesiące i na pewno pana wypuszczą.
Nie miałem siły mówić. Podziękowałem mu jedynie lekkim, pełnym wdzięczności skinieniem głowy. A on zrozumiał z tego gestu znacznie więcej, niż byłyby w stanie wyrazić jakiekolwiek słowa.
Rozdział 9: Pusta waga Temidy
Ciężkie drzwi celi zatrzasnęły się za mną ponownie. Ten dzień nie przyniósł niczego dobrego. Kolejny raz przekonałem się, że w machinie sprawiedliwości bezpodstawne pomówienia ważą więcej niż brak jakichkolwiek dowodów. Wystarczy, że ktoś wyceluje w ciebie palcem i zrzuci na ciebie całą winę, a system natychmiast przestaje pytać o prawdę. W razie pomyłki i tak nikt nie ponosi odpowiedzialności — wszyscy, włącznie z oskarżycielem, mają przecież czyste ręce.
Położyłem się na pryczy, próbując jakoś przetrwać tę czwartą dobę bez jedzenia. Płakałem, tuląc twarz do zimnej, szarej lamperii, pomalowanej błyszczącą farbą olejną. Pomyślałem, że wykończono ją na błysk pewnie tylko po to, by łatwiej było zmywać krew tych, którzy nie wytrzymują psychicznie i zaczynają z rozpaczy uderzać głową w kant ściany lub grube, metalowe drzwi. W strażniczym żargonie mówi się wtedy, że więzień „się odpalił”. Ale to żaden odpał. To po prostu czysta bezsilność w obliczu niesprawiedliwości, jaką zsyła nam los. Walczyłem z własnymi myślami, a gorące łzy wypalały na mojej twarzy głębokie ślady, niczym lawa spływająca z Etny. W końcu zasnąłem, a otaczający mnie świat na kilka godzin przestał istnieć.
Obudził mnie dopiero głuchy brzęk zamka. W progu stanął strażnik, a jego znajomy, wyraźnie ściszony głos przerwał ciszę.
— Dobry wieczór, panie Janku. Zmiana warty. Wszystko u pana w porządku? — zapytał z autentyczną troską.
Obróciłem się z trudem. Moje powieki były tak opuchnięte od płaczu, że ledwo mogłem otworzyć oczy.
— Nie, nie jest dobrze — odparłem zachrypniętym głosem.
— Chce pan herbaty? — zapytał ciepło.
— Tak, bardzo proszę.
Po kilku minutach przyniósł mi ją.
— Muszę iść do toalety i pod prysznic — dodałem, podnosząc się z pryczy.
— Dobrze, za chwilę wszystko przygotuję — odpowiedział.
Wrócił po dziesięciu minutach, dając mi znak, że droga jest wolna. Wstałem, choć bolała mnie każda kostka w ciele. Czułem się tak, jakby dopiero co zdjęto mnie z krzyża. I w sumie tak było. To był potworny krzyż, jaki wtłoczył mi na ramiona los.
Gorąca woda znowu odrobinę ukoiła rozbiegane myśli. Sam prysznic był całkowicie zepsuty, woda tryskała bezładnie po całym pomieszczeniu, w którym stała też umywalka. Żeby po kąpieli spokojnie i sucho się ubrać, musiałem wcisnąć się w ciasny kąt tuż przy samych drzwiach, ale w tych warunkach dobre było i to. Gdy zakręciłem kurek, poczułem chwilową ulgę. Zupełnie tak, jakbym zmywał z siebie ten piekący żar ludzkich spojrzeń, ten brudny wstyd, który towarzyszy człowiekowi, gdy prowadzą go skutego kajdankami na oczach gapiów, zwłaszcza gdy ręce ma się wykręcone z tyłu pleców. Ten mentalny brud spływał teraz do odpływu niczym krew, która w tamtych dniach z powodu potwornego stresu potrafiła mi się puścić z nosa bez żadnego ostrzeżenia i za nic nie dawała się zatamować.
Wróciłem do celi. Gorąca herbata czekała już na stole, a oddziałowy przyszedł, by chwilę ze mną porozmawiać. Widocznie sam musiał w życiu sporo przejść, skoro zachował w sobie tak duże pokłady empatii.
— Był pan dziś u prokuratora? — zagadnął cicho.
— Tak, byłem — westchnąłem. — Ale jutro mam oficjalną sprawę w sądzie. Pewnie skończy się sankcją i zamkną mnie na trzy miesiące.
— Tak, prokurator o tym wspominał — pokiwał głową zaufany strażnik. — A za co dokładnie?
— Z tego, czym mi wygrażał, wynika, że za stalking. Podobno przez to, że publikuję swoją książkę w internecie, a ludzie pod nią piszą komentarze, ja w ten sposób nękam swoją byłą żonę.
— To pan pisze książki? — w głosie oddziałowego odznaczyło się potężne zdziwienie.
— Tak, wydałem już kilka pozycji na rynku literackim.
— I o czym jest ta konkretna książka? O co w niej chodzi? — dopytywał z zaciekawieniem.
— Widzi pan… Po pierwszej rozprawie rozwodowej byłem tak zdruzgotany perfidią mojej żony i całkowitym brakiem zrozumienia ze strony sądu, że chciałem popełnić samobójstwo. O tym jest ta opowieść. Opowiada o rozpaczliwym akcie ojca, męża i dziadka, który zamyka się we własnym samochodzie i po dziewięciu dniach umiera, a jego żony to nie wzrusza. Dla niej liczy się tylko to, żeby wydrzeć z niego kolejne alimenty. Żądza pieniądza całkowicie przysłoniła jej oczy, niczym opaska na oczach Temidy.
— Współczuję panu… — rzucił poruszony oddziałowy. — I naprawdę pan to zrobił? Naprawdę zamknął się pan w tym aucie?
— Tak — skinąłem głową, sięgając po kubek ciepłej herbaty, która jako jedyna dawała mi w tamtym piekle namiastkę ukojenia. — Spędziłem tam dwie doby. Dopiero mój sąsiad, a zarazem bliski kolega, po długiej i dramatycznej rozmowie telefonicznej zdołał namówić mnie, żebym wyszedł z samochodu.
— Bardzo panu współczuję — powtórzył strażnik, patrząc na mnie z powagą. — Mam jednak nadzieję, że sąd pana jutro nie skaże. Dobranoc.
Przekręcił klucz w zamku. Noc dłużyła się w nieskończoność. Praktycznie nie zmrużyłem oka, bo moje serce co chwilę wpadało w groźną arytmię i za nic nie mogłem uspokoić jego szaleńczego bicia. Gdy w celi ostro błysnęło górne światło, musiała być mniej więcej szósta rano. Moje ciało domagało się snu. Zasnąłem na moment, uciekając przed koniecznością oglądania dziennej zmiany strażników.
Około godziny dziesiątej rano pod celę zajechali kolejni dwaj funkcjonariusze z komisariatu w Rabce-Zdroju. Tym razem przysłali po mnie duet przypominający żywcem bohaterów komedii „Głupi i głupszy”. Jeden z nich był wyjątkowo niskim, krępym i łysym mężczyzną. Nie odezwałem się do nich ani jednym słowem. Szkoda mi było marnować tlenu na takich ludzi. Oni również milczeli, choć po drodze strzygli uszami, licząc po cichu, że palnę coś, co będą mogli natychmiast wykorzystać przeciwko mnie w protokole. Byli dumni, że na podstawie zwykłych pomówień upolowali „groźnego przestępcę”. Czuli się tak, jakby złowili złotą rybkę. Tyle że ta rybka nie miała zamiaru spełniać żadnych ich życzeń.
Jechaliśmy przez Nowy Targ Alejami Tysiąclecia. Tym razem ulica była całkowicie przejezdna, dzięki czemu pod gmach sądu dotarliśmy błyskawicznie. Patrzyłem bezwiednie przez szybę samochodu. Ogarnęło mnie tak potężne zobojętnienie, że piękna, słoneczna pogoda i promienie słońca odbijały się ode mnie jak od sztucznej, betonowej ściany. Nie czułem żadnej radości. Jechałem na rozprawę zdany wyłącznie na łaskę sądu, choć doskonale wiedziałem, że tam żadnej łaski nie ma. Jest tylko zimna, bezwzględna statystyka, taśmowe rozpatrywanie skutków zamiast głębszego badania przyczyn. Wszystko robi się po łebkach, byle szybciej, byle wskaźniki skazań na komendzie się zgadzały. Machina ruszyła, gotowa skazywać ludzi za absolutne absurdy.
Sprawa w sądzie karnym miała rozpocząć się punktualnie o dwunastej. Jako że przybyliśmy chwilę przed czasem, konwojenci zaprowadzili mnie do podziemnej poczekalni dla więźniów.
— Proszę tam wejść i siadać — rzucił szorstko jeden z policjantów.
Gdy zapytałem o godzinę, burknął, że jest za piętnaście dwunasta. Z jego twarzy biła taka bezduszność, że odniosłem wrażenie, iż bez mrugnięcia okiem sprzedałby własną matkę, gdyby zaszła taka potrzeba. Wszedłem do ponurej celi przejściowej i usiadłem na ławce. Wtedy drzwi otworzyły się ponownie i do środka wszedł na oko niespełna pięćdziesięcioletni mężczyzna. Skierował się prosto w moją stronę.
— Witam pana. Jestem pańskim obrońcą z urzędu — przywitał się zaskakująco miłym głosem.
— Dzień dobry — odpowiedziałem, będąc nieco zdziwiony tym nagłym zwrotem akcji. Nie miałem jednak wyjścia, musiałem to zaakceptować.
Adwokat wyróżniał się pokaźną, gęstą brodą i lekko zaokrąglonym brzuszkiem. Miał na sobie ciemnoniebieską, stonowaną koszulę, czarną marynarkę garniturową, klasyczne dżinsy i czarne półbuty.
— Co tam się właściwie wydarzyło, panie Janku? — zapytał, wyciągając notes.
Opowiedziałem mu całą swoją historię w telegraficznym skrócie. Dochodziło już południe, zatem nie było czasu na zbędne szczegóły czy płacz nad rozlanym mlekiem.
— Bardzo panu współczuję — pokiwał głową mecenas. — Na sali rozpraw złożę wniosek o wyznaczenie kaucji oraz o całkowite oddalenie tych oskarżeń. Panu będzie najlepiej, jeśli nie będzie się pan w ogóle odzywał. Proszę zostawić mówienie mnie.
— Dobrze, zdaję się na pana — odparłem z nadzieją.
Wybijała już powoli godzina dwunasta. Rabczańscy konwojenci wyprowadzili mnie z metalowej klatki przejściowej i poprowadzili pod same drzwi sali rozpraw. Po krótkiej chwili siedziałem już na ławie oskarżonych. Skład sędziowski tworzyły trzy kobiety. Dwie z nich wyglądały w miarę neutralnie, jednak sędzia przewodnicząca, siedząca pośrodku, przykuwała uwagę nienaturalnie wielkimi, pomalowanymi na wściekłą czerwień ustami, które wyglądały, jakby przed momentem wyciągnęła je prosto z ula. Biła od niej potworna, widoczna na pierwszy rzut oka wściekłość. Sprawiała wrażenie, jakby ktoś brutalnie przerwał jej przerwę na kawę albo jakby nie mogła doczekać się kolejnej.
— Proszę usiąść — rzuciła ostrym tonem. Spełniłem polecenie.
Po przeciwnej stronie sali zajął miejsce oskarżyciel. Wstał i pewnym głosem zaczął odczytywać akt oskarżenia.
— Oskarżam zatrzymanego o to, że w dniu tym i tym dokonał celowego podpalenia garażu wraz ze znajdującym się w nim mieniem należącym do jego byłej żony, czym naraził ją na straty rzędu dwudziestu tysięcy złotych. Ponadto oskarżam go o kradzież roweru na szkodę własnego wnuka, co wygenerowało koszty w wysokości tysiąca stu złotych.
Z aktu oskarżenia wynikało, że rzekomo pusty, blaszany garaż był w rzeczywistości skarbcem pełnym drogocennych przedmiotów: dwóch kompletów opon z felgami, kilku sztuk skrzydeł drzwiowych i wielu innych rzeczy. Prawdziwy grajdołek luksusu. Nikogo jednak na sali nie interesowało kluczowe pytanie: do kogo tak naprawdę należały te rzeczy i czy przypadkiem nie były własnością męża, który na nie zarobił?
W sali zapadła głęboka cisza. Po chwili kobieta o wielkich, czerwonych ustach zwróciła się w moją stronę.
— Czy rozumie pan postawione zarzuty?
Wstałem, starając się opanować drżenie rąk.
— Nie, nie rozumiem, ponieważ niczego z tych rzeczy nie zrobiłem — odpowiedziałem krótko i usiadłem z powrotem.
Wtedy do głosu doszedł mój obrońca z urzędu. Wstał i rzucił szablonową formułkę.
— Wysoki Sądzie, wnoszę o natychmiastowe zwolnienie mojego klienta z aresztu, ponieważ nie ma żadnych realnych podstaw do jego zatrzymania.
Na tym zakończył swoje przemówienie. Podczas całego swojego wystąpienia mecenas nie zająknął się ani jednym słowem na temat kaucji, dozoru policyjnego czy jakichkolwiek innych środków zapobiegawczych, o których tak pięknie perorował jeszcze dziesięć minut temu w podziemnej poczekalni. W tamtej sekundzie dotarło do mnie, że to wszystko to zwykły pic na wodę. Instytucja obrońcy z urzędu to fikcja mająca jedynie stworzyć złudzenie, że obywatel ma prawo do obrony. Co może zdziałać człowiek po pięciominutowej rozmowie na korytarzu, bez wcześniejszego wglądu w akta sprawy? Ale najwyraźniej właśnie tak ma funkcjonować ten system.
Sędzia o krwistoczerwonych ustach odezwała się ponownie:
— Proszę teraz opuścić salę rozpraw. Decyzję o zastosowaniu środka zapobiegawczego ogłosimy za chwilę.
Wyszliśmy na korytarz — ja, konwój oraz mój brodaty adwokat. Czekaliśmy w napięciu. Po kilku minutach drzwi otworzyły się i ponownie zaproszono nas do środka. Sąd miał działać szybko, taśmowo i bez zbędnego wnikania w przyczyny. Liczył się tylko suchy skutek. I tak też się stało.
Wściekle, czerwone usta przewodniczącej wypluły z siebie jad, który do dzisiaj krąży w moim krwiobiegu i na który nie potrafię znaleźć żadnej odtrutki.
— Sąd postanawia zastosować wobec oskarżonego środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres trzech miesięcy — ogłosiła.
Gdy to mówiła, na jej twarzy pojawił się jadowity, szyderczy uśmiech, odsłaniający zęby lekko pobrudzone czerwoną szminką. Pomyślałem tylko: Nic na to nie poradzę. Muszę to przyjąć. Sprawa dobiegła momentalnie końca.
Gdy policjanci wyprowadzali mnie z sali, łzy natychmiast i samoczynnie zaczęły mi płynąć po policzkach. Coś we mnie pękło bezpowrotnie. Na korytarzu podszedł jeszcze do mnie brodaty adwokat.
— Wniosę od tego postanowienia apelację, niech się pan nie martwi — rzucił na odchodnym.
Spojrzałem na niego z głębokim politowaniem.
— Dziękuję — wykrztusiłem tylko to jedno słowo, bo jakakolwiek dalsza dyskusja z tym człowiekiem pozbawiona była najmniejszego sensu.
Do samego końca podróży nie odezwałem się już ani słowem. Pozwoliłem, by rabczańskie ogry wiozły mnie w milczeniu z powrotem do celi, którą zdążyłem już tak dobrze poznać. Ci ludzie nie byli warci ani jednego mojego słowa. W kamiennej, grobowej ciszy zajechaliśmy pod czarny, ponury budynek policji w Nowym Targu.
Rozkuto mnie i popchnięto w stronę celi. Na stole czekał już obiad w styropianowym pudełku i butelka z kranówką — mój stały przydział na najbliższe dni. Położyłem się natychmiast na pryczy. Drzwi zatrzasnęły się za mną z tak potwornym łomotem, aż podskoczyłem na materacu. Złośliwy i wiecznie obrażony na cały świat strażnik z dziennej zmiany musiał za wszelką cenę zamanifestować swoją prymitywną władzę. I zrobił to, doskonale udowadniając przy tym własną głupotę.
Chciałem po prostu zasnąć i uciec od rzeczywistości. Nie zdążyłem jednak nawet dobrze zamknąć oczu, gdy drzwi celi ponownie otworzyły się z wielkim hukiem. Z korytarza dobiegł donośny, szorstki głos.
— Zbieraj się. Policjanci znowu przyjechali do ciebie.
Nie miałem pojęcia, o co znowu chodzi ani czego jeszcze ode mnie chcą. Ale nie było wątpliwości — chodziło o mnie.
Rozdział 10
Fabryka upodlenia
Musiałem wyjść na korytarz. W drzwiach celi stanął jeden z funkcjonariuszy — ot, kolejny bezduszny ministrant w tej policyjnej świątyni absurdu.
— Proszę iść za mną — rzucił krótko.
Ruszyłem posłusznie korytarzem w stronę przejścia oddzielającego strefę aresztu od reszty budynku. Tam otworzyły się kolejne ciężkie drzwi.
— Dalej, proszę przodem — skierował mnie do pokoju, w którym pobierano odciski palców.
W środku czekał już mężczyzna, który od pierwszego wejrzenia budził odrazę. Miał nienaturalnie nabrzmiałe, wydęte usta — wyglądał dokładnie tak jak sędzia z poprzedniego dnia, jakby przed chwilą wyciągnął twarz z ula albo przeszedł nieudany zabieg naturalnego botoksu. Od progu emanował złą energią i wyraźnym zdenerwowaniem.
— Tam pan siądzie — warknął, wskazując krzesło. — Teraz pobierzemy odciski palców.
Popatrzyłem na niego spokojnie i zapytałem cicho:
— A czy mam prawo odmówić tej procedury?
Te słowa podziałały na niego jak płachta na byka. W ułamku sekundy wpadł w furię. Zaczął wrzeszczeć, aż czerwieniała mu twarz, a ślina pryskała z jego nabrzmiałych ust.
— Co pan sobie wyobraża?! Zaraz zawołam tu dwudziestu chłopa, weźmiemy te odciski siłą, a przy okazji dostaniesz pan taki wpierdol, że się nie pozbierasz!
— Ja tylko grzecznie zapytałem, czy prawo daje mi taką możliwość — odpowiedziałem, starając się zachować resztki godności wobec tego prymitywnego wybuchu agresji.
— Nie, nie możesz pan i koniec! I nie chcę słyszeć od pana już ani jednego słowa! — wrzasnął, a w jego oczach płonęła czysta, niczym nieuzasadniona nienawiść.
— Dobrze, rozumiem — skwitowałem.
Kazał mi stanąć przy stole. Przyciągał moją dłoń i brutalnie dociskał palec za palcem do szklanej szyby skanera. Potem zmusił mnie do stanięcia pod ścianą, by zrobić serię zdjęć profilowych — z przodu, z lewego boku i z prawego. Fotografował mnie z taką namaszczoną powagą, jakbym był co najmniej międzynarodowym, wybitnym bandytą. W moim kartotekowym opisie nie było tatuaży ani innych znaków szczególnych, więc ten wyjątkowo obleśny typ zakończył w końcu całą procedurę w grobowej ciszy.
To była kolejna stacja mojej drogi krzyżowej, zwykła taśmowa procedura ludzkiego upodlenia. Gdy pozwolono mi odejść, ostentacyjnie odwróciłem wzrok. Nie chciałem na niego patrzeć, żeby ten obrzydliwy obraz nie wrył mi się w pamięć na stałe.
Zaprowadzono mnie z powrotem do celi. Od razu położyłem się na pryczy i uciekłem w sen. Przespałem tak prawie cały dzień, aż do wieczora, kiedy na służbę znowu przyszedł ten ludzki oddziałowy — człowiek, który w tym bagnisku jakimś cudem zdołał zachować resztki sumienia.
— Witam pana. Znów zmiana warty — odezwał się cicho, przekręcając klucz.
— Dzień dobry — odpowiedziałem machinalnie, choć za wąskim oknem gęstniał już zmierzch.
Strażnik pojawiał się zwykle w okolicach osiemnastej. Podniosłem się z koca, by chwilę z nim porozmawiać. To była moja jedyna łączność ze światem normalnych odruchów.
— Jak tam poszło w sądzie, panie Janku? — zapytał z autentyczną troską.
— No wie pan… Niedobrze. Dali mi na razie trzy miesiące sankcji — wyznałem z ciężkim sercem.
— Ach… Bardzo panu współczuję — westchnął szczerze. — Zrobię panu ciepłej herbaty — dodał i odszedł, zostawiając tym razem otwarte drzwi do celi.
Wiedział, że i tak nie mam dokąd uciec, a moja godność była dla niego wystarczającą gwarancją. Gdy wrócił z dymiącym kubkiem, spojrzał na mnie i zapytał:
— Chce pan pójść pod prysznic?
— Tak, bardzo chętnie. Nawet bardzo — odparłem, czując, jak całe moje ciało domaga się zmycia tego stresu.
— Dobrze, zaraz wszystko przygotuję.
Dopiero wtedy zamknął drzwi od zewnątrz, by po kilku minutach zawołać mnie na tę prowizoryczną odnowę biologiczną. Po ciepłej kąpieli człowiek zawsze czuje się odrobinę bardziej ludzko. Gdy wracałem pod eskortą do celi, rzuciłem mu krótkie: „Dobranoc”.
Jednak sen nie nadchodził. Leżałem w ciemności, a łzy płynęły mi po policzkach szerokim strumieniem, jakby mój organizm za wszelką cenę próbował pozbyć się nadwyżki nagromadzonego cierpienia. I wcale nie chodziło o to, że w celi było przejmująco zimno. Boleć zaczęło coś głębiej. Świadomość, że moja własna rodzina — kobieta, z którą spędziłem życie i moje własne dzieci — uknuła tak potworny plan. Wciągnęli w tę brudną grę mojego zaledwie dwunastoletniego wnuka tylko po to, by posadzić mnie za kratami. I udało im się.
Pazerność i chęć czystej zemsty wygrały z kretesem. Patrząc na to z perspektywy czasu, od samego początku byłem bez szans. Żyjemy w systemie, gdzie prawo bezrefleksyjnie chroni nawet najbardziej perfidne kobiety, a mężczyzna w sprawach rodzinnych jest z góry skazany na bezwzględną porażkę. Skoro sądy i prokuratura tak łatwo wierzą kobietom na słowo, ignorując brak jakichkolwiek dowodów, to dokąd zmierza ten świat? Taki system nie służy naprawie stosunków międzyludzkich — on jedynie dolewa oliwy do ognia i drastycznie zaognia każdy, nawet najmniejszy konflikt.
Przez pół nocy błądziłem myślami wokół zgliszcz mojego życia. Zadawałem sobie w kółko to samo, rozrywające serce pytanie: jak własne dzieci mogą iść do sądu przeciwko rodzonemu ojcu? Tylko dlatego, że sprejem napisałem na murze kilka słów na ścianie domu, który sam kiedyś budowałem, a który teraz formalnie należał do mojej byłej żony. Napisałem tam proste, rozpaczliwe: „Oddaj dom”. System uznał to za tak potworne zniszczenie mienia, że ukarano mnie za to ośmioma miesiącami prac społecznych, zamienionymi później na cztery i pół miesiąca bezwzględnego więzienia. Jakby tego było mało, rzekome straty za pomalowanie dwóch metrów kwadratowych ściany wyceniono na astronomiczne pięć tysięcy pięćset złotych. Komornik, rzecz jasna, natychmiast zabezpieczył tę kwotę, bezczelnie czyszcząc moje konto bankowe.
Czyn i kara — proporcje idealnie adekwatne, prawda? To było jak uderzenie potężnego tsunami, sztucznie podkręconego przez lokalne układy mojej żony i jej adwokata, Pana Chaziora, którego na mieście potocznie oraz niezwykle trafnie nazywano „Hasiokiem”. Ten człowiek jest w nowotarskim sądzie ustawiony tak dobrze, że bardziej już nie trzeba. W końcu jego tatuś, stary komunistyczny aparatczyk, spędził tam całe swoje zawodowe życie. Skoro w tym środowisku ręka rękę myje, to szukanie tam obiektywizmu i sprawiedliwości jest czystą naiwnością.
Górne światło w celi rozbłysło ostrym, bezwzględnym blaskiem punktualnie o szóstej rano. Podniosłem się z pryczy. Mój żołądek zwijał się z potwornego, tępego bólu — może to był potworny głód, a może rozdzierający stres. W końcu nie miałem w ustach nic oprócz wody i herbaty od pełnych czterech dni.
Nagle zamek w drzwiach zazgrzytał. W progu stanął oddziałowy i obwieścił beznamiętnym głosem:
— Zbieraj się, panie Janku. Dzisiaj, około dziewiątej rano, przewożą pana do Aresztu Śledczego w Nowym Sączu.
— Dobrze — odpowiedziałem cicho, siadając bezwładnie na tej mojej pryczy, która w tamtym momencie przypominała mi ciasną, drewnianą trumnę.
Zamknąłem mocno oczy, uciekając pamięcią do przeszłości — do czasów, kiedy byliśmy jeszcze normalną, szczęśliwą rodziną. Spod zaciśniętych powiek znowu potoczyły się gorzkie łzy, a w klatce piersiowej poczułem nagłe, ostre kłucie. Położyłem dłoń na sercu, próbując jakoś powstrzymać ten ból, ale to nic nie dało. Machina ruszyła, a ja jechałem w nieznane.
Rozdział 11: Sztuka mięsa
O godzinie dziewiątej rano przybyli już po mnie. Przyszli o dziwo punktualnie, ale tym razem byli całkiem inni ludzie — kobieta i mężczyzna, dwoje policjantów, którzy zachowywali się zaskakująco kulturalnie. Wyprowadzili mnie spokojnie, bez niepotrzebnej szarpaniny przez główne wyjście, wprost do zaparkowanego tuż przed drzwiami busa.
Zakuli mnie w kajdanki i posadzili w ciasnej więźniarce. Z tyłu samochodu znajdowała się mała, stalowa klatka, przeznaczona dla dwóch, może czterech więźniów. Była tak krótka, że przypominała kojec dla psa. Ironia polegała na tym, że prawdziwe ogry siedziały z przodu, na wygodnych fotelach, a z tyłu, w klatce, wieziono pojmane, zaszczute zwierzę, czyli człowieka obdartego ze wszystkich ludzkich praw. Czułem, że dla systemu nie jestem już Janem — stałem się po prostu kolejnym przestępcą.
W tym świecie każdego wrzuca się do jednego worka: potężnego bandytę, który kogoś zabił, i człowieka, którego po prostu perfidnie pomówiono. Ścierają się tu płyty tektoniczne absurdu. Jak można interpretować prawo, kompletnie nie biorąc pod uwagę skali czynu? W dzisiejszych czasach wszystko jest tak przerysowane, że gdyby klient w sklepie chciał tylko spróbować cukierka, żeby sprawdzić, czy jest smaczny, a po stwierdzeniu, że mu nie smakuje, wyszedł, system od razu uznałby go za złodzieja i skazał z pełną surowością. Prawo stało się ślepe niczym kura. Paranoja goni paranoję, podczas gdy prawdziwi przestępcy, chociażby ci internetowi, bezkarnie podszywają się pod innych, niszcząc im życia, a system skazuje niewinne ofiary.
Jechaliśmy w stronę Nowego Sącza wyjątkowo piękną trasą. Tą samą, którą jedzie się na Szczawnicę, by potem odbić na Sącz. Siedziałem w milczeniu, zza krat bacznie obserwując przesuwający się za oknem świat. Patrzyłem na ludzi spieszących się do pracy.
Pomyślałem, że ja kiedyś też tak pędziłem. Dawałem z siebie więcej, niż byłem w stanie znieść, pracując ponad siły, byle tylko zapewnić godziwe życie żonie i dzieciom. W moim mniemaniu to się poniekąd udało. Nie mogłem narzekać na brak pieniędzy, choć wszystko to okupiłem potworną stratą czasu. Nie miałem kiedy realizować własnych pasji i nie zwiedziłem świata. Zawsze odkładałem życie na później. Tylko na kiedy? Dopiero teraz, w tej klatce, zrozumiałem, że nigdy nie warto odkładać niczego na mityczne „potem”. Niby jesteśmy na tym świecie długo, ale całe lata potrafią zlecieć jak jedna mała chwila. Ogrom czasu, który zostawiamy za sobą, wydaje się z perspektywy sekwencją sekund, z których żadna już nigdy nie wróci.
Właśnie mijaliśmy zaporę wodną w Niedzicy. Zalew tonął w gęstej, mlecznej mgle. Niestety prawie nic nie widziałem przez małe okienko. Jedynie migające przy drodze znaki informujące o parkingach, hotelach i wypożyczalniach sprzętu do pływania. Pomyślałem z nagłym ukłuciem żalu, jak dawno tutaj nie byłem, a przecież to wszystko znajdowało się tak blisko mojego domu.
Jechaliśmy dalej, by podnieść te nieszczęsne statystyki więzienne o kolejną głowę, o kolejnego „przestępcę”. W tym systemie liczy się tylko sztuka. Państwo płaci za każdą żywą sztukę mięsa przywiezioną do zakładu karnego niebotyczne pieniądze, a z tych dotacji żyje potem pół miasta. Te fundusze w zupełności wystarczą na utrzymanie każdego gada — czyli strażnika więziennego zatrudnionego za murami. O tym, jak to wygląda w rzeczywistości, miałem się przekonać już niebawem.
Droga dłużyła się niemiłosiernie. Wydawało mi się, że powinniśmy być na miejscu znacznie szybciej, ale samochód toczył się ciężko, aż w końcu przed oczami mignął mi szyld z nazwą ulicy: „Pijarska”.
Doskonale znałem tę okolicę. Przecież całkiem niedawno byłem tuż obok, naprzeciwko, w sądzie cywilnym na własnej sprawie rozwodowej. Moja była żona i jej adwokat, pan Hasiok, od początku mieli niezłomne przekonanie, że tę pierwszą batalię muszę przegrać. Byli tak pewni swego, że stojąc na sądowym korytarzu, rozmawiali ostentacyjnie głośno, patrząc prosto w moje oczy, żebym wszystko słyszał i by mnie szlag trafił na miejscu.
— Mam po mężu kilka obrazów, takich ładnych antyków. Może do pańskiego gabinetu by się nadawały? — szczebiotała moja żona do Hasioka.
Rozdawała łupy na moich oczach, z cyniczną myślą, że mnie to zaboli. Cóż, niestety dla niej nie zabolało. Wiedziałem, że z domu wyprzedała już niemal wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, a piękne, antyczne sofy zastąpiła współczesnym, tanim badziewiem z Ikei.
W końcu z sali wyszła protokolantka i wywołała sprawę z powództwa mojej żony, chłodno wymieniając nasze nazwiska. Weszliśmy do środka. Sala była mikroskopijna, dosłownie siedzieliśmy z żoną naprzeciwko siebie, a sędzia prowadził sprawę tuż obok, na wyciągnięcie ręki.
Po odczytaniu pozwu rozwodowego żona wyraźnie zacierała ręce. W jej oczach paliła się żądza darmowego, łatwego pieniądza — żądała tysiąca pięciuset złotych alimentów miesięcznie i rozwodu z mojej wyłącznej winy.
— Czy podtrzymuje pani swoje roszczenia? — zapytał sędzia.
— Tak, Wysoki Sądzie — odparła bez mrugnięcia okiem.
— A co na to strona przeciwna? — sędzia przeniósł wzrok na mnie.
Wstałem z krzesła, starając się opanować drżenie głosu.
— Wysoki Sądzie, nie jestem absolutnie niczemu winny. Moja żona kłamie wyłącznie dla korzyści materialnych. Zagarnęła już cały nasz wspólny majątek, a teraz chce jeszcze więcej. Chce odebrać mi resztki życia.
Sędzia przerwał mi machnięciem ręki.
— Ale majątkiem będą się państwo dzielić w osobnym postępowaniu, już po rozwodzie — zauważył.
— Wysoki Sądzie, my nie mamy się już czym dzielić, ponieważ wszystko, co posiadałem, podstępem zostało przepisane na żonę — wyrzuciłem z siebie.
Niestety sąd o niczym nie wiedział, a przed oblicze sprawiedliwości wkroczyła wersja mojej żony: biedna, uciemiężona kobieta, rzekomo wybitnie pokrzywdzona przez los, choć w rzeczywistości od lat pławiła się w bogactwie i wiecznym nieróbstwie.
Jednak tuż przed ogłoszeniem wyroku sędzia dopatrzył się w papierach czegoś, co zmieniło bieg zdarzeń. Zauważył, że w odpowiedzi na pozew zgłosiłem jako świadków moje rodzeństwo: starszego brata, starszą siostrę i młodszego brata. Ten ostatni odsiadywał akurat wyrok w więzieniu, czego natychmiast, jak tonący brzytwy, uczepił się pan Hasiok. Zaczął głośno podważać jego wiarygodność — skoro siedzi, to tak, jakby przestał być człowiekiem i nie miał prawa występować w charakterze świadka. Sąd jednak nie ugiął się pod tymi prostackimi argumentami. Nakazano mi podać adresy rodzeństwa do wezwań, a rozprawę odroczono do momentu ich przesłuchania.
Mina mojej żony w tamtej sekundzie była bezcenna. Gdybyście tylko mogli zobaczyć tę twarz… A właściwie to ryj. To była czysta, skondensowana wściekłość pomieszana z podłością. Kipiała z nienawiści, a jej adwokat stał bezradny, choć do końca próbował jeszcze kąsać niczym jadowity wąż.
Wyszliśmy z sali. Podszedłem do automatu, by nalać sobie wody do małego, plastikowego kubka. Kątem oka widziałem, jak żona szepce coś z tą śliską glizdą w ludzkiej skórze. Bo kim innym był Hasiok? Kiedyś, jako sąsiad, bywał u nas na kawie, prowadził nam różne sprawy majątkowe, a teraz, całkowicie pozbawiony etyki zawodowej, dla pieniędzy zrobić był w stanie wszystko.
Pamiętam, że po tamtej rozprawie poszedłem do auta, usiadłem za kierownicą i płakałem jak dziecko. Nie potrafiłem uwierzyć, że przez tyle lat żyłem pod jednym dachem z potworem — istotą zimną, bezwzględną i zdolną do absolutnie wszystkiego. Odpaliłem wtedy silnik i podczas jazdy drogą powrotną kilka razy celowo zamknąłem oczy, chcąc pójść na czołowe zderzenie z ciężarówką. Chciałem to skończyć. Na szczęście wola życia na tamten moment wygrała.
Nagle więźniarka zatrzymała się gwałtownie przed wielką, metalową bramą w kolorze szarym. Popatrzyłem przez okno. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, na co patrzę. Nie dostrzegałem pełnej grozy krat i zasieków więzienia w Nowym Sączu przy ulicy Pijarskiej.
Brama powoli uniosła się do góry, a wóz wjechał na wewnętrzny dziedziniec. Dopiero teraz uderzył we mnie ten widok: potężne kraty w oknach, gęste siatki i zwoje drutu ostrzowego. Ten drut przeszedł ewolucję — nie był już zwykłym drutem kolczastym, jaki znałem z pastwisk, lecz nowoczesną, stalową taśmą pokrytą gęstymi, ostrymi jak brzytwa żyletkami. Sam budynek więzienia był wysoki, przypominał stary, surowy klasztor o potężnych, grubych murach, które już na pierwszy rzut oka emanowały przerażającym chłodem.
— Wychodzimy — usłyszałem szorstki głos kierowcy.
Wyszliśmy wprost do strefy przyjęć, czyli na tak zwaną bramę.
— Imię i nazwisko? — rzucił jeden ze strażników. Padło kilka rutynowych pytań. Funkcjonariusz zaczął wertować moje akta, zatrzymał wzrok na jednej ze stron i rzucił:
— Ooo, podpalacz!
— Nie podpalacz, tylko podejrzany o podpalenie. To zasadnicza różnica — poprawiłem go twardo, nie pozwalając na przypinanie mi łatki bandyty przed wyrokiem.
— A to nas akurat gówno interesuje — odburknął kolejny gad i kazał mi przejść dalej.
Przekroczyłem wewnętrzną śluzę i udałem się pod eskortą do drugiego budynku. Tam wprowadzono mnie do pokoju rewizji, gdzie padła krótka komenda:
— Rozbierać się.
Ściągnąłem podkoszulek. Obejrzano mnie skrupulatnie z każdej strony, sprawdzając, czy mam tatuaże, świeże blizny lub inne podejrzane znaki. Potem kazano mi przejść przez bramkę obrotową z wykrywaczem metalu. Urządzenie nie zapiało — pomyślałem, że to przynajmniej jeden dobry znak tego dnia.
Pozwolono mi włożyć koszulkę i w towarzystwie jednego z gadów ruszyłem w dół, na tak zwane „apartamenty”. Zaprowadzono mnie do pomieszczenia magazynowego, gdzie skrupulatnie wypełniono dokumenty przyjęcia. Przeprowadzono depozyt: przeliczono gotówkę, którą miałem przy sobie, informując mnie sucho, że pieniądze trafią na moje konto i będę mógł z nich korzystać podczas wypisek w kantynie. Zabrano mi wszystko: karty bankomatowe, dowód osobisty, prawo jazdy. Oficjalnie przestałem istnieć dla świata zewnętrznego jako wolny obywatel.
Chwilę później wydano mi oficjalne wyposażenie więźnia. Dostałem tubkę pasty do zębów, która konsystencją w ogóle pasty nie przypominała, dwie jednorazowe maszynki do golenia o tępych ostrzach oraz tani krem do golenia, wyglądający jak bezkształtna, tłusta masa. Z odzieży przydzielono mi jedną parę slipów, szary podkoszulek, niebieskie spodenki gimnastyczne i tak zwany „zielony garniturek” — drelichowe spodnie i bluzę, typowy uniform skazańców. Do tego dorzucono dwa szorstkie koce, ręcznik i prześcieradło. Wszystkie te rzeczy, zwinięte ciasno w jeden tobołek, w więziennym żargonie nazywano Mandżurem.
Z tym całym majdanem pod pachą ruszyłem schodami na trzecie piętro. Każda kondygnacja budynku była bezwzględnie odcięta od reszty grubą kratą, zabezpieczoną zamkiem elektronicznym oraz ciężkimi drzwiami. Na wejściu na moje piętro znajdowała się dyżurka oddziałowych — czyli gadów, jak powszechnie nazywali strażników osadzeni, mimo oficjalnych, dumnych naszywek „Służba Więzienna” na ich mundurach.
To tam przydzielono mi konkretną celę i tam też spotkało mnie kolejne, ostateczne upokorzenie, doprowadzające człowieka do granic obłędu. Kazano mi wejść za parawan, ściągnąć absolutnie wszystko, łącznie ze slipami, a potem paść na kolana, zrobić przysiad i pokazać tyłek. Musieli sprawdzić, czy nie przemycam czegoś w odbycie. Doznałem głębokiego szoku. Czułem, jakby ktoś siłą wydarł ze mnie resztki ludzkiej godności. Kazali mi się ubierać, co zrobiłem trzęsącymi się z upokorzenia rękami.
Gdy wypisali odpowiednie druki, zaprowadzono mnie pod celę o numerze 317. Ciężkie, stalowe drzwi otworzyły się z hukiem. W środku, na małej przestrzeni, siedziało już około ośmiu osób. Ja miałem być dziewiąty.
Drzwi zatrzasnęły się za moimi plecami, odcinając mnie od korytarza. Rozejrzałem się po zadymionej celi.
— Witam. Jestem Janek — przedstawiłem się krótko, starając się zachować twardy głos.
— Cześć — rzucił bezwładnie któryś z osadzonych znad stołu.
— Które łóżko jest wolne? — zapytałem.
Wskazali palcem na górną pryczę po prawej stronie. Podeptawszy stopnie, rzuciłem swój Mandżur na koję. Materace były stare, potwornie wygniecione, pamiętające zapewne głęboką komunę. Pościeliłem sobie łóżko tym, co wydano mi z magazynu, i położyłem się, udając, że idę spać. Przez ten czas reszta celi wertowała moje papiery prokuratorskie — tak zwane „białko”, które przyniosłem ze sobą i które w więzieniu jest natychmiastowym dowodem tożsamości. Prokurator Ściemka opisał tam moją sprawę z najgorszej możliwej strony.
— Podpalacz… Dobrze zrobiłeś, chuj jej w dupę — rzucił nagle jeden z więźniów, rzucając kartki na stół.
— Ja niczego nie zrobiłem — odpowiedziałem cicho z góry, ale nie byłem pewien, czy mój głos w ogóle do nich dotarł. Prawda nikogo tutaj nie obchodziła.
W celi, tuż nad drzwiami wyjściowymi, ktoś namalował wielki wizerunek Jezusa. Widocznie przed laty siedział tu ktoś głęboko wierzący i wybitnie uzdolniony artystycznie, kto swój osobisty dramat przeżywał po swojemu. Ściany celi były odrapane, gęsto pokryte gryzmołami i napisami, z których każdy opowiadał osobną, tragiczną historię poprzednich lokatorów.
Obróciłem się twarzą do ściany. Zrobiłem to celowo, żeby te stare więzienne wygi nie widziały, że znowu płaczę. Przecież twardzi faceci nie płaczą, prawda? Ale w tej sytuacji pękłby każdy. Tamtej nocy niewątpliwie po raz kolejny pękło mi serce.
Leżałem bez ruchu, a w mojej głowie powoli zaczęła kiełkować potworna świadomość tego, gdzie się znajduję. Tam, za grubym, nienawistnym murem więzienia, zostało całe moje dotychczasowe życie. Tyle niedokończonych spraw, tyle nieodebranych połączeń… Została moja działka i warzywa, które w tym roku po raz pierwszy w życiu z taką dumą uprawiałem: posadzone ziemniaki, wielkie dynie i maliny, które właśnie lada dzień miały zacząć owocować. Włożyłem w tę ziemię tyle czystego serca, tyle pracy, by cokolwiek z niej wyrosło. I to wszystko pójdzie teraz na marne przez wściekliznę mojej byłej żony — kobiety opętanej chorą chęcią zemsty i bezwzględną żądzą posiadania.
Jednak czas bywa bardzo przebiegły. Widziałem w życiu wiele i wiem, że potrafi poskładać nawet najsilniejszych i najbardziej pewnych siebie ludzi. Zazwyczaj płynie bardzo szybko. Ona zapewne o tym zapomniała w swoim triumfie, ale ja nie zamierzam jej o tym przypominać. Myślę, że czas już powoli zaczął ją rozliczać. Przestroga w postaci potencjalnej śmierci naszej własnej córki niczego jej, jak widać, nie nauczyła. Kości zostały rzucone. Teraz nie pozostało mi nic innego, jak tylko czekać na sprawiedliwość, która prędzej czy później nadejdzie z zupełnie innej strony.
Rozdział 12: Pluskwiarnia
Śniłem o Tobie tej pierwszej nocy. Śniłem o wolności. O tym, że mogłem przecież Cię posłuchać, zostać przy Twoim boku i nigdy nie wracać do kraju. Gdybym tylko wtedy podjął inną decyzję, nie musiałbym teraz przeżywać tego potwornego koszmaru, w którym własna rodzina żywcem obdziera mnie ze skóry. Ale w tych moich nocnych rojeniach wcale nie chodziło o mnie — chodziło o Ciebie.
Jesteś kimś najlepszym, co do tej pory spotkało mnie w życiu. Pojawiłaś się, choć nikogo już nie szukałem; byłem przecież boleśnie przyzwyczajony do tej zimnej anty-miłości, w której tkwiłem przez lata u boku byłej żony. Leżąc na twardej pryczy, obróciłem się na bok i mocno zamknąłem oczy, przytulając się do Ciebie w myślach. Wiedziałem, że fizycznie Cię tam nie ma, ale w mojej głowie byłaś, jesteś i będziesz już bez końca. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego los nie pozwolił nam spotkać się wiele lat wcześniej. Może wtedy nie byłbym dzisiaj tutaj, gdzie jestem — dosłownie, a nie w przenośni. Może te nienawistne kraty nie odgradzałyby mnie teraz od codzienności na kilka najbliższych lat.
Nikt nigdy nie był dla mnie tak dobry jak Ty. Nikt we mnie tak bezgranicznie nie uwierzył. W swoim rodzinnym domu zawsze byłem nikim — najpierw dla żony, a z czasem także dla własnych dzieci. Była żona potrafiła mi nawet bezczelnie rzucić w twarz, że to ja „narobiłem jej dzieci” i przez to nie skończyła szkoły. Już prawie zapomniałem o tych wszystkich podłych słowach, a ona nagle ocknęła się po latach, by za zmarnowaną młodość obwinić człowieka, z którym przeżyła dwadzieścia siedem lat. Cóż, jak to mówią: nie wszystko złoto, co się świeci. Teraz wiem to aż nazbyt dobrze.
Gdy otworzyłem oczy, na suficie wciąż paliły się lampy. Część z nich jarzyła się całą dobę — gasili je dopiero około dwudziestej pierwszej, a o szóstej rano rozbłyskiwały pełnym, bezwzględnym światłem. Tak było i tym razem.
O siódmej rano wybiła godzina apelu. Zamki w drzwiach zazgrzytały, a gady weszły do celi, by przeliczyć więźniów. Wyglądało to tak, jakby panicznie bali się, że ktoś uciekł w nocy przez dziurkę od klucza. To dość zabawny, wręcz groteskowy widok, ale widocznie takie są twarde przepisy więziennictwa w tej naszej Polsce. Wiele z tych procedur, a nawet większość, to wciąż skanseny stworzone przez sowietów jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Dziś system nie próbuje ich zreformować — potrafi jedynie brutalnie przykręcać śrubę, przez co absurd goni absurd. Wiadomo, że wszystko na świecie trzeba udoskonalać, ale próba dokręcania na siłę starych, zardzewiałych śrub to czysta utopia. Z tego nie może wyjść nic dobrego.
Zacząłem schodzić z łóżka po metalowej drabince. Wtedy, tuż przed moją twarzą, zauważyłem pierwszą pluskwę. Przechadzała się po szczeblu niespiesznie, jakby była u siebie.
— Kurwa… — zakląłem pod nosem z obrzydzeniem. — Co to jest? To się jeszcze rusza i chodzi.
Do drabinki podszedł jeden ze współwięźniów, rzucił okiem i skwitował krótko:
— O, pluskwa.
Po chwili natychmiast rozgniótł insekta palcem. Popatrzyłem na niego z głębokim niesmakiem.
— Nie patrz tak, stary, to tutaj całkowicie normalne — wzruszył ramionami. — Nie bez powodu nazywają to więzienie „pluskwiarnią”. Popatrz sam — powiedział pewnym tonem i uniósł szary podkoszulek, wskazując palcem na zaczerwienione, zaognione ślady na skórze. — Tutaj mnie wczoraj ujebała.
— Ja pierdolę… Gdzie ja trafiłem? — wymruczałem, kręcąc głową. — Mamy dwudziesty pierwszy wiek, sztuczna inteligencja zaczyna przewyższać człowieka, a oni w państwowym zakładzie nie potrafią poradzić sobie z pluskwami?
— Nie potrafią i nie chcą — uciął więzień. — Lepiej zrzuć wszystko ze swojego koja i dokładnie przejrzyj materac. Może być ich tam znacznie więcej.
To powiedziawszy, wrócił na swoje miejsce. Wszyscy w celi — oprócz mnie i jakiegoś obcokrajowca, który dostał nowszy przydział — gnietliśmy się na starych, zniszczonych materacach.
W tym samym momencie w drzwiach znowu szczęknęły rygle. Była godzina siódma trzydzieści — czas na śniadanie. W małej celi natychmiast zrobił się potworny tłok. Głodni, zmęczeni ludzie zaczęli gwałtownie napierać na drzwi, by odebrać racje żywnościowe przez małe okienko w dymisji. Jeden z osadzonych wniósł do środka cztery bochenki chleba zapakowane w foliowe woreczki, z grubsza pokrojone na pajdy. Drugi przyniósł dziewięć małych, sinych kawałków mielonki i pół kostki margaryny „Palma”, od której z daleka śmierdziało tanim olejem samochodowym. Kostka była niedbale pokrojona na osiem równych części. Rzucili to wszystko na brudny stół.
Ja podszedłem jedynie po coś do picia. Na jedzenie nie mogłem nawet patrzeć — żołądek wciąż miałem ściśnięty z nerwów. Gorącą herbatę rozlewano nam prosto do zielonych, plastikowych misek. Strażnik czerpał ją z wielkiego, metalowego wiadra — widok był potworny, przypominał mi karmienie świń w PGR-owskiej oborze, jakie widywałem w czasach młodości. Gdy wyciągnąłem rękę, gad nalał mi płynu, rzucając bezczelnie przez zęby:
— Niżej mi z tą michą, niżej!
Byłem potwornie zdezorientowany, ale bez słowa odebrałem swoją porcję. Przełknięcie czegokolwiek stało się dla mnie barierą nie do pokonania. Płyn był mdły, ale przynajmniej ciepły.
Gdy reszta celi skończyła posiłek, postanowiłem natychmiast rozpocząć polowanie na insekty. Ściągnąłem stary materac z pryczy i centymetr po centymetrze zacząłem przeszukiwać każdy zakamarek, każdą szczelinę w starym materiale i metalowym stelażu. Na szczęście nic więcej nie znalazłem. Poskładałem wszystko z powrotem na kojo, wdrapałem się na górę i spróbowałem uciec w sen.
Leżałem tak bez ruchu aż do obiadu, który wydawano o dwunastej. Nie miałem już siły, by w ogóle podnieść się z pryczy. Moje serce po raz kolejny rozpadło się na kawałki. Płakałem zupełnie po kryjomu, wciskając twarz w kąt łóżka i przytulając rozpalone czoło do zimnej ściany, pokrytej łuszczącą się, nienawistną farbą olejną.
Rozdział 13: Maszyna do mielenia ludzi
Po godzinie dwunastej do celi przywieziono obiad. Wydano nam jakąś zupę, którą lali do misek trzej kucharze-osadzeni, ubrani w białe kitle. Wyglądali przy tym tak komicznie, jakby żywcem urwano ich z jakiejś groteskowej komedii Woody’ego Allena. Jeden z nich miał grubo ponad dwa metry wzrostu, drugi sięgał mu zaledwie do pachy, a trzeci — niziutki, ale nabity niczym opuchnięty Pudzianowski — straszył otoczenie wytatuowanymi powiekami. Gdy na nich spojrzałem, natychmiast odechciało mi się jeść. Wziąłem trochę tej mazi do miski, ale po zaledwie dwóch łyżkach potworny smak poraził moje kubki smakowe. Choć z głębi serca nienawidzę marnować jedzenia, wylałem resztę prosto do toalety w celi. Któryś ze współwięźniów rzucił z boku, że do tego rynsztunku rutynowo dodają brom — taką chemiczną pigułkę gwałtu na ludzkiej psychice, żeby stłumić w nas jakiekolwiek odruchy buntu.
Umyłem miskę i odłożyłem ją na mikroskopijną, metalową półkę, na której plastikowy talerz i kubek zajmowały niemal całą dostępną przestrzeń. Całą resztę skromnego dobytku, w tym ubrania i zapasy nabyte w kantynie, trzymało się pod łóżkiem w tak zwanym „mercedesie” — wielkiej, metalowej skrzyni na dwóch małych kółkach.
Do godziny dziewiętnastej czas dłużył się niemiłosiernie. W celi grało „szkiełko”, czyli stary, mały telewizor, na którym reszta osadzonych namiętnie oglądała jakieś starocie w stylu Strażnika Teksasu. W międzyczasie bez końca rżnęli w karty i rzucali głośnymi komentarzami. Przez cały ten czas starałem się nie odzywać ani słowem. Kompletnie nie interesowały mnie pijackie przechwałki dilerów czy złodziejaszków, którzy trafili tu za wynoszenie wódki z Biedronki i ich opowieści o rzekomo „wybitnych” wyczynach. Zawsze uważałem, że dopóki człowiek ma dwie zdrowe ręce, powinien uczciwie zapracować na chleb, a nie żyć kosztem innych. Najgłębszą pogardę czułem jednak do handlarzy narkotyków — to przecież oni, bez mrugnięcia okiem, wciągają w to bagno młodzież, a nierzadko jeszcze dzieci. Mentalnie nie byłem w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny szacunku dla takich ludzi, a jakakolwiek rozmowa z nimi na rozsądnym poziomie była niemożliwa, bo diler zawsze pozostanie bezwzględnym dilerem. Postanowiłem więc trzymać się z boku, nie dopuszczając do siebie tej brudnej, toksycznej rzeczywistości, która ciążyła mi w tej celi niczym śpik w nosie.
Nadszedł w końcu wieczór, a wraz z nim wieczorny apel. Po raz kolejny gady przystąpiły do liczenia żywego inwentarza. Podczas tej procedury wszyscy musieliśmy stać na środku celi, na widoku. Momentalnie skojarzyło mi się to ze sprawdzaniem obecności w przedszkolu, gdy dzieci potulnie witają nauczycielkę, meldując swoją gotowość do zajęć. Tyle tylko, że tutaj wszystko działo się w atmosferze śmiertelnej, niemal grobowej powagi. Dyżurny podał ilość dziewięciu osób. Wtedy stojący w drzwiach gad odezwał się niespodziewanie ludzkim głosem, rzucając: „Dobranoc”, po czym zatrzasnął ciężkie, stalowe drzwi z drugiej strony.
W ten sposób zleciał mój pierwszy pełny dzień w Zakładzie Karnym w Nowym Sączu. Nigdy, nawet w najczarniejszych scenariuszach, nie pomyślałem, że na stare lata trafię w takie miejsce. Nie sądziłem, że własna rodzina zgotuje mi los, który skaże mnie na wegetację w tym ludzkim rynsztoku — bo Nowy Sącz niewątpliwie tym właśnie był.
To potworne fatum. Przecież mój własny ojciec też przed laty odsiedział wyrok. Trafił za kraty przez fałszywych kolegów i wódkę, choć tak naprawdę nie zrobił niczego potwornego. Wtedy moja matka, kierowana ślepą zemstą, osobiście posłała go za mury, dopełniając jego ostatecznej zagłady. Przez to wszystko ojciec dożył zaledwie czterdziestu dwóch lat. Miałem wtedy jedenaście lat i ten potworny szok, który przeżyłem po jego śmierci, noszę w sobie do dziś. Mimo upływu tylu dekad, wciąż nie potrafię poradzić sobie z tym bolesnym brakiem.
Właśnie dlatego za wszelką cenę chciałem żyć dla moich własnych dzieci. Choć w małżeństwie z żoną układało się fatalnie, moje własne szczęście zawsze schodziło na dalszy plan. Najważniejsze były dzieci — to one miały przed sobą całe życie, podczas gdy nam została już zapewne połowa lub znacznie mniej. Doskonale wiedziałem, jak potwornie ciężko dorasta się bez ojca, i robiłem wszystko, by oszczędzić im tego dramatu. Leżąc na pryczy, zadawałem sobie jedno bolesne pytanie: czy to wszystko nie było jednym, wielkim błędem?
Wszystko wskazuje na to, że tak. Dzieci, choć wydają się niewinne, mają ogromny wpływ na bieg wydarzeń, stając się potężnym narzędziem w rękach manipulującego nimi rodzica. Podczas konfliktu czy rozwodu oficjalnie udają neutralność, twierdząc, że problem ich nie dotyczy. Jednak za plecami bez skrupułów wykorzystują tę sytuację do ugrania własnych korzyści materialnych. Lawirują między stronami niczym w przeciąganiu liny — i ostatecznie stają po stronie tego rodzica, który sypnie większą kasą. Gdy następuje ostateczny rozpad, bezrefleksyjnie opowiadają się za wygranym, bo przed przegranym nie muszą się już z niczego tłumaczyć. Nie muszą go nawet zapraszać na ważne rodzinne uroczystości: komunie, chrzciny własnych dzieci, urodziny czy święta Bożego Narodzenia. Odcinają własnego tatę, dziadka swoich dzieci od stołu, przy którym ludzie powinni przecież siadać, by wybaczać sobie błędy. Przecież ludzką rzeczą jest błądzić, ale i ludzką rzeczą jest wybaczyć.
W rzeczywistości świat jest jednak całkowicie wyprany z tych wartości. Stajemy się dla siebie potwornie bezwzględni i pozbawieni jakichkolwiek skrupułów. Życie to nie klepsydra czasu, którą można ot tak obrócić do góry nogami, by wszystko zaczęło się od nowa. Kiedy raz puścisz w ruch tę nienawistną machinę — a zwłaszcza machinę sądową — nic jej już nie zatrzyma. Jeden tryb automatycznie uruchamia kolejny, a ten napędza następny. Dzisiaj to ja stałem się surowcem wrzuconym w te żarna, bezlitośnie mielonym na końcowy produkt o nazwie: winny, skazany, wielokrotny przestępca, tak zwany multi-recydywista. Wszystko po to, bym przez kolejne lata widział przed oczami wyłącznie stalową kratę, liczył pluskwy na materacu i chodził w kółko po spacerniaku, aż do kompletnego zawrotu głowy.
Moja żona osiągnęła swój cel — głębiej i brutalniej nie mogła mnie już poniżyć. Ale wierzę w jedno: nawet najbardziej upokorzeni ludzie potrafią podnieść się z kolan i niczym Feniks odrodzić się z popiołów. Kiedyś przyjdzie dzień, w którym zarówno ja, jak i wszyscy moi oprawcy zrozumiemy głęboki sens tego przysłowia. Bo ostatecznie, jak dobrze wiemy, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
Rozdział 14: Ogniomistrz
Świt przyszedł jak zwykle bezlitosnym rozbłyskiem lamp rzucających światło prosto w zmęczone oczy. Wokół mnie natychmiast ożyły odgłosy więziennej codzienności: chrapanie zmęczonego towarzystwa oraz unoszące się w dusznym powietrzu ciche lub głośne wyziewy nocy. Było mi potwornie zimno. Leżałem nieruchomo na plecach, z rękami założonymi na piersiach — prawie jak w trumnie. Pomyślałem, że może tak byłoby najlepiej: po prostu zamknąć oczy na całą wieczność, zasnąć i zabrać ze sobą ten cały palący żal raz na zawsze. Kiedyś naiwnie myślałem, że odejść z tego świata jest znacznie prościej. Teraz wiem, że to wcale nie jest takie łatwe; zdążyłem się już o tym przekonać nie jeden raz.
Wiedziałem, do czego zdolni są ludzie. Niby miałem o tym jakieś pojęcie, ale dopóki człowiek nie poczuje tego na własnej skórze — i to od najbliższych, czyli żony i własnych dzieci — dopóty nic tak naprawdę nie rozumie. Wiadomo, nie we wszystkich rodzinach dochodzi do takich piekielnych konfliktów. A może w innych są jeszcze większe? Może dlatego tak często kończą się w tragiczny, krwawy sposób. Sam nigdy nie potrafiłem myśleć o tym, by zrobić komuś krzywdę. Co najwyżej sobie. I być może tutaj, za tymi murami, w końcu do tego dojdzie, jeśli tylko się poddam. Stąd nie wychodzi się cudownie uzdrowionym. Jest wręcz przeciwnie: człowiek staje się zimny niczym głaz na styczniowym zboczu góry; zamrożony, sklejony z innymi skałami w jeden wielki monolit zatrzymanego czasu.
Widzisz, synu… Czy teraz nie spełniły się te Twoje słowa, gdy rzuciłeś mi bezdusznie, że „sam tak chciałem”? Sam tak chciałeś, tato. Chociaż słowo „tato” już od dawna nie przechodziło Ci przez gardło. Dostałeś ode mnie trzy książki, które napisałem specjalnie dla was. Nie przeczytałeś z nich nawet kilku zdań. Odłożyłeś je na bok, jakby Twój ojciec w ogóle nie istniał. Jakbym nigdy nie był Twoim tatą. A może to wszystko to było dla ciebie za dużo? Może uważałeś, że ojciec zbyt wiele od ciebie wymagał? Choć ja nigdy oficjalnie niczego od nikogo nie żądałem. Po prostu zawsze byłem obok. Zawsze, gdy los z potwornym impetem podkładał nogę mojemu dziecku — czy to synowi, czy córce, bo tylko was dwoje mieliśmy na tym świecie — stawałem za wami murem.
Ratowałem was z każdej opresji, wiecznie wysłuchując za plecami jazgotu mojej żony. Co ty robisz? Po co im pomagasz? Oni są już pełnoletni, niech sobie radzą sami! Co nas to obchodzi? O to zawsze były w domu największe kłótnie, ale ja i tak robiłem swoje. Słuchałem serca. Nie potrafiłem być bezwzględny, nie umiałem przyjąć jej twardej postawy, że „skoro sobie nawarzyli bigosu, to niech go teraz sami zjedzą”. Słyszałem to z jej ust setki razy. Nie umiałem się odciąć, gdy przychodzili z problemem, który dla nich był końcem świata, a dla nas jedynie kolejną przeszkodą do pokonania. Taki już byłem i taki jestem do dziś, nawet tutaj, w tej celi, w której przyszło mi wegetować.
Wokół mnie siedzą same samolubne osobniki. Ostentacyjnie żrą kiełbasę i inne rarytasy przyniesione z kantyny, podczas gdy głodni patrzą na nich z prycz. W sumie to całkiem zrozumiałe w tym świecie — każdy dba wyłącznie o własną dupę, nie dzieli się niczym i pod nosem podśmiewa się z tego, który nie miał grosza przy duszy, gdy tu wjeżdżał. Albo z tego, od którego rodzina odwróciła się nagle jak od trędowatego, nie wysyłając mu nawet na głupie mydło czy paczkę herbaty.
Ja na razie nie miałem zupełnie nic. Ani grosza na koncie, ani własnej herbaty. Podczas zatrzymania nie pozwolono mi wziąć z domu nawet ubrań czy porządnych butów — zostałem w tym, co miałem na sobie: w starym podkoszulku, czapce, spodenkach i rozwalających się klapkach. Pojmali mnie jak dzikie zwierzę, jakby za moją głowę wyznaczono co najmniej potężną nagrodę. A może i była wyznaczona?
Gdy rozglądałem się po tej sali, widziałem egoizm przesunięty aż do granic człowieczeństwa. Ale to nic. Jak to się mówi: głód rodzi się w głowie, a nie w brzuchu, więc wszystko da się przetrwać. To, że kilku typów mlaska wokół mnie, wychwalając pod niebiosa smak tłustej kiełbasy, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Gdy wybijała godzina jedenasta trzydzieści i zbliżał się czas obiadu, znów poczułem głębokie obrzydzenie. Nie wziąłem żadnego posiłku. Po prostu fizycznie nie byłem w stanie nic przełknąć, zwłaszcza gdy widziałem tych idiotów, którzy roznosili jedzenie.
Położyłem się z powrotem na kojo. W międzyczasie współwięźniowie, po zapoznaniu się z moimi aktami prokuratorskimi, przylepili mi nową ksywę. Brzmiała ona: „Ogniomistrz”. Pomyślałem sobie: Chcecie? To tak na mnie mówcie. Mam to gdzieś. Obróciłem się do ściany. Chciałem tylko jednego — żeby ten dzień minął jak najszybciej. To było oczywiście życzenie niemożliwe do spełnienia, ale pomarzyć zawsze można. Jeszcze kilka lat temu potrafiłem marzyć o wielkich rzeczach, a dzisiaj czuję się tak, jakby ktoś nagle odciął mi dopływ tlenu. Splot potwornych, losowych wydarzeń potrafi całkowicie odebrać człowiekowi powietrze. Siedzisz wtedy bezradnie, patrząc wstecz, choć doskonale wiesz, że czasu nie da się już cofnąć.
W końcu zapadła noc. Mimo że punktualnie zgaszono światła w celi, na zewnątrz potężne reflektory strażnicze bez przerwy przetrzepywały każdy centymetr więziennego budynku. Ich ostre snopy zaglądały w każde okno, sprawdzając, czy ktoś nie próbuje uciekać lub nie piłuje grubych krat. Dopiero głęboki sen odciął mnie od tego nienawistnego widoku.
Rozdział 15: Pancerna miłość
Trzeci dzień w celi nie zaczął się niczym szczególnym. Słońca nie było widać, więc trudno było nawet wyczuć, kiedy dokładnie wstał świt. Przez to okno niewiele dało się dostrzec — mleczna pleksa i gęste, żelazne kraty skrzętnie oddzielały mnie od świata na zewnątrz. Do środka wdzierała się jedynie szczątkowa, szara wersja dnia.
Nie miałem nawet siły wstać na tę poranną, komediową zbiórkę, jaką był apel. Od kilku dni nic nie jadłem, przez co coraz mocniej bolał mnie brzuch; czułem, jakby mój żołądek diametralnie się skurczył. W końcu zwlokłem się z koja, pościeliłem je i uprzednio odruchowo sprawdziłem, czy wokół nie kręcą się pluskwy. Tym razem czysto. Nalałem sobie trochę wody z kranu, by zasilić czymś wycieńczony organizm. Od razu poczułem się odrobinę lepiej, wyraźnie czując każdą kroplę spływającą po krtani aż do żołądka. Woda była niedobra, wręcz obrzydliwa w smaku, ale to nie miało znaczenia.
Wraz ze śniadaniem pod celą zjawili się „szamani”, nazywani przez niektórych „Kajfaszami” — tak w tutejszym żargonie określano więźniów roznoszących posiłki. Wydawali jedzenie przez okienko: tanią mortadelę, chleb i margarynę „Palma”. Tym razem wyciągnąłem rękę po jedzenie. Organizm nie potrafił już dłużej wytrzymać głodówki. Plastikowy plaster nie miał zbytnio smaku, jakby zrobiono go z najgorszych odpadów rzeźnickich, ale na tę chwilę musiał wystarczyć. Do tego znowu nalano mi herbaty z metalowego wiadra. Kajfasze nigdy nie wchodzili do celi i byli zawsze pilnowani przez dwóch uzbrojonych gadów. Wynikało to z procedur — oni odsiadywali wyroki na oddziale karnym, my natomiast podlegaliśmy pod rygorystyczny oddział śledczy.
Po jedzeniu moje myśli znowu uciekły do Ciebie. Gdzieś w głębi ducha po raz kolejny Cię przepraszałem. Miałaś świętą rację, gdy powtarzałaś mi: Odpuść, musisz odpuścić, ale ja po prostu nie potrafiłem pogodzić się z tą potworną, bezczelną niesprawiedliwością. Wiele razy o tym rozmawialiśmy. Prawo do normalnego życia wydaje mi się absolutną podstawą człowieczeństwa. System nie może działać tak, że ktoś nagle, z czystej złośliwości, przykręca Ci tlen, odbierając wszystko, na co pracowałeś, i jeszcze świetnie się przy tym bawi.
Mówiłaś mi kiedyś, że każdy ostatecznie zapłaci za swoje czyny. Przytaknę Ci w tym, bo sam zdążyłem już coś się o tym dowiedzieć. Poczułem to na własnej skórze. To dziwne, ale ludzie, którzy wyrządzili mi w życiu najgłębszą krzywdę, po jakimś czasie umierali lub płacili najwyższą możliwą cenę. Wystarczyło cierpliwie poczekać, a czas sam robił swoje. Znałem kilka takich przypadków i do dziś mocno mnie to zastanawia, czy przypadkiem nie stoi za tym jakaś wyższa, życiowa sprawiedliwość. Dałbym sobie głowę uciąć, że tak właśnie jest. Mam to silne wrażenie od zawsze.
Czas po śniadaniu dłużył się w nieskończoność. Nagle usłyszałem szczęk kluczy w drzwiach. Były ogromne, ciężkie, jakby otwierały wrota do zamkowej komnaty. W sumie te cele były jak małe, zatęchłe izby, z tym że wyposażone w grube, pancerne drzwi. Rygle odskoczyły i w progu stanęły dwa gady. Jeden z nich, prawdopodobnie oddziałowy, spojrzał w papiery i rzucił szorstko:
— Pan Janek?
— Tak, to ja — odpowiedziałem, podnosząc się z pryczy.
— Na widzenie zapraszam.
Podszedłem do drzwi, będąc kompletnie zaskoczony.
— A z kim? — zapytałem. Gad zmierzył mnie wzrokiem z lekkim uśmieszkiem.
— A jak pan myśli?
— Adwokat? — podsunąłem.
— Nie — odparł oddziałowy, po czym wymienił z imienia i nazwiska osobę, która czekała na dole.
Serce zabiło mi jak szalone, a w piersi rozlało się potężne ciepło.
— Tak! To moja partnerka! — wykrzyknąłem, nie kryjąc ogromnej radości.
W pośpiechu założyłem buty i ruszyliśmy pod eskortą dwa piętra w dół. Pokój widzeń był ponury, przedzielony na pół grubymi, pancernymi szybami. Znajdowało się tam pięć stanowisk z krzesłami po jednej i po drugiej stronie bariery. Usiadłem po lewej stronie. Na środku sali, na podwyższeniu, usadowił się oddziałowy i z rutynową nudą założył na uszy słuchawki do podsłuchu.
— Wprowadzić gościa — rzucił w krótkofalówkę.
Gdy weszłaś do pomieszczenia, dosłownie zaniemówiłem. Łzy w jednej sekundzie napłynęły mi do oczu. Spojrzałem na Ciebie przez grubą szybę, czując, jak gardło całkowicie mi się zaciska.
— Jezu… To naprawdę się dzieje? Czy ja śnię? — wykrztusiłem do ciężkiej słuchawki telefonicznej.
Gdy odezwałaś się po drugiej stronie, dotarło do mnie, że to nie jest żaden sen.
— Cześć… — powiedziałem cicho. — Nie płacz.
Ale to było silniejsze od nas. Nie mogłaś powstrzymać łez, a i ja, stary chłop, ryczałem jak dziecko, nie potrafiąc opanować szlochu.
— Przepraszam cię… Przepraszam cię za to, że tutaj jestem. Tak bardzo cię przepraszam — powtarzałem zza pancernej szyby.
— Już dobrze… Już dobrze, Janku — odpowiedziałaś kojącym, ciepłym głosem.
Zaczęliśmy rozmawiać przez te wielkie, toporne słuchawki, które wyglądały jak eksponaty z zupełnie innej epoki, pamiętające głębokie lata sześćdziesiąte.
— Jak dobrze cię widzieć — szepnęłaś, a ja mogłem jedynie powtórzyć to samo.
W pewnym momencie odruchowo chciałaś mnie dotknąć. Przyłożyłaś całą dłoń do zimnej, pancernej szyby, a ja natychmiast docisnąłem swoją dłoń po drugiej stronie, dokładnie w tym samym miejscu. Ta chwila, ten nędzny substytut dotyku, musiał nam wystarczyć. Jedna godzina musiała wystarczyć na wszystko.
Nie mogliśmy się nagadać. Rozmawialiśmy oczywiście na pełnym podsłuchu, ze świadomością, że gad rejestruje każde nasze słowo, ale mieliśmy to gdzieś. Nie liczyło się nawet to, że przed samym wejściem na salę system musiał mnie dodatkowo, profilaktycznie upokorzyć. Znowu ta sama procedura: ściągnij slipy, zrób przysiad, pokaż pośladki, sprawdzimy w twoim rowie, czy czegoś tam nie schowałeś. To jedna z najbardziej szokujących i nieludzkich praktyk tego miejsca. Czy to naprawdę musi być stosowane wobec ludzi przetrzymywanych na sankcji wyłącznie na podstawie rzuconych bez dowodów pomówień? Nie sądzę, by to było normalne. Wiem za to na pewno, że jest to wybitnie upokarzające i antyludzkie.
Patrząc na to wszystko i przeżywając ten koszmar na własnej skórze, człowiek zaczyna zadawać sobie fundamentalne pytania. Czy po przekroczeniu tej bramy jesteś jeszcze traktowany jak człowiek? Czy prawa ludzkie są tu w ogóle respektowane? Po tym, co przeszedłem, nie mam już co do tego żadnej pewności. Za napisanie książki, za czystą fikcję literacką, można dziś w tym kraju trafić za kraty. Wystarczą trzy słowa wyrwane brutalnie z kontekstu i zinterpretowane z potworną, bezwzględną złą wolą. A tej złej woli na pewno nie brakowało prokuratorowi Ściemce — temu wybitnemu, nowotarskiemu ogrowi i patoegzorcyście prawa.
Czy to już jest dyktatura, czy jeszcze nie? Na to pytanie z czasem na pewno przyjdzie mi odpowiedzieć. Ale póki co wiem jedno: ten rynsztok na pewno nie zmusi mnie do odłożenia pióra. Nie sprawi, że przestanę pisać książki. Mam w głowie zbyt wiele ważnych historii, zbyt wiele ludzkich losów, które muszą wreszcie ujrzeć światło dzienne. Chcę opowiedzieć je prostym, surowym słowem — nie tylko dla tych, którzy żyją bezpiecznie na wolności, ale i dla tych, którzy marnieją tu, za grubym murem. Nie sposób opowiedzieć o tysiącach uwięzionych tu istnień, ale moja własna historia wystarczy, by wejście do tego piekła nie było jedynie straconym czasem. Niech to będzie autentyczne spojrzenie od środka na ludzi zza krat, a nie tylko na sam budynek więzienia, który mijasz obojętnie, idąc ulicą Pijarską w Nowym Sączu.
— Nie wiem, jak to zrobiłaś, że udało ci się tutaj zdobyć wejściówkę i przyjechać — powiedziałem, patrząc na twoją zmęczoną twarz.
— Przyjechałam, bo cię bardzo kocham — odpowiedziałaś bez wahania.
Wtedy moje oczy znowu się zaszkliły. Właśnie w tamtej sekundzie, w tym ponurym pokoju przesłuchań, dotarło do mnie, czym tak naprawdę jest prawdziwa, bezgraniczna miłość. Zrozumiałem, ile człowiek jest w stanie znieść i przełknąć dla drugiego człowieka. Wiek przestaje mieć znaczenie, te nienawistne kraty i gruba, pancerna szyba przestają istnieć — wystarczy jedno głębokie spojrzenie sobie w oczy, by cały ten więzienny syf wokół nas po prostu wyparował.
Ta chwila wyryła się we mnie na zawsze, niczym znamię wypalone nagrzanym do czerwoności metalem. Będzie mi przypominać w każdą czarną noc, że jest jeszcze na tym podłym świecie ktoś, komu na mnie zależy. Ktoś, kto kocha mnie bezwarunkowo. Stało się to w momencie, gdy wszyscy rzekomi, pseudo-przyjaciele odwrócili się ode mnie w mgnieniu oka. Na razie jedynie to przypuszczałem, ale podskórnie czułem, że taka właśnie jest brutalna prawda.
Dlatego teraz rozmawialiśmy chciwie, chłonąc każde słowo, bo czas uciekał bezlitośnie. Choć na wolności godzina to tak niewiele, tutaj, za pancerną szybą, stała się dla nas całą wiecznością.
Rozdział 16: Kalkulacja
Zostałem bez kontaktu z kimkolwiek bliskim i bez możliwości kupienia choćby podstawowych środków higienicznych czy czegokolwiek do jedzenia. Jedyne, co mi zostało, to książki. Współwięźniowie dali mi to, co akurat mieli pod ręką, a ja z drżącym sercem zapadłem w te obce treści. Czytałem kompulsywnie, byle tylko nie zwariować. Wierzyłem, że książka — obojętnie jaka — ustabilizuje moje rozszalałe emocje. Przynajmniej w tamtym momencie kurczowo się tej wiary trzymałem.
Kolejny dzień nadszedł bez większego echa. Tutaj, za grubym murem, prawdziwe echo nie dociera. Czasem tylko słychać, jak w innej celi jakiś więzień nagle „się odpali” — zaczyna z furią kopać w pancerne drzwi albo rzucać metalowym taboretem, zwanym w tutejszym żargonie niklem. Ten potworny, metaliczny dźwięk niesie się po ścianach całego pawilonu, jakby walił się budynek. Czasem te napady szału trwały bardzo długo, a ja leżałem na pryczy i zastanawiałem się, czy to w ogóle kogokolwiek z tutejszej obsługi wzrusza. Nikt nie reagował. Panowała bezduszna, głucha cisza.
Tamtego dnia przeczytałem jedną trzecią grubego tomu. Tekst nawet mnie wciągnął, pozwalając choć na chwilę poczuć, że jestem zupełnie gdzie indziej. Nie oznaczało to jednak, że nienawistne myśli o krzywdzie i palącym żalu nagle zniknęły. One nie znikały nigdy. Wracały regularnie, niczym potężne fale bijące o falochron — a tym falochronem byłem ja, całkowicie obmyty ze złudzeń.
Nagle poczułem, jak serce zaczyna mi gwałtownie przyspieszać, po czym drastycznie zwalniało. Fala gorąca uderzyła do głowy. Tiki twarzy zaczęły bezgłośnie przygrywać swoją własną, upiorną melodię — powieki mrugały całkowicie bez kontroli, jakby za wszelką cenę chciały dorównać szalonemu biciu serca. Łzy momentalnie zalały mi oczy, rozmazując drukowany obraz. Litery w książce pomieszały się w jedną, nieczytelną sekwencję wyrazów, przypominającą hieroglify na ścianach piramidy Cheopsa. To tylko stan przejściowy, wmawiałem sobie w duchu. I tak musiało na razie zostać.
Współwięźniowie w tym czasie grali namiętnie w karty. Ich ulubioną grą był remik — zbierasz odpowiednie sekwencje i się wykładasz. Ja nie miałem kart w ręku od dobrych dwudziestu lat. Siedząc z boku, analizowałem w głowie całe swoje życie, przypominając sobie, jak wiele bezinteresownych rzeczy zrobiłem dla ludzi, którzy dziś udają, że mnie nie znają. Nigdy nie kolekcjonowałem zysków. Wymagałem jedynie — cholernej, zwykłej ludzkiej pamięci. Gdyby im stała się krzywda, byłbym pierwszy do pomocy. Teraz, gdy to mnie spotkał życiowy dramat, nadszedł swoisty test. Czekałem, kto pierwszy rzuci we mnie kamieniem. Wiedziałem, że te kamienie polecą; wystarczy poczekać, a któryś trafi mnie prosto w twarz. Ta cała pozorność tzw. przyjaciół, kolegów, a także najbliższej rodziny sprawia, że w trudnych momentach stają się oni pierwszym ogniwem, które pęka z impetem. Miałem jeszcze nikłą nadzieję, że się mylę, ale rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię.
Już po Twojej wizycie na widzeniu dowiedziałem się, jak katastrofalnie pękają te rodzinne ogniwa. I choć myślałem, że to nastąpi znacznie później, potwornie się pomyliłem. Opowiedziałaś mi o moim własnym synu. Gdy dostał informację, gdzie zamknął mnie system, nawet nie odebrał telefonu. Przyjechał za to bezczelnie do domu, który osobiście dla niego wybudowałem w Rabie Wyżnej. Domu, przy którym postawiłem mu profesjonalny warsztat samochodowy i spory rząd garaży, by miał gdzie przechowywać swoje samochody.
Nie skontaktował się z nikim z moich bliskich. Po prostu wszedł na posesję, zabrał kolejne auto oraz dwa nowe okna, które mu wcześniej kupiłem do wykończenia nieruchomości, a które osobiście odebrałem z firmy dystrybucyjnej tuż przed aresztowaniem. Moje ręce przysłowiowo opadły aż do samych kostek. Przypomniałem sobie naszą nieszczęsną, sierpniową rozmowę telefoniczną, którą odbyłem z przyszłym teściem mojego syna. Usłyszałem wtedy w słuchawce, że jestem już „niepotrzebny”, a te brakujące okna najlepiej byłoby wysłać im kurierem, bo synowi „nie opłaca się” przyjeżdżać po nie specjalnie do Polski.
Jak można powiedzieć coś takiego własnemu ojcu? Ojcu, który jeszcze niedawno nigdy nie kalkulował, co mu się opłaca, a co nie, gdy bez końca kursował busem między Polską a zagranicą, wożąc materiały, byle tylko wyremontować ten dom? Tata oddał na ten cel wszystkie ciężko zarobione pieniądze, bo syn nie miał do kogo pójść po pomoc, będąc bez grosza przy duszy. W dodatku urodziło mu się dziecko. Jak zawsze w takich chwilach, ojciec natychmiast przyszedł z ratunkiem, nie patrząc na koszty i własny zysk — bo taka jest naturalna kolej rzeczy. A teraz ten sam syn bezczelnie rzuca, że jemu „się nie opłaca” przyjechać po darmowe, nowe okna, za które ojciec zapłacił krwawicą. Dzisiaj karta się odwróciła: są kraty dla taty, a wolność dla czystej kalkulacji.
Dobrze, że mi o tym wszystkim powiedziałaś podczas widzenia. Szydło w końcu musiało wyjść z worka. Poczułem potworny niesmak, choć głęboko w duchu mogłem się tego po nich spodziewać. Zobaczymy, co jeszcze wydarzy się do następnej wizyty. Nawet nie wiem, kiedy znowu się zobaczymy, bo w tym całym emocjonalnym amoku nie zdążyliśmy tego ustalić. Dziękuję Ci jednak, że byłaś. Gdyby nie Ty, całkowicie straciłbym wiarę w ludzi.
Kolejny dzień więziennej wegetacji wyglądał dokładnie tak samo jak poprzedni. Ostry rozbłysk światła prosto w oczy o szóstej rano, a o siódmej poranny apel, czyli to idiotyczne, systemowe liczenie zatrzymanych. Przed obiadem zaliczyliśmy łaźnię. Ciepły prysznic przysługiwał nam zaledwie dwa razy w tygodniu — w poniedziałki i czwartki. W pozostałe dni musiała wystarczyć zimna woda z celi umywalki.
Około dwunastej w drzwiach znowu zjawili się szamani. W tej swojej wiecznie zabawnej, groteskowej scenerii Kajfasze nakładali nam przez żelazne okienko po dwie chochle zupy i dwie skromne łyżki drugiego dania. Tutejsze zupy strach było w ogóle brać do ust. Po celi krążyły mroczne słuchy, że kucharze wrzucają do kotła absolutnie wszystko, w tym zlewki z poprzednich dni. Czasem te wywary wyglądały jak kulinarna paranoja: w jednej misce pływał naraz ryż, makaron, rozgotowane ziemniaki i kwaśna kapusta. Wyglądało to tak, jakby ktoś pozbierał resztki ze stołów i przegotował je ponownie, byle tylko nie wylewać towaru do kanału.
Od czasu do czasu — średnio raz na dwa tygodnie — trafiał się tutejszy „frykas”: dwie kulki rozgniecionych ziemniaków i coś, co z wyglądu przypominało kotlet mielony. Oczywiście z prawdziwym mięsem nie miało to nic wspólnego; wszystko robiono z taniej soi i chemicznych wypełniaczy. Raz wydano nawet fasolkę po bretońsku. Był to swoisty podarunek od codzienności tego tutejszego, więziennego padołu. Zjadłem ją ze smakiem, choć muszę przyznać, że był on nieco udawany. Twarde prawo pluskwiarni mówi jasno: ten dostaje większą i gęstszą porcję, kto dobrze zna Kajfaszy albo pochodzi z tego samego miasta co oni. Wtedy lądują na talerzu podwójne porcje, a cała reszta dostaje tyle, co kot napłakał. Widocznie tak tutaj to wygląda
Potem przyszedł czas na spacer. Codzienny rytuał polegał na obłędnym, monotonnym chodzeniu w kółko po betonowym spacerniaku. Czasem trwało to trzydzieści minut, czasem pięćdziesiąt — po pewnym czasie od tego kręcenia się wokół własnej osi potrafiło porządnie zakręcić się w głowie.
O godzinie szesnastej przywieziono kolację. Bywała tak potworna i ohydna, że na sam widok żołądek podchodził do gardła. Jeśli nie zostawiłeś sobie skrawka chleba z obiadu, byłeś skazany na głodowanie aż do następnego ranka. W tej celi nikt z nikim nie dzieli się jedzeniem. No, chyba że ktoś chce się komuś przypodobać albo na siłę szuka silniejszych kumpli — wtedy udają solidarność. Posiłki jedzą przy małym stole. Choć mebel teoretycznie mieści cztery osoby, zasiada przy nim ostentacyjnie tylko dwóch twardzieli, a reszcie nie wolno się nawet zbliżyć. Ja swoją porcję jadłem zawsze na kolanach, siedząc na taborecie przypisanym indywidualnie do mojego łóżka. Jedna sztuka na jedną głowę i jakoś dawałem radę. Po kolacji pozostawało już tylko tępe czekanie na wieczorny apel. O godzinie dziewiętnastej ciężkie drzwi celi zatrzasnęły się z hukiem, ostatecznie zamykając kolejny dzień mojego upadku.
Rozdział 17: Patoegzorcyzmy
Mijał już trzeci tydzień od mojego bezwzględnego zatrzymania, a ja powoli zacząłem tracić resztki wiary w jakiekolwiek zaangażowanie ze strony mojego adwokata, Krystiana z Rabki-Zdrój. Postanowiłem napisać do niego oficjalny list, choć z tą więzienną korespondencją rzeczywistość bywa brutalna. Każdy gryps czy oficjalne pismo najpierw trafia w łapy tutejszej cenzury, potem czyta je prokurator, a dopiero na samym końcu — jeśli łaskawie wyrażą zgodę — jest przesyłane dalej. Taka procedura potrafi trwać w nieskończoność. Co gorsza, jeśli tutejsze gady uznają treść za „nieodpowiednią”, list nigdy nie opuści murów, lecz zostanie bezczelnie dołączony do akt jako kolejny, sfabrykowany dowód przeciwko nadawcy. Czyli przeciwko mnie, bo to ja przecież jestem tu, gdzie jestem. W swoim liście nie zawarłem jednak żadnych podejrzanych treści, więc tliła się we mnie nikła nadzieja, że pismo w końcu opuści ten rynsztok. Nadzieja jest matką głupich, jak powiadają, ale w takim położeniu człowiekowi pozostaje już tylko wiara w to, co najbardziej ulotne.
Po niedzieli przyszedł poniedziałek, który okazał się dniem absolutnie przełomowym. Wszystko rozegrało się tuż przed południem, podczas przymusowej wizyty u psychiatry, niedaleko Zakładu Karnego w Nowym Sączu. Już w piątek gady zapowiedziały mi krótko, że „jadę na czynności”. W tutejszym żargonie słowo „czynności” może znaczyć absolutnie wszystko. Tym razem chodziło o badanie psychiatryczne, choć wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że cała ta farsa jest z góry ukierunkowana pod mój bardzo długi pobyt za kratami.
Wszystko to zlecił osobiście prokurator Ściemka — ten przebiegły, nowotarski lis i patoegzorcysta prawa, jak miało się to później okazać. Oficjalne pismo w tej sprawie otrzymałem już kilka dni wcześniej, ale system do samego końca milczał jak zaklęty w kwestii tego, dokąd dokładnie mnie wiozą. Dopiero jeden ze współwięźniów, opierając się na swoich twardych doświadczeniach, uświadomił mi, jaki czeka mnie wyjazd.
Jak zwykle w takich przypadkach, potraktowano nas z wyjątkową, wręcz pokazową brutalnością. Uznano nas za wybitnie niebezpiecznych bandytów. Najpierw ogry zakuły moje dłonie w stalowe kajdanki, a po wprowadzeniu do policyjnej suki — nałożyli mi na nogi potężne, ciężkie łańcuchy. Byłem w głębokim szoku. Te kajdany na nogi były o wiele grubsze i masywniejsze od tych na ręce. Czasem widywałem takie sceny na amerykańskich filmach gangsterskich, ale w najgorszych koszmarach nie przypuszczałem, że ten potworny złom wyląduje kiedyś na moich własnych kostkach. A jednak tak się stało.
Gdy dojechaliśmy na miejsce po dziesięciu minutach podróży, policyjny bus gwałtownie zahamował. To nie były więzienne gady, lecz zwykłe, policyjne ogry. Przewóz osadzonych to było ich prywatne poletko, na którym rządzili bezapelacyjnie i bez żadnych hamulców. Tył wozu otworzył się z hukiem.
— Proszę wysiadać! — rzucił szorstko kierowca. Spojrzałem bezradnie na swoje zablokowane nogi.
— W tym? — zapytałem, wskazując wzrokiem na ciężki łańcuch.
— Tak, w tym — odpowiedział ogr z lekkim, ironicznym uśmieszkiem, jakby moje logiczne pytanie było jedynie świetnym żartem.
Nie miałem pojęcia, jak zejść z wysokiego stopnia furgonetki, by nie runąć twarzą prosto na beton. Musiałem ryzykownie zeskoczyć, amortyzując uderzenie kolanami. Potem, wykonując nienaturalnie małe kroki, ruszyłem upokarzającym truchtem za trzema eskortującymi mnie ogrami. Szkoda, że nie przyjechało ich ze dwudziestu — trzech uzbrojonych po zęby chłopów na jednego skutego faceta w klapkach to przecież zdecydowanie za mało. Głęboko na oczy naciągnąłem czapkę z daszkiem. Chciałem za wszelką cenę schować twarz, by uchronić się przed potępiającym wzrokiem gapiów na ulicy i chamskimi docinkami policjantów.
Poniekąd mi się to udało, choć gdy weszliśmy do budynku, poczułem na sobie miażdżący wzrok około czterdziestu osób stłoczonych w poczekalni. Nie chciałem nawet słyszeć, co ci ludzie myślą na ten potworny widok. Stałem nieruchomo pod ścianą, czekając na swoją kolej. Mój współtowarzysz z celi został wprowadzony do gabinetu jako pierwszy, całkowicie poza kolejką. Wzrok wszystkich ludzi na korytarzu, nawet tych tylko przechodzących obok, skupił się wyłącznie na mnie. Miałem wrażenie, że te dziesiątki oczu dosłownie palą moją skórę żywym ogniem. Otworzyłem plastikową butelkę wody, którą pozwolono mi zabrać z celi, zrobiłem jeden łapczywy łyk i drżącymi rękami zakręciłem korek. Czas wlókł się niemiłosiernie, a kolejni pacjenci przesuwali się przede mną, bezczelnie mierząc wzrokiem łańcuchy na moich nogach. W końcu drzwi gabinetu otworzyły się, wyszedł z nich twardy chłopak z mojej celi, a z wnętrza padło moje nazwisko.
Upokarzającym truchtem wszedłem do środka. Kazano mi usiąść na krześle. Urzędnicza machina ruszyła: najpierw sprawdzono moje dane personalne. Wszystko się zgadzało, więc zapisano to w grubym protokole.
— No i o co z panem chodzi? — zapytał bezdusznie jeden z siedzących tam lekarzy.
Spojrzałem na niego uważniej i natychmiast go poznałem. To był doktor Brynowski — psychiatra znany mi doskonale z Nowego Targu. Jak się okazało, teraz kręcił swoje biznesy również tutaj, w Nowym Sączu, gdzie miał drugi gabinet. W przeszłości wraz z żoną korzystałem z jego prywatnych usług podczas naszych stanów depresyjnych i jej ciężkich epizodów psychicznych.
— Przecież pan mnie zna — powiedziałem mu prosto w oczy. Lekarz uniósł wzrok, popatrzył na mnie z góry z nieco zdziwioną miną, ale od razu wyczułem, że to zdziwienie było jedynie nędzną, wyuczoną grą aktorską. — Jestem przecież pana stałym pacjentem — dodałem.
Brynowski zaczął ostentacyjnie kartkować leżące przed nim papiery, szukając moich dawnych śladów, ale oczywiście niczego nie znalazł. Wyraźnie udawał greka przed drugim biegłym.
— Co się stało, że pan tu trafił? — zapytał w końcu, odkładając teczkę.
— Widzi pan… — zacząłem, czując, jak wzbiera we mnie potężny żal. — Byłem i jestem w głębokim konflikcie z żoną. Przywłaszczyła sobie cały mój życiowy majątek i wszystkie oszczędności. Dosłownie wszystko, na co pracowałem, a ze mnie zrobiła bezdomnego człowieka. Przecież pan ją doskonale zna, to pana pacjentka od wielu lat. I tak właśnie wylądowałem w tym rynsztoku, bo ona wciąż bezkarnie oskarża mnie o kolejne niestworzone rzeczy.
— O co dokładnie pana oskarża? — wtrącił szorstko drugi psychiatra.
— Mianowicie o to, że ponoć spaliłem jej „blaszak”, czyli ten wolnostojący garaż. Rzekomo ukradłem też własnemu wnukowi rower. Do tego prokuratura oskarża mnie, że książka, którą napisałem i wydałem, w brutalny sposób szkaluje moją żonę.
— To pan pisze książki? — Brynowski uniósł brwi, wyraźnie zaciekawiony tym tematem.
— Tak — odpowiedziałem z dumą. — A moja ostatnia powieść wyszła niedawno na całym świecie. —
— A o czym pan pisze? Jakie mają tytuły? — kontynuował swoje przesłuchanie lekarz.
Wymieniłem prosto z mostu wszystkie, dodając, że obaj panowie mogą bez trudu zweryfikować moje słowa w internecie pod moim imieniem i nazwiskiem. Drugi z psychiatrów natychmiast zaczął energicznie klikać w klawiaturę komputera, sprawdzając bazy danych.
— I jest w ogóle zainteresowanie taką literaturą? Czy to się sprzedaje? — dopytywał doktor Brynowski.
— Tak. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć przed aresztem, zainteresowanie jest całkiem spore — odparłem spokojnie. — Teraz właśnie miałem wprowadzić na rynek moją czwartą książkę, ale sam pan widzi, w jakim miejscu i w jakim stanie się znalazłem. Muszę ten cały wielki projekt zostawić przez pewien czas na boku.
Lekarze wymienili między sobą szybkie spojrzenia.
— To na jakiej właściwie podstawie pana tutaj zamknęli? — zapytał Brynowski, patrząc na moje kajdany.
— Wyłącznie na zasadzie bezczelnego pomówienia. Żona przyjechała w asyście policji pod dom, w którym aktualnie mieszkałem, wskazując mnie palcem jako sprawcę i na tej podstawie wylądowałem za kratami. A propos… — zawiesiłem na chwilę głos, mierząc go wzrokiem. — To przecież pana wieloletnia pacjentka. Doskonale zna pan jej nazwisko. To pan od lat wypisuje jej te wszystkie silne recepty, a w ostatnich dwóch latach wystawiał jej pan seryjne zwolnienia lekarskie tylko po to, żeby nie musiała stawiać się na naszych sprawach rozwodowych i podziałowych w sądzie.
Po tych słowach doktor Brynowski nagle zesztywniał. Westchnął tylko, po czym w gabinecie zapadła grobowa, potworna cisza. Lekarze przez dłuższą chwilę pisali coś w swoich dokumentach, aż w końcu Brynowski uniósł głowę i zadał mi jedno, ostateczne pytanie:
— Czy chce pan w ogóle żyć, panie Janku?
Spojrzałem mu prosto w oczy, nie mając już nic do stracenia.
— Nie. Nie chcę już żyć. Mam serdecznie i głęboko dość takiego życia, jakie mnie w ostatnim czasie spotyka z rąk systemu i rodziny.
Na tym zakończyliśmy tę farsę.
— To wszystko — rzucił bezdusznie lekarz, zamykając moją teczkę.
— Dziękuję — odpowiedziałem z goryczą, dziękując mu w duchu chociaż za to, że łaskawie wysłuchał prawdy, która tak bardzo zakuła go w oczy.
Wyszedłem na korytarz, z powrotem będąc zmuszonym do upokarzającego truchtu w stalowych łańcuchach. Pod eskortą trzech ogrów ruszyliśmy w stronę zaparkowanego przed budynkiem busa, by udać się w drogę powrotną do mojego więziennego piekła.
Rozdział 18: Peronka
Po południu, tuż po zjedzeniu obiadu o podłym smaku nieprzypominającym niczego jadalnego, ciężkie drzwi celi otworzyły się z hukiem. Jeden z gadów wyczytał moje nazwisko i oznajmił krótko, że mam widzenie. Zszedłem pośpiesznie z koja, podszedłem do progu i zapytałem z nadzieją:
— Z kim?
— Z adwokatem — usłyszałem w odpowiedzi.
Ucieszyłem się niezmiernie. Jednak podjął moją sprawę. W pośpiechu wcisnąłem stopy w buty i zeszliśmy na dół, prowadzeni przez gady do zupełnie innych, nieznanych mi dotąd pomieszczeń. Gdy wprowadzono mnie do środka, zobaczyłem znajomą twarz. To był mecenas Krystian, którego w myślach potocznie nazywałem „Królikiem Bugsem”.
— Dzień dobry — rzucił na wstępie, po czym od razu nakazał eskorcie, by zdjęli mi kajdanki. Gad posłusznie rozpiął zamki i zamknął pancerne drzwi z drugiej strony, zostawiając nas samych.
— Jak dobrze pana widzieć, panie mecenasie — powiedziałem z ulgą, podając mu rękę, którą od razu odwzajemnił.
Na samym wstępie przekazał mi najważniejsze informacje od Ciebie. Wyjaśnił, kto go dokładnie wynajął i w jakim celu. Mogłem się tego spodziewać wyłącznie po Tobie. Pomyślałem w duchu: Dziękuję Ci, jesteś dla mnie niezastąpiona. Ta rozmowa natychmiast tchnęła we mnie nowe życie. Choć fizycznie musiałem wciąż gnić za tymi murami, myślami byłem już daleko poza nimi. Zwłaszcza gdy „Bugs” oznajmił, że wywalczyłaś ponowną wizytę u mnie już za dwa dni. Ta wiadomość była jak zbawienie. Zaczęliśmy szczegółowo omawiać strategię obrony, prawne możliwości i kierunki, w których musimy szukać sposobu na wyciągnięcie mnie z tego szamba. Wpadłem w nie po uszy, a teraz wręcz tonę w nim niczym w głębokim kale, podczas gdy bezduszne przepisy prawa wgryzają się w moje ciało jak białe robale.
Podpisałem oficjalne pełnomocnictwo. Ustaliliśmy plan przyszłych wizyt i koszty, o których musiałem zostać poinformowany — w końcu to ja będę musiał za to wszystko słono zapłacić. Kwota była niemała, bo aż szesnaście tysięcy złotych. Miałem głęboką nadzieję, że za te pieniądze zostanie zrobione coś konkretnego, a nie skończy się jedynie na obiecywaniu gruszek na wierzbie, które i tak nigdy tam nie urosną. Jednak to na razie było nieważne. Na widzeniach z obrońcami czas teoretycznie nas nie ogranicza, jednak wszystko, co najważniejsze, zostało powiedziane, a mecenas wyraźnie się spieszył.
— Dziękuję jeszcze raz — rzuciłem na pożegnanie i nasze spotkanie dobiegło końca.
Wyszedłem na tak zwaną Peronkę — jak w tutejszym żargonie nazywano ten wielki, ponury korytarz więzienny ciągnący się przez środek budynku na każdym piętrze. W eskorcie gada ruszyliśmy na górę, w stronę mojej celi. W tamtym momencie czułem się tak, jakby słońce nad moją głową zaświeciło odrobinę mocniej.
W międzyczasie do celi o numerze 317 dokwaterowano kogoś nowego. Gdy wszedłem, starsi osadzeni właśnie dokładnie analizowali jego „białko”, czyli akt oskarżenia. Nowy chłopak pochodził z Turkmenistanu. Został bezczelnie wkręcony przez jakiegoś Polaka w międzynarodowy handel ludźmi — sprawa dotyczyła sprowadzania cudzoziemców do rzekomej pracy w Polsce. Niestety, jego najbliższa przyszłość nie malowała się w różowych barwach; lista teoretycznie poszkodowanych była długa, a zarzuty dotyczyły potężnych wyłudzeń finansowych.
Zresztą nie był jedynym obcokrajowcem w naszym gronie. Na celi mieliśmy już jednego Rumuna, którego system dopadł za masowe wyłudzanie w Polsce zasiłków na dzieci — chodziło konkretnie o program „500 Plus”. Okazało się, że była to doskonale zorganizowana grupa przestępcza, która systematycznie naciągała polskie państwo na gigantyczne sumy. Jego los również rysował się w czarnych barwach. Chłopak kompletnie nie znał języka polskiego, więc całymi dniami żarliwie się modlił, jakby Bóg miał osobiście zstąpić do celi i uchronić go przed tutejszą rzeczywistością. Ci ludzie wciąż nie potrafili uwierzyć, że dali się tak łatwo złapać. Jakby tego było mało, dwóch kuzynów tego Rumuna, zatrzymanych razem z nim w tej samej akcji, również spędzało tu swój więzienny żywot, tyle że porozrzucano ich po innych celach. Współwięźniowie mówili, że niedawno w radiu trąbili o rozbiciu w Nowym Sączu szajki okradającej skarb państwa na miliony złotych. Droga do upragnionej wolności dla tego transylwańskiego tercetu egzotycznego na pewno okaże się wyjątkowo długa i będzie się wydłużać z dnia na dzień, w miarę jak prokuratura podsumuje ostateczną wartość strat.
W celi siedziało jeszcze kilka innych osób, ale w większości byli to zwykli dilerzy, żyjący ze sprzedaży białej śmierci. Ich akurat w głębi serca w ogóle nie żałowałem; uważam, że handel narkotykami to jedno z najokropniejszych świńst, jakich może dopuścić się człowiek. Niektórzy z osadzonych z czasem opuszczali naszą celę, ale niestety nie wychodzili na wolność — system przewoził ich jedynie do innych, cięższych zakładów karnych. Do tej pory tylko jeden człowiek zdołał opuścić te mury za kaucją. Nazywano go „Basistą”. Przez ostatnie dwa tygodnie ten facet przeżył tu prawdziwy, psychiczny rollercoaster. Machina bawiła się nim bezwzględnie jak kot półżywą myszką, by doprowadzić go do ostatecznej utraty sił, a potem brutalnie pożreć na sali sądowej. Gdy po kolejnych rozprawach przywożono go z powrotem na celę, chłopak potwornie to wszystko przeżywał, nie mogąc dojść do siebie. W końcu jednak, przy drugim podejściu, udało mu się uchylić sankcję i teraz będzie odpowiadał z wolnej stopy. Ja wciąż nie do końca rozumiem te wszystkie skomplikowane, prawne drabinki, ale cała ta ponura edukacja jest jeszcze przede mną. Muszę w końcu zgłębić tę czarną magię, którą tak bezwzględnie posługują się podli czarnoksiężnicy na usługach Temidy — bogini, która, jak wskazuje jej ślepy wizerunek, jest całkowicie pozbawiona oczu.
Wiedziałem jedno: muszę tutaj za wszelką cenę przetrwać, ale jednocześnie nie pozwolić, by ten tutejszy jad wsiąknął we mnie zbyt głęboko. Najgorsze, co mogłoby mnie spotkać, to sytuacja, w której ta pluskwiarnia zaczęłaby mi się podobać — tak jak niektórym tutejszym recydywistom, którzy na co dzień żyją wyłącznie więziennymi sprawami i dawno pogodzili się ze swoim nędznym losem. Aż potwornie przykro słuchać ich opowieści. Niestety, w tej ciasnocie nie da się od tego odciąć. Chcąc nie chcąc, trzeba tego słuchać. Jak mawiał niegdyś stary agent „Bolek” — klasyczny, podręcznikowy przykład życiowej dwulicowości: „Nie chcę, ale muszę”, skoro już mnie tu zamknęli.
Poniedziałkowy wieczór przyniósł dziwną, jadowitą kolację. Składała się z chemicznego dżemu, który wyglądał jak rozpuszczony w wodzie koncentrat. Uznałem, że to absolutnie niejadalna maź, więc całkowicie odpuściłem posiłek. Do tego dorzucono kostkę margaryny „Palma”, od której bił intensywny zapach oleju silnikowego i chleb, który z wyglądu był chyba po raz trzeci rozmrażany. Tutejsze pieczywo trzeba było zawsze dokładnie oglądać pod światło, ponieważ w środku bardzo często było kompletnie spleśniałe; wyglądało jak najgorsze zwroty ze sklepów, których nikt nie chciał kupić. Odkąd tu trafiłem, nie widziałem jeszcze ani jednego świeżego bochenka. Nie tknąłem tego syfu; na sam widok zrobiło mi się tak niedobrze, że żołądek podszedł mi do gardła.
Na szczęście na moim więziennym koncie, w tak zwanej wypisce, miałem jeszcze do dyspozycji niecałe sto złotych, dzięki czemu mogłem dokupić w kantynie kilka niezbędnych rzeczy. Moim priorytetem było prawdziwe masło, powidła, smalec, płatki kukurydziane, mleko, pasta do zębów oraz koperty i znaczki pocztowe. Ceny w tutejszym sklepiku są podniesione do granic totalnego obłędu. Na celi krążyły plotki, że dyrektor więzienia jest potajemnym współwłaścicielem kantyny, więc musi kręcić na tym potężną kasę. Czy to prawda? Nie wiem, ale w tym chorym systemie wcale by mnie to nie zdziwiło. Każdy orze jak może, nawet w tak przeklętych miejscach. Dobrze, że udało mi się zrobić te skromne zakupy, bo tutejszym dżemem z wiadra można się było po prostu zatruć. Ja go nie tknąłem, ale inni współwięźniowie żarli go ze smakiem, a niektórzy wręcz bezwstydnie prosili Kajfaszy o dokładkę. Skwitowałem to w duchu jedynie niesmaczną miną.
Gdy zapadła noc, moje wewnętrzne nastawienie zaczęło się powoli zmieniać na lepsze. W moim ciemnym tunelu wreszcie delikatnie zamigotało małe, nikłe światło, przypominające świeczkę na grobie, tworząc wokół mnie cichą aurę nadziei. W tym roku nie będzie miał kto zająć się grobami na Wszystkich Świętych, pomyślałem nagle z potwornym żalem. Chodziło o groby mojego zmarłego ojca, brata, matki i babci. Co roku to ja sam, jako jedyny, dbałem o ich pamięć, czyściłem płyty i zapalałem znicze. Cała reszta rodziny miała na to całkowicie wyrąbane — żyją sobie swoim wygodnym, egoistycznym życiem na wolności, udając, że śmierć ich nie dotyczy, a całą kłopotliwą przeszłość najlepiej jest po prostu wymazać z pamięci. Po co pamiętać? Po co się zadręczać? Ja tak nie potrafię. Nigdy nie potrafiłem i nawet nie chcę próbować zapomnieć o moich zmarłych.
Wieczór w celi zakończył się seansem telewizyjnym. Puszczono „Rambo III” — po raz tysięczny powtarzano ten kultowy film dla tępych ćwieków. Dobrze, że w celi w ogóle było to „szkiełko”, ale ja z odległości kilku metrów nie widziałem już prawie nic oprócz rozmytych, kolorowych postaci. Mój wzrok potwornie się pogorszył w ostatnim czasie; zacząłem słabo widzieć zarówno z bliska, jak i z daleka, co koszmarnie przeszkadza mi w czytaniu i pisaniu moich tekstów. Zmęczone oczy bardzo szybko same się zamykają. Czasem, gdy leżałem na pryczy, czułem, że mam w głowie tyle ważnych rzeczy do przelania na papier, tyle historii do opowiedzenia, ale z braku sił odkładałem pisanie na później i te cenne myśli bezpowrotnie umykają.
Walczyłem z tym każdego dnia, próbując przyzwyczaić się do ograniczeń, ale potwornie mnie to frustrowało. Starość bezlitośnie zagląda mi w oczy, a fizyczne dolegliwości, które podarował bezwzględny czas, stają się nie do zniesienia. Trudno w takim stanie nieustannie zmuszać się do walki z rzeczywistością, która brutalnie odarła mnie ze wszelkich złudzeń. Przez całe życie nie zwracamy uwagi na zdrowie, a ludzki organizm nie jest przecież wieczny i nad wyraz szybko ulega degradacji. Mój kręgosłup — ta podstawowa oś człowieka — uległ silnemu zniekształceniu; tarczki międzykręgowe starły się doszczętnie, przez co rdzeń i nerwy są bez przerwy ugniatane. Efekt jest taki, że w dłoniach zaczyna brakować mi siły, a w nogach stabilności do zwykłego chodzenia. Niektóre z tych wad kwalifikują się do natychmiastowej operacji, ale po takich zabiegach w tutejszych realiach może być jeszcze gorzej. Poza tym, jeśli w dzisiejszym świecie nie masz dobrego ubezpieczenia, potężnych znajomości i grubych pieniędzy, dla systemu medycznego jesteś nikim — po prostu w ogóle nie istniejesz. Słyszysz wtedy od twardych „znawców życia” rzucane bezczelnie prosto w twarz puste slogany: „Sam sobie jesteś winien, mogłeś się oszczędzać”. Bezsensowne, jałowe pierdolenie. Nikt oprócz mnie nie chodził w moich własnych butach i nikt nie ma pojęcia o moim prawdziwym losie.