E-book
2.73
drukowana A5
26.57
Kraina Niegi

Bezpłatny fragment - Kraina Niegi


Objętość:
133 str.
ISBN:
978-83-8126-061-9
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 26.57

Synowi Augustynowi
poświęcam

Część I 

Ojciec i syn

Rozdział I

Nazywam się Jacek Cora. Jestem psychologiem.

Zamierzam spisać wspomnienia. Nie dotyczą one jednak tylko mnie i mojego syna, ale także pewnego niezwykłego wydarzenia, które miało miejsce pod koniec czerwca 2013 roku w mało znanym zakątku Gorców, niewielkich gór w Polsce.

W 2001 roku mój syn Augustyn, którego, nawiasem mówiąc, w dużej mierze sam wychowywałem, gdyż moja żona zmarła przy porodzie, po ukończeniu Metropolitalnego Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu, został skierowany na dalsze studia teologiczne w Papieskim Uniwersytecie Świętego Tomasza z Akwinu — „Angelicum”.

Ja zaś bez wahania zgodziłem się na propozycję wyjazdu do USA i podjęcie tam pracy w Adler School of Professional Psychology w Chicago.

Zgodziłem się tym bardziej, że w kraju już nic mnie nie trzymało, a w naszym instytucie znów nie było pieniędzy na programy badawcze, a zwłaszcza na moje badania w zakresie patologii genotypu i redukcji emocji prekognitywnych, związanych z nieznanymi jeszcze dzisiaj funkcjami ciała migdałowatego. W Polsce było wtedy nikłe zainteresowanie wdrażania nowoczesnych koncepcji psychologicznych dotyczących palących kwestii wykluczenia społecznego i zapobiegania przemocy. Co innego w Ameryce, gdzie specjaliści z tej dziedziny byli wręcz rozchwytywani przez kolegia i instytuty psychologiczne.

Wybór chicagowskiego uniwersytetu Adlera był dla mnie atrakcyjny. Zdecydowały względy finansowe i pewne koneksje towarzyskie. W Chicago znałem kilka polskich rodzin, a zwłaszcza państwa Luberdów, zaś przemiła pani Kelly Luberda, szybko zaoferowała mi wygodne mieszkanie niedaleko ich willi na N. Harlem Ave.

Kluczowy w tej opowieści będzie rok 2014. W Ameryce po siarczystej zimie bardzo wcześnie wystrzeliła wiosna, a w Chicago, które tej zimy nazwano Syberią Ameryki, już na świętego Patryka szare skwery, parki i długie bulwary nad Michigan pokryły się bujną zielenią, zaś wody rzeki Chicago, przepływającej przez centrum miasta, wyjątkowo w tym roku, jeszcze długo po siedemnastym marca, utrzymywały zielony barwnik, co zapowiadało piękne lato.

Wielka szkoda, że nie było tu Augustyna, który, jak sięgam pamięcią, już od maleńkości wręcz uwielbiał zielony kolor.

Te irlandzkie akcenty jakby się zmówiły z przebudzoną po ciężkiej zimie przyrodą.

Ludzie, skąpani w zieleni i blasku coraz bardziej przygrzewającego słońca, uśmiechali się i ku jeszcze większemu zadowoleniu nie stronili zbytnio od wychylenia kufla irlandzkiego piwa, a był to Dzień Świętego Patryka.

Wiosenną sielankę przerwał telefon z Polski od Justyny Klaczyńskiej, żony mojego serdecznego przyjaciela Stasia Klaczyńskiego.

Zapłakana z ledwością wydusiła kilka logicznych zdań, powiadamiając mnie, że wraz z córką Martą przebywają w szpitalu wojskowym przy ulicy Weigla we Wrocławiu, gdzie Stasiu odszedł w sobotę piątego kwietnia na „drugą stronę”, i załatwiają bardzo smutne sprawy.

Justyna zawsze panicznie bała się śmierci i nigdy nie mówiła, że ktoś zmarł, lecz używała najczęściej dwóch eufemizmów: „odszedł na drugą stronę” lub „zasnął”.

Przeżyłem szok, ale pomyślnie udało mi się jakoś jednak to wszystko ogarnąć.

Data pogrzebu Stasia została wyznaczona na dziesiątego kwietnia, a więc miałem praktycznie trzy dni na przybycie z Chicago do Wrocławia. Na szczęście załapałem się na lot Lufthansy z Chicago–O’Hare do Wrocławia ósmego kwietnia. Podróż była całkiem, całkiem. Samolot Lufthansy wyleciał z Chicago punktualnie o siedemnastej trzydzieści i dziewiątego kwietnia tuż przed dziesiątą wylądowaliśmy zgodnie z planem na lotnisku im. Franza Josefa Straussa w Monachium, gdzie miałem przesiadkę i za półtorej godziny wylot z Monachium do Wrocławia. Wylądowaliśmy zgodnie z planem. Tak więc punktualnie o godzinie dwunastej trzydzieści pięć byłem na nowym lotnisku we wrocławskich Starachowicach, gdzie już oczekiwała na mnie hotelowa limuzyna.

W 2013 roku zdecydowaliśmy z Augustynem, że sprzedamy nasze wrocławskie mieszkanie na ulicy Kotsisa. Po dwunastu latach naszej nieobecności w kraju wymagało ono ogólnego remontu, no i przede wszystkim — stałego gospodarza.

Było to wygodne trzypokojowe mieszkanie z kuchnią, łazienką, piwnicą i dużym ogródkiem, w którym rosły iglaki i jedna lipa, którą zasadziłem na pamiątkę matury, szczęśliwie zdanej przez Augustyna. Były tam również dobrze utrzymane krzewy, a zwłaszcza róże, tworzące alejki zwieńczone romantyczną altanką, porośniętą obfitym bluszczem oraz solidne, składane meble ogrodowe z kolorowym parasolem, który co roku obwieszczał otwarcie sezonu letniego. Mieszkaliśmy we Wrocławiu na Biskupinie, tak jakby na wsi.

Rozstanie z naszym mieszkaniem, które darzyliśmy z Augustynem dużym sentymentem, odbyło się jednak bez większych wzruszeń, gdyż w tym samym czasie opodal Biskupina na Zalesiu otworzono nowy hotel Grape.

Od 2013 roku każdy nasz przyjazd do Wrocławia był już z nim związany, tym bardziej że stary osiemnastowieczny pałacyk na ulicy Parkowej, który adaptowano na hotel, był nam dobrze znany. Lubiliśmy zwłaszcza przyległy do niego skwerek, który jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, stanowił miejsce licznych eskapad Augustyna z jego kolegami — no i z naszym psem Azorem, największym nicponiem, znanym w całej dzielnicy, przede wszystkim zaś postrachem niewinnych zwierzątek w pobliskim ZOO.

Gdy więc przyleciałem dziewiątego kwietnia do Wrocławia, zostałem gościnnie przyjęty przez Grape Hotel, który zadbał nie tylko o szybki przejazd z lotniska, ale również o wyjątkowo relaksujące odświeżenie w hotelowym centrum spa; zwłaszcza głęboko rozluźniający masaż pałeczkami bambusowymi okazał się doskonałym remedium na moje zmęczenie.

Po obiedzie, w czasie którego nie odstępował mnie sommelier, chwilę posiedziałem w hotelowym afrykarium, po czym udałem się na werandę, na której przez jakiś czas rozkoszowałem się urokiem ogrodu hotelowego i zatopiłem myśli w uspokajającym szmerku drzew przyległego parku Szczytnickiego.

W moim wieku takie otoczenie ma niebagatelne znaczenie dla utrzymania satysfakcjonującego poziomu wellness. Jednak i w takich chwilach ukontentowania zdarza się, że nachodzi mnie ta nie odstępująca od paru lat dychotomia nastroju, związana z sentymentalnymi wspomnieniami.

Dzisiaj powracam w nich do końca lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy rozpoczynałem z ogromnym entuzjazmem studia na Uniwersytecie Wrocławskim i zakochałem się w Marinie — mojej przyszłej żonie.

W tym czasie modne były wyjazdy grup studenckich na obozy naukowe do różnych krajów socjalistycznych, a przede wszystkim do Związku Radzieckiego, na Węgry czy do NRD.

Podobnie zrelaksowany jak dziś czułem się przed wielu laty po odświeżeniu się w kołchozowej „bani” i obiedzie, na który podano smaczne pierogi zwane pielmieni oraz zsiadłe mleko czerpane prosto z chłodnej kamionki.

A działo się to za Uralem w lipcu 1969 roku, kiedy to nasze koło naukowe psychologów wyprawiło się na międzynarodowy obóz naukowy aż do Czelabińska.

Były to czasy, kiedy do Ufy czy Czelabińska nie latało się tanimi liniami lotniczymi, lecz podróżowało zatłoczonymi pociągami, do których często nie wchodziło się drzwiami, lecz na tzw. wsad przez okna wagonu. Była to niezła tragifarsa pełna lamentów, emocjonalnych wrzasków, no a dla nas, studentów — świetnej zabawy.

Mniej więcej w takiej scenerii dojechaliśmy do Moskwy, gdzie Uniwersytet Wrocławski sprezentował nam dobowy luksus w hotelu Inturist.

W Moskwie, tylko dzięki sprytowi naszego kolegi z roku, Wita Wilmańskiego, który pochodził z Kresów i władał językiem rosyjskim z doskonałym akcentem, nie musieliśmy koczować na dworcu, gdyż udało mu się kupić bilety na wagon tzw. obszczij. Kasjerka nie zorientowała się, że jesteśmy turystami.

Wagon „obszczij” był przeznaczony wyłącznie dla swoich, ażeby przed obcokrajowcami ukryć obraz biedy tutejszych mieszkańców. Na wagon dla zachodnich turystów trzeba było nieraz czekać i kilka dni.

Z Moskwy do Czelabińska jechaliśmy Koleją Transsyberyjską — była to niesamowita przygoda, pełna niecodziennych wrażeń.

Najbardziej utkwiła mi w pamięci przeprawa przez rzekę Wołgę, która aż do dzisiaj często powraca w moich snach. Doznałem wtedy zbliżonych przeżyć z tymi z 2003 roku, pamiętnych dla rejsu stateczkiem wycieczkowym po Amazonce. Obie te rzeki — Wołga i Amazonka — wydawały mi się jakby nigdy nie miały żadnych brzegów, a ja przemierzałem je nie jak realne rzeki, lecz jakieś otchłanie nieba w chmurach. Na Wołdze do rzeczywistości przywoływały mnie jednak co chwilę zgrzyty z mozołem toczącego się pociągu, a na Amazonce trzaski starej łajby, sprawiającej wrażenie, że już za chwilę rozpadnie się na drzazgi …

Nasza przewodniczka na tym wycieczkowym stateczku często nazywała Amazonkę „niedźwiedziem wodnych chmur”, ja zaś bez wahania nadałbym Wołdze przydomek — „północnego niedźwiedzia wodnych chmur”.

Nie mniej fascynujący był przejazd przez Ural.

Było to nad ranem. Dzień jeszcze spał, ale miarowo pulsujący pęd pociągu szybko rozpierzchał ostatnie mgiełki mroku. Wydawało się, iż wysoko nad Uralem dłoń jakiegoś uzdolnionego artysty poczęła malować różnorodne rozgwiazdy pomarańczowo — czerwonokrwistej zorzy, która po jakiejś chwili ustąpiła, by nad szczytami gór rozświetlić niesamowite złote wstążki, zachwycające swym blaskiem i furkoczące na wszystkie strony świata.

W czasie tej podróży nasz pociąg nagle zatrzymał się na jakimś peronie, opodal głębokiego tunelu wykutego w skałach Uralu.

W Związku Radzieckim prawnie przysługiwało pierwszeństwo przejazdu pociągom towarowym, a zwłaszcza taborom wojskowym, zaś pasażerskie w takiej sytuacji miały obowiązek spokojnie czekać na peronie na sygnał odjazdu kilka godzin lub nawet cały dzień.

Gdy tak spacerowaliśmy sobie po peronie, spoglądając na ściany tunelu, nagle grobową ciszę przerwał wrzask naszego kolegi Józka Dziegieckiego, który raptownie zatrzymał się i zaczął dziwnie wymachiwać rękami. Gdy się trochę uspokoił wzruszonym głosem wyjąkał:

— Patrzcie tutaj … tutaj na skale jest wyryte imię i nazwisko mojego pradziadka Ignacego Dziegieckiego, który był zesłany na Syberię i słuch po nim zaginął.

Staruszka owinięta w czarną chustkę, sprzedająca na peronie kanapki z mortadelą, zauważyła nasze wzruszenie, pokiwała tylko głową, a jej zapadnięte, przymglone oczy stały się jeszcze bardziej wilgotne.

Cicho powiedziała:

— Oj sokoły, polskie sokoły, proszę, poczęstujcie się kanapkami … a tamten tunel dla Kolei Transsyberyjskiej to kuli zesłańcy na Syberię z całego imperium rosyjskiego, wśród nich wielu Polaków. Jeśli który umierał z wycieńczenia, był upamiętniany na skałach przez swoich jeszcze żywych kolegów. Nazwisk zmarłych katorżników są tam tysiące.

W Czelabińsku zostaliśmy podzieleni na dwuosobowe podzespoły badawcze i przydzieleni do radzieckich kolegów. Mieliśmy u nich zamieszkać przez następne dwa tygodnie, realizując projekt naukowy na temat wpływu biorytmów termicznych Syberii na sezonową niedyspozycyjność afektywną SAD (Seasonal Affective Disorder).

Wraz z Witkiem Wilmańskim zostaliśmy wyznaczeni do zamieszkania w domu radzieckiego kolegi Wołodii, który mieszkał w kołchozie niedaleko miejscowości Duwan.

Wszystkie domy w tej okolicy miały architekturę góralską, zaś dom rodziców Wołodii należał do zamożniejszych, gdyż jako jeden z nielicznych na zewnątrz był obłożony deseczkami parkietowymi, a na podwórku wyłożonym drewnianą podłogą stał stół bilardowy.

Sąsiedni dom był zaś całkowicie opuszczony, miał zamknięte okiennice. Wołodia opowiedział nam smutną historię tego domu, w którym kiedyś mieszkała z dwójką małych dzieci kołchoźnica Sacharowa, której mąż poległ w wojnie japońskiej. Kobieta ta odmówiła odbioru przydziału polskich ziemniaków, które rozdawano tu za darmo. Uzasadniała przewodniczącemu kołchozu, że niepotrzebne jej polskie kartofle, gdyż na kołchozowych polach jest ich tyle, że nie wiadomo, co z nimi robić i tylko gniją. Za nieprawomyślność owa wdowa została skazana na pięć lat „lasu”, to znaczy syberyjskiego łagru.

W tym to kołchozie była też wspomniana już przeze mnie bania, a więc łaźnia parowa, która swoim wyglądem przypominała wiejską szopę, zbudowaną z drewnianych bali, z dachem na dwie strony. W środku były dwa pomieszczenia: przedsionek i łaźnica, w której znajdowało się metalowe prostokątne naczynie z wodą, ustawione nad paleniskiem.

Chociaż minęło od tego czasu ponad czterdzieści lat, wyjątkowo wyraźnie pamiętam nawet takie szczegóły, jak wygląd podłogi w tej łaźni. Była ona skonstruowana z szerokich, wymytych do białości desek, ułożonych w centymetrowych odstępach.

Nie mniej dobrze zapamiętałem piętrowe ławy z zawieszonymi „wienikami” — wykonanymi z różnych ziół leczniczych wiankami.

Omyłkowo skorzystałem z dużej miski, jak się później dowiedziałem, przeznaczonej wyłącznie dla małżeństw, natomiast dla pozostałych były mniejsze miednice.

Wienik zanurzony w tej misce okazał się też dodatkowo silnym afrodyzjakiem. Doznałem bowiem po zakończonych ablucjach długo utrzymującego się wzwodu, choć to też oczywiście jakaś przygoda, ale wtedy mimo żartobliwej przymieszki tej sytuacji, nie wiedziałem co z tym fantem począć, zwłaszcza gdy wróciłem na kolację, w której uczestniczyły też kobiety. Mamie Wołodii i jego młodszej siostrze Katii, poróżowiały policzki, gdy spoglądały w moją stronę, ciągle chichotały.

W tej chwili zastanawiam się nad problemem postępującej prześladowczej manii wspomnień, która pojawiła się u mnie po sześćdziesiątce. Polega to na tym, iż wokół mnie zaczyna wirować coraz więcej detali ukrytych z daleka, już zapomnianych, a jednak bardzo żywych.

Wygląda to więc, mówiąc językiem Witkacego, jak wszystkoistyczny worek, wypełniany wieloma płaszczyznami czasowymi i przestrzennymi oraz uwarunkowanymi nimi dygresjami, które roją się przy każdej okazji, jakby chciały wypełniać te ageistyczne pustki i nie dopuścić do stanu zawieszenia, gdyż życie nie lubi próżni.

Taki dygresyjny styl pisania stanowi też dla mnie pewien skuteczny zabieg terapeutyczny, który doskonale oczyszcza moją psychikę z różnych okruchów przeszłości, uwalniając mnie przede wszystkim od natrętnych myśli związanych z syndromem opuszczonego gniazda, nie tylko rodzinnego, ale także ojczystego.

Łatwo tu zauważyć znany pewnik psychologiczny, że u ludzi w starszym wieku walka z ich przeszłością, która nieraz jest im bliższa niż wczorajszy dzień, stanowi niejednokrotnie poważny problem amnestiki, z którego trudno im w prosty sposób się wyzwolić.

Natomiast w moim przypadku tego rodzaju miks wspomnieniowy, pisany w formie gawędowych wtrętów, obok zasadniczego planu czasowego, stanowi znakomitą alternatywę psychoterapeutyczną.

A przecież, jak mawiają Anglicy, problem opowiedziany to już połowa problemu. Może dlatego w XXI wieku pojawił się pewien paradoks, polegający na tym, że ludzie zaczęli masowo pisać, a przestali czytać. Każdy chciał mówić jak najwięcej o sobie, a nikt nie chciał słuchać innych. Prawdopodobnie stąd też zrodził się fenomen psa, który potrafi wiernie słuchać i puszczać wszystko w niepamięć wachlującego ogona.

Ludzi starszych, podobnie zresztą jak i mnie, opanowała jeszcze acedia, a więc tęsknota za innymi miejscami i dawnym życiem.

Zauważyłem też, że przestrzeń przeszłości chowa w swych szufladkach, obok słodyczy minionego świata, także dużo jego goryczy, dla której słowa bywają nieraz nieadekwatne i wtedy już zostaje tylko milczenie i jakaś otarta ukradkiem łza… Dlatego w moich wspomnieniach nigdy nie pojawiła się śmierć Mariny.

Wracając do epizodu syberyjskiego, chciałbym jeszcze uwolnić się od wspomnień związanych z „gorączką złota”, którą przeżywali Polacy wyjeżdżający do ZSRR, a która też w jakimś stopniu mnie opętała, gdy wyjeżdżałem za Ural.

Kwestia złotej biżuterii była wtedy dla mnie bardzo istotna, gdyż Marina — młoda, piękna Gruzinka, w której byłem zakochany bez reszty — uwielbiała złotą biżuterię i nie mogła się bez niej obyć. Najchętniej to codziennie zmieniałaby złote pierścionki czy jakieś brosze, o których ja do tej pory nie miałem zielonego pojęcia.

Jeszcze przed moim wyjazdem do Związku Radzieckiego Marina zdążyła napisać list do swej siostry Mariki, studiującej w Moskwie. Ta zaś nie omieszkała udzielić siostrze cennych wskazówek, jak ma mnie wyposażyć na ten wyjazd, mając oczywiście na uwadze odpowiedni asortyment handlowy. Najważniejsze okazały się koszule nocne z obowiązkowo wyszytymi kwiatuszkami lub serduszkami.

Tekstylia te z łatwością udało się mi przewieźć przez granicę, sugerując radzieckim strażnikom, iż są to kostiumy dla studenckiego teatrzyku, zaś w sprawnej ich wymianie na precjoza pomogli mi w Czelabińsku radzieccy koledzy, którzy dobrze orientowali się w zaułkach Kirowki.

Tekstylia te wymieniłem na złote klejnoty według nie wiadomo przez kogo ustalonej tu specyfikacji, opiewającej profit wymienny jednej koszuli nocnej z kwiatuszkiem lub serduszkiem na jeden pierścionek lub sygnet ze szlachetnym kamieniem albo też dwóch takich koszul na parę złotych kolczyków, naszyjnik lub bransoletę.

Uzbierało się więc trochę tych kosztowności, z czego pierścionek, kolczyki, naszyjnik i bransoleta były przeznaczone dla Mariny, a dla mnie pozostał sygnet i złoty łańcuszek, na którym do dzisiaj noszę medalik z Matką Bożą.

W czasie powrotu do Polski biżuteria ta niejednokrotnie spędzała mi sen z powiek. Przy najmniejszej kontroli truchlałem, wyobrażając sobie koszmarne tortury, jakie mogą mnie czekać, gdy celnicy znajdą mój skarb.

Był on jednak, zgodnie z instrukcją Mariki, „poufny”, ukryty w bieliźnie osobistej, okutanej kilkoma tomami Dzieł Lenina oraz przyłożony jego portretem, kupionym za parę kopiejek na czelabińskim Arbacie.

Ten sposób na przewiezienie złota ze Związku Radzieckiego do Polski okazał się rewelacyjny, zostałem nawet na granicy dowartościowany za prawomyślność poklepaniem po ramieniu przez jakiegoś wyższego rangą oficera, którego mundur był wręcz oblepiony różnymi odznaczeniami.

Tak się potwornie bałem, a nikt nawet nie tknął palcem zawartości mojego plecaka.

Wspominając czasy studenckie, muszę jeszcze uporać się z doznaniami, które pozostały mi po przeżyciach związanych z moim pierwszym lotem samolotem.

Gdy dzisiaj wsiadam do samolotu, przez chwilę doznaję natarczywych dreszczy w okolicach splotu słonecznego. Przy tym pojawia mi się przed oczami paradoksalny omam dwudziestodolarowego banknotu.

Działo się to latem 1970 roku. Nasza pionierska grupa naukowa już od trzech lat, w tym samym składzie, wyjeżdżała co roku na zagraniczne obozy naukowe. Zadecydowaliśmy, że tym razem na Węgry polecimy jednak samolotem. Dosyć mieliśmy już zatłoczonych pociągów, tym bardziej że nasza koleżanka, trochę o rubensowskich kształtach, ale zawsze uśmiechnięta Marylka Mrowińska, doznała w ścisku na peronie w Pradze urazu mięśnia czworobocznego grzbietu.

Samoloty An-2P zaliczały się w tamtych czasach do nowoczesnych maszyn. Były bowiem wyjątkowo dźwiękoszczelne i posiadały cztery rzędy wygodnych foteli: po trzy, usytuowane zgodnie z kierunkiem lotu, a więc w sam raz dla naszego koła naukowego.

Wylecieliśmy do Budapesztu porannym lotem ze starego lotniska na Starachowicach we Wrocławiu. Dzień zapowiadał się wtedy słoneczny i całkiem spokojny, tak że w samolocie nawet mało kto pozapinał pasy, lekceważąc oczywiście zalecenia pilotów…

Nagle gdzieś za Bratysławą nasz samolot natknął się na jakąś błędną chmurę burzową. Cumulonimbus spowodował tak gwałtowną turbulencję, że w parę sekund na pokładzie „Antka” walało się nasze jedzenie, napoje oraz „towar” wieziony do Budapesztu na bazarowy handelek.

Kilku kolegów zaliczyło też przysłowiową glebę, ale nikt mimo wszystko nie narzekał, starając się śpiesznie wszystko ogarnąć.

Pomimo tego samolot jeszcze przez parę minut tak niesamowicie trząsł, że momentami wydawało się, iż z brzucha powylatywały nam wszystkie „motylki” trzewi.

Po tych przeżyciach nasza grupa naukowa przez następne trzy dni więcej przebywała w toaletach niż w salach wykładowych.

Najbardziej były zadowolone z tego stanu rzeczy dwie nasze koleżanki, które miały problem z wypróżnianiem. Nareszcie nie musiały połykać pastylek i popijać ziółek.

Niemniej jednak obóz ten zaliczyliśmy do wyjątkowo szczęśliwych, w dużej mierze za sprawą udanych transakcji bazarowych.

Pamiętam, że wtedy w Budapeszcie handlowałem płynami do mycia i prania, zarabiając na czysto okrągłe dwadzieścia dolarów, które wymieniłem u węgierskiego cinkciarza na jeden banknot dwudziestodolarowy. Tę dwudziestodolarówkę nosiłem w lewej kieszonce koszuli, żeby nieustannie czuć jej „energetyzujące ciepło” na sercu. Banknot ów stanowił także przedmiot studenckiej ekscytacji. Był dotykany i sprawdzany, czy jest prawdziwy. Wiadomo było, że wielu studentów pierwszy raz w życiu trzymało taki „zielony papierek” w dłoni.

Dzisiaj jestem, można chyba kolokwialnie powiedzieć, nadzianym facetem z pokaźnym kontem dolarowym w banku, a mimo to ten studencki syndrom dwudziestodolarówki pozostał. Spacerując ulicą czy nawet prowadząc samochód, momentami doznaję ni stąd, ni zowąd jakiegoś fatamorganicznego omamu, że widzę leżący dwudziestodolarowy banknot. A gdy z bijącym sercem podbiegam go podnieść, okazuje się, że to jakiś papierek po paczce papierosów. Kiedyś to nawet tak omamił mnie na ulicy jakiś turlający się na wietrze zielony papierek, że kiedy się w niego wpatrywałem, niedużo brakowało, a rozbiłbym dopiero co kupionego mercedesa GLA 250.

Mój amerykański kolega, profesor psychologii Jonathan Colin, kuriozum to nazywał „syndromem kozy”. Profesor Colin opowiedział mi też, że prowadząc prywatną praktykę psychoterapeutyczną na Arche Ave w Chicago, miał kilka niezwykłych przypadków „syndromu kozy”.

Jednym z nich, o którym właśnie wspomniał, było paranoiczne zaburzenie, z którym męczył się przez wiele lat pewien polski emigrant. Dorobił się on w Ameryce dużego majątku i mieszkając w wystawnej willi, miał do dyspozycji kilka luksusowych sypialni. W tajemnicy przed domownikami sypiał jednak tylko na podłodze, na starej kołderce przywiezionej jeszcze z Polski, a obok stało wygodne łoże wymoszczone puchami.

Problem uległ zaostrzeniu, gdy milioner ożenił się. Na początku jego amerykańska żona Suzanne nocne wybryki męża traktowała z przymrużeniem oka, ale gdy już ognisty seks na wytartej kołderce przestał ją pociągać i zapragnęła rozkoszy w małżeńskim, luksusowym łożu, powstał poważny dylemat, gdyż jurny małżonek w warunkach zbytku całkowicie oklapł, ani nie mógł spać, ani wypełniać obowiązków małżeńskich…

Pomijając te epigenetyczne syndromy, wracam znów myślami do mojego przyjaciela Stanisława Klaczyńskiego, profesora literatur zachodniosłowiańskich i zagorzałego taternika.

Kolega ów pasjami uwielbiał ryzykowne wyprawy w Himalaje u boku znanego alpinisty Krystiana Walasa, z którym kiedyś chodził do tego samego liceum. Na często przesyłanych mi przez Stasia fotografiach największe wrażenie robiły dwie postacie, takie dwie pchełki, zawieszone na lśniących w słońcu pajęczynkach. Byli to Stasiu z Krystkiem, podziwiani z oddalonych pastwisk przez pasterzy, którzy właśnie przeganiali swoje kierdele.

Stasiu często admirował Walasa, o którym opowiadał, że w ich licealnej klasie był najmniejszego wzrostu, ale za to prymus, taki szkolny Wołodyjowski, z manierą trzymania ręki w kieszeni. Nawyk ten zresztą pozostał Walasowi do dzisiaj.

Profesor Klaczyński należał też do założycieli literackiej grupy Espadryle, która fascynowała się góralszczyzną.

Poza tym był okazem zdrowia i witalności. Jedynym problemem, który coraz częściej pojawiał się w jego życiu, stał się alkohol. Justyna bagatelizowała sprawę, zwalając wszystko na „wysokoprocentowe nakrętki do herbaty”, które w zimie na ośmiotysięcznikach w Himalajach były raczej niezbędne. Na takich wysokościach w grę wchodziły jedynie batony energetyczne, no i… napoje.

Kiedyś to nawet Justynie wymsknęło się:

— Wiesz, Jacek, powiem ci w zaufaniu, oni w tych Himalajach to mają nawet swoją bimbrownię. Nauczyli tubylców pędzić alkohol ze śliwek, a instalację tę nazwali na cześć Jarka Kukułki „rajską kukułeczką”.

W listach, które wtedy Stasiu systematycznie słał do mnie, kilka razy, wspominał też, że chyba jest coś nie tak z jego wątrobą i był rzeczywiście przerażony zabiegami embolizacji, które ostatnio przechodził w klinice Uniwersytetu Medycznego przy ulicy Borowskiej we Wrocławiu.

Na dodatek przyplątała mu się jakaś zaległa arytmia serca, tłumaczona przez lekarzy następstwem wspinaczek wysokogórskich bez maski tlenowej oraz nie najlepsze wyniki bronchoskopii, związane z przebytym w zimie 2003 roku, w czasie nieudanego ataku na K2, Wysokogórskim Obrzękiem Płuc (choroba HAPE ).

Gdzieś w maju 2013 roku pisał, że przestał pić i wrócił do tego, co liczyło się dla niego najbardziej, a więc do swej książki Kraina Niegi. Nareszcie mógł czymś „przyszłościowym” zająć swoje myśli, oddając się całkowicie niedokończonej pracy na temat prasłowiańskich bogów, wywodzących według niego swój rodowód właśnie z gór. Stworzył też przy tym własną teorię, opierającą się na przesłankach, że praźródłem filozofii i religii były góry, które wypiętrzały myśl człowieka ku nieskończonościom nieba. Według Stasia — to właśnie wśród ludów zamieszkujących ogromne przestworza gór wytrysnęły pierwsze źródła myśli filozoficznej i religijnej.

W tym kierunku profesor Klaczyński chciał też zrealizować dzieło swego życia, a mianowicie liczącą setki stron książkę Kraina Niegi.

Na drugi dzień po pogrzebie Stasia postanowiłem wstąpić do jego rodzinnego domu, pobudowanego w jakimś eklektycznym stylu, nieznanej mi bliżej góralszczyzny. Dom ten był stanowczo za duży jak na kilkuosobową rodzinę Klaczyńskich i przypominał trochę swoim wyglądem willę Stalina w Soczi, zwłaszcza przez zieleń fasady i żółte leluja, zdobiące obszerną werandę. Stąd też dom Klaczyńskich często nazywaliśmy „stalinówką”.

Justyna ze swoją córką Martą i wnuczkiem Michasiem przerzucali w profesorskim gabinecie stosy książek, czyniąc to w sposób chaotyczny i bez żadnej logicznej motywacji, tak jakby wszyscy zmówili się, żeby jak najszybciej pozbyć się wszechobecnych tu naukowych woluminów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 26.57