E-book
17.75
drukowana A5
29.44
Kraina Leża

Bezpłatny fragment - Kraina Leża

Leże Tom 1


Objętość:
159 str.
ISBN:
978-83-8245-538-0
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 29.44

Zdradzona

Prolog

Moja przeszłość… nie miała znaczenia.

Nie miała dla mnie, a tym bardziej dla innych.

Od zawsze tak było — od zawsze czułam się nieistotna, a przez to słaba i porzucona przez otoczenie.

Tylko moje książki miały wartość — tylko te były widoczne, tylko one miały dla ludzi jakieś zastosowanie.

A nie ta, która je stworzyła.

Jednak… i dla mnie pewnego dnia zajaśniało światło. Bo wydarzyło się coś, co mogło mieć znaczenie — coś, w czym Ja mogłabym się wykazać.

Dzięki swojej głowie. Dzięki znajomości tego, co na Ziemi nazywa się „Magią”.

Nadal uważam, że to, co mówię — to, co działo się kiedyś — nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Nie ma, ponieważ to obecne wydarzenia dopiero nabrały wartości. Jednak to tamte chwile do tego doprowadziły, więc chyba lepiej, by wiedziano, jak to wszystko się stało — jak doprowadziło do mojej zmiany i wszystkich wydarzeń, jakie po niej nastąpiły.

Urodziłam się w świecie, gdzie magia nie istniała, choć istnieli ludzie tacy jak Ja — tacy, którzy „tworzyli ją” w swoich książkach. Przyznaję, że w czasie, kiedy to się stało — kiedy wszystko się zmieniło — ja dopiero rozkwitałam. Moje książki powoli, ale sukcesywnie — z miesiąca na miesiąc — stawały się coraz bardziej popularne, choć daleko im było do dużych nazwisk, widzianych na co drugiej półce w pobliskiej księgarni.

W tamtym czasie byłam prawdziwą, zaszytą w domu pisarką, baz żadnego prywatnego życia.

Przyjaciele? Jedynie w sieci.

Faceci?

…to dopiero było głupie pytanie.

Choć nie uważałam się za brzydką, to mając trzydzieści lat powinnam mieć chociaż kogoś na oku, prawda? Parę romansów za sobą, choć jeden poważny związek.

Niestety, z przyczyn nie do końca ode mnie zależnych, bardzo szybko wycofałam się życia społecznego, aż nie wiem kiedy przywitały mnie trzydzieste urodziny.

Tak… miałam trzydzieści lat i zero „żywych” przyjaciół, zero faceta, zero życia uczuciowego.

Dlatego właśnie te trzydzieści lat uważałam za nieważne.

Niczego w nich nie dokonałam. Nie miałam rodziny, przyjaciół, ani tak naprawdę porządnej kariery, choć ta rozkwitała coraz lepiej.

To wszystko… zmieniło się jednego dnia. Dnia poprzedzonego wiadomością od kolegi z podstawówki, który organizował spotkanie klasowe na naszą wspólną trzydziestkę.

Spotkanie, na które nie miałam zamiaru iść.

Szkoła… a konkretnie moja klasa… zniszczyła mi życie. To przez nich tyle lat się izolowałam — to przez nich wycofałam się życia między ludźmi.

Byłam ofiarą — przyznaję. Wszystkie klasowe błędy, wszystkie wybryki… zawsze zwalano na mnie. Nie było chyba w klasie żadnej osoby, która pałałaby do mnie prawdziwą sympatią — czułam się dla nich wręcz idealnym dzieckiem do bicia.

Dla wyjaśnienia — nie bili mnie, nie fizycznie. Jednak emocjonalnie byłam wrakiem — z roku na rok stawałam się coraz bardziej lękliwa, coraz bardziej bałam się chodzić do szkoły.

Jednak przetrwałam z nimi dziewięć lat. Przetrwałam… lecz nie potrafiłam już ufać — nie potrafiłam budować z ludźmi normalnych relacji, panicznie bojąc ich zachowania.

Pewnego dnia zwyczajnie się załamałam — moja wola została strzaskana przez zbyt długie walenie w nią. Przestałam wierzyć w serdeczność ludzi i byle przytyk rozwalał kolejne warstwy moich osłon, aż w końcu… nie pozostałam z niczym.

Niczym, oprócz swojego charakteru.

Charakteru… który po kilku latach izolacji, po kilku latach egzystowania w lęku, opierdzielił moją wolę z góry na dół, aż ta wydobyła się spod zwałów strzaskanego szkła.

Była silniejsza, mocniejsza — Ja stałam się silna.

Dlatego długo myślałam… i po kilku dniach napisałam, że przyjadę.

Poszłam tam z dumnie uniesioną głową i szerokim uśmiechem, ubrana w seksowną czarną bluzkę i czarne spodnie.

Fakt, może nie byłam już tamtą szczupłą jak osa dziewczyną — trudno po załamaniu być szczupłym, szczególnie że wychodziłam z dołka kilka lat. Miałam lekką nadwagę… lecz sto raz więcej siły i pewności siebie niż wtedy, gdy byłam szczuplutka.

Co do spotkania… cóż, ludzie byli zaskoczeni moim widokiem. Ja jednak nie kryłam, że dobrze wiem o swojej nadwadze i zbywałam ich wszystkich żartem. Po jakimś czasie usłyszałam mile zaskoczona, że „co tam waga” i że nigdy nie widzieli mnie tak uśmiechniętej.

A jednak… nadal czułam od nich dawny dystans — ich niepewność, jak się wobec mnie zachowywać. Widać dobrze pamiętali, jaka byłam i to, co mi robili.

Ja jednak udawałam, że tamtego nie było — Chciałam, by wierzyli, że nie żywię urazy.

I nie żywiłam — nie byłam pamiętliwa, poza tym chciałam pozostawić przeszłość za sobą.

Jednak, jak się okazało, nie było mi to dane.

Siedzieliśmy wtedy wszyscy przy dużym stole — wszyscy rozmawiali, ja również… lecz nagle zaczepiła mnie dawna koleżanka, której Naprawdę nie chciałam tu widzieć.

— Ciekawi mnie, czym się zajmujesz — uśmiechnęła się, lecz czułam od niej fałsz. — Chciałaś być policjantką… — i nagle zachichotała, a ja wiedziałam czemu.

Od razu było widać, że nie byłam gliną.

— Na czym w końcu stanęłaś? — jawnie mnie prowokowała.

Wtedy… byłam jeszcze dawną sobą. Tą, która mimo że tyle lat była sama, ciągle pragnęła zyskać sympatię ludzi. Pragnęła akceptacji… pragnęła znów stać się częścią ludzkiego świata.

Dlatego uśmiechnęłam się i po prostu wyznałam:

— Jestem pisarką. Może nie jakoś megapoczytną, ale da rady z tego wyżyć.

— Naprawdę? — widać było jej niezadowolenie, bo reszta klasy, słysząc to, skupiła na mnie uwagę, ciekawa mojej pracy.

Przyznaję… że się ucieszyłam. Ucieszyłam, ponieważ widziałam, że są szczerze ciekawi i że — nie tak, jak kiedyś — skupili na mnie uwagę z dobrych pobudek.

Wiem… byłam głupia. Tyle lat ich nie widziałam, nie miałam z nimi styczności — myślałam, że pogodziłam się z tym, iż tamte czasy były jakie były i nie mają nic wspólnego z teraźniejszością.

A jednak miały — moja potrzeba, by zyskać ich aprobatę… nie zniknęła. A ja, myśląc o tym teraz, czułam do siebie zwykłą nienawiść.

Brzydziłam się sobą — swoją słabością i tym, że nie potrafiłam pogodzić się do końca z tym, co było.

Jednak to nie było koniec tamtych wydarzeń. Nie był, albowiem stało się coś, co zmieniło nas wszystkich.

Mnie… jednak najbardziej.

Nigdy nie zapomnę tamtej chwili. Nie zapomnę, jak siedzieliśmy wszyscy przy stole, pod którym nagle coś zajaśniało.

Wpierw zauważyłam tylko lekki blask, wydobywający się spod stołu… lecz ten nagle zaczął się rozrastać, aż cały stół — i my wszyscy — znaleźliśmy się wewnątrz koła.

Wewnątrz pentagramu, przy którego liniach znajdowały się dziwne napisy, których nie rozumiałam.

Pentagram wciągnął nas wszystkich do swojego wnętrza i po chwili znaleźliśmy się zupełnie gdzie indziej, widząc obok siebie grupkę mężczyzn i pięknie ubraną kobietę.

Kobietę, która na nasz widok uśmiechnęła się pewnym siebie, choć ciepłym uśmiechem, mówiąc:

— Witajcie w Krainie Leża.


„Leże”… jak adekwatna okazała się ta nazwa — a ja wiedziałam o tym z pierwszej ręki.

Jednak… to wcale nie przybycie do tego świata mnie odmieniło. Nie to, po co nas wezwano.

A wezwano nas, byśmy go uratowali.

Wpierw myśleliśmy, że to jakiś żart, jednak ci ludzie bardzo szybko udowodnili nam, iż już nie jesteśmy w swoim świecie.

— Nasza Kraina chyli się ku zagładzie — opowiadała Królowa Lena, podczas gdy my, oszołomieni, patrzyliśmy z królewskiego balkonu na otaczający nas świat. — A ja nie chcę, by mój świat upadł — wyznała, patrząc na nas poważnie. — Kazałam swoim Kapłanom znaleźć sposób — znaleźć sposób na ratunek dla naszego świata. I tak… trafiliśmy na zapiski, które mówiły o przebudzeniu Legendy. O wezwaniu potężnych Sojuszników z innego świata, których dary przekraczają możliwości większości żyjących w naszej krainie.

— Jednak my nie mamy magii — zauważył jeden z moich kolegów, lecz nie wiedziałam który.

Mój wzrok był skupiony na tym, co znajdowało się poza zamkiem.

— W naszym świecie… magia przebudza się w każdym, choć przed tym uzyskuje Dar. Wy już swoje macie — wyjawiła, aż na nią spojrzałam. — To Dary zaciągnięte z waszego świata. To właśnie dzięki nim… moja Kraina, w odpowiedniej chwili, da wam moc.

Wtedy wydawało mi się to logiczne. Byłam pisarką, która uwielbiała magię — która tworzyła jej postać w swoich książkach. Szczerze… to nie mogłam się doczekać, aż zyskam moc.

Lecz najbardziej… nie mogłam się doczekać dorwania do książek, które ujrzałam w Królewskiej bibliotece.

Królowa dotąd nie zwracała na mnie zbyt wielkiej uwagi — była skupiona na pozostałych, którzy cały czas zadawali pytania. Ja milczałam… lecz, gdy zobaczyłam książki, nie potrafiłam opanować zachwytu i podeszłam do półek.

Wtedy ujrzałam ją obok siebie. Była dość wysoka, ale ja również i tak prawdę mówiąc — gdyby zdjęła obcasy — byłybyśmy najprawdopodobniej tak samo wysokie.

Tylko że… ona była taka piękna, pewna siebie… była niczym postać w moich książkach. Tak szczerze… była taka, jak ja zawsze pragnęłam być.

Wolna… silna… niezależna… i choć przez lata nauczyłam się tego, jaka jestem, tak nadal wiedziałam, że mam w sobie zapory, które blokowały obecną mnie przed pełnym rozkwitem.

— Ciekawią cię? — zapytała mnie, a ja pokiwałam głową, poprawiając na nosie okulary.

— Tak… w domu otaczałam się praktycznie samymi książkami, więc ten widok naprawdę mnie nęci… — urwałam, bo zachichotała.

Jednak… jej śmiech był ciepły, serdeczny. A kiedy puściła mi oko, moje serce dziwnie zabiło, wypełniając uczuciem.

Nie miłością — nie byłam lesbijką. Nie było to też nic zbliżonego do romantyczności.

Tamtego dnia… poczułam do niej prawdziwą sympatię. Miałam jakieś przeświadczenie… że gdyby nie to, jaka byłam i kim była ona… nasza relacja mogłaby się pogłębić.

Mogłybyśmy zostać przyjaciółkami.

Jednak nigdy jej tego nie powiedziałam… nie powiedziałam, póki znów jej nie spotkałam.

Po mojej przemianie — po tym, kiedy wszystkie moje mury prysły, wszystkie ograniczenia zniknęły i stałam się sobą… tą sobą, którą tworzyłam w swoich książkach.

A stałam się nią po kilku tygodniach spędzenia w Leżu.

Jednak te tygodnie… utwierdzały mnie tylko w przekonaniu, że nie byłam ważna i nadal nie jestem. Aż zaczęłam myśleć, że znalazłam się tu przez zwykły przypadek.

Zaczęło się od przebudzeń magii. Wpierw jednej osoby, potem drugiej… aż pewnego dnia odkryliśmy, że magia przebudziła się we wszystkich… tylko nie we mnie.

— Ofiara pozostanie ofiarą — śmiała się Aga, kiedy Królowa zebrała nas wszystkich i okazało się, że tylko we mnie nie przebudziła się moc.

Nie rozumiałam tego. Miałam największą wiedzę — byłam pewna, że gdybym zyskała moc, umiałabym panować nad nią lepiej niż każdy w tej sali.

Dlaczego… Dlaczego więc tylko ja nie dostałam magii?

— Wracaj do swoich książek — śmiała się ubawiona, podczas gdy ja czułam, jak moja siła się sypie, jak cała moja nadzieja, że w końcu będę dla kogoś użyteczna, zwyczajnie znika.

— Elizabeth… — zaczęła Królowa, lecz ja obróciła się do niej tyłem, mówiąc przez łzy:

— Ona ma rację… do niczego się nie nadaję. Nawet nie mogę w niczym pomóc!

— Elizo poczekaj — przytrzymał mnie Ron.

Kiedyś… kiedy byliśmy dziećmi, kochałam się w nim na zabój, nawet chodziliśmy ze sobą przez chwilę. Kiedy spotkaliśmy się po latach na spotkaniu klasowym, on przywitał mnie najserdeczniej ze wszystkich, mówiąc, że nie mógł się doczekać, aż przyjdę.

I przez te kilka tygodni tutaj okazał się dla mnie wsparciem, jakim — tak prawdę mówiąc — nigdy nikt obcy dla mnie nie był.

— Fakt, tylko ty zostałaś, ale to nie znaczy, że nie zdobędziesz mocy… — urwał, kiedy spojrzałam na niego ze łzami.

— Sam w to nie wierzysz.

— Eli… — urwał, ponieważ na suficie, nad naszymi nasza głowami, nagle pojawił się pentagram, który w tym świecie był znakiem teleportacji.

Od razu mnie złapał i wszyscy uciekliśmy od stołu, na którego „wypadł” ze znaku demon.

— Jak? — Królowa nie mogła w to uwierzyć. — Jak to przedostało się do zamku?!

Ron zostawił mnie przy ścianie i wszyscy rzucili się, by zabić demona.

Instynktownie spojrzałam na Królową, by sprawdzić, czy jest bezpieczna… i przeraziłam się, widząc za nią kolejny teleport.

— Lady Leno! — krzyknęłam, rzucając się do niej, by ją odepchnąć.

— Co… — wpadłam na nią, odrzucając silnie z dala od zagrożenia, aż ta padła z impetem na ziemię. — Elizo! — krzyknęła przerażona, kiedy to mnie, zamiast ją, pochwycił dym, wydobywający się z pentagramu.

To coś mnie dusiło — a ja nie miałam mocy, by z tym walczyć.

Widziałam, jak tamci próbują pokonać demona i mi pomóc… lecz wtedy spojrzała na mnie Ona — Aga… i uśmiechnęła, na co macki jakby zareagowały, wciągając mnie do środka.

To dlatego — to dlatego ktoś przełamał bariery zamku. A raczej… nie musiał tego robić.

Bo była w środku osoba, która pomogła mu w zamachu.

— Elizo! — słyszałam krzyk Królowej, widziałam, jak podbiega, chcąc mnie złapać…

Lecz portal wciągnął mnie całą, zabierając do miejsca, którego nigdy nie chciałam poznać.

Zabrał mnie do ciemności. Zabrał do miejsca, od którego ów świat zdobył swą nazwę.

Zabrał mnie do jego wnętrza, nazywanego Leżem Demonów.

Śmierć i Odrodzenie

Rozdział 1

Elizabeth


Umierałam w kałuży własnej krwi. Pogrążona w mroku — zesłana do ciemnego, pełnego demonów miejsca przez zaklęcie, które — jak podejrzewałam — wcale nie miało zabrać tu kogokolwiek.

Bo po prostu nie wierzyłam, że chciano wysłać tutaj Królową. Jednak — z jakichś nieznanych mi przyczyn — portal wyrzucił mnie właśnie tutaj.

Do Leża Demonów — podziemnego świata Krainy Leża, w której spędziłam ostatnie kilka tygodni.

Wiedziałam o tym miejscu z książek z Królewskiej Biblioteki. Tak wiele ich przeczytałam przez te tygodnie — chłonęłam informacje z nich jak gąbka, przewyższając wiedzą wszystkich, którzy przybyli ze mną do tego świata.

Chciałam być gotowa na moc… tymczasem wykrwawiałam się bez niej, podczas gdy demony, które mnie zaatakowały, jak tu wpadłam, walczyły między sobą o to, który mnie zje.

Tak… miałam zostać pożarta. Dlatego modliłam się o śmierć — nie chciałam umrzeć czując, jak demony zjadają moje ciało.

Nawet już nic mnie nie bolało — ból zniknął, kiedy upadłam i wraz z każdym mililitrem wyciekającej ze mnie krwi czułam, jak ogarnia mnie coraz większe odrętwienie.

Tylko moje myśli szalały. Miotałam się między myślą, że chcę już umrzeć, a pragnieniem, by ktoś mnie uratował.

„Ktoś…” — pomyślałam jednak w pewnej chwili. — „Tylko Kto”?

Nie byłam ważna — dla nikogo, Nigdy. Nawet teraz majaczył mi przed oczami obleśny uśmiech Agi — i wiedziałam, że wkrótce na Królową Lenę znów nastanie zamach.

Nikt mnie nie uratuje. Nikt nie wiedział, gdzie jestem, a nawet, gdyby wiedział, to nie przybyłby, by mnie uratować.

Byłam sama — tak, jak zawsze.

I umierałam w samotności, ze świadomością, że nikt nawet nie będzie po mnie płakał.

Na co było moje życie? Po co zostałam tutaj wezwana? Chyba tylko po to, by zostać cholerną karmą dla demona.

„Karmą” — to słowo zaczęło we mnie rezonować, ledwo o nim pomyślałam. A kiedy moje oczy padły na walczące demony, coś sobie uświadomiłam.

Nie chciałam tego. Nie chciałam być pożarta… nie chciałam skończyć w ten sposób.

Zapomniana… Nie obchodząca nikogo.

„Kurwa!” — krzyknął mój wewnętrzny głos, w taki sam sposób, jak lata temu, kiedy mój charakter zaczął zwyciężać nad złamaną wolą. — „Nie po to przeżyłaś! Nigdy nie próbowałaś odebrać sobie życia — Nigdy, choć chciałaś! Obiecałaś sobie coś, pamiętasz?! Obiecałaś, że nie umrzesz, choćby tylko po to, by zrobić im wszystkim na złość! By pokazać, że jesteś silniejsza, niż oni wszyscy razem wzięci!”.

„Tak” — przyznałam rację głosowi, równocześnie zaciskając drżącą dłoń na kawałkach kamieni, na których leżałam. — „Tylko co mam zrobić? Nie mam już sił…”.

„Zwyczajnie przeżyj!” — moje oczy otworzyły się szeroko. — „Myśl, kim jesteś, a nie kim powinnaś być!”.

„Kim powinnam”…

To prawda — zawsze sobie wmawiałam… że powinnam być dobra. Że powinnam być spokojna, ciepła, otwarta… zawsze miła, wręcz urocza, by ludzie mnie lubili…

„Nie potrzebujesz ich! Tyle lat byłaś sama — umiesz żyć bez nich! Twoja dawna klasa cię zniszczyła, lecz odrodziłaś się silniejsza!”.

Tak, byłam silniejsza… lecz…

„Nie ma żadnego „Lecz”! To wszystko jest tylko w twojej głowie! To tylko twoje ograniczenia, twój strach!”.

Ale jak mam…

„Wiesz jak! Wiesz, dlatego przestań pieprzyć! Przestań oszukiwać samą siebie — wstań i w końcu bądź sobą!”.

Zamknęłam oczy… a jednak niemal widziałam drugą siebie, opierdzielającą mnie z góry na dół.

„Choć raz pomyśl o sobie! Przestań myśleć o innych — nie są ciebie warci! Gdyby byli, już dawno by cię uratowali! Już dawno przestałabyś być samotna! Jeśli teraz umrzesz, już nigdy nikogo nie uszczęśliwisz — nie spotkasz swojego idealnego faceta mówiąc, że jesteś jego największym szczęściem!”.

Kiedy to usłyszałam, poczułam na ustach uśmiech.

„On gdzieś tam jest — czeka, aż wstaniesz i w końcu będziesz naprawdę sobą! Aż staniesz sią tą, którą jesteś!”.

Tą… którą jestem.

Westchnęłam leciutko z tą myślą… i moje serce zabiło po raz ostatni.

Rozdział 2

Elizabeth


Jedno uderzenie… potem drugie, trzecie…

Otworzyłam gwałtownie oczy, czując, jak cała krew, która się pode mną zebrała, zostaje z powrotem wchłonięta do mojego ciała — jak rany zamykają się w cichym sykiem, który wydobył się również z mojego gardła.

Walczące niedaleko mnie demony nagle zaprzestały walki, chcąc się na mnie zaczaić. Ja jednak uniosłam się powoli na kolana… i gdy się na mnie rzuciły, wokół mnie pojawiła się bariera wiatru, która przy okazji rozszarpała je na kawałki.

— …no proszę — rzekłam cicho, po czym wstałam i przeciągnęłam się silnie, czując na ustach szeroki uśmiech. — Czyli musiałam kojfnąć, żeby zyskać moc? Ten świat ma na serio popieprzone poczucie humoru.

Nagle usłyszałam dziwne ryki i zerknęłam kątek oka na biegnące na mnie demoniczne niedźwiedzie.

— Nie radzę — ostrzegłam, lecz nie usłuchały.

Po chwili i one padły martwe, stykając się z moją wietrzną barierą.

Westchnęłam cicho… po czym spojrzałam do tyłu, na stado demonicznych lisów.

— Też chcecie skończyć w ten sposób? — zapytałam. — Dla mnie bomba — i wyszczerzyłam zęby w dzikim uśmiechu. — Czekam na was.

Te jednak okazały się mądrzejsze i się wycofały.

— Phi — burknęłam. — Zawracanie tyłka.

Poruszyłam ramionami, potem głową, a na końcu podskoczyłam.

— Cóż… przynajmniej nic mnie nie boli — zauważyłam, po czym spojrzałam na siebie z niesmakiem. — Ale wyglądam jak gówno — i zamyśliłam się.

Po chwili spojrzałam na swoje ręce.

— Sprawdźmy… — i spróbowałam coś, o czym od lat skrycie marzyłam.

Po chwili moje potargane, przesiąknięte krwią ciuchy, zmieniły się w wygodne, czarne, skórzane spodnie, czarny top i nałożony na to czarny płaszcz… o którym od lat marzyłam, ubierając w niego swoje bohaterki.

— Ja pierdziele, jestem cudna — oszacowałam, patrząc na siebie w wykreowanym magicznie lustrze. — Jeszcze buty…

Po chwili miałam na nogach bardzo wygodne, czarne trapery na grubej podeszwie, które idealnie pasowały do ogółu.

— Dobra, ubrana jestem — stwierdziłam w końcu, rozglądając przy okazji po otaczających mnie skałach. — Ale jak, do diabła, mam stąd wyjść?

I ruszyłam w nieznane.

Tak umarłam… i Odrodziłam się na nowo.

Choć w tamtym momencie jeszcze nie zwróciłam uwagi, jak się czułam.

A czułam się po prostu Wolna — Wolna od łańcuchów, którymi się oplatałam, wolna od przeszłości, która przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

W końcu… czułam się w pełni sobą. I zachowywałam się jak prawdziwa ja, ta, którą ukrywałam głęboko w swoim sercu.

Obecna ja była nie tylko silna magicznie — była również silna duchem. Pewna tego, kim jest i jaką ma wartość. Ta ja nie myślała już w kategoriach „muszę się dostosować — muszę się słuchać”. Ona stawiała na pierwszym miejscu przede wszystkim samą siebie.

Swoje pragnienia. Swoje cele. A moim obecnym celem było się stąd wydostać… i wrócić do Królestwa, gdzie pragnęłam dać komuś popalić.

Mnie się nie zdradzało — mnie się nie olewało.

Aga nawet nie wiedziała, co na siebie sprowadziła.

A sprowadziła na siebie mój gniew, moją nienawiść... i prawdziwa, obecna ja, nie miała zamiaru się z nią szczypać.

Zabiję ją — i każdego, kto stanie mi na drodze.

Litość nie była moim znamieniem. Wyzbyłam się jej w chwili, kiedy ujrzałam jej uśmiech.

Aga zawiodła… a ja przestałam trzymać to słowo w swoim słowniku.

Wiedziałam jednak, że wpierw muszę się stąd wydostać — i miałam na to kilka pomysłów, a przynajmniej do chwili, kiedy na mojej drodze stanął dość spory, demoniczny tygrys.

Tygrys… który, jak do tej pory, jako jedyny miał dla mnie w planie co innego, niż próba zjedzenia.

— Czego kotku? — zapytałam go, nie oczekując niczego prócz ataku.

Cóż… widać i nową mnie mogło coś zaskoczyć.

Król Demonów

Rozdział 1

Elizabeth?


Hm… — mruknęłam, patrząc na wielkie wrota, do których zostałam przyprowadzona.

Tak. Przyprowadzona.

Spotkany przeze mnie demoniczny tygrys, jak się szybko przekonałam, nie chciał mnie zjeść — chciał jednak, bym za nim poszła.

A ja uznałam, że i tak nie mam nic do stracenia — zawsze było to lepsze niż stanie w miejscu, na dodatek takim, gdzie roiło się od demonów.

Głównie ze względu na demony — byłam na tyle wspaniałomyślna, że uznałam, że nie będę na nie polować, jednak inaczej miało się to do tych, które mnie atakowały. Tych nie miałam zamiaru oszczędzać, dlatego sam fakt, iż jeden z nich kazał mi za sobą iść, bardzo mnie zaintrygował.

Tygrys nie mówił, lecz miał inteligentne spojrzenie — całkiem inne niż dotąd napotkane przeze mnie demony. Wiedziałam instynktownie, że — choć nie mówi — rozumie mnie doskonale, szczególnie że, po moim pytaniu, kiedy go ujrzałam, obrócił się do mnie tyłem, wyraźnie kiwając głową, bym za nim poszła.

I tak — po jakiejś godzinie kluczenia, na dodatek obserwowana przez inne demony — doszłam do tych drzwi.

Co interesujące, to im bliżej nich byłam, tym więcej wyczuwałam wokół siebie demonów. Te jednak trzymały się ode mnie z daleka, jakby nie chciały mi przeszkodzić w dojściu do celu.

I tak trafiłam tutaj. Jednak…

— Chcesz, żebym tam poszła? — wskazałam na drzwi, patrząc na tygrysa, który siedział niedaleko, obserwując moje poczynania.

Od razu pokiwał głową… lecz ja na jego gest westchnęłam ciężko, łapiąc pod boki.

— Naprawdę uważasz, że wejdę do jakiejś zamkniętej pieczary, wewnątrz demonicznego Leża, bez wiedzy, co może być w środku? Myślisz, że kretynkę znalazłeś?

Co ciekawe… opadły mu uszy! Jakby zrobiło mu się przykro! No to był ruch godny demonów, które do tej pory spotkałam!

Był słodki… za słodki — jak demon może być taki uroczy?

Nagle zauważyłam, że ten nad czymś myśli, a jego długi ogon miota się przy tym leciutko.

Tak… zdecydowanie słodziak.

W końcu jednak przestał się namyślać i podszedł do bocznej ściany pieczary, pokazując mi, że mam do niego podejść.

Podeszłam i spojrzałam tam, gdzie on… a ściana przed nami zajaśniała napisem.

Dziwnym… totalnie z tego świata.

— …normalnie bym ci powiedziała, byś sobie te napisy wsadził w tyłek — wyznałam, aż drgnęło mu z irytacji ucho.

Jezu… coraz słodszy.

— Pochodzę z innego świata — wyznałam mu, aż spojrzał na mnie zaciekawiony. — Dlatego nie znam tych waszych antycznych pism… jednak myślę, że coś na to poradzimy.

Rozejrzałam się dookoła, szukając dość sporej, płaskiej, pustej przestrzeni.

I znalazłam taką tuż pod jedną ze ścian.

— Nada się — orzekłam i spojrzałam na jaśniejące napisy, których tłumaczenie zaczęło ukazywać się na pustej ziemi, którą wybrałam.

Dla wyjaśnienia: użyłam magii, by ta przetłumaczyła widziany przeze mnie tekst na taki, bym zrozumiała jego znaczenie i gdy przeleciałam wzrokiem cały napis, podeszłam do miejsca, gdzie „przelałam” jego tłumaczenie.

A to, co przeczytałam… okazało się jeszcze ciekawsze, niż sądziłam.

Rozdział 2

Elizabeth?


„Zamknięty na wieczność. Zamknięty do czasu Odrodzenia. Niegdyś Władca, teraz więzień wiecznego życia. Nieśmiertelny upadły — ten, którego życie przestało mieć znaczenie.

Tu spoczywa osoba, którą kochano — i ta, którą zdradzono w najokrutniejszy sposób. Obdarty z resztki mocy został uśpiony, nie mogąc prawdziwie umrzeć.

Ty, który czytasz te słowa wiedz, że komnata kryje w sobie nieskończone światło i najskrytszą ciemność. Jedynie ci mający w sobie potężną moc, będą mogli cieszyć się jej zawartością.

Cieszyć… lub napotkać w niej samą śmierć”.

— Hm… — znów mruknęłam, aż stojący obok mnie tygrys skupił na mnie uwagę. — To wygląda… — rozejrzałam się. — …niekompletnie.

Tygrys aż postawił uszy na moje słowa, lecz ja poczułam na ten widok tylko jedno: przemożną chęć, by je wymiziać.

— Jest tutaj coś jeszcze? — zapytałam go jednak, walcząc z pokusą.

Ten przyjrzał mi się badawczo, lecz po chwili zabrał mnie do jeszcze jednego napisu, z którym zrobiłam to samo, co z poprzednim.

I w końcu dostałam jakieś konkretne informacje.

„Tu spoczywa Tanos Aertam — Król Demonów”.

Król Demonów… no proszę. A Tanos Aertam… znałam te personalia.

Czytałam o Tanosie Aertamie w książkach historycznych tego świata — były to jedne z wielu ksiąg, które po otwarciu w magiczny sposób zmieniały formę pisma dla osoby czytającej, pokazując treść w języku, który znała. Wracając jednak do rzeczy, Tanos był ostatnim spośród Demonicznych Królów, który panował nie ze względu na dziedziczenie, tylko wybór władcy.

Niegdyś Podziemie i Kraina nad nim były wspólne i — jak od razu zauważyłam — historia Leża była odwrotnością tego, co mówiła historia Ziemi.

My dopiero po latach zdołaliśmy się zjednoczyć i utrzymać porządek… tymczasem tutaj, od samego początku, ludzkość żyła w zgodzie z Demonami, lecz wraz zbiegiem czasu zaczęły pojawiać się coraz ostrzejsze konflikty, które doprowadziły do rozłamu.

Demony „zeszły” pod ziemię, oprócz tych, które oddały się w ręce ludzi, by móc żyć na powierzchni. I — wbrew pozorom — nie mówiłam tutaj o zwierzęcych demonach.

Przede wszystkim chodziło o demoniczny lud, który niewiele różnił się wyglądem od normalnych ludzi. Mieli oni jednak inne podstawy mocy i inne sposoby myślenia.

Po tym, jak Tanos Aertam został uznany za martwego, władzę przejął jego doradca… który zniósł demokrację, wprowadzając panowanie jak w dynastiach.

I od tego, jak łatwo było pojąć, zaczęło się wszystko psuć.

Zamknęłam oczy i znów podeszłam do pierwszego napisu.

„Zamknięty na wieczność. Zamknięty do czasu Odrodzenia. Niegdyś Władca, teraz więzień wiecznego życia. Nieśmiertelny upadły — ten, którego życie przestało mieć znaczenie.

Tu spoczywa osoba, którą kochano — i ta, którą zdradzono w najokrutniejszy sposób. Obdarty z resztki mocy został uśpiony, nie mogąc prawdziwie umrzeć”.

Ten fragment… dawał mi naprawdę wiele do myślenia.

„Więzień wiecznego życia”… „Nieśmiertelny upadły”… do tego… „Ten, którego życie przestało mieć znaczenie”.

Jeśli miałam być szczera, to ze wszystkiego, co tu napisano, najbardziej nie podobało mi się trzecie z tych zdań.

Najbardziej poruszało resztki tego, co było moim sercem.

— Kotku… — zaczęłam cicho, zwracając do tygrysa. — Czy on… jest twoim panem?

Ujrzałam autentyczne zdumienie na jego pysku, które jednak zaraz zastąpiła powaga. A kiedy pokiwał łbem, ja z namysłem włożyłam ręce do kieszeni.

— A czy on tam żyje? — dopytałam, na co znów pokiwał głową.

Odetchnęłam.

— No to nieźle — stwierdziłam. — Jednak… co to ma wspólnego ze mną? — zapytałam go w końcu. — Trafiłam tu przez przypadek i nieoczekiwanie zyskałam moc… ale to nie znaczy, że będę wstanie cokolwiek zrobić. Nawet nie jestem pewna, czy powinnam. Co jak to jakaś podpucha i ledwo tam wejdę i umrę? — i obróciłam się, gotowa odejść.

Wtedy usłyszałam jego ryk… usłyszałam jego desperację, jego panikę, aż się zatrzymałam.

Cholera… miałam myśleć o sobie. Miałam dać sobie spokój z ludźmi — złożyłam sobie taką obietnicę, gdy umierałam.

Kurwa — westchnęłam ciężko. — To był…

— Dobra, ostatni raz komukolwiek pomagam — oświadczyłam, patrząc na tygrysa, która aż otworzył pyszczek w radosnym grymasie.

Nie mogłam już…

— Ale w zmian, kiedy go uwolnię… — zaczęłam idąc do drzwi. — …Ty oddasz się w moje ręce i nawet nie spróbujesz mnie powstrzymać.

Od razu zesztywniał, bojąc się tego, co na niego szykuję, ale ja uśmiechnęłam się wrednie… i jednym podmuchem magii rozpieprzyłam wrota, wchodząc w ciszy do środka.

Nieśmiertelny Władca Demonów… który żył, choć od wydarzeń, o których czytałam, minęło w tym świecie jakieś tysiąc lat.

Ja to się miałam… a uznałam, że go uwolnię, bo jego przecudny Strażnik puścił mi słodką minkę.

Niech ten kociak się szykuje — będę go po tym miziać tak długo, aż padnie z wycieńczenia.

Jednak… jak się okazało, nie tylko on będzie miał wobec mnie dług.

Dług, który zostanie spłacony nie tylko mizianiem.

Lecz i własnym Życiem.

Tanos

Rozdział 1

Tanos


Ile już minęło? Jak długo… byłem tutaj zamknięty?

Nie wiedziałem… i, tak prawdę mówiąc, już dawno przestało mnie to obchodzić.

Zostałem zdradzony — zdradzony przez człowieka, który niegdyś był mi niczym brat. Brat… którego, od czasu zamknięcia, bardzo długo pragnąłem zabić własnymi rękoma.

Wspomnienie uderzenia — przebicia mojego serca srebrnym mieczem — nadal przywoływało echo tamtego bólu. Bólu… który jako jedyny we mnie pozostał, trzymając umysł w miarę klarownym.

Przez ten cały czas na przemian spałem i się budziłem, aż w końcu przestałem chcieć się budzić.

Przestałem chcieć czegokolwiek.

Powoli zapominałem przeszłość — zapominałem, kim tak naprawdę jestem.

Ponieważ nie miałem dla nikogo znaczenia — ponieważ zapomniano o mnie kompletnie.

I — tak naprawdę — sam również chciałem zapomnieć, tyle że nie mogłem.

Moim brzemieniem — moja klątwą było wieczne życie. Niegdyś nie przejmowałem się tym myśląc, że bycie nieśmiertelnym musi mieć swoje plusy.

Jednak przestałem tak myśleć. Przestałem, widząc i czując tylko ciemność.

Moje ciało przestało chcieć jeść — przestało pragnąć wody, przestało czuć cokolwiek. A jednak… mój umysł nadal działał.

Dość długo łudziłem się, iż pewnego dnia ktoś mnie znajdzie — że uwolni mnie z tego miejsca, z tego piekła bez płomieni.

Jednak przestałem wierzyć.

Aż pozostała we mnie tylko pustka, taka sama, jak otaczająca mnie cisza.

Trzask.

Coś… Czy ja usłyszałem jakiś dźwięk? Niemożliwe — do tego miejsca nie istniało żadne przejście…

— Uch, ale tu śmierdzi. Jak on daje radę tu oddychać?

Głos. Czy ja… słyszałem głos?

Głęboki, lecz miękki — pomimo silnego brzmienia, kryjący w sobie pokłady ciepła. Kobiecy…

Krok… wpierw jeden, potem drugi… i nagle, na moje zamknięte powieki, padło coś znajomego, lecz wpierw nie rozumiałem, co się dzieje.

Czy to… było światło?

Otworzyłem oczy i w końcu ujrzałem coś poza mrokiem.

Komnata była oświetlona — wszystkie magiczne lampy jaśniały z powodu czyjejś obecności w pieczarze. Jednak czyjej… nie wiedziałem.

— Czyli mam iść tutaj, tak? — pytał głos, lecz nie mnie… i nagle ujrzałem przed sobą postać.

Była czarna jak mrok, który do tej pory mnie otaczał, lecz jej włosy… były białe. Jasne niczym dawno zapomniany przeze mnie księżyc.

— O kurde — osoba zesztywniała, patrząc w moim kierunku. — Tu na serio jest jakiś facet! — i ruszyła do mnie biegiem.

Ujrzałem kobietę — nie mogłem się mylić. Miała coś na nosie, co częściowo kryło jej oczy… lecz i tak ich głęboki, zielony kolor sprawił, że zasypały mnie miliony wspomnień z czasów, kiedy widziałem świat.

Kobieta stanęła niedaleko mnie, przyglądając mi pięknymi oczami… patrząc w moje własne spojrzenie.

Tak dawno… tak dawno nie widziałem człowieka, tak dawno nie czułem tylu uczuć. Lecz najbardziej… zadziwił mnie pociąg, jaki do niej poczułem.

Jakby jej oczy zagarniały mnie… jakbym należał już tylko do niej.

W końcu ujrzałem, jak ta podchodzi do mnie bliżej i kieruje do mnie swoje następne słowa:

— Widzisz mnie?

Zamrugałem i wolno skinąłem głową.

— Jasna cholera — rzekła wtedy i zrobiła wkurzoną minę. — Ja to jednak mam za miękkie serce, nawet śmierć tego nie zmieniła.

Śmierć? O czym ona mówiła? Przecież… żyła. Żyła… i była piękna.

— Posłuchaj — zwróciła się do mnie konkretnym tonem. — Wyciągnę cię z tego, tylko musisz mi zaufać.

Zaufać… myślałem, że już dawno pozbyłem się tego słowa ze swojego życia. A jednak… jednak jakaś część mnie zapragnęła zaufać ostatni raz.

Zaufać Jej.

Rozdział 2

Tanos


Pokiwałem w milczeniu głową i ujrzałem, jak ta podchodzi do magicznej klatki, w której byłem uwięziony — przywiązany wewnątrz niej za ręce i nogi.

— …nie… — zdołałem szepnąć, kiedy chciała dotknąć klakę.

Usłyszała mnie jednak i zamarła, patrząc mi w oczy.

— Może mnie zaatakować?

Przełknąłem ślinę, czując — po raz pierwszy od wieków — że mam suche gardło. Nie zdołałem znów odzyskać głosu, więc tylko kiwnąłem głową.

Kobieta spojrzała na kraty… po czym ujrzałem na jej twarzy dziki, niebezpieczny uśmiech.

Uśmiech… który okazał się moją zgubą.

— No i bomba! — krzyknęła z szaleńczą radością, łapiąc silnie za pręty.

Magia mojego więzienia zerwała się potężnym kopem, chcąc ją zaatakować, lecz jej reakcją był tylko śmiech.

I śmiała się tak przez cały czas, podczas gdy atakująca ją magia rosła… rosła, lecz nie wpływała na nią w najmniejszym stopniu. Zrozumiałem, że nie ważne, jak silną magią mnie spętano, ona jej nawet nie czuła.

Dlatego… ponieważ odrzucała ją swoją własną na boki, walcząc z jej naporem.

— No i co to za łaskotki? — krzyknęła rozochocona. — Tak pieprzyli, że wasza magia nas nie zna i będzie nas atakować podwójnie, a to cholerne gilgotki!

I nagle zaczęła ciągnąć — ciągnąć tak silnie, iż pręty zaczęły się uginać, pękać, aż w końcu zostały wyrwane, a magia klatki przestała działać.

Byłem… zdumiony. Zdumiony jej zachowaniem, słowami… lecz przede wszystkim jej podejściem.

— No wiecie co — burknęła, patrząc na pręty, które zostały jej w rękach. — Nie sądziłam, że będą aż takie badziewne.

Po chwili odrzuciła je na bok i weszła do klatki. Jednak, kiedy chciała dotknąć moich nadgarstków, magia znów zaatakowała, aż odskoczyła… a pomiędzy nami ukazał się napis.

Zamrugała na jego widok i rzekła zniesmaczona:

— Zaś te bohomazy.

Jednak ujrzałem, jak po chwili — na podłodze pod naszymi stopami — ukazuje się inny napis, który okazał się tłumaczeniem tego między nami.

„To ten, który przyniesie śmierć. Ten, którego uwolnienie wywoła chaos. Niespętany zniszczy obecny świat — jego zemsta zgładzi całe Leże”.

Nie… to nie prawda… — pomyślałem, czując zwykłą desperację. — Już nie chciałem się mścić — chciałem tylko móc stąd wyjść, odzyskać wolność.

Chciałem móc w końcu odetchnąć. Chciałem znów żyć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 29.44