WARSZAWA
Minęło sześć miesięcy od ostatecznej bitwy na Syberii. Krzysztof Kowalski wrócił do rutyny warszawskiego komisariatu, choć wciąż myślał o twarzach przyjaciół, których poznał w globalnej walce. Sprawa Gwardii Sary była zamknięta, a świat wydawał się bezpieczny.
Jego spokój przerwał telefon. Numer kierunkowy był brytyjski. To był kontakt ze Scotland Yardu, kolega zmarłego inspektora Johna Daviesa.
— Komisarz Kowalski? Mam złe wieści. John Davies nie żyje. Został zamordowany.
Kowalski poczuł ucisk w żołądku. Davies był flegmatycznym, dobrym policjantem. Kto mógłby go zabić?
— Zostawiono znak — powiedział głos w słuchawce, a Kowalskiemu przeszły dreszcze. — Symbol. Oko Horusa, ale z dodanym, krwawym krzyżem.
Zemsta. Ktoś, kto przeżył upadek Gwardii Sary, szukał sprawiedliwości na własną rękę, mszcząc się na tych, którzy pokonali Barona i Raoula.
Kowalski wiedział, że pokój się skończył. Musiał zebrać swój zespół — Anwara, Sarę, Rydera, Marię, Bena i resztę — i powstrzymać nowy cień, który wisiał nad nimi. Czas zemsty nadszedł, a stawka była wysoka — życie jego przyjaciół i globalne bezpieczeństwo.
LONDYN
Krzysztof Kowalski wylądował na Heathrow kilka godzin później. Londyn powitał go deszczem i mgłą, atmosferą, która idealnie pasowała do jego nastroju. Na lotnisku czekał na niego inspektor Thomas Black, postawny Anglik o zmęczonych oczach i szorstkim uśmiechu.
— Komisarz Kowalski — powiedział Black, podając mu rękę. — Dziękuję, że pan przyjechał. Sprawa jest skomplikowana.
Pojechali prosto do mieszkania Daviesa. Było to eleganckie, ale skromne mieszkanie w spokojnej dzielnicy Londynu. Miejsce zbrodni było zabezpieczone, a technicy kryminalistyki Scotland Yardu pracowali nad dowodami.
Kowalski, z uwagą doświadczonego śledczego, przyglądał się każdemu szczegółowi. Ciało Daviesa zostało już zabrane, ale na ścianie, nad kominkiem, widniał symbol — Oko Horusa z krwawym krzyżem.
— Znak zemsty — mruknął Kowalski. — Ktoś, kto przeżył.
Black, patrząc na symbol, westchnął ciężko. — Nie wiemy, co oznacza ten symbol. Nie mamy śladów. Morderca był precyzyjny.
Kowalski przykucnął, badając podłogę. Zauważył coś — maleńki, ledwo widoczny odprysk farby, koloru czerwonego. To był mikroślad, który mógł być kluczem do rozwiązania zagadki. Zebrał go ostrożnie do woreczka strunowego.
— Mamy coś — powiedział do Blacka. — Coś, co może nam pomóc.
Hotel, w którym zatrzymał się Kowalski, stał się centrum dowodzenia. Po kilku godzinach, zespół zaczął się zbierać.
Alex Ryder, Maria Chavez i Ben Carter z Miami przybyli pierwsi, niosąc ze sobą przenośny sprzęt laboratoryjny.
Potem dotarli Sara Jasińska, Anwar Al-Zahra i Zaina, ich kontakt z Bliskiego Wschodu. Nawet Iwan Pietrow z Rosji przybył, by pomścić swojego przyjaciela, Daviesa.
Atmosfera była mieszanką żalu, złości i determinacji. Wszyscy czuli, że to, co się stało, jest ich winą, że cena sprawiedliwości jest wysoka.
Maria Chavez i Ben Carter natychmiast zajęli się analizą mikrośladu. Okazało się, że to rzadki rodzaj farby, używanej do malowania jachtów, w konkretnej stoczni w Londynie, należącej do konsorcjum, którego głównym udziałowcem był… Romanow.
Okazało się, że Romanow, choć pokonany na Syberii, przeżył i kontrolował sieć spiskowców, którzy szukali zemsty na tych, którzy pokonali ich organizację. Stocznia była ich bazą operacyjną.
— Mamy cel — powiedział Ryder, patrząc na mapę stoczni. — Czas na akcję.
Hotelowy pokój zamienił się w centrum dowodzenia. Mapy stoczni Romanowa w Londynie pokrywały każdą wolną powierzchnię. Zespół, zjednoczony wspólnym celem — zemstą za Daviesa i powstrzymaniem Romanowa — pracował z precyzją i determinacją.
Ryder, Maria i Ben, z laptopami i dronami, analizowali systemy bezpieczeństwa, kamery i patrole. — Stocznia jest dobrze chroniona, ale ma słaby punkt przy rzece — powiedział Ben, wskazując na mapę. — Stary kanał odpływowy.
Anwar i Zaina, korzystając ze swoich kontaktów w londyńskim półświatku, zdobyli informacje o pracownikach, zmianach warty i ukrytych magazynach. — Romanow używa stoczni jako bazy przeładunkowej. Przemyca broń i ludzi — dodała Zaina.
Plan był ryzykowny, ale wykonalny. Kowalski i Pietrow mieli poprowadzić zespół uderzeniowy przez kanał odpływowy, by dostać się do głównego magazynu. Reszta zespołu, z zewnątrz, miała zakłócać systemy komunikacyjne i alarmowe.
— Wchodzimy o północy — powiedział Kowalski, patrząc na zegarek. — Bezczelność Romanowa jest jego słabością.
Czeka na nas.
Zespół był gotowy. Broń została sprawdzona, plany omówione, a determinacja w oczach każdego z nich była widoczna. Czas na zemstę nadszedł.
Noc była ciemna i deszczowa, idealna na infiltrację. Zespół Kowalskiego, w czarnych strojach i z bronią w ręku, wszedł do kanału odpływowego. Woda była zimna, a zapach rdzy i oleju unosił się w powietrzu.
Poruszali się powoli, w ciszy, omijając patrole i kamery, zgodnie z instrukcjami Rydera i Ben Cartera, którzy, z ukrytego vana, monitorowali sytuację. Dotarli do głównego magazynu, gdzie Romanow i jego ludzie ładowali skrzynie na statek.
— Mamy ich — szepnął Kowalski, a jego serce biło mocniej.
Rozpoczął się atak. Zespół, wykorzystując element zaskoczenia, rzucił się na ludzi Romanowa. Strzały rozbrzmiały, a walka w stoczni rozpoczęła się na dobre.
Kowalski, walcząc z ludźmi Romanowa, szukał samego oligarchy, ale ten, widząc, że przegrywa, rzucił się do ucieczki. Uciekł na małą łódź motorową i zniknął w mroku rzeki.
Nie udało im się złapać Romanowa, ale znaleźli coś innego — skrzynie pełne broni, mapy i laptop, który zawierał plany jego kolejnego ataku. Okazało się, że Romanow, w akcie desperacji, planuje zamach na siedzibę ONZ w Nowym Jorku, by zdestabilizować globalny porządek.
Mieli nowy cel — Nowy Jork. Czas uciekał, a stawka była globalna.
NOWY JORK
Po akcji w stoczni, Londyn stał się zbyt niebezpieczny. Zespół Kowalskiego, z laptopem Romanowa jako jedynym dowodem, uciekł do Stanów Zjednoczonych. Dzięki kontaktom Aleksa Rydera, udało im się zorganizować spotkanie z FBI i NYPD.
W samolocie do Nowego Jorku, Maria Chavez i Ben Carter pracowali nad laptopem, rozszyfrowując plany Romanowa. Okazało się, że planuje on atak terrorystyczny na siedzibę ONZ podczas ważnej konferencji pokojowej.
— Użyje bomby, ukrytej w dostawie humanitarnej — powiedziała Maria, pokazując schemat. — Ma też ludzi w środku, którzy pomogą mu w ewakuacji.
Zespół FBI i NYPD czekał na nich na lotnisku JFK. Agenci, choć sceptyczni wobec „nieoficjalnego” zespołu, wiedzieli, że stawka jest globalna. Stworzyli centrum dowodzenia w pobliskim budynku, skąd mieli nadzorować operację.
— Mamy kilka godzin do ataku — powiedział Kowalski, patrząc na zegarek. — Musimy znaleźć bombę i ludzi Romanowa, zanim będzie za późno.
Siedziba ONZ, symbol globalnego pokoju, stała się celem ataku. Tego dnia, w Nowym Jorku, panował chaos. Policja i FBI otoczyły budynek, a zespół Kowalskiego, z Benem i Marią przy systemach bezpieczeństwa, Anwarem i Zaina na ziemi (w przebraniu dziennikarzy), a Kowalskim, Ryderem i Pietrowem w środku (jako delegaci), byli gotowi do działania.
Atak rozpoczął się, gdy bomba, ukryta w dostawie, została aktywowana. Ale plan Romanowa był bardziej skomplikowany, niż myśleli. Bomba była tylko dywersją.
Prawdziwym celem było porwanie sekretarza generalnego ONZ i wymuszenie na nim dymisji, co miało zdestabilizować globalny porządek.
Romanow, ukryty w budynku, kontrolował sytuację, a jego ludzie, przebrani za ochronę, porwali sekretarza generalnego.
Zespół Kowalskiego musiał działać szybko, by go uwolnić i powstrzymać Romanowa.
Walka w ONZ rozpoczęła się, a stawka była najwyższa z możliwych — globalny pokój i bezpieczeństwo.
Budynek ONZ zamienił się w pole bitwy. Ludzie Romanowa, choć dobrze uzbrojeni i zorganizowani, nie byli w stanie sprostać zjednoczonej sile zespołu Kowalskiego.
Alex Ryder i Ben Carter, pracujący z tymczasowo zorganizowanym laboratorium kryminalistycznym w Nowym Jorku, przejęli kontrolę nad systemami bezpieczeństwa, pomagając zespołowi w nawigacji po budynku.
Anwar i Zaina, wykorzystując swoje umiejętności, zlokalizowali sekretarza generalnego i Romanowa w sali posiedzeń Rady Bezpieczeństwa ONZ.
— Mamy ich — szepnął Kowalski do Pietrowa. — Czas na ostateczną konfrontację.
Dotarli do sali posiedzeń. Romanow stał przy stole, z bronią w ręku, a sekretarz generalny, przerażony, patrzył na niego.
— Spóźniliście się, komisarzu — powiedział Romanow, uśmiechając się szyderczo. — Globalny porządek upadnie.
Kowalski, nie myśląc, rzucił się na Romanowa, a Pietrow, osłaniając go, walczył z ochroniarzami oligarchy. Walka była krótka i brutalna. Kowalski, wykorzystując element zaskoczenia, powalił Romanowa na ziemię, a ten, w akcie desperacji, sięgnął po nóż.
Padł strzał.
Romanow runął na ziemię, ciężko ranny i niezdolny do dalszej walki. Sekretarz generalny był bezpieczny, a zamach na ONZ udaremniony. Zespół, choć ranny i wyczerpany, odniósł zwycięstwo.
Po wydarzeniach w Nowym Jorku świat odetchnął z ulgą, lecz dla Kowalskiego sprawa nie była naprawdę zamknięta. Śmierć Daviesa i dokumenty przejęte od ludzi Romanowa wskazywały, że rozbita organizacja pozostawiła po sobie kontakty, pieniądze i ludzi rozsianych po kilku kontynentach.
WARSZAWA
Kowalski wrócił do Warszawy, a jego przyjaciele do swoich krajów. Wszyscy pozostali jednak w kontakcie. Kilka tygodni później na jego skrzynkę trafiła wiadomość z Brazylii dotycząca serii zaginięć w Amazonii. W załączonych materiałach pojawił się ślad prowadzący do tej samej międzynarodowej sieci. Zwycięstwo nad Romanowem zakończyło tylko jeden etap znacznie większej sprawy.
Kilka tygodni po wydarzeniach w Nowym Jorku, Krzysztof Kowalski wrócił do Warszawy, ale spokój był krótki. Otrzymał tajemniczą wiadomość od starego znajomego z Interpolu, który pracował w Brazylii. Wiadomość dotyczyła serii zaginięć aktywistów i naukowców w sercu Amazonii.
MANAUS
Kowalski, czując, że to może być coś więcej niż zwykłe zaginięcia, poleciał do Manaus, stolicy brazylijskiej Amazonii. Miasto było pełne życia, kontrastując z mroczną dżunglą, która je otaczała.
Spotkał się z majorem Silvą, szefem lokalnej policji, i Iarą, tubylczą przewodniczką z plemienia, które żyło głęboko w dżungli. Iara była młodą kobietą o przenikliwych oczach i głębokiej wiedzy o dżungli i jej sekretach.
— Kartel narkotykowy, dowodzony przez bezwzględnego Barona, kontroluje ten region — powiedział Silva. — Ale tubylcy mówią o czymś więcej, o duchu dżungli, który porywa ludzi.
Iara spojrzała na Kowalskiego. — To nie duch, to pradawna magia, którą kartel wykorzystuje do ochrony swoich plantacji. Odkryli artefakt, Serce Dżungli, które daje im moc nad naturą.
Kowalski, czując, że to kolejna globalna intryga, wiedział, że musi działać szybko. Zebrał zespół — Silvę, Iarę i siebie — i ruszyli w głąb Amazonii, by odkryć prawdę o Sercu Dżungli i powstrzymać kartel, zanim zniszczą dżunglę i świat.
Podróż z Manaus rozpoczęła się starą, zardzewiałą łodzią motorową, którą major Silva zdołał załatwić. Rzeka Amazonka była potężna i szeroka, pełna życia i niebezpieczeństw. Słońce prażyło, a wilgotność sprawiała, że oddychanie było trudne dla Kowalskiego, przyzwyczajonego do chłodniejszego klimatu.
Iara, siedząc na dziobie łodzi, wskazywała drogę, a jej oczy skanowały brzegi, szukając znaków. Silva, z bronią w ręku, był czujny, wiedząc, że kartel kontroluje rzekę.
— Kartel ma swoje posterunki w górze rzeki — powiedział Silva, wskazując na mapę. — Musimy ich ominąć.
Płynęli przez kilka godzin, a dżungla stawała się coraz gęstsza i bardziej pierwotna. Dźwięki zwierząt i owadów tworzyły kakofonię, która wypełniała powietrze.
Nagle, z zarośli na brzegu, rozległy się strzały. Ludzie kartelu, na szybkich łodziach, zaatakowali. Rozpoczęła się rzeczna bitwa. Silva, Kowalski i Iara, wykorzystując łódź jako osłonę, walczyli z napastnikami.
Walka była intensywna. Pociski świstały, a łódź Kowalskiego została uszkodzona. Musieli ją porzucić i uciekać do dżungli, by uniknąć schwytania. Udało im się, ale stracili łódź i większość zapasów.
Po ucieczce z rzeki, zespół ruszył pieszo w głąb dżungli, prowadzony przez Iarę. Dżungla była zielonym piekłem, pełnym pułapek, jadowitych zwierząt i nieprzeniknionej roślinności. Słońce z trudem przebijało się przez gęsty baldachim drzew, a wilgotność była przytłaczająca.
Kowalski, choć był w dobrej formie, miał problem z dostosowaniem się do trudnych warunków. Iara i Silva, przyzwyczajeni do dżungli, pomagali mu, ucząc go, jak przetrwać.
Podczas podróży, Iara opowiadała o Sercu Dżungli, pradawnym artefakcie, który dawał kontrolę nad naturą, i o tym, jak kartel go odkrył i skaził jego moc.
Nagle, dotarli do zniszczonego obozu aktywistów, którzy zniknęli. Był to dowód na to, że kartel jest blisko. Znaleźli też dziwny symbol wyryty na drzewie — symbol Serca Dżungli, ale skażony, mroczny.
— To znak, że jesteśmy blisko — powiedziała Iara. — Kartel kontroluje ten region, a ich baza jest niedaleko, ukryta w starożytnych ruinach, gdzie trzymają artefakt.
Po znalezieniu śladów, Kowalski, Silva i Iara ruszyli w stronę bazy kartelu. Teren był zdradliwy, a dżungla gęstniała z każdym krokiem. Iara prowadziła ich ukrytymi ścieżkami, omijając główne trakty i pułapki.
Z oddali, przez gęstą roślinność, w końcu zobaczyli obóz kartelu.
Były to starożytne ruiny, które zostały przekształcone w ufortyfikowaną bazę. Strażnicy, uzbrojeni po zęby, patrolowali teren, a wokół obozu widać było pola uprawne, gdzie rosły rośliny na narkotyki.
Kowalski, z lornetką, obserwował obóz. — Są uzbrojeni w broń wojskową. Profesjonaliści.
Silva, patrząc na obóz, skinął głową. — To ludzie El Diablo. Bezwzględni mordercy.
Iara, badając runy na murach ruin, dodała: — Chronią obóz magią. Serce Dżungli jest w środku, w głównej świątyni. Kartel wykorzystuje jego moc, by kontrolować dżunglę i chronić swoją bazę. Natura wokół obozu jest skażona, agresywna.
Plan był prosty, choć ryzykowny. Musieli zinfiltrować obóz, dotrzeć do świątyni i zniszczyć Serce Dżungli, zanim kartel zniszczy dżunglę i ucieknie z artefaktem. Czas na dyplomację się skończył.
Infiltracja obozu była trudna. Magiczne pułapki i uzbrojeni strażnicy sprawiali, że każdy krok był ryzykowny. Kowalski, Silva i Iara, wykorzystując element zaskoczenia i wiedzę Iary o magii dżungli, pokonali strażników i dotarli do głównej świątyni.
W środku, w ogromnej komnacie, stał El Diablo, baron narkotykowy, przy pradawnym ołtarzu, a przed nim, Serce Dżungli, potężny artefakt, który pulsował mroczną energią.
— Spóźniliście się — powiedział El Diablo, uśmiechając się szyderczo. — Kontroluję dżunglę!
Rozpoczęła się walka. Kowalski, Silva i Iara walczyli z El Diablo i jego ludźmi. Walka była brutalna, a magia dżungli, skażona przez El Diablo, atakowała ich zewsząd — pnącza, owady, nawet deszcz.
Kowalski, z pomocą Iary, która znała magię dżungli, rzucił się na Serce Dżungli i zniszczył artefakt. Moc dżungli, uwolniona, zniszczyła El Diablo i jego ludzi, a obóz został pochłonięty przez dżunglę.
Zwycięstwo było ich, a dżungla, choć ranna, zaczęła się leczyć.
Krzysztof Kowalski wrócił do Warszawy po misji w Amazonii, ale spokój był mu dany tylko na chwilę. Otrzymał tajemniczy e-mail od Niny Kloss, dziennikarki śledczej z Republiki Południowej Afryki, z którą współpracował Interpol. Pisała o zniknięciach ludzi w okolicach kopalni diamentów Cullinan, jednej z największych na świecie. Kopalnia należała do potężnej korporacji „Eboncorp”.
JOHANNESBURG
Kowalski, czując, że to kolejna intryga, poleciał do Johannesburga.
Miasto, pełne kontrastów, od luksusowych dzielnic po slumsy, przywitało go upałem i napięciem.
Spotkał się z Niną Kloss, odważną, młodą kobietą o przenikliwych oczach. Czekał na nich także Elias, były górnik, który stracił rodzinę przez „Eboncorp” i ich brutalne metody.
— Coś jest nie tak w kopalni Cullinan — powiedziała Nina, pokazując zdjęcia zaginionych. — Ludzie znikają, a korporacja ukrywa prawdę.
Elias, patrząc na Kowalskiego, dodał: — Znaleźli coś. Coś pradawnego, ukrytego głęboko pod ziemią. Diament, który nie jest diamentem, ale źródłem mocy, która zabija.
Kowalski wiedział, że to coś więcej niż zwykłe zaginięcia. Zebrał zespół — Ninę, Eliasa i siebie — i ruszyli w stronę kopalni Cullinan, by odkryć prawdę o Diamentach Krwi i powstrzymać korporację, zanim uwolnią pradawną moc.
CULLINAN
Podróż z Johannesburga do kopalni Cullinan odbyła się wynajętym, starym samochodem terenowym. Krajobraz zmieniał się z miejskiego zgiełku w surowe, suche tereny wiejskie, pełne farm i osad górniczych. Kopalnia, ogromna dziura w ziemi, była widoczna z daleka, otoczona wysokim murem i drutem kolczastym.
Nina, prowadząc samochód, była spięta. — Eboncorp kontroluje ten region. Ich ludzie są wszędzie, a policja jest opłacana.
Elias, siedząc obok Kowalskiego, patrzył na kopalnię z nienawiścią. — Tam zabili moją rodzinę. Tam jest ukryty ten diament.
Podróż trwała kilka godzin, a Kowalski czuł narastające napięcie. Dotarli do osady górniczej, gdzie, z pomocą kontaktów Niny, znaleźli schronienie w małym, ukrytym domu.
Tam, przy świecach, omawiali plan działania. Okazało się, że Eboncorp, pod przykrywką wydobycia diamentów, prowadzi nielegalną operację wydobywczą, szukając „Serca Ziemi”, pradawnego artefaktu ukrytego głęboko pod ziemią.
— Potrzebujemy planu kopalni — powiedział Kowalski. — Musimy wiedzieć, gdzie jest ukryty ten artefakt i jak się tam dostać.
Elias, choć nie miał planów, znał kopalnię jak własną kieszeń. — Mogę was oprowadzić ukrytymi tunelami, starymi szybami, których nikt nie używa.
Plan był ryzykowny. Musieli zinfiltrować kopalnię, unikając strażników i kamer, by dotrzeć do Serca Ziemi, zanim korporacja uwolni jego moc i zniszczy świat.
Infiltracja kopalni Cullinan była trudna. Pod osłoną nocy, Kowalski, Nina i Elias, w strojach górniczych, weszli do kopalni przez stary, opuszczony szyb. Wnętrze kopalni było ciemne, ciasne i pełne pułapek.
Poruszali się powoli, w ciszy, omijając patrole, kamery i ciężki sprzęt górniczy. Elias, jako przewodnik, znał każdą ścieżkę i tunel. Nina, z aparatem, dokumentowała nielegalne działania korporacji.
Nagle, dotarli do głównego szybu, gdzie widać było ogromny plac budowy, chroniony przez strażników. Tam, w centrum, w ogromnej komorze, leżało Serce Ziemi — gigantyczny diament, emanujący dziwną, mroczną energią.
— To Serce Ziemi — szepnął Elias, a w jego oczach czaił się strach. — Tam zabili moją rodzinę.
Okazało się, że Serce Ziemi było źródłem pradawnej mocy, którą korporacja chciała wykorzystać do kontrolowania świata. Musieli je zniszczyć, zanim będzie za późno.
Gigantyczny diament, Serce Ziemi, pulsował mroczną energią w sercu kopalni Cullinan. Wokół niego, technicy i naukowcy „Eboncorp” pracowali gorączkowo pod nadzorem bezwzględnego dyrektora generalnego korporacji, pana Blackwooda, mężczyzny o zimnych oczach i nienagannym garniturze.
Kowalski, Nina i Elias, ukryci w cieniu, obserwowali operację. Nina, z aparatem, dokumentowała wszystko, co widziała.
— Chcą wykorzystać moc diamentu do kontrolowania świata — szepnęła Nina. — Znalazłam dane, które potwierdzają, że Serce Ziemi może wpływać na technologię i umysły ludzi.
Elias, patrząc na diament, poczuł gniew. — To przez nich zginęła moja rodzina. Musimy ich powstrzymać.
Plan był prosty, choć ryzykowny. Musieli zinfiltrować główną komnatę, zniszczyć Serce Ziemi oraz powstrzymać Blackwooda, zanim uwolni moc artefaktu.
Infiltracja głównej komnaty była trudna, ale dzięki wiedzy Eliasa o kopalni i umiejętnościom Kowalskiego, udało im się. Wpadli do komnaty, a alarmy natychmiast się włączyły. Strażnicy i naukowcy rzucili się do walki, ale Kowalski, Nina i Elias byli gotowi.
Walka była brutalna i wyczerpująca. Nina, choć dziennikarka, walczyła z determinacją, dokumentując wszystko, co się działo, podczas gdy Kowalski i Elias, z bronią w ręku, walczyli ze strażnikami.
Blackwood, widząc, że przegrywa, rzucił się na Serce Ziemi, by aktywować jego moc. Ale Kowalski był szybszy. Z pomocą Niny, która dała mu detonator, który ukradła z laboratorium, rzucił się na diament i zniszczył go.
Moc Serca Ziemi eksplodowała, niszcząc komnatę i zabijając Blackwooda i jego ludzi. Kowalski, Nina i Elias, choć ranni, przeżyli.
WARSZAWA
Po wydarzeniach w RPA, Krzysztof Kowalski wrócił do Warszawy, ale spokój był mu dany tylko na chwilę. Otrzymał tajemniczą wiadomość e-mail od Andrei Petrov, siostry zaginionego kierowcy wyścigowego z Australii. Prosiła go o pomoc w śledztwie dotyczącym serii tajemniczych zaginięć kierowców w Sydney.
SYDNEY
Kowalski, czując, że to może być coś więcej niż zwykłe zaginięcia, poleciał do Sydney. Miasto, pełne słońca, plaż i ikonicznej Opery, kontrastowało z mroczną intrygą, która się w nim kryła.
Spotkał się z Andreą Petrov, byłą kierowcą wyścigową, obecnie dziennikarką śledczą, i Benem, byłym policjantem, który pracował nad sprawą zaginięć.
— Coś jest nie tak w świecie wyścigów samochodowych w Sydney — powiedziała Andrea, pokazując zdjęcia zaginionych. — Ludzie znikają, a policja ukrywa prawdę.
Ben, patrząc na Kowalskiego, dodał: — Znaleźli coś. Coś pradawnego, ukrytego w wraku statku, który może kontrolować umysły ludzi. Organizacja przestępcza „Cień Oceanu” wykorzystuje to, by kontrolować wyścigi i świat.
Kowalski wiedział, że to coś więcej niż zwykłe zaginięcia. Zebrał zespół — Andreę, Bena i siebie — i ruszyli w stronę portu w Sydney, by odkryć prawdę o wraku i powstrzymać organizację, zanim uwolnią pradawną moc.
Podróż z centrum Sydney do portu odbyła się szybkim, sportowym samochodem Andrei. Krajobraz zmieniał się z miejskiego zgiełku w surowe, portowe tereny, pełne kontenerów, dźwigów i statków. Port, ogromny i tętniący życiem, był widoczny z daleka, otoczony wodą i nabrzeżem.
Andrea, prowadząc samochód z prędkością, do której przywykła na torze wyścigowym, była spięta. — „Cień Oceanu” kontroluje ten port. Ich ludzie są wszędzie, a policja jest opłacana.
Ben, siedząc obok Kowalskiego, patrzył na port z nienawiścią. — Tam ukrywają wrak. Tam jest ten artefakt.
Podróż trwała kilka minut, a Kowalski czuł narastające napięcie. Dotarli do opuszczonego magazynu, gdzie, z pomocą kontaktów Andrei, znaleźli schronienie w małym, ukrytym biurze.
Tam, przy mapach portu i wraku, omawiali plan działania.
Okazało się, że „Cień Oceanu”, pod przykrywką legalnego biznesu, prowadzi nielegalną operację wydobywczą, szukając „Serca Oceanu”, pradawnego artefaktu ukrytego głęboko we wraku, który może kontrolować umysły ludzi.
— Potrzebujemy planu wraku i portu — powiedział Kowalski. — Musimy wiedzieć, gdzie jest ukryty ten artefakt i jak się tam dostać.
Ben, choć nie miał planów, znał port jak własną kieszeń. — Mogę was oprowadzić ukrytymi ścieżkami, starymi magazynami, których nikt nie używa.
Plan był ryzykowny. Musieli zinfiltrować port, unikając strażników i kamer, by dotrzeć do wraku i Serca Oceanu, zanim organizacja uwolni jego moc i zniszczy świat wyścigów.
Infiltracja portu była trudna. Pod osłoną nocy, Kowalski, Andrea i Ben, w strojach nurkowych, weszli do portu przez stary, opuszczony kanał odpływowy. Wnętrze portu było ciemne, a woda zimna i pełna śmieci.
Poruszali się powoli, w ciszy, omijając patrole, kamery i statki towarowe. Ben, jako przewodnik, znał każdą ścieżkę i tunel. Andrea, z podwodną kamerą, dokumentowała nielegalne działania organizacji.
Nagle, dotarli do głównego nabrzeża, gdzie widać było ogromny plac budowy, chroniony przez strażników. Tam, w centrum, w ogromnym doku, leżał wrak statku, a wokół niego, nurkowie i naukowcy organizacji pracowali gorączkowo pod nadzorem bezwzględnego szefa organizacji, pana Krakena, mężczyzny o zimnych oczach i nienagannym garniturze.
— To Serce Oceanu — szepnął Ben, a w jego oczach czaił się strach.
— Tam zabili moją rodzinę.
Okazało się, że Serce Oceanu było źródłem pradawnej mocy, którą organizacja chciała wykorzystać do kontrolowania umysłów kierowców wyścigowych, by wygrywać wyścigi i kontrolować świat sportu i pieniędzy. Musieli je zniszczyć, zanim będzie za późno.
Gigantyczny, starożytny artefakt, nazwany „Serce Oceanu”, pulsował mroczną, hipnotyzującą energią w suchym doku. Wokół wraku, naukowcy i technicy „Cienia Oceanu” pracowali gorączkowo pod nadzorem pana Krakena. Był to mężczyzna o twarzy pooranej bliznami i oczach zimnych jak głębia oceanu. Nosił idealnie skrojony, biały garnitur, który kontrastował z brudem i smarem doku.
Kowalski, Andrea i Ben, ukryci za stosem zardzewiałych kontenerów, obserwowali operację. Andrea, z podwodną kamerą, dokumentowała wszystko, co widziała.
— Chcą wykorzystać moc artefaktu do kontrolowania umysłów kierowców — szepnęła Andrea. — Znalazłam dane, które potwierdzają, że „Serce Oceanu” może wpływać na mózg i wywoływać halucynacje, a w końcu całkowicie kontrolować ofiarę.
Ben, patrząc na Krakena, poczuł gniew. — To przez nich zginęła moja rodzina. Musimy ich powstrzymać.
Plan był prosty, choć ryzykowny. Musieli zinfiltrować główną komnatę, zniszczyć Serce Oceanu i aresztować Krakena, zanim uwolni moc artefaktu.
Infiltracja głównej komnaty była trudna, ale dzięki wiedzy Bena o porcie i umiejętnościom Kowalskiego, udało im się. Wpadli do komnaty, a alarmy natychmiast się włączyły. Strażnicy i naukowcy rzucili się do walki, ale Kowalski, Andrea i Ben byli gotowi.
Walka była brutalna i wyczerpująca. Andrea, choć była kierowcą, walczyła z determinacją, dokumentując wszystko, co się działo, podczas gdy Kowalski i Ben, z bronią w ręku, walczyli ze strażnikami.
Kraken, widząc, że przegrywa, rzucił się na Serce Oceanu, by aktywować jego moc. Ale Kowalski był szybszy. Z pomocą Andrei, która dała mu improwizowany ładunek wybuchowy (zrobiony przez Bena z materiałów z laboratorium), rzucił się na artefakt i zniszczył go.
Moc Serca Oceanu eksplodowała, niszcząc komnatę i zabijając Krakena i jego ludzi. Kowalski, Andrea i Ben, choć ranni, przeżyli.
Pył opadł, a huk eksplozji ucichł, pozostawiając po sobie jedynie zniszczony dok i wrak statku. Kowalski, Andrea i Ben, ranni, ale żywi, wydostali się spod gruzów. Policja federalna Australii i lokalne służby natychmiast zabezpieczyły teren, a wiadomości o zniszczeniu „Cienia Oceanu” i ich planów rozeszły się lotem błyskawicy.
Andrea, choć wyczerpana, czuła ulgę. Jej brat został pomszczony, a świat wyścigów ocalony przed mroczną kontrolą. Przekazała wszystkie swoje dowody i nagrania władzom, co doprowadziło do aresztowania resztek organizacji.
Ben, były policjant, który stracił wszystko, odzyskał poczucie sprawiedliwości. Władze australijskie, widząc jego poświęcenie i wiedzę, zaproponowały mu powrót do służby, co przyjął z honorem.
Kowalski, z ramieniem w gipsie i siniakami na twarzy, patrzył na ocean. Kolejna misja zakończyła się sukcesem, ale wiedział, że to nie koniec. Zło miało wiele twarzy i wiele imion, a on, Komisarz Krzysztof Kowalski, był gotów na kolejne wyzwanie.
WARSZAWA
Po powrocie do Warszawy Kowalski, choć poturbowany po wydarzeniach w Sydney, otrzymał podziękowania od władz australijskich i Interpolu. Andrea przekazała śledczym swoje materiały, a Ben przyjął propozycję powrotu do służby. Dla nich australijska sprawa mogła się zakończyć. Kowalski nie miał jednak podobnego spokoju.
W danych zabezpieczonych w porcie odnaleziono zaszyfrowany katalog, którego nazwa brzmiała: „Duchy Przeszłości”. Znajdowały się w nim szczątkowe raporty, stare fotografie i nazwiska powiązane z wcześniejszymi operacjami.
Najbardziej niepokojące było jedno zdjęcie. Przedstawiało człowieka, którego Kowalski uważał za należącego do zamkniętej przeszłości. Pod fotografią widniało krótkie zdanie: „Romanow był tylko początkiem”.
Wszystkie dotychczasowe misje — Londyn, Nowy Jork, Amazonia, Afryka i Australia — zaczynały wyglądać nie jak osobne przypadki, lecz jak elementy większej układanki. Jeśli dokument był prawdziwy, ktoś od dawna obserwował działania Kowalskiego i prowadził go od jednego śladu do następnego.
Telefon na biurku zadzwonił. Numer był zastrzeżony. Kowalski odebrał. Przez kilka sekund słyszał tylko oddech, a potem obcy głos powiedział: „Jeżeli chce pan poznać prawdę o Daviesie i Romanowie, proszę nikomu nie mówić o fotografii”. Połączenie urwało się.
Kowalski spojrzał na nazwę katalogu. Wiedział, że właśnie zaczęła się kolejna część tej samej historii.
Warszawa przywitała Kowalskiego chłodnym porankiem. Na biurku leżał wydruk fotografii odzyskanej z australijskiego serwera. Zanim wezwie dawny zespół, musiał ustalić, czy patrzy na autentyczny ślad, czy na starannie przygotowaną pułapkę. Jedno było pewne: ktoś znał jego przeszłość znacznie lepiej, niż powinien.
O ósmej siedemnaście zadzwonił telefon. — Komisarzu — odezwał się nieznany głos. — Skoro widział pan fotografię, możemy wreszcie porozmawiać. Kowalski wyprostował się. — Kim jesteś? Po drugiej stronie zapadła cisza. — Kimś, kto wie, dlaczego Davies musiał umrzeć. I kimś, kto wie, kto naprawdę rozpoczął tę wojnę.
Kowalski przez moment nie odpowiedział. W komisariacie dopiero zaczynał się zwyczajny poranny ruch: ktoś przesuwał krzesło w sąsiednim pokoju, drukarka wyrzucała kolejne kartki, z korytarza dobiegał stuk obcasów. Wszystko brzmiało normalnie, niemal uspokajająco. Tylko głos w słuchawce nie pasował do tej codzienności.
— Jeżeli naprawdę wiesz coś o śmierci Daviesa, podaj nazwisko.
— Nazwiska są teraz najmniej ważne.
— Dla mnie nie.
Nieznajomy zaśmiał się krótko, bez cienia rozbawienia.
— Właśnie dlatego wybrano pana. Zawsze potrzebuje pan nazwiska, twarzy i winnego. Romanow o tym wiedział. Davies również.
Kowalski zacisnął palce na telefonie.
— Nie wciągaj Daviesa do swojej gry.
— On był w niej na długo przed panem.
Połączenie urwało się. Kowalski odsunął telefon od ucha i natychmiast wybrał numer dyżurnego technika. Polecił zabezpieczyć zapis rozmowy, sprawdzić trasowanie połączenia i nie przekazywać informacji nikomu spoza zespołu. Wiedział, że przy numerze zastrzeżonym i tak mogą trafić na ślepą uliczkę, lecz procedura była ważniejsza niż przeczucie.
Fotografia leżała przed nim. Dotąd patrzył przede wszystkim na twarz mężczyzny w centrum kadru. Teraz zmusił się, by zobaczyć wszystko inne. Zdjęcie wykonano wiele lat wcześniej. W tle stał niski budynek z szerokimi oknami i charakterystyczną metalową konstrukcją nad wejściem. Na prawym skraju fotografii widniał fragment samochodu. Tablica rejestracyjna była rozmazana, ale na karoserii zachował się znak przypominający herb.
Kowalski włączył lampę nad biurkiem i przybliżył wydruk do światła. W dolnym rogu, prawie poza kadrem, dostrzegł coś jeszcze: datę naniesioną starym aparatem. Cyfry były niewyraźne, lecz rok dało się odczytać.
To było znacznie wcześniej, niż zakładał.
Drzwi gabinetu otworzyły się po krótkim pukaniu. Sara Jasińska weszła z dwoma kubkami kawy i zatrzymała się, widząc jego twarz.
— Wyglądasz tak, jakbyś właśnie zobaczył ducha.
— Możliwe, że właśnie to zobaczyłem.
Położył fotografię przed nią. Sara odstawiła kawę i długo nic nie mówiła.
— Skąd to masz?
— Z danych odzyskanych w Sydney.
— I dopiero teraz mi pokazujesz?
— Chciałem najpierw sprawdzić, czy to nie fałszywka.
— A sprawdziłeś?
— Jeszcze nie.
Sara przyjrzała się zdjęciu ponownie.
— Znam ten budynek.
Kowalski podniósł wzrok.
— Jesteś pewna?
— Nie. Ale widziałam podobną konstrukcję. Dawny ośrodek szkoleniowy pod Warszawą. Zamknięto go lata temu. Oficjalnie należał do prywatnej firmy ochroniarskiej.
— Oficjalnie?
— A nieoficjalnie przewijał się w jednej ze spraw dotyczących handlu informacjami. Nigdy niczego im nie udowodniono.
Kowalski sięgnął po kurtkę.
— Jedziemy.
— Dokąd?
— Najpierw do archiwum. Jeśli ten budynek jest tym, o którym myślisz, musi istnieć dokumentacja własności, stare zdjęcia albo chociaż ślad po firmie.
Sara spojrzała na niego uważnie.
— Krzysztof, co wydarzyło się przed moim wejściem?
Zawahał się. Ostrzeżenie rozmówcy brzmiało jeszcze w jego głowie: nikomu nie mówić o fotografii. Było już jednak za późno, a Kowalski nie zamierzał prowadzić śledztwa według zasad ustalonych przez człowieka, który ukrywał swoją tożsamość.
— Zadzwonił ktoś, kto twierdzi, że wie, dlaczego zginął Davies.
Sara spoważniała.
— I co powiedział?
— Że Romanow był tylko częścią czegoś większego. I że Davies wiedział o tym wcześniej niż my.
— Wierzysz mu?
— Nie. Ale zamierzam sprawdzić każde słowo.
Archiwum komendy mieściło się dwa piętra niżej. Stare akta, choć w większości zdigitalizowane, nadal zajmowały rzędy metalowych szaf. Kowalski i Sara spędzili ponad godzinę na przeglądaniu rejestrów firm ochroniarskich, zmian właścicielskich i spraw umorzonych z braku dowodów. Wreszcie Sara zatrzymała kursor.
— Mam.
Na ekranie pojawiła się nazwa: „Vektor Security Consulting”. Firma została zarejestrowana w Polsce, później przejęta przez spółkę zarejestrowaną w Londynie, a po kilku kolejnych przekształceniach formalnie zlikwidowana. Jeden z dawnych obiektów Vektora znajdował się pod Warszawą.
Kowalski otworzył skan dokumentacji fotograficznej. Budynek miał te same szerokie okna i tę samą metalową konstrukcję nad wejściem.
— To on.
Sara wskazała listę członków zarządu.
— Spójrz na nazwiska.
Pierwsze dwa nic mu nie mówiły. Przy trzecim poczuł, jak napięcie wraca ze zdwojoną siłą.
John Davies.
— To niemożliwe — powiedział cicho.
— Dokument ma ponad dwadzieścia lat.
— Davies był policjantem.
— Był też człowiekiem, o którego przeszłości wiedzieliśmy tylko tyle, ile sam nam powiedział.
Kowalski nie odpowiedział. Davies wielokrotnie ratował im życie. Był jednym z tych ludzi, których obecność podczas operacji dawała poczucie bezpieczeństwa. Myśl, że mógł ukrywać część własnej historii, bolała bardziej, niż Kowalski chciał przyznać.
W następnych dokumentach pojawiały się kolejne nazwiska. Niektóre należały do ludzi od dawna nieżyjących. Inne prowadziły do spółek w Rosji, Wielkiej Brytanii, Brazylii, Republice Południowej Afryki i Australii.
Te same kraje.
Kowalski odsunął się od monitora.
— Londyn. Amazonia. Afryka. Sydney.
— Ktoś nie tylko znał nasze operacje — powiedziała Sara. — Ta sieć istniała w tych miejscach, zanim się tam pojawiliśmy.
— Czyli nie ścigaliśmy kolejnych organizacji.
— Ścigaliśmy kolejne odnogi jednej.
Przez chwilę oboje patrzyli na ekran. Nagle wszystkie dotychczasowe zwycięstwa straciły swoją ostateczność. Romanow, El Diablo, Blackwood i Kraken przestawali wyglądać jak osobni przeciwnicy. Stawali się ludźmi wykonującymi różne zadania w ramach mechanizmu, którego centrum wciąż pozostawało niewidoczne.
Kowalski wydrukował dokumenty i schował je do teczki.
— Jedziemy do ośrodka.
— Bez wsparcia?
— Ze wsparciem, ale dyskretnym. Dwie osoby w odwodzie. Bez sygnałów, bez kolumny radiowozów. Jeżeli ktoś obserwuje nasze ruchy, nie chcę go uprzedzać.
Ośrodek Vektora znajdował się kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, za pasem lasu i dawno nieużywaną bocznicą kolejową. Asfaltowa droga kończyła się przy zardzewiałej bramie. Za nią stał budynek ze zdjęcia, bardziej zniszczony, niż sugerowały archiwalne fotografie. Część szyb była wybita, elewację porastał mech, a metalowa konstrukcja nad wejściem przechyliła się na jedną stronę.
Sara wyłączyła silnik.
— Jeżeli to pułapka, miejsce jest idealne.
— Dlatego nie wchodzimy jak bohaterowie filmu.
Kowalski skontaktował się z funkcjonariuszami pozostającymi w odwodzie, podał pozycję i ustalił czas kolejnego meldunku. Dopiero potem wysiedli.
Wewnątrz pachniało wilgocią, kurzem i starym drewnem. Ich kroki odbijały się echem od pustych ścian. Na parterze znaleźli dawne sale szkoleniowe, zdemontowaną recepcję i pomieszczenia biurowe. Większość została opróżniona lata wcześniej.
— Ktoś tu jednak był niedawno — powiedziała Sara.
Na podłodze widniały ślady butów. Nie pokrywała ich warstwa kurzu tak gruba jak resztę posadzki.
Kowalski przykucnął.
— Kilka osób. Jeden ślad jest świeższy.
Ruszyli nim do schodów prowadzących do piwnicy. Drzwi na dole wyglądały inaczej niż reszta budynku. Nowy zamek kontrastował z przerdzewiałą framugą.
Sara uniosła brwi.
— Opuszczony obiekt, nowy zamek.
— Ktoś bardzo dba o prywatność.
Nie próbowali go wyważać. Kowalski wezwał technika z zespołu wsparcia. Po kilkunastu minutach drzwi otwarto bez niszczenia mechanizmu, tak by można było zabezpieczyć ewentualne ślady.
Za nimi znajdował się wąski korytarz i pomieszczenie, które zdecydowanie nie było opuszczone. Na biurku stał komputer. Obok leżały świeże baterie, kilka telefonów na karty i stos papierowych teczek. Na ścianie wisiała duża mapa świata.
Kowalski podszedł bliżej.
Na mapie czerwonymi znacznikami oznaczono Londyn, Nowy Jork, Amazonię, Cullinan i Sydney.
Warszawę oznaczono czarnym.
— Krzysztof…
— Widzę.
Pod warszawskim znacznikiem ktoś przypiął niewielką kartkę.
„ETAP OSTATNI”.
Sara zrobiła zdjęcie, zanim ktokolwiek dotknął mapy.
Technicy rozpoczęli zabezpieczanie pomieszczenia. Kowalski założył rękawiczki i otworzył pierwszą teczkę. W środku znajdowały się raporty dotyczące jego zespołu: nazwiska, fotografie, trasy podróży, informacje o operacjach. Niektóre dane były publiczne. Inne nie powinny nigdy opuścić policyjnych systemów.
— Mamy przeciek — powiedział.
— Albo mieliśmy go od lat.
W drugiej teczce znajdowały się materiały dotyczące Daviesa. Kowalski przeglądał je wolniej. Raporty urywały się w kilku miejscach, jakby ktoś celowo usunął strony. Na końcu znalazł kopertę z własnym nazwiskiem.
Sara spojrzała na niego.
— Nie otwieraj, dopóki technicy jej nie sprawdzą.
— Wiem.
Badanie nie wykazało materiałów niebezpiecznych. Technik zabezpieczył kopertę, sfotografował ją i dopiero wtedy pozwolił Kowalskiemu wyjąć zawartość.
W środku była jedna kartka.
„Komisarzu Kowalski. Jeżeli to pan czyta, znaczy, że Davies nie zdążył powiedzieć panu prawdy. Proszę nie szukać człowieka ze zdjęcia. Proszę znaleźć osobę, która zrobiła fotografię.”
Nie było podpisu.
— Kto zrobił zdjęcie? — zapytała Sara.
Kowalski spojrzał ponownie na fotografię. Dotąd traktował ją jak dowód przedstawiający konkretnych ludzi. Teraz po raz pierwszy pomyślał o osobie stojącej po drugiej stronie obiektywu.
— Tego właśnie musimy się dowiedzieć.
W tej samej chwili jeden z techników zawołał ich z sąsiedniego pomieszczenia. Na ekranie zabezpieczonego komputera udało się uruchomić katalog z nagraniami. Większość plików była zaszyfrowana, ale jeden pozostawiono otwarty.
Nazwa pliku brzmiała: „KOWALSKI_01”.
Sara stanęła obok niego.
— To mi się coraz mniej podoba.
Technik uruchomił nagranie.
Na ekranie pojawił się John Davies.
Kowalski zamarł.
Davies siedział w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Wyglądał na zmęczonego, ale mówił spokojnie, patrząc prosto w kamerę.
— Krzysztofie, jeżeli oglądasz to nagranie, prawdopodobnie już nie żyję.
W pomieszczeniu nikt się nie poruszył.
— Przez wiele lat wierzyłem, że pewne sprawy można pogrzebać razem z ludźmi, którzy je stworzyli — mówił Davies. — Myliłem się. Romanow nie zbudował tej sieci. On ją odziedziczył. Tak samo jak pozostali.
Kowalski zrobił krok w stronę monitora.
— Powiedz nazwisko — wyszeptał.
Jakby nagranie mogło go usłyszeć, Davies zawahał się.
— Człowiek, którego szukasz, nie działa pod jednym nazwiskiem. Nie wiem nawet, czy nazwisko, które znałem, było prawdziwe. W naszych dokumentach miał kryptonim „Architekt”. To on połączył pieniądze Romanowa, ludzi Blackwooda, laboratoria w Amazonii i operacje w Australii. Ale najważniejsze jest coś innego. Architekt nie chce cię zabić. Gdyby chciał, miał wiele okazji.
Davies pochylił się w stronę kamery.
— On chce, żebyś do niego dotarł.
Nagranie zatrzymało się. Ekran pociemniał.
Sara pierwsza przerwała ciszę.
— To wszystko?
Technik sprawdził plik.
— Nie. Jest dalsza część, ale została zaszyfrowana innym kluczem.
Kowalski patrzył na nieruchomy obraz Daviesa.
— Ile czasu potrzebujesz?
— Nie wiem. Godzinę. Może dzień. Zależy od zabezpieczenia.
— Masz tyle ludzi, ilu potrzebujesz.
Telefon Kowalskiego zawibrował.
Wiadomość przyszła z numeru, którego system nie potrafił zidentyfikować.
„Teraz już pan wie, że nie kłamałem. Proszę spojrzeć przez okno.”
Kowalski odwrócił się natychmiast. Przez zakurzoną szybę zobaczył skraj lasu i drogę prowadzącą do bramy. Przez kilka sekund nic się nie działo.
Potem między drzewami zapaliły się światła samochodu.
Pojazd ruszył powoli, zatrzymał się na drodze i po chwili odjechał.
— Mamy obserwatora — powiedziała Sara.
Kowalski już wybierał numer zespołu na zewnątrz.
— Nie zatrzymujcie go na siłę. Rejestracja, kierunek, marka, wszystko, co możecie zdobyć. Nie chcę pościgu przez las z przypadkowymi ludźmi na drodze.
Odpowiedź przyszła po kilkunastu sekundach. Samochód nie miał tablic rejestracyjnych. Kierowca skręcił na drogę wojewódzką, gdzie czekał drugi pojazd. Oba rozjechały się w przeciwnych kierunkach.
Kowalski schował telefon.
— Wiedzieli, kiedy tu przyjedziemy.
— Czyli obserwują komisariat albo naszą komunikację — powiedziała Sara.
— Albo ktoś z wewnątrz przekazuje im informacje.
To była myśl, której nie chciał wypowiadać. Teraz jednak stała się elementem śledztwa.
Wieczorem wrócili do Warszawy. Materiały z ośrodka przewieziono w zaplombowanych pojemnikach, a dostęp do nich ograniczono do kilku osób. Kowalski nie wpisał nazwiska „Architekt” do ogólnego systemu. Utworzył osobny rejestr sprawy i polecił, by każdy dostęp był automatycznie zapisywany.
O dwudziestej trzeciej technik zadzwonił z laboratorium.
— Komisarzu, mamy drugą część nagrania Daviesa.
Kowalski był w gabinecie pięć minut później. Sara już tam czekała.
Davies ponownie pojawił się na ekranie.
— Jeżeli udało wam się odszyfrować ten fragment, macie mniej czasu, niż sądziłem — powiedział. — Architekt przechowuje dokumentację pierwszej operacji w miejscu, którego Romanow nigdy nie poznał. Szukajcie początku, nie końca. Wszystko zaczęło się w Polsce.
Davies przerwał, jakby zastanawiał się, czy powinien powiedzieć więcej.
— I jeszcze jedno. Krzysztofie, kiedy znajdziesz nazwisko na literę „W”, nie ufaj dokumentom. Zaufaj temu, co pamiętasz.
Nagranie zakończyło się.
Kowalski i Sara spojrzeli na siebie.
— Nazwisko na „W” — powiedziała.
— I początek w Polsce.
Na korytarzu rozległy się szybkie kroki. Do laboratorium wszedł funkcjonariusz dyżurny z kopertą w dłoni.
— Komisarzu, to zostawiono przed wejściem do komendy. Bez nadawcy. Jest zaadresowane do pana.
Po sprawdzeniu przesyłki Kowalski otworzył ją przy Sarze i techniku.
W środku znajdował się stary bilet kolejowy, wyblakły niemal do białości, oraz niewielki klucz z wybitym numerem 317.
Na odwrocie biletu ktoś napisał jedno zdanie:
„Pierwszą prawdę zostawił tam Davies.”
Kowalski odwrócił bilet.
Nazwa stacji była wciąż czytelna.
Poznań Główny.
Bilet nie był nowy. Papier zżółkł na krawędziach, a nadruk miejscami niemal całkowicie wyblakł. Kowalski obracał go w palcach, próbując zrozumieć, dlaczego ktoś przechowywał go przez tyle lat i dlaczego właśnie teraz postanowił mu go przekazać.
— Numer klucza i stary bilet — powiedziała Sara. — Ktoś chce nas gdzieś zaprowadzić.
— Albo chce, żebyśmy tak pomyśleli.
— W jednym i drugim przypadku prowadzi nas do Poznania.
Kowalski położył bilet na stole obok klucza oznaczonego numerem 317.
— Najpierw sprawdzimy, czy ten numer cokolwiek znaczy. Skrytka bagażowa, depozyt, pokój, magazyn. Nie jadę trzysta kilometrów tylko dlatego, że ktoś napisał nazwę stacji na kawałku papieru.
Sara uśmiechnęła się lekko.
— Wreszcie brzmisz jak policjant, a nie człowiek, który zamierza wejść do każdej pułapki tylko po to, żeby sprawdzić, kto ją zastawił.
— Starzeję się.
— Nie przesadzaj. Po prostu zaczynasz się uczyć.
Następne dwie godziny spędzili na sprawdzaniu archiwalnych planów dworca, dawnych systemów przechowywania bagażu oraz wykazu pomieszczeń technicznych. Numer 317 nie odpowiadał żadnej obecnie używanej skrytce. Dopiero pracownik kolejowego archiwum zwrócił uwagę na stary plan przebudowy stacji.
— Proszę spojrzeć tutaj — powiedział podczas rozmowy wideo, powiększając fragment zeskanowanego dokumentu. — Przed modernizacją istniał podziemny ciąg magazynowy. Pomieszczenia miały numery od trzystu jeden do trzystu dwudziestu czterech.
Kowalski pochylił się nad monitorem.
— Trzysta siedemnaście?
— Było. Niewielki magazyn depozytowy. Według dokumentacji wyłączono go z użytkowania wiele lat temu.
— Co jest tam teraz?
Mężczyzna zawahał się.
— Oficjalnie? Nic.
— A nieoficjalnie?
— Nie wiem. Część dawnych korytarzy została zamurowana, część wykorzystano przy przebudowie. Musiałbym sprawdzić dokumentację techniczną.
— Proszę to zrobić. I proszę nikomu nie przekazywać informacji o naszym zainteresowaniu tym pomieszczeniem.
Po zakończeniu rozmowy Sara skrzyżowała ręce.
— Wiesz, że właśnie powiedziałeś obcemu człowiekowi, żeby nikomu nie mówił, że policja interesuje się pomieszczeniem 317?
— Wiem.
— Jeżeli jest przeciek, za godzinę pół Poznania może o tym wiedzieć.
— Właśnie dlatego nie powiedziałem mu, kiedy tam będziemy.
Kowalski zdecydował, że pojadą rano. Oficjalnie wyjazd dotyczył konsultacji w sprawie archiwalnych materiałów. Informację o kluczu znały tylko cztery osoby. Nie podano numeru pociągu ani godziny przyjazdu.
POZNAŃ
Następnego dnia Poznań przywitał ich chłodnym, pochmurnym porankiem. Na peronie tłum poruszał się w kilku kierunkach jednocześnie. Ludzie ciągnęli walizki, ktoś biegł do pociągu, z głośników płynęły komunikaty o przyjazdach i opóźnieniach.
Kowalski zatrzymał się na chwilę.
— Co? — zapytała Sara.
— Nic. Po prostu zastanawiam się, ile razy Davies przechodził tędy i czy kiedykolwiek pomyślał, że będziemy szukać po nim śladów właśnie tutaj.
— Jeżeli zostawił klucz, musiał brać taką możliwość pod uwagę.
Czekała na nich komisarz Marta Wysocka z poznańskiej policji. Miała około czterdziestu lat, krótkie ciemne włosy i sposób patrzenia, który sprawiał, że Kowalski od razu przestał traktować ją jak osobę przydzieloną wyłącznie do pomocy przy formalnościach.
— Komisarz Kowalski? Marta Wysocka. Dostałam polecenie zapewnienia wam dostępu do starej części dworca.
— Wie pani, czego szukamy?
— Nie. I z tonu mojego przełożonego wywnioskowałam, że nie powinnam pytać.
— To dobry wniosek.
Wysocka spojrzała na niego bez uśmiechu.
— Nie lubię pracować po omacku.
— Ja też nie. Dlatego, zanim zejdziemy na dół, musi pani wiedzieć jedno. Możliwe, że ktoś obserwuje nasze działania.
— To już jest informacja, którą warto było zacząć rozmowę.
Sara zerknęła na Kowalskiego.
— Polubicie się.
Stare wejście techniczne znajdowało się poza głównym ciągiem pasażerskim. Pracownik kolei otworzył pierwsze zabezpieczenie, ale dalej prowadziły drzwi, których nie używano od lat. Za nimi ciągnął się wąski korytarz. Ściany nosiły ślady kolejnych remontów, a pod nową farbą miejscami prześwitywały stare oznaczenia.
Numery 309, 311 i 313 nadal były widoczne.
— Nieparzyste po tej stronie — powiedziała Wysocka. — Trzysta siedemnaście powinno być dalej.
Minęli zamurowane wejście do pomieszczenia 315. Kilka metrów dalej znaleźli metalowe drzwi. Numeru nie było, lecz na wysokości zamka pozostał jaśniejszy prostokąt po usuniętej tabliczce.
Kowalski wyjął klucz.
— Zanim spróbujesz — powiedziała Wysocka — sprawdzamy drzwi i otoczenie.
Kowalski spojrzał na nią z uznaniem.
— Miałem powiedzieć to samo.
— Ale nie powiedziałeś.
Technik kryminalistyki sprawdził klamkę, framugę i szczeliny. Nie wykrył przewodów ani świeżych śladów ingerencji. Dopiero wtedy Kowalski wsunął klucz do zamka.
Pasował.
Mechanizm ustąpił po jednym obrocie.
Za drzwiami znajdowało się pomieszczenie niewiele większe od przeciętnej piwnicy. Było niemal puste. Metalowy regał, stół, dwa stare krzesła. Na środku blatu stało niewielkie drewniane pudełko.
— Za łatwo — powiedziała Sara.
— Zdecydowanie — odpowiedział Kowalski.
Wysocka nie weszła do środka.
— Nikt niczego nie dotyka.
Technicy sfotografowali pomieszczenie i zabezpieczyli pudełko. W środku nie było broni ani pieniędzy. Znaleźli trzy fotografie, niewielką kasetę magnetofonową i kartkę zapisaną odręcznym pismem.
Kowalski rozpoznał charakter pisma Daviesa z dawnych notatek.
„Jeżeli to znalazłeś, znaczy, że przestałeś wierzyć w przypadki. Dobrze. Ja przestałem dwadzieścia trzy lata temu.”
Niżej widniała data i jedno nazwisko.
Wiktor Wolski.
Sara wypuściła powietrze.
— Nazwisko na W.
— Davies powiedział, żeby nie ufać dokumentom — przypomniał Kowalski.
Wysocka przyglądała się kartce.
— Znam to nazwisko.
Kowalski natychmiast odwrócił głowę.
— Skąd?
— Nie człowieka. Nazwisko. Kilka lat temu prowadziłam sprawę zabójstwa księgowego. W jego mieszkaniu znaleźliśmy notatnik z nazwiskiem Wolski. Sprawa nigdy nie została rozwiązana.
— Dlaczego?
— Bo główny podejrzany zginął dwa dni przed przesłuchaniem. Wypadek samochodowy.
— A notatnik?
— W aktach.
Kowalski poczuł znajome ukłucie niepokoju.
— Chcę go zobaczyć.
— Najpierw zobaczmy, co zostawił Davies.
Pierwsza fotografia przedstawiała grupę siedmiu osób stojących przed budynkiem, który Kowalski rozpoznał natychmiast. Ośrodek Vektora pod Warszawą.
Na drugiej widniało wnętrze sali konferencyjnej. Na stole leżały mapy i dokumenty. Twarze kilku osób były widoczne tylko częściowo.
Trzecia fotografia różniła się od pozostałych.
Przedstawiała młodego Daviesa stojącego obok mężczyzny w jasnym płaszczu. Na odwrocie ktoś zapisał datę oraz dwa słowa:
„Pierwsze spotkanie.”
— To Wolski? — zapytała Sara.
— Nie wiemy — odpowiedział Kowalski.
Wysocka wzięła do ręki kopię fotografii przygotowaną przez technika.
— Ja go gdzieś widziałam.
— Tego mężczyznę?
— Tak. Nie wiem gdzie.
Kowalski nie naciskał. Pamięć działała gorzej pod presją, a Davies wyraźnie ostrzegał, żeby nie ufać temu, co zapisano w dokumentach.
Kaseta była w dobrym stanie, lecz nie mieli na miejscu sprzętu pozwalającego bezpiecznie odtworzyć nagranie. Została zapakowana do osobnego pojemnika.
Wtedy telefon Wysockiej zawibrował.
Spojrzała na ekran i zmarszczyła brwi.
— Mój przełożony chce wiedzieć, dlaczego weszliśmy do zamkniętej części dworca.
— Skąd wie? — zapytała Sara.
— Nie mam pojęcia.
Kowalski spojrzał na zegarek. Od wejścia do pomieszczenia 317 minęło siedemnaście minut.
— Ilu ludzi znało miejsce?
— Po mojej stronie? Ja, naczelnik i dwóch techników.
— Po naszej cztery osoby — powiedziała Sara.
— To już osiem potencjalnych źródeł — stwierdził Kowalski.
Wysocka schowała telefon.
— Dziewięć. Pracownik kolei, który nas wpuścił.
— Dziesięć — poprawił ją Kowalski.
— Kto jeszcze?
— Człowiek, który chciał, żebyśmy tu przyjechali.
Wrócili na powierzchnię osobno. Technicy zabrali materiały innym wyjściem, a Kowalski, Sara i Wysocka weszli do zatłoczonej hali dworca.
Kowalski zauważył mężczyznę dopiero przy ruchomych schodach.
Szary płaszcz, ciemna czapka, telefon przy uchu. Nic szczególnego. Tyle że mężczyzna nie patrzył na tablicę odjazdów ani na ludzi. Patrzył na odbicie Kowalskiego w szybie sklepu.
— Sara, nie odwracaj się.
— Co mamy?
— Mężczyzna za nami, około dwudziestu metrów. Szary płaszcz.
— Widziałam go na peronie — powiedziała cicho Wysocka.
Kowalski zwolnił.
Mężczyzna natychmiast zmienił kierunek.
— Marta, zostań z Sarą.
— Nie wydawaj mi poleceń na moim terenie.
— W takim razie potraktuj to jako uprzejmą prośbę.
Ruszył za obserwatorem, ale nie przyspieszał. Chciał sprawdzić reakcję. Mężczyzna minął kiosk, wszedł pomiędzy grupę podróżnych i skierował się ku wyjściu.
Kowalski przyspieszył dopiero wtedy.
— Policja! Proszę się zatrzymać!
Mężczyzna rzucił się do biegu.
Nie wyciągnął broni. Przewrócił stojący przy przejściu kosz, przeskoczył przez niski element zabezpieczenia i wybiegł na zewnątrz. Kowalski ruszył za nim.
Na chodniku było zbyt wielu ludzi. Kowalski nie ryzykował szarży przez tłum. Obserwator wykorzystał kilka sekund przewagi, przebiegł przez przejście i zniknął za autobusem.
Kiedy Kowalski dotarł na drugą stronę, zobaczył tylko odjeżdżający motocykl.
Wysocka dobiegła chwilę później.
— Tablica?
— Zasłonięta.
— Twarz?
— Widziałem profil.
Sara podeszła do nich, trzymając coś w dłoni.
— Zgubił to.
Była to karta hotelowa.
Na plastikowej powierzchni nie widniała nazwa obiektu. Tylko numer pokoju: 408.
— To może być przypadek — powiedziała Wysocka.
— Może — odpowiedział Kowalski. — Dlatego nie będziemy zgadywać.
Jeszcze na dworcu ustalili, że karta pochodziła z niewielkiego hotelu w centrum miasta. Recepcjonistka potwierdziła, że pokój 408 wynajęto trzy dni wcześniej. Gość zapłacił z góry i podał dokument, który przy pobieżnej kontroli wyglądał prawidłowo.
Nazwisko wpisane w formularzu brzmiało: Paweł Nowak.
— Bardziej anonimowego chyba nie znalazł — mruknęła Sara.
— Dokument jest fałszywy — powiedziała Wysocka po sprawdzeniu numeru. — Dane należą do człowieka, który mieszka w Szczecinie i ma sześćdziesiąt osiem lat.
Kowalski spojrzał na zapis monitoringu z recepcji. Mężczyzna w szarym płaszczu pojawił się na nagraniu, ale przez cały czas ustawiał twarz tak, by kamera nie zarejestrowała jej wyraźnie.
— Wiedział, gdzie są kamery.
— Czyli przygotował się — powiedziała Sara.
— Albo zna hotel.
Pokój 408 był pusty. Łóżko wyglądało na używane, w łazience wisiał wilgotny ręcznik, ale nie znaleziono bagażu. Na biurku stała szklanka, a obok niej leżała lokalna gazeta.
Wysocka uniosła ją za róg w rękawiczce.
— Wczorajsza.
Pod gazetą znajdowała się koperta.
Na niej napisano:
„Dla Krzysztofa Kowalskiego.”
— On wiedział, że znajdziemy kartę — powiedziała Sara.
— Albo chciał, żebyśmy ją znaleźli.
Technik sprawdził kopertę. W środku znajdowała się tylko fotografia.
Kowalski spojrzał na nią i poczuł, jak żołądek zaciska mu się w twardy węzeł.
Zdjęcie wykonano tego samego ranka.
Przedstawiało jego i Sarę wysiadających z pociągu na poznańskim dworcu.
Na odwrocie widniało zdanie:
„Davies popełnił jeden błąd. Zaufał policjantowi.”
Wysocka przeczytała je dwa razy.
— To może oznaczać każdego.
— Właśnie o to chodzi — powiedział Kowalski. — Ktoś chce, żebyśmy zaczęli podejrzewać wszystkich.
— A ty?
Kowalski schował fotografię do woreczka dowodowego.
— Ja zacznę od tych, którzy mieli dostęp do informacji o naszym przyjeździe.
Wysocka spojrzała na niego chłodno.
— Czyli również ode mnie.
— Również.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Przynajmniej wiem, na czym stoję.
Wieczorem w poznańskiej komendzie przynieśli akta starego zabójstwa księgowego, o którym wspomniała Wysocka. Ofiara nazywała się Tomasz Radecki. Pracował dla kilku spółek zajmujących się logistyką i ochroną. Zginął we własnym mieszkaniu. Nie było śladów włamania.
— Znał zabójcę — powiedziała Sara.
— Albo sam go wpuścił — dodała Wysocka.
W notatniku Radeckiego nazwisko Wolski pojawiało się cztery razy. Obok jednego wpisu znajdował się ciąg cyfr.
Kowalski przyjrzał mu się.
— To nie wygląda jak numer telefonu.
Sara zrobiła zdjęcie.
— Może rachunek, konto, numer przesyłki.
Wysocka pokręciła głową.
— Wtedy sprawdziliśmy podstawowe możliwości. Nic.
— A współrzędne? — zapytał Kowalski.
Zapadła cisza.
Sara wpisała cyfry do programu i rozdzieliła je w kilku możliwych miejscach.
Za trzecim razem na mapie pojawił się punkt.
Nie znajdował się w Poznaniu.
Leżał kilkadziesiąt kilometrów na zachód od miasta, pośród lasów i jezior.
Wysocka powiększyła mapę.
— Tam prawie nic nie ma.
— Co dokładnie? — zapytał Kowalski.
— Mała miejscowość, kilka dróg, lasy. Dalej zaczyna się teren Pojezierza Międzychodzko-Sierakowskiego.
Kowalski patrzył na punkt.
— Sprawdzimy właściciela terenu, księgi, stare mapy i zdjęcia satelitarne. Bez wyjazdu, dopóki nie będziemy wiedzieli, czego szukamy.
Sara spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
— Naprawdę się uczysz.
— Nie przyzwyczajaj się.
Kilka minut później technik zajmujący się kasetą Daviesa zadzwonił z Warszawy. Udało się odtworzyć nagranie bez uszkodzenia taśmy.
Kowalski włączył tryb głośnomówiący.
Najpierw usłyszeli szum. Potem głos młodszego Daviesa.
— Data: siedemnasty października. Rozmowa numer cztery. Obecny Wiktor Wolski.
Drugi mężczyzna odezwał się po chwili.
— Wyłącz to.
— Nie.
— John, nie rozumiesz, w co się pakujesz.
— Właśnie zaczynam rozumieć.
W tle rozległ się trzask przesuwanego krzesła.
— Jeżeli to wypłynie, nie będzie chodziło o jednego człowieka ani jedną organizację — powiedział Wolski. — Ludzie, których uważasz za przeciwników, pracują dla siebie tylko wtedy, kiedy im się to opłaca. Ktoś stworzył system, w którym każdy z nich wierzy, że jest najważniejszy.
— Architekt?
Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
— Nigdy więcej nie wypowiadaj tego słowa.
Nagranie urwało się na kilka sekund. Potem wrócił głos Daviesa.
— Gdzie przechowują dokumenty?
— Nie w Londynie. Nie w Moskwie. Tutaj.
— Gdzie?
Wolski powiedział nazwę miejsca.
Dźwięk był zniekształcony, jakby w tej samej chwili ktoś uderzył w mikrofon. Technik odtworzył fragment jeszcze raz.
Za drugim razem Sara wychwyciła dwie sylaby.
— Słyszeliście?
Wysocka przysunęła telefon bliżej.
— Jeszcze raz.
Nagranie powtórzono.
Tym razem Kowalski również je usłyszał.
Wolski nie powiedział pełnej nazwy. Ale pierwsze słowo było wyraźne.
„Między…”
Kowalski spojrzał na punkt zaznaczony na mapie.
Nikt nie musiał kończyć zdania.
Przez kilka sekund w pokoju słychać było jedynie cichy szum głośnika. Urwane słowo z nagrania Daviesa wisiało w powietrzu jak niedokończone oskarżenie.
— „Między…” — powtórzyła Sara. — To wciąż może znaczyć dziesiątki rzeczy.
Marta Wysocka nie odrywała wzroku od mapy.
— Może. Ale punkt z notatnika Radeckiego nie daje nam dziesiątek możliwości.
Kowalski przesunął palcem po ekranie. Współrzędne prowadziły na zachód od Poznania, w stronę lasów i jezior. Nie podobała mu się łatwość, z jaką kolejne elementy zaczynały do siebie pasować.
— Właśnie dlatego jeszcze tam nie jedziemy.
Sara spojrzała na niego zaskoczona.
— Myślałam, że powiesz coś dokładnie odwrotnego.
— Ktoś zostawił nam bilet. Ktoś doprowadził nas do pomieszczenia 317. Ktoś pozwolił znaleźć kartę hotelową. Teraz mamy współrzędne i nagranie. Za dużo prezentów jak na jedno śledztwo.
— Czyli uważasz, że jesteśmy prowadzeni za rękę? — zapytała Wysocka.
— Uważam, że ktoś bardzo chce, żebyśmy znaleźli określone miejsce. Nie wiem tylko, czy chce nam coś pokazać, czy nas tam zamknąć.
Wysocka usiadła przy drugim komputerze.
— W takim razie sprawdzamy teren bez ruszania się z komendy.
Przez następne godziny analizowali księgi wieczyste, archiwalne mapy, rejestry działalności gospodarczej i zdjęcia lotnicze. Współrzędne wskazywały działkę położoną z dala od głównej drogi. Formalnie należała do spółki „Narew Development”, która od jedenastu lat nie prowadziła widocznej działalności.
— Narew? — Sara uniosła brwi. — Firma zarejestrowana w Warszawie kupuje kawałek lasu w Wielkopolsce i nic z nim nie robi?
— Robi — powiedziała Wysocka. — Płaci podatki. Regularnie. Zawsze z tego samego rachunku.
Kowalski przysunął monitor.
— Bank?
— Polski. Ale rachunek zasilany jest przelewami z zagranicy.
— Skąd?
— Zmiennie. Czechy, Niemcy, Holandia. Kwoty niewielkie. Takie, które nie krzyczą: „sprawdź mnie”.
— A zarząd?
Wysocka otworzyła kolejny dokument.
— Jedna osoba. Helena Maj.
— Wiek?
— Siedemdziesiąt cztery lata.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Słup?
— Nie zakładajmy. Najpierw sprawdźmy, czy istnieje.
Istniała. Mieszkała w niewielkim mieszkaniu na poznańskich Jeżycach. Nie była karana, nie prowadziła innych spółek, przez większość życia pracowała jako księgowa. Od kilku lat pobierała emeryturę.
— To nie pasuje — powiedziała Sara.
— Właśnie dlatego do niej pojedziemy — odpowiedział Kowalski.
Marta zamknęła laptop.
— Tym razem bez radiowozu pod drzwiami.
— Zaczynamy się rozumieć.
— Nie przesadzaj, Kowalski.
Kamienica, w której mieszkała Helena Maj, stała przy spokojnej ulicy. Na klatce schodowej pachniało kawą i detergentem. Kowalski zapukał dwa razy.
Drzwi otworzyła drobna kobieta w jasnym swetrze. Miała siwe włosy związane z tyłu i okulary na cienkim łańcuszku.
— Pani Helena Maj?
— Tak.
Kowalski pokazał legitymację.
— Komisarz Krzysztof Kowalski. To komisarz Marta Wysocka i Sara Jasińska. Chcielibyśmy zadać pani kilka pytań.
Kobieta pobladła.
— O Wiktora?
Żadne z nich nie zdążyło jeszcze wymienić tego nazwiska.
Kowalski schował legitymację.
— Możemy wejść?
Helena przez chwilę wyglądała, jakby chciała zamknąć im drzwi przed nosem. W końcu odsunęła się bez słowa.
Mieszkanie było uporządkowane. Na półkach stały książki, na parapecie kilka doniczek, a na ścianach rodzinne fotografie. Nic nie sugerowało związku z międzynarodową organizacją, która od lat wymykała się policji.
— Kim był dla pani Wiktor Wolski? — zapytał Kowalski.
Helena usiadła przy stole.
— Moim bratem.
Sara i Marta wymieniły spojrzenia.
— Żyje?
— Nie wiem.
— Od kiedy?
— Od dwudziestu dwóch lat.
Kowalski położył przed nią kopię fotografii Daviesa z mężczyzną w jasnym płaszczu.
Helena nie dotknęła zdjęcia. Wystarczyło jedno spojrzenie.
— To Wiktor.
— Jest pani pewna?
— Jestem jego siostrą.
— Znała pani Johna Daviesa?
Tym razem kobieta spojrzała Kowalskiemu prosto w oczy.
— Tak.
— Skąd?
— Przyjeżdżał do Wiktora. Najpierw rzadko. Potem coraz częściej. Kłócili się. Czasami godzinami.
— O czym?
— Wiktor nigdy mi nie mówił. Powtarzał tylko, że zrobił coś, czego nie da się cofnąć.
Kowalski wyjął wydruk dotyczący spółki.
— Jest pani jedyną osobą w zarządzie Narew Development.
Helena spojrzała na kartkę i pokręciła głową.
— Nie jestem.
— Dokumenty mówią co innego.
— Nigdy nie założyłam żadnej spółki.
— Podpis jest pani.
— To nie znaczy, że go złożyłam.
Marta pochyliła się lekko.
— Czy kiedykolwiek zgubiła pani dowód osobisty?
Helena zastanowiła się.
— Dawno temu. Ktoś ukradł mi torebkę w tramwaju. Były tam dokumenty.
— Kiedy?
— Nie pamiętam dokładnie. Może dwanaście, trzynaście lat temu.
Kowalski i Wysocka spojrzeli na siebie. Spółkę zarejestrowano jedenaście lat wcześniej.
— Pani Heleno — powiedział Kowalski — działka należąca formalnie do pani spółki znajduje się na zachód od Poznania. Czy to miejsce coś pani mówi?
Podał jej wydruk mapy.
Kobieta długo patrzyła na zaznaczony punkt.
— Nie nazywaliśmy tego działką.
— Jak?
— Stacją.
W pokoju zrobiło się cicho.
— Jaką stacją? — zapytała Sara.
— Nie wiem. Wiktor używał tylko tego słowa. Kiedy byliśmy młodsi, jeździł tam czasem z ojcem. Później przestał o tym mówić.
— Gdzie dokładnie?
Helena wskazała obszar kilka kilometrów od współrzędnych.
— Tutaj gdzieś. Pamiętam jezioro i starą drogę przez las.
— Była pani tam?
— Raz. Jako dziecko.
— Co tam było?
— Budynek. Niski, betonowy. Ojciec powiedział, że kiedyś należał do wojska. Nie pozwolił nam wejść do środka.
Kowalski poczuł, że po raz pierwszy od przyjazdu do Poznania dostali informację, której nikt im wcześniej nie podsunął.
— Jak nazywał się pani ojciec?
— Antoni Wolski.
— Czym się zajmował?
Helena zawahała się.
— Oficjalnie był geodetą.
— A nieoficjalnie?
— Tego nigdy nie wiedziałam.
Wysocka zapisała nazwisko.
— Czy Wiktor zostawił pani coś przed zniknięciem? Dokumenty, klucz, list?
Helena spuściła wzrok.
Kowalski zauważył to natychmiast.
— Pani Heleno?
— Obiecałam mu.
— Co?
— Że nikomu nie powiem.
— Pani brat może nie żyć od ponad dwudziestu lat. John Davies został zamordowany. Inni ludzie również zginęli. Jeżeli Wiktor coś pani zostawił, ta obietnica może dziś chronić nie jego, tylko człowieka, przed którym próbował uciec.
Helena wstała i wyszła do drugiego pokoju.
Wróciła z niewielkim metalowym pudełkiem.
— Wiktor dał mi to trzy dni przed swoim zniknięciem. Powiedział, że jeżeli kiedykolwiek przyjdzie policjant i zapyta o stację, mam zdecydować sama, czy mu zaufać.
— Dlaczego dopiero teraz?
— Bo przez dwadzieścia dwa lata żaden policjant nie zapytał.
Pudełko było zamknięte na prosty zatrzask. Helena otworzyła je sama.
W środku leżał notes, dwie stare dyskietki i fotografia przedstawiająca pięciu mężczyzn.
Kowalski rozpoznał Daviesa i Wiktora Wolskiego.
Trzecią twarz widział wcześniej w materiałach Vektora.
Dwóch pozostałych nie znał.
Na odwrocie zdjęcia znajdowały się inicjały: „A.W., W.W., J.D., M.K., R.S.”
— Antoni Wolski — powiedziała Sara. — Wiktor Wolski. John Davies.
— Zostają M.K. i R.S. — dodała Marta.
Helena pokręciła głową.
— Nie znam ich.
Kowalski otworzył notes. Większość stron zapisano ciągami liczb, skrótami i pojedynczymi nazwami miejsc. Na jednej stronie widniało słowo „ARCHITEKT”, przekreślone tak mocno, że długopis niemal przebił papier.
Pod nim Wiktor napisał:
„To nie człowiek. To funkcja.”
Sara przeczytała zdanie drugi raz.
— Czyli szukamy nie jednej osoby?
— Albo ktoś przejmuje tę rolę po poprzedniku — powiedziała Marta.
Kowalski zamknął notes.
— Na razie niczego nie zakładamy.
Telefon Heleny zadzwonił.
Kobieta spojrzała na ekran.
— Nie znam numeru.
Kowalski wyciągnął rękę.
— Proszę nie odbierać.
Telefon przestał dzwonić.
Po kilku sekundach pojawiła się wiadomość.
Helena przeczytała ją i osunęła się na krzesło.
— Co napisali? — zapytała Sara.
Kobieta podała telefon Kowalskiemu.
„Miałaś tylko jedno zadanie. Milczeć.”
Kowalski poczuł chłód na karku.
— Od tej chwili nie zostaje pani sama.
— Nie chcę ochrony.
— To nie jest propozycja.
Marta już dzwoniła po funkcjonariuszy.
— Zabierzemy ją w bezpieczne miejsce. Telefon do analizy.
Sara podeszła do okna i odsunęła firankę o kilka centymetrów.
— Krzysztof.
— Co?
— Czarny samochód po drugiej stronie ulicy. Kierowca siedzi w środku.
Kowalski nie podszedł do okna.
— Marka?
— Skoda. Ciemna. Nie widzę tablicy.
Wysocka przerwała rozmowę.
— Patrol jest dwie ulice dalej.
— Niech nie podjeżdża na sygnale. Niech zamkną oba końce ulicy.
Samochód ruszył, zanim patrol pojawił się w zasięgu wzroku.
— Jedzie — powiedziała Sara.
Marta przekazała kierunek.
Kowalski spojrzał na Helenę.
— Kto poza panią wiedział o pudełku?
— Nikt.
— Na pewno?
— Wiktor.
— I ktoś, kto właśnie dowiedział się, że je pani otworzyła.
To zmieniało wszystko. Jeżeli wiadomość nie była przypadkową próbą zastraszenia, ktoś obserwował mieszkanie albo ich samych.
Po zabezpieczeniu Heleny wrócili do komendy. Notes Wolskiego trafił do analizy, podobnie jak dyskietki. Odczytanie starych nośników wymagało sprzętu, którego nie było pod ręką, ale technicy znaleźli odpowiedni napęd w magazynie informatycznym.
Pierwsza dyskietka była uszkodzona.
Druga otworzyła się po kilkunastu minutach.
Zawierała tylko trzy pliki.
Pierwszy był tabelą nazwisk i dat. Drugi — zestawieniem przelewów sprzed ponad dwóch dekad. Trzeci miał nazwę „STACJA”.
— Otwieraj — powiedziała Marta.
Technik pokręcił głową.
— Jest zabezpieczony hasłem.
— Możesz je złamać?
— Spróbuję, ale nie obiecuję, że szybko.
Kowalski przeglądał tabelę nazwisk. Część pozycji oznaczono literą „Z”, inne „A”. Przy nazwisku Davies widniała litera „A”. Przy Wiktorze Wolskim — „Z”.
— Aktywny i zamknięty? — zastanawiała się Sara.
— Żywy i… — Marta urwała.
— Nie zgadujemy — przypomniał Kowalski.
Przewinął tabelę niżej.
Na samym końcu znajdował się wpis dodany później niż wszystkie pozostałe.
„K. KOWALSKI”.
Obok nazwiska nie było żadnej litery.
Była data.
Jutrzejsza.
Sara przestała oddychać na moment.
— To niemożliwe.
— Plik ma ponad dwadzieścia lat — powiedziała Marta.
Technik spojrzał na właściwości.
— Sam nośnik tak. Ale ten konkretny wpis został zmodyfikowany niedawno.
— Kiedy? — zapytał Kowalski.
— Trzy dni temu.
Kowalski oparł dłonie o stół.
— Czyli ktoś miał dostęp do dyskietki Heleny.
— Albo do pliku, zanim trafił na dyskietkę — powiedziała Sara.
— Nie. Spójrz na datę modyfikacji. Ktoś otworzył ten nośnik trzy dni temu.
Marta już sięgała po telefon.
— Wracamy do Heleny.
— Nie — zatrzymał ją Kowalski. — Najpierw pytamy ochronę, czy ktokolwiek się do niej zbliżył. Jeśli zaczniemy biegać dokładnie tam, gdzie ktoś nas popycha, będziemy tylko reagować.
Technik odezwał się nagle.
— Mam coś jeszcze.
— Co?
— W tabeli jest ukryta kolumna.
Na ekranie pojawiły się dodatkowe dane. Przy większości nazwisk widniały numery. Przy Kowalskim wpisano „317”.
Sara spojrzała na klucz leżący w woreczku dowodowym.
— Znowu ten numer.
— Nie — powiedział technik. — Jest jeszcze komentarz.
Rozwinął pole.
„Nie otwierać przed 06:40.”
Kowalski spojrzał na zegar na ścianie.
Była 22:17.
— Jutrzejsza data. Szósta czterdzieści — powiedziała Marta. — Ktoś wyznaczył ci termin.
— Albo godzinę śmierci — dodała Sara.
Kowalski pokręcił głową.
— Nie. Gdyby chcieli mnie zabić, nie potrzebowaliby tabeli, klucza i całej tej przedstawionej nam drogi.
— Więc czego chcą?
Kowalski spojrzał na słowo „STACJA” widoczne na ekranie.
— Żebym coś otworzył.
O 23:05 przyszła informacja od zespołu chroniącego Helenę. Nikt nie próbował się do niej dostać. Kobieta była bezpieczna.
O 23:18 technik znalazł sposób na obejście pierwszej warstwy zabezpieczenia pliku „STACJA”.
O 23:41 na ekranie pojawił się obraz.
Nie był to dokument.
Był to plan techniczny podziemnego obiektu.
W prawym dolnym rogu widniał napis: „SEKTOR 317”.
Marta przybliżyła mapę.
— To nie jest pomieszczenie na dworcu.
— Nie — powiedział Kowalski.
Na planie zaznaczono dwa wejścia. Jedno prowadziło od strony lasu. Drugie kończyło się przy czymś opisanym jako „tunel techniczny”.
Sara wskazała ciąg cyfr.
— Współrzędne.
Technik wpisał je do mapy.
Punkt pojawił się dokładnie w miejscu, które wcześniej wskazał notatnik zamordowanego księgowego.
— Mamy stację — powiedziała Marta.
— Mamy plan miejsca, które ktoś nazywa stacją — poprawił Kowalski.
— I mamy godzinę.
Kowalski wstał.
— W takim razie tym razem pojedziemy przygotowani.
Nie zamierzał urządzać nocnej wyprawy w las. Do rana zostało kilka godzin. Wysocka zorganizowała niewielki zespół, którego członkowie nie mieli wcześniejszego związku ze sprawą. Plan znały tylko osoby znajdujące się w jednym pomieszczeniu. Telefony pozostawiono poza salą odpraw.
Kowalski rozłożył wydruk obiektu na stole.
— Nie wchodzimy głównym wejściem. Najpierw obserwacja. Żadnego światła, żadnych sygnałów. Jeżeli zobaczymy cywilów, przerywamy.
— A jeśli zobaczymy uzbrojonych ludzi? — zapytała Wysocka.
— Wtedy nadal nie gramy bohaterów. Zabezpieczamy teren i wzywamy wsparcie.
Sara spojrzała na niego.
— Naprawdę cię podmienili.
— Powiedz to jeszcze raz, a pojedziesz z tyłu.
Krótki śmiech rozładował napięcie tylko na chwilę.
O czwartej nad ranem opuścili Poznań.
Miasto zostało za nimi, a droga stopniowo pustoszała. Im dalej jechali na zachód, tym mniej było świateł. Po obu stronach pojawiły się ciemne ściany lasu.
Wysocka prowadziła. Sara siedziała obok niej, Kowalski z tyłu przeglądał kopie dokumentów Wolskiego.
— Jest coś, czego nie rozumiem — powiedziała Marta.
— Tylko jedna rzecz?
— Dlaczego Davies nie przekazał tego normalnie policji?
Kowalski zamknął teczkę.
— Może próbował.
— I?
— Na zdjęciu w hotelu ktoś napisał, że zaufał policjantowi.
— Nadal nie wiemy, czy to prawda.
— Wiem.
Sara odwróciła się.
— A jeśli policjant, któremu zaufał, był jednym z tych pięciu ludzi na fotografii?
Kowalski spojrzał na inicjały.
— M.K. albo R.S.
— Albo Davies — powiedziała Marta.
— Davies sam sobie raczej nie zdradził informacji.
— Nie o to mi chodzi. Może to on był policjantem, któremu ktoś inny zaufał. A potem zrobił coś, czego przez lata próbował naprawić.
Kowalski nic nie odpowiedział.
Ta możliwość była gorsza od prostego obrazu Daviesa jako ofiary. Oznaczałaby, że człowiek, którego znał, nie tylko ukrywał przeszłość, lecz być może sam uczestniczył w narodzinach sieci, którą później próbowali zniszczyć.
Przed świtem zjechali z głównej drogi.
Nawigacja prowadziła ich w stronę niewielkich miejscowości, jezior i coraz gęstszych lasów. Ostatnie kilometry mieli pokonać bez samochodu.
Marta zatrzymała pojazd na utwardzonym placu przy nieczynnej leśnej drodze.
— Dalej pieszo.
Kowalski wysiadł i spojrzał na bladą linię świtu nad drzewami.
Do 06:40 pozostawały czterdzieści trzy minuty.
— Zespół drugi? — zapytał.
— Na pozycji — odpowiedziała Marta.
— Łączność?
— Sprawdzona.
Ruszyli.
Las był wilgotny i niemal zupełnie cichy. Po kilkunastu minutach dotarli do starej betonowej drogi, której nie było na współczesnych mapach.
Sara przykucnęła przy poboczu.
— Ślady opon.
— Świeże?
— Z ostatniej doby. Może dwóch.
Kowalski poczuł, że ktoś znowu jest przed nimi.
O 06:31 zobaczyli pierwszy fragment betonowego ogrodzenia.
O 06:34 Marta znalazła przecięty łańcuch przy bocznej bramie.
O 06:36 usłyszeli metaliczny dźwięk dochodzący z głębi terenu.
Kowalski uniósł dłoń.
Wszyscy stanęli.
Dźwięk powtórzył się.
Nie przypominał strzału.
Brzmiał jak ciężkie drzwi zamykające się pod ziemią.
Kowalski spojrzał na zegarek.
06:38.
— Ktoś tam jest — szepnęła Sara.
— Albo właśnie był.
Przed nimi, pomiędzy drzewami, wyłonił się niski betonowy budynek.
Dokładnie taki, jaki opisała Helena.
Na zardzewiałych drzwiach nie było nazwy ani numeru.
Tylko niewielka metalowa płytka.
317.
Zegarek Kowalskiego zmienił wskazanie.
06:40.
Nikt nie sięgnął od razu do klamki.
Kowalski patrzył na metalową płytkę z numerem 317, jakby sam numer mógł zdradzić, co znajduje się po drugiej stronie. Wskazówki prowadziły ich tutaj od wielu godzin, lecz dopiero teraz dotarło do niego, jak precyzyjnie ktoś zaplanował każdy kolejny krok.
— Szósta czterdzieści — powiedziała Marta. — I co teraz?
— Teraz robimy dokładnie to, czego człowiek po drugiej stronie najmniej się po nas spodziewa.
Sara zerknęła na niego.
— Czyli?
— Czekamy.
Kowalski skontaktował się z drugim zespołem. Obiekt został otoczony, ale nikt nie zbliżał się do wejścia. Dwie osoby sprawdzały teren od strony lasu, kolejne obserwowały drogę dojazdową.
Minęły trzy minuty.
Potem pięć.
O 06:47 wewnątrz budynku coś kliknęło.
Nie był to odgłos zamka. Bardziej przypominał uruchomienie starego mechanizmu elektrycznego.
— Słyszeliście? — szepnęła Sara.
Marta skinęła głową.
Kowalski spojrzał na technika.
— Kamera.
Pod drzwi wsunięto niewielką kamerę inspekcyjną. Obraz pojawił się na ekranie. Po drugiej stronie znajdował się pusty przedsionek. Betonowa podłoga, ściany pomalowane kiedyś na szaro, przewody biegnące pod sufitem.
— Nie widzę ruchu — powiedział technik.
— Czujniki?
— Możliwe. Nie potrafię tego stwierdzić bez wejścia.
Kowalski nie lubił słowa „możliwe”, ale w tej sprawie słyszał je coraz częściej.
O 06:52 zdecydował.
— Wchodzimy.
Drzwi ustąpiły zaskakująco łatwo.
Wewnątrz było chłodniej niż na zewnątrz. Zapach wilgoci mieszał się z czymś ostrym, chemicznym. Nie wyglądało to na miejsce opuszczone od dwudziestu lat.
Sara wskazała podłogę.
— Kurz przy ścianach. Środek czysty.
— Ktoś tędy chodzi — powiedziała Marta.
Korytarz prowadził w dół. Po kilkunastu metrach dotarli do stalowych drzwi. Nie miały klamki. Obok znajdowała się klawiatura numeryczna.
Kowalski wyjął woreczek z kluczem 317.
— Klucz tutaj nie pomoże.
— Może nie miał — odpowiedziała Sara.
Technik obejrzał panel.
— Cztery cyfry.
— Nie wpisujemy przypadkowych kodów — powiedziała Marta.
Kowalski pomyślał o godzinie.
0640.
— Jeżeli to pułapka, właśnie tego od nas oczekują — zauważyła Sara.
— Wiem.
— I?
— Dlatego najpierw sprawdzimy, co stanie się, kiedy niczego nie wpiszemy.
Czekali.
O 07:00 panel sam się podświetlił.
Na małym wyświetlaczu pojawił się napis:
„SPÓŹNIŁEŚ SIĘ.”
Sara zaklęła pod nosem.
— Ktoś nas obserwuje.
— Albo system został zaprogramowany wcześniej — powiedziała Marta.
Kowalski nacisnął przycisk komunikatora obok klawiatury.
— Tu komisarz Krzysztof Kowalski. Jeżeli ktoś mnie słyszy, koniec zabawy. Policja zabezpieczyła teren.
Przez kilka sekund panowała cisza.
Potem głośnik zatrzeszczał.
— John mówił, że będziesz ostrożniejszy.
Głos był zniekształcony elektronicznie.
Kowalski nie zmienił wyrazu twarzy.
— Znałeś Daviesa?
— To niewłaściwe pytanie.
— W takim razie zadaj właściwe.
Krótki trzask w głośniku mógł być śmiechem.
— Zapytaj, dlaczego człowiek, którego nazywasz przyjacielem, przez dwadzieścia lat ukrywał przed tobą istnienie tego miejsca.
— Davies nie znał mnie przez dwadzieścia lat.
— Właśnie.
Połączenie urwało się.
Na panelu pojawiły się cztery cyfry.
3170.
Drzwi odblokowały się.
— Nie podoba mi się to — powiedziała Marta.
— Mnie od kilku dni nic się nie podoba.
Za stalowymi drzwiami znajdował się kolejny korytarz, tym razem oświetlony. Lampy jarzeniowe zapalały się kolejno, gdy szli naprzód.
Pierwsze pomieszczenie było puste.
W drugim stały metalowe szafy.
Trzecie przypominało dawne centrum łączności. Na ścianach zachowały się tablice z numerami linii, a na podłodze leżały fragmenty kabli.
— Wojskowe? — zapytała Sara.
Marta przyjrzała się oznaczeniom.
— Mogło być. Ale część sprzętu jest zdecydowanie nowsza.
Na końcu korytarza znaleźli pomieszczenie bez numeru.
W środku stał stół i jedno krzesło.
Na stole leżała teczka.
Kowalski zatrzymał wszystkich w drzwiach.
— Technicy.
Po sprawdzeniu teczki okazało się, że nie zawierała żadnego mechanizmu ani substancji niebezpiecznej.
Pierwsza strona przedstawiała fotografię młodego Johna Daviesa.
Druga — Wiktora Wolskiego.
Trzecia — Antoniego Wolskiego.
Na czwartej znajdował się mężczyzna podpisany jako Marek Karski.
Na piątej — Robert Sarnowski.
— M.K. i R.S. — powiedziała Sara.
— Mamy całą piątkę ze zdjęcia — odpowiedział Kowalski.
Marta przeglądała dalsze dokumenty.
— Karski był policjantem.
Kowalski spojrzał na nią.
— Jesteś pewna?
— Jest numer służbowy.
— Sprawdźmy, zanim uwierzymy kartce zostawionej w podziemnym bunkrze.
Połączenie z bazą potwierdziło część danych. Marek Karski służył w policji w latach dziewięćdziesiątych. Odszedł ze służby nagle, bez podanego w aktach powodu.
Robert Sarnowski pracował jako inżynier systemów łączności. Zmarł siedemnaście lat wcześniej.
Antoni Wolski figurował jako geodeta.
— Davies powiedział: kiedy znajdziesz nazwisko na W, nie ufaj dokumentom — przypomniała Sara.
— A my właśnie znaleźliśmy dokumenty o dwóch Wolskich — powiedział Kowalski.
Marta odłożyła teczkę.
— Czyli ktoś może próbować zbudować nam wygodną wersję przeszłości.
— Dokładnie.
Technik zawołał ich z sąsiedniej sali.
Za metalową osłoną znaleziono niewielki serwer. Nie był stary. Urządzenie działało.
— Ktoś zasila ten obiekt — powiedział technik. — I nie z sieci publicznej. Jest własne źródło.
— Możesz wejść do systemu?
— Mogę spróbować zrobić kopię danych. Nie będę niczego otwierał na żywym systemie.
Kowalski skinął głową.
— Tak robimy.
Sara podeszła do drugiej ściany.
— Tutaj są drzwi.
Były niemal niewidoczne pod warstwą farby. Nie miały oznaczenia.
Po otwarciu ukazały wąskie schody prowadzące jeszcze niżej.
— Plan ich nie pokazuje — powiedziała Marta.
— Czyli plan nie pokazuje wszystkiego.
Schody kończyły się przy małym pomieszczeniu archiwalnym.
Tutaj nie było komputerów.
Były setki papierowych teczek.
Na grzbietach widniały miasta i daty.
LONDYN.
MOSKWA.
BERLIN.
NOWY JORK.
SYDNEY.
MANAUS.
JOHANNESBURG.
Kowalski przesuwał wzrokiem po kolejnych nazwach.
— To nie jest archiwum jednej operacji.
— To wygląda jak historia całej sieci — powiedziała Sara.
Marta wskazała dolną półkę.
— Krzysztof.
Stała tam teczka z napisem:
„WARSZAWA — KOWALSKI”.
Nie otworzył jej od razu.
— Fotografujemy wszystko na miejscu.
Technicy rozpoczęli dokumentowanie archiwum.
Dopiero potem Kowalski założył nowe rękawiczki i wyjął teczkę.
Pierwsze materiały pochodziły sprzed wielu lat.
Były tam informacje o jego pracy, zdjęcia komisariatu, adresy miejsc, w których bywał, oraz nazwiska ludzi, z którymi współpracował.
Kolejne dokumenty były nowsze.
Fotografie z Londynu.
Materiały z Nowego Jorku.
Zdjęcia wykonane w Brazylii.
Afryka.
Australia.
— Śledzili cię przez cały czas — powiedziała Sara.
— Nie tylko mnie.
W następnej części teczki znajdowały się jej fotografie.
Marta znalazła własne nazwisko dopiero na końcu.
Jej karta miała zaledwie kilka dni.
— Dołączyłam do kolekcji — powiedziała chłodno.
Kowalski przewrócił ostatnią stronę.
Była pusta.
Po chwili zauważył, że do tylnej okładki przyklejono niewielką kopertę.
W środku znajdowała się karta pamięci.
— Tego nie uruchamiamy tutaj — powiedział.
Technik zabezpieczył nośnik.
Wtedy z góry dobiegł krzyk.
— Ruch przy północnym ogrodzeniu!
Kowalski natychmiast wyszedł z archiwum.
— Ilu?
— Jedna osoba. Ucieka w stronę lasu.
— Zespół zewnętrzny ma ją obserwować. Bez strzelania, jeśli nie ma zagrożenia.
Marta spojrzała na niego.
— Znowu pozwolisz komuś uciec?
— Nie. Tym razem chcę wiedzieć, dokąd pobiegnie.
Dron obserwacyjny wystartował kilka minut później. Kamera termowizyjna wychwyciła pojedynczą sylwetkę przemieszczającą się szybko przez las.
Mężczyzna nie biegł do drogi.
Kierował się w stronę jeziora.
— Ma przygotowany transport — powiedziała Sara.
— Albo drugie wejście — odpowiedział Kowalski.
Na obrazie postać zatrzymała się przy niewielkim budynku ukrytym między drzewami.
Po chwili zniknęła.
— Straciliśmy go?
Operator pokręcił głową.
— Nie wyszedł z drugiej strony.
Kowalski spojrzał na plan.
— Tunel techniczny.
Marta już rozumiała.
— Ten budynek jest wyjściem.
— Albo wejściem.
Zespół zabezpieczył obiekt. W środku znaleziono szyb prowadzący pod ziemię, ale przejście zostało zamknięte od wewnątrz.
Mężczyzny nie było.
— Musi istnieć kolejne odgałęzienie — powiedziała Sara.
— I ktoś zna je lepiej od nas.
Kowalski wrócił do głównego budynku.
Kopia danych z serwera była gotowa.
— Ile tego jest?
— Ponad dwa terabajty — odpowiedział technik.
— Czyli tygodnie pracy.
— Jeśli wszystko jest prawdziwe.
To zdanie zatrzymało Kowalskiego.
— Właśnie. Traktujemy każdy plik jak potencjalną dezinformację, dopóki nie potwierdzimy go niezależnym źródłem.
O dziewiątej rano opuścili obiekt.
Nie zabrali wszystkiego. Archiwum zostało zaplombowane i objęte całodobową ochroną. Najważniejsze nośniki przewieziono osobno.
W samochodzie Sara oparła głowę o zagłówek.
— Śniadanie.
Kowalski spojrzał na nią.
— Co?
— To taki posiłek, który normalni ludzie jedzą rano.
Marta parsknęła śmiechem.
— Popieram.
— Mamy dwa terabajty danych i człowieka, który zniknął pod ziemią.
— I właśnie dlatego potrzebujemy kawy — powiedziała Sara.
Kowalski skapitulował.
Zatrzymali się w niewielkim lokalu przy drodze. Przez dwadzieścia minut nie rozmawiali o sprawie. Sara jadła jajecznicę, Marta przeglądała wiadomości w telefonie, a Kowalski pił drugą kawę i patrzył przez okno.
Takie chwile były potrzebne. Wiedział o tym, choć rzadko potrafił się do tego przyznać.
Telefon Marty zadzwonił.
Spojrzała na ekran.
— Komenda.
Odebrała.
Jej twarz zmieniła się po kilku sekundach.
— Kiedy?
Kowalski odstawił kubek.
Marta słuchała jeszcze chwilę.
— Niczego nie dotykajcie. Zabezpieczcie wejście. Zaraz będziemy.
Rozłączyła się.
— Co się stało? — zapytała Sara.
— Ktoś włamał się do pokoju dowodowego.
— Czego szukał?
— Tego jeszcze nie wiedzą.
Kowalski już wstawał.
— Helena?
— Bezpieczna.
— Dyskietki?
— Były w laboratorium, nie w magazynie.
— Kaseta Daviesa?
Marta zamarła.
— Była w magazynie.
Do Poznania wracali szybciej, niż wyjeżdżali.
Kiedy weszli do komendy, technicy kończyli zabezpieczać korytarz. Zamek w pokoju dowodowym nie został wyłamany.
— Ktoś użył karty dostępu — powiedział funkcjonariusz.
— Czyjej? — zapytała Marta.
Mężczyzna zawahał się.
— Twojej.
Marta pobladła.
— Moja karta jest przy mnie.
Wyjęła ją z portfela.
Kowalski spojrzał na czytnik.
— Skopiowali identyfikator.
— Albo system kłamie — powiedziała Sara.
— Sprawdzimy jedno i drugie.
W magazynie brakowało tylko jednego przedmiotu.
Kasety magnetofonowej pozostawionej przez Wiktora Wolskiego.
— Dlaczego tylko ona? — zapytała Marta.
Kowalski spojrzał na pustą półkę.
— Bo było na niej coś, czego jeszcze nie usłyszeliśmy.
— Przecież nagranie zostało skopiowane.
— Kopia zawierała to, co udało się odtworzyć. Oryginał może mieć drugą ścieżkę, zapis pod szumem, fizyczne oznaczenia. Cokolwiek.
Sara podeszła do technika.
— Monitoring?
— Kamery na tym korytarzu straciły obraz na sześć minut.
— Awaria?
— Nie.
Kowalski spojrzał na Martę.
— Kto wiedział, że wracamy z obiektu?
— Zespół, dyżurny, technicy…
— Za dużo ludzi.
— Nie zamknę całej komendy — odpowiedziała.
— Nie musisz. Wystarczy, że sprawdzimy, kto wiedział o kasecie.
Lista była krótka.
Jedenaście osób.
Jedną z nich był naczelnik wydziału, przełożony Marty.
Drugą technik, który odtwarzał nagranie.
Trzecią funkcjonariusz dyżurny.
Kowalski czytał kolejne nazwiska.
Przy siódmym zatrzymał palec.
— Kto to?
Marta spojrzała.
— Aspirant Daniel Różycki. Pracuje u mnie od czterech lat.
— Był dzisiaj w pracy?
— Powinien być.
Sara sprawdziła grafik.
— Odbił wejście o szóstej dwanaście.
— A wyjście?
— Nie ma.
Marta zadzwoniła do jego pokoju.
Nikt nie odebrał.
Po dwóch minutach funkcjonariusz wysłany na miejsce wrócił.
— Różyckiego nie ma. Jego kurtka została w szafie. Telefon służbowy leży na biurku.
— Prywatny?
— Wyłączony.
Marta zacisnęła szczękę.
— Daniel nie zrobiłby czegoś takiego.
Kowalski spojrzał na nią.
— Wczoraj powiedziałaś, że nie lubisz pracować po omacku.
— Nadal nie lubię.
— Więc nie bronimy go i nie oskarżamy. Szukamy.
Pierwszy ślad znaleźli na parkingu.
Samochód Różyckiego stał na swoim miejscu.
Na siedzeniu pasażera leżał portfel.
W bagażniku znaleziono jego prywatny telefon.
— Nie uciekł — powiedziała Sara.
Marta milczała.
Kowalski obejrzał wnętrze samochodu.
— Albo ktoś bardzo chce, żebyśmy tak pomyśleli.
Telefon zawibrował w woreczku dowodowym.
Na ekranie pojawiło się powiadomienie o nowej wiadomości.
Nadawcą był numer zastrzeżony.
Treść składała się z jednego zdania:
„Jeżeli chcecie odzyskać policjanta, przestańcie szukać Architekta.”
Marta przeczytała wiadomość.
— Mają Daniela.
Kowalski nie odpowiedział od razu.
— Być może.
— Co znaczy „być może”?
— To znaczy, że ktoś chce, żebyśmy uwierzyli, że go mają.
— Jego telefon jest w bagażniku, on zniknął, a wiadomość mówi o policjancie.
— Właśnie dlatego wygląda to zbyt dobrze.
Marta zrobiła krok w jego stronę.
— To mój człowiek.
— I dlatego nie możemy pozwolić, żeby emocje zdecydowały za nas.
Przez moment wyglądała, jakby miała mu odpowiedzieć ostrzej. Zamiast tego odwróciła się i zacisnęła dłonie.
Sara przerwała ciszę.
— Możemy sprawdzić jego ostatnie logowania, kamery z wejść, komunikację. Jeżeli został wyprowadzony z budynku, gdzieś musi zostać ślad.
— Robimy to — powiedział Kowalski.
Dwie godziny później mieli pierwszy problem.
Żadna kamera nie zarejestrowała Różyckiego opuszczającego komendę.
Drugi problem był gorszy.
O 07:14 jego karta dostępu otworzyła drzwi do podziemnego garażu.
O 07:16 ta sama karta została użyta przy wejściu na trzecim piętrze.
— Dwie minuty — powiedziała Sara. — Fizycznie niemożliwe.
— Sklonowana karta — odpowiedział Kowalski.
Marta wskazała ekran.
— Albo dwie.
Technik powiększył zapis z kamery garażowej.
Obraz był niewyraźny. Widać było człowieka w policyjnej kurtce przechodzącego przez drzwi.
— To Daniel?
— Nie wiem — powiedziała Marta.
Kowalski przyjrzał się sylwetce.
— Za wysoki.
— O kilka centymetrów.
— Wystarczy.
Sara zatrzymała obraz.
— Spójrzcie na lewą rękę.
Mężczyzna miał rękawiczki.
Na nadgarstku znajdował się zegarek.
Kowalski powiększył kadr.
— Widziałem go.
— Gdzie?
— W hotelu. Na nagraniu człowieka w szarym płaszczu.
Marta spojrzała na niego.
— Jesteś pewien?
— Nie. Ale pasek wygląda tak samo.
Sara westchnęła.
— Czyli nasz obserwator może chodzić po komendzie w policyjnej kurtce.
— Mógł — poprawił Kowalski. — Teraz wie, że będziemy go szukać.
Telefon Kowalskiego zadzwonił.
Numer był polski.
Odebrał.
— Kowalski.
Przez kilka sekund słyszał tylko oddech.
Potem cichy głos.
— Komisarzu…
Marta natychmiast spojrzała na niego.
— Kto mówi?
— Różycki.
Kowalski włączył głośnik.
— Daniel, gdzie jesteś?
— Nie wiem.
— Rozejrzyj się. Powiedz mi, co widzisz.
— Ciemno. Beton. Drzwi. Chyba piwnica.
— Jesteś ranny?
— Uderzyli mnie. Głowa. Nic więcej.
— Ilu ich było?
— Nie widziałem. Ktoś zawołał mnie rano do magazynu. Potem… nie pamiętam.
Kowalski spojrzał na technika, który już próbował namierzyć połączenie.
— Skąd masz telefon?
— Leżał tutaj. Stary. Tylko jeden numer zapisany.
— Mój.
— Tak.
W tle rozległ się dźwięk.
Różycki zamilkł.
— Daniel?
— Ktoś idzie.
— Schowaj telefon. Nie rozłączaj, jeśli możesz.
Usłyszeli szuranie, potem metaliczny trzask.
Kroki.
Drzwi otworzyły się.
Nieznany mężczyzna powiedział:
— Czas.
Połączenie zostało przerwane.
Technik podniósł głowę.
— Mam przybliżoną lokalizację.
— Gdzie?
— Poznań. Zachodnia część miasta. Promień około dwóch kilometrów.
Marta już brała kurtkę.
Kowalski zatrzymał ją.
— Tym razem jedziemy. Ale nie tam, gdzie pokazuje telefon.
— Co?
— Człowiek, który dał Różyckiemu aparat z moim numerem, wiedział, że będziemy go namierzać.
Sara zrozumiała pierwsza.
— Telefon jest przynętą.
— Tak.
— Więc jak znajdziemy Daniela?
Kowalski spojrzał na nagranie z garażu, potem na zdjęcie mężczyzny w szarym płaszczu.
— Znajdziemy człowieka, który go zabrał.
Marta pokręciła głową.
— Nadal nie mamy jego twarzy.
— Nie potrzebujemy twarzy.
— To czego?
Kowalski wskazał zegarek na nadgarstku obserwatora.
— Potrzebujemy wiedzieć, gdzie go kupił.
Sara popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Chcesz znaleźć porywacza po zegarku?
— Nie. Chcę znaleźć miejsce, w którym popełnił pierwszy zwyczajny błąd.
Marta przez chwilę milczała.
— Dobrze. Od czego zaczynamy?
Kowalski powiększył kadr.
Na metalowym zapięciu paska widniał niewielki znak.
— Od tego.
Technik powiększył obraz tak mocno, że piksele zaczęły rozpadać się na kolorowe kwadraty. Znak na zapięciu nadal był widoczny: trzy cienkie linie układające się w kształt przypominający otwartą bramę.
— Kojarzysz? — zapytała Sara.
Marta pokręciła głową.
— Nie.
Kowalski zrobił zdjęcie ekranu.
— Nie szukamy zegarka. Szukamy paska, serwisu, jubilera, czegokolwiek, co zostawiło ten znak.
— To może być logo producenta — powiedział technik.
— Albo warsztatu, który dorobił zapięcie. Sprawdź oba warianty.
Przez kolejną godzinę zespół przeglądał katalogi producentów, archiwalne aukcje i zdjęcia części zegarmistrzowskich. Pierwszy trop prowadził do niemieckiej marki, ale znak różnił się jednym szczegółem. Drugi okazał się logotypem firmy produkującej klamry do pasków.
Trzeci znaleźli przypadkiem.
Młody funkcjonariusz przyniósł wydruk ze strony niewielkiego zakładu zegarmistrzowskiego.
— To?
Kowalski porównał znak.
Był identyczny.
— Gdzie?
— Poznań. Zakład działa od trzydziestu lat. Właściciel robi też paski na zamówienie i graweruje zapięcia.
Marta spojrzała na adres.
— Dziesięć minut stąd.
— Nie jedziemy wszyscy — powiedział Kowalski. — Ja i Sara. Ty zostajesz przy sprawie Różyckiego.
— To mój człowiek.
— Właśnie dlatego potrzebuję cię tutaj. Jeśli porywacze zadzwonią ponownie, masz znać każdą sekundę tego, co dzieje się w komendzie.
Marta nie była zadowolona, ale tym razem nie protestowała.
Zakład mieścił się w wąskim lokalu pomiędzy piekarnią a sklepem z używanymi książkami. Nad drzwiami wisiał stary szyld. W witrynie ustawiono zegary, których wskazówki pokazywały różne godziny.
Za ladą siedział mężczyzna po sześćdziesiątce z lupą zegarmistrzowską przy oku.
— Policja? — zapytał, zanim Kowalski zdążył się przedstawić.
— Tak łatwo poznać?
— Ludzie nie wchodzą tutaj we dwoje z takimi minami, żeby wymienić baterię.
Sara uśmiechnęła się lekko.
Kowalski pokazał zdjęcie zapięcia.
— To pański znak?
Zegarmistrz spojrzał.
— Mój.
— Ile takich zapięć pan zrobił?
— Przez lata? Setki.
— Ten konkretny pasek może być czarny, skórzany, szeroki. Zapięcie stalowe.
— Nadal dużo.
— Klient jest wysoki. Prawdopodobnie mężczyzna. Mógł być tutaj niedawno.
Zegarmistrz zdjął lupę.
— Niedawno to ile?
— Kilka miesięcy.
— W takim razie mogę sprawdzić zamówienia.
Wyciągnął spod lady gruby zeszyt.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Papier.
— Czasami najlepsza baza danych.
Zegarmistrz przewracał strony powoli.
— Czarne paski… stalowe zapięcia… tutaj.
Przesunął zeszyt.
Wpis pochodził sprzed siedmiu tygodni.
Nazwisko klienta: Michał Kurek.
— Płatność? — zapytał Kowalski.
— Gotówka.
— Numer telefonu?
— Zostawił.
Sara zapisała numer.
— Pamięta go pan?
Zegarmistrz zastanowił się.
— Wysoki. Szczupły. Może czterdzieści kilka lat. Mówił spokojnie. Nie lubił czekać.
— Coś charakterystycznego?
— Blizna.
— Gdzie?
Mężczyzna dotknął własnej szyi, tuż pod prawym uchem.
— Tutaj.
Kowalski poczuł pierwsze prawdziwe przyspieszenie od czasu porwania Różyckiego.
— Monitoring?
— Mam kamerę.
Nagrania przechowywano przez trzy miesiące.
Po kilkunastu minutach znaleźli właściwy dzień.
Mężczyzna wszedł do zakładu o 13:22. Kamera uchwyciła twarz tylko przez sekundę.
To wystarczyło.
Nie był człowiekiem z żadnej fotografii, którą dotąd oglądali.
— Mamy twarz — powiedziała Sara.
— Mamy człowieka, który kupił pasek.
— Krzysztof…
— W tej sprawie nie zamieniam już „prawdopodobnie” na „na pewno”.
Zdjęcie trafiło do komendy.
Po dwudziestu minutach przyszła odpowiedź.
Michał Kurek istniał, ale mężczyzna z nagrania nim nie był.
Prawdziwy Kurek miał pięćdziesiąt osiem lat i mieszkał pod Kaliszem.
— Skradziona tożsamość — powiedziała Sara.
— Albo tylko nazwisko.
Numer telefonu podany zegarmistrzowi był już nieaktywny. Operator potwierdził, że karta została kupiona bez rejestracji w okresie, kiedy było to jeszcze możliwe, a potem przez lata pozostawała nieużywana.
— Ktoś planuje długo — zauważyła Sara.
— Albo ma szufladę pełną starych kart.
Wracali do komendy, gdy zadzwoniła Marta.
— Mamy drugie połączenie.
— Od Daniela?
— Nie. Wiadomość głosowa na jego prywatnym telefonie.
— Treść?
— „Dwanaście trzydzieści. Stary terminal. Jedna osoba. Bez broni.”
Kowalski spojrzał na zegarek.
Była 11:46.
— Jaki terminal?
— Nie napisali.
Sara natychmiast wyjęła telefon.
— W Poznaniu można tak nazwać kilka miejsc.
— Właśnie o to chodzi — powiedział Kowalski. — Chcą, żebyśmy tracili czas.
Marta odezwała się ponownie.
— Jest coś jeszcze. W tle wiadomości słychać dzwon.
— Kościelny?
— Nie wiem. Technicy analizują.
— Wyślij nagranie.
Po chwili odsłuchali je w samochodzie.
Głos był sztucznie obniżony. Za nim słychać było odległy metaliczny ton, potem krótki sygnał i szum.
Sara odtworzyła jeszcze raz.
— To nie dzwon.
— Co?
— Posłuchaj końcówki.
Kowalski zamknął oczy.
Metaliczny ton. Przerwa. Dwa krótsze dźwięki.
— Przejazd kolejowy?
— Albo sygnalizacja na bocznicy.
Kowalski zadzwonił do Marty.
— Sprawdź nieczynne terminale i magazyny przy torach. Szczególnie miejsca, które ktoś lokalnie może nazywać starym terminalem.
O 12:03 mieli trzy lokalizacje.
Jedna znajdowała się zbyt daleko od miejsca, z którego wykonano pierwsze połączenie Różyckiego.
Druga została przebudowana na centrum logistyczne.
Trzecia była nieczynnym terminalem przeładunkowym na obrzeżach miasta.
— To może być pułapka — powiedziała Sara.
— Jest.
— Skąd wiesz?
— Bo napisali „jedna osoba, bez broni”. Nikt, kto naprawdę chce wymienić zakładnika, nie musi tłumaczyć policjantowi, że ma przyjechać bez broni. Chce, żebym myślał o zasadzce.
— Czyli?
— Czyli zastanawiam się, co robią w miejscu, na które nie patrzymy.
Marta czekała na nich w sali operacyjnej.
Na ścianie wyświetlono mapę.
— Terminal tutaj. Miejsce pierwszego połączenia Daniela tutaj. Komenda tutaj.
Kowalski zaznaczył zakład zegarmistrzowski.
Cztery punkty nie tworzyły żadnego oczywistego wzoru.
Sara przyglądała się mapie.
— A stacja 317?
Marta dodała piąty punkt.
Nadal nic.
— Za bardzo patrzymy na miejsca — powiedział Kowalski. — Sprawdźmy czasy przejazdu.
Technik uruchomił program.
— Z terminalu do komendy około dwudziestu minut. Do mieszkania Heleny piętnaście. Do zegarmistrza osiemnaście.
— A do laboratorium, gdzie mamy kopię kasety?
Marta spojrzała na niego.
— Dwanaście.
Kowalski podniósł wzrok.
— Właśnie.
— Myślisz, że terminal ma nas wyciągnąć z komendy?
— Nie wszystkich. Tylko tych, którzy wiedzą, czego szukać.
— Kopia nagrania jest zabezpieczona.
— Oryginał też był.
Zapadła cisza.
Marta natychmiast wydała polecenie wzmocnienia ochrony laboratorium.
Kowalski spojrzał na godzinę.
12:11.
— Na terminal jedzie zespół obserwacyjny. Bez wchodzenia. Ja zostaję tutaj.
Sara uniosła brwi.
— A „jedna osoba”?
— Będą musieli przeżyć rozczarowanie.
O 12:26 obserwatorzy zameldowali brak ruchu.
O 12:29 kamera przy terminalu zarejestrowała samochód dostawczy.
O 12:30 jego boczne drzwi otworzyły się.
Na asfalt wypadł mężczyzna ze związanymi rękami.
— Daniel — powiedziała Marta.
Zespół ruszył natychmiast.
Samochód odjechał.
Różycki żył.
Był osłabiony, miał rozciętą skórę na głowie, ale pozostawał przytomny.
— Czyli naprawdę go mieli — powiedziała Marta.
Kowalski patrzył na obraz z kamery.
— I oddali go bez wymiany.
— Dlaczego?
— Bo Daniel nie był celem.
Telefon w sali zadzwonił.
Laboratorium.
Marta odebrała.
Jej twarz stężała.
— Powtórz.
Kowalski już wiedział.
— Co zniknęło?
Marta odłożyła słuchawkę.
— Nic.
— Nic?
— Ktoś próbował wejść. Ochrona go zatrzymała.
Sara podeszła bliżej.
— Kogo?
— Technikę z firmy serwisującej klimatyzację. Miał identyfikator, zlecenie i właściwy kod dostępu.
— Prawdziwa firma?
— Tak. Tyle że firma nikogo dzisiaj nie wysyłała.
Kowalski poczuł satysfakcję tylko przez sekundę.
— Mamy go żywego?
— Tak.
— To jedziemy.
Mężczyzna siedział w pokoju przesłuchań z rękami opartymi na stole. Miał około trzydziestu pięciu lat, krótkie włosy i roboczy kombinezon.
Nie przypominał człowieka z zegarkiem.
Kowalski usiadł naprzeciwko.
— Nazwisko.
— Adrian Lis.
— Prawdziwe?
— Tak.
— Co robiłeś w laboratorium?
— Pracę.
— Firma twierdzi, że cię nie wysłała.
Lis wzruszył ramionami.
— Może mają bałagan.
Kowalski położył na stole kopię fałszywego zlecenia.
— Kod dostępu jest prawidłowy.
— To dobrze.
— Nie dla ciebie.
Lis uśmiechnął się.
— Komisarzu, ja tylko naprawiam klimatyzację.
— I dlatego miałeś w kieszeni urządzenie do kopiowania danych?
Uśmiech zniknął.
Sara obserwowała przesłuchanie zza szyby.
Kowalski przesunął woreczek dowodowy.
— Co miałeś skopiować?
— Nie wiem, o czym pan mówi.
— Kto dał ci zlecenie?
— Kierownik.
— Nazwisko.
— Nie pamiętam.
— Pracujesz dla człowieka, którego nazwiska nie pamiętasz?
Lis milczał.
Kowalski nie naciskał.
Pozwolił ciszy trwać.
Po minucie Lis poruszył się na krześle.
— Mogę dostać wodę?
— Oczywiście.
Kowalski podał mu butelkę.
— Dziękuję.
— Proszę. A teraz powiedz, ile ci zapłacili.
Lis spojrzał na niego.
— Za co?
— Za wejście do laboratorium. Nie jesteś członkiem żadnej wielkiej organizacji. Gdybyś był, nie dałbyś się zatrzymać ochroniarzowi przy drzwiach.
Mężczyzna zacisnął szczękę.
— Nie wie pan, kim jestem.
— Wiem, że masz zaległe raty, dwa mandaty i firmę zawieszoną od pół roku.
To był blef.
Kowalski nie znał jeszcze jego sytuacji finansowej.
Lis spuścił wzrok.
Wystarczyło.
— Ile? — powtórzył Kowalski.
— Pięć tysięcy.
— Za co dokładnie?
— Miałem wejść, podłączyć urządzenie do komputera numer cztery i wyjść.
— Kto cię wynajął?
— Nie znam nazwiska.
— Jak się kontaktował?
— Przez komunikator.
— Głos?
— Raz rozmawialiśmy.
— Mężczyzna?
— Tak.
— Charakterystyczny?
Lis zastanowił się.
— Spokojny. Jakby wszystko było już ustalone.
Kowalski wyjął zdjęcie z zakładu zegarmistrzowskiego.
— Ten?
Lis spojrzał i natychmiast odwrócił wzrok.
— Nie wiem.
— To nie było pytanie o wiedzę. To było pytanie o rozpoznanie.
— Nie widziałem go.
Kowalski schował zdjęcie.
— Ale głos rozpoznałeś.
Lis nic nie powiedział.
Po przesłuchaniu Marta czekała na korytarzu.
— Przyznał się?
— Do zlecenia. Nie do znajomości człowieka.
— Wierzymy mu?
— W części.
— Czyli mamy wykonawcę, ale nie organizatora.
— I wiemy, że organizator nie jest wszechmocny. Musi wynajmować ludzi.
Sara podeszła z telefonem.
— Jest coś lepszego. Różycki chce rozmawiać.
Daniel leżał w szpitalu pod ochroną. Kiedy weszli, wyglądał na zmęczonego, ale przytomnego.
Marta usiadła obok łóżka.
— Jak się czujesz?
— Jakbym przegrał dyskusję z betonową podłogą.
— Pamiętasz coś?
— Trochę.
Kowalski stanął z boku.
— Zacznij od magazynu.
Różycki zamknął oczy.
— Zadzwonił wewnętrzny telefon. Ktoś powiedział, że jest problem z plombą przy dowodach. Poszedłem sprawdzić.
— Rozpoznałeś głos?
— Nie. Brzmiał normalnie.
— Co dalej?
— Na korytarzu nikogo nie było. W magazynie poczułem coś za plecami. Potem obudziłem się w samochodzie.
— Widziałeś porywacza?
— Jednego. Przez chwilę.
Kowalski pokazał zdjęcie mężczyzny z zegarmistrza.
Różycki spojrzał długo.
— To może być on.
— „Może” nie wystarczy.
— Wiem. Było ciemno.
— Coś jeszcze?
Daniel zmarszczył czoło.
— Miał dziwny sposób mówienia.
— Jaki?
— Nie przeklinał. Ani razu. Nawet kiedy drugi facet upuścił skrzynkę na jego nogę.
Marta spojrzała na Kowalskiego.
— Było ich dwóch.
— Tak. Drugiego nie widziałem.
— Co powiedział pierwszy?
Różycki próbował sobie przypomnieć.
— „Uważaj. To archiwum jest starsze od ciebie.”
Kowalski wyprostował się.
— Skrzynka?
— Metalowa. Ciężka.
— Widziałeś oznaczenie?
— Nie. Ale kiedy ją przesuwali, coś w środku uderzało o ściany. Jak…
— Jak co?
— Szpule.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Taśmy?
— Możliwe.
Różycki otworzył oczy.
— Jest jeszcze coś.
— Mów.
— Kiedy mnie wieźli, samochód zatrzymał się. Usłyszałem pociąg. Bardzo blisko. Potem ruszyliśmy i po kilku minutach zjechaliśmy na nierówną drogę.
— Ile minut?
— Pięć, może siedem.
— Przejazd kolejowy?
— Nie wiem. Ale pociąg zwalniał. Słyszałem hamulce.
Kowalski zapamiętał szczegół.
Po wyjściu ze szpitala Sara odezwała się pierwsza.
— Terminal, tory, skrzynka ze szpulami. To wszystko może się łączyć.
— Może.
— Znowu to słowo.
— Dobre słowo. Chroni przed głupotą.
Marta otrzymała wiadomość od techników.
— Mamy dane z urządzenia Lisa.
— Co było celem?
— Komputer numer cztery przechowuje kopię cyfrową kasety.
— Tylko kopię?
— I analizę widma dźwięku.
Kowalski zatrzymał się.
— Analizę czego?
— Szumów, zakłóceń, wszystkiego, co było pod nagraniem.
— Czy technicy znaleźli coś wcześniej?
— Nie zdążyli. Analiza miała ruszyć dzisiaj.
Sara spojrzała na niego.
— Czyli wiedzieli, że będziemy szukać drugiej warstwy.
— Albo bali się, że ją znajdziemy.
W laboratorium specjalista od dźwięku uruchomił kopię.
— Kaseta ma dwie ścieżki. Pierwsza jest normalna. Druga została nagrana bardzo cicho i częściowo przykryta szumem.
— Możesz ją oczyścić?
— Już próbuję.
Po kilkunastu minutach z głośników popłynął głos Wiktora Wolskiego.
Był słabszy niż na głównym nagraniu.
„Jeżeli słuchasz drugiej ścieżki, Davies zrobił to, o co go prosiłem.”
Sara przysunęła się do głośnika.
„Nie ufaj liście. Lista została przygotowana dla tych, którzy mieli ją znaleźć.”
Kowalski spojrzał na Martę.
Nagranie trwało dalej.
„Karski nie zdradził nas. Sarnowski nie zginął przypadkiem. A mój ojciec nigdy nie był geodetą.”
Potem pojawił się szum.
Technik poprawił filtr.
„Stacja 317 była tylko magazynem. Prawdziwe archiwum przeniesiono, zanim zaczęliśmy się bać siebie nawzajem.”
Kowalski poczuł, jak układanka znowu się rozpada.
„Jeżeli chcesz znaleźć archiwum, nie szukaj adresu. Szukaj człowieka, który przez dwadzieścia lat pilnował miejsca, nie wiedząc, czego pilnuje.”
Nagranie urwało się.
— Ktoś pilnował miejsca przez dwadzieścia lat — powtórzyła Sara.
Marta spojrzała na dokumenty.
— Ochroniarz? Leśniczy? Kolejarz?
— Albo właściciel terenu — powiedział Kowalski.
Technik podniósł rękę.
— To nie koniec.
W głośnikach pojawił się jeszcze jeden fragment.
Tym razem mówił Davies.
„Wiktor, jeśli to nagrywasz, powiedz nazwisko.”
Chwila ciszy.
Wolski odpowiedział:
„Nie. Nazwisko zabije go szybciej niż prawda.”
Potem trzask.
I ostatnie zdanie:
„Szukaj człowieka od świateł.”
Sara zmarszczyła brwi.
— Człowieka od świateł?
Kowalski spojrzał przez szybę laboratorium na korytarz.
— Kolej.
— Sygnalizacja — powiedziała Marta.
— Człowiek, który pilnuje świateł przy torach.
Wysocka już wyciągała telefon.
— Sprawdzę dawnych pracowników kolei w rejonie wskazanym przez współrzędne.
— Nie tylko pracowników — powiedział Kowalski. — Podwykonawców, automatyków, konserwatorów. Kogoś, kto mógł przez lata pojawiać się przy instalacjach i nikogo to nie dziwiło.
Lista przyszła po czterdziestu minutach.
Było na niej dwadzieścia siedem nazwisk.
Po odrzuceniu osób zmarłych, tych, które pracowały krótko, i tych, które nie miały związku z rejonem, zostało pięć.
Jedno nazwisko pojawiało się w dokumentach przez dwadzieścia trzy lata.
Jerzy Malec.
Emerytowany automatyk kolejowy.
Mieszkał niedaleko Międzychodu.
Sara przeczytała adres.
— To niedaleko punktu z mapy.
Kowalski spojrzał na Martę.
— Nie dzwonimy.
— Jedziemy?
— Najpierw sprawdzamy.
Malec nie był karany. Nie prowadził działalności gospodarczej. Po przejściu na emeryturę dorabiał przy konserwacji instalacji w prywatnych zakładach i na bocznicach.
W jego historii pojawił się jednak jeden szczegół.
Przez siedemnaście lat otrzymywał co miesiąc przelew od firmy, która formalnie zajmowała się utrzymaniem infrastruktury.
Firma przestała istnieć trzy lata temu.
Przelewy nie ustały.
Zmienił się tylko nadawca.
Narew Development.
Marta odsunęła się od monitora.
— Spółka Heleny.
— Spółka założona na jej dane — poprawił Kowalski.
Sara spojrzała na kwoty.
— Niewiele. Tysiąc dwieście miesięcznie.
— Wystarczająco, żeby człowiek traktował to jak drobne zlecenie i nie zadawał pytań.
— Albo żeby udawał, że nie zadaje.
Kowalski wstał.
— Teraz jedziemy.
Nie zabierali dużego zespołu. Marta wysłała dwa nieoznakowane samochody osobno, z kilkuminutowym odstępem.
Kowalski siedział obok niej. Sara z tyłu przeglądała zdjęcia satelitarne.
— Dom jest na skraju wsi. Za nim pola i kawałek lasu.
— Sąsiedzi?
— Kilka posesji.
— Żadnego wejścia z hukiem.
— Wiem — odpowiedziała Marta.
Po godzinie byli na miejscu.
Dom Jerzego Malca wyglądał zwyczajnie. Niski płot, mały ogród, stary garaż. Na podjeździe stał granatowy samochód.
Kowalski zadzwonił do drzwi.
Otworzył im szczupły mężczyzna z siwymi włosami. Mógł mieć około siedemdziesięciu lat.
— Pan Jerzy Malec?
— Tak.
— Komisarz Kowalski. Chcielibyśmy porozmawiać o pańskiej dawnej pracy.
Malec spojrzał na legitymację.
— Kolej już dawno o mnie zapomniała.
— My nie pytamy w imieniu kolei.
Mężczyzna popatrzył na Martę, potem na Sarę.
— Wejdźcie.
W salonie stał model kolejki. Tory zajmowały niemal cały duży stół. Miniaturowe semafory świeciły czerwonym i zielonym światłem.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
Człowiek od świateł.
— Ładny model — powiedział Kowalski.
— Sam robiłem.
— Nadal interesuje się pan sygnalizacją?
— Jak człowiek robi coś czterdzieści lat, to trudno przestać.
Kowalski wyjął zdjęcie betonowego obiektu.
— Zna pan to miejsce?
Malec spojrzał.
Nie zaprzeczył.
— Skąd macie zdjęcie?
— Czyli pan zna.
— Znam.
— Co pan tam robił?
— Sprawdzałem instalację.
— Jaką?
— Zasilanie awaryjne, światła kontrolne, czujniki.
— Przez dwadzieścia lat?
— Mniej więcej.
— Dla kogo?
Malec wzruszył ramionami.
— Firma się zmieniała. Zlecenie zostawało.
— Nigdy pana nie ciekawiło, po co utrzymywać instalację w opuszczonym obiekcie?
— Płacili na czas.
— To nie odpowiedź.
Malec westchnął.
— Oczywiście, że mnie ciekawiło.
— I?
— I nauczyłem się, że ciekawość nie zawsze jest zdrowa.
Marta pochyliła się.
— Kto pana tego nauczył?
Malec spojrzał na nią.
— Człowiek, który przyszedł do mnie siedemnaście lat temu.
— Nazwisko?
— Nie podał.
— Wygląd?
— Wtedy miał może czterdzieści lat. Elegancki. Mówił bardzo spokojnie.
Kowalski pokazał fotografię mężczyzny z zakładu zegarmistrzowskiego.
Malec patrzył kilka sekund.
— Nie.
— Jest pan pewien?
— Ten jest młodszy.
Sara odezwała się:
— Ale podobny?
Malec spojrzał ponownie.
— Oczy.
— Co z oczami?
— Tak samo patrzy.
Kowalski nie komentował.
— Co dokładnie miał pan robić?
— Raz w miesiącu sprawdzić system. Jeśli świeciła zielona kontrolka, wychodziłem. Jeśli czerwona, dzwoniłem pod numer.
— Jaki?
— Numer zmieniał się kilka razy.
— Co było podłączone do systemu?
— Nie wiedziałem.
— A teraz?
Malec spojrzał na miniaturowe semafory.
— Teraz już wiem, że nie pilnowałem budynku.
Kowalski poczuł napięcie.
— Czego pan pilnował?
— Sygnału.
— Jakiego sygnału?
— Co miesiąc urządzenie wysyłało krótki impuls. Myślałem, że to test.
— Dokąd?
— Nie wiedziałem. Dopóki trzy lata temu nie wymieniłem modułu.
— I?
Malec wstał.
— Pokażę wam.
Poszedł do garażu.
Z metalowej szafki wyjął stary moduł elektroniczny.
— Miałem go wyrzucić. Nie wyrzuciłem.
Marta założyła rękawiczki.
— Dlaczego?
— Bo na płytce był numer.
— Jaki?
Malec odwrócił urządzenie.
Na obudowie widniał ciąg cyfr i liter.
Sara zrobiła zdjęcie.
— To nie wygląda jak numer seryjny.
— Bo nie jest — powiedział Malec. — To oznaczenie starego łącza kolejowego.
— Dokąd prowadziło?
Mężczyzna zawahał się.
— Do miejsca, które oficjalnie zamknięto przed moim zatrudnieniem.
— Gdzie?
Malec spojrzał na Kowalskiego.
— Międzychód.
Tym razem nikt nie musiał dopowiadać urwanego słowa z kasety.
Malec rozłożył na stole starą mapę techniczną.
— Tu była bocznica. Tu magazyny. A tutaj stary węzeł łączności. Po likwidacji części infrastruktury dokumentacja miała zostać zniszczona.
— Miała?
— Nie została.
— Skąd pan wie?
— Bo sam woziłem tam nowe akumulatory jeszcze pięć lat później.
Kowalski wskazał miejsce.
— Co jest tam teraz?
— Oficjalnie nic.
— A nieoficjalnie?
Malec spojrzał na niego długo.
— Nie wiem. Od trzech lat nie pozwalają mi tam jeździć.
— Kto nie pozwala?
— Ten, kto płaci.
— Narew Development?
Malec pobladł.
— Skąd znacie tę nazwę?
— To my zadajemy pytania.
— W takim razie powiem wam coś, o co nie zapytaliście.
Kowalski czekał.
— Zielona kontrolka zgasła trzy dni temu.
— Co pan zrobił?
— Zadzwoniłem pod numer.
— Odebrali?
— Tak.
— Co powiedzieli?
— Żebym niczego nie naprawiał.
— Kto mówił?
— Mężczyzna.
— Ten sam co siedemnaście lat temu?
Malec pokręcił głową.
— Nie.
— Młodszy?
— Tak.
Kowalski pokazał zdjęcie z zegarmistrza po raz drugi.
Malec przyjrzał mu się.
— Tego głosu nie zapomnę.
— To on?
— Tak.
Po raz pierwszy mieli niezależne rozpoznanie.
Kowalski schował fotografię.
— Panie Jerzy, od tej chwili będzie pan pod ochroną.
— Nie potrzebuję.
— Helena Maj też tak powiedziała.
Malec zamarł.
— Helena żyje?
Kowalski nie odpowiedział od razu.
— Zna ją pan?
Mężczyzna usiadł ciężko.
— Znałem jej brata.
— Wiktora?
— Tak.
Sara przesunęła się bliżej.
— Dlaczego nie powiedział pan wcześniej?
— Bo obiecałem.
— Dzisiaj wszyscy coś obiecali Wiktorowi — powiedział Kowalski. — A on zostawił nam nagranie, które każe pana znaleźć.
Malec zamknął oczy.
— Czyli jednak nie zdążył.
— Z czym?
— Zniszczyć archiwum.
Marta spojrzała na Kowalskiego.
— Archiwum jest w Międzychodzie?
Malec pokręcił głową.
— Nie wiem, czy jeszcze jest. Ale tam je przenieśli.
— Kto?
— Wiktor, Davies i Karski.
— A Sarnowski?
— Już wtedy nie żył.
— Antoni Wolski?
Malec spojrzał na swoje dłonie.
— Antoni nie był częścią grupy.
— Kim był?
— Powodem, dla którego grupa powstała.
Kowalski poczuł, że dotarli do miejsca, w którym pytania zaczynały sięgać jeszcze dalej w przeszłość.
— Opowie nam pan wszystko.
— Nie tutaj.
— Dlaczego?
Malec wskazał okno.
— Bo samochód, który stoi za waszym od pięciu minut, nie należy do żadnego z moich sąsiadów.
Marta odwróciła się tylko na tyle, żeby spojrzeć w odbicie szyby kredensu.
Na drodze stał srebrny samochód.
Silnik pracował.
— Zespół drugi? — szepnął Kowalski.
Marta sprawdziła telefon.
— Nie.
Kowalski nie sięgnął po broń.
— Wszyscy zostają w środku.
Sara spojrzała na tylne drzwi.
— A jeśli przyjechali po Malca?
— To popełnili błąd.
— Jaki?
Kowalski patrzył na samochód.
— Tym razem to my wiemy, że oni tu są.
Srebrne auto ruszyło powoli.
Nie odjechało.
Przetoczyło się kilkadziesiąt metrów i zatrzymało przy skrzyżowaniu.
Marta przekazała numer rejestracyjny.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
Tablice należały do innego samochodu.
— Fałszywe — powiedziała.
Kowalski spojrzał na zegarek.
— Nie ścigamy.
— Znowu?
— Mamy Malca, mapę i moduł. Oni chcą sprawdzić, czy spanikujemy.
Srebrny samochód po chwili odjechał.
Kilka minut później telefon Jerzego Malca zadzwonił.
Na ekranie wyświetlił się numer, którego nie miał zapisanego.
Malec spojrzał na Kowalskiego.
— To ten numer.
— Ten, pod który pan dzwonił trzy dni temu?
— Tak.
Kowalski skinął głową.
— Odbierze pan. Głośnik.
Malec nacisnął zieloną ikonę.
— Słucham?
Głos był spokojny.
— Panie Jerzy, miał pan jedno zadanie.
Malec spojrzał na Kowalskiego.
— Przez dwadzieścia lat je wykonywałem.
— I dzisiaj pan przestał.
— Dzisiaj przyszła policja.
— Policja przychodzi i odchodzi.
Kowalski gestem kazał Malcowi mówić dalej.
— Czego pan chce?
— Niczego. Chciałem tylko powiedzieć, że zielone światło już nigdy się nie zapali.
Połączenie urwało się.
Sara spojrzała na moduł.
— Co to znaczy?
Malec pobladł.
— Jeśli system nie wysyła sygnału, urządzenie po drugiej stronie uznaje, że miejsce zostało przejęte.
— I co wtedy? — zapytała Marta.
— Uruchamia procedurę awaryjną.
Kowalski patrzył na niego.
— Jaką procedurę?
— Nie wiem.
— Proszę sobie przypomnieć.
— Naprawdę nie wiem. Wiktor powiedział tylko, że jeśli światło kiedyś zgaśnie na dobre, nikt nie powinien wchodzić do archiwum.
— Dlaczego?
Malec przełknął ślinę.
— Bo wtedy archiwum zaczyna niszczyć samo siebie.
Kowalski wziął mapę.
— Ile czasu?
— Nie wiem.
— Godzina? Dzień? Tydzień?
— Wiktor mówił o „ostatnim świetle”. Nigdy nie wyjaśnił.
Marta zadzwoniła do komendy.
— Potrzebuję saperów, straży pożarnej i techników od instalacji przemysłowych. Bez sygnałów. I żadnych informacji poza zespołem.
Kowalski spojrzał na nią.
— Nie wiemy, czy chodzi o materiały wybuchowe.
— Dlatego wolę mieć ich za blisko niż za daleko.
— Dobrze.
Sara wzięła mapę.
— Czyli jedziemy do Międzychodu.
Kowalski popatrzył na zaznaczony stary węzeł łączności.
— Tak.
— I tym razem wiemy, czego szukamy?
— Nie.
— Świetnie.
— Wiemy tylko, czego nie możemy stracić.
Przygotowania zajęły niecałą godzinę.
Malec został przewieziony do bezpiecznego miejsca. Moduł, który przechowywał przez lata, trafił do techników. Kowalski nie pozwolił jednak rozebrać go na części.
— Najpierw pełna dokumentacja — powiedział. — Zdjęcia, skan, pomiary. Jeśli coś jest w środku, chcę wiedzieć, jak wyglądało przed otwarciem.
Sara oparła się o stół.
— Zaczynasz traktować każdy przedmiot jak bombę.
— Po ostatnich dniach uważam to za postęp.
Marta weszła z wydrukami.
— Mamy pierwszą analizę starego łącza. Numer z modułu rzeczywiście należał do infrastruktury kolejowej w rejonie Międzychodu. Tyle że oficjalnie został wyłączony w 1998 roku.
— A nieoficjalnie?
— Ktoś utrzymywał go aktywnym co najmniej do przedwczoraj.
Kowalski spojrzał na mapę.
— Czyli przez ponad dwadzieścia lat sygnał szedł kanałem, który według dokumentów nie istniał.
— Tak.
— Kto miał dostęp do tej infrastruktury?
Marta położyła drugi wydruk.
— To jest problem. Po reorganizacjach, likwidacjach i zmianach właścicieli dokumentacja jest niepełna. Część urządzeń przeszła do kolei, część do telekomunikacji, część do prywatnych firm.
Sara przejrzała listę.
— Idealne miejsce, żeby coś ukryć.
— Albo idealny bałagan, który ktoś wykorzystał — odpowiedział Kowalski.
Do Międzychodu nie ruszyli od razu. Kowalski zażądał najpierw zdjęć lotniczych terenu, aktualnych map instalacji i informacji o wszystkich nieruchomościach wokół dawnego węzła.
Nie chciał powtórzyć błędu ze stacją 317.
Tym razem to oni mieli wejść przygotowani.
Na pierwszych zdjęciach nie było niczego szczególnego. Stare zabudowania, fragmenty torów, magazyny, zarośnięte place.
Dopiero zdjęcie wykonane zimą zwróciło uwagę Sary.
— Tutaj.
Wskazała prostokątny fragment ziemi.
— Co?
— Śnieg.
Marta zmrużyła oczy.
— Nie leży.
— Dokładnie.
Wokół teren był biały, ale nad jednym fragmentem gruntu śnieg topniał.
— Ciepło od instalacji podziemnej — powiedział Kowalski.
— Albo rura — zauważyła Marta.
— Sprawdzamy obie możliwości.
Dokumentacja wodociągowa nie wykazywała żadnej czynnej magistrali.
Gazowej również.
Sieć energetyczna kończyła się kilkaset metrów wcześniej.
— Coś pod ziemią pracuje — powiedziała Sara.
Kowalski spojrzał na zegarek.
— I być może właśnie zaczęło się wyłączać.
Zespół techniczny przygotował urządzenia do wykrywania źródeł ciepła i instalacji elektrycznych. Straż pożarna czekała w gotowości poza bezpośrednim terenem operacji.
Marta zamknęła teczkę.
— Możemy ruszać.
Kowalski skinął głową.
— Teraz możemy.
MIĘDZYCHÓD
Miasto przywitało ich spokojem, który zupełnie nie pasował do napięcia w samochodzie.
Kowalski patrzył przez szybę na ulice, ludzi wychodzących ze sklepów i rowerzystów przejeżdżających przez skrzyżowania. Dla większości mieszkańców był to zwyczajny dzień.
Dla nich mógł okazać się początkiem najważniejszego etapu śledztwa.
Nie jechali bezpośrednio do dawnego węzła.
Najpierw zatrzymali się na parkingu kilka kilometrów wcześniej.
Marta rozłożyła mapę na masce samochodu.
— Pierwszy zespół od północy. Drugi od wschodu. Technicy zostają tutaj, dopóki nie potwierdzimy bezpieczeństwa.
— A my? — zapytała Sara.
— Podejdziemy od strony starej bocznicy — odpowiedział Kowalski.
— Czyli najgorszą drogą.
— Najmniej oczywistą.
Stara bocznica niemal zniknęła pod roślinnością. Szyny miejscami wystawały z ziemi, miejscami ginęły pod warstwą liści i piasku.
Kowalski szedł pierwszy.
Po kilkunastu minutach zobaczyli betonowy słup z wyblakłym oznaczeniem.
Malec zaznaczył go na mapie.
— Od tego miejsca powinno być około czterystu metrów — powiedziała Marta.
Sara spojrzała na ziemię.
— Ktoś tędy chodzi.
W błocie widniały świeże ślady butów.
— Ilu?
— Co najmniej dwóch.
— Kiedy?
— Dzisiaj. Może w nocy.
Kowalski przekazał informację zespołom.
Nikt nie odpowiedział, że widział ruch.
To oznaczało, że ludzie weszli wcześniej albo znali inną drogę.
Po kolejnych stu metrach znaleźli przewód.
Wychodził z ziemi przy torze i znikał pod warstwą kamieni.
Marta przykucnęła.
— Nowy.
— Jak nowy?
— Izolacja nie ma nawet śladów starzenia.
Sara zrobiła zdjęcie.
— Czyli ktoś nadal inwestuje w miejsce, które oficjalnie nie istnieje.
Kowalski nie odpowiedział.
Przed nimi pojawił się budynek.
Był większy niż stacja 317, ale z zewnątrz wyglądał gorzej. Wybite okna, odpadający tynk, zardzewiałe drzwi.
Na ścianie zachował się fragment dawnego oznaczenia technicznego.
— To tutaj? — zapytała Sara.
Marta porównała mapę.
— Według Malca tak.
Kowalski zatrzymał się.
— Nie wchodzimy.
— Znowu czekamy?
— Najpierw termowizja.
Technik podszedł po kilku minutach.
Skan wykazał coś, czego nie było widać gołym okiem.
Pod budynkiem znajdowało się źródło ciepła.
Duże.
— Piwnica? — zapytała Marta.
— Głębiej. Co najmniej dwa poziomy.
— A ludzie?
Technik spojrzał na ekran.
— Nie potrafię potwierdzić. Ściany są za grube.
Kowalski obejrzał drzwi.
Nie były zamknięte.
To nie podobało mu się bardziej niż zamek.
— Kamera najpierw.
Wewnątrz znajdował się pusty magazyn.
Na podłodze leżały kawałki szkła i drewna.
Żadnych mebli.
Żadnego sprzętu.
Żadnych śladów świeżej obecności.
— Za czysto — powiedziała Sara.
— Właśnie.
Weszli.
Pierwsze pomieszczenia nie przyniosły niczego.
W trzecim Marta znalazła ślad.
Na ścianie znajdował się stary panel elektryczny.
Jedna z lampek świeciła.
Czerwona.
— Ostatnie światło — powiedziała cicho.
Kowalski podszedł bliżej.
Pod lampką znajdował się mały przełącznik.
Nie dotknął go.
— Malec mówił, że zielona kontrolka oznaczała prawidłowy sygnał.
— A czerwona?
— Nie wiedział.
Sara spojrzała na podłogę.
— Tutaj.
Pod panelem widniały świeże rysy.
Kowalski uklęknął.
Fragment betonowej płyty różnił się od pozostałych.
— Wejście.
Technicy sprawdzili płytę.
Nie znaleźli materiałów wybuchowych.
Mechanizm otwierający ukryto w ścianie.
Po kilkunastu minutach płyta uniosła się kilka centymetrów.
Z dołu uderzyło chłodne powietrze.
Schody prowadziły w ciemność.
— To zaczyna być irytujące — powiedziała Sara.
— Co?
— Każde miejsce ma schody w dół.
Marta uśmiechnęła się krótko.
— Następnym razem wybieramy sprawę na parterze.
Kowalski zapalił latarkę.
— Następnym razem wybieram urlop.
— Nie wierzę.
— Ja też nie.
Zeszli.
Pierwszy poziom przypominał techniczne zaplecze. Rury, przewody, stare rozdzielnie.
Drugi był zupełnie inny.
Drzwi wykonano ze stali.
Na ścianie widniał numer.
Nie 317.
001.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Początek?
— Albo ktoś chce, żebyśmy tak pomyśleli.
Drzwi były uchylone.
Za nimi znajdował się korytarz.
Po obu stronach ustawiono metalowe regały.
Puste.
— Archiwum? — zapytała Marta.
— Było.
Na podłodze leżały fragmenty papieru.
Kowalski podniósł jeden.
Był nadpalony.
— Procedura awaryjna już ruszyła.
Sara wskazała sufit.
— Czujniki dymu.
— Ale nie ma dymu.
— Czyli nie spalają wszystkiego naraz.
Z końca korytarza dobiegł niski mechaniczny dźwięk.
Potem kolejny.
Jakby ciężkie urządzenie przesuwało coś za ścianą.
Kowalski uniósł dłoń.
— Stop.
Dźwięk powtórzył się.
Marta spojrzała na plan, który narysował Malec.
— Za tą ścianą nie powinno być pomieszczenia.
— Więc oczywiście jest — odpowiedziała Sara.
Technik znalazł zamek elektromagnetyczny.
System nie reagował na standardowe próby otwarcia.
— Mogę odciąć zasilanie — powiedział.
— Nie — odpowiedział Kowalski.
— Dlaczego?
— Jeśli archiwum ma procedurę niszczenia, odcięcie prądu może ją przyspieszyć.
— Albo zatrzymać.
— Nie będziemy zgadywać.
Sara spojrzała na czerwoną diodę przy drzwiach.
— To co robimy?
Kowalski wyjął telefon i zadzwonił do Malca.
Połączenie odebrano natychmiast.
— Panie Jerzy, jesteśmy w środku.
— Nie powinniście.
— Trochę za późno. Mamy drzwi oznaczone 001. Zamek elektromagnetyczny. Czerwona dioda.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Panie Jerzy?
— Wiktor kiedyś mówił o jedynce.
— Co mówił?
— Że jeśli wszystko się zawali, prawda zostanie w pierwszym pokoju.
— Jak go otworzyć?
— Nie wiem.
— Proszę pomyśleć.
— Naprawdę nie wiem.
Kowalski zamknął oczy.
— Czy mówił coś o świetle?
Malec milczał.
— Tak.
— Co?
— „Nie gaś ostatniego światła, dopóki nie otworzysz pierwszych drzwi.”
Kowalski spojrzał na Martę.
— Czyli czerwone światło na górze musi zostać włączone.
— A drzwi?
— Potrzebujemy drugiego elementu.
Sara wróciła kilka kroków.
— Może sygnału.
— Jakiego?
— Malec przez lata wysyłał impuls. Jeśli system działał na zasadzie dwóch potwierdzeń, światło mogło być jednym, sygnał drugim.
Kowalski przekazał technikom polecenie analizy modułu.
Nie musieli długo czekać.
Urządzenie wysyłało prostą sekwencję impulsów.
Trzy krótkie.
Jeden długi.
Trzy krótkie.
— To nie jest standardowy kod — powiedział technik.
— Możesz go odtworzyć?
— Tak.
— Bez podłączania do sieci?
— Mogę wygenerować sygnał lokalnie.
Marta spojrzała na Kowalskiego.
— Robimy?
— Najpierw wszyscy poza nami cofają się na pierwszy poziom.
— Krzysztof…
— Nie wiem, co otworzymy.
— W takim razie ty też się cofasz.
— Ktoś musi zobaczyć reakcję.
Sara skrzyżowała ręce.
— Fantastycznie. Zaczyna się konkurs na najgłupszy argument.
Kowalski spojrzał na nią.
— Masz lepszy?
— Tak. Kamera.
Zapadła cisza.
Marta uśmiechnęła się.
— Punkt dla Sary.
Kamera została ustawiona naprzeciw drzwi.
Wszyscy wycofali się.
Technik uruchomił sygnał.
Trzy krótkie.
Jeden długi.
Trzy krótkie.
Przez chwilę nic się nie wydarzyło.
Potem czerwona dioda zmieniła kolor.
Na biały.
Drzwi otworzyły się.
Kamera pokazała wnętrze.
Nie było tam regałów.
Nie było dokumentów.
Stało jedno biurko.
Na nim magnetofon szpulowy.
Obok pięć metalowych pudełek.
I krzesło.
— To ma być archiwum? — zapytała Marta.
— Nie — powiedział Kowalski. — To ma być wiadomość.
Po sprawdzeniu pomieszczenia weszli do środka.
Pudełka oznaczono numerami od jeden do pięć.
Na magnetofonie leżała kartka.
Kowalski przeczytał:
„Jeżeli dotarłeś tutaj, system już wie, że przestał być tajemnicą.”
Niżej dopisano:
„Nie słuchaj nagrań w kolejności.”
Sara westchnęła.
— Oczywiście.
Marta spojrzała na pudełka.
— Czyli kolejność jest częścią szyfru.
— Albo ostrzeżenia.
Kowalski nie dotknął żadnego.
— Zabieramy wszystko do analizy.
Wtedy magnetofon uruchomił się sam.
Szpule zaczęły się obracać.
Z głośnika popłynął szum.
Potem głos.
Starszy mężczyzna.
Nie Davies.
Nie Wiktor.
„Nazywam się Antoni Wolski.”
Kowalski zamarł.
Nagranie trwało.
„Jeżeli słuchasz tego głosu, oznacza to, że mój syn nie zdołał zatrzymać tego, co pomogłem stworzyć.”
Sara spojrzała na Kowalskiego.
„Nie byłem geodetą.”
Szum.
„Pracowałem dla państwa. Nie będę podawał nazwy instytucji. W chwili, kiedy nagrywam te słowa, nazwa już nie ma znaczenia.”
Marta zaczęła nagrywać dźwięk urządzeniem zabezpieczonym przez techników.
„Projekt rozpoczął się jako system wymiany informacji. Miał łączyć ludzi, którzy oficjalnie nie mogli ze sobą współpracować.”
Kowalski słuchał bez ruchu.
„Policję. Wywiad. Wojsko. Banki. Firmy transportowe. Porty.”
Krótka przerwa.
„Potem ktoś zrozumiał, że system, który widzi wszystko, może również wszystkim sterować.”
Sara szepnęła:
— Architekt.
Nagranie jakby odpowiadało.
„Nie było Architekta.”
Wszyscy spojrzeli na magnetofon.
„Na początku nie.”
Szum.
„Był komitet.”
Nagranie urwało się.
Szpule zatrzymały.
— To wszystko? — zapytała Marta.
Technik sprawdził urządzenie.
— Taśma się skończyła.
Kowalski spojrzał na pięć pudełek.
— To było tylko wprowadzenie.
Na pierwszym pudełku znajdowała się litera A.
Na drugim D.
Na trzecim K.
Na czwartym S.
Na piątym W.
— Nazwiska? — zapytała Sara.
— Antoni, Davies, Karski, Sarnowski, Wolski — powiedziała Marta.
— Za łatwe — odpowiedział Kowalski.
Sara spojrzała na kartkę.
— „Nie słuchaj nagrań w kolejności.” Może chodzi o kolejność ludzi.
Kowalski obejrzał pudełko oznaczone K.
— Jeśli Karski był policjantem, od niego zaczniemy.
— Dlaczego?
— Bo wiadomość z hotelu mówiła, że Davies zaufał policjantowi.
Marta pokręciła głową.
— A Wiktor na drugiej ścieżce powiedział, że Karski ich nie zdradził.
— Właśnie dlatego chcę usłyszeć jego wersję.
Technik powstrzymał go.
— Nie tutaj.
— Zgadzam się.
W tym momencie z korytarza dobiegł alarm.
Nie głośny.
Krótki, pulsujący.
Na ścianie zapaliły się czerwone lampy.
— Co się dzieje?
Technik spojrzał na miernik.
— Temperatura rośnie.
— Gdzie?
— W pomieszczeniach za regałami.
Sara zrozumiała.
— Niszczenie archiwum.
— Wszyscy wychodzą — powiedział Kowalski.
— Pudełka?
— Bierzemy pięć i magnetofon, jeśli jest bezpieczny. Reszta zostaje.
Technicy zabezpieczyli nośniki.
Z głębi korytarza zaczął dochodzić zapach rozgrzanego metalu.
— Szybciej!
Nie było eksplozji.
To było gorsze.
Za ścianami uruchamiały się kolejne komory grzewcze.
Papier w zamkniętych szafach zaczynał się zwęglać.
— System jest zaprojektowany do spalania zawartości bez wysadzania budynku — powiedział technik.
— Możemy zatrzymać?
— Nie stąd.
Kowalski spojrzał na pusty korytarz.
— Wychodzimy.
Na pierwszym poziomie temperatura nadal była normalna.
Kiedy dotarli na powierzchnię, strażacy weszli do akcji.
Nie mogli jednak od razu zalać podziemi wodą. Nie było wiadomo, jakie instalacje znajdowały się wewnątrz.
Kowalski patrzył na budynek.
— Ktoś zaprojektował to tak, żebyśmy mogli wejść, znaleźć pokój 001 i zabrać pięć nagrań.
Marta stanęła obok.
— A potem reszta miała zniknąć.
— Tak.
— Czyli Antoni Wolski chciał, żebyśmy znaleźli te nagrania?
— Albo ktoś, kto przejął system po nim.
Sara podeszła.
— I znowu nie wiemy, czy dostaliśmy prawdę, czy kolejną wersję prawdy.
Kowalski spojrzał na pudełka.
— Dlatego nie będziemy ich słuchać sami.
— Co masz na myśli?
— Każde nagranie sprawdzimy z dokumentami, datami i niezależnymi źródłami. Jeśli ktoś przez dwadzieścia lat budował legendę, nie pozwolę mu jej sprzedać jednym magnetofonem.
Marta skinęła głową.
— Najpierw Karski?
— Najpierw sprawdzamy, czy Karski jeszcze żyje.
Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewali.
Marek Karski żył.
Miał siedemdziesiąt jeden lat.
Mieszkał pod Warszawą.
— Czyli możemy go zapytać osobiście — powiedziała Sara.
— Jeśli to naprawdę on — odpowiedział Kowalski.
— Masz dziś wyjątkowo dużo zaufania do świata.
— Świat pierwszy zaczął.
Marta otrzymała kolejną wiadomość.
— Jest problem.
— Jaki?
— Karski zniknął.
Kowalski spojrzał na nią.
— Kiedy?
— Sąsiad widział go wczoraj rano. Dzisiaj samochód stoi pod domem, drzwi są otwarte, jego nie ma.
Sara westchnęła.
— Czyli ktoś jest przed nami.
— Albo Karski sam uciekł — powiedział Kowalski.
— Dokąd?
— Tego właśnie musimy się dowiedzieć.
Na miejscu w Międzychodzie pozostawiono ekipę zabezpieczającą.
Pięć pudełek przewieziono osobnym samochodem.
Kowalski nie chciał wracać do Warszawy bez odpowiedzi, ale wiedział, że śledztwo właśnie przeniosło się tam samo.
Przed wyjazdem poprosił Martę o jeszcze jedną rzecz.
— Sprawdź Antoniego Wolskiego.
— Przecież nie żyje.
— Sprawdź jego śmierć.
— Myślisz, że została sfingowana?
— Nie myślę niczego. Chcę akt zgonu, miejsce pochówku, świadków, dokumentację. Wszystko.
— Dobrze.
— I jeszcze Sarnowski.
— Jego też?
— Wiktor powiedział, że nie zginął przypadkiem. Chcę wiedzieć, jak zginął.
Marta zapisała.
— A Davies?
Kowalski spojrzał na pudełko oznaczone D.
— Daviesa zostawiam na koniec.
— Dlaczego?
— Bo jego znałem.
Sara zrozumiała.
— I boisz się, że nagranie zmieni to, co o nim myślisz.
Kowalski zamknął drzwi samochodu.
— Boję się tylko tego, że uwierzę mu dlatego, że chcę mu uwierzyć.
Droga powrotna była spokojna.
Przez pierwsze kilkadziesiąt kilometrów prawie nie rozmawiali.
Sara przeglądała zdjęcia dokumentów. Marta prowadziła. Kowalski patrzył na przesuwający się za oknem krajobraz.
Telefon zadzwonił, gdy byli już daleko od Międzychodu.
Nieznany numer.
Kowalski odebrał.
— Słucham.
— Zabrał pan pięć pudełek.
Ten sam spokojny głos.
Mężczyzna z zegarkiem.
Kowalski włączył nagrywanie.
— Widzę, że dobrze liczysz.
— Nie powinien pan był brać wszystkich.
— A ile miałem zostawić?
— Jedno.
— Które?
— To, którego najbardziej pan potrzebuje.
— Nie lubię zagadek.
— Przeciwnie. Od miesięcy robi pan wszystko, żeby znaleźć następną.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Gdzie jest Karski?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— To pierwsze dobre pytanie, które pan dziś zadał.
— Odpowiesz?
— Nie.
— W takim razie rozmowa skończona.
— Komisarzu.
Kowalski nie rozłączył się.
— Tak?
— Nie jedźcie do Warszawy.
Marta spojrzała w lusterko.
— Dlaczego? — zapytał Kowalski.
— Bo Karski nie uciekł przed nami.
— Przed kim?
— Przed panem.
Połączenie zostało przerwane.
Sara od razu sprawdziła numer.
— Jednorazowy. Pewnie martwy za minutę.
Marta zwolniła.
— Co robimy?
Kowalski patrzył na drogę.
— Jedziemy do Warszawy.
— Mimo ostrzeżenia?
— Właśnie dlatego.
— A jeśli to prawda?
— Wtedy dowiemy się, dlaczego Karski boi się mnie bardziej niż ludzi, którzy śledzą nas od początku.
WARSZAWA
Do stolicy dotarli późnym wieczorem.
Kowalski nie pojechał do domu.
Pięć nagrań trafiło do zabezpieczonego laboratorium. Dostęp ograniczono do czterech osób.
Marta została w Warszawie jako część zespołu prowadzącego wspólne śledztwo.
Sara przyniosła kawę.
— Zaczynamy od K?
Kowalski spojrzał na pudełka.
— Nie.
— Zmieniłeś zdanie?
— Kartka mówiła, żeby nie słuchać w kolejności. My sami założyliśmy, że Karski powinien być pierwszy.
— Więc co proponujesz?
— Losowanie? — zapytała Marta.
Sara uśmiechnęła się.
— Bardzo naukowo.
Kowalski przyjrzał się literom.
A. D. K. S. W.
— Nie są przypadkowe.
— Nazwiska — powiedziała Marta.
— Tak, ale może nie tylko.
Sara zapisała litery na kartce.
— Można z nich ułożyć… nic sensownego.
— W języku polskim nie.
— A po angielsku?
— Też nie.
Kowalski odwrócił pudełka.
Na spodzie każdego znajdowała się mała liczba.
A — 4.
D — 2.
K — 5.
S — 1.
W — 3.
Marta spojrzała na niego.
— Mamy kolejność.
— S, D, W, A, K — przeczytała Sara.
Kowalski wziął pudełko S.
— Sarnowski pierwszy.
Nagranie zostało skopiowane cyfrowo, zanim ktokolwiek je odtworzył.
Technicy sprawdzili taśmę.
Nie było mechanizmu kasującego ani nietypowych zapisów.
W sali zostali Kowalski, Sara, Marta i specjalista od dźwięku.
Taśma ruszyła.
Najpierw słychać było dwa męskie głosy.
Jeden należał do Antoniego Wolskiego.
Drugi był młodszy.
„Robert, powiedz jeszcze raz.”
„Nie będę tego podpisywał.”
„To nie jest prośba.”
„W takim razie znajdźcie kogoś innego.”
Szum.
„System miał wymieniać informacje. Teraz sprzedajecie je ludziom, których mieliśmy obserwować.”
Kowalski spojrzał na Martę.
„Nie my.”
„Nie interesuje mnie, jak nazywacie komitet. Ktoś bierze pieniądze.”
Nagranie przeskoczyło.
„Robert, jeśli wyjdziesz z tym na zewnątrz, nie ochronię cię.”
„Nie proszę o ochronę.”
Potem inny fragment.
Sarnowski mówił sam.
„Jeśli coś mi się stanie, kopia jest poza systemem. Antoni o niej nie wie. Wiktor wie tylko, że istnieje.”
Taśma zatrzymała się.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Kopia czego?
— Tego właśnie nie powiedział.
Marta przeglądała notatki.
— Sarnowski zginął siedemnaście lat temu. Wypadek samochodowy.
— Wiktor powiedział, że to nie był przypadek.
— Sprawdzam akta.
Kowalski wskazał kolejne pudełko.
— D.
Sara spojrzała na niego.
— Davies już teraz?
— Tak mówi numer.
Taśma D była dłuższa.
Pierwszy głos należał do młodego Daviesa.
„Nie możemy tego zatrzymać jednym raportem.”
Wiktor odpowiedział:
„Więc trzeba rozbić system od środka.”
„Karski mówi, że ma człowieka w policji.”
„Karski jest policją.”
„Nie o to chodzi.”
Kowalski pochylił się.
Nagranie trwało.
„Ma kogoś, komu ufa. Młody funkcjonariusz. Jeszcze nie jest w nic zamieszany.”
„Nazwisko?”
Davies odpowiedział, ale w tym miejscu taśma była uszkodzona.
Specjalista zatrzymał odtwarzanie.
— Spróbuję odzyskać.
— Nie teraz — powiedział Kowalski. — Dalej.
Taśma ruszyła.
„Jeżeli go wciągniemy, zniszczymy mu życie.”
„Jeżeli nikogo nie wciągniemy, system przeżyje nas wszystkich.”
Potem cisza.
Kolejny fragment nagrano później.
Davies mówił sam.
„Karski się mylił. Człowiek, którego wybrał, nie jest gotowy.”
Przerwa.
„Może nigdy nie będzie.”
Taśma zakończyła się.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Młody policjant.
— Sprzed ponad dwudziestu lat — powiedziała Marta.
Kowalski milczał.
— Myślisz o kimś? — zapytała Sara.
— Nie.
To była prawda.
Ale coś w tonie Daviesa nie dawało mu spokoju.
Pudełko W było trzecie.
Głos Wiktora Wolskiego brzmiał spokojniej niż na kasecie znalezionej wcześniej.
„Sarnowski miał rację. Antoni stracił kontrolę.”
„Komitet już nie istnieje w pierwotnej formie.”
„Każdy członek buduje własną sieć.”
„To dlatego nie da się zabić Architekta.”
Sara zatrzymała oddech.
„Bo Architekt nie jest osobą.”
„To uprawnienie.”
Nagranie trwało.
„Kto ma dostęp do pełnej mapy systemu, staje się Architektem. Może przekazywać dostęp dalej.”
Marta spojrzała na Kowalskiego.
„Romanow chciał nim zostać.”
Pierwszy raz nazwisko Romanowa padło w nagraniu z tak odległej przeszłości.
Kowalski uniósł dłoń.
— Cofnij.
Specjalista odtworzył fragment.
„Romanow chciał nim zostać.”
— Kiedy nagrano tę taśmę? — zapytała Sara.
— Musimy ustalić.
Nagranie ciągnęło się dalej.
„Nie dostał pełnego dostępu. Ktoś dał mu tylko część.”
„Wystarczyło, żeby zbudował własną organizację.”
„Jeżeli kiedyś ktoś połączy jego pieniądze z dawnym systemem, powstanie coś gorszego niż to, co stworzył Antoni.”
Taśma zakończyła się nagle.
— Czyli Romanow nie był początkiem — powiedziała Marta.
— Wiedzieliśmy to — odpowiedział Kowalski.
— Ale teraz wiemy, że ktoś umożliwił mu wejście do systemu.
— Jeśli nagranie jest autentyczne.
Sara westchnęła.
— Nadal nie odpuszczasz.
— Nie.
Pudełko A było czwarte.
Antoni Wolski mówił sam.
Jego głos był zmęczony.
„Zbudowałem system, którego nie powinienem był budować.”
„Nie dlatego, że był zły.”
„Dlatego, że działał.”
Kowalski słuchał uważnie.
„Każda instytucja ma granice. Prawo. Procedury. Kontrolę.”
„My stworzyliśmy miejsce pomiędzy nimi.”
„A potem uwierzyliśmy, że skoro nikt nas nie kontroluje, to znaczy, że mamy rację.”
Długa cisza.
„Nie mieliśmy.”
Następny fragment był cichszy.
„Jeżeli Wiktor znajdzie tę taśmę, powiedz mu, że kod główny nie jest w archiwum.”
„Nigdy nie był.”
„Jest w człowieku.”
Sara spojrzała na Kowalskiego.
„Jedna osoba zna sposób odtworzenia pełnego dostępu.”
„Nie zna wszystkich danych. Zna drogę.”
Nagranie urwało się.
— Człowiek — powiedziała Marta.
— Który może nawet nie wiedzieć, czego pilnuje — dodała Sara.
Kowalski spojrzał na ostatnie pudełko.
K.
Karski.
Taśma była opisana datą sprzed dwudziestu jeden lat.
Głos Marka Karskiego brzmiał ostro.
„Davies, nie podoba mi się to.”
„Mnie też.”
„On ma rodzinę.”
„Wiem.”
„Jeżeli Antoni się dowie…”
„Nie dowie się.”
Karski uderzył dłonią w stół.
„Nie możemy użyć człowieka bez jego wiedzy.”
Davies odpowiedział:
„Nie używamy go. Ukrywamy przy nim klucz.”
Kowalski poczuł napięcie w karku.
„To semantyka.”
„To bezpieczeństwo.”
„A jeśli kiedyś ktoś go znajdzie?”
„Wtedy będzie musiał sam zdecydować, co zrobić.”
Nagranie przeskoczyło.
Karski mówił ciszej.
„Nie podoba mi się nazwisko.”
„Nazwisko nie ma znaczenia.”
„Dla mnie ma.”
„Dlaczego?”
Długa cisza.
„Bo znałem jego ojca.”
Taśma zatrzymała się.
Nikt w sali się nie odezwał.
Specjalista spojrzał na urządzenie.
— Jest jeszcze kilka sekund.
Uruchomił ponownie.
Głos Karskiego:
„Jeżeli kiedyś będziesz musiał mu powiedzieć, nie zaczynaj od systemu.”
„Od czego?”
„Od tego, dlaczego jego ojciec zginął.”
Koniec.
Sara powoli odwróciła się do Kowalskiego.
— Krzysztof…
— Nie.
— Nie wiemy, że chodzi o ciebie.
— Właśnie.
Marta nie powiedziała nic.
Kowalski wstał.
— Sprawdzamy datę nagrania. Sprawdzamy, gdzie wtedy służył Karski. Sprawdzamy każdego młodego policjanta, z którym miał kontakt. Żadnych założeń.
Sara obserwowała go.
— A twojego ojca?
Kowalski spojrzał na nią.
— Jego też.
Pierwsze wyniki przyszły nad ranem.
Nagranie było autentyczne pod względem wieku nośnika. Nie wykryto śladów współczesnej ingerencji.
Data zapisana na pudełku odpowiadała okresowi, w którym Karski nadal służył.
Lista młodych funkcjonariuszy związanych z jego jednostką liczyła trzydzieści osiem nazwisk.
Kowalskiego na niej nie było.
Sara odetchnęła.
— Czyli nie chodziło o ciebie.
— Jeszcze niczego nie wiemy.
Marta przyniosła drugi dokument.
— Jest problem.
— Znowu?
— Karski przez kilka miesięcy był oddelegowany do zespołu, którego dokumentacja nie trafiła do zwykłych akt osobowych.
— Jakiego zespołu?
— Nie ma nazwy. Tylko numer.
Kowalski wziął kartkę.
— Jaki?
Marta wskazała.
317.
Sara przestała się uśmiechać.
— Ten numer naprawdę zaczyna mnie denerwować.
Kowalski spojrzał na datę.
— Potrzebujemy pełnej listy tego zespołu.
— Już o nią wystąpiłam.
— Oficjalnie?
— Tak.
— Wycofaj.
Marta spojrzała na niego.
— Dlaczego?
— Bo jeśli ktoś nadal obserwuje stare rejestry, właśnie powiedzieliśmy mu, czego szukamy.
Było za późno.
Telefon Marty zadzwonił.
Odebrała.
— Wysocka.
Słuchała kilka sekund.
— Kiedy?
Kowalski wiedział już po jej twarzy.
— Rozumiem. Zabezpieczcie miejsce.
Rozłączyła się.
— Archiwum, z którego mieli pobrać listę zespołu 317, miało pożar.
Sara spojrzała na zegar.
— Teraz?
— Dwadzieścia minut temu.
Kowalski zacisnął szczękę.
— Czyli ktoś nadal ma dostęp do informacji o naszych zapytaniach.
— Albo zwykły zbieg okoliczności — powiedziała Marta bez przekonania.
— W tej sprawie wyczerpaliśmy limit zbiegów okoliczności.
Sara spojrzała na pięć pudełek.
— Karski może mieć listę.
— Jeśli żyje i jeśli naprawdę uciekł.
— Więc go znajdujemy.
Kowalski podszedł do mapy.
Dom Karskiego znajdował się pod Warszawą.
Samochód został.
Telefon wyłączono.
Karty bankowe nie były używane.
Nie kupił biletu lotniczego ani kolejowego.
— Człowiek, który przez lata pracował przy tajnym systemie, nie ucieka kartą płatniczą — powiedziała Marta.
— Ale musi jeść, spać i się przemieszczać — odpowiedział Kowalski.
Sara otworzyła zdjęcia z domu Karskiego.
— Może zostawił coś celowo.
— Policja przeszukała dom.
— Policja szukała śladów przestępstwa. My szukamy Karskiego.
Kowalski spojrzał na nią.
— Jedziemy.
Dom był niewielki, otoczony starym ogrodem.
Drzwi nie nosiły śladów włamania.
W środku panował porządek.
Na stole stał kubek z zaschniętą kawą.
W lodówce jedzenie.
W szafie ubrania.
— Nie planował długiego wyjazdu — powiedziała Sara.
Marta przeglądała biurko.
— Dokumenty są.
Kowalski wszedł do niewielkiego pokoju na piętrze.
Na ścianach wisiały stare fotografie policyjne.
Jedna przedstawiała grupę funkcjonariuszy.
Kowalski przyjrzał się twarzom.
Karski był młodszy o ponad dwadzieścia lat.
Obok niego stał Davies.
— Sara.
Przyszła.
— Davies w polskim zespole?
— Wygląda na to.
Na odwrocie fotografii znajdowała się data.
Ta sama, co na nagraniu Karskiego.
I jedno zdanie:
„Nie wszyscy z 317 wiedzieli, czym było 317.”
Marta weszła do pokoju.
— Znalazłam sejf.
Sejf był ukryty za półką z książkami.
Nie próbowali otwierać go siłą.
Technik kryminalistyki przyjechał po kilkudziesięciu minutach.
W środku znajdowały się pieniądze, paszport, broń służbowa zachowana legalnie po odejściu ze służby oraz koperta.
Na kopercie napisano:
„Dla Kowalskiego.”
Sara spojrzała na niego.
— Zaczynam mieć dość ludzi, którzy zostawiają ci korespondencję.
Kowalski otworzył kopertę.
W środku znajdowała się kartka.
„Jeśli czytasz ten list, znaczy, że wreszcie dotarłeś do mnie albo ktoś zmusił mnie do odejścia.”
„Nie ufaj nagraniu z literą K.”
Marta spojrzała na pudełko, które przywieźli.
Kowalski czytał dalej.
„To mój głos, ale nie cała rozmowa.”
„Davies wyciął fragment, którego nie chciał zostawić w archiwum.”
Sara szepnęła:
— Czyli nawet ich własne nagrania były selekcjonowane.
Kowalski czytał.
„Młody policjant nie był kluczem.”
„Kluczem był jego ojciec.”
Niżej znajdowało się jedno nazwisko.
Kowalski przeczytał je.
Nie powiedział nic.
Sara spojrzała mu przez ramię.
Jej twarz spoważniała.
Marta podeszła.
Na kartce widniało nazwisko:
„Stanisław Kowalski.”
Kowalski usiadł.
Przez kilka sekund nie słyszał pytań.
Widział tylko litery.
Nazwisko jego ojca.
— Krzysztof? — odezwała się Sara.
— Mój ojciec nie był policjantem.
— Nikt nie powiedział, że był.
— Pracował w transporcie.
Marta spojrzała na list.
— Porty. Kolej. Transport. Antoni mówił, że system łączył również firmy transportowe.
Kowalski podniósł wzrok.
— Nie budujmy historii z jednego nazwiska.
— Masz rację.
— Sprawdzamy.
List miał jeszcze jedną stronę.
„Stanisław nie wiedział, czym jest system.”
„Miał tylko przewieźć jedną przesyłkę.”
„Nigdy jej nie dostarczył.”
„Dwa dni później zginął.”
Kowalski zacisnął palce na kartce.
— Jak zginął twój ojciec? — zapytała cicho Sara.
— Wypadek.
Nikt nie skomentował.
Kowalski sam usłyszał ciężar tego słowa.
Wypadek.
Tak samo jak Sarnowski.
Tak samo jak wiele śmierci, które przez lata nie wyglądały na część żadnej większej historii.
— Kiedy? — zapytała Marta.
Kowalski podał rok.
Marta sprawdziła datę nagrania.
— Kilka tygodni wcześniej.
Sara spojrzała na list.
— Karski znał twojego ojca.
— Tak twierdzi.
— I być może dlatego zniknął, kiedy dowiedział się, że zbliżasz się do prawdy.
Kowalski wstał.
— Nie robimy z niego bohatera. Nie wiemy, co zrobił wtedy ani co robi teraz.
— Co dalej?
— Akta wypadku mojego ojca.
— Po tylu latach mogą być niepełne.
— Wiem.
— A Karski?
Kowalski spojrzał na sejf.
— Karski zostawił paszport i pieniądze. Jeśli uciekł, zrobił to przygotowaną wcześniej drogą.
Marta wskazała broń.
— Broń też zostawił.
— Czyli albo nie spodziewał się zagrożenia, albo wiedział, że broń mu nie pomoże.
Sara przeglądała zawartość sejfu.
— Jest klucz.
Mały, mosiężny.
Na zawieszce numer.
42.
Kowalski wziął go do woreczka.
— Kolejna skrytka?
— Możliwe.
Marta spojrzała na biurko.
— Karski był starym policjantem. Jeśli chciał coś ukryć, nie musiał korzystać z dworca.
Sara otworzyła szufladę.
— Mam notes.
W środku znajdowały się zwyczajne zapiski: zakupy, wizyty lekarskie, numery telefonów.
Na ostatniej stronie wpisano:
„42 — tam, gdzie wszystko się zaczęło.”
Kowalski spojrzał na Martę.
— Gdzie zaczęło się 317?
— Nie wiemy.
— Więc zaczynamy od ludzi.
Pierwszym był Antoni Wolski.
Drugim Davies.
Trzecim Karski.
Sarnowski.
Wiktor.
I gdzieś pomiędzy nimi Stanisław Kowalski.
Sara zamknęła notes.
— Potrzebujemy osi czasu.
— Dokładnej — powiedział Kowalski. — Dzień po dniu, jeśli się da.
Do komendy wrócili z nowym zestawem pytań.
Zamiast słuchać kolejnych nagrań, zbudowali ścianę chronologiczną.
Na środku Antoni Wolski.
Obok powstanie systemu.
Niżej Sarnowski.
Davies.
Karski.
Wiktor.
Romanow pojawił się później.
Znacznie później.
— To ważne — powiedziała Sara. — Romanow nie mógł stworzyć pierwotnej struktury.
— Ale mógł ją odziedziczyć albo kupić dostęp — odpowiedział Kowalski.
Marta zaznaczyła datę śmierci Stanisława.
— Tutaj.
Kilka tygodni po rozmowie Karskiego i Daviesa.
Kowalski patrzył na punkt.
— Potrzebuję akt.
— Już jadą z archiwum.
— Kto o nie wystąpił?
— Ja. Przez zwykły kanał.
Kowalski spojrzał na nią.
— Mamy przeciek.
Marta zrozumiała.
— Cofnę zapytanie.
— Nie. Za późno. Tym razem wykorzystamy to.
Sara uśmiechnęła się.
— Wreszcie.
— Co?
— Przestajemy tylko reagować.
Kowalski podszedł do tablicy.
— Jeśli ktoś obserwuje nasze zapytania, wie już, że interesuje nas Stanisław Kowalski.
— I może spróbować zniszczyć akta — powiedziała Marta.
— Właśnie.
— Więc zabezpieczamy archiwum.
— Nie.
Marta zmarszczyła brwi.
— Pozwalamy mu spróbować.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Chcesz zrobić przynętę z akt własnego ojca?
— Chcę znaleźć człowieka, który od tygodni jest o krok przed nami.
— A jeśli spali dokumenty?
— Prawdziwe akta już jadą inną drogą.
Marta spojrzała na niego.
— Kiedy to zrobiłeś?
— Zanim pojechaliśmy do Karskiego. Poprosiłem o zabezpieczoną kopię przez człowieka spoza naszego zespołu.
Sara pokręciła głową.
— Czyli jednak czasami coś planujesz.
— Nie rozpowiadaj.
W archiwum pozostawiono teczkę zastępczą.
Monitoring działał.
Dostęp miało tylko kilka osób.
O 16:12 do budynku wszedł pracownik techniczny.
O 16:19 zszedł do magazynu.
O 16:23 kamera na korytarzu straciła obraz.
Kowalski patrzył na transmisję.
— Teraz.
Zespół zatrzymujący ruszył.
Mężczyzna próbował wyjść tylnym wejściem.
Nie zdążył.
Kiedy zdjęto mu czapkę, Sara spojrzała na ekran.
— To nie on.
Nie był mężczyzną z zegarkiem.
Kowalski nie był zaskoczony.
— Kolejny wynajęty.
Przy zatrzymanym znaleziono środek łatwopalny, rękawiczki i telefon.
Telefon zadzwonił, zanim zdążyli go zabezpieczyć.
Kowalski kazał odebrać na głośniku.
— Gotowe? — zapytał znajomy spokojny głos.
Zatrzymany spojrzał przerażony.
Kowalski przejął telefon.
— Prawie.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Komisarz.
— W końcu.
— Co w końcu?
— Pierwszy raz to ja czekam tam, gdzie ty wysyłasz człowieka.
— Gratuluję.
— Nie brzmisz na zmartwionego.
— Bo to nie były prawdziwe akta.
Tym razem cisza trwała dłużej.
Kowalski uśmiechnął się lekko.
— Czyli jednak nie wiesz wszystkiego.
— Wiedza i kontrola to dwie różne rzeczy.
— Kim jesteś?
— Człowiekiem, który próbuje pana utrzymać przy życiu.
— Porywając policjanta?
— Różycki żyje.
— To nie odpowiedź.
— Nie musi pan mnie lubić.
— To akurat idzie ci świetnie.
Głos nie zareagował.
— Proszę nie szukać Karskiego.
— Za późno.
— W takim razie niech pan nie używa klucza 42.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Skąd wiesz o kluczu?
Połączenie urwało się.
Marta zaklęła.
— Był w domu Karskiego. Kto wiedział?
— My, technicy, zespół zabezpieczający — wyliczyła Sara.
— Albo kamera — powiedział Kowalski.
— Jaka kamera?
— Taka, której nie znaleźliśmy.
Dom Karskiego został sprawdzony ponownie.
Po dwóch godzinach technik znalazł miniaturową kamerę w czujniku dymu.
Urządzenie przesyłało obraz bezprzewodowo.
— Jak długo? — zapytał Kowalski.
— Bateria wystarcza na kilka dni. Została założona niedawno.
— Czyli obserwowali dom przed naszym przyjazdem.
— I widzieli, że znaleźliśmy klucz.
Sara spojrzała na niego.
— Więc ostrzeżenie może być prawdziwe.
— Albo chce nas powstrzymać.
— Nadal zamierzasz użyć klucza?
Kowalski spojrzał na numer 42.
— Najpierw znajdziemy zamek.
Odpowiedź kryła się w starych dokumentach Karskiego.
Wśród rachunków znaleziono opłatę za skrytkę depozytową.
Nie bankową.
Prywatną.
Firma prowadziła magazyny samoobsługowe na obrzeżach Warszawy.
Numer jednostki: 42.
— Za łatwo — powiedziała Sara.
— Wiem.
— I jedziemy?
— Tak.
— Oczywiście.
Magazyn znajdował się w kompleksie kilkudziesięciu identycznych boksów.
Zanim weszli, technicy sprawdzili teren.
Nie znaleźli kamer innych niż system właściciela.
Klucz pasował.
Kowalski nie przekręcił go od razu.
— Co powiedział nasz przyjaciel?
— Żeby nie używać klucza — odpowiedziała Marta.
— Czyli może być alarm.
Technik zbadał zamek.
— Mechaniczny. Nie widzę przewodów.
— Drzwi?
— Brak pułapki, przynajmniej na zewnątrz.
Kowalski otworzył.
W środku stały kartony.
Kilka starych mebli.
Metalowa szafa.
I motocykl.
Sara zatrzymała się.
— Krzysztof.
Kowalski już patrzył.
Motocykl był podobny do tego, na którym uciekł obserwator z Poznania.
— Tablice?
— Brak.
Marta podeszła do kierownicy.
— Nie dotykamy.
Technicy zabezpieczyli ślady.
W schowku znaleziono rękawiczki.
W bocznej kieszeni — paragon.
Zakład zegarmistrzowski.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Tym razem możemy powiedzieć „prawdopodobnie”?
— Możemy.
Metalowa szafa była zamknięta.
Nie pasował do niej klucz 42.
Otworzyli ją technicy.
W środku wisiał szary płaszcz.
Na półce leżał zegarek.
Czarny pasek.
Stalowe zapięcie.
Trzy linie.
— Mamy go — powiedziała Marta.
Kowalski pokręcił głową.
— Mamy jego rzeczy.
Na dnie szafy leżała koperta.
Tym razem nie była podpisana dla Kowalskiego.
Było na niej jedno słowo:
„KARSKI.”
W środku znajdował się telefon.
Bateria była wyjęta.
Po uruchomieniu w laboratorium znaleziono jedno nagranie wideo.
Marek Karski siedział przed kamerą.
Wyglądał na zmęczonego, ale nie był związany.
„Krzysztof Kowalski.”
Kowalski zesztywniał.
„Jeżeli oglądasz to nagranie, nie udało mi się dotrzeć do ciebie osobiście.”
„Nie zostałem porwany.”
Sara spojrzała na Martę.
„Uciekłem, ponieważ człowiek, którego nazywacie obserwatorem, powiedział mi, że ktoś w waszym zespole ma dostęp do Architekta.”
Kowalski zatrzymał nagranie.
— Kiedy je zrobiono?
Technik sprawdził.
— Wczoraj.
— Dalej.
Karski pojawił się ponownie.
„Nie wiem, komu możesz ufać.”
„Ja również nie wiem, czy mogę ufać tobie.”
„Ale znam prawdę o twoim ojcu.”
Kowalski nie poruszył się.
„Stanisław nie zginął dlatego, że nie dostarczył przesyłki.”
„Zginął dlatego, że ją otworzył.”
Nagranie zatrzeszczało.
„W środku nie było pieniędzy ani dokumentów.”
„Była lista.”
„Pierwsza lista ludzi mających dostęp do systemu.”
„Stanisław zobaczył nazwiska.”
„I jedno z nich rozpoznał.”
Karski spojrzał prosto w kamerę.
„Jeżeli chcesz wiedzieć które, przyjedź sam.”
Na ekranie pojawił się adres.
Sara przeczytała.
— To Warszawa.
Marta sprawdziła mapę.
— Stary warsztat przy nieczynnej bocznicy.
Kowalski patrzył na ekran.
Ostatnie zdanie Karskiego brzmiało:
„Nie zabieraj policji. To właśnie policji wtedy się baliśmy.”
Nagranie się skończyło.
Sara od razu powiedziała:
— Nie pojedziesz sam.
— Wiem.
— Dobrze.
— Pojadę tak, żeby Karski myślał, że jestem sam.
Marta uśmiechnęła się bez radości.
— Tego się spodziewałam.
Przygotowali obserwację z dużej odległości.
Kowalski pojechał jednym samochodem.
Nie miał przy sobie widocznej broni.
Sara i Marta pozostały poza bezpośrednim terenem.
Warsztat stał pomiędzy opuszczonymi magazynami.
Drzwi były otwarte.
Kowalski wszedł.
— Karski?
Cisza.
W głębi zapaliła się lampa.
Przy stole siedział starszy mężczyzna.
Marek Karski.
— Zamknij drzwi — powiedział.
Kowalski zamknął.
— Jesteś sam?
— Tak.
Karski spojrzał na niego długo.
— Kłamiesz lepiej niż twój ojciec.
Kowalski podszedł bliżej.
— Znałeś go?
— Tak.
— Jak dobrze?
— Wystarczająco, żeby przez dwadzieścia jeden lat żałować, że nie uratowałem mu życia.
— Zacznij od początku.
Karski pokręcił głową.
— Początek jest za daleko. Zacznę od przesyłki.
Kowalski usiadł naprzeciwko.
— Słucham.
— Twój ojciec był kierowcą. Czasem przewoził ładunki dla firm, które obsługiwały naszą strukturę. Nie wiedział, dla kogo naprawdę pracuje.
— Dlaczego dostał przesyłkę?
— Potrzebowaliśmy człowieka spoza systemu.
— „Potrzebowaliśmy”?
Karski spuścił wzrok.
— Ja i Davies.
Kowalski poczuł gniew.
— Użyliście mojego ojca.
— Tak.
— I zginął.
— Tak.
— A potem przez dwadzieścia lat nikt nie powiedział rodzinie prawdy.
Karski przyjął te słowa bez obrony.
— Tak.
Kowalski wstał.
— To może być najkrótsze przesłuchanie w mojej karierze.
— Jeśli wyjdziesz teraz, nigdy nie dowiesz się, dlaczego Davies cię odnalazł.
Kowalski zatrzymał się.
— Co powiedziałeś?
— Myślisz, że wasza znajomość była przypadkiem?
— Uważaj.
— Davies wiedział, kim jesteś, zanim ty dowiedziałeś się, kim jest on.
Kowalski wrócił do stołu.
— Mów.
— Po śmierci Stanisława obiecaliśmy, że jego rodzina nigdy nie zostanie wciągnięta.
— Świetnie wam poszło.
— Przez lata tak.
— A potem?
— Romanow zaczął szukać pełnej mapy.
— I?
— Odkrył, że jedna z brakujących ścieżek prowadzi do przesyłki Stanisława.
— Przecież lista była w przesyłce.
— Nie cała.
Kowalski milczał.
Karski pochylił się.
— Stanisław wyrwał jedną stronę.
— Gdzie jest?
— Nie wiem.
— Kłamiesz.
— Gdybym wiedział, nie siedziałbym tutaj.
— Dlaczego Romanow zainteresował się mną?
— Bo uznał, że ojciec mógł zostawić stronę rodzinie.
Kowalski poczuł zimno.
— Nie zostawił.
— Jesteś pewien?
— Tak.
— Miałeś wtedy ile lat?
Kowalski nie odpowiedział.
— Właśnie.
Karski wstał.
— Davies zbliżył się do ciebie, żeby sprawdzić, czy Romanow już cię obserwuje.
— A potem?
— Potem cię polubił.
Kowalski spojrzał na niego ostro.
— Nie używaj go do usprawiedliwiania siebie.
— Nie próbuję.
Z zewnątrz dobiegł cichy dźwięk.
Karski zamarł.
— Przyprowadziłeś ich.
— Moi ludzie są daleko.
— Nie mówię o twoich ludziach.
Światło zgasło.
Kowalski natychmiast odsunął się od stołu.
— Karski!
— Na ziemię!
Szyba w bocznym oknie pękła.
Nie padł strzał.
Do środka wpadł niewielki przedmiot.
Kowalski zobaczył migającą diodę.
— Granat hukowy!
Błysk.
Huk.
Przez kilka sekund świat przestał istnieć.
Kowalski odzyskał orientację na podłodze.
Karski leżał kilka metrów dalej.
Drzwi warsztatu otworzyły się.
Ktoś wbiegł do środka.
Kowalski widział tylko sylwetkę.
Wysoką.
Szczupłą.
Mężczyzna ruszył w stronę Karskiego.
Kowalski rzucił się na niego.
Obaj uderzyli o metalowy regał.
Napastnik był silny, ale nie próbował walczyć dłużej.
Odepchnął Kowalskiego i pobiegł do tylnego wyjścia.
— Stój! Policja!
Nie zatrzymał się.
Kowalski ruszył za nim.
Na zewnątrz usłyszał Sarę.
— Krzysztof!
Marta i drugi zespół zamykali teren.
Napastnik przeskoczył przez niski płot.
Kowalski był kilka metrów za nim.
Mężczyzna odwrócił głowę.
Przez sekundę Kowalski zobaczył twarz.
Blizna pod prawym uchem.
Mężczyzna z zegarkiem.
— Mamy go! — krzyknęła Marta.
Napastnik skręcił między magazyny.
Tam czekał motocykl.
Kowalski zobaczył, jak mężczyzna próbuje uruchomić silnik.
Nic.
Druga próba.
Nic.
Sara pojawiła się z drugiej strony.
— Koniec!
Mężczyzna spojrzał na nią.
Potem na Kowalskiego.
Nie sięgnął po broń.
Podniósł ręce.
Marta podeszła z funkcjonariuszami.
— Na ziemię!
Mężczyzna uklęknął.
Kowalski podszedł.
— Michał Kurek?
Napastnik uśmiechnął się.
— Nie.
— Wiem.
Marta założyła mu kajdanki.
— Nazwisko.
— Aleksander Rybak.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Sprawdzimy.
Rybak nie protestował.
— Powinniście wrócić do Karskiego.
Kowalski odwrócił się.
— Co mu zrobiłeś?
— Ja? Nic.
— Po co wszedłeś?
— Żeby go wyciągnąć.
— Przed kim?
Rybak spojrzał w stronę warsztatu.
— Przed człowiekiem, który właśnie dostał to, po co przyszedł.
Kowalski pobiegł z powrotem.
Karski siedział pod ścianą. Był przytomny.
Sara uklękła obok niego.
— Co zniknęło? — zapytał Kowalski.
Karski spojrzał na stół.
Metalowe pudełko, którego wcześniej tam nie zauważył, było otwarte.
Puste.
— Strona — powiedział Karski.
Kowalski zamarł.
— Mówiłeś, że nie wiesz, gdzie jest.
Karski zamknął oczy.
— Skłamałem.
— Gdzie była?
— Tutaj.
— I ktoś ją zabrał.
— Tak.
Kowalski spojrzał na tylne wyjście.
— Ilu ich było?
— Co najmniej dwóch — powiedziała Marta.
— Rybak był przynętą.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— A my wszyscy pobiegliśmy za nim.
Kowalski wrócił do zatrzymanego.
Rybak siedział przy radiowozie.
— Wiedziałeś.
— Tak.
— Kim jest drugi człowiek?
— Nie wiem.
— Nie zaczynaj.
— Naprawdę nie wiem.
— Pracujesz dla niego.
— Nie.
— Więc dla kogo?
Rybak spojrzał mu w oczy.
— Dla ludzi, którzy próbują nie dopuścić, żeby Architekt wrócił.
— Architekt jest funkcją.
Pierwszy raz na twarzy Rybaka pojawiło się zaskoczenie.
— Już wiecie.
— Wiemy więcej, niż myślisz.
— W takim razie wiecie też, że strona, którą zabrali, może wskazać człowieka mającego pełny dostęp.
— Kogo?
— Nie wiem.
— Wszyscy dzisiaj nic nie wiedzą.
Rybak pochylił się.
— Komisarzu, ja naprawdę próbowałem was ostrzec.
— Porywając Różyckiego.
— Gdybym go nie zabrał, ktoś inny by go zabił.
— Wygodna wersja.
— Sprawdźcie nagrania z miejsca, gdzie go trzymaliśmy. Drzwi były otwarte od środka. Mógł wyjść, gdy tylko dostał telefon.
Kowalski spojrzał na Martę.
— Sprawdzimy.
Rybak ciągnął:
— Nie jestem waszym wrogiem.
— To przestań zachowywać się jak wróg.
— Nie mogłem wam zaufać.
— Dlaczego?
Rybak spojrzał na Karskiego.
— Bo ktoś z policji nadal jest częścią systemu.
— Nazwisko.
— Nie znam.
— Skąd wiesz?
— Bo trzy razy zmienialiśmy lokalizację Karskiego. Za każdym razem ktoś ją znalazł kilka godzin później.
Kowalski poczuł, jak wraca wcześniejsze podejrzenie.
— Dlaczego Karski był z tobą?
— Sam się ze mną skontaktował.
Karski z daleka powiedział:
— To prawda.
Kowalski odwrócił się.
— Później z tobą porozmawiam.
Rybak uśmiechnął się krótko.
— Nie macie później.
— Co to znaczy?
— Człowiek ze stroną nie będzie jej analizował. On już wie, czego szuka.
— Czego?
— Ostatniego żyjącego członka pierwotnego komitetu.
Kowalski spojrzał na Karskiego.
— Ty?
Karski pokręcił głową.
— Nie byłem członkiem komitetu.
— Wiktor?
— Nie wiadomo, czy żyje.
— Antoni?
— Nie.
Rybak odezwał się:
— Jest jeszcze ktoś.
— Kto?
— Kobieta.
Kowalski spojrzał na niego.
— Nazwisko.
— Tego właśnie nie znam.
— Świetnie.
— Znam kryptonim.
Marta podeszła bliżej.
— Jaki?
Rybak odpowiedział:
— Latarnia.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Człowiek od świateł. Latarnia.
— Nie człowiek — powiedział Rybak. — Kobieta.
Kowalski przypomniał sobie słowa Antoniego.
System łączył ludzi i instytucje.
Architekt był funkcją.
Być może Latarnia również.
— Gdzie ją znajdziemy?
Rybak pokręcił głową.
— Karski może wiedzieć.
Kowalski wrócił do starszego policjanta.
— Latarnia.
Karski pobladł.
To wystarczyło.
— Znasz.
— Znałem.
— Nazwisko.
— Nie mogę.
— Przez twoje „nie mogę” mój ojciec nie żyje od ponad dwudziestu lat.
Karski zamknął oczy.
— Nie dlatego milczę.
— Więc dlaczego?
— Bo jeśli Latarnia nadal żyje, jest jedyną osobą, która może zamknąć system bez przekazywania dostępu następnemu Architektowi.
— Nazwisko.
Karski spojrzał na niego.
— Elżbieta Radecka.
Marta zesztywniała.
— Radecka?
— Tak.
Sara natychmiast skojarzyła.
— Tomasz Radecki. Zamordowany księgowy z Poznania.
Karski skinął głową.
— Jego starsza siostra.
— Gdzie jest?
— Oficjalnie zmarła dziewiętnaście lat temu.
Kowalski już wiedział, że dalsza część odpowiedzi nie będzie prosta.
— A nieoficjalnie?
Karski spojrzał na niego.
— Nie mam pojęcia.
— Nie mam pojęcia.
Kowalski przez chwilę patrzył na Karskiego, próbując rozstrzygnąć, czy starszy mężczyzna po raz kolejny coś ukrywa, czy po raz pierwszy naprawdę dotarł do granicy własnej wiedzy.
— Oficjalnie zmarła — powiedział. — Jak?
— Pożar mieszkania. Tak zapisano w aktach.
— Widziałeś ciało?
— Nie.
— Byłeś na pogrzebie?
— Nie było pogrzebu.
Sara spojrzała na Martę.
— Czyli mamy śmierć bez pogrzebu i człowieka, który nie widział zwłok.
— Mamy też dziewiętnaście lat — odpowiedziała Marta. — Po takim czasie ślad może prowadzić donikąd.
— Ślady rzadko prowadzą donikąd — powiedział Kowalski. — Czasem tylko ktoś bardzo dobrze je zasypuje.
Rybak siedział kilka metrów dalej pod nadzorem funkcjonariusza. Nie odzywał się, ale obserwował rozmowę.
Kowalski podszedł do niego.
— Wiedziałeś o Latarni?
— Wiedziałem, że istniała.
— Skąd?
— Z fragmentów archiwum.
— Jakiego archiwum?
Rybak uśmiechnął się bez wesołości.
— Tego, którego podobno nie ma.
— Zaczynam mieć alergię na takie odpowiedzi.
— Ja na pytania policji.
— Możemy się wzajemnie nie lubić. To oszczędzi czas.
Marta odwróciła głowę, żeby ukryć uśmiech.
— Gdzie widziałeś nazwę Latarnia?
— W pliku, który odzyskaliśmy kilka lat temu.
— „My”?
— Grupa ludzi, którzy sprzątali po Romanowie, zanim wy zaczęliście wiedzieć, że jest co sprzątać.
— Nazwa.
— Nie mieliśmy nazwy.
— Każdy ma nazwę.
— W takim razie nazywaliśmy się ludźmi, którzy chcieli dożyć następnego tygodnia.
Kowalski przykucnął przed nim.
— Rybak, porwaliście policjanta, śledziliście nas i włamywaliście się do systemów. Jeśli chcesz, żebym uwierzył, że jesteś po właściwej stronie, zacznij mówić jak człowiek po właściwej stronie.
Rybak spoważniał.
— Latarnia pojawiała się przy najstarszych protokołach. Nie jako osoba. Jako awaryjny punkt zatwierdzający.
— Co zatwierdzający?
— Zamknięcie dostępu.
— Do systemu?
— Do całej mapy.
Kowalski spojrzał na Karskiego.
Starszy policjant skinął głową.
— To się zgadza.
— I dopiero teraz o tym mówisz?
— Dopiero teraz zapytałeś właściwie.
— Jeszcze raz tak odpowiesz, a przypomnę sobie, że jesteś świadkiem w sprawie śmierci mojego ojca.
Karski spuścił wzrok.
Sara weszła między nich.
— Potrzebujemy faktów. Elżbieta Radecka. Data urodzenia, praca, ostatni adres, cokolwiek.
— Była matematyczką — powiedział Karski.
— Gdzie pracowała?
— Na uczelni. Później przy systemach telekomunikacyjnych.
— W Poznaniu?
— Przez jakiś czas.
— Dlaczego została Latarnią?
— Bo nie należała do służb.
Marta zmarszczyła brwi.
— To brzmi odwrotnie niż logika.
— Właśnie dlatego ją wybrano. Architekt miał dostęp. Latarnia miała możliwość zamknięcia. Jedno nie powinno należeć do tej samej struktury.
— System wzajemnego hamowania — powiedziała Sara.
— Taki był pomysł.
Kowalski popatrzył na Karskiego.
— A potem?
— Potem ludzie zaczęli omijać własne zabezpieczenia.
— Jak zawsze.
Karski nie zaprzeczył.
Rybak odezwał się zza ich pleców.
— Jeśli ktoś ma stronę Stanisława, może znaleźć Latarnię.
— Powiedziałeś, że nie znasz nazwiska — zauważyła Marta.
— Nie znałem. Teraz znam.
— I co jeszcze wiesz?
— Że człowiek, który zabrał stronę, nie będzie czekał.
Kowalski podjął decyzję.
— Wracamy. Rybak jedzie osobno. Karski pod ochroną.
— Nie zamkniecie mnie? — zapytał Rybak.
— Zamkniemy. Ale najpierw chcę sprawdzić, ile z twojej opowieści wytrzymuje kontakt z faktami.
W drodze do komendy Kowalski siedział z tyłu samochodu. Sara obok niego nie zadawała pytań.
Dopiero po kilku minutach powiedziała:
— Twój ojciec.
— Nie teraz.
— Dobrze.
I na tym skończyła.
Kowalski był jej za to wdzięczny.
W pamięci wracały obrazy, które przez lata nie miały żadnego związku ze śledztwami. Ojciec wracający późno do domu. Zapach oleju napędowego na kurtce. Stara torba trzymana zawsze przy drzwiach. Telefon, po którym pewnego wieczoru wyszedł bez kolacji.
Wtedy nic z tego nie było tajemnicą.
Było zwyczajnym życiem.
Dopiero teraz każde wspomnienie próbowało udawać dowód.
Kowalski wiedział, jak niebezpieczne to było.
W komendzie pierwszym zadaniem stało się potwierdzenie istnienia Elżbiety Radeckiej.
Istniała.
Urodzona w Poznaniu. Starsza od Tomasza Radeckiego o sześć lat. Absolwentka matematyki. Później specjalizacja związana z teorią informacji i bezpieczeństwem transmisji.
— Pasuje — powiedziała Marta.
— To jeszcze niczego nie dowodzi.
Sara przewinęła ekran.
— W latach dziewięćdziesiątych pracowała przy kilku projektach telekomunikacyjnych. Część dokumentacji jest jawna, część ma tylko numery.
— 317?
— Nie.
Kowalski odetchnął.
— Miła odmiana.
— Jest 042.
Wszyscy spojrzeli na klucz leżący w woreczku dowodowym.
— Czterdzieści dwa — powiedziała Marta.
— Przypadek — odpowiedział Kowalski.
Sara uniosła brwi.
— Ty to powiedziałeś?
— Tak. I sam sobie nie wierzę.
Projekt 042 oficjalnie dotyczył odporności infrastruktury komunikacyjnej na awarie.
Trwał trzy lata.
Elżbieta Radecka była jedną z konsultantek.
Wśród instytucji współpracujących pojawiała się firma, której nazwa nic im nie mówiła.
Orbis Signal.
Marta uruchomiła wyszukiwanie.
— Firma rozwiązana dwadzieścia lat temu.
— Zarząd?
— Trzy osoby.
Pierwsze dwa nazwiska były obce.
Trzecie zatrzymało Kowalskiego.
Robert Sarnowski.
— Mamy połączenie — powiedziała Sara.
— Mamy nazwisko w dwóch miejscach.
— Dobrze, komisarzu Ostrożny.
— Ktoś musi.
Akta śmierci Elżbiety były znacznie dziwniejsze.
Pożar rzeczywiście miał miejsce.
Mieszkanie spłonęło niemal całkowicie.
W dokumentacji zapisano, że znaleziono szczątki jednej osoby.
Identyfikację przeprowadzono na podstawie rzeczy osobistych i dokumentacji stomatologicznej.
Marta przeczytała ostatnie zdanie raportu.
— Ciało wydano rodzinie?
— Nie.
— Dlaczego?
— Brat odmówił odbioru.
Sara spojrzała na nią.
— Tomasz?
— Tak.
— A potem sam został zamordowany.
W pokoju zrobiło się cicho.
Kowalski przesunął palcem po dacie.
— Ile czasu między śmiercią Elżbiety a zabójstwem Tomasza?
Marta policzyła.
— Dziewięć miesięcy.
— Co robił przez te dziewięć miesięcy?
— Był księgowym. Zwykłe życie.
— Człowiek, którego notes doprowadził nas do Wolskiego, nie prowadził zwykłego życia.
Sara znalazła kolejny dokument.
— Tomasz wystąpił o ponowne zbadanie identyfikacji siostry.
— Kiedy?
— Trzy tygodnie przed śmiercią.
Kowalski spojrzał na nią.
— I?
— Wniosek odrzucono.
— Kto podpisał?
Marta odczytała nazwisko.
Żadne z nich go nie znało.
— Sprawdzamy — powiedział Kowalski.
Podpis należał do lekarza medycyny sądowej, który od kilkunastu lat nie żył.
Nie znaleźli niczego podejrzanego w jego karierze.
Za to w dokumentacji pożaru brakowało jednej rzeczy.
Oryginalnych zdjęć.
— Zaginęły? — zapytała Sara.
— Według adnotacji zostały przekazane do archiwizacji.
— A w archiwum?
— Nie ma.
Kowalski wstał.
— Jedziemy do Poznania?
Marta pokręciła głową.
— Nie musimy. Mam tam ludzi.
— Nie chcę kolejnego oficjalnego zapytania.
— Tym razem też mam ludzi, którzy potrafią nie pisać wszystkiego w systemie.
— Coraz bardziej cię lubię.
— Nie przyzwyczajaj się.
Rybak został przesłuchany formalnie.
Tym razem obecny był jego adwokat.
Jego prawdziwa tożsamość potwierdziła się.
Aleksander Rybak, czterdzieści trzy lata. Dawniej pracownik prywatnej ochrony infrastruktury. Później konsultant bezpieczeństwa.
Bez wyroków.
Bez oczywistych powiązań z Romanowem.
— To nic nie znaczy — powiedział Kowalski.
— Wiem — odpowiedziała Sara. — Ale przynajmniej istnieje.
Rybak przyznał się do udziału w uprowadzeniu Różyckiego.
Twierdził jednak, że celem było wyciągnięcie policjanta z miejsca, w którym groziła mu śmierć.
— Skąd wiedzieliście?
— Dostaliśmy wiadomość.
— Od kogo?
— Nie wiem.
— Znowu.
— Tak wyglądała nasza praca.
— Fatalna branża.
Rybak przesunął dłonie po stole.
— Wiadomość zawierała nazwisko Różyckiego i godzinę.
— Dlaczego uwierzyłeś?
— Bo wcześniej dostaliśmy dwie podobne.
— Dotyczące kogo?
Rybak spojrzał na adwokata.
Ten skinął głową.
— Jedna dotyczyła Karskiego.
— A druga?
— Heleny Maj.
Kowalski znieruchomiał.
— Kiedy?
— Dzień przed tym, zanim do niej pojechaliście.
— Obserwowaliście jej mieszkanie?
— Tak.
— Srebrny samochód?
— Nie nasz.
— Ciemna Skoda?
— Nasza.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
Pierwszy raz jeden z wcześniejszych obrazów dostał inne wyjaśnienie.
Nie oznaczało to jeszcze, że prawdziwe.
— Dlaczego nie skontaktowaliście się z policją?
— Bo wiadomość o Helenie zawierała jeszcze jedno zdanie.
— Jakie?
Rybak spojrzał prosto na niego.
— „Policja już tam jest.”
— Nie byliśmy.
— Właśnie.
Kowalski zrozumiał.
— Ktoś wiedział wcześniej, że tam pojedziemy.
— Albo chciał, żebyśmy tak myśleli — powiedziała Sara.
Rybak uśmiechnął się.
— Dlatego was lubię. Wreszcie zaczynacie mieć ten sam problem co my.
— Nie lub nas.
— Postaram się.
Po przesłuchaniu Kowalski wrócił do analizy ukrytej karty pamięci znalezionej wcześniej w teczce opisanej jego nazwiskiem.
Do tej pory czekała, bo każdy kolejny kryzys spychał ją na dalszy plan.
Teraz nie mogli dłużej odkładać jej zawartości.
Technik uruchomił odizolowane stanowisko.
— Karta ma zaszyfrowaną partycję.
— Oczywiście — powiedziała Sara.
— Ale jest też część jawna.
Na ekranie pojawiły się cztery katalogi.
DOM.
PRACA.
RODZINA.
TRASA.
Kowalski poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku.
— Otwórz DOM.
Zdjęcia.
Setki zdjęć.
Niektóre stare.
Niektóre sprzed kilku tygodni.
Wejście do budynku.
Okna.
Samochody.
Ludzie.
— Ktoś cię obserwował długo — powiedziała Marta.
— Widzimy.
Sara otworzyła katalog PRACA.
Fotografie komisariatu.
Wejścia.
Korytarze.
Nazwiska funkcjonariuszy.
Grafiki zmian.
— To nie jest obserwacja jednego człowieka — powiedziała. — To rozpoznanie całego otoczenia.
Kowalski wskazał RODZINA.
— Nie.
Sara zatrzymała rękę.
— Krzysztof…
— Najpierw metadane. Nie otwieramy zdjęć.
Technik skinął głową.
— Mogę wyciągnąć daty i parametry bez wyświetlania.
— Zrób to.
Najstarszy plik miał dwadzieścia jeden lat.
W pokoju zapadła cisza.
— Niemożliwe — powiedziała Marta.
— Karta jest nowsza — zauważył technik. — Pliki zostały na nią skopiowane.
— Czyli archiwum obserwacji sięga dwudziestu jeden lat.
Kowalski patrzył na datę.
Kilka miesięcy po śmierci ojca.
— TRASA — powiedział.
W katalogu znajdowały się mapy.
Jedna była szczegółowa.
Trasa zaznaczona na czerwono zaczynała się w Warszawie.
Prowadziła na zachód.
Przez Poznań.
Kończyła się niedaleko Międzychodu.
Sara powoli usiadła.
— Twój ojciec?
— Możliwe.
Na mapie znajdowały się trzy punkty.
Pierwszy: magazyn w Warszawie.
Drugi: parking przy Poznaniu.
Trzeci: bezimienny punkt w pobliżu dawnej infrastruktury kolejowej.
Przy drugim punkcie widniała adnotacja.
„PRZEKAZANIE NIE DOSZŁO DO SKUTKU.”
Przy trzecim:
„ŁADUNEK NIE DOTARŁ.”
Kowalski patrzył na ekran.
— Czyli przesyłka nigdy nie dotarła do miejsca docelowego.
— A Karski powiedział, że ojciec ją otworzył — przypomniała Sara.
— I wyrwał stronę.
Marta wskazała pierwszy punkt.
— Musimy znaleźć magazyn.
Adres nadal istniał.
Budynek nie.
Na jego miejscu stał nowy biurowiec.
— Ślepa uliczka — powiedziała Sara.
— Nie. Własność.
Dawny magazyn należał kiedyś do spółki transportowej.
Spółka została rozwiązana.
Jej archiwum przejęła inna firma.
Ta z kolei została kupiona przez kolejną.
Po godzinie dotarli do obecnego właściciela dokumentacji.
Firma logistyczna przechowywała stare księgi przewozowe w zewnętrznym magazynie.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Tym razem nie wysyłamy zapytania elektronicznego.
— Jedziemy.
— Jedziemy.
W magazynie dokumentów pracowała kobieta, która patrzyła na nich z wyraźnym zdziwieniem.
— Chcecie dokumenty sprzed ponad dwudziestu lat?
— Tak.
— Ludzie zwykle chcą faktury sprzed pięciu.
— My jesteśmy staromodni.
— Widzę.
Księgi znaleziono po numerze dawnej spółki.
Kowalski założył rękawiczki.
Na stronie z właściwego dnia widniał wpis.
Kierowca: Stanisław Kowalski.
Ładunek: części elektroniczne.
Masa: osiemnaście kilogramów.
Miejsce docelowe: kod 042.
— Nie adres — powiedziała Sara.
— Projekt Radeckiej.
W rubryce „uwagi” ktoś dopisał ręcznie:
„ZWROT — BRAK POTWIERDZENIA.”
— Zwrot? — zapytała Sara.
Kowalski przewrócił stronę.
Nie było wpisu o zwrocie.
— Ktoś wpisał, że ładunek wrócił, ale nie ma przyjęcia.
Pracownica magazynu zajrzała do księgi.
— Czasem dokument zwrotu był osobno.
— Gdzie?
— Jeśli przetrwał, w kartonie z reklamacjami.
Kartony były trzy.
W drugim znaleźli formularz.
Numer przesyłki się zgadzał.
Powód zwrotu:
„USZKODZENIE OPAKOWANIA.”
Podpis kierowcy.
Kowalski znał ten podpis.
Widział go na starych rodzinnych dokumentach.
— To on.
Sara nie odpowiedziała.
Niżej znajdowała się adnotacja pracownika magazynu:
„Kierowca odmówił pozostawienia przesyłki.”
— Zabrał ją ponownie — powiedziała.
— Tak.
— Dokąd?
Nie było odpowiedzi.
Za to na odwrocie formularza ktoś ołówkiem zapisał sześć cyfr.
Technik zrobił zdjęcie.
Marta dostała je w Warszawie.
Po kilku minutach zadzwoniła.
— To może być numer starego depozytu kolejowego.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Gdzie?
— Poznań.
Sara parsknęła.
— Oczywiście.
— Numer?
— Czterdzieści dwa.
Tym razem Kowalski się nie uśmiechnął.
POZNAŃ
Stary depozyt nie istniał od lat.
Budynek przebudowano.
Numeracja została zmieniona.
Marta dołączyła do nich na miejscu.
— Archiwalne plany pokazują rząd metalowych skrytek. Czterdzieści dwa była przy ścianie zachodniej.
— Co jest tam teraz?
— Pomieszczenie techniczne.
Zarządca budynku wpuścił ich do środka.
Ściana była pokryta nowym tynkiem.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Nie mów, że będziemy ją rozbierać.
— Najpierw sprawdzimy.
Skaner wykazał pustą przestrzeń.
Za tynkiem zachował się fragment starej konstrukcji.
Po uzyskaniu zgody zdjęto część płyty.
Metalowe drzwiczki nadal tam były.
Numer 42.
— Karski miał klucz do magazynu 42, a twój ojciec zostawił ślad do skrytki 42 — powiedziała Marta.
— To może być sposób oznaczania.
— Albo obsesja któregoś z nich.
Zamek był zardzewiały.
Klucz Karskiego nie pasował.
— Czyli nie wszystko jest jednym zamkiem — powiedziała Sara.
Technik otworzył skrytkę bez niszczenia zawartości.
W środku leżała płaska metalowa kaseta.
Kowalski wyjął ją ostrożnie.
Była lekka.
Za lekka.
Otworzyli ją dopiero w zabezpieczonym pomieszczeniu.
W środku nie było listy.
Leżała fotografia.
Przedstawiała pięć osób przy samochodzie.
Antoni Wolski.
John Davies.
Marek Karski.
Robert Sarnowski.
I Stanisław Kowalski.
Kowalski patrzył na twarz ojca.
Młodszą, niż zapamiętał.
— Czyli znał ich — powiedziała Marta.
— Przynajmniej spotkał.
Na odwrocie fotografii widniało zdanie.
„Staszek nie zgodził się być szóstym.”
Sara przeczytała je dwa razy.
— Szóstym członkiem?
— Nie wiemy.
Pod zdjęciem znajdował się kawałek papieru.
Nie strona listy.
Krótka notatka.
Pismo należało do Stanisława.
Kowalski rozpoznał charakterystyczne „K”.
„Jeżeli Krzysiek kiedyś to znajdzie, znaczy, że nie udało mi się wrócić.”
Kowalski przestał oddychać na sekundę.
Sara odsunęła się, dając mu przestrzeń.
Czytał dalej.
„Nie wierz ludziom, którzy powiedzą ci, że robiłem coś wielkiego.”
„Chciałem tylko wrócić do domu.”
„Zobaczyłem nazwisko, którego nie powinno tam być.”
„Nie zabieram strony ze sobą.”
„Zostawiam ją tam, gdzie pierwszy raz zabrałem cię na pociąg.”
Kowalski zamknął oczy.
Wspomnienie przyszło natychmiast.
Nie dworzec główny.
Mała stacja.
Ojciec zabrał go tam jako dziecko, żeby pokazać przejeżdżający pociąg towarowy.
Sara zobaczyła zmianę na jego twarzy.
— Wiesz gdzie.
— Tak.
— Gdzie?
Kowalski podał nazwę.
Marta sprawdziła mapę.
Stacja nadal istniała, choć budynek od dawna nie pełnił dawnej funkcji.
— Jedziemy? — zapytała.
Kowalski spojrzał na notatkę ojca.
— Nie.
Sara zdziwiła się.
— Dlaczego?
— Bo ktoś chciał, żebym znalazł tę kasetę.
— Twój ojciec.
— Tak. Ale ktoś inny wiedział o kluczu 42.
Marta zrozumiała.
— Rybak.
— I człowiek, który zabrał stronę Karskiemu.
— Myślisz, że czekają na stacji?
— Myślę, że jeśli potrafili obserwować Karskiego, mogli znać również tę skrytkę.
Sara spojrzała na fotografię.
— Co robimy?
— Jedziemy tam, ale nie po stronę.
— Tylko?
— Po człowieka, który też jej szuka.
Przygotowanie obserwacji zajęło kilka godzin.
Nie informowali lokalnych jednostek o dokładnym celu.
Na miejsce wysłano niewielki zespół.
Kowalski pojawił się dopiero po zmroku.
Stary budynek stacji stał cichy.
Peron był prawie pusty.
Przejechał pociąg.
Kowalski przypomniał sobie rękę ojca trzymającą go za ramię.
„Nie podchodź za blisko.”
Głos z pamięci był tak wyraźny, że przez moment zapomniał o słuchawce w uchu.
— Krzysztof? — odezwała się Sara.
— Jestem.
— Mamy ruch.
— Gdzie?
— Północna strona budynku. Jedna osoba.
Kowalski nie ruszył.
— Opis?
— Kaptur. Średni wzrost. Nie Rybak.
Postać obeszła budynek.
Zatrzymała się przy starej ławce.
Potem uklękła.
— Szuka czegoś — powiedziała Marta.
— Czekamy.
Postać wyjęła narzędzie.
Zaczęła odkręcać metalową listwę pod ławką.
Kowalski poczuł przyspieszenie pulsu.
— Teraz.
Zespół ruszył.
Postać poderwała się.
Nie uciekła.
Podniosła ręce.
— Policja! Nie ruszać się!
Kowalski podszedł.
Kaptur opadł.
To była kobieta.
Miała około sześćdziesięciu lat.
Siwe włosy.
Spokojne oczy.
— Nazwisko — powiedział.
Kobieta spojrzała na niego.
— Za późno, Krzysztof.
Kowalski znieruchomiał.
— Skąd zna pani moje imię?
— Znam je od dnia, kiedy miałeś osiem lat.
Sara i Marta podeszły bliżej.
Kobieta popatrzyła na nie.
— Jeśli mnie zatrzymacie tutaj, człowiek, który was obserwuje, będzie wiedział, że żyję.
— Kim pani jest?
Kobieta westchnęła.
— Elżbieta Radecka.
Nikt się nie odezwał.
Kowalski patrzył na kobietę, która według dokumentów nie żyła od dziewiętnastu lat.
— Udowodni pani.
— Nie tutaj.
— Wygodne.
— Twój ojciec mówił dokładnie tak samo.
To zdanie trafiło mocniej niż nazwisko.
— Znała pani mojego ojca?
— Tak.
— Dlaczego żyje pani pod fałszywą śmiercią?
— Bo mój brat nie zdążył zrobić tego samego.
Tomasz Radecki.
Zamordowany księgowy.
Kowalski spojrzał na ławkę.
— Czego pani szukała?
— Tego samego co wy.
— Strony?
— Nie.
— Więc czego?
Elżbieta wskazała metalową listwę.
— Dowodu, że Stanisław nie zabrał jej z tego miejsca.
Technik sprawdził ławkę.
Pod listwą znajdowała się mała wnęka.
Pusta.
— Ktoś był przed nami — powiedziała Marta.
Elżbieta pokręciła głową.
— Nie.
— Skąd pani wie?
— Bo ta wnęka zawsze była pusta.
Kowalski spojrzał na nią.
— To po co tu pani przyszła?
— Żeby zobaczyć, kto przyjdzie po niej.
Sara westchnęła.
— Świetnie. My polowaliśmy na panią, pani na nas.
— Nie na was.
Elżbieta spojrzała w ciemność za peronem.
— Na niego.
W tej samej chwili w słuchawce Kowalskiego odezwał się obserwator.
— Ruch przy samochodach. Mężczyzna. Wycofuje się.
— Zatrzymać.
Zespół ruszył.
Mężczyzna pobiegł przez tory.
Nie był tym z zegarkiem.
Nie był też nikim, kogo wcześniej widzieli.
Po krótkim pościgu został zatrzymany.
Miał przy sobie aparat z teleobiektywem.
Na karcie znajdowały się zdjęcia Kowalskiego, Sary, Marty i Elżbiety.
Ostatnie wykonano kilka sekund przed zatrzymaniem.
— Dla kogo pracujesz? — zapytał Kowalski.
Mężczyzna milczał.
Elżbieta podeszła.
Spojrzała na niego.
— Nie znam go.
— A on panią?
— Jeśli zrobił zdjęcie, teraz już tak.
Kowalski poczuł, że czas zaczął działać przeciwko nim.
— Zabieramy panią.
— Dokąd?
— W miejsce, którego nie zna człowiek z aparatem.
— Takich miejsc jest coraz mniej.
— Jedno wystarczy.
Elżbieta nie protestowała.
W zabezpieczonym mieszkaniu odmówiła rozmowy, dopóki nie sprawdzą jednego nazwiska.
Napisała je na kartce.
Kowalski przeczytał.
Nie znał.
— Kto to?
— Człowiek, który może potwierdzić moją tożsamość.
— Gdzie jest?
— Jeśli nadal żyje, w Gdańsku.
— Nazwisko prawdziwe?
— Tak.
— Dlaczego mamy mu ufać?
— Nie macie.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Zaczynam ją lubić.
Elżbieta prawie się uśmiechnęła.
— Jesteś bardziej podobny do Stanisława, niż Davies przewidywał.
— Proszę nie mówić o moim ojcu, dopóki nie potwierdzimy, kim pani jest.
— Rozsądnie.
Weryfikacja trwała do rana.
Odciski palców Elżbiety nie znajdowały się w dostępnych współczesnych bazach.
Stare dokumenty zawierały jednak kartę pracowniczą z odciskiem kciuka.
Porównanie wykazało zgodność.
Zdjęcia również.
Wiek.
Blizna na lewej dłoni opisana w dawnych aktach medycznych.
Wszystko pasowało.
Elżbieta Radecka żyła.
Kowalski usiadł naprzeciwko niej.
— Teraz rozmawiamy.
— Teraz tak.
— Architekt.
— Funkcja.
— Wiemy.
— W takim razie jesteście dalej, niż sądziłam.
— Latarnia.
— Też funkcja.
— Pani?
— Byłam.
— Była?
— Dostęp wygasa, jeśli nie zostanie potwierdzony przez określony czas.
— Ile?
— Dwadzieścia lat.
— Pani zniknęła dziewiętnaście lat temu.
— Właśnie.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Czyli zostało mniej niż rok?
Elżbieta pokręciła głową.
— Zostało jedenaście dni.
Cisza była natychmiastowa.
— Dlaczego? — zapytała Marta.
— Ostatnie potwierdzenie wykonano później niż moja oficjalna śmierć.
— Przez panią?
— Tak.
— Dlaczego przez dziewiętnaście lat nic pani nie zrobiła?
Elżbieta popatrzyła na nią.
— Robiłam. Tylko nie z policją.
— Dlaczego?
— Bo policja była jednym z kanałów systemu.
Kowalski pochylił się.
— Co się stanie za jedenaście dni?
— Jeśli Latarnia wygaśnie, mechanizm zamknięcia przestanie istnieć.
— I?
— Pierwszy człowiek, który odtworzy pełny dostęp Architekta, nie będzie miał już przeciwwagi.
— Czy ktoś może to zrobić?
— Tak.
— Strona mojego ojca.
Elżbieta skinęła głową.
— Jest częścią drogi.
— Co na niej jest?
— Nazwiska.
— Czyje?
— Ludzi, którzy tworzyli węzły dostępu.
— Kto zabrał ją Karskiemu?
— Nie wiem.
— Rybak twierdzi, że próbuje powstrzymać powrót Architekta.
— Rybak mówi prawdę w około połowie.
— Której?
— Tego jeszcze nie wiem.
Sara usiadła obok.
— A Romanow?
Elżbieta spojrzała na nią.
— Romanow był ambitnym złodziejem.
— Miał globalną sieć.
— Bo ukradł fragment czegoś większego.
— Kto mu go dał?
— To pytanie kosztowało mojego brata życie.
Kowalski położył na stole fotografię Stanisława.
— A mojego ojca?
Elżbieta długo patrzyła na zdjęcie.
— Twój ojciec zobaczył na liście nazwisko człowieka, którego znał osobiście.
— Kogo?
— Nie wiem.
— Karski twierdził, że pani może wiedzieć.
— Karski przez całe życie mylił wiedzę z podejrzeniem.
— A pani?
— Ja nauczyłam się je rozdzielać.
Kowalski poczuł irytację.
— Potrzebuję konkretu.
— Konkret jest taki: Stanisław zadzwonił do mnie wieczorem przed śmiercią.
— Co powiedział?
— Że nie dostarczy przesyłki.
— Dlaczego?
— Powiedział: „Jeśli oni mają tego człowieka w środku, wszystko jest ustawione.”
— Jakiego człowieka?
— Nie podał nazwiska.
— Nic więcej?
Elżbieta zawahała się.
— Jedno zdanie.
— Jakie?
— „Krzysiek go zna.”
Kowalski patrzył na nią.
— Miałem wtedy dziecko.
— Wiem.
— Kogo mogłem znać?
— Nauczyciela. Sąsiada. Policjanta. Kolegę ojca. Kogokolwiek.
— Albo członka rodziny.
Elżbieta nie odpowiedziała.
Sara natychmiast zauważyła ciszę.
— Pani coś podejrzewa.
— Podejrzewam wiele rzeczy.
— Jedną z nich właśnie pani przemilczała.
Elżbieta spojrzała na Sarę.
— Dobra jesteś.
— Dziękuję. Odpowiedź.
— Stanisław miał brata.
Kowalski zesztywniał.
— Wiem.
— Nie o nim mówię.
— Co?
— Miał przyrodniego brata.
Kowalski wstał.
— Nie.
— Twoja rodzina mogła o nim nie wiedzieć.
— Skąd pani wie?
— Z dokumentów Antoniego.
— Nazwisko.
— Nie znam obecnego.
— Imię?
— Andrzej.
Kowalski odsunął krzesło.
— Mój dziadek miał drugiego syna?
— Według dokumentów tak.
— I ten człowiek był w systemie?
— Tego nie powiedziałam.
— Ale pani to sugeruje.
— Sugeruję, że Stanisław mógł rozpoznać nazwisko związane z rodziną.
Kowalski przeszedł do okna.
Przez chwilę nikt go nie zatrzymywał.
Sara odezwała się dopiero po chwili.
— Możemy sprawdzić akty.
— Sprawdzimy.
— Bez zakładania, że to prawda.
Kowalski odwrócił się.
— Dokładnie.
Dokumenty rodzinne nie dały szybkiej odpowiedzi.
Nie znaleziono oficjalnego aktu, który wskazywałby drugiego syna.
Elżbieta nie była zaskoczona.
— Antoni miał dostęp do rzeczy, które znikały z rejestrów.
— Wygodne — powiedział Kowalski.
— Bardzo.
Marta dostała wiadomość z Poznania.
Zatrzymany fotograf zaczął mówić.
Nazywał się Paweł Górski.
Był prywatnym detektywem.
Zlecenie otrzymał dwa dni wcześniej.
Miał fotografować każdego, kto pojawi się przy starej stacji.
— Zleceniodawca? — zapytał Kowalski.
— Kobieta.
Elżbieta spojrzała na Martę.
— Opis?
— Około pięćdziesięciu lat. Jasne włosy. Spotkanie osobiste w kawiarni.
— Nazwisko?
— Przedstawiła się jako Anna Sarnowska.
Elżbieta pobladła.
— Co? — zapytał Kowalski.
— Robert nie miał żony.
— Może kłamstwo.
— Miał córkę.
Sara natychmiast sięgnęła po komputer.
— Imię?
— Anna.
Kowalski spojrzał na Elżbietę.
— Mówiła pani, że Sarnowski zginął.
— Zginął.
— A córka?
— Zniknęła z matką po jego śmierci.
— Ile miała lat?
— Osiem.
Marta sprawdziła daty.
— Dzisiaj miałaby około czterdziestu kilku.
— Fotograf powiedział około pięćdziesięciu — zauważyła Sara.
— Ocena wieku bywa zawodna.
Kowalski usiadł.
— Jeśli to naprawdę córka Sarnowskiego, dlaczego szuka Latarni?
Elżbieta odpowiedziała bez wahania:
— Bo Robert zostawił jej kopię.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Kopię czego? — zapytał Kowalski.
— Pierwotnej mapy systemu.
— Powiedziała pani wcześniej, że nie wie.
— Nie wiedziałam, gdzie ją ukrył.
— Ale wiedziała pani, komu mógł ją zostawić.
— Podejrzewałam.
Kowalski uderzył dłonią w stół, nie mocno, ale wystarczająco.
— Koniec półprawd.
Elżbieta nie drgnęła.
— Gdybym dziewiętnaście lat temu mówiła wszystkim całą prawdę, nie siedziałabym tutaj.
— Teraz nie jest dziewiętnaście lat temu.
— Właśnie dlatego mówię.
— Wszystko.
Elżbieta spojrzała na niego.
— Robert Sarnowski odkrył, że komitet zaczął handlować dostępem. Zrobił kopię mapy węzłów. Chciał przekazać ją prokuraturze poza strukturą.
— Nie zdążył.
— Zginął.
— Wypadek.
— Nie był wypadkiem.
— Kto go zabił?
— Nie wiem.
— Kto mógł?
— Każdy z czterech ludzi, którzy wtedy mieli uprawnienia Architekta.
— Czterech?
— Funkcja mogła być czasowo dzielona.
— Nazwiska.
Elżbieta zamknęła oczy.
— Antoni Wolski.
— Dalej.
— Człowiek używający nazwiska Viktor Romanov.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Romanow?
— Nie ten, którego znałeś.
— Ojciec?
— Możliwe. Nazwisko było używane przez więcej niż jedną osobę.
— Dalej.
— Nie znam prawdziwego nazwiska trzeciego.
— A czwartego?
Elżbieta otworzyła oczy.
— Tego właśnie rozpoznał Stanisław.
— I pani nie wie, kto to był?
— Nie.
— Ale Anna Sarnowska może wiedzieć.
— Jeśli ma mapę, tak.
Marta spojrzała na zegar.
— I właśnie wynajęła człowieka, żeby obserwował miejsce związane ze Stanisławem.
— Czyli wie, że ruszyliśmy tym tropem — powiedziała Sara.
Telefon Elżbiety zawibrował.
Wszyscy spojrzeli na urządzenie.
— Ten telefon był sprawdzony? — zapytał Kowalski.
— Tak — odpowiedziała Marta. — Nowa karta, czysty aparat.
Na ekranie pojawiła się wiadomość.
Bez numeru.
„LATARNIA ZNALAZŁA ŚWIATŁO.”
Pod spodem współrzędne.
Sara sprawdziła.
— Gdańsk.
Elżbieta wstała.
— To ona.
— Skąd pani wie?
— Bo to zdanie wymyślił Robert.
— Co znaczy?
— Że chce rozmawiać.
— Albo chce panią wyciągnąć.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Kowalski spojrzał na współrzędne.
— Nie jedziemy w ciemno.
Elżbieta prawie się uśmiechnęła.
— Stanisław też zawsze tak mówił.
— Coraz mniej lubię to porównanie.
— Jemu też by się nie podobało.
Przez kolejne godziny sprawdzali miejsce.
Współrzędne wskazywały stary obiekt przemysłowy przy wodzie.
Nie znaleziono aktywnej firmy.
Nie było powiązania z żadnym znanym nazwiskiem.
— Czyli idealnie — powiedziała Sara.
— Nie.
— Sarkazm.
— A.
— Jesteś zmęczony.
— Też.
Kowalski spojrzał na zegar.
Jedenaście dni do wygaśnięcia Latarni.
Ktoś posiadał stronę jego ojca.
Ktoś inny być może posiadał mapę Sarnowskiego.
A człowiek, którego ścigali od początku, wciąż nie miał nazwiska.
Po raz pierwszy jednak Kowalski nie czuł, że biegnie za śladami pozostawionymi specjalnie dla niego.
Mieli Elżbietę.
Mieli Karskiego.
Mieli Rybaka.
Mieli fragmenty archiwum.
I mieli coś jeszcze.
Możliwość zadania własnych pytań.
— Jedziemy do Gdańska — powiedział.
Sara spojrzała na niego.
— Kiedy?
— Rano.
— A dzisiaj?
Kowalski wstał.
— Dzisiaj śpimy.
Marta popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Ty to powiedziałeś?
— Zapisz datę.
Sara się roześmiała.
— Wreszcie najlepsza decyzja w całym śledztwie.
Kowalski zgasił monitor.
— Jutro możemy znowu podejmować złe.
GDAŃSK
Następnego ranka morze było szare, a wiatr ciągnął od wody chłodem, który wciskał się pod kurtki.
Kowalski patrzył na obiekt z wnętrza nieoznakowanego samochodu.
Elżbieta siedziała obok.
— Rozpoznaje pani miejsce?
— Nie.
— A okolica?
— Robert lubił porty.
— Dlaczego?
— Mówił, że port jest najlepszym przykładem systemu. Wszystko przychodzi z różnych stron, ma inne dokumenty, innych właścicieli, a mimo to musi przejść przez kilka tych samych punktów.
— Brzmi jak Architekt.
— Dlatego Antoni go zatrudnił.
Sara odezwała się przez radio.
— Brak ruchu od dwudziestu minut.
Marta była w drugim samochodzie.
— Kamery miejskie nie pokazują nikogo pasującego do Anny.
Kowalski spojrzał na Elżbietę.
— Pani wchodzi pierwsza.
— Wiedziałam.
— My jesteśmy blisko.
— Jeśli Anna mnie zobaczy z policją, może nie wyjść.
— Jeśli pani zniknie, wyjdziemy my.
Elżbieta otworzyła drzwi.
— Stanisław powiedziałby, że jesteś uparty.
— To rodzinne.
Ruszyła w stronę budynku.
Kowalski obserwował ją na monitorze.
Weszła przez boczne drzwi.
Minęła minuta.
Druga.
Trzecia.
— Mamy dźwięk? — zapytał.
— Słaby — odpowiedziała Sara. — Konstrukcja tłumi.
Nagle słuchawka Elżbiety przesłała głos.
Kobiecy.
— Ciociu Ela.
Elżbieta zatrzymała się.
— Aniu?
— Nie powinnaś była wracać.
— Ty nie powinnaś była mnie szukać.
— Nie szukałam ciebie.
— Więc kogo?
— Kowalskiego.
Krzysztof zesztywniał.
Elżbieta spojrzała w stronę, której kamera nie obejmowała.
— Dlaczego?
— Bo jego ojciec ukradł coś mojemu.
— Stanisław niczego nie ukradł.
— Wyrwał stronę.
— Żeby ją ochronić.
— Przez niego mój ojciec zginął.
Kowalski słuchał.
Sara powiedziała cicho:
— Mamy konflikt wersji.
— Jeszcze nie wchodzimy.
Elżbieta zrobiła krok.
— Aniu, Robert zginął, zanim Stanisław otworzył przesyłkę.
Cisza.
— Kłamiesz.
— Sprawdź daty.
— Mam nagranie ojca.
— Jakie?
— Ostatnie.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Tego nie mieliśmy.
W słuchawce głos Anny zadrżał po raz pierwszy.
— Powiedział, że jeśli lista zniknie, oni go zabiją.
— Lista nie zniknęła wtedy.
— Skąd wiesz?
— Bo ja ją widziałam po jego śmierci.
Cisza trwała kilka sekund.
— Gdzie?
— U Antoniego.
Kowalski poczuł, że kolejny fragment układanki przesuwa się w zupełnie inne miejsce.
Anna odezwała się:
— Przyprowadziłaś policję.
— Tak.
— Kogo?
Elżbieta spojrzała prosto w ukrytą kamerę.
— Krzysztofa Kowalskiego.
Długa cisza.
Potem:
— Niech wejdzie.
Sara natychmiast powiedziała:
— Nie podoba mi się to.
— Mnie też.
— Czyli wejdziesz.
— Tak.
— Przynajmniej jesteś przewidywalny.
Kowalski wszedł sam.
W dużej hali stały dwie kobiety.
Elżbieta.
I Anna Sarnowska.
Jasne włosy.
Twarz młodsza, niż sugerował opis fotografa.
W dłoni nie miała broni.
Trzymała starą kasetę magnetofonową.
— Komisarz Kowalski — powiedziała.
— Anna Sarnowska.
— Tak.
— Wynajęła pani fotografa.
— Tak.
— Kto zabrał stronę Karskiemu?
— Nie ja.
— Wierzy pani, że ojciec zginął przez mojego?
— Wierzyłam.
— A teraz?
Anna spojrzała na Elżbietę.
— Teraz chcę usłyszeć daty.
Kowalski nie spuszczał z niej wzroku.
— Najpierw kaseta.
— To głos mojego ojca.
— Chcę kopię.
— Dostanie pan.
— Oryginał zostaje zabezpieczony.
— Nie.
— W takim razie rozmowa będzie krótka.
Anna uśmiechnęła się.
— Naprawdę jesteś jego synem.
— Dzisiaj słyszę to zdecydowanie za często.
Elżbieta wyciągnęła rękę.
— Aniu. Daj mu.
Anna zawahała się.
Potem podała kasetę Kowalskiemu.
— Jest jeszcze coś.
— Co?
— Mapa.
— Ma ją pani?
— Nie.
— Gdzie jest?
— Zaszyfrowana.
— Gdzie?
Anna wskazała na kasetę.
— Na niej.
Kowalski spojrzał na przedmiot.
— To analogowa taśma.
— Mój ojciec był inżynierem.
— To nadal analogowa taśma.
— Dlatego nikt jej nie znalazł.
Elżbieta zrozumiała pierwsza.
— Sygnał poza pasmem nagrania.
Anna skinęła głową.
— Dane zapisane jako modulacja pod dźwiękiem. Bardzo wolno. Bardzo mało danych. Ale wystarczyło.
— Co zawiera?
— Nie wiem. Nigdy nie miałam urządzenia, które potrafiłoby to poprawnie odczytać.
— A pani ojciec?
— Zostawił instrukcję.
— Dlaczego nie odczytała pani wcześniej?
Anna spojrzała na niego.
— Bo instrukcja wymaga drugiego sygnału.
— Jakiego?
— Latarni.
Elżbieta usiadła.
— Robert…
Anna spojrzała na nią.
— Wiedział, że tylko ty będziesz mogła otworzyć mapę.
Kowalski poczuł, że po raz pierwszy od wielu dni dwa oddzielne tropy nie rozchodzą się, lecz schodzą w jednym punkcie.
— Czyli potrzebujemy pani obu.
— Tak — powiedziała Anna.
— I jedenastu dni — dodała Elżbieta.
Anna spojrzała na nią gwałtownie.
— Jedenastu?
— Potem mój klucz wygasa.
— Nie wiedziałam.
— Teraz wiesz.
Z zewnątrz odezwała się Sara.
— Krzysztof, mamy problem.
— Jaki?
— Ktoś właśnie uruchomił alarm przeciwpożarowy w całym kompleksie.
Syrena zawyła sekundę później.
Anna pobladła.
— To nie ja.
— Wiem — powiedział Kowalski.
Drzwi hali zaczęły się automatycznie zamykać.
Elżbieta wstała.
— System odcina sekcje.
Kowalski sięgnął po radio.
— Wszystkie zespoły, wejście. Natychmiast.
Sara odpowiedziała:
— Jesteśmy w drodze.
Anna spojrzała na kasetę w dłoni Kowalskiego.
— Nie mogą jej dostać.
— Nie dostaną.
— Nie rozumie pan.
— Zaczynam.
Światła zgasły.
Zostały tylko czerwone lampy awaryjne.
Gdzieś w głębi budynku rozległ się metaliczny trzask.
Kowalski ustawił kobiety za betonowym filarem.
— Zostajecie tutaj.
— Nie — powiedziała Anna.
— To nie propozycja.
— Jest drugie wyjście.
— Skąd pani wie?
— Bo ja wybrałam to miejsce.
— Prowadzi pani.
Ruszyli wąskim korytarzem technicznym.
Z przodu pojawił się cień.
Kowalski uniósł broń.
— Policja! Ręce!
Postać zatrzymała się.
To był Rybak.
— Co ty tu robisz?!
— Ratuję wam życie.
— Jesteś zatrzymany.
— Byłem.
— Jak wyszedłeś?
— Nie wyszedłem. Przywieźli mnie wasi ludzie.
Kowalski spojrzał na radio.
Marta odezwała się natychmiast:
— Krzysztof, Rybak jest z zespołem technicznym. Zgodził się wskazać typ nadajnika używanego przez jego grupę.
— Mogłaś powiedzieć.
— Próbowałam. Alarm.
Rybak spojrzał na Annę.
— Sarnowska.
— Znamy się? — zapytała.
— Nie.
— To skąd nazwisko?
— Od człowieka, który właśnie próbuje zamknąć was w środku.
Kowalski zrobił krok.
— Nazwisko.
Rybak wyjął z kieszeni telefon.
— Wreszcie je mam.
Na ekranie było zdjęcie.
Mężczyzna około sześćdziesiątki.
Elegancki.
Siwe włosy.
Kowalski nie znał twarzy.
Elżbieta znała.
Oparła się o ścianę.
— Niemożliwe.
— Kto to? — zapytała Sara, która właśnie dobiegła z Martą.
Elżbieta patrzyła na fotografię.
— Człowiek, który miał nie żyć od dwudziestu czterech lat.
Kowalski poczuł znajome ukłucie irytacji.
— Nazwisko.
Elżbieta podniosła wzrok.
— Andrzej Kowalski.
Cisza była krótsza niż poprzednio.
Bo tym razem nie było czasu na szok.
Z końca korytarza zaczął napływać dym.
— Wychodzimy — powiedział Kowalski.
Rybak wskazał boczne drzwi.
— Tędy.
— Skąd wiesz?
— Plan budynku.
— Później.
Dotarli na zewnątrz kilka minut później.
Straż pożarna przejęła teren.
Alarm okazał się częściowo fałszywy.
Prawdziwy ogień pojawił się tylko w jednym pomieszczeniu.
Tam, gdzie Anna przechowywała sprzęt potrzebny do odczytu kasety.
— Przypadek? — zapytała Sara.
Kowalski spojrzał na płomienie za oknem.
— Nie.
Anna zacisnęła dłonie.
— Bez tego urządzenia nie odczytamy mapy.
Elżbieta pokręciła głową.
— Odczytamy.
— Jak?
— Robert nie projektował systemów z jednym punktem awarii.
— Skąd wiesz?
— Bo nauczyłam go tego.
Kowalski spojrzał na obie kobiety.
— Gdzie jest drugi sprzęt?
Elżbieta odpowiedziała:
— W miejscu, którego nikt z komitetu nigdy nie znał.
— Gdzie?
— Poznań.
Sara westchnęła.
— Wracamy.
Elżbieta pokręciła głową.
— Nie na dworzec.
— To już coś.
— Uniwersytet.
Kowalski spojrzał na fotografię Andrzeja.
— Najpierw chcę wiedzieć, czy ten człowiek naprawdę istnieje.
Rybak podał mu telefon.
— Istnieje.
— Skąd zdjęcie?
— Kamera z dzisiejszego ranka.
— Gdzie?
— Warszawa.
— Co robił?
Rybak powiększył kadr.
Andrzej stał przed budynkiem komendy.
Patrzył na wejście.
— Czekał na pana — powiedział.
Kowalski poczuł chłód, który nie miał nic wspólnego z gdańskim wiatrem.
— Od kiedy go śledzisz?
— Od sześciu godzin.
— I dopiero teraz mówisz?
— Dopiero teraz mam pewność, kim jest.
— Skąd?
Rybak pokazał drugie zdjęcie.
Andrzej spotykał się z kimś na parkingu.
Drugiego mężczyznę Kowalski rozpoznał.
Adrian Lis.
Fałszywy serwisant klimatyzacji.
— Czyli człowiek, który próbował wykraść analizę kasety, pracował dla Andrzeja — powiedziała Marta.
— Prawdopodobnie — poprawił Kowalski.
Sara spojrzała na niego.
— Dobrze, że wróciłeś.
Kowalski nie odpowiedział.
Patrzył na twarz człowieka, który według Elżbiety był przyrodnim bratem jego ojca.
Człowieka, którego jego ojciec mógł rozpoznać na liście.
Człowieka, który tego samego ranka stał przed komendą.
Telefon Kowalskiego zadzwonił.
Nieznany numer.
Wszyscy spojrzeli na ekran.
Kowalski odebrał.
— Słucham.
Głos był starszy.
Spokojny.
— Krzysztof?
Kowalski nie odpowiedział.
— Widzę, że Ela jednak żyje.
Elżbieta pobladła.
— Andrzej — powiedziała bezgłośnie.
Kowalski włączył głośnik.
— Kim jesteś?
Mężczyzna zaśmiał się cicho.
— Pytasz jak Stanisław.
— Nie znałem cię.
— Znałeś. Tylko byłeś za mały, żeby pamiętać.
— Czego chcesz?
— Tego samego, czego chciał twój ojciec.
— Czyli?
— Żeby system zniknął.
Elżbieta podeszła.
— Kłamiesz.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Elżbieta.
— Robert nie żyje przez ciebie.
— Robert nie żyje przez własną pychę.
Anna wyrwała się do przodu.
— Ty go zabiłeś?
— Aniu?
Jej twarz stężała.
— Odpowiedz.
— Nie.
— Nie zabiłeś czy nie odpowiesz?
— Nie zabiłem.
Kowalski przejął rozmowę.
— Gdzie jest strona?
— Bezpieczna.
— Oddasz ją.
— Tobie?
— Policji.
Andrzej zaśmiał się.
— Nadal niczego nie rozumiesz.
— To mi wyjaśnij.
— Policja była na liście.
— Nazwisko.
— Nie przez telefon.
— Spotkanie.
— Tak.
— Gdzie?
— Tam, gdzie Stanisław miał dostarczyć przesyłkę.
Kowalski spojrzał na Elżbietę.
— Kod 042?
— Tak — odpowiedział Andrzej.
— Międzychód?
— Nie.
Elżbieta uniosła głowę.
— Co?
Andrzej mówił dalej.
— Wszyscy przez lata myśleliście, że 042 oznaczało projekt.
— A nie?
— Oznaczało trasę.
— Dokąd?
— Krzysztof będzie wiedział.
— Nie wiem.
— Twój ojciec ci pokazał.
Kowalski zacisnął szczękę.
— Miałem osiem lat.
— Właśnie wtedy.
Połączenie się zakończyło.
Sara spojrzała na niego.
— Co ci pokazał?
Kowalski wrócił pamięcią do małej stacji.
Pociąg towarowy.
Ojciec.
Ale było coś jeszcze.
Po przejeździe wsiedli do samochodu.
Pojechali nad wodę.
Ojciec pokazał mu starą wieżę.
Nie latarnię morską.
Wieżę sygnałową.
— Światło — powiedział Kowalski.
Elżbieta patrzyła na niego.
— Co?
— Ojciec zabrał mnie wtedy do starej wieży sygnałowej.
— Gdzie?
Kowalski podał miejsce.
Marta sprawdziła mapę.
— To nie Międzychód.
— Nie.
— Ale niedaleko trasy, którą mamy na karcie.
Sara spojrzała na Elżbietę.
— Latarnia.
Elżbieta pokręciła głową.
— Nie nazwałam się od wieży.
— Może Antoni nazwał funkcję od miejsca.
Kowalski spojrzał na mapę.
Punkt znajdował się między dawnymi szlakami kolejowymi i drogami transportowymi.
Niewielki.
Niepozorny.
Idealny.
— Nie jedziemy tam dzisiaj — powiedział.
Sara spojrzała zaskoczona.
— Naprawdę zaczynasz się zmieniać.
— Andrzej chce, żebym pojechał. Najpierw dowiemy się, dlaczego.
Anna podeszła.
— A mapa mojego ojca?
— Zabezpieczamy kasetę.
— Potrzebujemy sprzętu Elżbiety.
— Jutro.
Elżbieta spojrzała na niego.
— Zostało dziesięć dni.
— Tym bardziej nie będziemy marnować jednego przez pośpiech.
Tej nocy Kowalski po raz pierwszy od dawna zadzwonił do kogoś z rodziny nie po to, żeby uspokoić, że wszystko jest w porządku.
Zadał jedno pytanie.
Czy kiedykolwiek słyszeli o Andrzeju.
Odpowiedź przyszła po długiej ciszy.
— Andrzej?
Kowalski usiadł.
— Tak.
— Brat twojego ojca?
Serce uderzyło mu mocniej.
— Wiedziałaś?
— Myślałam, że nie żyje.
— Kiedy zmarł?
— Dawno. Jeszcze zanim zginął twój ojciec.
— Widziałaś jego pogrzeb?
Cisza.
— Nie.
Kowalski zamknął oczy.
Kolejna śmierć bez pogrzebu.
— Krzysiek, co się dzieje?
— Jeszcze nie wiem.
— Twój ojciec nie chciał o nim mówić.
— Dlaczego?
— Pokłócili się.
— O co?
— Nie wiem. Pamiętam tylko, że Stanisław powiedział kiedyś: „Andrzej wybrał ich.”
Kowalski znieruchomiał.
— Kogo?
— Nie powiedział.
Rozmowa trwała jeszcze kilka minut.
Nie dowiedział się wiele więcej.
Ale jedno było pewne.
Andrzej Kowalski nie był wymysłem Elżbiety.
Istniał.
Był rodziną.
I według wszystkich oficjalnych opowieści od dawna powinien nie żyć.
Kowalski odłożył telefon.
Sara siedziała po drugiej stronie pokoju.
— Potwierdzone?
— Tak.
— Jak się czujesz?
Kowalski spojrzał na tablicę pełną nazwisk.
— Jak policjant, który właśnie odkrył, że jego własna rodzina jest materiałem dowodowym.
Sara nie odpowiedziała od razu.
— To może być najtrudniejsza część tej sprawy.
— Nie.
— Nie?
— Najtrudniejsze będzie nie pozwolić, żeby to zmieniło sposób, w jaki oceniam dowody.
— Dlatego nie będziesz robił tego sam.
Kowalski spojrzał na nią.
— Wiem.
Nad ranem technicy zakończyli pierwszą analizę zdjęcia Andrzeja.
Nie znaleźli go w bieżących bazach pod tym nazwiskiem.
System rozpoznawania twarzy wskazał jednak kilka słabych podobieństw.
Jedno prowadziło do człowieka o nazwisku Adam Wierzbicki.
Konsultant infrastruktury.
Sześćdziesiąt dwa lata.
Podróże do Wielkiej Brytanii, Brazylii, Australii i Republiki Południowej Afryki.
Sara patrzyła na listę.
— Wszystkie miejsca.
— Prawie.
— Londyn. Amazonia. Sydney. Johannesburg.
Marta dodała:
— I Nowy Jork trzy razy.
Kowalski poczuł, że nagle stare śledztwa przestały być tylko punktami na mapie.
— Zdjęcia z podróży?
— Szukamy.
Pierwsze znaleziono w archiwalnych materiałach konferencyjnych.
Adam Wierzbicki stał w tle.
Nie przemawiał.
Nie był organizatorem.
Po prostu był.
Na drugim zdjęciu z Londynu podobnie.
Na trzecim w Sydney.
— Człowiek w tle — powiedziała Sara.
— Przez lata.
Marta spojrzała na Kowalskiego.
— Jeśli Wierzbicki to Andrzej…
— Jeszcze nie wiemy.
— Jasne.
— Ale sprawdzamy go od początku.
— Od kiedy?
Kowalski spojrzał na zdjęcie ojca.
— Od dnia, kiedy Stanisław powiedział, że Andrzej „wybrał ich”.
Technik wszedł z kolejnym raportem.
— Mamy coś z serwera ze stacji 317.
— Co?
— Wśród usuniętych indeksów pojawia się AW-042.
Elżbieta, która właśnie weszła, zatrzymała się w drzwiach.
— AW.
— Antoni Wolski? — zapytała Sara.
— Albo Adam Wierzbicki — powiedziała Marta.
Kowalski spojrzał na ekran.
— Albo Andrzej Kowalski używający nazwiska Wierzbicki.
Technik przewinął.
— Plik jest częściowo uszkodzony. Ale mamy datę ostatniego dostępu.
— Kiedy?
— Wczoraj o 05:17.
— Ze stacji 317?
— Nie. Zdalnie.
— Skąd?
Technik spojrzał na nich.
— Z węzła oznaczonego 042.
W pokoju zapadła cisza.
Kowalski wstał.
— Teraz już wiemy, dlaczego chce nas tam ściągnąć.
— Bo nadal działa — powiedziała Sara.
— Tak.
Elżbieta spojrzała na zegarek.
— I jeśli 042 jest aktywnym węzłem, może być miejscem, z którego da się odtworzyć pełny dostęp.
Anna, stojąca przy drzwiach, ścisnęła kasetę ojca.
— Czyli on ma stronę.
— My mamy mapę — powiedział Kowalski.
— A Ela ma Latarnię — dodała Sara.
Marta spojrzała na wszystkich.
— Trzy części.
Kowalski pokręcił głową.
— Cztery.
— Co jeszcze?
Spojrzał na fotografię Stanisława.
— To, czego mój ojciec nie dostarczył.
Sara zmarszczyła brwi.
— Przesyłka?
— Ważyła osiemnaście kilogramów. Lista nie waży osiemnastu kilogramów.
Elżbieta znieruchomiała.
— Masz rację.
— Co było w skrzyni?
— Nie wiem.
— Kto może wiedzieć?
Elżbieta odpowiedziała po chwili:
— Karski.
Karski został przywieziony pod ochroną.
Kiedy usłyszał pytanie, długo milczał.
— Osiemnaście kilogramów — powtórzył Kowalski. — Co przewoził mój ojciec?
— Sprzęt.
— Jaki?
— Pierwszy fizyczny klucz systemu.
— Co to znaczy?
— Moduł kryptograficzny. Bez niego pełna mapa była tylko zbiorem nieczytelnych połączeń.
Anna spojrzała na swoją kasetę.
— Mój ojciec zrobił kopię mapy, ale nie klucza.
— Tak.
Elżbieta usiadła.
— A Stanisław nie dostarczył modułu do 042.
— Gdzie go zostawił? — zapytała Sara.
Karski spojrzał na Kowalskiego.
— Gdybym wiedział, znaleźlibyśmy go dwadzieścia lat temu.
— Andrzej wie?
— Jeśli wie, dlaczego jeszcze go nie ma?
To było pierwsze pytanie od dawna, na które nikt nie próbował natychmiast odpowiedzieć.
Kowalski podszedł do mapy trasy ojca.
Warszawa.
Poznań.
Punkt docelowy.
Gdzieś pomiędzy nimi osiemnastokilogramowa skrzynia zniknęła.
— Nie szukamy już strony — powiedział.
Sara spojrzała na niego.
— Tylko skrzyni.
— Nie. Szukamy miejsca, w którym ojciec zdecydował, że nie jedzie dalej.
Marta wskazała wpis.
— Parking pod Poznaniem.
— Tam miało być przekazanie.
— Które nie doszło do skutku.
Kowalski powiększył starą mapę.
Parking już nie istniał.
W jego miejscu znajdowała się stacja paliw i centrum handlowe.
— Po dwudziestu latach nic tam nie będzie — powiedziała Sara.
— Nie musi.
— To czego szukamy?
— Dokąd mógł pojechać stamtąd człowiek z ciężką skrzynią, który wie, że ktoś go śledzi.
Karski odezwał się cicho.
— Do człowieka, któremu ufa.
Kowalski spojrzał na niego.
— Kogo?
— Tego nie wiem.
— Znałeś go.
— Znałem Stanisława z pracy, nie z życia.
Sara zaczęła przeglądać stare dokumenty.
— Rodzina. Przyjaciele. Warsztat. Garaż. Ktoś przy trasie.
Kowalski nagle przypomniał sobie zapach.
Nie oleju napędowego.
Smar.
Stary warsztat.
Człowieka, którego jako dziecko nazywał wujkiem, choć nie był rodziną.
— Józef.
— Kto? — zapytała Marta.
— Przyjaciel ojca. Mechanik pod Poznaniem.
— Żyje?
Kowalski nie wiedział.
Sprawdzenie zajęło kilka minut.
Józef Kaczmarek żył.
Osiemdziesiąt jeden lat.
Mieszkał w tym samym miejscu.
Kowalski spojrzał na zespół.
— Nikt do niego nie dzwoni.
Sara już brała kurtkę.
— Wiedziałam.
POZNAŃ
Warsztat dawno nie działał.
Szyld wyblakł.
Brama była zamknięta.
Dom stał obok.
Otworzył starszy mężczyzna wsparty na lasce.
Przez kilka sekund patrzył na Kowalskiego.
Potem powiedział:
— Krzysiek.
Kowalski poczuł, że znowu ma osiem lat.
— Pan Józef.
— Wiedziałem, że kiedyś przyjedziesz.
Sara i Marta wymieniły spojrzenia.
— Dlaczego?
Józef otworzył szerzej drzwi.
— Bo twój ojciec zostawił coś dla ciebie.
Kowalski wszedł.
— Skrzynię?
Starzec zatrzymał się.
— Skąd wiesz?
— Za długo by opowiadać.
— Mam czas.
— My trochę mniej.
Józef usiadł przy stole.
— Stanisław przyjechał wieczorem. Był zdenerwowany. Nigdy go takiego nie widziałem.
— Kiedy?
Podał datę.
Dzień przed śmiercią.
— Co przywiózł?
— Metalową skrzynkę.
— Osiemnaście kilogramów?
— Nie ważyłem.
— Co z nią zrobił?
— Kazał mi schować.
— Gdzie?
Józef spojrzał przez okno na stary warsztat.
— Tam.
Kowalski wstał.
— Nadal jest?
— Nie wiem.
— Jak to?
— Po śmierci Stanisława przyszło dwóch ludzi.
— Kto?
— Jeden mówił po polsku. Drugi z obcym akcentem.
— Zabrali skrzynię?
— Szukali.
— Znaleźli?
Józef uśmiechnął się słabo.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo Stanisław znał mnie dobrze.
— Co to znaczy?
— Wiedział, że jeśli każe mi schować coś w warsztacie, nie schowam tego w warsztacie.
Sara uśmiechnęła się.
— Lubię pana.
— Żona też kiedyś tak mówiła.
Kowalski pochylił się.
— Gdzie?
Józef wskazał ogród.
— Pod szklarnią.
— Jest tam szklarnia?
— Już nie.
— Co jest?
— Altana.
Marta westchnęła.
— Oczywiście.
Józef spojrzał na nią.
— Co?
— Nic. Mamy ostatnio dużo rzeczy pod innymi rzeczami.
Po uzyskaniu zgody zaczęli sprawdzać grunt.
Józef wskazał dokładne miejsce.
— Trzy kroki od starej gruszy.
Gruszy również już nie było.
Pozostał pień.
Technik użył wykrywacza.
Sygnał pojawił się na głębokości około metra.
Kopali ostrożnie.
Po kilkunastu minutach łopata uderzyła w metal.
Kowalski uklęknął.
Skrzynia była owinięta resztkami materiału izolacyjnego.
Zardzewiała.
Ciężka.
Józef patrzył z progu.
— Stanisław powiedział, że jeśli nie wróci po nią przez tydzień, mam zapomnieć.
— I zapomniał pan?
— Próbowałem.
Kowalski spojrzał na niego.
— Dlaczego nigdy pan jej nie otworzył?
— Bo dałem słowo.
Skrzynię przewieziono do laboratorium.
Nie otwierali jej w domu.
Kowalski pożegnał Józefa dopiero po zabezpieczeniu miejsca.
Starzec zatrzymał go przy bramie.
— Krzysiek.
— Tak?
— Twój ojciec nie był bohaterem.
Kowalski spojrzał na niego.
— Wiem.
— Był przestraszony.
— Wiem.
— Ale wrócił po ciebie.
— Co?
Józef ściszył głos.
— Tego wieczoru chciałem, żeby został u mnie. Powiedział, że musi wrócić do domu, bo obiecał ci, że rano pojedziecie gdzieś razem.
Kowalski poczuł ucisk w gardle.
— Nie wrócił.
— Wiem.
Józef położył mu dłoń na ramieniu.
— Ale próbował.
W samochodzie Kowalski przez kilka minut milczał.
Sara nie mówiła nic.
Marta również.
W końcu Kowalski powiedział:
— Dobra. Wracamy do pracy.
Skrzynia została otwarta w kontrolowanych warunkach.
W środku znajdował się metalowy moduł wielkości małego komputera.
Kilka przewodów.
Stare złącza.
I koperta.
Na niej pismo Stanisława.
„NIE PODŁĄCZAĆ.”
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— To dość jednoznaczne.
— Po dwudziestu latach nadal aktualne.
Technik obejrzał moduł.
— Bez dokumentacji nie będę nawet próbował.
Elżbieta została połączona przez zabezpieczone łącze.
Kiedy zobaczyła urządzenie, zamilkła.
— To on.
— Fizyczny klucz?
— Tak.
— Może działać?
— Nie powinien.
— To nie odpowiedź.
— Jeśli był dobrze przechowywany, część pamięci może być sprawna.
— Co się stanie po podłączeniu?
— Zależy do czego.
— Do węzła 042?
Elżbieta spojrzała na niego.
— Może otworzyć pełną mapę.
— A jeśli Andrzej ma stronę?
— Będzie znał sekwencję inicjującą.
— Czyli ma instrukcję, ale nie klucz.
— Tak.
Anna trzymała kasetę Sarnowskiego.
— My mamy mapę, ale nie możemy jej odczytać bez Latarni.
— Tak.
Karski siedział z boku.
— A Andrzej ma dostęp do 042.
Kowalski spojrzał na wszystkich.
— W takim razie po raz pierwszy to on czegoś potrzebuje od nas.
Telefon zadzwonił.
Nieznany numer.
Kowalski odebrał.
— Znalazłeś skrzynię — powiedział Andrzej.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Widzę, że rodzinne plotki działają szybko.
— Stanisław zawsze wybierał ludzi, których nie docenialiśmy.
— Józef?
— Dobry człowiek.
— Zostaw go poza tym.
— Jest poza tym.
— Czego chcesz?
— Spotkania.
— Już proponowałeś.
— Teraz masz powód, żeby przyjechać.
— Ty masz powód, żeby przyjechać do mnie.
Andrzej zaśmiał się.
— Rzeczywiście jesteś jego synem.
— Słyszałem.
— Węzeł 042. Jutro. Południe.
— Nie.
Cisza.
— Nie?
— Jutro o dziesiątej.
Sara spojrzała na niego.
— Dlaczego?
— Bo ja wybieram godzinę.
Andrzej milczał chwilę.
— Dobrze.
— I jeszcze jedno.
— Tak?
— Przyjedziesz sam.
Tym razem to Andrzej się zaśmiał.
— Krzysztof…
— Skoro mnie obserwujesz, wiesz, że nie jestem idiotą. Ty nie przyjedziesz sam. Ja też nie.
— Uczciwie.
— Do jutra.
Kowalski rozłączył się.
Marta spojrzała na niego.
— Właśnie zaprosiłeś człowieka, którego podejrzewamy o wszystko, do miejsca, które może uruchomić cały system.
— Nie.
— Nie?
— Zaprosiłem go do miejsca, które on uważa za węzeł 042.
Sara uśmiechnęła się powoli.
— A prawdziwy?
Kowalski spojrzał na Elżbietę.
— Tego jeszcze nie znaleźliśmy.
Elżbieta zrozumiała.
— Chcesz zbudować fałszywy węzeł.
— Chcę zobaczyć, co zrobi człowiek, który wierzy, że ma stronę i dostęp.
Karski pokręcił głową.
— To ryzykowne.
— Wszystko od Londynu było ryzykowne.
— Andrzej zna system lepiej od ciebie.
— Dlatego nie będę udawał, że znam go lepiej.
Anna spojrzała na moduł.
— Co z kluczem?
— Zostaje tutaj.
— A na spotkanie?
— Kopia obudowy.
Technik uniósł brwi.
— Mogę zrobić atrapę.
— Zrób.
Elżbieta patrzyła na Kowalskiego.
— Jeśli Andrzej rozpozna fałszywkę?
— Wtedy dowiemy się, jak dobrze zna oryginał.
— A jeśli nie?
— Dowiemy się jeszcze więcej.
Przygotowania trwały do późnej nocy.
Nie chodziło o zasadzkę.
Kowalski nie chciał strzelaniny.
Chciał rozmowy.
Chciał, żeby Andrzej uwierzył, że wciąż kontroluje tempo.
W tym samym czasie drugi zespół szukał prawdziwego znaczenia kodu 042.
Przełom przyniosła Anna.
Odtworzyła fragment głosu ojca z kasety.
Nie ukrytą mapę.
Zwykłe nagranie.
Sarnowski mówił:
„Czterdzieści dwa nie jest miejscem. Jest pytaniem.”
Sara spojrzała na nią.
— Co to znaczy?
Anna pokręciła głową.
Elżbieta zamknęła oczy.
— Robert…
— Wiesz?
— Czterdzieści dwa było jego żartem.
— Jakim?
— Odpowiedź na wszystko.
Marta zmarszczyła brwi.
— Czyli kod nie oznaczał konkretnej lokalizacji?
— Mógł oznaczać procedurę, która dopiero wylicza lokalizację.
Kowalski spojrzał na moduł.
— Jak?
Elżbieta podeszła.
— Potrzebujemy mapy Roberta.
— A żeby odczytać mapę, potrzebujemy pani sygnału.
— Tak.
— Zróbmy to.
Po raz pierwszy mieli wszystkie trzy elementy w jednym pomieszczeniu.
Kasetę.
Latarnię.
Moduł.
Nie podłączyli modułu do żadnej sieci.
Technicy zbudowali odizolowane środowisko.
Elżbieta wprowadziła sekwencję, której nie używała od lat.
Pierwsza próba nie zadziałała.
Druga również.
Przy trzeciej komputer wyświetlił ciąg liczb.
Anna wstrzymała oddech.
— To dane.
— Jeszcze nie mapa — powiedział technik.
Elżbieta wprowadziła drugi kod.
Na ekranie pojawiła się siatka.
Europa.
Potem kolejne punkty.
Dziesiątki.
Setki.
Kowalski patrzył.
Londyn.
Warszawa.
Poznań.
Nowy Jork.
Sydney.
Johannesburg.
Manaus.
I wiele miejsc, których nigdy wcześniej nie widział w sprawie.
— To jest większe — powiedziała Sara.
Elżbieta skinęła głową.
— Zawsze było.
Na środku mapy pulsował jeden punkt.
Bez nazwy.
Kod:
042.
— Możemy ustalić współrzędne? — zapytał Kowalski.
Technik pracował kilka sekund.
— Tak.
Marta spojrzała na wynik.
— To…
Kowalski podszedł bliżej.
Punkt znajdował się w Warszawie.
Nie na obrzeżach.
W centrum.
— Co tam jest? — zapytała Sara.
Marta wpisała współrzędne.
Na ekranie pojawił się budynek.
Wszyscy zamilkli.
Kowalski patrzył na fotografię.
— To niemożliwe.
— Co? — zapytała Anna.
Sara odpowiedziała pierwsza.
— Komenda.
Węzeł 042 znajdował się pod budynkiem policji.
Przez kilka sekund nikt nie odezwał się ani słowem. Na ekranie pulsował punkt, który według odczytanej mapy znajdował się dokładnie pod budynkiem komendy.
Sara pierwsza przerwała ciszę.
— Jeżeli to prawda, ktoś przez cały czas siedział nam pod nogami.
— Jeżeli to prawda — poprawił Kowalski.
Marta odsunęła krzesło i podeszła do monitora.
— W dokumentacji budynku są podziemia. Magazyny, stare schrony, pomieszczenia techniczne.
— Wszystkie?
— Oficjalnie.
Kowalski spojrzał na nią.
— Czyli zaczynamy od tego, czego oficjalnie nie ma.
Elżbieta przyglądała się mapie z wyraźnym napięciem.
— Węzeł nie musi oznaczać pomieszczenia.
— Może być urządzeniem? — zapytała Sara.
— Urządzeniem, punktem dostępowym, starym łączem. Robert projektował system tak, żeby lokalizacja nie zdradzała funkcji.
Anna postawiła kasetę ojca na stole.
— Jeśli mój ojciec umieścił 042 w mapie, musiał wiedzieć, że ten punkt przetrwa.
Kowalski odwrócił się do technika.
— Odłączamy wszystko.
— Co dokładnie?
— Stanowisko, na którym odczytaliśmy mapę. Żadnej sieci, żadnego kabla wychodzącego poza ten pokój. Sprawdź, czy samo odszyfrowanie nie wysłało sygnału.
Technik natychmiast zabrał się do pracy.
Marta wyjęła telefon, ale Kowalski zatrzymał ją gestem.
— Nie przez służbowy.
— Chciałam sprawdzić plany.
— Właśnie dlatego.
Sara zrozumiała pierwsza.
— Jeśli 042 rzeczywiście jest pod komendą, nie wiemy, które systemy są czyste.
— Od tej chwili zakładamy, że żaden.
Karski siedział nieruchomo przy ścianie.
Kowalski spojrzał na niego.
— Wiedziałeś?
— Nie.
— Zastanów się.
— Krzysztof, gdybym wiedział, że węzeł jest w budynku policji, nie pozwoliłbym wam przez pół dnia szukać go po mapach.
— Ludzie pozwalali nam na gorsze rzeczy.
Karski przyjął uwagę bez protestu.
Elżbieta wskazała kod pod punktem.
— Jest jeszcze coś.
Pod oznaczeniem 042 widniał drugi, znacznie mniejszy ciąg znaków.
Technik powiększył obraz.
„A0”.
— Co to znaczy? — zapytała Marta.
Elżbieta pobladła.
— Dostęp pierwotny.
— Czyli?
— Pierwszy poziom, z którego tworzono pozostałe węzły.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Centrala.
— Nie używałabym tego słowa — odpowiedziała Elżbieta. — Ale blisko.
Kowalski poczuł, jak wszystkie dotychczasowe sprawy układają się wokół jednego absurdalnego faktu. Szukali sieci na kilku kontynentach, a jeden z jej najstarszych punktów mógł znajdować się w miejscu, do którego codziennie wchodzili policjanci.
— Kiedy powstał obecny budynek? — zapytał.
Marta podała rok.
Elżbieta pokręciła głową.
— Za późno.
— Co?
— A0 istniało wcześniej.
Sara otworzyła archiwalną mapę.
— Co było tu przed komendą?
Kilka minut później mieli odpowiedź.
Na miejscu obecnego kompleksu znajdował się wcześniej budynek administracyjny, a jeszcze wcześniej infrastruktura łączności należąca do państwowej instytucji technicznej.
Kowalski spojrzał na Elżbietę.
— To już pasuje?
— Za dobrze.
— Nie lubię, kiedy mówisz „za dobrze”.
— Ja też.
Technik odwrócił się od komputera.
— Odczyt mapy nie wysłał żadnego pakietu przez nasze urządzenia.
— To dobra wiadomość.
— Jest druga.
— Gorsza?
— Zdecydowanie.
Na ekranie pojawił się log.
— Kiedy odszyfrowaliśmy mapę, moduł zarejestrował próbę odpowiedzi.
— Skąd?
— Nie potrafię ustalić. To nie była normalna komunikacja sieciowa. Raczej sygnał inicjujący zapisany w samym urządzeniu.
Elżbieta podeszła bliżej.
— Moduł rozpoznał Latarnię.
— I co zrobił?
— Obudził się.
Kowalski spojrzał na metalową skrzynkę.
— Czyli ostrzeżenie ojca „nie podłączać” było bardzo aktualne.
— Tak.
— Wyłącz go całkowicie.
— Już.
— Fizycznie.
Technik wyjął zasilanie.
Ekran modułu zgasł.
Kowalski odetchnął dopiero wtedy.
— Teraz sprawdzimy podziemia. Ale nie robi tego cała komenda.
Marta skinęła głową.
— Mały zespół.
— Ludzie, których już zweryfikowaliśmy. I żadnego wpisywania celu do systemu.
Sara spojrzała na niego.
— Co powiemy reszcie?
— Kontrola infrastruktury.
— Brzmi nudno.
— Ma brzmieć nudno.
WARSZAWA
Do budynku wrócili późnym wieczorem. Większość pracowników dziennej zmiany już wyszła, a korytarze były spokojniejsze niż zwykle.
Kowalski znał to miejsce od lat. Teraz każdy fragment ściany wydawał mu się podejrzany.
Marta przyniosła papierowe kopie najstarszych planów, jakie udało się zdobyć poza bieżącym systemem.
— Mamy trzy poziomy pod ziemią.
— Na mapie budowlanej — powiedziała Sara.
— Tak.
— A na starszej?
Marta rozłożyła drugi arkusz.
Były cztery.
Najniższy poziom nie pojawiał się w dokumentacji po przebudowie.
— Zamurowany? — zapytał Kowalski.
— Według notatki „wyłączony z eksploatacji”.
— To nie to samo.
— Wiem.
Wejście prowadzące kiedyś niżej znajdowało się za pomieszczeniem archiwalnym.
Drzwi zniknęły podczas remontu.
Przynajmniej na planie.
Na miejscu stał regał z kartonami.
Sara popatrzyła na niego.
— Powiedz, że nie będziemy przesuwać całego archiwum.
— Będziemy.
— Wiedziałam.
Po odsunięciu regału nie znaleźli drzwi.
Była zwykła ściana.
Technik przyłożył skaner.
— Za nią jest pustka.
Kowalski spojrzał na Martę.
— Kto miał dostęp do dokumentacji remontu?
— Pół miasta dwadzieścia lat temu.
— Świetnie.
Nie rozbijali ściany od razu. Najpierw sprawdzili instalacje, konstrukcję i sąsiednie pomieszczenia.
Dopiero po upewnieniu się, że mogą wykonać niewielki otwór bez ryzyka, technik rozpoczął pracę.
Za pierwszą warstwą cegły pojawiła się stalowa płyta.
Na niej nie było klamki.
Tylko mały prostokątny otwór.
Elżbieta, obserwująca wszystko przez zabezpieczone połączenie, powiedziała:
— To nie jest wejście.
— To co?
— Punkt serwisowy.
— Jak go otworzyć?
— Nie wiem.
Kowalski przyjrzał się otworowi.
Miał niemal identyczne wymiary jak jedno ze złączy fizycznego modułu.
Sara zauważyła to samo.
— Skrzynia.
— Nie przynosimy jej tutaj — powiedział natychmiast Kowalski.
— Nie proponowałam.
— Dobrze.
Marta uklękła przy ścianie.
— Możemy dostać się niżej inną drogą?
Na starym planie znajdował się szyb techniczny.
Wejście do niego było po drugiej stronie budynku.
Tym razem niczego nie zamurowano.
Zabezpieczała go ciężka krata.
Kłódka była nowa.
Kowalski spojrzał na nią.
— Kto ją założył?
Marta sprawdziła.
— Nie ma w ewidencji.
— Czyli ktoś korzysta z szybu.
Na metalu znajdowały się świeże zarysowania.
Technik pobrał ślady.
Kowalski spojrzał w dół.
Drabina znikała w ciemności.
— Kamera pierwsza.
Małe urządzenie zjechało kilka metrów.
Pierwszy poziom.
Drugi.
Trzeci.
Potem przestrzeń, której nie było na aktualnych planach.
Obraz pokazał betonowy korytarz.
Światło było włączone.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Zamurowany poziom z działającym oświetleniem.
— Coraz lepiej.
Kamera obróciła się.
Na końcu korytarza znajdowały się drzwi.
Na nich niewielka tabliczka.
A0.
Kowalski nie powiedział nic.
Marta zaklęła pod nosem.
— Czyli mapa nie kłamała.
— Jeszcze nie wiemy, co jest za drzwiami.
Technik zatrzymał obraz.
Na podłodze leżał kubek po kawie.
Papierowy.
Współczesny.
— Ktoś tam był niedawno — powiedziała Sara.
Kowalski spojrzał na godzinę.
— Zamykamy budynek?
— Jeśli to zrobimy, ostrzeżemy każdego, kto jest w środku — odpowiedziała Marta.
— Właśnie.
Zamiast alarmu uruchomili dyskretne zabezpieczenie wyjść.
Nie informowali ochrony o prawdziwym powodzie.
Zespół wszedł do szybu.
Kowalski schodził drugi.
Na dole pachniało kurzem, wilgocią i czymś jeszcze.
Ciepłym plastikiem.
Pracującą elektroniką.
Korytarz nie wyglądał na opuszczony.
Kurz leżał przy ścianach, ale środek podłogi był regularnie używany.
Sara wskazała ślady butów.
— Co najmniej dwie osoby.
— Nie zgadujemy liczby.
— Jedna ma większe buty.
— To nadal mogą być jedne buty i jedna para ochraniaczy.
— Zepsujesz każdą zabawę.
— Taki zawód.
Dotarli do drzwi A0.
Nie były zamknięte.
Kowalski zatrzymał zespół.
— To mi się nie podoba.
— Mnie też — powiedziała Marta.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie.
Za nimi znajdowało się pomieszczenie wielkości niewielkiej sali konferencyjnej.
Nie było w nim starych szaf ani zakurzonych komputerów.
Sprzęt był nowy.
Monitory.
Serwery.
Zasilanie awaryjne.
Na jednym z ekranów wyświetlał się plan budynku komendy.
Na drugim lista aktywnych kart dostępu.
Sara patrzyła na ekran.
— Ktoś widzi wszystkie wejścia i wyjścia.
— I widział nas — odpowiedział Kowalski.
Na trzecim monitorze znajdował się obraz z kamery.
Pokazywał pomieszczenie, w którym kilka godzin wcześniej analizowali mapę.
Kowalski poczuł zimno.
— Kamera była w środku?
Marta spojrzała na sufit na nagraniu.
— Nie nasza.
Technik podszedł do konsoli.
— Nie dotykam niczego, dopóki nie zrobię obrazu systemu.
— Dobrze.
W rogu stało biurko.
Na nim kubek z resztką kawy.
Jeszcze ciepłą.
Kowalski uniósł rękę.
— Ktoś wyszedł niedawno.
W słuchawce odezwał się funkcjonariusz pilnujący wyjść.
— Komisarzu, mamy ruch na poziomie minus jeden.
— Kto?
— Mężczyzna w mundurze technicznym. Idzie w stronę garażu.
— Zatrzymać. Bez alarmu.
Kilka sekund ciszy.
Potem:
— Ucieka!
Kowalski ruszył.
Sara i Marta za nim.
Wybiegli z szybu na poziomie technicznym.
Przez radio słyszeli krótkie meldunki.
Mężczyzna minął garaż.
Skręcił do tunelu instalacyjnego.
— Jakiego tunelu? — zapytała Marta.
— Według planu nie ma tunelu — odpowiedział funkcjonariusz.
Kowalski prawie się roześmiał.
— Oczywiście, że nie ma.
Dogonili zespół przy metalowych drzwiach prowadzących do podziemnego przejścia.
Były otwarte.
Za nimi ciągnął się wąski korytarz.
Na końcu słychać było kroki.
— Policja! Stój!
Kroki przyspieszyły.
Kowalski ruszył za nimi.
Nie strzelał.
Tunel skręcał dwukrotnie, potem wychodził do starego kanału technicznego pod ulicą.
Mężczyzna był kilkadziesiąt metrów przed nimi.
Sara zauważyła coś pierwsza.
— Zegarek!
Na lewym nadgarstku uciekającego błysnęło metalowe zapięcie.
Ten sam charakterystyczny znak, od którego zaczęli poprzedni trop.
Kowalski przyspieszył.
— Stój!
Mężczyzna obejrzał się.
Twarz była częściowo zasłonięta.
Potknął się na nierównej posadzce.
Marta skróciła dystans.
Po kilku sekundach dopadli go przy zamkniętej kracie.
Nie stawiał długiego oporu.
Został skuty.
Kowalski odsunął materiał zasłaniający jego twarz.
Nie znał go.
— Nazwisko.
Mężczyzna milczał.
Sara spojrzała na zegarek.
— To ten sam pasek.
— Podobny — powiedział Kowalski.
— Nawet teraz?
— Nawet teraz.
Marta przeszukała zatrzymanego.
Nie miał dokumentów.
Miał za to kartę dostępu do komendy.
Na nazwisko funkcjonariusza, który od trzech lat nie żył.
— Ładnie — powiedziała.
Kowalski przykucnął przed zatrzymanym.
— Jak długo pracowałeś pod naszym budynkiem?
Mężczyzna uśmiechnął się.
— Dłużej niż pan.
— Dla Andrzeja?
Uśmiech zniknął na ułamek sekundy.
Wystarczyło.
Kowalski wstał.
— Zabieramy go.
— Niczego wam nie powiem.
— Jeszcze o nic nie pytałem.
Po powrocie do A0 technicy rozpoczęli zabezpieczanie sprzętu.
Nie wyłączali serwerów bez przygotowania.
Jedno urządzenie miało aktywny licznik.
Dziewięć dni, dwadzieścia trzy godziny i kilkanaście minut.
Sara spojrzała na Elżbietę widoczną na ekranie.
— To wasze jedenaście dni?
Elżbieta pokręciła głową.
— Nie. Mój termin jest inny.
— Czyli mamy drugi zegar.
— Tak.
Kowalski patrzył na odliczanie.
— Do czego?
Technik odnalazł opis procesu.
Jedno słowo.
„MIGRACJA”.
Marta zmarszczyła brwi.
— Czego?
Elżbieta odpowiedziała cicho:
— Architekta.
Kowalski odwrócił się.
— Mówiłaś, że to funkcja.
— Jest.
— Czyli migracja oznacza przekazanie funkcji?
— Prawdopodobnie.
— Komu?
Na jednym z monitorów pojawił się nowy komunikat.
Nikt go nie uruchomił.
„KANDYDAT ZATWIERDZONY.”
Pod spodem widniało nazwisko.
KRZYSZTOF KOWALSKI.
Sara wpatrywała się w ekran.
— Nie.
Kowalski podszedł bliżej.
— Spokojnie.
— Właśnie zobaczyłam, że tajny system pod komendą wybrał cię na jakiegoś następcę. Nie będę spokojna.
Marta spojrzała na technika.
— To mogło zostać wpisane wcześniej?
— Sprawdzam.
Kowalski patrzył na własne nazwisko.
Przypomniał sobie stare dossier.
Kartę z datą.
Numer 317.
Wszystkie sytuacje, w których ktoś zamiast go zabić, prowadził go dalej.
— Nie chcieli, żebym znalazł Architekta — powiedział.
Sara spojrzała na niego.
— Chcieli, żebyś nim został.
Elżbieta zamknęła oczy.
— Dlatego Davies powiedział, że Architekt chce, żebyś do niego dotarł.
Kowalski odwrócił się od ekranu.
— Nie. To nadal interpretacja.
— Krzysztof…
— Nie pozwolimy, żeby jeden komunikat napisał nam całą teorię.
Marta skinęła głową.
— Słusznie.
Technik podniósł rękę.
— Mam datę utworzenia wpisu.
— Kiedy?
— Sześć miesięcy temu.
Kowalski zesztywniał.
Dokładnie wtedy zakończyła się sprawa na Syberii.
Sara powiedziała cicho:
— Zanim zaczęła się ta cała seria.
— Tak.
— Czyli ktoś zaplanował to wcześniej.
Kowalski spojrzał na zatrzymanego mężczyznę siedzącego pod strażą przy wejściu.
— On wie kto.
Mężczyzna uśmiechnął się.
— Wiem więcej, niż pan chciałby wiedzieć.
— Świetnie. W takim razie porozmawiamy długo.
— Nie mamy długo.
— Dziewięć dni?
Zatrzymany spojrzał na licznik.
— Nie.
— Jedenaście?
Po raz pierwszy wyglądał na zaskoczonego.
Kowalski zauważył to natychmiast.
— Nie wiedziałeś o Latarni.
Mężczyzna zacisnął szczękę.
Elżbieta patrzyła z ekranu.
— On nie jest z pierwotnej struktury.
— Skąd wiesz?
— Gdyby był, znałby termin.
Kowalski usiadł naprzeciw zatrzymanego.
— Czyli pracujesz dla kogoś, kto ma dostęp, ale nie ma pełnej wiedzy.
— Nic nie rozumiesz.
— Możliwe. Za to ty właśnie powiedziałeś mi bardzo dużo, nic nie mówiąc.
Sara stanęła z boku.
— Nazwisko.
Mężczyzna milczał.
Marta położyła przed nim woreczek z zegarkiem.
— Zaczniemy od tego.
Jego wzrok mimowolnie przesunął się na metalowe zapięcie.
— Ten znak nie jest producenta — powiedziała.
Mężczyzna nie zareagował.
— Sprawdziliśmy.
Kowalski spojrzał na nią. Tego jeszcze nie wiedział.
Marta mówiła dalej.
— To znak zakładu zegarmistrzowskiego. Małej serii przerabianych zapięć.
Zatrzymany nadal milczał, ale jego ramiona lekko się napięły.
— Cztery lata temu wykonano dwanaście takich sztuk — ciągnęła Marta. — Każda na zamówienie.
Kowalski zrozumiał, że blefuje tylko częściowo.
— I mamy listę klientów — dodał.
Mężczyzna spojrzał na niego.
Błąd.
Mały.
Wystarczający.
Kowalski uśmiechnął się.
— Dziękuję.
— Za co?
— Za potwierdzenie, że warto jej szukać.
Marta odwróciła się, ukrywając satysfakcję.
Po wyprowadzeniu zatrzymanego Kowalski zapytał:
— Mamy naprawdę ten zakład?
— Mamy trop. Znak znalazł technik godzinę temu w starym katalogu części.
— A listę klientów?
— Jeszcze nie.
— Dobrze zagrane.
— Uczę się od najgorszych.
Sara spojrzała na nich.
— Czy możemy wrócić do faktu, że system chce zrobić z Kowalskiego Architekta?
— Nie chce — odpowiedział Kowalski.
— Na ekranie jest twoje nazwisko.
— Ekran niczego nie chce. Ktoś je tam wpisał.
— Dobrze. Ktoś chce.
— To już lepsze pytanie.
Technik zawołał ich do drugiej konsoli.
— Znalazłem historię kandydatów.
Na ekranie pojawiły się nazwiska.
Niektóre były skreślone.
Niektóre oznaczone jako odrzucone.
Jedno należało do Wiktora Wolskiego.
Drugie do Johna Daviesa.
Trzecie do Marka Karskiego.
Kowalski spojrzał na niego.
Karski pobladł.
— Nigdy o tym nie wiedziałem.
— Wierzę ci dopiero po sprawdzeniu.
— Słusznie.
Na dole listy znajdowało się nazwisko Krzysztofa.
Przy nim nie było słowa „zatwierdzony”.
Widniało inne.
„TEST AKTYWNY”.
Sara przeczytała je na głos.
— Czyli te wszystkie sprawy…
— Nie — przerwał Kowalski. — Nie wiemy.
Technik przewinął szczegóły.
Test składał się z etapów.
LONDYN.
NOWY JORK.
MANAUS.
JOHANNESBURG.
SYDNEY.
WARSZAWA.
POZNAŃ.
Każde miejsce, przez które przeszedł.
Marta spojrzała na niego.
— Tego już nie da się nazwać przypadkiem.
Kowalski czuł narastającą złość, ale tym razem nie pozwolił jej przejąć kontroli.
— Ktoś wykorzystał prawdziwych przestępców, prawdziwe ofiary i prawdziwe śledztwa jako element selekcji.
Elżbieta patrzyła na ekran.
— Albo opisał je jako test dopiero po fakcie.
Sara spojrzała na nią.
— Po co?
— Żeby Krzysztof uwierzył, że całe jego życie było sterowane.
Kowalski skinął głową.
— Właśnie.
Marta westchnęła.
— Czyli nawet to może być manipulacją.
— Wszystko może. Dlatego potrzebujemy czasu utworzenia każdego wpisu, kopii zapasowych i śladów zmian.
Technik zaczął pracować.
Po kilku minutach znalazł pierwszą anomalię.
Wpis „LONDYN” utworzono dzień po wydarzeniach w Londynie.
„NOWY JORK” dwa dni później.
„MANAUS” po zakończeniu sprawy.
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— Czyli Elżbieta miała rację.
— Ktoś dopisywał historię.
— Żeby wyglądała jak plan.
— Tak.
Marta wskazała ostatnie dwa wpisy.
— Warszawa i Poznań?
Technik sprawdził.
— Te powstały wcześniej.
Kowalski poczuł, jak satysfakcja znika.
— Jak dużo wcześniej?
— Warszawa trzy tygodnie przed naszym powrotem z Sydney. Poznań miesiąc przed znalezieniem biletu.
Sara skrzyżowała ręce.
— Czyli część była manipulacją po fakcie, a część naprawdę zaplanowano.
— Tak.
— Ktoś budował wiarygodność fałszu na prawdziwych przewidywaniach.
Elżbieta uśmiechnęła się gorzko.
— Teraz brzmi to jak Antoni.
Kowalski spojrzał na nią.
— Antoni Wolski?
— Uczył nas, że najlepsze kłamstwo powinno zawierać wystarczająco dużo prawdy, żeby człowiek sam obronił resztę.
Kowalski wrócił wzrokiem do listy.
— Antoni nie żyje.
— Tak.
— Widzieliście ciało?
Elżbieta zamilkła.
Sara powoli odwróciła głowę.
— Krzysztof…
— Pytam.
— Ja nie — odpowiedziała Elżbieta.
Karski również pokręcił głową.
Kowalski zamknął oczy na sekundę.
— Kolejny.
Marta powiedziała:
— Tym razem sprawdzimy śmierć od początku, zanim uznamy cokolwiek.
— Dokładnie.
Technik przerwał im.
— Mam coś jeszcze.
Na serwerze A0 znajdował się katalog, którego nazwa nie pasowała do reszty.
Nie był zaszyfrowany.
Nazywał się „STANISŁAW”.
Kowalski patrzył na ekran.
— Data utworzenia?
— Dwadzieścia jeden lat temu.
— Modyfikacje?
— Jedna.
— Kiedy?
— Wczoraj.
Sara podeszła bliżej.
— Otwieramy kopię, nie oryginał.
Technik przygotował obraz.
W katalogu był tylko jeden plik.
Nagranie dźwiękowe.
Czterdzieści siedem sekund.
Kowalski poczuł, że dłonie robią mu się zimne.
— Odtwórz.
Najpierw był szum.
Potem głos.
Starszy niż w jego wspomnieniach, a jednak natychmiast rozpoznawalny.
Głos ojca.
„Jeżeli tego słuchasz, to znaczy, że ktoś uruchomił A0.”
Kowalski nie poruszył się.
Nagranie trwało.
„Nie wiem, kto będzie wtedy Architektem. Nie wiem nawet, czy ta funkcja jeszcze będzie istniała.”
Krótki trzask.
„Ale wiem jedno. Jeśli powiedzą ci, że musisz wybrać między uruchomieniem systemu a jego zniszczeniem, kłamią.”
Sara spojrzała na Kowalskiego.
Głos Stanisława mówił dalej.
„Jest trzecia możliwość.”
Nagranie urwało się.
Kowalski wpatrywał się w ekran.
— To wszystko?
Technik sprawdził.
— Nie.
— Co?
— Plik ma czterdzieści siedem sekund, ale ostatnie jedenaście jest wyciszone cyfrowo.
— Da się odzyskać?
— Spróbuję.
Kowalski odsunął się od stołu.
Nie chciał zgadywać.
Nie chciał dopisywać ojcu słów, których jeszcze nie usłyszał.
Po kilku minutach technik podniósł głowę.
— Mam fragment.
— Odtwarzaj.
Znów pojawił się głos Stanisława, cichszy i zniekształcony.
„Nie szukaj trzeciej możliwości w systemie.”
Szum.
„Zostawiłem ją człowiekowi, któremu Architekt nigdy nie zaufał.”
Nagranie skończyło się definitywnie.
Marta spojrzała na Kowalskiego.
— Józef?
— Za proste.
Sara wskazała fotografię pięciu mężczyzn.
— Davies?
— Architekt mu ufał wystarczająco, żeby był kandydatem.
— Wolski?
— To samo.
Elżbieta odezwała się z ekranu.
— Jest ktoś jeszcze.
Kowalski spojrzał na nią.
— Kto?
— Tomasz Radecki.
— Twój brat?
— Nigdy nie należał do systemu. Antoni go nie lubił. Robert mu nie ufał. Karski prawie go nie znał.
— A Stanisław?
Elżbieta zamknęła oczy.
— Spotkali się.
— Kiedy?
— Tydzień przed śmiercią twojego ojca.
Kowalski poczuł kolejne przesunięcie układanki.
— I dopiero teraz o tym mówisz?
— Dopiero teraz wiem, że to może mieć znaczenie.
— Gdzie się spotkali?
— Tomasz prowadził wtedy małe biuro księgowe.
— Adres.
Elżbieta podała go.
Marta sprawdziła.
Budynek nadal stał.
Biuro dawno nie istniało.
— Jedziemy rano — powiedział Kowalski.
Sara spojrzała na zegar.
— A Andrzej?
— Ma spotkać się z nami o dziesiątej przy fałszywym 042.
— Czyli najpierw Radecki?
— Najpierw dowiemy się, co ojciec zostawił poza systemem. Potem spotkam człowieka, który chce, żebym do systemu wszedł.
Karski patrzył na niego długo.
— Jeśli Andrzej naprawdę jest twoim stryjem, może wiedzieć, co Stanisław zrobił.
— Tym bardziej nie chcę iść do niego z pustymi rękami.
Sara zebrała dokumenty.
— Ile mamy czasu na sen?
Kowalski spojrzał na zegarek.
— Cztery godziny.
— Postęp.
— Nie przyzwyczajaj się.
Marta uśmiechnęła się.
— To już kiedyś słyszałam.
Kowalski został jeszcze chwilę w A0.
Patrzył na wygaszony ekran, na którym wcześniej widniało jego nazwisko.
Kandydat.
Test aktywny.
Słowa stworzone przez kogoś, kto najwyraźniej bardzo chciał, żeby uwierzył w swoją wyjątkową rolę.
Kowalski nie zamierzał mu tego ułatwiać.
Wyłączył monitor.
W ciemnym ekranie przez moment widział tylko własne odbicie.
A potem, na sekundę przed całkowitym zanikiem obrazu, pojawiła się mała biała linia.
„TRZECIA MOŻLIWOŚĆ: STATUS NIEZNANY.”
Kowalski ponownie włączył ekran.
Komunikatu już nie było.
— Technik! — zawołał.
Z korytarza dobiegły szybkie kroki.
Kowalski nie odrywał wzroku od monitora.
Po raz pierwszy tej nocy nie zastanawiał się, kto stworzył Architekta.
Zastanawiał się, kto właśnie obserwował, jak go wyłącza.
Technik, którego wezwał, pojawił się po niespełna dwóch minutach. Nie wszedł od razu do pomieszczenia A0. Zatrzymał się w progu, spojrzał na Kowalskiego, potem na wygaszony monitor i dopiero po krótkim skinieniu Marty Wysockiej przekroczył linię wyznaczoną wcześniej taśmą dowodową.
— Niczego nie dotykamy — powiedział Kowalski. — Chcę wiedzieć tylko, czy ten komunikat da się odzyskać.
Technik nazywał się Piotr Lewandowski i należał do niewielkiej grupy informatyków, których Wysocka sprawdziła jeszcze przed wejściem do podziemi. Nie miał dostępu do szczegółów śledztwa. Wiedział jedynie, że w budynku odkryto nieudokumentowaną infrastrukturę i że każde urządzenie należy traktować jak potencjalne źródło dowodów.
— Jeśli to był zwykły komunikat interfejsu, może zostać w buforze — odpowiedział. — Jeśli ktoś wyświetlił go zdalnie, ślad może być w pamięci operacyjnej. A jeśli system jest skonfigurowany tak, żeby niczego nie zapisywać, możemy nie znaleźć nic.
— Czyli trzy możliwości — mruknęła Sara.
Kowalski spojrzał na nią.
— Dzisiaj mam alergię na trzecią możliwość.
Sara uśmiechnęła się krótko, ale zaraz spoważniała. Lewandowski usiadł przed odłączonym terminalem serwisowym, podpiął własny, wcześniej przygotowany komputer i rozpoczął kopiowanie pamięci bez uruchamiania głównego systemu.
Marta stała przy drzwiach. Od kilku minut co chwilę zerkała na korytarz.
— Człowiek, którego złapaliśmy, nadal milczy — powiedziała. — Odciski nie dały trafienia. Twarz też nie. Karta na nazwisko zmarłego policjanta była prawdziwa, tylko przeprogramowana.
— Kto wystawił duplikat?
— Według systemu nikt.
— A według rzeczywistości?
— Ktoś, kto miał dostęp do urządzenia kodującego albo do klucza administracyjnego.
Kowalski popatrzył na rząd serwerów. Coraz mniej podobało mu się słowo „dostęp”. W tej sprawie niemal wszystko sprowadzało się do tego, kto mógł wejść tam, gdzie oficjalnie nie istniały drzwi.
Lewandowski uniósł rękę.
— Mam coś.
Na jego ekranie pojawiła się lista procesów. Większość nazw nic Kowalskiemu nie mówiła. Jeden wpis został jednak oznaczony czasem dokładnie odpowiadającym chwili, w której zgasił monitor.
— To nie jest część głównego programu — powiedział technik. — To osobny moduł powiadomień. Uruchomił się lokalnie.
— Lokalnie, czyli nikt nie wysłał tego z drugiego końca świata?
— Nie powiedziałem tego. Lokalnie oznacza tylko, że polecenie wykonał ten komputer. Polecenie mogło czekać tutaj od lat albo zostać dostarczone sekundę wcześniej.
Sara pochyliła się nad ekranem.
— Nazwa modułu?
Lewandowski powiększył wiersz.
— „R42”.
Kowalski poczuł, jak napięcie wraca mu do karku.
— Oczywiście — powiedział cicho.
W pamięci znaleziono jeszcze jeden ślad. Moduł R42 próbował odczytać plik, którego fizycznie nie było na dysku A0. Ścieżka wskazywała na zewnętrzny nośnik oznaczony skrótem TR.
— Tomasz Radecki? — zapytała Marta.
— Albo „trzecia”, albo „transport”, albo sto innych rzeczy — odparł Kowalski. — Nie dopasowujemy skrótu do odpowiedzi, którą chcemy dostać.
Sara skinęła głową.
— Ale zapisujemy go jako trop.
Lewandowski zabezpieczył kopię pamięci. Potem sprawdził interfejsy sieciowe. Jeden z nich był aktywny, choć według dokumentacji pomieszczenie A0 nie powinno mieć żadnego połączenia z siecią budynku.
Kabel znikał w ścianie.
— Nie odcinamy go — zdecydował Kowalski. — Najpierw chcę wiedzieć, dokąd prowadzi.
Marta wezwała ekipę techniczną z zadaniem prześledzenia przewodu bez naruszania instalacji. Kowalski spojrzał na zegarek. Do spotkania z Andrzejem zostało niewiele godzin.
— Radecki — powiedział. — Jedziemy do jego dawnego biura.
— Ty jedziesz — poprawiła go Marta. — Ja zostaję tutaj. Ktoś musi pilnować A0 i naszego bezimiennego technika.
— Sama?
— Z ludźmi, których sprawdziłam osobiście. I zanim zapytasz: tak, drugi raz też ich sprawdziłam.
Sara wzięła płaszcz z oparcia krzesła.
— Jadę z Krzysztofem.
Kowalski nie protestował. Przed wyjściem zatrzymał się jeszcze przy monitorze. Ekran był czarny. Nie próbował go ponownie uruchamiać.
Na górze budynek policji wyglądał zupełnie zwyczajnie. Ktoś przyniósł dokumenty, ktoś kłócił się przez telefon, dwóch funkcjonariuszy rozmawiało przy automacie z kawą. Kowalski patrzył na nich przez chwilę z poczuciem, że pod ich stopami istnieje drugi budynek, którego nie ma na żadnym współczesnym planie.
Dawne biuro Tomasza Radeckiego znajdowało się w starej kamienicy na obrzeżu centrum. Na parterze działał teraz sklep z artykułami papierniczymi, a na pierwszym piętrze kancelaria podatkowa. Numer lokalu zgadzał się z dokumentami sprzed dwóch dekad.
Właścicielka kancelarii, Joanna Bielska, miała około pięćdziesięciu lat i nie była zachwycona widokiem legitymacji policyjnych.
— Ja ten lokal kupiłam dwanaście lat temu — powiedziała. — Nie znam żadnego Radeckiego.
— Nie pytamy o jego sprawy księgowe — wyjaśniła Sara. — Interesuje nas tylko historia pomieszczenia.
Bielska zastanowiła się.
— Poprzedni właściciel mówił, że kiedyś był tu księgowy. Podobno zamordowany. Nie dopytywałam. Człowiek kupuje lokal, nie legendę.
— Był remont?
— Generalny. Instalacja, podłogi, ściany. Wszystko.
Kowalski poczuł rozczarowanie, ale nie dał go po sobie poznać.
— Zostały dokumenty z remontu? Plany, zdjęcia, faktury?
— Faktury pewnie tak. Zdjęcia… możliwe. Mój mąż robił fotografie przed rozpoczęciem prac, bo baliśmy się, że wspólnota będzie potem twierdziła, że uszkodziliśmy piony.
Po kilku minutach Bielska znalazła na starym dysku katalog opisany datą remontu. Zdjęcia były kiepskiej jakości, ale pokazywały każde pomieszczenie przed skuciem tynków.
Sara zatrzymała jedno z nich.
— Cofnij.
Na ścianie dawnego gabinetu widać było metalową szafkę. Nie pasowała do reszty wyposażenia. Była wąska, wysoka i częściowo wpuszczona w mur.
— Co się z nią stało? — zapytał Kowalski.
Bielska zmarszczyła brwi.
— Nie wiem. Chyba ją wyrzucili.
— Kto prowadził remont?
— Firma już nie istnieje. Ale kierownik… chwileczkę. Pan Roman. Roman Domański.
Nazwisko nie pojawiało się w żadnym z dotychczasowych materiałów. To Kowalskiemu odpowiadało. Po raz pierwszy od wielu godzin trafili na człowieka, którego system nie podsunął im na ekranie.
Domański odebrał telefon po trzeciej próbie. Pamiętał lokal zaskakująco dobrze.
— Ta metalowa szafka? Jasne, że pamiętam. Nie mogliśmy jej wyjąć.
— Dlaczego?
— Bo nie była szafką.
Kowalski spojrzał na Sarę.
— Co to znaczy?
— Front wyglądał jak drzwi szafy, ale za nim była wnęka w murze. Stara, jeszcze przedwojenna albo tuż powojenna. W środku nic nie było. Tylko drewniana półka i dziwna blacha przykręcona do tylnej ściany.
— Macie zdjęcie po otwarciu?
— Może. Robiliśmy dokumentację.
Domański mieszkał czterdzieści minut drogi od centrum. Nie było czasu jechać do niego przed spotkaniem z Andrzejem, ale zgodził się przesłać zdjęcia ze starego archiwum.
Pierwsze przyszło po siedmiu minutach.
Na fotografii wnęka była pusta. Drugie zdjęcie pokazywało tylną blachę po jej odkręceniu. Za nią znajdowała się niewielka przestrzeń, a w niej prostokątny ślad po czymś, co przez lata przylegało do cegły.
Trzecie zdjęcie zmieniło wszystko.
Robotnik trzymał w dłoni cienką, metalową kasetkę.
— Mówił, że była pusta — zauważyła Sara.
Kowalski zadzwonił ponownie.
Domański przez kilka sekund milczał.
— Kasetka była pusta, kiedy ją otworzyliśmy — powiedział w końcu.
— Kto ją otworzył?
— Właściciel budynku. Ten poprzedni.
— Nazwisko.
— Henryk Zawadzki.
Kowalski zapisał je.
— Żyje?
— Nie wiem. Był już wtedy po siedemdziesiątce.
Sara sprawdziła podstawowe rejestry. Henryk Zawadzki zmarł sześć lat wcześniej. Miał jednego syna, Pawła.
— I teraz zaczyna się normalne śledztwo — powiedział Kowalski. — Bez tajnych serwerów. Syn właściciela kamienicy, stara kasetka i pytanie, co z niej wyjęto.
Telefon Sary zawibrował. Wiadomość przyszła od Marty.
„Identyfikacja zatrzymanego prawdopodobna. Nie przez odciski. Blizna pod uchem. Rybak chce go zobaczyć.”
Sara pokazała ekran Kowalskiemu.
— Rybak go zna?
— Tego Marta nie napisała.
Kowalski odpowiedział jednym zdaniem: „Nie pokazuj mu zatrzymanego. Najpierw niech poda nazwisko.”
Minutę później przyszła odpowiedź.
„Podał. Łukasz Werner.”
Kowalski zatrzymał się na chodniku.
Nazwisko zaczynało się na W.
Sara zauważyła jego reakcję.
— Davies powiedział: kiedy znajdziesz nazwisko na W, nie ufaj dokumentom, tylko pamięci.
— Wolski już był nazwiskiem na W.
— Wierzbicki też.
— I właśnie dlatego nie będziemy robić z alfabetu dowodu.
Ruszyli dalej. Kowalski zadzwonił do Marty.
— Co Rybak mówi o Wernerze?
— Że pracował kiedyś dla jego grupy. Specjalista od systemów kontroli dostępu. Zniknął trzy lata temu po operacji, w której zginęło dwóch ludzi. Rybak uważał go za martwego.
— Oczywiście.
— Krzysztof…
— Wiem. Kolejny martwy, który nie jest martwy. Sprawdźmy to zanim dopiszemy go do kolekcji.
Marta parsknęła cicho.
— Już sprawdzam.
— I nie mów Wernerowi, że Rybak podał nazwisko.
— Nie zamierzałam.
Paweł Zawadzki prowadził niewielki warsztat introligatorski. Kiedy Kowalski zobaczył adres, przez moment pomyślał, że ktoś znowu prowadzi ich zbyt prostą ścieżką. Jednak warsztat działał pod tym adresem od trzydziestu lat.
Zawadzki był po sześćdziesiątce. Na pytanie o kasetkę z dawnego biura Tomasza Radeckiego nie odpowiedział od razu.
— Ojciec kazał mi o tym zapomnieć — powiedział w końcu.
— Co było w środku?
— Nie wiem.
Kowalski patrzył na niego bez słowa.
— Naprawdę nie wiem — dodał Zawadzki. — Ojciec wyjął kopertę. Nie otworzył jej przy robotnikach. Wieczorem przyjechał tutaj i zamknął ją w sejfie.
— Gdzie jest koperta?
Zawadzki wskazał na zaplecze.
— Jeśli jej nie wyrzucił, nadal tam jest.
Sejf był stary, mechaniczny i ciężki. Zawadzki otworzył go sam. W środku leżały akty własności, polisy, stare fotografie i kilka kopert. Jedna z nich była szara, bez znaczka, z napisem wykonanym ręcznie.
„DLA TEGO, KTO NIE CHCE ZOSTAĆ ARCHITEKTEM.”
Kowalski nie dotknął koperty.
— Zamykamy warsztat — powiedział. — Nikt nie wychodzi i nikt nie wchodzi, dopóki technicy tego nie zabezpieczą.
Zawadzki pobladł.
— Panie komisarzu, ja niczego nie zrobiłem.
— W tej chwili tego nie sugeruję. Chcę tylko, żeby po dwudziestu latach ta koperta nie zniknęła przez następne dwadzieścia minut.
Sara zadzwoniła po ekipę. Kowalski stał przy otwartym sejfie i patrzył na napis.
Nie chciał zostać Architektem. Nie chciał też, żeby ktokolwiek inny nim został.
Po zabezpieczeniu koperty otwarto ją w obecności technika. W środku nie było klucza, nośnika ani kodu. Były trzy kartki papieru i stary odcinek przekazu pocztowego.
Pierwsza kartka zawierała tylko jedno zdanie.
„Systemu nie trzeba zniszczyć, żeby odebrać mu władzę.”
Sara przeczytała je dwa razy.
— To brzmi jak trzecia możliwość.
— Brzmi — odpowiedział Kowalski. — Ale nadal nie wiemy, co znaczy.
Druga kartka była kopią pisma sporządzonego przez Tomasza Radeckiego. Dotyczyło utworzenia depozytu dokumentów u trzech niezależnych podmiotów. Nazwy zostały zapisane skrótami: N, S i A.
Trzecia kartka była ręcznie narysowaną tabelą. Trzy kolumny, trzy różne numery i adnotacja: „Żaden nie wystarcza sam.”
— Rozproszony klucz? — zapytała Sara.
— Nie zakładajmy.
Odcinek przekazu pocztowego był wystawiony na niewielką kwotę. Odbiorca: Tomasz Radecki. Nadawca: Stanisław Kowalski.
Data przypadała sześć dni przed śmiercią Stanisława.
Kowalski poczuł ciężar w żołądku. Przez chwilę widział nie dowód, lecz rękę ojca wypełniającą formularz przy pocztowym okienku.
Sara nie powiedziała nic. Pozwoliła mu patrzeć.
— Sześć dni — odezwał się w końcu. — Spotkali się tydzień przed jego śmiercią. Potem ojciec wysłał Radeckiemu pieniądze.
— Kwota może być sygnałem, nie zapłatą.
— Albo zwykłym zwrotem kosztów. Sprawdzimy.
Na odwrocie przekazu znajdował się numer zapisany długopisem: 3–1–7.
Kowalski zamknął oczy na sekundę.
— Tego numeru mam już serdecznie dosyć.
Telefon zadzwonił. Marta.
— Werner zaczął mówić.
— Co powiedział?
— Że A0 nie jest centrum systemu. Jest poczekalnią.
— Poczekalnią do czego?
— Do migracji. Twierdzi, że ktoś przygotowuje przeniesienie uprawnień Architekta na nową osobę. I że nazwisko Kowalskiego pojawiło się tam nie dlatego, że system cię wybrał.
Kowalski ścisnął telefon.
— Tylko?
— Bo ktoś ręcznie wpisał cię jako kandydata.
— Kto?
— Werner mówi, że nie wie. Ale wie, kto zlecił mu utrzymywanie A0.
Kowalski spojrzał na zegarek. Do dziesiątej zostało czterdzieści osiem minut.
— Andrzej?
— Nie.
Marta zrobiła krótką przerwę.
— Werner twierdzi, że zlecenia przychodziły od człowieka podpisującego się „Karski”.
Kowalski nie odpowiedział od razu.
Sara obserwowała jego twarz.
— Nie ruszaj Karskiego — powiedział w końcu. — Nie ostrzegaj go. Nie zatrzymuj. Najpierw sprawdź, czy Werner w ogóle mógł mieć z nim kontakt.
— Już to robię.
— I pamiętaj, że ktoś chce, żebyśmy reagowali na nazwiska szybciej niż na dowody.
— Wiem.
Kowalski rozłączył się.
— Karski? — zapytała Sara.
— Tak twierdzi Werner.
— Wierzysz mu?
— Wierzę, że wypowiedział to nazwisko.
Sara schowała telefon.
— To niewiele.
— Nareszcie coś, z czym się zgadzam bez zastrzeżeń.
Technicy zapakowali dokumenty z koperty. Kowalski poprosił Zawadzkiego o formalne zeznanie i zakazał mu kontaktowania się z kimkolwiek w sprawie znaleziska do czasu zakończenia czynności.
Przed wyjściem Zawadzki zatrzymał go.
— Jest jeszcze coś.
Kowalski odwrócił się.
— Ojciec powiedział mi kiedyś, że człowiek, który zostawił tę kopertę, wrócił po nią.
— Radecki?
— Nie. Radecki już wtedy nie żył.
— Kiedy?
— Kilka lat po remoncie. Ojciec nie oddał mu koperty.
— Dlaczego?
— Bo ten człowiek nie znał pytania.
Kowalski poczuł chłód.
— Jakiego pytania?
Zawadzki pokręcił głową.
— Tego ojciec mi nie powiedział. Powiedział tylko: „Radecki zostawił odpowiedź, ale odpowiedź jest nic niewarta, jeśli człowiek nie zna pytania.”
Sara i Kowalski wyszli na ulicę.
— Czterdzieści dwa nie jest miejscem — powiedziała Sara. — Jest pytaniem.
— Sarnowski.
— Dokładnie.
Kowalski spojrzał na zegarek ponownie.
— Jedziemy na spotkanie.
— Z Andrzejem?
— Z człowiekiem, który twierdzi, że jest Andrzejem.
Miejsce, które podali Andrzejowi, zostało przygotowane jako fałszywy węzeł 042. Stary obiekt techniczny wyglądał wiarygodnie: beton, nieczynne przewody, zamknięte pomieszczenia i kilka urządzeń sprowadzonych z magazynu dowodowego. Prawdziwy moduł pozostał odłączony i zabezpieczony w innym miejscu.
Kowalski przyjechał siedem minut przed czasem. Sara została w samochodzie obserwacyjnym. Zespół Marty zabezpieczał teren z dystansu, choć sama Marta pozostała w komendzie przy A0 i Wernerze.
O dziesiątej dokładnie na końcu ulicy pojawił się ciemny samochód.
Zatrzymał się sto metrów od wejścia.
Nikt nie wysiadł.
Minęła minuta.
Potem druga.
Telefon Kowalskiego zawibrował.
„Nie przywiozłeś modułu.”
Kowalski odpisał: „Ty nie przywiozłeś prawdy.”
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
„Prawda nie mieści się w bagażniku.”
Drzwi samochodu otworzyły się.
Mężczyzna, którego fotografie identyfikowały jako Adama Wierzbickiego, a Elżbieta jako Andrzeja Kowalskiego, wysiadł powoli. Nie miał widocznej broni. Podszedł sam.
Kowalski po raz pierwszy widział go z tak bliska.
Nie poczuł rodzinnego olśnienia. Nie zobaczył w jego twarzy ojca ani siebie. Zobaczył starszego mężczyznę, który przez lata nauczył się kontrolować każdy ruch.
— Krzysztof — powiedział Andrzej.
— Nie zaczynaj od mojego imienia, jakbyśmy spotkali się na rodzinnym obiedzie.
Andrzej zatrzymał się kilka metrów od niego.
— Masz charakter Stanisława.
— A ty masz pięć minut, zanim uznam, że to spotkanie było stratą czasu.
Andrzej spojrzał na budynek.
— To nie jest 042.
— Wiem.
— Chciałeś sprawdzić, czy będę udawał, że jest.
— Właśnie sprawdziłem.
Po raz pierwszy na twarzy Andrzeja pojawiło się coś przypominającego uznanie.
— Dobrze.
— Teraz ty. Dlaczego moje nazwisko jest w A0?
Andrzej nie odpowiedział od razu.
— Znalazłeś A0 szybciej, niż przewidywałem.
— To nie jest odpowiedź.
— Nie wpisałem cię tam.
— Werner twierdzi, że zlecenia dostawał od Karskiego.
Andrzej uniósł brwi.
— Werner żyje?
Kowalski zapamiętał reakcję.
— Ty mi powiedz.
— Ostatni raz widziałem go trzy lata temu. Byłem przekonany, że nie przeżył.
— Dzisiaj wszyscy byli przekonani, że ktoś nie przeżył.
Andrzej zrobił krok bliżej.
— Jeśli Werner naprawdę pracował w A0, nie ufaj temu, co mówi o Karskim.
— Dlaczego?
— Bo Karski nigdy nie wydawał poleceń pod własnym nazwiskiem.
— Skąd wiesz?
— Bo przez siedem lat wydawałem je za niego.
W słuchawce ukrytej pod kołnierzem Kowalski usłyszał cichy oddech Sary.
— Wyjaśnij.
— Karski był twarzą jednej części operacji. Ja utrzymywałem infrastrukturę. Gdy trzeba było uruchomić ludzi, używałem jego autoryzacji. Za jego zgodą. Do czasu.
— Do jakiego czasu?
— Do śmierci twojego ojca.
Kowalski poczuł, że rozmowa zmierza dokładnie tam, gdzie Andrzej chciał ją skierować.
— Nie będziemy robić z ojca przynęty. Fakty.
Andrzej skinął głową.
— Stanisław znalazł listę pierwotnych uprawnień. Zobaczył nazwisko, którego nie powinno tam być. Nie moje.
— Czyje?
— Nie wiem.
Kowalski zaśmiał się bez humoru.
— Przyjechałeś tutaj powiedzieć mi, że nic nie wiesz?
— Przyjechałem powiedzieć ci, że strona, którą wszyscy szukacie, nie zawiera nazwiska. Zawiera numer.
— Jaki?
— Czterdzieści dwa.
Kowalski milczał.
— To nie był numer węzła — ciągnął Andrzej. — To był numer procedury awaryjnej. Robert Sarnowski wymyślił ją z Tomaszem Radeckim. Jeśli Architekt przejmie pełną kontrolę, procedura czterdzieści dwa ma odebrać mu wyłączność.
— Jak?
— Tego nie wiem w całości.
— Wygodne.
— Stanisław wiedział więcej. Dlatego zginął.
— Kto go zabił?
Andrzej spojrzał mu prosto w oczy.
— Nie ja.
— Nie pytałem, kto go nie zabił.
— Człowiek, którego nazwiska nie potrafię udowodnić.
— Spróbuj.
Andrzej zawahał się po raz pierwszy.
— Antoni Wolski.
Kowalski nie drgnął.
— Antoni nie żyje.
— Tak.
— Więc albo oskarżasz zmarłego, albo próbujesz mi powiedzieć, że kolejny zmarły jednak żyje.
— Antoni nie żyje — powtórzył Andrzej. — Widziałem jego ciało.
To zdanie było ważniejsze niż oskarżenie.
— Kiedy?
— Dwa dni po jego śmierci. Byłem przy identyfikacji, której nie ma w oficjalnych aktach.
— Dlaczego nie ma?
— Bo nie identyfikowaliśmy Antoniego dla policji. Identyfikowaliśmy go dla komitetu.
Kowalski patrzył na niego przez kilka sekund.
— Czyli Antoni naprawdę nie żyje.
— Naprawdę.
— A mimo to ktoś używa jego sposobu działania.
— Tak.
— I ktoś używa Karskiego jako podpisu.
— Tak.
— I ktoś chce, żebym został Architektem.
Andrzej opuścił wzrok na beton między nimi.
— Tego się boję.
— Dlaczego?
— Bo Architekt nie jest nagrodą. To pułapka. Kiedy jedna osoba przyjmie pełne uprawnienia, system zaczyna traktować wszystkie próby odebrania jej dostępu jako atak. Człowiek staje się zakładnikiem własnej kontroli.
— A ty chciałeś system zniszczyć.
— Chcę nadal.
— Stanisław twierdził, że istnieje trzecia możliwość.
Andrzej znieruchomiał.
Tym razem reakcja była zbyt wyraźna, żeby ją przeoczyć.
— Skąd to wiesz? — zapytał.
Kowalski nie odpowiedział.
— Krzysztof, jeśli znalazłeś wiadomość Stanisława, nie próbuj uruchamiać procedury czterdzieści dwa bez całego kompletu.
— Jakiego kompletu?
Andrzej cofnął się o pół kroku.
— Trzech depozytów.
Sara odezwała się w słuchawce bardzo cicho.
— N, S, A.
Kowalski patrzył na Andrzeja.
— Gdzie są?
— Nie wiem.
— Zaczynam mieć wrażenie, że twoja wiedza kończy się dokładnie tam, gdzie zaczynają się odpowiedzi.
— Znam tylko jeden skrót. „N” oznacza notariat.
— Który?
— Radecki nie powiedział. I właśnie dlatego system nigdy nie znalazł depozytów. Nie były cyfrowe. Nie były powiązane z A0. Nie należały do komitetu.
Kowalski przypomniał sobie zdanie z koperty: systemu nie trzeba zniszczyć, żeby odebrać mu władzę.
— Co się stanie, jeśli znajdziemy wszystkie trzy?
— Jeśli procedura nadal działa, Architekt przestanie być jedynym właścicielem dostępu. Uprawnienia zostaną rozdzielone.
— Pomiędzy kogo?
— Tego właśnie nie wiem.
— Państwo? Policję? Sądy?
— Robert i Tomasz nie ufali żadnej pojedynczej instytucji. Dlatego stworzyli trzy depozyty.
Kowalski usłyszał w słuchawce głos Marty, która właśnie dołączyła do kanału.
— Krzysztof, mamy problem.
Nie oderwał wzroku od Andrzeja.
— Mów.
— Karski zniknął z bezpiecznego lokalu.
Andrzej zamknął oczy.
— Kiedy?
— Siedemnaście minut temu. Dwóch funkcjonariuszy ochrony znaleziono nieprzytomnych. Żyją. Nie ma śladów strzelaniny.
— Monitoring?
— Wycinek czterech minut został zastąpiony wcześniejszym nagraniem.
Kowalski poczuł, jak wszystkie elementy znowu zaczynają przesuwać się po planszy.
— Werner?
— Nadal w celi. I właśnie poprosił o rozmowę z tobą. Powiedział jedno zdanie: „Karski nie uciekł. Karski wrócił do pracy.”
Andrzej spojrzał na Kowalskiego.
— Jeśli to prawda, nie szukaj go w mieście.
— Gdzie?
— Pod wami.
— A0?
— Nie. Niżej.
Kowalski zmrużył oczy.
— Nie ma niżej.
— Na współczesnych planach nie ma nawet A0.
W słuchawce odezwała się Sara.
— Krzysztof, ekipa od kabla właśnie zgłosiła coś Marcie. Przewód z A0 nie idzie do sieci budynku. Schodzi pionem w dół.
Kowalski poczuł, jak na karku stają mu włosy.
— Jak daleko?
Marta odpowiedziała natychmiast.
— Jeszcze nie wiedzą. Sonda ma dwadzieścia metrów i nie dotarła do końca kanału.
Andrzej odwrócił głowę w stronę miasta.
— A0 było poczekalnią — powiedział. — Werner powiedział wam prawdę.
— A co jest pod nią?
Andrzej spojrzał z powrotem na Kowalskiego.
— Miejsce, którego Antoni nigdy nie nazywał po imieniu.
— Jak je nazywał?
— „Zero”.
Kowalski wyjął telefon.
— Marta, zamknij cały dostęp do podziemi. Nikt nie schodzi bez mojego polecenia. Odłączcie windy serwisowe, sprawdźcie kanały, ale niczego nie otwierajcie.
— Już robię.
— Werner ma zostać odizolowany. Rybak osobno. Elżbieta, Anna i Karski…
Urwał.
Karskiego już nie było.
— Elżbietę i Annę przenieście do drugiej lokalizacji. Bez używania standardowego planu transportu.
— Przyjęłam.
Kowalski rozłączył się i spojrzał na Andrzeja.
— Jedziesz z nami.
— Nie jestem zatrzymany.
— Nie. Ale jeśli teraz odjedziesz, następnym razem będziemy rozmawiać w pokoju przesłuchań.
Andrzej przez moment wyglądał, jakby chciał odmówić.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Ale zanim wrócimy, musisz coś wiedzieć.
— Słucham.
— Jeśli Karski naprawdę wszedł do Zera, nie idzie tam po władzę.
— Skąd wiesz?
— Bo Marek Karski był jedynym człowiekiem w komitecie, który od początku chciał procedury czterdzieści dwa.
Kowalski patrzył na niego uważnie.
— A kto był przeciw?
Andrzej odpowiedział bez wahania.
— Antoni Wolski.
— Antoni nie żyje.
— Wiem.
— Więc kto dzisiaj broni jego stanowiska?
Andrzej spojrzał na niego ze zmęczeniem.
— To jest pytanie, na które próbuję odpowiedzieć od dwudziestu lat.
Kiedy wracali do komendy, Kowalski siedział z przodu nieoznakowanego samochodu. Andrzej jechał drugim autem pod obserwacją. Sara przeglądała fotografie dokumentów z koperty Radeckiego.
— N, S, A — powiedziała. — Notariat mamy jako hipotezę potwierdzoną przez Andrzeja. Co z pozostałymi?
— Nie zgadujemy.
— Nie zgaduję. Szukam powtarzających się instytucji w życiu Radeckiego.
Po chwili odwróciła ekran telefonu.
— Tomasz prowadził księgowość dla fundacji związanej z archiwum społecznym. I miał rachunek w banku spółdzielczym, który później połączył się z większym bankiem.
— S jak skrytka? A jak archiwum?
— Powiedziałeś, żeby nie zgadywać.
— Właśnie sprawdzam, czy mnie słuchasz.
Sara przewróciła oczami.
— Niestety słucham od początku tej sprawy.
Przez kilka minut jechali w milczeniu. To była pierwsza spokojna chwila od odkrycia A0. Kowalski patrzył przez szybę na zwykły ruch uliczny i myślał o ojcu, który dwadzieścia jeden lat wcześniej próbował zostawić rozwiązanie poza systemem. Nie wiedział, czy Stanisław rozumiał całość. Wiedział jednak, że nie zaufał jednej osobie, jednej instytucji ani jednemu urządzeniu.
To było rozsądniejsze niż wszystko, co zbudował komitet.
Telefon Sary zawibrował.
— Marta przesłała wynik weryfikacji Wernera.
— I?
— Istniał. Pracował przy systemach dostępu dla kilku spółek powiązanych z infrastrukturą państwową. Trzy lata temu zaginął. Nie został uznany za zmarłego. Rybak mówił prawdę tylko częściowo.
— Czyli żadnego kolejnego cudownego zmartwychwstania.
— Na razie.
— Nie kuś losu.
Sara przewinęła wiadomość.
— Jest coś jeszcze. Werner miał umowę podwykonawczą z firmą Adama Wierzbickiego.
Kowalski spojrzał w lusterko na samochód jadący za nimi.
— Andrzej powiedział, że ostatni raz widział go trzy lata temu.
— To może być prawda.
— Może.
— I jeszcze jedno. Marta znalazła w A0 log dostępu sprzed siedemnastu minut.
— Karski?
— Nie nazwisko. Kod użytkownika.
— Jaki?
Sara odczytała powoli.
— „A.W.-ZERO”.
Kowalski znów spojrzał w lusterko.
Samochód z Andrzejem nadal jechał za nimi.
— Adam Wierzbicki — powiedziała Sara.
— Albo Antoni Wolski. Albo ktoś, kto bardzo chce, żebyśmy wybrali jednego z nich.
Na skrzyżowaniu zapaliło się czerwone światło. Samochód stanął.
Kowalski obserwował odbicie Andrzeja w bocznym lusterku.
Po raz pierwszy od rozpoczęcia tej sprawy miał wrażenie, że nie ścigają człowieka.
Ścigali sposób, w jaki przez dwadzieścia lat ludzie pożyczali sobie nawzajem nazwiska, uprawnienia i winę.
A gdzieś pod budynkiem policji ktoś właśnie użył dostępu oznaczonego A.W.-ZERO.
Czerwone światło zgasło. Kowalski ruszył, ale zamiast przyspieszyć, zwolnił na tyle, by samochód Andrzeja pozostał dokładnie tam, gdzie go widział.
— Zadzwoń do Marty — powiedział.
Sara już wybierała numer.
— Na głośniku?
— Nie. I żadnych nazwisk. Zapytaj tylko, czy kod nadal jest aktywny.
Marta odebrała po drugim sygnale. Sara słuchała przez kilkanaście sekund, odpowiadając wyłącznie krótkimi „tak” i „rozumiem”. Kiedy się rozłączyła, odłożyła telefon ekranem do dołu.
— Sesja A.W.-ZERO trwała czterdzieści dziewięć sekund. Zakończyła się sama. Nie wykonano żadnego polecenia, którego technicy potrafią dowieść.
— A czego nie potrafią dowieść?
— Tego, czy ktoś tylko odczytał dane, czy zmienił coś poza warstwą, którą widzimy.
Kowalski zacisnął palce na kierownicy.
— Czyli nie wiemy nawet, czy ten ktoś był pod komendą.
— Nie wiemy.
— Dobrze. Niech Marta nie szuka użytkownika po inicjałach. Niech szuka sposobu uwierzytelnienia. Karta, klucz, terminal, połączenie serwisowe, cokolwiek.
Sara przekazała polecenie wiadomością, używając ustalonego wcześniej kodu. Kowalski nie chciał kolejnej rozmowy, którą ktoś mógł podsłuchiwać.
Po trzech minutach samochód Andrzeja skręcił razem z nimi w ulicę prowadzącą do komendy.
— Nadal jedzie — zauważyła Sara.
— Właśnie dlatego nie zamierzam go teraz oskarżać.
— A gdyby uciekł?
— Wtedy mielibyśmy odpowiedź na jedno pytanie i pięć nowych.
Przed budynkiem policji czekała Marta. Nie stała przy głównym wejściu, lecz przy bocznej bramie technicznej. Kiedy Kowalski wysiadł, podeszła do niego bez powitania.
— Mamy problem większy niż kod.
— Jak duży?
— Sonda doszła do trzydziestu jeden metrów. Kanał nadal schodzi. Na dwudziestym siódmym metrze znaleźliśmy odgałęzienie.
— Dokąd?
— W stronę starego węzła telekomunikacyjnego pod sąsiednim kwartałem.
Andrzej wysiadł z drugiego samochodu. Dwóch funkcjonariuszy zostało przy nim, ale nie zakładali mu kajdanek.
Marta spojrzała na niego chłodno.
— I jeszcze jedno. Kod A.W.-ZERO nie został użyty z terminala w A0.
Kowalski odwrócił się do niej.
— Skąd?
— Z urządzenia, którego nie mamy na żadnym planie.
Andrzej pobladł.
— Zero — powiedział.
— Nie wiemy — odpowiedziała Marta. — I dopóki nie zejdziemy niżej, nie będziemy wiedzieć.
— Nie schodzimy — zdecydował Kowalski.
Marta uniosła brwi.
— Na razie — dodał. — Najpierw zabezpieczamy wszystkie znane wyjścia kanałów, sprawdzamy stare plany miejskie i ustalamy, czy podziemie ma połączenie z budynkami poza komendą. Jeśli ktoś jest na dole, nie chcę go wypłoszyć w nieznany tunel.
Andrzej pokiwał głową.
— Rozsądnie.
Kowalski spojrzał na niego.
— Nie potrzebuję recenzji.
— Wiem.
— Potrzebuję prawdy. Czy A.W.-ZERO było twoim oznaczeniem?
— Nie.
— Czy kiedykolwiek go używałeś?
— Nie.
— Czy widziałeś je wcześniej?
Andrzej zawahał się.
To wystarczyło.
— Gdzie? — zapytał Kowalski.
— Na dokumencie Antoniego. Raz. Miałem dwadzieścia kilka lat. To była lista uprawnień, której nie powinienem zobaczyć.
— Co oznaczało?
— Nie było rozwinięcia. Tylko A.W.-ZERO i obok słowo „dziedziczenie”.
Sara przestała przewijać ekran telefonu.
— Dziedziczenie czego?
— Dostępu. Tak wtedy myślałem.
— A teraz?
Andrzej spojrzał na wejście do budynku.
— Teraz myślę, że Antoni przygotował sposób, żeby jego uprawnienia przetrwały jego śmierć.
Marta skrzyżowała ręce.
— Czyli ktoś może korzystać z jego tożsamości systemowej bez Antoniego.
— Tak.
— I dopiero teraz sobie o tym przypomniałeś?
— Dopiero teraz zobaczyłem kod, którego nie widziałem od prawie czterdziestu lat.
Kowalski przez chwilę milczał.
— Zabierzcie go do sali konferencyjnej. Bez telefonu, bez komputera, bez dostępu do sieci. Nie jest zatrzymany, ale jeśli chce wyjść, ma mi to powiedzieć osobiście.
— Krzysztof — zaczął Andrzej.
— Później.
Marta skinęła na funkcjonariuszy.
Kiedy Andrzej zniknął za drzwiami, Sara odezwała się cicho.
— Wierzysz mu?
— Wierzę, że się boi.
— To nie to samo.
— Właśnie.
W A0 technicy pracowali już w rękawiczkach i bez podłączania czegokolwiek do zewnętrznej sieci. Każdy nośnik był fotografowany, numerowany i pakowany osobno. Na jednym ze stołów leżał monitor, który Kowalski wyłączył poprzedniej nocy.
— Wiadomość o trzeciej możliwości? — zapytał.
Technik pokręcił głową.
— Nie ma jej w logu aplikacji. Ale jest ślad w pamięci obrazu.
— Co to znaczy po ludzku?
— Tekst został wyświetlony. Nie był pańską halucynacją. Tylko program, który go pokazał, nie zapisał tego jako zwykłego komunikatu.
— Ktoś mógł go wysłać zdalnie?
— Mógł. Ktoś mógł też uruchomić wcześniej przygotowany komunikat warunkowy.
— Warunek?
— Na przykład wyłączenie konkretnego monitora, otwarcie pliku, użycie określonego identyfikatora. Jeszcze nie wiemy.
Kowalski spojrzał na czarny ekran.
— Czyli ktoś mógł przewidzieć, że go wyłączę.
— Albo obserwować pana i zareagować.
Obie możliwości były złe.
Marta podeszła z wydrukiem.
— Mamy stare plany miejskie. W latach siedemdziesiątych pod tym kwartałem istniał schron łączności. Oficjalnie zasypany podczas przebudowy.
— Oficjalnie.
— W dokumentacji są trzy protokoły likwidacji. Każdy podpisany przez inną jednostkę. Żaden nie ma załącznika fotograficznego.
Sara spojrzała na daty.
— Kiedy?
— Osiem lat przed śmiercią Stanisława.
Kowalski przesunął palcem po planie.
— A to?
— Dawne wyjście techniczne. Kończy się pod budynkiem, w którym przez lata działała kancelaria notarialna.
Sara i Kowalski spojrzeli na siebie jednocześnie.
— N — powiedziała Sara.
Marta zmarszczyła brwi.
— Co?
— Jedna z liter Radeckiego. N, S, A.
Kowalski nie pozwolił sobie na satysfakcję.
— Nadal nie zgadujemy. Sprawdzamy adres kancelarii.
Dziesięć minut później mieli nazwisko. Kancelaria od dwudziestu sześciu lat należała do tej samej rodziny. Obecna notariusz, Joanna Bielska, przejęła ją po ojcu, Edwardzie Bielskim.
Edward Bielski zmarł sześć lat wcześniej.
W cyfrowym rejestrze nie było żadnej czynności dotyczącej Tomasza Radeckiego.
— Za łatwo byłoby, gdyby była — powiedziała Sara.
— Jedziemy.
Marta zatrzymała ich przy schodach.
— A Andrzej?
— Zostaje. I nie mów mu, dokąd jedziemy.
— Spotkanie o dziesiątej już się odbyło.
Kowalski spojrzał na zegarek. W chaosie ostatnich godzin czas przestał być linią, a stał się kolejnym dowodem.
— Właśnie. I zamiast odpowiedzi dostaliśmy następne podziemie.
— Karski też nadal zaginiony.
— Dlatego nie otwieracie Zera beze mnie.
— Nie zamierzałam.
Kancelaria Joanny Bielskiej mieściła się na parterze starej kamienicy. Nie miała nic wspólnego z tajnymi archiwami: jasne ściany, regały z kodeksami, ekspres do kawy i roślina, która najwyraźniej od lat wygrywała walkę o życie.
Joanna Bielska miała około pięćdziesięciu lat. Wysłuchała ich spokojnie, ale na nazwisko Radecki jej twarz się zmieniła.
— Zna pani to nazwisko — powiedział Kowalski.
— Znam. Tylko nie z systemu.
— Skąd?
— Z zeszytu mojego ojca.
Sara wyprostowała się.
— Jakiego zeszytu?
— Ojciec prowadził prywatny indeks spraw, których z różnych powodów nie wpisywał w zwykłym skrócie do kalendarza. Nie ukrywał czynności notarialnych. Zapisywał rzeczy dodatkowe: rozmowy, depozyty, odmowy.
— Depozyty?
Joanna wstała.
— Proszę poczekać.
Wróciła po kilku minutach z cienkim zeszytem w płóciennej okładce. Nie podała go od razu.
— To prywatna rzecz mojego ojca. Jeśli chcecie go zabrać, potrzebuję podstawy prawnej.
— Na razie chcemy tylko, żeby pani odnalazła nazwisko — odpowiedział Kowalski.
Joanna usiadła i zaczęła przewracać kartki.
— Radecki, Tomasz… jest.
Sara nachyliła się, ale nie dotknęła zeszytu.
Joanna przeczytała półgłosem:
— „T.R. Przyszedł ponownie. Nie chce aktu. Nie chce depozytu notarialnego. Prosi o potwierdzenie istnienia trzech niezależnych kopii. Odmówiłem podpisania bez wglądu.”
Kowalski poczuł napięcie w karku.
— Data?
Joanna podała datę.
Sześć dni przed śmiercią Tomasza Radeckiego.
— Co dalej?
— „Powiedział, że właśnie o to chodzi, żebym nie znał treści. Zostawił zamkniętą kopertę z instrukcją otwarcia tylko w razie śmierci jego lub E.R.”
Sara spojrzała na Kowalskiego.
— E.R. Elżbieta Radecka.
Joanna czytała dalej.
— „Nie przyjąłem depozytu. T.R. zabrał kopertę. Zapytał, czy pamiętam skrytkę ojca. Powiedziałem, że tak.”
— Jaką skrytkę? — zapytał Kowalski.
Joanna zamknęła zeszyt.
— Tego nie wiem.
— Pani ojciec miał skrytkę bankową?
— Miał kilka rzeczy, o których dowiedziałam się dopiero po jego śmierci. Ale żadnej aktywnej skrytki bankowej.
Sara przypomniała sobie litery.
— N, S, A.
Joanna spojrzała na nią zaskoczona.
— Skąd pani zna te litery?
W gabinecie zrobiło się cicho.
Kowalski nie odpowiedział od razu.
— Widziała je pani?
Joanna wstała i podeszła do starej drewnianej szafy stojącej przy ścianie.
— Po śmierci ojca znalazłam kopertę. Myślałam, że to jego prywatne notatki. Były na niej tylko trzy litery.
— N, S, A?
— Tak.
— Gdzie jest koperta?
— W domu.
Kowalski poczuł, że każdy prosty trop w tej sprawie miał własny zegar.
— Czy ktoś o nią pytał?
Joanna pobladła.
— Dwa tygodnie temu.
— Kto?
— Mężczyzna. Powiedział, że bada historię budynku. Pytał o stare dokumenty ojca i o schron pod kamienicą.
— Opis.
Joanna podała kilka cech. Nie pasowały do Andrzeja. Nie pasowały też do Wernera.
— Miał bliznę?
— Nie zauważyłam.
— Wiek?
— Około pięćdziesięciu pięciu lat.
Sara pokazała jej kilka fotografii bez sugerowania odpowiedzi. Joanna zatrzymała palec przy jednym zdjęciu.
Marek Karski.
— To on — powiedziała.
Kowalski nie poczuł triumfu. Poczuł ciężar.
Karski był tu dwa tygodnie wcześniej.
Zanim oni wiedzieli o trzeciej możliwości.
— Czy dostał cokolwiek?
— Nie. Powiedziałam, że nie przechowujemy prywatnych rzeczy mojego ojca w kancelarii.
— Czy mógł się dowiedzieć, gdzie pani mieszka?
Joanna spojrzała w stronę komputera.
— Jeśli naprawdę chciał, pewnie tak.
Kowalski zadzwonił do Marty.
— Wyślij patrol pod adres Joanny Bielskiej. Dyskretnie. Nikt nie wchodzi, dopóki nie dojedziemy.
— Co znaleźliście?
— Karskiego.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Żywego?
— Na razie tylko ślad sprzed dwóch tygodni.
— Rozumiem.
Kowalski zakończył rozmowę.
Joanna zamknęła kancelarię. Jechała z nimi.
Jej mieszkanie znajdowało się kilkanaście minut drogi dalej. Patrol stał przecznicę wcześniej. Drzwi nie nosiły śladów włamania.
— Klucze — powiedział Kowalski.
Joanna podała je bez protestu.
Sara została z nią na korytarzu. Kowalski i dwóch funkcjonariuszy weszli pierwsi.
Mieszkanie było puste.
Nie było przewróconych mebli ani otwartych szuflad. Ktoś, kto szukał, nie musiał robić bałaganu.
Joanna wskazała mały sekretarzyk.
— Tam.
Szuflada była zamknięta.
W środku znajdowały się dokumenty rodzinne, stary zegarek, dwa klucze i szara koperta.
Na kopercie czarnym atramentem zapisano: N / S / A.
Kowalski nie otworzył jej.
— Fotografujemy w miejscu. Potem zabezpieczamy.
Joanna patrzyła na kopertę, jakby widziała ją pierwszy raz.
— Ojciec nigdy mi nie powiedział, co to znaczy.
— Możliwe, że właśnie dlatego nadal pani ją ma.
Technik przyjechał po kilkunastu minutach. Kopertę otwarto w rękawiczkach, rejestrując cały proces.
W środku nie było klucza do systemu.
Była kartka z trzema adresami.
Pierwszy należał do kancelarii Bielskich.
Drugi do dawnej siedziby banku spółdzielczego.
Trzeci do archiwum społecznego, dla którego Tomasz prowadził księgowość.
— Notariat. Skrytka. Archiwum — powiedziała Sara.
— Tym razem mamy potwierdzenie — odpowiedział Kowalski.
Na odwrocie kartki widniało jedno zdanie:
„Żaden z trzech nie wystarczy.”
Pod nim znajdował się podpis Tomasza Radeckiego.
Kowalski przeczytał zdanie jeszcze raz.
— Trzecia możliwość nie jest jednym przedmiotem.
— Trzy części — powiedziała Sara.
— Albo trzy niezależne świadectwa.
Joanna usiadła.
— Mój ojciec był jednym z nich?
— Prawdopodobnie strażnikiem jednej części procedury.
— Procedury czego?
Kowalski spojrzał na nią.
— Tego właśnie jeszcze nie wiemy.
Telefon zadzwonił, zanim zdążyli wyjść.
Marta.
— Mamy identyfikację sposobu logowania A.W.-ZERO.
— Mów.
— To nie była karta ani hasło. System przyjął sygnał z fizycznej linii pod A0.
— Z Zera.
— Najprawdopodobniej.
— Czyli ktoś jest na dole.
— Albo urządzenie na dole odpowiedziało automatycznie.
— Co jeszcze?
— Andrzej poprosił o rozmowę. Twierdzi, że wie, czym jest N/S/A.
Kowalski spojrzał na kartkę Radeckiego.
— Oczywiście, że teraz wie.
— Nie mówiłam mu, co znaleźliście.
— Tym bardziej chcę go usłyszeć.
Wrócili do komendy bocznym wejściem. Andrzej siedział przy pustym stole. Przed nim stała szklanka wody, której nie tknął.
Kowalski położył przed nim fotografię kartki, zasłaniając trzy adresy.
— Co oznacza N/S/A?
Andrzej nie odpowiedział od razu.
— Nie wiem, co oznaczało dla Radeckiego.
— A dla ciebie?
— Antoni używał podobnego skrótu. Nadzór. Świadectwo. Archiwizacja.
Sara pokręciła głową.
— Nie pasuje do adresów.
Andrzej spojrzał na nią.
— Jakich adresów?
Kowalski nie zareagował na pytanie.
— Co miały robić te trzy rzeczy?
— Uniemożliwić jednej osobie zmianę historii.
— Wyjaśnij.
Andrzej oparł dłonie na stole.
— System od początku miał problem. Jeśli jedna osoba ma najwyższy dostęp, może zmienić zapis tego, co zrobiła. Antoni uważał, że to cena za skuteczność. Robert Sarnowski uważał, że to początek katastrofy.
— A Tomasz Radecki?
— Tomasz nie był informatykiem. Patrzył na to jak księgowy. Powiedział kiedyś Robertowi, że każda operacja musi zostawić ślad w miejscu, którego wykonawca nie kontroluje.
Kowalski poczuł, że elementy zaczynają się łączyć, ale nie pozwolił im jeszcze stworzyć obrazu.
— Czyli trzecia możliwość…
— Nie wiem — przerwał Andrzej. — Naprawdę nie wiem. Słyszałem tylko, że Radecki chciał rozdzielić dowód od uprawnienia.
— Karski wie?
Andrzej spuścił wzrok.
— Karski wiedział więcej niż ja.
— Był u Bielskich dwa tygodnie temu.
Andrzej uniósł głowę gwałtownie.
— Co?
Reakcja wyglądała prawdziwie.
— Szukał koperty Radeckiego.
— Jeśli Marek ją znalazł…
— Nie znalazł.
Andrzej wypuścił powietrze.
— To dobrze.
— Dlaczego?
— Bo Marek zawsze uważał, że system trzeba zamknąć jednym ruchem. Robert chciał go rozbroić. To nie jest to samo.
Sara pochyliła się nad stołem.
— A ty czego chcesz?
— Żeby przestał istnieć.
— Czyli jesteś po stronie Karskiego.
— Nie. Bo jeśli zniszczycie wszystko, zniszczycie również dowody. Nazwiska. Operacje. Pieniądze. Ludzi, których skrzywdzono. Antoni właśnie na to liczył, gdy budował warstwy awaryjne.
Kowalski patrzył na niego długo.
— Właśnie opisałeś trzecią możliwość.
— Nie. Opisałem problem.
Drzwi otworzyły się. Marta weszła bez pukania.
— Mamy ruch na dole.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Sonda zarejestrowała zmianę temperatury i przepływ powietrza. Otworzyły się jakieś drzwi albo wentylacja.
— Wyjścia zabezpieczone?
— Wszystkie, które znamy.
— A te, których nie znamy?
— Dlatego przyszłam.
Kowalski wstał.
— Andrzej zostaje tutaj.
— Krzysztof…
— Jeśli naprawdę chcesz nam pomóc, zacznij od spisania wszystkiego, co pamiętasz o Zerze. Bez interpretacji. Nazwy, daty, osoby, zdania. Marta da ci papier.