E-book
12.29
drukowana A5
32.29
drukowana A5
Kolorowa
59.18
Kot słusznie dumny

Bezpłatny fragment - Kot słusznie dumny

Opowieści. Powiastki. Spotkania

Objętość:
152 str.
ISBN:
978-83-8126-585-0
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 32.29
drukowana A5
Kolorowa
za 59.18

Zamiast wstępu

Na powstanie tej książki miało wpływ wiele czynników. Po pierwsze, i to jest powód elementarny, jestem bezwzględną fanką kotów oraz kobietą zakochaną po uszy w swoim pręgowanym Stefanie.

Po drugie, spotykając się z Czytelnikami w całej Polsce, zawsze trafiałam w ich gronie na kociary i kociarzy. „Niech Pani napisze coś o kotach. Na pewno przeczytamy” — obiecywali. Zachęcona tymi deklaracjami, spędziłam wiele godzin na rozmowach o tych czworonożnych pupilach, a efektem tego jest sześć tekstów o charakterze beletrystycznym i sześć mini wywiadów, które nazwałam „spotkaniami”. Skoro Czytelnicy obiecali, że będą czytać — to trzymam za słowo!

Kot fascynował pisarzy, poetów, malarzy i innych twórców kultury chyba od zawsze. Także wśród filozofów znalazłoby się wielu wielbicieli nie tylko tego stworzenia, ale również innych zwierząt. Choć był i Kartezjusz ze swoim mechanicyzmem… Spuśćmy jednak na to zasłonę milczenia! Los postawił na mojej drodze wielu interesujących ludzi, którzy sporo wiedzą o kotach. Pomogli mi oni obalić pewne mity i wskazali ważne kierunki, w których powinny rozwijać się kocio-ludzkie relacje.

Wielu ludziom także chciałabym w tym momencie podziękować. Jednym jestem wdzięczna za rozmowę, drugim za pomoc w zakresie organizacji mojej pracy, a jeszcze innym za wsparcie merytoryczne podczas pisania tej książki. Dziękuję zatem: Joannie Irackiej, Julii Galii, Aleksandrze Szylwale, Agacie Sowińskiej, Sylwii Tymińskiej, Piotrowi Skrzypczakowi, Patrykowi Hałaczkiewiczowi, Michałowi Płóciennikowi, Martinusowi Lochowi, Tadeuszowi Szulcowi i Tomkowi Żukowi.

Cieszę się bardzo, że mogłam uczestniczyć w niezwykle interesującym IV Kongresie Weterynaryjnej Medycyny Behawioralnej ETOVET, zgłębić problem zwierzęcej duszy i znaleźć słowa, aby ją opisać. W szczególności dziękuję mojemu grafikowi i koledze Przemkowi Rutkowskiemu, który na co dzień nie zajmuje się wprawdzie rysowaniem kotów, ale doskonale sprostał zadaniu stworzenia zarówno okładki, jak i i ilustracji do tego zbioru.

Mojej Rodzinie dziękuję za cierpliwość, a mojemu kotu Stefanowi za inspirację. Myślę, że za każdym pisarzem tworzącym utwory o zwierzętach stoi zapewne taki czy inny czworonożny futrzak. Pisarka Agata Widzowska wyznała mi kiedyś, że jej pies Remik, którego nazywa „poetą ze schroniska”, tworzy książki razem z nią. W moim przypadku tym cichym wspólnikiem jest pręgowany, prawie już czteroletni, kocur.

Stefan

W swoich opowieściach pozwoliłam sobie na drobne wycieczki literackie i filozoficzne, dlatego Czytelnik napotka znane mu być może imiona i nazwiska myślicieli: Sokratesa, Platona, Epikura, św. Augustyna czy Hipolita Taine’a. Wśród literackich nawiązań nie mogło zabraknąć odwołania chociażby do twórczości Tadeusza Konwickiego czy Wisławy Szymborskiej. Zrezygnowałam jednak z objaśnień autorskich, które znalazły się w moim poprzednim zbiorze opowiadań. Poradził mi to zresztą jeden sympatyczny Pan podczas spotkania autorskiego w małopolskich Krzeszowicach. „Niech czytelnicy sami poszukują” — powiedział, a ja posłuchałam.

Na zakończenie chciałabym zwrócić się do wszystkich tych Odbiorców, którzy dotarłszy do końca zbioru i przeczytawszy ostatnią jego część, być może z wyrzutem zawołają: „Ale przecież tutaj brakuje…!”. Zgadza się, w sporządzonym przeze mnie spisie nie ma zapewne wielu „kocich” książek. Podkreśliłam jednak w podtytule, że jest to wybór subiektywny, a tym samym niekompletny, który każdy może sobie uzupełnić zgodnie z własnym gustem i doświadczeniem czytelniczym.


Zbiór ten, w moim zamyśle, ma być także formą okazania wsparcia tym zwierzakom, dla których los nie był łaskawy. Nie chcę i nie będę zarabiać na pierwszym wydaniu tej książki. Jeżeli, drogi Czytelniku, otrzymasz ją ode mnie w prezencie, wspomóż, proszę, dowolną instytucję niosącą pomoc bezdomnym kotom. Pamiętaj też o tym, że w Twojej okolicy mieszkają, być może, bezdomne koty, które chcą się przed mrozem lub deszczem schronić w Twojej piwnicy. Uchyl im okienko piwniczne i, jeżeli możesz, nakarm. Zwierzęta będą Ci wdzięczne.

Życzę przyjemnej lektury!

Rysia

Studiowałem wielu filozofów

i wiele kotów. Mądrość kotów jest

nieskończenie wyższa.

Hipolit Taine

Anka wychowała Rysię od maleństwa. Ta kocia sierotka, której matka straciła życie pod kołami samochodu, ocalała tylko dzięki zaangażowaniu sympatycznej bibliotekarki. Opiekunka jednak zawsze żałowała, że nie udało się jej uratować braciszka Rysi, ale cóż. Dobrze, że chociaż drugi kociak był silniejszy i pozwolił się nakarmić z butelki. Anka długo nie miała pewności co do płci zwierzaka, toteż na początku, ze względu na umaszczenie, nazwała kotka Ryś.

Te małe plamki na grzbiecie, żółto-brązowe futerko i spiczaste uszka… Przypuszczała więc, jak niegdyś Tadeusz Konwicki w kwestii swego Wańki, że i jej kot mógł być owocem „niedobrego” romansu kocicy ze żbikiem lub rysiem. W każdym razie o innym imieniu nie było mowy. Kiedy kociak okazał się dziewczynką, Anka dokonała niewielkiej, acz koniecznej zmiany, dodając do imienia końcówkę „a”.

Rysia potrzebowała Anki, a Anka Rysi, bo od wielu lat żyła samotnie w małym mieszkaniu, odziedziczonym po przedwcześnie zmarłych rodzicach. Jej jedyną krewną była ciotka Mira — kochana, choć zrzędliwa i często dosyć trudna w relacjach.

— Po co ci ten kot?! To tylko kłopot. Kto się będzie nim zajmował, gdy będziesz w pracy lub wyjedziesz?

W taki oto sposób Rysia została przywitana w rodzinie przez ciotkę Mirę.

— Większość właścicieli kotów to ludzie pracujący, ciociu — wyjaśniła spokojnie Anka. — Co do wyjazdów, to przecież nie są one znów tak częste. Jeśli nie będę mogła zabrać Rysi ze sobą, znajdzie się jakiś sposób na zorganizowanie jej opieki.

Oczywiście, że zawsze znajdowało się wyjście — ciotka Mira, która, choć nadal zrzędziła, to jednak pokochała tego kota z mocą równą uczuciu jego prawowitej właścicielki. Mira zawsze miała w zanadrzu jakiś przysmak dla zwierzaka, gdyby przypadkiem przybył z wizytą. Gdy Anka i Rysia nie pokazywały się dłużej, to jest powyżej tygodnia, w domu Miry, kobieta wpadała sama, tłumacząc niezapowiedziane odwiedziny troską o niedającą znaku życia siostrzenicę.

Mirze nie przeszkadzało panieństwo Anki. Nawet dobrze się stało. Dziewczyna była, jej zdaniem, zbyt spokojna i za mało atrakcyjna, by kogoś interesującego poznać. „Nie trafiłaby na nic dobrego” — myślała.

— Lepiej być samotną, niż męczyć się z alkoholikiem i nierobem — mawiała Mira z perspektywy osoby, która zna życie. Taki był jej ogląd świata, podyktowany zresztą gorzkim doświadczeniem.

W rzeczywistości Anka niewiele różniła się od innych kobiet. Nie uważała się też za ofiarę losu, której w najlepszym razie może trafić się replika śp. wujka. Nie spotkała nikogo interesującego i nie uważała, że rozpaczliwe szukanie partnera za wszelką cenę jest komukolwiek potrzebne do szczęścia. Miała przyjaciół, Rysię i swoją pracę. Czuła się spełniona, pracując w bibliotece, a zwłaszcza prowadząc spotkania w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki.

Urodziny, w tym te ostatnie — czterdzieste świętowała w towarzystwie wciąż licznych przyjaciół, których sobie bardzo ceniła, i z którymi dotychczas dzieliła wszelkie radości oraz smutki życia. Przez upływające w zawrotnym tempie lata Anka uczestniczyła w przygotowaniach do ślubów, ale też stawała się mimowolnym świadkiem bolesnych rozwodów. Cieszyła się z narodzin cudzych dzieci i ich późniejszych świadectw z wyróżnieniem, z równym zaangażowaniem przeżywała też rozmaite kłopoty związane z trudami dojrzewania zaprzyjaźnionych pociech. Anka nigdy nie czuła się gorsza od swoich przyjaciół, po prostu miała inną sytuację życiową i już.

— Jak tam Rysia? — pytali zawsze.

A Anka opowiadała, często ze szczegółami, bo wiedziała, że przyjaciele słuchają z uwagą i z nieudawanym zainteresowaniem opowieści o wizytach u weterynarza, zabiegach, wybrykach i wędrówkach koteczki po ostrowskim parku, w okolicy którego mieszkały z Rysią. Niektórzy sami mieli koty, więc pewne sprawy rozumieli bez słów.

Rysia zresztą była naprawdę słodka, milusińska i przyjazna ludziom. W domu nie psociła za bardzo. Uwielbiała ranne i popołudniowe wędrówki po okolicy, ale zawsze wracała. Czasem, zwykle latem, zostawała na noc poza domem. Lubiła też jeździć ze swoją panią samochodem, a opiekunka zabierała ją nawet niekiedy do biblioteki w małej wiosce, położonej niedaleko Ostrowa — miejscowości, w której urodziła się i żyła opiekunka kotki.

— Gdzie dziś wędrowałaś, Rysiu? — pytała Anka, drapiąc kotkę za uszkami, a Rysia mrużyła oczy i mruczała z zadowoleniem.

— Na pewno ci odpowie — gderała Mira. — Jedno jest pewne, myszy nie łowiła, bo jest tak rozbredziarzona przysmakami, że nie chce jej się polować. A w piwnicach by się przydało…

„Rozbredziarzona” — to było ulubione określenie Miry stosowane wobec rozpieszczonych cudzych, rzecz jasna, dzieci i zwierząt.


***


— Wiadomo baba! Kto panią uczył jeździć? — sypnął jak z rękawa wszystkimi możliwymi stereotypami zdenerwowany kierowca mercedesa.

— Proszę pana, o ile wiem, to jadący z tyłu powinien zachować taką odległość, żeby nie stwarzać zagrożenia sobie i innym. To pan jechał za mną. Poza tym nic na szczęście się nie stało, więc daruje pan, ale szkoda mi czasu na dyskusję — odpowiedziała Anka i spokojnie oddaliła się z małego parkingu w stronę budynku, którym znajdowało się jej miejsce pracy. Właśnie przed chwilą ów kierowca omal w nią nie uderzył, gdy zwolniła, próbując skręcić w prawo, a na dodatek jeszcze się pieklił i wykrzykiwał, że nie wrzuciła kierunkowskazu. Jego towarzysz, pasażer mercedesa, nie odzywał się, jednak po jakimś czasie pojawił się w bibliotece.

— Proszę się nie gniewać na kolegę, miał kiepski dzień. Wiem, zachował się jak burak, ale…

— Niech pan nigdy nie przeprasza za innych — przerwała mu Anka. –To kiepski pomysł.

Mężczyzna poczuł się zapewne zbesztany, bo wybąkał coś jeszcze, co było chyba mieszanką przeprosin i słów na pożegnanie, a potem ruszył do wyjścia.

— Na pana się przecież nie gniewam… — powiedziała już nieco łagodniej Anka i uśmiechnęła się.

W takich okolicznościach Anka poznała Włodka. Ten drobny incydent, jakich człowiek doświadcza w życiu setki razy, zaowocował nową znajomością, przyjaźnią, no i czymś jeszcze.

— Po co ci to? — mówiła oczywiście Mira. — Rozumiem spotykać się i przyjaźnić, ale po co wychodzić za mąż w tym wieku!

— Ciociu!

— Oj, nie chciałam być niemiła, ale przyznasz, że oboje nie macie lat dwudziestu.

— Całe szczęście…

— W końcu możecie się spotykać, wyjeżdżać wspólnie, i tak dalej…, po co od razu pobierać się. Dziś już są inne czasy, ludzie patrzą na to zupełnie inaczej. Wychodzić za mąż w tym wieku to głupota. Każde z was ma już swoje przyzwyczajenia.

— Dziękuję ci, ciociu, za pozwolenie, zwłaszcza na to „i tak dalej…”. Nie obchodzą mnie ludzkie opinie ani tym bardziej twoje liberalne poglądy na nasze życie bez ślubu — zirytowała się Anka.

Mira potrafiła być naprawdę nieznośna. Oczywiście zawsze wiedziała lepiej…

— Tak, a co z twoją pracą, przyjaciółmi? Co z Rysią?

— A więc sugerujesz, że nie mam prawa do ułożenia sobie życia?


Fakt faktem, kompromis był konieczny i trudny do osiągnięcia. Włodek miał dobrą pracę, w której nieźle zarabiał, i której na pewno nie chciałby rzucić, a także duże mieszkanie w Poznaniu. Anka tymczasem kochała swoją bibliotekę i małe mieszkanko w starym budynku przy parku, po którym tak lubiła biegać Rysia.

— Kota się nie przeprowadza. Kot przywiązuje się do miejsca, a nie do ludzi — gderała ciotka. Będzie nieszczęśliwy! Kocur twego dziadka pewnego dnia zniknął, a potem tata znalazł szkielet w ruinach starego domu. A było to w tej samej wsi!

Anka przed samą sobą nie chciała przyznać, że słowa Miry wzmacniały tylko jej własne wątpliwości.

Mimo wszystko zdecydowała się wyjść za Włodka. Na początku jednak mieszkali osobno, a Włodek przyjeżdżał na weekendy. Czasem Anka jeździła do niego. Szukała też pracy pod Poznaniem. Bezskutecznie. Weekendowe małżeństwo trwało ponad rok.

— Wiesz, że to na dłuższą metę nie ma sensu — rzekł Włodek, głaszcząc Rysię. — Można wynająć to mieszkanie, nie chcę żebyś je traciła. Uważam jednak, że powinnaś zamieszkać ze mną w Poznaniu. Nie musisz pracować, a Rysię zabierzemy. Przecież wiesz, jak ją lubię.

— Ale ja chcę pracować.

— W takim razie, poszukamy czegoś dla ciebie. W Poznaniu też są biblioteki.

— Lubię moją wiejską biblioteczkę i moje panie z DKK, i nawet to, że zaczynamy od dyskusji o ambitnych książkach z listy, a kończymy na romansidłach.

— Cierpliwości, znajdziemy w końcu ustronną bibliotekę z paniami, które czytają tylko romanse — oznajmił śmiertelnie poważnym tonem Włodek. To był cały on.

Anka wzięła na razie bezpłatny urlop. Może jednak będzie musiała wrócić…

Ciocia Mira miała naburmuszoną minę.

Rysia zachowywała się jak zwykle. Dopiero gdy znalazła się w obszernym poznańskim mieszkaniu Włodka, wyglądała na zdziwioną. Chodziła po wszystkich pokojach i obwąchiwała kąty.

— Tu jest twoja kuweta, zobacz. Twoje zabawki… — Anka mówiła do Rysi jak do dziecka. Starała się zabrać jak najwięcej rzeczy, które miały znany zapach. Rysia, mimo że była kotem wychodzącym, okazjonalnie korzystała z kuwety, która teraz została umieszczona w przedpokoju.

Oboje starali się dać kotce jak najwięcej czułości i miłości. Ponieważ Anka nie pracowała, przebywała z nią cały czas w domu, i Rysia wydawała się szczęśliwa, ale chciała wychodzić.

— To nie jest dobry pomysł, Rysiu — mówiła łagodnie Anka, widząc, jak zwierzę biegnie za wybierającym się do pracy Włodkiem. Drzwi zamykały się, a kotka patrzyła na opiekunkę, jakby chciała zapytać: „dlaczego tylko on może wyjść?”.

Miauczała i wskakiwała na parapety. Anka otwierała jej okna, bo były zaopatrzone w moskitiery. Balkon był mały i także zabezpieczony siatką.

— Jeśli chcesz, nie zdejmiemy moskitier na zimę — rzekł Włodek. Będzie zawsze miała dostęp do świeżego powietrza. Tego jednego skrzydła, w którym nie ma siatki, nigdy nie otwieram — dodał.

Ance wydawało się jednak, że Rysia posmutniała. Poszła więc do sklepu i kupiła dla kota szelki oraz smycz. O dziwo, Rysia pozwalała sobie całą tę uprząż założyć bez sprzeciwu, ale chodzenie na uwięzi niezbyt jej się podobało.

„To upokarzające, nie sądzisz” — mówiły do Anki kocie oczy.

Anka spędzała jednak na dworze z Rysią tyle czasu, ile kotka chciała, nawet gdy zrobiło się już bardzo zimno.


Zimą jednak oboje z Włodkiem zauważyli znaczące zmiany w Rysi. Nocą biegała po mieszkaniu jak oszalała, robiła hałas, miauczała i drapała meble. Włodek nie wysypiał się i bywał rozdrażniony. Anka była przybita — nie dość, że nie mogła znaleźć pracy, to jeszcze kotka okazywała niezadowolenie z nowego miejsca. Czasem dochodziło do sprzeczek z Włodkiem o drobnostki, np. o to że Anka przestawiła w domu jakiś przedmiot w inne miejsce.

Ciocia Mira miała rację. On miał swoje przyzwyczajenia, i chyba zaczęła mu ciążyć ta nowa sytuacja. Kobiecie też brakowało dawnej przestrzeni. To wszystko dookoła należało do Włodka — nie do niej!

Kotka szalała w nocy, więc zaczęli zamykać ją w łazience, bo niszczyła meble, drapiąc je i obsikując. Ance krajało się serce, ale nie można było inaczej.

„Może ją odwieźć do cioci Miry. Rysia zna jej mieszkanie. To mniejsze zło” — myślała coraz częściej.

Ale nie mieściło jej się w głowie, że musi zostawić Rysię komuś innemu na zawsze.

„A może po prostu rzucić to wszystko, wrócić do domu i do pracy. Na pewno mnie przyjmą” — pomyślała pewnej bezsennej nocy Anka.

Miała świadomość tego, że taka decyzja zakończy raz na zawsze małżeństwo z Włodkiem.

„Wiedziałam, że tak będzie” — powie na pewno z satysfakcją ciocia Mira. Nie to jednak było teraz najważniejsze.

Najpierw mimo wszystko poszli z Rysią do weterynarza. Młoda miła kobieta zapisała Rysi lekarstwo na uspokojenie. Jednak nie poprzestała na tym. Była, jak się okazało, też zwierzęcym psychoterapeutą.

— Czy mogę kiedyś odwiedzić państwa w domu?

Zgodzili się, a młoda lekarka przychodziła do nich odtąd często. Rozmawiała z Anką, z Włodkiem, obserwowała Rysię. Poznała całą historię kota.

— Pani nie pracuje? — spytała kiedyś.

— Nie… Nie wiem… chciałabym, ale nie mogę nic znaleźć. Poza tym kot.

Kiedyś zwierzyła się lekarce, że chce wrócić do swojego miasta i pracy. Że to pewnie zakończy jej małżeństwo, ale na pewno pomoże Rysi.

— Nie jestem pewna, czy to pomoże — stwierdziła kobieta, co było dla Anki pewnym zaskoczeniem.

— Więc aż tak skrzywdziłam Rysię?

— Proszę dać jej szansę i sobie… Na razie będziemy podawać lek.

Rysia rzeczywiście stała się spokojniejsza. Ale czy to było wyjście? Trzymać kotkę na prochach? Anka też na nich była.


***


Któregoś dnia, gdy Włodek wrócił do domu, zastał żonę w bardzo złym stanie. Płakała i trzęsła się. Zawsze zrównoważona, tym razem prawie krzyczała:

— Rysia uciekła, uciekła! To moja wina! I twoja. Nasza! — szlochała Anka.

— Uspokój się! Jak to uciekła?

— Przez okno — wskazała Anka — to jedno jedyne bez moskitiery. Chciałam je umyć… i…

— Zbiegła po parapecie i skakała na kolejne coraz to niżej. Mogła sobie coś zrobić! Nie rozumiesz! To trzecie piętro!

Włodek próbował uspokoić żonę, ale ona nadal szlochała i trzęsła się.

— Ona nie wróci! Może będzie chciała odnaleźć poprzedni dom, a to niemożliwe, za daleko. Poza tym to duże miasto, taki ruch… Nigdy nie zobaczę Rysi. Nigdy!

— Wołałaś ją?

— A jak myślisz? Nigdzie jej nie ma.

— Uspokój się, proszę. Rysia się znajdzie. Obiecuję.

Potem Anka usłyszała trzask zamykanych drzwi. Włodek wyszedł. To był dla niej ewidentny sygnał, że mężczyzna miał już dosyć żony histeryczki oraz swojego nowego „wspaniałego” życia.

Wrócił jednak po jakichś dwóch godzinach. Na ręku trzymał kotkę.

— Rysia! — opiekunka nie posiadała się ze szczęścia. — Gdzie byłaś, kochana!

— Kiedy wyszedłem, nigdzie jej nie było. Poszedłem w stronę ulicy… Tej najbardziej ruchliwej… Bałem się, że… Chodziłem po różnych miejscach. Zostawiłem nawet wiadomość w kilku sklepach osiedlowych. Wracając, spotkałem przy drzwiach panią Zosię, wiesz, tę z drugiego piętra. Szła na zakupy, ale przystanęła i mówi: „właśnie wpuściłam pańskiego kota na klatkę schodową. Stał pod drzwiami i miauczał. Chyba chciał wejść”.

— Wpadłem na klatkę, kota nie ma. Biegnę więc na górę i widzę, że siedzi pod naszymi drzwiami. Nie słyszałaś jej? Pewnie głośno miauczała.

— Zażyłam lek na uspokojenie, chyba przysnęłam — rzekła cicho i z tonem usprawiedliwienia w głosie Anka.

Włodek spojrzał na stolik nocny — leżała tam blaszka z różowymi tabletkami hydroksyzyny,

— Te żółte były słabsze — usłyszał głos żony.

— Nie bierz już tego — powiedział — zobacz, Rysia jest cała i zdrowa. Kotka tymczasem wylizywała się, a potem spojrzała na Ankę, jakby chciała powiedzieć: „No co, wyszłam sobie pobiegać. Jestem już dorosła. A teraz wróciłam i chcę jeść”.

— Jesteś, Rysiu — Anka czule głaskała aksamitne futerko zwierzątka.

— Wróciła, bo to jej dom i twój… nasz… Przepraszam za wszystko. — wydawało się, że Włodek chce powiedzieć coś jeszcze, coś co od dawna w sobie nosił.

— Wiesz, myślę, że powinnyśmy wprowadzić zmiany w tym moim starokawalerskim mieszkaniu. Może kupmy nowe meble… albo w ogóle całkiem je przebudujemy… Myślałem również o tym, żeby w tym małym pokoju urządzić ci buduar.

— „Buduar?” — spytała ze śmiechem. — Skąd ci to przyszło do głowy.

— No taki twój osobisty pokój, twój i tylko twój.

— Rozumiem pomysł, ale to określenie… — zaśmiała się.

— Proponuję od razu nie wprowadzać żadnych radykalnych zmian — zaleciła wetka. — Rysia przyzwyczaiła się już do zapachów i przedmiotów. Każda zmiana będzie dla niej znów trudna. Ale buduar jak najbardziej się pani należy — lekarkę oczywiście też rozbawiła stylistyka wypowiedzi Włodka.


Pół roku później Anka pracowała w pewnej podpoznańskiej bibliotece. Polubiła nową pracę i nowe panie (był nawet jeden starszy pan) z DKK. Wracała do domu szczęśliwa. Czasami witał ją w domu widok Włodka siedzącego w fotelu ze śpiącą Rysią na kolanach.

— Zrobiłbym ci kawę, ale widzisz — wskazywał na kota — jestem unieruchomiony.

— Broń Boże, żebyś się ruszył. — Rysia jest w fazie rem.

Rysia zaczęła wychodzić bez smyczy. Nie biegła jednak nigdy w stronę ulicy. Chodziła po trawnikach i skwerach, które znała ze spacerów z panią. Na szczęście było ich sporo na tym osiedlu. Zawsze wracała, a jeśli nikt nie zszedł otworzyć jej drzwi, wpuszczali ją sąsiedzi, którzy bardzo polubili „kota pana Włodka”.

Anka i Rysia nie brały już leków. Obie były szczęśliwe i Włodek też. Lekarka wyjaśniła im, że przywiązywanie się kotów do jednego miejsca to pewien mit. Owszem nie przepadają one za zmianami, ale potrafią je w końcu zaakceptować, zwłaszcza koty młodsze. Dziesięcioletniego kocura rezydenta rzeczywiście trudno przenieść w nowe miejsce, ale Rysia miała dopiero trzy i pół roku.

— Ale przecież była nieszczęśliwa?

— Bo wyczuwała, że pani jest smutna. Że oboje nie potraficie odnaleźć się w nowej sytuacji. Problemy się skończyły, kiedy się dotarliście. Wszystkie młode małżeństwa przez to przechodzą — dodała z uśmiechem. –Pani myślała dość typowo — kot nie lubi nowych miejsc, więc to okazuje, a tymczasem, pozwoli pani, że sparafrazuję Taine’a: „wrażliwość kota jest nieskończenie wyższa niż mądrość niektórych filozofów.”

„To ten myśliciel od determinizmu?” — chciała zapytać Anka, ale zadzwonił dzwonek u drzwi.

— Pewnie Włodek — Anka zerwała się, by otworzyć. — Może zapomniał zabrać kluczy.

Za drzwiami rzeczywiście stał mąż, ale nie sam. Była z nim pani Widzińska z drugiego piętra. Trzymała talerzyk ze świeżą wątróbką.

— Na dole wpuścił mnie sąsiad — wyjaśnił Włodek. — A na schodach spotkałem panią Zosię. Chyba ma coś dla Rysi.

— Tak, wiem, że pański kotek lubi świeżą wątróbkę. Kupiłam dziś bardzo dobrą, ale chyba za dużo… — dodała jakby tonem usprawiedliwienia. — Niech mu idzie na zdrowie.

— Dziękujemy — powiedziała radośnie Anka.

Po chwili Rysia zajadała się pysznościami.

„Pański kotek” — powtórzyła Anka z udawanym przekąsem. — Nie wiem, czy ja się do tego przyzwyczaję, pani doktor.

— No cóż, pełnia szczęścia jest, jak widać, niemożliwa — podsumował Włodek i puścił oko do wychodzącej wetki. Gdy zostali sami, Anka powiedziała:

— Musimy jednak pomyśleć jeszcze o kimś, kto jest bardzo smutny i również okazuje to na swój osobliwy sposób…

— Tak, już o tym myślałem. Zaprośmy ciocię Mirę na jakiś czas, niech pobędzie u nas trochę, a potem może przez kilka dni zostanie z Rysią. W końcu należy nam się jakiś weekend tylko we dwoje. Co ty na to?

Anka kiwnęła głową.

Teraz była naprawdę szczęśliwa.

Pomóc zwierzęciu przez człowieka

Spotkanie pierwsze: Julia Galia

W jaki sposób zostaje się zoopsychologiem? Zadając to pytanie, nie zaspokajam wyłącznie własnej ciekawości. Myślę też o osobach, na przykład moich uczniach, którzy w tej chwili zastanawiają się nad wyborem swojej drogi życiowej.

Jeżeli mówimy o kwestiach formalnych, to należy zdobyć certyfikat, który w tej chwili może zostać wydany przez kilka instytucji, specjalizujących się w uczeniu o psychologii zwierząt. Kiedy ja rozpoczynałam poszukiwania organizacji kształcącej profesjonalistów, taki certyfikat oferowała tylko jedna placówka: Europejskie Studium Psychologii Zwierząt (dziś Europejskie Studium Przygotowania Zawodowego i Wiedzy Praktycznej). Uwieńczeniem trwającej dwa lata nauki był właśnie ów certyfikat zawodowy zoopsychologa (profesja została wpisana na listę zawodów w 2007 r. i ma swoje uregulowania prawne). W owym czasie zaczęły też być bardzo popularne kursy w COAPE (Centre of Applied Pet Ethology), angielskiej organizacji kształcącej behawiorystów zwierzęcych z akredytowanym oddziałem w Krakowie. W tej chwili działa na rynku wiele szkół dla przyszłych terapeutów zwierzęcych. Reklamują się one w sieci, choć nauka w nich nie zawsze kończy się wydaniem certyfikatu państwowego. Dlatego podczas przeglądania propozycji edukacyjnych warto im się dokładnie przyjrzeć. Niektóre uczelnie mają w ofercie studia podyplomowe w zakresie psychologii zwierząt, a w Lublinie na Uniwersytecie Przyrodniczym można studiować behawiorystykę zwierząt w trybie dziennym. Każda z instytucji wprowadza inny program zajęć, nie wszędzie nauczymy się tego samego.

Tyle gwoli formalności, niemniej jednak szczególnie ważną sprawą jest doświadczenie i… powołanie do zawodu. Należy sobie zadać pytania: czy ja chcę zostać zoopsychologiem? czy mam predyspozycje do tej pracy? No i czy umiem oraz czy chcę pracować z ludźmi?


Z ludźmi?

Tak. Wiele osób mylnie sądzi, że zoopsycholog pracuje tylko ze zwierzętami. To nieporozumienie. Kluczową sprawą w tej profesji staje się kontakt z opiekunem zwierzęcia, a terapeuta musi umieć odnaleźć się w tych relacjach. Człowiek najczęściej pragnie pomóc swojemu czworonożnemu przyjacielowi, ale czasami okazuje się, że propozycje specjalisty są ponad jego siły. Następuje opór… i ten opiekun ma do niego prawo. Sprawa jest delikatna, bo pracujemy w relacjach człowiek — JEGO zwierzę, wchodzimy czasem w ICH życie. Według mnie trzeba z wyczuciem i empatią ważyć słowa, nie oceniać, nie karcić. Warto też tak dobrać zalecenia, aby pomagały zwierzęciu, ale były akceptowane przez człowieka. Reasumując moją wypowiedź, trzeba zastanowić się, czy praca z drugim człowiekiem jest tym, o czym marzę, bo zwierzęciu można pomóc tylko poprzez człowieka.


Jesteś zoopsychologiem czy zwierzęcą behawiorystką?

Faktyczna nazwa mojego zawodu to „zoopsycholog”, i w tym upatruję sens tej pracy — pracuję nad relacją, a nie tylko nad „behawiorem” (zachowaniem). Niespecjalnie więc lubię określenie „behawiorystka”, choć jest ono powszechnie używane.


Nie jesteś sama. Niektórzy filozofowie też nie lubią tego terminu i kwestii, które się pod nim kryją.

Sam termin „terapia behawioralna” uwłacza, moim zdaniem, złożonej zwierzęcej psychice. Ja nie mam poczucia, że pomagam wyłącznie na drodze behawioralnej. Wiemy wszak, że zwierzęta mają temperament, emocje, a nie tylko zachowują się w taki czy inny sposób.


Czy żeby zostać zoopsychologiem, trzeba najpierw skończyć weterynarię?

Nie jest to konieczne, choć bardzo wygodne, bo wówczas terapeuta ma do dyspozycji więcej narzędzi. By rozpoznać źródło problemu, może sam przebadać zwierzę, zlecić badania dodatkowe, a w razie konieczności, oprócz terapii behawioralnej, zaleceń odnośnie zmian w środowisku domowym, włączyć bez konsultacji z innym specjalistą konieczne leki. Jeśli choroba ma źródło wyłącznie somatyczne i nie jest związana ze stresem, terapia medyczna pomoże na 99%.

Ponieważ zawód nasz jest stosunkowo nowy, droga każdego z doradców behawioralnych (bo i tak się nas nazywa) jest inna. Z różnym doświadczeniem i zapleczem podchodzimy do zawodu zoopsychologa. Ja na przykład nie jestem absolwentką medycyny weterynaryjnej, dlatego, pracując z pacjentem i jego rodziną, muszę, dla powodzenia terapii, być w stałym kontakcie z lekarzem. Posiadam jednak inne ważne kompetencje, które pomagają mi w pracy z rodzinami i zwierzętami. Jestem trenerem psów, pedagogiem, a oprócz studiów podyplomowych z zakresu psychologii zwierząt na Uniwersytecie SWPS ukończyłam m.in. kursy mediacji rodzinnej. Bardzo to cenię, bo moja praca polega na kontakcie z całymi rodzinami, w tym z małymi dziećmi. Delikatność w relacjach człowiek — zwierzę to podstawa. Same studia medyczne (ani żadne inne) nie wystarczą. Wie o tym każdy pracujący dłużej specjalista. Zawód zoopsychologa to również praca poza gabinetem lekarskim. Aby skutecznie pomóc zwierzęciu, warto je zobaczyć w naturalnym środowisku. Podam prosty przykład: jeśli kot załatwia się poza kuwetą, powód tego może być stricte medyczny, jak i pozamedyczny. Po wykluczeniu przyczyn zdrowotnych (np. w obrębie układu moczowego) problemu może nie udać się rozwiązać bez wizyty w domu. To tam bowiem znajdują się: kocia kuweta (która może przyczyniać się do kłopotów) oraz wszelkie potencjalne źródła stresu dla kota, o których nie zawsze udaje się pogadać w gabinecie. Kocią codzienność, o którą trzeba wypytać opiekuna, łatwiej przeanalizować, goszcząc u niego w domu. A to właśnie ona wpływa na zachowanie, w tym to niepożądane.


Jakimi metodami pracuje zoopsycholog?

Tym, co najbardziej różni nas od psychologów ludzkich, jest fakt, że nie możemy odnieść się do samoświadomości zwierzęcia. Zwierzę po prostu nie opowie nam o swoich kłopotach, nastrojach, emocjach, poczynaniach. Ale wiele nam może pokazać właśnie swoim zachowaniem. To interpretacja poczynań i rytuałów zwierzęcia prowadzi nas do wiedzy o nim. Źródłem tej wiedzy jest jego opiekun, który może opowiedzieć nam nie tylko o zachowaniu (behaviour), ale również o temperamencie pupila. Doświadczony psycholog zwierzęcy przeprowadzi na tyle szczegółowy wywiad, że pozna temperament pacjenta i będzie mógł ocenić, czy zwierzę jest lękliwe, pobudliwe, radosne, introwertyczne itd. Zarówno ocena, jak i rokowania, dotyczące eliminacji jakichś niepożądanych zachowań kota, wynikają z analizy etogramu.


Etogram? Co to takiego?

Pewien repertuar zwierzęcych zachowań, charakterystycznych dla każdego gatunku. Są to, powiedzmy w dużym uproszczeniu, obyczaje poszczególnych zwierząt, a więc przykładowo ich sposób zdobywania jedzenia, pielęgnacji, odpoczynku, funkcjonowania w grupach, obyczaje godowe itp.

Mówimy dziś o kotach, a zatem do kociego etogramu należą m.in.: pożywianie się (w tym polowanie), odpoczynek (w tym sen), pielęgnacja (w tym wylizywanie się). Podam ciekawy przykład: standardowe mycie się jest procesem prawidłowym, zgodnym z kocim etogramem. Jeżeli jednak owo mycie się występuje zbyt często, jest zbyt intensywne i skutkuje na przykład przerzedzeniem sierści, to możemy mówić o znamionach patologii. Gdy zaobserwujemy typowe zachowanie, ale w nietypowej sytuacji lub nietypowym natężeniu, to trzeba zastanowić się, co takiego się dzieje w środowisku kota, że nie potrafi on w naturalny sposób poradzić sobie ze stresem i frustracją, tylko wybiera z repertuaru zachowań jakąś czynność, by następnie wykonać ją w sposób nietypowy — wręcz szkodliwy dla siebie (zbyt mocne wylizywanie się) lub otoczenia (siusianie poza kuwetą).

My, ludzie, możemy mówić o swoich emocjach, zwierzę je pokazuje właśnie, m.in. w nietypowych lub niezrozumiałych dla nas zachowaniach, które często są odstępstwem od etogramu. Kot może nadmiernie wylizywać się, niszczyć meble, znaczyć w domu moczem, pozostawiać odchody poza kuwetą. Każdy taki sygnał wymaga uwagi ze strony opiekuna i w razie powtórek — rozmowy ze specjalistą od kociego zachowania.


Prof. Tadeusz Szulc podczas jednego z wykładów powiedział, że zwierzęta trudno winić za to, że ludzie nie rozumieją ich form komunikacji. A przecież są takie różnorodne.

Otóż to, zachowanie zwierzęcia jest zawsze komunikatem. My nie powinniśmy interpretować go przez pryzmat zachowań ludzkich — jako złego, złośliwego czy agresywnego. Należy raczej przyjąć do wiadomości, że z pupilem dzieje się coś niedobrego, że coś nam chce przekazać, tylko nie potrafi inaczej.


No właśnie, a człowiek ma tendencje do antropomorfizacji. Patrzy na zwierzęta przez pryzmat ludzkich sądów, czyli: jeśli kot mnie podrapał, to znaczy nie lubi mnie, bo ja, gdybym był kotem, a nie lubiłbym kogoś, to pewnie też bym go podrapał lub nasikał mu do łóżka. Zwierzęta przecież tak nie działają.

Zdecydowanie nie. Ludzie, nie znając repertuaru zwierzęcych zachowań, często odbierają je negatywnie. Tak jest chociażby w przypadku kota, który drapie obicie fotela lub oddaje mocz na buty opiekuna. Tymczasem takie zachowanie zwierzęcia jest jak najbardziej poprawne (w sensie zgodności z etogramem), tylko człowiekowi z wiadomych względów nie odpowiada. Trzeba zrozumieć, że kot po prostu uznaje dane miejsce za odpowiednie do drapania czy zostawiania swojego śladu zapachowego. Rozumiem, oczywiście, niezadowolenie opiekuna. Dlatego, w przypadku wystąpienia zachowań niepożądanych, warto skorzystać ze wsparcia zoopsychologa i znaleźć takie rozwiązanie problemu, które zadowoli człowieka, nie naruszając potrzeb kota. Zwierzęciu trzeba ułatwić realizację podstawowych zachowań (jak drapanie) w sposób nie utrudniający życia opiekunowi. Nie zawsze wystarczy zakupienie nowego drapaka i udostępnienie go kotu wraz z komunikatem „tylko tu możesz drapać”. To raczej nie zadziała. Potrzebna jest analiza powodów owego drapania, miejsca wyboru i struktury powierzchni, które kot lubi i potrzebuje drapać. Mądre ustawienie odpowiedniego drapaka faktycznie rozwiąże problem lub go zminimalizuje. W zależności od problemu — czasem rozwiązania są banalne, a czasem poprawa sytuacji wymaga cierpliwości i większego zaangażowania.


A co ze złośliwością kotów? Czy rzeczywiście potrafią one być perfidne i robić innym — ludziom, kotom, czy psom na złość?

Przywołam tutaj ważną kampanię edukacyjną, #Nie Jestem Złośliwy, którą przeprowadziliśmy wraz z CatExperts — profesjonaliści dla kotów. Zacznijmy zresztą od definicji. Według Słownika języka polskiego PWN: „złośliwość” to cecha opisująca zachowanie człowieka, który lubi sprawiać innym przykrość lub człowieka wyrażającego taką intencję. Wymaga ona złożonego myślenia, planowania i przewidywania skutków własnych działań na szkodę drugiego. Koty tak zaawansowane nie są. Ich działania mają doprowadzić je do własnego sukcesu, komfortu, umożliwić przetrwanie. Koty nie skupiają się na utrudnianiu życia innym, tylko na własnych potrzebach, konieczności przeżycia oraz na komunikowaniu swoich potrzeb otoczeniu. Bardzo dobrze objaśnia tę kwestię etolog dr Maciej Trojan. Tłumaczy on, że pewne zachowania i emocje są związane z poziomem intencjonalności, czyli zdawaniem sobie sprawy z tego, iż dysponuje się określoną wiedzą oraz umiejętnością jej wykorzystania. My, ludzie, osiągamy maksymalnie piąty stopień, zwierzęta człekokształtne — drugi, kotom i psom musi wystarczyć pierwszy stopień. Co to oznacza? A to że kot musiałby przewidzieć, iż jego takie a nie inne zachowanie zdenerwuje człowieka, zaszkodzi mu czy zepsuje dzień. Koty nie są aż tak inteligentne. Nimi powodują inne, zdecydowanie prostsze potrzeby. Tak — potrzeby. Za każdym działaniem kota kryje się albo chęć zwrócenia na siebie uwagi, albo zdobycia pokarmu lub też zaznaczenia terenu swoim zapachem. Kot może odczuwać niezadowolenie, bo na przykład uciekła mu zdobycz, dlatego w ramach reakcji przeniesienia pogoni młodszą kotkę, ale nie czyni tego, żeby zrobić jej przykrość, tylko po to, by rozładować własną frustrację.


Czy koty mają duszę?

W moim rozumieniu „dusza” to coś wewnątrz nas, coś, co tworzy naszą indywidualność. Według mnie zwierzę oprócz powłoki cielesnej ma właśnie to „coś”. Sami opiekunowie charakteryzują swoje koty nie tylko jako: „skoczne”, „zwinne”, „leniwe”, „puchate”, ale zwracają też uwagę na inne cechy: „towarzyski”, „ponury”, „bojaźliwy” itp. Trudno zaprzeczyć faktowi istnienia kociego temperamentu, charakteru czy emocjonalności. Potwierdzeniem ostatniej cechy może być kot, który pokłada się na chorującym. Istnieje oczywiście wytłumaczenie, że zwierzę zwyczajnie lgnie do osoby w gorączce, bo lubi ciepło. Ale, jak wytłumaczymy w takim razie sytuację, w której kot wybiera człowieka, mimo że ma tuż obok także ciepłe posłanie na kaloryferze? Poznałam zbyt wiele kotów, okazujących empatię innym osobnikom swojego gatunku oraz ludziom, aby sądzić, że w takich zachowaniach chodzi tylko o potrzebę ogrzania. Może to właśnie jest dowód na istnienie duszy? Jedno jest pewne: zwierzęta są emocjonalne. Zacznijmy je zatem traktować z większą empatią — tak, jak one często traktują nas.


Zgadzam się. Zwierzęta często pokazują nam, jak bardzo jesteśmy im bliscy. Pewnie dlatego ludzie traktują czworonogi jak członków rodziny. Kiedyś usłyszałam od koleżanki mającej kota, że nie rozstałaby się ze swoim przyjacielem, nawet gdyby okazała się alergiczką. Musiałby się znaleźć sposób, żeby kot mógł pozostać w rodzinie. Co o tym sądzisz?

Cieszy mnie fakt, że ludzie uważają zwierzaki za pełnoprawnych członków swoich rodzin. A co do odczulenia? Zawsze warto podjąć próbę! W zależności od źródła alergii można spróbować zaradzić problemowi, np. minimalizując głaskanie czy przytulanie kota. Można także zachować niektóre pokoje w domu jako nie-kocie, efektem czego będzie mniej sierści na pościeli czy na ubraniach tam przechowywanych. Takie działanie jednak nie zawsze jest łatwe, dlatego wszystko zależy od więzi człowieka ze zwierzęciem. Uważam, że jeżeli sytuacja ma być naprawdę niekomfortowa i powodować obustronne niezadowolenie, to może lepiej znaleźć kotu nowe miejsce, w którym będzie mógł żyć bezpiecznie, szczęśliwie i bez ograniczeń. Każdy przypadek jest indywidualny i wymaga rozwagi w poszukiwaniu odpowiednich rozwiązań.

Na zakończenie chciałabym zapytać, czy masz jakiegoś ulubionego kociego bohatera literackiego lub filmowego?

W tej chwili nie umiem wybrać jednego. Jestem pod ciągłym wrażeniem niedawno wydanej Galerii kotów. Historia sztuki z pazurem, gdzie można obejrzeć koty wcielające się w postacie znane z malarstwa, literatury czy filmu. Ulubieńca trudno wybrać! Z dzieciństwa miło wspominam też głównego bohatera kreskówki Top Cat, rodzimego Filemona, a także koty z książek Terrego Pratchetta.

Dziękuję za rozmowę!

Julia Galia, dyplomowany zoopsycholog, absolwentka studiów podyplomowych na SWPS, Studium Kot na UW i wielu innych kursów zawodowych; behawiorystka zwierzęca z wieloletnim doświadczeniem. Specjalizuje się w łączeniu obcych sobie zwierząt, przygotowaniu ich na nadejście małego dziecka w rodzinie i holistycznej terapii zaburzeń zachowania. Prywatnie opiekunka czterech adoptowanych kotów: Korka, Stinga, Samprasa i Raftera.

Kot słusznie dumny

Ten mądrala Arystoteles bardzo lubił wszelkie systematyki i klasyfikacje. Był także zwolennikiem zasady złotego środka, w imię której należało w życiu postępować tak, aby nie popaść w nadmiar lub niedobór jakiejś cnoty. Obie te sytuacje uważał bowiem za szkodliwe i były one jego zdaniem po prostu wadami.

W ten sposób Stagiryta doprowadził do wyodrębnienia i przedstawienia w Etyce nikomachejskiej pewnych pożądanych zachowań ludzkich (zatem myślę, że i kocich), wśród których odnaleźć można postawy człowieka „słusznie dumnego”, „szczodrego” czy „dowcipnego” (alias „taktownego”).

Wprawdzie należy się wystrzegać nadmiernej antropomorfizacji zwierząt i nie traktować kota tak, jakby był futrzaną i mającą cztery łapy odmianą człowieka, jednak ja popełnię to nadużycie i, podążając za Arystotelesem, przedstawię pewnego kota, który nie grzeszy ani zarozumiałością, ani nadmierną skromnością, a uważając siebie za godnego rzeczy wielkich, naprawdę na nie zasługuje. Stefan, czyli kot słusznie dumny.

Stefan (wcześniej Mizialski Julek) został przywieziony ze schroniska do nowego domu w pomarańczowym transporterze, którego zasadniczo później wcale nie używał. Było to dla niego dość upokarzające, więc Stefan szybko wytłumaczył swoim ludziom, że pomarańczowy niewygodny przedmiot powinien bezwzględnie trafić do piwnicy. Od tej pory wszelkie podróże Stefan odbywał „luzem”, siedząc na półce bagażnika w aucie. Co prawda, przed przychodnią weterynaryjną trzeba go było z tapicerki samochodowej wyrywać niemal z korzeniami, ale mniejsza o to — zwykle Stefan nie miał problemów, by wsiąść do samochodu lub z niego wysiąść.

Rodzina składała się z trzech osób. Ponieważ wszyscy jej członkowie mieli dość osobliwe poczucie humoru i śledzili w internecie kocie memy, zaczęli sami siebie, niby to żartem, niby to w imieniu kota, nazywać „Grażynami”. W skład rodziny Stefana wchodzili zatem: ona — Grażyna (sztuk 1), on — Grażyn (sztuk 1) i ono, czyli Grażynka (sztuk 1).

Grażynka była towarzyszką Stefana w dzień i w nocy, ponieważ właśnie w jej pokoju znajdowało się kocie legowisko. Kot zresztą, co typowe dla tego gatunku, nigdy z niego nie korzystał, i zwykle kładł się tam, gdzie chciał, to znaczy najczęściej w łóżku obok Grażynki.

Co do Grażyny — kot kochał ją miłością szczególną. Ona go przecież karmiła, pieściła i woziła do weterynarza, co akurat Stefanowi nieszczególnie się podobało, ale czasami przynosiło ulgę w cierpieniu. Grażyna także kochała Stefana jak własne dziecko i kupowała mu smakołyki, których cena wielokrotnie przewyższała wartość racji żywnościowych przeznaczonych dla męża.

Grażyna czasami, zwykle po powrocie do domu, bywała bardzo przybita, i Stefan wiedział, że wtedy musi być dla niej szczególnie miły, co oznacza, że powinien tak często, jak tylko się da, dotykać pyszczkiem jej pyszczka tudzież po cichu mruczeć. W końcu naukowcy dowiedli, że głaskanie kota (no dobra, psa też) pomaga w stanach depresyjnych, bo wyzwala hormony szczęścia. A skoro najwyraźniej jakieś złe koty, działające w toksycznej grupie (Stefan doskonale wiedział, że takie sytuacje, niestety, się zdarzają), wpływały tak źle na Grażynę, to on Stefan musi bezwarunkowo zareagować.

Grażynka, jak to Grażynka, była pełna energii, w związku z tym to ona głównie bawiła się ze Stefanem, co, biorąc pod uwagę salta i przewroty, często przypominało raczej kocią wersje ludzkiego obozu przetrwania. Czasami do Grażynki przychodzili jej przyjaciele, to jest inne Grażynki i Grażyniaki, którzy na różne sposoby okazywali Stefanowi sympatię. Zwykle bywali dość hałaśliwi, a ich towarzystwo wydawało się Stefanowi na dłuższą metę nie do wytrzymania.

Szczególne więzi łączyły Stefana z panem. Grażyn nigdy nie był specjalnie przywiązany do teorii, że kota należy karmić wyłącznie kocią karmą, i to co najwyżej dwa razy na dobę. Grażyn zaopatrywał cały dom w jedzenie, w związku z tym, kiedy wracał ze sklepu z wielkimi, wypakowanymi rozmaitym dobrem, torbami, Stefan nie odstępował go na krok, czekając na przysmak. Gros zakupów trafiało do szuflady Stefana, w której obok worków dietetycznej (cha! cha! cha!) suchej karmy i całego mnóstwa puszek, puszeczek oraz saszetek leżały też kocie zabawki oraz przedmioty do pielęgnacji kociej urody.

W torbach znajdowało się sporo niepotrzebnych przedmiotów, ale zdarzały się także rzeczy bardzo przydatne i jak najbardziej przez Stefana pożądane, jak na przykład szynka. Oczywiście Stefan szybko przekonał się, że pewne rodzaje szynki są lepsze od innych, a wszystkie po wyjęciu z torby trafiają do zimnej szafy. Grażyn rozumiał potrzeby kota jak nikt inny, a metodą prób i błędów eliminował z listy zakupów te rodzaje wędlin, które kot, uprzednio obwąchawszy, pozostawiał z pogardą nietknięte.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 32.29
drukowana A5
Kolorowa
za 59.18