E-book
15.75
drukowana A5
25.33
Kot, który widział ludzi inaczej

Bezpłatny fragment - Kot, który widział ludzi inaczej

Historie, które dzieją się pomiędzy


Objętość:
34 str.
ISBN:
978-83-8440-543-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 25.33

Zanim ruszysz dalej

Zatrzymaj się na chwilę. Nie musisz wiedzieć, dokąd jedziesz. Nie musisz być pewien, gdzie wysiądziesz.

Ta książka jest o tym, co dzieje się pomiędzy: między jednym przystankiem a drugim, między decyzją a zawahaniem, między ludźmi, którzy mijają się codziennie i rzadko naprawdę się widzą.

Jeśli czytasz ją w biegu — zwolnij. Jeśli czytasz ją w ciszy — zostań w niej na moment dłużej.

Nie wszystko trzeba rozumieć od razu. Czasem wystarczy po prostu być w drodze.

Rozdział I — Przystanek, na którym nikt nie czekał

Przystanek był pusty.

Nie ten, który zawsze ktoś mijał w biegu, ani ten, przy którym stał kiosk z kawą. Ten był trochę dalej. Z boku. Z ławką, na której farba dawno popękała, i z rozkładem jazdy, którego nikt nie aktualizował od miesięcy.

Tramwaj przyjeżdżał tu rzadko. Czasem wcale.

Mru siedział pod ławką, częściowo w cieniu, częściowo w słońcu. Nie spał. Po prostu był. Oczy miał otwarte, ale nieruchome, jakby patrzył nie na torowisko, lecz na coś, co miało dopiero nadejść.

Miasto w tym miejscu było cichsze. Nie dlatego, że dźwięków było mniej — tylko dlatego, że nikt ich tu nie zbierał.

Pierwsza przyszła kobieta.

Stanęła dokładnie tam, gdzie zwykle zatrzymują się ludzie, którzy nie wiedzą, czy jeszcze czekają, czy już nie. Spojrzała na tablicę. Potem na telefon. Potem znów na tory.

Tramwaj miał przyjechać za siedem minut. Przynajmniej według rozkładu.

Usiadła. Westchnęła, ale tak cicho, że nikt by tego nie zauważył. Nikt — oprócz kota.

Mru poruszył tylko ogonem.

Kobieta spojrzała w dół. Zobaczyła go dopiero po chwili.

— Ty też czekasz? — zapytała, bardziej siebie niż jego.

Kot nie zareagował. Nie dlatego, że nie słyszał. Po prostu nie musiał.

Po kilku minutach przyszła druga osoba. Mężczyzna w płaszczu, który był trochę za cienki jak na tę porę roku. Stanął. Spojrzał na zegarek. Przestąpił z nogi na nogę. Odszedł kilka kroków i wrócił.

— Nic tu nie jeździ — mruknął.

Ale nie odszedł.

Trzecia osoba przyszła wolniej. Jakby nie była pewna, czy w ogóle chce tu być. Usiadła na drugim końcu ławki. Zbyt daleko, żeby rozmawiać. Zbyt blisko, żeby być zupełnie osobno.

Tramwaj nie przyjeżdżał.

Minęło siedem minut. Potem dziesięć. Potem nikt już nie liczył.

I wtedy stało się coś dziwnego.

Nikt nie sprawdzał telefonu. Nikt nie narzekał. Nikt nie mówił, że się spieszy. Jakby ten przystanek — na chwilę — odebrał ludziom potrzebę bycia gdzie indziej.

Kobieta zdjęła płaszcz i położyła go obok siebie. Mężczyzna oparł się o słup. Ktoś się uśmiechnął, choć nie było do kogo.

Mru wyszedł spod ławki i usiadł na betonie, dokładnie pomiędzy nimi.

Nie patrzył na nikogo. Ale wszyscy wiedzieli, że tam jest.

Tramwaj w końcu przyjechał.

Drzwi się otworzyły. Świat wrócił do swojego rytmu. Ktoś wstał. Ktoś poprawił torbę. Ktoś zrobił krok do przodu — i się zatrzymał.

Kobieta spojrzała na kota.

Mężczyzna spojrzał na tor.

Trzecia osoba została na ławce.

Nie wszyscy wsiedli.

Mru nie ruszył się wcale.

Rozdział II — Ludzie, którzy jechali za daleko

Tramwaj był pełniejszy niż zwykle.

Nie dlatego, że było więcej ludzi — raczej dlatego, że nikt nie wysiadał. Przystanki mijały jeden po drugim, drzwi się otwierały, zamykały, a wagon pozostawał taki sam. Jakby wszyscy nagle zapomnieli, po co w ogóle wsiedli.

Mru zauważył to pierwszy.

Siedział przy ścianie, nisko, blisko podłogi. Drgania były inne niż zazwyczaj. Cięższe. Nierówne. Ludzie nie ruszali się tak, jak zwykle. Nie przygotowywali się do wyjścia. Nie poprawiali kurtek. Nie spoglądali nerwowo na drzwi.

Jakby coś ich zatrzymało — tylko nikt nie wiedział co.

Chłopak z plecakiem stał przy drzwiach. Na pierwszym przystanku zrobił krok do przodu. Drzwi się otworzyły. Zawahał się.

Nie wysiadł.

Na następnym przystanku było to samo. Tym razem spojrzał na wyświetlacz. Potem na szybę. Potem w dół, na kota.

Mru nie patrzył na niego. Ale chłopak i tak poczuł się zauważony.

Na trzecim przystanku chłopak był już blady. Oparł czoło o szybę.

— Miałem wysiąść — powiedział nagle, głośniej niż chciał.

Nikt nie odpowiedział.

Kobieta siedząca obok drgnęła. Spojrzała na niego, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że nie jest sama. Potem zerknęła na drzwi.

To był jej przystanek.

Nie wstała.

Zamiast tego ścisnęła torbę na kolanach i zamknęła oczy. Jakby bała się, że jeśli je otworzy, coś się stanie.

Tramwaj ruszył.

Starszy mężczyzna z laską stał pośrodku wagonu. Każdy zakręt przechodził przez niego powoli, ostrożnie. Na kolejnym przystanku ktoś zapytał:

— Wysiadamy?

Mężczyzna pokręcił głową.

— Jeszcze nie — odpowiedział.

Mru przesunął się kilka kroków i usiadł dokładnie przed nim.

Starszy mężczyzna spojrzał w dół. Uśmiechnął się krzywo.

— Wie pan — powiedział do nikogo konkretnego — czasem człowiek jedzie za daleko nie dlatego, że się pomylił. Tylko dlatego, że nie chce jeszcze wysiadać.

W wagonie zrobiło się dziwnie cicho.

Na następnym przystanku chłopak z plecakiem wysiadł gwałtownie, jakby ktoś go wypchnął. Zatrzymał się na peronie, rozejrzał się, po czym ruszył w przeciwną stronę, niż planował.

Dwa przystanki dalej wysiadła kobieta. Bez pośpiechu. Bez oglądania się za siebie.

Został tylko starszy mężczyzna i kot.

Na pętli mężczyzna podniósł laskę, podszedł do drzwi i zanim wysiadł, spojrzał jeszcze raz na Mru.

— Dobrze czasem pojechać za daleko — powiedział. — Gorzej nigdy nie sprawdzić, co jest dalej.

Drzwi się zamknęły.

Tramwaj ruszył w drogę powrotną.

Mru został na swoim miejscu.

Nie wszyscy wysiadają tam, gdzie planowali.

Niektórzy dopiero wtedy zaczynają jechać.

Rozdział III — Miasto o szóstej rano

O szóstej rano w tramwaju nie ma przypadkowych ludzi.

Każdy, kto tu jest, ma powód. Albo pracę, albo problem ze snem, albo po prostu nie bardzo wie, co zrobić z resztą nocy. Miasto jeszcze nie zdążyło się obudzić, ale ci ludzie już są w środku dnia.

Mru siedział przy oknie, na tym samym miejscu co zawsze.

Tramwaj ruszył powoli. Motorniczy jechał ostrożnie, jakby bał się kogoś obudzić. Na pierwszym przystanku wsiadł mężczyzna w roboczej kurtce. Ciężko usiadł, oparł się plecami o siedzenie i zamknął oczy.

— Jeszcze pięć minut — mruknął do siebie.

Nie spał. Po prostu siedział z zamkniętymi oczami, jakby próbował oszukać organizm, że to jeszcze nie pora. Wyjął z kieszeni telefon, spojrzał na godzinę i schował go z powrotem, szybciej, niż trzeba.

Na kolejnym przystanku wsiadła dziewczyna z plecakiem. Miała słuchawki na szyi, nie na uszach. Usiadła naprzeciwko mężczyzny i przez chwilę tylko patrzyła w podłogę.

— Zimno dziś — powiedziała nagle, jakby kontynuowała rozmowę, która nigdy się nie zaczęła.

Mężczyzna otworzył jedno oko.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 25.33