Zanim wsiądziesz do tramwaju
Ta książka nie opowiada jednej wielkiej historii. Składa się z małych chwil takich, które zdarzają się pomiędzy przystankami, w ciszy i w drodze.
Nie spiesz się z jej czytaniem. Jeśli będziesz chciał, zatrzymaj się na chwilę. Jeśli będziesz chciał jedź dalej.
Ten tramwaj nie ma rozkładu jazdy.
Rozdział I — Kot, który nie słyszał, ale wiedział
Mru nie słyszał niczego od dnia, w którym otworzył oczy na świat.
Nie wiedział jednak, że czegoś mu brakuje. Dla niego cisza nie była pustką — była normalnością. Była jak powietrze, którego się nie zauważa, dopóki nie zacznie go brakować.
Mru widział za to wszystko.
Widok był jego dźwiękiem. Drganie światła na szybie zastępowało mu klakson, ruch warg ludzi był krzykiem, a delikatne drżenie podłogi — nadjeżdżającym tramwajem. Gdy inni reagowali na hałas, on reagował na zmianę świata.
Mieszkał przy pętli tramwajowej, w starej kamienicy, której klatka schodowa pachniała kurzem, deszczem i czyimś dawnym życiem. Nikt nie wiedział, skąd się wziął. Po prostu któregoś dnia usiadł na murku obok torów i już tam został.
Tramwaje fascynowały go od pierwszego dnia.
Nie dlatego, że były głośne — tego nie mógł wiedzieć. Fascynowały go, bo zawsze jechały dokądś, nawet jeśli nikt w środku nie wyglądał, jakby dokładnie wiedział gdzie.
Pierwszy raz wsiadł przypadkiem.
Drzwi się otworzyły. Ludzie wysiedli. Podłoga zadrżała inaczej niż zwykle — nie jak od kroków, lecz jakby miasto wzięło głęboki wdech. Mru, kierując się ciekawością, zrobił krok do przodu. Potem drugi.
Drzwi się zamknęły.
Nie usłyszał sygnału. Nie przestraszył się. Po prostu usiadł.
Tramwaj ruszył.
Mru poczuł to w łapach. W wąsach. W ogonie, który poruszył się sam, jakby próbował zachować równowagę w świecie, który nagle postanowił płynąć.
Ludzie zauważyli go dopiero po kilku przystankach.
Dziewczyna w słuchawkach spojrzała w dół. Uśmiechnęła się. Starszy mężczyzna zmarszczył brwi. Ktoś wyciągnął telefon. Ktoś inny nic nie zrobił — i to było najczęstsze zachowanie.
Mru obserwował ich wszystkich.
Zauważył, że ludzie bardzo często poruszają ustami, ale rzadko naprawdę coś sobie przekazują. Że patrzą w ekrany, jakby tam było coś ważniejszego niż miasto za oknem. Że nawet siedząc blisko, bywają bardzo daleko.
Na jednym z przystanków drzwi znów się otworzyły. Podłoga przestała drżeć. Powietrze się zmieniło. Mru wysiadł.
Od tamtego dnia robił to regularnie.
Wsiadał do tramwaju, jechał kilka przystanków, wysiadał. Zawsze o podobnej porze. Zawsze spokojny. Zawsze uważny. Jakby tramwaj był jego myślą, a miasto — książką, którą czytał po kawałku.
Nie wiedział jeszcze, że ktoś w końcu zacznie go szukać.
Nie wiedział, że jego cisza poruszy czyjeś życie bardziej niż tysiąc słów.
Nie wiedział, że niektóre podróże zaczynają się wtedy, gdy nie słyszysz sygnału do odjazdu.
Ale tramwaj już jechał dalej.
Rozdział II — Ludzie, którzy słyszeli za dużo
Mru szybko nauczył się, że każdy tramwaj ma swój rytm.
Nie dźwięk — rytm. Drgania były inne o poranku, inne w południe i jeszcze inne wieczorem, kiedy miasto stawało się cięższe, jakby nosiło w sobie zbyt wiele myśli.
Poranki należały do ludzi spieszących się bez powodu. Ich kroki były krótkie, nerwowe. Trzymali kubki z kawą, które pachniały gorzko i obietnicą, że „jakoś się uda”. Patrzyli przed siebie, jakby bali się, że spojrzenie w bok mogłoby ich zatrzymać.
Po południu tramwaj wypełniał się zmęczeniem.
Mru widział to w ramionach opadających niżej, w plecach przygarbionych jak stare książki, których nikt od dawna nie otwierał. Ludzie siedzieli obok siebie, ale każdy był gdzie indziej. W pracy, która się nie skończyła. W rozmowie, która się nie odbyła. W życiu, które wyglądało inaczej, niż miało.
Wieczory były najciekawsze.
Wieczorem ludzie zaczynali być sobą — albo przynajmniej tym, kim zostawali, gdy nie mieli już siły udawać. Wtedy Mru lubił jeździć najbardziej.
Tego dnia wsiadł do tramwaju później niż zwykle. Słońce było już nisko, a szyby odbijały pomarańczowe światło, które zmieniało miasto w coś miękkiego i mniej groźnego. Usiadł na pojedynczym siedzeniu przy oknie i obserwował.
Na następnym przystanku wsiadł chłopak.
Miał może szesnaście, może siedemnaście lat. Plecak nosił na jednym ramieniu, jakby był za ciężki albo jakby nie chciał brać go na serio. Usiadł naprzeciwko Mru i od razu wyjął telefon. Jego kciuk poruszał się szybko, nerwowo. Zatrzymywał się. Zaczynał od nowa.
Mru spojrzał na jego twarz.
Chłopak uśmiechał się, ale tylko ustami. Oczy miały inny plan. Były zmęczone, choć młode. Jakby już za dużo widziały. Jakby ktoś mówił do nich bez przerwy.
Tramwaj ruszył. Podłoga zadrżała.
Chłopak nagle spojrzał w bok. Zobaczył kota.
Przez chwilę tylko patrzył. Potem zdjął słuchawki. Jego usta poruszyły się, ale Mru nie reagował. Nie dlatego, że nie chciał. Po prostu nie wiedział, że powinien.
Chłopak zmarszczył brwi. Pochylił się lekko.
— Ty serio…? — powiedział coś jeszcze, a potem machnął ręką.
Mru spojrzał mu w oczy. Długo. Spokojnie. Tak, jakby nie było pośpiechu, jakby tramwaj nie jechał dalej, jakby nic nie trzeba było tłumaczyć.
I wtedy coś się stało.
Chłopak przestał mówić.
Po prostu siedział. Oddychał. Patrzył przez okno. Telefon zsunął się na siedzenie obok. Miasto mijało ich wolno, a Mru siedział nieruchomo, jakby był częścią krajobrazu.
Przez kilka przystanków nikt się nie odezwał.
Gdy drzwi się otworzyły, chłopak wstał. Zanim wysiadł, jeszcze raz spojrzał na kota. Uśmiechnął się — tym razem naprawdę. Bez słów.
Mru nie ruszył się.
Nie wiedział, że właśnie zrobił coś ważnego.
Nie wiedział, że czasem cisza działa lepiej niż rozmowa.
Nie wiedział, że niektórzy ludzie słyszą dopiero wtedy, gdy nic do nich nie mówisz.
Tramwaj pojechał dalej.
A Mru został, gotowy na kolejną historię, którą ktoś wniesie ze sobą na przystanku.
Rozdział III — Dziewczyna, która bała się ciszy
Tego wieczoru tramwaj był prawie pusty.
Miasto zwolniło. Światła uliczne zapalały się jedno po drugim, jakby ktoś sprawdzał, czy noc na pewno nadeszła. Szyby tramwaju odbijały wnętrze — puste siedzenia, poręcze, kilka zmęczonych twarzy. Mru lubił takie kursy. Cisza była wtedy gęsta, ale znajoma.
Usiadł jak zwykle przy oknie.
Na trzecim przystanku wsiadła dziewczyna.
Nie spojrzała na kota od razu. Najpierw rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy ktoś ją obserwuje. Potem usiadła kilka miejsc dalej, trzymając plecak na kolanach, z rękami splecionymi tak mocno, jakby bała się, że coś jej wypadnie.
Mru zauważył drżenie jej palców.
Dziewczyna wyjęła telefon, ale nie włączyła ekranu. Trzymała go tylko w dłoni. Jej wzrok uciekał do okna, do sufitu, do podłogi. Wszędzie, byle nie do środka.
Tramwaj ruszył.
Drgania były łagodne, spokojne. Mru poczuł je w łapach i zamknął na chwilę oczy. Kiedy je otworzył, dziewczyna patrzyła na niego.
Szybko odwróciła wzrok.
Potem znów spojrzała. Dłużej.
Jej usta poruszyły się, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała nic. W końcu wstała i przesiadła się bliżej. Usiadła naprzeciwko kota, zachowując ostrożną odległość, jakby cisza mogła ugryźć.
Mru patrzył na nią spokojnie.
Dziewczyna westchnęła. Tym razem naprawdę.
— Ja nie umiem być cicho — powiedziała, choć nikt jej o to nie prosił.
Kot nie zareagował. Nie mrugnął. Nie poruszył ogonem.
— Jak jest cicho, to wszystko wraca — ciągnęła. Myśli. Słowa, których nikt nie chciał słuchać. Pytania, na które nie ma odpowiedzi.