E-book
8.46
drukowana A5
30.14
Kosmyk

Bezpłatny fragment - Kosmyk

Wydanie Pierwsze

Objętość:
138 str.
ISBN:
978-83-8104-449-3
E-book
za 8.46
drukowana A5
za 30.14

1

Starzy, często pozbawieni świadomości, balansują na granicy urojeń i atmosfery obłędu wypełniającej tutejszy salon. Siwe włosy, dłonie drżą od Parkinsona, wielu mówi coś bez składnie.

Nie często napotyka się tutaj osoby prowadzące dialog, większość pacjentów pogrążona jest w świecie wyobraźni, będąc całkowicie odizolowaną od rzeczywistości.

Ev stara się z niektórymi porozmawiać uśmiechając się przy tym, rzadko jednak otrzymuje odpowiedź, która mogłaby zachęcić do dalszej konwersacji. Staruszkowie resztkami sił wymachują szczupłymi dłońmi jak rozgoryczone dzieci. Kościste figury, wygięte w artretyzmie, próbują ukazać, iż wciąż są żywe.

Trzy tygodnie temu zmarła pani Wiszerhar, leciwa, z mętnym błękitem oczu zwiastującym całkowitą ślepotę. Zajmowała pokój na trzecim piętrze. Puste teraz pomieszczenie, od jutra ma zając nowy pensjonariusz.

Wcześniej Ev przeglądnęła jego teczkę, w której zawarto informację na temat wieku oraz dolegliwości. Lekarze orzekli iż jest niemową, nie jest to wada związana z biologiczną dysfunkcją, a psychiczny uraz, bądź trauma.

Patrząc na jego zdjęcie czuła jakby ktoś podwijał jej duszę jak letnią sukienkę, dłonią muskając delikatną skórę uda. Przez chwilę zapragnęła, by otworzył usta, przemówił do niej uciszając nieprzyjemne dźwięki w głowie, które towarzyszą jej od śmierci pani Wiszerhar.

Będąc teraz w pokoju, by zmienić pościel i sprawdzić, czy wszystko jest przygotowane, wciąż miała gęsią skórkę. W nozdrzach poczuła zgniły aromat wydobywający się ze szczęki staruszki. Gdzieś z tyłu głowy dźwięczały słowa wymieszane z jej ciężkim oddechem. Najmocniej w pamięci utkwił jej bełkotliwy ton, którym staruszka ostrzegała przed omenem, ogniem, który ukaże przed nią sekrety jej życia, odzierając dziewczynę z sumienia.

Za oknem wzmógł się wiatr, gałęzi drzewa uderzyły o szybę, kilka ptaków wzbiło się w powietrze, w nagłym impulsie, Ev poczuła jak przyśpiesza jej serce, dłoń zadrżała. Usiadła na chwilę na łóżku, łapiąc oddech. Poddenerwowana, poprawiła jeszcze poduszkę i szybko wyszła z pokoju, głośno zamykając drzwi.

Zmęczona, udała się na czwarte piętro, które zajmowały wraz z matką — dyrektorką pensjonatu. Weszła do swojej sypialni, siadając na łóżku z podkulonymi nogami, plecy opierała o ścianę. Wpatrzona w czubki palców u stóp, coraz mocniej przytulała poduszkę, by ją ogrzać, licząc, że ta, wkrótce odwdzięczy się tym samym. Nie mogła odpędzić od siebie słów pani Wiszerhar:

— „A gdy chmury mają się ku deszczowi, nawet ziemia nie może im się przeciwstawić” Czuła się jak mgła, niespodziewanie rozdarta podmuchem wiatru, powoli traciła siebie i spokojną taflę przygaszonej zieleni. Otoczona przez własne strzępy, nie mogła uchwycić żadnego z nich, ulegając powolnej degradacji osobowej.

Nie gasząc światła, położyła się na plecach, pozwalając, by Morfeusz pocałunkiem w czoło, pozwolił przeminąć wszystkich nieprzychylnością, ofiarowują odrobinę snu.

2

Kilka minut po dziewiątej przetarła ciężkie od zmęczenia powieki, leżąc w łóżku, policzkiem głaskała poduszkę, coraz mocniej czując, że sen ustępuje miejsca rzeczywistości.

Musi wstać i wziąć prysznic. O 10.30 przyjeżdża nowy pensjonariusz. Zajmuje się ich przyjmowaniem oraz przekazywaniem niezbędnych informacji, chociaż to raczej sucha formalność, niż powinność, większość obowiązków spełnia personel sanitarny, wiele zajęć Ev sprowadza się do kwestii papierkowych, wypełniania kartotek, porządkowania ich, pomocy matce. Podopiecznymi zajmuje się jako wolontariuszka, oficjalnie jednak, mieszka tutaj z matką, dlatego równie dobrze mogłaby cały dzień spędzać w pokoju, ale w obawie przed bezczynnością i natręctwem myśli, lubi krzątać się po pomieszczeniach.

Wstając z łóżka, zaglądnęła do szuflady z bielizną i udała się do łazienki. Odkręciła wodę, odwracając się plecami do ciepłego strumienia, który ożywił ją na chwilę, by jeszcze bardziej rozleniwić nadmiarem gorąca. Kabina prysznicowa szybko wypełniła się parą. Uwielbiała brać gorący prysznic, by wbiec do pokoju z otwartym oknem tak jak jak została stworzona. Wtedy dopiero zakłada na siebie coś zwiewnego starając się ukryć ciężar duszy pod lekkimi ubraniami, których dotyk sprawiał przyjemność.

Odświeżona, schodząc na dół, podeszła do drzwi pokoju z nr 46. Nie otwierała ich, przystanęła na

chwilę i dotknęła tylko klamki. Nic się nie wydarzyło, poszła więc dalej.

Na parterze pani Manis od rana skrzeczy swój recital, w wypłowiałej pidżamie, jak co dzień staje na stoliku w salonie i słabym głosem śpiewa o martwych dzieciach zabitych przez brak wiosny. O sobie jako jesieni i o tym, że lato ją uśmierca i tego roku na pewno umrze. Powtarza to od kilku lat, jej przepowiednia jednak się nie sprawdza. Co roku ubolewa nad gorącem i falą beztroski, która przypomina jej o zmarnowanym życiu i o fakcie jego ułomności oraz przypadkowości. Wszystkie wspomnienia rozsypuje w pokoju, nie próbując ich już nawet układać w logiczną całość.

Pan Henri jak każdego dnia, stoi w oknie z przeszklonymi oczyma i coraz słabszą nadzieją, Chwilami tylko ściskając dłonie ze stanowczością, że to na co czeka, na pewno się wydarzy. Jednak od trzech lat pozostaje mu tylko nadzieja.

Był alkoholikiem przez dwie dekady. Rodzina odwróciła się od niego, pozostawiając go w ciasnym morzu nałogu. Sam nie mógł wyjść z butelki. Trafił na przymusowe leczenie, a potem, jako pozbawionego chęci do życia człowieka, przywieziono go tutaj.

Napisał kilka listów do córki, ale na żaden nie otrzymał odpowiedzi. W każdym mówił o wakacjach, gdy siedzieli razem nad jeziorkiem. Ona opowiadała mu o pierwszej miłości, a on z mieszanymi uczuciami, po części współczując, po części czując gniew do amanta, który pozostawił smutek w jej oczach, cieszył się jej bliskością. Patrzył wtedy na kruchą nastolatkę z żółtawymi oczyma i jasnymi włosami, dla niego wciąż małą dziewczynkę, która uczyła się żyć i czuć, tracić i poszukiwać, być kwiatem i kolcem. Wtedy jego serce drżało z miłości, gdy obok siebie czuł jej niepewne ciepło. Wciąż wierzy, że jego córeczka przyjedzie do niego, by go odwiedzić, a on posłucha jak z przebiśniegu stała się różanym krzewem. Pozostawił drzazgę w jej sercu tak głęboką i nawet miłość nie potrafiła jej wyciągnąć.

Stał zatem codziennie wpatrzony w dal, może wracając do tego ciepłego, letniego dnia, a może płacząc w głębi duszy nad życiem, którego nigdy nie przeżył.

Dochodziła 10:25, na podjazd podjechał czerwony opel, panu Henriemu mocniej zabiło serce, by zaraz niemal całkowicie ucichnąć. Z samochodu wysiadł rosły mężczyzna około czterdziestki i pojmujący znaczenia podeszłego wieku jegomość w czarnych kantach i białej koszuli. W ręce trzymał brązową aktówkę, w drugiej marynarkę. Młodszy wyciągnął z bagażnika niewielką torbę podróżną. Ev, widząc ich przez okno, wyszła na zewnątrz, by powitać nowego pensjonariusza. Była dziwnie podekscytowana, próbowała stłamsić to uczucie, ale nie potrafiła go uciszyć, tak samo jak wielu innych tonów.

— Witaj Max, jak się miewasz? — rozpoczęła, wyciągając po przyjacielsku filigranową dłoń.

— W porządku, a ty?

— Wciąż udaję pracowitość -powiedziała z lekkim uśmiechem.

— To ja zaniosę bagaż do holu, abyś się nie przemęczyła. To jest pan Skrybiusz, wskazał na mężczyznę z walizeczką w ręce

Ev chciała się przywitać, ale nie zwrócił na nią uwagi, wpatrzony gdzieś w błękit nieba zmieszany z koronami drzew, szukał w myślach dźwięk nowego miejsca. Ze smutkiem stwierdził, że otoczenie emanuje przydrożnym rowem, a pstrokata różnorodność barw napawa go zniesmaczeniem.

Popatrzył z lekkim pytaniem w oczy Ev. Ujrzała brązowe plamki zażenowania i chęć opuszczenia tego miejsca. Jednak był lepszym mówcą niż większość ludzi.

— Zaprowadzę pana do pokoju, proszę pójść ze mną — powiedziała.

Starszy pan wziął torbę z holu i poszedł za młodą kobietą. Cały pensjonat kojarzył mu się z poczekalnią do śmierci. Dobrodziejstwo dwudziestego pierwszego wieku — humanitarność. Gdyby ktoś z mieszkających tutaj miał umierać na ulicy, nikt by się tym nie przejął, ale nowoczesność zabrania umierać w miejscach publicznych. To brak taktu, lepiej, gdy konających zabierze się do stęchłego od urojeń domku na peryferiach. Może lżej im będzie odchodzić na łóżku niż na bruku, o ile ma to dla nich znaczenie i potrafiliby odróżnić łóżko od chodnika.

Z drugiej strony, smuciło go, że trafiają tutaj, popatrzył na szpetne twarze, pomyślał o brudnych ulicach, o groteskowości, w myślach przewinęła się mała dziewczynka z watą cukrową, a obok staruszka dogorywająca w ostatniej chwili życia. W innym miejscu pomyślał o dwojgu zakochanych i wpatrzonych w siebie, ławka w parku, nieopodal staruszek szukający w majtkach utraconej potencji. Mógł narzekać na brak estetyki, ale z pewnością nie mógł narzekać na brak powodów do ironii oraz groteski. Szybko jednak znużył się myślami o ludziach. Weszli na trzecie piętro, a Ev przekręciła klamkę, stali już w środku.

Po lewej stronie łóżko z białą i wykrochmaloną pościelą. Na przeciwko wejścia okno z widokiem na las. Po prawej stolik, lampka nocna, szafa i dwa krzesła. W kącie umywalka z lustrem.

— Powiedziano mi, że lubi pan samotność- zaczęła Ev, gdy weszli do pokoju — Dlatego, jeśli ma pan ochotę, może pan spędzać większość dnia u siebie. Raczej zabraniamy wychodzić na zewnątrz. Teren dookoła to zielona pustelnia, gdyby ktoś się zgubił, trzeba byłoby zrobić zamieszanie z policją, by ów osobę odnaleźć. Na dole jest salon, kuchnia, mogę pana oprowadzić — powiedziała, patrząc na jego profil.

Nawet nie spojrzał w jej stronę, otworzył aktówkę, wyciągnął kilka zeszytów, dwie książki „Mistrz i Małgorzata” oraz „Fausta cz. I i II”, położył je na stoliku. Obok ustawił blok i przybory do rysowania. Położył się na łóżko, założył ręce za głowę i zamknął oczy.

Popatrzyła na niego i pomyślała „No to mamy arogancika do kolekcji”. Nie wiele zostało w niej z dziewczęcego uczucia, jakie wczoraj doznała. Nikt już nie podwijał jej sukienki, a nie ładnie ignorował jej dobre chęci. Uczuła lekki zawód. Odwróciła się i wyszła. Zamykając drzwi, wydawało jej się, że słyszała jak ktoś mówi

— „Ciekawość można zaspokoić na wiele sposób”.

Przez kilka dni przynosiła mu posiłki, nie jadał z innymi, pokój opuszczał dopiero nocą, by udać się pod prysznic na drugim piętrze, zejść na parter, przespacerować się po holu, odwiedzić salon i wrócić z powrotem do swojego pokoju.

Musiał jednak prosić przełożoną, by nie zamykano jego pokoju, codziennie o godzinie ósmej trzydzieści, gdy pensjonariusze zasypiali, zamykano kluczem ich drzwi od zewnątrz, tak, by nikt nie opuszczał pokoju po zmroku. Chociaż wielu podawano po kolacji środki nasenne, wolano uważać, by nikt nie pałętał się po ośrodku, gdy personel śpi.

Była pora kolacji, popołudniowy deszcze podsycił mgłę, która czołgała się powoli między drzewami. Kładąc tacę z jedzeniem, na stole zobaczyła swój portret narysowany ołówkiem. U dołu był dopisek- „Czy zechciała by się Pani ze mną przejść po okolicy? S.”. Spojrzała na niego, a on z lekkim pytaniem zerknął w jej oczy.

Poczuła niepewność oraz pokusę. Rysunek wywołał u niej skryty zachwyt i jednoczesny podziw dla Skrybiusza, wzbudził ciekawość jego osobą, obawiała się tego pomysłu, nie wiedząc, kim jest. Spacery były zabronione. Przestronny salon na dole był oszklony, gdy pogoda temu sprzyjała, otwierano okna, by pensjonariusze mogli zaczerpnąć powietrza. Wielu było na tyle schorowanych, iż nie mogło się poruszać, przewożono ich na wózkach, bądź zostawiano w pokoju, gdzie dogorywali.

Raz jeszcze zerknęła na Skrybiusza, uśmiechał się lekko, patrząc z niewinnym pytaniem w jej oczy. Przemogła ją dobroć i ciekawość:

— Proszę zjeść, a potem ciepło się ubrać. Wyszła z pokoju.

Schodząc po schodach czuła lekkie mrowienie w brzuchu.

Gdy mieszkańcy dostali swoje sny w tabletkach, poszła ubrać płaszcz. Potem wróciła do pokoju nr 46 i zastała Skrybiusza w palto, z twarzą zatopioną w lekkim świetle księżyca. Stał oparty ramieniem o ścianę, z rękoma w kieszeni. Wzrok miał wyraźny, z odbiciem łuny, która tworzyła spokojną toń chłodu w jego źrenicach. Uśmiechnął się gorzko i jakby niezdarnie. Podszedł do niej, lekko palcami dotykając jej tułowia i wskazał ręką wyjście. Wyszła przodem a on za nią.

Doszli do skraju lasu, starszy pan oparł się o drzewo i pochylił głowę ku ziemi, a młoda kobieta lekko podnosząc oczy, zerkała to na gwiazdy, to na jegomościa. Zdziwiła się, gdy ten wyciągnął srebrną papierośnicę o odpalił papierosa, zaciągnął się dwukrotnie, podniósł głowę ku górze i spoglądał w niebo. Chciała mu coś powiedzieć, ale otaczała go dziwna aura intymności, prywatności, zdawało się jej, że odmłodniał. Być może był to dla niego rytuał, jakaś mała, cicha wyjątkowość, dlatego nie chcąc mu przeszkadzać w tej chwili, zerkała na niego od czasu do czasu.

Czuła pustkę emanującą spod zakrytych cieniem oczu. Ciężar słów, który zwarł usta tak mocno, że nie są w stanie przemówić. Melancholia kobiecej wrażliwości, ta czułość, na złamane skrzydła duszy, nalegała, by objąć swym nikłym ciepłem ten zgorzkniały owoc. Wyczuł jej wzrok na sobie i z wykrzywionym uśmiechem, popatrzył na nią jakby z pokusą.

— Ciekawość można zaspokoić na wiele sposobów, nieprawdaż Ev?

Zdziwiona nagłym głosem ludzkim, szerzej otworzyła oczy, nie mogąc dobrać słów.

— Przepraszam, nie wiedziałam, że potrafi pan mówić.

— Hemingway- „Ludzie uczą się dwa lata mówić, a pięćdziesiąt milczeć”. Ja chyba potrzebowałem dwóch lat, by nauczyć się milczeć i pięćdziesięciu, by nauczyć się mówić. Obawiam się jednak, że życia mi braknie, by po prostu nauczyć się żyć… A ty potrafisz istnieć sobą?

— Zawsze tak niespodziewanie przemawia pan do ludzi?

— Tylko gdy człowiek zrodzi we mnie taką pokusę, dlatego, powiedź Ev, kto zawiesił na twojej twarzy chustę? Od wiatru już przetarta, a ty jej nie zdejmujesz.

— Wracajmy panie Skrybiuszu, moja matka mogłaby się pogniewać, ze w ogóle pan wychodzi na zewnątrz.

— …Tak, na wiele sposobów. Wracajmy zatem, aby nie miała pani nieprzyjemności. Wdzięczny jestem, że zechciałaś mi towarzyszyć, twoja dusza tak lekka, że chwilami czułem tylko własną ramę, bez całego obrazu opływającego w wypukłości formy.

— Czym się pan zajmował, jest pan dobrym oratorem.

— Jeśli milczenie nie nauczyło cię słów, znaczy, że tyko zaniemówiłeś — powiedział z uśmiechem.

Nie rozmawiali w drodze powrotnej. Chwilami zdawało jej się, że ich dialog nie miał miejsca. Zerkała wtedy na niego, a on z przymrożonymi oczyma patrzył na nią spojrzeniem, w którym smutek bił się z ciekawością. Odprowadziła go do pokoju, powiedziała dobranoc i wyszła.

Idąc na górę miała wrażenie, że Skrybiusz wciąż przygląda się jej oczom, idzie za plecami, spoglądając na nerwowe i chaotyczne ruchy. Niepewne kroki, pochyloną głowę, postać coraz wolniej zmierzającą na górę. Gdy pokonała ostatni stopień, usiadła z podkulonymi nogami, oparła się o ścianę i pozwoliła, by rękawy płaszcza ocierały jej policzki z łez.

Po chwili podniosła głowę do góry i powiedziała do siebie:

— Weź się w garść dziewczyno.

Weszła do swojego pokoju, by przygotować się do snu. Miała nadzieję, że uda jej się całkowicie wyzwolić myśli spod ciężaru minionych dni…

Stała koło starej szafy, z której wydobywał się dym. Nie wzlatywał ku górze, ale powoli pełznąc po podłodze zbliżał się do jej stóp. Była sparaliżowana strachem, gryzące ciepło dotknęło jej palców, w nozdrza wdzierał się duszący zapach.

Nie mogła zrobić kroku w tył, zaczęła więc iść przed siebie. Otworzyła drzwi, ujrzała tam panią Wiszerhar, która głaskała jej głowę, z palącymi się włosami. Mocny zapach wdarł się przez nos do umysłu, tak, że poczuła omdlenie. Upadając na podłogę usłyszała tylko głos staruszki:

— Grzechy nie mają ceny, bo ta jest płacą za nagrodę. Ale kary mają swoją wartość…

Dochodziła czwarta nad ranem, gdy zerwała się z łóżka cała rozdygotana. Nie mogła pozbyć się wspomnień o ostatnim spotkaniu z tą nawiedzoną kobieciną. Od pogrzebu, który odbył się miesiąc temu, coraz bardziej zastanawia się, czy z nią wszystko w porządku. Bała się porozmawiać z matką, gdyż ta mogłaby ją wysłać na badania psychiatryczne, a wiedziała dobrze, że tam łatwiej o diagnozę niż uniewinnienie i spokój.

Chciała gdzieś wyjechać, ale od czterech lat ten dom dla obłąkanych był miejscem dla jej duszy. Nie utrzymywała z nikim stałego kontaktu, sporadycznie odzywała się do dawnych znajomych. Pięćdziesiąt trzy miesiące bez życia, choć w ciągłym istnieniu.

3

Zmęczonym ruchem dłoni wzięła tacę ze śniadaniem, by zanieść ją panu Skrybiuszowi. Zastała go leżącego w tej samej pozycji, co zawsze. Z rękoma założonymi za głowę i zamkniętymi oczyma. Ubrany w białą koszulę, czarne kanty, zdawał się ignorować ją z premedytacją.

Położyła posiłek na stoliku, wychodząc miała wrażenie, że usłyszała jak do niej mówi:

— To nie koszmary nas tworzą, a my je kreujemy, Ev.

Zamknęła drzwi udając się do pokoi na pierwszym piętrze, by wymienić pościel. Co prawda, pracowały tutaj dwie kobiety, zajmujące się czystością, ale musiała się czymś zająć. Patrzyła nieobecnym wzrokiem na biel prześcieradeł, pomagało jej to zachować pustkę w głowie.

Chwilami tylko nieświeże kołdry cuciły ją do rzeczywistości, umorusane kałem i uryną, czy innego rodzaju wydzielinami produkowanymi przez ciała staruszków. Nie przyznawała się samej sobie, ale w dziwny sposób, egoistyczny, polubiła ten odurzający aromat, jego intensywność. Lubiła go tym bardziej, o ile po skończonej pracy biegła na górę, by móc się odświeżyć, nałożyć pistacjowy krem tuż pod nozdrza, wdychać go, stanąć przed lustrem i cieszyć ze swojej młodości, gdy nie ma nikogo, kto mógłby jej młodość adorować. Gdy była w gorszej kondycji, dopadały ją myśli o przemijaniu, samotności, wyobraźnia podsuwała obrzydliwe wizje, szybko jednak odpędzała od siebie nieprzyjemny stan, odchylając głowę do tyłu i wirując dookoła. Już dawno spostrzegła, że zdziecinniała mieszkając tutaj, nauczyła się dzięki temu czerpać radość oraz przyjemność z prozaicznych rzeczy, na które w samotności mogła sobie pozwolić.

Dochodziła pora obiadu, schodząc na dół, Ev zdziwiła się nie zauważając pana Henriego. Zanim zeszła do kuchni, szybko wróciła na górę, by sprawdzić pokój staruszka. Był pusty.

Zbagatelizowała to jednak, udając się z powrotem do kuchni, by pomóc przy roznoszeniu posiłków.

Pani Matijas była dzisiaj nieznośna jak małe dziecko. Próbowała krzyczeć, ale zdławiona przez brak sił tylko szeptem okazywała swoje niezadowolenie. Rozdrażniona brakiem zainteresowania zaczęła wypluwać jedzenie z ust, brudząc się przy tym. Jedna z dziewcząt podeszła, by pomóc jej dokończyć posiłek. Nikt jednak nie zauważył pana Henriego. Ev idąc na górę uczuła lekki niepokój, że ów staruszek mógł gdzieś wyjść niepostrzeżenie, chociaż drzwi wejściowe były zamknięte.

Wchodząc do pokoju pana Skrybiusza, spotkała tam pana Henriego. Ze łzami na policzkach, trzymał w ręku portret czternastoletniej dziewczyny z niewinnym spojrzeniem, podobnym do woni kwiatów.

Szeroko otwarte oczy nastolatki, pytające, czy to działo się naprawdę, czy było tylko złym snem o rzeczywistości. Uchwycona w chwili oczekiwania na odpowiedź od kogoś, kogo kocha i komu ufa.

Pan Henri podnosząc się z krzesła, powiedział:

— To był tylko sen, córeczko — po czym wyszedł z pokoju.

Gdy zatrzasnął za sobą drzwi, Ev przelotnie spojrzała na pana Skrybiusza, czując jednoczesną ekscytację oraz coś z pogranicza fascynacji i ciekawości. Niestety, leżał jak zwykle, z maską obojętności na twarzy. Zastanawiała się, czym są bliski smutki w jego oczach, które chwilami można dostrzec.

Kładąc tacę z posiłkiem, ujrzała swój portret na stole. Wyglądała jak ktoś, kto jest w trakcie koszmaru, z którego nie może się wyrwać.

Zaczęła zastanawiać się, czy tak wygląda podczas snu, przemknęło jej przez myśl, że może pan Skrybiusz podglądał ją w nocy, szybko ochłonęła, przecież zawsze zamyka drzwi na klucz.

Niżej rysunku był dopisek: Ev, nie martw się, moja wyobraźnia i obserwacja pozwalają mi na wiele. Zechciałabyś uspokoić swoje myśli podczas wieczornego spaceru? Dzisiaj jest pełnia, obfitość łuny wycisza serce, S.”

Popatrzyła na jego twarz, a on jakby znając odpowiedź, lekko wykrzywił kąciki ust na wzór uśmiechu, po czym dodał cicho:

— Będę czekał na ciebie przy drzwiach wyjściowych.

Zamknął oczy i przestał zwracać uwagę na cokolwiek. Wyszła, cicho zamykając drzwi.

4

Wieczór był chłodny, zbliżał się listopad. Nocne, atramentowe niebo miejscami przyprószone gwiazdami, Ev szła przodem, ubrana w matowy płaszcz. Z rękoma w kieszeni, swobodnym krokiem kierowała się przed siebie, czasem tylko spoglądając do tyłu, by zerknąć, by Skrybiusz również za nią podąża. Rzadko zdarzało się, by wychodziła na spacer, czasami siadała tylko na ławce przed pensjonatem, chcąc się przewietrzyć, nigdy jednak nie oddalała się od ośrodka.

Walcząc chwile z samą sobą oraz rosnącą w niej ciekawością, odwróciła się w stronę Skrybiusza z figlarnym uśmiechem, odezwała się niewinnym głosem:

— W pana kartotece napisano, że jest pan niemową.

— Milczenie wychodzi mi najlepiej — odpowiedział bezbarwnym tonem

— A jednak, rozmawiamy teraz razem, musiał pan również rozmawiać z panem Henrim.

— To on pragnął porozmawiać ze mną, panno Ev, jak wielu ludzi. Nie potrzeba nam tak bardzo słów, co uszu. Patrzę na ludzi tutaj, widzę stare szafy, niedomknięte, dookoła rozrzucone ubrania jak pamiątki, fotografie, zniszczone ramki, szkło, łatwo skaleczyć się w stopę, ale oni już są nieczuli na tak małostkowy ból.

Patrzę również na Ciebie Ev, widzę biała szkatułkę z kości słoniowej, delikatną, subtelną. Czarna nic wystająca z niej, nie pozwala domknąć się wieku. Intrygujesz mnie Ev — powiedział, uśmiechając się szarmancko — wracajmy, nim się zaziębimy — dodał po chwili swoim beznamiętnym, lekko znudzonym głosem.

Wracali w ciszy, zamyśleni. On pogrążony w swojej obojętności, z którą łączył talent poznawczy i analityczne skłonności, Ev rozpamiętywała ich krótką rozmowę, poruszona dogłębnie. W pamięci utkwił uśmiech, który dziwnie wkomponowywał się w chłód jego spojrzenia.

Powolnym krokiem wchodzili na górę, Skrybiusz skręcił w stronę swojego pokoju, odwracając się, powiedział do niej:

— Niewypowiedziana rzeczywistość przemawia w koszmarach, Ev. Nie pokrusz się we własnych snach droga, jesteś dla mnie jak lodowa róża z płatkami ze szronu. Boję się ciebie dotknąć, byś nie zamieniła się w puch… Ale tobie bliżej do popiołu. Dobrej nocy moja miła.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała, patrząc przez chwilę na zamknięte drzwi do jego pokoju. Czasami napadał ją nagły lęk przed tym człowiekiem, jakby intuicja szeptała do niej, by uciec od niego, nigdy się nie pokazać, nie zbliżać się. W jej głębi było jednak coś, co bardzo pragnęło poznać bliżej Skrybiusza, niemal wyrywało się w stronę jego opanowania, ignorancji i nieobecności, przy jednoczesnej bystrości, którą skrywał w kącikach oczu.

Będąc na czwartym piętrze, przekroczyła próg pokoju, na chwilę spojrzała na prawo, na drzwi do gabinetu matki, zatrzasnęła drzwi. W łazience zdjęcia ubrania i zmęczonym krokiem udała się do łóżka. Sen szybko nadszedł, wypełniając umysł dziwnego rodzaju wizjami.

Śniła o cmentarzu. Księżyc odbija się w marmurowych nagrobkach, czarne tablice, wąskie alejki.

Stoi nad grobem pani Wiszerhar, w rękach trzyma łopatę. Wyczuwa czyjąś obecność, po prawej stronie postać przypominająca cień, nonszalancki uśmiech, podobny do Skrybiusza.

Zachrypnięty głos, podniecony, lubieżny, mówi do niej:

— Ciekawość można zaspokoić na wiele sposób, Ev.

Coś zmusza ją do rozkopania grobu, usypanego z ziemi i otoczonego kwiatami. Po dłuższej chwili, walce z samą sobą i niewidzialną siłą, uderza o drewniane wieko trumny. Znów słyszy ten sam, chłodny i zachrypnięty głos:

— Oni woleli mówić, posłuchaj staruszki Wiszerhar, posłuchaj co mają do powiedzenia jej karty.

Ev uderza kilkukrotnie w wieko trumny, deski ustępują pod naporem łopaty. Spogląda na postać w niej umieszczoną. To ona, z talią kart i rękoma splecionymi na piersiach. Otwiera oczy, ona, która leży w trumnie, zaczyna mówić niespokojnym tonem:

— Niewypowiedziana rzeczywistość przemawia w koszmarach.

W nozdrza uderza zapach spalonych włosów. W głowie mają jej obrazy, miewa przebłyski czyjejś głowy, którą trzyma w dłoniach, mrok gęstnieje, czuje jego ciężar, nie potrafiąc przeciwstawić się grawitacji, upada na ziemię.

Wpół do czwartej, roztrzęsioną ręką odgarnęła z czoła mokre włosy. Zdezorientowana, zagubiona i samotna, próbowała zwalczyć uczucie nienawiści do samej siebie, które tak nagle pojawiło się w niej, zwalczyć obrzydzenie do pani Wiszerhar. Z mieszanymi odczuciami wspominała cień, który kazał rozkopać jej grób, uśmiechając się jak Skrybiusz.

Próbowała zasnąć, ale dysząc ciężko, przewracała się z boku na bok, gdy tylko zamykała oczy, powracał obraz niej samej, leżącej w trumnie. Dopiero około szóstej udało się jej zasnąć, ale już o ósmej zbudził ją sygnał budzika. Musiała wziąć prysznic, otrząsnąć się po nocnym koszmarze i zejść na dół, by pomóc przy wydawaniu posiłków.

Biorąc już tacę ze śniadaniem, zastanawiała się przez chwilę, czy na pewno chce zanieść ją Skrybiuszowi, czy na pewno chce go wiedzieć. Przemogła się jednak, zdobywając się w głębi na cała stanowczość oraz chłód, by pewnym i spokojnym krokiem wejść do jego pokoju. Poczuła irytację, patrząc po raz kolejny na sylwetkę mężczyzny leżącego na łóżku. Ręce założone za głowę, zamknięte oczy, teraz dodatkowo zauważyła ten dziwny, ledwo widoczny uśmiech szyderstwa na jego twarzy.

Jednak nie mogła zdusić w sobie ciekawości, często rozmyślała nad tym, co też dzieje się w umyśle Skrybiusza, pomimo całej ignorancji, którą na siebie zakładał, przemawiały przez niego mądrość, wyczucie, dziwny rodzaj dostojeństwa.

On natomiast przebywał w szklanym pomieszczeniu, czymś w rodzaju akwarium, na które napiera zielonkawa ciecz, dodatkowo podświetlona od dołu, nadając jej żółtawej poświaty. Siedział wewnątrz tej izolatki, dłonie opierając na fortepianie. Od dawna tutaj nie zaglądał, nie dotykał go, nie grał na nim.

Zrodziło się w nim pragnienie, by przychodzić tutaj codziennie, siadać w bezruchu, medytować, zaistnieć całą egzystencją w tym niewielkim pomieszczeniu, które jest azylem dla jego myśli.

Czuł się ludzki, jednak nie przez emocje, czy sentyment, a przez ich całkowity brak. Jednak wciąż pamiętał ciężar, który zgniótł go niegdyś, pozbawiając człowieczeństwa.

Otworzył oczy, przez chwilę oślepiło go światło, które padało do pokoju przez okno. Mrugnął dwa razy, przekręcił głowę w stronę Ev. Patrzyła na niego z błaganiem w oczach, zadrżała jej warga, policzki, chciała jakoś przebić się przez tą obojętność, teraz tak bardzo chciała by jej wysłuchał, by pozwolił jej mówić, a potem samemu coś doradził, to pragnienie wyrywało się z niej coraz mocniej.

— Cudownie byłoby się wybrać na poranny spacer, chociażby pojutrze — powiedział spokojnym głosem. Poczuć zapach jesieni, nagich drzew, wilgoci, namokniętych liści, które za niedługo przykryje śnieg. Mam nadzieję, że godzina szósta nie jest zbyt wczesna dla Ciebie, Ev.

— Nie wiem panie Skrybiuszu, przecież wie pan, że pensjonariuszom nie wolno opuszczać ośrodka — powiedziała zmęczonym głosem, czując jednocześnie, jakby opadła z niej jakaś kurtyna, zasłona. Zastanawiała się jak to możliwe, że wcześniej od razu zgadzała się na pomysły dotyczące spaceru, wybierała się z nim. Popatrzyła na niego badawczym wzrokiem. Równie dobrze mógłby uciec z ośrodka podczas przechadzki. Odwróciła się do niego plecami, czując, jak narasta w niej lęk do Skrybiusza, wyszła szybkim krokiem, nie zamykając nawet drzwi.

5

Było kilka minut po szóstej, gdy dwie postaci wyłoniły się zza drzwi od pensjonatu, pierwsza w jasnym, kobiecym płaszczu, czmychnęła pomiędzy filarami, by niepewnie stawiać kroki na kamienistym podjeździe. Druga, w czarnym prochowcu, spokojnym krokiem podążała za tą pierwszą. Kierowali się w stronę lasu.

Milczenie przerwał głos mężczyzny:

— Ludzie są jak drzewa — zaczął zamyślonym tonem- Skryci za smukła poświatą, która nie ustępuje. Możesz łamać gałęzi, a drzewo wciąż będzie rosnąc, nawet, gdy pozostanie tylko pień jako kikut, pozbaw jednaj je korzeni, a upadnie, jak wszyscy.

Ev czuła lekką niepewność i obawę, może zawstydzenie. Czując, że Skrybiusz, przekazuje jej coś ważnego, ona nie miała pojęcia, co takiego do niej mówi, niepewnie zapytała:

— Dlaczego mi pan o tym mówi?

— Bo ty, moja droga, nie jesteś drzewem, a mgłą. Patrząc na ciebie, zastanawiam się, czy nie odczuwasz lęku przed mocnym podmuchem wiatru, który rozedrze cię na wszystkie strony, rozszarpie, a ty bezradna, patrzeć będziesz mogła na zlewające się z przestrzeni skrawki własnej osoby.

Zadrżała w środku, coraz bardziej tracąc pewność, szli obok siebie, a ona bała się na niego spojrzeć. Chwilami miała ogromną chęć porozmawiania, ale to Skrybiusz wybierał porę na spacer, tym samym, on decydował, kiedy będą rozmawiać. Wczoraj, wieczorem przygotowywała się na rozmowę z nim, chciała mu o czymś opowiedzieć, ale teraz czuła, że jest w rozsypce, by odwrócić temat od siebie, zapytała go:

— A pan kim jest?

— Ja jestem drzewem bez swojej mgły, a może samym już tylko pniem — powiedział gorzkim tonem.

— A kto obciął panu gałęzie?

— Czas podcina skrzydła, czas goi rany, czas nie zna litości, czas biegnie nieubłaganie. Ludzie zabijają czas, trwonią, wykorzystują. Potrafią zrobić z czasem wszystko, poza jednym, nie potrafią go zawrócić.

To nie upływ czasu nas przeraża, w działaniu paraliżuje nas to, że czas potrafi iść tylko do przodu,

a ludzie czasami lubią przystanąć. A my wracajmy, nim zrobi się widno i ktoś zacznie nas szukać.

— Pan chciałby cofnąć swój czas, zatrzymać go?

— Ja swojego już nie posiadam, droga Ev. Mój czas przestał istnieć, zostawiając mnie, zatrzaśniętego w tej przestrzeni, w wymiarze. Zostawił mnie tutaj, w rzeczywistości, samemu odchodząc i śmiejąc się szyderczym głosem. Wracajmy powoli — dorzucił, a Ev wydawało się, że widziała jak drżą mu źrenice, które skrył pod powiekami, może bał się uronić łzy?

Ciekawiło ją, co takiego miał na myśli, chwilami tylko mówiła sobie, że chociaż jest inteligentny, spora część jego życia i myśli, może być przejaskrawiona przez fantazję. Przecież jest mieszkańcem pensjonatu, musiał trafić tutaj z konkretnych przyczyn. Mógł być kiedyś artystą, wieść bujne życie, które go złamało, rzucając do tego kotła na spróchniałe człowieczeństwo.

Szli spokojnym krokiem nie odzywając się już do siebie. Ev czasem zerkała na jego twarz, ale znowu wydawała się obojętna, odległa, podobnie jak nieobecne było spojrzenie, chociaż wydawało się trzeźwe, przejrzyste.

Zbliżała się godzina siódma trzydzieści, Ev mijała trzecie piętro, by udać się do swojego pokoju, Skrybiusz wchodził do swojego, spojrzał na nią i powiedział głośniejszym tonem:

— Kiedyś potrafiłem utrzymać w mgłę w dłoniach, teraz już tylko mgła potrafi podtrzymać moje ręce — odwróciła głowę, na moment uchwyciła jego bezradne spojrzenie, które na nowo ustąpiło miejsca obojętności, zamknął drzwi, a ona, rozdarta i roztrzęsiona udała się do swojego pokoju.

Zastanawiała się, czy Skrybiusz ściągnie płaszcz, zawiesi go w szafie, po czym położy się na łóżku, by zastygnąć w ulubionej pozie.

On tymczasem otworzył jeden z zeszytów i zaczął coś notować. To miejsce pozwalało mu całkowicie poświęcić się zajęciom, którym hołdował. Ten domek na peryferiach był idealny. Po zapisaniu kilku rzeczy zamknął czy, pierwszy raz od dawna nie powracał do szklanej sali z fortepianem, udał się do starego gabinetu, gdzie szukał zapisków sprzed lat.

Po chwili przeglądania szuflady w ciemnobrązowym biurku, odnalazł to, co go interesowało.

Mógł spokojnie rozpocząć rysowanie portretu córki pana Henriego. Zastanawiał się, czy nie powinien wręczyć mu prezentu już teraz, ale stwierdził, że najpierw musi nieco pomóc Ev, powinna zrozumieć kilka rzeczy, które ułatwią jej dalszy powrót do swoich korzeni. Później porozmawia z panem Henrim, staruszek zapewne płakać będzie ze szczęścia.

Myślał o Ev, która sypiała coraz gorzej. Prześladował ją obraz pani Wiszerhar oraz Skrybiusza. Widywała wielu ludzi, ale obawiała się osób podobnych do tej dwójki, był to strach dogłębny, podświadomy, ale ogarniał ją coraz częściej, wypełzając na powierzchnię, zwłaszcza w towarzyskie Skrybiusza. Obojętny na otoczenie, ale wrażliwy w głębi, a z pewnością kiedyś ją posiadał, zdaje się rozumieć głębię czucia. Gustuje jednak w gorzkim racjonalizmie, którym raczy ją podczas spacerów. Ta dziwna powłoczka zrezygnowania, utkana ze złotej nici. Pragnęła poznać go bliżej, ale obawiała się tego, kogo może ujrzeć oraz tego, jak wiele Skrybiusz dowie się o niej.

Nie mogła pozbyć się myśli, że on tutaj nie pasuje. Każdy na coś cierpi, jest stary, schorowany a on? Trzeźwo myślący i zdaje się być również sprawny fizycznie, porusza się swobodne, z gracją. Uzdolniony artystycznie, w kartotece brakowało informacji na temat przebiegu choroby, objawów, widniała tylko krótka notka, iż jest socjopatą, może cierpieć na zaburzenia osobowości oraz zaburzenia maniakalno — depresyjne.

Często wahała się, czy rozpoczynać z nim rozmowę, obawiała się tego momentu, bo czuła, że wtedy zdradza całą siebie, zdradza siebie przed nim, ukazując nagość duszy, bezbronność, lęki.

Zbliżał się już grudzień, za oknem szaruga, chwilami prószył śnieg, by znów topnieć powoli, zmiękczając glebę i potęgując flegmatyczną pogodę. Skrybiusz nie rozmawiał z nią od kilku tygodni, od czasu, gdy wrócili z porannego spaceru. Około dwóch tygodniu temu, miała tylko wrażenie, że powiedział do niej:

— Niezdecydowanie jest gorsze niż podjęcie błędnej decyzji Ev, to tak prozaiczne — w tym czasie ona również chciała z nim porozmawiać, ale biła się w środku z własnymi myślami. Może widział w niej to rozerwanie. Samotność doskwierała jej coraz mocniej, a on wydawał się jedyną osobą, z którą może porozmawiać i która potrafiłaby ją zrozumieć. Wciąż nawiedzały ją senne mary, po których pamiątka stał się aromat spalonych włosów.

Wstała około wpół do siódmej, tylko po to, by dłużej brać prysznic. Chciała pozbyć się wszystkich natrętnych myśli, które nie dawały jej spokoju. Zadrżała, kilka łez spłynęło po jej policzku, kucnęła w kącie kabiny, nie hamując w sobie bólu. Woda mieszała się z jej łzami, a ona długo nie mogła dojść do siebie.

Gdy wycierała włosy, pomyślała, że chwilowa bezradność oraz niepohamowana rozpacz miały zbawienny dla niej skutek. Czuła się lżejsza, wiele myśli ustąpiło, wiele uczuć przestało ją gnębić, miała wrażenie, jakby coś się w niej zmieniało, dojrzewało i była to dobra zmiana. Odwiedzając pana Skrybiusza, by podać mu posiłek, coraz częściej odczuwała spokój, zerkała na jego twarz, spoglądając na rysy mądrości i opanowania. Wciąż jednak obawiała się zacząć rozmowę, dlatego czekała, aż on znowu zechce z nią porozmawiać.

Tym czasem, starszy jegomość z zamkniętymi oczyma, siedział w jednej z piwnic, które skrywał w podświadomości. Były to miejsca raczej odległe człowieczeństwu, chociaż ocierały się o granice moralności.

W myślach przeglądał album ze zdjęciami, które gromadził podczas pobytu tutaj. Ev, pan Henri i pani Majas. Bacznie przyglądał się im oczom, uchwyconym w różnych sytuacjach. Otworzył oczy, światło zaślepiło go na chwilę, Ev zmierzała ku drzwiom, gdy powiedział do niej:

— Im mocniej coś dusimy w sobie, tym bardziej pragnie to wolności. Nie ma znaczenia, czy to miłość, czy nienawiść, każda emocja chce żyć własnym życiem. A przez to ty tracisz swoje, Ev. Mam coś dla ciebie- powiedział, po czym wstał, podszedł do stolika i z aktówki wyjął rysunek węglem. Była na nim szkatułka, zapewne z kości słoniowej. Na wieczku widniała podobizna Ev.

— Widzisz, moja droga, usunąłem na rysunku nitkę, która nie pozwalała domknąć się szkatułce. Myślę, że burzyła całą kompozycję. Ludzie są takimi kompozycjami. Z własną perspektywą, linią zbiegu, zaburzeniami. Są figurami przestrzennymi, które potrzebują porządku, bo ten świat opiera się na ładzie. Tylko ludziom ten pedantyzm od zawsze ciążył i zaczęli wprowadzać chaos nazywając go nowym porządkiem- mówiąc to, jego oczy były odległe i jakby mętne, nieprzebyte.

Wieczory są tak chłodne- dodał rozczulony-cudownie byłoby choć chwilę pospacerować. Ubierz się ciepło moja droga, po kolacji będę czekać koło wyjścia.- dodał, po czym znowu wrócił do swojej ulubionej pozycji.

Poddenerwowana dziewczyna wyszła z pokoju, szybko zamykając drzwi. W ręku trzymała rysunek i czuła się jak ta szkatułka. Jednak nie była zamknięta, a otwarta na oścież, wszystko się z niej wysypywało. A przede wszystkim słowa pani Wiszerhar:

— Twoje sumienie odżyje, lecz ty zadecydujesz, kto ma umrzeć, ono, czy ty… Potrafisz przecież

uśmiercać.

Wbiegła do pokoju, by niemal rzucić się na łóżko i skryć w poduszce łzy. Nawet nie zauważyła, że wymięła rysunek pana Skrybiusza, który tak wytrącił ją z równowagi. Gdy stała obok niego, słuchając, co mówi, miała wrażenie, że już ją przejrzał, wie wszystko, a teraz, powoli będzie przed nią odsłaniać kolejne karty, jakby się nią bawił, cieszył z powodu poznania, możliwości spoglądania na jej reakcje. Bała się, że dostrzegł nawet to, co skrywa przed samą sobą i opowie również o tym, wkrótce, gdy nie będzie się tego spodziewać, gdy odzyska spokój, uderzy ją w czuły punkt. Znienawidziła go, chociaż czuła, że to irracjonalne, ale tej nocy nie cierpiała momentu, w którym Skrybiusz wysiadł z auta i stanął na podjeździe, nie cierpiała człowieka o bystrym spojrzeniu, który analizował jej ruchy, jej sylwetkę, bezwstydnie zaglądając w jej oczy, gdzie musiał dostrzec mroki skrywane w duszy. Pragnęła wolności, ucieczki, wydostać się z tego miejsca. Pierwszy raz czuła się tak stłamszona, obca, poplątana.

Histerycznie rozglądała się dookoła, ściany, sufit, pod podłogą sfiksowani staruszkowie, odór śmierci, zgnilizny, ciągły bełkot, szaleństwo, a jej życie powoli mija, ucieka, gdy ona obojętna na to, traci czas w tym miejscu, zajmując się kimś, dla kogo jest bez znaczenia, nie ma żadnej wartości, nie posiada w sobie tyle altruizmu, by czerpać radość z bezinteresownej pomocy. Tym bardziej, że pomaga trupom, które dziwnym zrządzeniem losu, jeszcze wegetują. Jest jak przedmiot, który usprawnia tutejszy personel, pomaga, ale to jałowe.

Myśl o wolności nie dawała jej spokoju, zrodziła się z siłą, której ciężko jest się przeciwstawić, a obok tej wolności rozgorzała nienawiść do Skrybiusza, do tego miejsca, do samej siebie, raz jeszcze.

6

Obudziła się zmęczona, wczorajsze myśli nie dawały jej spokoju, coraz więcej rzeczy przestawało cieszyć, dodawać otuchy, a stawało się jak uprząż, potrzeba, czy wymóg, bez którego nie może pozbierać resztek świadomości. Rozdrażniona w środku, szła niemal z zamkniętymi oczyma do łazienki nie chcąc patrzeć na pokój obity lazurowymi tapetami, na okno z widokiem na polanę i drogę w oddali, na białe drzwi łazienki. Poczuła się nieco lepiej stopą dotykając chłodnych kafelków, czując dreszcze na ciele. Weszła pod prysznic, odkręcając wodę, kabina powoli wypełniała się parą rozmazując kontury, a ona spokojnie mogła otworzyć oczy, by nie widzieć niemal niczego.

Po wyjściu spod prysznica czuła ulgę, sięgnęła do szafy po ubrania, założyła luźną, lazurową koszulę, czarne spodnie i beżowe balerinki. Popatrzyła na twarz w lustrze, rzadko sięgała po makijaż, ale dzisiaj nie mogła oprzeć się pokusie. Na pewno nikt nie zauważy jej starań, ale chce wyglądać piękne dla samej siebie, zupełnie, jakby chciała sobie udowodnić, że zarazem tylko jej jednej zależy na niej i że w ogóle wciąż jej zależy na własnej osobie.

W ciągu dnia krzątała się po pensjonacie, z coraz większą niecierpliwością czekając kolacji, by po niej udać się na spacer z panem Skrybiuszem.

— Widzisz droga Ev- rozpoczął Skrybiusz, gdy już byli na zewnątrz- jesteś młodą i piękną kobietą, spędzającą czas na tym odludziu jakby za karę. Chodzisz wyprostowana, nienaganna, a jednak ta poza, choć wpojona ci za młodu, jest coraz bardziej sztuczna. Bo brak w niej swobody. A brakuje ci jej, moja droga dlatego, że coś ujęło cię za barki i pcha ku dołowi ze wszystkich sił. A ty coraz mocniej się prężysz się i wznosisz głowę, jakby bojąc się, że gdy tylko ją opuścisz, woda wleje ci się do ust i zaczniesz się topić. Starasz się zadzierać swój nos tak wysoko, jakby w obawie, że gdy tylko będzie niżej, od razu poczujesz zapach rzeczywistości- mówił niskim i bezbarwnym głosem- A może zapach snów? Powiedz Ev, jak pachną twoje sny? -zapytał.

(coś o przeżyciach wewnętrznych Ev.

Popatrzyła na niego pełnymi smutku oczyma, z których wylewała się bezradność.

— Pachną jak palone włosy, jak cholerne palone włosy, które kopcą ciemnym dymem- rozpoczęła drżącym głosem.

— A czyje to włosy?

— Moje…

— Wiesz dlaczego płoną?

— Wyprostowała się ze szklistymi oczyma, zacisnęła je mocno, aby zatamować łzawienie i żal, odchyliła energicznie głowę do tyłu, głęboki wdech:

— Wracajmy, robi się chłodno- powiedziała, po czym odwróciła się i zaczęła iść w stronę ośrodka.

Skrybiusz lekko wykrzywił usta z zadowolenia, opuścił głowę i poszedł wolnym krokiem za nią.

Nie odzywali się jak zwykle, dopiero przed wejściem do pokoju, starszy mężczyzna przemówił:

— Stworzyłaś sobie Ev myśl, nad którą nie panujesz. Możesz ją definiować różnorodnie, ale to twoja myśl, twój twór. Jak chcemy zapanować nad sobą, jeśli nad jedną myślą nie jesteśmy w stanie panować?

Rozgoryczona, szybkim krokiem poszła na górę. Jej wszystkie nerwy, były jak cieniutkie niteczki, rozrywające się pod ciężarem dni. Buzowała od środka, to stawała się chłodna, by zaraz znowu poczuć łzy na policzkach, wstawała szybko i opadała kryjąc twarz w dłoniach. Czuła, że on może jej pomóc. Ale bała się otwarcia. By jej nie osądzono, nie zrozumiano opacznie, by nie czynić rysy na fotografii jej twarzy, którą noszono w pamięci. Ale potrzebowała kogoś, komu może zaufać. Zasnęła w płaszczu, z podkulonymi nogami. Przeżycia wycieńczały ją bardziej niż samo życie.

Tymczasem pan Skrybiusz leżał w swoim pokoju, myślami będąc w odległym miejscu. Siedział pośrodku Morza Martwego, które rozstąpiły się, tworząc dwie ściany wody. Zielonkawe i spiętrzone, cicho szemrały, podczas gdy on grał ponure rekwiem na swym fortepianie. Pierwsza oktawa, niskie tony, dźwięki opadające jak wieko trumny, chwila podniesienia, w której przenosi się drewniany przybytek do grobu, znowu coraz niżej i niżej, aż na samo dno. Gdy dotknął ostatniego klawisza, poczekał, aż dźwięk całkowicie umilknie. Potem wstał, wyciągnął strunę, która ucichła jako ostatnia i zaczął kręcić z niej szubienicę.

Nad jego głową lewitowało dzieło którego był narzędziem. Twórcą i pomysłodawcą była postać stojąca za jego plecami. W oddali spoglądająca na to, co mozolnie od tylu lat kreuje.

W powietrzu lewitowała brunatno-pomarańczowa góra, pod spodem której, były przywieszone ciała. U jej szczytu znajdowały się trzy krzyże z wbitymi tylko głowami.

Pan Skrybiusz przeszedł kawałek tunelem pomiędzy morskimi ścianami. Stanął w miejscu i popatrzył się w górę. Nad jego głową zaczynały się wiszące ciała, nieco dalej stała drabina oparta o skały wystające ze spodu góry. Wspiął się na nią. W lewej ręce trzymał zawiązaną strunę, długi ostry pręt oraz młotek, prawą podtrzymywał się szczebli. Gdy wyszedł popatrzył dokoła. W tym miejscu czuł się jak Charon i Mojżesz jednocześnie.

U brzegu stała druga góra, wsparta na białawym piasku. Zielonkawo-fioletowa, obtoczona mgłą. Czuł czyjąś obecność, nikogo jednak nie widział. Rzucił okiem na fortepian, wydawał się stąd jak mała, czarna kropka. Twarzą był zwrócony ku niemu. Za jego plecami rozpoczynał się gąszcz ciał zwisających bezwładnie. Wokoło pręta, który trzymał dłoni, zaplótł strunę i zaczął wbijać kawałek metalu w skałę. Gdy niemal całość zakryła się w kamieniu, sprawdził, czy jest na tyle umocowana, by utrzymać ciało. Gdy uzyskał tą pewność, skoczył wprost w wody morza.

Ev obudziła się koło trzeciej nad ranem, cała morka. Koszmary nawiedzały ją coraz częściej. Podniosła się, ciężko oddychając. Bała się zasnąć ponownie, tak samo, jak bała się samotnie przebywać w pokoju. Zapaliła światło, z nadzieją na otuchę. Ta jednak kryła się chyba w cieniu i nawet światło nie mogło jej odnaleźć. Położyła się na bok, podkuliła nogi i objęła je pod kolanami.

Cicho płakała, gdy świt zaczął wdzierać się przez okna do chłodnego pokoju.

Czuła, że każdego dnia umiera przez coś innego, poznaje nowe definicje śmierci. Jakiś czas temu umierała dla życia, teraz umiera przez życie. Nasiąknięta smrodem palonych włosów, była owinięta nim jak pajęczyną. Nie mogła się poruszyć, nie miała na to ochoty. Czuła na sobie spojrzenie pana Skrybiusza, choć nie było go w pokoju. Ogarnęła ją fala złości na niego.

— To z pewnością jego wina- pomyślała.

Ale zaraz przed oczyma ujrzała ten jego dziwny wyraz twarzy oraz spojrzenie. Smutek bijący się z ciekawością, chęcią usłyszenia jej historii, uwolnienia jej od tego brzemienia. Nigdy nie naciskał, gdy nie chciała więcej rozmawiać. Jednak im więcej mu wyjawiała, tym gorzej się czuła.

Usłyszała pukanie do drzwi, pomyślała, że to matka.

— Proszę-powiedziała głośnym, ale niepewnym głosem.

Lekko się zdziwiła, gdy do pokoju wszedł ów pan, o którym rozmyślała. W ręku trzymał tacę ze śniadaniem.


Poczuła zażenowanie, leżała w płaszczu, z napuchniętymi oczyma, zmęczeniem na twarzy, z bezradnością, której nie potrafiła się przeciwstawić, obawiała się teraz Skrybiusza, tego, co powie, bo miał ją na tacy, podobnie jak posiłek, który trzymał w ręce.

On tymczasem, wciąż obojętny na zewnątrz, nie zdradzał zachwycenia oraz fascynacji tym, jak wygląda teraz Ev, jej strachem, lękiem i bezsilnością. Ta rozpaczliwa postać, która leżała na łóżku, zdawała mu się nad wyraz urocza.

— Nawet jeśli wydawało nam się, że pogrzebaliśmy pamięć o przeszłości, należy się upewnić, czy nie zakopaliśmy jej żywcem. W jej serce należy wbić metalowy pręt, tak, by nigdy nie podniosła się ze swego łoża, w innym przypadku, to ona przebije nasze serce, Ev- mówił powoli i jakby z lekkim smutkiem.

Przyniosłem ci śniadanie- dodał nieco żywiej — Pomyślałem, że możesz być głodna. Blado wyglądasz, niemal jak kość słoniowa. Ale ta nić, teraz to coraz grubszy sznur. Odpocznij moja droga.

— Proszę zaczekać… -zaczęła.

— Odpocznij trochę- przerwał jej i z obojętnym wyrazem twarzy wyszedł z pokoju.

Raz jeszcze porozglądała się dookoła, popatrzyła w lustro naprzeciw łóżka. Wstała, by zdjąć płaszcz i buciki, weszła do łazienki, obmywając twarz i zostawiając tam spodnie, w samej koszuli, wróciła do pokoju i podeszła do stolika, gdzie postawił tacę ze śniadaniem, wzięła kęs kanapki, przeżuła powoli i z uczuciem zniesmaczenia wróciła do łóżka. Postanowiła chwilę się zdrzemnąć. Miała nadzieję, że koszmary nawiedzają ludzi tylko w nocy. Nie chciała już myśleć o nikim, ani o niczym.

Gdy zasypiała, słowa plątały jej się w głowie:

-...To my tworzymy nasze koszmary… Przyniosłem ci… koszmary… Ev… Jak kość słoniowa...To my je kreujemy… Żywcem zakopana przeszłość...Gdy niebo ma się ku burzy, nawet ziemia nie jest w stanie jej się przeciwstawić- przed oczyma zobaczyła portret pani Wiszerhar. Zerwała się szybko.

Siedziała z wyprostowanymi nogami w czarnej trumnie z czerwonym atłasem wyścielającym wnętrze. Miejscami drewno przyozdobiono kością słoniową. Dookoła panował chłód. Przez półmrok przedostawały się tylko obawy, coraz mocniej zaciskając jej umysł w strach. Nic nie rozumiała. Gdzie podział się jej pokój, gdzie się znajduje i co tu robi. Niepewnie postawiła stopę na podłodze. Posadzka była chłodna, przeszył ją dreszcz, otuliła się rękami i poszła przed siebie. Przez chwilę słyszała tylko jak jej stopy cicho plaskają, dotykając płytek.

Zdawało jej się, że słyszała płacz niemowlęcia. Przystanęła i wytężyła słuch, jednak wszystko dookoła zamilkło. Szła więc dalej nie wiedząc nawet dokąd zmierza.

Stanęła wryta w ziemię, nie mogąc zrobić kroku w przód. Kwilenie dzieci było nie do zniesienia, wdzierało się w jej uszy, rozrywało resztki zdrowego rozsądku. Drżącymi rękoma zakryła załzawioną twarz. Coraz mocniej przyciskała je do oczu, jakby mając nadzieję, że gdy dostatecznie mocno, wgniecie obraz z powrotem do swego umysłu, wszystko wróci do normy. Opuściła dłonie i niemal upadła na kolana. Stała w pokoju, z zakrwawionymi kołyskami, wszystkie bujały się wydając dźwięk płaczącego dziecka. Białe kocyki, wyścielające ich wnętrza, nasiąknęły niewinnym i jeszcze nie znającym smaku życia, zapachem krwi. Szczątki niewykształconych dzieci były chaotycznie poukładane w każdej kołysce. W oddali usłyszała głos:

— To my tworzymy nasze koszmary Ev.

Z nadzieją, że to może pan Skrybiusz, opuściła głowę w dól, by nie widzieć makabrycznego obrazka i biegła przed siebie. Przystanęła tuż przed czarną trumną, taką samą, w której niedawno się obudziła. W jej środku stała kołyska, podobna do pozostałych, a do drewnianego oparcia, przybita była jej głowa. Z resztkami spalonych włosów, poparzoną skórą, z oczyma utkwionymi w jej oczach. Ev patrząc się na ten wizerunek, wmawiała sobie, że tylko kości policzkowe należą do niej, cała reszta nie mogła jej uosabiać, nie mogła…

Starszy mężczyzna otworzył oczy, dochodziła pora obiadowa. Pomyślał, że Ev pewnie nic nie zjadła, ale namówi ją do zjedzenia ciepłego posiłku. Dobrze jej to zrobi.

Zszedł na dół, witając się przy tym z panem Henrim, uścisnął mu dłoń i powiedział, że wkrótce z chęcią wykona dla niego więcej rysunków jego córki. Staruszek ze łzami w oczach objął drżącymi dłońmi tajemniczego jegomościa i mocno uściskał. Pan Skrybiusz nie opierał się, wiedział, że ten martwy za życia człowiek, potrzebuje odrobiny czułości. Potem odwrócił i poszedł po posiłek dla Ev. Rozmyślał przy tym o Henrim, jego nadziei, niezłomności i jednoczesnej rozpaczy, potem przypomniał sobie twarz Mery, jej młodzieńczy wygląd, zastanawiał się jak mocno zmieniły się jej niewinne oczy. Wziął tacę i udał się w stronę schodów, powoli pokonując kolejne stopnie. Odczuwał coś podobnego do zmartwienia i troski myśląc o Ev, czuł, jak mocno męczy się w sobie.

Gdy wszedł do jej pokoju, leżała odwrócona plecami w stronę wejścia, z podkulonymi nogami. Usiadł koło niej na łóżku, lekko dotknął jej ramienia i cicho powiedział:

— Ev, wszyscy mamy swoje tajemnice, które ciążą nam u szyi, koszmary, które owładnęły nami jak ciemność dzieckiem, paraliżując i odbierając nadzieję. Twoje brzemię jest tak wielkie, że sama nie zdołasz go unieść. To wielki głaz, ale równie dobrze może być malutkim wisiorkiem na sercu, który każdego dnia powoli nas przepala, aż do żył, do krwi, zatykając dech w piersiach. Chciałbym ci pomóc, ale coraz bardziej uciekasz od tego, od słów, które w sobie głęboko zamknęłaś. A one wypełzają nocą, gdy ty, pozbawiona czujności, zasypiasz z nadzieją na chwilę ukojenia. Boisz się ludzkiej oceny? Tego, jaką plakietkę przypomną ci ludzie, gdy poznają cię bliżej? Ja tego nie zrobię.

Odwróciła się i popatrzyła w niego swoimi zielonkawymi, przeszklonymi oczyma. Jego twarz była uosobieniem obojętności, ale przebijał się przez nią podmuch ciepłego, wiosennego wiatru.

— Dlaczego? Dlaczego chce mi pan pomóc?

— Wiem, jakim ciężarem jesteśmy sami dla siebie. Każdego dnia dźwigamy osiągnięcie ludzkości jakim jest osobowość.

Pochylił głowę i zdjął z szyi srebrny łańcuszek, na którym był zawieszony szklany prostopadłościan, wypełniony zielonkawą cieczą w której było zatopione małe oko.

— To mój ciężar- zaczął mówić z lekką nutą goryczy w głosie — Ale twój jest w sercu, nie możesz go zdjąć, ale pomogę ci go wyrwać- mówił teraz powoli i spokojnie, napawając swoje słowa otuchą, nadając im wibrujących tonacji, która lekko wpełzała w jej uszy, wyciszając wszystkie myśli.

Oprzyj się o ścianę- powiedział.

— Po co? — zapytała niepewnie.

— Pomogę Ci w tym, czego chcesz. W zrozumieniu.

— Jak?

— Wpatruj się w ten wisiorek. Usiadł za połową łóżka — wyprostował rękę, w której trzymał łańcuszek, zaczął wykonywać nim ruch, naśladując wahadełko.

— Ev- zaczął- chcę abyś oddychała powoli i swobodnie, wpatruj się w oko, podążaj za nim, za jego głosem, ruchem, pozwól myślom falować jak ono. Jego ruch wprowadzi cię w trans, zaśniesz, a gdy się obudzisz, będziesz w ciasnym pokoju, obtoczonym miękką wykładziną. Spokojnie, ja będę po drugiej stronie, będę czekał na ciebie z tym okiem w ręku. Będę cie wołał dopóki do mnie nie przyjdziesz. Ockniesz się w ciasnym pomieszczeniu, wydrap dziurę w ścianie, przedrzyj się przez tapety. Rób to tak długo, aż nie ujrzysz tunelu. Wtedy nasłuchuj mojego głosu, myśl o oku, które teraz pomoże ci dojrzeć, zrozumieć. Zamykasz powoli powieki, twoje ciało jest lekkie, ulatuje w dal, w głąb ciebie. Pozwalasz dryfować mu po bezkresie umysłu. (hipnoza, nieco więcej)

Budzisz się w małym pomieszczeniu Ev, wydrapujesz dziurę w ścianie, szukasz mojego głosu. Do zobaczenia Ev, będę czekać po drugiej stronie.

7

Ciasny pokój, wnętrze wyłożone gąbką, obszyte czerwonym materiałem. Mętlik w głowie, dezorientacja, zastanawia się w jaki sposób tutaj trafiła, natłok myśli przeszkadza w ocenie sytuacji, w głowie huczą zlepki rozmów, głosy, pomiędzy nimi przebija się echo słów Skrybiusza:

— …będę czekać po drugiej stronie.

Płacze, nie mając pojęcia, co zrobić, żarówka u sufitu oświetla zapadnięte policzki, napuchnięte oczy. Nie może się podnieść z ziemi, strach, bezradność, wewnętrzny paraliż. Zakłada ręce za kolana, by schować twarz i łzy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.46
drukowana A5
za 30.14